środa, 14 listopada 2012

36. W stronę słońca!, czy tam szlachty



Sheridan, upewniwszy się, że odszedł wystarczająco daleko od całego zamieszania, oparł się o jedno z drzew, postawił stopę na korze i westchnął, odchylając głowę.
Cisza, spokój, stęsknił się za samotnością. Cały ten Perrian to była jedna wielka pomyłka, nie powinien był podejmować się tego zadania, same kłopoty i utrudnienia. Chociaż...
Uśmiechnął się pod nosem, podrzucił trzymane w dłoni jabłko, po czym przełamał owoc na pół. Jedną połówkę odłożył dla swojej gniadej klaczki, drugą postanowił zjeść. Przyjemniej się jadło z dala od nich wszystkich; przymknął oczy, opierając głowę o pień za sobą.
Wróci za dłuższą chwilę, jak zasną. Nie miał ochoty z nimi rozmawiać, tak było lepiej. Chociaż przez moment, potem do domu Souena, a na końcu – słodka samotność. Aczkolwiek... może by mu czegoś brakowało.
Anabde zatrzymała się w pewnej odległości od ogniska, tak, że widziała tlący się ogień, sama pozostając niezauważoną przez grzejących się w jego zasięgu podróżników.
Nabrała głębokiego wdechu, zastanawiając się, czy powinna do nich dołączyć. Nie będą się o nią martwić, minęło niewiele czasu, od kiedy ich opuściła, a czuła się taka... roztrzęsiona.
Miała nadzieję, że rozmowa z Revelinem coś jej da, wypełni luki, które tak potrzebowały wypełnienia. Nie dowiedziała się niczego, ba, Revelin jeszcze bardziej namieszał jej w myślach.
Zadarła głowę, na chwilę zawieszając spojrzenie na migoczących w oddali gwiazdach; zmarszczyła brwi, gdy jej myśli znów zawędrowały do tajemniczego zniknięcia Larkina.
Nie, na pewno nie może do nich wrócić. Jak ma spojrzeć w oczy Aithne i udawać, że nic nie zmieniło się w jego sprawie? Albo, co gorsza, przyznać, że usiłowała coś zdziałać i nie podołała? Przymrużyła powieki, rozglądając się dookoła.
Coś przykuło jej uwagę. Ktoś, czyjaś sylwetka. Bezwiednie ruszyła w tamtym kierunku, już po kilku krokach orientując się, z kim ma do czynienia. To jej nie zatrzymało.
Pochyliła się, by przejść pod nisko rosnących konarem, po czym stanęła może z metr przed łowcą. Przyjrzała mu się, pozwoliła, by na jej wargach pojawił się charakterystyczny uśmieszek, po czym oparła się plecami o pień najbliżej rosnącego drzewa.
– Smacznego – rzuciła swobodnie, tak na przywitanie.
Delektowała się chwilą ciszy, jaka zapadła między nimi; musiała jednak podzielić się z kimś tym, czego dowiedziała się tego wieczoru.
– Rozmawiałam z Revelinem – zaczęła więc po chwili. – Nie wie, co stało się z Larkinem, nie widział go. Wydaje mu się, że w chwili śmierci mignęła mu w oddali ruda czupryna, jakby ktoś szybko się oddalał, ale niczego nie jest pewien – kontynuowała swą wypowiedź.
Urwała na chwilę, zastanowiła się, czy streściła wszystko, co miała do streszczenia, po czym przypomniała sobie jeszcze jedną interesującą informację.
– Swoją drogą Revelin był upadłym aniołem – dodała już bardziej jako ciekawostkę.
W końcu wszyscy wiedzieli, że coś w tym blondynie było nie tak; ona odkryła co.
Gdy już wyrzuciła z siebie wszystko, co jej leżało na wątrobie, poczuła zdecydowaną ulgę. Obdarzyła Sheridana dość intensywnym, wyczekującym spojrzeniem, chociaż nie potrzebowała jego odpowiedzi. Musiała po prostu komuś powiedzieć.
Sheridan pokiwał głową, raz jeszcze ugryzł jabłko, po czym wyciągnął owoc w stronę Anabde, w ciszy proponując, by się poczęstowała, a co.
Jakieś tam zalążki dobrego wychowania były, bez nich nie dałoby się omamiać ludzi. Tylko tym razem nikogo omamiać nie planował, co też się dzieje?
– To było do przewidzenia – uznał spokojnie, oblizawszy usta, bo jabłko soczyste. – Larkin nie dałby się tak po prostu zabić, ale dziwi mnie, że zwiał. Do tej pory nie zwiewał – mruknął, wzruszając ramionami. – Jeśli jednak zostawił tu coś cennego, wróci. A wydaje mi się, że zostawił, choć trudno to pojąć.
Obrócił głowę tak, by na nią patrzeć, i uśmiechnął się kącikiem ust, bardzo leniwie, jak to on.
Przyszła do niego, no proszę. I znowu się mu poniekąd zwierzała, a jego znowu to nie zirytowało. Nawet nie zauważył, kiedy wkroczyła do jego samotności, nie przeszkadzało mu to.
Uniosła zaskoczona brew; jego zachowanie zdziwiło ją na tyle, że postanowiła skorzystać z zaproszenia. Odepchnęła się od drzewa, o które się opierała, i podeszła do mężczyzny, wyjmując jabłko z jego dłoni.
Przyjrzała się kawałkowi owocu, nim ugryzła – od razu przypomniała jej się przypowiastka wyznawców Silthe, według których jabłko sprowadziło na ludzkość fatum. Między innymi co poniektórych zamieniając w Przeklętych.
Uśmiechnęła się do własnych myśli, uznając, że zbieg okoliczności jest aż śmieszny.
Słowa mężczyzny skomentowała tylko potaknięciem, nadal zajęta przeżuwaniem owocu.
Z jednej strony miała kilka argumentów, na przykład taki, że Revelin, choć mniej sprytny od Larkina, dysponował (a tak przynajmniej wynikało z jego opowieści) niebanalną siłą. Mimo tego Demencji udało się go zabić. Ale... chyba miała dość tego tematu. Powiedziała, może już zapomnieć. Zwłaszcza że sama również nabrała dziwnego (może kierowanego złudną nadzieją) przekonania, że Larkin żyje. I wróci.
– Dziękuję – mruknęła, bez skrupułów zjadając cały kawałek owocu.
Nie było tego aż tak dużo, nie przesadzajmy. Otarła kącik ust wierzchem dłoni, po czym spojrzała raz jeszcze w zielone oczy łowcy.
– Za jabłko? Powinnaś – przytaknął uprzejmie, odpowiedziawszy na jej wzrok.
Uśmiechnął się pod nosem, przyglądając się chwilę jej twarzy, po czym nadzwyczaj niedbale uniósł rękę i starł kawałek jabłka z brody nekromantki, pokręciwszy lekko głową, jakby z dezaprobatą. Może i było ciemniej niż jaśniej, ale żeby nie trafiać jedzeniem do ust, to już naprawdę.
Opuścił ramię i tym razem przesunął spojrzeniem po okolicy, jakby się upewniał, że nie ma w pobliżu nikogo. Raczej nie było. To dobrze, nikogo więcej by raczej nie zniósł. Obecność Anabde mu nie przeszkadzała, ale nie wiedział do końca dlaczego. Może tak po prostu, może był trochę zmęczony i dlatego.
Prychnęła jak rozjuszona kotka; nie lubiła być traktowana jak dziecko, przecież by starła ten kawałek, tak? Jej spojrzenie nabrało ostrości, jakby miała nadzieję, że może go w ten sposób jakoś skaleczyć.
Trochę była śmieszna, kiedy się tak złościła o nic.
Przechyliła nieznacznie głowę, zainteresowana tym, że sprawdzał okolicę. Z jego reakcji wyczytała, że w pobliżu nie ma nikogo zbędnego, co w przypadku łowcy oznaczało, że nie ma nikogo w ogóle. To ją usatysfakcjonowało, uśmiechnęła się nieznacznie i odetchnęła, rozluźniając się.
Wpadło jej do głowy ciekawe pytanie, mianowicie zaczęła się zastanawiać nad tym, dlaczego w ogóle tu stała. Powiedziała co miała powiedzieć, skorzystała z gościnności, można się zbierać do reszty. A jednak... coś ją powstrzymało.
Objęła się ramionami, stając bokiem do łowcy, by móc zawiesić spojrzenie na ognisku. Policzyła zebrane dookoła ognia sylwetki, zmarszczyła z niepokojem czoło, ale potem przypomniała sobie, że w ciemności Aithne nigdzie się nie oddali.
Uśmiechnęła się nieco, widząc, że ktoś właśnie się na kogoś rzucił; wesoły śmiech, jaki rozbrzmiał w okolicy, wyjaśnił przyczynę tego ataku. Jak dzieci.
Sheridan też prychnął, ale z pewnym rozbawieniem. No naprawdę, taka dorosła i dojrzała, widział ją kto. A zjeść już nie potrafi. Ale przez chwilę ani nie reagował, ani nie komentował, wcisnął ręce do kieszeni, by odkryć, że nadal ma tam jabłko dla gniadej klaczy. Westchnął, wyjął dłonie, otrzepał je pobieżnie, żeby się upewnić, że miąższ nie został na palcach, i przeniósł wzrok na Anabde.
Chwilę zastanawiał się nad tym, co mógłby zrobić z całą tą sytuacją. Wrócić do ogniska, zostać tu, pójść gdzie indziej? Uśmiechnął się pod nosem i postąpił krok do nekromantki.
Odgarnął włosy na jedno jej ramię, odsłaniając jej kark, przesunął po nim dłonią, zaraz zjeżdżając niżej, na łopatki, potem plecy. Zmarszczył nieznacznie czoło.
– Jesteś spięta – zawyrokował takim tonem, jakby to w sumie nie miało znaczenia, ale zauważyć można, czemu nie.
Obejrzała się przez ramię, jakby chciała zobaczyć wędrówkę jego dłoni po swoim ciele, po czym podniosła spojrzenie na twarz łowcy. Uniosła brew, a gest ten można było przetłumaczyć na tuziny różnych pytań; ona w tym czasie zajęła się maskowaniem tego, że zadrżała pod wpływem jego dotyku, dotyku zupełnie niespodziewanego.
Postanowiła nie komentować sprawy. Czy on postanowi coś z tym zrobić, czy nie, to jest jego sprawa. W głębi duszy wiedziała, że wzbraniając się, działałby przeciwko sobie, z drugiej strony wbrew rozsądkowi byłoby reagować bardziej wylewnie.
Tylko kącik jej ust drgnął nieznacznie, chcąc uciec w górę; dało się zauważyć ten niechciany uśmiech, nim obróciła głowę z powrotem w stronę ogniska.
– Dobrze się razem bawią – zauważyła zupełnie nie na temat, bardziej do siebie.
Takie spostrzeżenie, które miała zamiar zachować w pamięci, by wykorzystać w przyszłości. Już stąd widziała, jak błyszczały oczy młodej wiedźmy, to nie był przypadek.
– Zatem chyba nie będziemy im przeszkadzać – uznał spokojnie Sheridan, stanowczym gestem odgarniając te gęste włosy Anabde, bo chciały z powrotem opaść na plecy.
Jeszcze trochę, a się nekromantka upodobni do Aithne, to będzie złe.
Niemal od niechcenia przeciągnął dłońmi wzdłuż jej kręgosłupa, potem chwycił jej ramiona i z wyczuciem nacisnął, kciukami przesuwając po karku. Najbardziej spięta była właśnie tu, przy szyi, napięte mięśnie wyraźnie rysowały się pod skórą, postanowił je rozluźnić.
Znowu przejechał dłońmi przez całe jej plecy, po chwili wracając do ramion. Tym razem jednak kark dotknął także ustami, uśmiechając się pod nosem.
Lubił się z nią droczyć. I bawić. Co śmieszniejsze, jeszcze ani razu nie zabawił się nią, jak to miał w zwyczaju, i nawet nie planował.
Sięgnęła dłonią do włosów i zebrała je w kitę, następnie przeczesując palcami i wygładzając, by grzecznie ułożyły się na ramieniu, a nie spadały usilnie na plecy. Przymknęła powieki, zupełnie poddając się dotykowi łowcy; skupiła się tylko na tym, rozkoszowała się delikatnymi dreszczami, jakie przebiegały wzdłuż jej kręgosłupa.
Gdy poczuła jego wargi na skórze, mimowolnie przechyliła głowę na bok, zapraszając do kolejnych pocałunków w szyję. Doskonale wiedział, jak to na nią działało, i z premedytacją to wykorzystywał. Sukinsyn jeden, miał ją teraz w garści – a przecież intuicja podpowiadała jej, by nie pokazywać mu, jak bardzo jest na to podatna. Co ją wtedy podkusiło?
Nie mogła przyznać się przed samą sobą, że taki rozwój sytuacji bardzo jej odpowiadał... Chociaż w gruncie rzeczy taki rozwój sytuacji bardzo jej odpowiadał. Kobieca logika.
Zamruczała cicho, nadal przypominając zachowaniem kotkę, ale teraz zdecydowanie nie rozjuszoną. W pewnej chwili otworzyła oczy, starając się zachować resztki zdrowego rozsądku i nie dać się otumanić.
Naprzeciwko nadal trzaskały wesoło płomienie; Anabde przymrużyła oczy, dostrzegając ruch wśród zebranych wokół ogniska.
– Errian już im przeszkodził – zauważyła rozbawiona.
Żeby komuś nie wpadł do głowy głupi pomysł przeszkodzenia im; za to byłaby w stanie zabić, przynajmniej w tej chwili.
– To do niego podobne, raczej rzadko myśli – skomplementował drużynowego kolegę, na chwilę oderwawszy się od jej szyi, by spojrzeć na tę część twarzy, która była widoczna pod tym kątem.
Potem uśmiechnął się leniwie, powracając do przerwanego zajęcia zgodnie z jej niemym zaproszeniem. No cóż, jak się raz opuści przy nim gardę, to paskuda zapamięta słabość na zawsze, więc w przypadku Anabde było już przesądzone, co poradzić.
Z drugiej strony nie robił tego dla własnych korzyści, co już stanowiło coś bardzo dziwnego. Nie zastanawiał się jednak zanadto, zadowolony z tego, że pozostali są zbyt zajęci wydurnianiem się przy ognisku.
Jeśli zaplącze się tu rude rozczochrane, to urwie jej ten potargany łeb.
Przesunął ręce z pleców Anabde na jej biodra, przyciągając ją tak, by oparła się o niego plecami. Dość zaborczo objął ją ramionami, przekrzywiając lekko głowę, jakby chciał ją zapytać: „i co teraz?”.
Zaskoczona otworzyła szeroko oczy; na moment jej ciało, wprawnie rozluźnione przez łowcę, znów się napięło. Nie trwało to jednak długo, po chwili ponownie zrelaksowała się w jego ramionach, a na jej ustach pojawił się bardzo zadowolony uśmiech.
Pewien czas nie reagowała, przynajmniej nie w sposób widoczny dla mężczyzny – wsłuchała się w bicie swojego serca, którego rytmowi daleko było do regularności.
Niespodziewanie obróciła się, stając teraz przodem do niego. Zrobiła to na tyle zgrabnie, by nie uciec spod jego stanowczego objęcia; ot, przesmyknęła się, by móc teraz zadrzeć brodę i spojrzeć mu prosto w oczy. Jej wzrok wyrażał nic i wszystko zarazem, ale uśmiech... uśmiech mówił sam za siebie.
Oparła dłonie o jego tors, bo tak jej było wygodniej. Stanęła centymetr bliżej, podniosła się na palce i przysunęła twarz do jego twarzy. Na chwilę się zatrzymała, rozchylając nieznacznie usta, jakby coś wpadło jej do głowy i musiała całą sytuację gruntownie przemyśleć. Zaraz jednak kontynuowała swe dzieło – pocałowała go, ledwie muskając ustami jego wargi.
No tak, w końcu musiała podziękować za masaż. Trzymajmy się tej wersji.
Nie do końca odpowiadała mu subtelność tego dotyku, dlatego też bez najmniejszego zmieszania zatopił dłoń w jej włosach, przytrzymując ją delikatnie, by móc pocałować ją według własnej wizji. Z pewnością, zaborczością i jakby przekonaniem, że całkowicie się mu to należy – czy ktoś spodziewał się czegoś innego?
Kiedy trochę się od niej odsunął, przebiegł spojrzeniem po jej twarzy, jakby zapomniał, jak nekromantka wygląda. Trudno było wyczytać z niego jakiekolwiek emocje, zachowywał się tak, jakby przyglądał się znakowi drogowemu, a nie urodziwej kobiecie w swoich ramionach. Tak, ten jest już skrzywiony nieodwracalnie.
Przeniósł jedną dłoń na jej policzek, przesunął palce aż na brodę i z wyczuciem ją uniósł, zaraz znów całując, tym razem jednak bardziej leniwie. Nie miał jeszcze pomysłu, co też zrobi ze swoją aktualną, bardzo przyjemną ofiarą, jednak był pewien, że wszystko się niedługo wyklaruje.
Ułożenie dłoni na jego torsie było nie tylko wygodne, ale i praktyczne. Mogła, kiedy chciała, naprzeć na niego i odsunąć od siebie nieznacznie – akurat na tyle, by przerwać pocałunek.
Właśnie to wykorzystała z czystą premedytacją, tylko po to, by uśmiechnąć się niejako łobuzersko. Przesunęła jedną rękę na jego kark, gładząc skórę mężczyzny opuszkami. Zerknęła przelotnie na paznokcie drugiej dłoni, obserwując, jak palce zaciskają się na materiale jego koszuli. Nie żeby były jakkolwiek interesujące, chciała na chwilę odwrócić wzrok – zaraz wróciła spojrzeniem do łowcy, nadal uśmiechnięta w ten trochę niepokojący sposób.
Znów zainteresowała się jego wargami. Pocałunki były, jak na złość, delikatne, krótkie, jakby dawane nieśmiało – ale któżby podejrzewał Anabde Sasare o nieśmiałość? Można raczej uznać, że teraz to ona droczyła się z nim; doskonale wiedziała, że jest to ryzykowna gra, ale wprost nie mogła się powstrzymać.
Wytrzymał tę jej zabawę naprawdę bardzo dzielnie, zastanawiając się, jak to lepiej rozegrać. Z jednej strony droczenie się było nieszkodliwe, z drugiej zaczęło go to irytować. Postanowił więc kolejny raz wziąć sprawy w swoje ręce, dlatego odsunął się od niej na tyle, by móc spojrzeć w szare oczy nekromantki.
Dał jej bardzo krótką chwilę na próbę zorientowania się w sytuacji, potem z wyczuciem pchnął ją do pobliskiego drzewa, żeby mogła oprzeć się na pniu plecami. Nawet jeśli nie miała na to ochoty, zaraz przyparł ją do kory własnym ciałem, powracając do całowania szyi. Niech będzie kompromis, zrobili po jego myśli, ale znów zajął się tym, co lubiła, patrzcie, jaki sprawiedliwy facet.
Jakby chciał mieć pewność, że w najbliższym czasie nigdzie nie ucieknie, oparł się rękoma po bokach jej głowy, zamykając ją w swego rodzaju klatce. Drzewo nie było zakurzone jak ściana w tamtej karczmie, nie powinna marudzić.
Nie protestowała. Ba, wyglądała na zachwyconą takim obrotem spraw; trudno jej się dziwić, skoro on znowu wykorzystał przeciwko niej jej słabość. Już nie była w stanie kontrolować oddechu, który przyspieszył znacznie, naśladując bijące jak oszalałe serce.
Lubiła to, że był tak blisko. Odciął ją od świata, niejako zamknął w klatce, ale to dziwnie jej nie przeszkadzało. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu taka sytuacja nie wiązała się z poczuciem zagrożenia – zazwyczaj musiała mieć pole manewru, ewentualną drogę ucieczki. On związał jej ręce, a jej to wcale nie przeszkadzało.
Ciekawe.
Nie zastanawiała się jednak nad tym – nie miała ani czasu, ani głowy do takich rzeczy. Dłoń dotychczas spoczywająca na torsie mężczyzny przesunęła się w dół, wsuwając pod jego koszulę. Chwilę kobieta badała palcami jego mięśnie brzucha, zaraz jednak wymacała świeżą bliznę po ranie zadanej przez Aithne.
Zatrzymując rękę w tym miejscu, odsunęła nieznacznie łowcę, by móc spojrzeć mu w oczy.
– Nie przeforsujesz się? – zapytała z udawaną troską, przechylając głowę.
Uśmiechnęła się wręcz triumfalnie, ale po raz kolejny się z nim droczyła; wiedziała, że raczej sił mu nie brakowało. Na pewno nie do takich rzeczy.
Gdyby spojrzenie mogło zabijać... no dobra, nie zabiłoby jej nawet jakby mogło zabijać, ale w zielonych oczach łowcy pojawiło się wreszcie coś konkretnego, mianowicie to, co myślał o tej uwadze. A myślał same niepochlebne rzeczy.
– Przekonajmy się – rzucił całkowicie rozluźnionym, niedbałym tonem, który nie do końca pasował do tego specyficznego blasku, jaki przed chwilą się w jego wzroku pojawił.
Zaraz jednak blask znowu się zmienił, a łowca zamknął Anabde usta sprawdzoną metodą. Kiedy uznał, że irytacja minęła, przesunął dłońmi wzdłuż jej boków, aż na biodra, skąd znów zjechał na jej pośladki. Uniósł ją, jedną ręką przytrzymał za plecy, drugą, jak się upewnił, że nie zsunie się na ziemię, wsunął pod jej bluzkę, by przypomnieć sobie, jaka była w dotyku jej skóra. Dobrze zapamiętał, dlatego uśmiechnął się z zadowoleniem.
Zaskoczył ją. Zaskoczył ją i działał na tyle szybko, że nie dał jej czasu na reakcję.
Zacisnęła palce na jego karku, by nie zsunąć się w dół pnia; to nie wystarczyło, dla zachowania równowagi zmuszona była opleść go nogami w biodrach. Nie zdążyła nawet złapać oddechu, z którym i tak miała już spory problem – ledwie nabierała powietrze, jakby ciągle go jej brakowało. Objęła go wygodniej za szyję, czując znajome ciepło w podbrzuszu, które wzrastało wraz z każdym pocałunkiem.
Palce ślizgały się na guzikach jego koszuli, nie do końca radząc sobie z ich odpinaniem. Wreszcie poddała się, przesunęła dłoń na jego plecy, przytrzymując go przy sobie. Nawet gdyby chciał (w co raczej wątpiła), nie mógłby się teraz od niej odsunąć. Przymknęła oczy, czując, że z tego wszystkiego zaczyna tracić poczucie rzeczywistości.
Uśmiechnął się z pewnym rozbawieniem, wprawnie pozbywając się jej bluzki. Nie sądził, że nagle okaże się taka bezradna i pokonana, ale podobało mu się to. Ten jeden raz mogła mu dać tę satysfakcję, prawda?
Zauważywszy, że jego cudowna, aktualnie pomięta jak jasna cholera koszula sprawia nekromantce pewne problemy, postanowił jej pomóc. Oparł się jedną ręką na pniu powyżej jej ramienia, drugą natomiast rozbroił guziki. Nie starczyło mu jednak cierpliwości do zdjęcia z siebie materiału, uznał, że natychmiast musi poświęcić całą uwagę Anabde.
Tak też zrobił, uśmiechając się pod nosem, kiedy zaciskała mocniej nogi na jego biodrach, jakby się bała, że może spaść na ziemię. Nie puściłby jej, to na pewno, ale z jakiego dokładnie powodu, nie wiedział. Może dlatego, że by mu się nie opłacało.
Zsunięciem koszuli z jego ramion zajęła się ona, bardzo zadowolona z tego, że w ogóle jej to umożliwił. Bo tak lepiej, ta część odzieży była mu zupełnie zbędna, tylko utrudniała sprawę. Podobało jej się badanie palcami jego mięśni, zwłaszcza kiedy nie przeszkadzała jej w tym warstwa materiału. Miał przyjemną w dotyku, ciepłą skórę; w ogóle zrobiło się dziwnie gorąco.
Gdzieś w tle usłyszała podniesiony głos któregoś z towarzyszy. Natychmiast napięła się, otwierając oczy i przerywając pocałunek, by zerknąć w stronę ogniska. Nadal tam siedzieli, nie wyglądało na to, by ktoś wpadł na głupi pomysł ruszenia w tę stronę. Niemniej jednak ich obecność w pobliżu nie była sprzyjającą okolicznością. Kobieta zmarszczyła z niepokojem czoło, nasłuchując.
Sheridan westchnął cicho, zauważywszy jej zdenerwowanie. Nadzwyczaj niechętnie ustąpił, delikatnie postawił ją na ziemi, złapał za nadgarstek i pociągnął głębiej między drzewa, żeby ukryć się przed towarzyszami. Małe prawdopodobieństwo, by ich znaleźli, ale lepiej jak się Anabde nie będzie skupiała cały czas na ich obecności.
Uznawszy, że odległość go satysfakcjonuje, zatrzymał się gwałtownie i znów odszukał jej usta, całując bardziej niecierpliwie niż przed chwilą. Objął ją, przyciągając do siebie na tyle, by dobrze poczuć ciepło jej ciała, potem zsunął się ustami do szyi, obojczyków i piersi, bez większych oporów się schylając, by sięgnąć tak nisko. Gdy znów powracał do warg, przycisnął do siebie jej biodra, kątem oka szukając jakiegoś wygodnego, odpowiedniego miejsca. Że też się zatrzymali w środku lasu.
Sapnęła zaskoczona, gdy postawił ją na ziemi i poprowadził w głąb lasu. Ruszyła za nim posłusznie, zbyt rozkojarzona, by się buntować; a to aż dziwne, bo sprzeciwianie się wszystkiemu miała we krwi. Znów nie pozwolił jej na odzyskanie trzeźwości myślenia, porywając w swoje objęcia – ale może to i lepiej, że nie miała czasu się zastanawiać. Działanie było dużo ciekawsze.
Straciła cierpliwość. Teraz, pozbywszy się zmartwienia ewentualnego najścia przez kogoś z drużyny, poczuła się pewniej – zorientowała się również, jak bardzo go pragnęła. W tej chwili. I ani minuty później.
Uznała więc, że najbliżej jest drzewo; pnie w sumie nie były tak niewygodne, jak mogłoby się wydawać, o czym przekonała się przed chwilą. Postawiła krok do przodu, delikatnie popychając łowcę na znajdujący się za jego plecami dąb.
Przylgnęła do mężczyzny całym ciałem, zachłanne rączki zajęły się rozbrajaniem jego paska i rozporka, podczas gdy usta oddawały pocałunki, od czasu do czasu zjeżdżając niżej, na jego tors. Gdy już sobie poradziła z jego spodniami, zadecydowała, że wygodniej będzie, gdy zmienią strony. Już po chwili ona opierała się plecami o twarde drewno, a on stał przed nią. Na krótką chwilę przerwała pocałunek i uniosła powieki, by spojrzeć mu w oczy.
Uśmiechała się.
Odpowiedział na jej wzrok, również unosząc kącik ust. Trudno orzec, co teraz jego mina wyrażała, ale z pewnością było to coś pozytywnego, co nie jest raczej u niego spotykane.
Odgarnął włosy z jej twarzy, całując skórę tuż pod uchem, potem zsunął się ustami niżej, aż dotarł do ramienia. W tym czasie zdołał się pozbyć ostatnich elementów jej garderoby, które były zdecydowanie zbędne. Nie miał ochoty przedłużać, podchody mu się znudziły.
Ponownie ją uniósł, z wyczuciem przypierając do pnia i asekurując ramieniem. Nie planował jej wypuścić z objęć przez dłuższą chwilę, właściwie najchętniej nie wypuszczałby jej do rana. Ale ta myśl szybko zniknęła, bo co innego było teraz ważne i o wiele ciekawsze.
Zsunęła mu spodnie z bioder razem z bielizną, w ten sposób pozbywając się ostatniej części odzieży, jaka stanowiła dla nich przeszkodę. Drugą dłoń położyła na jego policzku, unosząc nieznacznie jego twarz, by ich usta znów zamknęły się w pocałunku. Wplotła palce w ciemnobrązowe włosy mężczyzny, jednocześnie obejmując go mocno udami. Twarda kora pnia nieco drapała w plecy, ale to akurat miało w tej chwili najmniejsze znaczenie.
Ciekawe, jak bardzo będzie musiała powstrzymywać się od głośnych jęków, by nie zwrócić uwagi zebranych przy ognisku. To było nieco niekomfortowe; miała nadzieję, że jeszcze będzie miała okazję zupełnie się tym nie przejmować.
Tymczasem łatwiej jej było, póki pocałunki uniemożliwiały jej krzyk. Skwapliwie z tego korzystała, nie pozwalając na to, by ich wargi oderwały się od siebie chociaż na moment. Tylko czasami brakowało jej tchu.
Bawiło go to, że miał większą samokontrolę od niej. Czasami jednak nawet on nad sobą nie panował i w sumie cieszył się, że Anabde pilnowała, by jego usta zostały zajęte.
Rzeczywistość jednak wreszcie wróciła, co odczuł zimnym powiewem wiatru na spoconych plecach. Nie chciało mu się iść do tego cholernego obozu, daleko było i w ogóle, ale nie mogli tu sterczeć całą noc.
Dlatego zmobilizował się, odsunął się od Anabde, posyłając jej lekki, dość przekorny uśmiech, raz jeszcze ją pocałował, po czym sięgnął po ubrania, które tu zostawili. Po część będzie trzeba zawrócić w okolice ich pierwszego stanowiska, trudno.
Z pewnym rozbawieniem zorientował się, że w kieszeni nadal ma drugą połówkę jabłka. Jak to dobrze, że owoc się nie rozkwasił, miło z jego strony. Oby gniada nie pogardziła poczęstunkiem, kiedy go jej w końcu dostarczy.
Jej pozbieranie się zajęło nieco dłużej. Jeszcze kilka chwil stała oparta o pień drzewa, z odchyloną głową i przymkniętymi oczami, usiłując odzyskać regularność oddechu oraz równe tempo bicia serca. Teraz na pewno nie była spięta, wspomnienie przyjemności rozchodziło się po wszystkich komórkach jej ciała, sprawiając, że czuła się zwyczajnie błogo.
Wreszcie jednak zmobilizowała się do ruszenia, głównie za sprawą chłodu, który przyprawił ją o gęsią skórkę. Ubrała się pospiesznie w to, co akurat było pod ręką; zerknęła przez ramię na łowcę i ruszyła w stronę ich poprzedniego stanowiska, by tam odnaleźć resztę garderoby.
Wciągnęła bluzkę przez głowę, mniej więcej ją wygładziła, doprowadziła do porządku skołtunione włosy i uznała, że chyba pora wracać do reszty brygady.
– Nie przeforsowałeś się – uznała ugodowo, zerkając na Sheridana.
Jej oczy nadal błyszczały, z ust nie schodził lekki uśmiech, który teraz nabrał złośliwego charakteru.
– Wezmę tę opinię do serca – zapewnił łowca, przenosząc na nią niejako rozbawione spojrzenie.
Tradycyjnie wcisnął ręce do kieszeni, westchnął sobie, przymykając oczy, i tak w ciszy wrócili do obozu, by odkryć, że jako jedyni pozostawali jeszcze na nogach.
Sheridan przyjrzał się śpiącym z pewnym rozbawieniem, zaraz dostrzegając siedzącego przy ognisku Erriana. Mag miał całkowicie nieobecną minę, chyba nawet ich nie zauważył.
– Coś ci ta warta nie idzie – rzucił, chcąc sprawdzić, czy chłopak zasnął.
– Nie będę wszczynał alarmu z waszego powodu – stwierdził, nawet na łowcę nie spojrzawszy. – Przymknij mordę i oboje idźcie spać. Ai obudzi cię potem na zmianę warty na twoją – dodał jeszcze do Sheridana.
– Często zdrabniasz jej imię – mruknął do siebie łowca, ruszając po koc, z którego dałoby się zrobić posłanie.
– Dobranoc – pożyczył im tak samo obojętnie Errian, jakby nie usłyszał tej uwagi.
A raczej usłyszał.
Anabde zatrzymała się nad biednym zmarnowanym Errianem i przyjrzała mu się uważniej. Miał nieco opuchnięty policzek, ale po jego minie wyrażającej skrajne nieszczęście poznała, że lepiej nie pytać o przyczynę.
Pokiwała głową do swoich myśli, do których uwaga łowcy pasowała idealnie, aż uśmiechnęła się na jego słowa.
– Dobranoc – powiedziała w końcu, po czym zabrała wcześniej przygotowany koc i ruszyła w stronę Aithne, by położyć się koło niej.
Sen przyszedł dość szybko, a co jej się śniło, to już jej własna sprawa.

Jakże dobrze się spało! Tak ciepło, miękko, wygodnie, no, ogółem dobrze. Nie miała ochoty jeszcze wstawać, mogłaby tak śnić o niczym do końca świata. A tu proszę, zawsze znajdzie się ktoś, kto ją obudzi. Przynajmniej spróbuje. Zwykle, niestety, skutecznie, czego Ariene nienawidziła.
Drżyjcie, narody, oto nadszedł poranek, a panienka Tenshi wstaje.
Otworzyła oczy, kiedy na jej policzek skapnęło kilka kropel zimnej wody. Co jest, deszcz? Nie zgadza się, jaki deszcz? Zmarszczyła czoło i uniosła trochę głowę, dokoła rozniósł się charakterystyczny syk.
Ona już jednak nie zwracała na otoczenie uwagi, bo zorientowała się, z czego też zrobiła sobie poduszkę i czemu było tak ciepło, miękko oraz wygodnie. Z kogo, właściwie.
– Kurwa mać – wyraziła swoją radość, pospiesznie wyplątując ręce spod ramienia Cadora. – Kurwa, kurwa, skurwiona mać – powtórzyła, siadając jak poparzona i połamana jednocześnie.
Pewnie zdrętwiała mu ta cała ręka. Pewnie by się tym zmartwiła, gdyby nie była taka zaspana i wściekła.
Przetarła oczy i popatrzyła prosto na obserwującego ją z pewnym zainteresowaniem Sheridana, który chwilę temu zgasił ognisko i trochę ją ochlapał przytarganą wodą. Czyli przyczynił się do końca świata.
– Czego się, kurwa, gapisz? – warknęła grzecznie. – Nie widziałeś zaspanego, kurwa, człowieka? Wypierdalaj – poprosiła uprzejmie.
Sheridan uśmiechnął się pod nosem, pamiętając, jaka to panna Tenshi jest rano radosna i przyjemna, dlatego dla własnego bezpieczeństwa odsunął się od dymiącego drewna i przeszedł w bok, wcisnąwszy ręce do kieszeni.
Ariene jeszcze nie skończyła.
– I co sobie niby myślisz, co? – fuknęła za nim, chcąc zgarnąć z pewnością potargane włosy na plecy.
Wtedy też odkryła, że nadal są zaplecione w warkocz. Rano nic nie poprawiało jej humoru, dlatego to także go pogorszyło.
– Ja pierdolę, na chuj to zrobiłam? – przeniosła złość na nieszczęsną fryzurę.
Cadora obudził przeraźliwy syk tuż przy uchu; poderwał się gwałtownie, przekonany, że albo to jakiś wąż, albo ogromne niebezpieczeństwo. Co do tego drugiego to bardzo się nie pomylił.
Usiadł i skrzywił się brzydko, ponieważ tego typu pobudki nie należały do najprzyjemniejszych – jeszcze gorzej, gdy okazuje się, że żadnego zagrożenia nie ma.
Przetarł zaspane oczy i spojrzał bez zrozumienia na Ariene; nikt go nie uprzedził, że to taka wiedźma z rana, więc póki co był radośnie nieświadomy.
– Co jest? – zapytał, przekonany, że coś musiało być powodem tak dziwnego zachowania brunetki.
– Gówno, nie widać? – warknęła na niego, prychnąwszy głośno. – Masz jakiś problem, przepraszam? – dodała wściekła.
Złość narastała przez świadomość, jak też się Ariene wygodnie w nocy umościła, a już najgorzej było na Cadora spojrzeć. To dobrze, że się nie rumieniła nigdy! Prawda? Jasne, że nie, kurczę, to tylko subtelny rumieniec złości. Bardzo subtelny, całe szczęście.
– Idź ty się już lepiej umyć, zanim kogoś zabijesz – westchnął ze swojego miejsca Sheridan i ugryzł jabłko, które znalazł w czyimś bagażu.
– Udław się, ty bezużyteczny Przeklęty – zwróciła się do pana łowcy, mordując go spojrzeniem.
Sheridan uśmiechnął się pod nosem, nie komentując. Kiedy podróżowali do Perrianu, szybko się przekonali, jaka to Ariene rano jest cudowna, i wtedy nawet Aithne starała się schodzić jej z drogi z uwagi na własne zdrowie.
Cador przechylił głowę, przypatrując jej się jak ciekawemu okazowi na wystawie. Co też jej się stało? Nie wierzył, żeby aż tak zdenerwował ją fakt przytulenia się do niego w nocy. Zachowywała się, jakby ją coś ugryzło, na dodatek coś ze wścieklizną.
Zorientował się jednak, że najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji będzie zachowanie milczenia; tak też uczynił, zerknął tylko w stronę łowcy pytająco, jakby szukał u niego wyjaśnienia.
Anabde warknęła pod nosem, przewracając się na drugi bok. Zatkanie uszu dłońmi nie poskutkowało, nadal dobiegało ją wściekłe syczenie Ariene. W końcu dała za wygraną i przyznała sama przed sobą, że koniec spania; niechętnie podniosła się do pozycji siedzącej i zaczesała do tyłu gęste włosy, które poleciały jej na twarz.
Uniosła głowę, posyłając wiedźmie mordercze spojrzenie – miała jednak nienajgorszy humor, więc postanowiła tym razem ustąpić i nie wszczynać kłótni z brunetką. Chociaż tak nieprzyjemną pobudkę miała jej za złe, zwłaszcza że nie zdążyła wypocząć po intensywnym dniu i równie ciekawej nocy.
Na jej wspomnienie uśmiechnęła się lekko. Przeciągnęła się z cichym pomrukiem, wyginając ciało w łuk, zadrapania na plecach dały o sobie znać, ale nie zwróciła na to uwagi. Zerknęła na nadal śpiących Erriana i Aithne, uśmiechając się z rozczuleniem.
Sheridan wzruszył niedbale ramionami w odpowiedzi na spojrzenie Cadora, uśmiechnąwszy się kpiąco pod nosem, by skomentować zachowanie kochanej wiedźmy.
Cholernie go to śmieszyło, jaka była zołza rano, a w ciągu dnia do rany przyłóż, ciekawe, która ta strona jest prawdziwa. W sumie nieważne.
– Pozwól, że nie ustosunkuję się do polecenia, panienko – rzucił z kpiną, unosząc brew.
Tak, no cóż, świadomość szlacheckiego pochodzenia Ariene dawała mu duże pole do popisu w dręczeniu wiedźmy. Kogoś trzeba było, a tak męczyć tylko rude to dziwnie. Tak monotematycznie.
– Wsadź sobie tę panienkę w dupę, kurwa – poprosiła radośnie Ariene, zasztyletowawszy Sheridana wzrokiem.
Podniosła się z rozmachem, rzucając jeszcze kilkoma kurwami, dupami oraz paroma chujami (cóż za piękny zestaw), po czym skierowała się w stronę, gdzie podobno płynął radośnie strumyczek. Miała dość całego świata, a to dopiero ranek!
Jeszcze na dodatek się potknęła i podeptała Erriana, cudownie. Warknęła, odzyskała równowagę i rzuciła magowi przez ramię bardzo złe spojrzenie.
– Przepraszam – rzuciła takim tonem, jakby tym słowem zamierzała przebić biedakowi pierś na wylot i ogółem powiesić go na drzewie.
Errian odważył się tylko stęknąć, kiedy zgrabna stópka Ariene spróbowała wycisnąć mu żołądek gardłem. Instynkt samozachowawczy jednak jeszcze posiadał, dlatego resztę dramatu przemilczał, czekając albo na cios, albo na ułaskawienie. Ponieważ wiedźma niedługo potem oddaliła się, chyba oznaczało to ułaskawienie.
– Silthe, kiedy ja tak nagrzeszyłem? – westchnął, siadając na ziemi i krzywiąc się wymownie.
Rozejrzał się dokoła, sprawdzając, kto wstał i co się dzieje, a kiedy jego wzrok padł na Aithne, na chwilę znieruchomiał, jakby zapomniał o całym świecie. Dopiero kiedy poczuł, że się uśmiechnął, szybko odwrócił spojrzenie.
Gdy Ariene znalazła się w bezpiecznej odległości, Cador odczekał jeszcze chwilę, po czym przeniósł na towarzyszy pełne niezrozumienia spojrzenie.
– A tej co? – zapytał, kierując pytanie do ogółu, a nuż ktoś odpowie.
Anabde zebrała włosy w koński ogon i zawiązała je niedawno odnalezioną wstążką, bo zachowywały się tego ranka wyjątkowo niesfornie. Odgarnęła za ucho kosmyk, który uciekł spod upięcia, po czym posłała obrońcy krzywy uśmiech.
– To u niej normalne rano – odparła, posyłając w ślad za kobietą pełne rozbawienia spojrzenie.
Obrońca pokiwał głową, starając się zrozumieć. Przychodziło mu to jednak z trudem; Ariene była zaskakująca, to prawda, ale żeby mieć aż takie wahania nastrojów?
– To nie jest normalne – zawyrokował wreszcie.
– Jak się umyje, to jej przejdzie – dodał Errian, wzdychając ostrożnie, bo nie był pewien, czy wnętrznościom to bardziej nie zaszkodzi. – Jeśli jesteś gotów zaryzykować pytanie o to, dlaczego jest rano potworem, droga wolna – uznał rozbawiony, podnosząc się z miejsca.
– Budź ktoś rude rozczochrane i ruszajmy, rodzice się za swoim synkiem stęsknili – wtrącił niejako znudzony Sheridan, kończąc jedzenie jabłka.
– Bez wzajemności – odparł synek, zerknąwszy krótko na łowcę, potem natomiast przeniósł wyczekujące spojrzenie na Anabde.
Przecież on nie będzie jej budził, prawda?
– Jakoś się obejdę bez tej wiedzy – mruknął pod nosem obrońca.
Życie było mu miłe, nie zgłupiał jeszcze na tyle, by ryzykować śmierć z rąk uroczej wiedźmy. Westchnął zrezygnowany, po czym podniósł się i zaczął składać swoje posłanie.
Anabde odpowiedziała na spojrzenie Erriana, wyczytując w nim niemą prośbę. Chwilę nie reagowała, jakby rozważała ewentualne korzyści i straty, ale wreszcie kiwnęła lekko głową.
Obróciła się w stronę Aithne i przyjrzała jej uważnie; uśmiech, który zatańczył na wargach nekromantki, można było odebrać jako czuły.
Była taka nie problematyczna, kiedy spała. Naprawdę rozsądnie jest ją budzić?
– Aithne, pobudka – szepnęła, kładąc ostrożnie dłoń na ramieniu dziewczyny.
Potrząsnęła nią z wyczuciem, w duchu modląc się, by upadła nie zerwała się gwałtownie i nie przywaliła jej z bańki. To się zdarzało.
Aithne mruknęła coś pod nosem, próbując się uwolnić od rączki Anabde nie do końca zdecydowanym ruchem. Skrzywiła się i obróciła się do przyjaciółki plecami, mamrocząc coś, co brzmiało jak „nie dotykaj mnie, łachudro”. Powodzenia w budzeniu, generalnie.
Aczkolwiek pewna łachudra postanowiła się taktycznie wycofać, by żadne podejrzenia na nią nie padły przypadkiem.
Po chwili walki ze śpiącą kamiennym snem Aithne na pomoc przybyła Faryale. Siwa klacz przemierzyła dostojnym krokiem skromne obozowisko, zręcznie lawirując między rozrzuconymi rzeczami, aż wreszcie podeszła do swojej przyjaciółki. Pochyliła łeb nad rozczochraną, rudą głową, parsknęła głośno, po czym skubnęła ją wargami.
Ai, mruknęła z pewnym rozbawieniem, nastawiając uszy.
– Mówiłam, nie dotykaj mnie… – zaczęła zdenerwowana Aithne, już wyraźniej niż przed chwilą.
Życie i honor uratowała jej Faryale, która raczyła głośno parsknąć, zagłuszając ostatnie słowa upadłej. Tak, panna Dorrien nie powinna spać zbyt głębokim snem.
Aż się Aithne zerwała, siadając gwałtownie, nikogo jednak swoją główką cudowną nie znokautowała. Sapnęła przestraszona i popatrzyła przerażona na klacz; siwa właśnie spoglądała z milczącym wyrzutem na zbierającego koce Erriana, jakby chciała na nim coś konkretnego wymusić.
Nie, nie palnęłaś niczego głupiego, uspokoiła przyjaciółkę, nie zerknąwszy na nią nawet.
– To dobrze. Zresztą co by to niby miało być, phi – prychnęła zdenerwowana, dopiero teraz zauważywszy Anabde. – O, hej.
Nic, doprawdy, zupełnie nic, zgodziła się grzecznie Faryale.
– Miałaś nie komentować, konino – warknęła na nią upadła.
W odpowiedzi Anabde tylko uśmiechnęła się lekko, przerzucając spojrzenie z rudej na Faryale i odwrotnie. Zmarszczyła czoło, zauważywszy, że Aithne niemalże powiedziała coś, co nie powinno trafić do niczyich uszu – zastanowiło ją, cóż mogłoby to być.
Podążyła za spojrzeniem klaczy, natrafiając tym samym na krzątającego się Erriana; to odkrycie sprawiło, że zaśmiała się w duchu. No tak, upadła taka stara, a takie dziecko.
Dobrze, że nie wiedziała o pewnych rzeczach. Nie dałaby jej spokoju.
Jak zwykle Anabde zachowała wszystkie przemyślenia dla siebie, spokojnie rozpoczynając ogarnianie miejsca noclegu. Złożyła koc, uporządkowała tobołki, zabrała się za przygotowywanie i rozdzielanie prowiantu na śniadanie.
A gdy wszyscy zajęli się sobą i skupili na sprzątaniu obozu, sięgnęła do swojej torby podróżnej i wyjęła z niej małą apteczkę. Otworzyła ją i zaczęła grzebać w zawartości, wreszcie znajdując to, na co polowała. Wzięła szczyptę sproszkowanej rośliny silphium, dodała kilka ziaren dzikiej marchwi i to wsypała do swojej manierki z wodą, mieszając dłuższą chwilę jej zawartość.
Gdy upewniła się, że składniki zostały rozpuszczone, wzięła kilka solidnych łyków sporządzonego napoju i otarła usta wierzchem dłoni.
Cador zebrał od wszystkich koce i ułożył je koło siodeł, tam również przeniósł niepotrzebne tobołki oraz inne bagaże. Otrzepał ręce z kurzu, rozejrzał się dookoła, po czym uznał, że właściwie nie ma nic więcej do roboty.
– Pomóc ci z tym? – zapytał, podchodząc do Anabde.
Skinieniem głowy wskazał prowiant, jeszcze nie rozdzielony na porcje.
Rudowłosa drgnęła i szybko schowała apteczkę, zaraz jednak zganiła się za nerwową reakcję, bo przecież jak Cador mógłby się domyślić, co wypiła? Nie mógłby. Jest mężczyzną.
Uśmiechnęła się więc bez przekonania, odsuwając od siebie torbę i wracając do rozdzielania jedzenia.
– Dam sobie radę – zapewniła.
I faktycznie dała, po chwili rozdała każdemu jego przydział, zostawiając jeszcze jedną porcję dla nieobecnej Ariene.
Wiedźma przyszła niedługo potem, włosy miała już związane w wysoką kitkę, a na twarzy malował się radosny, szczery uśmiech. Podziękowała pogodnie Anabde za przygotowanie skromnego śniadania i zajęła się jedzeniem, wyraźnie zadowolona z życia.
– Ominęło mnie poranne piekło? – zamruczała pod nosem Aithne, łypnąwszy na Ariene nie do końca przychylnie.
Dziś była wyjątkowo wściekła, doniosła uprzejmie Faryale.
Upadła popatrzyła na klacz zainteresowana, podając jej jabłko. Tym samym na odpowiedź musiała poczekać, bo siwa najpierw przeżuła jedzenie, co zawsze dziewczynę niezwykle irytowało.
To chyba przez to, że przespała się na twoim obrońcy, dodała, bardzo bezczelna i boleśnie szczera, nastawiając uszy.
– No co ty?! – zawołała oszołomiona Aithne i spojrzała najpierw na Ariene, potem na Cadora. – Ale jaja.
Faryale westchnęła ciężko, jakby myślała sobie: „jak to dobrze, że wiesz tylko o tym”. Potem natomiast sama ugryzła trzymaną przez upadłą bułkę, częstując się bez pytania.
Nie emocjonuj się tak, wczoraj też byłaś niegrzeczna, nie wytrzymała i wytknęła przyjaciółce, zauważywszy złośliwy blask w granatowych oczach.
– To nie była moja wina – oburzyła się zaraz Aithne.
Jasne, broniłaś się rękoma i nogami, przytaknęła niejako rozbawiona klacz, parsknąwszy głośno.
– Zostałam wzięta z zaskoczenia – warknęła zdenerwowana.
Faryale zarżała, co niepokojąco przypominało serdeczny śmiech. Biedna Aithne zrobiła zdumioną minę, nie rozumiejąc, co też klacz tak rozśmieszyło.
– Nienawidzę cię – wyznała jej więc.
Errian odniósł wrażenie, że jest obgadywany. Skąd mu się to wzięło, nie pytajcie, ale chłopak miał przeczucie.
Uniósł wzrok na Aithne i Faryale, przekrzywiając głowę. Śmiesznie to wyglądało, kiedy upadła mówiła do powietrza, jednak wierzył, że klacz jej odpowiada. Jakim cudem inaczej naprawdę brzmiałyby wypowiedzi dziewczyny jak wyrwane z kontekstu? Tylko nie podobało mu się, co też takiego tam Aithne mamrotała.
– Jak przekupki – postanowił dać upust swojej irytacji i zajął się śniadaniem, decydując się te małpy ignorować.
Silthe, kiedy zaczął traktować tego konia jako członka wyprawy? Słowa z nim nie zamienił! Znaczy, kurczę. Zmarszczył czoło i skupił się na swojej bułce.
– Przerąbane – pocieszył go Sheridan, siadając sobie nieopodal biednego maga.
– Jak przyszedłeś mnie nękać, to sobie już idź – zaproponował Errian, łypnąwszy na łowcę bardzo złym wzrokiem.
Najpierw Ariene i Cador, a teraz cyniczny, samolubny gbur? O nie, nie z panem Souenem te numery.
– Twoje riposty wbijają mnie w ziemię – skwitował Przeklęty, zajmując się kolejnym podwędzonym jabłkiem.
Niespodziewanie odkrył swoją sympatię do tych owoców, były całkiem smaczne.
Dobra, tego było za wiele. Obrońca śledził wzrokiem Ariene, od kiedy wróciła znad wody i nie mógł pojąć, co się stało. Jakim, kurwa, cudem?! Przed chwilą pluła jadem, a teraz roztaczała wokół siebie aurę radości i optymizmu.
Mężczyzna założył rękę za głowę i zerknął ukradkiem w stronę, z której przyszła; może ten płynący nieopodal strumyczek był magiczny, hm?
– O, Ariene, gdzieś się podziewała? – zapytał, udając prawdziwe zdziwienie.
Kto nie zrozumiał, zaraz przekonał się, o co chodziło obrońcy.
– Rano obóz nawiedziła taka paskudna wiedźma, ale już sobie poszła. Straszna była – dodał, szczerząc ząbki w przekornym uśmiechu.
Gdy Ariene wróciła, Anabde szybko zabrała swoje rzeczy i wstała, uznając, że teraz jej kolej na mycie. Nic nie powiedziała, nawet na nikogo nie spojrzała, od razu ruszyła w stronę strumyczka. A jedzeniem zajmie się później.
Ariene prychnęła z pewną irytacją i spojrzała na Cadora, marszcząc czoło. No wiecie co, bezczelny. Zaraz jednak zaśmiała się cicho, co musiało naprawdę dziwnie wyglądać.
– Spadaj – poprosiła rozbawiona i rzuciła w niego kawałkiem bułki.
Potem, nadal uśmiechnięta, dokończyła swoje śniadanie, rozglądając się dokoła, by skontrolować stan przygotowań przed wyruszeniem. Poradzili sobie bez niej, to dobrze.
Cador spojrzał na leżący nieopodal niego kawałek bułki, przekrzywiając zabawnie głowę.
– Marnujesz jedzenie, zła kobieto – uznał wreszcie, pałaszując własny przydział pieczywa.
Aithne zachichotała i położyła się na ściółce, kładąc głowę między przednimi nogami Faryale. Bardzo jej poprawiła humor ta krótka scenka między wiedźmą i obrońcą, zwłaszcza kiedy pamiętała, co też klacz chwilę temu powiedziała. Nie żeby była wredna i paskudna, ale przyjemniej się pastwiło nad kimś innym w myślach niż nad sobą.
Jeśli chcesz, mogę cię dobić tak, że nie odezwiesz się do mnie przez tydzień, ostrzegła Faryale, uznawszy, że Aithne to ostatnia powinna wyśmiewać Ariene i Cadora.
Zwłaszcza za bardzo zdrowe, racjonalne oznaki przyjaźni.
– Doprawdy? – Zachichotała znowu upadła.
Faryale zastrzygła uszami, opuściła łeb, parsknęła przyjaciółce w twarz, po czym ostrożnie nad nią przestąpiła, ruszając przez obóz. Aithne aż usiadła, przyglądając się, dokąd też klacz wędrowała, w jej oczach pojawił się niepokój.
– Zdrajczyni – syknęła tylko, kiedy Faryale zatrzymała się przy Errianie i szturchnęła delikatnie jego policzek pyskiem. – Przeklęta, zdradziecka konina.
Klacz parsknęła triumfalnie, przymrużając oczy.
Mag spojrzał na swoją niespodziewaną towarzyszkę ze zdumieniem, uniósłszy wysoko brwi. Niepewnie pogłaskał wierzchowca Aithne po pysku, jakby się bał, że mu zwierzak dłoń odgryzie. Podobno jaki pan, taki kram, ostrożności nigdy za wiele.
– Eee, dzień dobry – przywitał się niepewnie, przenosząc zdezorientowany wzrok na wściekłą upadłą.
Widząc, że to nie był dobry pomysł, znów przyjrzał się Faryale. Odniósł dziwne wrażenie, że został przez klacz bezczelnie wykorzystany, ale ostatecznie mogło mu się tylko wydawać. W końcu to koń… prawda? Nie mógł snuć planów oraz intryg.
Aithne warknęła na Erriana, jednak jakoś bez przekonania, co jeszcze bardziej ją zdenerwowało. Podciągnęła pod siebie nogi i oplotła je ramionami, odwracając głowę, byle tylko nie widzieć swojej klaczy i tego palanta.
Palanta. Bo był skończonym kretynem, skończonym palantem, nienawidziła go. Powinna go zabić.
I co, Ai?, rzuciła rozbawiona Faryale, nadal nie odsunąwszy się od Erriana.
Upadła dzielnie milczała, udając, że siwa się do niej nie odezwała.
Och, no przestań. Czekaj, ta rączka cię chyba dotykała, prawda?, ciągnęła bezlitośnie jej przyjaciółka, sięgnąwszy pyskiem do dłoni młodego maga.
Skubnęła ją wargami, nie odrywając wzroku od rozjuszonej, bardzo zbolałej Aithne.
Sadystyczna ta przyjaźń, ale co poradzić, kiedy jedynym sposobem zmuszenia dziewczyny do przyznania się przed samą sobą do różnych uczuć było doprowadzenie jej na skraj wytrzymałości.
Coś jeszcze chyba dotykało, co? Tylko nie sięgnę z tej pozycji, ale obie dobrze wiemy, o co chodzi, prawda?, rzuciła i zarżała cicho, co brzmiało jak chichot.
Nadal uparta cisza, jedynie coś zazgrzytało. Najpewniej ząbki Aithne.
Och, daj spokój. Jest miły, zawyrokowała Faryale, która wreszcie zwróciła uwagę na głaskającą ją rękę. I ma ciepłe dłonie.
Upadła gwałtownie drgnęła, napięła ramiona, a potem uniosła łapkę, obrazując jednym z palców, co też myśli o całym tym znęcaniu się nad nią.
Ariene, która obserwowała scenę znad niedokończonej bułki, przekrzywiła głowę, usilnie próbując pojąć, co się działo. Wreszcie westchnęła, wydęła usta i zjadła ostatni kawałek jedzenia, uznawszy, że chyba nie odtworzy całej rozmowy, czy raczej – monologu, jaki musiał właśnie mieć miejsce.
Cador otrzepał koszulę z okruszków i sięgnął po bukłak z wodą. Jego uwagę zwrócił nieprzyjemny dla ucha dźwięk zgrzytania zębami; najpierw skrzywił się, a później zainteresował jego źródłem, przenosząc błyszczące ciekawością spojrzenie na Aithne.
Silthe, znowu rozmawiała z koniem. A co zabawniejsze, chyba przegrywała dyskusję.
Obrońca wzniósł oczy ku niebu, w myślach błagając stwórcę, by jakoś go dopomógł i zesłał na upadłą odrobinę zdrowego rozsądku. I trochę ją, generalnie, ogarnął, bo ciężka sprawa z tą rudą.
Sheridan skończył swoją połówkę jabłka, podniósł się z ziemi i ruszył do pasących się koni, uznawszy, że czas już zebrać się do odjazdu. Zerknął krótko w stronę strumyka, nad który poszła Anabde, zastanowiwszy się optymistycznie, czy nekromantka się utopiła, skoro nadal nie wróciła. Potem sięgnął po sprzęt gniadej i zabrał się do siodłania wierzchowca, podarowawszy jej kawałek owocu.
Errian odprowadził łowcę wzrokiem, trochę bezwiednie głaszcząc wiszącą nad nim Faryale. Nie wiedział, o co też klaczy chodziło, jednak nie zamierzał się od niej specjalnie opędzać, póki nie gryzła, mogła stać.
– To właściwie dobry pomysł – skomentował poczynania Sheridana, uśmiechając się do pozostałych. – Albo i nie, szybciej będę w domu – westchnął po chwili, markotniejąc.
I tak źle, i tak niedobrze!
– Nie marudź, nie będzie tak strasznie – spróbowała pocieszyć młodego maga Ariene, także się podnosząc.
Zainicjowane przez łowcę działania zmobilizowały ją do aktywniejszych przygotowań przed wyjazdem, dlatego dziarsko otrzepała spodnie ze ściółki, uśmiechając się do Erriana.
– Jasne, mów tak dalej – rzuciła Aithne, najwyraźniej przetrawiwszy już swoją spektakularną klęskę na płaszczyźnie relacji z Faryale. – Jak oni go przez Perrian do domu ściągali, to nie wiem, jak rodzinne powitania u nich wyglądają – dodała, wywracając oczami.
– Tak czy siak artefakt musimy oddać, bo kasy bez niego nie dostaniemy – skwitowała bardziej rzeczowo wiedźma, uśmiechnąwszy się z rozbawieniem pod nosem.
To ostatecznie przekonało Aithne do ruszenia swojej osoby z ziemi i podejścia do zdradzieckiej koniny. Chwilę przed chwyceniem grzywy Faryale zawahała się jednak i popatrzyła na Erriana w zamyśleniu.
– Zamienimy się? – palnęła. – Wezmę twojego ogiera, a ty moją głupią szkapę.
Faryale parsknęła niezadowolona i odstąpiła wreszcie od maga, bez zaproszenia ruszając do rzuconego na ziemię siodła. Srebrnawy ogon przeciął ze świstem powietrze, co Aithne skwitowała triumfalnym uśmiechem.
Prawdopodobnie nikt nawet nie zauważyłby jej powrotu znad strumyka, gdyby nie podenerwowany Lantano.
Wszystkich siodłali, a on biedny bez pańci został. Stres związany z nagłą samotnością sprawił, że na widok Anabde ogier zarżał głośno, po czym zaczął się szarpać, usiłując podejść do pańci choćby i z tym drzewem, do którego był zamocowany koniowiąz.
– Lantano! – krzyknęła ze złością nekromantka, przymrużając groźnie oczy.
Ruszyła w jego stronę szybkim krokiem i stanęła bezpośrednio przed koniem. Szalejąca, półtonowa kupa mięśni wypełniona po brzegi hormonami, dziki i krnąbrny ogier. Wymachiwał przednimi nogami, bo akurat stanął dęba – każdy normalny spieprzyłby gdzie pieprz rośnie.
Anabde warknęła i uniosła ostrzegawczo dłoń, nawet nie drgnąwszy, gdy koło jej ramienia świsnęły wyszczerzone zęby.
– Tylko spróbuj – ostrzegła go niskim głosem.
Ogier postawił uszy i spojrzał na rudowłosą; w następnej sekundzie już stał spokojnie na czterech nogach, opuszczając przepraszająco łeb. Pod naporem jej poirytowanego spojrzenia jakby się skurczył; szturchnął ją pyskiem, usiłując poprawić jej humor. Kobieta uśmiechnęła się pod nosem z satysfakcją, po czym pogłaskała ogiera po umięśnionej szyi.
– Zachowuj się, głupku – poprosiła go jeszcze, nim zaczęła siodłać.
Cador przypatrywał się całej sytuacji z niejakim rozbawieniem. Podszedł do spokojnie przeżuwającego trawę izabelka i rozczochrał mu grzywkę, uśmiechając się lekko.
– Dobrze, że ty jesteś normalny, koniu – mruknął do swojego pupilka, sięgając po siodło.
Zarzucił na grzbiet konia pad, na którym to siodło zaraz wylądowało. Jednocześnie oddał się ciekawym przemyśleniom, gdy wreszcie dotarł do pewnej konkluzji.
– No tak, w końcu jaki pan, taki kram – uznał bardzo zadowolony z siebie, unosząc kąciki ust.
Ariene słysząc ten komentarz obrońcy, najpierw popatrzyła na niego szczerze zdumiona, potem przeanalizowała to, co mówił, po czym parsknęła serdecznym, trochę zbyt głośnym śmiechem, dlatego też zasłoniła usta dłonią. Jutrzenka zastrzygła uszami, zainteresowana zachowaniem swojej właścicielki.
– O Silthe, z kim ja pracuję – wydusiła wiedźma i zachichotała niekontrolowanie, poprawiając pasek policzkowy klaczy. – Nie wierć się chwilę, skarbie – dodała, podnosząc tobołek i mocując go rzemieniami do siodła.
Jutrzenka parsknęła zdegustowana, ale dostosowała się do polecenia Ariene, zwiesiwszy potulnie łeb.
Aithne zamachała wyrzuconymi ze strzemion nogami, górując nad zebranymi z grzbietu Faryale. Dziwnym trafem Errian nie wyraził chęci dokonania wymiany wierzchowców, dlatego też była skazana na swoją wredną małpę.
– Guzdrzecie się – oznajmiła znudzonym głosem i odchyliła się tak, że teraz patrzyła na stojący na głowie świat, jej poplątane włosy zamiotły zad klaczy.
Bierz te kudły, nie znoszę, kiedy łaskoczesz mnie w słabiznę, warknęła nadal urażona Faryale i znacząco wykopała tylną nogą.
– A tam, marudzisz. Jak ty mnie dręczysz, to w porządku – skwitowała niezrażona Aithne, pacnąwszy przyjaciółkę po boku.
Mam do tego pełne prawo, jestem od ciebie kilkukrotnie starsza, prychnęła klacz, tuląc ze złością uszy.
– Stara babinka z ciebie, ot! – zawyrokowała zatem upadła.
Powiedziało dziewczę z wiekiem i ćwiartką na karku. Z czego pewien uroczy młodzieniec ma chyba tylko ćwiartkę, o ile się orientuję, przypomniała lojalnie Faryale, a jej oczy rozbłysły triumfalnie.
Aithne spochmurniała, zmarszczywszy czoło.
– Idź mi.
Sheridan westchnął jak męczennik i pogładził czoło swojej kochanej, grzecznej gniadoszki, tym samym dziękując jej za tak miłą współpracę.
Za żadne skarby by tej klaczy nie wymienił, a już zwłaszcza jak patrzył na niektóre stojące tu potworki. I niekoniecznie miał na myśli tylko konie.
– Nie martw się, ten cyrk niedługo się skończy – pocieszył najwierniejszą towarzyszkę, podciągając popręg.
Gniada parsknęła i szturchnęła go przyjacielsko w łokieć, podczas gdy łowca wsuwał stopę w strzemię. Chwilę potem usiadł wygodnie w siodle, omiatając otoczenie uważnym spojrzeniem. Doszedłszy do wniosku, że wszystko jest w porządku, zawiesił wzrok w bliżej nieokreślonym punkcie przed sobą.
Errian na chwilę zapomniał, że siodła swojego ogiera, kiedy obserwował poczynania Aithne. To jest słuchał jej natchnionych wypowiedzi, z których próbował wyłapać jakikolwiek sens.
Przeniósł wzrok na Faryale, znowu na upadłą, przekrzywił głowę, po czym dostał w zęby pyskiem zniecierpliwionego karego. Stęknął, przytrzymując się wodzy, żeby ustać.
– Nie bądź paskudny, Koral – poprosił z pewną irytacją i poklepał wierzchowca po szyi. – Masz – dodał, wpychając mu do pyska kawałek jabłka, które zostało jeszcze ze śniadania.
Ogier wspaniałomyślnie zaprzestał dręczenia właściciela, pozwalając mu na siebie wsiąść.
Pozostałe konie również zostały osiodłane stosunkowo szybko i już po chwili wszyscy podróżnicy siedzieli w siodłach. Anabde poklepała Lantano po szyi, rozglądając się uważnie po obozie, by upewnić się, że o niczym nie zapomnieli. Wyglądało na to, że nie.
Obejrzała się na towarzyszy, po czym bez słowa ruszyła przodem, jak zwykle uznając paplanie oczywistości za zbędne (jak na przykład „no to ruszamy”, co chyba cisnęło się panu obrońcy na usta).
Siwy poszedł ochoczo przed siebie, maszerując energicznym stępem; ogier był nieco uciążliwy, ale za to niezastąpiony. Nie spotkała jeszcze w życiu tak wytrzymałego, szybkiego, skocznego i odważnego konia jak Lantano – mogła znosić jego humorki i odchyły, bo za to miała pewność, że rumak nigdy jej nie zawiedzie. Nadal rozpierała go energia i chętnie współpracował, generalnie wyglądał  na szczęśliwego z powodu nadchodzącej podróży.
Kochała go również dlatego, że była jedyną osobą, która mogła na nim wysiedzieć. Wielu naprawdę znanych jeźdźców próbowało, ale nikt nie podołał – koniec końców uznano ogiera za niezrównoważonego i planowano zabić, Anabde natrafiła na niego w ostatniej chwili. Podobno nawet kiedyś zakopał na śmierć naprawdę brutalnego jeźdźca.
Wychodziło na to, że ona lubi trudnych.
Opuścili obóz i ruszyli w dalszą drogę do posiadłości rodziny Souenów. Przynajmniej okolica była przyjemna – zielona i spokojna. Czekało ich kilka dni podróży, dni, podczas których wiele jeszcze miało się wydarzyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz