Ależ była z siebie zadowolona!
Musiała uczciwie przyznać, że Cass potrafił walczyć, jednak tylko
podręcznikowo. Nie uciekała się nawet do nieczystych zagrań, po prostu
przewidywała każde jego posunięcie, zanim on w ogóle o nim pomyślał. Walka dała
jej dużo satysfakcji, chociaż sama nie wiedziała, z jakiego dokładnie powodu.
Zwyczajnie bardzo ucieszył ją widok padającego u jej stóp strażnika;
powstrzymała się od pozostawienia na twarzy młodzieńca blizny, by miał pamiątkę
po swojej przegranej. Wystarczała świadomość, że utarła mu nosa w uczciwej
potyczce.
Nie interesowało jej, czemu
Larkin, Cador i Ariene zostali na dziedzińcu trochę dłużej. Wykonała swoje
zadanie, teraz postanowiła coś zjeść, bo zgłodniała – tylko gdzie? Nie miała
pojęcia, w której części rezydencji znajduje się kuchnia albo jadalnia. Ale w
jadalni raczej nie zostawiono resztek z pańskiego stołu. Westchnęła, mijając
stojących w drzwiach milczących strażników i wchodząc do środka.
W hallu zatrzymała się i
rozejrzała za jakimkolwiek ratunkiem. Nie dostrzegła żadnej znajomej twarzy,
właściwie niewiele osób się tu znajdowało, tylko w kącie był młody mężczyzna,
najpewniej sługa.
Skrzywiła się, spróbowała uklepać
rozczochrane włosy i ruszyła do obcego, mając nadzieję, że on jej pomoże.
Wolała nie odzywać się do tutejszych mieszkańców, jednak nie pozostawiono jej
wyboru.
– Ej, ty – zagadnęła grzecznie. –
Żyjesz?
Sługa obrócił się do niej i
ukłonił się z kamienną, nieprzeniknioną twarzą, co Aithne zdegustowało.
– Czyli chyba tak – odpowiedziała
sama sobie niezadowolona. – To mógłbyś mi pomóc? Szukam kuchni – uściśliła swój
problem.
Mężczyzna wskazał dłonią jedne z
bocznych drzwi, znów się kłaniając. Gdyby nie to, że mrugał, można byłoby
pomyśleć, iż ma na sobie kamienną maskę. Aithne podrapała się po policzku,
trochę zmieszana tym sztucznym zachowaniem.
– Nabawisz się reumatyzmu –
podsumowała wreszcie, poklepała sługę po ramieniu i zawróciła. – Dzięki! –
dodała, zmierzając do pokazanych przez niego drzwi.
Tuż przed płytą zawahała się,
przystając. Zapukać? Ale jak, do kuchni?
Tylko to był zupełnie inny, obcy
dla niej świat, może powinna to zrobić, bo tak tu wypada? Nigdy się nad czymś
takim nie zastanawiała, po prostu zawsze pozostawała sobą, jednak tym razem
było inaczej. Tym razem… Zamknęła oczy, przeklinając pod nosem.
Czemu wszystko się zmieniało,
kiedy chodziło o Erriana? Podświadomie chciała się nauczyć jego świata, a niby
wcale chłopaka nie lubiła. W ogóle. Był jej obojętny, zupełnie obojętny.
Zgrzytnęła zębami, nacisnęła klamkę i wkroczyła do pomieszczenia.
Kuchnia nie oszałamiała wielkością,
na jej środku stał przykryty ceratą stół oraz kilka krzeseł obok. Pod sufitem
wisiały ususzone zioła, na palenisku gotował się obiad. Przy jednym z trzech
okien rozmawiały cicho dwie kobiety, zupełnie od siebie różne pod wszystkimi
względami.
Jedna, grubsza i pyzata, w
poplamionym fartuchu oraz z włosami związanymi w kok, obróciła się do Aithne,
kiedy tylko dziewczyna weszła do kuchni. Rozmowa gwałtownie się urwała i
zapadła trochę krępująca cisza, czego upadła postanowiła nie zauważać. Skupiła
uwagę na drugiej osobie.
To była matka Erriana. Przy
kobiecie przy kości wyglądała jak eteryczna drobinka, którą dałoby się
zniszczyć jednym uderzeniem. Pod pewnymi względami przypominała syna – to
znaczy on przypominał ją. Trochę z wyglądu, ale jednak młodego maga, gdyby się
postarał, dałoby się przestraszyć, może byli podobni z charakteru?
Aithne odchrząknęła, próbując
sobie przypomnieć, po co przyszła.
– Tak? – spytała wreszcie pulchna
kobieta.
– Za…astanawiam się, czy… znajdę
coś do jedzenia – wydusiła z trudem, czując się naprawdę niezręcznie. – To
znaczy tego, w sumie już sobie pójdę – zmieniła w lekkiej panice zdanie.
– Może być kanapka? – usłyszała,
nim się odwróciła. – Mam jeszcze trochę świeżego chleba – zapewniła kobieta z
lekkim, ciepłym uśmiechem, podchodząc do lady.
– Bez grzybów? – mruknęła
niepewnie Aithne.
Obie panie spojrzały na nią
zdumione, pulchna kucharka uniosła zdezorientowana brwi.
– Z pomidorem – naprostowała
powoli.
– To poproszę – rozchmurzyła się
upadła, trochę się rozluźniając.
Dostrzegła subtelny, łagodny
uśmiech na twarzy pani Souen, zerknęła na nią szybko, nie wiedząc, o co chodzi.
Przecież się nie znały… a może wyśmiała ją jako plebs?
– Usiądź, proszę – odezwała się
znów pulchna, kładąc przed wolnym miejscem talerz z kilkoma kanapkami.
Aithne chętnie posłuchała i
zabrała się do jedzenia. Czuła na sobie spojrzenia swoich towarzyszek, miała
wrażenie, że rozmowa, w której się pogrążyły, dotyczyła jej – ale dlaczego? Jedną
z nich, kucharkę, widziała pierwszy raz w życiu, matkę Erriana drugi. Zatem o
co mogło chodzić?
Zgarbiła ramiona i wepchnęła sobie
ostatni kęs pierwszej kanapki do ust, próbując skupić myśli na czymkolwiek
innym. Na przykład na tym, co będzie robiła aż do rana, do… Prawie się
udławiła, kiedy przypomniała sobie o ślubie. Zakrztusiła się i rozkaszlała,
krzywiąc się brzydko.
– Powoli – upomniała ją rozbawiona
kucharka.
– Przepraszam – wymamrotała
zawstydzona, bardzo chcąc stąd już iść.
Źle się czuła, kiedy tak się jej
przyglądały.
W tym też momencie drzwi pomieszczenia
stanęły otworem, a próg przekroczył nie kto inny, tylko przyszły pan młody.
Dokładniej – jutrzejszy. Na widok rudej czupryny w pierwszej chwili przystanął
zaskoczony, potem spojrzał na matkę oraz Margaret, które po jego nadejściu
momentalnie umilkły, i sam nie bardzo wiedział, co teraz zrobić. Ostatecznie
ruszył do stołu, gdzie siedziała Aithne, już nie powstrzymując cisnącego się na
usta uśmiechu.
Cały dzień starał się jej unikać,
nie potrafiąc skonfrontować z nią tej sytuacji, ale teraz nie żałował, że na
nią, niejako, wpadł. Właściwie poczuł ulgę, dlatego uśmiechnął się szerzej,
zatrzymując się przy jej krześle.
Aithne, co było dziwne nawet dla
niej, wraz z przyjściem Erriana całkowicie się rozluźniła, jakby wszystko
znalazło się na swoim miejscu. Na widok maga uniosła kącik ust, zawieszając
trzymaną kanapkę na wysokości twarzy, i przyjrzała się młodzieńcowi – dopiero
teraz przyszło zastanowienie, dlaczego tu się znalazł i po co. Ale o wiele
bardziej wolała jego towarzystwo niż tych dwóch plotkar.
– Hej, głupi magu – przywitała się
grzecznie, przekrzywiając głowę, żeby kark nie bolał od wyginania go w dziwnej
pozycji.
– Hej, mały potworku – odparł bez
mrugnięcia i rozczochrał i tak potargane włosy Aithne, zwyczajnie nie mogąc się
powstrzymać. – Terroryzujesz moją matkę i Margaret? – zainteresował się zaraz,
posyłając kobietom uśmiech, a upadłej wyjmując kanapkę z ręki.
Przywłaszczył sobie solidny kęs,
bo zrobiony dla niego podwieczorek okazał się zbyt skąpy jak na głód, który
młodzieńca dopadł. Do kuchni przyszedł między innymi z jego powodu, należało tę
potrzebę zaspokoić, a potem wracać do pracy, ot. Uśmiechnął się, chwilowo nie
mogąc nic powiedzieć, bo miał pełne usta, i zwrócił kanapkę na talerz.
Aithne prychnęła po raz pierwszy,
kiedy ją rozczochrał – za dużo osób ostatnio rościło sobie do tego prawa. Drugi
raz, kiedy wspomniał o terroryzowaniu. Trzeci natomiast, kiedy zeżarł jej
jednym ugryzieniem pół kanapki. Kto to widział, dżentelmen, psia go mać!
– Zrób sobie sam, problematyczny
człowieku – warknęła na niego, odsuwając talerz względnie poza zasięg pazernych
rąk Erriana. – I nikogo nie terroryzuję, spadaj – burknęła, krzywiąc się z
niezadowoleniem.
Powoli docierało do niej, że obie
panie z uwagą przyglądają się całej sytuacji, co wzbudziło w niej pewien
niepokój. Czemu nic nie mówiły? Po co ich obserwowały? Zmarszczyła czoło i
popatrzyła na nie czujnie, zupełnie jakby i one miały zabrać jej kanapki.
Kanapki to rzecz święta, zwłaszcza jak się jest głodnym.
– Płaszam – wydusił, przełknął
ostatni kęs i uśmiechnął się szerzej, bardzo rozbawiony zachowaniem Aithne.
Nie miał jednak czasu, by jej się
tak bezkarnie przyglądać.
– Maragaret, mogę liczyć na coś do
jedzenia? – zwrócił się do kucharki. – Jeszcze jakiś czas będę zajęty, zatem
istnieje możliwość, że przez ten czas znowu schudnę – zastosował zgrabny
szantaż, kładąc rękę na oparciu krzesła Aithne.
– No już dobrze, dobrze –
skapitulowała kucharka i pokręciła głową z bardzo szerokim uśmiechem, który nie
schodził jej z twarzy już od pewnej chwili. – Zrobię ci więcej kanapek, tylko
się nie przemęczaj – poprosiła, sięgając po czysty talerz.
– Dziękuję – ucieszył się Errian,
ponownie rozczochrał Aithne i powoli zawrócił do drzwi. – Ach, a dałoby radę
zaparzyć też kawę? Nie chciałbym zasnąć nad książkami – przypomniał sobie,
zatrzymując się w połowie drogi do wyjścia.
– Kawa jest niezdrowa, rybeńko –
zauważyła niezadowolona Margaret, ale wyraźnie nie zamierzała ulubieńcowi
odmawiać tego małego grzechu.
Aithne prawie się udławiła,
słysząc, jak też kobieta nazwała młodego maga. Wytrzeszczyła oczy, zapomniała
się oburzyć rozczochraniem i popatrzyła na Erriana z niedowierzaniem, chwilowo
nie wiedząc, co powiedzieć.
– Rybeńko? – powtórzyła niepewnie,
mrugając szybko.
Krótki moment milczała,
przetrawiając pozyskane informacje. Bardzo istotne informacje, bo wraz z tym
określeniem uzyska nową paletę możliwości wyzywania nieprzydatnego i
nieporadnego młodzieńca.
– Rybeńko… – zamruczała i
zachichotała złośliwie, pochylając się z powrotem nad ostatnią kanapką.
Errian zmarszczył czoło,
zaalarmowany tą podejrzaną wesołością Aithne. Obrócił się do dziewczyny,
przekrzywił głowę, chwilę przyglądał się jej przygarbionym plecom, po czym
westchnął i zawrócił. Mógł się domyślić, że tak to się skończy, skoro ją
spotkał.
– Tobie też można wymyślić coś
ładnego – uznał, opierając się jedną ręką na blacie obok talerza, a drugą
przytrzymując się oparcia krzesła, przez co częściowo zamknął upadłą w swego
rodzaju klatce.
Kiedy się zorientował, jak blisko
niej się znalazł i jak bezczelnie naruszył jej przestrzeń osobistą, odchrząknął
i wyprostował się, jednak rozbawionego spojrzenia z niej nie spuścił. Ciekawe,
w co, spanikowana, zaraz uderzy. Prawie zapomniał o rozmawiających cicho ze
sobą paniach, skupiony tylko na Aithne.
– Ależ proszę – prychnęła
lekceważąco, nie zwróciwszy uwagi na ten niezręczny moment, który mag
sprowokował, a potem szybko się z niego wycofał.
Chyba tego nawet nie zauważyła.
– Nazywano mnie już na tysiące
sposobów, w tym zołza, małpa, zgaga, potwór, suka, idiotka… – wyliczała
niezrażona, skończyła kanapkę, odsunęła talerzyk i zlokalizowała wzrokiem
Margaret. – Dziękuję – powiedziała grzecznie, od razu zmieniając ton, jej głos
zabrzmiał o wiele bardziej niepewnie i sztucznie, gdy nie mówiła do Erriana.
Mag uśmiechnął się szeroko,
obserwując dziewczynę przez chwilę. Potem przymrużył oczy, przekrzywił głowę,
moment udawał, że się głęboko zastanawia. Ale pomysł przyszedł już dużo
wcześniej, po prostu młodzieniec… chciał na upadłą popatrzeć, co poradzić.
– A co powiesz na słońce?
Słoneczko, o, jak to ładnie brzmi – zaproponował z pewną niezdrową, złośliwą
satysfakcją, doskonale wiedząc, że to bardziej ją wzburzy nawet od soczystych
wszetecznic i innych takich. – No nic, promieniej dalej, Ai, swą życiową
radością, wracam do pracy – postanowił, domyśliwszy się, że lepiej się z placu
boju chyłkiem wycofać, póki jeszcze zachował głowę.
Aithne zatkało. Teraz to dopiero
wytrzeszczyła oczy, znieruchomiała na krześle, całkowicie oszołomiona. Słońce?
Słoneczko?! Czy jemu na łeb oraz mózg wzięło i padło?! Gdzie on miał oczy, na
dupsku, że wymyślił dla niej coś takiego? Gdzie jej do słońca, już prędzej
więcej podobieństw między nim a rybą by znalazła niż między nią a słońcem!
Prychnęła, parsknęła, fuknęła i
obróciła się na swoim miejscu, gromiąc wzrokiem plecy odchodzącego Erriana.
– A udław się… udław się, po
prostu, zgiń i przepadnij, nienawidzę cię, głupi magu, rybeńka się odezwała –
wyrzuciła z siebie wściekła, marszcząc czoło.
– Wiem, Ai, słońce – odparł,
przystając w progu, by rozwścieczonej upadłej jeszcze pomachać, bo jednak
napajanie się triumfem było bardzo przyjemne.
– Errian – odezwała się wtedy, po
tak długim milczeniu, matka młodzieńca, posyłając synowi lekki uśmiech.
Mag przeniósł wzrok na kobietę,
nie bardzo wiedząc, co teraz usłyszy, bo trochę o niej i o Margaret, prawdę
mówiąc, zapomniał. Ale właściwie co ich opinia mogła zmienić? Nic, jedyną siłą
sprawczą był jego ojciec, którego musiał przekonać.
– Lubimy – wyjaśniła za panią
Souen Margaret, uśmiechając się szeroko do zdezorientowanego ulubieńca.
I Errian też się uśmiechnął, potem
ten uśmiech skierował do nachmurzonej oraz zdezorientowanej Aithne, ponownie
pomachał zebranym paniom, po czym wyszedł, czując się jakoś lżej. Nawet
perspektywa powrócenia do nudnej lektury nie wydawała się już taka straszna.
Jadalnia była podłużnym, gustownie
urządzonym – jak większość pomieszczeń w tym domu – pokojem. Na ścianach
wisiały obrazy, gobeliny oraz trofea, co nieco Ariene zniesmaczyło, bo jak
można jeść, będąc obserwowanym przez martwe oczy zwierzęcia?
Ale śmiało weszła do środka i od
razu wypatrzyła najlepsze miejsce przy długim, antycznym stole. Odsunęła sobie
krzesło, usiadła, skrzyżowała ręce na piersiach i zapatrzyła się w drzwi z
lekkim uśmiechem, czekając na przybycie panów.
Wieczór zapowiadał się zabawnie,
nie ma to jak solidne picie przed ślubem. W sumie to jej, jakby nie patrzeć,
wieczór panieński, prawda? Ta myśl jeszcze bardziej ją rozbawiła.
– Och, przepraszam. Tak mi
przykro, że uderzyłem cię drzwiami. – Rozległo się po niedługiej chwili.
Właściciela głosu i jego rozmówcy
nie było jeszcze widać, ale dość łatwo dało się zgadnąć, kto pojawił się przed
jadalnią.
– Nic się nie stało. Przecież nie
zrobiłeś tego umyślnie, to zwykły przypadek.
– W rzeczy samej. Tak mi się
klamka, ekhm, wymsknęła.
– A że trzasnęły, to wiatr.
– Tak, tak, no właśnie, ktoś okno
zostawił otwarte, kurczę, to się przeciąg zrobił. No a że akurat natrafiły na
twoją głowę, to niesprzyjający zbieg okoliczności.
– Nie mam ku temu żadnych
wątpliwości.
Weszli do środka sztywno, jeden z
rękoma w kieszeniach, drugi z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Dodatkowo Cador z
guzem rosnącym na czole. Posyłali sobie miażdżące spojrzenia; na widok Ariene
jeden rozpromieniał, uśmiechając się pogodnie, drugi zaś wykrzywił usta w
zdawkowym półuśmiechu, nadal miażdżąc spojrzeniem burgundowych oczu swego
towarzysza.
Zazgrzytały o podłogę odsuwane
krzesła – Cador podebrał Larkinowi jedno sprzed nosa, przez co ten stracił
równowagę i poleciał do przodu, w ostatniej chwili opierając się o blat stołu.
Uniósł na obrońcę poirytowany wzrok; w odpowiedzi mężczyzna, niby zakłopotany,
zatkał usta dłońmi.
– Ojej, przepraszam, chciałeś
wziąć to krzesło? Patrz, nie zauważyłem, taka gapa ze mnie.
Larkin zacisnął wargi, ale zaraz
uśmiechnął się miło i sympatycznie, prostując się z godnością.
– To nie twoja wina, przeprosiny
przyjęte – oznajmił bardzo kulturalnie, sięgając po inne krzesło.
Cador usiadł na swoim i przymrużył
triumfujące jasnozielone oczy.
– Bardzo mi przykro – dodał, co by
nie było wątpliwości.
– Nie wątpię – mruknął Larkin,
przysiadając się do stołu.
Ariene uniosła brew, przyglądając
się panom z niejakim zainteresowaniem. Powstrzymała cisnący się na usta pełen
politowania uśmiech, a kiedy zajęli miejsca, odchrząknęła, wznosząc oczy do
sufitu. Rany, czy to tak już będzie do końca świata? Swoją drogą, o co tak
naprawdę im szło? Bo chyba nie…?
– Jacy wy mili i grzeczni –
mruknęła z niewątpliwą aprobatą. – Jak tak dalej pójdzie, wykończycie się dziś
bez mojej pomocy – poskarżyła się jeszcze, podnosząc się z miejsca, by
przynieść coś, do czego dałoby się nalać alkohol, który miał załatwić Cass.
– My?! – oburzyli się zgodnym
chórkiem, by następnie posłać sobie lodowate, pełne wyrzutu spojrzenia.
Larkin odchrząknął znacząco,
skrzyżował ręce na torsie i uniósł brew.
– Zupełnie nie wiem, o co ci
chodzi – uznał.
– O, i tu się zgodzę. Swoją drogą,
tego, uhm, utalentowanego wojownika jeszcze nie ma? – zainteresował się Cador,
zerkając w stronę zawieszonego na jednej ze ścian zegara z kukułką.
Teoretycznie było już dziesięć
minut po umówionym czasie, nieładnie jest się spóźniać.
– A widzisz go tu gdzieś? –
prychnął kpiąco Larkin, nawet na obrońcę nie zerkając.
Ariene postanowiła nie komentować,
wyjęła szklaneczki o bliżej niesprecyzowanym przeznaczeniu z kredensu i
ustawiła dwie przed panami, jedną przed pustym miejscem, a ostatnią przed
swoim.
– Może on przynajmniej nie
spróbuje zabić nikogo tutejszymi elementami wystroju – rzuciła mimowolnie,
popatrzyła znacząco na Larkina i Cadora, po czym z powrotem usiadła i zabębniła
palcami w blat.
Nie musieli długo czekać, by
utęskniony Cass nadszedł. Wszedł, trzymając kilka butelek alkoholu, uśmiechnął
się zdawkowo, nadal dość kpiąco do zebranych i podszedł do nich, stawiając
zdobycze na stole.
– Mam nadzieję, że wystarczy –
skwitował krótko.
Ariene wzięła pierwszą butelkę,
akurat whisky, do ręki, i przyjrzała się etykiecie. Uśmiechnęła się mimowolnie,
jej oczy niebezpiecznie błysnęły.
– Świetnie, wyzywam was wszystkich
na pojedynek – zakomunikowała radosnym, dziewczęcym głosem.
Cador prawie się zakrztusił własną
śliną, Cassowi szczęka opadła i gruchnęła o ziemię, a Larkin uniósł brwi. Kiedy
już się pozbierali (to jest dwóch panów się pozbierało, bo trzeci nie musiał.
Trzeci natomiast bezceremonialnie wyjął butelkę z rąk Ariene i przyjrzał się
etykiecie, uśmiechając się z zadowoleniem), spojrzeli po sobie bezradnie, by
znów zawiesić na wiedźmie dość zaszokowane spojrzenia.
– Na pojedynek w piciu? – wolał
upewnić się Cass.
Kiedy otrzymał twierdzącą
odpowiedź, zamrugał i niepewnie przysunął sobie szklaneczkę.
– Doskonale – uznał natomiast
Larkin, otwierając trzymaną w rękach butelkę i rozlewając whisky do szklanek.
Po dobry trunek kobieta sięgnęła,
trzeba jej przyznać.
Ariene mimowolnie przesunęła
językiem po ustach, uśmiechając się iście diabelsko, jakby Larkin robił
dokładnie to, o co jej chodziło. Oparła głowę na dłoni i przygryzła wargę,
patrząc to na twarz upadłego, to na trzymaną przez niego butelkę. Kiedy
skończył rozlewanie trunku, sięgnęła po swoją szklankę i uniosła ją na poziom
oczu.
Przyjrzała się wszystkim zebranym,
jej usta lekko zadrżały, jakby powstrzymywała się od radosnego chichotu. Coś im
zrzedła mina.
– Do dna – zakomunikowała ochoczo,
przytknęła brzeg szklanki do ust i sprawnie wypiła za jednym razem, odchyliwszy
głowę.
Postawiła puste naczynko na blacie
i odetchnęła zadowolona, zaraz zaczynając przyglądać się swoim przeciwnikom.
Cass z początku wyglądał na
nieprzekonanego, ale ostatecznie wypił to, co kazano mu wypić, nieco się
skrzywił i także odstawił szklankę.
Cador wypił pierwszą szklankę bez
mrugnięcia okiem, ale już gorączkowo rozmyślał nad tym, jak z honorem wykpić
się z picia. Nie chciał się upić, mimo wszystko był obrońcą i powinien stać
zawsze na posterunku. Zresztą ktoś będzie musiał odnosić towarzystwo do
pokojów. W normalnych warunkach zwyczajnie by odmówił, ale przez obecność
Larkina takie wyjście mogłoby być ciosem dla jego dumy. Nic genialnego nie
wymyślił; odstawił naczynie na blat, w myślach wyrażając nadzieję, że może
kolejna porcja whisky rozbudzi jego kreatywność.
Szklaneczka Larkina została
postawiona z hukiem, zaś sam upadły otarł z zadowoleniem usta. Alkohol palił w
gardło, naprawdę dobra marka, musiał pogratulować Souenom gustu. Rozejrzał się
po towarzyszach, a zauważywszy, że wszyscy dzielnie pozbyli się zawartości
swoich szklanek, po raz kolejny chwycił butelkę.
– Wychodzi na to, że będziecie
spędzać ze sobą dużo czasu – zauważył, rozlewając trunek do naczyń.
Uniósł znaczące spojrzenie na
Ariene i Cassa; uznał, że trzeba zachować pozory, niech sobie tutejsi myślą, że
pogodzono się z losem Erriana i wiedźmy.
– Mam nadzieję, że się nasza
kochana przyjaciółka nie zanudzi w tej ruderze, hm? Co można tutaj robić? –
dodał, skupiając swoją uwagę już tylko na strażniku.
Zauważył wiele lat temu, że jak
się odwróci uwagę człowieka od picia, to jest w stanie wlać w siebie
niewyobrażalne ilości alkoholu i nawet nie zauważyć, kiedy się przegnie.
Ariene najpierw wypiła kolejną
porcję whisky, nad wyraz zadowolona tym, że przyjęli jej wyzwanie. To będzie
zabawne! Nadal nie mogła rozgryźć, jakim zawodnikiem okaże się Cador, ale
Larkin na pewno stanie się godnym przeciwnikiem.
– Ja tam martwiłabym się o Cassa –
oznajmiła, uśmiechając się miło do strażnika. – Kiedy już się tu wprowadzę, to
ja będę uprzykrzać życie mężowi, co wtedy nasz dowódca porobi? – zmartwiła się,
przesuwając palcami po brzegach naczynia.
– Znajdę kogoś innego, komu będę
uprzykrzać życie – odparł Cass, unosząc kącik ust w uśmiechu. – Ewentualnie ci,
panienko, pomogę – zadeklarował się i posłusznie wypił swoją drugą kolejkę, bo
jak każą, to trzeba pić, co poradzić.
– Pomożesz? – zainteresował się
Larkin, unosząc brew.
Posłał młodzieńcowi takie
spojrzenie, że pomimo obecnego na twarzy upadłego uśmiechu, strażnik poczuł się
jak zaszczute zwierzę. I dzielnie dotrzymał tempa Ariene, wypijając wszystko
jednym haustem, chociaż tak wybornym trunkiem należałoby się delektować.
Cador uniósł szklaneczkę i
pokręcił nadgarstkiem, mieszając w ten sposób trunek. Przyjrzał się mu pod
światło, zerknął na puste naczynia Ariene i Larkina, wzruszył ramionami i
również wlał w siebie całą porcję.
– Już współczuję Errianowi –
mruknął obrońca, nie wykazując się aż tak chorobliwą zazdrością, jaką przed
chwilą zaprezentował nam upadły.
Ariene, trochę zniecierpliwiona
opieszałością Larkina, sama rozlała następną kolejkę. Kiedy nalewała Cassowi,
zawiesiła wzrok na jego oczach, uśmiechając się ładnie.
– To bardzo miło z twojej strony,
że pomożesz – stwierdziła pogodnie, prostując się jakoś tak niespiesznie. –
Niektórzy to by się tylko mordowali – rzuciła w przestrzeń, ot, nie wiadomo
zupełnie, o co chodziło wiedźmie.
– Najemnicy tak mają – nie załapał
sugestii Cass, unosząc z nieco nietęgą miną kolejną szklankę.
Ta kobieta miała niezły spust,
cholera.
– Na zdrowie – zamruczała niższym
głosem Ariene i wypiła duszkiem trzecią kolejkę.
Cador przyłożył szklaneczkę do ust
i zamarł, wpatrując się w Ariene z naprawdę dużym podziwem. Sam upił tylko łyk,
westchnął ciężko i odstawił naczynie na blat, uznając, że nie ma co się
wygłupiać. Oni niech się upijają, on musi trzymać wartę.
Co było w sumie dziwne. Zawsze
chciał być odpowiedzialny, ale nigdy nie był – jak to się stało, że odnalazł w
sobie nie odkryte dotąd pokłady rozsądku? Że zdecydował się zrezygnować z
dobrej zabawy, ba, pozwolił, by jego honor ucierpiał? Dziwna sprawa.
Larkin zdecydowanie nie miał
zamiaru oddawać walki; spokojnie dopił kolejną szklankę whisky, uśmiechając się
z satysfakcją. Odniósł swoje małe zwycięstwo nad obrońcą, ha!
– Ja nie wiem, co ty masz do
mordowania – uznał swobodnie, jakby rozmawiali o szydełkowaniu albo graniu w
karty.
Nie wiedzieli, kto wyzwał ich na
pojedynek. Właściwie skąd mogli wiedzieć? Larkin tylko miał prawo podejrzewać,
w co się wpakował. Dlatego uśmiechnęła się, przechyliła przez stół, sięgając do
szklanki Cadora, jednak zanim ją wzięła, popatrzyła obrońcy w oczy.
Dopiero wtedy przywłaszczyła sobie
jego dotychczasową własność i dopiła po panu odpowiedzialnym bez choćby
mrugnięcia okiem.
– Jednego skosiłam –
zakomunikowała grzecznie i uśmiechnęła się ślicznie.
Potem rzuciła Cassowi naglące
spojrzenie, dlatego młodzieniec nalał sobie i Larkinowi, po czym wypił, dość
niepewnie, następną kolejkę.
– Widzisz, Larkin, mordować trzeba
z klasą. Tobie coś dzisiaj nie wychodzi – zawyrokowała tymczasem Ariene,
przymrużając wyzywająco oczy.
Jak jej tego brakowało!
Larkin zaśmiał się lekko,
obdarzając kobietę naprawdę rozbawionym spojrzeniem. Idealnie pasowałaby tutaj
kwestia Franza „co ty, kurwa, wiesz o zabijaniu?”, bo to właśnie wyrażał całym
sobą. Nie wątpił w to, że lista morderstw Ariene jest długa, ale... kobieto,
masz przed sobą gościa, który zabija od stu pięćdziesięciu lat!
Cador odetchnął głęboko, starając
się opanować. Bo coś mu zaczęło serce szybciej bić, to chyba zawał, starość nie
radość, układ krążenia już nie ten. Swoją drogą, Ariene zaraz się rozhula. Jej
towarzystwo samych mężczyzn służy aż za bardzo, cholera.
Uśmiechnął się lekko, uznając, że
w roli obserwatora czuje się zdecydowanie lepiej – dlatego więc milczał,
przypatrując się towarzyszom.
– Nie kpij sobie w myślach, tylko
pij, bo zostajesz w tyle – rozkazała, unosząc brew, po czym nalała piątą
kolejkę dla siebie i wypiła zawartość szklanki bez najmniejszego zająknięcia. –
W sumie mieliśmy w gildii takiego cwaniaczka jednego, trochę cię przypominał.
Raz spierdolił akurat w momencie, kiedy zostaliśmy otoczeni przez łuczników –
rzuciła nagle, zawieszając na Larkinie spokojniejsze spojrzenie. – Cador, kiedy
już z nimi wygram, zaprowadzisz mnie do pokoju? – poprosiła obrońcę, bo
wiedziała, że z upadłym będzie najtrudniej, czyli prawdopodobnie skończy zawody
w stanie mocno nietrzeźwym.
Cassa powinna pobić w miarę
sprawnie, tu się akurat nie martwiła. Zwłaszcza że chłopak już zaczął się
modlić do swojej szklanki z nową kolejką.
Choć Larkin nadal uśmiechał się
kącikiem ust, gest ten był fałszywy – w jego oczach, zamiast niedawno
widzianych iskierek rozbawienia, pojawiło się coś dziwnego.
Zarzut Ariene faktycznie odebrał
bardzo osobiście, ale ukrył to pod zasłoną nonszalancji i niedbałości, uznając,
że tak będzie lepiej dla wszystkich. I dla jego dumy, i dla ich bezpieczeństwa;
niech myślą, iż jest podłym draniem i tchórzem, skoro poznanie prawdy mogłoby
się dla nich źle skończyć.
Zgodnie z poleceniem chwycił
szklankę whisky i uniósł ją do ust, by następnie zamrzeć. Odczekał stosowną
chwilę, żeby nie wyszło, że się podporządkowuje, i dopiero przechylił naczynie,
wlewając w siebie całą porcję bursztynowego płynu.
– Jesteś taka pewna siebie, a już
zaczynasz się martwić, w jakim znajdziesz się stanie? – zakpił na powrót z
właściwym sobie humorem.
Cador obrócił swoją pustą, stojącą
na blacie szklaneczkę, po czym uniósł spojrzenie na Ariene. Chwilę jej się
przypatrywał, by następnie skinąć głową na znak zgody. No cóż, w końcu z
jakiegoś powodu oddał walkę walkowerem, tak?
Powoli popadał w milczenie, ale
tak to bywa, jak się jest jedyną trzeźwą osobą w towarzystwie.
– Chłopcy z gildii robili różne
dziwne rzeczy po tych pojedynkach – odparła bez zająknięcia, uśmiechając się
kącikiem ust. – Było kilku twardych zawodników, których nie mogłam pokonać przez
długi czas. Po paru pierwszych konkursach uznałam, że lepiej zawczasu załatwić
sobie odpowiedzialnego opiekuna – dodała na koniec, uśmiechnęła się i nalała
nową porcję. – Co nie, Cass? – zwróciła się podejrzanie rozpromieniona do
młodzieńca.
– Tak, pewnie – przytaknął trochę
jakby odruchowo, obserwując, jak Ariene z zachęcającym uśmiechem nalewa mu
następną kolejkę. – Nie boisz się o jutrzejsze samopoczucie? – spytał wreszcie.
– Och, nie. Po Elestren nic mnie
nie przestraszy, naprawdę. Chociaż kaca największego to miał Errian –
przypomniała sobie i zachichotała mimowolnie. – Oj, za słabowitego Erriana,
zdrowie – zarządziła i wypiła to, co przed chwilą sobie nalała.
– Errian? – powtórzył
niedowierzająco Larkin, a Cador byłby mu zawtórował, ale powstrzymał się w
ostatniej chwili. – Naprawdę? Przecież... przecież on wypił przynajmniej dwa
razy mniej niż my. Już nawet Anka więcej wychlała – dodał, uśmiechając się
szerzej.
Biedny chuderlak, słabą miał
głowę!
Sam upadły dopił swoją szklaneczkę
i obdarzył trzymaną przez Ariene butelkę krytycznym spojrzeniem.
– Rozlej mu już wszystko – rzucił
w jej stronę, a sam sięgnął po następny alkohol.
Tym razem, ażeby było zabawniej,
padło na zwykłą czystą. A jak ma być wódka, to i przydałyby się odpowiednie
kieliszki. Rudy wstał i ruszył do najbliższego kredensu, by przynieść potrzebne
naczynia.
– Za skacowanego Erriana to aż ja
się muszę napić – uznał ze śmiechem Cador, a Larkin, najwyraźniej poprzez
działanie alkoholu decydujący się na zawieszenie broni, nalał kieliszek również
dla obrońcy.
Jak już wrócił i ustawił cztery
kieliszki na blacie, ma się rozumieć.
Ariene znowu zachichotała,
podzieliła się resztką whisky z Cassem i kontynuowała opowieść, bo jakoś nagle
zatęskniła do Elestren i tamtego ranka, choć wtedy miała ochotę zrobić krzywdę
temu, kto ją wpakował w to bagno.
– Dokładnie, Errian! –
potwierdziła, zrobiła przerwę na dopicie trunku i dopiero mówiła dalej. – Poza
momentami, kiedy atakowały nas trupy i latające sukienki, miał całkiem trafne
komentarze. Potem rozpierniczył pół gleby w tych ruinach, kac to siła
destrukcyjna. Inna sprawa, że prawie nas zeżarto żywcem, a wszyscy, prócz
Aithne i Sheridana, skacowani i zirytowani. Sobie sukienka zły moment na atak
wybrała – dodała i podsunęła kieliszek Larkinowi, czekając, aż i jej naleje. –
Co prawda Ai się oberwało, kiedy kiecce wyznała, jak bardzo ma ją w dupie i co
by jej zrobiła, gdyby jej się chciało. Wyglądało na to, że sobie to cholerstwo
smoka z dupska zaraz wyjmie, ale na szczęście oszczędziło nam przyjemności –
dokończyła i poklepała Cassa po ramieniu. – No, pij, nie krępuj się.
Młodzieniec popatrzył na nią z
niezadowoleniem lekkim, ale, no cóż, polecenie wykonał, bo co tu innego zrobić?
Przestał już jednak ufać swojemu językowi i wolał się chwilowo nie odzywać.
– Jaka sukienka? – zainteresował
się Larkin, bo cała historia, choć opowiedziana chaotycznie, układała się we w
miarę rozsądną całość, tylko mu ta sukienka nie pasowała, bo jak to tak?
Nalał kobiecie, potem jeszcze raz
sobie, następnie podsunął napełniony kieliszek Cassowi, a na koniec uśmiechnął
się z zadowoleniem.
– Upiór taki. O dość zawyżonym
mniemaniu o sobie, i tak go w końcu Anka rozwaliła – odpowiedział mu Cador,
unosząc kącik ust.
Przechylił kieliszek wódki, po
czym odstawił puste naczynko; nawet się nie skrzywił po przełknięciu alkoholu,
co świadczyło, że z tematem jest raczej dobrze obyty. Jakby się podjął walki,
to dopiero starcie byłoby ciekawe.
– A co było z Ai? – zapytał
upadły, marszcząc czoło.
Niby teraz wiedział, że wszystko w
jako-takim porządku, ale i tak go informacja zdenerwowała. No zostawić tę
cholerę na kilka dni, a już się pakuje w kłopoty!
– Odebrał jej duszę, chciał ją
wcielić do armii nieumarłych – odparła grzecznie Ariene, uśmiechając się lekko.
– Arathain jej pomógł. I chyba Errian. Trudno orzec, mordowałam wtedy Cadora po
ścianach, chłopaka zostawiłam w chatynce z pacjentką – wyjaśniła swoje
niedopatrzenie, wypijając zawartość kieliszka.
Cass wyglądał, jakby chciał coś
powiedzieć, ale zrezygnował i zaopiekował się własnym alkoholem, wyglądając na
coraz bardziej nieprzekonanego do powodzenia tej misji, jaką był pojedynek
pijacki. No cóż.
Cador zaśmiał się z rozbawieniem.
By zająć czymś ręce, przechylał pusty kieliszek po wódce i kręcił go dookoła
własnej osi, aż w końcu naczynko wzięło i się bezczelnie przewróciło.
– Nawet mi nie przypominaj –
poprosił pogodnie, szczerząc do wiedźmy ząbki.
Larkin uniósł wysoko brwi, w
pierwszej chwili wyglądając na zdziwionego otrzymanymi informacjami. Ale potem
przetrawił, w końcu w tym towarzystwie nie takie rzeczy się działy.
– I nie udało ci się zamordować?
Jaki pech – prychnął, chociaż bardziej żartobliwie.
Zabrzmiało to na tyle pogodnie, że
obrońca odpowiedział śmiechem.
– Ale była bardzo blisko! Prawie
złamała mi plecy, a to już coś – odpowiedział.
Ariene parsknęła z całkowitą
dezaprobatą.
– Ty mi prawie wcisnąłeś żebra do
gardła, kiedy walnąłeś mną o ziemię! – oburzyła się święcie, po czym zachichotała.
– W sumie też bym tak zrobiła, gdyby mi coś wrzeszczącego wskoczyło na plecy –
zmitygowała się, zaraz przygryzając wargę, żeby nie śmiać się zbyt bezczelnie.
– No, Cass, nie obijaj się – rozkazała, dolewając wszystkim.
Podczas gdy ona beztrosko wypiła
kolejny kieliszek, młody dowódca poważnie zastanowił się nad swoim życiem, nim
poszedł w jej ślady.
Larkin równie bezproblemowo
poradził sobie z następnym kieliszkiem. I tak musiał przyznać, że strażnik
trzymał się nienajgorzej, biorąc pod uwagę tempo obalania butelek. Rozlał
kolejną porcję wódki, dodatkowo rozbawiony tym, że nawet jej nie popijali.
Mocne towarzystwo się zebrało.
– A widzisz! – ucieszył się Cador,
dziwnie zadowolony z powodu powracających wspomnień.
Oj tak, to była piękna akcja.
– No dobra, teraz już całkiem
żałuję, że mnie to ominęło. Jeszcze coś się wydarzyło, o czym nie wiem? –
zainteresował się upadły.
Ploteczki, ploteczki!
– I tak się zemszczę –
zapowiedziała groźnie Ariene. – Hm, co jeszcze? Epickie wpadanie w pułapki w wykonaniu
Anabde i Aithne, moje skakanie po ścianach, Sheridan i Cador na huśtawce, o, to
było prześliczne! – przypomniała sobie i zachichotała cicho. – Byłam pewna, że
wszyscy zginiemy, oczywiście przez obrońcę, nie łowcę, ale jakoś dało radę.
Potem trochę kiecki, spiralna zjeżdżalnia i miękkie lądowanie na Cadorze. W
sumie dzień jak co dzień – podsumowała, uśmiechnęła się szeroko i wypiła
kolejny kieliszek.
Tym razem Cassa nie musiała
zachęcać do wykonania zadania, ale kiedy na niego spojrzała, zauważyła, że coś
jest nie tak. Zmarszczyła czoło i pochyliła się do strażnika.
– Bu? – mruknęła, tykając go
palcem w ramię.
Zwalił się z krzesła na ziemię jak
kłoda, co bardzo wiedźmę ucieszyło, aż się roześmiała głośno.
– Zupełnie jak Jorven! –
podsumowała, kręcąc głową.
Larkin podsumował całą sytuację
śmiechem, wyraźnie kolegę wykpiwszy. Jedyną osobą, która zachowała się w
obecnej chwili, był nie kto inny, jak Cador. W pierwszym momencie się
uśmiechnął, ale w następnej zmarszczył czoło, wstał i kucnął nad upitym do
nieprzytomności kolegą.
Zdążył w ostatniej chwili odchylić
leżącemu Cassowi głowę na bok, nim ten zwymiotował. Gdyby się pan obrońca nie
zainteresował, to by się chłopak zadławił własną uciekającą treścią układu
pokarmowego. Reamonn skrzywił się, mimo wszystko (to jest mimo lat
doświadczenia) zdegustowany.
– Obawiam się, że tego tutaj
trzeba będzie gdzieś odtransportować – uznał, na razie nie kwapiąc się, by
strażnika podejść.
Zamiast tego wstał, pochylił się
nad stołem i podniósł mały wazonik stojący na samym środku blatu. Wyciągnął zeń
kilka ściętych kwiatków, by następnie znów pochylić się nad Cassem. Oblał mu
twarz wodą z wazonika; chłopak w odpowiedzi potrząsnął głową i wybełkotał coś
niewyraźnego.
– A ja jeszcze nie pokonałam
Larkina. Czekaj – mruknęła Ariene, wyciągnęła dłoń do upitego młodzieńca i
przymrużyła oczy. – Abrakadabra, hokus pokus – wymamrotała, by zaraz
zachichotać wesoło.
Wokół jej dłoni zebrało się
purpurowe światło, szybko przybierając na sile, ale Ariene syknęła przez zęby i
potrząsnęła ręką, trochę zaklęcie osłabiając.
– Nigdy nie mogę złapać proporcji
po czystej, potem się dziwią, że im domy wysadzam – burknęła niezadowolona,
kształtując energię w coś podobnego do dwóch macek. – Na razie tylko pod ścianę,
czy niesiemy go lulu? – zainteresowała się, w pełnym skupieniu wprowadzając
czar pod ramiona nieszczęśnika.
Cador rozejrzał się po jadalni,
uznając, że oba wyjścia mu nie odpowiadają. Kiedy zerknął w stronę korytarza,
dostrzegł stojącą tam niewielką kanapę. Uśmiechnął się zadowolony, po czym
kiwnął w jej stronę głową.
– Zostawmy go tam, rano go znajdą
– uznał.
Kiedy już Cass został
odprowadzony, po drodze zaszczycając gobelin własnymi wymiocinami, wrócili do
stolika. Cador usiadł wygodnie i uśmiechnął się znowu, uznając, że teraz
dopiero zacznie się walka.
– Nie mam się z kim założyć, kto
wygra – mruknął niezadowolony, wodząc spojrzeniem od jednego do drugiego
przeciwnika.
Larkin nie odezwał się. Uznał, że
warto zacząć od mocnego uderzenia; najpierw chwycił butelkę wódki, a potem
przysunął sobie dwie szklanki po whisky. Wlał alkohol do naczyń, po czym jedno
zabrał dla siebie, a drugie podsunął Ariene.
– Tak będzie łatwiej – uznał,
uśmiechając się w ten swój firmowy sposób.
Wiedźma przyglądała się chwilę
temu z kamienną miną, jakby szacowała szanse na zwycięstwo. Potem natomiast
uniosła kącik ust, przymrużając oczy i spoglądając na upadłego z pewnym
spokojem.
– No w porządku. Ale jeśli po
trzech takich kolejkach któremuś się oświadczę, to nie oddawajcie mi swej ręki,
dobra? Ja jutro za mąż wychodzę – przypomniała, chwyciła szklankę i uniosła ją
na wysokość twarzy. – Do dna – oznajmiła, uśmiechnęła się szerzej i nadzwyczaj
bohatersko wypiła to, co jej nalano.
Naczynie odstawiła z nieco
większym hukiem, potrząsnęła głową i odetchnęła, mrugając szybko.
– O rany, trzeba było częściej
trenować – skarciła samą siebie, ale nie wyglądało na to, by zamierzała
odpuścić.
To rzeczywiście robiło wrażenie.
Cador wyglądał na bardziej zaszokowanego, Larkin raczej na zadowolonego z
rezultatu, ale obaj przyznali w duchu, że ta kobieta naprawdę potrafi pić.
– Nie chlej więcej, głupoty gadasz
– upomniał ją upadły za pieprzenie o ślubie.
Już jej tłumaczył, że żadnego nie
będzie, tak?
On sam również wychylił całą
szklankę, z nadzwyczajną pewnością, chociaż po wypiciu całej porcji musiał
chwilę odreagować, robiąc minę dość typową.
– Fajnie – skomentował tylko, po
czym nalał kolejną szklankę.
To już będzie zabawne.
– O nie, skończę, jak legniesz mi
do stóp – ostrzegła i pogroziła Larkinowi palcem. – Ewentualnie… nie wiem,
możesz klęknąć, proszę nie rzygać – dodała, sięgając po swoją szklankę. – Jeny,
rano nie będzie czego zbierać. Powiedz ty mi, a upadłe cholerstwa mają jakąś
alkoholową odporność? – zainteresowała się, przysuwając do siebie naczynie.
Larkin zaśmiał się, przytrzymując
szklankę tuż przy ustach. Posłał wiedźmie dość rozbawione spojrzenie; naprawdę
miała go za takiego cwaniaczka?
– Nie mają. To po prostu sto
pięćdziesiąt lat wprawy – wyjaśnił jej, nim wypił całą szklankę.
Zamarł na chwilę, podtrzymując się
stolika, po czym odstawił naczynie na blat, uśmiechając się szeroko.
Dobra, zaczyna być śmiesznie.
Uznał, że kiedy wstanie, to dopiero poczuje, jak bardzo się nachlał.
– No to poznaj moc moich
dwudziestukilku, uwaga – ogłosiła wszem i wobec Ariene, unosząc ostrzegawczo
dłoń, przytknęła szklankę do ust i także wypiła całość.
Na chwilę zastygła z zamkniętymi
oczami, powoli orientując się w tym, gdzie jest góra, a gdzie dół, gdzie ona
siedzi i czy ktoś ją złapie, po czym z nadzwyczajną ostrożnością odstawiła
naczynie i popatrzyła na upadłego.
– Nic mi nie jest –
zakomunikowała, jakby kogoś to obchodziło.
Larkin byłby jakoś poddał w
wątpliwość jej słowa, ale sam czuł się podobnie, więc powstrzymał się od
hipokryzji. Cador zaś, widząc, że nikt nie kwapi się do nalewania, sam złapał
butelkę i rozlał im kolejną porcję wódki. Biedni tacy, już wyglądali, jakby nie
bardzo mieli ochotę, ale przecież się nie poddadzą.
– Jak mi ktoś zarzyga spodnie, to
go tu zostawię – zastrzegł lojalnie, unosząc kącik ust w rozbawionym uśmiechu.
Naprawdę byli pocieszni.
Larkin objął szklaneczkę palcami,
przypatrzył jej się z namysłem, po czym niechętnie ją uniósł.
– Jasna cholera – mruknął, nim
wypił.
Przełknął ślinę, powstrzymując
pewne odruchy, po czym rozszerzył ze zdziwienia oczy. O-o.
– Dla… uholo… now… uhor… awa…
kurwa, dla mistrza! – poprawiła się Ariene, chwytając szklankę napełnioną przez
Cadora.
Chwytając po drugiej próbie, ale
liczył się efekt.
– Jeśli nie dożżżyję ranka, to
zao…pekuj…se się moją kobyłą – dodała, zachichotała trochę głupkowato,
przytknęła naczynie do ust i, zaśmiawszy się raz jeszcze, przez co nieco się
oblała („kurwww”), wypiła zawartość szklanki, zaciskając mocno powieki.
Może lepiej ich już nie uchylać?
Cador wodził nieco zatroskanym
spojrzeniem od jednego do drugiego, uznając, że dobrze się to nie skończy. Nie
odpowiedział, tylko z niejakim przerażeniem patrzył, jak Larkin usiłuje trafić
do szklanek. Nalał mało, na całe szczęście, ale przy okazji połowę rozlał na
blat.
– Zdrrrowie! – uznał radośnie
Larkin, po czym przechylił szklankę.
Wypił pół jej zawartości, gdy
wstrząsnął nim odruch wymiotny; powstrzymał apokalipsę, ale odstawił
niedokończoną porcję na stół.
– Wysiadam – stwierdził, brzmiąc
nawet całkiem trzeźwo.
Nie był. Czuł się tak, jakby
utopił się w alkoholowym morzu.
Ariene chciała się triumfalnie
zaśmiać, ale najpierw czknęła, a potem szybko musiała zatkać usta dłonią.
Odczekała przepisową chwilę, odetchnęła w miarę głęboko, po czym sięgnęła po
szklankę.
– Jeśli nawet umrę… – zaczęła,
przysuwając do siebie narzędzie zła. – To cię, kurwa, pokonam. Stary dziadzie –
dodała, najpierw myląc kierunki, bo nachyliła siebie do szklanki, a nie
szklankę do siebie, dlatego się wyprostowała. – Do zobaczenia w lepszym świecie
– pożegnała się, zasalutowała, prawie wydłubując sobie oko, po czym bohatersko
przytknęła krawędź naczynia do ust, zaczynając pić.
Przecierpiała moment krytyczny,
ale w drodze powrotnej nie trafiła już szklanką na stół. Brzdęknęło, kurwnęło z
ust Ariene, po czym wiedźma zjechała niżej na krześle, wyraźnie mając problemy
z ogarnięciem rzeczywistości.
– Victoria – uznała pod nosem.
– Muszę zbierać dwa trupy –
mruknął sam do siebie Cador.
Westchnął ciężko, powiódł wzrokiem
po nieprzytomnych towarzyszach, po czym podniósł swoje w miarę trzeźwe dupsko z
krzesła i zarządził koniec biesiady.
– Dobrze, że ten pieprzony upadły
był w stanie sam się ogarnąć – powiedział mężczyzna, podtrzymując Ariene, gdy
nieco się zachwiała.
Larkin uznał, że do własnej
sypialni trafi; przed chwilą ruszył przodem, a Cador, po kilku minutach
obserwowania go, uznał to za bezpieczne. Dlatego więc zajął się Ariene, która,
choć wygrała, prezentowała się nieco gorzej.
Z tego, co zdążył się obrońca
zorientować, Larkin był tym niesamowitym typem pijaka, który nie daje po sobie
poznać nietrzeźwości. Mówi w miarę składnie, chodzi w miarę prosto, ale wypiłby
jeszcze kieliszek, a byłby się zabił za dużą ilością alkoholu w organizmie.
Ariene za to reagowała normalnie, ale właśnie przez to musiał jej teraz Reamonn
pilnować.
– Oprzyj się o mnie, mała wiedźmo
– mruknął do kobiety, gdy chciała złapać równowagę i przez przypadek strąciła
coś ze stołka.
Potłukło się.
– Mhm – zamruczała posłusznie,
trochę na oślep odnajdując jego ramię, ale ponieważ ręka się jej zsunęła, to
skończyła, obejmując go za szyję. – Chodźmy spać – poprosiła i zachichotała
cicho. – Ale jaja. Tyyylko delikatnie – zastrzegła jeszcze, chciała mu pogrozić
palcem, jednak wyglądało na to, że sprzężyło jej ręce z nogami, bo się
automatycznie rozkraczyła i gdyby nie obrońca, poleciałaby na twarz. – Dobra,
jezem już grzeczna – obiecała słabo.
Mężczyzna pokręcił niedowierzająco
głową, w jej imieniu dziękując Silthe za to, że na razie nikogo po drodze nie
spotkali. Objął ją w talii, podtrzymując mocniej, bo coś mu się kobieta
chwiała. Ale, całe szczęście, już niedaleko.
Wreszcie stanęli pod drzwiami jej
pokoju. Cador, z niejakim trudem, sięgnął po klamkę i nacisnął ją, nadal
podtrzymując pijaną wiedźmę. Wprowadził ją do pokoju i usadził zgrabnie na
łóżku, przytrzymując ją za ramię, żeby się nie przechyliła.
– Siedź tu – mruknął, po czym
wrócił się, by przymknąć drzwi.
Musiał ją jakoś położyć spać,
upewnić się, że nie zacznie kobieta rozrabiać.
– Chcesz... – urwał, przyglądając
jej się uważnie.
Stanął naprzeciwko wiedźmy i
pochylił się nad nią; ujął jej brodę i uniósł, by spojrzeć w niebieskie oczy.
Dobra, wyglądała naprawdę źle, warto zapytać.
– Chcesz jakąś miskę? – dokończył
więc, uśmiechając się lekko.
Ariene była tak pijana, jak nie
była chyba od trzech lat. Popatrzyła na Cadora nieprzytomnie, przekrzywiła
lekko głowę i uśmiechnęła się nieobecnie, sięgając dłonią do policzka obrońcy.
Przesunęła po nim palcami, aż do brody, po czym westchnęła głęboko i odwróciła
twarz, zatykając usta ręką.
– Popłoszę – wymamrotała
niewyraźnie, ale jeszcze komunikatywnie.
A potem walnąć się na wyro i spać.
Do ślubu. Co za jaja, być pijanym w trzy dupy tuż przed zamążpójściem, to był
dopiero wieczór panieński!
Uśmiechnął się do niej ciepło, po
czym kiwnął głową i skierował się do łazienki. Zajrzał tam, przekopał szafę, aż
wreszcie znalazł małą miskę. Uznawszy, że będzie się nadawała, przyniósł ją i
postawił koło łóżka Ariene.
– No dobra, a teraz idź spać –
zakomenderował.
Poczekał chwilę, chcąc się
upewnić, czy ona będzie w stanie położyć się i nie spaść na podłogę.
Ariene uśmiechnęła się trochę
nieprzytomnie, przyglądając się mu krótki moment, jakby zastanawiała się, czy
powinna go posłuchać. Otworzyła usta, zakołysała się, przymykając powieki, i wreszcie
ułożyła się na łóżku, z pewnym trudem wciągając nogi na materac. Spróbowała się
przykryć, ale szybko z tego zrezygnowała, bo jakoś tak nie miała siły
przebicia.
– Kolo... lo... ro... dobrej nocy
– wymamrotała, układając wygodniej głowę.
Rano mu podziękuje, tak. Rano. O
ile będzie pamiętała. O ile nie umrze na kaca. Znała kiedyś takie ładne
zaklęcie, zaklęcie...
Odetchnęła głębiej, zadowolona.
Położyła się na kołdrze, toteż
Cador sięgnął po przygotowany obok łóżka koc i to nim nakrył zasypiającą
wiedźmę. Opatulił ją materiałem szczelnie, żeby w nocy nie zmarzła, potem
przeczesał palcami długie, czarne włosy. Przypatrywał jej się chwilę,
uśmiechając się do własnych myśli. Wreszcie odwrócił się i ruszył w stronę
wyjścia z pokoju.
– Dobranoc, piękna – mruknął,
zatrzymawszy się w drzwiach.
A potem już go nie było.
Dobra, Cador jest słodki <3 Ale nie słodziachny, żeby nie było XD
OdpowiedzUsuńWłaściwie to... no. Nie mam zastrzeżeń? XD Kurde, kiedyś wypiszę wam listę moich ulubionych określeń - kiedy nie będę na komórce, a mój laptop złapie zasięg. Znajdzie się w niej tekst Ariene o kobyle XD
Mój Arkay kiedy był pijany, bodajże w trzeciej części [a czytałaś fragment pierwszej bodajże - nie ogarniam O.o] całej historii, walczył z szafami (zamiast jednej widział trzy), a one wygrały (głupek się miotał i... po co ja to właściwie piszę? XD]. W każdym bądź razie, każda pijacka historyjka ma u mnie +10 do akceptacji XD
Biedaczki, wiem jak to jest, kiedy materiał się kończy. Znaczy się bardziej z życia, bo nigdy niczego nie dokończyłam XD Ale ja poczekam ^^ Znaczy się, nie obrażę się za następny rozdział XD A w tym czasie, w którym będziecie szykowały następne, kiedy Kasia będzie miała chwilkę, ja zajmę się sobą, ot co. Poczekam, cierpliwe stworzenie ze mnie ^^
Ja mówiłam! xD
UsuńHahahaha, ok, czekam z niecierpliwością! ^^
Pijane sceny są fajne! Co prawda na kolejne w Granicach trzeba będzie trochę poczekać, ale powstaną. Jak wreszcie dobrniemy do następnego większego punktu z planu, może przed wakacjami się uda... xD
Nie no, na razie jeszcze daleko do wyczerpania zapasów. Ale coś się duże tempo zrobiło, to tak ostrzegam, bo cholera wie xD Tymczasem wrzucę kolejny rozdział, a co.