niedziela, 9 grudnia 2012

40. Wyczucie czasu to podstawa

Larkin zatrzymał się przed drzwiami i położył dłoń na klamce. Zawahał się na chwilę – a co, jak mu się popieprzyły pokoje i wlezie do mieszkającego naprzeciwko Aithne Cadora? No co, no nic.
Musiał jednak skupić się na tej myśli, by do jego głowy wpadła następna – jak to dobrze, że Ariene zajęła pokój naprzeciwko Anabde, odpowiednio neutralne towarzystwo sobie dobrała. Pokrzepiony tą myślą najpierw zapukał, a później, nie czekając na zaproszenie, pchnął drzwi i wtargnął do środka.
Pokoje były całkiem przyjemne. Przestronne, lecz urządzone dość skromnie, pozbawione zbędnych ozdóbek i wszystkiego tego, co zawsze Larkina irytowało – tak zwanych bambetli. Z drugiej strony, zdawały się nieco... martwe. Zimne, zdecydowanie nie zachęcały, choć trudno powiedzieć, co było źródłem takiego wrażenia.
Upadły zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie plecami, przenosząc intensywne spojrzenie na stojącą kilka metrów dalej przyjaciółkę.
Aithne po wejściu do swojej tymczasowej sypialni zatrzymała się przed łóżkiem i tam zastygła, nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić. Do pojedynku z tamtym wypierdkiem zostało jeszcze sporo czasu, a ona czuła się jakoś niekomfortowo – w obcym domu, w obcym pokoju, w ponurej atmosferze, ze świadomością… wielu rzeczy. Żałowała, że Faryale nie może się z nią komunikować na takie odległości.
Kiedy Larkin przyszedł, drgnęła gwałtownie i wyprostowała się trochę sztywno, jakby oczekiwała ataku. Pospiesznie obróciła się do przyjaciela i popatrzyła na niego tak samo bezradnie, jak bezradnie chwilę temu wpatrywała się w łóżko.
Co się z nią działo? Aithne, pozbieraj się do kupy, tragedia!
– Hej – wydusiła wreszcie i splotła ręce na plecach, bo nie miała co z nimi zrobić.
Uniósł brew, dłuższą chwilę przyglądając jej się bez słowa. Ciężko powiedzieć, co sobie myślał – jego twarz pozbawiona była emocji. W końcu uśmiechnął się, nieco z rozbawieniem, nieco złośliwie, i odepchnął się od drzwi.
Podszedł do Aithne i wyciągnął do niej dłoń, by po raz kolejny tego dnia zmierzwić jej włosy. Strasznie go to śmieszyło.
– Hej, ruda – odpowiedział.
Przez chwilę przyglądał się swojemu dziełu, to jest kompletnemu burdelowi, jaki stworzył z jej i tak nieogarniętej fryzury.
– Wyglądasz jak kupka nieszczęścia – poinformował ją radośnie, bo może nie wiedziała.
Aithne zezowała na swoje biedne, zmaltretowane włosy, wydymając usta. Nigdy nie warczała – jeśli już, to krótko – na Larkina za czochranie jej, to był taki jego przywilej, ale zawsze się irytowała. Dlatego teraz też prychnęła i spróbowała fryzurę jako-tako ułożyć.
– A ty wyglądasz… – zaczęła niezadowolona, czując potrzebę odgryzienia się przyjacielowi. – Jak zawsze beznadziejnie – wymyśliła górnolotnie, mimowolnie uciekając spojrzeniem w bok.
Chwilę tak zastanawiała się nad samą sobą, zgrzytając cicho zębami, po czym prychnęła raz jeszcze i potrząsnęła zdenerwowana głową.
– Żadna kupka nieszczęścia, też mi coś – warknęła ostatecznie, krzyżując ręce na wysokości piersi.
– Aha, wypierasz się, pierwsza oznaka problemu – odpowiedział wyjątkowo mądrze, jakby miał dyplom z psychologii co najmniej.
No, zacznijmy od tego, że takiej nauki jeszcze nikt nie stworzył. Ale jakby była, to by psychologiem został!
Rozejrzał się po pokoju; jego wzrok przykuł stolik, przy którym stały dwa proste, drewniane krzesła. Uznawszy, że niespecjalnie chce mu się stać, podszedł do jednego z nich – usiadł i oparł się łokciem o blat, brodę podpierając na dłoni.
– Ten ślub się nie odbędzie – uznał spokojnie.
Z pełnym przekonaniem, co rodziło wrażenie, że mężczyzna wie, co mówi.
– Gówno mnie ten ślub obchodzi! – fuknęła, rzuciwszy mu mordercze spojrzenie.
Przez chwilę nawet chciała wyrzucić wolne krzesło przez okno, ale to by chyba dziwnie wyglądało, takie latające z posiadłości szlachciców meble. Z pierwszego piętra. Na dziedziniec. Na czyjś łeb. Może pan Souen robił obchód inwentarza.
Potrząsnęła głową.
– Niech się pobierają, niech sobie mają gromadkę dzieci i niech się odpierdolą, dostaliśmy kasę za sukienkę, tylko to się liczy – warknęła na koniec i obróciła się do Larkina plecami.
Bardzo źle, że przyszedł. Potrafił z niej wyciągnąć wszystko – i tylko o jednym nigdy mu nie opowiedziała, o tym, jak naprawdę nabawiła się panicznego lęku przed ciemnościami. Kiedyś jedynie wspomniała, że była długo w zamknięciu, ale nic więcej.
– Aha – mruknął nieszczególnie wiarygodnie, odchylając się na krześle i krzyżując ręce na torsie.
Przyjrzał się jej krytycznie, konkretniej, ze względu na okoliczności, jej plecom. Byłby ją obrócił, ale nie chciało się mu wstawać.
– Jak rozumiem, dalsze losy kochanego Erriana też zupełnie cię nie interesują? – drążył jeszcze, chociaż było to jak igranie z ogniem.
Jeszcze mógł; tak mu się wydawało, że do punktu krytycznego nadal daleko.
– Co mnie obchodzi jakiś bezużyteczny szlachciura? – warknęła, ale sama się nie obróciła, bo najgorzej byłoby mu spojrzeć w twarz.
Dlatego sztyletowała wzrokiem ścianę.
– Ani walczyć, ani przeżyć, nic, tylko czasami spróbuje coś z magią zrobić, ale to też do dupy, bo jedynie usiądzie i myśli, kurwa, bezużyteczny, beznadziejny, głupi typek – dodała, jednak na końcu jej głos trochę przygasł.
Miałaś go nie lubić, on miał cię nienawidzić, a tymczasem? Ale to coś, co się stało przy pierwszym obozie, to nic. Taki tam, wypadek. W ogóle puścili to przecież oboje w niepamięć, prawda? A to, że chyba pomógł ocalić jej życie i ciągle był, i starał się ją utrzymać w pionie, kiedy się załamywała, to też o dupę rozbić, tak.
Nienawidzisz go, Aithne. Pamiętaj. Nienawidzisz z całego serca.
– Nie no, zupełnie cię nie obchodzi, tak pytam. – Wzruszył ramionami i na chwilę urwał, jakby rozglądanie się po pokoju pochłonęło go całkowicie.
Drobna podpowiedź: tak, użył ironii. Leciutkiej. Bardzo. Prawie wcale.
Niemniej jednak uznał, że do tematu powróci za chwilę, bo mu inaczej Aithne przez okno wyskoczy. Niekiedy naprawdę trudno się z nią rozmawiało.
– A co to za gość, ten twój obrońca? – rzucił zupełnie swobodnie, jakby ze zwykłej ciekawości pytał.
Po części tak było.
– Cador Reamonn – przedstawiła go raz jeszcze. – Wynajął go Errian, cholera wie kiedy. Przybył do Elestren akurat jak sobie umierałam, z tego, co mi później w drodze Anabde opowiadała, natknął się najpierw na Ariene. Podobno to dziw, że się nie obudziłam, jak nim rzucała po ścianach, ale to dodała już ona sama – skwitowała i podrapała się po nosie. – Koleś dobrze walczy, no nie mogę mu odmówić, tylko mnie wkurwiał jak cholera, bo co i rusz rzucał się na ciosy przeznaczone dla mnie jak pojebany. Ale ogółem nawet ujdzie – zawyrokowała po krótkim zastanowieniu.
Erriana dalej nienawidzisz, Aithne.
Larkin pokiwał głową na znak że usłyszał, zrozumiał, przetrawił i zaakceptował. A rzucanie po ścianach w wykonaniu Ariene... hm.
No dobra, odpoczęła sobie chwilkę od tematu, można do niego wrócić.
– Errian go wynajął? – powtórzył, tym razem wyzbywszy się z głosu wszelkiej ironii czy złośliwości.
Zapytał zupełnie szczerze, kierując się naturalną ciekawością – bo jak to tak, dlaczego, o co chodzi? Uniósł przy tym brew, wlepiając w postać nadal stojącej do niego plecami Aithne spojrzenie tak intensywne, że powinna się zaraz odwrócić.
– Tak, Errian go wynajął.
Nie, Larkin, tym razem nie pójdzie z nią tak łatwo.
Nawet nie drgnęła pod ostrzałem jego wzroku, bez reszty zafascynowana ścianą. Ściany były cudownym wynalazkiem, a jakim… pouczającym. I w ogóle.
Westchnął. Czasami naprawdę ciężko się z nią rozmawiało.
– A... hm – wycofał się z pytania, jakie miał zadać, milknąc na dłuższą chwilę.
Dziwna sprawa z tym Errianem, naprawdę. Odchylił głowę, wlepiając na moment spojrzenie w sufit.
– Ciekawe, dlaczego to zrobił – powiedział, znów zupełnie nieznaczącym tonem.
Bo nie miał zamiaru niczego insynuować, ot, faktycznie zastanawiał się nad motywami działań panicza Souena... i ich racjonalnością.
Wzruszyła ramionami.
Nie złam się, Aithne. Nie daj po sobie poznać, że polubiłaś tego głupiego maga i łapiesz się na tym, że czasami na niego patrzysz, kiedy nikt nie widzi. I że chcesz go chronić tam, gdzie sam nie jest w stanie sobie poradzić. Że chętnie go słuchasz, że jego głos wcale cię nie irytuje, a te maniery wcale nie są takie straszne. W sumie z nimi odpuścił, to dobrze.
A już na pewno nie daj po sobie poznać, że ten głupi mag przejrzał cię bardziej niż powinien. Że wie o czymś, o czym powiedziałaś tylko Larkinowi – bo Anabde zorientowała się sama, gdzieś w międzyczasie. Że ryczałaś mu w ramionach, a potem z nim spałaś w jednym łóżku, że jak wróciłaś do świata żywych, to jego pierwszego zobaczyłaś i się ucieszyłaś.
Natomiast profilaktycznie nie przyznawaj się też do tego, że dostałaś od niego w twarz. Nawet jeśli sobie zasłużyłaś, Larkin mógłby nie załapać drugiej części zdania.
Nadal stała plecami do niego. To zaczęło być irytujące. Zabębnił palcami w stół, zastanawiając się, czy chce mu się podnosić, by stanąć z nią twarzą w twarz.
– Aithne...? – zamruczał, przechylając głowę.
Wreszcie zdecydował, że trzeba ruszyć dupsko; tak też zrobił, podniósł się z krzesła i podszedł do dziewczyny wolnym spacerkiem, z założonymi za plecami rękoma. Zatrzymał się centralnie naprzeciwko niej i spojrzał z góry prosto w granatowe oczy upadłej.
– Aithne – powtórzył.
Tylko tyle. Może aż tyle? Uśmiechnął się lekko, dość ciepło, mobilizując ją tym samym do powiedzenia prawdy. On już podejrzewał, jaka ona jest, chciał jednak, by przyznała się do tego sama przed sobą.
Aithne zacisnęła zęby i błyskawicznie spuściła wzrok, ale już było po sprawie. Czemu musiał ruszać swoje leniwe dupsko z tego krzesła? Po co w ogóle przyszedł? Niech sobie stąd idzie, do Ariene jakiejś albo innego dziewczęcia, na pewno ich tu nie brakowało. Ona mogła posiedzieć sama, tak.
Opuściła głowę, kiedy poczuła, że się rumieni. Musiałaś pomyśleć o tym głupim magu? O… o wszystkim? Po co to sobie przypomniałaś akurat teraz, i wszystko z Elestren, i to wtedy w… lesie, i w ogóle?
Oparła głowę na klatce piersiowej Larkina, jakby chciała się schować. Bo bardzo chciała, to było głupie, zaraz ją wyśmieje, dobrze jej tak.
– Nie lubię go – powtórzyła cichutko.
Uśmiechnął się szerzej, już nie szczędząc sobie złośliwego rozbawienia – tego jednak, na całe szczęście, nie mogła zobaczyć. Objął ją ramieniem i przytulił, patrząc teraz na rozczochrana czuprynę z czułością, z jaką brat spogląda na młodszą, dorastającą siostrzyczkę.
– Tak myślałem – przyznał spokojnie.
I oboje wiedzieli, jak naprawdę powinny brzmieć słowa Aithne i co ona, tak głęboko w sercu, miała na myśli.
Oczywiście Larkin nie byłby sobą, gdyby oszczędził jej złośliwości.
– Nie lubisz go. Głupi Errian – przedrzeźnił ją nieco, kiedy uznał, że już wystarczy tego przytulania i generalnie bycia miłym.
– Jak but – zgodziła się z nim, pokiwała głową, a potem się odsunęła, mając potrzebę zrobienia czegoś produktywnego. – Ten pokój jest jak jakaś cholerna cela – uznała, zauważywszy, że nie ma tu co robić. – Tylko położyć się i zdychać – podsumowała, wzruszając ramionami. – Myślisz, że gnojek już się szykuje do walki? – przypomniała sobie o najważniejszym, poklepała rękojeść Ashar’carrego i uśmiechnęła się prawie normalnie.
Podeszła do drzwi, otworzyła je z rozmachem, rozejrzała się po korytarzu, po czym skinęła głową w stronę wyjścia.
– Ja się zbieram, jak chcesz, możesz tu rozbić obóz, nawet się nadajesz na dekorację – skwitowała, wychodząc raźnym krokiem.
Jej zachowanie skomentował tylko pokręceniem głową. Z nią to czasami jak z dzieckiem. Mimo wszystko uśmiechnął się szeroko, uznając, że drugiej takiej na świecie już nie ma.
Nie zastanawiał się długo, ruszył w stronę wyjścia z pokoju i zamknął za nimi drzwi.
Dobrze, że czytał z niej jak z otwartej księgi, bo wiedział już wszystko.

Za mało whisky. Cholera, no za mało. Ale przecież nie pójdzie teraz do Larkina i nie zabierze mu piersiówki, upadły rozmawiał z Aithne. Albo odpoczywał.
Przeszła się po swoim nieco ascetycznym pokoiku, przygryzając nerwowo wargę. Co chwila zerkała na zamknięte drzwi, naiwnie wierząc, że wbiegnie do środka rozpromieniony Errian z radosnymi wieściami, iż ślub odwołany. Jednak nic takiego się nie stało, co zaczynało ją denerwować. Źle się czuła w tych czterech ścianach, zupełnie sama ze swoimi myślami i niepokojem.
To nie tak, że nie lubiła młodego maga. Gdyby nadal była szlachcianką, najpewniej by się nawet ucieszyła, że wybrano ją dla tak miłego, uprzejmego młodzieńca, który ani jej nie skrzywdzi, ani nie wykorzysta, ale… przecież skończyła z tym życiem.
A Errian był chyba najbiedniejszy, dobrze widziała, jak go to oszołomiło i zmartwiło. Unikał spojrzenia Aithne, pewnie czuł się winny. I ona też zaczynała się czuć winna, chociaż to nie przez nich, właściwie robili wszystko, byle do tego nie dopuścić.
Zacmokała zdenerwowana i wyszła z pokoju, uznawszy, że zaraz oszaleje. Ponieważ nie wiedziała, do kogo mogłaby się zwrócić (Anabde nie była jej szczególnie bliska, Aithne by ją zabiła, Sheridan to Sheridan, Errian zniknął, zresztą hej, do niego z przedślubną depresją?, Larkin zajmował się przyjaciółką), zatrzymała się bezradnie tuż za progiem. Zerknęła ukradkiem na drzwi swojego sąsiada i znowu przygryzła wargę.
Chyba się nie pogniewa, prawda? Chyba nie. Jeśli będzie zmęczony, to sama sobie pójdzie, zresztą może nawet jej nie wpuścić.
Ale podeszła i zapukała, mimowolnie opierając z pewnym zrezygnowaniem czoło na drzwiach. Tak jakoś miała wszystkiego dość.
To ją zgubiło. Drzwi otwierały się do środka, więc kiedy Cador je uchylił, dotychczas opierająca się czołem o przejście kobieta musiała stracić równowagę. Nie zdążył więc zdziwić się samym jej przybyciem, bo oto niemalże wpadła mu do środka; dobrze, że obrońca dysponował godnym podziwu refleksem i zdążył ją przytrzymać za ramię.
Dopiero wtedy uniósł zaskoczony brew, przyglądając się jej uważnie, jakby wątpił w to, że rzeczywiście zagościła u niego we własnej osobie.
Nie przygotowywała się do ślubu? Nie, dobra, bez przesadnych złośliwości.
– Ariene – zauważył błyskotliwie, ale zaraz zorientował się, że nie ma co się pytać o przyczynę przybycia.
Zwyczajnie wpuścił ją do środka, zamykając za nią drzwi. Uprzednio rozejrzał się po korytarzu, by upewnić się, że nie ma tam żadnego zbędnego Larkina. Nie było. Obrócił się więc przodem do kobiety, zielone oczy nadal zdradzały niejakie zdziwienie.
– Ładnie tu u ciebie – skwitowała, rozglądając się po wprost oszałamiająco urządzonym wnętrzu.
Nie, wcale, żadnej ironii nie użyła. Jej sarkazm naprawdę umierał, chyba wraz z nadzieją na to, że zostanie uciekającą panną młodą.
Bezceremonialnie usiadła na łóżku, bo było wolne. No, krzesło też, stół również, ale siadać tak od razu na stole jakoś nie wypadało. Splotła ręce pod brodą i spojrzała niejako zrezygnowana na obrońcę, jakby przyszła szukać u niego zgubionej wiary w lepsze jutro. Wyglądała trochę jak zbity szczeniak, jeszcze się, pani szlachcianka, zgarbiła. Ostatecznie popatrzyła na podłogę.
– Posprzątałeś – dodała z wisielczym poczuciem humoru.
Cador przyjrzał jej się krytycznie. Naprawdę, gdyby wiedziała, co to reality show, mogłaby się poczuć jak postawiona przed krytycznym jury właśnie w takim programie. Brakowało jeszcze tabliczki z oceną. Swoją drogą nie mogłaby liczyć na wysoką notę; pomimo swego niewątpliwego uroku prezentowała się niefajnie, bo smutno. Zdecydowanie lepiej było, gdy promieniała i uśmiechała się wdzięcznie.
Silthe, stary, przestań. Ogarnij się trochę, zachowujesz się jak gówniarz, ona ewidentnie coś ten-tego z Larkinem.
Ten-tego. No widziałby kto. Stary facet, a nie potrafi nazwać rzeczy po imieniu.
Odchrząknął, dobity własnymi myślami, po czym podszedł bliżej łóżka. Zatrzymał się metr przed kobietą i spojrzał na nią z góry, unosząc kącik ust w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.
                – Nie mogę sprzątać, bo ktoś mi plecy nadwyrężył – rzucił z rozbawieniem.
Chciał na dobry początek odciągnąć jej myśli od ślubu; nie dojdą do żadnych konstruktywnych wniosków, a ona na pewno już się na ten temat namyślała. Jeśli będzie potrzebowała, to się wyżali, ale na razie niech się uśmiechnie.
– Ostatnio jak pytałam, twoje plecy miały się lepiej niż kiedykolwiek – przypomniała, ponownie spojrzawszy na niego, jednak nadmiernej wesołości na razie nie wykazała. – Jeśli ktoś ci znowu nadwyrężył plecy, to wiń tę ślicznotkę, która jest za to odpowiedzialna – dodała, wzruszając ramionami.
Chciała przeczesać włosy palcami, ale zapomniała, że je związała. To ją tylko bardziej zirytowało, sięgnęła do wstążki, rozwiązała ją, zgniotła w dłoni, po czym rzuciła przed siebie, żeby zginęła i przepadła. Cóż, tasiemka daleko nie poleciała, co Ariene podsumowała niezadowolonym wykrzywieniem ust.
Przyglądał się smętnemu lotowi wstążki, aż ta wylądowała pod jego nogami. Wtedy też kucnął, chwycił ją i wyprostował w palcach. Póki co ją zatrzymał, uznając, że może ją oddać właścicielce, gdy ta przestanie rzucać i nieco odreaguje.
– Kłamałem. Bałem się, że mnie też rozbierzesz – odpowiedział z rozbrajającym uśmiechem.
Wzdrygnął się na wspomnienie katuszy, jakimi urocza wiedźma uraczyła rannego Erriana; następnym razem chyba podziękuje, gdy ta zaproponuje mu opiekę medyczną.
– Och, bo wcale byś nie ch… echem – poprawiła się szybko, uznawszy, że odpowiedź przyszła jej na myśl trochę za szybko.
Patrzyła chwilę na obrońcę, jak tak stał nad nią niczym kat, czekając na dobry moment do urąbania głowy, po czym zastanowiła się, czy nie byłoby to dobrym rozwiązaniem. Miałaby przynajmniej spokój ze ślubami na jakąś, hm, wieczność?
Westchnęła i pozwoliła sobie na położenie się na jego łóżku, rozkładając ręce jak do zrobienia aniołka. Zapatrzyła się w sufit, marszcząc lekko czoło. Może teraz Cador przynajmniej gdzieś usiądzie, zgorszony rozkładającym się na materacu cielskiem.
– Wygodne – pochwaliła jednak, zakładając kosmyk włosów za ucho, bo postanowił wpaść jej do oczu, a tego nie lubiła.
– Nie przy ludziach, Ari, nie przy ludziach – odpowiedział na jej niedokończony komentarz, uśmiechając się z wyraźnym rozbawieniem.
W sumie to faktycznie gdzieś by usiadł, nie za bardzo jednak wiedział gdzie. Niby mógłby iść po to krzesło, ale niespecjalnie mu się chciało. Tak więc stał. Przynajmniej mógł na nią patrzeć, to był zdecydowany plus.
– Cieszę się bardzo. Jeszcze jakbyś się nieco posunęła, to bym się zmieścił, grubasie – skomentował, uznając, że zdecydowanie się po żadne krzesło nie ruszy. Po prostu nie i już.
Łóżko było wystarczająco duże, by się na nim zmieścili oboje – dodatkowo na pewno było wygodniejsze od twardego krzesła!
– Masz jakieś brudne myśli, brzydalu – odpowiedziała grzecznie, ale wielkodusznie przeturlała się z pleców na brzuch, robiąc obrońcy to upragnione przez niego miejsce. – O, słodka bułka – dodała, zauważywszy na regale coś, co chyba kiedyś było czyimś śniadaniem. – Naprawdę powinieneś posprzątać, wstydź się. Ja niedługo będę ciągle sprzątać, no i gotować, a w międzyczasie rodzić dzieci. Chwila, jestem szlachcianką. No, to będę rodzić dzieci i ładnie wyglądać gdzieś w kącie – podsumowała bardzo optymistycznie.
Chciała czy nie, znowu traciła kontrolę nad sobą. Nawet mimo że nie zarwała żadnej poprzedniej nocy, coś tu było nie tak. Ale nie miała głowy, by się nad tym zastanawiać, postanowiła to zignorować, póki nie stwarzało zagrożenia dla otoczenia.
– Nie myśl o tym, by ją zjeść. Nie wiadomo, czy jakiś pieprzony Cass nie miał jej wcześniej w ustach – ostrzegł ją, patrząc na pozostawione resztki jedzenia z wyraźną niechęcią.
No proszę, niby taka wielka szlachta, a nawet porządnej służby nie mają!
Skorzystał z udostępnionego miejsca, siadając na łóżku tak, by oprzeć się plecami o ścianę. Ugiął jedną nogę w kolanie, kładąc na niej łokieć, po czym zerknął kątem oka na Ariene. Coś go ścisnęło w środku, gdy wspomniała o ślubie.
– Naprawdę rodziłabyś dzieci Errianowi? – zapytał spokojnie.
Specjalnie użył takiego czasu, by kwestię małżeństwa pozostawić otwartą: on, jako człowiek żyjący głupią nadzieją, ciągle sądził, że jakoś uda się to wszystko powstrzymać. Zwyczajnie nie ma innej opcji.
– Do tego produkuje się małe szlachcianki, takie jak ja – skwitowała sarkastycznie, by potem westchnąć, zamykając oczy. – Po ślubie dużego wyboru bym nie miała. Znaczy… wiesz, w tych kręgach jest przerąbane. Poza tym może kiedyś bym przywykła. Spójrz chociażby na matkę Erriana… znaczy, ona jest złym przykładem. Ale nie kocha pana Souena, a urodziła mu syna. Może ją zmusił, nie wiem. Myślisz, że jeśli wyskoczę przez okno, ktoś się przejmie? – mruknęła ciszej, obracając głowę tak, by widzieć Cadora.
Potem zaśmiała się nerwowo i przewróciła się z powrotem na plecy, znów podziwiając sufit. Lepiej się siedziało i biadoliło we dwójkę, zdecydowanie.
– Zaczynam chrzanić głupoty, dobij mnie, póki czas – poprosiła i znowu zachichotała, jednak śmiech był pozbawiony wesołości.
– Mówisz, jakbyś nie znała Erriana. On by cię do niczego nie zmuszał. De facto moglibyście żyć tak jak dotychczas, a tylko formalnie być małżeństwem – powiedział, by urwać nagle.
Zdawało się, że chce jeszcze coś dodać, ale waży słowa – świadczył o tym dziwny wyraz zapatrzonych przed siebie oczu.
– Co nie zmienia faktu, że nie wierzę, by zwykła szlachta była w stanie zmusić do zawarcia ślubu dwoje czarodziei posiadających wsparcie kilkorga potężnych osób – dorzucił wreszcie.
Nie spojrzał na nią, bo znowuż zrobiło się mu nieprzyjemnie; trochę egoistyczne uczucie, ale poczuł się głupio, że taki Larkin będzie w stanie wiele zdziałać, a on co najwyżej może komuś złamać nos.
– To trochę inaczej, kiedy do wszystkiego włącza się rodzina. Co prawda wujostwo nigdy nie było mi bliskie, ale szkoda Erriana – westchnęła, drapiąc się po nosie. – Nie wiem, czy chciałabym zadziałać wbrew niemu, by powstrzymać ślub. Wszystko zależy od tego, jak on zdecyduje się to rozegrać, bo możliwe, że potem już nigdy do domu nie wróci. A dom to jednak dom – skwitowała i wzruszyła trochę nieporadnie ramionami.
Dlatego właśnie wierzyła, że młodzieniec prędzej czy później przyjdzie, oznajmiając, że znalazł pokojowe wyjście z sytuacji. Obawiała się, że Errian nie odszuka w sobie dość siły, by sprzeciwić się ojcu bez wsparcia ze strony prawnej lub jakiejkolwiek innej, a wtedy chyba nie potrafiłaby tak chłopaka zdradzić. Lubiła go, szanowała, nie umiałaby tak tego rozegrać.
Co nie zmieniało faktu, że z każdą chwilą pęta w jej wnętrzu zaciskały się na sercu i żołądku coraz mocniej, sprawiając, że momentami trudno się oddychało. Lepiej byłoby o tym zapomnieć i czekać na cud, ale nie potrafiła. Przeklęte szlachectwo.
Cador chwilę nie odpowiadał. Najpierw trwał bez ruchu, jakby czas się zatrzymał; później postanowił, że należałoby ustawić się nieco inaczej. Obrócił się więc przodem do niej i siadł ze skrzyżowanymi nogami – teraz mógł wygodnie patrzeć na nią z góry. Skorzystał z udogodnienia, by zapatrzeć się w szafirowe oczy; może próbował w nich coś znaleźć?
– Wbrew pozorom Errian nie jest aż tak uległy. Myślę, że będzie próbował jakoś rozwiązać tę sytuację – odpowiedział tylko.
W sumie ciężko mu było to zrozumieć – pojąć, jak trudno było Errianowi przebywać w domu rodzinnym. Dom to jednak dom, jak powiedziała Ariene, do domu powinno się chcieć wracać.
Odchylił głowę, już na nią nie patrząc.
Ariene zaśmiała się nieco dziwnie, przymykając oczy. Cóż, nic śmiesznego w tej sytuacji nie było, ale właśnie uderzyło ją pewne spostrzeżenie.
– Zachowujemy się, jakby jutro czekał nas pogrzeb, a nie ślub. Mój ślub. Ja pierdolę – podsumowała i zachichotała dość histerycznie, zaraz uderzając dłonią w czoło. – Jestem beznadziejna, Errian próbuje coś zdziałać, podczas gdy ja gniotę ci pościel. Co za czarna dupa – dodała jeszcze i obróciła rękę tak, by opierać ją o swoją głowę nadgarstkiem i by widzieć sufit.
Był to bowiem bardzo fascynujący, kamienny sufit.
– Czemu wszystkie księżniczki zawsze się cieszą na ślub? – zadała filozoficzne pytanie, krzywiąc się.
– Bo wychodzą za ukochanych książąt? A nie za beznadziejnie zakochanych w Aithne magów – poinformował ją mądrze.
No co, może nie wiedziała!
– Dość tego biadolenia – zadecydował, znów na nią spoglądając.
W sumie miał teraz całkiem zabawną perspektywę.
– Jak jeszcze raz zamarudzisz, to cię połaskoczę, ostrzegam. – Żeby nie było wątpliwości, czy mówi serio, wyciągnął do przodu ręce i przeciągnął się, aż strzeliły mu kości.
Wtedy to zawiesił dłonie nad kobietą, jakby czekając na moment, w którym będzie mógł zaatakować.
Ariene wytrzeszczyła oczy, w jednej chwili zapominając o swoim największym problemie. Bo nie posiadała okrutniejszej słabości niż właśnie łaskotki.
– Zboczeniec! – krzyknęła przestraszona, momentalnie siadając, by ratować swoją godność i takie tam, co jeszcze jej do ratowania zostało. – Nie weźmiesz mnie żywcem! – zawołała ze śmiechem.
Pamiętała, jaki Cador potrafił być bezduszny, jeśli chodziło o gilgotanie, nie zamierzała dopuścić do bezpośredniego starcia. Dlatego chwyciła go za nadgarstki i spróbowała od siebie odsunąć, jednak w tej epickiej walce straciła równowagę.
– O cholera – wydusiła tylko.
A tego to się nie spodziewał. Wielki pan obrońca, którego w potyczce nic nie zaskakuje, nie pomyślał o tym, że kobieta może zwyczajnie na niego, ekhem, polecieć.
Dlatego kiedy ona straciła równowagę, on również nie utrzymał się w pionie – i tak upadli razem do tyłu. Mężczyzna uderzył plecami o materac, wiedźma zaś miała miękkie lądowanie na nim samym. Ich twarze znalazły się niebezpiecznie blisko siebie; Cador wstrzymał oddech, bo to wszystko było takie... intymne? Otumanił go jej zapach, ciepło jej skóry, które czuł nawet przez materiał koszulki (bo odruchowo objął ją w pasie, nie chcąc, by z tego łóżka spadła), zdziwione spojrzenie rozszerzonych, szafirowych oczu...
Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Teoretycznie powinien ułatwić jej zejście z siebie i przejść nad sytuacją do porządku dziennego, ale chyba nie chciał.
Pomocy w rozwiązaniu dylematu udzielił mu ktoś, kto w nieodpowiednim momencie postanowił zajrzeć do jego pokoju. Larkin swym zwyczajem grzecznie zapukał, ale wszedł do środka, nie czekając na zaproszenie – to był błąd.
– Cador, słuchaj, widziałeś gdzieś Arie... – urwał.
Stanął krok za progiem i zmrużył burgundowe oczy, które w tej samej chwili zalśniły niebezpiecznie. Brew mężczyzny zawędrowała w górę.
Sama wiedźma zastygła oszołomiona, zacisnąwszy dłonie na koszuli Cadora. Sytuacja ją zszokowała, to prawda, ale bardziej zaskoczyło ją coś innego, pewne uczucie, z którego nie mogła się otrząsnąć. Dlatego też kiedy przyszedł Larkin, ona dalej siedziała na obrońcy, wpatrując się w niego trochę jak w obraz.
Dopiero głos upadłego sprawił, że drgnęła, nieznacznie rozluźniła palce na materiale i spróbowała się wyprostować. Bardzo powoli dotarło do niej, że jej policzki pokryły się szkarłatnym rumieńcem – a ona przecież się nie rumieniła, zresztą to nie było nic sprośnego, prawda?! Ariene, ruszaj dupsko, ty jutro za mąż wychodzisz!
– O Silthe, prze… przepraszam – wydusiła, zsuwając się z Cadora w miarę pospiesznie i bardzo niezgrabnie, nie wiedząc, gdzie oczy podziać.
Larkin milczał jak zaklęty; obserwował tylko poczynania pary, mrużąc groźnie oczy. Cador zaś, gdy tylko zobaczył, kto im przeszkodził, wrzasnął w głowie coś w stylu:
KURWAJEGOMAĆPIERDOLONYUPADŁYNIENAUCZYLICIĘWCHODZIĆPO”PROSZĘ”?!
                Potem, ponieważ wiedźma się z niego zsunęła, siadł wyprostowany i obdarzył Larkina teoretycznie – przynajmniej w zamierzeniu – obojętnym spojrzeniem.
– No proszę, znalazłem – powiedział upadły wibrującym, niskim głosem.
Było w tym coś niepokojącego, jego słowa przetoczyły się po pokoju i zdawały wisieć w powietrzu.
– Zastanawiałem się, czy nie potrzebujesz towarzystwa, ale najwidoczniej za późno o tym pomyślałem – dodał, przenosząc wzrok na Ariene.
 Tym razem jego ton był dużo swobodniejszy, wręcz miły, jakby rudy śmiał się z samego siebie i tego, że poniekąd stracił okazję.
Cador tymczasem przeczesał włosy palcami, usiłując je w miarę uporządkować, po czym zazgrzytał zębami.
– Em, tak, no, ech – wydukała spanikowana, zbierając rozpuszczone włosy, by ułożyć je na ramionach, bo się rozczochrały i teraz dopiero wyglądała jak wiedźma.
Nie miała pojęcia, czemu poczuła się jak przyłapana na gorącym uczynku, jakby robiła coś niemoralnego, nieprzyzwoitego i w dodatku zakazanego. W każdym razie chociaż chwilowo wolała unikać spojrzeń obu panów, mając wrażenie, że zimna, silna dłoń zaciska się na jej wnętrzu, powoli ją dusząc.
– Jakoś sobie, eee, poradziłam, znaczy się uratowałam się przed łaskotkami – dodała szybko, wpatrując się w podłogę. – I, ech, to jest, Cador… – wyjąkała, sięgając do ramienia obrońcy. – Mogę moją wstążkę? – wyszeptała, bo to było chyba najgorsze, co dało się teraz powiedzieć, ale naprawdę jej potrzebowała.
Zabawne. Naprawdę zabawne. Zachowywali się jak dzieci – obserwacje, jakich dokonał Larkin, utwierdziły go w zadowalającym przekonaniu, że między tą dwójką do niczego nigdy nie doszło. Gorsza była myśl, że oboje byli skrępowani sytuacją, więc coś ich do siebie ciągnęło, ale można to jeszcze zmienić.
Uśmiechnął się pod nosem.
– Jasne – odpowiedział krótko obrońca, oddając Ariene porzuconą wstążkę.
Zachowywał się przy tym zupełnie swobodnie, dając świadectwo niewinności zaistniałej sytuacji. Chociaż zaciskał z niezadowoleniem usta; dlaczego ona była tak bardzo skrępowana, czy wstydziła się przed Larkinem? Nie chciała, by akurat on wiedział? Cholera jasna.
Upadły jeszcze chwilkę nie komentował; wreszcie westchnął, jakby z politowaniem.
– No dobrze. Za dziesięć minut spotykamy się w pokoju dziennym, zbierajcie się powoli – powiedział spokojnie.
– Zaraz przyjdę – zapewniła natychmiast Ariene, bardziej skupiając się jednak na wiązaniu włosów w kitkę, bo to przecież było najważniejsze.
Czemu spanikowała? Ani z jednym, ani z drugim, tak naprawdę, nic poważnego ją nie łączyło. A jednak nadal miała wrażenie, jakby znalazła się między młotem i kowadłem, co wcale nie poprawiało jej nastroju. To nie tak, że wstydziła się przed Larkinem albo ogółem nie chciała, by doszło do takiej sytuacji. Z drugiej strony nie wiedziała, czy mogłaby stwierdzić, że chciała, by do niej doszło.
Nic nie wiedziała. Obu panów przecież lubiła, każdego w pewnym sensie inaczej, wolała nie być kością niezgody, ale chyba już za późno na dobre chęci. Nagle pomyślała, że ten przeklęty ślub mógłby być wybawieniem.
Larkin nie odpowiedział; kiwnął tylko lekko głową, zawahał się, ale w końcu wyszedł z pokoju. Cador czekał, aż usłyszy kroki odchodzącego korytarzem upadłego, dopiero po upewnieniu się, że ten nie szpieguje pod drzwiami, przeniósł spojrzenie na Ariene.
W sumie on też nie wiedział, co myśleć. Na razie nic do niego nie docierało, bo nie chciał sobie uświadamiać, jak wygląda sprawa. Nie chciał się do tego sam przed sobą przyznać. Jeszcze nie.
– Przepraszam za to. Nie będę cię już łaskotał – uznał, wstając z łóżka.
Bo jakoś tak... naprawdę wyglądała na zawstydzoną. Nie chciał być powodem jej skrępowania.
– To dobry pomysł. – Zachichotała nieco nerwowo i także się podniosła, nie potrafiąc siedzieć, kiedy on stał. – Ale to ja powinnam przeprosić, więcej nie zrobię sobie z ciebie poduszki. Chociaż jesteś całkiem wygodny – dodała rozbawiona.
Potem przymknęła oczy, dobita tym, jak bardzo nie potrafi trzymać przy nim języka za zębami. To chyba ten stres, naprawdę, nigdy nie robiła z siebie takiej kretynki przed nikim. Zawsze była tylko rozsądna, opiekuńcza Ariene, taka, z którą nikt się nie kłócił. A w jego obecności coraz częściej zachowywała się… jak ona, ale ona w samotności, nie jak ona dla wszystkich.
– O Silthe. Naprawdę przepraszam, plotę głupoty. Nie bierz tego do siebie ani nic, bo… eee… ugh – wyraziła swoje myśli.
Nie potrafiła ubrać w słowa to, co chciała mu przekazać, bo powiedzenie, że może ją nadal łaskotać, byłoby głupie.
A mniej więcej taki pomysł zakołatał się jej w głowie, bo zrezygnowanie z tej idiotycznej, dziecinnej zabawy mogłoby coś zakończyć, ona natomiast chyba nie chciała tego kończyć.
A on zdecydowanie nie mówił serio. Bo tam w tej umowie była gwiazdka, zastrzeżenie, że jego obietnica dotyczy tylko bieżącego dnia. Nie mogła o tym wiedzieć, rzecz jasna, bo kto czyta to, co jest napisane drobnym druczkiem?
– Korzystaj do woli – zaoferował się, posyłając kobiecie pogodny uśmiech.
I tym razem mówił całkiem, całkiem poważnie. Zabawna była, jak nie wiedziała, co ze sobą zrobić. I urocza. I, eee... zamilcz, głupi facecie, jesteś skończonym kretynem.
– Nie kuś – poprosiła ze śmiechem, wreszcie zdoławszy trochę się rozluźnić. – Nie wiesz, do czego dążysz – dodała i pogroziła mu palcem, zaraz jednak odetchnęła, milknąc.
I masz, teraz głowisz się nad tym, do czego samą sobą doprowadzisz, jeśli panowie się nie dogadają. Póki jednak się nie mordowali, chyba była w stanie utrzymać między nimi równowagę, co oznaczało, że nie powinna zastanawiać się, o co w tym chorym układzie chodzi. A naprawdę chciała wiedzieć, dlaczego się tak właśnie zestresowała i co właściwie ten stres wywołało. Normalnie w takiej sytuacji zachowałaby się zupełnie inaczej.
– Głupieję – mruknęła już tylko do siebie.
Postanowił nie komentować. Uśmiechał się tylko, trochę zbyt szeroko – aż sam się na tym przyłapał, ale nie był w stanie przybrać poważnej miny. Pomimo tego, że gdzieś tam, głęboko, coś go bolało – a raczej ktoś, kto mógł się nie pojawiać, nie wracać. Pieprzony Larkin.
– Chyba faktycznie musimy się zbierać, co? Nie możemy pozwolić na to, by na nas czekali – uznał w końcu, decydując, że żadnej z jej wypowiedzi komentować nie będzie.
– No, tak, chodźmy – przytaknęła mu nieco nerwowo, uśmiechnęła się, starając jakoś opanować durne zachowanie, i ruszyła przodem.
Nadal z bliżej nieznanych jej przyczyn spojrzenie mu w oczy było dość trudne, nie rozumiała tego. Przecież nic się nie stało, prawda? Przygryzła wargę i spuściła lekko głowę, wychodząc na korytarz.

