Drugiego dnia
od opuszczenia Perrianu, kiedy minęli nieduże miasteczko, gdzie Ariene
zaopatrzyła ich w prowiant, deklarując chęć przyrządzenia ciepłego posiłku,
czekało ich niezaplanowane, bardzo niespodziewane spotkanie.
Jechali
właśnie leśną dróżką, jedną z rzadziej uczęszczanych, dlatego też byli jedynymi
podróżnikami. Dokoła słońce subtelnie przebijało się przez korony drzew
iglastych, opadając snopami światła na ściółkę, w powietrzu unosił się ożywczy,
charakterystyczny zapach pozostający cierpkim posmakiem na języku. Gdzieś w
górze świergoliły ptaki i tylko dzięki nim nie odnosiło się wrażenia, że
okolica jest opustoszała – zwierzęta wyraźnie trzymały się z daleka od drogi,
by nie wpaść na żadnych ludzi. A może pochowały się z innego powodu, takiego, o
którego istnieniu podróżnicy nie wiedzieli?
Nie rozmawiali
za dużo, atmosfera lasu, choć z pozoru sielankowa, stała się nieco
przytłaczająca – i trudno powiedzieć, czy przytłaczała pozytywnie, czy też nie.
W każdym razie większość grupy pogrążyła się w rozmyślaniach, odcięła od
towarzyszy i poświęciła te kilka chwil samym sobie. Czy dobrze? Najpewniej tak.
Może gdyby
każdy z nich potrafił się dobrze skupić na swoim wnętrzu, przejechaliby tą
drogą bez komplikacji, nieświadomi tego, co działo się w pewnej znacznej
odległości, tuż na skraju lasu.
To było
muśnięcie. Najpierw nie fizyczne – poczuła to w sobie. Wyprostowała się, w jej
oczach pojawiła się pustka, zastygła nieruchomo na grzbiecie Faryale, próbując
zrozumieć, co ją właśnie dotknęło. Przeczucie? Intuicja.
Powiedziało
jej o czymś ważnym, o czymś ciepłym, serce przyspieszyło, wstrzymała oddech.
Nieznacznie marszcząc czoło, przesunęła spojrzeniem po drodze, po jadącej
nieopodal Anabde, wreszcie zapatrzyła się na pnie drzew. Ciemne, smukłe,
niektóre porośnięte mchem. Co ją zaniepokoiło?
I znowu. Razem
z subtelnym, ledwie widocznym blaskiem w oddali. Ktoś inny – ktokolwiek tak
naprawdę – nie zwróciłby na to większej uwagi. Ot, może rozpalono ognisko, może
walka, lepiej się nie zbliżać, może osada.
Ale to nie
było nic z tego, bo znała to światło, doskonale wiedziała, co właśnie ujrzała.
Serce na chwilę zamarło.
Przecież
zaginął. W miejscu, z którego się nie wraca, jeśli straci się czujność.
Przelotnie
dotknęła szyi Faryale, nieznacznie przenosząc ciężar ciała w jedną stronę,
jednak za wodzę szarpnęła bez większego wyczucia. Klacz machnęła łbem,
zastrzygła uszami, ale nie zapytała. Może odczytała odpowiedź z myśli Aithne,
może nie chciała wiedzieć, co się działo, dość, że nagle i niespodziewanie
skoczyła w bok, śmigając między drzewa niczym biała smuga – tuż za zadem
Lantano i tuż przed nosem ogiera Erriana.
Młody mag aż
sapnął zdumiony, kiedy wierzchowiec upadłej pomknął w leśne ostępy. Zamrugał,
potrząsnął głową, odruchowo przytrzymał swojego konia, jakby się bał, że ogier
pogna śladem siwej, po czym powiódł wzrokiem za Aithne, marszcząc czoło.
Faryale
pędziła, jakby goniła ją wataha wilków, szybko się oddalała, większość nawet
nie zorientowała, co się dzieje. On pewnie też by tego nie zauważył, gdyby
dziewczyna nie przejechała tuż przed jego nosem.
Otrząsnął się
z oszołomienia, kiedy dostrzegł bliżej nieokreślony wybuch, płomienie wydostały
się w powietrze i po chwili zgasły – w ich stronę właśnie zmierzała Aithne.
– Czekaj! –
krzyknął od razu, zwracając ogiera w tym samym kierunku, wbił pięty w boki
wierzchowca i kolejnym zwięzłym warknięciem zmusił go do ruszenia z miejsca
energicznym galopem.
Faryale była
szybka, jednak Koral, zachęcony pośpiechem swojego jeźdźca, zademonstrował, co
potrafił. To jest szczęściem trafił na trasę, gdzie nie rosło aż tyle drzew,
które to spowalniały siwą, dlatego też bardzo sprawnie ją doganiał.
Cholera
wiedziała, co łaziło po głowie Aithne, ale na pewno nie było to nic rozsądnego,
zwłaszcza jeśli jechała w stronę walki.
Po odjechaniu
dwóch gołąbków zapanowała pewna krępująca cisza. Wszyscy w końcu konie
zatrzymali, starając się zorientować w sytuacji i znaleźć logiczne podłoże
działania młodzieży. Co prawda Aithne nie była taka młoda, ale zachowywała się
jak dzieciak.
– Mam pomysł –
oznajmił Sheridan, odprowadziwszy wzrokiem niknącego wśród drzew Korala. –
Udajmy, że nic się nie stało, i jedźmy dalej. Szkoda gówniarza, ale na takie
straty możemy sobie pozwolić.
Lantano zatańczył
w miejscu wyraźnie podenerwowany. Powstrzymał się jednak od bardziej
gwałtownego wyrażania swoich uczuć, czując, że jego amazonka jest spięta.
Położył po sobie uszy; kiedy Anabde była na tyle zła, że odbijało się to na jej
jeździe, zazwyczaj niedobrze się to kończyło.
Kobieta
przymrużyła oczy, chwilowo ignorując resztę towarzystwa – odprowadziła wzrokiem
dwa galopujące konie, aż nie zniknęły między drzewami. Gdy jej uszu doszły
słowa łowcy, obdarzyła mężczyznę krótkim, ale wyjątkowo morderczym spojrzeniem;
zaraz później spełniła marzenie własnego wierzchowca i ścisnęła go łydkami.
Siwy ruszył galopem z miejsca, stawiając uszy i obierając właściwy kurs.
Nie bez powodu
nekromantka znosiła wszystkie humorki swojego wierzchowca. Kiedy trzeba było,
nie miał sobie równych.
Gdy Anabde
ruszyła śladem Erriana i Aithne, Cador odebrał to jako sygnał.
–
Najwidoczniej nic z tego – mruknął mało współczująco do łowcy, po czym ściągnął
wodze i zacmokał na swego rumaka.
Izabel
parsknął z dezaprobatą, ale posłusznie zagalopował, kierując się we wskazaną
przez obrońcę stronę. Nawet się nie łudził, że dotrzyma tempa Lantano.
– Trudno –
przyjął przegraną Sheridan, wzruszając ramionami.
Jak nie teraz,
to kiedy indziej, jeszcze się na pewno zdarzy okazja wyeliminowania Aithne.
Albo, przy odrobinie szczęścia, się dziewczę samo wyeliminuje, biorąc pod uwagę
jej zdolność pakowania się w tarapaty.
Jak na
dżentelmena przystało, nie poczekał na Ariene, cmoknął na swoją gniadą (z racji
tego, że innego imienia się klaczka raczej nie doczeka, niech Gniadą
pozostanie) i poprowadził ją między drzewa, nie poganiając jednak specjalnie.
Wiedźma
westchnęła. Poprawiła związane w kitkę włosy, naciągnęła solidniej skórzane
rękawiczki na dłonie, oblizała wargi, bo usta nieco jej spierzchły. Potem
poklepała Jutrzenkę po szyi, zwracając jej uwagę na odjeżdżające konie. Klacz
zastrzygła uszami, wyraźnie się napinając.
– Patrz,
jesteś ostatnia – oznajmiła niedbale Ariene.
Ot, po co komu
kopanie konia, krzyczenie i szarpanie. Wystarczy odpowiednio zmotywować,
prawda?
Jutrzenka
momentalnie stuliła uszy, przysiadła na zadzie i skoczyła jak poparzona przed
siebie, w jednej chwili osiągając naprawdę spektakularną szybkość. Niniejszym
bez problemu wyprzedziła Sheridana (ten się akurat nie spieszył), a potem
Cadora, jednakże przed izabelem jeszcze od serca strzeliła sobie z zadu,
demonstrując swą przewagę.
– Pojebało
cię! – warknęła zdegustowana Ariene, przytrzymawszy się grzywy, bo tego się w
ogóle nie spodziewała.
Z dogonieniem
Lantano był poważny problem, jednakże dzielna klaczka i tak znacząco
zmniejszyła odległość od ogiera.
Las zaczął się
przerzedzać, przed nimi rozciągała się równina w jednym miejscu przecięta
nierówną skarpą dość szerokiego wąwozu. Właśnie stamtąd buchały płomienie i tam
kierowała się w szaleńczym pędzie Faryale, niosąc Aithne.
Siwa w końcu,
całkiem niespodziewanie, zaparła się przednimi nogami, hamując gwałtownie, czym
prawie zgubiła amazonkę. Upadła jednak utrzymała się w siodle, syknąwszy pod
nosem brzydkie przekleństwo.
Jesteś pewna?, spytała zwięźle klacz,
machnąwszy nerwowo łbem.
– Czego? Jego?
Jedź! – warknęła w odpowiedzi Aithne, uderzając dłonią w szyję przyjaciółki
niejako bezsilnie.
Nie to chciałam usłyszeć, mruknęła
niezadowolona Faryale, jednak posłusznie wystartowała znów, szybko nadrabiając
stracone sekundy.
Zahamowała tuż
na krawędzi wąwozu, przechyliła za skarpę szyję i zastrzygła uszami, szukając
wzrokiem tego, kto tak zerwał z miejsca jej przyjaciółkę. W ciemnych oczach
klaczy pojawił się cień niepokoju, jakby zjawienie się upadłego anioła, tak
bliskiego Aithne, było nie do końca fortunne. Faryale jednak rzadko dzieliła
się z kimkolwiek swoimi przemyśleniami, nawet z ulubioną towarzyszką.
– On –
szepnęła Aithne, pochyliwszy się za wierzchowcem.
Jeszcze ułamki
sekund przyglądała się swojemu przyjacielowi, jego czarnym skrzydłom,
roziskrzonym burgundowym oczom, potarganym rudym włosom, nonszalancji, z którą
walczył z wyraźnie silnymi wrogami.
Potem dopiero
skupiła się na przeciwnikach, z nabywaną przez wiele lat wprawą oceniając ich
możliwości oraz stopień stwarzanego zagrożenia. Kilku porządnych magów,
łucznicy, wojownicy, żadnego z bronią dwuręczną, większość posługująca się
mieczem i tarczą.
Wyrzuciła nogi
ze strzemion, wskoczyła na siodło, po czym wybiła się w powietrze, jakby
zamierzała rzucić się w wąwóz na główkę. Chwilę potem za jej plecami
rozpostarły się czarne, duże skrzydła, pióra szarpnęły się na wietrze, jednak
szybko złapały odpowiednie prądy, a upadła mogła skierować się w dół, by
dołączyć do walki.
Wcześniejsze
zahamowanie Faryale umożliwiło Koralowi nadrobienie kolejnych cennych metrów,
dlatego też nad wąwozem zatrzymał się niedługo po klaczy. Biedny ogier,
nieprzyzwyczajony do tak gwałtownych i szybkich galopad, porządnie się
zadyszał, jednak Errian nie miał w tym momencie do niego głowy.
Ledwie oderwał
wzrok od wzlatującej w powietrze Aithne, otrząsnąwszy się z szoku, już
zeskakiwał na ziemię, dostrzegłszy jasny blask. Postąpił kilka kroków w przód i
odbił się od kamieni, w dłonie chwytając upuszczoną przez upadłą broszkę.
Zacisnął na
niej palce, w duchu ciesząc się, że nic się pamiątce nie stało. Potem wylądował
znów, jednak tuż na skarpie, zachwiał się, a przepaść fantazyjnie zafalowała mu
w oczach, wyraźnie szydząc z przysłowia „historia lubi się powtarzać”.
Nie poleciał
jednak na łeb na szyję, bo coś chwyciło go za koszulę i pociągnęło z powrotem w
tył, na stabilny grunt. Młody mag łapczywie złapał powietrze, wcisnął broszkę
do kieszeni i uśmiechnął się z wdzięcznością do puszczającej go Faryale, kątem
oka widząc, że Anabde już przyjechała i zsiada z Lantano.
Potem skupił
się na wąwozie i toczącej się na jego dnie walce.
– Larkin –
wydusił z niedowierzaniem.
Kogo jak kogo,
ale jego się nie spodziewał. Zwłaszcza borykającego się z dość niefortunną
obecnością magów oraz wojowników. Ci pierwsi najbardziej Erriana zaniepokoili,
bo jeden z nich dostrzegł ruszającą do ataku Aithne.
Zaklęcie, z
dziedziny energii, jeśli młodzieniec się nie pomylił, pomknęło do upadłej w
zawrotnym tempie. Zdołała ujść w bok, jednak wibracje okazały się na tyle
silne, że cisnęło nią w drugą stronę, zmieniając na chwilę, dość gwałtownie,
kierunek wiatru.
Najpierw
zrobił, potem pomyślał, tym razem na szczęście w dobrej kolejności. Uniósł dłoń
i machnął nią energicznie, skupiwszy spojrzenie na Aithne – wiatr z powrotem
się wyrównał, usłużnie wracając pod skrzydła upadłej. I choć ona nie
zorientowała się, kto też postanowił strzec jej przysłowiowych pleców, to
Errian zdecydowanie się rozluźnił. Tak mogli pracować.
A potem
doskoczył do skarpy, wybrał najmniej pionową ścianę w pobliżu i zaczął zsuwać
się w dół – ruszył tuż przed zębami Faryale, które ponownie kłapnęły za jego
koszulą, ale nie zdążyły się na niej zacisnąć.
Klacz
parsknęła wściekła, młody mag natomiast pomyślał nawet, że to schodzenie idzie
mu nie najgorzej. Planował się nawet porównać do Cadora, który w podobny sposób
przybył na półkę skalną w jaskini, kiedy, niestety, poplątały mu się nogi. Bo
jakby mogło stać się inaczej w jego przypadku, czyż nie?
Errian doszedł
do wniosku, że twardy kamień to twardy kamień, a już najgorzej, kiedy stacza
się po nim dość bezwładnie. Ponieważ po lądowaniu – twardym, oczywiście – nie
za bardzo wiadomo, gdzie jest góra, gdzie natomiast dół.
– Szlag –
sapnął, potrząsając zakurzoną głową.
Potem usłyszał
triumfalny okrzyk, dostrzegł znajomy błysk i przetoczył się w bok, tym samym
ratując się przed ciosem miecza. Klinga wbiła się z głośnym zgrzytem w
kamienie, pryskając dokoła skalnymi odłamkami.
Podczas gdy
wojownik starał się wyrwać oręż z ziemi, młody mag zdołał dźwignąć się na nogi
i zorientować się, że w jego pobliżu aktualnie stoją w większości wrogowie.
Sięgnął zatem
po miecz, mając nadzieję, że sobie poradzi i że panowie nie są dobrze
wyszkoleni. Zawsze mógł wywołać trzęsienie ziemi albo tornado… tak, pewnie,
sześć razy. Ale zdmuchnąć ich by się chyba udało.
Anabde
zachowała zimną krew; wyprostowała się, poklepała uspokajająco Lantano po szyi,
po czym rozejrzała się po roztaczającej się w wąwozie scenerii. Przymrużyła
stalowoszare oczy – skupione na obrazie walki wyglądały na prawie nieludzkie,
bo wyprane z emocji. Odrzuciła wszystkie silne uczucia, które chciały w nią
uderzyć: szok, niezrozumienie, irytację, swego rodzaju przerażenie. Zapomniała
o nich, jakby mogła wyłączyć tę część mózgu, która była za nie odpowiedzialna.
Zamiast tego
na bladej twarzy pojawiło się zacięcie, kiedy sięgała do swoich rezerw magii.
Odetchnęła głęboko, wiedząc, że jeszcze nie zregenerowała się po misji w
Perrianie – nie było jednak wyjścia, musiała nadwyrężyć zapasy mocy.
Ci z
walczących, którzy zostali zamordowani, niespodziewanie podnieśli się z ziemi.
Nie przeszkadzały im przekrzywione, zasłaniające oczy hełmy czy wbita głęboko w
ciało broń. Każdy z nich sięgnął po najbliżej leżący oręż i stanął do walki,
tym razem po innej stronie. Wrogowie Larkina nie rozumieli, co właśnie się
stało – kilkoro uświadomiono nieprzychylność sytuacji wbiciem ostrza w brzuch,
innym wystarczyło to, że powalenie byłego kompana wcale go nie zatrzymywało.
Jeden z magów,
najwidoczniej dysponujący podstawową wiedzą w zakresie nekromancji, wpadł wreszcie
na pomysł, by kontrdziałać – jego ataki, choć słabe, spełniały swoje zadanie i
stopniowo odbierały kontroli Anabde stabilność.
Przestała
oddychać, a w szarych oczach pojawił się dziwny, niepokojący blask. Lantano
parsknął pod nosem i zwiesił łeb, nie reagując na konie, które pojawiły się tuż
za nim. Wiedział, że w tej chwili lepiej nie odwracać uwagi swojej pańci, a ta
ciągle zaciskała palce na wodzach. Po chwili oparła się ramieniem o jego szyję;
siwek napiął mięśnie, nie chcąc dać kobiecie się przewrócić.
Cador
zeskoczył z izabela i wymruczał do niego „poczekaj tutaj” w głupiej nadziei, że
konik faktycznie nie spierniczy, jak go tu luzem zostawi. Wyminął Anabde, nie
poświęcając jej większej uwagi, i bez wahania podszedł do najbliższej skarpy.
Przyjrzał się jej krytycznie, unosząc brew, ale nie zastanawiał się długo – już
po chwili zsuwał się po niej w dół.
Robił to rzecz
jasna w dużo zgrabniejszy sposób niż Errian, więc zjawiwszy się wreszcie na
dole, stanął na równych nogach. W mgnieniu oka dobył miecza i włączył się w
walkę, konsekwentnie brnąc w stronę Aithne. Nie obchodziło go, po co walczy,
obchodziło go to, by chronić swoją głupią podopieczną.
Spokojne
płomyki przeskakiwały z jednej kępki trawy na drugą, delikatnie podpalając
wrogów. Sam Larkin walczył mieczem, jakby uważał, że przeciwnicy byli niegodni
użycia prawdziwej siły – czy tak właśnie było, tego się nie dowiemy.
Nie krępował
się, by w środku walki nagle obniżyć ostrze i zająć się obserwacją sytuacji.
Walczący z nim mężczyzna aż zamarł w osłupieniu, nie rozumiejąc, dlaczego
rudowłosy opuścił gardę. Wojownik opamiętał się po chwili, ale było już za
późno – ogień zaczął trawić jego ubranie, a zbroja, która miała go chronić,
stała się małym piekłem. Zbyt otumaniony bólem nie pomyślał nawet o
zaatakowaniu upadłego. A ten uśmiechał się lekko, dziwnie rozbawiony tym, co
właśnie się działo.
No proszę,
jednak go znaleźli.
Obdarzył
znajome (i, jak się okazało, jedną nieznajomą) twarze przelotnym spojrzeniem i
dopiero przypomniał sobie o walce. Kontynuował ją, z ukontentowaniem
zauważając, że liczba wrogów drastycznie spadła. Jeszcze kilka minut i powinni
mieć spokój; bardzo dobrze, bo starcie zaczęło już być dla niego męczące.
Za chwilę
zacznie się zastanawiać, dlaczego ten facet broni Aithne. Za chwilę.
Sama upadła
bardzo się ucieszyła możliwością walki. Przyjemnie się jej eliminowało
przeciwników, a gdy zorientowała się, że jeden z nich zagraża Anabde, to jest
próbuje przeciwstawić swoją magię jej, bez skrupułów urąbała mu głowę, uśmiechając
się dziko.
Wtedy jednak
dostrzegła zbliżającego się do niej Cadora, w granatowych oczach pojawił się
bardzo ponury, niezadowolony blask.
– Ja pierdolę,
znowu ty?! – wyraziła swoją radość na widok kolegi.
Za jej plecami
na jednego z wojowników dosłownie runęła Ariene, która uznała, że nie ma czasu
na eleganckie zsuwanie się ze skarpy.
Sztylet
zatopił się w gardle kolejnego wroga; ledwie poważnie nadciął szyję,
zostawiając głowę na skromnym skrawku ciała, już był wyrywany, a jego
właścicielka rzucała się w bok, posyłając zaklęcie w innego wojownika. Kolejnym
czarem wysadziła łuki trzech łuczników, podcinając mężczyznę z toporem.
Co pewną
chwilę jednak jej spojrzenie, trochę zdumione, wędrowało do osoby, która stała
się powodem całego zamieszania.
Przeżył –
Larkin żył. Jakim cudem, jak to możliwe, czemu… czemu odszedł bez słowa? Radość
wymieszała się z goryczą, w niebieskich oczach wiedźmy pojawił się cień. Teraz
jednak liczyła się tylko i wyłącznie walka.
– No kurwa,
zdychajcie – zirytowała się wreszcie Aithne, z cichym warknięciem powalając
przeciwnika celnym ciosem z łokcia w szczękę.
Dzięki tej
zmianie pozycji dostrzegła kłopoty, w jakich znalazł się Errian. Choć mag
naprawdę dobrze radził sobie przy użyciu czarów, to kiedy został przyparty do
muru przez kilku wojowników, zmuszony do operowania mieczem, przestało to
ładnie wyglądać. A najmniej ładnie wyglądała długa, brzydka rana ciągnąca się
od jego boku aż po brzuch.
Upadła
wyszczerzyła rozjuszona zęby, opuszczając Ashar’carrego – zachowała się niemal
identycznie, jak Larkin, i też tym zagraniem zdezorientowała atakującego wroga.
Tylko ona zapomniała mężczyznę zabić, po prostu go wyminęła, ruszając biegiem w
stronę Erriana. Miecz sprawnie wsunęła z powrotem do osłonki, z rozpędu uderzyła
skrzydłami o powietrze, dzięki czemu ostatnie metry przebyła dłuższym skokiem.
Wpadła na
pierwszego z brzegu wroga, wywołując efekt domina, nim jednak odsunęła się od
niego, wbiła dłoń między płyty zbroi, nie dbając o to, że kaleczy sobie rękę.
Błyskawicznie uformowała zaklęcie, napełniła je mocą, po czym uwolniła je wraz
z odepchnięciem od siebie mężczyzny i zwróceniem się do Erriana. Pchnęła
młodego maga na ziemię, obejmując ramionami i osłaniając skrzydłami; nie było
czasu, by dopracować zaklęcie, zatem czar zniszczy wszystko, co nie będzie nią.
Nie pomyliła
się, czterej wojownicy zostali rozsadzeni od środka przez magię upadłej,
ochłapy mięsa zwęgliły się jeszcze w powietrzu, tak więc nic na dziewczynę i
Erriana nie spadło. Cóż, tych panów Anabde już nie użyje jako prywatnej armii,
trudno.
– Ai –
wymamrotał zdezorientowany mag, starając się swoją obrończynię od siebie
odsunąć, by sprawdzić, czy nic się jej nie stało.
Ta rana to
przecież nic, takie tam, draśnięcie. Bolało jak diabli, ale Ariene okrzyczy, a
potem wyleczy, nikomu nic nie będzie, natomiast takie rozsadzanie panów
walczących było dość, ekhm, ryzykowne. Biorąc pod uwagę to, na czym polegała
magia Aithne – bardzo ryzykowne, ale czego on się po pannie Dorrien spodziewał?
Sheridan
tymczasem majestatycznie na Gniadej dotarł do wąwozu, zsiadł z klaczki,
podszedł do krawędzi i obrzucił spojrzeniem walczących. Z pełną beztroską
uznał, że jego interwencja jest zupełnie zbędna, bo jeszcze by przypadkiem
Aithne uratował, a tego przecież nikt nie chciał. Dlatego poklepał wiernego
wierzchowca po szyi i uniósł uprzejmie zdumiony brew, spoglądając na swojego, w
pewnym sensie, kumpla.
– Mówiłem, że
żyje – skwitował zwięźle, westchnął i oparł się na łopatce klaczki,
postanawiając przedstawienie poobserwować.
Cador nie
widział powodu, dla którego miałby zabijać nie swoich wrogów, kiedy nie atakują
oni Aithne. Dlatego przestał walczyć; zamiast tego ruszył spokojnie w stronę
rudej i Erriana (na tyle spokojnie, na ile pozwalali mu na to ciągle atakujący
mężczyźni. Od czasu do czasu musiał się więc zatrzymać, sparować kilka ciosów,
wbić komuś miecz między żebra i dopiero kontynuować spacerek).
Jeden z wrogów
przymierzał się właśnie do ruszenia na zbierających się z ziemi Erriana i
Aithne; Cador pojawił się w odpowiedniej chwili. Podszedł od tyłu do wojownika,
najwyraźniej zbyt zaaferowanego własnym planem, by usłyszeć jego kroki, i
przymierzył miecz do ciosu. Zmarszczył czoło, kiedy ten się nie obrócił – no
naprawdę, żeby aż tak stracić koncentrację?
Jako że nasz
obrońca był człowiekiem honorowym, nie chciał komuś wbijać ostrza w plecy,
zastukał więc palcem w ramię przeciwnika, uprzejmie zwracając na siebie jego
uwagę. Facet ledwie obrócił głowę, dostrzegając Cadora kątem oka, ten nie dał
mu czasu na zastanowienie, tylko dokończył dzieła. Gdy mężczyzna osunął się na
kolana, obrońca przekroczył jego ciało z zadowolonym uśmiechem.
Larkin obrócił
się zgrabną paradą i poderżnął gardło ostatniemu z atakujących go walczących.
Mężczyzna zabulgotał niewyraźnie, a ciepła, lepka krew bryznęła na ubranie
upadłego. Skrzywił się z niezadowoleniem, po czym obrócił w poszukiwaniu
następnych wrogów.
Przechylił
głowę, spostrzegłszy, że takowych nie ma – jeszcze jeden właśnie walczył z
ożywieńcem Anabde, ale wyraźnie słabł, więc nie trzeba było się nim przejmować.
Doskonale. Pozwolił sobie na kolejny uśmiech, po czym rozejrzał nerwowo
dookoła, szukając wzrokiem Aithne.
Gdzieś tutaj
była, przed chwilą ją widział, chyba nie zrobiła niczego głupiego?
Och. Dostrzegł
ją. Uniósł brew, obserwując, jak Errian i Aithne wspólnie zbierają się z ziemi.
Ruszył w ich stronę leniwym krokiem, postanawiając na razie nie komentować ich
dziwnego zbliżenia (przecież upadła nie ruszała na pomoc byle komu).
Po drodze w
pewnej odległości wyminął Ariene; obrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się w
ten swój firmowy, bardzo pewny siebie sposób. Pana obrońcę generalnie
zignorował – kiedy zatrzymał się przed Aithne, to na niej skupił wzrok.
Burgundowe
oczy przygasły, wyraźnie widać w nich było poczucie winy – a to dla tego pana
dziwne, zaznaczmy. Na razie milczał, czekał na reakcję przyjaciółki; on sam nie
był w stanie przewidzieć, co dziewczyna teraz zrobi.
Gdy trup
dokończył dzieła, osunął się bezwładnie na ziemię, zaraz koło przed chwilą
zamordowanego przez siebie byłego kompana. Anabde otworzyła szerzej oczy,
zrywając połączenie – dopiero wtedy dotarło do niej, ile kosztowała ją walka.
Ugięły się pod nią nogi; w ostatniej chwili wplotła palce w grzywę Lantano,
powstrzymując się od upadku. Nabrała kilka głębokich wdechów i opanowała się.
Gdy poczuła, że już odzyskała kontrolę nad własnym ciałem, pogłaskała dzielnie
nieruchomego siwka.
Zapatrzyła się
na stojących w wąwozie przyjaciół, szczególną uwagę poświęcając Larkinowi.
Przymrużone oczy nie wyglądały na szczęśliwe z powodu odnalezienia dawnego
kompana – a przecież nie można powiedzieć, by go nie lubiła, przyjaciel Aithne
był przez nią odbierany dość pozytywnie. Ale... cała ta sytuacja, jego
zniknięcie, wszystko to jakoś ją niepokoiło.
Odnalazła
łagodne zejście w dół wąwozu kilkaset metrów dalej; uznawszy, że koń może
bezpiecznie po nim iść, wsadziła nogę do strzemienia i wspięła się na siodło.
Usiadła wygodnie, po czym zerknęła przez ramię na ciągle towarzyszącego jej
łowcę. Nic nie powiedziała, patrzyła na niego chwilę, potem cmoknęła na Lantano
i ruszyła w obranym wcześniej kierunku.
Qrnać. Szlaban again -___- Nie myślcie, że was zostawiłam XD
OdpowiedzUsuń