Było późne
popołudnie, słońce chyliło się już ku zachodowi, oblewając ruiny Elestren
pomarańczową poświatą. Przejmująca cisza panująca na ziemiach Perrianu w
dalszym ciągu przyprawiała o dreszcze, skłaniała do zastanawiania się, czy
naprawdę należeli do ostatnich żywych istot w promieniu wielu mil.
Opuszczali
wyludnione, zburzone miasto spokojnym stępem, ponieważ należało przestudiować
mapę, by wybrać jak najkrótszą do najbliższej granicy drogę. Kolejny raz zabrał
się do tego Errian, tym razem jednak przypilnował, by pergamin znalazł się w
jego rękach w odpowiednią stronę, nie do góry nogami.
– Możemy
jechać przed siebie, w końcu stąd wyjedziemy – zauważyła znudzona Aithne,
widząc, że młody mag nie mógł dojść do ładu z nakreślonymi symbolami.
Errian warknął
na upadłą krótko, co nie do końca do niego pasowało, dlatego też dziewczyna
zamilkła, niejako zaskoczona. Potem, zirytowana własną reakcją, prychnęła
głośno i zgarbiła się w siodle, opierając ręce na przednim łęku siodła Faryale.
– Pomóc ci? –
spytała z uśmiechem Ariene, kierując do karego ogiera Erriana swoją znużoną
Jutrzenkę.
– Niektórym
nic nie pomoże – zawyrokował przyjaźnie Sheridan, zerknąwszy na trzymaną przez
młodzieńca mapę, bo może znowu ją źle obrócił.
Ku jego
niejakiemu zdumieniu doszedł do wniosku, że wszystko jest w porządku, co
świadczyło tylko o jednym – pan Souen był debilem. Nic zaskakującego, skoro
zauroczył się w rudym rozczochranym.
Sheridan
westchnął ciężko i popatrzył przed siebie, uznawszy, że najpewniej zginą z
odwodnienia oraz zagłodzenia, bo przez Erriana zgubią się w tym cholernym
Perrianie.
– Zamokła! –
prychnął wtedy młody mag.
Zapadła chwila
ciszy, zebrani przetrawiali słowa młodzieńca.
– Mapa –
uściślił zirytowany. – Mapa nam zamokła.
– Jak? –
fuknęła na to Ariene, chwytając pergamin i przyciągając do siebie. – Jak mogła
zamoknąć, w czym? W lawie? – dodała zdenerwowana i spojrzała na Erriana tak,
jakby to była tylko i wyłącznie jego wina.
– Może ktoś
nie dokręcił manierki – rzuciła znacząco Aithne, wzruszywszy niedbale
ramionami.
Wcale nikogo
nie sugerowała, Errian.
– Nie ma mojej
manierki, została w rozpadającej się chacie, gdzie leczył cię Arathain –
skwitował mag, spojrzawszy na upadłą z niezadowoleniem. – Nie wiem, co się
stało, ale nie mogę znaleźć tu Elestren.
– To pewnie
będzie ta najciemniejsza plama – mruknął Sheridan, rzuciwszy ledwie okiem na
całe zamieszanie przy pergaminie. – Ewentualnie trzymasz list od pracodawcy, a
nie mapę – dodał po chwili, dając upust swej wierze w inteligencję kompanów.
– Jak nie
pomagasz, to chociaż się zamknij – zaproponowała ugodowo Ariene,
zasztyletowawszy Sheridana wzrokiem.
Potem zrównała
Jutrzenkę z koniem Erriana, przesunęła mapę tak, by każde z nich trzymało
połowę, i oboje zagłębili się w poszukiwania Elestren na pergaminie.
– Jesteśmy w
dupie – uznała radośnie Aithne, wywracając oczami.
Ai, wtrąciła dość napiętym głosem
Faryale, uniósłszy łeb. Zastrzygła uszami, wychwytując pobliskie dźwięki, jej
chrapy rozdęły się charakterystycznie. Ktoś
tu jest, zakomunikowała usłużnie.
– Ktoś? –
powtórzyła upadła i rozejrzała się dokoła. – Na pewno nie jakieś martwe coś,
tylko ktoś? – spróbowała się upewnić.
Z siebie możesz robić kretynkę, Aithne, ale
kiedy ja coś mówię, to znaczy, że tak jest, prychnęła zirytowana klacz i
machnęła ze świstem ogonem.
– Z ciebie nikt
kretynki nie musi robić, bronisz się sama – wymamrotała niezadowolona
dziewczyna, chwytając rękojeść Ashar’carrego. – Ktoś tu jest – powtórzyła na
głos, by wszyscy na pewno usłyszeli.
Od kiedy
ruszyli spod jaskini, Cador był dziwnie milczący. Nikt nie zwracał na to uwagi,
w końcu go nie znali, może, wbrew wszelkim pozorom, po prostu tak miał. Nie
wyglądał na zdenerwowanego – jechał spokojny, odprężony, raz na pewien czas
rozglądał się dookoła bądź zawieszał czujne spojrzenie na nieokreślonym
punkcie, ale to chyba dla obrońców normalne.
Pewnym
zaskoczeniem było więc, gdy nagle, nadal ze spokojną miną, odezwał się:
– Śledzą nas
od wyjścia z lochów – powiedział swobodnie, jakby oznajmiał właśnie, że ładna
się pogoda zrobiła. – Przynajmniej trzy osoby, może być, że więcej. Nie jestem
w stanie tego określić – dodał jeszcze, po czym zamilkł nagle.
Z jego miny
wywnioskowali, że lepiej się w tej chwili nie odzywać; nawet Aithne to
zrozumiała.
Drgnął. To
było jak sygnał.
Nie minęły
sekundy, jak coś świsnęło, a w stronę upadłej śmignął krótki, poręczny nóż.
Prawdopodobnie upadła zdążyłaby zareagować, ale to obrońcy wcale nie
obchodziło. Warknął, spiął izabela piętami (nieładnie bardzo, aż zgrzytnęły
końskie zęby), koń ruszył galopem i mało elegancko staranował Faryale. Ostrze
nie sięgnęło swego celu, wbijając się w ścianę budynku nieopodal, lecz zaraz
pojawiło się kolejne.
I to nie
jedno.
Szybko zdał
sobie sprawę z tego, że zostali otoczeni. Ich przeciwnicy byli dobrzy, naprawdę
dobrzy – na razie dostrzegł tylko dwóch z atakujących, reszta pozostawała poza
zasięgiem jego wzroku.
Izabel, pomimo
swej wątpliwej szlachetności (chude to, na krzywych nogach, łęgowate do tego),
tańczył pomiędzy strzałami i nożami, poddając się woli swego jeźdźca. Kiedy
obrońca nakierował go na mur, za którym prawdopodobnie krył się jeden z
zabójców, wałaszek wzbraniał się tylko chwilę – zaraz jednak podgalopował we
wskazane miejsce.
Mężczyzna
ocenił sytuację i uznał, że z konia będzie mu niewygodnie walczyć, stanął więc
na siodle i zeskoczył na murek, by w następnej minucie zatopić ostrze miecza w
przeciwniku.
Sytuacja nie
miała zbyt wielu plusów (a biorąc pod uwagę wyczerpanie całym, dość obfitym w
przygody dniem, można ją uznać nawet za tragiczną), lecz Anabde znalazła jeden.
Tutaj wreszcie
mogła użyć magii – ta myśl napełniła ją dziką satysfakcją, która ukazała się w
drapieżnym uśmieszku. Nekromantka przymrużyła szare, błyszczące oczy, popuściła
Lantano wodzy, po czym skumulowała w sobie magię i ulepiła z niej odpowiednią
siłę.
Brakowało jej
umiejętności Cadora czy Ariene w odnajdywaniu ukrytych wrogów, lecz jeden taki
mignął jej gdzieś z boku. Jego los został już przesądzony.
Nieopodal
rosło drzewo. Było ono dość stare, a masywne korzenie wyrastały nad ziemię. W
pewnej chwili końcówka jednego z nich poruszyła się niczym wąż czający się do
skoku – gest ten powtórzyła reszta korzeni. Zupełnie niespodziewanie wszystkie
wyrwały się w powietrze, by sięgnąć – jak Kraken mackami – do
niespodziewającego się takiego rozwoju sytuacji skrytobójcy.
Mężczyzna był
świetnie wyszkolony, a w tej chwili dał pokaz swoich umiejętności akrobatycznych,
zwinnie umykając zachłannym korzeniom. Cóż mógł jednak zrobić, kiedy przeciwko
niemu stanęło całe otoczenie?
Odnalazł
szalone spojrzenie swojej oprawczyni dokładnie w tym momencie, gdy jego własny
miecz zbuntował się nagle, wykrzywił mu w bolesny sposób rękę i przeszył serce
na wylot.
Aithne zdążyła
tylko warknąć, kiedy wszystko się zaczęło. Na ułamek sekundy zastygła, śledząc
wzrokiem tok wydarzeń, jej serce zwolniło, jakby także zastanawiało się nad
tym, co się właśnie rozgrywało. Ociężały od zmęczenia umysł analizował zbyt
wolno.
Aithne!, wrzasnęła wtedy Faryale, upadłą
gwałtownie szarpnęło, gdy klacz wspięła się na tylne nogi, zarzucając łbem.
– Wiem! –
warknęła więc dziewczyna, objąwszy szyję przyjaciółki. – Ruszamy –
zakomunikowała, sprawnie dobywszy Ashar’carrego.
Faryale
stuliła uszy, opadła na ziemię i skoczyła do pobliskich ruin, coraz bardziej
się rozpędzając. Wpadła między częściowo zawalone domki niczym błyskawica,
ostro zahamowała na zakręcie, odbiła się od zakurzonego bruku, krzesząc na nim
iskry, pochyliła szyję, po czym runęła między dwóch przeciwników.
Jednego
przeszył Ashar’carre, ciało nieszczęśnika eksplodowało, nawet nie zorientował
się, w którym momencie otrzymał cios. Dla drugiego to jednak wystarczyło, by
znów, w niewytłumaczalny sposób, spróbować zlać się z otoczeniem.
Trzymaj się!, rozbrzmiało rzeczowe
polecenie, Faryale wryła się przednimi kopytami w ziemię, wyhamowując, potem
zawróciła gwałtownie i skoczyła z powrotem do wroga.
Jego już nie
było.
– Szlag, kurwa
mać – podsumowała radośnie upadła.
Z tyłu.
Aithne
wyrzuciła nogi ze strzemion i obróciła się w siodle w ostatniej chwili, by
zablokować cios prosto w swoje plecy. Uśmiechnęła się dziko, patrząc na
częściowo zamaskowaną twarz przeciwnika.
– To nie było
honorowe – uznała niskim głosem. – Teraz.
Faryale
stuliła uszy i wierzgnęła potężnie, bez trudu strącając kucającego na jej
zadzie skrytobójcę. Aithne także zleciała, jednak przez szyję, po której
przesunęła się na plecach, na wysokości potylicy klaczy wykonała fikołka i
koniec końców wylądowała prawie zgrabnie.
Prawie, bo na
swoim szanownym dupsku, ale lepiej tak niż zębami w piachu.
– Rudego nie
trzeba zabijać, doskonale radzi sobie samo – uznał Sheridan, zaobserwowawszy
wyczyny swojej niekwestionowanej ulubienicy.
Ustawił gniadą
mniej więcej na środku całego zamieszania, położył gotowy do użycia miecz na
jej kłębie, po czym przymknął oczy, mamrocząc pod nosem formułkę zaklęcia. Tak,
teraz będzie się walczyło o wiele lepiej, kiedy w końcu miał pewność, że
dysponuje wszystkimi swoimi umiejętnościami.
Namierzył
umysły przeciwników, z góry zakładając, że część z nich się maskowała.
Uśmiechnął się pod nosem, ukazując zaostrzone zęby.
– Będzie z
ośmiu co najmniej – zakomunikował zebranym, zeskoczył ze swojej klaczy i skierował
się do najbliższego wroga, by zapoznać go z mieczem.
Został
zaatakowany od tyłu, ale był ułamek sekundy szybszy od przeciwnika. Ostrza
broni skrzyżowały się z nieprzyjemnym zgrzytem.
Ariene
zareagowała najwolniej z zebranych. Jej myśli nieznośnie długo krążyły wokół
obozowiska oraz odpoczynku; nie spała przecież poprzedniej nocy, a cały ten
dzień obfitował w bardzo wyczerpujące wydarzenia.
Teraz, kiedy
zostali zaatakowani, powinna zginąć jako pierwsza – tak nakazywała logika. W
końcu wszyscy włączyli się już do walki, ona tymczasem dopiero opuściła nadal
trzymaną w dłoni mapę, tocząc dokoła nieprzytomnym wzrokiem.
I z pełnym
zdumieniem zauważyła, że wrogowie ją omijają, a ataki nawet nie są kierowane w
jej oraz Erriana stronę. Zmarszczyła czoło, rozpaczliwie usiłując zmusić
ociężały umysł do współpracy, jednak nie była w stanie. Nie w takim tempie, w
jakim by chciała, cała adrenalina opadła i niespecjalnie zamierzała wracać.
Errian
szybciej zdołał się zorientować w sytuacji. Zwłaszcza że spłynęło na niego
nagłe olśnienie, gdy tuż obok niego i jego konia przebiegł jeden ze
skrytobójców, nawet nie zerknąwszy na młodego maga oraz wiedźmę.
Młodzieniec
otworzył szerzej oczy, wypatrzywszy drobny herb naszyty na róg chusty
przeciwnika, którą się obcy owinął, by zasłonić twarz.
Dlatego nie
mógł rozpoznać symbolu z koperty. Został subtelnie zmieniony, poprzestawiano
istotne szczegóły, nadano godłu odmienne znaczenie. Ale teraz stało się to
jasne – chociaż nadal bezsensowne.
– Przestańcie!
– krzyknął, słowa kierując do skrytobójców. – Nakazuję wam, do cholery,
przestać! – dodał znowu, widząc, że nie osiągnął zamierzonego efektu.
– Dobrze, że
nie próbował tego z kiecką i jej trupami – podsumował usłużnie Sheridan,
spojrzawszy na Erriana jak na debila.
– Kurwa mać –
odparł na to młody mag, uniósł rękę i machnął nią w bok, zaciskając dłoń w
pięść.
Z ziemi
podniósł się pęd częściowo uschniętej rośliny, zamaszyście zagarnął pobliskiego
skrytobójcę i przycisnął go do ściany najbliższego budynku, unieruchamiając.
Errian podjechał do przeciwnika kawałek, jego oczy błyszczały niebezpiecznie.
– Odwołuję
was. Natychmiast – powtórzył nieznoszącym sprzeciwu głosem.
– Nie zostałeś
upoważniony, paniczu – odparł spokojnie skrytobójca.
Młody mag
syknął wściekły przez zęby. Nie został upoważniony, tak? Doskonale. Niech i tak
będzie, skoro bezmyślnie zagrał w tę grę na jego zasadach, to dokończy
rozgrywkę.
– Podziękujesz
zatem swojemu panu – skwitował i zacisnął dłoń w pięść.
Mężczyzna
został przepołowiony korzeniem, krew trysnęła na ziemię, szybko jednak w nią
wsiąkła, stając się tylko ciemniejszą plamą.
Anabde,
słysząc krótką wymianą zdań między Errianem a skrytobójcą, spojrzała na młodego
maga dziwnie, unosząc brwi.
Oj, ma chłopak
szczęście, że ją tu jeden taki próbuje poszatkować, bo inaczej musiałby się
gęsto tłumaczyć. A tak, może zdąży wymyślić rozsądną wymówkę.
Niemniej
jednak to zdekoncentrowało ją na chwilę, wobec tego nie zdążyła rzucić
zaklęcia, gdy jeden z atakujących skoczył w jej stronę. Mężczyzna odbił się od
dachu, na którym dotychczas stał, kierując się prosto na nią – chciał siłą pędu
zepchnąć ją z siodła. Nie przewidział, że kobieta ma bardzo charakternego
rumaka, który nie lubił innych ludzi.
W czasie, gdy
ona dopiero obracała głowę w stronę skrytobójcy, Lantano kwiknął gniewnie i
ustawił się zadem do atakującego. Wystarczyło, że mężczyzna zbliżył się na
odpowiednią odległość – ogier walnął z krzyża, zrobił wymach tylnymi nogami i
zostawił dwa ładne ślady podków na czole przeciwnika. Słychać było tylko
chrupnięcie łamanej czaszki; wróg opadł na piach i już się nie ruszył.
– Dobry konik
– mruknęła zadowolona Anabde, klepiąc ogiera po szyi.
Ten parsknął
usatysfakcjonowany, machnął sobie łbem i bryknął raz jeszcze, co by dać upust
swojej radości.
W mgnieniu oka
Cador znalazł się przy Aithne, ignorując jej warknięcia i próby uświadomienia
go, że da sobie radę, a on w ogóle jest tu zbędny. Ustawił ją do pionu mało
delikatnym gestem, cały czas mając oczy dookoła głowy. Pochylił nieco ramiona i
okrążył dziewczynę, upewniając się, że na razie nic jej nie grozi. Mylił się.
Nie wiadomo
skąd w jej stronę pomknął jeszcze jeden nóż – ktoś tutaj należał do
specjalistów od rzutów tą bronią, mierzył idealnie. Oczy obrońcy rozszerzyły
się, zdradzając, że taka kolej rzeczy zupełnie go zaskoczyła – był przekonany,
że mistrza w rzucie nożem zabił kilka minut wcześniej.
Nie zostało
jednak wiele czasu do namysłu. Zdał sobie sprawę z jednego – nie zdąży odbić
ostrza, nie ma czasu, by odepchnąć Aithne, a ona sama nie była wystarczająco
zwinna, by mieć szansę umknąć. Istniało jedno proste wyjście; rzucił się
biegiem i zasłonił podopieczną własnym ciałem.
Nóż był
krótki, ale i tak kilkunastocentymetrowe ostrze wbiło się głęboko w plecy
obrońcy. Ten stęknął, zgarbił się jeszcze bardziej, na chwilę zamarł w
bezdechu, walcząc o utrzymanie równowagi.
Nie minęło
kilka sekund, a wyprostował się – w jasnozielonych oczach widać było siłę i
determinację. Sięgnął do pleców, po czym, zagryzając mocno zęby, objął palcami
rękojeść i wyciągnął nóż z własnego ciała. Chwilę oddychał głęboko, gdy w oka
mgnieniu obrócił się i odrzucił broń tam, skąd przybyła – z niezwykłą precyzją,
która zaskoczyła nawet jego, posłał ostrze wprost we wroga.
Skrytobójca
jęknął głośno, osuwając się na kolana z nożem wbitym w klatkę piersiową. Cador
otrzepał ręce, uśmiechając się z zadowoleniem.
Aithne
odruchowo dopadła do swojego obrońcy, chwytając go za ramiona, jakby się bała,
że zaraz upadnie. Szok jednak błyskawicznie minął, w jej ciemnych oczach
pojawił się gniew, zacisnęła zęby, wykrzywiając usta.
A potem
przyłożyła Cadorowi z pięknego prawego sierpowego.
– Pojebało cię
do reszty?! – wydarła się rozjuszona, nie wierząc w to, co się właśnie stało.
Co za kretyn
rzucał się na ostrze za mieszek pieniędzy?! Nawet jej nie znał, a miotał się
między wrogami jak szalony, biorąc na siebie każdy atak przeznaczony jej oraz
jemu, zupełnie jakby próbował popełnić samobójstwo!
Zawarczała
wściekła, puściła go niemal z obrzydzeniem i cofnęła się pół kroku, dalej
patrząc na niego z furią.
– Jeszcze raz
podłożysz się pod ostrze skierowane we mnie, a osobiście dobiję cię
Ashar’carrem – ostrzegła niższym, bardziej zachrypniętym głosem, potem, nie
odrywając od Cadora wzroku, machnęła niedbale ręką.
Promień
czarnej mgły wystrzelił z jej palców, dopadł do przebiegającego w pobliżu
skrytobójcy, oplótł się wokół jego nóg, po czym je rozsadził, krew i mięso
rozbryzgnęły się dokoła, po ziemi potoczyły się fragmenty kości. Kiedy rozległ
się bolesny wrzask konającego, Aithne odeszła od Cadora i dobiła mężczyznę
pchnięciem miecza w czaszkę.
Ciało znieruchomiało
pod jej stopą.
– Ariene,
ruszże swoje wielkie dupsko! – wydarła się na nadal nieruchomą wiedźmę. –
Przydaj się na coś, bezużyteczna babo, i przynajmniej go ulecz! – Wycelowała
palcem w Cadora, syknęła przez zęby i rzuciła się do Faryale.
Dopiero w tym
momencie Ariene oprzytomniała, upuściła mapę, zeskoczyła z rozmachem z
Jutrzenki i ruszyła biegiem do obrońcy, początkowo potknąwszy się o własne
nogi. Dopadła do niego jednak na tyle szybko, że nie zdążył się ruszyć za
daleko, chwyciła go za zdrowe ramię i, spojrzawszy na niego nieco nieprzytomnym
wzrokiem, spróbowała dostać się do rany.
Dostrzegła
kolejnego wroga, który szykował się do ataku, a choć jej umysł pracował
zdecydowanie za wolno, to pojęła pewną istotną zależność. Dlatego w tym momencie
w ogóle się nie wahała.
– Na ziemię –
rozkazała krótko i pomogła Cadorowi mocniejszym pchnięciem, by, ledwie kucnęli,
objąć go szczelnie ramionami i przyciągnąć do siebie.
Nie była w
stanie walczyć, ale ktoś najwyraźniej nie chciał jej śmierci. Co teraz, panowie
mordercy?
Mężczyzna
odstąpił od ataku, widząc, że wymierzając cios z tej strony, zabije również
Ariene. Wiedźma uśmiechnęła się pod nosem i nieco swobodniej sięgnęła do rany
Cadora, uznawszy, że przynajmniej uleczy go w spokoju.
Sheridan zdjął
jeszcze dwóch, zanim ledwie zagojona rana dała się mu we znaki. Skrzywił się,
przystanął na chwilę, łapiąc oddech, poczuł rozlewającą się na brzuchu krew.
Cudownie, zdarł strup, nie mogło być lepiej.
Zawarczał pod
nosem, obrócił miecz w dłoni i spróbował się wycofać za pobliski mur, gdzie by
go nikt za szybko nie dopadł.
W następnej
chwili tuż przed jego nosem wyrósł gruby korzeń, w drewno powbijało się kilka
noży, co łowca skwitował wysokim uniesieniem brwi. Potem dostrzegł stojącego
nieopodal Erriana i z pełnym rozbawieniem zauważył w jego oczach błysk złości.
Kiedy jednak młody mag ruszył, rozbawienie ustąpiło miejsca uprzejmemu
zdumieniu.
Takiego go
jeszcze nie widział.
Errian dopadł
do przeciwnika, najpewniej przywódcy atakujących, sądząc po charakterystycznym
ubiorze oraz nieprzeciętnych umiejętnościach. Nim ten zdążył nawet zareagować,
chwycił go za kołnierz i pchnął bezceremonialnie na ziemię, gdzie przydusił do
gleby kolanem i przycisnął ostrze miecza do gardła swojej ofiary, mrużąc z
niepokojącą satysfakcją oczy.
Oczy o bardzo
zimnym wyrazie.
– Wydaj rozkaz
– wycedził przez zęby.
Mężczyzna nie
odpowiedział, wpatrując się spokojnie w młodego maga, jakby nie brał jego gróźb
na poważnie.
Oczywiście,
pamiętali go jeszcze sprzed ukończenia szkoły oraz ucieczki z rodzinnego domu,
mógł zrozumieć jego zachowanie. Dlatego naparł mieczem mocniej, rozcinając
skórę na szyi powalonego skrytobójcy.
– Wstrzymać
atak – padły wreszcie dwa zniekształcone chrypką słowa.
Errian
uśmiechnął się lodowato, odsuwając się na tyle, by pojmanemu łatwiej się
mówiło. Podług polecenia mężczyzny pozostali mordercy – jak się okazało,
jeszcze czterej – zastygli, przerywając próby zdjęcia ofiar.
– Czego on
chce? – spytał spokojnie młody mag, nie odrywając spojrzenia od zakładnika.
Mężczyzna
milczał, to chyba jednak wystarczyło Errianowi za odpowiedź.
– Matka brała
w tym udział? – ciągnął beznamiętnie.
– Rozkaz był
odgórny.
– Jak brzmiał?
– Wyeliminować
wszystkich, którzy towarzyszą paniczowi.
– Szczegóły?
– Za
wyłączeniem panny Tenshi.
Ariene drgnęła
nerwowo, otwierając szerzej oczy. Co też to mogło…? Czyżby…? Nie, jakim cudem,
skąd, dlaczego? Zacisnęła usta, podnosząc się powoli z ziemi.
– Cudownie.
Dziękuję za owocną współpracę – mruknął Errian, znów się uśmiechając.
Potem na jego
twarz bryzgnęła krew, kiedy jednym wprawnym cięciem poderżnął mężczyźnie
gardło.
Cador warknął
wyjątkowo poirytowany, gdy go pewna wiedźma powstrzymała od kontynuowania
misji; nie był zły długo, bo kiedy objęła go mocno, jakoś mu się milej zrobiło.
Koniec końców westchnął męczeńsko i, widząc, że walka i tak dobiegła końca,
pozwolił jej się uleczyć.
W myślach
uznał, że jeszcze sobie podczas tej wyprawy kręgosłup złamie. Jak obrywa, to w
plecy, widziałby kto.
Musiał oderwać
myśli od tego, że rana piekła niemiłosiernie, odszukał więc wzrokiem swoją
podopieczną. Na jej widok uśmiechnął się z pewnym rozbawieniem – nie
potraktował poważnie jej groźby. A przynajmniej nie miał zamiaru się
dostosować.
Problem był
taki, że jeśli Cador Reamonn podjął się jakiegoś wyzwania, to nigdy się nie
poddawał, zawsze oddawał się misji całkowicie i musiał doprowadzić ją do końca.
Tak po prostu miał, a że to jedno zlecenie wykraczało ponad wszystko, czego
zdążył doświadczyć, to już inna sprawa.
Anabde
pogłaskała po szyi nadal podekscytowanego walką Lantano, usiłując wstrzymać go
w miejscu. Ogier szarpał głową i dreptał nerwowo, od czasu do czasu pozwalając
sobie na solidne walnięcie z krzyża. Po chwili jednak uspokoił się i przestał
wydziwiać, nadal jednak drżały napięte mięśnie.
Kobieta
wymruczała pod nosem kilka uspokajających słów, poklepała rumaka raz jeszcze i
dopiero wtedy zainteresowała się towarzystwem. Uniosła harde spojrzenie szarych
ocząt znad śnieżnobiałej grzywy, kierując je prosto na Erriana.
– Kto ich
nasłał? – zapytała rzeczowo.
Aithne i
Sheridan kończyli właśnie eliminowanie ostatnich skrytobójców, których
zdezorientowała utrata lidera, podczas gdy Errian wyraźnie się namyślał nad
odpowiedzią.
Otarł
zakrwawiony miecz o kępkę pobliskiej, bardzo rzadkiej trawy, schował go z
powrotem do osłony i zaczekał, aż walcząca – czy raczej mordująca – dwójka
dołączy do pozostałych.
Wreszcie
westchnął i uniósł wzrok prosto na oczy Anabde, jakby rzucał jej wyzwanie. Tak
naprawdę po prostu nie chciał pozostawić po swoich słowach żadnych wątpliwości.
– Moi rodzice
– padła równie lakoniczna odpowiedź.
– Aha –
wyrwało się Sheridanowi z niejakim kpiącym niedowierzaniem.
– Proszę? –
zainteresowała się Aithne, wykrzywiwszy brzydko usta.
Ariene
milczała, wpatrując się w Erriana czujnie, jakby gorączkowo szukała powiązania
między nim a sobą i, ku swej irytacji, żadnego nie mogła znaleźć.
– To również
oni wysłali nas z misją – brnął dalej mag, wyciągnąwszy z kieszeni pomięty list
od pracodawcy. – Zmienili herb, nie są głupi. Nadal podobny, ale wystarczająco
zniekształcony, by uśpić moją czujność.
– Ktoś tu
wyjątkowo kocha swojego synka – podsumował łowca dusz, opierając się niedbale
na rękojeści miecza.
Rana zrastała
się na nowo, swędzenie irytowało, jednak ignorował je, niezwykle zaciekawiony,
czego jeszcze się od niezdarnego maga dowie.
– Nie, czekaj,
chwila – wtrąciła Aithne i potrząsnęła charakterystycznie rękoma, marszcząc
czoło. – Twoi rodzice wysłali cię do Perrianu, do wypalonego przez magię
regionu, opuszczonego regionu, wykopali cię z misją do ruin Elestren
naszpikowanych potworami, pułapkami, stworami i innym tałatajstwem, tak? Po
jakąś zakichaną książkę? Wpuszczając syna-maga do podziemi, gdzie nie można
używać magii? – spróbowała się upewnić, szczerze zszokowana, nawet podeszła do
Erriana z uniesionymi wysoko brwiami.
– Chcieli
zmusić mnie do powrotu do domu – odparł młodzieniec, mimowolnie uciekłszy
spojrzeniem przed wzrokiem Aithne, jakby nie do końca miał siłę się z nią
konfrontować.
– No to
fajnych masz starych – pocieszyła go wspaniałomyślnie upadła i nawet biedaka
poklepała po ramieniu, kiwając ze współczuciem głową.
– Ta twoja
rodzinka nie przewidziała, że z takiego Elestren to możesz wrócić co najwyżej w
kilku mało apetycznie wyglądających kawałkach? – spytał Sheridan, najwyraźniej
równie zdumiony wizją sadystycznych rodziców.
– Wiedzą, że
jestem zbyt honorowy, by teraz nie udać się do posiadłości i nie wręczyć im
przedmiotu zlecenia. Zwłaszcza że święcie wierzą, iż wszystkich moich kompanów
pozabijano – zrelacjonował krótko Errian.
– A co ze mną?
– spytała napiętym głosem Ariene, objąwszy się ramionami i częściowo je
skrzyżowawszy na piersiach, jakby chciała się przed tym wszystkim osłonić. –
Czemu mnie chcieli oszczędzić?
– Nie mam
pojęcia – przyznał młody mag, wzdychając ciężko.
Cador podniósł
się z ziemi, wyprostował, obrócił głową w lewo i prawo (czemu towarzyszyło
strzelanie kości, starość nie radość), przeciągnął się jeszcze, by koniec
końców uznać, że jego plecy są w miarę naprawione.
Zerknął przez
ramię na stojącą koło niego Ariene i uśmiechnął się lekko, w ten swój firmowy,
niewymuszony sposób.
– Dzięki –
mruknął do niej już po raz kolejny tego dnia.
Jak na razie
ich relacja była śmieszna, albo go kobieta obijała, albo leczyła.
Rozejrzał się
i uniósł zaskoczony brew, gdy okazało się, że izabel nigdzie nie spieprzył i
stał grzecznie tam, gdzie go obrońca zostawił, mieląc w spokoju wędzidło.
Ruszył powolnym krokiem w stronę konia, ale ten tylko postawił uszy i parsknął
cicho, nie mając zamiaru uciekać przed jeźdźcem. Mężczyzna złapał wodze i
przekonał się, że rumak naprawdę nie planuje wykręcić żadnego numeru, poklepał
go więc wyjątkowo usatysfakcjonowany.
– Mądra bestia
– przyznał stworzonku, drapiąc je między oczami.
Stanął przy
boku konia, wsadził nogę w strzemię i ostrożnie siadł w siodło, nie chcąc
nadwyrężyć pleców.
– No to się
zdziwią, że jednak żyjemy – uznał pogodnie, jakby to, że ktoś próbował zabić
całą grupę za wykonanie misji, którą sam im zlecił, było najzupełniej normalne.
– Ale jedźmy już, mam dość Elestren.
Dziwnym trafem
wszyscy się z nim zgodzili, w mniej lub bardziej entuzjastyczny sposób.
^^ Szlaban minął, ale brak czasu jest istotną przeszkodą w komentowaniu. Przeczytam jeszcze raz :) No. Ja przeczuwałam/wiedziałam/domyślałam się, że coś związanego z Errianem! XD
OdpowiedzUsuńZnam ból :< Ale cieszę się, że przynajmniej dajesz znaki życia! ^^
UsuńJesteś za mądra, wszystkie nasze fabularne suspensy rozgryzasz, to nie jest śmieszne :<< xD
Taa, śmieszne to było jak zgadywałam która z Was ma Anabde xDD
UsuńPrzeczytane, ale niczego sensownego nie mogę wymyślić ;< Zabieram się za betę tego "wypocina", którego opublikowałam na Deviantarcie.
Nie, kłamię XD Piszę sobie nowy prolog, a z wypocina zrobię prawowity rozdział - ale póki co nawet betować go mi się odechciewa XD
Ej, ale wy macie Larkina XD Tego wątku nie rozgryzę [póki co] XD
Nooooooooooowy rozdział? ^_^
Dobrze, daję nowy, póki net nie popełnił samobójstwa.
UsuńZ Larkinem zobaczysz, jest logiczne ^^