4 komentarze:

  1. Kurde, mogłam od razu rozpoznać kogo jest Anabde&Sher, romanse by Natalia są... ym... słodkie? XD
    Lubię fascynujące ściany i sufity ^^
    I ogólnie, muszę zrobić ranking moich ulubionych wypowiedzi i określeń. Jak na razie bardzo lubię wypowiedź Aithne o Cadorze XD Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie głosów postaci O.o Działacie dobrze na moją wyobraźnię ^^
    I ja chcę pojedynek Aithne z Cassem. Niech go pozbawi penisa czy głowy, czy coś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O_o Czekaj... czegoś nie łapię xD

      Sheridan to moja postać, Anabde to postać Kasi. Romans między nimi jest wspólny.
      Ariene to moja postać, Cador i Larkin to postaci Kasi. Trójkącik jest wspólny.
      Aithne i Errian są moi, romans jest mój.

      To jakie głosy słyszysz dla tych postaci? xD
      Pojedynek będzie już chyba w następnej notce. Nie jestem pewna xD

      Usuń
    2. To się wyłożyłam O_O To wy TAK to dzielicie! Ja z Miką robimy to troszku inaczej, coś w stylu "To jest tylko moja postać, to jest tylko twoja, jak chcesz żeby mieli ze sobą romans, to go zrób sama, a ja w zamian wymyślę cały szereg technicznych szczegółów kulturowych bo mi to sprawia niebywaaałą frajdę" XD Wyczaiłam tym razem prawie dokładnie kto do kogo należy. Wyłożyłam się na...
      ... DUM DUM DUM DUM...
      ... Cadorze XD
      Kaśka mnie pozbawi nóg XD Nigdy nie mogłam ogarnąć, której z was jest XD
      Sher ma w sobie coś z którejś z twoich postaci z Legendy, tylko nie pamiętam i nie mogę rozszyfrować której kurde. BO DAWNO NIE PISAŁAŚ, BABSZTYLU ;<
      SZAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAARAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA.
      A o słodkość chodziło mi głównie o Erriana i Aithne. Ej, on jest zbyt autentycznie słodki, żeby wyjść za Ariene! Czyli trójkącik wspólny z przewagą Kasiową, hmm? Nadal zuam, że nie ma Larkina w bohaterach. Ani na rysunkach ;<

      Co do głosów, to nie słyszę, bo wszystko zagłusza histeryczno-dramatyczny ze strony Ariene. Nie wiem dlaczego, ale mnie bawi i jednocześnie jej nie lubię XD

      Także ranking postaci ulubionych z mojej strony w full wersji wygląda tak:

      1. Kot Anabde
      2. Aithne
      3. Larkin
      4. Anabde
      5. Sher (lubię jego nazwisko)
      6. Errian
      7. Cador
      8. Matka Erriana
      9. Faryale
      10. Reszta zwierzęcej menażerii ^^
      11. Ahar'carre & Ariene
      12. Ten blond podejrzany endżel z pierwszych rozdziałów

      Także Ariene awansowała, na pocieszenie dodam XD

      Bądżże pewna, kobito, bo mnie ciekawość zeżre. Inu chcem nową notkę. Dopóki Kaśka mi nóg z dupy nie powyrywa ^^

      Usuń
    3. Nie pozbawi, bo się ostatnio z Cadorem strasznie kłóci, to podsunęłaś jej kolejny pretekst, żeby mu ewentualnie zrobić krzywdę mimo mojego bronienia biedaka xD

      Tak jest ciekawiej. Romanse z samą sobą są nudne... chyba że są to romanse Aithne i Erriana xDD Uwielbiam ich. Mieli wyjść inaczej, są inni, ale są w tym idealni. Nie nazwałabym ich słodkimi, jednak może dlatego, że dla mnie coś "słodkiego" jest od razu przesadzone xD Ale co się będzie działo <3

      Bo Larkin nadal jest postacią drugoplanową bardziej. I nigdzie na lineartach nie chciał pasować - na jednym pojawia się na pewno, ale żebyś go ujrzała, to jeszcze daleka droga xD

      Hahahaha xD Daj Ariene szansę. Już niedługo. Już zaraz. Już lada moment się uwolni ode mnie i już będzie moją ukochaną podłą wiedźmą <3 Jest w tym cudowna. Ale potrzebowała rozpędu ^^

      Czemu Ashar'carre tak nisko :< xD Myślę, że Ariene jeszcze trochę awansuje. I Faryale może. Mama Erriana jest biedna, jestem okropna.
      Też lubię nazwisko Shera. Wyszło mi zacnie xD

      Usuń