piątek, 2 listopada 2012

34. Śmiałe decyzje



Tutejsze powietrze różniło się od suchej, drażniącej nozdrza atmosfery Perrianu w miły sposób, dzięki któremu od razu nabierało się ochoty do dalszej drogi. Świeży zapach świerkowych igieł, niewielka wilgoć w powietrzu; Cador odetchnął głęboko i uśmiechnął się z satysfakcją, a jego wierny rumak sięgnął zębami do najbliższego krzaczka, by urwać sobie soczyście zieloną gałązkę.
– Co ty na to, żebym wymyślił ci imię? – zaproponował mężczyzna, przeczesując palcami jasną grzywę wierzchowca.
Izabel parsknął głośno, aprobując pomysł swego jeźdźca.
Zastanawiające, czy nasz ulubiony obrońca postradał zmysły? Z końmi się, teoretycznie, nie rozmawia (chyba, że jest się Aithne, ale to wyjątek potwierdzający regułę). No niestety, w tym towarzystwie tylko jego rumak zachowywał się tak jak zawsze.
Cyrk rozpoczął się gdy tylko minęli granicę Perrianu. Pierwszy zauważył to zabawny wierzchowiec Anabde, który od tego czasu (czyli mniej więcej od godziny, jak nie lepiej) bez przerwy dawał pokaz swoich niewątpliwych umiejętności. Najpierw przez ponad kwadrans galopował w miejscu i brykał, później wymyślił nową zabawę polegającą na wyskakiwaniu w przód, stawaniu dęba i natychmiastowym walnięciu z zadu.
Cador długi czas zastanawiał się, jakim cudem nekromantka jest w stanie to wysiedzieć; koniec końców uznał, że chyba przykleiła się do siodła, bo koń naprawdę dawał popalić. Na dodatek Anabde wydawała się być zachowaniem Lantano rozbawiona – przy każdym solidniejszym bryknięciu śmiała się cicho, a im wyżej ogier wyskakiwał w górę, tym szerszy uśmiech pojawiał się na jej ustach.
Jutrzenka obserwowała poczynania Lantano z irytacją, szczurząc się na ogiera i pokazując zęby; uspokajała się na chwilę, gdy Ariene poklepywała ją z uśmiechem, ale zaraz wracała do złoszczenia się na siwka.
Faryale jak zwykle zachowywała się dojrzale i zbyt mądrze jak na konia, natomiast jej amazonka, pomimo widocznego zmęczenia na twarzy, rozglądała się po okolicy wyraźnie zadowolona. Uspokoiła ją zieleń lasu i przyjemna cisza tętniąca życiem, na chwilę zamilkła i rozkoszowała się widokiem okolicy.
Sheridan nie zareagował w widoczny sposób na zmianę środowiska, ale przynajmniej przestał szydzić czy narzekać, więc na pewno poczuł się lepiej.
Tylko Errian wyglądał na zmartwionego, odpłynął gdzieś myślami, a jego zasępiona mina sugerowała, że nie jest to radosne i kolorowe miejsce.
Niebo mieniło się teraz purpurą, fioletem, czerwienią i pomarańczem, pierwsze gwiazdy nieśmiało zaczynały błyszczeć na nieboskłonie, słońce przegrywało potyczkę ze wstającym księżycem. Temperatura zaczęła znacząco spadać, wilgotność powietrza się podniosła; Cador ocenił wszystkie za i przeciw, w myślach przywołał mapę okolicy, po czym wstrzymał swego wierzchowca.
– Nie zdążymy dojechać do najbliższego miasta przed zapadnięciem zmierzchu. Przenocujmy tutaj – zaproponował, ale coś w jego głosie sugerowało, że sprawa rozbicia obozu w tym miejscu jest właściwie przesądzona.
– To chyba dobry pomysł – odezwał się po chwili Errian i delikatnie uniósł ze swojego ramienia Ariene, która, zatrzymawszy Jutrzenkę, niespodziewanie odpłynęła.
Uśmiechnął się dość blado do wyczerpanej wiedźmy, pomagając jej usiąść z powrotem prosto. Wyglądała na kogoś bardzo słabego i bezbronnego, co nieco młodego maga śmieszyło.
Zaufać dużym, szafirowym oczom, a skończy się z poderżniętym gardłem.
– Przepraszam – wymamrotała zażenowana Ariene i zgarnęła włosy na plecy, kiedy kosmyki opadły na ramiona i twarz.
Przeniosła wzrok na pozostałych i odsunęła Jutrzenkę od ogiera Erriana, żeby mieć pewność, że już więcej nie oprze się na młodzieńcu. Jeśli teraz przyśnie, to grzmotnie na ziemię, może się chociaż obudzi, idealny plan.
– Proponuję zjechać trochę na ubocze, tędy pewnie podróżuje się najczęściej – wtrącił Sheridan, rozejrzawszy się po zagajniku bez większego przejęcia. – Z tamtej strony będziemy bardziej osłonięci, gdyby ktoś się tu zapuścił – dodał i skierował swoją klacz we wskazanym przez siebie kierunku, nawet na zebranych nie czekając.
– Kto mu pozwolił rządzić? – burknęła bardzo niezadowolona Aithne, pochylając się nad Faryale i obejmując jej szyję ramionami.
Nie marudź, skarciła ją krótko klacz i ruszyła za gniadą bez polecenia swojej amazonki, machnąwszy tylko łbem, by wyrwać trochę wodzy spod ciała upadłej.
– Ale ja lubię – zbuntowała się dziewczyna, przymykając z lekkim uśmiechem oczy. – Ktoś musi marudzić, idealnie się do tego nadaję – dodała zadowolona, wtulając policzek w miękką sierść przyjaciółki.
Jesteś zmęczona, prawda?, odgadła Faryale, parsknąwszy z pewnym zrezygnowaniem. Gałązki zalegające na ziemi cicho pękały pod twardymi kopytami.
– Nie! Znaczy, trochę. Bardziej to głodna – sprecyzowała z pewną irytacją i oburzona puściła szyję klaczy, prostując się w siodle.
Faryale zarżała cicho i dźwięk ten przywodził na myśl rozbawiony chichot. Nie odezwała się już jednak, nie chcąc bardziej przyjaciółki denerwować. Zdenerwowana upadła, w dodatku śpiąca i głodna, robiła się naprawdę trudna do wytrzymania.
Dobre miejsce na skromne obozowisko znajdowało się całkiem blisko, dlatego chwilę później zebrani zsiadali już z koni i zabierali się do oporządzania równie zmęczonych podróżą zwierząt. Zajęło to dość sporo czasu, bo później należało znaleźć dobre miejsce do uwiązania ich – czy raczej tych sprawiających problemy, nikt na ciebie nie patrzy, Lantano – a Faryale wyruszyła na spacer w poszukiwaniu źródła wody.
Gdy uporali się z tym zadaniem, należało zainteresować się własnym noclegiem. Niewątpliwie czekało ich spanie pod gołym niebem, co jednak specjalnie nie przerażało, zwłaszcza że zanosiła się pogodna, ciepła noc.
Ariene wypakowała wszystkie koce, jakimi tylko dysponowali, przy okazji znalazła trochę jedzenia, podliczyła racje żywnościowe oraz przykrycia, by na koniec stwierdzić… że się pomyliła w obliczeniach. Errian, widząc, że wiedźma nie bardzo radzi sobie z tym problemem, przyszedł z pomocą i wspólnymi siłami doszli do wniosku, iż każdy coś zje oraz się pod czymś prześpi.
Rozpalaniem ogniska, po początkowych wątpliwościach co do bezpieczeństwa tego czynu, zajęła się Aithne. Usiadła przed stosikiem gałęzi ułożonych przez Cadora, wzięła swoją hubkę oraz krzesiwo i zabrała się do pracy, mamrocząc pod nosem, by zagłuszyć burczenie brzucha. W tym czasie Anabde spróbowała uczciwie rozdzielić skromne posiłki.
Wreszcie przygotowania do noclegu zostały zakończone, a całe towarzystwo mogło uraczyć się niezbyt pokaźną kolacją. Ogień wesoło trzaskał, roztaczając dokoła przyjemną, ciepłą łunę.
Cador wepchnął sobie do ust ostatni kawałek bułki, podsumowując to błogim uśmiechem. Gdy cały posiłek wylądował już w jego żołądku, mężczyzna wyciągnął przed siebie ramiona i przeciągnął się z zadowoleniem.
Nie można było powiedzieć, by czuł się najedzony, ale przynajmniej przestał odczuwać głód. Dodatkowa obecność ciepła ogniska i teoretyczny tymczasowy brak zmartwień sprawiły, że poczuł się naprawdę dobrze.
Jedli w milczeniu, to było dziwne. Jego towarzystwo wyglądało na zmęczone; on sam również powoli zaczynał odczuwać znużenie, ale póki co zbyt rozpierała go świeża energia związana z opuszczeniem Perrianu, by to uczucie go zmogło. Przyjrzał się więc zebranym, wykorzystując ten czas na obserwacje.
– Nie przysypiaj, bo zaraz się przewrócisz – rzucił z rozbawieniem do Ariene, która siedziała najbliżej niego.
Biedna wiedźma faktycznie wyglądała na wyczerpaną, powieki jej się przymykały, a równowaga zaczęła być wątpliwa; w pewnej chwili w oczach obrońcy pojawiła się pewna troska, ale zaraz została stłumiona. To duża dziewczynka, jeśli jest naprawdę zmęczona, to zaraz pójdzie spać. No.
Znacznie mniejszym rozsądkiem wykazywała się jego mała podopieczna, to nią wypadałoby się zainteresować.
Spojrzenie jasnozielonych ocząt spoczęło na Aithne – ta również prezentowała się nie najlepiej, wprawdzie od czasu do czasu rzucała złośliwe hasło w stronę każdego z podróżników (nie licząc Anabde), lecz i tak zachowywała się względnie spokojnie. Cador uśmiechnął się do własnych myśli i już szykował się do komentarza, gdy coś (a konkretniej rudy ktoś) odwróciło jego uwagę od przekomarzania się z Aithne.
To Anabde wstała nagle, zaraz po skończeniu posiłku, otrzepała płaszcz z okruszków pieczywa i ewidentnie miała zamiar gdzieś zniknąć.
– Ja... muszę trochę pobyć sama. Nie pójdę daleko – mruknęła nieco speszona, gdy przeniosło się na nią kilka pytających spojrzeń.
Uniosła kącik ust w krzywym uśmiechu, który miał przekazać zainteresowanym zebranym „nie martwcie się o mnie”; wyszło tak sobie, ale  i tak nikt nie miał zamiaru jej powstrzymywać. Nie czekając na słowo komentarza, odwróciła się i odeszła w swoją stronę.
Już po chwili intensywnie ruda czupryna zniknęła gdzieś między drzewami. Cadora nieco zaniepokoił fakt, że grupa się rozbija, ale z drugiej strony tutaj teoretycznie nic im nie groziło. Zmarszczył tylko czoło z dezaprobatą, nie odzywając się – w końcu nie on tu dowodził, sami o sobie decydowali.
W sumie trudno się dziwić, że niektórzy potrzebowali samotności – ta grupa niezwykłych indywidualności była na siebie skazana przez kilkanaście dni. Wzruszył ramionami i popił kolację kilkoma łykami wody z manierki.
Ariene mruknęła coś niewyraźnie pod nosem, ale zdecydowanie z dezaprobatą, przymknęła oczy i odetchnęła głęboko, odchylając głowę. Zmęczenie dało się łatwo pokonać, trochę siły woli i umiejętności, to wszystko. Czasami nie spała kilka nocy z rzędu, intensywnie pracując, dlaczego więc teraz przysypiała?
Warknęła na siebie niezadowolona, chwyciła własną manierkę i wylała jej zawartość na twarz, trochę wody rozchlapując na boki. Trafiona Aithne prychnęła jak rozjuszone zwierzę i aż odskoczyła poza zasięg rażenia.
– Przeklęta wiedźma – warknęła pod nosem, strzepując z siebie niechciane krople.
– Wybacz – mruknęła Ariene, otrząsnęła się i zgarnęła mokre włosy do tyłu, mrugając szybko.
Tak, tak zdecydowanie lepiej. Uśmiechnęła się zadowolona, doskonale wiedząc, że następne próby obudzenia się będzie musiała zróżnicować, żeby odnosiły skutek.
– Ja też się przewietrzę – zdecydowała wtedy Aithne, podnosząc się z miejsca.
– Jesteś na świeżym powietrzu, rude – wtrącił niezastąpiony Sheridan, nie chcąc nawet komentować powalającej inteligencji swojej niekwestionowanej ulubienicy, bo zrobiłby się monotematyczny.
– Nie leź za mną, chcę mieć spokój – warknęła na Cadora Aithne, łowcę zignorowawszy, bo tak lepiej dla zdrowia wychodziło.
Potem odwróciła się i poszła na ubocze, w zapadający stopniowo półmrok. Zważając na zaczynającą się noc, można było się domyślić, że upadła za daleko nie odejdzie, nie w ciemność i nie sama.
Towarzystwo stopniowo się uszczuplało, najwyraźniej wszyscy mieli się już powoli dość. Nawet trudno im się dziwić.
– Tak jest. Tylko nie zrób sobie krzywdy – mruknął na odchodne Cador.
W sumie beztrosko, bo nie wierzył w aż tak ogromne możliwości autodestrukcyjne Aithne. Rany, to tylko las, na dodatek upadła nie będzie daleko, chyba można ją na chwilę stracić z oczu?
Westchnął ciężko, nie do końca przekonany, czy to dobry pomysł. Postanowił jednak, że nie ma co się martwić na zapas; by zmienić tor swoich myśli, wrócił zainteresowaniem do Ariene.
– Może się połóż, co? – mruknął, opierając brodę na dłoni i przyglądając się wiedźmie z tej pozycji. – Zamiast się katować i na siłę utrzymywać przytomność. Przecież przypilnuję ogniska.
Nie, wcale nie podał w wątpliwość wiarygodności obecnych tu Erriana i Sheridana. Wcale nie zaakcentował „przypilnuję”. Wcale a wcale.
Ariene rzuciła Cadorowi nieco rozeźlone spojrzenie.
– Wyszłam z formy, to wszystko – mruknęła zdegustowana, zaraz odwracając wzrok. – Nie spałam zeszłej nocy, ale to nie powód, by teraz niemalże tracić przytomność – dodała nieco zirytowana.
– Z tego, co słyszałem, to przez całą noc biegałaś po Elestren, próbując odszukać Larkina – wtrącił Errian, który niejako wyrwał się z ponurego zamyślenia.
– To nic takiego – powtórzyła uparcie Ariene, opuszczając wzrok i odwracając głowę, by nie było widać jej twarzy.
– Pewnie – skwitował Errian, westchnąwszy ciężko.
Sheridan wepchnął ręce do kieszeni, podniósł się i bez słowa odszedł w półmrok, najwyraźniej także chcąc odpocząć od jakiegokolwiek towarzystwa.
Na dźwięk imienia mężczyzny, którego nigdy nie było Cadorowi dane poznać, ale o którym tak wiele słyszał, najpierw uniósł zainteresowany spojrzenie i zmarszczył czoło, a potem, zupełnie nieświadomie, uśmiechnął się ponuro.
– Ale skoro już przytomność tracisz, nic nie szkodzi odpocząć – zauważył rozsądnie, wracając do rozmowy z Ariene.
To nie były sprzyjające trenowaniu wytrzymałości okoliczności, jutro powinna być wypoczęta. Jednak to jej sprawa, jeśli chce się męczyć, niech się męczy.
Kiedy łowca odszedł bez słowa, obrońca odprowadził go spojrzeniem. Skojarzył kilka faktów, zinterpretował je na swój sposób i uśmiechnął się diabelsko, posyłając Ariene porozumiewawcze spojrzenie. Czy ona pomyślała o tym to samo, co pomyślał on, biorąc pod uwagę ich odkrycie z dzisiejszego poranka?
Ariene uchwyciła uśmiech Cadora i dopiero wtedy dostrzegła, że Sheridan ich opuścił. Chwilę przyglądała się miejscu, jakie niedawno łowca zajmował, potem przymrużyła oczy, unosząc kącik ust, pokiwała w zamyśleniu głową. Przeczesała włosy palcami, przeciągnęła dłońmi po twarzy, a wreszcie splotła je na karku.
– Obwiniasz się – zawyrokował Errian. – Nic nie mogłaś zrobić.
– No właśnie – skwitowała z niejaką goryczą. – Zostawił mnie tam, żeby mnie chronić, a sam... powinnam była pójść z nim – mruknęła, zaciskając usta.
– I także przepaść bez wieści? To Larkin, on żyje. Zresztą, hej, w stajni nie było Lutee. Nie obwiniaj się, wyśmiałby cię – postanowił Errian, nie odrywając od Ariene spojrzenia.
Wiedźma zachichotała cicho, przymykając oczy.
– W sumie by mi się należało. Ktoś chętny do wyśmiania mnie? – spytała, spoglądając to na jednego, to na drugiego pana.
Errian wpatrywał się przez chwilę w panujący dokoła półmrok, marszcząc czoło. Płonące ognisko rzucało pomarańczową łunę na towarzyszących mu Ariene oraz Cadora, jednocześnie pogłębiając ciemność okolicy.
Zastanowił się, dokąd udała się Aithne tak późnym wieczorem – najpewniej niezbyt daleko, prawdopodobnie siedziała tuż na granicy półcienia. Westchnął, walcząc z ochotą, by pójść jej poszukać. Całkiem możliwe, że Anabde dotrzymywała jej towarzystwa, on był zupełnie zbędny i…
Tylko sprawdzi. Najwyżej wróci do ogniska, udając, że wszystko przebiegło po jego myśli. Silthe, jaki on był głupi i naiwny! Gorzej nie mógł się wpakować, naprawdę. To chore, doskonale o tym wiedział, a mimo to podniósł się z ziemi i otrzepał spodnie z trawy.
– Ja chyba się przejdę, muszę... nie wiem, pomyśleć o tym, co ojciec wymyślił – skwitował. – Rozwesel ją jakoś, może ma łaskotki – dodał w przypływie natchnienia, zwracając się do Cadora.
– Uważaj, żebym ci nie pokazała, co o tym myślę – ostrzegła młodego maga Ariene, uśmiechając się z lekkim rozbawieniem.
– To później – postanowił, odchodząc od ogniska wolnym krokiem.
Z ich rozmowy Cador wyłapywał co bardziej interesujące go informacje, by jakoś wypełnić luki w swojej wiedzy. Wnioski, do jakich doszedł, nieszczególnie go zadowoliły, ale nie dał po sobie tego poznać. Uśmiechał się trochę tajemniczo, trochę z przekąsem, słowa maga skomentował rozbawionym parsknięciem.
Kiedy chłopak udał się w swoją stronę, Cador dłuższą chwilę nie wiedział, co powiedzieć. Odchylił głowę i zapatrzył się w gwiazdy, błądząc spojrzeniem po mniejszych i większych światełkach; zajął się rozpoznawaniem konstelacji, wymieniając ich nazwy i elementy składowe w myślach.
Naprawdę nie wiedział, jak się odezwać. Niby ta cisza mu nie przeszkadzała, była całkiem przyjemna, ale z drugiej strony nawiązanie rozmowy wydawało się być... odpowiednie. Zazwyczaj przychodziło mu to łatwo, co się z nim dzieje? Westchnął ciężko i zerknął na Ariene.
– Masz łaskotki? – zapytał, przymrużając oczy.
Musi wiedzieć, bo co, jak go potem o to Errian zapyta?
Ariene popatrzyła na niego dość... groźnie. I odsunęła się kawałek.
– Nawet nie próbuj albo zarąbiesz w pobliskie drzewo – ostrzegła lojalnie, dla bezpieczeństwa objęła się ramionami.
Rozejrzała się dokoła, zastanawiając się, czemu tak nagle wszystkich wcięło, po czym westchnęła i dość bezpardonowo sięgnęła po manierkę Cadora. Bez proszę ani dziękuję, zapatrzyła się przed siebie i upiła solidny łyk, przymykając z zadowoleniem oczy.
Errian miał rację, powinna przestać się martwić. Tylko... poczucie winy nadal było, wzmocnione przez reakcję Aithne na zniknięcie przyjaciela. Bez wątpienia bardzo go kochała, może nawet jak brata, a ona... pozwoliła mu odejść i zniknąć. Przebywała wtedy w karczmie, jej obowiązkiem było przypilnować wariata, a co? No właśnie, nie zrobiła nic.
Zakręciła manierkę i oddała ją Cadorowi, znowu wzdychając.
– Hej, ja tylko pytam. – Zaśmiał się, unosząc w pokojowym geście dłonie.
On ma rączki tutaj!
Bo, tak szczerze mówiąc, naprawdę wyglądała groźnie. Jakby się jeszcze bardziej postarała, to może by się nawet przestraszył, o! A przestraszenie Cadora Reamonna to nie lada wyczyn, drodzy państwo.
Odebrał od niej swoją manierkę, zachowanie kobiety komentując tylko lekkim uśmiechem. Dość często się tego wieczoru, skubany, uśmiechał. Ale to pogodny człowiek jest, pewnie dlatego.
Niemniej jednak w pewien sposób mu zaimponowała; nie była słodko grzeczna (co go u wszystkich dam bardzo nudziło), brała co chciała. Kobieta z charakterem, a my lubimy ludzi o konkretnie ukształtowanej osobowości. Doszedłszy do takich wniosków, nie mógł przestać się uśmiechać, bardzo subtelnie, ale jednak.
– O czym myślisz? – zapytał, przyuważywszy na jej twarzy zadumę.
Jakby się czymś martwiła.
– O Larkinie – przyznała się bez bicia, przeniósłszy wzrok na swoje dłonie.
Nie było co tu ukrywać, dlatego też postanowiła mówić szczerze. Zresztą należały się mu chociaż szczątkowe wyjaśnienia, w końcu nie miał pojęcia, jak to wszystko wyglądało i… w ogóle.
Ariene, czemu zawsze musisz się zmuszać do brania takiej odpowiedzialności za każdego? Zniszczysz się.
– Nie potrafię sobie wybaczyć, że wtedy za nim nie poszłam – mruknęła, odwracając wzrok. – Wiem, już tego nie zmienię, już przepadło, może w pewnym sensie dobrze zrobiłam. Ale nie widziałeś spojrzenia Aithne, kiedy Anabde przekazała jej wieści. Nie widziałeś… samego Larkina – dodała, głos jej lekko zadrżał, dlatego opuściła nisko głowę, by ukryć twarz w cieniu.
Głupia, głupia, nieskończenie głupia! Nigdy się nie zmienisz, będziesz to rozpamiętywać, aż wreszcie utwierdzisz się w przekonaniu, że wszystkich zawiodłaś, że jesteś bezużyteczna.
Odwrócił wzrok na ziemię i wpatrywał się w nią dłuższą chwilę, jakby to mogło coś zmienić. Musiał na spokojnie przetrawić te informacje; swoją drogą zupełnie nie rozumiał, co się działo, dlaczego... dlaczego tak zaczynało go drażnić imię „Larkin”? To nie to, że walczył o miejsce w grupie z dezerterem, nie traktował tego w ten sposób. Więc co?
Niemniej jednak wyglądał, jakby zwyczajnie zastanawiał się nad odpowiedzią. Jakby usiłował ułożyć jedno sensowne zdanie, a nie zmagał się z całym natłokiem myśli. Wreszcie uniósł głowę, chwilę jeszcze milcząc.
– Errian może mieć rację. Co, jeśli ty też byś nie wróciła? – odpowiedział, ważąc każde słowo.
Zdecydował się na nią zerknąć, by czuła presję odpowiedzi, by nie pozwoliła sobie na zbycie pytania.
– Przynajmniej bym… nie wiem. Nie byłby sam? – szepnęła; do dłoni przywołała nieduży pulsar energii, ostrzejsze światło oblało jej twarz, jednak wydawało się, jakby nadal czaił się na niej dziwny cień. – Nie mam pojęcia, co go zaatakowało, czyją krew znalazłam. Niczego nie wiem. To mnie dobija, jak mogłam pozwolić, by tam, do cholery, szedł? Wystarczyło się chociaż zbuntować, pewnie by odpuścił, żadne z nas nie było w stanie walczyć – dodała, podrzucając światełko w dłoni.
Pulsar unosił się i upadał rytmicznie, jakby wyznaczał tempo wypowiadanych przez wiedźmę słów. Kiedy zamilkła, przywołana energia nadal poddawała się jej woli, Ariene zawiesiła na niej trochę nieobecne spojrzenie.
– To tak, jakbym się zgodziła na jego zniknięcie, może… śmierć – podsumowała, gwałtownie zaciskając dłoń w pięść, kiedy pulsar zatrzymał się na jej ręku.
Światło zgasło z cichym sykiem, znów pogrążając okolicę w przyjemnym, rozświetlanym płomieniami ogniska półmroku.
Obserwował jej poczynania z typową dla niego wnikliwością, analizując każdy ruch, każdą, nawet nieznaczną zmianę tonacji głosu, każde drgnięcie mięśni twarzy. Do głowy wpadła mu nieprzyjemna (dlaczego nieprzyjemna? Z jakiego powodu?) myśl:  ciekawe, czy obwiniałaby się tak o zniknięcie kogoś innego?
Potrząsnął głową, przerywając przemyślenia – to do niczego go nie prowadziło.
– A wtedy on obwiniałby się o śmierć Revelina, tak jak ty obwiniasz się o jego zniknięcie. To była jego decyzja, by wyjść, to on podjął zagrożenie, nie mogłaś nic z tym zrobić. Dlaczego... – urwał.
Chyba nie chciał znać odpowiedzi na pytanie, które właśnie przyszło mu na myśl.
– Nieważne – dodał więc, siląc się na lekki, niefrasobliwy ton.
Jakby miał zamiar palnąć coś głupiego, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
Chciała powiedzieć, że on by się nie obwiniał, że on wzruszyłby ramionami, a gdyby ona próbowała się o to obwiniać, dostałaby, w najlepszym wypadku, pstryczka w nos. I usłyszałaby kilka dosadnych słów, aż poszłoby jej w pięty.
Zamiast tego uniosła na niego wzrok, znów nieco zamglony, ale trudno orzec, czy to ze zmęczenia, czy z powodu poruszonego tematu, czy przez zamyślenie. Zawiesiła go na twarzy Cadora, jakby próbowała przeszyć go na wylot i sięgnąć do samej jego duszy.
– Dlaczego…? – nacisnęła delikatnie, uniósłszy nieznacznie brew.
To nie było nieważne – przemknęło jej przez myśl, jednak, na całe szczęście, myśl ta nie odbiła się w jej oczach.
Potrafiła panować nad emocjami, chociaż czasami wymykały się spod kontroli, zwłaszcza kiedy była zmęczona. Ale teraz… po prostu je przypilnowała, z pełną premedytacją.
Nie dało się jej tak łatwo zbyć. Wytrzymał spojrzenie Ariene, dla przekory uśmiechając się kącikiem ust. Problem był taki, że trafił swój na swego; on również nie miał zamiaru się poddać.
– Może zrozumiałbym, gdybym go kiedyś poznał. Ale, jak sama przed chwilą zauważyłaś, nigdy go nie widziałem. Więc nieważne – wytłumaczył dość zgrabnie.
Nadal uśmiechnięty, a nic w tym uśmiechu nie sugerowało, by był to gest mało wiarygodny.
Chociaż tak naprawdę wcale nie było mu do śmiechu, nie tylko z powodu poruszanego tematu. Nie powinna być zmartwiona. Przy nim ludzie generalnie nie powinni się smucić, lecz ona szczególnie. Nadal nie wiedział dlaczego, ale po prostu tak było.
Odwróciła wzrok, opierając głowę na dłoniach. Żołądek skręcił się jej nieprzyjemnie, nie miała pewności, z jakiego dokładnie powodu, ale to wystarczyło, by pożałowała tej zjedzonej bułki. Może to niestrawność. Może zaraz weźmie i zemdleje, czemu nie?
– Skoro tak mówisz – mruknęła krótko, już na niego nie patrząc.
Spróbowała pozbyć się poczucia beznadziejności, jakoś zagłuszyć wyrzuty sumienia, ale nie była w stanie. To pewnie przez zmęczenie, walczyła najpierw z całym światem, by teraz zmagać się ze sobą, tego było za dużo. W gildii wszystko zdawało się prostsze.
Bo nie byłaś sama, Ariene – uświadomiła sobie ze zdumieniem. Czy przez zniknięcie Larkina poczuła się samotnie? Chyba nie. Czy może trochę? Westchnęła i pokręciła do samej siebie głową.
Zapomnij, potrafisz doskonale zapominać. Wymaż z pamięci. Żyj dalej, musisz żyć, skoro nie chcesz dać się zabić, zaplanuj przyszłość, następne kroki, dokąd się udasz?
– Do dupy – wymamrotała do samej siebie, już nawet nie wiedząc, czy odpowiadała na zadane w myślach pytanie.
– Ta... – mruknął wyjątkowo filozoficznie, zasępiając się na chwilę.

Zgodnie ze swoimi przypuszczeniami Errian nie musiał odchodzić daleko. Aithne siedziała dość blisko, ale poza zasięgiem wzroku grzejących się przy ognisku.
Mimowolnie zwolnił, widząc, że odpięła od płaszcza spinkę; skrzydła były tak czarne, że zdawały się pogłębiać panującą dokoła ciemność. Nie, nie bał się ani też nie czuł odrazy, to krótkie zatrzymanie wynikało z szacunku. I niepewności, czy znajdzie się dla niego tam miejsce. Nie sądził, że kiedykolwiek będzie się nad tym zastanawiał. Uśmiechnął się do siebie, przechodząc trochę w bok.
Z tej perspektywy widział profil Aithne. Zapatrzyła się w dal, podparłszy brodę na dłoni, wyglądała na zamyśloną i nieobecną. Po raz kolejny przyjrzał się jej, próbując sobie przypomnieć, dlaczego zwrócił na nią uwagę w Diorolle.
Nie była brzydka, ale nie była też ładna, jej gęste włosy znajdowały się ciągle w nieładzie, ciemne oczy wyrażały głęboką niechęć do świata. A jednak… coś. Nie wiedział co, ale coś. Dlatego uśmiechnął się ponownie, podchodząc do niej.
Zauważyła go zdecydowanie później niż by chciała, popatrzyła na młodego maga początkowo zdumiona, by zaraz wykrzywić się ze złością. Wyraźnie się napięła, prawie jak zwierzę w potrzasku, błyskawicznie odwróciła wzrok, sięgając po leżącą z boku spinkę. Spanikowała, a to przecież zdarzało się jej rzadko, czemu spanikowała?
– W porządku – odezwał się pospiesznie Errian, wyciągając do niej uspokajająco rękę. – Nie chowaj ich, nie przeszkadzają mi.
Nim zdążyła odpowiedzieć, zajął miejsce obok, jednak nie za blisko, żeby nie czuła się niezręcznie. Odszukał wzrokiem oczy Aithne i uśmiechnął się do niej, zastanawiając się, co oznaczało to szybsze bicie serca. Przecież się jej nie bał, więc…?
– Po co tu przylazłeś? – spytała z irytacją, nie patrząc na niego. – Czego chcesz? – dodała i zacisnęła mocno usta.
Dłonie, które położyła na podciągniętych pod siebie nogach, zwinęła w pięści, do tej pory swobodnie rozłożone skrzydła uniosły się, częściowo się składając, cała jej postawa zdradzała napięcie. Trudno było jednak orzec, co zdenerwowało ją najbardziej.
Dlatego też Errian nie planował wracać do ogniska. Uśmiechnął się rozbawiony, oparł się rękoma za sobą, po czym odchylił z westchnieniem głowę. Przez gałęzie rosnących dokoła nich drzew słabo było widać niebo.
– Niczego nie chcę – stwierdził w końcu. – Nie denerwuj się tak od razu – zaproponował pojednawczym tonem.
Zapanowała między nimi cisza, ale młodzieńcowi wydało się, że Aithne opuściła nieco skrzydła, rozluźniając się trochę. Za ich plecami trzaskało cicho ognisko, gwiazdy migotały ponad nimi na ciemnym niebie, atmosfera ogółem była w pewnym sensie… dziwna. Po prostu.
– Ładny wieczór jak na noc – palnął wreszcie Errian, poczuwszy palącą potrzebę odezwania się.
Zaraz po tym ugryzł się w język, dochodząc do wniosku, że mógłby jednak zachować milczenie, zrobiłby z siebie mniejszego debila.
Aithne w końcu na niego spojrzała, na jej ustach tańczył rozbawiony półuśmiech, jakby nie chciała zdradzać się z lepszym humorem.
– Jaaasne – podsumowała grzecznie. – Noc jest beznadziejna – dodała po chwili, najwyraźniej poddając się w walce przeciw Errianowi.
Na powrót rozluźniła się całkowicie, wypuściwszy powietrze. Wyglądała trochę… smutno. Jakby wspominała coś bolesnego.
– Nie jest taka zła – sprzeciwił się powoli młody mag. – Chyba że bezksiężycowa. Wtedy idzie się zabić podczas podróży – poprawił się z lekkim rozbawieniem.
– W ciemnościach niczego nie widać – mruknęła niechętnie, przenosząc na niego dziwnie zgaszony wzrok. – Nie wiadomo, jakich wrogów ukrywa, skąd nadejdzie cios. Nie boję się ciemności jako takiej, tylko tego, co w niej czyha – wyjaśniła cicho, przymykając z pewnym zrezygnowaniem oczy.
Errian zastygł, przyglądając się dziewczynie ze zdumieniem. Chwilę zastanawiał się, czy naprawdę to wszystko usłyszał – Aithne nie otwierała się w ten sposób przed wieloma osobami, wydawało się mu, że takie rzeczy o upadłej wiedziała tylko Anabde.
Dlaczego więc… dlaczego więc on?
– Nie zawsze musi być niebezpieczna – uznał, obserwując ją uważnie. – Czasami bywa przyjazna. Wiesz, miałem takiego… jak na mnie to przyjaciela. W dzieciństwie. Trudnił się myślistwem i nauczył mnie kilku przydatnych sztuczek. Jeśli chcesz dobrze widzieć w ciemnościach, nie skupiaj wzroku na miejscu, które cię interesuje, tylko poniżej – opowiedział, szybko wracając do pogodnego tonu.
Aithne milczała dość długo. Nie dało się określić, co też chodziło jej po głowie, ale wreszcie przytaknęła powoli. Przesunęła wzrokiem po twarzy młodzieńca i znowu zapatrzyła się w dal. Splotła ze sobą palce obu dłoni, opierając brodę na kolanach.
– Jesteś szlachcicem, prawda? – zmieniła niespodziewanie temat. – Dlaczego rodzice muszą ściągać cię do domu w taki sposób? – spytała, obracając do niego głowę.
– Bo im uciekłem – skwitował trochę niechętnie, wzdychając ciężko.
– Uciekłeś? Z domu? – powtórzyła z niejakim zdumieniem, w jej oczach pojawił się dziwny cień.
Errian milczał dłużej niż przed chwilą. Nie miał ochoty poruszać tego tematu, ale… jakoś… trochę wstydził się tego, jak to rozegrał. Po szczeniacku, powinien był zachować się bardziej odpowiedzialnie.
– Nie chciałem wracać do tej klatki. Nie jestem synem, jakiego mój ojciec pragnął, przez co… nie czułem się tam dobrze. Jak w więzieniu. Dlatego po ukończeniu Akademii po prostu nie wróciłem do domu – przyznał szczerze, uśmiechając się smutno.
– To jakiego syna pragnął twój ojciec? – ciągnęła, nie odrywając już od niego zaciekawionego spojrzenia.
– Silnego, stanowczego, bardziej brutalnego, takiego jak on sam. A ja bardziej przypominam matkę, w dodatku ta magia… Był mną rozczarowany. Gdy dowiedział się, że matka nie może zajść ponownie w ciążę, postanowił zrobić ze mnie godnego następcę na siłę. Nie mógł wyładowywać frustracji niepowodzeniami na mnie, więc padło na matkę. Stałem się przyczyną jej cierpienia – odparł bezbarwnym głosem, przyglądając się swoim dłoniom. – Nie starczyło mi sił, by na to patrzeć, dlatego uciekłem.
Nie zdołał ukryć zdumienia, kiedy poczuł na policzku palec. Aithne dźgnęła go bezpardonowo, przyglądając się towarzyszowi z trudnym do sprecyzowania wyrazem twarzy. Errian odniósł wrażenie, że zrobiło się dokoła wyraźnie cieplej.
– Nie jest z tobą tak źle – oznajmiła niedbale, uśmiechając się nieco niepewnie. – Nie wiem, o co temu facetowi… no, twojemu ojcu chodzi. Nawet ta magia ujdzie – zawyrokowała wspaniałomyślnie.
– Teraz chyba rzeczywiście nie jest bardzo źle. Kiedyś to była tragedia – uznał samokrytycznie, ale również się uśmiechnął.
– Jeszcze cię nie zabiłam, to mocny argument – uparła się Aithne i wydęła zabawnie usta.
Errian zaśmiał się cicho, czując dziwną lekkość. Ile cały świat tracił, nie doceniając tej kontrowersyjnej osóbki!
