Sheridan,
upewniwszy się, że odszedł wystarczająco daleko od całego zamieszania, oparł
się o jedno z drzew, postawił stopę na korze i westchnął, odchylając głowę.
Cisza, spokój,
stęsknił się za samotnością. Cały ten Perrian to była jedna wielka pomyłka, nie
powinien był podejmować się tego zadania, same kłopoty i utrudnienia.
Chociaż...
Uśmiechnął się
pod nosem, podrzucił trzymane w dłoni jabłko, po czym przełamał owoc na pół.
Jedną połówkę odłożył dla swojej gniadej klaczki, drugą postanowił zjeść.
Przyjemniej się jadło z dala od nich wszystkich; przymknął oczy, opierając
głowę o pień za sobą.
Wróci za
dłuższą chwilę, jak zasną. Nie miał ochoty z nimi rozmawiać, tak było lepiej.
Chociaż przez moment, potem do domu Souena, a na końcu – słodka samotność.
Aczkolwiek... może by mu czegoś brakowało.
Anabde
zatrzymała się w pewnej odległości od ogniska, tak, że widziała tlący się
ogień, sama pozostając niezauważoną przez grzejących się w jego zasięgu
podróżników.
Nabrała
głębokiego wdechu, zastanawiając się, czy powinna do nich dołączyć. Nie będą
się o nią martwić, minęło niewiele czasu, od kiedy ich opuściła, a czuła się
taka... roztrzęsiona.
Miała
nadzieję, że rozmowa z Revelinem coś jej da, wypełni luki, które tak
potrzebowały wypełnienia. Nie dowiedziała się niczego, ba, Revelin jeszcze
bardziej namieszał jej w myślach.
Zadarła głowę,
na chwilę zawieszając spojrzenie na migoczących w oddali gwiazdach; zmarszczyła
brwi, gdy jej myśli znów zawędrowały do tajemniczego zniknięcia Larkina.
Nie, na pewno
nie może do nich wrócić. Jak ma spojrzeć w oczy Aithne i udawać, że nic nie
zmieniło się w jego sprawie? Albo, co gorsza, przyznać, że usiłowała coś
zdziałać i nie podołała? Przymrużyła powieki, rozglądając się dookoła.
Coś przykuło
jej uwagę. Ktoś, czyjaś sylwetka. Bezwiednie ruszyła w tamtym kierunku, już po
kilku krokach orientując się, z kim ma do czynienia. To jej nie zatrzymało.
Pochyliła się,
by przejść pod nisko rosnących konarem, po czym stanęła może z metr przed
łowcą. Przyjrzała mu się, pozwoliła, by na jej wargach pojawił się
charakterystyczny uśmieszek, po czym oparła się plecami o pień najbliżej
rosnącego drzewa.
– Smacznego –
rzuciła swobodnie, tak na przywitanie.
Delektowała
się chwilą ciszy, jaka zapadła między nimi; musiała jednak podzielić się z kimś
tym, czego dowiedziała się tego wieczoru.
– Rozmawiałam
z Revelinem – zaczęła więc po chwili. – Nie wie, co stało się z Larkinem, nie
widział go. Wydaje mu się, że w chwili śmierci mignęła mu w oddali ruda
czupryna, jakby ktoś szybko się oddalał, ale niczego nie jest pewien –
kontynuowała swą wypowiedź.
Urwała na
chwilę, zastanowiła się, czy streściła wszystko, co miała do streszczenia, po
czym przypomniała sobie jeszcze jedną interesującą informację.
– Swoją drogą
Revelin był upadłym aniołem – dodała już bardziej jako ciekawostkę.
W końcu
wszyscy wiedzieli, że coś w tym blondynie było nie tak; ona odkryła co.
Gdy już
wyrzuciła z siebie wszystko, co jej leżało na wątrobie, poczuła zdecydowaną ulgę.
Obdarzyła Sheridana dość intensywnym, wyczekującym spojrzeniem, chociaż nie
potrzebowała jego odpowiedzi. Musiała po prostu komuś powiedzieć.
Sheridan
pokiwał głową, raz jeszcze ugryzł jabłko, po czym wyciągnął owoc w stronę
Anabde, w ciszy proponując, by się poczęstowała, a co.
Jakieś tam
zalążki dobrego wychowania były, bez nich nie dałoby się omamiać ludzi. Tylko
tym razem nikogo omamiać nie planował, co też się dzieje?
– To było do
przewidzenia – uznał spokojnie, oblizawszy usta, bo jabłko soczyste. – Larkin
nie dałby się tak po prostu zabić, ale dziwi mnie, że zwiał. Do tej pory nie
zwiewał – mruknął, wzruszając ramionami. – Jeśli jednak zostawił tu coś
cennego, wróci. A wydaje mi się, że zostawił, choć trudno to pojąć.
Obrócił głowę
tak, by na nią patrzeć, i uśmiechnął się kącikiem ust, bardzo leniwie, jak to
on.
Przyszła do
niego, no proszę. I znowu się mu poniekąd zwierzała, a jego znowu to nie
zirytowało. Nawet nie zauważył, kiedy wkroczyła do jego samotności, nie
przeszkadzało mu to.
Uniosła
zaskoczona brew; jego zachowanie zdziwiło ją na tyle, że postanowiła skorzystać
z zaproszenia. Odepchnęła się od drzewa, o które się opierała, i podeszła do
mężczyzny, wyjmując jabłko z jego dłoni.
Przyjrzała się
kawałkowi owocu, nim ugryzła – od razu przypomniała jej się przypowiastka
wyznawców Silthe, według których jabłko sprowadziło na ludzkość fatum. Między
innymi co poniektórych zamieniając w Przeklętych.
Uśmiechnęła
się do własnych myśli, uznając, że zbieg okoliczności jest aż śmieszny.
Słowa
mężczyzny skomentowała tylko potaknięciem, nadal zajęta przeżuwaniem owocu.
Z jednej
strony miała kilka argumentów, na przykład taki, że Revelin, choć mniej sprytny
od Larkina, dysponował (a tak przynajmniej wynikało z jego opowieści)
niebanalną siłą. Mimo tego Demencji udało się go zabić. Ale... chyba miała dość
tego tematu. Powiedziała, może już zapomnieć. Zwłaszcza że sama również nabrała
dziwnego (może kierowanego złudną nadzieją) przekonania, że Larkin żyje. I
wróci.
– Dziękuję –
mruknęła, bez skrupułów zjadając cały kawałek owocu.
Nie było tego
aż tak dużo, nie przesadzajmy. Otarła kącik ust wierzchem dłoni, po czym
spojrzała raz jeszcze w zielone oczy łowcy.
– Za jabłko?
Powinnaś – przytaknął uprzejmie, odpowiedziawszy na jej wzrok.
Uśmiechnął się
pod nosem, przyglądając się chwilę jej twarzy, po czym nadzwyczaj niedbale
uniósł rękę i starł kawałek jabłka z brody nekromantki, pokręciwszy lekko
głową, jakby z dezaprobatą. Może i było ciemniej niż jaśniej, ale żeby nie
trafiać jedzeniem do ust, to już naprawdę.
Opuścił ramię
i tym razem przesunął spojrzeniem po okolicy, jakby się upewniał, że nie ma w
pobliżu nikogo. Raczej nie było. To dobrze, nikogo więcej by raczej nie zniósł.
Obecność Anabde mu nie przeszkadzała, ale nie wiedział do końca dlaczego. Może
tak po prostu, może był trochę zmęczony i dlatego.
Prychnęła jak
rozjuszona kotka; nie lubiła być traktowana jak dziecko, przecież by starła ten
kawałek, tak? Jej spojrzenie nabrało ostrości, jakby miała nadzieję, że może go
w ten sposób jakoś skaleczyć.
Trochę była
śmieszna, kiedy się tak złościła o nic.
Przechyliła
nieznacznie głowę, zainteresowana tym, że sprawdzał okolicę. Z jego reakcji
wyczytała, że w pobliżu nie ma nikogo zbędnego, co w przypadku łowcy oznaczało,
że nie ma nikogo w ogóle. To ją usatysfakcjonowało, uśmiechnęła się nieznacznie
i odetchnęła, rozluźniając się.
Wpadło jej do
głowy ciekawe pytanie, mianowicie zaczęła się zastanawiać nad tym, dlaczego w
ogóle tu stała. Powiedziała co miała powiedzieć, skorzystała z gościnności,
można się zbierać do reszty. A jednak... coś ją powstrzymało.
Objęła się
ramionami, stając bokiem do łowcy, by móc zawiesić spojrzenie na ognisku.
Policzyła zebrane dookoła ognia sylwetki, zmarszczyła z niepokojem czoło, ale
potem przypomniała sobie, że w ciemności Aithne nigdzie się nie oddali.
Uśmiechnęła
się nieco, widząc, że ktoś właśnie się na kogoś rzucił; wesoły śmiech, jaki
rozbrzmiał w okolicy, wyjaśnił przyczynę tego ataku. Jak dzieci.
Sheridan też
prychnął, ale z pewnym rozbawieniem. No naprawdę, taka dorosła i dojrzała,
widział ją kto. A zjeść już nie potrafi. Ale przez chwilę ani nie reagował, ani
nie komentował, wcisnął ręce do kieszeni, by odkryć, że nadal ma tam jabłko dla
gniadej klaczy. Westchnął, wyjął dłonie, otrzepał je pobieżnie, żeby się
upewnić, że miąższ nie został na palcach, i przeniósł wzrok na Anabde.
Chwilę
zastanawiał się nad tym, co mógłby zrobić z całą tą sytuacją. Wrócić do
ogniska, zostać tu, pójść gdzie indziej? Uśmiechnął się pod nosem i postąpił
krok do nekromantki.
Odgarnął włosy
na jedno jej ramię, odsłaniając jej kark, przesunął po nim dłonią, zaraz
zjeżdżając niżej, na łopatki, potem plecy. Zmarszczył nieznacznie czoło.
– Jesteś
spięta – zawyrokował takim tonem, jakby to w sumie nie miało znaczenia, ale
zauważyć można, czemu nie.
Obejrzała się
przez ramię, jakby chciała zobaczyć wędrówkę jego dłoni po swoim ciele, po czym
podniosła spojrzenie na twarz łowcy. Uniosła brew, a gest ten można było
przetłumaczyć na tuziny różnych pytań; ona w tym czasie zajęła się maskowaniem
tego, że zadrżała pod wpływem jego dotyku, dotyku zupełnie niespodziewanego.
Postanowiła
nie komentować sprawy. Czy on postanowi coś z tym zrobić, czy nie, to jest jego
sprawa. W głębi duszy wiedziała, że wzbraniając się, działałby przeciwko sobie,
z drugiej strony wbrew rozsądkowi byłoby reagować bardziej wylewnie.
Tylko kącik
jej ust drgnął nieznacznie, chcąc uciec w górę; dało się zauważyć ten
niechciany uśmiech, nim obróciła głowę z powrotem w stronę ogniska.
– Dobrze się
razem bawią – zauważyła zupełnie nie na temat, bardziej do siebie.
Takie
spostrzeżenie, które miała zamiar zachować w pamięci, by wykorzystać w
przyszłości. Już stąd widziała, jak błyszczały oczy młodej wiedźmy, to nie był
przypadek.
– Zatem chyba
nie będziemy im przeszkadzać – uznał spokojnie Sheridan, stanowczym gestem
odgarniając te gęste włosy Anabde, bo chciały z powrotem opaść na plecy.
Jeszcze
trochę, a się nekromantka upodobni do Aithne, to będzie złe.
Niemal od
niechcenia przeciągnął dłońmi wzdłuż jej kręgosłupa, potem chwycił jej ramiona
i z wyczuciem nacisnął, kciukami przesuwając po karku. Najbardziej spięta była
właśnie tu, przy szyi, napięte mięśnie wyraźnie rysowały się pod skórą,
postanowił je rozluźnić.
Znowu
przejechał dłońmi przez całe jej plecy, po chwili wracając do ramion. Tym razem
jednak kark dotknął także ustami, uśmiechając się pod nosem.
Lubił się z
nią droczyć. I bawić. Co śmieszniejsze, jeszcze ani razu nie zabawił się nią,
jak to miał w zwyczaju, i nawet nie planował.
Sięgnęła
dłonią do włosów i zebrała je w kitę, następnie przeczesując palcami i
wygładzając, by grzecznie ułożyły się na ramieniu, a nie spadały usilnie na
plecy. Przymknęła powieki, zupełnie poddając się dotykowi łowcy; skupiła się
tylko na tym, rozkoszowała się delikatnymi dreszczami, jakie przebiegały wzdłuż
jej kręgosłupa.
Gdy poczuła
jego wargi na skórze, mimowolnie przechyliła głowę na bok, zapraszając do
kolejnych pocałunków w szyję. Doskonale wiedział, jak to na nią działało, i z
premedytacją to wykorzystywał. Sukinsyn jeden, miał ją teraz w garści – a
przecież intuicja podpowiadała jej, by nie pokazywać mu, jak bardzo jest na to
podatna. Co ją wtedy podkusiło?
Nie mogła
przyznać się przed samą sobą, że taki rozwój sytuacji bardzo jej odpowiadał...
Chociaż w gruncie rzeczy taki rozwój sytuacji bardzo jej odpowiadał. Kobieca
logika.
Zamruczała
cicho, nadal przypominając zachowaniem kotkę, ale teraz zdecydowanie nie
rozjuszoną. W pewnej chwili otworzyła oczy, starając się zachować resztki
zdrowego rozsądku i nie dać się otumanić.
Naprzeciwko
nadal trzaskały wesoło płomienie; Anabde przymrużyła oczy, dostrzegając ruch
wśród zebranych wokół ogniska.
– Errian już
im przeszkodził – zauważyła rozbawiona.
Żeby komuś nie
wpadł do głowy głupi pomysł przeszkodzenia im; za to byłaby w stanie zabić,
przynajmniej w tej chwili.
– To do niego
podobne, raczej rzadko myśli – skomplementował drużynowego kolegę, na chwilę
oderwawszy się od jej szyi, by spojrzeć na tę część twarzy, która była widoczna
pod tym kątem.
Potem
uśmiechnął się leniwie, powracając do przerwanego zajęcia zgodnie z jej niemym
zaproszeniem. No cóż, jak się raz opuści przy nim gardę, to paskuda zapamięta
słabość na zawsze, więc w przypadku Anabde było już przesądzone, co poradzić.
Z drugiej
strony nie robił tego dla własnych korzyści, co już stanowiło coś bardzo
dziwnego. Nie zastanawiał się jednak zanadto, zadowolony z tego, że pozostali
są zbyt zajęci wydurnianiem się przy ognisku.
Jeśli zaplącze
się tu rude rozczochrane, to urwie jej ten potargany łeb.
Przesunął ręce
z pleców Anabde na jej biodra, przyciągając ją tak, by oparła się o niego
plecami. Dość zaborczo objął ją ramionami, przekrzywiając lekko głowę, jakby
chciał ją zapytać: „i co teraz?”.
Zaskoczona
otworzyła szeroko oczy; na moment jej ciało, wprawnie rozluźnione przez łowcę,
znów się napięło. Nie trwało to jednak długo, po chwili ponownie zrelaksowała
się w jego ramionach, a na jej ustach pojawił się bardzo zadowolony uśmiech.
Pewien czas
nie reagowała, przynajmniej nie w sposób widoczny dla mężczyzny – wsłuchała się
w bicie swojego serca, którego rytmowi daleko było do regularności.
Niespodziewanie
obróciła się, stając teraz przodem do niego. Zrobiła to na tyle zgrabnie, by
nie uciec spod jego stanowczego objęcia; ot, przesmyknęła się, by móc teraz
zadrzeć brodę i spojrzeć mu prosto w oczy. Jej wzrok wyrażał nic i wszystko
zarazem, ale uśmiech... uśmiech mówił sam za siebie.
Oparła dłonie
o jego tors, bo tak jej było wygodniej. Stanęła centymetr bliżej, podniosła się
na palce i przysunęła twarz do jego twarzy. Na chwilę się zatrzymała,
rozchylając nieznacznie usta, jakby coś wpadło jej do głowy i musiała całą
sytuację gruntownie przemyśleć. Zaraz jednak kontynuowała swe dzieło –
pocałowała go, ledwie muskając ustami jego wargi.
No tak, w
końcu musiała podziękować za masaż. Trzymajmy się tej wersji.
Nie do końca
odpowiadała mu subtelność tego dotyku, dlatego też bez najmniejszego zmieszania
zatopił dłoń w jej włosach, przytrzymując ją delikatnie, by móc pocałować ją
według własnej wizji. Z pewnością, zaborczością i jakby przekonaniem, że
całkowicie się mu to należy – czy ktoś spodziewał się czegoś innego?
Kiedy trochę
się od niej odsunął, przebiegł spojrzeniem po jej twarzy, jakby zapomniał, jak
nekromantka wygląda. Trudno było wyczytać z niego jakiekolwiek emocje,
zachowywał się tak, jakby przyglądał się znakowi drogowemu, a nie urodziwej
kobiecie w swoich ramionach. Tak, ten jest już skrzywiony nieodwracalnie.
Przeniósł
jedną dłoń na jej policzek, przesunął palce aż na brodę i z wyczuciem ją
uniósł, zaraz znów całując, tym razem jednak bardziej leniwie. Nie miał jeszcze
pomysłu, co też zrobi ze swoją aktualną, bardzo przyjemną ofiarą, jednak był
pewien, że wszystko się niedługo wyklaruje.
Ułożenie dłoni
na jego torsie było nie tylko wygodne, ale i praktyczne. Mogła, kiedy chciała,
naprzeć na niego i odsunąć od siebie nieznacznie – akurat na tyle, by przerwać
pocałunek.
Właśnie to
wykorzystała z czystą premedytacją, tylko po to, by uśmiechnąć się niejako
łobuzersko. Przesunęła jedną rękę na jego kark, gładząc skórę mężczyzny
opuszkami. Zerknęła przelotnie na paznokcie drugiej dłoni, obserwując, jak
palce zaciskają się na materiale jego koszuli. Nie żeby były jakkolwiek
interesujące, chciała na chwilę odwrócić wzrok – zaraz wróciła spojrzeniem do
łowcy, nadal uśmiechnięta w ten trochę niepokojący sposób.
Znów
zainteresowała się jego wargami. Pocałunki były, jak na złość, delikatne,
krótkie, jakby dawane nieśmiało – ale któżby podejrzewał Anabde Sasare o
nieśmiałość? Można raczej uznać, że teraz to ona droczyła się z nim; doskonale
wiedziała, że jest to ryzykowna gra, ale wprost nie mogła się powstrzymać.
Wytrzymał tę
jej zabawę naprawdę bardzo dzielnie, zastanawiając się, jak to lepiej rozegrać.
Z jednej strony droczenie się było nieszkodliwe, z drugiej zaczęło go to
irytować. Postanowił więc kolejny raz wziąć sprawy w swoje ręce, dlatego
odsunął się od niej na tyle, by móc spojrzeć w szare oczy nekromantki.
Dał jej bardzo
krótką chwilę na próbę zorientowania się w sytuacji, potem z wyczuciem pchnął
ją do pobliskiego drzewa, żeby mogła oprzeć się na pniu plecami. Nawet jeśli
nie miała na to ochoty, zaraz przyparł ją do kory własnym ciałem, powracając do
całowania szyi. Niech będzie kompromis, zrobili po jego myśli, ale znów zajął
się tym, co lubiła, patrzcie, jaki sprawiedliwy facet.
Jakby chciał
mieć pewność, że w najbliższym czasie nigdzie nie ucieknie, oparł się rękoma po
bokach jej głowy, zamykając ją w swego rodzaju klatce. Drzewo nie było
zakurzone jak ściana w tamtej karczmie, nie powinna marudzić.
Nie
protestowała. Ba, wyglądała na zachwyconą takim obrotem spraw; trudno jej się
dziwić, skoro on znowu wykorzystał przeciwko niej jej słabość. Już nie była w
stanie kontrolować oddechu, który przyspieszył znacznie, naśladując bijące jak
oszalałe serce.
Lubiła to, że
był tak blisko. Odciął ją od świata, niejako zamknął w klatce, ale to dziwnie
jej nie przeszkadzało. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu taka sytuacja nie
wiązała się z poczuciem zagrożenia – zazwyczaj musiała mieć pole manewru,
ewentualną drogę ucieczki. On związał jej ręce, a jej to wcale nie
przeszkadzało.
Ciekawe.
Nie
zastanawiała się jednak nad tym – nie miała ani czasu, ani głowy do takich
rzeczy. Dłoń dotychczas spoczywająca na torsie mężczyzny przesunęła się w dół,
wsuwając pod jego koszulę. Chwilę kobieta badała palcami jego mięśnie brzucha,
zaraz jednak wymacała świeżą bliznę po ranie zadanej przez Aithne.
Zatrzymując
rękę w tym miejscu, odsunęła nieznacznie łowcę, by móc spojrzeć mu w oczy.
– Nie
przeforsujesz się? – zapytała z udawaną troską, przechylając głowę.
Uśmiechnęła
się wręcz triumfalnie, ale po raz kolejny się z nim droczyła; wiedziała, że
raczej sił mu nie brakowało. Na pewno nie do takich rzeczy.
Gdyby
spojrzenie mogło zabijać... no dobra, nie zabiłoby jej nawet jakby mogło
zabijać, ale w zielonych oczach łowcy pojawiło się wreszcie coś konkretnego,
mianowicie to, co myślał o tej uwadze. A myślał same niepochlebne rzeczy.
– Przekonajmy
się – rzucił całkowicie rozluźnionym, niedbałym tonem, który nie do końca
pasował do tego specyficznego blasku, jaki przed chwilą się w jego wzroku
pojawił.
Zaraz jednak
blask znowu się zmienił, a łowca zamknął Anabde usta sprawdzoną metodą. Kiedy
uznał, że irytacja minęła, przesunął dłońmi wzdłuż jej boków, aż na biodra,
skąd znów zjechał na jej pośladki. Uniósł ją, jedną ręką przytrzymał za plecy,
drugą, jak się upewnił, że nie zsunie się na ziemię, wsunął pod jej bluzkę, by
przypomnieć sobie, jaka była w dotyku jej skóra. Dobrze zapamiętał, dlatego
uśmiechnął się z zadowoleniem.
Zaskoczył ją.
Zaskoczył ją i działał na tyle szybko, że nie dał jej czasu na reakcję.
Zacisnęła
palce na jego karku, by nie zsunąć się w dół pnia; to nie wystarczyło, dla
zachowania równowagi zmuszona była opleść go nogami w biodrach. Nie zdążyła
nawet złapać oddechu, z którym i tak miała już spory problem – ledwie nabierała
powietrze, jakby ciągle go jej brakowało. Objęła go wygodniej za szyję, czując
znajome ciepło w podbrzuszu, które wzrastało wraz z każdym pocałunkiem.
Palce ślizgały
się na guzikach jego koszuli, nie do końca radząc sobie z ich odpinaniem.
Wreszcie poddała się, przesunęła dłoń na jego plecy, przytrzymując go przy
sobie. Nawet gdyby chciał (w co raczej wątpiła), nie mógłby się teraz od niej
odsunąć. Przymknęła oczy, czując, że z tego wszystkiego zaczyna tracić poczucie
rzeczywistości.
Uśmiechnął się
z pewnym rozbawieniem, wprawnie pozbywając się jej bluzki. Nie sądził, że nagle
okaże się taka bezradna i pokonana, ale podobało mu się to. Ten jeden raz mogła
mu dać tę satysfakcję, prawda?
Zauważywszy,
że jego cudowna, aktualnie pomięta jak jasna cholera koszula sprawia
nekromantce pewne problemy, postanowił jej pomóc. Oparł się jedną ręką na pniu
powyżej jej ramienia, drugą natomiast rozbroił guziki. Nie starczyło mu jednak
cierpliwości do zdjęcia z siebie materiału, uznał, że natychmiast musi
poświęcić całą uwagę Anabde.
Tak też
zrobił, uśmiechając się pod nosem, kiedy zaciskała mocniej nogi na jego
biodrach, jakby się bała, że może spaść na ziemię. Nie puściłby jej, to na
pewno, ale z jakiego dokładnie powodu, nie wiedział. Może dlatego, że by mu się
nie opłacało.
Zsunięciem
koszuli z jego ramion zajęła się ona, bardzo zadowolona z tego, że w ogóle jej
to umożliwił. Bo tak lepiej, ta część odzieży była mu zupełnie zbędna, tylko
utrudniała sprawę. Podobało jej się badanie palcami jego mięśni, zwłaszcza
kiedy nie przeszkadzała jej w tym warstwa materiału. Miał przyjemną w dotyku,
ciepłą skórę; w ogóle zrobiło się dziwnie gorąco.
Gdzieś w tle
usłyszała podniesiony głos któregoś z towarzyszy. Natychmiast napięła się,
otwierając oczy i przerywając pocałunek, by zerknąć w stronę ogniska. Nadal tam
siedzieli, nie wyglądało na to, by ktoś wpadł na głupi pomysł ruszenia w tę
stronę. Niemniej jednak ich obecność w pobliżu nie była sprzyjającą
okolicznością. Kobieta zmarszczyła z niepokojem czoło, nasłuchując.
Sheridan
westchnął cicho, zauważywszy jej zdenerwowanie. Nadzwyczaj niechętnie ustąpił,
delikatnie postawił ją na ziemi, złapał za nadgarstek i pociągnął głębiej
między drzewa, żeby ukryć się przed towarzyszami. Małe prawdopodobieństwo, by
ich znaleźli, ale lepiej jak się Anabde nie będzie skupiała cały czas na ich
obecności.
Uznawszy, że
odległość go satysfakcjonuje, zatrzymał się gwałtownie i znów odszukał jej
usta, całując bardziej niecierpliwie niż przed chwilą. Objął ją, przyciągając
do siebie na tyle, by dobrze poczuć ciepło jej ciała, potem zsunął się ustami
do szyi, obojczyków i piersi, bez większych oporów się schylając, by sięgnąć
tak nisko. Gdy znów powracał do warg, przycisnął do siebie jej biodra, kątem
oka szukając jakiegoś wygodnego, odpowiedniego miejsca. Że też się zatrzymali w
środku lasu.
Sapnęła
zaskoczona, gdy postawił ją na ziemi i poprowadził w głąb lasu. Ruszyła za nim
posłusznie, zbyt rozkojarzona, by się buntować; a to aż dziwne, bo
sprzeciwianie się wszystkiemu miała we krwi. Znów nie pozwolił jej na
odzyskanie trzeźwości myślenia, porywając w swoje objęcia – ale może to i
lepiej, że nie miała czasu się zastanawiać. Działanie było dużo ciekawsze.
Straciła
cierpliwość. Teraz, pozbywszy się zmartwienia ewentualnego najścia przez kogoś
z drużyny, poczuła się pewniej – zorientowała się również, jak bardzo go
pragnęła. W tej chwili. I ani minuty później.
Uznała więc,
że najbliżej jest drzewo; pnie w sumie nie były tak niewygodne, jak mogłoby się
wydawać, o czym przekonała się przed chwilą. Postawiła krok do przodu,
delikatnie popychając łowcę na znajdujący się za jego plecami dąb.
Przylgnęła do
mężczyzny całym ciałem, zachłanne rączki zajęły się rozbrajaniem jego paska i
rozporka, podczas gdy usta oddawały pocałunki, od czasu do czasu zjeżdżając
niżej, na jego tors. Gdy już sobie poradziła z jego spodniami, zadecydowała, że
wygodniej będzie, gdy zmienią strony. Już po chwili ona opierała się plecami o
twarde drewno, a on stał przed nią. Na krótką chwilę przerwała pocałunek i
uniosła powieki, by spojrzeć mu w oczy.
Uśmiechała
się.
Odpowiedział
na jej wzrok, również unosząc kącik ust. Trudno orzec, co teraz jego mina
wyrażała, ale z pewnością było to coś pozytywnego, co nie jest raczej u niego
spotykane.
Odgarnął włosy
z jej twarzy, całując skórę tuż pod uchem, potem zsunął się ustami niżej, aż
dotarł do ramienia. W tym czasie zdołał się pozbyć ostatnich elementów jej
garderoby, które były zdecydowanie zbędne. Nie miał ochoty przedłużać, podchody
mu się znudziły.
Ponownie ją
uniósł, z wyczuciem przypierając do pnia i asekurując ramieniem. Nie planował
jej wypuścić z objęć przez dłuższą chwilę, właściwie najchętniej nie
wypuszczałby jej do rana. Ale ta myśl szybko zniknęła, bo co innego było teraz
ważne i o wiele ciekawsze.
Zsunęła mu
spodnie z bioder razem z bielizną, w ten sposób pozbywając się ostatniej części
odzieży, jaka stanowiła dla nich przeszkodę. Drugą dłoń położyła na jego
policzku, unosząc nieznacznie jego twarz, by ich usta znów zamknęły się w
pocałunku. Wplotła palce w ciemnobrązowe włosy mężczyzny, jednocześnie
obejmując go mocno udami. Twarda kora pnia nieco drapała w plecy, ale to akurat
miało w tej chwili najmniejsze znaczenie.
Ciekawe, jak
bardzo będzie musiała powstrzymywać się od głośnych jęków, by nie zwrócić uwagi
zebranych przy ognisku. To było nieco niekomfortowe; miała nadzieję, że jeszcze
będzie miała okazję zupełnie się tym nie przejmować.
Tymczasem
łatwiej jej było, póki pocałunki uniemożliwiały jej krzyk. Skwapliwie z tego
korzystała, nie pozwalając na to, by ich wargi oderwały się od siebie chociaż
na moment. Tylko czasami brakowało jej tchu.
Bawiło go to,
że miał większą samokontrolę od niej. Czasami jednak nawet on nad sobą nie
panował i w sumie cieszył się, że Anabde pilnowała, by jego usta zostały
zajęte.
Rzeczywistość
jednak wreszcie wróciła, co odczuł zimnym powiewem wiatru na spoconych plecach.
Nie chciało mu się iść do tego cholernego obozu, daleko było i w ogóle, ale nie
mogli tu sterczeć całą noc.
Dlatego
zmobilizował się, odsunął się od Anabde, posyłając jej lekki, dość przekorny
uśmiech, raz jeszcze ją pocałował, po czym sięgnął po ubrania, które tu
zostawili. Po część będzie trzeba zawrócić w okolice ich pierwszego stanowiska,
trudno.
Z pewnym
rozbawieniem zorientował się, że w kieszeni nadal ma drugą połówkę jabłka. Jak
to dobrze, że owoc się nie rozkwasił, miło z jego strony. Oby gniada nie
pogardziła poczęstunkiem, kiedy go jej w końcu dostarczy.
Jej
pozbieranie się zajęło nieco dłużej. Jeszcze kilka chwil stała oparta o pień
drzewa, z odchyloną głową i przymkniętymi oczami, usiłując odzyskać regularność
oddechu oraz równe tempo bicia serca. Teraz na pewno nie była spięta,
wspomnienie przyjemności rozchodziło się po wszystkich komórkach jej ciała,
sprawiając, że czuła się zwyczajnie błogo.
Wreszcie
jednak zmobilizowała się do ruszenia, głównie za sprawą chłodu, który
przyprawił ją o gęsią skórkę. Ubrała się pospiesznie w to, co akurat było pod
ręką; zerknęła przez ramię na łowcę i ruszyła w stronę ich poprzedniego
stanowiska, by tam odnaleźć resztę garderoby.
Wciągnęła
bluzkę przez głowę, mniej więcej ją wygładziła, doprowadziła do porządku
skołtunione włosy i uznała, że chyba pora wracać do reszty brygady.
– Nie
przeforsowałeś się – uznała ugodowo, zerkając na Sheridana.
Jej oczy nadal
błyszczały, z ust nie schodził lekki uśmiech, który teraz nabrał złośliwego
charakteru.
– Wezmę tę
opinię do serca – zapewnił łowca, przenosząc na nią niejako rozbawione
spojrzenie.
Tradycyjnie
wcisnął ręce do kieszeni, westchnął sobie, przymykając oczy, i tak w ciszy
wrócili do obozu, by odkryć, że jako jedyni pozostawali jeszcze na nogach.
Sheridan
przyjrzał się śpiącym z pewnym rozbawieniem, zaraz dostrzegając siedzącego przy
ognisku Erriana. Mag miał całkowicie nieobecną minę, chyba nawet ich nie
zauważył.
– Coś ci ta
warta nie idzie – rzucił, chcąc sprawdzić, czy chłopak zasnął.
– Nie będę
wszczynał alarmu z waszego powodu – stwierdził, nawet na łowcę nie spojrzawszy.
– Przymknij mordę i oboje idźcie spać. Ai obudzi cię potem na zmianę warty na
twoją – dodał jeszcze do Sheridana.
– Często
zdrabniasz jej imię – mruknął do siebie łowca, ruszając po koc, z którego dałoby
się zrobić posłanie.
– Dobranoc –
pożyczył im tak samo obojętnie Errian, jakby nie usłyszał tej uwagi.
A raczej
usłyszał.
Anabde
zatrzymała się nad biednym zmarnowanym Errianem i przyjrzała mu się uważniej.
Miał nieco opuchnięty policzek, ale po jego minie wyrażającej skrajne
nieszczęście poznała, że lepiej nie pytać o przyczynę.
Pokiwała głową
do swoich myśli, do których uwaga łowcy pasowała idealnie, aż uśmiechnęła się
na jego słowa.
– Dobranoc –
powiedziała w końcu, po czym zabrała wcześniej przygotowany koc i ruszyła w
stronę Aithne, by położyć się koło niej.
Sen przyszedł
dość szybko, a co jej się śniło, to już jej własna sprawa.
Jakże dobrze
się spało! Tak ciepło, miękko, wygodnie, no, ogółem dobrze. Nie miała ochoty
jeszcze wstawać, mogłaby tak śnić o niczym do końca świata. A tu proszę, zawsze
znajdzie się ktoś, kto ją obudzi. Przynajmniej spróbuje. Zwykle, niestety,
skutecznie, czego Ariene nienawidziła.
Drżyjcie,
narody, oto nadszedł poranek, a panienka Tenshi wstaje.
Otworzyła
oczy, kiedy na jej policzek skapnęło kilka kropel zimnej wody. Co jest, deszcz?
Nie zgadza się, jaki deszcz? Zmarszczyła czoło i uniosła trochę głowę, dokoła
rozniósł się charakterystyczny syk.
Ona już jednak
nie zwracała na otoczenie uwagi, bo zorientowała się, z czego też zrobiła sobie
poduszkę i czemu było tak ciepło, miękko oraz wygodnie. Z kogo, właściwie.
– Kurwa mać –
wyraziła swoją radość, pospiesznie wyplątując ręce spod ramienia Cadora. –
Kurwa, kurwa, skurwiona mać – powtórzyła, siadając jak poparzona i połamana
jednocześnie.
Pewnie
zdrętwiała mu ta cała ręka. Pewnie by się tym zmartwiła, gdyby nie była taka
zaspana i wściekła.
Przetarła oczy
i popatrzyła prosto na obserwującego ją z pewnym zainteresowaniem Sheridana,
który chwilę temu zgasił ognisko i trochę ją ochlapał przytarganą wodą. Czyli
przyczynił się do końca świata.
– Czego się,
kurwa, gapisz? – warknęła grzecznie. – Nie widziałeś zaspanego, kurwa,
człowieka? Wypierdalaj – poprosiła uprzejmie.
Sheridan
uśmiechnął się pod nosem, pamiętając, jaka to panna Tenshi jest rano radosna i
przyjemna, dlatego dla własnego bezpieczeństwa odsunął się od dymiącego drewna i
przeszedł w bok, wcisnąwszy ręce do kieszeni.
Ariene jeszcze
nie skończyła.
– I co sobie
niby myślisz, co? – fuknęła za nim, chcąc zgarnąć z pewnością potargane włosy
na plecy.
Wtedy też
odkryła, że nadal są zaplecione w warkocz. Rano nic nie poprawiało jej humoru,
dlatego to także go pogorszyło.
– Ja pierdolę,
na chuj to zrobiłam? – przeniosła złość na nieszczęsną fryzurę.
Cadora obudził
przeraźliwy syk tuż przy uchu; poderwał się gwałtownie, przekonany, że albo to
jakiś wąż, albo ogromne niebezpieczeństwo. Co do tego drugiego to bardzo się
nie pomylił.
Usiadł i
skrzywił się brzydko, ponieważ tego typu pobudki nie należały do
najprzyjemniejszych – jeszcze gorzej, gdy okazuje się, że żadnego zagrożenia
nie ma.
Przetarł
zaspane oczy i spojrzał bez zrozumienia na Ariene; nikt go nie uprzedził, że to
taka wiedźma z rana, więc póki co był radośnie nieświadomy.
– Co jest? –
zapytał, przekonany, że coś musiało być powodem tak dziwnego zachowania
brunetki.
– Gówno, nie
widać? – warknęła na niego, prychnąwszy głośno. – Masz jakiś problem,
przepraszam? – dodała wściekła.
Złość
narastała przez świadomość, jak też się Ariene wygodnie w nocy umościła, a już
najgorzej było na Cadora spojrzeć. To dobrze, że się nie rumieniła nigdy!
Prawda? Jasne, że nie, kurczę, to tylko subtelny rumieniec złości. Bardzo
subtelny, całe szczęście.
– Idź ty się
już lepiej umyć, zanim kogoś zabijesz – westchnął ze swojego miejsca Sheridan i
ugryzł jabłko, które znalazł w czyimś bagażu.
– Udław się,
ty bezużyteczny Przeklęty – zwróciła się do pana łowcy, mordując go
spojrzeniem.
Sheridan
uśmiechnął się pod nosem, nie komentując. Kiedy podróżowali do Perrianu, szybko
się przekonali, jaka to Ariene rano jest cudowna, i wtedy nawet Aithne starała
się schodzić jej z drogi z uwagi na własne zdrowie.
Cador
przechylił głowę, przypatrując jej się jak ciekawemu okazowi na wystawie. Co
też jej się stało? Nie wierzył, żeby aż tak zdenerwował ją fakt przytulenia się
do niego w nocy. Zachowywała się, jakby ją coś ugryzło, na dodatek coś ze
wścieklizną.
Zorientował
się jednak, że najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji będzie zachowanie
milczenia; tak też uczynił, zerknął tylko w stronę łowcy pytająco, jakby szukał
u niego wyjaśnienia.
Anabde
warknęła pod nosem, przewracając się na drugi bok. Zatkanie uszu dłońmi nie
poskutkowało, nadal dobiegało ją wściekłe syczenie Ariene. W końcu dała za
wygraną i przyznała sama przed sobą, że koniec spania; niechętnie podniosła się
do pozycji siedzącej i zaczesała do tyłu gęste włosy, które poleciały jej na
twarz.
Uniosła głowę,
posyłając wiedźmie mordercze spojrzenie – miała jednak nienajgorszy humor, więc
postanowiła tym razem ustąpić i nie wszczynać kłótni z brunetką. Chociaż tak
nieprzyjemną pobudkę miała jej za złe, zwłaszcza że nie zdążyła wypocząć po
intensywnym dniu i równie ciekawej nocy.
Na jej
wspomnienie uśmiechnęła się lekko. Przeciągnęła się z cichym pomrukiem,
wyginając ciało w łuk, zadrapania na plecach dały o sobie znać, ale nie
zwróciła na to uwagi. Zerknęła na nadal śpiących Erriana i Aithne, uśmiechając
się z rozczuleniem.
Sheridan
wzruszył niedbale ramionami w odpowiedzi na spojrzenie Cadora, uśmiechnąwszy
się kpiąco pod nosem, by skomentować zachowanie kochanej wiedźmy.
Cholernie go
to śmieszyło, jaka była zołza rano, a w ciągu dnia do rany przyłóż, ciekawe,
która ta strona jest prawdziwa. W sumie nieważne.
– Pozwól, że
nie ustosunkuję się do polecenia, panienko – rzucił z kpiną, unosząc brew.
Tak, no cóż,
świadomość szlacheckiego pochodzenia Ariene dawała mu duże pole do popisu w
dręczeniu wiedźmy. Kogoś trzeba było, a tak męczyć tylko rude to dziwnie. Tak
monotematycznie.
– Wsadź sobie
tę panienkę w dupę, kurwa – poprosiła radośnie Ariene, zasztyletowawszy
Sheridana wzrokiem.
Podniosła się
z rozmachem, rzucając jeszcze kilkoma kurwami, dupami oraz paroma chujami (cóż
za piękny zestaw), po czym skierowała się w stronę, gdzie podobno płynął
radośnie strumyczek. Miała dość całego świata, a to dopiero ranek!
Jeszcze na
dodatek się potknęła i podeptała Erriana, cudownie. Warknęła, odzyskała równowagę
i rzuciła magowi przez ramię bardzo złe spojrzenie.
– Przepraszam
– rzuciła takim tonem, jakby tym słowem zamierzała przebić biedakowi pierś na
wylot i ogółem powiesić go na drzewie.
Errian odważył
się tylko stęknąć, kiedy zgrabna stópka Ariene spróbowała wycisnąć mu żołądek
gardłem. Instynkt samozachowawczy jednak jeszcze posiadał, dlatego resztę
dramatu przemilczał, czekając albo na cios, albo na ułaskawienie. Ponieważ
wiedźma niedługo potem oddaliła się, chyba oznaczało to ułaskawienie.
– Silthe, kiedy
ja tak nagrzeszyłem? – westchnął, siadając na ziemi i krzywiąc się wymownie.
Rozejrzał się
dokoła, sprawdzając, kto wstał i co się dzieje, a kiedy jego wzrok padł na
Aithne, na chwilę znieruchomiał, jakby zapomniał o całym świecie. Dopiero kiedy
poczuł, że się uśmiechnął, szybko odwrócił spojrzenie.
Gdy Ariene
znalazła się w bezpiecznej odległości, Cador odczekał jeszcze chwilę, po czym
przeniósł na towarzyszy pełne niezrozumienia spojrzenie.
– A tej co? –
zapytał, kierując pytanie do ogółu, a nuż ktoś odpowie.
Anabde zebrała
włosy w koński ogon i zawiązała je niedawno odnalezioną wstążką, bo zachowywały
się tego ranka wyjątkowo niesfornie. Odgarnęła za ucho kosmyk, który uciekł
spod upięcia, po czym posłała obrońcy krzywy uśmiech.
– To u niej normalne
rano – odparła, posyłając w ślad za kobietą pełne rozbawienia spojrzenie.
Obrońca
pokiwał głową, starając się zrozumieć. Przychodziło mu to jednak z trudem;
Ariene była zaskakująca, to prawda, ale żeby mieć aż takie wahania nastrojów?
– To nie jest
normalne – zawyrokował wreszcie.
– Jak się
umyje, to jej przejdzie – dodał Errian, wzdychając ostrożnie, bo nie był
pewien, czy wnętrznościom to bardziej nie zaszkodzi. – Jeśli jesteś gotów
zaryzykować pytanie o to, dlaczego jest rano potworem, droga wolna – uznał
rozbawiony, podnosząc się z miejsca.
– Budź ktoś
rude rozczochrane i ruszajmy, rodzice się za swoim synkiem stęsknili – wtrącił
niejako znudzony Sheridan, kończąc jedzenie jabłka.
– Bez
wzajemności – odparł synek, zerknąwszy krótko na łowcę, potem natomiast
przeniósł wyczekujące spojrzenie na Anabde.
Przecież on
nie będzie jej budził, prawda?
– Jakoś się
obejdę bez tej wiedzy – mruknął pod nosem obrońca.
Życie było mu
miłe, nie zgłupiał jeszcze na tyle, by ryzykować śmierć z rąk uroczej wiedźmy.
Westchnął zrezygnowany, po czym podniósł się i zaczął składać swoje posłanie.
Anabde
odpowiedziała na spojrzenie Erriana, wyczytując w nim niemą prośbę. Chwilę nie
reagowała, jakby rozważała ewentualne korzyści i straty, ale wreszcie kiwnęła lekko
głową.
Obróciła się w
stronę Aithne i przyjrzała jej uważnie; uśmiech, który zatańczył na wargach
nekromantki, można było odebrać jako czuły.
Była taka nie
problematyczna, kiedy spała. Naprawdę rozsądnie jest ją budzić?
– Aithne,
pobudka – szepnęła, kładąc ostrożnie dłoń na ramieniu dziewczyny.
Potrząsnęła
nią z wyczuciem, w duchu modląc się, by upadła nie zerwała się gwałtownie i nie
przywaliła jej z bańki. To się zdarzało.
Aithne
mruknęła coś pod nosem, próbując się uwolnić od rączki Anabde nie do końca
zdecydowanym ruchem. Skrzywiła się i obróciła się do przyjaciółki plecami,
mamrocząc coś, co brzmiało jak „nie dotykaj mnie, łachudro”. Powodzenia w
budzeniu, generalnie.
Aczkolwiek
pewna łachudra postanowiła się taktycznie wycofać, by żadne podejrzenia na nią
nie padły przypadkiem.
Po chwili
walki ze śpiącą kamiennym snem Aithne na pomoc przybyła Faryale. Siwa klacz
przemierzyła dostojnym krokiem skromne obozowisko, zręcznie lawirując między
rozrzuconymi rzeczami, aż wreszcie podeszła do swojej przyjaciółki. Pochyliła
łeb nad rozczochraną, rudą głową, parsknęła głośno, po czym skubnęła ją
wargami.
Ai, mruknęła z pewnym rozbawieniem,
nastawiając uszy.
– Mówiłam, nie
dotykaj mnie… – zaczęła zdenerwowana Aithne, już wyraźniej niż przed chwilą.
Życie i honor
uratowała jej Faryale, która raczyła głośno parsknąć, zagłuszając ostatnie
słowa upadłej. Tak, panna Dorrien nie powinna spać zbyt głębokim snem.
Aż się Aithne
zerwała, siadając gwałtownie, nikogo jednak swoją główką cudowną nie
znokautowała. Sapnęła przestraszona i popatrzyła przerażona na klacz; siwa
właśnie spoglądała z milczącym wyrzutem na zbierającego koce Erriana, jakby
chciała na nim coś konkretnego wymusić.
Nie, nie palnęłaś niczego głupiego,
uspokoiła przyjaciółkę, nie zerknąwszy na nią nawet.
– To dobrze.
Zresztą co by to niby miało być, phi – prychnęła zdenerwowana, dopiero teraz
zauważywszy Anabde. – O, hej.
Nic, doprawdy, zupełnie nic, zgodziła
się grzecznie Faryale.
– Miałaś nie
komentować, konino – warknęła na nią upadła.
W odpowiedzi
Anabde tylko uśmiechnęła się lekko, przerzucając spojrzenie z rudej na Faryale
i odwrotnie. Zmarszczyła czoło, zauważywszy, że Aithne niemalże powiedziała
coś, co nie powinno trafić do niczyich uszu – zastanowiło ją, cóż mogłoby to
być.
Podążyła za
spojrzeniem klaczy, natrafiając tym samym na krzątającego się Erriana; to
odkrycie sprawiło, że zaśmiała się w duchu. No tak, upadła taka stara, a takie
dziecko.
Dobrze, że nie
wiedziała o pewnych rzeczach. Nie dałaby jej spokoju.
Jak zwykle
Anabde zachowała wszystkie przemyślenia dla siebie, spokojnie rozpoczynając
ogarnianie miejsca noclegu. Złożyła koc, uporządkowała tobołki, zabrała się za
przygotowywanie i rozdzielanie prowiantu na śniadanie.
A gdy wszyscy
zajęli się sobą i skupili na sprzątaniu obozu, sięgnęła do swojej torby
podróżnej i wyjęła z niej małą apteczkę. Otworzyła ją i zaczęła grzebać w
zawartości, wreszcie znajdując to, na co polowała. Wzięła szczyptę
sproszkowanej rośliny silphium, dodała kilka ziaren dzikiej marchwi i to
wsypała do swojej manierki z wodą, mieszając dłuższą chwilę jej zawartość.
Gdy upewniła
się, że składniki zostały rozpuszczone, wzięła kilka solidnych łyków
sporządzonego napoju i otarła usta wierzchem dłoni.
Cador zebrał
od wszystkich koce i ułożył je koło siodeł, tam również przeniósł niepotrzebne
tobołki oraz inne bagaże. Otrzepał ręce z kurzu, rozejrzał się dookoła, po czym
uznał, że właściwie nie ma nic więcej do roboty.
– Pomóc ci z
tym? – zapytał, podchodząc do Anabde.
Skinieniem
głowy wskazał prowiant, jeszcze nie rozdzielony na porcje.
Rudowłosa
drgnęła i szybko schowała apteczkę, zaraz jednak zganiła się za nerwową
reakcję, bo przecież jak Cador mógłby się domyślić, co wypiła? Nie mógłby. Jest
mężczyzną.
Uśmiechnęła
się więc bez przekonania, odsuwając od siebie torbę i wracając do rozdzielania
jedzenia.
– Dam sobie
radę – zapewniła.
I faktycznie
dała, po chwili rozdała każdemu jego przydział, zostawiając jeszcze jedną
porcję dla nieobecnej Ariene.
Wiedźma przyszła
niedługo potem, włosy miała już związane w wysoką kitkę, a na twarzy malował
się radosny, szczery uśmiech. Podziękowała pogodnie Anabde za przygotowanie
skromnego śniadania i zajęła się jedzeniem, wyraźnie zadowolona z życia.
– Ominęło mnie
poranne piekło? – zamruczała pod nosem Aithne, łypnąwszy na Ariene nie do końca
przychylnie.
Dziś była wyjątkowo wściekła, doniosła
uprzejmie Faryale.
Upadła
popatrzyła na klacz zainteresowana, podając jej jabłko. Tym samym na odpowiedź
musiała poczekać, bo siwa najpierw przeżuła jedzenie, co zawsze dziewczynę
niezwykle irytowało.
To chyba przez to, że przespała się na twoim
obrońcy, dodała, bardzo bezczelna i boleśnie szczera, nastawiając uszy.
– No co ty?! –
zawołała oszołomiona Aithne i spojrzała najpierw na Ariene, potem na Cadora. –
Ale jaja.
Faryale
westchnęła ciężko, jakby myślała sobie: „jak to dobrze, że wiesz tylko o tym”.
Potem natomiast sama ugryzła trzymaną przez upadłą bułkę, częstując się bez
pytania.
Nie emocjonuj się tak, wczoraj też byłaś
niegrzeczna, nie wytrzymała i wytknęła przyjaciółce, zauważywszy złośliwy
blask w granatowych oczach.
– To nie była
moja wina – oburzyła się zaraz Aithne.
Jasne, broniłaś się rękoma i nogami,
przytaknęła niejako rozbawiona klacz, parsknąwszy głośno.
– Zostałam
wzięta z zaskoczenia – warknęła zdenerwowana.
Faryale
zarżała, co niepokojąco przypominało serdeczny śmiech. Biedna Aithne zrobiła
zdumioną minę, nie rozumiejąc, co też klacz tak rozśmieszyło.
– Nienawidzę
cię – wyznała jej więc.
Errian odniósł
wrażenie, że jest obgadywany. Skąd mu się to wzięło, nie pytajcie, ale chłopak
miał przeczucie.
Uniósł wzrok
na Aithne i Faryale, przekrzywiając głowę. Śmiesznie to wyglądało, kiedy upadła
mówiła do powietrza, jednak wierzył, że klacz jej odpowiada. Jakim cudem
inaczej naprawdę brzmiałyby wypowiedzi dziewczyny jak wyrwane z kontekstu?
Tylko nie podobało mu się, co też takiego tam Aithne mamrotała.
– Jak
przekupki – postanowił dać upust swojej irytacji i zajął się śniadaniem,
decydując się te małpy ignorować.
Silthe, kiedy
zaczął traktować tego konia jako członka wyprawy? Słowa z nim nie zamienił!
Znaczy, kurczę. Zmarszczył czoło i skupił się na swojej bułce.
– Przerąbane –
pocieszył go Sheridan, siadając sobie nieopodal biednego maga.
– Jak
przyszedłeś mnie nękać, to sobie już idź – zaproponował Errian, łypnąwszy na
łowcę bardzo złym wzrokiem.
Najpierw
Ariene i Cador, a teraz cyniczny, samolubny gbur? O nie, nie z panem Souenem te
numery.
– Twoje
riposty wbijają mnie w ziemię – skwitował Przeklęty, zajmując się kolejnym
podwędzonym jabłkiem.
Niespodziewanie
odkrył swoją sympatię do tych owoców, były całkiem smaczne.
Dobra, tego
było za wiele. Obrońca śledził wzrokiem Ariene, od kiedy wróciła znad wody i
nie mógł pojąć, co się stało. Jakim, kurwa, cudem?! Przed chwilą pluła jadem, a
teraz roztaczała wokół siebie aurę radości i optymizmu.
Mężczyzna
założył rękę za głowę i zerknął ukradkiem w stronę, z której przyszła; może ten
płynący nieopodal strumyczek był magiczny, hm?
– O, Ariene,
gdzieś się podziewała? – zapytał, udając prawdziwe zdziwienie.
Kto nie
zrozumiał, zaraz przekonał się, o co chodziło obrońcy.
– Rano obóz
nawiedziła taka paskudna wiedźma, ale już sobie poszła. Straszna była – dodał,
szczerząc ząbki w przekornym uśmiechu.
Gdy Ariene
wróciła, Anabde szybko zabrała swoje rzeczy i wstała, uznając, że teraz jej
kolej na mycie. Nic nie powiedziała, nawet na nikogo nie spojrzała, od razu
ruszyła w stronę strumyczka. A jedzeniem zajmie się później.
Ariene
prychnęła z pewną irytacją i spojrzała na Cadora, marszcząc czoło. No wiecie
co, bezczelny. Zaraz jednak zaśmiała się cicho, co musiało naprawdę dziwnie
wyglądać.
– Spadaj –
poprosiła rozbawiona i rzuciła w niego kawałkiem bułki.
Potem, nadal
uśmiechnięta, dokończyła swoje śniadanie, rozglądając się dokoła, by
skontrolować stan przygotowań przed wyruszeniem. Poradzili sobie bez niej, to
dobrze.
Cador spojrzał
na leżący nieopodal niego kawałek bułki, przekrzywiając zabawnie głowę.
– Marnujesz
jedzenie, zła kobieto – uznał wreszcie, pałaszując własny przydział pieczywa.
Aithne
zachichotała i położyła się na ściółce, kładąc głowę między przednimi nogami
Faryale. Bardzo jej poprawiła humor ta krótka scenka między wiedźmą i obrońcą,
zwłaszcza kiedy pamiętała, co też klacz chwilę temu powiedziała. Nie żeby była
wredna i paskudna, ale przyjemniej się pastwiło nad kimś innym w myślach niż
nad sobą.
Jeśli chcesz, mogę cię dobić tak, że nie
odezwiesz się do mnie przez tydzień, ostrzegła Faryale, uznawszy, że Aithne
to ostatnia powinna wyśmiewać Ariene i Cadora.
Zwłaszcza za
bardzo zdrowe, racjonalne oznaki przyjaźni.
– Doprawdy? –
Zachichotała znowu upadła.
Faryale
zastrzygła uszami, opuściła łeb, parsknęła przyjaciółce w twarz, po czym
ostrożnie nad nią przestąpiła, ruszając przez obóz. Aithne aż usiadła,
przyglądając się, dokąd też klacz wędrowała, w jej oczach pojawił się niepokój.
– Zdrajczyni –
syknęła tylko, kiedy Faryale zatrzymała się przy Errianie i szturchnęła
delikatnie jego policzek pyskiem. – Przeklęta, zdradziecka konina.
Klacz
parsknęła triumfalnie, przymrużając oczy.
Mag spojrzał
na swoją niespodziewaną towarzyszkę ze zdumieniem, uniósłszy wysoko brwi.
Niepewnie pogłaskał wierzchowca Aithne po pysku, jakby się bał, że mu zwierzak
dłoń odgryzie. Podobno jaki pan, taki kram, ostrożności nigdy za wiele.
– Eee, dzień
dobry – przywitał się niepewnie, przenosząc zdezorientowany wzrok na wściekłą
upadłą.
Widząc, że to
nie był dobry pomysł, znów przyjrzał się Faryale. Odniósł dziwne wrażenie, że
został przez klacz bezczelnie wykorzystany, ale ostatecznie mogło mu się tylko
wydawać. W końcu to koń… prawda? Nie mógł snuć planów oraz intryg.
Aithne
warknęła na Erriana, jednak jakoś bez przekonania, co jeszcze bardziej ją
zdenerwowało. Podciągnęła pod siebie nogi i oplotła je ramionami, odwracając
głowę, byle tylko nie widzieć swojej klaczy i tego palanta.
Palanta. Bo
był skończonym kretynem, skończonym palantem, nienawidziła go. Powinna go
zabić.
I co, Ai?, rzuciła rozbawiona Faryale,
nadal nie odsunąwszy się od Erriana.
Upadła
dzielnie milczała, udając, że siwa się do niej nie odezwała.
Och, no przestań. Czekaj, ta rączka cię
chyba dotykała, prawda?, ciągnęła bezlitośnie jej przyjaciółka, sięgnąwszy
pyskiem do dłoni młodego maga.
Skubnęła ją
wargami, nie odrywając wzroku od rozjuszonej, bardzo zbolałej Aithne.
Sadystyczna ta
przyjaźń, ale co poradzić, kiedy jedynym sposobem zmuszenia dziewczyny do
przyznania się przed samą sobą do różnych uczuć było doprowadzenie jej na skraj
wytrzymałości.
Coś jeszcze chyba dotykało, co? Tylko nie
sięgnę z tej pozycji, ale obie dobrze wiemy, o co chodzi, prawda?, rzuciła
i zarżała cicho, co brzmiało jak chichot.
Nadal uparta
cisza, jedynie coś zazgrzytało. Najpewniej ząbki Aithne.
Och, daj spokój. Jest miły, zawyrokowała
Faryale, która wreszcie zwróciła uwagę na głaskającą ją rękę. I ma ciepłe dłonie.
Upadła
gwałtownie drgnęła, napięła ramiona, a potem uniosła łapkę, obrazując jednym z
palców, co też myśli o całym tym znęcaniu się nad nią.
Ariene, która
obserwowała scenę znad niedokończonej bułki, przekrzywiła głowę, usilnie
próbując pojąć, co się działo. Wreszcie westchnęła, wydęła usta i zjadła
ostatni kawałek jedzenia, uznawszy, że chyba nie odtworzy całej rozmowy, czy
raczej – monologu, jaki musiał właśnie mieć miejsce.
Cador otrzepał
koszulę z okruszków i sięgnął po bukłak z wodą. Jego uwagę zwrócił nieprzyjemny
dla ucha dźwięk zgrzytania zębami; najpierw skrzywił się, a później
zainteresował jego źródłem, przenosząc błyszczące ciekawością spojrzenie na
Aithne.
Silthe, znowu
rozmawiała z koniem. A co zabawniejsze, chyba przegrywała dyskusję.
Obrońca
wzniósł oczy ku niebu, w myślach błagając stwórcę, by jakoś go dopomógł i
zesłał na upadłą odrobinę zdrowego rozsądku. I trochę ją, generalnie, ogarnął,
bo ciężka sprawa z tą rudą.
Sheridan
skończył swoją połówkę jabłka, podniósł się z ziemi i ruszył do pasących się
koni, uznawszy, że czas już zebrać się do odjazdu. Zerknął krótko w stronę
strumyka, nad który poszła Anabde, zastanowiwszy się optymistycznie, czy
nekromantka się utopiła, skoro nadal nie wróciła. Potem sięgnął po sprzęt
gniadej i zabrał się do siodłania wierzchowca, podarowawszy jej kawałek owocu.
Errian
odprowadził łowcę wzrokiem, trochę bezwiednie głaszcząc wiszącą nad nim
Faryale. Nie wiedział, o co też klaczy chodziło, jednak nie zamierzał się od
niej specjalnie opędzać, póki nie gryzła, mogła stać.
– To właściwie
dobry pomysł – skomentował poczynania Sheridana, uśmiechając się do
pozostałych. – Albo i nie, szybciej będę w domu – westchnął po chwili,
markotniejąc.
I tak źle, i
tak niedobrze!
– Nie marudź,
nie będzie tak strasznie – spróbowała pocieszyć młodego maga Ariene, także się
podnosząc.
Zainicjowane
przez łowcę działania zmobilizowały ją do aktywniejszych przygotowań przed
wyjazdem, dlatego dziarsko otrzepała spodnie ze ściółki, uśmiechając się do
Erriana.
– Jasne, mów
tak dalej – rzuciła Aithne, najwyraźniej przetrawiwszy już swoją spektakularną
klęskę na płaszczyźnie relacji z Faryale. – Jak oni go przez Perrian do domu
ściągali, to nie wiem, jak rodzinne powitania u nich wyglądają – dodała,
wywracając oczami.
– Tak czy siak
artefakt musimy oddać, bo kasy bez niego nie dostaniemy – skwitowała bardziej
rzeczowo wiedźma, uśmiechnąwszy się z rozbawieniem pod nosem.
To ostatecznie
przekonało Aithne do ruszenia swojej osoby z ziemi i podejścia do zdradzieckiej
koniny. Chwilę przed chwyceniem grzywy Faryale zawahała się jednak i popatrzyła
na Erriana w zamyśleniu.
– Zamienimy
się? – palnęła. – Wezmę twojego ogiera, a ty moją głupią szkapę.
Faryale
parsknęła niezadowolona i odstąpiła wreszcie od maga, bez zaproszenia ruszając
do rzuconego na ziemię siodła. Srebrnawy ogon przeciął ze świstem powietrze, co
Aithne skwitowała triumfalnym uśmiechem.
Prawdopodobnie
nikt nawet nie zauważyłby jej powrotu znad strumyka, gdyby nie podenerwowany
Lantano.
Wszystkich
siodłali, a on biedny bez pańci został. Stres związany z nagłą samotnością
sprawił, że na widok Anabde ogier zarżał głośno, po czym zaczął się szarpać,
usiłując podejść do pańci choćby i z tym drzewem, do którego był zamocowany
koniowiąz.
– Lantano! –
krzyknęła ze złością nekromantka, przymrużając groźnie oczy.
Ruszyła w jego
stronę szybkim krokiem i stanęła bezpośrednio przed koniem. Szalejąca,
półtonowa kupa mięśni wypełniona po brzegi hormonami, dziki i krnąbrny ogier.
Wymachiwał przednimi nogami, bo akurat stanął dęba – każdy normalny spieprzyłby
gdzie pieprz rośnie.
Anabde warknęła
i uniosła ostrzegawczo dłoń, nawet nie drgnąwszy, gdy koło jej ramienia
świsnęły wyszczerzone zęby.
– Tylko
spróbuj – ostrzegła go niskim głosem.
Ogier postawił
uszy i spojrzał na rudowłosą; w następnej sekundzie już stał spokojnie na
czterech nogach, opuszczając przepraszająco łeb. Pod naporem jej poirytowanego
spojrzenia jakby się skurczył; szturchnął ją pyskiem, usiłując poprawić jej
humor. Kobieta uśmiechnęła się pod nosem z satysfakcją, po czym pogłaskała
ogiera po umięśnionej szyi.
– Zachowuj
się, głupku – poprosiła go jeszcze, nim zaczęła siodłać.
Cador
przypatrywał się całej sytuacji z niejakim rozbawieniem. Podszedł do spokojnie
przeżuwającego trawę izabelka i rozczochrał mu grzywkę, uśmiechając się lekko.
– Dobrze, że
ty jesteś normalny, koniu – mruknął do swojego pupilka, sięgając po siodło.
Zarzucił na
grzbiet konia pad, na którym to siodło zaraz wylądowało. Jednocześnie oddał się
ciekawym przemyśleniom, gdy wreszcie dotarł do pewnej konkluzji.
– No tak, w
końcu jaki pan, taki kram – uznał bardzo zadowolony z siebie, unosząc kąciki
ust.
Ariene słysząc
ten komentarz obrońcy, najpierw popatrzyła na niego szczerze zdumiona, potem
przeanalizowała to, co mówił, po czym parsknęła serdecznym, trochę zbyt głośnym
śmiechem, dlatego też zasłoniła usta dłonią. Jutrzenka zastrzygła uszami,
zainteresowana zachowaniem swojej właścicielki.
– O Silthe, z
kim ja pracuję – wydusiła wiedźma i zachichotała niekontrolowanie, poprawiając
pasek policzkowy klaczy. – Nie wierć się chwilę, skarbie – dodała, podnosząc
tobołek i mocując go rzemieniami do siodła.
Jutrzenka
parsknęła zdegustowana, ale dostosowała się do polecenia Ariene, zwiesiwszy
potulnie łeb.
Aithne
zamachała wyrzuconymi ze strzemion nogami, górując nad zebranymi z grzbietu
Faryale. Dziwnym trafem Errian nie wyraził chęci dokonania wymiany
wierzchowców, dlatego też była skazana na swoją wredną małpę.
– Guzdrzecie
się – oznajmiła znudzonym głosem i odchyliła się tak, że teraz patrzyła na
stojący na głowie świat, jej poplątane włosy zamiotły zad klaczy.
Bierz te kudły, nie znoszę, kiedy łaskoczesz
mnie w słabiznę, warknęła nadal urażona Faryale i znacząco wykopała tylną
nogą.
– A tam,
marudzisz. Jak ty mnie dręczysz, to w porządku – skwitowała niezrażona Aithne,
pacnąwszy przyjaciółkę po boku.
Mam do tego pełne prawo, jestem od ciebie
kilkukrotnie starsza, prychnęła klacz, tuląc ze złością uszy.
– Stara
babinka z ciebie, ot! – zawyrokowała zatem upadła.
Powiedziało dziewczę z wiekiem i ćwiartką na
karku. Z czego pewien uroczy młodzieniec ma chyba tylko ćwiartkę, o ile się
orientuję, przypomniała lojalnie Faryale, a jej oczy rozbłysły triumfalnie.
Aithne
spochmurniała, zmarszczywszy czoło.
– Idź mi.
Sheridan
westchnął jak męczennik i pogładził czoło swojej kochanej, grzecznej
gniadoszki, tym samym dziękując jej za tak miłą współpracę.
Za żadne
skarby by tej klaczy nie wymienił, a już zwłaszcza jak patrzył na niektóre
stojące tu potworki. I niekoniecznie miał na myśli tylko konie.
– Nie martw
się, ten cyrk niedługo się skończy – pocieszył najwierniejszą towarzyszkę,
podciągając popręg.
Gniada
parsknęła i szturchnęła go przyjacielsko w łokieć, podczas gdy łowca wsuwał
stopę w strzemię. Chwilę potem usiadł wygodnie w siodle, omiatając otoczenie
uważnym spojrzeniem. Doszedłszy do wniosku, że wszystko jest w porządku,
zawiesił wzrok w bliżej nieokreślonym punkcie przed sobą.
Errian na
chwilę zapomniał, że siodła swojego ogiera, kiedy obserwował poczynania Aithne.
To jest słuchał jej natchnionych wypowiedzi, z których próbował wyłapać
jakikolwiek sens.
Przeniósł
wzrok na Faryale, znowu na upadłą, przekrzywił głowę, po czym dostał w zęby
pyskiem zniecierpliwionego karego. Stęknął, przytrzymując się wodzy, żeby
ustać.
– Nie bądź
paskudny, Koral – poprosił z pewną irytacją i poklepał wierzchowca po szyi. –
Masz – dodał, wpychając mu do pyska kawałek jabłka, które zostało jeszcze ze
śniadania.
Ogier
wspaniałomyślnie zaprzestał dręczenia właściciela, pozwalając mu na siebie
wsiąść.
Pozostałe
konie również zostały osiodłane stosunkowo szybko i już po chwili wszyscy
podróżnicy siedzieli w siodłach. Anabde poklepała Lantano po szyi, rozglądając
się uważnie po obozie, by upewnić się, że o niczym nie zapomnieli. Wyglądało na
to, że nie.
Obejrzała się
na towarzyszy, po czym bez słowa ruszyła przodem, jak zwykle uznając paplanie
oczywistości za zbędne (jak na przykład „no to ruszamy”, co chyba cisnęło się
panu obrońcy na usta).
Siwy poszedł
ochoczo przed siebie, maszerując energicznym stępem; ogier był nieco uciążliwy,
ale za to niezastąpiony. Nie spotkała jeszcze w życiu tak wytrzymałego,
szybkiego, skocznego i odważnego konia jak Lantano – mogła znosić jego humorki
i odchyły, bo za to miała pewność, że rumak nigdy jej nie zawiedzie. Nadal
rozpierała go energia i chętnie współpracował, generalnie wyglądał na szczęśliwego z powodu nadchodzącej
podróży.
Kochała go
również dlatego, że była jedyną osobą, która mogła na nim wysiedzieć. Wielu
naprawdę znanych jeźdźców próbowało, ale nikt nie podołał – koniec końców
uznano ogiera za niezrównoważonego i planowano zabić, Anabde natrafiła na niego
w ostatniej chwili. Podobno nawet kiedyś zakopał na śmierć naprawdę brutalnego
jeźdźca.
Wychodziło na
to, że ona lubi trudnych.
Opuścili obóz
i ruszyli w dalszą drogę do posiadłości rodziny Souenów. Przynajmniej okolica
była przyjemna – zielona i spokojna. Czekało ich kilka dni podróży, dni,
podczas których wiele jeszcze miało się wydarzyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz