Kasia
Kaśka, przez pewną pannę Zuzannę zwana carycą Katarzyną. I coś w tym jest –
może nie odnośmy się do ogromnej miłości względem koni, bo nasza
Katarzynka nie ma żadnych zboczonych zapędów co do swojego siwka. Skupmy
się na twardości charakteru, bo o to tu właśnie chodzi.
Ale
od początku. Kaśka jest przeciętnego wzrostu i normalnej budowy, od
czasu do czasu jej się zdarza, że żebra można policzyć, ale to rzadko.
Włosy koloru brązu mają swoje zdanie na temat jej fryzury i uwielbiają
odstawać na wszystkie strony świata – Kaśka
tego nie znosi, wobec tego codziennie używa prostownicy, tak stają się
względnie proste. Asymetryczna grzywka czasem przesłania jej widok na
świat, ale wystarczy chuchnąć i już. Ma zwyczajne oczy nijakiego,
pseudo-piwnego koloru. Niemniej jednak oczy są zwierciadłem duszy, wobec
tego nie wiadomo jakim cudem ludzie uważają, że jej są
charakterystyczne i ładne. W to nie wierzy (ale mimo tego robi wiele, by
pozostały zauważone. Zazwyczaj maluje się tak, by oczęta podkreślić;
rzadko rozstaje się z eyelinerem), ale nieskromnie musi przyznać, że
uśmiech rzeczywiście ma niczego sobie –
odkąd doszła do takiego wniosku, brutalnie wykorzystuje ów wdzięk, by
postawić na swoim. Ubiera się... hm. Ma swój własny styl, nieco podobny
do rockowego. Skórzana kurtka, trampki, koszuli-bokserki, duże wisiorki.
Lubi też ładne, kobiece sweterki z dekoltem w serek, a spodnie
zazwyczaj są szarego koloru. Od czasu do czasu zdarza jej się ubrać
obcasy, bo lubi się śmiać ze swojego przyjaciela, który wtedy robi się
od niej niższy. Ma po trzy kolczyki w obu uszach, na razie nie planuje
więcej, ale kto ją tam wie.
Kaśce
raczej się nie podskakuje. Z Kaśką się da normalnie podyskutować, można
mieć nawet odmienne zdanie na jakiś temat, ale trzeba umieć rozmawiać.
Jak ktoś się zaczyna burzyć i stawiać, to Kaśka z premedytacją i ogromną
satysfakcją zmiesza tego kogoś z błotem. Jest niegłupia, bardzo dosadna
i niesamowicie pyskata –
jej celne komentarze usadzają każdego cwaniaczka. A jak czasami trafi
swój na swego (tak jak miała ze swoim przyjacielem imieniem Tomek), to
kłótnia przeradza się w wojnę światową (jak się darli na siebie z
Tomkiem, to nauczyciele z drugiego końca szkoły szli ich uciszać). Poza
tym Kaśka jest niezwykle uparta i ambitna; jak sobie coś postanowi, to
koniec. Dużo marudzi, ale nigdy się nie poddaje; woli paść trupem ze
zmęczenia niż uznać porażkę. Dlatego jak niedawno przechodziła małe
załamanie nerwowe, to pewna dziewczyna powiedziała jej „Kasiu, nie przejmuj się. Przecież tobie zawsze się wszystko uznaje”.
Miła sprawa, a najlepsze jest, że dokładnie te same słowa padły później
z ust zupełnie innej osoby (z drugiej strony, po kilku tygodniach Kasia
musi zmienić zdanie.Ciągłe wysłuchiwanie, że nie możesz mieć problemów,
bo przecież tobiezawsze się wszystko udaje, jest mocno irytujące.
Okazało się, że jakraz się potkniesz, to poleci na ciebie wszystko, co
dotychczas udawałoci się omijać).
Kaśka wbrew pozorom jest dość wrażliwa –
po prostu wszystkie urazy chowa gdzieś głęboko. Bardzo przejmuje się
opinią innych ludzi, ale niewielu o tym wie. Dodatkowo w Kasi siedzi
mnóstwo sprzeczności, na przykład raz kisi się w samotności i warczy na
wszystkich, co to odważą się podejść, a później leci na koncert i pakuje
się w największe pogo. Najlepsze jest to, że czasami te skrajności
następują po sobie w czasie kilku minut. Nieco irytujące.
Kaśka
ma swoje poglądy. Nie cierpi ludzi nietolerancyjnych, sama uważając, że
człowiek to człowiek niezależnie od koloru skóry, pochodzenia,
orientacji seksualnej. Jest zadeklarowaną ateistką, ale stara się nie
krytykować religijności innych ludzi –
jednak kiedy jakiś nieroztropny katolik zaangażuje ją w dyskusję na
temat Boga, to starcie robi się bardzo zajadłe. Kaśka uważa, że należy
zwracać uwagę na ludzi dookoła; co roku bierze udział w WOŚPie, była
członkinią PTP, bywała w hospicjum czy Domu Aniołów Stróżów. Znaczy,
żeby nie było nieporozumień –
żadna z niej wielka wolontariuszka, ot, czasem czuje potrzebę niesienia
pomocy. Dodatkowo nasza panna Katarzyna uważa (co wywnioskowała z
własnych doświadczeń życiowych), że rodzina to wcale nie taki piękny
obrazek, bo każda ma swojego trupa w piwnicy. I że nie powinno się
oceniać ludzi po okładce, bo czasami dzieciaki z „dobrych” domów, które mają mnóstwo kasy i chodzą do prywatnej szkoły, mają w życiu naprawdę nasrane.
Kaśka
to generalnie specyficzne stworzonko jest. Da się ją lubić, bo mimo
wszystko stara się swoją egzystencją nikomu nie przeszkadzać. Ale lepiej
utrzymywać z nią względnie pozytywne relacje, bo jak się to-to wkurzy,
to ino roz. I Kaśka kocha koniki, Kaśka startuje w zawodach, Kaśka
skacze, Kaśka ma aspiracje do wzięcia w tegorocznych Mistrzostwach
Polski Młodych Jeźdźców (po kilku tygodniach Kaśka może się pochwalić 7
miejscem w Finale Halowego Pucharu Polski Młodych Jeźdźców, ha-ha!).
Zobaczymy co z tego wyniknie. I czasami robi się z niej mała przekora,
lubi też prowokować, ale do granic. A jak chcesz zdobyć jej serce, to
daj jej kieliszek czerwonego wina do jednej łapki, tabliczkę czekolady
do drugiej i małego kotka na kolanka.
Czy wspomniałam o tym, że jak ma napisać coś krótkiego, to nigdy jej nie wychodzi?
W skrócie: (czyli skopiowane od
Natalki, co by było fajnie)
Znak zodiaku: Strzelec. Czyli szczera i
idealistyczna, jak to sobie przeczytałam na jakiejś głupiej stronce. Wszystko
się zgadza.
Ulubiony kolor: A mam? Nie mam. Jest
kilka kolorów, które lubię, a odzwierciedlają się one w moim ubiorze. Czarny,
biały, szary, ciemnoczerwony, granatowy, beż. Uściślając: połączenia tych
kolorów, bo z zasady ubieram się w więcej niż jedną barwę.
Ulubione jedzenie: CZEKOLADA. Kocham
czekoladę. I sushi. Wielbię. W ogóle, jedzenie fajna sprawa.
Ulubiona pora roku: Zdecydowanie brak.
Ale jeśli już muszę powiedzieć, to chyba wiosna – bo robi się ciepło, ale nie
jest jeszcze gorąco. Kasia nie lubi upałów, źle je znoszę.
Ulubione zwierzę: Współpracuję z końmi
– ba, poświęciłam im swoje życie! – wobec tego zdecydowanie muszą zająć
pierwsze miejsce. Nie zrozumie tego nikt, kto nie jeździ. Mnie codziennie
zastanawia, jakim cudem ta półtonowa kupa mięśni w ogóle mnie słucha, a jeszcze
skacze z moim ciężkim dupskiem na grzbiecie. Półtorametrowe przeszkody. This is madness. Oprócz tego wielbię
koty. Za indywidualizm i za to, że mruczą. A chomiki moją miłość zdobyły tylko
i wyłącznie tym, że są chomikami. W ogóle, to ja kocham prawie wszystkie
zwierzątka. Ssaki. No.
Ulubiony napój: Czerwone wino.
Ulubiona pora dnia: Wieczór. Ma swój
klimat.
Ulubione ciało astralne: O, tego to się
nie spodziewałam. Nie interesuję się tym, co na niebie, nie jestem na tyle
ckliwa, by wpatrywać się w gwiazdy i marzyć o niebieskich migdałach (pozdro,
Natalka, wiesz że Cię kocham). Serio!
Ulubiona lekcja: Taka, która jest
prowadzona przez nauczyciela z pasją. Swego czasu lubiłam polski, ale ostatnio
się zepsuł. Lubiłam też historię, ale potem wzięłam z niej fakultet i aktualnie
nią rzygam. Po latach doceniłam WF, teraz sama muszę sobie wymyślać ćwiczenia.
Ulubiona książka: Jejku, dlaczego
wszystkie pytania dotyczą jednej „najlepszej” rzeczy? Nie mam ulubionej
książki! Lubię Chucka Palahniuka, Andrzeja Sapkowskiego, Trudi Canavan,
Terry’ego Pratchetta, Carlosa Ruiza Zafona, Franka Herberta, a jak byłam mała, to
czekałam na list z Hogwartu.
Ulubiona piosenka: Geez, i znowu. To ja opiszę swój gust muzyczny, może będzie
łatwiej. Jestem zdecydowaną fanką polskiej muzyki podziemia, zwłaszcza
punkowej. Dezerter bogiem! Serio, byłam na kilku koncertach, przeczytałam Poronioną generację Grabowskiego, w
ogóle, true love. Poza tym Post
Regiment, El Banda, Defekt Muzgó i inne takie. Nie-punkowe też fajne, Akurat,
Pidżama Porno, Kasia Nosowska, Kult, Aya RL, Jelonek. Z zagranicznych lubię
muzykę rockową i rocko-podobną, Guns’n’Roses, Black Sabbath, the Cranberries,
Deep Purple, Lacuna Coil, Skunk Anansie, SOAD. Mam też często tak, że mi jakaś
jedna konkretna piosenka wpadnie w ucho. Ostatnio były to np.: Chodź ze mną Power of Trinity, I was made for loving you Kiss, Poison Alice Cooper, Goodbye Archive. Lubię też muzykę
filmową – np. Requiem for a Dream czy
Piratów z Karaibów. Generalnie bardzo
różnej muzyki słucham.
Ulubiony film: Chłopiec w pasiastej piżamie, Requiem dla snu, Pink Floyd: The Wall.
I wiele innych.
Ulubiona bajka: Jejku, kocham bajki! Też
nie mam ulubionej. Zaplątani byli
świetni, Mustang z Dzikiej Doliny, 101
dalmatyńczyków, Scooby Doo. Wszystkie!
Ulubiony kamień szlachetny: WTF?
Naprawdę ludzie mają tak, że w każdym zagadnieniu wybierają coś ulubionego?
Mnie to tito, generalnie.
Natalia
Co przedstawia
sobą Natalia?
Natalia
przedstawia sobą Natalię. Z tego właśnie powodu powinniście się już wszyscy
bardzo, bardzo bać.
Nie jestem
straszna. Może trochę. Może pod względem oczu. Bo oczy mam duże, zaskakująco
niebieskie, dość okrągłe, a jak je otworzę trochę szerzej, to podobno już
przypominają oczy Puszka ze Shreka – dlatego
kocham reakcje ludzi, jak tylko je wytrzeszczę tak porządnie, w totalnym
zdumieniu bądź przerażeniu. Jednak ich wielkość to nie wszystko, potrafię także
SPOJRZEĆ. Że umrzesz z miejsca, a moja pogarda oraz dezaprobata będą się
wwiercały w plecy tak długo, aż mi się nie znudzi.
Albo póki nie
spytasz, co mi zrobiłeś, zwracając mi uwagę tym samym, że znowu się zamyśliłam
i straszę biednych obywateli.
Jestem też
straszna z powodu pewnej anomalii przyrodniczej, która zachodzi w moim
organizmie. Podobno ludzie inteligentni się nie nudzą, ale ja nudzę się często.
Tylko tego nie widać, ponieważ wtedy jem – i się już nie nudzę. Jednak jem
zawsze, jak się nudzę, a ponieważ nudzę się często, to jem coraz częściej,
potem natomiast przychodzi pora na obiad, którym posiliłoby się dwóch krzepkich
młodzieńców; ja obalam go w pojedynkę. Na domiar złego regularnie chudnę w
najdziwniejszych okresach, zwykle wtedy, gdy ludzie jęczą, że znowu okropnie
przytyli.
To jest –
kobiety jęczą. Ciągle zapominam, że się zaliczam.
Niniejszym
wytrwale zmierzam do przemianowania szafy na stałe na rozmiar 36, ze zdumieniem
spoglądając na fatałaszki w rozmiarach 38 czy 40, które zaczęły ze mnie spadać.
Wniosek jest jeden – chcesz schudnąć, wpier… to znaczy jedz dużo.
No właśnie,
okropnie bluzgam. Nie jestem damą, to na pewno. Pani lekkich obyczajów, męski
narząd rozrodczy, różne pochodne uroczego wyrażenia „spadaj”, ostatnio
nadużywane angielskie „goddamit”,
cholera wie, skąd mi się to wzięło. Generalnie kiedy się zdenerwuję – a denerwują
się bardzo łatwo, choleryczka ze mnie – to wiązanki lecą a lecą, mogłabym
zrobić karierę jako szewc.
Taki sucharek.
Sucharki to
raczej opowiadam literackie, których potem nikt nie rozumie – natomiast tylko
dwie osoby nie mają w poważaniu moich prób wyjaśnienia tego wybornego żartu. Z czego jedna słucha do
końca, druga w połowie oznajmia „nienawidzę cię, Molenda”. Cóż, wzbudzam w
ludziach skrajne uczucia.
Specyficzne
poczucie humoru odziedziczyłam po części po mamie (chwała Stwórcy), a po części
po tacie (zabijcie mnie, pókim żywa i nie odarta z godności). W ogóle jestem
ich wybuchową, straszną mieszanką – niniejszym powstała sarkastyczna,
rozumiejąca durne żarty dziewczyna, która na święta dostaje broń palną lub
białą, krytykuje cały świat, pozostaje idealnie spokojna w sytuacjach
stresogennych, a w tych mniej nerwowych wścieka się z łatwością onieśmielającą
zwykłych zjadaczy chleba, wobec samej siebie jest zatrważającą pesymistką, a
jej niezdrowy optymizm objawia się w sytuacjach tak skrajnie głupich, że każdy
rozsądny człowiek załamuje nad nią ręce. I jeszcze mam kompleksy. Z których się
leczę, po czym znów w nie popadam, dostaję burę od przyjaciółki (pozdrawiam,
Kasiu), więc znowu dźwigam dupsko, by następnie… wziuuuum!, prosto poniżej
średniej krajowej.
Jestem przy
okazji bardziej nienormalna niż ustawa przewiduje. Zdiagnozowałam u siebie
poważne problemy psychiczne, między innymi roz… roz… rozmnożenie jaźni, o,
psychopatyzm (istnieje coś takiego? No, w każdym razie jestem psychopatką),
niezdrową samoocenę prowadzącą do autodestrukcji oraz nieuleczalne lenistwo.
Chwila, a to
jest choroba psychiczna?
Nieważne.
Poza tym
cierpię na syndrom zbyt wielu pomysłów, bym mogła je wykonać – lub bym była w
stanie je wykonać, bo manualnie to jestem katastrofą dziejową i nożyczki to z
daleka proszę, inaczej popełnię masowy mord na okolicznej ludności i to, wbrew
pozorom, wcale nie z premedytacją. Co mam na myśli? Pozwolę sobie zacytować
rozmowę:
„ – Upuściłam
drąga na biodro, nie mogę chodzić, boli!
– … Co
zrobiłaś?
– Upuściłam
drąga na biodro, jak stawiałam stacjonatę.
– Gdyby to nie
chodziło o ciebie, to bym nie uwierzyła, że się tak da”
No właśnie,
człowiek-wypadek tudzież człowiek-pomyłka albo i człowiek-autodestrukcja
melduje się na stanowisku. Jeśli przydarzyć się może nieprawdopodobne
zdarzenie, w większości przypadków pechowe, to na pewno przydarzy się mnie.
Nowe prawo Murphy’ego, czy coś. Na przykład – jeśli można przypalić wodę na
herbatę albo znaleźć w domu zepsutą zupkę chińską, to na pewno stanie się to u
mnie.
A że ta droga
była prosta, gładka oraz sucha, słup natomiast wielki, szeroki i prawie
krzyczał, że tam stoi, to jedna wielka bujda oraz spisek międzynarodowy, ot co.
Coś jeszcze?
Szczycę się umiejętnością zrobienia do jedzenia li i jedynie marnego spaghetti,
co pozwoli mi przetrwać apokalipsę zombie. Władam także bardzo dobrze miotłą,
patelnią, kotem oraz koniem. A co.
W ogóle to
trudno orzec, cóż ja jestem za twór. Bo z jednej strony cech dziewczęcych u
mnie mało – nienawidzę zakupów, nie plotkuję o chłopakach ani nie skamlę za
takowymi, niewiele we mnie gracji (kto się wywrócił na polonezie na studniówce?
No kto?), gram w gry komputerowe, czy raczej tylko w RPGi – ale są istoty,
które twierdzą, że jestem urocza, dziewczęca oraz posiadłam zdolność
interesowania sobą ludzi, przez co nieszczęśnicy chętnie spędzają czas w moim
towarzystwie.
What the kurwa fuck, aż się ciśnie na usta.
Pragnę
zdementować pogłoski, oznajmiając uroczyście, że urocza to ja jestem, jak się
schleję. Wtedy zmieniam się z powrotem w dwulatkę, która ciągle się śmiała
(strasząc obywateli jedynymi zębami, los chciał, że wyrosły mi najpierw kły.
Mały wampir + na wieczność lekko szpiczaste uszy, coś jest na rzeczy) i była ze
wszystkiego zadowolona. Na co dzień raczej zalicza się mnie do pospolitych hejterów, a w klasie nie boi się mnie ze
trzech może kolegów, dziękuję im za ten heroizm.
W istocie nie
jestem tak do końca hejterem. Po
prostu poziom inteligencji społeczeństwa spadł niżej niż ustawa przewidywała,
co z premedytacją wykorzystuję, plując ironią oraz sarkazmem na wszystko, na co
się da. Bo to takie śmieszne, jak nie potrafią odpowiedzieć składnie! Zamienia
się to jednak w tragi-komedię, kiedy nawet się nie zorientują, że ironizowałam…
Boli.
Och, no i
wszystkich poprawiam. Polak ma mówić po polsku, nie po polskiemu, o czym
przypominam często oraz gęsto, wprowadziwszy terror w domu, w klasie, w stajni,
nawet na niektórych imprezach rzucam radośnie „jeszcze raz powiedz „w każdym
bądź razie”, a rozpier… ci krzesło na łbie”, uśmiechając się dziewczęco.
Ponieważ nie
bardzo wiem, z której strony jeszcze szturchnąć kijem me zacne truchło, to
przejdę do stwierdzenia, że jaki pan, taki kram. Otóż gdzie pojawiam się ja,
nie potrafię nie powiedzieć dwóch słów o moich ukochanych zwierzątkach.
Zacznę od
tego, którego zwłoki właśnie rozkładają mi się malowniczo na tablecie do
rysowania, pochrapując i poświstując przez nos. Bury, taki pospolity pręgowany
kot. Kocica. Niezbyt duża, ostatnio troszkę przytyła, to nie wygląda jak duch.
PANIE, CO JA
CI ZROBIŁAM, ŻEŚ POKARAŁ MNIE TYM KOTEM.
To demon. Ma
na imię Shiva i każdej nocy zastanawiam się, czy nie wyje… jej przez okno. Jest
chora psychicznie. Jest nienormalna. Mogłabym się skarżyć i skarżyć, i skarżyć,
ale czegokolwiek bym nie powiedziała, nie uwierzycie. Nikt nie wierzy. Kasia
uwierzyła. Kasia musiała z tym potworem walczyć o życie oraz łóżko. Jak chcecie,
to jej pytajcie. Mnie nie uwierzycie. Bo to nie godzi się, żeby takie coś
istniało na tym padole łez. To musi być moja pokuta albo cokolwiek.
Co gorsza,
moje konie są równie poje…chane, ehem. Moje konie. Właściwie od tego roku mam
ich od cholery – tak gdzieś cały ośrodek pod Wrocławiem – ale za swoje uważam
pewną popier…dzieloną garstkę.
Na ten
przykład Magia. Koń, który staje dęba na życzenie (oraz nie-życzenie), rzuca
się na inne jednostki czterokopytne, zgrzyta zębami, kwiczy, obraża się,
startuje do pełnego galopu bez strzału ostrzegawczego i od czasu do czasu robi
mi łaskę, gryząc tego wroga, którego wskażę (historia oparta na faktach. I tak
nikt nie uwierzy).
Zaraz za nią
plasuje się Iliada. Koń, który, jak zdarzy się jej lekko zakuleć przez wypadek
na padoku, rusza na jazdę z miną wołającą „kuleję? TO NIC, CHODŹMY SKAKAĆ”. Nie
można na niej pojechać w teren, bo będzie skakała przez kępy trawy, kamienie,
dołki oraz cienie (w sumie na Magii też nie można, jak się nie jest mną, bo się
jej nie zatrzyma. Skubana reaguje tylko na głosówki, a to i tak tylko jeśli to
mój głos je wyda). A spróbuj tylko przy niej porozmawiać ze znajomym. A spróbuj
się do niej zbliżyć, jeśli nie jesteś uznawany za szlachtę. Pogarda i
zniesmaczenie zostaną rzucone. A już w ogóle to nie próbuj na nią wsiadać,
jeśli nie jesteś mną, bo będzie jeden wielki foch.
Potem jest
Ideał, który pozostaje nadal w miarę normalny. Błyskotliwy, przyjazny misiek,
lubuje się w rozbieraniu mnie, noszeniu za mną skrzynki, kradzeniu mi czapki z
daszkiem oraz wrzucaniu mnie łbem na płot, jak potrzebuję podsadzenia. Ale już
widzę u niego symptomy „należenia do Natalii”. Zaczął być paskudny dla innych
koni na jazdach, wszystkie moje wierzchowce robią się agresywne, cholery jedne.
Wreszcie
Hetman. Który chyba nie zorientował się, że jest koniem, i usilnie stara się
zostać moim psem. Ostatnio nawet chciał mnie złapać, kiedy prawie się wyrżnęłam
na ryj, biegnąc przy nim. Nie mogę mu jednak odmówić słodkości i urody – na tego
przynajmniej miło popatrzeć, nie to, co moje diablice dwie, cholery jedne,
kobyły przeklęte.
Jak ja je
wszystkie kocham.
Gdzieniegdzie
zwę się Nearyh, tak tajemniczo oraz hipstersko.
Było to niegdyś imię dla bohaterki, jednak nie mego autorstwa, a znajomej z
sieci, której przezwiska już nawet nie pamiętam. Ponieważ mi je podarowała –
przywłaszczyłam sobie bezczelnie. No i pojawiają się analogie z moim imieniem!
Jak na przykład… pierwsza litera, choroba.
Co jeszcze?
Już się spróbuję sprężyć.
Czytam
książki, oglądam mało ambitne filmy, uczę się tylko polskiego oraz historii
sztuki, żeby zdać maturę (oj, tak, w tym roku), piszę, strzelam z łuku, łażę po
domu w samych za dużych męskich koszulkach i od czasu do czasu wymykam się z
kimś na piwo. A potem z premedytacją obgaduję po nocy znajomych z mamą, która
zupełnie nie ma mi za złe, jak trochę za dużo wypiję. I słucham dziwnej muzyki –
gotyków jakichś, metali, symfonicznych, a do tego jeszcze klasyczna oraz
filmowa, ale z typu Two Steps From Hell.
Także do tej pory toczą się spory odnośnie mojego koloru włosów – muszę świat
rozczarować, są bardzo ciemnobrązowe, nie czarne.
Generalnie to
jestem po prostu psychopatką mieszkającą w domu wariatów – i, co przerażające,
na tym tle wypadam prawie jak normalna.
A tak ogółem
ja w pigułce, czyli co lubię, czego nie, wersja dla leniwych lub dociekliwych.
Niepotrzebne skreślić, może tak.
Znak zodiaku: panna. Uśmiać się idzie,
bo do pedantek to ja nie należę. W sensie sprzątać nie lubię. To jest… złe.
Zwłaszcza w moim pokoju.
Ulubiony kolor: niebieski. Jak niebo w
pogodny dzień albo woda w czystym morzu. Albo jeziorze. Dokładniej to chyba
szafirowy, tak.
Ulubione jedzenie: ziemniaki. Ej, nie
śmiać się, naprawdę. W każdej postaci oprócz placków ziemniaczanych. Jestem
prawdziwym koneserem!
Ulubiona pora roku: zawsze się tu ze
sobą spieram. Wiosna albo lato. Wiosną jest pięknie i cudownie, ale bywa
chłodno, w lecie za to jest ciepło i można pływać. Uznajmy więc, że obie pory
roku plasują się na tym samym miejscu.
Ulubione zwierzę: oprócz koni może, co?
Uwielbiam, kocham, czczę orki, delfiny, wieloryby, wszelkie ssaki wodne. No i
wilki. Wilki są świetne. Poza tym każdy czworonóg czy iletamsięnógtrafi jest
przeze mnie kochany. Nawet pająk. Póki nie zjeżdża po pajęczynie nad moją
twarz, wtedy się możemy pogniewać.
Ulubiony napój: sok pomarańczowy! I
okazjonalnie gorąca czekolada, ale na to muszę mieć nastrój. Taki… pod tytułem
„mam świat w dupie”, za przeproszeniem.
Ulubiona pora dnia: wieczór lub noc.
Nocą się bardzo śmieszne rzeczy pisze, próbowaliście kiedyś? Aczkolwiek w pół
do piątej nad ranem bywa już różnie. Ćwierkające ptaki nieco demotywują, choć
można przywyknąć.
Ulubione ciało astralne: ale sobie
kategorię wymyśliłam, no patrzcie. W każdym razie: jak na romantyczkę
przystało, lubię gwiazdy. Znaczy je polubiłam w pewnym momencie, historia
długa, nieważne. Ale najbliższy mi jest księżyc, bo bardzo do mnie podobny – ja
też się co chwila zmieniam, zupełnie jak on.
Ulubiona lekcja: język polski! I
angielski, w sumie. Informatyka też może być, przynajmniej na tym naszym
biednym licealnym poziomie (w tajemnicy zdradzę, że mogłabym uczyć naszą
nauczycielkę, ale cii. Nic nie słyszeliście!).
Ulubiona książka: bardzo lubię sagę o Septimusie Heapie pani Angie Sage, ale
pierwsze miejsce bezapelacyjnie trafia się trylogii (właściwie już sadze) Czarnych Kamieni pani Anne Bishop. Ja
też tak chcę umieć! No i oklaski dla cyklu Wiedźma
pani Olgi Gromyko, mistrzostwo narracji pierwszoosobowej.
Ulubiona piosenka: och, trudno
powiedzieć. Często mi się to zmienia, zależy od nastroju, ale mam dwie stałe
miłości. I podejrzewam, że się nie zmienią. Otóż: Hand Of Sorrow, Within Temptation i Life Is Beautiful, Sixx: A.M.
Ulubiony film: film, taaak? Ech, mało
ich oglądam. Może Avatar? Albo Jednorożec Nico, czy jakoś tak. Albo Legenda. Albo… nie, nie mam fioła na
punkcie żadnego filmu. Oprócz serii o Indianie Johnsie, on jest boski!
Ulubiona bajka: Magiczny Miecz! Och, cudowna i wspaniała, zawsze będę ją wielbić! A
oprócz tego wszystkie „stare” bajki Disneya i tak dalej, DreamWorksa też,
Columbii i co tam się trafi z tymi Mustangami
i Księżniczkami Łabędzimi. Z nowszych
chyba tylko Zaplątani oraz Jak wytresować smoka trafili w moje
gusta. Peszek.
Ulubiony kamień szlachetny: agat.
Podobno symbolizuje mój znak zodiaku, zresztą ma tyle kolorów i w ogóle jest
bardzo ładny. Taki mam kaprys, a co.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz