Tutejsze
powietrze różniło się od suchej, drażniącej nozdrza atmosfery Perrianu w miły
sposób, dzięki któremu od razu nabierało się ochoty do dalszej drogi. Świeży
zapach świerkowych igieł, niewielka wilgoć w powietrzu; Cador odetchnął głęboko
i uśmiechnął się z satysfakcją, a jego wierny rumak sięgnął zębami do
najbliższego krzaczka, by urwać sobie soczyście zieloną gałązkę.
– Co ty na to,
żebym wymyślił ci imię? – zaproponował mężczyzna, przeczesując palcami jasną
grzywę wierzchowca.
Izabel
parsknął głośno, aprobując pomysł swego jeźdźca.
Zastanawiające,
czy nasz ulubiony obrońca postradał zmysły? Z końmi się, teoretycznie, nie
rozmawia (chyba, że jest się Aithne, ale to wyjątek potwierdzający regułę). No
niestety, w tym towarzystwie tylko jego rumak zachowywał się tak jak zawsze.
Cyrk rozpoczął
się gdy tylko minęli granicę Perrianu. Pierwszy zauważył to zabawny
wierzchowiec Anabde, który od tego czasu (czyli mniej więcej od godziny, jak
nie lepiej) bez przerwy dawał pokaz swoich niewątpliwych umiejętności. Najpierw
przez ponad kwadrans galopował w miejscu i brykał, później wymyślił nową zabawę
polegającą na wyskakiwaniu w przód, stawaniu dęba i natychmiastowym walnięciu z
zadu.
Cador długi
czas zastanawiał się, jakim cudem nekromantka jest w stanie to wysiedzieć;
koniec końców uznał, że chyba przykleiła się do siodła, bo koń naprawdę dawał
popalić. Na dodatek Anabde wydawała się być zachowaniem Lantano rozbawiona –
przy każdym solidniejszym bryknięciu śmiała się cicho, a im wyżej ogier
wyskakiwał w górę, tym szerszy uśmiech pojawiał się na jej ustach.
Jutrzenka
obserwowała poczynania Lantano z irytacją, szczurząc się na ogiera i pokazując
zęby; uspokajała się na chwilę, gdy Ariene poklepywała ją z uśmiechem, ale
zaraz wracała do złoszczenia się na siwka.
Faryale jak
zwykle zachowywała się dojrzale i zbyt mądrze jak na konia, natomiast jej
amazonka, pomimo widocznego zmęczenia na twarzy, rozglądała się po okolicy
wyraźnie zadowolona. Uspokoiła ją zieleń lasu i przyjemna cisza tętniąca
życiem, na chwilę zamilkła i rozkoszowała się widokiem okolicy.
Sheridan nie
zareagował w widoczny sposób na zmianę środowiska, ale przynajmniej przestał
szydzić czy narzekać, więc na pewno poczuł się lepiej.
Tylko Errian
wyglądał na zmartwionego, odpłynął gdzieś myślami, a jego zasępiona mina
sugerowała, że nie jest to radosne i kolorowe miejsce.
Niebo mieniło
się teraz purpurą, fioletem, czerwienią i pomarańczem, pierwsze gwiazdy
nieśmiało zaczynały błyszczeć na nieboskłonie, słońce przegrywało potyczkę ze
wstającym księżycem. Temperatura zaczęła znacząco spadać, wilgotność powietrza
się podniosła; Cador ocenił wszystkie za i przeciw, w myślach przywołał mapę
okolicy, po czym wstrzymał swego wierzchowca.
– Nie zdążymy
dojechać do najbliższego miasta przed zapadnięciem zmierzchu. Przenocujmy tutaj
– zaproponował, ale coś w jego głosie sugerowało, że sprawa rozbicia obozu w
tym miejscu jest właściwie przesądzona.
– To chyba
dobry pomysł – odezwał się po chwili Errian i delikatnie uniósł ze swojego
ramienia Ariene, która, zatrzymawszy Jutrzenkę, niespodziewanie odpłynęła.
Uśmiechnął się
dość blado do wyczerpanej wiedźmy, pomagając jej usiąść z powrotem prosto.
Wyglądała na kogoś bardzo słabego i bezbronnego, co nieco młodego maga
śmieszyło.
Zaufać dużym,
szafirowym oczom, a skończy się z poderżniętym gardłem.
– Przepraszam
– wymamrotała zażenowana Ariene i zgarnęła włosy na plecy, kiedy kosmyki opadły
na ramiona i twarz.
Przeniosła
wzrok na pozostałych i odsunęła Jutrzenkę od ogiera Erriana, żeby mieć pewność,
że już więcej nie oprze się na młodzieńcu. Jeśli teraz przyśnie, to grzmotnie
na ziemię, może się chociaż obudzi, idealny plan.
– Proponuję
zjechać trochę na ubocze, tędy pewnie podróżuje się najczęściej – wtrącił
Sheridan, rozejrzawszy się po zagajniku bez większego przejęcia. – Z tamtej
strony będziemy bardziej osłonięci, gdyby ktoś się tu zapuścił – dodał i
skierował swoją klacz we wskazanym przez siebie kierunku, nawet na zebranych
nie czekając.
– Kto mu
pozwolił rządzić? – burknęła bardzo niezadowolona Aithne, pochylając się nad
Faryale i obejmując jej szyję ramionami.
Nie marudź, skarciła ją krótko klacz i
ruszyła za gniadą bez polecenia swojej amazonki, machnąwszy tylko łbem, by
wyrwać trochę wodzy spod ciała upadłej.
– Ale ja lubię
– zbuntowała się dziewczyna, przymykając z lekkim uśmiechem oczy. – Ktoś musi
marudzić, idealnie się do tego nadaję – dodała zadowolona, wtulając policzek w
miękką sierść przyjaciółki.
Jesteś zmęczona, prawda?, odgadła
Faryale, parsknąwszy z pewnym zrezygnowaniem. Gałązki zalegające na ziemi cicho
pękały pod twardymi kopytami.
– Nie! Znaczy,
trochę. Bardziej to głodna – sprecyzowała z pewną irytacją i oburzona puściła
szyję klaczy, prostując się w siodle.
Faryale
zarżała cicho i dźwięk ten przywodził na myśl rozbawiony chichot. Nie odezwała
się już jednak, nie chcąc bardziej przyjaciółki denerwować. Zdenerwowana
upadła, w dodatku śpiąca i głodna, robiła się naprawdę trudna do wytrzymania.
Dobre miejsce
na skromne obozowisko znajdowało się całkiem blisko, dlatego chwilę później
zebrani zsiadali już z koni i zabierali się do oporządzania równie zmęczonych
podróżą zwierząt. Zajęło to dość sporo czasu, bo później należało znaleźć dobre
miejsce do uwiązania ich – czy raczej tych sprawiających problemy, nikt na
ciebie nie patrzy, Lantano – a Faryale wyruszyła na spacer w poszukiwaniu
źródła wody.
Gdy uporali
się z tym zadaniem, należało zainteresować się własnym noclegiem. Niewątpliwie
czekało ich spanie pod gołym niebem, co jednak specjalnie nie przerażało,
zwłaszcza że zanosiła się pogodna, ciepła noc.
Ariene
wypakowała wszystkie koce, jakimi tylko dysponowali, przy okazji znalazła
trochę jedzenia, podliczyła racje żywnościowe oraz przykrycia, by na koniec
stwierdzić… że się pomyliła w obliczeniach. Errian, widząc, że wiedźma nie
bardzo radzi sobie z tym problemem, przyszedł z pomocą i wspólnymi siłami
doszli do wniosku, iż każdy coś zje oraz się pod czymś prześpi.
Rozpalaniem
ogniska, po początkowych wątpliwościach co do bezpieczeństwa tego czynu, zajęła
się Aithne. Usiadła przed stosikiem gałęzi ułożonych przez Cadora, wzięła swoją
hubkę oraz krzesiwo i zabrała się do pracy, mamrocząc pod nosem, by zagłuszyć
burczenie brzucha. W tym czasie Anabde spróbowała uczciwie rozdzielić skromne
posiłki.
Wreszcie
przygotowania do noclegu zostały zakończone, a całe towarzystwo mogło uraczyć
się niezbyt pokaźną kolacją. Ogień wesoło trzaskał, roztaczając dokoła
przyjemną, ciepłą łunę.
Cador wepchnął
sobie do ust ostatni kawałek bułki, podsumowując to błogim uśmiechem. Gdy cały
posiłek wylądował już w jego żołądku, mężczyzna wyciągnął przed siebie ramiona
i przeciągnął się z zadowoleniem.
Nie można było
powiedzieć, by czuł się najedzony, ale przynajmniej przestał odczuwać głód.
Dodatkowa obecność ciepła ogniska i teoretyczny tymczasowy brak zmartwień
sprawiły, że poczuł się naprawdę dobrze.
Jedli w
milczeniu, to było dziwne. Jego towarzystwo wyglądało na zmęczone; on sam
również powoli zaczynał odczuwać znużenie, ale póki co zbyt rozpierała go
świeża energia związana z opuszczeniem Perrianu, by to uczucie go zmogło.
Przyjrzał się więc zebranym, wykorzystując ten czas na obserwacje.
– Nie
przysypiaj, bo zaraz się przewrócisz – rzucił z rozbawieniem do Ariene, która
siedziała najbliżej niego.
Biedna wiedźma
faktycznie wyglądała na wyczerpaną, powieki jej się przymykały, a równowaga
zaczęła być wątpliwa; w pewnej chwili w oczach obrońcy pojawiła się pewna
troska, ale zaraz została stłumiona. To duża dziewczynka, jeśli jest naprawdę
zmęczona, to zaraz pójdzie spać. No.
Znacznie
mniejszym rozsądkiem wykazywała się jego mała podopieczna, to nią wypadałoby
się zainteresować.
Spojrzenie jasnozielonych
ocząt spoczęło na Aithne – ta również prezentowała się nie najlepiej, wprawdzie
od czasu do czasu rzucała złośliwe hasło w stronę każdego z podróżników (nie
licząc Anabde), lecz i tak zachowywała się względnie spokojnie. Cador
uśmiechnął się do własnych myśli i już szykował się do komentarza, gdy coś (a
konkretniej rudy ktoś) odwróciło jego uwagę od przekomarzania się z Aithne.
To Anabde
wstała nagle, zaraz po skończeniu posiłku, otrzepała płaszcz z okruszków
pieczywa i ewidentnie miała zamiar gdzieś zniknąć.
– Ja... muszę
trochę pobyć sama. Nie pójdę daleko – mruknęła nieco speszona, gdy przeniosło
się na nią kilka pytających spojrzeń.
Uniosła kącik
ust w krzywym uśmiechu, który miał przekazać zainteresowanym zebranym „nie
martwcie się o mnie”; wyszło tak sobie, ale
i tak nikt nie miał zamiaru jej powstrzymywać. Nie czekając na słowo
komentarza, odwróciła się i odeszła w swoją stronę.
Już po chwili
intensywnie ruda czupryna zniknęła gdzieś między drzewami. Cadora nieco
zaniepokoił fakt, że grupa się rozbija, ale z drugiej strony tutaj teoretycznie
nic im nie groziło. Zmarszczył tylko czoło z dezaprobatą, nie odzywając się – w
końcu nie on tu dowodził, sami o sobie decydowali.
W sumie trudno
się dziwić, że niektórzy potrzebowali samotności – ta grupa niezwykłych
indywidualności była na siebie skazana przez kilkanaście dni. Wzruszył
ramionami i popił kolację kilkoma łykami wody z manierki.
Ariene
mruknęła coś niewyraźnie pod nosem, ale zdecydowanie z dezaprobatą, przymknęła
oczy i odetchnęła głęboko, odchylając głowę. Zmęczenie dało się łatwo pokonać,
trochę siły woli i umiejętności, to wszystko. Czasami nie spała kilka nocy z
rzędu, intensywnie pracując, dlaczego więc teraz przysypiała?
Warknęła na
siebie niezadowolona, chwyciła własną manierkę i wylała jej zawartość na twarz,
trochę wody rozchlapując na boki. Trafiona Aithne prychnęła jak rozjuszone
zwierzę i aż odskoczyła poza zasięg rażenia.
– Przeklęta
wiedźma – warknęła pod nosem, strzepując z siebie niechciane krople.
– Wybacz – mruknęła
Ariene, otrząsnęła się i zgarnęła mokre włosy do tyłu, mrugając szybko.
Tak, tak
zdecydowanie lepiej. Uśmiechnęła się zadowolona, doskonale wiedząc, że następne
próby obudzenia się będzie musiała zróżnicować, żeby odnosiły skutek.
– Ja też się
przewietrzę – zdecydowała wtedy Aithne, podnosząc się z miejsca.
– Jesteś na
świeżym powietrzu, rude – wtrącił niezastąpiony Sheridan, nie chcąc nawet
komentować powalającej inteligencji swojej niekwestionowanej ulubienicy, bo
zrobiłby się monotematyczny.
– Nie leź za
mną, chcę mieć spokój – warknęła na Cadora Aithne, łowcę zignorowawszy, bo tak
lepiej dla zdrowia wychodziło.
Potem
odwróciła się i poszła na ubocze, w zapadający stopniowo półmrok. Zważając na
zaczynającą się noc, można było się domyślić, że upadła za daleko nie odejdzie,
nie w ciemność i nie sama.
Towarzystwo
stopniowo się uszczuplało, najwyraźniej wszyscy mieli się już powoli dość.
Nawet trudno im się dziwić.
– Tak jest.
Tylko nie zrób sobie krzywdy – mruknął na odchodne Cador.
W sumie
beztrosko, bo nie wierzył w aż tak ogromne możliwości autodestrukcyjne Aithne.
Rany, to tylko las, na dodatek upadła nie będzie daleko, chyba można ją na
chwilę stracić z oczu?
Westchnął
ciężko, nie do końca przekonany, czy to dobry pomysł. Postanowił jednak, że nie
ma co się martwić na zapas; by zmienić tor swoich myśli, wrócił
zainteresowaniem do Ariene.
– Może się
połóż, co? – mruknął, opierając brodę na dłoni i przyglądając się wiedźmie z
tej pozycji. – Zamiast się katować i na siłę utrzymywać przytomność. Przecież
przypilnuję ogniska.
Nie, wcale nie
podał w wątpliwość wiarygodności obecnych tu Erriana i Sheridana. Wcale nie
zaakcentował „przypilnuję”. Wcale a wcale.
Ariene rzuciła
Cadorowi nieco rozeźlone spojrzenie.
– Wyszłam z
formy, to wszystko – mruknęła zdegustowana, zaraz odwracając wzrok. – Nie
spałam zeszłej nocy, ale to nie powód, by teraz niemalże tracić przytomność –
dodała nieco zirytowana.
– Z tego, co
słyszałem, to przez całą noc biegałaś po Elestren, próbując odszukać Larkina – wtrącił
Errian, który niejako wyrwał się z ponurego zamyślenia.
– To nic
takiego – powtórzyła uparcie Ariene, opuszczając wzrok i odwracając głowę, by
nie było widać jej twarzy.
– Pewnie –
skwitował Errian, westchnąwszy ciężko.
Sheridan
wepchnął ręce do kieszeni, podniósł się i bez słowa odszedł w półmrok,
najwyraźniej także chcąc odpocząć od jakiegokolwiek towarzystwa.
Na dźwięk
imienia mężczyzny, którego nigdy nie było Cadorowi dane poznać, ale o którym
tak wiele słyszał, najpierw uniósł zainteresowany spojrzenie i zmarszczył
czoło, a potem, zupełnie nieświadomie, uśmiechnął się ponuro.
– Ale skoro
już przytomność tracisz, nic nie szkodzi odpocząć – zauważył rozsądnie,
wracając do rozmowy z Ariene.
To nie były
sprzyjające trenowaniu wytrzymałości okoliczności, jutro powinna być wypoczęta.
Jednak to jej sprawa, jeśli chce się męczyć, niech się męczy.
Kiedy łowca
odszedł bez słowa, obrońca odprowadził go spojrzeniem. Skojarzył kilka faktów,
zinterpretował je na swój sposób i uśmiechnął się diabelsko, posyłając Ariene
porozumiewawcze spojrzenie. Czy ona pomyślała o tym to samo, co pomyślał on,
biorąc pod uwagę ich odkrycie z dzisiejszego poranka?
Ariene
uchwyciła uśmiech Cadora i dopiero wtedy dostrzegła, że Sheridan ich opuścił.
Chwilę przyglądała się miejscu, jakie niedawno łowca zajmował, potem
przymrużyła oczy, unosząc kącik ust, pokiwała w zamyśleniu głową. Przeczesała
włosy palcami, przeciągnęła dłońmi po twarzy, a wreszcie splotła je na karku.
– Obwiniasz
się – zawyrokował Errian. – Nic nie mogłaś zrobić.
– No właśnie –
skwitowała z niejaką goryczą. – Zostawił mnie tam, żeby mnie chronić, a sam...
powinnam była pójść z nim – mruknęła, zaciskając usta.
– I także
przepaść bez wieści? To Larkin, on żyje. Zresztą, hej, w stajni nie było Lutee.
Nie obwiniaj się, wyśmiałby cię – postanowił Errian, nie odrywając od Ariene
spojrzenia.
Wiedźma
zachichotała cicho, przymykając oczy.
– W sumie by
mi się należało. Ktoś chętny do wyśmiania mnie? – spytała, spoglądając to na
jednego, to na drugiego pana.
Errian
wpatrywał się przez chwilę w panujący dokoła półmrok, marszcząc czoło. Płonące
ognisko rzucało pomarańczową łunę na towarzyszących mu Ariene oraz Cadora,
jednocześnie pogłębiając ciemność okolicy.
Zastanowił
się, dokąd udała się Aithne tak późnym wieczorem – najpewniej niezbyt daleko,
prawdopodobnie siedziała tuż na granicy półcienia. Westchnął, walcząc z ochotą,
by pójść jej poszukać. Całkiem możliwe, że Anabde dotrzymywała jej towarzystwa,
on był zupełnie zbędny i…
Tylko
sprawdzi. Najwyżej wróci do ogniska, udając, że wszystko przebiegło po jego
myśli. Silthe, jaki on był głupi i naiwny! Gorzej nie mógł się wpakować,
naprawdę. To chore, doskonale o tym wiedział, a mimo to podniósł się z ziemi i
otrzepał spodnie z trawy.
– Ja chyba się
przejdę, muszę... nie wiem, pomyśleć o tym, co ojciec wymyślił – skwitował. –
Rozwesel ją jakoś, może ma łaskotki – dodał w przypływie natchnienia, zwracając
się do Cadora.
– Uważaj,
żebym ci nie pokazała, co o tym myślę – ostrzegła młodego maga Ariene,
uśmiechając się z lekkim rozbawieniem.
– To później –
postanowił, odchodząc od ogniska wolnym krokiem.
Z ich rozmowy
Cador wyłapywał co bardziej interesujące go informacje, by jakoś wypełnić luki
w swojej wiedzy. Wnioski, do jakich doszedł, nieszczególnie go zadowoliły, ale
nie dał po sobie tego poznać. Uśmiechał się trochę tajemniczo, trochę z
przekąsem, słowa maga skomentował rozbawionym parsknięciem.
Kiedy chłopak
udał się w swoją stronę, Cador dłuższą chwilę nie wiedział, co powiedzieć.
Odchylił głowę i zapatrzył się w gwiazdy, błądząc spojrzeniem po mniejszych i
większych światełkach; zajął się rozpoznawaniem konstelacji, wymieniając ich
nazwy i elementy składowe w myślach.
Naprawdę nie
wiedział, jak się odezwać. Niby ta cisza mu nie przeszkadzała, była całkiem
przyjemna, ale z drugiej strony nawiązanie rozmowy wydawało się być...
odpowiednie. Zazwyczaj przychodziło mu to łatwo, co się z nim dzieje? Westchnął
ciężko i zerknął na Ariene.
– Masz
łaskotki? – zapytał, przymrużając oczy.
Musi wiedzieć,
bo co, jak go potem o to Errian zapyta?
Ariene
popatrzyła na niego dość... groźnie. I odsunęła się kawałek.
– Nawet nie
próbuj albo zarąbiesz w pobliskie drzewo – ostrzegła lojalnie, dla
bezpieczeństwa objęła się ramionami.
Rozejrzała się
dokoła, zastanawiając się, czemu tak nagle wszystkich wcięło, po czym
westchnęła i dość bezpardonowo sięgnęła po manierkę Cadora. Bez proszę ani
dziękuję, zapatrzyła się przed siebie i upiła solidny łyk, przymykając z
zadowoleniem oczy.
Errian miał
rację, powinna przestać się martwić. Tylko... poczucie winy nadal było,
wzmocnione przez reakcję Aithne na zniknięcie przyjaciela. Bez wątpienia bardzo
go kochała, może nawet jak brata, a ona... pozwoliła mu odejść i zniknąć.
Przebywała wtedy w karczmie, jej obowiązkiem było przypilnować wariata, a co?
No właśnie, nie zrobiła nic.
Zakręciła
manierkę i oddała ją Cadorowi, znowu wzdychając.
– Hej, ja
tylko pytam. – Zaśmiał się, unosząc w pokojowym geście dłonie.
On ma rączki
tutaj!
Bo, tak
szczerze mówiąc, naprawdę wyglądała groźnie. Jakby się jeszcze bardziej
postarała, to może by się nawet przestraszył, o! A przestraszenie Cadora
Reamonna to nie lada wyczyn, drodzy państwo.
Odebrał od
niej swoją manierkę, zachowanie kobiety komentując tylko lekkim uśmiechem. Dość
często się tego wieczoru, skubany, uśmiechał. Ale to pogodny człowiek jest,
pewnie dlatego.
Niemniej
jednak w pewien sposób mu zaimponowała; nie była słodko grzeczna (co go u
wszystkich dam bardzo nudziło), brała co chciała. Kobieta z charakterem, a my
lubimy ludzi o konkretnie ukształtowanej osobowości. Doszedłszy do takich
wniosków, nie mógł przestać się uśmiechać, bardzo subtelnie, ale jednak.
– O czym
myślisz? – zapytał, przyuważywszy na jej twarzy zadumę.
Jakby się
czymś martwiła.
– O Larkinie –
przyznała się bez bicia, przeniósłszy wzrok na swoje dłonie.
Nie było co tu
ukrywać, dlatego też postanowiła mówić szczerze. Zresztą należały się mu
chociaż szczątkowe wyjaśnienia, w końcu nie miał pojęcia, jak to wszystko
wyglądało i… w ogóle.
Ariene, czemu
zawsze musisz się zmuszać do brania takiej odpowiedzialności za każdego?
Zniszczysz się.
– Nie potrafię
sobie wybaczyć, że wtedy za nim nie poszłam – mruknęła, odwracając wzrok. –
Wiem, już tego nie zmienię, już przepadło, może w pewnym sensie dobrze
zrobiłam. Ale nie widziałeś spojrzenia Aithne, kiedy Anabde przekazała jej
wieści. Nie widziałeś… samego Larkina – dodała, głos jej lekko zadrżał, dlatego
opuściła nisko głowę, by ukryć twarz w cieniu.
Głupia, głupia,
nieskończenie głupia! Nigdy się nie zmienisz, będziesz to rozpamiętywać, aż
wreszcie utwierdzisz się w przekonaniu, że wszystkich zawiodłaś, że jesteś
bezużyteczna.
Odwrócił wzrok
na ziemię i wpatrywał się w nią dłuższą chwilę, jakby to mogło coś zmienić.
Musiał na spokojnie przetrawić te informacje; swoją drogą zupełnie nie
rozumiał, co się działo, dlaczego... dlaczego tak zaczynało go drażnić imię
„Larkin”? To nie to, że walczył o miejsce w grupie z dezerterem, nie traktował
tego w ten sposób. Więc co?
Niemniej
jednak wyglądał, jakby zwyczajnie zastanawiał się nad odpowiedzią. Jakby
usiłował ułożyć jedno sensowne zdanie, a nie zmagał się z całym natłokiem
myśli. Wreszcie uniósł głowę, chwilę jeszcze milcząc.
– Errian może
mieć rację. Co, jeśli ty też byś nie wróciła? – odpowiedział, ważąc każde
słowo.
Zdecydował się
na nią zerknąć, by czuła presję odpowiedzi, by nie pozwoliła sobie na zbycie
pytania.
– Przynajmniej
bym… nie wiem. Nie byłby sam? – szepnęła; do dłoni przywołała nieduży pulsar
energii, ostrzejsze światło oblało jej twarz, jednak wydawało się, jakby nadal
czaił się na niej dziwny cień. – Nie mam pojęcia, co go zaatakowało, czyją krew
znalazłam. Niczego nie wiem. To mnie dobija, jak mogłam pozwolić, by tam, do
cholery, szedł? Wystarczyło się chociaż zbuntować, pewnie by odpuścił, żadne z
nas nie było w stanie walczyć – dodała, podrzucając światełko w dłoni.
Pulsar unosił
się i upadał rytmicznie, jakby wyznaczał tempo wypowiadanych przez wiedźmę
słów. Kiedy zamilkła, przywołana energia nadal poddawała się jej woli, Ariene
zawiesiła na niej trochę nieobecne spojrzenie.
– To tak,
jakbym się zgodziła na jego zniknięcie, może… śmierć – podsumowała, gwałtownie
zaciskając dłoń w pięść, kiedy pulsar zatrzymał się na jej ręku.
Światło zgasło
z cichym sykiem, znów pogrążając okolicę w przyjemnym, rozświetlanym
płomieniami ogniska półmroku.
Obserwował jej
poczynania z typową dla niego wnikliwością, analizując każdy ruch, każdą, nawet
nieznaczną zmianę tonacji głosu, każde drgnięcie mięśni twarzy. Do głowy wpadła
mu nieprzyjemna (dlaczego nieprzyjemna? Z jakiego powodu?) myśl: ciekawe,
czy obwiniałaby się tak o zniknięcie kogoś innego?
Potrząsnął
głową, przerywając przemyślenia – to do niczego go nie prowadziło.
– A wtedy on
obwiniałby się o śmierć Revelina, tak jak ty obwiniasz się o jego zniknięcie.
To była jego decyzja, by wyjść, to on podjął zagrożenie, nie mogłaś nic z tym
zrobić. Dlaczego... – urwał.
Chyba nie
chciał znać odpowiedzi na pytanie, które właśnie przyszło mu na myśl.
– Nieważne –
dodał więc, siląc się na lekki, niefrasobliwy ton.
Jakby miał
zamiar palnąć coś głupiego, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
Chciała
powiedzieć, że on by się nie obwiniał, że on wzruszyłby ramionami, a gdyby ona
próbowała się o to obwiniać, dostałaby, w najlepszym wypadku, pstryczka w nos.
I usłyszałaby kilka dosadnych słów, aż poszłoby jej w pięty.
Zamiast tego
uniosła na niego wzrok, znów nieco zamglony, ale trudno orzec, czy to ze
zmęczenia, czy z powodu poruszonego tematu, czy przez zamyślenie. Zawiesiła go
na twarzy Cadora, jakby próbowała przeszyć go na wylot i sięgnąć do samej jego
duszy.
– Dlaczego…? –
nacisnęła delikatnie, uniósłszy nieznacznie brew.
To nie było nieważne – przemknęło jej
przez myśl, jednak, na całe szczęście, myśl ta nie odbiła się w jej oczach.
Potrafiła
panować nad emocjami, chociaż czasami wymykały się spod kontroli, zwłaszcza
kiedy była zmęczona. Ale teraz… po prostu je przypilnowała, z pełną
premedytacją.
Nie dało się
jej tak łatwo zbyć. Wytrzymał spojrzenie Ariene, dla przekory uśmiechając się
kącikiem ust. Problem był taki, że trafił swój na swego; on również nie miał
zamiaru się poddać.
– Może
zrozumiałbym, gdybym go kiedyś poznał. Ale, jak sama przed chwilą zauważyłaś,
nigdy go nie widziałem. Więc nieważne – wytłumaczył dość zgrabnie.
Nadal
uśmiechnięty, a nic w tym uśmiechu nie sugerowało, by był to gest mało
wiarygodny.
Chociaż tak
naprawdę wcale nie było mu do śmiechu, nie tylko z powodu poruszanego tematu.
Nie powinna być zmartwiona. Przy nim ludzie generalnie nie powinni się smucić,
lecz ona szczególnie. Nadal nie wiedział dlaczego, ale po prostu tak było.
Odwróciła
wzrok, opierając głowę na dłoniach. Żołądek skręcił się jej nieprzyjemnie, nie
miała pewności, z jakiego dokładnie powodu, ale to wystarczyło, by pożałowała
tej zjedzonej bułki. Może to niestrawność. Może zaraz weźmie i zemdleje, czemu
nie?
– Skoro tak
mówisz – mruknęła krótko, już na niego nie patrząc.
Spróbowała
pozbyć się poczucia beznadziejności, jakoś zagłuszyć wyrzuty sumienia, ale nie
była w stanie. To pewnie przez zmęczenie, walczyła najpierw z całym światem, by
teraz zmagać się ze sobą, tego było za dużo. W gildii wszystko zdawało się
prostsze.
Bo nie byłaś sama, Ariene – uświadomiła
sobie ze zdumieniem. Czy przez zniknięcie Larkina poczuła się samotnie? Chyba
nie. Czy może trochę? Westchnęła i pokręciła do samej siebie głową.
Zapomnij,
potrafisz doskonale zapominać. Wymaż z pamięci. Żyj dalej, musisz żyć, skoro
nie chcesz dać się zabić, zaplanuj przyszłość, następne kroki, dokąd się udasz?
– Do dupy –
wymamrotała do samej siebie, już nawet nie wiedząc, czy odpowiadała na zadane w
myślach pytanie.
– Ta... –
mruknął wyjątkowo filozoficznie, zasępiając się na chwilę.
Zgodnie ze
swoimi przypuszczeniami Errian nie musiał odchodzić daleko. Aithne siedziała
dość blisko, ale poza zasięgiem wzroku grzejących się przy ognisku.
Mimowolnie
zwolnił, widząc, że odpięła od płaszcza spinkę; skrzydła były tak czarne, że
zdawały się pogłębiać panującą dokoła ciemność. Nie, nie bał się ani też nie
czuł odrazy, to krótkie zatrzymanie wynikało z szacunku. I niepewności, czy
znajdzie się dla niego tam miejsce. Nie sądził, że kiedykolwiek będzie się nad
tym zastanawiał. Uśmiechnął się do siebie, przechodząc trochę w bok.
Z tej
perspektywy widział profil Aithne. Zapatrzyła się w dal, podparłszy brodę na
dłoni, wyglądała na zamyśloną i nieobecną. Po raz kolejny przyjrzał się jej,
próbując sobie przypomnieć, dlaczego zwrócił na nią uwagę w Diorolle.
Nie była
brzydka, ale nie była też ładna, jej gęste włosy znajdowały się ciągle w
nieładzie, ciemne oczy wyrażały głęboką niechęć do świata. A jednak… coś. Nie wiedział co, ale coś. Dlatego uśmiechnął się ponownie, podchodząc
do niej.
Zauważyła go
zdecydowanie później niż by chciała, popatrzyła na młodego maga początkowo
zdumiona, by zaraz wykrzywić się ze złością. Wyraźnie się napięła, prawie jak
zwierzę w potrzasku, błyskawicznie odwróciła wzrok, sięgając po leżącą z boku
spinkę. Spanikowała, a to przecież zdarzało się jej rzadko, czemu spanikowała?
– W porządku –
odezwał się pospiesznie Errian, wyciągając do niej uspokajająco rękę. – Nie
chowaj ich, nie przeszkadzają mi.
Nim zdążyła
odpowiedzieć, zajął miejsce obok, jednak nie za blisko, żeby nie czuła się
niezręcznie. Odszukał wzrokiem oczy Aithne i uśmiechnął się do niej,
zastanawiając się, co oznaczało to szybsze bicie serca. Przecież się jej nie
bał, więc…?
– Po co tu
przylazłeś? – spytała z irytacją, nie patrząc na niego. – Czego chcesz? –
dodała i zacisnęła mocno usta.
Dłonie, które
położyła na podciągniętych pod siebie nogach, zwinęła w pięści, do tej pory
swobodnie rozłożone skrzydła uniosły się, częściowo się składając, cała jej
postawa zdradzała napięcie. Trudno było jednak orzec, co zdenerwowało ją
najbardziej.
Dlatego też
Errian nie planował wracać do ogniska. Uśmiechnął się rozbawiony, oparł się
rękoma za sobą, po czym odchylił z westchnieniem głowę. Przez gałęzie rosnących
dokoła nich drzew słabo było widać niebo.
– Niczego nie
chcę – stwierdził w końcu. – Nie denerwuj się tak od razu – zaproponował
pojednawczym tonem.
Zapanowała
między nimi cisza, ale młodzieńcowi wydało się, że Aithne opuściła nieco
skrzydła, rozluźniając się trochę. Za ich plecami trzaskało cicho ognisko,
gwiazdy migotały ponad nimi na ciemnym niebie, atmosfera ogółem była w pewnym
sensie… dziwna. Po prostu.
– Ładny
wieczór jak na noc – palnął wreszcie Errian, poczuwszy palącą potrzebę
odezwania się.
Zaraz po tym
ugryzł się w język, dochodząc do wniosku, że mógłby jednak zachować milczenie,
zrobiłby z siebie mniejszego debila.
Aithne w końcu
na niego spojrzała, na jej ustach tańczył rozbawiony półuśmiech, jakby nie
chciała zdradzać się z lepszym humorem.
– Jaaasne –
podsumowała grzecznie. – Noc jest beznadziejna – dodała po chwili, najwyraźniej
poddając się w walce przeciw Errianowi.
Na powrót
rozluźniła się całkowicie, wypuściwszy powietrze. Wyglądała trochę… smutno.
Jakby wspominała coś bolesnego.
– Nie jest
taka zła – sprzeciwił się powoli młody mag. – Chyba że bezksiężycowa. Wtedy
idzie się zabić podczas podróży – poprawił się z lekkim rozbawieniem.
– W
ciemnościach niczego nie widać – mruknęła niechętnie, przenosząc na niego
dziwnie zgaszony wzrok. – Nie wiadomo, jakich wrogów ukrywa, skąd nadejdzie
cios. Nie boję się ciemności jako takiej, tylko tego, co w niej czyha –
wyjaśniła cicho, przymykając z pewnym zrezygnowaniem oczy.
Errian
zastygł, przyglądając się dziewczynie ze zdumieniem. Chwilę zastanawiał się,
czy naprawdę to wszystko usłyszał – Aithne nie otwierała się w ten sposób przed
wieloma osobami, wydawało się mu, że takie rzeczy o upadłej wiedziała tylko
Anabde.
Dlaczego więc…
dlaczego więc on?
– Nie zawsze
musi być niebezpieczna – uznał, obserwując ją uważnie. – Czasami bywa
przyjazna. Wiesz, miałem takiego… jak na mnie to przyjaciela. W dzieciństwie.
Trudnił się myślistwem i nauczył mnie kilku przydatnych sztuczek. Jeśli chcesz
dobrze widzieć w ciemnościach, nie skupiaj wzroku na miejscu, które cię
interesuje, tylko poniżej – opowiedział, szybko wracając do pogodnego tonu.
Aithne
milczała dość długo. Nie dało się określić, co też chodziło jej po głowie, ale
wreszcie przytaknęła powoli. Przesunęła wzrokiem po twarzy młodzieńca i znowu
zapatrzyła się w dal. Splotła ze sobą palce obu dłoni, opierając brodę na
kolanach.
– Jesteś
szlachcicem, prawda? – zmieniła niespodziewanie temat. – Dlaczego rodzice muszą
ściągać cię do domu w taki sposób? – spytała, obracając do niego głowę.
– Bo im uciekłem
– skwitował trochę niechętnie, wzdychając ciężko.
– Uciekłeś? Z
domu? – powtórzyła z niejakim zdumieniem, w jej oczach pojawił się dziwny cień.
Errian milczał
dłużej niż przed chwilą. Nie miał ochoty poruszać tego tematu, ale… jakoś…
trochę wstydził się tego, jak to rozegrał. Po szczeniacku, powinien był
zachować się bardziej odpowiedzialnie.
– Nie chciałem
wracać do tej klatki. Nie jestem synem, jakiego mój ojciec pragnął, przez co…
nie czułem się tam dobrze. Jak w więzieniu. Dlatego po ukończeniu Akademii po
prostu nie wróciłem do domu – przyznał szczerze, uśmiechając się smutno.
– To jakiego
syna pragnął twój ojciec? – ciągnęła, nie odrywając już od niego zaciekawionego
spojrzenia.
– Silnego,
stanowczego, bardziej brutalnego, takiego jak on sam. A ja bardziej przypominam
matkę, w dodatku ta magia… Był mną rozczarowany. Gdy dowiedział się, że matka
nie może zajść ponownie w ciążę, postanowił zrobić ze mnie godnego następcę na
siłę. Nie mógł wyładowywać frustracji niepowodzeniami na mnie, więc padło na
matkę. Stałem się przyczyną jej cierpienia – odparł bezbarwnym głosem,
przyglądając się swoim dłoniom. – Nie starczyło mi sił, by na to patrzeć,
dlatego uciekłem.
Nie zdołał
ukryć zdumienia, kiedy poczuł na policzku palec. Aithne dźgnęła go bezpardonowo,
przyglądając się towarzyszowi z trudnym do sprecyzowania wyrazem twarzy. Errian
odniósł wrażenie, że zrobiło się dokoła wyraźnie cieplej.
– Nie jest z
tobą tak źle – oznajmiła niedbale, uśmiechając się nieco niepewnie. – Nie wiem,
o co temu facetowi… no, twojemu ojcu chodzi. Nawet ta magia ujdzie –
zawyrokowała wspaniałomyślnie.
– Teraz chyba
rzeczywiście nie jest bardzo źle. Kiedyś to była tragedia – uznał
samokrytycznie, ale również się uśmiechnął.
– Jeszcze cię
nie zabiłam, to mocny argument – uparła się Aithne i wydęła zabawnie usta.
Errian zaśmiał
się cicho, czując dziwną lekkość. Ile cały świat tracił, nie doceniając tej
kontrowersyjnej osóbki!
–
Rzeczywiście, powtórzę mu – postanowił rozbawiony.
Znów
zapanowała cisza, która dziwnym trafem nie przeszkadzała mu specjalnie. Po
prostu zerkał na dziewczynę ukradkiem, obserwując odbijające się na jej twarzy
uczucia oraz myśli. Wydało się mu, że upadła czuje się nieco niezręcznie, co
jeszcze bardziej poprawiło mu humor i sam nie wiedział dlaczego.
– Twoja matka…
jaka ona jest? – spytała niespodziewanie Aithne, odszukując wzrokiem jego oczy.
– Też taka nieporadna? – dodała, siląc się na złośliwość, ale nie do końca jej
wyszło.
Errian
uśmiechnął się rozbawiony, przymykając oczy, by przywołać z pamięci obraz
matki. Uśmiech momentalnie zgasł na jego ustach, a z piersi wyrwało się
ciężkie, pełne bólu westchnienie. Może lepiej byłoby nie pamiętać…?
– Delikatna i
zdolna – stwierdził, przenosząc wzrok na dziewczynę. – Bardzo wyrozumiała,
cicha, łagodna. Nigdy nie widziałem jej zdenerwowanej – wyliczył,
przekrzywiając w pewnym zamyśleniu głowę.
– No to nie
jesteście podobni – zawyrokowała Aithne. – Chyba że twój ojciec to napakowany
brutal, wtedy rzeczywiście dałoby się znaleźć podobieństwo – dodała po krótkim
zastanowieniu, spoglądając w niebo.
Errian znowu
zaśmiał się cicho, szczerze rozbawiony jej słowami. Popatrzył na nią pogodnie,
unosząc nieco bezradnie ramiona.
Trudno było
się ustosunkować do takiej opinii. Cieszył się jednak, że mogli tak normalnie
porozmawiać, chyba… podobało mu się to. I poprawiała mu humor.
– Dawniej
byliśmy podobni. Zanim nie dostałem się do Akademii – sprecyzował beztrosko,
posyłając jej uśmiech. – Potem wszystko się zmieniło. A… a twoja matka? –
zaryzykował pytanie i zerknął na upadłą krótko.
Napięła się,
sztywniejąc gwałtownie, ale po chwili wypuściła powietrze, na powrót
rozluźniając mięśnie. Przesunęła wzrokiem po otaczających ją ciemnościach,
poruszyła skrzydłami, pióra zaszeleściły cicho.
Errian nieco
się zmieszał, chciał zapewnić, że nie musi odpowiadać na to pytanie, planował
nawet przeprosić. Wtedy jednak uśmiechnęła się, co prawda dość blado, ale
wyraźnie. Tylko jej oczy pozostały dziwnie puste.
– Nie żyje.
Zginęła wiele lat temu, jednak wydaje mi się… była krucha. Wrażliwa. I miła,
pamiętam ciepło, to chyba jej objęcia – wymruczała trochę niewyraźnie i
odgarnęła włosy z twarzy.
– W takim
razie byłyście podobne – uznał Errian, obserwując zamyślenie dziewczyny z pewną
satysfakcją, która zdumiała nawet jego.
Aithne
spojrzała na młodego maga z powątpiewaniem.
– I była ładna
– dodała dobitnie, jakby przedstawiała koronny argument.
Errian
uśmiechnął się i sam nie wiedział, czemu ten uśmiech wypadł tak przekornie. Po
prostu… miał dobry humor, a przy upadłej czuł się swobodnie. Nawet nie potrafił
myśleć o ich różnicy wiekowej, bo Aithne zachowywała się dość… specyficznie, to
dobre słowo.
Ostatecznie w
odpowiedzi wzruszył ramionami.
– Debil –
podsumowała cicho, odwracając wzrok, jakby nie mogła już stawiać czoła jego
oczom.
Tym razem
milczenie było inne, bardziej specyficzne, ale w jaki dokładnie sposób, tego
nie wiedział. Przesunął spojrzeniem po jej twarzy, włosach, ramionach, wreszcie
skrzydłach.
Najpierw
myślał, że będą one dla niego wyglądać dziwnie, nienaturalnie, jednak odkrył,
że po prostu uzupełniają jej obraz. I pasują idealnie. Czarne, lśniące, budzące
poniekąd grozę – i ich porywcza właścicielka, której nic nie mogło zatrzymać
ani w żaden sposób uwięzić.
Po prostu to
czuł.
Uniósł dłoń i
zastygł, patrząc na Aithne w napięciu.
– Mogę ich
dotknąć? – spytał spokojnie, nie pozwalając upadłej na zerwanie kontaktu
wzrokowego.
Dziewczyna
uniosła wysoko brwi i popatrzyła na niego zszokowana, czując, jak jej serce
gwałtownie przyspiesza.
Co on sobie
myślał, że co? Że jest cholerną atrakcją dla ludzi, dziką hybrydą, dziwnym
potworem, którego należy badać? Nie była żadnym zwierzakiem do głaskania, niech
ten idiota natychmiast wraca do ogniska, do pozostałych, niech znika,
nienawidzi go.
Otworzyła
usta, spoglądając na niego nadal w zdumieniu.
– Możesz –
wychrypiała, przecząc wszelkim prawom logiki.
Nie była w
stanie nawet się na siebie o tę odpowiedź wściec, bo teraz nie wiedziała, co
wypadłoby lepiej – zgoda czy odmowa. Dlatego spróbowała nie wpaść w panikę,
kiedy ostrożnie sięgnął do jej lewego skrzydła.
Ostatnim razem
dotykał ich ktoś trzeci wiele lat temu, to byli jeszcze członkowie organizacji,
która ją pojmała, więziła i torturowała. Pamiętała ból, czyjeś zimne palce,
wyrywali najpierw pióra, potem odrąbywali skrzydła niemal w całości przy pomocy
tępego narzędzia, modliła się wtedy o śmierć. Dlaczego więc, choć tak bardzo
się bała tego, że wszystko powróci, pozwoliła mu na to?
Odtrąć tę rękę – zażądała od siebie, ale
nawet się nie ruszyła. Strach paraliżował, a ciekawość trzymała w miejscu, nie
dając możliwości na ucieczkę. Własne ciało zamknęło ją w potrzasku, nawet jemu
nie mogła już ufać.
A potem go
dotknął. Delikatnie przesunął palcami po wierzchniej stronie piór, ostrożnie
wsunął je głębiej, do piór puchowych. Sięgnął wyżej, na samą górę skrzydła,
przeciągnął dłonią w dół.
Aithne
zastygła, z początku zdumiona, jednak po kolejnej fali dreszczy naprężyła
plecy, uśmiechając się lekko pod nosem. Nawet rozłożyła delikatnie to skrzydło,
pozwalając Errianowi na przeczesywanie piór palcami.
Nie sądziła,
że młodzieniec może być taki delikatny i że ogółem coś takiego sprawi jej taką
przyjemność. Miał ciepłe dłonie, każdy ruch wykonywał ostrożnie, z pewną…
czułością? Nie wiedziała i wolała nie pytać, tak było dobrze. Przyjemnie.
Dlatego zamknęła oczy, żeby na niego nie patrzeć, żeby nie zobaczyć czegoś
dziwnego i żeby on nie zobaczył czegoś u niej. Tak lepiej, nie widzieć.
Errian śledził
wzrokiem tor ruchu swojej dłoni, obserwował to, co robił, jakby ręka poruszała
się poza jego wolą. Nie sądził, że te pióra będą takie miękkie i aksamitne, że
całe skrzydło będzie takie ciepłe. Zupełnie jakby… przeczesywał palcami jej
włosy albo…
Przeniósł
spojrzenie na jej twarz i zamarł. Ostatnia dość przytomna, rozsądna myśl, jaka
go nawiedziła, brzmiała: Nie powinieneś
był na nią patrzeć. Pożałujesz.
Potem skupił
się tylko na jej minie, odbijającym się w niej zadowoleniu. Mimowolnie
powtórzył kilka poprzednich ruchów, sprawdzając, co sprawiało jej największą
przyjemność. Uśmiechnął się bezwiednie, zapamiętując informacje, które zdobył.
Miała ładne
usta. Uniosła kąciki w swobodnym uśmiechu, rozchyliła wargi, jakby ją to
wszystko zaskoczyło, i teraz tak zastygła. Zamknęła oczy, nie patrzyła na niego.
Może to lepiej? Albo gorzej, bo nie mogły go w porę opamiętać, bo nie mógł w
nich ujrzeć przygany, złości, czegokolwiek.
Miała ładne
usta. Pewnie były równie miękkie i ciepłe, co skrzydło.
Ujął drugą
dłonią jej twarz, unosząc nieznacznie, i ją pocałował. W normalnych
okolicznościach pewnie straciłby życie, ale tym razem był zbyt stanowczy, a ona
zbyt bezbronna. Postawił wszystko na jedną kartę bez najmniejszego
zastanowienia.
Zareagowała na
jego dotyk i z zaskakującą ochotą go odwzajemniła, jakby wszystko było w
porządku, jakby tak po prostu miało być. Powinien się opanować, ale kiedy stała
się taka miękka, taka uległa w jego ramionach, nie potrafił się powstrzymać.
Ujął jej twarz
także tą dłonią, którą trzymał do tej pory na skrzydle, przesunął palcami na
jej szyję i z pewną ostrożnością pogłębił pocałunek, wyczulony na jej bunt,
najmniejszą oznakę niezadowolenia, chęci ucieczki.
Ale rozchyliła
wargi, pozwalając na to.
Wszystko nie
trwało długo, choć dla niego wyjątkowo krótko. Gdy gwałtownie go odepchnęła,
zastanowił się, czy dla niej też za szybko się to skończyło.
Popatrzyła na
niego oszołomiona, w ciemnych oczach czaiło się głębokie zdumienie. Żadnego
gniewu, żadnego obrzydzenia, żadnej nienawiści, po prostu szczere zaskoczenie i
jakby… strach? Niepokój na pewno. Czego się bała?
Nie miał
pojęcia, czy późniejsze zachowanie Aithne go zdezorientowało, czy wręcz
przeciwnie. Zobaczył najpierw uniesioną dłoń, potem policzek zapiekł dotkliwie,
siła ciosu obróciła jego głowę. Zacisnął zęby i powstrzymał się od dotknięcia
zaczerwienionej skóry, nie spojrzał na upadłą.
Dobiegł go
szelest piór i odgłos kroków. Uciekła, ale bez pośpiechu.
Siedział
jeszcze chwilę, uspokajając oddech i oczyszczając myśli. W końcu, z dziwną
pustką w głowie, podniósł się z ziemi i ruszył z powrotem do obozu. Nic tu po
nim. Czemu przyszedł? Czemu zachował się jak idiota?
Nie wiedział.
Po prostu… coś.
Ej, ale tak szybko się dobrali w pary? XD Znaczy się - w domniemane pary? XD Ale cicho, jakoś mi to nie przeszkadza XD
OdpowiedzUsuńZastanawiam się nad mistycznym sekretem łączenia głównych bohaterów płci przeciwnej w pary, bo zorientowałam się, że wszyscy w moim opowiadaniu są samotni [albo martwi bądź w stanie względnego obłędu] O__o
Kocham milczenie Erriana po tekście "i była ładna" XD Chyba nawet przesunął się w rankingu!
Czyli że rodzinka biedaka [bo Aithne go walnęła w twarz i mogła go trwale uszkodzić!] będzie chciała go ożenić z Ariene? XDD A Larkin będzie stał gdzieśtam z boku? XD
Mam pytanie dotyczące arta Aithne w "Bohaterach". Dzieło Natalii, czy może coś innego? ^^ W każdym bądź razie, lubię go <3
Nie tak znowu szybko, kroiło im się od pierwszego spotkania!
UsuńOch, ale jak są pary, to można tworzyć takie cudowne dramy <3 Ja tam nie mam nic przeciwko znajdowaniu miłości, zawsze jest ciekawiej!
ZOBACZYSZ, CO BĘDZIE. Nie powiem nic! xD
Och, nie, nie. Znaczy, poniekąd. Ja go tylko... przekolorowałam, żeby było dobrze xD
Ale ładnie wyszło <3 Ale ja nie chcę zobaczyć, tylko przeczytaaaać XD Hejhejhej, a z tych "bonusowych" notek [bez numerków XD] macie może coś zapisanego, gdzieś w otchłaniach dysku? *_* Chociaż kot Anabde przebija wszystko, to i tak bym sobie przeczytała taki urywnik XD
UsuńSłowotwórstwo się mnie trzyma.
notkanotkanotkanotkanotkanotkanotka? XD
Dobrze, już wrzucam xD
UsuńHm, chyba coś mam gdzieś, w sensie w zeszycie. Ale ogółem to powinnam to po prostu skrobnąć, tak, leniu bezużyteczny znany jako Natalia M. xD