– Rzeczywiście, powtórzę mu – postanowił rozbawiony.
Znów zapanowała cisza, która dziwnym trafem nie przeszkadzała mu specjalnie. Po prostu zerkał na dziewczynę ukradkiem, obserwując odbijające się na jej twarzy uczucia oraz myśli. Wydało się mu, że upadła czuje się nieco niezręcznie, co jeszcze bardziej poprawiło mu humor i sam nie wiedział dlaczego.
– Twoja matka… jaka ona jest? – spytała niespodziewanie Aithne, odszukując wzrokiem jego oczy. – Też taka nieporadna? – dodała, siląc się na złośliwość, ale nie do końca jej wyszło.
Errian uśmiechnął się rozbawiony, przymykając oczy, by przywołać z pamięci obraz matki. Uśmiech momentalnie zgasł na jego ustach, a z piersi wyrwało się ciężkie, pełne bólu westchnienie. Może lepiej byłoby nie pamiętać…?
– Delikatna i zdolna – stwierdził, przenosząc wzrok na dziewczynę. – Bardzo wyrozumiała, cicha, łagodna. Nigdy nie widziałem jej zdenerwowanej – wyliczył, przekrzywiając w pewnym zamyśleniu głowę.
– No to nie jesteście podobni – zawyrokowała Aithne. – Chyba że twój ojciec to napakowany brutal, wtedy rzeczywiście dałoby się znaleźć podobieństwo – dodała po krótkim zastanowieniu, spoglądając w niebo.
Errian znowu zaśmiał się cicho, szczerze rozbawiony jej słowami. Popatrzył na nią pogodnie, unosząc nieco bezradnie ramiona.
Trudno było się ustosunkować do takiej opinii. Cieszył się jednak, że mogli tak normalnie porozmawiać, chyba… podobało mu się to. I poprawiała mu humor.
– Dawniej byliśmy podobni. Zanim nie dostałem się do Akademii – sprecyzował beztrosko, posyłając jej uśmiech. – Potem wszystko się zmieniło. A… a twoja matka? – zaryzykował pytanie i zerknął na upadłą krótko.
Napięła się, sztywniejąc gwałtownie, ale po chwili wypuściła powietrze, na powrót rozluźniając mięśnie. Przesunęła wzrokiem po otaczających ją ciemnościach, poruszyła skrzydłami, pióra zaszeleściły cicho.
Errian nieco się zmieszał, chciał zapewnić, że nie musi odpowiadać na to pytanie, planował nawet przeprosić. Wtedy jednak uśmiechnęła się, co prawda dość blado, ale wyraźnie. Tylko jej oczy pozostały dziwnie puste.
– Nie żyje. Zginęła wiele lat temu, jednak wydaje mi się… była krucha. Wrażliwa. I miła, pamiętam ciepło, to chyba jej objęcia – wymruczała trochę niewyraźnie i odgarnęła włosy z twarzy.
– W takim razie byłyście podobne – uznał Errian, obserwując zamyślenie dziewczyny z pewną satysfakcją, która zdumiała nawet jego.
Aithne spojrzała na młodego maga z powątpiewaniem.
– I była ładna – dodała dobitnie, jakby przedstawiała koronny argument.
Errian uśmiechnął się i sam nie wiedział, czemu ten uśmiech wypadł tak przekornie. Po prostu… miał dobry humor, a przy upadłej czuł się swobodnie. Nawet nie potrafił myśleć o ich różnicy wiekowej, bo Aithne zachowywała się dość… specyficznie, to dobre słowo.
Ostatecznie w odpowiedzi wzruszył ramionami.
– Debil – podsumowała cicho, odwracając wzrok, jakby nie mogła już stawiać czoła jego oczom.
Tym razem milczenie było inne, bardziej specyficzne, ale w jaki dokładnie sposób, tego nie wiedział. Przesunął spojrzeniem po jej twarzy, włosach, ramionach, wreszcie skrzydłach.
Najpierw myślał, że będą one dla niego wyglądać dziwnie, nienaturalnie, jednak odkrył, że po prostu uzupełniają jej obraz. I pasują idealnie. Czarne, lśniące, budzące poniekąd grozę – i ich porywcza właścicielka, której nic nie mogło zatrzymać ani w żaden sposób uwięzić.
Po prostu to czuł.
Uniósł dłoń i zastygł, patrząc na Aithne w napięciu.
– Mogę ich dotknąć? – spytał spokojnie, nie pozwalając upadłej na zerwanie kontaktu wzrokowego.
Dziewczyna uniosła wysoko brwi i popatrzyła na niego zszokowana, czując, jak jej serce gwałtownie przyspiesza.
Co on sobie myślał, że co? Że jest cholerną atrakcją dla ludzi, dziką hybrydą, dziwnym potworem, którego należy badać? Nie była żadnym zwierzakiem do głaskania, niech ten idiota natychmiast wraca do ogniska, do pozostałych, niech znika, nienawidzi go.
Otworzyła usta, spoglądając na niego nadal w zdumieniu.
– Możesz – wychrypiała, przecząc wszelkim prawom logiki.
Nie była w stanie nawet się na siebie o tę odpowiedź wściec, bo teraz nie wiedziała, co wypadłoby lepiej – zgoda czy odmowa. Dlatego spróbowała nie wpaść w panikę, kiedy ostrożnie sięgnął do jej lewego skrzydła.
Ostatnim razem dotykał ich ktoś trzeci wiele lat temu, to byli jeszcze członkowie organizacji, która ją pojmała, więziła i torturowała. Pamiętała ból, czyjeś zimne palce, wyrywali najpierw pióra, potem odrąbywali skrzydła niemal w całości przy pomocy tępego narzędzia, modliła się wtedy o śmierć. Dlaczego więc, choć tak bardzo się bała tego, że wszystko powróci, pozwoliła mu na to?
Odtrąć tę rękę – zażądała od siebie, ale nawet się nie ruszyła. Strach paraliżował, a ciekawość trzymała w miejscu, nie dając możliwości na ucieczkę. Własne ciało zamknęło ją w potrzasku, nawet jemu nie mogła już ufać.
A potem go dotknął. Delikatnie przesunął palcami po wierzchniej stronie piór, ostrożnie wsunął je głębiej, do piór puchowych. Sięgnął wyżej, na samą górę skrzydła, przeciągnął dłonią w dół.
Aithne zastygła, z początku zdumiona, jednak po kolejnej fali dreszczy naprężyła plecy, uśmiechając się lekko pod nosem. Nawet rozłożyła delikatnie to skrzydło, pozwalając Errianowi na przeczesywanie piór palcami.
Nie sądziła, że młodzieniec może być taki delikatny i że ogółem coś takiego sprawi jej taką przyjemność. Miał ciepłe dłonie, każdy ruch wykonywał ostrożnie, z pewną… czułością? Nie wiedziała i wolała nie pytać, tak było dobrze. Przyjemnie. Dlatego zamknęła oczy, żeby na niego nie patrzeć, żeby nie zobaczyć czegoś dziwnego i żeby on nie zobaczył czegoś u niej. Tak lepiej, nie widzieć.
Errian śledził wzrokiem tor ruchu swojej dłoni, obserwował to, co robił, jakby ręka poruszała się poza jego wolą. Nie sądził, że te pióra będą takie miękkie i aksamitne, że całe skrzydło będzie takie ciepłe. Zupełnie jakby… przeczesywał palcami jej włosy albo…
Przeniósł spojrzenie na jej twarz i zamarł. Ostatnia dość przytomna, rozsądna myśl, jaka go nawiedziła, brzmiała: Nie powinieneś był na nią patrzeć. Pożałujesz.
Potem skupił się tylko na jej minie, odbijającym się w niej zadowoleniu. Mimowolnie powtórzył kilka poprzednich ruchów, sprawdzając, co sprawiało jej największą przyjemność. Uśmiechnął się bezwiednie, zapamiętując informacje, które zdobył.
Miała ładne usta. Uniosła kąciki w swobodnym uśmiechu, rozchyliła wargi, jakby ją to wszystko zaskoczyło, i teraz tak zastygła. Zamknęła oczy, nie patrzyła na niego. Może to lepiej? Albo gorzej, bo nie mogły go w porę opamiętać, bo nie mógł w nich ujrzeć przygany, złości, czegokolwiek.
Miała ładne usta. Pewnie były równie miękkie i ciepłe, co skrzydło.
Ujął drugą dłonią jej twarz, unosząc nieznacznie, i ją pocałował. W normalnych okolicznościach pewnie straciłby życie, ale tym razem był zbyt stanowczy, a ona zbyt bezbronna. Postawił wszystko na jedną kartę bez najmniejszego zastanowienia.
Zareagowała na jego dotyk i z zaskakującą ochotą go odwzajemniła, jakby wszystko było w porządku, jakby tak po prostu miało być. Powinien się opanować, ale kiedy stała się taka miękka, taka uległa w jego ramionach, nie potrafił się powstrzymać.
Ujął jej twarz także tą dłonią, którą trzymał do tej pory na skrzydle, przesunął palcami na jej szyję i z pewną ostrożnością pogłębił pocałunek, wyczulony na jej bunt, najmniejszą oznakę niezadowolenia, chęci ucieczki.
Ale rozchyliła wargi, pozwalając na to.
Wszystko nie trwało długo, choć dla niego wyjątkowo krótko. Gdy gwałtownie go odepchnęła, zastanowił się, czy dla niej też za szybko się to skończyło.
Popatrzyła na niego oszołomiona, w ciemnych oczach czaiło się głębokie zdumienie. Żadnego gniewu, żadnego obrzydzenia, żadnej nienawiści, po prostu szczere zaskoczenie i jakby… strach? Niepokój na pewno. Czego się bała?
Nie miał pojęcia, czy późniejsze zachowanie Aithne go zdezorientowało, czy wręcz przeciwnie. Zobaczył najpierw uniesioną dłoń, potem policzek zapiekł dotkliwie, siła ciosu obróciła jego głowę. Zacisnął zęby i powstrzymał się od dotknięcia zaczerwienionej skóry, nie spojrzał na upadłą.
Dobiegł go szelest piór i odgłos kroków. Uciekła, ale bez pośpiechu.
Siedział jeszcze chwilę, uspokajając oddech i oczyszczając myśli. W końcu, z dziwną pustką w głowie, podniósł się z ziemi i ruszył z powrotem do obozu. Nic tu po nim. Czemu przyszedł? Czemu zachował się jak idiota?
Nie wiedział. Po prostu… coś.

4 komentarze:

  1. Ej, ale tak szybko się dobrali w pary? XD Znaczy się - w domniemane pary? XD Ale cicho, jakoś mi to nie przeszkadza XD
    Zastanawiam się nad mistycznym sekretem łączenia głównych bohaterów płci przeciwnej w pary, bo zorientowałam się, że wszyscy w moim opowiadaniu są samotni [albo martwi bądź w stanie względnego obłędu] O__o
    Kocham milczenie Erriana po tekście "i była ładna" XD Chyba nawet przesunął się w rankingu!
    Czyli że rodzinka biedaka [bo Aithne go walnęła w twarz i mogła go trwale uszkodzić!] będzie chciała go ożenić z Ariene? XDD A Larkin będzie stał gdzieśtam z boku? XD
    Mam pytanie dotyczące arta Aithne w "Bohaterach". Dzieło Natalii, czy może coś innego? ^^ W każdym bądź razie, lubię go <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tak znowu szybko, kroiło im się od pierwszego spotkania!
      Och, ale jak są pary, to można tworzyć takie cudowne dramy <3 Ja tam nie mam nic przeciwko znajdowaniu miłości, zawsze jest ciekawiej!
      ZOBACZYSZ, CO BĘDZIE. Nie powiem nic! xD
      Och, nie, nie. Znaczy, poniekąd. Ja go tylko... przekolorowałam, żeby było dobrze xD

      Usuń
    2. Ale ładnie wyszło <3 Ale ja nie chcę zobaczyć, tylko przeczytaaaać XD Hejhejhej, a z tych "bonusowych" notek [bez numerków XD] macie może coś zapisanego, gdzieś w otchłaniach dysku? *_* Chociaż kot Anabde przebija wszystko, to i tak bym sobie przeczytała taki urywnik XD

      Słowotwórstwo się mnie trzyma.

      notkanotkanotkanotkanotkanotkanotka? XD

      Usuń
    3. Dobrze, już wrzucam xD
      Hm, chyba coś mam gdzieś, w sensie w zeszycie. Ale ogółem to powinnam to po prostu skrobnąć, tak, leniu bezużyteczny znany jako Natalia M. xD

      Usuń