Anabde nadal
nie mogła złapać oddechu; nabrała dużego haustu powietrza i wypuszczała go
powoli, ale i tak miała problem z odnalezieniem normalnego, regularnego rytmu.
Z tym samym kłopotem borykało się jej serce walące w piersi niczym oszalałe.
Ułożyła wygodniej
głowę na miękkich, obleczonych barwionym jedwabiem poduszkach i uśmiechnęła się
błogo, wydając z siebie ciche mruczenie. Ciągle przeżywała doznania sprzed
chwili, wspominając je z drżeniem ciała.
Obróciła twarz
w stronę leżącego obok mężczyzny, nie zdejmując z twarzy uśmiechu. Przyjrzała
się mu błyszczącymi, trochę nieobecnymi oczami, po części zastanawiając się,
jak on to robi, że jest jej aż tak dobrze, a po części tylko delektując się
chwilą.
Nagle coś
wpadło jej do głowy; zmarszczyła czoło, zastanowiła się nad tym i wreszcie
uznała, że sprawa jest na tyle ciekawa, że nie powinna jej odwlekać. Obróciła
się na brzuch, po czym ułożyła ręce na torsie mężczyzny, krzyżując je i kładąc
dłonie na własnych ramionach.
W ten sposób
mogła wygodnie oprzeć się brodą o nadgarstek i zająć się odszukiwaniem jego
spojrzenia. Miał zamknięte oczy, więc postanowiła zwrócić na siebie jego uwagę.
– Sheridan? –
mruknęła, wstrzymując się z zadaniem nurtującego ją pytania aż upewni się, że
mężczyzna jej słucha.
Łowca najpierw
westchnął cicho, nie zareagowawszy na wiercenie mu się na torsie. Nie była
znowuż takim ciężarem, żeby przeszkadzała, ale skoro się odezwała, to musiała
czegoś chcieć. Zmarszczył lekko czoło i przesunął ręką po jej plecach.
– Mhm? –
odparł niewyraźnie i dopiero wtedy wysilił się z uchyleniem powiek; mimo że
wolałby na przykład pójść już spać, to jednak uśmiechnął się lekko.
Odszukawszy
spojrzenie lśniących, szarych oczu, jego własny wzrok trochę się ożywił, mogąc
zogniskować się na czymś konkretnym. Uniósł brew, czekając na następne słowa
nekromantki.
Wyglądało,
jakby nagle się zasępiła; uciekła spojrzeniem na jego tors, wyciągnęła ramię
nieco do przodu i zaczęła rysować opuszkami palców po skórze mężczyzny. Jeszcze
chwilę wahała się z zapytaniem o interesującą ją kwestię, upewniając się, że na
pewno chce znać odpowiedź.
Wreszcie
westchnęła i znów spojrzała mu w oczy, choć nie przerywała tworzenia
fantazyjnych linii na jego torsie.
– Ile kobiet
przede mną przeżyło? – zapytała zupełnie lekko i niefrasobliwie.
Normalne
kobiety czują się skrępowane, pytając kochanka o ilość partnerek w ogóle,
podczas gdy ona zainteresowała się, ile z nich uniknęło śmierci tonem, którego
równie dobrze mogła użyć, prosząc o informacje na temat pogody. Swoją drogą
nawet nie myślała o pytaniu o ilość tych zabitych – domyślała się, że dawno
stracił rachubę.
Wbiła w niego
wyczekujące, zaciekawione spojrzenie, jej palce na chwilę zamarły. Zaraz znów
zaczęły kreślić łuki i serpentyny, przesuwając się na jego ramię.
Mimo że przed
chwilą sprawiał wrażenie pogodnego, to teraz nagle przestał je sprawiać,
generalnie. Zmarszczył czoło, wyraźnie zaskoczony tym pytaniem, zmrużył
niezadowolony oczy i ostatecznie odwrócił wzrok, zawieszając go gdzieś na
ścianie.
Milczał długo.
Mogła się poczuć dość dziwnie, jakby ją zignorował, ale to chyba nie było to;
przed chwilą gładził jej ramię, teraz natomiast ręka leżała nieruchomo, lekko
napięta. Może zastanawiał się nad odpowiedzią. Może liczył. A może rozmyślał,
jak uniknąć wyjawiania jej czegoś takiego.
Nie, nie bał
się, że ona się przestraszy. Po prostu nie lubił samego faktu. Nie lubił tej
odpowiedzi w pewien dziwny, nie do końca mający wszystko z niechęcią wspólnego
sposób.
– Dwóch nie
chciałem zabić – skwitował wreszcie dość chłodnym głosem, nadal na nią nie
spojrzawszy.
Ona mimo tego
cały czas uparcie wpatrywała się w jego oczy, starając się znów złapać kontakt
wzrokowy. Uniosła brew, ale poza tym nie pokazała po sobie żadnego uczucia: ani
strachu, ani złości, ani żalu, ani zadowolenia.
Trudno było
powiedzieć, czy czuje ulgę na myśl o tym, że nie była pierwsza, czy raczej ją
to zirytowało. Może w ogóle nic nie poczuła.
– Och. Były
jakoś wyjątkowe? – zainteresowała się.
Choć zdała
sobie sprawę z tego, że temat nie jest dla niego najdogodniejszy, nie miała
zamiaru go porzucać. Później może już nie udać się jej uzyskać odpowiedzi, a
ich chciała.
– Pierwsza
była moim egzaminem, którego prawie nie zdałem. Opamiętałem się w ostatniej
chwili – stwierdził spokojnie, naprostowując, co też oznaczało, że zabić nie
chciał.
Chcieć a móc,
aż się nasuwa.
I nadal na nią
nie patrzył, jakby zniknęła, jakby znajdowała się w innym pokoju albo stała
obok łóżka. W jego oczach nie pojawiło się żadne konkretne uczucie.
– Przy drugiej
miałem jakąś dziwną nadzieję, ale… nie wiem, po prostu w pewnym momencie ją
zabiłem. Kiedyś nie do końca nad tym panowałem, byłem niecierpliwy – skwitował
prawie niedbale i nawet lekko wzruszył ramionami.
Nadal jednak
był dziwnie spięty. Nie podobała mu się ta rozmowa.
Chwilę nie
odpowiadała, tylko mu się przyglądając i zastanawiając się, którym tropem
podążyć. Wiedziała, że nie może wypytać o wszystko, chciała jednak dowiedzieć
się jak najwięcej.
– Dziwną
nadzieję – powtórzyła, zastanawiając się, czy odpowiednio interpretuje te słowa.
Dziwną
nadzieję na co? Że mógłby z nią żyć? Że mógłby ją pokochać, zamieszkać z nią w
jednym domu, spłodzić z nią dzieci? To zdawało się być irracjonalne, przecież
tak bardzo nie pasowało do jego wizerunku, jednak była w stanie uwierzyć.
– Żałujesz, że
jednak ją zabiłeś? – zapytała, przechylając lekko głowę i przymrużając oczy.
Odpowiedź na
to pytanie mogła jej naprawdę dużo powiedzieć; nie do końca wiedziała co, ale
nawet nie miała pojęcia, po co pyta, dlaczego pragnie tej wiedzy i jak chce ją
wykorzystać. Po prostu chciała wiedzieć.
Wreszcie na
nią spojrzał. Ze spokojem, niemalże chłodem, ale w jego oczach czaiła się
odpowiedź. Nie tyle odpowiedź na zadane pytanie, co odpowiedź na dziwną
nadzieję. Było tam jednak dużo cienia, dużo zmieszanych ze sobą wspomnień i
ideałów, którymi kierował się w życiu. Odpowiedź zapisano, ale przy pomocy
wielu martwych języków, jakich już nikt nie używał.
Potem znów
odwrócił wzrok, ale nie uciekając tak do końca. Ot, jakby znudziło mu się
patrzenie na nią.
– Nie. Była dokładnie
taka sama, jak cały świat. Na chwilę o tym zapomniałem – stwierdził spokojnie,
jakby go to nie ruszało, jakby mówił o naprawdę nieważnej osobie, a nie o
takiej, o której jednak nadal w pewien sposób pamiętał.
Nawet nie
drgnęła pod naporem jego spojrzenia; w tych okolicznościach, przy tego typu
temacie, tylko jeszcze bardziej ją zaciekawiło.
Mało o nim
wiedziała, tak naprawdę tylko to, co miała okazję sama zaobserwować. Pozostałe
sto pięćdziesiąt lat jego życia pozostawały dla niej zupełnie obce – często
zastanawiała się, co w sobie kryły. Trudno będzie to z niego wyciągnąć.
– Mhm –
mruknęła zdawkowo, jeszcze chwilę się mu przyglądając.
Wreszcie
oparła się na ramionach, podciągnęła do góry i uniosła dłoń, którą dotychczas
rysowała linie na jego torsie, by obrócić jego twarz w swoją stronę. Pocałowała
go krótko, ledwie muskając jego wargi, po czym położyła się wygodnie na
materacu, wtulając w ramię łowcy.
Nie oszukiwała
się: nie sądziła, by była inna od reszty świata. Dlaczego więc przeżyła – na to
pytanie nie mogła znaleźć odpowiedzi. Może po prostu, jak sam powiedział, teraz
lepiej nad tym panował; ponieważ zabicie jej mogłoby przynieść niechciane
konsekwencje, jak chociażby zemstę Aithne, bardziej opłacało się powstrzymać i
czerpać z relacji względne korzyści.
Nasuwała się
jednak kolejna wątpliwość. Przecież powiedział, że spróbuje, postara się coś
zmienić, żeby było między nimi dobrze – nie mógł obiecać podjęcia takiego
wysiłku ot tak, nie należał do osób bezinteresownych.
Zmarszczyła
czoło; były jeszcze te dziwne spojrzenia, uśmiechy, zachowania; chwile, które
zdawały się mieć w sobie... uczucie?
To wszystko
było dziwne. Ale nie powinna być zbyt naiwna, tak. Nie oczekiwać za dużo, nie
odbierać wszystkiego tak osobiście, nie okłamywać samej siebie, że to wszystko
coś znaczy. Może z biegiem czasu zrozumie powody i intencje. Póki co jest
dobrze.
– Dobranoc –
powiedziała cicho, opierając czoło o jego ramię i przymykając oczy.
Milczał
dłuższą chwilę; mogłoby się zdawać, że zasnął, puścił rozmowę w niepamięć i
generalnie stracił ochotę na przebywanie w jej towarzystwie. Tylko ręki z jej
ramion nie zabrał, dalej poniekąd obejmując, ale też jakby robił to, bo tak z
rozpędu.
– Dobranoc –
odparł wtedy, dość niewyraźnie, najwyraźniej podejrzewając, że kobieta już
zasnęła, w końcu co jej broniło.
Przekrzywił
głowę, układając ją tak, by móc wtulić twarz w jej włosy; odetchnął głęboko,
jednak cicho, chyba nie chcąc ją obudzić, na wypadek gdyby miała płytki sen.
Przesunął obejmujące ramię, by wygodniej ją przy sobie przytrzymać.
Dopiero wtedy
się rozluźnił, zamykając oczy i odczuwając zmęczenie po naprawdę intensywnej,
kłopotliwej przez większość czasu nocy. Z pewną irytacją odsunął od siebie
zastanowienie nad własnym zachowaniem, pobudzone dodatkowo odbytą przed chwilą
rozmową.
Po prostu się
uspokoił, chociaż część jego trochę się obawiała, że znowu wkraczał w tę samą
pułapkę, co kiedyś. Dziwne to było, ta nieśmiała nadzieja w nim.
Doskonale
zdawała sobie sprawę z tego, że na razie nie zaśnie. Ziewała, przeciągała się,
przymykała zmęczone powieki, ale zasnąć nie zaśnie – bardzo irytująca sprawa,
zwłaszcza dla takiego miłośnika snu, jak Leanelle.
Promienie
słońca wdzierające się przez ciężkie, niedawno zasunięte przed Caleba kotary
przypominały, że wstaje nowy dzień; świadomość tego, że pary, które niedawno
opuściły pokój, z pewnością... znalazły sobie odpowiednie zajęcia (no, Leanelle
była pewna jednej pary, ale pozostałe dwie też miały niepokojące skłonności),
nie pomagała. Dlatego nie zaśnie.
Otuliła się
już kocem, naciągając go aż pod brodę, usadowiła wygodnie na kanapie, z nogami
złożonymi na siedzeniu w siadzie krzyżowym, i postanowiła czekać. Gdy minie
godzina, miłośnicy nocnych (i porannych) łóżkowych atrakcji powinni już spać, a
ona będzie wystarczająco wyczerpana, by paść pomimo jasności bijącej zza okien.
Hessan złożył
się w kłębek na kanapie, przymykając złociste powieki i szybko zapadając w sen.
Leanelle głaskała go opuszkiem palca po łebku, a smoczek mruczał z
zadowoleniem; gdy tylko próbowała przestać, milknął i otwierał jedno oko, by
łypnąć na nią złowrogo. Pokonana kontynuowała pieszczoty; należało mu się,
skoro podczas zlecenia ani razu nie wpakował nikogo w kłopoty, tylko dzielnie
trzymał się ubocza.
Niespodziewanie
stworzonko uniosło łebek i zamarło, wpatrując się w nieokreślony punkt na
ścianie. Gdy rozmawiający Caleb i Aidan ucichli, Leanelle usłyszała to, co tak
zainteresowało jej podopiecznego – ciche skrobanie i tupanie maleńkich łapek.
Dziewczyna
uniosła zaskoczona brew, gdy Hessan jak poparzony zerwał się z kanapy i wzbił w
powietrze, dając nura pod jedną z szafek. Uszu zebranych dobiegł przeraźliwy
pisk, a następnie nieprzyjemny chrzęst; gdy smok wyszedł spod mebla, trzymał w
pyszczku nieżywą mysz.
Ruszył dumnym
krokiem w stronę kanapy z wyraźnym zamiarem spożycia posiłku na skórzanym
siedzeniu.
– Fu, idź
sobie stąd – zganiła go natychmiast pańcia, odstraszając energicznym ruchem
dłoni.
Smok prychnął
urażony, po czym oddalił się do kąta. Rzucił zdobycz na ziemię, przesunął ją
łapą najpierw w jedną stronę, potem w drugą, powąchał, a wreszcie zabrał się za
jedzenie.
– Taka
wypasiona rezydencja, a myszy harcują – mruknęła krytycznie Leanelle.
Spodziewałoby
się, że w tak bogatym miejscu dbają o usuwanie szkodników.
– Może
powinieneś posprzątać w swojej torbie – podsunął Aidan, szybko odwróciwszy
wzrok od Hessana, jednak trzask łamanych kosteczek nadal w pokoju rozbrzmiewał;
popatrzył za to oskarżycielsko na Caleba.
– Moja torba
jest bardzo czysta – sprzeciwił się myśliwy, wzruszając lekko ramionami. – W
największej mierze zajmują ją fatałaszki Lei – postanowił jeszcze poinformować.
– Fetyszysta –
mruknął cichutko Aidan, nadal łypiąc na towarzysza krytycznie.
– Przynajmniej
nie są różowe i bardzo skąpe – zauważył, uśmiechając się pod nosem z
rozbawieniem, podczas gdy chłopak prostował się zaskoczony, zdezorientowany
tym, że myśliwy go usłyszał.
– Wyglądasz na
spokojnego człowieka – poskarżył się biedak, garbiąc lekko ramiona.
– Jestem
bardzo spokojny. Wiecie może, jaki jest nasz następny cel? – spytał ni stąd, ni
zowąd, słowa tym razem kierując także do Leanelle.
Aidan pokręcił
głową, co Caleba specjalnie nie zdziwiło. Ten chłopak nie orientował się w
rzeczywistości wystarczająco dobrze, by był pomocny.
Rozmowa
zdecydowanie nie pokierowała się na odpowiednie tory; gadanie o skąpych
strojach, które nie dość, że rzekomo miały należeć do niej, to jeszcze
znajdować się w torbie myśliwego, mocno ją zdezorientowało. A w tym wszystkim
zawstydziło, czy może lepiej – wzbudziło w niej pewien niepokój.
Dlatego
naciągnęła koc aż na nos, tak, że wystawały spod niego tylko duże, fiołkowe
oczy i czubek głowy. Miała nadzieję, że przestaną na nią zwracać uwagę, ale
najwidoczniej trudno było zapomnieć o jej egzystencji; wyglądało na to, że
trzeba się odezwać.
– Pytałam
ostatnio Anabde – zaczęła, by zorientować się, że koc zagłusza jej głos.
Caleb może i
by zrozumiał bełkot, ale nie chciała wyłączać z rozmowy Aidana, zsunęła więc
materiał z powrotem pod brodę. Powtórzyła wypowiedziane słowa i dopiero wtedy
kontynuowała:
– Powiedziała,
że na razie nie mamy żadnych planów. Czekamy na zlecenia – wyjaśniła, po czym
zerknęła krótko to na jednego, to na drugiego i znów zakryła pół twarzy
kocykiem.
Wprawdzie
zaraz zacznie brakować jej powietrza, ale trudno.
– Doskonale –
ucieszył się nader umiarkowanie Caleb.
– A co,
zmęczyłeś się pracą? – zainteresował się z szerokim uśmiechem Aidan, skinąwszy
głową Leanelle w podziękowaniu.
– Nie.
Jesteśmy całkiem blisko mojego domu – pospieszył z wyjaśnieniami myśliwy,
przymrużywszy lekko oczy; odwrócił głowę, wzrok zawieszając na widokach za
oknem.
– Twojego
domu? – powtórzył w pierwszym odruchu chłopak, szybko jednak przypomniał sobie,
co też może mieć mężczyzna na myśli. – Chodzi ci o miejsce, w którym zostawiłeś
narzeczoną? – spróbował się upewnić, bo trudno nazwać domem budynek, gdzie
przebywa się ledwie kilka razy do roku.
– Nie jest
zwierzęciem, żeby ją gdziekolwiek zostawiać – skwitował nieco mniej przyjaznym
głosem Caleb, obrzuciwszy Aidana nieprzyjemnym spojrzeniem.
Chłopak chwilę
siedział zdumiony, nie rozumiejąc, skąd ta złość. Nie wpadłby na to, że myśliwy
jest tak drażliwy na punkcie narzeczonej.
– I gdzie to
dokładnie jest? – ciągnął dalej, woląc nie zagłębiać się w dyskusję odnośnie
zezwierzęcenia kobiety.
– Brenthor –
odparł krótko, wzruszając ramionami.
– Obraziłeś
mnie? – spytał niepewnie Aidan, nie zrozumiawszy, o czym myśliwy właściwie do
niego mówi.
– Tak nazywa
się miejscowość – wyjaśnił cierpliwie mężczyzna, unosząc kącik ust w nieco
rozbawionym uśmiechu.
– Tylko cię
sprawdzałem – uprzedził zmieszany Aidan.
Leanelle
uśmiechnęła się z rozbawieniem, ale tego przecież nie mogli zobaczyć.
Hessan właśnie
skończył posiłek, oblizał pyszczek z zadowoleniem i ruszył raźnym marszem do
swojej pańci. Wskoczył na kanapę i otarł się bokiem o nogę Leanelle z głośnym
mruczeniem; dziewczyna zaszczyciła zwierzątko tylko krótkim zerknięciem.
Hessan
prychnął i znów położył się koło niej, tym razem rozkładając się na boku i
prostując łapki, przez co wyglądał, jakby zdechł. Ten widok sprawił, że
Leanelle parsknęła cichym śmiechem, powracając do głaskania stworzonka tym
razem po wystawionym brzuszku.
– Pewnie nie
będą mieli nic przeciwko temu, żebyśmy zahaczyli o Brenthor – uznała spokojnie,
nawet na rozmówców nie patrząc; mieniące się brązem i złotem łuski
podopiecznego były ciekawsze. – O ile nas nakarmisz – dodała zaraz,
uzmysłowiwszy sobie, że dawno nie miała okazji zjeść prawdziwego, domowego
obiadu.
Dlaczego nie
skorzystać?
Caleb
uśmiechnął się pogodnie, spojrzawszy na dziewczynę krótko. Nie wyglądał na
oburzonego postawionym warunkiem; prawdę mówiąc, sam planował zaproponować
całej grupie zatrzymanie się u niego. Może dom nie był rezydencją, ale by się
pomieścili.
– Nie będzie z
tym żadnego problemu – stwierdził spokojnie. – Vivienne świetnie gotuje –
dodał, znów zapatrując się w okno.
– I w ogóle
ósmy cud świata? – mruknął z pewnym sceptycyzmem Aidan, przyglądając się Calebowi
trochę dziwnie; patrzenie na niego jak na śmiertelnie zakochanego człowieka
było specyficznym doświadczeniem, bo nigdy by nie przypuszczał, że mogą w nim
siedzieć takie uczucia.
Myśliwy
uśmiechnął się w odpowiedzi, ponownie wracając spojrzeniem do towarzyszy; wzrok
zawiesił na chłopaku, tym razem nie będąc urażonym komentarzem.
– Zrozumiesz,
jak ją zobaczysz – ogłosił wszem i wobec.
– Już
myślałem, że jak dorosnę – parsknął Aidan.
Potem
zmarszczył czoło, czując na sobie chłodniejsze spojrzenie towarzysza,
gorączkowo zastanowił się nad tym, co powiedział, i aż sobie sapnął z niejakim
przerażeniem. Bujnął się na krześle, machając nerwowo rękoma w geście
zaprzeczenia.
– Nie no, nie
o to chodziło, kurczę – pokajał się błyskawicznie.
Zamrugał
zdezorientowany, kiedy Caleb parsknął cichym, lekko zachrypniętym śmiechem i
pokręcił głową.
– O zgrozo –
wymamrotała Leanelle, teraz już cała chowając się pod kocem, łącznie z czubkiem
głowy.
W swoim
schronieniu odetchnęła głęboko kilka razy, uznając, że musi się przecież
przyzwyczaić do dwuznacznych wypowiedzi i podtekstów. Ale mogliby wziąć ją pod
uwagę i serwować je powoli, a nie strzelać jak Caleb z łuku!
Wyczołgała się
więc z koca (jakimś cudem udało jej się w niego zaplątać. Tak całkiem. Nie
wiedziała, gdzie jest góra, a gdzie dół, ale odkryła rozwiązanie problemu, nim
zrobiła sobie krzywdę) i spojrzała najpierw na jednego, a potem na drugiego
pana.
– Jeśli
świetnie gotuje, to jest ósmym cudem świata, przecież to oczywiste – mruknęła;
no tak, każdy ma swoje priorytety.
Jej chodziło w
życiu głównie o jedzenie i spanie.
– Słuchaj
mądrej kobiety, młody – poparł bez wahania dziewczynę Caleb, kiwając z aprobatą
głową.
– I co, ona
tam tak mieszka, podczas gdy ty rozbijasz się z podejrzanym elementem po całym
Lostarze? – zainteresował się Aidan; nie miał pojęcia, jakimi prawami rządziły
się stałe związki, ale nawet jemu wyglądało na to, że wszystko opiera się na
wariackich papierach.
– Do tej pory
w sezonie przebywałem w określonych, wcześniej zaplanowanych regionach – odparł
myśliwy, poważniejąc trochę. – Dostawałem zlecenia bądź też prowadziłem niedużą
sprzedaż własnych wyrobów.
– Na przykład
sukienek? – nie wytrzymał Aidan, uśmiechając się szeroko.
– Na przykład
skórek, niektórych rodzajów broni, maści i tym podobnych – sprecyzował
spokojnie Caleb. – Poza sezonem starałem się zostawać jak najdłużej w domu, ale
nie zawsze się udawało. A ta cała sytuacja jest przez to, że Cador prawie dał
się pokroić na plasterki w imię swojej miłości – podsumował z lekką ironią, ale
nie odbiła się ona w oczach; bo mężczyzna doskonale przyjaciela rozumiał i
wiedział, że sam postąpiłby równie lekkomyślnie na jego miejscu.
– I ona nic
nie wie, co? – odgadł Aidan, oparłszy głowę na dłoni.
– Dałem jej
znać, że tym razem mój powrót się opóźni. Odwiedzinami chcę jej zrobić
niespodziankę – stwierdził, uśmiechając się lekko.
Leanelle
zdawała się odpłynąć do innego świata, choć cały czas z uwagą słuchała rozmowy.
Ziewnęła, potem położyła się na kanapie w pozycji embrionalnej i oparła głowę o
niski podłokietnik. Owinęła się bardzo szczelnie kocem, powstrzymała kolejne
ziewnięcie i uznała, że raczej tu zostanie. Nadal jednak nie spała, otwarte
oczy ciągle śledziły towarzyszy.
Hessan
prychnął, gdy został zepchnięty nieco dalej na kanapie; łypnął na swoją pańcię,
a potem podszedł bliżej i położył się przed nią, na wysokości jej brzucha.
Wczołgał się pod koc, wystawiając na światło dzienne tylko łebek, i szybko
zasnął.
– No, jak
zobaczy całe to towarzystwo, to z pewnością będzie więcej niż zaskoczona –
uznała, uśmiechając się z rozbawieniem. – Żeby tylko nie uciekła z krzykiem. Ja
bym tak zrobiła na jej miejscu – dodała, przypominając sobie chwilę, w której
poznała całą ekipę.
Tak, nadal nie
rozumiała, dlaczego wtedy nie zrobiła zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni i nie
spieprzyła.
– Skoro nadal
nie uciekła ode mnie, to nic jej nie przestraszy – odparł po prostu Caleb,
uśmiechając się lekko, trochę nieobecnie.
Aidan
przyglądał się mu przez chwilę uważnie, by ostatecznie westchnąć z pewnym
zdumieniem. Do tej pory widział go jako człowieka twardego, konkretnego,
nierzadko złośliwego czy uszczypliwego, w dodatku bardzo skutecznego i o
olbrzymich umiejętnościach.
Teraz patrzył
mu w oczy i pierwszy raz widział w nich tyle ciepła, sporo tęsknoty, najwięcej
miłości. Ten facet był zakochany po uszy i Aidan nie potrafił w to uwierzyć, bo
w pewien sposób nie pasowało mu to do całości Caleba. A jednak się dało.
Pokręcił lekko
głową z niedowierzaniem. Musiał być cholernie zaborczym narzeczonym przy tak
gorącym uczuciu. Z drugiej strony widywał się z tą całą Vivienne raz na rok,
jak dobrze poszło. I jak ten związek w ogóle istniał?
– No tak,
trudno zaprzeczyć – zgodziła się Leanelle, trochę rozbawiona.
Jej słowa
zabrzmiały jednak sennie; zdążyła już przymknąć powieki i wygodniej ułożyć
głowę, mrucząc przy tym z niezadowoleniem. Poprawiła się na kanapie, naciągnęła
kocyk, który trochę się zsunął, i postanowiła, że równie dobrze może się
przespać tutaj.
Przynajmniej
nie będzie się martwić, że trafi na nieodpowiednich sąsiadów.
Postarał się
wejść do pokoju cicho, wiedząc, że nie wszyscy lubią zrywać się skoro świt –
albo tym razem po ledwie kilku godzinach snu. Natomiast w jego przypadku
wchodzenie gdziekolwiek po cichu oznaczało poruszanie się bezszelestnie w
idealnym stopieniu z otoczeniem.
Pora była dość
późna, to jest zaczynały się godziny popołudniowe. Należało się szykować do
wyjazdu, ale myśliwy nie przywykł do budzenia kogokolwiek. Dlatego po
przekroczeniu progu zorientował się tylko, czy Leanelle jeszcze śpi.
I nie pomylił
się, leżała zwinięta w kłębek na kanapie, koc częściowo się z niej zsunął.
Caleb uśmiechnął się łagodnie, jak dorosły na widok urokliwego dziecka,
podszedł do stanowiska dziewczyny ostrożnie i przykrył ją z powrotem, uważając,
żeby nie rozdrażnić również drzemiącego Hessana. Rączki miał sprawne, zatem
dokonał tego bez alarmowania całej rezydencji.
Potem usiadł
na tym samym krześle, co rano, założył niedbale nogę na nogę i zapatrzył się w
okno, skrzyżowawszy ręce na torsie. Mógł w jednej pozycji wytrzymać długie
godziny i względnie nie zwracać uwagi na otoczenie, zatem po prostu poczeka, aż
ktoś się obudzi. On czuł się rześki i wypoczęty, dla niego kilka godzin snu nie
było najmniejszym problemem, nawet jeśli kładł się wyczerpany.
Z jego
szacowań wychodziło, że czekał na ruszenie się sytuacji pół godziny, może
czterdzieści minut. Zarejestrował kątem oka przybycie kolejnej osoby i nim
zdążył poprosić o zachowanie ciszy ze względu na Leanelle, nastąpiła
apokalipsa.
Czyli do
pokoju weszła Ariene. Po przebudzenia. Kto żyw, do broni! Albo w nogi.
Wiedźma
chciała wesprzeć się o framugę, ale jej się nie udało, straciła równowagę i
potknęła się w progu. Wiązanka, która jej się wyrwała, zażenowała trochę nawet
Caleba, jednak zakończona została tradycyjnym:
– Kurwa
pierdolona jego mać!
Myśliwy,
rozpoznawszy w gościu Ariene, porzucił jakąkolwiek nadzieję na poproszenie o
ciszę. Już się nauczył, że rano najlepiej jak najmniej przy wiedźmie żyć, żeby
swą marną egzystencję utrzymać. Dlatego tylko śledził ją spojrzeniem, naiwnie
wierząc, że Leanelle, jak się zaraz obudzi, dostosuje się do jego taktyki.
Tymczasem
wiedźma podła zasiadła przed stołem, przeklęła jeszcze trzy razy, bo uderzyła
się w kolano, i postawiła na blacie mieszek. Po czym szarpnęła za woreczek i z
głośnym brzękiem wysypała jego zawartość.
Caleb
westchnął, ale westchnienie zamarło mu w piersi, kiedy padło na niego
spojrzenie Ariene. Dawno nie miażdżyła go aż tak bardzo, a robiło to wrażenie.
Gdy
niespodziewany hałas przerwał Leanelle sen, obudziła się z cichym, przerażonym
piskiem, szeroko otwartymi oczyma i o kłującym strachem sercu. Odruchowo
napięła się i skuliła jeszcze bardziej na kanapie, oddychając głęboko i
czekając na nadejście horroru; dopiero po kilku minutach dotarło do niej, że
ostatnie trzy lata życia nie były snem. Przypomniała sobie, że leży na kanapie
w rezydencji, otoczona przyjaciółmi i względnie nic jej nie grozi.
Mimo tego
słyszała ciche, a tak przerażające „Nelle”, jakby jej oprawca stał nad nią i
szeptał jej do ucha. Odruchowo sięgnęła dłonią do biodra, przyciskając palce do
ukrytej pod ubraniami blizny; przygryzła wargę i nakazała sobie spokój.
Powoli
podniosła się do pozycji siedzącej, mocno trzymając kocyk, by przypadkiem nie
odkrył chociażby skrawka jej ciała. Wreszcie wtuliła się plecami w oparcie
kanapy, żałując, że nie może w nim zniknąć; powiodła nadal niespokojnym
spojrzeniem po Ariene i Calebie.
Nie lubiła
takich pobudek. Serce ciągle trochę bolało, chociaż rytm jego bicia powoli
wracał do normy; najgorsze jednak było to, że na krótką chwilę uwierzyła, iż
nadal jest w domu. Przypomniał jej się jeden z najgorszych poranków i była
przekonana, że przyjdzie jej go przeżyć na nowo. Rzeczywistość przyjęła z
prawdziwą ulgą.
Mimo tego była
zbyt przestraszona – i prawdopodobnie całe szczęście – by mruknąć chociażby
„dzień dobry”. Skuliła się, pochyliła ramiona i wbiła spojrzenie w blat stołu,
czekając, aż może będzie potrzebna. Póki co rola powietrza bardzo jej
odpowiadała.
Caleb spojrzał
na Leanelle krótko, zauważywszy nerwową reakcję. Jednak nie wolno było
spuszczać wzroku z rozjuszonej bestii, dlatego znów skupił się na Ariene. Jeśli
zachowa czujność, zdoła uskoczyć, kiedy wiedźma rzuci się mu do gardła.
W następnej
chwili bardzo pożałował nieporadnego ucznia Cadora, aż wykrzywił ze smutkiem
usta, kiedy chłopak ochoczo wmaszerował do pokoju.
Aidan pomachał
zebranym, uśmiechając się szeroko, ale ponieważ Ariene nie mogła go widzieć,
pochylona nad liczonymi pieniędzmi, postanowił się do niej odezwać:
– Hej, Ari! –
zawołał pogodnie, przymrużając radośnie błyszczące niebieskie oczy; zdawało
się, że jest całkowicie nieświadomy kłopotów.
W tym też
momencie wiedźma zmiażdżyła nieszczęśnika spojrzeniem, przyszpiliła go do
ściany i prawie obdarła ze skóry. Aidan zastygł, wstrzymując oddech, uniesiona
do machania ręka zadrżała i opadła. Caleb natomiast westchnął, raczył wzruszyć
ramionami i w milczeniu wskazać ruchem głowy miejsce, na którym chłopak mógł
usiąść.
– Czy coś
się…? – zaczął niepewnie Aidan, przenosząc zmartwiony wzrok na ogół.
– Milcz, jeśli
ci życie miłe – przerwał mu myśliwy, chyba ratując biedakowi życie; tym oto
sposobem skupił na sobie cały gniew wiedźmy.
Wytrzymał
mordercze, naprawdę straszne spojrzenie, odetchnąwszy głęboko i rozluźniwszy
mięśnie. Za dużo obcował z dzikimi zwierzętami, żeby nie wiedzieć, jak sobie z
tą chodzącą podłością poradzić.
– Ja też cię
uwielbiam, podła wiedźmo – wyznał jej z niefrasobliwym uśmiechem, przymrużając
pogodnie oczy.
Ariene
zawarczała jak rozjuszony wilk, i to tak wiarygodnie, że w pierwszej chwili
chyba każdy dałby się nabrać. Potem natomiast powróciła do przerwanej pracy,
racząc zignorować wszelkie istnienie w swoim otoczeniu.
Aidan
przycupnął obok Caleba, gdzie czuł się względnie bezpieczny.
– Pokłóciła
się z Cadorem? – szepnął do myśliwego, mając nadzieję, że kobieta go nie usłyszy,
bo bał się jej w tym momencie jak mało kogo.
– Nie,
obudziła się – odparł półgębkiem Caleb, obserwując największy postrach drużyny
z samego rana ze spokojem.
– Aha? –
wydusił zdumiony Aidan, spoglądając na Ariene tak, jakby wyrosła jej druga
głowa i motyle skrzydełka.
– Nie chcesz
wiedzieć – uświadomił mu Caleb. – Czasami Cadorowi współczuję, a czasami myślę,
że sobie w pełni zasłużył – zawyrokował dość bezlitośnie.
Chciałoby się
powiedzieć „o wilku mowa”, gdy krytykowany właśnie pan postanowił zawitać do
salonu. Sprawiał wrażenie przesadnie zadowolonego z życia; nie było tego widać
na pierwszy rzut oka, ale ktoś, kto go zna, dostrzeże nietypowy błysk w
jasnozielonych oczach.
Wyłoniwszy się
zza rogu, zwolnił kroku, by przypatrzeć się obecnym – gdy dostrzegł Ariene,
najpierw uśmiechnął się szerzej, później jednak nabrał zrozumiałej ostrożności.
Kiedy kontynuował swą podróż do kanapy, zdawało się, że idzie ciszej. Trochę
wtopił się w tło, sprawiając, że trudno było zwrócić uwagę na jego nadejście.
– Dzień dobry
– rzucił miękkim głosem, niespecjalnie głośno, jakby właśnie obcował z ludźmi o
naprawdę dużym kacu, takimi, którzy słyszą, jak trawa rośnie, a farba łuszczy
się na ścianach.
Usiadł na
jednym z foteli bardzo rozluźniony, może nie zdając sobie sprawy z zagrożenia,
jakim była wściekła, dopiero co obudzona Ariene. Ale nie, chyba wiedział;
zerknął na nią, przyjrzał jej się dokładniej (jednak spojrzeniem bardzo
dyskretnym, żeby go nie ofuczała za nachalność) i wreszcie uniósł kącik ust w
uśmiechu.
Caleb
popatrzył na Cadora żywiej zainteresowany, ale nie dokończył żadnych
obserwacji, bo jego uwagę skupiła na sobie Ariene.
Wiedźma
najpierw podskoczyła, upuściła trzymane w dłoni przeliczone pieniądze,
zamrugała, a potem zasyczała rozjuszona i zasztyletowała obrońcę okrutnym,
wprost bezlitosnym spojrzeniem wytrawnej morderczyni.
– I coś znowu
zrobił? – warknęła na niego głosem ociekającym furią.
– No to trup –
bąknął cichuteńko Aidan, zjeżdżając niżej na swoim krześle, by zniknąć i
przepaść w miarę szybko.
– E, dziś
chyba pójdzie dobrze – zaryzykował tezę Caleb, przymrużając oczy, kiedy
przyglądał się swoim przyjaciołom wnikliwie.
Panu myśliwemu
nic nie mogło umknąć, a im dłużej na nich patrzył, tym bardziej interesujące
obserwacje odnotowywał w myślach. Ciekawe, czy to ułatwi grupie funkcjonowanie
z samego rana.
Jest bardzo
dużo rzeczy, które można powiedzieć o Cadorze Reamonnie. Nikt nie zaprzeczy na
przykład, że jest odważny. Odwaga ta czasami zamienia się w ryzyko, a jego
samego nazywają wariatem. Dlaczego? Postanowił dać temu świadectwo.
– Wybacz –
odpowiedział od razu, nadal niespecjalnie głośno, głosem niskim i przyjemnym
dla ucha.
Spojrzenie,
jakim obdarzał wiedźmę, nabrało intensywności, uśmiech stał się bardziej
niepokojący. Wreszcie wstał i podszedł do fotela Ariene, pochylając się nad nią
i opierając dłonią o podłokietnik mebla. Zerknął na monety, potem schylił się,
by podnieść kilka tych, które upadły na podłogę; całość sumy zebrał na blacie w
stosik tuż pod nosem kobiety.
– Pomóc ci? –
zainteresował się miło, choć półszeptem, bardzo mimochodem przesuwając dłonią
po jej plecach.
Jeśli ktoś to
zauważył, to może tylko Caleb.
– Zginie –
szepnął Aidan z przerażeniem, bo jednak chodziło o jego nauczyciela.
Myśliwy
uśmiechnął się pod nosem; dla niego w jednej chwili wszystko stało się idealnie
jasne i klarowne. Ciekawe, jak bardzo Cador stawał na głowie nad ranem, żeby
ogarnąć niezdecydowaną, uparcie nieświadomą wiedźmę.
Ariene
zgrzytnęła zębami i spojrzała na obrońcę przeciągle, jakby szacowała, co mu urwać
pierwsze. Przy samej dupie, oczywiście. Wreszcie sapnęła wyraźnie zirytowana
pod nosem i powróciła do liczenia pieniędzy.
– Dzielę po
równo dla każdego – zakomunikowała oschłym głosem, ale już nie tak morderczym,
jak przed chwilą.
Aidan zdębiał.
– Ten cud
trzeba zgłosić kapłanom – wymamrotał, wytrzeszczając oczy, usta też rozdziawił
głupkowato. – Silthe musiał interweniować.
– Ja bym to
nazwał działającymi cuda rączkami Reamonna – rzucił pod nosem Caleb, opierając
łokieć na stole, przy którym siedział, a głowę na dłoni.
Aidan
popatrzył z jeszcze większym brakiem zrozumienia na myśliwego.
Cador usłyszał
ich rozmowę; spojrzał na obu, zdawałoby się dość karcąco, ale po chwili
uśmiechnął się z rozbawieniem i wzruszył ramionami. No co.
Ariene nie
odpowiedział; gdy wrócił do niej spojrzeniem, uśmiechnął się tylko cieplej i
postanowił, że czas wrócić na swoje miejsce. Mimo wszystko wiedźma z rana była
groźna.
Siadł na
fotelu, wyciągnął przed siebie nogi i skrzyżował ramiona na torsie, odchylając
głowę; tak wygodnie. Jakoś nie spieszyło mu się do rozmów; wolał w ciszy
poczekać na nadejście reszty. Znając Aithne, gdy tylko się pojawi, cisza
zostanie w brutalny sposób zamordowana.
A tu lipa, bo
upadła stanęła w progu, nie odezwawszy się wcześniej, oparła się o framugę i
zajrzała do środka z dziwną nadzieją. Widząc takie tłumy, aż sobie jęknęła,
zwieszając z pewną rezygnacją głowę.
Aidan już
chciał się z nią przywitać, ale nie spodziewał się, że Aithne obejrzy się za
siebie z niezadowoleniem wymalowanym na twarzy, mrużąc wyzywająco oczy.
– Dobra,
wygrałeś – sapnęła zirytowana i dopiero wtedy weszła do środka, krzyżując ręce
na piersiach.
– Mówiłem ci
od początku, śpiochu – przypomniał rozbawiony Errian, przekraczając próg tuż za
rudym potworkiem, na jego ustach tańczył pogodny uśmiech.
Trochę się mag
jednak wycofał na widok Ariene. Poszukał spojrzeniem informacji, jaki stan na
froncie, na co Caleb uniósł kciuk, postanawiając nie zmuszać nikogo do
odezwania się, co jeszcze mogłoby być katastrofalne w skutkach.
– Nie jestem
śpiochem – warknęła gdzieś z boku Aithne, obserwując wiedźmę czujnie.
– No tak,
tylko mi się zdawało – przyznał jej od razu rację Errian, po czym wyciągnął do
upadłej dłoń. – To jak będzie?
– Cholerny
szlachcic – prychnęła pokonana upadła i sięgnęła do torby, którą przytargała ze
sobą, szukając pieniędzy. – Proszę, masz te swoje trzy srebrniki – syknęła
zirytowana.
– Ślicznie
dziękuję – odparł, uśmiechając się do niej ciepło.
Na Aithne nie
do końca to podziałało, posłała mu nieprzyjemne spojrzenie. Oboje jednak stali
w swoim pobliżu, bojąc się wkraczać w obszar rażenia podłej wiedźmy.
Leanelle
uniosła na nowoprzybyłych zdziwione spojrzenie, obliczyła stopień
prawdopodobieństwa i doszła do druzgoczącego wniosku, że Aithne i Errian mogli
nie spotkać się na korytarzu, idąc do salonu. Mogli wyjść z jednego pokoju.
Przecież korytarz nie był na tyle długi, by zdążyli porozmawiać i się o coś
założyć; dodatkowo trochę się zdradzali.
Rozszerzyła ze
zdumienia oczy – znaczy, nie, żeby nie podejrzewała, ale i tak dziwnie – i
skuliła się na swoim siedzeniu jeszcze bardziej.
No pięknie.
Skoro teraz i Anabde, i Aithne, i z tego co widać Ariene mają już z kim spędzać
wspólne chwile, ona będzie skazana na towarzystwo Aidana i Caleba. Nie, żeby
ich nie lubiła, ale to jednak faceci. Ojejku.
Cador uniósł
brew, przysłuchując się tej krótkiej wymianie zdań, by niespodziewanie
uśmiechnąć się w bardzo, bardzo wymowny sposób. Miło było widzieć, że się
dogadali. Albo raczej że Aithne przestała robić wielkie problemy i udawać, że
maga nie zna.
Już wcześniej
miał takie wrażenie, ale nie zdążył się przekonać, bo podzielili się na
grupy i przeprowadzili. Jego podejrzenia
okazały się być słuszne, a to go ucieszyło.
Ale nie kwapił
się, by coś powiedzieć. Nadal.
Aithne
odniosła wrażenie, że trochę za dużo spojrzeń się na nich skupiło. To było
krępujące, dlatego w pierwszej chwili postąpiła odruchowo; sięgnęła do ramienia
Erriana i popchnęła go w bok. Młody mag wzniósł oczy do sufitu, uśmiechając
się.
– Wybacz, że
na ciebie oddycham – pokajał się rozbawiony, przypominając sobie wielką
awanturę o soczek pomarańczowy.
– Zaraz cię
ugryzę – warknęła zdenerwowana upadła, marszcząc z pełną dezaprobatą nos, bo co
sobie ten głupi człowiek myślał.
Errian
uśmiechnął się trochę szerzej, nie odrywając od niej spojrzenia.
– A idź ty –
zirytowała się, przełknąwszy mimowolnie ślinę, i sama się odsunęła, bardzo
niezadowolona z całej tej niemądrej sytuacji.
– Ariene, co
robisz? – spytał wtedy młody mag.
Cicho syknął
przez zęby, kiedy wiedźma uniosła na niego bardzo złe i znów mordercze
spojrzenie. A miało być dobrze!
– Przynieść
ci, eee, łazienkę? – zainteresował się, chcąc ratować życie w drużynie.
– Wylej na nią
zimną wodę – zaproponowała Aithne.
– Nie, bo
jeszcze ją pogryzie.
Upadła
zdrętwiała, po czym spurpurowiała na twarzy, zapatrzywszy się cała sztywna na
drugi koniec pokoju. Teraz to nawet Aidan zachichotał, bo choć nie rozumiał
reakcji, to go mina Aithne bardzo rozbawiła.
Cador uniósł
wysoko brew, skory do zapytania, ale taką apokalipsę powstrzymało pojawienie
się ostatnich oczekiwanych.
Anabde nie
sprawiała wrażenia do końca wypoczętej; miała pobladłą twarz i nieco podkrążone
oczy. Gdy weszła, najpierw obdarzyła wszystkich obecnych surowym spojrzeniem;
Leanelle uśmiechnęła się do niej niepewne i dopiero wtedy nekromantka uniosła
kąciki ust, ukazując zdolność do odczuwania bardziej pozytywnych emocji. To był
jednak stały element jej wizerunku, a mimo całej tej swojej dumy i wyniosłości
zdawała się być całkiem zadowolona z życia.
Sięgnęła do
spiętych włosów i poprawiła utrzymującą je wstążkę, z bliżej nieznanego powodu
uśmiechając się pod nosem. Zerknęła kątem oka na łowcę, który wszedł zaraz za
nią, po czym jeszcze raz przyjrzała się towarzystwu, już bardziej uważnie.
Koniec końców
zatrzymała spojrzenie na Aithne, przyglądając się dość ciekawej barwie jej
twarzy; uniosła brew, zerknęła na Erriana i doszła do szybkiego wniosku, że to
jego wina.
Czyli nie
należy się martwić.
Sheridan
obdarzył zebranych lekko poirytowanym spojrzeniem, bo był niewyspany. Z własnej
winy, właściwie, no, ale fakt faktem. Zawiesił wzrok na Ariene, skrzywił się z
dezaprobatą, domyśliwszy się, że tym razem odświeżenie się po śnie wiedźmy nie
odmieniło, potem natomiast zainteresował się przyjacielem.
Pochłonięcie
Erriana dokuczaniem Aithne musiało znaczyć, że mag może być już bardzo
szczęśliwy i ogółem spokojny. Sheridan uniósł mało wylewnie kącik ust,
ustawiając się gdzieś z boku.
– Mam prawo
głosu? – zainteresował się Caleb, spojrzenie zawieszając na Ariene.
Przez ten czas
Aithne otrząsnęła się z odrętwienia, ale nadal była purpurowa na twarzy.
Pochyliła groźnie głowę, zasyczała wściekła, chyba nawet miały to być konkretne
słowa i Errian chyba je zrozumiał, bo uśmiechnął się dziwnie. Niniejszym upadła
chciała uciec do Anabde, ale cofnęła ją obecność Sheridana, i ostatecznie
została przy magu.
Kaplica.
Ariene
natomiast odsunęła ostatnią kupkę pieniędzy i przyjrzała się Calebowi
zmrużonymi oczami.
– Masz –
przyzwoliła łaskawie.
– Słyszałem,
że nigdzie się nam nie spieszy. Moglibyśmy zahaczyć o Brenthor? – spytał,
odruchowo unikając spojrzeniem Cadora.
Przyjaciel
szanował decyzję myśliwego, ale Caleb czuł, że nigdy się do końca z Vivienne
nie polubił, czego nie potrafił zrozumieć.
Cador nie mógł
być zdziwiony tą propozycją, ale i tak odruchowo zmarszczył czoło; wreszcie
westchnął, doszedł do wniosku, że choć jego intuicja dotychczas była
niezawodna, to nie ma powodu się mieszać, i kiwnął lekko głową. Na tyle
subtelnie, by większość nie odebrała tego za jakąkolwiek decyzję.
Anabde
przywołała w myślach mapę okolicy, skojarzyła podaną przez Caleba nazwę i
doszła do wniosku, że to niedaleko. Ponieważ nikt nie kwapił się pytać, sama
przeniosła na myśliwego czujne spojrzenie, jedno z tych bardziej intensywnych,
przeszywających człowieka na wylot.
– A opłaca nam
się nadkładać drogi, bo...? – zainteresowała się.
Z tego, co
pamiętała, Brenthor było nic nieznaczącym miasteczkiem; czegóż mogli tam
szukać? Pomyślała wprawdzie o tym, że może posiadał tam kogoś bliskiego
(słyszała coś o narzeczonej), ale miała wrażenie, że Caleb prędzej czy później
odłączy się od ich grupy; skoro chciał tam podjechać razem ze wszystkimi, to
prawdopodobnie zamierzał z nimi odejść. Hm.
– Bo was
nakarmię – wysunął najważniejszy argument myśliwy, uśmiechając się z lekkim
rozbawieniem.
– Ósmym cudem
świata – mruknął Aidan, obserwując zebranych z ciekawością; właściwie miał
ochotę poznać narzeczoną Caleba, nie wyobrażał sobie kobiety, która potrafiłaby
go tak długo znosić.
– Chodzi o
Vivi? – spytała wtedy Ariene głosem prawie normalnym, uniósłszy głowę znad
stosików pieniędzy, które nadal kontrolowała.
– Jak na to
wpadłaś, podła wiedźmo? – teatralnie zdumiał się myśliwy i wyszczerzył do niej
zęby w uśmiechu.
– Nie mam
pojęcia, może dlatego, że oczy ci się świecą jak latarnie – skwitowała
krytycznie, unosząc brew.
– Co to vivi?
– zabrała wtedy głos Aithne, na chwilę oderwawszy się od kontrolowania
odległości Erriana od niej.
– Podejrzewam,
że to jego… hm, rodzina, siostra, dziewczyna, ktokolwiek – podsunął jej młody
mag, do którego plotki nie docierały, ale mózgu używał.
– Narzeczona –
uściślił krótko Caleb.
– Fu, która by
chciała. – Wzdrygnęła się Aithne, skrzywiwszy się znacząco. – To jest tak
ogółem, nie jest z tobą tak źle – postanowiła myśliwego pocieszyć.
– Dziękuję –
mruknął rozbawiony mężczyzna.
– Powinienem
zacząć się martwić? – rzucił retorycznie Errian, choć przy wypowiedzi uśmiechał
się, a odezwał się względnie cicho.
Upadła
spojrzała na niego bez zrozumienia.
Jejku, jak to
się stało, że Anabde zadając proste pytanie, uruchomiła salwę bezsensownej
paplaniny? I teraz z rana musiała wytężyć swój zmarnowany umysł, by wychwycić z
rozmowy interesujące ją informacje.
Narzeczona,
czyli jednak. Jeszcze chwilę nie odpowiadała, lustrując myśliwego badawczym
spojrzeniem.
Nim zdążyła
się odezwać, Leanelle przypomniała zebranym o swoim istnieniu:
– To całkiem
blisko – mruknęła, skupiając spojrzenie na postaci Anabde, choć nie patrzyła
jej w oczy.
Na początku
nekromantkę niezmiernie to irytowało, potem jednak udało jej się przyzwyczaić.
Prawdę mówiąc,
Leanelle przekonywała wizja zjedzenia normalnego, domowego obiadu; nie
posiadała żadnego interesu w tym, by wstawiać się za myśliwym.
Anabde
przymrużyła powieki; naprawdę ją mieli za osobę bezduszną, która potrafiłaby
się nie zgodzić na spotkanie narzeczonych tylko z powodu nadkładanych
kilometrów? Wizerunek udało jej się stworzyć odpowiedni.
– Nie miałam
zamiaru protestować – powiedziała spokojnie.
Potem znów
spojrzała na Caleba, zupełnie tak jak wcześniej, czyli bardzo intensywnie.
– Masz zamiar
później z nią zostać? Czy pojedziesz dalej z nami? – poruszyła tak interesującą
ją kwestię.
Bo to wszystko
wydało jej się dość dziwne. Wprawdzie nigdy nie rozumiała natury szczęśliwych
związków, kończących się małżeństwem, dziećmi, domem i psem, ale z tego, co
zdążyła się zorientować, zakochana osoba raczej chciała jak najczęściej
przebywać w pobliżu swojej połówki. Cóż.
Caleb nie
wyglądał ani na zmieszanego pytaniem, ani na zaskoczonego, ani na zirytowanego.
Odpowiedział na spojrzenie Anabde ze spokojem.
– Sezon był
kiepski. Nawet z pieniędzmi za to zadanie nie jest to kwota, z którą zazwyczaj
wracałem do domu – stwierdził spokojnie. – Najpewniej wyruszę, ale już nie z
wami. W każdym razie powinna wiedzieć, że jeszcze żyję – dodał, wzruszając
ramionami.
– Narzeczona
chyba ma do tego prawo, racja – skwitowała zgryźliwie Ariene, zmrużywszy lekko
oczy; mimowolnie zerknęła na Cadora, zastanawiając się, czy to zawsze tak z
nimi wyglądało.
– Sezon był
kiepski, bo go nie skończyłem – rzucił Caleb, obdarzywszy wiedźmę trochę
poirytowanym spojrzeniem. – Ktoś wniósł mojego poszatkowanego przyjaciela do
karczmy, w której pracowałem – dodał znacząco.
– To nie ja –
wybroniła się zaraz Ariene, unosząc ręce. – Targał go Larkin.
– Czyli
jedziemy do panny Ósmy Cud Świata czy nie? – zainteresował się najważniejszym
Aidan, który też miał ochotę na porządne jedzenie.
– Z moich
obliczeń wynika, że tak – odparła na to Aithne, wzruszając ramionami.
Sheridan
raczył się nie odzywać, z pewnym zainteresowaniem przysłuchując się rozmowie.
To musiało być bardzo wygodne narzeczeństwo, takie na odległość. Przyglądając
się Calebowi, podejrzewał jednak, że tylko dla jednej strony.
Anabde jedynie
skinęła głową, udzielając w ten sposób odpowiedzi na pytanie Aidana. Chwilę
jeszcze milczała, by następnie wrócić zainteresowaniem do myśliwego. Gdy
zyskała sobie jego uwagę, uniosła kąciki ust w lekkim uśmiechu.
– Szkoda –
powiedziała krótko.
Myśliwy był
użyteczny. Kiedy go zabraknie, grupa dotkliwie to odczuje; zastąpią go, ale i
tak szkoda tracić cennego, a przy tym dość ciekawego towarzysza.
Cador zabębnił
palcami w podłokietnik, znów odczuwając dziwny ucisk gdzieś w środku;
przymrużył powieki, zastanawiając się, co też jego intuicja próbuje mu
powiedzieć.
– To kiedy wyruszamy?
– zapytał, przesuwając spojrzeniem po bardziej rozgarniętych członkach drużyny.
Chyba nie
trzeba wymieniać imion.
– Możliwie
szybko – postanowił Caleb, podnosząc się z miejsca. – Chyba nie ma sensu gubić
się dalej w tej wielkiej posiadłości – dodał, ruszając w stronę drzwi.
W momencie,
kiedy kilka innych osób zaczęło się zbierać, on się jednak zatrzymał. Obejrzał
się przez ramię, marszcząc lekko czoło, spojrzał najpierw na Leanelle, potem na
Anabde, jakby jeszcze się nad czymś zastanawiał.
– A jak to ma
być w końcu z tymi lekcjami? – spytał krótko, unosząc brew.
– Jakimi
lekcjami? – bąknął zdezorientowany Aidan, rozglądając się po zebranych; nikt
chwilowo nie raczył udzielić mu odpowiedzi.
Leanelle
zatrzymała się jak wmurowana, wytrzeszczyła oczy i spojrzała na Anabde dość
zdruzgotana. Nekromantka coś wspominała, ale chyba nie...
O jasna
cholera.
– Warto, by
Leanelle nauczyła się chociaż podstaw – odpowiedziała Anabde, najwyraźniej albo
nie zauważywszy spojrzenia swojej podopiecznej, albo mając je w głębokim
poważaniu.
Pytanie Aidana
również puściła mimo uszu.
– Chyba
zdążyłbyś udzielić jej paru lekcji, nim dotrzemy na miejsce, prawda?
Caleb skinął
powoli głową, jakby jeszcze się namyślał. Potem skinął raz jeszcze, tym razem
energiczniej.
– Zależy od
niej – popatrzył przelotnie na Leanelle – ale sądzę, że zdołam przeprowadzić
kilka. Powinny jej coś dać – stwierdził jeszcze, unosząc kącik ust bez
specjalnego entuzjazmu.
Jak zawsze.
Dopiero wtedy
opuścił pomieszczenie, by przyszykować się do wyjazdu. Oraz, jak się okazywało,
zbliżających się lekcji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz