wtorek, 25 czerwca 2013

81. Wyjątkowa magia



Errian wiedział, że Sheridan nie wróci na noc, jakikolwiek wynik miało starcie, na które się przyjaciel zdecydował. Dlatego gdy podczas pobudki wściekła Ariene – musiała wstać pierwsza, a potem poszła budzić resztę, coś strasznego; biedny Cador w sumie – zakomunikowała, że „pierdolony łowca się zmył”, nie wstrząsnęło nim to za bardzo.
Potem musiał dodatkowo ratować życie Aithne, która zaspana spytała „po kiego chuja wstajemy w środku nocy?”. Okazało się, że po takiego, iż należy jak najwcześniej wyjechać, by jeszcze za dnia znaleźć się w Bryluen.
Wiedźma potwierdziła informacje, jakoby córka zleceniodawcy została właśnie w tamte okolice uprowadzona, zatem klamka zapadła. Ponadto Ariene zdawała się być dobrze rozeznana w zasadach rządzącymi tym miastem – lepiej nie dociekać.
– Nie chce mi się – jęknęła Aithne, padając z powrotem na łóżko tak, jak stała, ubrana i gotowa do drogi.
– Przykro mi, słońce. Zdrzemniesz się na Faryale – spróbował ją pocieszyć, kończąc zapinanie guzików koszuli i jednocześnie stopą zamykając wieko torby.
– Asada ucistewo – wymamrotała w poduszkę upadła, nie racząc podnieść żadnej części ciała w niemej zgodzie na słowa Erriana.
Młody mag spojrzał na nią zszokowany, chwilę próbując rozszyfrować, co mogła mieć na myśli. Szybko się jednak poddał i sięgnął po buty.
– Powtórz do mnie, nie do pościeli – poprosił rozbawiony, naciągając obuwie na stopy.
– Ta łysa menda mnie zrzuci z czystej złośliwości – wykonała polecenie Aithne, uniósłszy głowę i przechyliwszy ją do Erriana. – Zanieś mnie – wymyśliła w przypływie olśnienia i wyraźnie się jej ten pomysł spodobał.
– W porządku, ale wszyscy to zobaczą – zauważył spokojnie, podnosząc się z klęczek i spoglądając na dziewczynę z góry z pobłażliwym uśmiechem.
– To nie – zreflektowała się błyskawicznie i o własnych siłach zwlokła się z mebla, ruszając w stronę drzwi. – Ale weź mi torbę, nie chce mi się cofać do łóżka – postanowiła, zatrzymując się przy klamce.
– W porządku. Zejdź do pozostałych, ja muszę zajrzeć do Anabde – poinformował, chwytając jej bagaż i zarzucając sobie na wolne ramię.
Upadła chwilę się mu przyglądała czujnie, mrużąc lekko oczy. Wytrzymał to spojrzenie, nawet je odwzajemnił, czekając na pytania bądź protesty.
– Chodzi o łowcę, nie? – mruknęła wreszcie, odwracając wzrok.
– Owszem. A teraz idź – poprosił łagodnie, uśmiechając się lekko.
Skinęła niechętnie głową, otworzyła drzwi i ruszyła w korytarz. Podążył za nią, ale na zewnątrz jeszcze zamknął pokój i skierował się do sypialni, w której spała Anabde. Odprowadził Aithne wzrokiem, w deski pukając dopiero wtedy, kiedy upadła zniknęła na schodach. Zwyczajnie wiedział, że lepiej, by nie słyszała za wiele z rozmowy, mogłaby zacząć panikować i przesadnie się o przyjaciółkę martwić.
Z wnętrza dobiegło nieszczególnie głośne, nieco zaskoczone „proszę”. Gdy Errian wszedł do pokoju, zastał tam kogoś, kogo łatwo byłoby z Anabde pomylić. Na jego widok uniosła wprawdzie brodę i zapatrzyła się w niego typowo swoim, przeszywającym spojrzeniem, jednak po krótkiej chwili obserwacji nawet w jej oczach znalazł coś dotychczas niespotykanego.
            Odepchnęła się od ściany, o którą dotychczas się opierała, i ustawiła tyłem do okna, porzucając obserwowanie rozciągającego się za szybą widoku. Nie przestała jednak obejmować się ramionami, ba, wręcz zdawała się mocniej zaciskać palce na bokach.
Była blada, a podkrążone oczy jawnie sugerowały, że ma za sobą nieprzespaną noc. Dodatkowo w jej postawie było dość mało dumy i pewności siebie, dość charakterystycznych dla jej osoby. Wyglądało, jakby rozpaczliwie próbowała je do siebie przywołać, gdy na chwilkę zamknęła oczy; musiało okazać się to za trudne, bo gdy znów na niego spojrzała, uczucia były tak wyraźne, jak przedtem. 
Anabde się martwiła. Wypatrywała powrotu Sheridana, nawet się nad tym nie zastanawiając, nie analizując i nie plując sobie w brodę, że przywiązała się do kogoś. Gdy zagryzała wargę, na chwilkę odwracając spojrzenie, Errian zrozumiał, że nie ma w niej nic więcej – był tylko strach o Sheridana. O jego życie, jego powrót i jego stan. O niego całego. 
– Dzień dobry, Errian – powiedziała spokojnie, znów zawieszając na nim wyczekujące spojrzenie.
Jej głos brzmiał pewnie i można było odnieść wrażenie, że miała w sobie dość siły, by zamaskować targające nią zmartwienia. Czyżby pozwoliła Errianowi je zobaczyć, tak zwyczajnie?
– Hej – mruknął w odpowiedzi, starając się nie dać po sobie poznać najmniejszego nawet zaskoczenia; zauważył, że pod względem uczuć niewiele się od Sheridana różniła, a z przyjacielem też się musiał przez to jak z jajkiem obchodzić.
Na moment pozwolił zapaść w pokoju ciszy, by pozbierać myśli i skonkretyzować to, co chciał powiedzieć. Domyślał się, jaki będzie wynik pogawędki, ale wolał nie mieć poczucia winy, świadomości, że nawet nie próbował. Był coś łowcy winny, a na pewno czegoś tak drobnego wymagała po prostu przyjaźń.
– Lada moment wyruszamy, Ariene pewnie już tu przyszła – rzucił trochę nieporadnie i uśmiechnął się z niedowierzaniem; czemu tak często plątał mu się język przy rozmowach z dobrze poznanymi osobami, a przemawiając do obcych, nie czuł żadnych oporów? – Wiesz, że wolałby, byś z nami pojechała? – spytał na koniec, bez oporów zaglądając w jej oczy, spokojnie, jakby po prostu czekał na odpowiedź.
Wytrzymała spojrzenie, przynajmniej przez chwilę. Potem obróciła głowę, zawiesiła wzrok na podłodze i położyła dłoń na szyi, opierając na niej wygodniej brodę. Wyglądała na naprawdę strapioną, a mimo tego ani przez chwilę nie sprawiała wrażenia słabej. 
– Wiem – przyznała, jeszcze zwlekając z podchwyceniem jego spojrzenia.
Kiedy wreszcie się na to zdecydowała,  uniosła nieznacznie kąciki ust; można stwierdzić, że był to uśmiech, jednak wyjątkowo subtelny oraz mało wyraźny. 
– Wiesz, że tego nie zrobię – dodała. 
Nie miała wyrzutów sumienia. Nie przydałaby im się, mogłaby wręcz stać się zbędnym balastem; łatwiej byłoby się jej rozkojarzyć i nie poświęciłaby się zadaniu w pełni, co mogłoby źle się skończyć nie tylko dla niej, ale również dla towarzyszy. Wiedziała, że będą się o nią martwić, ale tak wyjdzie lepiej. Ona będzie mogła poszukać Sheridana. 
Trzymała się tej myśli, innych nie chcąc dopuścić do świadomości.
Errian pokiwał głową, w duchu gratulując sobie zdolności przewidywania przyszłości. Nie spuścił z niej spojrzenia, jeszcze chwilę jakby coś ważąc w myślach – może nie należał do osób, które wyjątkowo zajadle o wszystko walczyły, ale też nie poddawał się tak od razu, zwłaszcza gdy czuł się do czegoś zobowiązany.
– Obiecałem mu, że będę cię chronić – stwierdził i wydawało się, że w ogóle nie zamierza bezpośrednio próbować ją przekonać do wyruszenia. – Kiedy tu zostaniesz, możesz mi to znacząco utrudnić – dodał z rozbawieniem i wreszcie także się uśmiechnął.
Nie czuł się jak przegrany, czuł się… normalnie. Doskonale wiedział, że jej nie przekona za żadne skarby; to tak, jakby wczoraj próbować odwieść Sheridana od postanowienia skonfrontowania się z Gairem.
Tylko z drugiej strony, jeśli wynik tej konfrontacji nie był pomyślny dla ich łowcy… Errian zmarszczył lekko czoło. Nie wiedział, z kim dokładnie Sheridan miał do czynienia, ale na pewno nie prosił o chronienie Anabde bez konkretnego oraz ważnego powodu.
Tym razem spojrzenie Anabde nabrało ostrości, choć nie stało się nieprzyjemne. Nim coś powiedziała, długo przypatrywała się Errianowi uważnie. 
– Obiecałeś, że... – zaczęła, by urwać i znów odwrócić wzrok.
Tym razem uśmiechnęła się lekko do ściany.
– Dam sobie radę – zapewniła swobodnie.
Może nie zabrzmiało to szczególnie pocieszająco, ale cóż więcej mogła obiecać? Zawsze radziła sobie sama, a gdyby tym razem coś okazało się być ponad jej siły, byłby to wrogi łowca, przy którym Errian również nie miałby szans. 
– Wybacz. Ja muszę go odnaleźć – mruknęła, gdy cisza zaczęła się przedłużać.
Nadal nie patrzyła na rozmówcę, przymrużyła oczy wpatrzone w ścianę.
– Rozumiem. Próbowałem tylko spełnić swój obowiązek. Najwyżej ktoś mnie zabije, kiedy wróci – stwierdził w miarę lekko, uśmiechając się łagodnie.
Potem odwrócił się i skierował do drzwi, jednak nim nacisnął na klamkę, przystanął, zapatrując się w deski w zamyśleniu. Powoli obrócił głowę z powrotem do nekromantki, przyglądając się jej poważniej niż przed chwilą.
– Tylko naprawdę na siebie uważaj. To przeraziło nawet Shera – poprosił ciszej, westchnął i uniósł dłoń w geście pożegnania. – To do zobaczenia za kilka dni – rzucił nieco swobodniej i otworzył przejście.
To albo już się skończyło, albo nie ma dla nas ratunku – pomyślała z dziwnym, nie pasującym do gorzkości tej refleksji spokojem. O drugiej opcji nie chciała jednak myśleć. To nie mogło być tak, że Sheridan... 
Zadrżała, ale na szczęście Errian już stał do niej plecami. Odetchnęła głęboko, wybłagała u siebie jeszcze chwilę opanowania, po czym uniosła głowę. 
– Do zobaczenia. Miłej zabawy – rzuciła lekko i ton jej głosu sugerował, że mogła się nawet uśmiechnąć.
Nie zrobiła tego, ale młody mag nie musiał o tym wiedzieć.

Leanelle przyzwyczaiła się już do dzielenia pokoju z Mearą i teraz za każdym razem, gdy dziewczyna wychodziła chociaż na chwilę, czuła się nieswojo. Kiedy Hessan podniósł łeb, zawieszając wyczekujące spojrzenie na drzwiach, napięła się w nerwach; potem rozległ się odgłos pukania, co natychmiast ją uspokoiło.
Bo to takie głupie, żeby kojarzyć zwyczajny, przyjemny poranek z przeszłością, ale i tak pomyślała o tym, że Uther nigdy nie pukał.
– Proszę – powiedziała odpowiednio głośno i wstała.
Drzwi uchyliły się powoli, a do środka wszedł niespodziewany gość.
Leanelle uśmiechnęła się nieświadomie. Ona nadal była dumna, pewna, trochę odległa, na pewno godna podziwu – cała Anabde. Pomimo strapienia rysującego się w zgaszonym spojrzeniu podkrążonych oczu, zmartwień, które targały nią i udzielały się jej najbliższym, ciągle prezentowała się jako osoba nie do zdarcia. Wysoko zadarta broda, poważna twarz; Leanelle z całego serca pragnęła nauczyć się takiej postawy. Chciała, by ludzie widzieli ją jako osobę biorącą życie we własne ręce.
Zaprzestała myśli o swojej bierności życiowej, kiedy Anabde podeszła jeszcze trochę. Nekromantka powiodła po pokoju pustym spojrzeniem, musnęła palcami blat stojącego blisko stołu i na chwilę zmarszczyła czoło, jakby głęboko się nad czymś zastanawiała.
Leanelle czekała w milczeniu, przypatrując się opiekunce badawczo i nie mając pojęcia, jak należałoby zareagować.
– Nie jadę z wami – powiedziała kobieta, unosząc na nią wzrok.
Leanelle drgnęła i otworzyła szeroko oczy, dla odmiany wpatrując się w podłogę.
– Jak to? – zapytała bezmyślnie.
Rozumiała dlaczego i po co, nie powinna być taka zaskoczona; a jednak, co nieco egoistyczne, dziwnie czuła się na myśl o podróżowaniu bez Anabde. To tak, jakby ściągnęła ważną część zbroi – nekromantka wyzwoliła ją z nędzy i od tej pory zawsze nad nią czuwała. W cieniu, z boku, ale jednak miała na nią oko.
Na nagłe spięcie młodszej koleżanki Anabde zareagowała tylko przymrużeniem oczu. I już zdawało się, że odpowie ostro oraz rzeczowo, gdy nagle westchnęła i nieznacznie opuściła ramiona.
Leanelle przechyliła głowę, z zaskoczeniem przyjmując fakt, że bitwa myśli oraz emocji tocząca się w opiekunce była aż namacalna. Obserwowała to i wyłapywała część, wiele rzeczy było jednak poza jej zasięgiem – rzeczy, których sama Anabde nie rozumiała, a może nie chciała rozumieć.
Leanelle zdecydowała, że trzeba odpowiedzieć. Może w ten sposób ulży opiekunce, może coś dzięki temu nie zostanie nazwane.
– W porządku. Łapię – uznała więc, uśmiechając się lekko. – Dam sobie radę.
Nekromantka w pierwszej chwili zdradziła zaskoczenie uniesieniem brwi, potem odpowiedziała na uśmiech Leanelle, może trochę blado, ale na pewno szczerze. Pokiwała powoli głową, by następnie sięgnąć pod płaszcz i odpiąć coś od paska. Wyciągnęła do podopiecznej rękę; Leanelle bez zrozumienia wpatrzyła się w pokazany jej futerał, otwierając oczy jeszcze szerzej.
– Weź – powiedziała miękko Anabde. – Musisz się jakoś sama bronić.
– Twój pistolet?! – jęknęła ze zgrozą.
Przecież to był potężny artefakt! I ona miała się nim zająć? Ona, ta nieodpowiedzialna, wiecznie pakująca się w kłopoty ofiara losu?
Czy Anabde postradała rozum?
– Tak – potwierdziła rozbawiona reakcją kobieta.
Leanelle zerknęła na nią krótko, aż wreszcie niepewnie sięgnęła po prezent. Przypatrzyła się uważnie skórzanemu futerałowi, jakby miał ją zaraz ugryźć lub pochłonąć w całości.
– Użyj go tylko w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Działa jak normalny pistolet, wiem, że potrafisz się takim posługiwać. I bądź ostrożna – poinstruowała podopieczną Anabde; w jej spojrzeniu było coś matczynego.
Szybko otrząsnęła się ze zbędnego, niechcianego przypływu opiekuńczości i nim Leanelle zdążyła podziękować, ruszyła do wyjścia z pokoju.
Zatrzymał ją przestraszony, cichy, trochę drżący głosik:
– Anabde? To tak powinno?
Obróciła się szybko i uniosła brwi w zaskoczeniu. To, co trzymała Leanelle, nijak nie przypominało ofiarowanego pistoletu.
Boczne ściany obudowy rozłożyły się, zamek uchylił o cal, umożliwiając wysunięcie się kolejnej lufie, węższej oraz dłuższej. Zmienił się uchwyt; teraz dało się trzymać broń oburącz, co z pewnością ułatwiało posługiwanie się nią. Dwa niezależne spusty umocowane były tak, by dało się nacisnąć je jednocześnie, wskazującym i środkowym palcem. Jednak nie to robiło największe wrażenie.
Dookoła pistoletu, w odległości nawet ponad dziesięciu cali, coś błyszczało coraz bardziej intensywnie. Leanelle zacisnęła powieki, przestraszona, i w tym momencie linie wyraźnie się zarysowały. Tworzyły wokół broni skomplikowaną sieć znaków, starożytnych symboli, które Anabde kojarzyła, jednak nie potrafiła ich odczytać.
Zmieniło się coś jeszcze. Anabde wyraźnie wyczuwała teraz magię Leanelle, magię, którą dotychczas uważała za słabą, bo nie potrafiła jej odczytać. Nadal nie była w stanie zdefiniować dziedziny mocy Leanelle. Jej aura była przeraźliwie jasna, zapach kojarzył się z sędziwymi drzewami pokrytymi mchem, brzmiała szumem wody oraz szeleszczeniem kartek. Było w niej też dużo kolorów, których nekromantka nie potrafiła odebrać, aromatu, który kojarzył jej się tylko i wyłącznie z magią. Z takim czymś nigdy dotąd się nie spotkała.
Leanelle wreszcie otworzyła oczy i spojrzała na opiekunkę błagalnie. Kobieta odetchnęła głęboko.
– Potrafisz to... cofnąć?
Leanelle zagryzła wargę i już chciała zaprzeczyć. Jednak coś, co powinna chyba nazwać instynktem, podpowiedziało jej, co powinna zrobić, skupiła się na swoim wnętrzu.
Anabde wyczuła w jej aurze subtelną zmianę, znak, że dziewczyna używała magii. Pistolet zaczął się składać i w krótkiej chwili wrócił do pierwotnej formy.
– Co to było?! – wykrzyknęła Leanelle, błyskawicznie chowając broń do futerału w obawie przed kolejnym takim numerem.
– Nie mam pojęcia – przyznała szczerze Anabde.
Niewiedza nekromantki była dla Leanelle na tyle dużym zaskoczeniem, że dziewczyna chwilę wpatrywała się w towarzyszkę bez zrozumienia.
– To co ja mam z tym zrobić? – pisnęła w końcu.
– Używać – zadecydowała Anabde. – Panujesz nad tym, nie wiem jak i dlaczego, ale panujesz. Postaram się dowiedzieć czegokolwiek.
Leanelle chciała zapytać o wiele rzeczy – jak i skąd Anabde chce zdobyć wiedzę na temat odziedziczonego artefaktu, dlaczego pistolet tak zareagował, czym było to dziwne mrowienie w czubkach palców, gdy trzymała broń. Szybko zrozumiała, że przyjaciółka nie odpowie jej na żadne – ewentualnie prawie żadne – z nurtujących pytań.
Skinęła tylko głową i przypięła futerał do paska.
Anabde jeszcze chwilę trwała w zamyśleniu. Zanotowała w pamięci aurę podopiecznej, by móc ją opisać Errianowi, starała się odświeżyć obraz magii Arathaina, by spróbować porównać i dopasować do czegoś moc przyjaciółki.
Potem potrząsnęła głową; zajmie się tym później, za kilka dni, może tydzień, sprawa poczeka. Teraz nekromantka miała większe zmartwienia.
Odwróciła się z powrotem w stronę drzwi.
– Uważaj na siebie, Lea – poprosiła.
Dziewczyna wgapiła się w plecy opiekunki.
– Ty też, Anabde. Wróćcie szybko.
Nekromantka nie odpowiedziała. Leanelle mogłaby przysiąc, że drgnęła lekko, nim wyszła z pokoju.

8 komentarzy:

  1. Wy tam chyba zaspałyście, baby xD
    Sira

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdzie nam się nie spieszy, jak nikt nie czyta xD

      Usuń
    2. Stop pierdoling, please, ja czytam! Mam do nadrobienia jeszcze fchuj, ale jednak!

      Usuń
    3. Ty masz w pliku, nie odzywaj się xDD

      Usuń
    4. Ja tam czekam na część/tom/łatewa drugą, ale coś mi mówi, że się nie doczekam. Ej, zadzieciakujecie wampira? xD

      Usuń
    5. Część to już tu chyba czwarta leci, a na tom poczekasz jeszcze... xDD
      O Jaretha pytasz? Bo wampirów to mamy więcej... xD

      Usuń
  2. Przeczytałam. Pierwszą część, znaczy się, którą mi wysłałaś. I na dzień dzisiejszy wkurwia mnie Aithne, choć jeszcze na początku lektury żywiłam nadzieję, że mimo wszystko utrzymam jakiekolwiek pozytywne uczucia względem jej postaci.
    Niestety, nie udało się.
    Moje reakcje na jej wybryki można było porównać do tych, które pokazywał Sheridan. Serio. Za każdym razem, gdy Aithne odpieprzyła coś dziwnego, ja wręcz jęczałam do telefonu, by ta ogarnęła dupa lub zdechła gdzieś po drodze, bo, naprawdę, to, co na wyprawia, przechodzi wszelkie możliwości.
    Moim faworytem są relacje Anabde oraz pana łowcy.
    Zniknięcie Revelina i Larkina to dla mnie nadal ogromna niewiadoma i mam nadzieję, że później się to jakoś wyjaśni, bo nie wyobrażam sobie, żeby drużyna tak po prostu przyjęła wieści o rzekomej śmierci Revelina i nawet nie próbowała sprawdzać wiarygodności tej informacji.
    A Aratek to dla mnie śmierdzi na kilometr dziwnością, nie ufam mu, jakiś lewy jest. To pojawia się, to znika. Masakra jakaś! O.O
    Trochę przeszkadza mi sposób, w jaki opisujecie daną sytuację. Ktoś coś powie podczas walki, a potem każda postać odpowiada na to w następnych akapitach, a gdy dochodzi do czwartej postaci, nawet nie pamiętam już, na co one reagują i na co odpowiadają. Nie wiem, czy zrozumiałyście, o co mi chodzi... No, po prostu widać wyraźnie podział na postaci, to mnie razi. Owszem, z czasem człowiek się przyzwyczaja, ale na początku było baaardzo ciężko.
    Anyway - biorę sobie bezczelnie następne rozdziały i wrzucam cudeńko na telefon, co by dalej nadrabiać i szukać odpowiedzi na moje wątpliwości :D
    A Wy piszta mi tam dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaha, a wiesz, że Aithne jest SO MUCH JA? xDD Ja tylko nie mam Dużej Traumy i nie zawsze w stresie od razu biję w mordę xD
      Co nie zmienia faktu, że Aithne kocham. Raz wkurwia bardziej, raz mniej, ale ją kocham. Może dlatego, że tak naprawdę jestem z tą postacią od samego początku xD
      Ale Sher approves, generalnie, facet nie rozumie, jak można to-to lubić. Ano można, bo mnie podobno się da :< O tym ten gnojek zapomina xD
      Co do Revelina i Larkina, wszystko będzie wyjaśnione. Aratek też dostał drobną rolę, ale to na... ee... kiedyś xD
      Wiesz, z czego to wynika? Forum. Trzy czwarte tego tekstu było postami na forum pbf. Bardzo się gimnastykowałam, by to poprawić, teraz chyba wygląda naprawdę znośnie w porównaniu do początku. Mam nadzieję, że z czasem się zrobi lepiej - w najnowszych częściach w ogole tego nie czuć, już się wyrobiłyśmy :3 Przynajmniej stwierdzając skromnie.
      Piszemy, piszemy, piąta część, panie generale!

      Usuń