poniedziałek, 26 listopada 2012

37. Powroty z martwych



Drugiego dnia od opuszczenia Perrianu, kiedy minęli nieduże miasteczko, gdzie Ariene zaopatrzyła ich w prowiant, deklarując chęć przyrządzenia ciepłego posiłku, czekało ich niezaplanowane, bardzo niespodziewane spotkanie.
Jechali właśnie leśną dróżką, jedną z rzadziej uczęszczanych, dlatego też byli jedynymi podróżnikami. Dokoła słońce subtelnie przebijało się przez korony drzew iglastych, opadając snopami światła na ściółkę, w powietrzu unosił się ożywczy, charakterystyczny zapach pozostający cierpkim posmakiem na języku. Gdzieś w górze świergoliły ptaki i tylko dzięki nim nie odnosiło się wrażenia, że okolica jest opustoszała – zwierzęta wyraźnie trzymały się z daleka od drogi, by nie wpaść na żadnych ludzi. A może pochowały się z innego powodu, takiego, o którego istnieniu podróżnicy nie wiedzieli?
Nie rozmawiali za dużo, atmosfera lasu, choć z pozoru sielankowa, stała się nieco przytłaczająca – i trudno powiedzieć, czy przytłaczała pozytywnie, czy też nie. W każdym razie większość grupy pogrążyła się w rozmyślaniach, odcięła od towarzyszy i poświęciła te kilka chwil samym sobie. Czy dobrze? Najpewniej tak.
Może gdyby każdy z nich potrafił się dobrze skupić na swoim wnętrzu, przejechaliby tą drogą bez komplikacji, nieświadomi tego, co działo się w pewnej znacznej odległości, tuż na skraju lasu.
To było muśnięcie. Najpierw nie fizyczne – poczuła to w sobie. Wyprostowała się, w jej oczach pojawiła się pustka, zastygła nieruchomo na grzbiecie Faryale, próbując zrozumieć, co ją właśnie dotknęło. Przeczucie? Intuicja.
Powiedziało jej o czymś ważnym, o czymś ciepłym, serce przyspieszyło, wstrzymała oddech. Nieznacznie marszcząc czoło, przesunęła spojrzeniem po drodze, po jadącej nieopodal Anabde, wreszcie zapatrzyła się na pnie drzew. Ciemne, smukłe, niektóre porośnięte mchem. Co ją zaniepokoiło?
I znowu. Razem z subtelnym, ledwie widocznym blaskiem w oddali. Ktoś inny – ktokolwiek tak naprawdę – nie zwróciłby na to większej uwagi. Ot, może rozpalono ognisko, może walka, lepiej się nie zbliżać, może osada.
Ale to nie było nic z tego, bo znała to światło, doskonale wiedziała, co właśnie ujrzała. Serce na chwilę zamarło.
Przecież zaginął. W miejscu, z którego się nie wraca, jeśli straci się czujność.
Przelotnie dotknęła szyi Faryale, nieznacznie przenosząc ciężar ciała w jedną stronę, jednak za wodzę szarpnęła bez większego wyczucia. Klacz machnęła łbem, zastrzygła uszami, ale nie zapytała. Może odczytała odpowiedź z myśli Aithne, może nie chciała wiedzieć, co się działo, dość, że nagle i niespodziewanie skoczyła w bok, śmigając między drzewa niczym biała smuga – tuż za zadem Lantano i tuż przed nosem ogiera Erriana.
Młody mag aż sapnął zdumiony, kiedy wierzchowiec upadłej pomknął w leśne ostępy. Zamrugał, potrząsnął głową, odruchowo przytrzymał swojego konia, jakby się bał, że ogier pogna śladem siwej, po czym powiódł wzrokiem za Aithne, marszcząc czoło.
Faryale pędziła, jakby goniła ją wataha wilków, szybko się oddalała, większość nawet nie zorientowała, co się dzieje. On pewnie też by tego nie zauważył, gdyby dziewczyna nie przejechała tuż przed jego nosem.
Otrząsnął się z oszołomienia, kiedy dostrzegł bliżej nieokreślony wybuch, płomienie wydostały się w powietrze i po chwili zgasły – w ich stronę właśnie zmierzała Aithne.
– Czekaj! – krzyknął od razu, zwracając ogiera w tym samym kierunku, wbił pięty w boki wierzchowca i kolejnym zwięzłym warknięciem zmusił go do ruszenia z miejsca energicznym galopem.
Faryale była szybka, jednak Koral, zachęcony pośpiechem swojego jeźdźca, zademonstrował, co potrafił. To jest szczęściem trafił na trasę, gdzie nie rosło aż tyle drzew, które to spowalniały siwą, dlatego też bardzo sprawnie ją doganiał.
Cholera wiedziała, co łaziło po głowie Aithne, ale na pewno nie było to nic rozsądnego, zwłaszcza jeśli jechała w stronę walki.
Po odjechaniu dwóch gołąbków zapanowała pewna krępująca cisza. Wszyscy w końcu konie zatrzymali, starając się zorientować w sytuacji i znaleźć logiczne podłoże działania młodzieży. Co prawda Aithne nie była taka młoda, ale zachowywała się jak dzieciak.
– Mam pomysł – oznajmił Sheridan, odprowadziwszy wzrokiem niknącego wśród drzew Korala. – Udajmy, że nic się nie stało, i jedźmy dalej. Szkoda gówniarza, ale na takie straty możemy sobie pozwolić.
Lantano zatańczył w miejscu wyraźnie podenerwowany. Powstrzymał się jednak od bardziej gwałtownego wyrażania swoich uczuć, czując, że jego amazonka jest spięta. Położył po sobie uszy; kiedy Anabde była na tyle zła, że odbijało się to na jej jeździe, zazwyczaj niedobrze się to kończyło.
Kobieta przymrużyła oczy, chwilowo ignorując resztę towarzystwa – odprowadziła wzrokiem dwa galopujące konie, aż nie zniknęły między drzewami. Gdy jej uszu doszły słowa łowcy, obdarzyła mężczyznę krótkim, ale wyjątkowo morderczym spojrzeniem; zaraz później spełniła marzenie własnego wierzchowca i ścisnęła go łydkami. Siwy ruszył galopem z miejsca, stawiając uszy i obierając właściwy kurs.
Nie bez powodu nekromantka znosiła wszystkie humorki swojego wierzchowca. Kiedy trzeba było, nie miał sobie równych.
Gdy Anabde ruszyła śladem Erriana i Aithne, Cador odebrał to jako sygnał.
– Najwidoczniej nic z tego – mruknął mało współczująco do łowcy, po czym ściągnął wodze i zacmokał na swego rumaka.
Izabel parsknął z dezaprobatą, ale posłusznie zagalopował, kierując się we wskazaną przez obrońcę stronę. Nawet się nie łudził, że dotrzyma tempa Lantano.
– Trudno – przyjął przegraną Sheridan, wzruszając ramionami.
Jak nie teraz, to kiedy indziej, jeszcze się na pewno zdarzy okazja wyeliminowania Aithne. Albo, przy odrobinie szczęścia, się dziewczę samo wyeliminuje, biorąc pod uwagę jej zdolność pakowania się w tarapaty.
Jak na dżentelmena przystało, nie poczekał na Ariene, cmoknął na swoją gniadą (z racji tego, że innego imienia się klaczka raczej nie doczeka, niech Gniadą pozostanie) i poprowadził ją między drzewa, nie poganiając jednak specjalnie.
Wiedźma westchnęła. Poprawiła związane w kitkę włosy, naciągnęła solidniej skórzane rękawiczki na dłonie, oblizała wargi, bo usta nieco jej spierzchły. Potem poklepała Jutrzenkę po szyi, zwracając jej uwagę na odjeżdżające konie. Klacz zastrzygła uszami, wyraźnie się napinając.
– Patrz, jesteś ostatnia – oznajmiła niedbale Ariene.
Ot, po co komu kopanie konia, krzyczenie i szarpanie. Wystarczy odpowiednio zmotywować, prawda?
Jutrzenka momentalnie stuliła uszy, przysiadła na zadzie i skoczyła jak poparzona przed siebie, w jednej chwili osiągając naprawdę spektakularną szybkość. Niniejszym bez problemu wyprzedziła Sheridana (ten się akurat nie spieszył), a potem Cadora, jednakże przed izabelem jeszcze od serca strzeliła sobie z zadu, demonstrując swą przewagę.
– Pojebało cię! – warknęła zdegustowana Ariene, przytrzymawszy się grzywy, bo tego się w ogóle nie spodziewała.
Z dogonieniem Lantano był poważny problem, jednakże dzielna klaczka i tak znacząco zmniejszyła odległość od ogiera.
Las zaczął się przerzedzać, przed nimi rozciągała się równina w jednym miejscu przecięta nierówną skarpą dość szerokiego wąwozu. Właśnie stamtąd buchały płomienie i tam kierowała się w szaleńczym pędzie Faryale, niosąc Aithne.
Siwa w końcu, całkiem niespodziewanie, zaparła się przednimi nogami, hamując gwałtownie, czym prawie zgubiła amazonkę. Upadła jednak utrzymała się w siodle, syknąwszy pod nosem brzydkie przekleństwo.
Jesteś pewna?, spytała zwięźle klacz, machnąwszy nerwowo łbem.
– Czego? Jego? Jedź! – warknęła w odpowiedzi Aithne, uderzając dłonią w szyję przyjaciółki niejako bezsilnie.
Nie to chciałam usłyszeć, mruknęła niezadowolona Faryale, jednak posłusznie wystartowała znów, szybko nadrabiając stracone sekundy.
Zahamowała tuż na krawędzi wąwozu, przechyliła za skarpę szyję i zastrzygła uszami, szukając wzrokiem tego, kto tak zerwał z miejsca jej przyjaciółkę. W ciemnych oczach klaczy pojawił się cień niepokoju, jakby zjawienie się upadłego anioła, tak bliskiego Aithne, było nie do końca fortunne. Faryale jednak rzadko dzieliła się z kimkolwiek swoimi przemyśleniami, nawet z ulubioną towarzyszką.
– On – szepnęła Aithne, pochyliwszy się za wierzchowcem.
Jeszcze ułamki sekund przyglądała się swojemu przyjacielowi, jego czarnym skrzydłom, roziskrzonym burgundowym oczom, potarganym rudym włosom, nonszalancji, z którą walczył z wyraźnie silnymi wrogami.
Potem dopiero skupiła się na przeciwnikach, z nabywaną przez wiele lat wprawą oceniając ich możliwości oraz stopień stwarzanego zagrożenia. Kilku porządnych magów, łucznicy, wojownicy, żadnego z bronią dwuręczną, większość posługująca się mieczem i tarczą.
Wyrzuciła nogi ze strzemion, wskoczyła na siodło, po czym wybiła się w powietrze, jakby zamierzała rzucić się w wąwóz na główkę. Chwilę potem za jej plecami rozpostarły się czarne, duże skrzydła, pióra szarpnęły się na wietrze, jednak szybko złapały odpowiednie prądy, a upadła mogła skierować się w dół, by dołączyć do walki.
Wcześniejsze zahamowanie Faryale umożliwiło Koralowi nadrobienie kolejnych cennych metrów, dlatego też nad wąwozem zatrzymał się niedługo po klaczy. Biedny ogier, nieprzyzwyczajony do tak gwałtownych i szybkich galopad, porządnie się zadyszał, jednak Errian nie miał w tym momencie do niego głowy.
Ledwie oderwał wzrok od wzlatującej w powietrze Aithne, otrząsnąwszy się z szoku, już zeskakiwał na ziemię, dostrzegłszy jasny blask. Postąpił kilka kroków w przód i odbił się od kamieni, w dłonie chwytając upuszczoną przez upadłą broszkę.
Zacisnął na niej palce, w duchu ciesząc się, że nic się pamiątce nie stało. Potem wylądował znów, jednak tuż na skarpie, zachwiał się, a przepaść fantazyjnie zafalowała mu w oczach, wyraźnie szydząc z przysłowia „historia lubi się powtarzać”.
Nie poleciał jednak na łeb na szyję, bo coś chwyciło go za koszulę i pociągnęło z powrotem w tył, na stabilny grunt. Młody mag łapczywie złapał powietrze, wcisnął broszkę do kieszeni i uśmiechnął się z wdzięcznością do puszczającej go Faryale, kątem oka widząc, że Anabde już przyjechała i zsiada z Lantano.
Potem skupił się na wąwozie i toczącej się na jego dnie walce.
– Larkin – wydusił z niedowierzaniem.
Kogo jak kogo, ale jego się nie spodziewał. Zwłaszcza borykającego się z dość niefortunną obecnością magów oraz wojowników. Ci pierwsi najbardziej Erriana zaniepokoili, bo jeden z nich dostrzegł ruszającą do ataku Aithne.
Zaklęcie, z dziedziny energii, jeśli młodzieniec się nie pomylił, pomknęło do upadłej w zawrotnym tempie. Zdołała ujść w bok, jednak wibracje okazały się na tyle silne, że cisnęło nią w drugą stronę, zmieniając na chwilę, dość gwałtownie, kierunek wiatru.
Najpierw zrobił, potem pomyślał, tym razem na szczęście w dobrej kolejności. Uniósł dłoń i machnął nią energicznie, skupiwszy spojrzenie na Aithne – wiatr z powrotem się wyrównał, usłużnie wracając pod skrzydła upadłej. I choć ona nie zorientowała się, kto też postanowił strzec jej przysłowiowych pleców, to Errian zdecydowanie się rozluźnił. Tak mogli pracować.
A potem doskoczył do skarpy, wybrał najmniej pionową ścianę w pobliżu i zaczął zsuwać się w dół – ruszył tuż przed zębami Faryale, które ponownie kłapnęły za jego koszulą, ale nie zdążyły się na niej zacisnąć.
Klacz parsknęła wściekła, młody mag natomiast pomyślał nawet, że to schodzenie idzie mu nie najgorzej. Planował się nawet porównać do Cadora, który w podobny sposób przybył na półkę skalną w jaskini, kiedy, niestety, poplątały mu się nogi. Bo jakby mogło stać się inaczej w jego przypadku, czyż nie?
Errian doszedł do wniosku, że twardy kamień to twardy kamień, a już najgorzej, kiedy stacza się po nim dość bezwładnie. Ponieważ po lądowaniu – twardym, oczywiście – nie za bardzo wiadomo, gdzie jest góra, gdzie natomiast dół.
– Szlag – sapnął, potrząsając zakurzoną głową.
Potem usłyszał triumfalny okrzyk, dostrzegł znajomy błysk i przetoczył się w bok, tym samym ratując się przed ciosem miecza. Klinga wbiła się z głośnym zgrzytem w kamienie, pryskając dokoła skalnymi odłamkami.
Podczas gdy wojownik starał się wyrwać oręż z ziemi, młody mag zdołał dźwignąć się na nogi i zorientować się, że w jego pobliżu aktualnie stoją w większości wrogowie.
Sięgnął zatem po miecz, mając nadzieję, że sobie poradzi i że panowie nie są dobrze wyszkoleni. Zawsze mógł wywołać trzęsienie ziemi albo tornado… tak, pewnie, sześć razy. Ale zdmuchnąć ich by się chyba udało.
Anabde zachowała zimną krew; wyprostowała się, poklepała uspokajająco Lantano po szyi, po czym rozejrzała się po roztaczającej się w wąwozie scenerii. Przymrużyła stalowoszare oczy – skupione na obrazie walki wyglądały na prawie nieludzkie, bo wyprane z emocji. Odrzuciła wszystkie silne uczucia, które chciały w nią uderzyć: szok, niezrozumienie, irytację, swego rodzaju przerażenie. Zapomniała o nich, jakby mogła wyłączyć tę część mózgu, która była za nie odpowiedzialna.
Zamiast tego na bladej twarzy pojawiło się zacięcie, kiedy sięgała do swoich rezerw magii. Odetchnęła głęboko, wiedząc, że jeszcze nie zregenerowała się po misji w Perrianie – nie było jednak wyjścia, musiała nadwyrężyć zapasy mocy.
Ci z walczących, którzy zostali zamordowani, niespodziewanie podnieśli się z ziemi. Nie przeszkadzały im przekrzywione, zasłaniające oczy hełmy czy wbita głęboko w ciało broń. Każdy z nich sięgnął po najbliżej leżący oręż i stanął do walki, tym razem po innej stronie. Wrogowie Larkina nie rozumieli, co właśnie się stało – kilkoro uświadomiono nieprzychylność sytuacji wbiciem ostrza w brzuch, innym wystarczyło to, że powalenie byłego kompana wcale go nie zatrzymywało.
Jeden z magów, najwidoczniej dysponujący podstawową wiedzą w zakresie nekromancji, wpadł wreszcie na pomysł, by kontrdziałać – jego ataki, choć słabe, spełniały swoje zadanie i stopniowo odbierały kontroli Anabde stabilność.
Przestała oddychać, a w szarych oczach pojawił się dziwny, niepokojący blask. Lantano parsknął pod nosem i zwiesił łeb, nie reagując na konie, które pojawiły się tuż za nim. Wiedział, że w tej chwili lepiej nie odwracać uwagi swojej pańci, a ta ciągle zaciskała palce na wodzach. Po chwili oparła się ramieniem o jego szyję; siwek napiął mięśnie, nie chcąc dać kobiecie się przewrócić.  
Cador zeskoczył z izabela i wymruczał do niego „poczekaj tutaj” w głupiej nadziei, że konik faktycznie nie spierniczy, jak go tu luzem zostawi. Wyminął Anabde, nie poświęcając jej większej uwagi, i bez wahania podszedł do najbliższej skarpy. Przyjrzał się jej krytycznie, unosząc brew, ale nie zastanawiał się długo – już po chwili zsuwał się po niej w dół.
Robił to rzecz jasna w dużo zgrabniejszy sposób niż Errian, więc zjawiwszy się wreszcie na dole, stanął na równych nogach. W mgnieniu oka dobył miecza i włączył się w walkę, konsekwentnie brnąc w stronę Aithne. Nie obchodziło go, po co walczy, obchodziło go to, by chronić swoją głupią podopieczną.
Spokojne płomyki przeskakiwały z jednej kępki trawy na drugą, delikatnie podpalając wrogów. Sam Larkin walczył mieczem, jakby uważał, że przeciwnicy byli niegodni użycia prawdziwej siły – czy tak właśnie było, tego się nie dowiemy.
Nie krępował się, by w środku walki nagle obniżyć ostrze i zająć się obserwacją sytuacji. Walczący z nim mężczyzna aż zamarł w osłupieniu, nie rozumiejąc, dlaczego rudowłosy opuścił gardę. Wojownik opamiętał się po chwili, ale było już za późno – ogień zaczął trawić jego ubranie, a zbroja, która miała go chronić, stała się małym piekłem. Zbyt otumaniony bólem nie pomyślał nawet o zaatakowaniu upadłego. A ten uśmiechał się lekko, dziwnie rozbawiony tym, co właśnie się działo.
No proszę, jednak go znaleźli.
Obdarzył znajome (i, jak się okazało, jedną nieznajomą) twarze przelotnym spojrzeniem i dopiero przypomniał sobie o walce. Kontynuował ją, z ukontentowaniem zauważając, że liczba wrogów drastycznie spadła. Jeszcze kilka minut i powinni mieć spokój; bardzo dobrze, bo starcie zaczęło już być dla niego męczące.
Za chwilę zacznie się zastanawiać, dlaczego ten facet broni Aithne. Za chwilę.
Sama upadła bardzo się ucieszyła możliwością walki. Przyjemnie się jej eliminowało przeciwników, a gdy zorientowała się, że jeden z nich zagraża Anabde, to jest próbuje przeciwstawić swoją magię jej, bez skrupułów urąbała mu głowę, uśmiechając się dziko.
Wtedy jednak dostrzegła zbliżającego się do niej Cadora, w granatowych oczach pojawił się bardzo ponury, niezadowolony blask.
– Ja pierdolę, znowu ty?! – wyraziła swoją radość na widok kolegi.
Za jej plecami na jednego z wojowników dosłownie runęła Ariene, która uznała, że nie ma czasu na eleganckie zsuwanie się ze skarpy.
Sztylet zatopił się w gardle kolejnego wroga; ledwie poważnie nadciął szyję, zostawiając głowę na skromnym skrawku ciała, już był wyrywany, a jego właścicielka rzucała się w bok, posyłając zaklęcie w innego wojownika. Kolejnym czarem wysadziła łuki trzech łuczników, podcinając mężczyznę z toporem.
Co pewną chwilę jednak jej spojrzenie, trochę zdumione, wędrowało do osoby, która stała się powodem całego zamieszania.
Przeżył – Larkin żył. Jakim cudem, jak to możliwe, czemu… czemu odszedł bez słowa? Radość wymieszała się z goryczą, w niebieskich oczach wiedźmy pojawił się cień. Teraz jednak liczyła się tylko i wyłącznie walka.
– No kurwa, zdychajcie – zirytowała się wreszcie Aithne, z cichym warknięciem powalając przeciwnika celnym ciosem z łokcia w szczękę.
Dzięki tej zmianie pozycji dostrzegła kłopoty, w jakich znalazł się Errian. Choć mag naprawdę dobrze radził sobie przy użyciu czarów, to kiedy został przyparty do muru przez kilku wojowników, zmuszony do operowania mieczem, przestało to ładnie wyglądać. A najmniej ładnie wyglądała długa, brzydka rana ciągnąca się od jego boku aż po brzuch.
Upadła wyszczerzyła rozjuszona zęby, opuszczając Ashar’carrego – zachowała się niemal identycznie, jak Larkin, i też tym zagraniem zdezorientowała atakującego wroga. Tylko ona zapomniała mężczyznę zabić, po prostu go wyminęła, ruszając biegiem w stronę Erriana. Miecz sprawnie wsunęła z powrotem do osłonki, z rozpędu uderzyła skrzydłami o powietrze, dzięki czemu ostatnie metry przebyła dłuższym skokiem.
Wpadła na pierwszego z brzegu wroga, wywołując efekt domina, nim jednak odsunęła się od niego, wbiła dłoń między płyty zbroi, nie dbając o to, że kaleczy sobie rękę. Błyskawicznie uformowała zaklęcie, napełniła je mocą, po czym uwolniła je wraz z odepchnięciem od siebie mężczyzny i zwróceniem się do Erriana. Pchnęła młodego maga na ziemię, obejmując ramionami i osłaniając skrzydłami; nie było czasu, by dopracować zaklęcie, zatem czar zniszczy wszystko, co nie będzie nią.
Nie pomyliła się, czterej wojownicy zostali rozsadzeni od środka przez magię upadłej, ochłapy mięsa zwęgliły się jeszcze w powietrzu, tak więc nic na dziewczynę i Erriana nie spadło. Cóż, tych panów Anabde już nie użyje jako prywatnej armii, trudno.
– Ai – wymamrotał zdezorientowany mag, starając się swoją obrończynię od siebie odsunąć, by sprawdzić, czy nic się jej nie stało.
Ta rana to przecież nic, takie tam, draśnięcie. Bolało jak diabli, ale Ariene okrzyczy, a potem wyleczy, nikomu nic nie będzie, natomiast takie rozsadzanie panów walczących było dość, ekhm, ryzykowne. Biorąc pod uwagę to, na czym polegała magia Aithne – bardzo ryzykowne, ale czego on się po pannie Dorrien spodziewał?
Sheridan tymczasem majestatycznie na Gniadej dotarł do wąwozu, zsiadł z klaczki, podszedł do krawędzi i obrzucił spojrzeniem walczących. Z pełną beztroską uznał, że jego interwencja jest zupełnie zbędna, bo jeszcze by przypadkiem Aithne uratował, a tego przecież nikt nie chciał. Dlatego poklepał wiernego wierzchowca po szyi i uniósł uprzejmie zdumiony brew, spoglądając na swojego, w pewnym sensie, kumpla.
– Mówiłem, że żyje – skwitował zwięźle, westchnął i oparł się na łopatce klaczki, postanawiając przedstawienie poobserwować.
Cador nie widział powodu, dla którego miałby zabijać nie swoich wrogów, kiedy nie atakują oni Aithne. Dlatego przestał walczyć; zamiast tego ruszył spokojnie w stronę rudej i Erriana (na tyle spokojnie, na ile pozwalali mu na to ciągle atakujący mężczyźni. Od czasu do czasu musiał się więc zatrzymać, sparować kilka ciosów, wbić komuś miecz między żebra i dopiero kontynuować spacerek).
Jeden z wrogów przymierzał się właśnie do ruszenia na zbierających się z ziemi Erriana i Aithne; Cador pojawił się w odpowiedniej chwili. Podszedł od tyłu do wojownika, najwyraźniej zbyt zaaferowanego własnym planem, by usłyszeć jego kroki, i przymierzył miecz do ciosu. Zmarszczył czoło, kiedy ten się nie obrócił – no naprawdę, żeby aż tak stracić koncentrację?
Jako że nasz obrońca był człowiekiem honorowym, nie chciał komuś wbijać ostrza w plecy, zastukał więc palcem w ramię przeciwnika, uprzejmie zwracając na siebie jego uwagę. Facet ledwie obrócił głowę, dostrzegając Cadora kątem oka, ten nie dał mu czasu na zastanowienie, tylko dokończył dzieła. Gdy mężczyzna osunął się na kolana, obrońca przekroczył jego ciało z zadowolonym uśmiechem.
Larkin obrócił się zgrabną paradą i poderżnął gardło ostatniemu z atakujących go walczących. Mężczyzna zabulgotał niewyraźnie, a ciepła, lepka krew bryznęła na ubranie upadłego. Skrzywił się z niezadowoleniem, po czym obrócił w poszukiwaniu następnych wrogów.
Przechylił głowę, spostrzegłszy, że takowych nie ma – jeszcze jeden właśnie walczył z ożywieńcem Anabde, ale wyraźnie słabł, więc nie trzeba było się nim przejmować. Doskonale. Pozwolił sobie na kolejny uśmiech, po czym rozejrzał nerwowo dookoła, szukając wzrokiem Aithne.
Gdzieś tutaj była, przed chwilą ją widział, chyba nie zrobiła niczego głupiego?
Och. Dostrzegł ją. Uniósł brew, obserwując, jak Errian i Aithne wspólnie zbierają się z ziemi. Ruszył w ich stronę leniwym krokiem, postanawiając na razie nie komentować ich dziwnego zbliżenia (przecież upadła nie ruszała na pomoc byle komu).
Po drodze w pewnej odległości wyminął Ariene; obrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się w ten swój firmowy, bardzo pewny siebie sposób. Pana obrońcę generalnie zignorował – kiedy zatrzymał się przed Aithne, to na niej skupił wzrok.
Burgundowe oczy przygasły, wyraźnie widać w nich było poczucie winy – a to dla tego pana dziwne, zaznaczmy. Na razie milczał, czekał na reakcję przyjaciółki; on sam nie był w stanie przewidzieć, co dziewczyna teraz zrobi.
Gdy trup dokończył dzieła, osunął się bezwładnie na ziemię, zaraz koło przed chwilą zamordowanego przez siebie byłego kompana. Anabde otworzyła szerzej oczy, zrywając połączenie – dopiero wtedy dotarło do niej, ile kosztowała ją walka. Ugięły się pod nią nogi; w ostatniej chwili wplotła palce w grzywę Lantano, powstrzymując się od upadku. Nabrała kilka głębokich wdechów i opanowała się. Gdy poczuła, że już odzyskała kontrolę nad własnym ciałem, pogłaskała dzielnie nieruchomego siwka.
Zapatrzyła się na stojących w wąwozie przyjaciół, szczególną uwagę poświęcając Larkinowi. Przymrużone oczy nie wyglądały na szczęśliwe z powodu odnalezienia dawnego kompana – a przecież nie można powiedzieć, by go nie lubiła, przyjaciel Aithne był przez nią odbierany dość pozytywnie. Ale... cała ta sytuacja, jego zniknięcie, wszystko to jakoś ją niepokoiło.
Odnalazła łagodne zejście w dół wąwozu kilkaset metrów dalej; uznawszy, że koń może bezpiecznie po nim iść, wsadziła nogę do strzemienia i wspięła się na siodło. Usiadła wygodnie, po czym zerknęła przez ramię na ciągle towarzyszącego jej łowcę. Nic nie powiedziała, patrzyła na niego chwilę, potem cmoknęła na Lantano i ruszyła w obranym wcześniej kierunku.

1 komentarz:

  1. Qrnać. Szlaban again -___- Nie myślcie, że was zostawiłam XD

    OdpowiedzUsuń