poniedziałek, 11 marca 2013

69. Rodzinne wycieczki



Anabde nadal nie mogła złapać oddechu; nabrała dużego haustu powietrza i wypuszczała go powoli, ale i tak miała problem z odnalezieniem normalnego, regularnego rytmu. Z tym samym kłopotem borykało się jej serce walące w piersi niczym oszalałe.
Ułożyła wygodniej głowę na miękkich, obleczonych barwionym jedwabiem poduszkach i uśmiechnęła się błogo, wydając z siebie ciche mruczenie. Ciągle przeżywała doznania sprzed chwili, wspominając je z drżeniem ciała.
Obróciła twarz w stronę leżącego obok mężczyzny, nie zdejmując z twarzy uśmiechu. Przyjrzała się mu błyszczącymi, trochę nieobecnymi oczami, po części zastanawiając się, jak on to robi, że jest jej aż tak dobrze, a po części tylko delektując się chwilą.
Nagle coś wpadło jej do głowy; zmarszczyła czoło, zastanowiła się nad tym i wreszcie uznała, że sprawa jest na tyle ciekawa, że nie powinna jej odwlekać. Obróciła się na brzuch, po czym ułożyła ręce na torsie mężczyzny, krzyżując je i kładąc dłonie na własnych ramionach.
W ten sposób mogła wygodnie oprzeć się brodą o nadgarstek i zająć się odszukiwaniem jego spojrzenia. Miał zamknięte oczy, więc postanowiła zwrócić na siebie jego uwagę.
– Sheridan? – mruknęła, wstrzymując się z zadaniem nurtującego ją pytania aż upewni się, że mężczyzna jej słucha.
Łowca najpierw westchnął cicho, nie zareagowawszy na wiercenie mu się na torsie. Nie była znowuż takim ciężarem, żeby przeszkadzała, ale skoro się odezwała, to musiała czegoś chcieć. Zmarszczył lekko czoło i przesunął ręką po jej plecach.
– Mhm? – odparł niewyraźnie i dopiero wtedy wysilił się z uchyleniem powiek; mimo że wolałby na przykład pójść już spać, to jednak uśmiechnął się lekko.
Odszukawszy spojrzenie lśniących, szarych oczu, jego własny wzrok trochę się ożywił, mogąc zogniskować się na czymś konkretnym. Uniósł brew, czekając na następne słowa nekromantki.
Wyglądało, jakby nagle się zasępiła; uciekła spojrzeniem na jego tors, wyciągnęła ramię nieco do przodu i zaczęła rysować opuszkami palców po skórze mężczyzny. Jeszcze chwilę wahała się z zapytaniem o interesującą ją kwestię, upewniając się, że na pewno chce znać odpowiedź.
Wreszcie westchnęła i znów spojrzała mu w oczy, choć nie przerywała tworzenia fantazyjnych linii na jego torsie.
– Ile kobiet przede mną przeżyło? – zapytała zupełnie lekko i niefrasobliwie.
Normalne kobiety czują się skrępowane, pytając kochanka o ilość partnerek w ogóle, podczas gdy ona zainteresowała się, ile z nich uniknęło śmierci tonem, którego równie dobrze mogła użyć, prosząc o informacje na temat pogody. Swoją drogą nawet nie myślała o pytaniu o ilość tych zabitych – domyślała się, że dawno stracił rachubę.
Wbiła w niego wyczekujące, zaciekawione spojrzenie, jej palce na chwilę zamarły. Zaraz znów zaczęły kreślić łuki i serpentyny, przesuwając się na jego ramię.
Mimo że przed chwilą sprawiał wrażenie pogodnego, to teraz nagle przestał je sprawiać, generalnie. Zmarszczył czoło, wyraźnie zaskoczony tym pytaniem, zmrużył niezadowolony oczy i ostatecznie odwrócił wzrok, zawieszając go gdzieś na ścianie.
Milczał długo. Mogła się poczuć dość dziwnie, jakby ją zignorował, ale to chyba nie było to; przed chwilą gładził jej ramię, teraz natomiast ręka leżała nieruchomo, lekko napięta. Może zastanawiał się nad odpowiedzią. Może liczył. A może rozmyślał, jak uniknąć wyjawiania jej czegoś takiego.
Nie, nie bał się, że ona się przestraszy. Po prostu nie lubił samego faktu. Nie lubił tej odpowiedzi w pewien dziwny, nie do końca mający wszystko z niechęcią wspólnego sposób.
– Dwóch nie chciałem zabić – skwitował wreszcie dość chłodnym głosem, nadal na nią nie spojrzawszy.
Ona mimo tego cały czas uparcie wpatrywała się w jego oczy, starając się znów złapać kontakt wzrokowy. Uniosła brew, ale poza tym nie pokazała po sobie żadnego uczucia: ani strachu, ani złości, ani żalu, ani zadowolenia.
Trudno było powiedzieć, czy czuje ulgę na myśl o tym, że nie była pierwsza, czy raczej ją to zirytowało. Może w ogóle nic nie poczuła.
– Och. Były jakoś wyjątkowe? – zainteresowała się.
Choć zdała sobie sprawę z tego, że temat nie jest dla niego najdogodniejszy, nie miała zamiaru go porzucać. Później może już nie udać się jej uzyskać odpowiedzi, a ich chciała.
– Pierwsza była moim egzaminem, którego prawie nie zdałem. Opamiętałem się w ostatniej chwili – stwierdził spokojnie, naprostowując, co też oznaczało, że zabić nie chciał.
Chcieć a móc, aż się nasuwa.
I nadal na nią nie patrzył, jakby zniknęła, jakby znajdowała się w innym pokoju albo stała obok łóżka. W jego oczach nie pojawiło się żadne konkretne uczucie.
– Przy drugiej miałem jakąś dziwną nadzieję, ale… nie wiem, po prostu w pewnym momencie ją zabiłem. Kiedyś nie do końca nad tym panowałem, byłem niecierpliwy – skwitował prawie niedbale i nawet lekko wzruszył ramionami.
Nadal jednak był dziwnie spięty. Nie podobała mu się ta rozmowa.
Chwilę nie odpowiadała, tylko mu się przyglądając i zastanawiając się, którym tropem podążyć. Wiedziała, że nie może wypytać o wszystko, chciała jednak dowiedzieć się jak najwięcej.
– Dziwną nadzieję – powtórzyła, zastanawiając się, czy odpowiednio interpretuje te słowa.
Dziwną nadzieję na co? Że mógłby z nią żyć? Że mógłby ją pokochać, zamieszkać z nią w jednym domu, spłodzić z nią dzieci? To zdawało się być irracjonalne, przecież tak bardzo nie pasowało do jego wizerunku, jednak była w stanie uwierzyć.
– Żałujesz, że jednak ją zabiłeś? – zapytała, przechylając lekko głowę i przymrużając oczy.
Odpowiedź na to pytanie mogła jej naprawdę dużo powiedzieć; nie do końca wiedziała co, ale nawet nie miała pojęcia, po co pyta, dlaczego pragnie tej wiedzy i jak chce ją wykorzystać. Po prostu chciała wiedzieć.
Wreszcie na nią spojrzał. Ze spokojem, niemalże chłodem, ale w jego oczach czaiła się odpowiedź. Nie tyle odpowiedź na zadane pytanie, co odpowiedź na dziwną nadzieję. Było tam jednak dużo cienia, dużo zmieszanych ze sobą wspomnień i ideałów, którymi kierował się w życiu. Odpowiedź zapisano, ale przy pomocy wielu martwych języków, jakich już nikt nie używał.
Potem znów odwrócił wzrok, ale nie uciekając tak do końca. Ot, jakby znudziło mu się patrzenie na nią.
– Nie. Była dokładnie taka sama, jak cały świat. Na chwilę o tym zapomniałem – stwierdził spokojnie, jakby go to nie ruszało, jakby mówił o naprawdę nieważnej osobie, a nie o takiej, o której jednak nadal w pewien sposób pamiętał.
Nawet nie drgnęła pod naporem jego spojrzenia; w tych okolicznościach, przy tego typu temacie, tylko jeszcze bardziej ją zaciekawiło.
Mało o nim wiedziała, tak naprawdę tylko to, co miała okazję sama zaobserwować. Pozostałe sto pięćdziesiąt lat jego życia pozostawały dla niej zupełnie obce – często zastanawiała się, co w sobie kryły. Trudno będzie to z niego wyciągnąć.
– Mhm – mruknęła zdawkowo, jeszcze chwilę się mu przyglądając.
Wreszcie oparła się na ramionach, podciągnęła do góry i uniosła dłoń, którą dotychczas rysowała linie na jego torsie, by obrócić jego twarz w swoją stronę. Pocałowała go krótko, ledwie muskając jego wargi, po czym położyła się wygodnie na materacu, wtulając w ramię łowcy.
Nie oszukiwała się: nie sądziła, by była inna od reszty świata. Dlaczego więc przeżyła – na to pytanie nie mogła znaleźć odpowiedzi. Może po prostu, jak sam powiedział, teraz lepiej nad tym panował; ponieważ zabicie jej mogłoby przynieść niechciane konsekwencje, jak chociażby zemstę Aithne, bardziej opłacało się powstrzymać i czerpać z relacji względne korzyści.
Nasuwała się jednak kolejna wątpliwość. Przecież powiedział, że spróbuje, postara się coś zmienić, żeby było między nimi dobrze – nie mógł obiecać podjęcia takiego wysiłku ot tak, nie należał do osób bezinteresownych.
Zmarszczyła czoło; były jeszcze te dziwne spojrzenia, uśmiechy, zachowania; chwile, które zdawały się mieć w sobie... uczucie?
To wszystko było dziwne. Ale nie powinna być zbyt naiwna, tak. Nie oczekiwać za dużo, nie odbierać wszystkiego tak osobiście, nie okłamywać samej siebie, że to wszystko coś znaczy. Może z biegiem czasu zrozumie powody i intencje. Póki co jest dobrze.
– Dobranoc – powiedziała cicho, opierając czoło o jego ramię i przymykając oczy.
Milczał dłuższą chwilę; mogłoby się zdawać, że zasnął, puścił rozmowę w niepamięć i generalnie stracił ochotę na przebywanie w jej towarzystwie. Tylko ręki z jej ramion nie zabrał, dalej poniekąd obejmując, ale też jakby robił to, bo tak z rozpędu.
– Dobranoc – odparł wtedy, dość niewyraźnie, najwyraźniej podejrzewając, że kobieta już zasnęła, w końcu co jej broniło.
Przekrzywił głowę, układając ją tak, by móc wtulić twarz w jej włosy; odetchnął głęboko, jednak cicho, chyba nie chcąc ją obudzić, na wypadek gdyby miała płytki sen. Przesunął obejmujące ramię, by wygodniej ją przy sobie przytrzymać.
Dopiero wtedy się rozluźnił, zamykając oczy i odczuwając zmęczenie po naprawdę intensywnej, kłopotliwej przez większość czasu nocy. Z pewną irytacją odsunął od siebie zastanowienie nad własnym zachowaniem, pobudzone dodatkowo odbytą przed chwilą rozmową.
Po prostu się uspokoił, chociaż część jego trochę się obawiała, że znowu wkraczał w tę samą pułapkę, co kiedyś. Dziwne to było, ta nieśmiała nadzieja w nim.

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że na razie nie zaśnie. Ziewała, przeciągała się, przymykała zmęczone powieki, ale zasnąć nie zaśnie – bardzo irytująca sprawa, zwłaszcza dla takiego miłośnika snu, jak Leanelle.
Promienie słońca wdzierające się przez ciężkie, niedawno zasunięte przed Caleba kotary przypominały, że wstaje nowy dzień; świadomość tego, że pary, które niedawno opuściły pokój, z pewnością... znalazły sobie odpowiednie zajęcia (no, Leanelle była pewna jednej pary, ale pozostałe dwie też miały niepokojące skłonności), nie pomagała. Dlatego nie zaśnie.
Otuliła się już kocem, naciągając go aż pod brodę, usadowiła wygodnie na kanapie, z nogami złożonymi na siedzeniu w siadzie krzyżowym, i postanowiła czekać. Gdy minie godzina, miłośnicy nocnych (i porannych) łóżkowych atrakcji powinni już spać, a ona będzie wystarczająco wyczerpana, by paść pomimo jasności bijącej zza okien.
Hessan złożył się w kłębek na kanapie, przymykając złociste powieki i szybko zapadając w sen. Leanelle głaskała go opuszkiem palca po łebku, a smoczek mruczał z zadowoleniem; gdy tylko próbowała przestać, milknął i otwierał jedno oko, by łypnąć na nią złowrogo. Pokonana kontynuowała pieszczoty; należało mu się, skoro podczas zlecenia ani razu nie wpakował nikogo w kłopoty, tylko dzielnie trzymał się ubocza.
Niespodziewanie stworzonko uniosło łebek i zamarło, wpatrując się w nieokreślony punkt na ścianie. Gdy rozmawiający Caleb i Aidan ucichli, Leanelle usłyszała to, co tak zainteresowało jej podopiecznego – ciche skrobanie i tupanie maleńkich łapek.
Dziewczyna uniosła zaskoczona brew, gdy Hessan jak poparzony zerwał się z kanapy i wzbił w powietrze, dając nura pod jedną z szafek. Uszu zebranych dobiegł przeraźliwy pisk, a następnie nieprzyjemny chrzęst; gdy smok wyszedł spod mebla, trzymał w pyszczku nieżywą mysz.
Ruszył dumnym krokiem w stronę kanapy z wyraźnym zamiarem spożycia posiłku na skórzanym siedzeniu.
– Fu, idź sobie stąd – zganiła go natychmiast pańcia, odstraszając energicznym ruchem dłoni.
Smok prychnął urażony, po czym oddalił się do kąta. Rzucił zdobycz na ziemię, przesunął ją łapą najpierw w jedną stronę, potem w drugą, powąchał, a wreszcie zabrał się za jedzenie.
– Taka wypasiona rezydencja, a myszy harcują – mruknęła krytycznie Leanelle.
Spodziewałoby się, że w tak bogatym miejscu dbają o usuwanie szkodników.
– Może powinieneś posprzątać w swojej torbie – podsunął Aidan, szybko odwróciwszy wzrok od Hessana, jednak trzask łamanych kosteczek nadal w pokoju rozbrzmiewał; popatrzył za to oskarżycielsko na Caleba.
– Moja torba jest bardzo czysta – sprzeciwił się myśliwy, wzruszając lekko ramionami. – W największej mierze zajmują ją fatałaszki Lei – postanowił jeszcze poinformować.
– Fetyszysta – mruknął cichutko Aidan, nadal łypiąc na towarzysza krytycznie.
– Przynajmniej nie są różowe i bardzo skąpe – zauważył, uśmiechając się pod nosem z rozbawieniem, podczas gdy chłopak prostował się zaskoczony, zdezorientowany tym, że myśliwy go usłyszał.
– Wyglądasz na spokojnego człowieka – poskarżył się biedak, garbiąc lekko ramiona.
– Jestem bardzo spokojny. Wiecie może, jaki jest nasz następny cel? – spytał ni stąd, ni zowąd, słowa tym razem kierując także do Leanelle.
Aidan pokręcił głową, co Caleba specjalnie nie zdziwiło. Ten chłopak nie orientował się w rzeczywistości wystarczająco dobrze, by był pomocny.
Rozmowa zdecydowanie nie pokierowała się na odpowiednie tory; gadanie o skąpych strojach, które nie dość, że rzekomo miały należeć do niej, to jeszcze znajdować się w torbie myśliwego, mocno ją zdezorientowało. A w tym wszystkim zawstydziło, czy może lepiej – wzbudziło w niej pewien niepokój.
Dlatego naciągnęła koc aż na nos, tak, że wystawały spod niego tylko duże, fiołkowe oczy i czubek głowy. Miała nadzieję, że przestaną na nią zwracać uwagę, ale najwidoczniej trudno było zapomnieć o jej egzystencji; wyglądało na to, że trzeba się odezwać.
– Pytałam ostatnio Anabde – zaczęła, by zorientować się, że koc zagłusza jej głos.
Caleb może i by zrozumiał bełkot, ale nie chciała wyłączać z rozmowy Aidana, zsunęła więc materiał z powrotem pod brodę. Powtórzyła wypowiedziane słowa i dopiero wtedy kontynuowała:
– Powiedziała, że na razie nie mamy żadnych planów. Czekamy na zlecenia – wyjaśniła, po czym zerknęła krótko to na jednego, to na drugiego i znów zakryła pół twarzy kocykiem.
Wprawdzie zaraz zacznie brakować jej powietrza, ale trudno.
– Doskonale – ucieszył się nader umiarkowanie Caleb.
– A co, zmęczyłeś się pracą? – zainteresował się z szerokim uśmiechem Aidan, skinąwszy głową Leanelle w podziękowaniu.
– Nie. Jesteśmy całkiem blisko mojego domu – pospieszył z wyjaśnieniami myśliwy, przymrużywszy lekko oczy; odwrócił głowę, wzrok zawieszając na widokach za oknem.
– Twojego domu? – powtórzył w pierwszym odruchu chłopak, szybko jednak przypomniał sobie, co też może mieć mężczyzna na myśli. – Chodzi ci o miejsce, w którym zostawiłeś narzeczoną? – spróbował się upewnić, bo trudno nazwać domem budynek, gdzie przebywa się ledwie kilka razy do roku.
– Nie jest zwierzęciem, żeby ją gdziekolwiek zostawiać – skwitował nieco mniej przyjaznym głosem Caleb, obrzuciwszy Aidana nieprzyjemnym spojrzeniem.
Chłopak chwilę siedział zdumiony, nie rozumiejąc, skąd ta złość. Nie wpadłby na to, że myśliwy jest tak drażliwy na punkcie narzeczonej.
– I gdzie to dokładnie jest? – ciągnął dalej, woląc nie zagłębiać się w dyskusję odnośnie zezwierzęcenia kobiety.
– Brenthor – odparł krótko, wzruszając ramionami.
– Obraziłeś mnie? – spytał niepewnie Aidan, nie zrozumiawszy, o czym myśliwy właściwie do niego mówi.
– Tak nazywa się miejscowość – wyjaśnił cierpliwie mężczyzna, unosząc kącik ust w nieco rozbawionym uśmiechu.
– Tylko cię sprawdzałem – uprzedził zmieszany Aidan.
Leanelle uśmiechnęła się z rozbawieniem, ale tego przecież nie mogli zobaczyć.
Hessan właśnie skończył posiłek, oblizał pyszczek z zadowoleniem i ruszył raźnym marszem do swojej pańci. Wskoczył na kanapę i otarł się bokiem o nogę Leanelle z głośnym mruczeniem; dziewczyna zaszczyciła zwierzątko tylko krótkim zerknięciem.
Hessan prychnął i znów położył się koło niej, tym razem rozkładając się na boku i prostując łapki, przez co wyglądał, jakby zdechł. Ten widok sprawił, że Leanelle parsknęła cichym śmiechem, powracając do głaskania stworzonka tym razem po wystawionym brzuszku.
– Pewnie nie będą mieli nic przeciwko temu, żebyśmy zahaczyli o Brenthor – uznała spokojnie, nawet na rozmówców nie patrząc; mieniące się brązem i złotem łuski podopiecznego były ciekawsze. – O ile nas nakarmisz – dodała zaraz, uzmysłowiwszy sobie, że dawno nie miała okazji zjeść prawdziwego, domowego obiadu.
Dlaczego nie skorzystać?
Caleb uśmiechnął się pogodnie, spojrzawszy na dziewczynę krótko. Nie wyglądał na oburzonego postawionym warunkiem; prawdę mówiąc, sam planował zaproponować całej grupie zatrzymanie się u niego. Może dom nie był rezydencją, ale by się pomieścili.
– Nie będzie z tym żadnego problemu – stwierdził spokojnie. – Vivienne świetnie gotuje – dodał, znów zapatrując się w okno.
– I w ogóle ósmy cud świata? – mruknął z pewnym sceptycyzmem Aidan, przyglądając się Calebowi trochę dziwnie; patrzenie na niego jak na śmiertelnie zakochanego człowieka było specyficznym doświadczeniem, bo nigdy by nie przypuszczał, że mogą w nim siedzieć takie uczucia.
Myśliwy uśmiechnął się w odpowiedzi, ponownie wracając spojrzeniem do towarzyszy; wzrok zawiesił na chłopaku, tym razem nie będąc urażonym komentarzem.
– Zrozumiesz, jak ją zobaczysz – ogłosił wszem i wobec.
– Już myślałem, że jak dorosnę – parsknął Aidan.
Potem zmarszczył czoło, czując na sobie chłodniejsze spojrzenie towarzysza, gorączkowo zastanowił się nad tym, co powiedział, i aż sobie sapnął z niejakim przerażeniem. Bujnął się na krześle, machając nerwowo rękoma w geście zaprzeczenia.
– Nie no, nie o to chodziło, kurczę – pokajał się błyskawicznie.
Zamrugał zdezorientowany, kiedy Caleb parsknął cichym, lekko zachrypniętym śmiechem i pokręcił głową.
– O zgrozo – wymamrotała Leanelle, teraz już cała chowając się pod kocem, łącznie z czubkiem głowy.
W swoim schronieniu odetchnęła głęboko kilka razy, uznając, że musi się przecież przyzwyczaić do dwuznacznych wypowiedzi i podtekstów. Ale mogliby wziąć ją pod uwagę i serwować je powoli, a nie strzelać jak Caleb z łuku!
Wyczołgała się więc z koca (jakimś cudem udało jej się w niego zaplątać. Tak całkiem. Nie wiedziała, gdzie jest góra, a gdzie dół, ale odkryła rozwiązanie problemu, nim zrobiła sobie krzywdę) i spojrzała najpierw na jednego, a potem na drugiego pana.
– Jeśli świetnie gotuje, to jest ósmym cudem świata, przecież to oczywiste – mruknęła; no tak, każdy ma swoje priorytety.
Jej chodziło w życiu głównie o jedzenie i spanie.
– Słuchaj mądrej kobiety, młody – poparł bez wahania dziewczynę Caleb, kiwając z aprobatą głową.
– I co, ona tam tak mieszka, podczas gdy ty rozbijasz się z podejrzanym elementem po całym Lostarze? – zainteresował się Aidan; nie miał pojęcia, jakimi prawami rządziły się stałe związki, ale nawet jemu wyglądało na to, że wszystko opiera się na wariackich papierach.
– Do tej pory w sezonie przebywałem w określonych, wcześniej zaplanowanych regionach – odparł myśliwy, poważniejąc trochę. – Dostawałem zlecenia bądź też prowadziłem niedużą sprzedaż własnych wyrobów.
– Na przykład sukienek? – nie wytrzymał Aidan, uśmiechając się szeroko.
– Na przykład skórek, niektórych rodzajów broni, maści i tym podobnych – sprecyzował spokojnie Caleb. – Poza sezonem starałem się zostawać jak najdłużej w domu, ale nie zawsze się udawało. A ta cała sytuacja jest przez to, że Cador prawie dał się pokroić na plasterki w imię swojej miłości – podsumował z lekką ironią, ale nie odbiła się ona w oczach; bo mężczyzna doskonale przyjaciela rozumiał i wiedział, że sam postąpiłby równie lekkomyślnie na jego miejscu.
– I ona nic nie wie, co? – odgadł Aidan, oparłszy głowę na dłoni.
– Dałem jej znać, że tym razem mój powrót się opóźni. Odwiedzinami chcę jej zrobić niespodziankę – stwierdził, uśmiechając się lekko.
Leanelle zdawała się odpłynąć do innego świata, choć cały czas z uwagą słuchała rozmowy. Ziewnęła, potem położyła się na kanapie w pozycji embrionalnej i oparła głowę o niski podłokietnik. Owinęła się bardzo szczelnie kocem, powstrzymała kolejne ziewnięcie i uznała, że raczej tu zostanie. Nadal jednak nie spała, otwarte oczy ciągle śledziły towarzyszy.
Hessan prychnął, gdy został zepchnięty nieco dalej na kanapie; łypnął na swoją pańcię, a potem podszedł bliżej i położył się przed nią, na wysokości jej brzucha. Wczołgał się pod koc, wystawiając na światło dzienne tylko łebek, i szybko zasnął.
– No, jak zobaczy całe to towarzystwo, to z pewnością będzie więcej niż zaskoczona – uznała, uśmiechając się z rozbawieniem. – Żeby tylko nie uciekła z krzykiem. Ja bym tak zrobiła na jej miejscu – dodała, przypominając sobie chwilę, w której poznała całą ekipę.
Tak, nadal nie rozumiała, dlaczego wtedy nie zrobiła zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni i nie spieprzyła.
– Skoro nadal nie uciekła ode mnie, to nic jej nie przestraszy – odparł po prostu Caleb, uśmiechając się lekko, trochę nieobecnie.
Aidan przyglądał się mu przez chwilę uważnie, by ostatecznie westchnąć z pewnym zdumieniem. Do tej pory widział go jako człowieka twardego, konkretnego, nierzadko złośliwego czy uszczypliwego, w dodatku bardzo skutecznego i o olbrzymich umiejętnościach.
Teraz patrzył mu w oczy i pierwszy raz widział w nich tyle ciepła, sporo tęsknoty, najwięcej miłości. Ten facet był zakochany po uszy i Aidan nie potrafił w to uwierzyć, bo w pewien sposób nie pasowało mu to do całości Caleba. A jednak się dało.
Pokręcił lekko głową z niedowierzaniem. Musiał być cholernie zaborczym narzeczonym przy tak gorącym uczuciu. Z drugiej strony widywał się z tą całą Vivienne raz na rok, jak dobrze poszło. I jak ten związek w ogóle istniał?
– No tak, trudno zaprzeczyć – zgodziła się Leanelle, trochę rozbawiona.
Jej słowa zabrzmiały jednak sennie; zdążyła już przymknąć powieki i wygodniej ułożyć głowę, mrucząc przy tym z niezadowoleniem. Poprawiła się na kanapie, naciągnęła kocyk, który trochę się zsunął, i postanowiła, że równie dobrze może się przespać tutaj.
Przynajmniej nie będzie się martwić, że trafi na nieodpowiednich sąsiadów.

Postarał się wejść do pokoju cicho, wiedząc, że nie wszyscy lubią zrywać się skoro świt – albo tym razem po ledwie kilku godzinach snu. Natomiast w jego przypadku wchodzenie gdziekolwiek po cichu oznaczało poruszanie się bezszelestnie w idealnym stopieniu z otoczeniem.
Pora była dość późna, to jest zaczynały się godziny popołudniowe. Należało się szykować do wyjazdu, ale myśliwy nie przywykł do budzenia kogokolwiek. Dlatego po przekroczeniu progu zorientował się tylko, czy Leanelle jeszcze śpi.
I nie pomylił się, leżała zwinięta w kłębek na kanapie, koc częściowo się z niej zsunął. Caleb uśmiechnął się łagodnie, jak dorosły na widok urokliwego dziecka, podszedł do stanowiska dziewczyny ostrożnie i przykrył ją z powrotem, uważając, żeby nie rozdrażnić również drzemiącego Hessana. Rączki miał sprawne, zatem dokonał tego bez alarmowania całej rezydencji.
Potem usiadł na tym samym krześle, co rano, założył niedbale nogę na nogę i zapatrzył się w okno, skrzyżowawszy ręce na torsie. Mógł w jednej pozycji wytrzymać długie godziny i względnie nie zwracać uwagi na otoczenie, zatem po prostu poczeka, aż ktoś się obudzi. On czuł się rześki i wypoczęty, dla niego kilka godzin snu nie było najmniejszym problemem, nawet jeśli kładł się wyczerpany.
Z jego szacowań wychodziło, że czekał na ruszenie się sytuacji pół godziny, może czterdzieści minut. Zarejestrował kątem oka przybycie kolejnej osoby i nim zdążył poprosić o zachowanie ciszy ze względu na Leanelle, nastąpiła apokalipsa.
Czyli do pokoju weszła Ariene. Po przebudzenia. Kto żyw, do broni! Albo w nogi.
Wiedźma chciała wesprzeć się o framugę, ale jej się nie udało, straciła równowagę i potknęła się w progu. Wiązanka, która jej się wyrwała, zażenowała trochę nawet Caleba, jednak zakończona została tradycyjnym:
– Kurwa pierdolona jego mać!
Myśliwy, rozpoznawszy w gościu Ariene, porzucił jakąkolwiek nadzieję na poproszenie o ciszę. Już się nauczył, że rano najlepiej jak najmniej przy wiedźmie żyć, żeby swą marną egzystencję utrzymać. Dlatego tylko śledził ją spojrzeniem, naiwnie wierząc, że Leanelle, jak się zaraz obudzi, dostosuje się do jego taktyki.
Tymczasem wiedźma podła zasiadła przed stołem, przeklęła jeszcze trzy razy, bo uderzyła się w kolano, i postawiła na blacie mieszek. Po czym szarpnęła za woreczek i z głośnym brzękiem wysypała jego zawartość.
Caleb westchnął, ale westchnienie zamarło mu w piersi, kiedy padło na niego spojrzenie Ariene. Dawno nie miażdżyła go aż tak bardzo, a robiło to wrażenie.
Gdy niespodziewany hałas przerwał Leanelle sen, obudziła się z cichym, przerażonym piskiem, szeroko otwartymi oczyma i o kłującym strachem sercu. Odruchowo napięła się i skuliła jeszcze bardziej na kanapie, oddychając głęboko i czekając na nadejście horroru; dopiero po kilku minutach dotarło do niej, że ostatnie trzy lata życia nie były snem. Przypomniała sobie, że leży na kanapie w rezydencji, otoczona przyjaciółmi i względnie nic jej nie grozi.
Mimo tego słyszała ciche, a tak przerażające „Nelle”, jakby jej oprawca stał nad nią i szeptał jej do ucha. Odruchowo sięgnęła dłonią do biodra, przyciskając palce do ukrytej pod ubraniami blizny; przygryzła wargę i nakazała sobie spokój.
Powoli podniosła się do pozycji siedzącej, mocno trzymając kocyk, by przypadkiem nie odkrył chociażby skrawka jej ciała. Wreszcie wtuliła się plecami w oparcie kanapy, żałując, że nie może w nim zniknąć; powiodła nadal niespokojnym spojrzeniem po Ariene i Calebie.
Nie lubiła takich pobudek. Serce ciągle trochę bolało, chociaż rytm jego bicia powoli wracał do normy; najgorsze jednak było to, że na krótką chwilę uwierzyła, iż nadal jest w domu. Przypomniał jej się jeden z najgorszych poranków i była przekonana, że przyjdzie jej go przeżyć na nowo. Rzeczywistość przyjęła z prawdziwą ulgą.
Mimo tego była zbyt przestraszona – i prawdopodobnie całe szczęście – by mruknąć chociażby „dzień dobry”. Skuliła się, pochyliła ramiona i wbiła spojrzenie w blat stołu, czekając, aż może będzie potrzebna. Póki co rola powietrza bardzo jej odpowiadała.
Caleb spojrzał na Leanelle krótko, zauważywszy nerwową reakcję. Jednak nie wolno było spuszczać wzroku z rozjuszonej bestii, dlatego znów skupił się na Ariene. Jeśli zachowa czujność, zdoła uskoczyć, kiedy wiedźma rzuci się mu do gardła.
W następnej chwili bardzo pożałował nieporadnego ucznia Cadora, aż wykrzywił ze smutkiem usta, kiedy chłopak ochoczo wmaszerował do pokoju.
Aidan pomachał zebranym, uśmiechając się szeroko, ale ponieważ Ariene nie mogła go widzieć, pochylona nad liczonymi pieniędzmi, postanowił się do niej odezwać:
– Hej, Ari! – zawołał pogodnie, przymrużając radośnie błyszczące niebieskie oczy; zdawało się, że jest całkowicie nieświadomy kłopotów.
W tym też momencie wiedźma zmiażdżyła nieszczęśnika spojrzeniem, przyszpiliła go do ściany i prawie obdarła ze skóry. Aidan zastygł, wstrzymując oddech, uniesiona do machania ręka zadrżała i opadła. Caleb natomiast westchnął, raczył wzruszyć ramionami i w milczeniu wskazać ruchem głowy miejsce, na którym chłopak mógł usiąść.
– Czy coś się…? – zaczął niepewnie Aidan, przenosząc zmartwiony wzrok na ogół.
– Milcz, jeśli ci życie miłe – przerwał mu myśliwy, chyba ratując biedakowi życie; tym oto sposobem skupił na sobie cały gniew wiedźmy.
Wytrzymał mordercze, naprawdę straszne spojrzenie, odetchnąwszy głęboko i rozluźniwszy mięśnie. Za dużo obcował z dzikimi zwierzętami, żeby nie wiedzieć, jak sobie z tą chodzącą podłością poradzić.
– Ja też cię uwielbiam, podła wiedźmo – wyznał jej z niefrasobliwym uśmiechem, przymrużając pogodnie oczy.
Ariene zawarczała jak rozjuszony wilk, i to tak wiarygodnie, że w pierwszej chwili chyba każdy dałby się nabrać. Potem natomiast powróciła do przerwanej pracy, racząc zignorować wszelkie istnienie w swoim otoczeniu.
Aidan przycupnął obok Caleba, gdzie czuł się względnie bezpieczny.
– Pokłóciła się z Cadorem? – szepnął do myśliwego, mając nadzieję, że kobieta go nie usłyszy, bo bał się jej w tym momencie jak mało kogo.
– Nie, obudziła się – odparł półgębkiem Caleb, obserwując największy postrach drużyny z samego rana ze spokojem.
– Aha? – wydusił zdumiony Aidan, spoglądając na Ariene tak, jakby wyrosła jej druga głowa i motyle skrzydełka.
– Nie chcesz wiedzieć – uświadomił mu Caleb. – Czasami Cadorowi współczuję, a czasami myślę, że sobie w pełni zasłużył – zawyrokował dość bezlitośnie.
Chciałoby się powiedzieć „o wilku mowa”, gdy krytykowany właśnie pan postanowił zawitać do salonu. Sprawiał wrażenie przesadnie zadowolonego z życia; nie było tego widać na pierwszy rzut oka, ale ktoś, kto go zna, dostrzeże nietypowy błysk w jasnozielonych oczach.
Wyłoniwszy się zza rogu, zwolnił kroku, by przypatrzeć się obecnym – gdy dostrzegł Ariene, najpierw uśmiechnął się szerzej, później jednak nabrał zrozumiałej ostrożności. Kiedy kontynuował swą podróż do kanapy, zdawało się, że idzie ciszej. Trochę wtopił się w tło, sprawiając, że trudno było zwrócić uwagę na jego nadejście.
– Dzień dobry – rzucił miękkim głosem, niespecjalnie głośno, jakby właśnie obcował z ludźmi o naprawdę dużym kacu, takimi, którzy słyszą, jak trawa rośnie, a farba łuszczy się na ścianach.
Usiadł na jednym z foteli bardzo rozluźniony, może nie zdając sobie sprawy z zagrożenia, jakim była wściekła, dopiero co obudzona Ariene. Ale nie, chyba wiedział; zerknął na nią, przyjrzał jej się dokładniej (jednak spojrzeniem bardzo dyskretnym, żeby go nie ofuczała za nachalność) i wreszcie uniósł kącik ust w uśmiechu.
Caleb popatrzył na Cadora żywiej zainteresowany, ale nie dokończył żadnych obserwacji, bo jego uwagę skupiła na sobie Ariene.
Wiedźma najpierw podskoczyła, upuściła trzymane w dłoni przeliczone pieniądze, zamrugała, a potem zasyczała rozjuszona i zasztyletowała obrońcę okrutnym, wprost bezlitosnym spojrzeniem wytrawnej morderczyni.
– I coś znowu zrobił? – warknęła na niego głosem ociekającym furią.
– No to trup – bąknął cichuteńko Aidan, zjeżdżając niżej na swoim krześle, by zniknąć i przepaść w miarę szybko.
– E, dziś chyba pójdzie dobrze – zaryzykował tezę Caleb, przymrużając oczy, kiedy przyglądał się swoim przyjaciołom wnikliwie.
Panu myśliwemu nic nie mogło umknąć, a im dłużej na nich patrzył, tym bardziej interesujące obserwacje odnotowywał w myślach. Ciekawe, czy to ułatwi grupie funkcjonowanie z samego rana.
Jest bardzo dużo rzeczy, które można powiedzieć o Cadorze Reamonnie. Nikt nie zaprzeczy na przykład, że jest odważny. Odwaga ta czasami zamienia się w ryzyko, a jego samego nazywają wariatem. Dlaczego? Postanowił dać temu świadectwo.
– Wybacz – odpowiedział od razu, nadal niespecjalnie głośno, głosem niskim i przyjemnym dla ucha.
Spojrzenie, jakim obdarzał wiedźmę, nabrało intensywności, uśmiech stał się bardziej niepokojący. Wreszcie wstał i podszedł do fotela Ariene, pochylając się nad nią i opierając dłonią o podłokietnik mebla. Zerknął na monety, potem schylił się, by podnieść kilka tych, które upadły na podłogę; całość sumy zebrał na blacie w stosik tuż pod nosem kobiety.
– Pomóc ci? – zainteresował się miło, choć półszeptem, bardzo mimochodem przesuwając dłonią po jej plecach.
Jeśli ktoś to zauważył, to może tylko Caleb.
– Zginie – szepnął Aidan z przerażeniem, bo jednak chodziło o jego nauczyciela.
Myśliwy uśmiechnął się pod nosem; dla niego w jednej chwili wszystko stało się idealnie jasne i klarowne. Ciekawe, jak bardzo Cador stawał na głowie nad ranem, żeby ogarnąć niezdecydowaną, uparcie nieświadomą wiedźmę.
Ariene zgrzytnęła zębami i spojrzała na obrońcę przeciągle, jakby szacowała, co mu urwać pierwsze. Przy samej dupie, oczywiście. Wreszcie sapnęła wyraźnie zirytowana pod nosem i powróciła do liczenia pieniędzy.
– Dzielę po równo dla każdego – zakomunikowała oschłym głosem, ale już nie tak morderczym, jak przed chwilą.
Aidan zdębiał.
– Ten cud trzeba zgłosić kapłanom – wymamrotał, wytrzeszczając oczy, usta też rozdziawił głupkowato. – Silthe musiał interweniować.
– Ja bym to nazwał działającymi cuda rączkami Reamonna – rzucił pod nosem Caleb, opierając łokieć na stole, przy którym siedział, a głowę na dłoni.
Aidan popatrzył z jeszcze większym brakiem zrozumienia na myśliwego.
Cador usłyszał ich rozmowę; spojrzał na obu, zdawałoby się dość karcąco, ale po chwili uśmiechnął się z rozbawieniem i wzruszył ramionami. No co.
Ariene nie odpowiedział; gdy wrócił do niej spojrzeniem, uśmiechnął się tylko cieplej i postanowił, że czas wrócić na swoje miejsce. Mimo wszystko wiedźma z rana była groźna.
Siadł na fotelu, wyciągnął przed siebie nogi i skrzyżował ramiona na torsie, odchylając głowę; tak wygodnie. Jakoś nie spieszyło mu się do rozmów; wolał w ciszy poczekać na nadejście reszty. Znając Aithne, gdy tylko się pojawi, cisza zostanie w brutalny sposób zamordowana.
A tu lipa, bo upadła stanęła w progu, nie odezwawszy się wcześniej, oparła się o framugę i zajrzała do środka z dziwną nadzieją. Widząc takie tłumy, aż sobie jęknęła, zwieszając z pewną rezygnacją głowę.
Aidan już chciał się z nią przywitać, ale nie spodziewał się, że Aithne obejrzy się za siebie z niezadowoleniem wymalowanym na twarzy, mrużąc wyzywająco oczy.
– Dobra, wygrałeś – sapnęła zirytowana i dopiero wtedy weszła do środka, krzyżując ręce na piersiach.
– Mówiłem ci od początku, śpiochu – przypomniał rozbawiony Errian, przekraczając próg tuż za rudym potworkiem, na jego ustach tańczył pogodny uśmiech.
Trochę się mag jednak wycofał na widok Ariene. Poszukał spojrzeniem informacji, jaki stan na froncie, na co Caleb uniósł kciuk, postanawiając nie zmuszać nikogo do odezwania się, co jeszcze mogłoby być katastrofalne w skutkach.
– Nie jestem śpiochem – warknęła gdzieś z boku Aithne, obserwując wiedźmę czujnie.
– No tak, tylko mi się zdawało – przyznał jej od razu rację Errian, po czym wyciągnął do upadłej dłoń. – To jak będzie?
– Cholerny szlachcic – prychnęła pokonana upadła i sięgnęła do torby, którą przytargała ze sobą, szukając pieniędzy. – Proszę, masz te swoje trzy srebrniki – syknęła zirytowana.
– Ślicznie dziękuję – odparł, uśmiechając się do niej ciepło.
Na Aithne nie do końca to podziałało, posłała mu nieprzyjemne spojrzenie. Oboje jednak stali w swoim pobliżu, bojąc się wkraczać w obszar rażenia podłej wiedźmy.
Leanelle uniosła na nowoprzybyłych zdziwione spojrzenie, obliczyła stopień prawdopodobieństwa i doszła do druzgoczącego wniosku, że Aithne i Errian mogli nie spotkać się na korytarzu, idąc do salonu. Mogli wyjść z jednego pokoju. Przecież korytarz nie był na tyle długi, by zdążyli porozmawiać i się o coś założyć; dodatkowo trochę się zdradzali.
Rozszerzyła ze zdumienia oczy – znaczy, nie, żeby nie podejrzewała, ale i tak dziwnie – i skuliła się na swoim siedzeniu jeszcze bardziej.
No pięknie. Skoro teraz i Anabde, i Aithne, i z tego co widać Ariene mają już z kim spędzać wspólne chwile, ona będzie skazana na towarzystwo Aidana i Caleba. Nie, żeby ich nie lubiła, ale to jednak faceci. Ojejku.
Cador uniósł brew, przysłuchując się tej krótkiej wymianie zdań, by niespodziewanie uśmiechnąć się w bardzo, bardzo wymowny sposób. Miło było widzieć, że się dogadali. Albo raczej że Aithne przestała robić wielkie problemy i udawać, że maga nie zna.
Już wcześniej miał takie wrażenie, ale nie zdążył się przekonać, bo podzielili się na grupy  i przeprowadzili. Jego podejrzenia okazały się być słuszne, a to go ucieszyło.
Ale nie kwapił się, by coś powiedzieć. Nadal.
Aithne odniosła wrażenie, że trochę za dużo spojrzeń się na nich skupiło. To było krępujące, dlatego w pierwszej chwili postąpiła odruchowo; sięgnęła do ramienia Erriana i popchnęła go w bok. Młody mag wzniósł oczy do sufitu, uśmiechając się.
– Wybacz, że na ciebie oddycham – pokajał się rozbawiony, przypominając sobie wielką awanturę o soczek pomarańczowy.
– Zaraz cię ugryzę – warknęła zdenerwowana upadła, marszcząc z pełną dezaprobatą nos, bo co sobie ten głupi człowiek myślał.
Errian uśmiechnął się trochę szerzej, nie odrywając od niej spojrzenia.
– A idź ty – zirytowała się, przełknąwszy mimowolnie ślinę, i sama się odsunęła, bardzo niezadowolona z całej tej niemądrej sytuacji.
– Ariene, co robisz? – spytał wtedy młody mag.
Cicho syknął przez zęby, kiedy wiedźma uniosła na niego bardzo złe i znów mordercze spojrzenie. A miało być dobrze!
– Przynieść ci, eee, łazienkę? – zainteresował się, chcąc ratować życie w drużynie.
– Wylej na nią zimną wodę – zaproponowała Aithne.
– Nie, bo jeszcze ją pogryzie.
Upadła zdrętwiała, po czym spurpurowiała na twarzy, zapatrzywszy się cała sztywna na drugi koniec pokoju. Teraz to nawet Aidan zachichotał, bo choć nie rozumiał reakcji, to go mina Aithne bardzo rozbawiła.
Cador uniósł wysoko brew, skory do zapytania, ale taką apokalipsę powstrzymało pojawienie się ostatnich oczekiwanych.
Anabde nie sprawiała wrażenia do końca wypoczętej; miała pobladłą twarz i nieco podkrążone oczy. Gdy weszła, najpierw obdarzyła wszystkich obecnych surowym spojrzeniem; Leanelle uśmiechnęła się do niej niepewne i dopiero wtedy nekromantka uniosła kąciki ust, ukazując zdolność do odczuwania bardziej pozytywnych emocji. To był jednak stały element jej wizerunku, a mimo całej tej swojej dumy i wyniosłości zdawała się być całkiem zadowolona z życia.
Sięgnęła do spiętych włosów i poprawiła utrzymującą je wstążkę, z bliżej nieznanego powodu uśmiechając się pod nosem. Zerknęła kątem oka na łowcę, który wszedł zaraz za nią, po czym jeszcze raz przyjrzała się towarzystwu, już bardziej uważnie.
Koniec końców zatrzymała spojrzenie na Aithne, przyglądając się dość ciekawej barwie jej twarzy; uniosła brew, zerknęła na Erriana i doszła do szybkiego wniosku, że to jego wina.
Czyli nie należy się martwić.
Sheridan obdarzył zebranych lekko poirytowanym spojrzeniem, bo był niewyspany. Z własnej winy, właściwie, no, ale fakt faktem. Zawiesił wzrok na Ariene, skrzywił się z dezaprobatą, domyśliwszy się, że tym razem odświeżenie się po śnie wiedźmy nie odmieniło, potem natomiast zainteresował się przyjacielem.
Pochłonięcie Erriana dokuczaniem Aithne musiało znaczyć, że mag może być już bardzo szczęśliwy i ogółem spokojny. Sheridan uniósł mało wylewnie kącik ust, ustawiając się gdzieś z boku.
– Mam prawo głosu? – zainteresował się Caleb, spojrzenie zawieszając na Ariene.
Przez ten czas Aithne otrząsnęła się z odrętwienia, ale nadal była purpurowa na twarzy. Pochyliła groźnie głowę, zasyczała wściekła, chyba nawet miały to być konkretne słowa i Errian chyba je zrozumiał, bo uśmiechnął się dziwnie. Niniejszym upadła chciała uciec do Anabde, ale cofnęła ją obecność Sheridana, i ostatecznie została przy magu.
Kaplica.
Ariene natomiast odsunęła ostatnią kupkę pieniędzy i przyjrzała się Calebowi zmrużonymi oczami.
– Masz – przyzwoliła łaskawie.
– Słyszałem, że nigdzie się nam nie spieszy. Moglibyśmy zahaczyć o Brenthor? – spytał, odruchowo unikając spojrzeniem Cadora.
Przyjaciel szanował decyzję myśliwego, ale Caleb czuł, że nigdy się do końca z Vivienne nie polubił, czego nie potrafił zrozumieć.
Cador nie mógł być zdziwiony tą propozycją, ale i tak odruchowo zmarszczył czoło; wreszcie westchnął, doszedł do wniosku, że choć jego intuicja dotychczas była niezawodna, to nie ma powodu się mieszać, i kiwnął lekko głową. Na tyle subtelnie, by większość nie odebrała tego za jakąkolwiek decyzję.
Anabde przywołała w myślach mapę okolicy, skojarzyła podaną przez Caleba nazwę i doszła do wniosku, że to niedaleko. Ponieważ nikt nie kwapił się pytać, sama przeniosła na myśliwego czujne spojrzenie, jedno z tych bardziej intensywnych, przeszywających człowieka na wylot.
– A opłaca nam się nadkładać drogi, bo...? – zainteresowała się.
Z tego, co pamiętała, Brenthor było nic nieznaczącym miasteczkiem; czegóż mogli tam szukać? Pomyślała wprawdzie o tym, że może posiadał tam kogoś bliskiego (słyszała coś o narzeczonej), ale miała wrażenie, że Caleb prędzej czy później odłączy się od ich grupy; skoro chciał tam podjechać razem ze wszystkimi, to prawdopodobnie zamierzał z nimi odejść. Hm.
– Bo was nakarmię – wysunął najważniejszy argument myśliwy, uśmiechając się z lekkim rozbawieniem.
– Ósmym cudem świata – mruknął Aidan, obserwując zebranych z ciekawością; właściwie miał ochotę poznać narzeczoną Caleba, nie wyobrażał sobie kobiety, która potrafiłaby go tak długo znosić.
– Chodzi o Vivi? – spytała wtedy Ariene głosem prawie normalnym, uniósłszy głowę znad stosików pieniędzy, które nadal kontrolowała.
– Jak na to wpadłaś, podła wiedźmo? – teatralnie zdumiał się myśliwy i wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu.
– Nie mam pojęcia, może dlatego, że oczy ci się świecą jak latarnie – skwitowała krytycznie, unosząc brew.
– Co to vivi? – zabrała wtedy głos Aithne, na chwilę oderwawszy się od kontrolowania odległości Erriana od niej.
– Podejrzewam, że to jego… hm, rodzina, siostra, dziewczyna, ktokolwiek – podsunął jej młody mag, do którego plotki nie docierały, ale mózgu używał.
– Narzeczona – uściślił krótko Caleb.
– Fu, która by chciała. – Wzdrygnęła się Aithne, skrzywiwszy się znacząco. – To jest tak ogółem, nie jest z tobą tak źle – postanowiła myśliwego pocieszyć.
– Dziękuję – mruknął rozbawiony mężczyzna.
– Powinienem zacząć się martwić? – rzucił retorycznie Errian, choć przy wypowiedzi uśmiechał się, a odezwał się względnie cicho.
Upadła spojrzała na niego bez zrozumienia.
Jejku, jak to się stało, że Anabde zadając proste pytanie, uruchomiła salwę bezsensownej paplaniny? I teraz z rana musiała wytężyć swój zmarnowany umysł, by wychwycić z rozmowy interesujące ją informacje.
Narzeczona, czyli jednak. Jeszcze chwilę nie odpowiadała, lustrując myśliwego badawczym spojrzeniem.
Nim zdążyła się odezwać, Leanelle przypomniała zebranym o swoim istnieniu:
– To całkiem blisko – mruknęła, skupiając spojrzenie na postaci Anabde, choć nie patrzyła jej w oczy.
Na początku nekromantkę niezmiernie to irytowało, potem jednak udało jej się przyzwyczaić.
Prawdę mówiąc, Leanelle przekonywała wizja zjedzenia normalnego, domowego obiadu; nie posiadała żadnego interesu w tym, by wstawiać się za myśliwym.
Anabde przymrużyła powieki; naprawdę ją mieli za osobę bezduszną, która potrafiłaby się nie zgodzić na spotkanie narzeczonych tylko z powodu nadkładanych kilometrów? Wizerunek udało jej się stworzyć odpowiedni.
– Nie miałam zamiaru protestować – powiedziała spokojnie.
Potem znów spojrzała na Caleba, zupełnie tak jak wcześniej, czyli bardzo intensywnie.
– Masz zamiar później z nią zostać? Czy pojedziesz dalej z nami? – poruszyła tak interesującą ją kwestię.
Bo to wszystko wydało jej się dość dziwne. Wprawdzie nigdy nie rozumiała natury szczęśliwych związków, kończących się małżeństwem, dziećmi, domem i psem, ale z tego, co zdążyła się zorientować, zakochana osoba raczej chciała jak najczęściej przebywać w pobliżu swojej połówki. Cóż.
Caleb nie wyglądał ani na zmieszanego pytaniem, ani na zaskoczonego, ani na zirytowanego. Odpowiedział na spojrzenie Anabde ze spokojem.
– Sezon był kiepski. Nawet z pieniędzmi za to zadanie nie jest to kwota, z którą zazwyczaj wracałem do domu – stwierdził spokojnie. – Najpewniej wyruszę, ale już nie z wami. W każdym razie powinna wiedzieć, że jeszcze żyję – dodał, wzruszając ramionami.
– Narzeczona chyba ma do tego prawo, racja – skwitowała zgryźliwie Ariene, zmrużywszy lekko oczy; mimowolnie zerknęła na Cadora, zastanawiając się, czy to zawsze tak z nimi wyglądało.
– Sezon był kiepski, bo go nie skończyłem – rzucił Caleb, obdarzywszy wiedźmę trochę poirytowanym spojrzeniem. – Ktoś wniósł mojego poszatkowanego przyjaciela do karczmy, w której pracowałem – dodał znacząco.
– To nie ja – wybroniła się zaraz Ariene, unosząc ręce. – Targał go Larkin.
– Czyli jedziemy do panny Ósmy Cud Świata czy nie? – zainteresował się najważniejszym Aidan, który też miał ochotę na porządne jedzenie.
– Z moich obliczeń wynika, że tak – odparła na to Aithne, wzruszając ramionami.
Sheridan raczył się nie odzywać, z pewnym zainteresowaniem przysłuchując się rozmowie. To musiało być bardzo wygodne narzeczeństwo, takie na odległość. Przyglądając się Calebowi, podejrzewał jednak, że tylko dla jednej strony.
Anabde jedynie skinęła głową, udzielając w ten sposób odpowiedzi na pytanie Aidana. Chwilę jeszcze milczała, by następnie wrócić zainteresowaniem do myśliwego. Gdy zyskała sobie jego uwagę, uniosła kąciki ust w lekkim uśmiechu.
– Szkoda – powiedziała krótko.
Myśliwy był użyteczny. Kiedy go zabraknie, grupa dotkliwie to odczuje; zastąpią go, ale i tak szkoda tracić cennego, a przy tym dość ciekawego towarzysza.
Cador zabębnił palcami w podłokietnik, znów odczuwając dziwny ucisk gdzieś w środku; przymrużył powieki, zastanawiając się, co też jego intuicja próbuje mu powiedzieć.
– To kiedy wyruszamy? – zapytał, przesuwając spojrzeniem po bardziej rozgarniętych członkach drużyny.
Chyba nie trzeba wymieniać imion.
– Możliwie szybko – postanowił Caleb, podnosząc się z miejsca. – Chyba nie ma sensu gubić się dalej w tej wielkiej posiadłości – dodał, ruszając w stronę drzwi.
W momencie, kiedy kilka innych osób zaczęło się zbierać, on się jednak zatrzymał. Obejrzał się przez ramię, marszcząc lekko czoło, spojrzał najpierw na Leanelle, potem na Anabde, jakby jeszcze się nad czymś zastanawiał.
– A jak to ma być w końcu z tymi lekcjami? – spytał krótko, unosząc brew.
– Jakimi lekcjami? – bąknął zdezorientowany Aidan, rozglądając się po zebranych; nikt chwilowo nie raczył udzielić mu odpowiedzi.
Leanelle zatrzymała się jak wmurowana, wytrzeszczyła oczy i spojrzała na Anabde dość zdruzgotana. Nekromantka coś wspominała, ale chyba nie...
O jasna cholera.
– Warto, by Leanelle nauczyła się chociaż podstaw – odpowiedziała Anabde, najwyraźniej albo nie zauważywszy spojrzenia swojej podopiecznej, albo mając je w głębokim poważaniu.
Pytanie Aidana również puściła mimo uszu.
– Chyba zdążyłbyś udzielić jej paru lekcji, nim dotrzemy na miejsce, prawda?
Caleb skinął powoli głową, jakby jeszcze się namyślał. Potem skinął raz jeszcze, tym razem energiczniej.
– Zależy od niej – popatrzył przelotnie na Leanelle – ale sądzę, że zdołam przeprowadzić kilka. Powinny jej coś dać – stwierdził jeszcze, unosząc kącik ust bez specjalnego entuzjazmu.
Jak zawsze.
Dopiero wtedy opuścił pomieszczenie, by przyszykować się do wyjazdu. Oraz, jak się okazywało, zbliżających się lekcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz