piątek, 26 kwietnia 2013

79. Podjęcie wyzwania



– Nie bądź naiwna – rozległo się od progu.
Młodzieniec wszedł do budynku, w jakim się skryła Anabde, uśmiechając się nieco arogancko, kiedy bez przejęcia rozglądał się dokoła. Turkusowe oczy jaśniały dziko, jakby triumfem, pewnością siebie.
– Nie ma najmniejszego sensu uciekać. Chcę tylko porozmawiać – zapewnił, nawet nie próbując dalej brnąć w grę, którą rozpoczął na ulicy.
Zlokalizował ją spojrzeniem i bez trudu przyszpilił, uwalniając ledwie minimum magii. Igranie ze śmiertelnikami było o tyle zabawne, o ile banalne. Nie musiał się nawet wysilać, choćby nie wiadomo jak bardzo walczyli. To zadanie także nie wykraczało poza jego możliwości, zwyczajnie został wybrany, by pomóc mistrzowi w zrealizowaniu planu.
Zbliżył się do ofiary wolnym krokiem, doskonale wiedząc, że tym razem polowanie nie będzie tak ładne, jak zwykło być. Chyba że trochę poeksperymentować, sprawdzić, co jak działa i dlaczego, jakie wywołuje skutki. Może nekromancja wpłynie na efekty?
Uśmiechnął się, ukazując ostrzejsze zęby.
– I co teraz? – spytał po prostu, zatrzymując się przed nią.
Przyglądając się kobiecie, zastanowił się, jak żałosny musiał być pierwszy uczeń jego mistrza, skoro dał się złamać czemuś takiemu. Przymrużył oczy.
Anabde czekała. Wyglądała na rzeczywiście przestraszoną, była blada, skulona, drżąca. Ale w jej oczach kryło się coś jeszcze. 
Magia umysłu jest dziedziną o tyle specyficzną, że wymaga indywidualnego podejścia do każdej ofiary. Moc zaklęcia, jakiej trzeba użyć, zależy w dużej mierze od siły psychicznej osoby czarowanej. Jak się okazuje, zwykli, beznadziejni śmiertelnicy są zdolni do wielu rzeczy, kiedy ogarnie ich determinacja. Siłą woli potrafią przenosić góry.
Anabde wystarczyło przełamać zaklęcie młodego łowcy na tyle, by wyciągnąć ramię w bok i wysypać z dłoni ciemnoczerwony proszek. Gdy to się udało, na jej ustach pojawił się słodki uśmieszek. 
Wspomniane „coś jeszcze” w spojrzeniu wreszcie doszło do głosu. Oczy zalśniły dziwnie, barwa tęczówek pogłębiła się. W tym momencie zajaśniał krąg, narysowany naprędce jeszcze przed przybyciem młodzieńca. Niedbały, nierówny oraz pozbawiony wielu podstawowych runów wystarczył, kiedy wsparty był odpowiednim ziołem zakupionym przez Anabde na targu ledwie godzinę wcześniej. 
– Teraz przekonasz się, że jestem tak naiwna, jak uparta – odpowiedziała spokojnie.
Wiedziała, że nie ma w sobie dość mocy, by pokonać łowcę dusz. Była jednak zbyt dumna, aby się poddać. Kiedy nie było innego wyjścia, wolała już bezsensownie walczyć. 
Pośrodku kręgu powoli zaczynała się rysować sylwetka. Najpierw blada oraz mizerna, stopniowo rosła, nabierając ostrzejszych barw. Minęło pół minuty, gdy istota otworzyła czarne oczy pozbawione białek i rozwarła paszczę, ukazując ostre zęby, po dwa rzędy w szczękach.
Demon nie był ogromny i niesamowicie silny, słynął jednak jako niezły rozrabiaka. Jego rozmiary i moc zaś wystarczyły, by przełamał krąg rytualny i wydostał się na wolność. 
Najpierw rozległ się piskliwy chichot, gdy zrodzona z ciemnej mgły istota przefrunęła naprzeciwko młodzieńca, wwiercając się w niego spojrzeniem. Później, na dobry początek, wszystkie szyby w pomieszczeniu pękły z głośnym trzaskiem, a odłamki szkła posypały się na kilka metrów w dal. Demon uśmiechnął się szerzej, czekając na ruch łowcy. 
Anabde wiedziała, że ich walka nie potrwa długo. Świadoma była tego, że wezwana istota nie będzie dla młodzieńca godnym przeciwnikiem. Ale lepiej było liczyć na łut szczęścia, działając, niż się poddać.
Chłopak roześmiał się i pokręcił głową, by zaraz przeciągnąć się leniwie, jakby szykował się do przyjemnej gimnastyki. Nie wyglądał ani na zaskoczonego, ani na przestraszonego, przyjrzał się stworowi z zainteresowaniem, potem natomiast przeniósł wzrok na Anabde, unosząc kącik ust w triumfalnym uśmieszku.
– Jak tak bardzo chcesz. Tylko teraz się nie ruszaj – polecił, zacieśniając zaklęcie do tego stopnia, by każda próba przełamania go kosztowała wizje tego, co najbardziej kobietę przerażało.
Nie musiał znać dokładnej budowy jej psychiki. Jego mistrz był tak doskonałym nauczycielem, że pokazał mu wiele sposobów na potężne czary, nie wgłębiając się zanadto w ofiarę. Wystarczyło pobieżnie wysondować, pobieżnie się zorientować, potem pozarzucać pętelki i patrzeć, jak się istota wije w męczarniach zadawanych samej sobie każdą nową myślą. Miód dla oczu.
Tymczasem obrócił się do demona, dobywając krótkiego miecza o lekko zakrzywionym ostrzu. Podrzucił go w dłoni, uśmiechnął się triumfalnie i zaatakował błyskawicznie, prezentując cały potencjał fizyczny Przeklętego, nawet jeśli nadal będącego w trakcie szkolenia.
Walka rzeczywiście zapowiadała się krótka. Ledwie kilka ataków, może dwie obrony, a chłopak już był gotów do zadania śmiertelnego ciosu istocie. Skumulował moc, chcąc zrobić to w miarę czysto, miał być trochę chociaż dyskretny, kiedy nagle… coś się źle zadziało. Z pewnością nie do końca tak, jak to sobie zaplanował.
Uderzenie magii było tak potężne, że starło demona na pył, młodym łowcą natomiast cisnęło o ścianę. Chłopak stęknął, nerwowo zbierając się z ziemi i próbując wysondować okolicę; plan przewidywał zjawienie się pewnej osoby, ale nie tak szybko. I nie tak gwałtownie. Skoro to łowca, sytuacja nie powinna go sprowokować aż tak.
Do budynku spokojnym, leniwym krokiem ktoś wszedł. Buty stukały w głuchej ciszy o posadzkę, podczas gdy postać wyłaniała się z kurzu, który wzbił się w powietrze od nagłej oraz potężnej interwencji.
Sheridan zatrzymał się tuż przed środkiem pomieszczenia z rękoma niedbale włożonymi do kieszeni spodni, beznamiętnie przyglądając się przeciwnikowi, jak i stojącej pod ścianą Anabde.
– Co za nietakt, nawet jak na łowcę – skwitował lekkim tonem, nieco dłużej przypatrując się nekromantce.
Nie włożył w to najmniejszego nawet wysiłku, a pęta młodszego łowcy rozkruszyły się i rozpadły w mgnieniu oka. Chłopak poruszył się niespokojnie, zaskoczony zachowaniem przeciwnika. Ósmy poziom powinien kosztować go chociaż trochę sił… prawda?
W pierwszej chwili Anabde nie była przekonana. Nauczona przez życie przesadnej nieufności węszyła podstęp, zgodnie z myślą, że okrutność żartów młodego łowcy może nie znać granic. Istniało pewne prawdopodobieństwo, że chłopak chciał pokazać wizję Sheridana, puścić ją, by później uderzyć samą myślą tak celnie, iż prawdopodobnie udałoby mu się ją złamać. 
Ale nie. Nie wiedziała, czy powiedziała jej to pełna przerażenia reakcja młodzieńca, czy coś znajomego w spojrzeniu zielonych oczu, coś, czego nie da się powtórzyć żadną wizją. Bądź co bądź uśmiechnęła się lekko, odetchnęła z wyraźną ulgą i zatoczyła koło ramionami, jednocześnie rozmasowując napięte mięśnie karku. 
Nie odezwała się, rozejrzała się za to w popłochu, gdy wpadła do głowy myśl, że to może być pułapka. Nie starczyło jej jednak mocy na stworzenie kolejnych ożywieńców, które postawiłaby na patrolu; skomentowała to grymasem niezadowolenia. Spokojnie wycofała się w cień blisko wyjścia, wiedząc, że w tej chwili jedyne, co może zrobić, to nie przeszkadzać.
– Wynoś się stąd, Anabde – polecił Sheridan, głosem zimnym oraz napiętym, jakby naprawdę chciał ją wygonić, bo nie może dłużej na nią patrzeć.
– Wielki rycerz przybywa ratować niewiastę? – zakpił młody łowca, podnosząc się z ziemi i szczerząc ostrzejsze zęby w szyderczym uśmiechu.
Sheridan także się uśmiechnął. Nawet nie wysilał się, by wypadło to strasznie i nieco szaleńczo, zupełnie jakby stracił nad sobą panowanie. Może tak w rzeczywistości było.
– Łowca przybył zapolować – odparł niższym głosem, pochylając lekko głowę.
Niedbale zasalutował, nie spuszczając wzroku z robaka, któremu musiał stawić czoła; to nie potrwa długo. Zwłaszcza jak przestanie go ograniczać niepokój o Anabde, jak już całkowicie uwolni gniew. Teraz mógł się trochę pobawić, prawda?
Rozpostarł błoniaste skrzydła, które zadrżały na powietrzu, a potem spokojnie opadły na plecy. W tej samej chwili Sheridan ruszył, dosłownie nie wiadomo kiedy dobywając broni. Pozwolił chłopakowi zablokować cios, by chwycić go za włosy i cisnąć nim o podłogę.
Wewnętrzna walka nie trwała zbyt długo; rozważywszy wszystkie za i przeciw, Anabde zagryzła w zdenerwowaniu wargę i posłusznie wycofała się z budynku. Jej obecność podczas pojedynku mogłaby przeważyć szalę zwycięstwa na stronę młodego łowcy, jeśli znalazłby sposób, by odpowiednio ją wykorzystać. 
Gdy znalazła się na ulicy, padła na kolana i zaczęła nerwowo przeszukiwać kieszenie. Położyła na ziemi kilka maleńkich woreczków i jeden słoik, później zabrała się za rysowanie precyzyjnego kręgu, nie zapominając o żadnym z potrzebnych symboli. Jej praca nie trwała długo, ale wymagała wszystkich irytujących drobiazgów, które zazwyczaj pomijała, wykorzystując na ich miejsce własną moc. 
Kiedy Anabde odchodziła, kierując się szybkim i nieco sztywnym krokiem do najbezpieczniejszego miejsca, jakie przyszło jej na myśl – do przyjaciół – próg budynku, w którym toczyła się walka, przekroczył bardzo brudny kot roztaczający wokół siebie nieprzyjemny odór.
Zwierzątko wskoczyło na jeden z kufrów, odnajdując na nim doskonały punkt obserwacyjny, po czym skupiło spojrzenie martwych, dziwnie błyszczących ślepiąt na walce, kiwając z niepokojem ogonem przy każdym ataku łowców. 
Musiała zaufać. Wierzyła w Sheridana, dlatego przezwyciężyła troskę i pogodziła się z raniącą bezsilnością. Ale nie mogła go zostawić tak całkiem. Po prostu nie mogła. 
Zatrzymała się przed wejściem do gospody i skupiła na obrazach podsuwanych przez ożywieńca. Oparła czoło o drzwi przybytku, zamknęła oczy i wstrzymała oddech. 
Żeby nic mu się nie stało.

Kontrolował to, dokąd poszła. Jak szybko. Czy zamierzała wrócić. To było nieco dekoncentrujące, dlatego młody łowca nabrał pewności siebie, atakował coraz bardziej zaciekle, zaczynając wierzyć w to, że triumfuje, że ma szansę. Sheridan nie zwracał na niego uwagi, niedbale parując ciosy i od czasu do czasu wyprowadzając własny, by się szczyl nie zdziwił biernością w walce.
Potem to już było bardzo proste. Jego oczy błysnęły i zastygły w dzikim wyrazie; pozwolił sobie na uwolnienie całego gniewu, całego niepokoju, całej furii, która w nim rosła. Przypominało to minimalnie kontrolowany wybuch – Przeklęty przypilnował, by magia nie wydarła się poza budynek, by skupiła się tylko na ruderze, a przede wszystkim: na najnowszej ofierze.
Chłopakowi szybko zabrakło oddechu. Starał się stawiać bariery, blokować, ale wszystko się roztrzaskiwało, nowe fale znowu nadchodziły, i w tym wszystkim musiał jeszcze machać mieczem. To wymagało niezwykle dużo skupienia oraz wysiłku, a najwięcej doświadczenia. Umiejętności. Może też odrobiny talentu. Albo zwyczajnie pokory.
Gdyby uciekł, gdy Sheridan wszedł do budynku, pewnie pozwoliłby mu wrócić do Gaira. Od początku wiedział, że to uczeń jego mistrza, ale dałby mu ujść z życiem, zbyt skupiony na bezpieczeństwie Anabde.
Teraz Anabde tu nie było. Teraz mógł bez przeszkód przeobrazić się w potwora, którego każdy prosty człowiek się bał, z nadzieją wierząc, że jemu podobni dawno wyginęli.
Młody łowca poważnie się zdziwił, kiedy Sheridan odrzucił miecz, zatrzymując się. Chłopak także zastygł, drżąc z napiętymi mięśniami, otwierając szeroko oczy i zastanawiając się, czy to koniec. Może coś się stało? Może mistrz interweniował?
Wtedy Sheridan uniósł rękę. Młodzieniec stracił dech, sięgnął do tego, co ścisnęło mu gardło, ale na nic nie natrafił dłonią. Coś chwytało go po kolei za niemal każdą część ciała – za ramiona, nogi, za brzuch, za głowę. Nie mógł się z tego oswobodzić, szarpał się fizycznie oraz magicznie, jednak każdy atak się roztrzaskiwał. Nawet ósmy poziom. Spróbował wskoczyć na dziewiąty ostatkiem sił; udało się.
Zdrętwiał, gdy dziewiątka roztrzaskała się jak szklana ozdoba.
W następnej chwili cała ta niewidzialna siła szarpnęła, każda jej część w inną stronę. Krew bryzgnęła dokoła, ciało rozpadło się na kawałki, jego fragmenty zatrzymały się z plaśnięciem na ścianach.
Sheridan uśmiechnął się kącikiem ust, niedbale ściągając barierę, która osłoniła go przed utytłaniem posoką oraz wnętrznościami. Rozejrzał się dokoła nadal błyszczącymi dziko oczami, dla pewności miażdżąc każdy ostatni pierwiastek życia chłopaka.
– Kiepski ten twój uczeń – rzucił w przestrzeń, salutując.
Potem sięgnął po miecz, schował go do osłony, wcisnął ręce do kieszeni spodni i ruszył w drogę powrotną jakby nigdy nic. Do miejsca, do którego uciekła Anabde – a skoro ona tam uciekła, to i dla niego było tam schronienie.
Za taką myśl też już kiedyś zapłacił.

Całe życie było grą. Maską. Tego należało się trzymać, tak zaczął być uczony.
Wiedza zdawała się być abstrakcją. Z początku trudno przychodziło mu pogodzenie się z tym, zrozumienie, że naprawdę tak trzeba. Urodził się jako łowca dusz, a łowca dusz, jak każdy Przeklęty, musiał się żywić. Jedni stali w hierarchii wyżej, co pozwalało im panować nad głodem, inni niżej. Jeszcze kolejni posiadali zdolność odbierania ważniejszych elementów stworzenia niż samo ciało czy cokolwiek przyziemnego.
On musiał żywić się duszami. To nie ulegało wątpliwości – zwłaszcza od czasu, w którym dotarł do granicznego wieku, kiedy długowieczność spowalniała rozwój organizmu, czy raczej jego starzenie się.
Gair zaczął brać go na pomniejsze polowania. Jego zadaniem było pozostawanie w ukryciu i obserwowanie, uczenie się poprzez patrzenie. Pojął wtedy, jak wiele zależy od tego, w jaki sposób ofiara zobaczy łowcę. Jednak okazał się za słaby na grę, dwukrotnie popełnił błąd, który utrudnił jego opiekunowi doprowadzenie sprawy do końca.
Cóż, przyglądanie się pieprzącej się parze nie należało do najłatwiejszych zadań nawet dla szkolonego, młodego łowcy dusz.
Od tego czasu Gair był na Sheridana wściekły. Chłopiec musiał podwoić wysiłki, rozpaczliwie ucząc się grania. Chciał zagrać dokładnie każdego człowieka, ale żeby to zrobić, musiał ludzi poznać.
Zatem wychodził z domu na rynek i obserwował, ciesząc się, że nie jest to tak trudne, jak obserwowanie opiekuna przy polowaniu. Analizował, próbując zapamiętać każdy szczegół, w umyśle budując osobowości, zachowania, przyzwyczajenia. Gdyby umiał zmieniać ciało, byłoby prościej – zrozumiał to przy pierwszej próbie wejścia w kolejną stworzoną osobę. Nagle okazało się, że bycie sobą, kimś obcym i kolejnym obcym, mimo że nie jednocześnie, zaczyna wykraczać poza jego możliwości.
Nie miał jednak wielu ciał, wielu wyglądów, musiał pozostać w sobie. Pozostać w sobie kimś zupełnie obcym. Zatem najważniejsze okazało się przyzwyczajenie do myśli, że jego ciało nie należy do niego, ale do natury łowcy. Kiedy go potrzebował, używał go. Nie miał do niego żadnych praw, musiało stanowić pustą skorupę, do której dało się wepchnąć każdą jednostkę, nieważne jak skrajną. Nieśmiałego chłopca, brawurowego głupca, wygadanego bogacza, zastraszonego biedaka.
Nie było Sheridana – był łowca i jego maska, jego gra, którą postanowił rozpocząć.
Gair w końcu dostrzegł wysiłki. Pochwałą miało być zabranie go na kolejne polowanie, gdzie mógłby przyglądać się nauczycielowi, ale do opiekuna dotarł chyba pewien kluczowy problem – mały chłopiec nie potrafił patrzeć w wystarczającym spokoju na seks.
Sheridan okazał się idealnym, niewidzialnym obserwatorem w dosłownie każdym miejscu, wszędzie potrafił zlać się z otoczeniem, stając się zwyczajnie bezosobowym. Oprócz sypialni, oprócz czegoś, czego nie rozumiał i czego nie poznał.
Gair chciał najpierw problem rozwiązać w najprostszy możliwy sposób, jakby zapomniał, kogo miał pod opieką. Dopiero kiedy dopracował plan i przyszedł oznajmić jego przebieg Sheridanowi, spojrzał na stojącego przed nim chłopca, który, choć jako Przeklęty zaczął rozwijać się jakby w zwolnionym tempie, to jednak nadal był dziesięciolatkiem. Kazanie dziecku przelecieć kobietę okazało się na razie niemożliwe, tak samo jak zachowanie przez niego spokoju podczas finalnej części polowania.
Należało czekać, ale nie wolno było przerywać nauki. Nie wolno było zatrzymać się na jednym poziomie, bo wtedy łowca stawał się przeciętny. Zwolnienie szkolenia owocowało pojawianiem się wątpliwości.
Sheridan otrzymał nowe zadanie. Nie miał pojęcia, jednak rozwiązanie problemu podsunął Gairowi osobiście, kiedy pewnego dnia nieśmiało spytał, czy poluje się tylko w ten sposób, w jaki robił to on.
Gair spojrzał na chłopca z góry, unosząc brew ze znudzeniem. Wzrok niemalże czarnych oczu zdawał się wbijać w ziemię.
– Nie – odparł krótko. – Ale tak jest najprzyjemniej.
Nie dbał o to, czy Sheridan zrozumie. Nie zrozumiał, jednak skinął głową, nie mogąc uwierzyć, że coś takiego sprawia przyjemność. Jak każde dziecko i on czuł wobec tego typu spraw obrzydzenie, ale każde słowo Gaira było święte.
Dał mu wszystko, mógł to wszystko odebrać. Miał siłę. Był niezwyciężony.
Wtedy właśnie Gair postanowił zaangażować Sheridana w innego rodzaju polowanie, w polowanie, któremu mógłby podołać. Celem została starsza samotna kobieta, a chłopca wyznaczono do uśpienia jej czujności. Sheridan stanął przed wyzwaniem polegającym na użyciu jednej z masek, które stworzył.
Najpierw poczuł dumę. Gair docenił jego ciężką pracę, a ta ciężka praca najwyraźniej była owocna, skoro mógł bezpośrednio pomóc w polowaniu. Potem jednak sparaliżował go strach. Kim powinien zostać? Jak się tego dowiedzieć? Czy samo spojrzenie w oczy wystarczy?
Pokręcił głową, naciągając buty. Gair powtarzał, że przysłowia „oczy to zwierciadła duszy”, „oczy nie kłamią”, „w oczach czai się prawda” to zwykła głupota. Nad wszystkim w naszym ciele dało się panować.
Wychodząc z domu i zamykając drzwi, zrozumiał, co musiał zrobić. Musiał stworzyć splot magiczny, który pomoże mu poznać ofiarę. Splot stworzony w chwili pierwszego kontaktu wzrokowego, splot wnikający w umysł i odkrywający pierwsze myśli wywołane spojrzeniem na niego. To banalne.
Na podstawie reakcji dało się określić, jak się zachować, jaką z przygotowanych masek wykorzystać. Gair nie musiał tego stosować, ale miał zbyt duże doświadczenie. Wystarczyło, że spojrzał, a już wiedział.
Sheridanowi pozostawało to określić, potem natomiast zastosować się do poczynionego odkrycia. Musiał odebrać sobie tożsamość i tym razem musiał to zrobić raz na zawsze. Od tego zadania jego ciało już nigdy nie powinno być Sheridanem.
Ofiarę opisano bardzo dokładnie. Mimo to nadal nie miał pewności, do kogo powinien podejść, kiedy kluczył wśród tłumu na rynku, rozglądając się dokoła czujnie. Ostatecznym znakiem było dostrzeżenie znajomej sylwetki wśród obcych – Gair znajdował się w pobliżu. Sheridan poczuł, jak serce mu przyspiesza, gdy rozglądał się za starszą kobietą; jeśli ją przegapi, to mógł być koniec.
Odnalazł ją jednak. Prawie na nią wpadł, wodząc dokoła rozgorączkowanym spojrzeniem, a kiedy uniósł głowę, by na nią spojrzeć, zareagował instynktownie. Nawet nie pomyślał o użyciu magii, choć zawsze musiał się przygotowywać.
Po prostu w jednej chwili wiązka zaklęcia go opuściła, a on poczuł – nawet nie usłyszał – jej uczucia. Odetchnął, otwierając szerzej oczy, bo było to niesamowite doznanie. Zostały mu tylko ułamki sekund, musiał wybrać maskę. Stać się stworzoną postacią.
– Przepraszam panią – odezwał się zachrypniętym głosem, znów pozwalając sobie działać bez myślenia, instynktownie.
W pewien dziwny sposób okazało się to o wiele prostsze niż planowanie każdego posunięcia.
– Nic się nie stało, kruszynko – odparła dobrotliwie rozbawiona, poprawiając trzymany na ramieniu kosz z zakupami. – Jesteś strasznie zaaferowany, czy coś nie tak? – zmartwiła się od razu, marszcząc czoło.
Miała ciepłą twarz. Trudno określać twarz jako ciepłą, ale właśnie tak postrzegał ją Sheridan. Ciepłą, łagodną, współczującą. Dokładnie taką, jaką zawsze pogardzał Gair, wskazując podobne osoby jako najłatwiejsze ofiary.
Chłopiec, obserwując kobietę, zastanowił się, czy to prawda. Czy naprawdę dobroć określa słabość. Empatia wymagała wiele siły, niesienie pomocy – odwagi oraz moralności.
Skupił wzrok na oczach nieznajomej, przyłapawszy się na tym, że do tej pory rozglądał się nerwowo wokół. Nie czekał na interwencję Gaira, nie szukał nikogo konkretnego, nie wyczuwał żadnego zagrożenia. Po prostu… tak się zachował.
Pokręcił bez słowa głową.
– Zgubiłeś swoich rodziców? – spytała łagodnie, wpatrując się w stojącego przed nią niepewnego chłopca z równie miłym błyskiem w oku, jak miła była cała ona.
– Nie – odparł zgodnie z prawdą, doskonale zwalczywszy przedziwny ból, który na moment go ogarnął.
Potem pojawiła się niechęć, na końcu nienawiść. Nie wiedział, skąd się to wzięło – do tej pory nie nienawidził nieznanych sobie rodziców. Po cichu o nich marzył.
Teraz jednak w jego umyśle wykwitło przekonanie, że wyrzucili go dla własnej korzyści. Że im się nie chciało. Że byli tak podli, jak cały świat, dokładnie tak, jak mówił Gair.
– Jak mogę ci pomóc? – spytała zaniepokojona kobieta, najwyraźniej domyśliwszy się, że mógł być sierotą; wiele takich biegało dokoła, ale nigdy nie odważyły się do kogokolwiek odezwać, zwłaszcza kiedy były też bezdomne.
– Ja chcę pomóc pani – sprzeciwił się, sięgając do trzymanego przez nią koszyka. – Potrąciłem panią, tak przeproszę – postanowił, bez trudu odbierając zakupy z wątłych dłoni. – Proszę mnie poprowadzić do domu – dodał bardziej stanowczo i uśmiechnął się, w uśmiechu szczerząc zęby.
– Nie ma takiej potrzeby, kruszynko, nic się przecież nie stało – przypomniała rozbawiona, pokręciła głową i sięgnęła do swojej własności.
– Ale ja chcę – zbuntował się grymaśnym głosem, cofając się kilka kroków poza zasięg rąk; uśmiech nie schodził mu z twarzy, a przychodziło to tak swobodnie oraz naturalnie, że zaczął się bać, iż maska wymieszała się z nim samym.
To niedopuszczalne. Nie da się być sobą i kimś innym jednocześnie. A gdy dojdzie więcej przebrań? Ale próby zmienienia tego mogły wszystko zniszczyć.
– Zatem którędy? – zainteresował się z pewną nonszalancją, okręcając się na pięcie i rozglądając się wyczekująco.
Kobieta roześmiała się ciepłym głosem, ponownie kręcąc głową. Zrównała się z nim, jej drobna dłoń spoczęła na jego ramieniu. Poczuł, jak przeszywa go przedziwny dreszcz; to było… miłe? Nigdy wcześniej nikt nie potraktował go z minimalną chociaż czułością, a chociaż w tym przypadku było jej bardzo niewiele, to jednak dla niego okazało się to doskonale odczuwalne. Na moment wstrzymał oddech.
– Tędy – mruknęła, wskazując odpowiednią uliczkę.
Raz jeszcze został zabrany z drogi do kolejnego domu. Tym razem było jeszcze inaczej. Tym razem prócz przerażenia, które go ogarnęło, pojawiło się kolejne uczucie – on naprawdę, niespodziewanie oraz nagle, zapragnął z nią pójść. Poczuć się przy niej bezpieczny oraz kochany. Nawet przypominanie sobie o tym, że to tylko chwilowe, nie zmieniło tego.
Bo ta chwila była czymś więcej, o czym mógłby kiedykolwiek pomarzyć.
Nie wiedział, jak to się stało, ale kiedy odstawił zakupy w małym mieszkaniu na parterze kamienicy, zaproponowała mu gorącą herbatę. Potem coś do jedzenia. A gdy, zgodnie z przyjętymi akurat tu normami dobrego wychowania, postanowił zebrać się do wyjścia, zagadnęła o miejsce, do którego się zamierzał udać. Wiedział, że ten ktoś, kim był teraz, pozostałby szczery. Nadal się bał, że nadal był Sheridanem, ale grał dalej. Nawet jeśli utożsamił się trochę z rolą.
W ten sposób dostał ciepły kąt do spania w jej domu. I następnego dnia koniecznie chciał pomóc, by się odwdzięczyć. Tak właśnie minął cały tydzień.
Tydzień jak ze snu.
Nikt go nie bił, nikt go nie poniżał, nikt nie podnosił głosu. Za wszystko, co zrobił, otrzymywał pochwałę, nawet jeśli nie wyszło dobrze. Wtedy jeszcze na spokojnie go poprawiano, tłumaczono błędy. Z początku nie wierzył w swoją sytuację, czekał na pułapkę, nabrał podejrzliwości, kontrolując, by te uczucia nie zepsuły gry.
Potem z wielkim trudem dotarło do niego, że kobiecina była właśnie taką osobą. Dobrą, spokojną, wyrozumiałą, tak różną od Gaira. Uwierzył nagle w to, że w słowie „dom” może być ciepło. Że „dom” nie kryje tylko ciężkiej atmosfery, że nie jest tylko budynkiem, że to możliwe, by to wyglądało inaczej. Dotarło do niego, że woli dom tej kobiety od tego, co ofiarował mu Gair. Nie rozumiał jeszcze wszystkiego, ale dotarło do niego, że istnieją dwa powody pozbawienia strachu.
Jednego nauczył go Gair – nie boisz się, kiedy wszyscy wokół boją się ciebie. Drugi natomiast był zupełnie inny – nie boisz się, kiedy nie ma niczego, czego mógłbyś się bać. Zupełnie. Sheridan po raz pierwszy w życiu miał całkowicie czysty, spokojny umysł.
Zbliżał się wieczór, wspólnie nakrywali do skromnej kolacji. Kobieta była już powykręcana przez starość, dlatego chłopiec energicznie biegał z pokoju do pokoju, nosząc wszystkie potrzebne naczynia. Co pewien czas spoglądał na nią uważnie, jakby się bał, że coś się stanie, kiedy jej nie pilnował. Gdy napotykała jego spojrzenie, uśmiechała się, a on nie umiał nie uśmiechnąć się w odpowiedzi.
Wtedy trzasnęły drzwi. Zatrzymał się w połowie drogi do stołu, naczynia wysunęły mu się z dłoni i roztrzaskały na podłodze. Kobiecina obejrzała się na intruza, zerknąwszy z przestrachem na podopiecznego, ale upewniwszy się, że Sheridan nic sobie nie zrobił, zapatrzyła się na stającego w progu mężczyznę.
Gair przyglądał się scenie z pozbawioną wyrazu twarzą, jakby nic go tu nie dotyczyło. Jego wzrok skupił się na przyszłej ofierze.
Sheridana najpierw zszokowało to, z jaką wyrazistością wyczuł opiekuna. Nim ten jeszcze otworzył drzwi, wiedział o nim. Nie polegało to na sondzie okolicy, nie dysponował na razie wystarczająco silną magią, by wysondować Gaira. Po prostu zgadł. Wyczuł. To było niczym lodowaty prąd przeszywający ciało.
– Dobry wieczór – odezwał się w martwej ciszy mężczyzna, unosząc kącik ust w szyderczym, niepokojącym uśmieszku.
Sheridan zadrżał.
– Kim pan jest? – spytała ostro gospodyni.
Gair uśmiechnął się szerzej. Chłopiec poczuł uderzające w niego przerażenie, do nozdrzy wdarł się dziwny, niepokojący zapach. Wciągnął gwałtownie powietrze, prostując się sztywno. A potem zrobił coś, czego później nie zamierzał zrobić już nigdy więcej.
Skoczył na Gaira ze wściekłym, niskim warknięciem, uderzył w niego i machnął na oślep ręką w dziwnej złości. Poczuł zdzieraną paznokciami skórę, mdły zapach krwi zagłuszył dziwny, niepokojący odór.
– Zostaw ją! – usłyszał własny głos.
Gdy gruchnął na ziemię, pomyślał, że połamał mu wszystkie żebra i chyba także coś na wysokości bioder. Potrzebował długiej chwili, by z zamroczonego umysłu odgrzebać nauczoną pewien czas temu nazwę – miednica. Nawet jednak nie krzyknął, wiedząc, że mu nie wolno. Niektórych nawyków nie da się wykorzenić, a ten został dodatkowo przez Gaira pogłębiony, bo wyniósł go już z ulicy.
Krzyknęła natomiast kobieta. Sheridan zogniskował spojrzenie na opiekunie i gospodyni stojących przed nim – dostrzegł jej przerażenie oraz wściekłość łowcy. Przez odrętwiałe wyczekiwanie na koniec koszmaru przebiło się nieprzyjemne uczucie towarzyszące powracającym na swoje miejsce kościom. Regeneracja uaktywniła się wraz z postępującym wiekiem, tak samo jak zwolniło się starzenie ciała.
W następnej chwili niewidzialna siła zmiażdżyła głowę kobiety; krew, mózg oraz kawałki czaszki rozprysły się po pokoju, obryzgując także nieruchomego Sheridana. Ciało zwaliło się nieopodal niego, a on nadał nie potrafił się ruszyć – tylko jego świszczący oddech stopniowo cichł wraz z postępującą regeneracją ciała.
Potem kolejna siła podniosła go z ziemi i przyciągnęła do Gaira, pozwoliła jednak sunąć po krwi oraz fragmentach mózgu, by poczuł ich ciepło oraz lepkość na skórze. Zadrżał, patrząc na to wielkimi oczami i nie wiedział, czy bardziej boi się Gaira, czy tego, że nie czuł obrzydzenia. Nawet najmniejszego.
– Nie waż mi się sprzeciwiać – zażądał lodowatym, miażdżącym głosem Gair. – Nigdy nie waż mi się sprzeciwiać w obronie czegokolwiek. To żałosne i głupie. Nie ma ideałów. Nie ma marzeń. Niczego nie ma, to całe pierdolenie o miłości czy przyjaźni to gówno prawda. Jest tylko cierpienie. Nie istnieje na tym świecie miejsce dla ciebie, rozumiesz? Nie ma go. Nie ma dla ciebie miejsca na ziemi. Nigdy nie używaj uczuć.
Rzucił nim na podłogę, w sam środek krwawego bajora. Sheridan uniósł się na drżących rękach, nie potrafiąc się odezwać, bał się nawet na opiekuna patrzeć. Przyglądał się wsiąkającej w spodnie krwi.
– Poza tym pytałeś o inne metody polowań. Oto jedna z nich – dodał na koniec zwyczajnym tonem Gair.
Odwrócił się i wyszedł, zostawiając Sheridana samego. Obaj wiedzieli, że łowca wygrał. Wygrał, bo idealnie zdeptał nieśmiałe marzenie chłopca, by mieć gdzieś dom. Choćby najmniejszy. Ale żeby chciał tam wracać.
Sheridan podniósł się i wyszedł, nie zamykając drzwi.

Czekała na niego oparta o ścianę tuż przy wejściu do gospody.
Anabde nie znalazła w sobie wystarczająco dużo siły, by przekroczyć próg i znosić zatroskanych przyjaciół; nawet gdy nie byli szczególnie nachalni, irytowały te pełne zrozumienia spojrzenia oraz nieśmiało zadawane pytania. Tutaj, blisko nich, oddzielona od towarzyszy tylko ścianą, była bezpieczna; gdyby coś się działo, wystarczyłoby krzyknąć, a już ruszyliby na pomoc. Dodatkowo na zewnątrz było dużo przyjemniej – chłodne wieczorne powietrze pozwalało ostudzić nerwy i otrzeźwić umysł. 
Odkąd zerwała połączenie z ożywieńcem, mogła tylko czekać. Sheridan powinien tu być za kilka minut, o ile zmierzał prosto do gospody. Oczywiście, prawdopodobne było, że wybrał inaczej, ale to nie miało żadnego znaczenia – ona i tak będzie stać tutaj, wypatrując jego powrotu. 
Zdenerwowana nie czuła nawet chłodu. Oparła się głową o ścianę, skrzyżowała ramiona przed sobą i tak stała, niemalże jak posąg. Wchodzący i opuszczający gospodę ludzie patrzyli na nią krzywo, jakby widzieli w niej kurwę, skrytobójczynię, złodziejkę lub osobę zajmującą się inną, równie gardzoną profesją. Odpowiadała im przeciągłym, bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem i za każdym razem to wystarczyło, by ich zbyć. 
Teraz wpatrywała się w ścianę budynku naprzeciwko, od czasu do czasu zerkając to w lewo, to w prawo. Gdy tylko w oddali majaczyła sylwetka, Anabde wychylała się, by rozpoznać zmierzającą w jej stronę osobę. Wystarczyła chwilka, by przekonała się, że nie jest to ten, na którego czekała; wtedy zaciskała z niezadowoleniem usta i znów opierała się wygodnie o ścianę.
Wreszcie nadszedł. Nie można powiedzieć, by się spieszył, szedł lekkim, leniwym krokiem, niemalże jak zawsze, oczywiście z rękoma w kieszeniach spodni. Mijający go ludzie obchodzili go szerszym łukiem, czując się w jego pobliżu nieswojo – nadal widać było, że nie do końca opanował złość, gniew malował się w zielonych oczach, zdradzały go napięte mięśnie. Zdawał się jednocześnie ignorować cały świat, jakby zamknął się we własnej rzeczywistości.
Gdy dostrzegł Anabde, uniósł nieznacznie głowę, przypatrując się jej przez cały czas, jak się do niej zbliżał. Zatrzymując się przed kobietą, wyglądał tak, jakby jej nie znał, miał zaraz minąć i wejść po prostu do gospody. Nie zrobił tego jednak, nieprzerwanie wpatrując się w jej twarz; jego oczy nic nie wyrażały, co mogło sugerować, że gdyby ich nie pilnował, wyrażałyby za dużo.
– Co ci zrobił? – spytał bez ogródek, głosem względnie obojętnym, a jednak nieco drżącym od wstrzymywanej złości.
Chwilę nie odpowiadała, przypatrując się mu badawczo. Jego obojętność i wypranie z emocji powiedziały jej więcej, niżby tego chciał; przymrużyła z troską oczy, wypuszczając powietrze z płuc z cichym westchnieniem. 
– Nic – odparła wreszcie. – Nie zdążył. 
Zdążył tylko obudzić mój strach, najcelniej jak mógł. Nie powiedziała tego jednak, nie dała po sobie poznać, że podobna refleksja w ogóle przyszła jej na myśl, choć na usta cisnął się gorzki uśmiech.
Opuściła ramiona swobodnie wzdłuż ciała i odsunęła się od ściany, z myślą, że powinni już wrócić do pokoju. Czekała jednak, nie spuszczając z niego spojrzenia, bo może jeszcze czegoś chciał.
Skinął niemrawo głową, chwilę się jej przyglądając, przesuwając wzrokiem po jej twarzy, jakby szukał oznak kłamstwa. Najwyraźniej jednak niczego się nie doszukał, dlatego przeniósł spojrzenie na drzwi karczmy.
– Chłodno – skwitował, tym samym przekazując jej, że powinni wejść do środka.
Nacisnął klamkę i przepuścił Anabde przodem, zaraz zamykając przejście. Ich przybycie wywołało drobne zamieszanie – Aithne zerwała się z miejsca zdenerwowana, a Errian usadził ją z powrotem mocnym szarpnięciem za bluzkę – Sheridan jednak przytrzymał nekromantkę za ramię, by przypadkiem do pozostałych nie dołączała.
Spojrzał przeciągle na młodego maga i poprowadził kobietę w stronę schodów z pokojami gościnnymi, nie zaszczycając nikogo słowem wyjaśnienia. Errian jednak wszystko dokładnie zrozumiał, sam także wstał od stołu, powiedział coś półgłosem do Aithne, trochę głośniej do pozostałych, i ruszył za Sheridanem oraz Anabde minutę albo dwie po nich.
Nie zatrzymywała się, nie broniła, nie zadawała pytań. Nie czuła żalu ani złości, że została wciągnięta w nieznany sobie konflikt łowców dusz, pozostały w niej wyłącznie troska oraz strach. Gdy weszli do pokoju, stanęła ledwie kilka kroków od drzwi i obróciła się, by spojrzeć na Sheridana z nie naglącym wyczekiwaniem. 
Serce biło trochę mocniej niż powinno, nerwy zaciskały się na nim chłodnymi palcami. Starała się to opanować i odsunąć od siebie, nie chcąc, żeby emocje przejęły nad nią kontrolę. Odetchnęła głęboko, choć nie zdecydowała się spuścić spojrzenia z Sheridana, w obawie, że coś jej umknie; zacisnęła dłoń w pięść i rozluźniła palce, a po powtórzeniu czynności raz, drugi i trzeci wreszcie udało się odzyskać odrobinę spokoju. 
Ktoś się zbliżał, odgłos jego kroków stawał się coraz głośniejszy. Anabde przechyliła głowę, zastanawiając się, czy Sheridan miał jej coś do powiedzenia jeszcze na osobności. Ale nie chciała zaburzać jego wypracowywanego z trudem opanowania, dlatego czekała. Miała wiele pytań żądających odpowiedzi, mnóstwo wątpliwości i sporo obaw, ale poradzi sobie z nimi, jeżeli taka będzie cena. 
Aż śmieszne. Powoli zaczynała się przyzwyczajać do myśli, że w tej chwili jedynym, czego pragnęła, to trochę mu ulżyć. Dała żyć temu dotychczas obcemu uczuciu, choć mogło się przerodzić w coś niebezpiecznego. I póki co pozostawało nienazwane, ale tak było lepiej.
Mniej strasznie.
Kroki zbliżyły się do drzwi pokoju, a potem je minęły, by po chwili ucichnąć w drugiej części korytarza. Sheridan zdawał się zupełnie nieporuszony tym faktem, jakby już zapomniał, że sam poniekąd poprosił Erriana o przyjście. Spojrzenia w tym momencie nie spuszczał z Anabde, przypatrując się jej uważnie.
– Jeśli masz coś do powiedzenia, mów – stwierdził wreszcie, cmoknąwszy cicho jakby z lekką irytacją.
Wiedział, że na pewno znalazła wiele pytań, na które chciałaby poznać odpowiedzi. Mógł jej kilku udzielić, potem natomiast pozostanie już czas tylko na działanie.
Zasługiwała jednak na chociaż tyle – gdyby nie musiał tak skrupulatnie pilnować samego siebie, by nie wybuchnąć, prawdopodobnie spróbowałby jej ofiarować trochę więcej. Na ten moment wspiął się na wyżyny swojego altruizmu.
Zmarszczyła czoło, odwracając na chwilę spojrzenie, wreszcie potrząsnęła głową. Nie potrzebowała wiele. W chory, trudny do zrozumienia sposób mu ufała. Może jeszcze ją to zgubi.
A może nie. 
– Idziesz gdzieś – zauważyła cicho.
I nie miała na myśli wyjścia do pobliskiego pokoju, gdzie czekał na niego, z tego co zdążyła zauważyć, Errian. 
Chciała nie pytać o nic. Albo mieć wystarczająco dużo wiedzy, żeby samej się domyślić. Wiedzy jednak nie było, a lęk nie dawał się stłumić. Były podejrzenia, to prawda, ale nie wystarczająco pewne.
Dlatego wróciła do niego spojrzeniem, przymrużając oczy i starając zorientować się, kiedy naruszy granicę jego wytrzymałości. 
Czasami trudno się z nim rozmawiało, a tym razem nie mogła pozwolić sobie na doprowadzenie do kłótni nieodpowiednim słowem.
– Idę – przytaknął spokojnie i przez chwilę wyglądało, jakby na tym zamierzał skończyć, ale nagle jakby się rozmyślił. – To jedyne wyjście w tej sytuacji – dodał, trochę jakby próbował się przed nią tłumaczyć.
Czemu? Nie wiedział. Gdzieś głęboko tkwiło chyba coś na kształt poczucia winy; przez niego została wciągnięta w chore rozgrywki, mogło się jej coś stać. Miał nadzieję, że nikt nie będzie zmuszony do uczestnictwa w tym, tymczasem padło na nią. Musiał stawić temu czoła, bo inaczej to się nigdy nie skończy.
– Chcesz to skończyć – zauważyła na głos, potwierdzając własne domyślenia.
Nie wiedziała, czy mocniej ją to zdenerwowało, czy uspokoiło. Raczej to pierwsze. Chyba bardziej bała się o niego niż o siebie; może dlatego, że nie rozumiała tego zamieszania, jego źródła oraz sytuacji, w jakiej został postawiony Sheridan.
Ale coś podpowiadało jej, że jednak nie. 
Gdy znów wróciła myślami do chwili obecnej, jeszcze moment się wahała. Wreszcie, podjąwszy najwidoczniej decyzję, postawiła krok do przodu i oparła dłoń o jego tors. Opuściła głowę, przymykając oczy, i pozwoliła, by jego zapach uspokoił ją, bliskość dała poczucie bezpieczeństwa, przekonanie, że jakoś to będzie.
Trwało to krótko, ale było silne. 
– Powodzenia – powiedziała niemalże szeptem, unosząc brodę i odnajdując spojrzenie jego oczu.
Wpatrywał się w nią jeszcze chwilę; w pewnym momencie jego ręka drgnęła, jakby chciał ją unieść, może sięgnąć do twarzy kobiety. Powstrzymał się jednak, w jego oczach pojawiło się specyficzne niezadowolenie, niemalże zirytowanie tym, co chciał zrobić. Kolejne sekundy się jej przyglądał, po czym odwrócił głowę i zaraz stał do niej plecami, chwytając za klamkę zamkniętych drzwi.
Wyszedł bez słowa i chociaż bardzo drobna cząstka jego nie zgadzała się z takim rozegraniem sprawy, wiedział, że nie pójdzie za nim. Cały niefortunny incydent osłabił ją na tyle, by czuła zmęczenie, co więcej – na szczęście duma nie pozwoli go gonić. Wolał, żeby zasnęła i trochę wypoczęła, zwłaszcza że najgorsze, co mogłaby zrobić, to usłyszeć jego i Erriana rozmowę. Nie umiał tego czegoś w sobie nazwać, ale chciał trzymać ją od tego z daleka. Jak najdalej. Odetchnął, przymknął oczy i ruszył do pokoju, w którym powinien młodego maga zastać.
Wszystko działo się nie tak, jak sobie zażyczył. Planował odwlec to w czasie, poczekać, aż grupa skończy z zaginionym dzieckiem, pomóc im trochę, przy okazji zarobić, by wreszcie – odejść, odciągnąć Gaira i go zgubić. Dałoby się to zrobić.
Tymczasem on rozegrał to na swoich warunkach, rozdał karty wedle własnego uznania i wpakował Sheridana w niezłe bagno. Spora część jego powtarzała, że sam tego chciał. A właściwie łatwo byłoby się z tego wyplątać – mieć wszystkich w dupie.
Coś się naprawdę zmieniło, do jasnej cholery.
Uniósł dłoń, by zapukać, chociaż doskonale wiedział, że jeśli Errian czytał, to przegapiłby nawet bicie w dzwon na alarm. Nie zdążył jednak nawet dotknąć desek, kiedy z wnętrza pokoju dobył się cichy, znajomo spokojny głos:
– Proszę.
Sheridan wahał się tylko chwilę; zerknął jeszcze na korytarz, upewniając się, że nikt nie wychodzi z pomieszczenia, w którym zostawił Anabde. Dopiero wtedy nacisnął klamkę i przekroczył próg, od razu dostrzegając młodego maga siedzącego przy niewielkim stoliku.
Młodzieniec trzymał dłoń na książce, ale wyglądało na to, że nie czytał już od dłuższej chwili. Spojrzenie błękitnych oczu zatrzymało się na łowcy, mężczyzna dostrzegł w nich pewną troskę, ale także wiele zrozumienia. Czasami zaskakiwało go to, jak ten dzieciak był inteligentny, a jak bardzo się pogrążał w życiu.
Szkoda, że w tym momencie nie potrafił nawet odpowiednio zakpić z rudego rozczochranego.
Cisza się przedłużała. Obaj wiedzieli, że nie ma sensu wypowiadać zbędnych słów – istota sprawy leżała między nimi i czekała, aż ktoś się nią zajmie.
Sheridan zdawał sobie sprawę z tego, że to on powinien podjąć temat. Errian poznał wszystkie aspekty, które były mu potrzebne, więcej nie chciał wiedzieć; to zawsze w nim łowca cenił. Nie miał pewności, skąd ta postawa wynikała, może to kwestia wychowania, a może młody mag taki po prostu był. W każdym razie ułatwiało to jakąkolwiek komunikację.
– Nie może uderzyć w Anabde – odezwał się, pilnując, by jego głos pozostał idealnie obojętny; już nawet nie kpiący czy szyderczy, wystarczyło, żeby nie wkradły się do niego żadne uczucia.
Dopiero wtedy uniósł wzrok na oczy Erriana.
– Pilnuj jej – dodał i chyba pierwszy raz w ciągu całej ich znajomości coś zabrzmiało jak prośba, taka najprawdziwsza na świecie.
Młody mag nie odpowiadał nieznośnie długo, obserwując łowcę uważnie, ale bez irytującej nachalności. Zabębnił palcami w okładkę leżącej na stole książki, na moment przymknął powieki, zbierając w sobie trochę siły.
– Postaram się – odparł z niezachwianym spokojem, znów wpatrując się w przyjaciela uważnie, jakby próbował coś zrozumieć.
Sheridan podejrzewał, że szczyl rozumiał więcej od niego w zaistniałej sytuacji. Tym razem wyjątkowo go to nie zirytowało, wręcz ułatwiało kilka spraw.
– Pamiętaj, że nie masz szans w bezpośrednim starciu – ciągnął niewzruszenie, przenosząc spojrzenie na okno, za którym panowały już ciemności. – Stwórz sobie okazję do ucieczki i znikaj – poinstruował nieco ostrzej, samemu już nie wiedząc, kogo dokładnie nieprzyjemne ukłucie w piersi dotyczyło.
Errian, nawet ze wszystkimi swoimi umiejętnościami, mógł co najwyżej wytrzymać kilka minut walki z Gairem, podczas której martwiłby się tylko o siebie. Obaj o tym wiedzieli, ale Sheridan zdawał sobie dodatkowo sprawę z faktu, że młody mag był szlachetny. Mógłby ryzykować własnym życiem na rzecz Anabde, a nie o to, tak do końca, chodziło łowcy. Wolałby, żeby Errian w ogóle nie został zmuszony do interwencji.
– Dam sobie radę – postanowił uspokoić przyjaciela młodzieniec, przymrużając oczy; tym razem pojawiła się w nich pewna nagana, która zawsze bawiła Sheridana i poprawiała mu humor w nawet najgorszych momentach.
Tym razem także coś ciężkiego spadło z jego barków.
– Skup się na tym, żebyś ty przeżył – poprosił ciszej Errian, na chwilę w jego spojrzeniu pojawiła się troska, może nawet strach.
Sheridan stał jeszcze kilka sekund, przyglądając się przyjacielowi beznamiętnie. I kiedy milczenie zaczęło ciążyć, uśmiechnął się po swojemu, w półmroku błysnęły ostrzejsze zęby. Potem, nie odzywając się choćby słowem, odwrócił się i wyszedł.
Ten dzieciak zawsze niezwykle poprawiał mu humor.

2 komentarze:

  1. Errian ma faktycznie genialne zdolności w sprawie ogarniania Przeklętych xD A jego przyjaźń z Sherem jest chyba najlepszą. W sensie, że najbardziej mi się ona podoba xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, jestem pełna podziwu dla tego pana :3
      Jego przyjaźń z Sherem jest śmieszna. I jest jednym z nielicznych powodów, dla których Shera w miarę lubię czasami xDD

      Usuń