– Nie bądź
naiwna – rozległo się od progu.
Młodzieniec
wszedł do budynku, w jakim się skryła Anabde, uśmiechając się nieco arogancko,
kiedy bez przejęcia rozglądał się dokoła. Turkusowe oczy jaśniały dziko, jakby
triumfem, pewnością siebie.
– Nie ma
najmniejszego sensu uciekać. Chcę tylko porozmawiać – zapewnił, nawet nie
próbując dalej brnąć w grę, którą rozpoczął na ulicy.
Zlokalizował
ją spojrzeniem i bez trudu przyszpilił, uwalniając ledwie minimum magii.
Igranie ze śmiertelnikami było o tyle zabawne, o ile banalne. Nie musiał się
nawet wysilać, choćby nie wiadomo jak bardzo walczyli. To zadanie także nie
wykraczało poza jego możliwości, zwyczajnie został wybrany, by pomóc mistrzowi
w zrealizowaniu planu.
Zbliżył się do
ofiary wolnym krokiem, doskonale wiedząc, że tym razem polowanie nie będzie tak
ładne, jak zwykło być. Chyba że trochę poeksperymentować, sprawdzić, co jak
działa i dlaczego, jakie wywołuje skutki. Może nekromancja wpłynie na efekty?
Uśmiechnął
się, ukazując ostrzejsze zęby.
– I co teraz?
– spytał po prostu, zatrzymując się przed nią.
Przyglądając
się kobiecie, zastanowił się, jak żałosny musiał być pierwszy uczeń jego
mistrza, skoro dał się złamać czemuś takiemu. Przymrużył oczy.
Anabde
czekała. Wyglądała na rzeczywiście przestraszoną, była blada, skulona, drżąca.
Ale w jej oczach kryło się coś jeszcze.
Magia umysłu
jest dziedziną o tyle specyficzną, że wymaga indywidualnego podejścia do każdej
ofiary. Moc zaklęcia, jakiej trzeba użyć, zależy w dużej mierze od siły
psychicznej osoby czarowanej. Jak się okazuje, zwykli, beznadziejni
śmiertelnicy są zdolni do wielu rzeczy, kiedy ogarnie ich determinacja. Siłą
woli potrafią przenosić góry.
Anabde
wystarczyło przełamać zaklęcie młodego łowcy na tyle, by wyciągnąć ramię w bok
i wysypać z dłoni ciemnoczerwony proszek. Gdy to się udało, na jej ustach
pojawił się słodki uśmieszek.
Wspomniane „coś
jeszcze” w spojrzeniu wreszcie doszło do głosu. Oczy zalśniły dziwnie, barwa
tęczówek pogłębiła się. W tym momencie zajaśniał krąg, narysowany naprędce jeszcze
przed przybyciem młodzieńca. Niedbały, nierówny oraz pozbawiony wielu
podstawowych runów wystarczył, kiedy wsparty był odpowiednim ziołem zakupionym
przez Anabde na targu ledwie godzinę wcześniej.
– Teraz
przekonasz się, że jestem tak naiwna, jak uparta – odpowiedziała spokojnie.
Wiedziała, że
nie ma w sobie dość mocy, by pokonać łowcę dusz. Była jednak zbyt dumna, aby
się poddać. Kiedy nie było innego wyjścia, wolała już bezsensownie
walczyć.
Pośrodku kręgu
powoli zaczynała się rysować sylwetka. Najpierw blada oraz mizerna, stopniowo
rosła, nabierając ostrzejszych barw. Minęło pół minuty, gdy istota otworzyła
czarne oczy pozbawione białek i rozwarła paszczę, ukazując ostre zęby, po dwa
rzędy w szczękach.
Demon nie był
ogromny i niesamowicie silny, słynął jednak jako niezły rozrabiaka. Jego
rozmiary i moc zaś wystarczyły, by przełamał krąg rytualny i wydostał się na
wolność.
Najpierw
rozległ się piskliwy chichot, gdy zrodzona z ciemnej mgły istota przefrunęła
naprzeciwko młodzieńca, wwiercając się w niego spojrzeniem. Później, na dobry
początek, wszystkie szyby w pomieszczeniu pękły z głośnym trzaskiem, a odłamki
szkła posypały się na kilka metrów w dal. Demon uśmiechnął się szerzej,
czekając na ruch łowcy.
Anabde
wiedziała, że ich walka nie potrwa długo. Świadoma była tego, że wezwana istota
nie będzie dla młodzieńca godnym przeciwnikiem. Ale lepiej było liczyć na łut
szczęścia, działając, niż się poddać.
Chłopak
roześmiał się i pokręcił głową, by zaraz przeciągnąć się leniwie, jakby
szykował się do przyjemnej gimnastyki. Nie wyglądał ani na zaskoczonego, ani na
przestraszonego, przyjrzał się stworowi z zainteresowaniem, potem natomiast
przeniósł wzrok na Anabde, unosząc kącik ust w triumfalnym uśmieszku.
– Jak tak
bardzo chcesz. Tylko teraz się nie ruszaj – polecił, zacieśniając zaklęcie do
tego stopnia, by każda próba przełamania go kosztowała wizje tego, co
najbardziej kobietę przerażało.
Nie musiał
znać dokładnej budowy jej psychiki. Jego mistrz był tak doskonałym
nauczycielem, że pokazał mu wiele sposobów na potężne czary, nie wgłębiając się
zanadto w ofiarę. Wystarczyło pobieżnie wysondować, pobieżnie się zorientować,
potem pozarzucać pętelki i patrzeć, jak się istota wije w męczarniach
zadawanych samej sobie każdą nową myślą. Miód dla oczu.
Tymczasem
obrócił się do demona, dobywając krótkiego miecza o lekko zakrzywionym ostrzu.
Podrzucił go w dłoni, uśmiechnął się triumfalnie i zaatakował błyskawicznie,
prezentując cały potencjał fizyczny Przeklętego, nawet jeśli nadal będącego w
trakcie szkolenia.
Walka
rzeczywiście zapowiadała się krótka. Ledwie kilka ataków, może dwie obrony, a
chłopak już był gotów do zadania śmiertelnego ciosu istocie. Skumulował moc,
chcąc zrobić to w miarę czysto, miał być trochę chociaż dyskretny, kiedy nagle…
coś się źle zadziało. Z pewnością nie do końca tak, jak to sobie zaplanował.
Uderzenie
magii było tak potężne, że starło demona na pył, młodym łowcą natomiast cisnęło
o ścianę. Chłopak stęknął, nerwowo zbierając się z ziemi i próbując wysondować
okolicę; plan przewidywał zjawienie się pewnej osoby, ale nie tak szybko. I nie
tak gwałtownie. Skoro to łowca, sytuacja nie powinna go sprowokować aż tak.
Do budynku
spokojnym, leniwym krokiem ktoś wszedł. Buty stukały w głuchej ciszy o
posadzkę, podczas gdy postać wyłaniała się z kurzu, który wzbił się w powietrze
od nagłej oraz potężnej interwencji.
Sheridan
zatrzymał się tuż przed środkiem pomieszczenia z rękoma niedbale włożonymi do
kieszeni spodni, beznamiętnie przyglądając się przeciwnikowi, jak i stojącej
pod ścianą Anabde.
– Co za
nietakt, nawet jak na łowcę – skwitował lekkim tonem, nieco dłużej przypatrując
się nekromantce.
Nie włożył w
to najmniejszego nawet wysiłku, a pęta młodszego łowcy rozkruszyły się i
rozpadły w mgnieniu oka. Chłopak poruszył się niespokojnie, zaskoczony
zachowaniem przeciwnika. Ósmy poziom powinien kosztować go chociaż trochę sił…
prawda?
W pierwszej
chwili Anabde nie była przekonana. Nauczona przez życie przesadnej nieufności
węszyła podstęp, zgodnie z myślą, że okrutność żartów młodego łowcy może nie
znać granic. Istniało pewne prawdopodobieństwo, że chłopak chciał pokazać wizję
Sheridana, puścić ją, by później uderzyć samą myślą tak celnie, iż
prawdopodobnie udałoby mu się ją złamać.
Ale nie. Nie
wiedziała, czy powiedziała jej to pełna przerażenia reakcja młodzieńca, czy coś
znajomego w spojrzeniu zielonych oczu, coś, czego nie da się powtórzyć żadną
wizją. Bądź co bądź uśmiechnęła się lekko, odetchnęła z wyraźną ulgą i
zatoczyła koło ramionami, jednocześnie rozmasowując napięte mięśnie karku.
Nie odezwała
się, rozejrzała się za to w popłochu, gdy wpadła do głowy myśl, że to może być
pułapka. Nie starczyło jej jednak mocy na stworzenie kolejnych ożywieńców,
które postawiłaby na patrolu; skomentowała to grymasem niezadowolenia.
Spokojnie wycofała się w cień blisko wyjścia, wiedząc, że w tej chwili jedyne,
co może zrobić, to nie przeszkadzać.
– Wynoś się
stąd, Anabde – polecił Sheridan, głosem zimnym oraz napiętym, jakby naprawdę
chciał ją wygonić, bo nie może dłużej na nią patrzeć.
– Wielki rycerz
przybywa ratować niewiastę? – zakpił młody łowca, podnosząc się z ziemi i
szczerząc ostrzejsze zęby w szyderczym uśmiechu.
Sheridan także
się uśmiechnął. Nawet nie wysilał się, by wypadło to strasznie i nieco
szaleńczo, zupełnie jakby stracił nad sobą panowanie. Może tak w rzeczywistości
było.
– Łowca
przybył zapolować – odparł niższym głosem, pochylając lekko głowę.
Niedbale
zasalutował, nie spuszczając wzroku z robaka, któremu musiał stawić czoła; to
nie potrwa długo. Zwłaszcza jak przestanie go ograniczać niepokój o Anabde, jak
już całkowicie uwolni gniew. Teraz mógł się trochę pobawić, prawda?
Rozpostarł
błoniaste skrzydła, które zadrżały na powietrzu, a potem spokojnie opadły na
plecy. W tej samej chwili Sheridan ruszył, dosłownie nie wiadomo kiedy
dobywając broni. Pozwolił chłopakowi zablokować cios, by chwycić go za włosy i
cisnąć nim o podłogę.
Wewnętrzna
walka nie trwała zbyt długo; rozważywszy wszystkie za i przeciw, Anabde
zagryzła w zdenerwowaniu wargę i posłusznie wycofała się z budynku. Jej
obecność podczas pojedynku mogłaby przeważyć szalę zwycięstwa na stronę młodego
łowcy, jeśli znalazłby sposób, by odpowiednio ją wykorzystać.
Gdy znalazła
się na ulicy, padła na kolana i zaczęła nerwowo przeszukiwać kieszenie.
Położyła na ziemi kilka maleńkich woreczków i jeden słoik, później zabrała się
za rysowanie precyzyjnego kręgu, nie zapominając o żadnym z potrzebnych
symboli. Jej praca nie trwała długo, ale wymagała wszystkich irytujących
drobiazgów, które zazwyczaj pomijała, wykorzystując na ich miejsce własną
moc.
Kiedy Anabde
odchodziła, kierując się szybkim i nieco sztywnym krokiem do
najbezpieczniejszego miejsca, jakie przyszło jej na myśl – do przyjaciół – próg
budynku, w którym toczyła się walka, przekroczył bardzo brudny kot roztaczający
wokół siebie nieprzyjemny odór.
Zwierzątko
wskoczyło na jeden z kufrów, odnajdując na nim doskonały punkt obserwacyjny, po
czym skupiło spojrzenie martwych, dziwnie błyszczących ślepiąt na walce,
kiwając z niepokojem ogonem przy każdym ataku łowców.
Musiała
zaufać. Wierzyła w Sheridana, dlatego przezwyciężyła troskę i pogodziła się z
raniącą bezsilnością. Ale nie mogła go zostawić tak całkiem. Po prostu nie
mogła.
Zatrzymała się
przed wejściem do gospody i skupiła na obrazach podsuwanych przez ożywieńca.
Oparła czoło o drzwi przybytku, zamknęła oczy i wstrzymała oddech.
Żeby nic mu
się nie stało.
Kontrolował
to, dokąd poszła. Jak szybko. Czy zamierzała wrócić. To było nieco
dekoncentrujące, dlatego młody łowca nabrał pewności siebie, atakował coraz bardziej
zaciekle, zaczynając wierzyć w to, że triumfuje, że ma szansę. Sheridan nie
zwracał na niego uwagi, niedbale parując ciosy i od czasu do czasu
wyprowadzając własny, by się szczyl nie zdziwił biernością w walce.
Potem to już
było bardzo proste. Jego oczy błysnęły i zastygły w dzikim wyrazie; pozwolił
sobie na uwolnienie całego gniewu, całego niepokoju, całej furii, która w nim
rosła. Przypominało to minimalnie kontrolowany wybuch – Przeklęty przypilnował,
by magia nie wydarła się poza budynek, by skupiła się tylko na ruderze, a
przede wszystkim: na najnowszej ofierze.
Chłopakowi
szybko zabrakło oddechu. Starał się stawiać bariery, blokować, ale wszystko się
roztrzaskiwało, nowe fale znowu nadchodziły, i w tym wszystkim musiał jeszcze
machać mieczem. To wymagało niezwykle dużo skupienia oraz wysiłku, a najwięcej
doświadczenia. Umiejętności. Może też odrobiny talentu. Albo zwyczajnie pokory.
Gdyby uciekł,
gdy Sheridan wszedł do budynku, pewnie pozwoliłby mu wrócić do Gaira. Od
początku wiedział, że to uczeń jego mistrza, ale dałby mu ujść z życiem, zbyt
skupiony na bezpieczeństwie Anabde.
Teraz Anabde
tu nie było. Teraz mógł bez przeszkód przeobrazić się w potwora, którego każdy
prosty człowiek się bał, z nadzieją wierząc, że jemu podobni dawno wyginęli.
Młody łowca
poważnie się zdziwił, kiedy Sheridan odrzucił miecz, zatrzymując się. Chłopak
także zastygł, drżąc z napiętymi mięśniami, otwierając szeroko oczy i
zastanawiając się, czy to koniec. Może coś się stało? Może mistrz
interweniował?
Wtedy Sheridan
uniósł rękę. Młodzieniec stracił dech, sięgnął do tego, co ścisnęło mu gardło,
ale na nic nie natrafił dłonią. Coś chwytało go po kolei za niemal każdą część
ciała – za ramiona, nogi, za brzuch, za głowę. Nie mógł się z tego oswobodzić,
szarpał się fizycznie oraz magicznie, jednak każdy atak się roztrzaskiwał.
Nawet ósmy poziom. Spróbował wskoczyć na dziewiąty ostatkiem sił; udało się.
Zdrętwiał, gdy
dziewiątka roztrzaskała się jak szklana ozdoba.
W następnej
chwili cała ta niewidzialna siła szarpnęła, każda jej część w inną stronę. Krew
bryzgnęła dokoła, ciało rozpadło się na kawałki, jego fragmenty zatrzymały się
z plaśnięciem na ścianach.
Sheridan
uśmiechnął się kącikiem ust, niedbale ściągając barierę, która osłoniła go
przed utytłaniem posoką oraz wnętrznościami. Rozejrzał się dokoła nadal
błyszczącymi dziko oczami, dla pewności miażdżąc każdy ostatni pierwiastek
życia chłopaka.
– Kiepski ten
twój uczeń – rzucił w przestrzeń, salutując.
Potem sięgnął
po miecz, schował go do osłony, wcisnął ręce do kieszeni spodni i ruszył w
drogę powrotną jakby nigdy nic. Do miejsca, do którego uciekła Anabde – a skoro
ona tam uciekła, to i dla niego było tam schronienie.
Za taką myśl
też już kiedyś zapłacił.
Całe życie było grą. Maską. Tego należało
się trzymać, tak zaczął być uczony.
Wiedza zdawała się być abstrakcją. Z
początku trudno przychodziło mu pogodzenie się z tym, zrozumienie, że naprawdę
tak trzeba. Urodził się jako łowca dusz, a łowca dusz, jak każdy Przeklęty,
musiał się żywić. Jedni stali w hierarchii wyżej, co pozwalało im panować nad
głodem, inni niżej. Jeszcze kolejni posiadali zdolność odbierania ważniejszych
elementów stworzenia niż samo ciało czy cokolwiek przyziemnego.
On musiał żywić się duszami. To nie ulegało
wątpliwości – zwłaszcza od czasu, w którym dotarł do granicznego wieku, kiedy
długowieczność spowalniała rozwój organizmu, czy raczej jego starzenie się.
Gair zaczął brać go na pomniejsze polowania.
Jego zadaniem było pozostawanie w ukryciu i obserwowanie, uczenie się poprzez
patrzenie. Pojął wtedy, jak wiele zależy od tego, w jaki sposób ofiara zobaczy
łowcę. Jednak okazał się za słaby na grę, dwukrotnie popełnił błąd, który
utrudnił jego opiekunowi doprowadzenie sprawy do końca.
Cóż, przyglądanie się pieprzącej się parze
nie należało do najłatwiejszych zadań nawet dla szkolonego, młodego łowcy dusz.
Od tego czasu Gair był na Sheridana
wściekły. Chłopiec musiał podwoić wysiłki, rozpaczliwie ucząc się grania.
Chciał zagrać dokładnie każdego człowieka, ale żeby to zrobić, musiał ludzi
poznać.
Zatem wychodził z domu na rynek i
obserwował, ciesząc się, że nie jest to tak trudne, jak obserwowanie opiekuna
przy polowaniu. Analizował, próbując zapamiętać każdy szczegół, w umyśle
budując osobowości, zachowania, przyzwyczajenia. Gdyby umiał zmieniać ciało,
byłoby prościej – zrozumiał to przy pierwszej próbie wejścia w kolejną
stworzoną osobę. Nagle okazało się, że bycie sobą, kimś obcym i kolejnym obcym,
mimo że nie jednocześnie, zaczyna wykraczać poza jego możliwości.
Nie miał jednak wielu ciał, wielu wyglądów,
musiał pozostać w sobie. Pozostać w sobie kimś zupełnie obcym. Zatem
najważniejsze okazało się przyzwyczajenie do myśli, że jego ciało nie należy do
niego, ale do natury łowcy. Kiedy go potrzebował, używał go. Nie miał do niego
żadnych praw, musiało stanowić pustą skorupę, do której dało się wepchnąć każdą
jednostkę, nieważne jak skrajną. Nieśmiałego chłopca, brawurowego głupca,
wygadanego bogacza, zastraszonego biedaka.
Nie było Sheridana – był łowca i jego maska,
jego gra, którą postanowił rozpocząć.
Gair w końcu dostrzegł wysiłki. Pochwałą
miało być zabranie go na kolejne polowanie, gdzie mógłby przyglądać się
nauczycielowi, ale do opiekuna dotarł chyba pewien kluczowy problem – mały
chłopiec nie potrafił patrzeć w wystarczającym spokoju na seks.
Sheridan okazał się idealnym, niewidzialnym
obserwatorem w dosłownie każdym miejscu, wszędzie potrafił zlać się z
otoczeniem, stając się zwyczajnie bezosobowym. Oprócz sypialni, oprócz czegoś,
czego nie rozumiał i czego nie poznał.
Gair chciał najpierw problem rozwiązać w
najprostszy możliwy sposób, jakby zapomniał, kogo miał pod opieką. Dopiero
kiedy dopracował plan i przyszedł oznajmić jego przebieg Sheridanowi, spojrzał
na stojącego przed nim chłopca, który, choć jako Przeklęty zaczął rozwijać się
jakby w zwolnionym tempie, to jednak nadal był dziesięciolatkiem. Kazanie
dziecku przelecieć kobietę okazało się na razie niemożliwe, tak samo jak
zachowanie przez niego spokoju podczas finalnej części polowania.
Należało czekać, ale nie wolno było
przerywać nauki. Nie wolno było zatrzymać się na jednym poziomie, bo wtedy
łowca stawał się przeciętny. Zwolnienie szkolenia owocowało pojawianiem się
wątpliwości.
Sheridan otrzymał nowe zadanie. Nie miał
pojęcia, jednak rozwiązanie problemu podsunął Gairowi osobiście, kiedy pewnego
dnia nieśmiało spytał, czy poluje się tylko w ten sposób, w jaki robił to on.
Gair spojrzał na chłopca z góry, unosząc
brew ze znudzeniem. Wzrok niemalże czarnych oczu zdawał się wbijać w ziemię.
– Nie – odparł krótko. – Ale tak jest najprzyjemniej.
Nie dbał o to, czy Sheridan zrozumie. Nie
zrozumiał, jednak skinął głową, nie mogąc uwierzyć, że coś takiego sprawia
przyjemność. Jak każde dziecko i on czuł wobec tego typu spraw obrzydzenie, ale
każde słowo Gaira było święte.
Dał mu wszystko, mógł to wszystko odebrać.
Miał siłę. Był niezwyciężony.
Wtedy właśnie Gair postanowił zaangażować
Sheridana w innego rodzaju polowanie, w polowanie, któremu mógłby podołać.
Celem została starsza samotna kobieta, a chłopca wyznaczono do uśpienia jej
czujności. Sheridan stanął przed wyzwaniem polegającym na użyciu jednej z
masek, które stworzył.
Najpierw poczuł dumę. Gair docenił jego
ciężką pracę, a ta ciężka praca najwyraźniej była owocna, skoro mógł
bezpośrednio pomóc w polowaniu. Potem jednak sparaliżował go strach. Kim
powinien zostać? Jak się tego dowiedzieć? Czy samo spojrzenie w oczy wystarczy?
Pokręcił głową, naciągając buty. Gair
powtarzał, że przysłowia „oczy to zwierciadła duszy”, „oczy nie kłamią”, „w
oczach czai się prawda” to zwykła głupota. Nad wszystkim w naszym ciele dało
się panować.
Wychodząc z domu i zamykając drzwi,
zrozumiał, co musiał zrobić. Musiał stworzyć splot magiczny, który pomoże mu
poznać ofiarę. Splot stworzony w chwili pierwszego kontaktu wzrokowego, splot
wnikający w umysł i odkrywający pierwsze myśli wywołane spojrzeniem na niego.
To banalne.
Na podstawie reakcji dało się określić, jak
się zachować, jaką z przygotowanych masek wykorzystać. Gair nie musiał tego
stosować, ale miał zbyt duże doświadczenie. Wystarczyło, że spojrzał, a już
wiedział.
Sheridanowi pozostawało to określić, potem
natomiast zastosować się do poczynionego odkrycia. Musiał odebrać sobie
tożsamość i tym razem musiał to zrobić raz na zawsze. Od tego zadania jego
ciało już nigdy nie powinno być Sheridanem.
Ofiarę opisano bardzo dokładnie. Mimo to
nadal nie miał pewności, do kogo powinien podejść, kiedy kluczył wśród tłumu na
rynku, rozglądając się dokoła czujnie. Ostatecznym znakiem było dostrzeżenie
znajomej sylwetki wśród obcych – Gair znajdował się w pobliżu. Sheridan poczuł,
jak serce mu przyspiesza, gdy rozglądał się za starszą kobietą; jeśli ją
przegapi, to mógł być koniec.
Odnalazł ją jednak. Prawie na nią wpadł,
wodząc dokoła rozgorączkowanym spojrzeniem, a kiedy uniósł głowę, by na nią
spojrzeć, zareagował instynktownie. Nawet nie pomyślał o użyciu magii, choć
zawsze musiał się przygotowywać.
Po prostu w jednej chwili wiązka zaklęcia go
opuściła, a on poczuł – nawet nie usłyszał – jej uczucia. Odetchnął, otwierając
szerzej oczy, bo było to niesamowite doznanie. Zostały mu tylko ułamki sekund,
musiał wybrać maskę. Stać się stworzoną postacią.
– Przepraszam panią – odezwał się
zachrypniętym głosem, znów pozwalając sobie działać bez myślenia,
instynktownie.
W pewien dziwny sposób okazało się to o
wiele prostsze niż planowanie każdego posunięcia.
– Nic się nie stało, kruszynko – odparła
dobrotliwie rozbawiona, poprawiając trzymany na ramieniu kosz z zakupami. –
Jesteś strasznie zaaferowany, czy coś nie tak? – zmartwiła się od razu,
marszcząc czoło.
Miała ciepłą twarz. Trudno określać twarz
jako ciepłą, ale właśnie tak postrzegał ją Sheridan. Ciepłą, łagodną,
współczującą. Dokładnie taką, jaką zawsze pogardzał Gair, wskazując podobne
osoby jako najłatwiejsze ofiary.
Chłopiec, obserwując kobietę, zastanowił się,
czy to prawda. Czy naprawdę dobroć określa słabość. Empatia wymagała wiele
siły, niesienie pomocy – odwagi oraz moralności.
Skupił wzrok na oczach nieznajomej,
przyłapawszy się na tym, że do tej pory rozglądał się nerwowo wokół. Nie czekał
na interwencję Gaira, nie szukał nikogo konkretnego, nie wyczuwał żadnego
zagrożenia. Po prostu… tak się zachował.
Pokręcił bez słowa głową.
– Zgubiłeś swoich rodziców? – spytała
łagodnie, wpatrując się w stojącego przed nią niepewnego chłopca z równie miłym
błyskiem w oku, jak miła była cała ona.
– Nie – odparł zgodnie z prawdą, doskonale
zwalczywszy przedziwny ból, który na moment go ogarnął.
Potem pojawiła się niechęć, na końcu
nienawiść. Nie wiedział, skąd się to wzięło – do tej pory nie nienawidził
nieznanych sobie rodziców. Po cichu o nich marzył.
Teraz jednak w jego umyśle wykwitło
przekonanie, że wyrzucili go dla własnej korzyści. Że im się nie chciało. Że
byli tak podli, jak cały świat, dokładnie tak, jak mówił Gair.
– Jak mogę ci pomóc? – spytała zaniepokojona
kobieta, najwyraźniej domyśliwszy się, że mógł być sierotą; wiele takich
biegało dokoła, ale nigdy nie odważyły się do kogokolwiek odezwać, zwłaszcza
kiedy były też bezdomne.
– Ja chcę pomóc pani – sprzeciwił się,
sięgając do trzymanego przez nią koszyka. – Potrąciłem panią, tak przeproszę –
postanowił, bez trudu odbierając zakupy z wątłych dłoni. – Proszę mnie
poprowadzić do domu – dodał bardziej stanowczo i uśmiechnął się, w uśmiechu
szczerząc zęby.
– Nie ma takiej potrzeby, kruszynko, nic się
przecież nie stało – przypomniała rozbawiona, pokręciła głową i sięgnęła do
swojej własności.
– Ale ja chcę – zbuntował się grymaśnym
głosem, cofając się kilka kroków poza zasięg rąk; uśmiech nie schodził mu z
twarzy, a przychodziło to tak swobodnie oraz naturalnie, że zaczął się bać, iż
maska wymieszała się z nim samym.
To niedopuszczalne. Nie da się być sobą i
kimś innym jednocześnie. A gdy dojdzie więcej przebrań? Ale próby zmienienia
tego mogły wszystko zniszczyć.
– Zatem którędy? – zainteresował się z pewną
nonszalancją, okręcając się na pięcie i rozglądając się wyczekująco.
Kobieta roześmiała się ciepłym głosem,
ponownie kręcąc głową. Zrównała się z nim, jej drobna dłoń spoczęła na jego
ramieniu. Poczuł, jak przeszywa go przedziwny dreszcz; to było… miłe? Nigdy
wcześniej nikt nie potraktował go z minimalną chociaż czułością, a chociaż w
tym przypadku było jej bardzo niewiele, to jednak dla niego okazało się to
doskonale odczuwalne. Na moment wstrzymał oddech.
– Tędy – mruknęła, wskazując odpowiednią
uliczkę.
Raz jeszcze został zabrany z drogi do
kolejnego domu. Tym razem było jeszcze inaczej. Tym razem prócz przerażenia,
które go ogarnęło, pojawiło się kolejne uczucie – on naprawdę, niespodziewanie
oraz nagle, zapragnął z nią pójść. Poczuć się przy niej bezpieczny oraz
kochany. Nawet przypominanie sobie o tym, że to tylko chwilowe, nie zmieniło
tego.
Bo ta chwila była czymś więcej, o czym
mógłby kiedykolwiek pomarzyć.
Nie wiedział, jak to się stało, ale kiedy
odstawił zakupy w małym mieszkaniu na parterze kamienicy, zaproponowała mu
gorącą herbatę. Potem coś do jedzenia. A gdy, zgodnie z przyjętymi akurat tu
normami dobrego wychowania, postanowił zebrać się do wyjścia, zagadnęła o
miejsce, do którego się zamierzał udać. Wiedział, że ten ktoś, kim był teraz,
pozostałby szczery. Nadal się bał, że nadal był Sheridanem, ale grał dalej.
Nawet jeśli utożsamił się trochę z rolą.
W ten sposób dostał ciepły kąt do spania w
jej domu. I następnego dnia koniecznie chciał pomóc, by się odwdzięczyć. Tak
właśnie minął cały tydzień.
Tydzień jak ze snu.
Nikt go nie bił, nikt go nie poniżał, nikt
nie podnosił głosu. Za wszystko, co zrobił, otrzymywał pochwałę, nawet jeśli
nie wyszło dobrze. Wtedy jeszcze na spokojnie go poprawiano, tłumaczono błędy.
Z początku nie wierzył w swoją sytuację, czekał na pułapkę, nabrał
podejrzliwości, kontrolując, by te uczucia nie zepsuły gry.
Potem z wielkim trudem dotarło do niego, że
kobiecina była właśnie taką osobą. Dobrą, spokojną, wyrozumiałą, tak różną od
Gaira. Uwierzył nagle w to, że w słowie „dom” może być ciepło. Że „dom” nie
kryje tylko ciężkiej atmosfery, że nie jest tylko budynkiem, że to możliwe, by
to wyglądało inaczej. Dotarło do niego, że woli dom tej kobiety od tego, co
ofiarował mu Gair. Nie rozumiał jeszcze wszystkiego, ale dotarło do niego, że
istnieją dwa powody pozbawienia strachu.
Jednego nauczył go Gair – nie boisz się,
kiedy wszyscy wokół boją się ciebie. Drugi natomiast był zupełnie inny – nie
boisz się, kiedy nie ma niczego, czego mógłbyś się bać. Zupełnie. Sheridan po
raz pierwszy w życiu miał całkowicie czysty, spokojny umysł.
Zbliżał się wieczór, wspólnie nakrywali do
skromnej kolacji. Kobieta była już powykręcana przez starość, dlatego chłopiec
energicznie biegał z pokoju do pokoju, nosząc wszystkie potrzebne naczynia. Co pewien
czas spoglądał na nią uważnie, jakby się bał, że coś się stanie, kiedy jej nie
pilnował. Gdy napotykała jego spojrzenie, uśmiechała się, a on nie umiał nie
uśmiechnąć się w odpowiedzi.
Wtedy trzasnęły drzwi. Zatrzymał się w
połowie drogi do stołu, naczynia wysunęły mu się z dłoni i roztrzaskały na
podłodze. Kobiecina obejrzała się na intruza, zerknąwszy z przestrachem na
podopiecznego, ale upewniwszy się, że Sheridan nic sobie nie zrobił, zapatrzyła
się na stającego w progu mężczyznę.
Gair przyglądał się scenie z pozbawioną
wyrazu twarzą, jakby nic go tu nie dotyczyło. Jego wzrok skupił się na
przyszłej ofierze.
Sheridana najpierw zszokowało to, z jaką
wyrazistością wyczuł opiekuna. Nim ten jeszcze otworzył drzwi, wiedział o nim.
Nie polegało to na sondzie okolicy, nie dysponował na razie wystarczająco silną
magią, by wysondować Gaira. Po prostu zgadł. Wyczuł. To było niczym lodowaty
prąd przeszywający ciało.
– Dobry wieczór – odezwał się w martwej
ciszy mężczyzna, unosząc kącik ust w szyderczym, niepokojącym uśmieszku.
Sheridan zadrżał.
– Kim pan jest? – spytała ostro gospodyni.
Gair uśmiechnął się szerzej. Chłopiec poczuł
uderzające w niego przerażenie, do nozdrzy wdarł się dziwny, niepokojący
zapach. Wciągnął gwałtownie powietrze, prostując się sztywno. A potem zrobił
coś, czego później nie zamierzał zrobić już nigdy więcej.
Skoczył na Gaira ze wściekłym, niskim
warknięciem, uderzył w niego i machnął na oślep ręką w dziwnej złości. Poczuł
zdzieraną paznokciami skórę, mdły zapach krwi zagłuszył dziwny, niepokojący
odór.
– Zostaw ją! – usłyszał własny głos.
Gdy gruchnął na ziemię, pomyślał, że połamał
mu wszystkie żebra i chyba także coś na wysokości bioder. Potrzebował długiej
chwili, by z zamroczonego umysłu odgrzebać nauczoną pewien czas temu nazwę –
miednica. Nawet jednak nie krzyknął, wiedząc, że mu nie wolno. Niektórych
nawyków nie da się wykorzenić, a ten został dodatkowo przez Gaira pogłębiony,
bo wyniósł go już z ulicy.
Krzyknęła natomiast kobieta. Sheridan zogniskował
spojrzenie na opiekunie i gospodyni stojących przed nim – dostrzegł jej
przerażenie oraz wściekłość łowcy. Przez odrętwiałe wyczekiwanie na koniec
koszmaru przebiło się nieprzyjemne uczucie towarzyszące powracającym na swoje
miejsce kościom. Regeneracja uaktywniła się wraz z postępującym wiekiem, tak
samo jak zwolniło się starzenie ciała.
W następnej chwili niewidzialna siła
zmiażdżyła głowę kobiety; krew, mózg oraz kawałki czaszki rozprysły się po
pokoju, obryzgując także nieruchomego Sheridana. Ciało zwaliło się nieopodal
niego, a on nadał nie potrafił się ruszyć – tylko jego świszczący oddech
stopniowo cichł wraz z postępującą regeneracją ciała.
Potem kolejna siła podniosła go z ziemi i
przyciągnęła do Gaira, pozwoliła jednak sunąć po krwi oraz fragmentach mózgu,
by poczuł ich ciepło oraz lepkość na skórze. Zadrżał, patrząc na to wielkimi
oczami i nie wiedział, czy bardziej boi się Gaira, czy tego, że nie czuł
obrzydzenia. Nawet najmniejszego.
– Nie waż mi się sprzeciwiać – zażądał
lodowatym, miażdżącym głosem Gair. – Nigdy nie waż mi się sprzeciwiać w obronie
czegokolwiek. To żałosne i głupie. Nie ma ideałów. Nie ma marzeń. Niczego nie
ma, to całe pierdolenie o miłości czy przyjaźni to gówno prawda. Jest tylko
cierpienie. Nie istnieje na tym świecie miejsce dla ciebie, rozumiesz? Nie ma
go. Nie ma dla ciebie miejsca na ziemi. Nigdy nie używaj uczuć.
Rzucił nim na podłogę, w sam środek krwawego
bajora. Sheridan uniósł się na drżących rękach, nie potrafiąc się odezwać, bał
się nawet na opiekuna patrzeć. Przyglądał się wsiąkającej w spodnie krwi.
– Poza tym pytałeś o inne metody polowań.
Oto jedna z nich – dodał na koniec zwyczajnym tonem Gair.
Odwrócił się i wyszedł, zostawiając
Sheridana samego. Obaj wiedzieli, że łowca wygrał. Wygrał, bo idealnie zdeptał
nieśmiałe marzenie chłopca, by mieć gdzieś dom. Choćby najmniejszy. Ale żeby
chciał tam wracać.
Sheridan podniósł się i wyszedł, nie
zamykając drzwi.
Czekała na
niego oparta o ścianę tuż przy wejściu do gospody.
Anabde nie
znalazła w sobie wystarczająco dużo siły, by przekroczyć próg i znosić
zatroskanych przyjaciół; nawet gdy nie byli szczególnie nachalni, irytowały te
pełne zrozumienia spojrzenia oraz nieśmiało zadawane pytania. Tutaj, blisko
nich, oddzielona od towarzyszy tylko ścianą, była bezpieczna; gdyby coś się
działo, wystarczyłoby krzyknąć, a już ruszyliby na pomoc. Dodatkowo na zewnątrz
było dużo przyjemniej – chłodne wieczorne powietrze pozwalało ostudzić nerwy i
otrzeźwić umysł.
Odkąd zerwała
połączenie z ożywieńcem, mogła tylko czekać. Sheridan powinien tu być za kilka
minut, o ile zmierzał prosto do gospody. Oczywiście, prawdopodobne było, że
wybrał inaczej, ale to nie miało żadnego znaczenia – ona i tak będzie stać
tutaj, wypatrując jego powrotu.
Zdenerwowana
nie czuła nawet chłodu. Oparła się głową o ścianę, skrzyżowała ramiona przed
sobą i tak stała, niemalże jak posąg. Wchodzący i opuszczający gospodę ludzie
patrzyli na nią krzywo, jakby widzieli w niej kurwę, skrytobójczynię,
złodziejkę lub osobę zajmującą się inną, równie gardzoną profesją. Odpowiadała
im przeciągłym, bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem i za każdym razem to
wystarczyło, by ich zbyć.
Teraz
wpatrywała się w ścianę budynku naprzeciwko, od czasu do czasu zerkając to w
lewo, to w prawo. Gdy tylko w oddali majaczyła sylwetka, Anabde wychylała się,
by rozpoznać zmierzającą w jej stronę osobę. Wystarczyła chwilka, by przekonała
się, że nie jest to ten, na którego czekała; wtedy zaciskała z niezadowoleniem
usta i znów opierała się wygodnie o ścianę.
Wreszcie
nadszedł. Nie można powiedzieć, by się spieszył, szedł lekkim, leniwym krokiem,
niemalże jak zawsze, oczywiście z rękoma w kieszeniach spodni. Mijający go
ludzie obchodzili go szerszym łukiem, czując się w jego pobliżu nieswojo –
nadal widać było, że nie do końca opanował złość, gniew malował się w zielonych
oczach, zdradzały go napięte mięśnie. Zdawał się jednocześnie ignorować cały
świat, jakby zamknął się we własnej rzeczywistości.
Gdy dostrzegł
Anabde, uniósł nieznacznie głowę, przypatrując się jej przez cały czas, jak się
do niej zbliżał. Zatrzymując się przed kobietą, wyglądał tak, jakby jej nie
znał, miał zaraz minąć i wejść po prostu do gospody. Nie zrobił tego jednak,
nieprzerwanie wpatrując się w jej twarz; jego oczy nic nie wyrażały, co mogło
sugerować, że gdyby ich nie pilnował, wyrażałyby za dużo.
– Co ci
zrobił? – spytał bez ogródek, głosem względnie obojętnym, a jednak nieco
drżącym od wstrzymywanej złości.
Chwilę nie
odpowiadała, przypatrując się mu badawczo. Jego obojętność i wypranie z emocji
powiedziały jej więcej, niżby tego chciał; przymrużyła z troską oczy,
wypuszczając powietrze z płuc z cichym westchnieniem.
– Nic –
odparła wreszcie. – Nie zdążył.
Zdążył tylko obudzić mój strach, najcelniej
jak mógł. Nie powiedziała tego jednak, nie dała po sobie poznać, że
podobna refleksja w ogóle przyszła jej na myśl, choć na usta cisnął się gorzki
uśmiech.
Opuściła
ramiona swobodnie wzdłuż ciała i odsunęła się od ściany, z myślą, że powinni
już wrócić do pokoju. Czekała jednak, nie spuszczając z niego spojrzenia, bo
może jeszcze czegoś chciał.
Skinął
niemrawo głową, chwilę się jej przyglądając, przesuwając wzrokiem po jej
twarzy, jakby szukał oznak kłamstwa. Najwyraźniej jednak niczego się nie
doszukał, dlatego przeniósł spojrzenie na drzwi karczmy.
– Chłodno –
skwitował, tym samym przekazując jej, że powinni wejść do środka.
Nacisnął
klamkę i przepuścił Anabde przodem, zaraz zamykając przejście. Ich przybycie
wywołało drobne zamieszanie – Aithne zerwała się z miejsca zdenerwowana, a
Errian usadził ją z powrotem mocnym szarpnięciem za bluzkę – Sheridan jednak
przytrzymał nekromantkę za ramię, by przypadkiem do pozostałych nie dołączała.
Spojrzał
przeciągle na młodego maga i poprowadził kobietę w stronę schodów z pokojami
gościnnymi, nie zaszczycając nikogo słowem wyjaśnienia. Errian jednak wszystko
dokładnie zrozumiał, sam także wstał od stołu, powiedział coś półgłosem do
Aithne, trochę głośniej do pozostałych, i ruszył za Sheridanem oraz Anabde
minutę albo dwie po nich.
Nie
zatrzymywała się, nie broniła, nie zadawała pytań. Nie czuła żalu ani złości,
że została wciągnięta w nieznany sobie konflikt łowców dusz, pozostały w niej
wyłącznie troska oraz strach. Gdy weszli do pokoju, stanęła ledwie kilka kroków
od drzwi i obróciła się, by spojrzeć na Sheridana z nie naglącym
wyczekiwaniem.
Serce biło
trochę mocniej niż powinno, nerwy zaciskały się na nim chłodnymi palcami.
Starała się to opanować i odsunąć od siebie, nie chcąc, żeby emocje przejęły
nad nią kontrolę. Odetchnęła głęboko, choć nie zdecydowała się spuścić spojrzenia
z Sheridana, w obawie, że coś jej umknie; zacisnęła dłoń w pięść i rozluźniła
palce, a po powtórzeniu czynności raz, drugi i trzeci wreszcie udało się
odzyskać odrobinę spokoju.
Ktoś się
zbliżał, odgłos jego kroków stawał się coraz głośniejszy. Anabde przechyliła
głowę, zastanawiając się, czy Sheridan miał jej coś do powiedzenia jeszcze na
osobności. Ale nie chciała zaburzać jego wypracowywanego z trudem opanowania,
dlatego czekała. Miała wiele pytań żądających odpowiedzi, mnóstwo wątpliwości i
sporo obaw, ale poradzi sobie z nimi, jeżeli taka będzie cena.
Aż śmieszne.
Powoli zaczynała się przyzwyczajać do myśli, że w tej chwili jedynym, czego
pragnęła, to trochę mu ulżyć. Dała żyć temu dotychczas obcemu uczuciu, choć
mogło się przerodzić w coś niebezpiecznego. I póki co pozostawało nienazwane,
ale tak było lepiej.
Mniej
strasznie.
Kroki zbliżyły
się do drzwi pokoju, a potem je minęły, by po chwili ucichnąć w drugiej części
korytarza. Sheridan zdawał się zupełnie nieporuszony tym faktem, jakby już zapomniał,
że sam poniekąd poprosił Erriana o przyjście. Spojrzenia w tym momencie nie
spuszczał z Anabde, przypatrując się jej uważnie.
– Jeśli masz
coś do powiedzenia, mów – stwierdził wreszcie, cmoknąwszy cicho jakby z lekką
irytacją.
Wiedział, że
na pewno znalazła wiele pytań, na które chciałaby poznać odpowiedzi. Mógł jej
kilku udzielić, potem natomiast pozostanie już czas tylko na działanie.
Zasługiwała
jednak na chociaż tyle – gdyby nie musiał tak skrupulatnie pilnować samego
siebie, by nie wybuchnąć, prawdopodobnie spróbowałby jej ofiarować trochę
więcej. Na ten moment wspiął się na wyżyny swojego altruizmu.
Zmarszczyła
czoło, odwracając na chwilę spojrzenie, wreszcie potrząsnęła głową. Nie
potrzebowała wiele. W chory, trudny do zrozumienia sposób mu ufała. Może
jeszcze ją to zgubi.
A może
nie.
– Idziesz
gdzieś – zauważyła cicho.
I nie miała na
myśli wyjścia do pobliskiego pokoju, gdzie czekał na niego, z tego co zdążyła
zauważyć, Errian.
Chciała nie
pytać o nic. Albo mieć wystarczająco dużo wiedzy, żeby samej się domyślić.
Wiedzy jednak nie było, a lęk nie dawał się stłumić. Były podejrzenia, to
prawda, ale nie wystarczająco pewne.
Dlatego
wróciła do niego spojrzeniem, przymrużając oczy i starając zorientować się,
kiedy naruszy granicę jego wytrzymałości.
Czasami trudno
się z nim rozmawiało, a tym razem nie mogła pozwolić sobie na doprowadzenie do
kłótni nieodpowiednim słowem.
– Idę –
przytaknął spokojnie i przez chwilę wyglądało, jakby na tym zamierzał skończyć,
ale nagle jakby się rozmyślił. – To jedyne wyjście w tej sytuacji – dodał,
trochę jakby próbował się przed nią tłumaczyć.
Czemu? Nie
wiedział. Gdzieś głęboko tkwiło chyba coś na kształt poczucia winy; przez niego
została wciągnięta w chore rozgrywki, mogło się jej coś stać. Miał nadzieję, że
nikt nie będzie zmuszony do uczestnictwa w tym, tymczasem padło na nią. Musiał
stawić temu czoła, bo inaczej to się nigdy nie skończy.
– Chcesz to
skończyć – zauważyła na głos, potwierdzając własne domyślenia.
Nie wiedziała,
czy mocniej ją to zdenerwowało, czy uspokoiło. Raczej to pierwsze. Chyba
bardziej bała się o niego niż o siebie; może dlatego, że nie rozumiała tego
zamieszania, jego źródła oraz sytuacji, w jakiej został postawiony Sheridan.
Ale coś
podpowiadało jej, że jednak nie.
Gdy znów wróciła
myślami do chwili obecnej, jeszcze moment się wahała. Wreszcie, podjąwszy
najwidoczniej decyzję, postawiła krok do przodu i oparła dłoń o jego tors.
Opuściła głowę, przymykając oczy, i pozwoliła, by jego zapach uspokoił ją,
bliskość dała poczucie bezpieczeństwa, przekonanie, że jakoś to będzie.
Trwało to
krótko, ale było silne.
– Powodzenia –
powiedziała niemalże szeptem, unosząc brodę i odnajdując spojrzenie jego oczu.
Wpatrywał się
w nią jeszcze chwilę; w pewnym momencie jego ręka drgnęła, jakby chciał ją
unieść, może sięgnąć do twarzy kobiety. Powstrzymał się jednak, w jego oczach
pojawiło się specyficzne niezadowolenie, niemalże zirytowanie tym, co chciał
zrobić. Kolejne sekundy się jej przyglądał, po czym odwrócił głowę i zaraz stał
do niej plecami, chwytając za klamkę zamkniętych drzwi.
Wyszedł bez
słowa i chociaż bardzo drobna cząstka jego nie zgadzała się z takim rozegraniem
sprawy, wiedział, że nie pójdzie za nim. Cały niefortunny incydent osłabił ją
na tyle, by czuła zmęczenie, co więcej – na szczęście duma nie pozwoli go
gonić. Wolał, żeby zasnęła i trochę wypoczęła, zwłaszcza że najgorsze, co
mogłaby zrobić, to usłyszeć jego i Erriana rozmowę. Nie umiał tego czegoś w
sobie nazwać, ale chciał trzymać ją od tego z daleka. Jak najdalej. Odetchnął,
przymknął oczy i ruszył do pokoju, w którym powinien młodego maga zastać.
Wszystko
działo się nie tak, jak sobie zażyczył. Planował odwlec to w czasie, poczekać,
aż grupa skończy z zaginionym dzieckiem, pomóc im trochę, przy okazji zarobić,
by wreszcie – odejść, odciągnąć Gaira i go zgubić. Dałoby się to zrobić.
Tymczasem on
rozegrał to na swoich warunkach, rozdał karty wedle własnego uznania i wpakował
Sheridana w niezłe bagno. Spora część jego powtarzała, że sam tego chciał. A
właściwie łatwo byłoby się z tego wyplątać – mieć wszystkich w dupie.
Coś się
naprawdę zmieniło, do jasnej cholery.
Uniósł dłoń,
by zapukać, chociaż doskonale wiedział, że jeśli Errian czytał, to przegapiłby
nawet bicie w dzwon na alarm. Nie zdążył jednak nawet dotknąć desek, kiedy z
wnętrza pokoju dobył się cichy, znajomo spokojny głos:
– Proszę.
Sheridan wahał
się tylko chwilę; zerknął jeszcze na korytarz, upewniając się, że nikt nie
wychodzi z pomieszczenia, w którym zostawił Anabde. Dopiero wtedy nacisnął
klamkę i przekroczył próg, od razu dostrzegając młodego maga siedzącego przy
niewielkim stoliku.
Młodzieniec
trzymał dłoń na książce, ale wyglądało na to, że nie czytał już od dłuższej
chwili. Spojrzenie błękitnych oczu zatrzymało się na łowcy, mężczyzna dostrzegł
w nich pewną troskę, ale także wiele zrozumienia. Czasami zaskakiwało go to,
jak ten dzieciak był inteligentny, a jak bardzo się pogrążał w życiu.
Szkoda, że w
tym momencie nie potrafił nawet odpowiednio zakpić z rudego rozczochranego.
Cisza się
przedłużała. Obaj wiedzieli, że nie ma sensu wypowiadać zbędnych słów – istota
sprawy leżała między nimi i czekała, aż ktoś się nią zajmie.
Sheridan
zdawał sobie sprawę z tego, że to on powinien podjąć temat. Errian poznał
wszystkie aspekty, które były mu potrzebne, więcej nie chciał wiedzieć; to
zawsze w nim łowca cenił. Nie miał pewności, skąd ta postawa wynikała, może to
kwestia wychowania, a może młody mag taki po prostu był. W każdym razie
ułatwiało to jakąkolwiek komunikację.
– Nie może
uderzyć w Anabde – odezwał się, pilnując, by jego głos pozostał idealnie
obojętny; już nawet nie kpiący czy szyderczy, wystarczyło, żeby nie wkradły się
do niego żadne uczucia.
Dopiero wtedy
uniósł wzrok na oczy Erriana.
– Pilnuj jej –
dodał i chyba pierwszy raz w ciągu całej ich znajomości coś zabrzmiało jak
prośba, taka najprawdziwsza na świecie.
Młody mag nie
odpowiadał nieznośnie długo, obserwując łowcę uważnie, ale bez irytującej
nachalności. Zabębnił palcami w okładkę leżącej na stole książki, na moment
przymknął powieki, zbierając w sobie trochę siły.
– Postaram się
– odparł z niezachwianym spokojem, znów wpatrując się w przyjaciela uważnie,
jakby próbował coś zrozumieć.
Sheridan
podejrzewał, że szczyl rozumiał więcej od niego w zaistniałej sytuacji. Tym
razem wyjątkowo go to nie zirytowało, wręcz ułatwiało kilka spraw.
– Pamiętaj, że
nie masz szans w bezpośrednim starciu – ciągnął niewzruszenie, przenosząc
spojrzenie na okno, za którym panowały już ciemności. – Stwórz sobie okazję do
ucieczki i znikaj – poinstruował nieco ostrzej, samemu już nie wiedząc, kogo
dokładnie nieprzyjemne ukłucie w piersi dotyczyło.
Errian, nawet
ze wszystkimi swoimi umiejętnościami, mógł co najwyżej wytrzymać kilka minut
walki z Gairem, podczas której martwiłby się tylko o siebie. Obaj o tym
wiedzieli, ale Sheridan zdawał sobie dodatkowo sprawę z faktu, że młody mag był
szlachetny. Mógłby ryzykować własnym życiem na rzecz Anabde, a nie o to, tak do
końca, chodziło łowcy. Wolałby, żeby Errian w ogóle nie został zmuszony do
interwencji.
– Dam sobie
radę – postanowił uspokoić przyjaciela młodzieniec, przymrużając oczy; tym
razem pojawiła się w nich pewna nagana, która zawsze bawiła Sheridana i
poprawiała mu humor w nawet najgorszych momentach.
Tym razem
także coś ciężkiego spadło z jego barków.
– Skup się na
tym, żebyś ty przeżył – poprosił ciszej Errian, na chwilę w jego spojrzeniu
pojawiła się troska, może nawet strach.
Sheridan stał
jeszcze kilka sekund, przyglądając się przyjacielowi beznamiętnie. I kiedy
milczenie zaczęło ciążyć, uśmiechnął się po swojemu, w półmroku błysnęły
ostrzejsze zęby. Potem, nie odzywając się choćby słowem, odwrócił się i
wyszedł.
Ten dzieciak
zawsze niezwykle poprawiał mu humor.
Errian ma faktycznie genialne zdolności w sprawie ogarniania Przeklętych xD A jego przyjaźń z Sherem jest chyba najlepszą. W sensie, że najbardziej mi się ona podoba xD
OdpowiedzUsuńNo, jestem pełna podziwu dla tego pana :3
UsuńJego przyjaźń z Sherem jest śmieszna. I jest jednym z nielicznych powodów, dla których Shera w miarę lubię czasami xDD