Larkin
zatrzymał się przed drzwiami i położył dłoń na klamce. Zawahał się na chwilę –
a co, jak mu się popieprzyły pokoje i wlezie do mieszkającego naprzeciwko
Aithne Cadora? No co, no nic.
Musiał jednak
skupić się na tej myśli, by do jego głowy wpadła następna – jak to dobrze, że
Ariene zajęła pokój naprzeciwko Anabde, odpowiednio neutralne towarzystwo sobie
dobrała. Pokrzepiony tą myślą najpierw zapukał, a później, nie czekając na
zaproszenie, pchnął drzwi i wtargnął do środka.
Pokoje były
całkiem przyjemne. Przestronne, lecz urządzone dość skromnie, pozbawione
zbędnych ozdóbek i wszystkiego tego, co zawsze Larkina irytowało – tak zwanych
bambetli. Z drugiej strony, zdawały się nieco... martwe. Zimne, zdecydowanie
nie zachęcały, choć trudno powiedzieć, co było źródłem takiego wrażenia.
Upadły zamknął
za sobą drzwi i oparł się o nie plecami, przenosząc intensywne spojrzenie na
stojącą kilka metrów dalej przyjaciółkę.
Aithne po
wejściu do swojej tymczasowej sypialni zatrzymała się przed łóżkiem i tam
zastygła, nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić. Do pojedynku z tamtym
wypierdkiem zostało jeszcze sporo czasu, a ona czuła się jakoś niekomfortowo –
w obcym domu, w obcym pokoju, w ponurej atmosferze, ze świadomością… wielu
rzeczy. Żałowała, że Faryale nie może się z nią komunikować na takie
odległości.
Kiedy Larkin
przyszedł, drgnęła gwałtownie i wyprostowała się trochę sztywno, jakby
oczekiwała ataku. Pospiesznie obróciła się do przyjaciela i popatrzyła na niego
tak samo bezradnie, jak bezradnie chwilę temu wpatrywała się w łóżko.
Co się z nią
działo? Aithne, pozbieraj się do kupy, tragedia!
– Hej –
wydusiła wreszcie i splotła ręce na plecach, bo nie miała co z nimi zrobić.
Uniósł brew,
dłuższą chwilę przyglądając jej się bez słowa. Ciężko powiedzieć, co sobie
myślał – jego twarz pozbawiona była emocji. W końcu uśmiechnął się, nieco z
rozbawieniem, nieco złośliwie, i odepchnął się od drzwi.
Podszedł do
Aithne i wyciągnął do niej dłoń, by po raz kolejny tego dnia zmierzwić jej
włosy. Strasznie go to śmieszyło.
– Hej, ruda –
odpowiedział.
Przez chwilę
przyglądał się swojemu dziełu, to jest kompletnemu burdelowi, jaki stworzył z
jej i tak nieogarniętej fryzury.
– Wyglądasz
jak kupka nieszczęścia – poinformował ją radośnie, bo może nie wiedziała.
Aithne
zezowała na swoje biedne, zmaltretowane włosy, wydymając usta. Nigdy nie
warczała – jeśli już, to krótko – na Larkina za czochranie jej, to był taki
jego przywilej, ale zawsze się irytowała. Dlatego teraz też prychnęła i
spróbowała fryzurę jako-tako ułożyć.
– A ty
wyglądasz… – zaczęła niezadowolona, czując potrzebę odgryzienia się
przyjacielowi. – Jak zawsze beznadziejnie – wymyśliła górnolotnie, mimowolnie
uciekając spojrzeniem w bok.
Chwilę tak
zastanawiała się nad samą sobą, zgrzytając cicho zębami, po czym prychnęła raz
jeszcze i potrząsnęła zdenerwowana głową.
– Żadna kupka
nieszczęścia, też mi coś – warknęła ostatecznie, krzyżując ręce na wysokości
piersi.
– Aha,
wypierasz się, pierwsza oznaka problemu – odpowiedział wyjątkowo mądrze, jakby
miał dyplom z psychologii co najmniej.
No, zacznijmy
od tego, że takiej nauki jeszcze nikt nie stworzył. Ale jakby była, to by
psychologiem został!
Rozejrzał się
po pokoju; jego wzrok przykuł stolik, przy którym stały dwa proste, drewniane
krzesła. Uznawszy, że niespecjalnie chce mu się stać, podszedł do jednego z
nich – usiadł i oparł się łokciem o blat, brodę podpierając na dłoni.
– Ten ślub się
nie odbędzie – uznał spokojnie.
Z pełnym
przekonaniem, co rodziło wrażenie, że mężczyzna wie, co mówi.
– Gówno mnie
ten ślub obchodzi! – fuknęła, rzuciwszy mu mordercze spojrzenie.
Przez chwilę
nawet chciała wyrzucić wolne krzesło przez okno, ale to by chyba dziwnie
wyglądało, takie latające z posiadłości szlachciców meble. Z pierwszego piętra.
Na dziedziniec. Na czyjś łeb. Może pan Souen robił obchód inwentarza.
Potrząsnęła
głową.
– Niech się
pobierają, niech sobie mają gromadkę dzieci i niech się odpierdolą, dostaliśmy
kasę za sukienkę, tylko to się liczy – warknęła na koniec i obróciła się do
Larkina plecami.
Bardzo źle, że
przyszedł. Potrafił z niej wyciągnąć wszystko – i tylko o jednym nigdy mu nie
opowiedziała, o tym, jak naprawdę nabawiła się panicznego lęku przed
ciemnościami. Kiedyś jedynie wspomniała, że była długo w zamknięciu, ale nic
więcej.
– Aha – mruknął
nieszczególnie wiarygodnie, odchylając się na krześle i krzyżując ręce na
torsie.
Przyjrzał się
jej krytycznie, konkretniej, ze względu na okoliczności, jej plecom. Byłby ją
obrócił, ale nie chciało się mu wstawać.
– Jak
rozumiem, dalsze losy kochanego Erriana też zupełnie cię nie interesują? –
drążył jeszcze, chociaż było to jak igranie z ogniem.
Jeszcze mógł;
tak mu się wydawało, że do punktu krytycznego nadal daleko.
– Co mnie
obchodzi jakiś bezużyteczny szlachciura? – warknęła, ale sama się nie obróciła,
bo najgorzej byłoby mu spojrzeć w twarz.
Dlatego
sztyletowała wzrokiem ścianę.
– Ani walczyć,
ani przeżyć, nic, tylko czasami spróbuje coś z magią zrobić, ale to też do
dupy, bo jedynie usiądzie i myśli, kurwa, bezużyteczny, beznadziejny, głupi
typek – dodała, jednak na końcu jej głos trochę przygasł.
Miałaś go nie
lubić, on miał cię nienawidzić, a tymczasem? Ale to coś, co się stało przy
pierwszym obozie, to nic. Taki tam, wypadek. W ogóle puścili to przecież oboje
w niepamięć, prawda? A to, że chyba pomógł ocalić jej życie i ciągle był, i
starał się ją utrzymać w pionie, kiedy się załamywała, to też o dupę rozbić,
tak.
Nienawidzisz
go, Aithne. Pamiętaj. Nienawidzisz z całego serca.
– Nie no,
zupełnie cię nie obchodzi, tak pytam. – Wzruszył ramionami i na chwilę urwał,
jakby rozglądanie się po pokoju pochłonęło go całkowicie.
Drobna
podpowiedź: tak, użył ironii. Leciutkiej. Bardzo. Prawie wcale.
Niemniej
jednak uznał, że do tematu powróci za chwilę, bo mu inaczej Aithne przez okno
wyskoczy. Niekiedy naprawdę trudno się z nią rozmawiało.
– A co to za
gość, ten twój obrońca? – rzucił zupełnie swobodnie, jakby ze zwykłej
ciekawości pytał.
Po części tak
było.
– Cador Reamonn
– przedstawiła go raz jeszcze. – Wynajął go Errian, cholera wie kiedy. Przybył
do Elestren akurat jak sobie umierałam, z tego, co mi później w drodze Anabde
opowiadała, natknął się najpierw na Ariene. Podobno to dziw, że się nie
obudziłam, jak nim rzucała po ścianach, ale to dodała już ona sama – skwitowała
i podrapała się po nosie. – Koleś dobrze walczy, no nie mogę mu odmówić, tylko
mnie wkurwiał jak cholera, bo co i rusz rzucał się na ciosy przeznaczone dla
mnie jak pojebany. Ale ogółem nawet ujdzie – zawyrokowała po krótkim
zastanowieniu.
Erriana dalej
nienawidzisz, Aithne.
Larkin pokiwał
głową na znak że usłyszał, zrozumiał, przetrawił i zaakceptował. A rzucanie po
ścianach w wykonaniu Ariene... hm.
No dobra,
odpoczęła sobie chwilkę od tematu, można do niego wrócić.
– Errian go
wynajął? – powtórzył, tym razem wyzbywszy się z głosu wszelkiej ironii czy
złośliwości.
Zapytał
zupełnie szczerze, kierując się naturalną ciekawością – bo jak to tak,
dlaczego, o co chodzi? Uniósł przy tym brew, wlepiając w postać nadal stojącej
do niego plecami Aithne spojrzenie tak intensywne, że powinna się zaraz
odwrócić.
– Tak, Errian
go wynajął.
Nie, Larkin,
tym razem nie pójdzie z nią tak łatwo.
Nawet nie
drgnęła pod ostrzałem jego wzroku, bez reszty zafascynowana ścianą. Ściany były
cudownym wynalazkiem, a jakim… pouczającym. I w ogóle.
Westchnął.
Czasami naprawdę ciężko się z nią rozmawiało.
– A... hm –
wycofał się z pytania, jakie miał zadać, milknąc na dłuższą chwilę.
Dziwna sprawa
z tym Errianem, naprawdę. Odchylił głowę, wlepiając na moment spojrzenie w
sufit.
– Ciekawe,
dlaczego to zrobił – powiedział, znów zupełnie nieznaczącym tonem.
Bo nie miał
zamiaru niczego insynuować, ot, faktycznie zastanawiał się nad motywami działań
panicza Souena... i ich racjonalnością.
Wzruszyła
ramionami.
Nie złam się,
Aithne. Nie daj po sobie poznać, że polubiłaś tego głupiego maga i łapiesz się
na tym, że czasami na niego patrzysz, kiedy nikt nie widzi. I że chcesz go
chronić tam, gdzie sam nie jest w stanie sobie poradzić. Że chętnie go
słuchasz, że jego głos wcale cię nie irytuje, a te maniery wcale nie są takie
straszne. W sumie z nimi odpuścił, to dobrze.
A już na pewno
nie daj po sobie poznać, że ten głupi mag przejrzał cię bardziej niż powinien.
Że wie o czymś, o czym powiedziałaś tylko Larkinowi – bo Anabde zorientowała
się sama, gdzieś w międzyczasie. Że ryczałaś mu w ramionach, a potem z nim
spałaś w jednym łóżku, że jak wróciłaś do świata żywych, to jego pierwszego
zobaczyłaś i się ucieszyłaś.
Natomiast
profilaktycznie nie przyznawaj się też do tego, że dostałaś od niego w twarz.
Nawet jeśli sobie zasłużyłaś, Larkin mógłby nie załapać drugiej części zdania.
Nadal stała
plecami do niego. To zaczęło być irytujące. Zabębnił palcami w stół,
zastanawiając się, czy chce mu się podnosić, by stanąć z nią twarzą w twarz.
– Aithne...? –
zamruczał, przechylając głowę.
Wreszcie
zdecydował, że trzeba ruszyć dupsko; tak też zrobił, podniósł się z krzesła i
podszedł do dziewczyny wolnym spacerkiem, z założonymi za plecami rękoma.
Zatrzymał się centralnie naprzeciwko niej i spojrzał z góry prosto w granatowe
oczy upadłej.
– Aithne –
powtórzył.
Tylko tyle.
Może aż tyle? Uśmiechnął się lekko, dość ciepło, mobilizując ją tym samym do
powiedzenia prawdy. On już podejrzewał, jaka ona jest, chciał jednak, by
przyznała się do tego sama przed sobą.
Aithne
zacisnęła zęby i błyskawicznie spuściła wzrok, ale już było po sprawie. Czemu
musiał ruszać swoje leniwe dupsko z tego krzesła? Po co w ogóle przyszedł?
Niech sobie stąd idzie, do Ariene jakiejś albo innego dziewczęcia, na pewno ich
tu nie brakowało. Ona mogła posiedzieć sama, tak.
Opuściła
głowę, kiedy poczuła, że się rumieni. Musiałaś pomyśleć o tym głupim magu? O… o
wszystkim? Po co to sobie przypomniałaś akurat teraz, i wszystko z Elestren, i
to wtedy w… lesie, i w ogóle?
Oparła głowę
na klatce piersiowej Larkina, jakby chciała się schować. Bo bardzo chciała, to
było głupie, zaraz ją wyśmieje, dobrze jej tak.
– Nie lubię go
– powtórzyła cichutko.
Uśmiechnął się
szerzej, już nie szczędząc sobie złośliwego rozbawienia – tego jednak, na całe
szczęście, nie mogła zobaczyć. Objął ją ramieniem i przytulił, patrząc teraz na
rozczochrana czuprynę z czułością, z jaką brat spogląda na młodszą, dorastającą
siostrzyczkę.
– Tak myślałem
– przyznał spokojnie.
I oboje
wiedzieli, jak naprawdę powinny brzmieć słowa Aithne i co ona, tak głęboko w sercu,
miała na myśli.
Oczywiście
Larkin nie byłby sobą, gdyby oszczędził jej złośliwości.
– Nie lubisz
go. Głupi Errian – przedrzeźnił ją nieco, kiedy uznał, że już wystarczy tego
przytulania i generalnie bycia miłym.
– Jak but –
zgodziła się z nim, pokiwała głową, a potem się odsunęła, mając potrzebę
zrobienia czegoś produktywnego. – Ten pokój jest jak jakaś cholerna cela –
uznała, zauważywszy, że nie ma tu co robić. – Tylko położyć się i zdychać –
podsumowała, wzruszając ramionami. – Myślisz, że gnojek już się szykuje do
walki? – przypomniała sobie o najważniejszym, poklepała rękojeść Ashar’carrego
i uśmiechnęła się prawie normalnie.
Podeszła do
drzwi, otworzyła je z rozmachem, rozejrzała się po korytarzu, po czym skinęła
głową w stronę wyjścia.
– Ja się
zbieram, jak chcesz, możesz tu rozbić obóz, nawet się nadajesz na dekorację –
skwitowała, wychodząc raźnym krokiem.
Jej zachowanie
skomentował tylko pokręceniem głową. Z nią to czasami jak z dzieckiem. Mimo
wszystko uśmiechnął się szeroko, uznając, że drugiej takiej na świecie już nie
ma.
Nie
zastanawiał się długo, ruszył w stronę wyjścia z pokoju i zamknął za nimi
drzwi.
Dobrze, że
czytał z niej jak z otwartej księgi, bo wiedział już wszystko.
Za mało
whisky. Cholera, no za mało. Ale przecież nie pójdzie teraz do Larkina i nie
zabierze mu piersiówki, upadły rozmawiał z Aithne. Albo odpoczywał.
Przeszła się
po swoim nieco ascetycznym pokoiku, przygryzając nerwowo wargę. Co chwila
zerkała na zamknięte drzwi, naiwnie wierząc, że wbiegnie do środka rozpromieniony
Errian z radosnymi wieściami, iż ślub odwołany. Jednak nic takiego się nie
stało, co zaczynało ją denerwować. Źle się czuła w tych czterech ścianach,
zupełnie sama ze swoimi myślami i niepokojem.
To nie tak, że
nie lubiła młodego maga. Gdyby nadal była szlachcianką, najpewniej by się nawet
ucieszyła, że wybrano ją dla tak miłego, uprzejmego młodzieńca, który ani jej
nie skrzywdzi, ani nie wykorzysta, ale… przecież skończyła z tym życiem.
A Errian był
chyba najbiedniejszy, dobrze widziała, jak go to oszołomiło i zmartwiło. Unikał
spojrzenia Aithne, pewnie czuł się winny. I ona też zaczynała się czuć winna,
chociaż to nie przez nich, właściwie robili wszystko, byle do tego nie
dopuścić.
Zacmokała
zdenerwowana i wyszła z pokoju, uznawszy, że zaraz oszaleje. Ponieważ nie
wiedziała, do kogo mogłaby się zwrócić (Anabde nie była jej szczególnie bliska,
Aithne by ją zabiła, Sheridan to Sheridan, Errian zniknął, zresztą hej, do
niego z przedślubną depresją?, Larkin zajmował się przyjaciółką), zatrzymała
się bezradnie tuż za progiem. Zerknęła ukradkiem na drzwi swojego sąsiada i
znowu przygryzła wargę.
Chyba się nie
pogniewa, prawda? Chyba nie. Jeśli będzie zmęczony, to sama sobie pójdzie,
zresztą może nawet jej nie wpuścić.
Ale podeszła i
zapukała, mimowolnie opierając z pewnym zrezygnowaniem czoło na drzwiach. Tak
jakoś miała wszystkiego dość.
To ją zgubiło.
Drzwi otwierały się do środka, więc kiedy Cador je uchylił, dotychczas
opierająca się czołem o przejście kobieta musiała stracić równowagę. Nie zdążył
więc zdziwić się samym jej przybyciem, bo oto niemalże wpadła mu do środka;
dobrze, że obrońca dysponował godnym podziwu refleksem i zdążył ją przytrzymać
za ramię.
Dopiero wtedy
uniósł zaskoczony brew, przyglądając się jej uważnie, jakby wątpił w to, że
rzeczywiście zagościła u niego we własnej osobie.
Nie
przygotowywała się do ślubu? Nie, dobra, bez przesadnych złośliwości.
– Ariene –
zauważył błyskotliwie, ale zaraz zorientował się, że nie ma co się pytać o
przyczynę przybycia.
Zwyczajnie
wpuścił ją do środka, zamykając za nią drzwi. Uprzednio rozejrzał się po
korytarzu, by upewnić się, że nie ma tam żadnego zbędnego Larkina. Nie było.
Obrócił się więc przodem do kobiety, zielone oczy nadal zdradzały niejakie
zdziwienie.
– Ładnie tu u
ciebie – skwitowała, rozglądając się po wprost oszałamiająco urządzonym
wnętrzu.
Nie, wcale,
żadnej ironii nie użyła. Jej sarkazm naprawdę umierał, chyba wraz z nadzieją na
to, że zostanie uciekającą panną młodą.
Bezceremonialnie
usiadła na łóżku, bo było wolne. No, krzesło też, stół również, ale siadać tak
od razu na stole jakoś nie wypadało. Splotła ręce pod brodą i spojrzała niejako
zrezygnowana na obrońcę, jakby przyszła szukać u niego zgubionej wiary w lepsze
jutro. Wyglądała trochę jak zbity szczeniak, jeszcze się, pani szlachcianka,
zgarbiła. Ostatecznie popatrzyła na podłogę.
– Posprzątałeś
– dodała z wisielczym poczuciem humoru.
Cador
przyjrzał jej się krytycznie. Naprawdę, gdyby wiedziała, co to reality show,
mogłaby się poczuć jak postawiona przed krytycznym jury właśnie w takim
programie. Brakowało jeszcze tabliczki z oceną. Swoją drogą nie mogłaby liczyć
na wysoką notę; pomimo swego niewątpliwego uroku prezentowała się niefajnie, bo
smutno. Zdecydowanie lepiej było, gdy promieniała i uśmiechała się wdzięcznie.
Silthe, stary,
przestań. Ogarnij się trochę, zachowujesz się jak gówniarz, ona ewidentnie coś
ten-tego z Larkinem.
Ten-tego. No
widziałby kto. Stary facet, a nie potrafi nazwać rzeczy po imieniu.
Odchrząknął,
dobity własnymi myślami, po czym podszedł bliżej łóżka. Zatrzymał się metr
przed kobietą i spojrzał na nią z góry, unosząc kącik ust w ledwie
dostrzegalnym uśmiechu.
– Nie mogę sprzątać, bo ktoś mi
plecy nadwyrężył – rzucił z rozbawieniem.
Chciał na
dobry początek odciągnąć jej myśli od ślubu; nie dojdą do żadnych
konstruktywnych wniosków, a ona na pewno już się na ten temat namyślała. Jeśli
będzie potrzebowała, to się wyżali, ale na razie niech się uśmiechnie.
– Ostatnio jak
pytałam, twoje plecy miały się lepiej niż kiedykolwiek – przypomniała, ponownie
spojrzawszy na niego, jednak nadmiernej wesołości na razie nie wykazała. –
Jeśli ktoś ci znowu nadwyrężył plecy, to wiń tę ślicznotkę, która jest za to
odpowiedzialna – dodała, wzruszając ramionami.
Chciała
przeczesać włosy palcami, ale zapomniała, że je związała. To ją tylko bardziej
zirytowało, sięgnęła do wstążki, rozwiązała ją, zgniotła w dłoni, po czym
rzuciła przed siebie, żeby zginęła i przepadła. Cóż, tasiemka daleko nie
poleciała, co Ariene podsumowała niezadowolonym wykrzywieniem ust.
Przyglądał się
smętnemu lotowi wstążki, aż ta wylądowała pod jego nogami. Wtedy też kucnął,
chwycił ją i wyprostował w palcach. Póki co ją zatrzymał, uznając, że może ją
oddać właścicielce, gdy ta przestanie rzucać i nieco odreaguje.
– Kłamałem.
Bałem się, że mnie też rozbierzesz – odpowiedział z rozbrajającym uśmiechem.
Wzdrygnął się
na wspomnienie katuszy, jakimi urocza wiedźma uraczyła rannego Erriana;
następnym razem chyba podziękuje, gdy ta zaproponuje mu opiekę medyczną.
– Och, bo
wcale byś nie ch… echem – poprawiła się szybko, uznawszy, że odpowiedź przyszła
jej na myśl trochę za szybko.
Patrzyła
chwilę na obrońcę, jak tak stał nad nią niczym kat, czekając na dobry moment do
urąbania głowy, po czym zastanowiła się, czy nie byłoby to dobrym rozwiązaniem.
Miałaby przynajmniej spokój ze ślubami na jakąś, hm, wieczność?
Westchnęła i
pozwoliła sobie na położenie się na jego łóżku, rozkładając ręce jak do
zrobienia aniołka. Zapatrzyła się w sufit, marszcząc lekko czoło. Może teraz
Cador przynajmniej gdzieś usiądzie, zgorszony rozkładającym się na materacu
cielskiem.
– Wygodne –
pochwaliła jednak, zakładając kosmyk włosów za ucho, bo postanowił wpaść jej do
oczu, a tego nie lubiła.
– Nie przy
ludziach, Ari, nie przy ludziach – odpowiedział na jej niedokończony komentarz,
uśmiechając się z wyraźnym rozbawieniem.
W sumie to
faktycznie gdzieś by usiadł, nie za bardzo jednak wiedział gdzie. Niby mógłby
iść po to krzesło, ale niespecjalnie mu się chciało. Tak więc stał.
Przynajmniej mógł na nią patrzeć, to był zdecydowany plus.
– Cieszę się
bardzo. Jeszcze jakbyś się nieco posunęła, to bym się zmieścił, grubasie –
skomentował, uznając, że zdecydowanie się po żadne krzesło nie ruszy. Po prostu
nie i już.
Łóżko było
wystarczająco duże, by się na nim zmieścili oboje – dodatkowo na pewno było
wygodniejsze od twardego krzesła!
– Masz jakieś
brudne myśli, brzydalu – odpowiedziała grzecznie, ale wielkodusznie przeturlała
się z pleców na brzuch, robiąc obrońcy to upragnione przez niego miejsce. – O,
słodka bułka – dodała, zauważywszy na regale coś, co chyba kiedyś było czyimś
śniadaniem. – Naprawdę powinieneś posprzątać, wstydź się. Ja niedługo będę
ciągle sprzątać, no i gotować, a w międzyczasie rodzić dzieci. Chwila, jestem
szlachcianką. No, to będę rodzić dzieci i ładnie wyglądać gdzieś w kącie –
podsumowała bardzo optymistycznie.
Chciała czy
nie, znowu traciła kontrolę nad sobą. Nawet mimo że nie zarwała żadnej
poprzedniej nocy, coś tu było nie tak. Ale nie miała głowy, by się nad tym
zastanawiać, postanowiła to zignorować, póki nie stwarzało zagrożenia dla
otoczenia.
– Nie myśl o
tym, by ją zjeść. Nie wiadomo, czy jakiś pieprzony Cass nie miał jej wcześniej
w ustach – ostrzegł ją, patrząc na pozostawione resztki jedzenia z wyraźną
niechęcią.
No proszę,
niby taka wielka szlachta, a nawet porządnej służby nie mają!
Skorzystał z
udostępnionego miejsca, siadając na łóżku tak, by oprzeć się plecami o ścianę.
Ugiął jedną nogę w kolanie, kładąc na niej łokieć, po czym zerknął kątem oka na
Ariene. Coś go ścisnęło w środku, gdy wspomniała o ślubie.
– Naprawdę
rodziłabyś dzieci Errianowi? – zapytał spokojnie.
Specjalnie
użył takiego czasu, by kwestię małżeństwa pozostawić otwartą: on, jako człowiek
żyjący głupią nadzieją, ciągle sądził, że jakoś uda się to wszystko
powstrzymać. Zwyczajnie nie ma innej opcji.
– Do tego
produkuje się małe szlachcianki, takie jak ja – skwitowała sarkastycznie, by
potem westchnąć, zamykając oczy. – Po ślubie dużego wyboru bym nie miała.
Znaczy… wiesz, w tych kręgach jest przerąbane. Poza tym może kiedyś bym
przywykła. Spójrz chociażby na matkę Erriana… znaczy, ona jest złym przykładem.
Ale nie kocha pana Souena, a urodziła mu syna. Może ją zmusił, nie wiem.
Myślisz, że jeśli wyskoczę przez okno, ktoś się przejmie? – mruknęła ciszej,
obracając głowę tak, by widzieć Cadora.
Potem zaśmiała
się nerwowo i przewróciła się z powrotem na plecy, znów podziwiając sufit.
Lepiej się siedziało i biadoliło we dwójkę, zdecydowanie.
– Zaczynam
chrzanić głupoty, dobij mnie, póki czas – poprosiła i znowu zachichotała,
jednak śmiech był pozbawiony wesołości.
– Mówisz,
jakbyś nie znała Erriana. On by cię do niczego nie zmuszał. De facto
moglibyście żyć tak jak dotychczas, a tylko formalnie być małżeństwem –
powiedział, by urwać nagle.
Zdawało się,
że chce jeszcze coś dodać, ale waży słowa – świadczył o tym dziwny wyraz
zapatrzonych przed siebie oczu.
– Co nie
zmienia faktu, że nie wierzę, by zwykła szlachta była w stanie zmusić do
zawarcia ślubu dwoje czarodziei posiadających wsparcie kilkorga potężnych osób
– dorzucił wreszcie.
Nie spojrzał
na nią, bo znowuż zrobiło się mu nieprzyjemnie; trochę egoistyczne uczucie, ale
poczuł się głupio, że taki Larkin będzie w stanie wiele zdziałać, a on co
najwyżej może komuś złamać nos.
– To trochę
inaczej, kiedy do wszystkiego włącza się rodzina. Co prawda wujostwo nigdy nie
było mi bliskie, ale szkoda Erriana – westchnęła, drapiąc się po nosie. – Nie
wiem, czy chciałabym zadziałać wbrew niemu, by powstrzymać ślub. Wszystko
zależy od tego, jak on zdecyduje się to rozegrać, bo możliwe, że potem już
nigdy do domu nie wróci. A dom to jednak dom – skwitowała i wzruszyła trochę
nieporadnie ramionami.
Dlatego
właśnie wierzyła, że młodzieniec prędzej czy później przyjdzie, oznajmiając, że
znalazł pokojowe wyjście z sytuacji. Obawiała się, że Errian nie odszuka w
sobie dość siły, by sprzeciwić się ojcu bez wsparcia ze strony prawnej lub
jakiejkolwiek innej, a wtedy chyba nie potrafiłaby tak chłopaka zdradzić.
Lubiła go, szanowała, nie umiałaby tak tego rozegrać.
Co nie zmieniało
faktu, że z każdą chwilą pęta w jej wnętrzu zaciskały się na sercu i żołądku
coraz mocniej, sprawiając, że momentami trudno się oddychało. Lepiej byłoby o
tym zapomnieć i czekać na cud, ale nie potrafiła. Przeklęte szlachectwo.
Cador chwilę
nie odpowiadał. Najpierw trwał bez ruchu, jakby czas się zatrzymał; później
postanowił, że należałoby ustawić się nieco inaczej. Obrócił się więc przodem
do niej i siadł ze skrzyżowanymi nogami – teraz mógł wygodnie patrzeć na nią z
góry. Skorzystał z udogodnienia, by zapatrzeć się w szafirowe oczy; może
próbował w nich coś znaleźć?
– Wbrew
pozorom Errian nie jest aż tak uległy. Myślę, że będzie próbował jakoś
rozwiązać tę sytuację – odpowiedział tylko.
W sumie ciężko
mu było to zrozumieć – pojąć, jak trudno było Errianowi przebywać w domu
rodzinnym. Dom to jednak dom, jak powiedziała Ariene, do domu powinno się
chcieć wracać.
Odchylił
głowę, już na nią nie patrząc.
Ariene
zaśmiała się nieco dziwnie, przymykając oczy. Cóż, nic śmiesznego w tej
sytuacji nie było, ale właśnie uderzyło ją pewne spostrzeżenie.
– Zachowujemy
się, jakby jutro czekał nas pogrzeb, a nie ślub. Mój ślub. Ja pierdolę –
podsumowała i zachichotała dość histerycznie, zaraz uderzając dłonią w czoło. –
Jestem beznadziejna, Errian próbuje coś zdziałać, podczas gdy ja gniotę ci
pościel. Co za czarna dupa – dodała jeszcze i obróciła rękę tak, by opierać ją
o swoją głowę nadgarstkiem i by widzieć sufit.
Był to bowiem
bardzo fascynujący, kamienny sufit.
– Czemu
wszystkie księżniczki zawsze się cieszą na ślub? – zadała filozoficzne pytanie,
krzywiąc się.
– Bo wychodzą
za ukochanych książąt? A nie za beznadziejnie zakochanych w Aithne magów –
poinformował ją mądrze.
No co, może
nie wiedziała!
– Dość tego
biadolenia – zadecydował, znów na nią spoglądając.
W sumie miał
teraz całkiem zabawną perspektywę.
– Jak jeszcze
raz zamarudzisz, to cię połaskoczę, ostrzegam. – Żeby nie było wątpliwości, czy
mówi serio, wyciągnął do przodu ręce i przeciągnął się, aż strzeliły mu kości.
Wtedy to
zawiesił dłonie nad kobietą, jakby czekając na moment, w którym będzie mógł
zaatakować.
Ariene
wytrzeszczyła oczy, w jednej chwili zapominając o swoim największym problemie.
Bo nie posiadała okrutniejszej słabości niż właśnie łaskotki.
– Zboczeniec!
– krzyknęła przestraszona, momentalnie siadając, by ratować swoją godność i
takie tam, co jeszcze jej do ratowania zostało. – Nie weźmiesz mnie żywcem! –
zawołała ze śmiechem.
Pamiętała,
jaki Cador potrafił być bezduszny, jeśli chodziło o gilgotanie, nie zamierzała
dopuścić do bezpośredniego starcia. Dlatego chwyciła go za nadgarstki i
spróbowała od siebie odsunąć, jednak w tej epickiej walce straciła równowagę.
– O cholera –
wydusiła tylko.
A tego to się
nie spodziewał. Wielki pan obrońca, którego w potyczce nic nie zaskakuje, nie
pomyślał o tym, że kobieta może zwyczajnie na niego, ekhem, polecieć.
Dlatego kiedy
ona straciła równowagę, on również nie utrzymał się w pionie – i tak upadli
razem do tyłu. Mężczyzna uderzył plecami o materac, wiedźma zaś miała miękkie
lądowanie na nim samym. Ich twarze znalazły się niebezpiecznie blisko siebie;
Cador wstrzymał oddech, bo to wszystko było takie... intymne? Otumanił go jej
zapach, ciepło jej skóry, które czuł nawet przez materiał koszulki (bo odruchowo
objął ją w pasie, nie chcąc, by z tego łóżka spadła), zdziwione spojrzenie
rozszerzonych, szafirowych oczu...
Nie wiedział,
co ma ze sobą zrobić. Teoretycznie powinien ułatwić jej zejście z siebie i
przejść nad sytuacją do porządku dziennego, ale chyba nie chciał.
Pomocy w
rozwiązaniu dylematu udzielił mu ktoś, kto w nieodpowiednim momencie postanowił
zajrzeć do jego pokoju. Larkin swym zwyczajem grzecznie zapukał, ale wszedł do
środka, nie czekając na zaproszenie – to był błąd.
– Cador,
słuchaj, widziałeś gdzieś Arie... – urwał.
Stanął krok za
progiem i zmrużył burgundowe oczy, które w tej samej chwili zalśniły
niebezpiecznie. Brew mężczyzny zawędrowała w górę.
Sama wiedźma
zastygła oszołomiona, zacisnąwszy dłonie na koszuli Cadora. Sytuacja ją zszokowała,
to prawda, ale bardziej zaskoczyło ją coś innego, pewne uczucie, z którego nie
mogła się otrząsnąć. Dlatego też kiedy przyszedł Larkin, ona dalej siedziała na
obrońcy, wpatrując się w niego trochę jak w obraz.
Dopiero głos
upadłego sprawił, że drgnęła, nieznacznie rozluźniła palce na materiale i
spróbowała się wyprostować. Bardzo powoli dotarło do niej, że jej policzki
pokryły się szkarłatnym rumieńcem – a ona przecież się nie rumieniła, zresztą
to nie było nic sprośnego, prawda?! Ariene, ruszaj dupsko, ty jutro za mąż
wychodzisz!
– O Silthe,
prze… przepraszam – wydusiła, zsuwając się z Cadora w miarę pospiesznie i
bardzo niezgrabnie, nie wiedząc, gdzie oczy podziać.
Larkin milczał
jak zaklęty; obserwował tylko poczynania pary, mrużąc groźnie oczy. Cador zaś,
gdy tylko zobaczył, kto im przeszkodził, wrzasnął w głowie coś w stylu:
KURWAJEGOMAĆPIERDOLONYUPADŁYNIENAUCZYLICIĘWCHODZIĆPO”PROSZĘ”?!
Potem, ponieważ wiedźma się z
niego zsunęła, siadł wyprostowany i obdarzył Larkina teoretycznie –
przynajmniej w zamierzeniu – obojętnym spojrzeniem.
– No proszę,
znalazłem – powiedział upadły wibrującym, niskim głosem.
Było w tym coś
niepokojącego, jego słowa przetoczyły się po pokoju i zdawały wisieć w
powietrzu.
–
Zastanawiałem się, czy nie potrzebujesz towarzystwa, ale najwidoczniej za późno
o tym pomyślałem – dodał, przenosząc wzrok na Ariene.
Tym razem jego ton był dużo swobodniejszy,
wręcz miły, jakby rudy śmiał się z samego siebie i tego, że poniekąd stracił
okazję.
Cador
tymczasem przeczesał włosy palcami, usiłując je w miarę uporządkować, po czym
zazgrzytał zębami.
– Em, tak, no,
ech – wydukała spanikowana, zbierając rozpuszczone włosy, by ułożyć je na
ramionach, bo się rozczochrały i teraz dopiero wyglądała jak wiedźma.
Nie miała
pojęcia, czemu poczuła się jak przyłapana na gorącym uczynku, jakby robiła coś
niemoralnego, nieprzyzwoitego i w dodatku zakazanego. W każdym razie chociaż
chwilowo wolała unikać spojrzeń obu panów, mając wrażenie, że zimna, silna dłoń
zaciska się na jej wnętrzu, powoli ją dusząc.
– Jakoś sobie,
eee, poradziłam, znaczy się uratowałam się przed łaskotkami – dodała szybko,
wpatrując się w podłogę. – I, ech, to jest, Cador… – wyjąkała, sięgając do
ramienia obrońcy. – Mogę moją wstążkę? – wyszeptała, bo to było chyba najgorsze,
co dało się teraz powiedzieć, ale naprawdę jej potrzebowała.
Zabawne.
Naprawdę zabawne. Zachowywali się jak dzieci – obserwacje, jakich dokonał
Larkin, utwierdziły go w zadowalającym przekonaniu, że między tą dwójką do
niczego nigdy nie doszło. Gorsza była myśl, że oboje byli skrępowani sytuacją,
więc coś ich do siebie ciągnęło, ale można to jeszcze zmienić.
Uśmiechnął się
pod nosem.
– Jasne –
odpowiedział krótko obrońca, oddając Ariene porzuconą wstążkę.
Zachowywał się
przy tym zupełnie swobodnie, dając świadectwo niewinności zaistniałej sytuacji.
Chociaż zaciskał z niezadowoleniem usta; dlaczego ona była tak bardzo
skrępowana, czy wstydziła się przed Larkinem? Nie chciała, by akurat on
wiedział? Cholera jasna.
Upadły jeszcze
chwilkę nie komentował; wreszcie westchnął, jakby z politowaniem.
– No dobrze.
Za dziesięć minut spotykamy się w pokoju dziennym, zbierajcie się powoli –
powiedział spokojnie.
– Zaraz
przyjdę – zapewniła natychmiast Ariene, bardziej skupiając się jednak na
wiązaniu włosów w kitkę, bo to przecież było najważniejsze.
Czemu
spanikowała? Ani z jednym, ani z drugim, tak naprawdę, nic poważnego ją nie
łączyło. A jednak nadal miała wrażenie, jakby znalazła się między młotem i
kowadłem, co wcale nie poprawiało jej nastroju. To nie tak, że wstydziła się
przed Larkinem albo ogółem nie chciała, by doszło do takiej sytuacji. Z drugiej
strony nie wiedziała, czy mogłaby stwierdzić, że chciała, by do niej doszło.
Nic nie
wiedziała. Obu panów przecież lubiła, każdego w pewnym sensie inaczej, wolała
nie być kością niezgody, ale chyba już za późno na dobre chęci. Nagle
pomyślała, że ten przeklęty ślub mógłby być wybawieniem.
Larkin nie
odpowiedział; kiwnął tylko lekko głową, zawahał się, ale w końcu wyszedł z
pokoju. Cador czekał, aż usłyszy kroki odchodzącego korytarzem upadłego,
dopiero po upewnieniu się, że ten nie szpieguje pod drzwiami, przeniósł
spojrzenie na Ariene.
W sumie on też
nie wiedział, co myśleć. Na razie nic do niego nie docierało, bo nie chciał
sobie uświadamiać, jak wygląda sprawa. Nie chciał się do tego sam przed sobą
przyznać. Jeszcze nie.
– Przepraszam
za to. Nie będę cię już łaskotał – uznał, wstając z łóżka.
Bo jakoś
tak... naprawdę wyglądała na zawstydzoną. Nie chciał być powodem jej
skrępowania.
– To dobry
pomysł. – Zachichotała nieco nerwowo i także się podniosła, nie potrafiąc
siedzieć, kiedy on stał. – Ale to ja powinnam przeprosić, więcej nie zrobię
sobie z ciebie poduszki. Chociaż jesteś całkiem wygodny – dodała rozbawiona.
Potem
przymknęła oczy, dobita tym, jak bardzo nie potrafi trzymać przy nim języka za
zębami. To chyba ten stres, naprawdę, nigdy nie robiła z siebie takiej kretynki
przed nikim. Zawsze była tylko rozsądna, opiekuńcza Ariene, taka, z którą nikt
się nie kłócił. A w jego obecności coraz częściej zachowywała się… jak ona, ale
ona w samotności, nie jak ona dla wszystkich.
– O Silthe.
Naprawdę przepraszam, plotę głupoty. Nie bierz tego do siebie ani nic, bo… eee…
ugh – wyraziła swoje myśli.
Nie potrafiła
ubrać w słowa to, co chciała mu przekazać, bo powiedzenie, że może ją nadal
łaskotać, byłoby głupie.
A mniej więcej
taki pomysł zakołatał się jej w głowie, bo zrezygnowanie z tej idiotycznej,
dziecinnej zabawy mogłoby coś zakończyć, ona natomiast chyba nie chciała tego
kończyć.
A on
zdecydowanie nie mówił serio. Bo tam w tej umowie była gwiazdka, zastrzeżenie,
że jego obietnica dotyczy tylko bieżącego dnia. Nie mogła o tym wiedzieć, rzecz
jasna, bo kto czyta to, co jest napisane drobnym druczkiem?
– Korzystaj do
woli – zaoferował się, posyłając kobiecie pogodny uśmiech.
I tym razem
mówił całkiem, całkiem poważnie. Zabawna była, jak nie wiedziała, co ze sobą
zrobić. I urocza. I, eee... zamilcz, głupi facecie, jesteś skończonym kretynem.
– Nie kuś –
poprosiła ze śmiechem, wreszcie zdoławszy trochę się rozluźnić. – Nie wiesz, do
czego dążysz – dodała i pogroziła mu palcem, zaraz jednak odetchnęła, milknąc.
I masz, teraz
głowisz się nad tym, do czego samą sobą doprowadzisz, jeśli panowie się nie
dogadają. Póki jednak się nie mordowali, chyba była w stanie utrzymać między
nimi równowagę, co oznaczało, że nie powinna zastanawiać się, o co w tym chorym
układzie chodzi. A naprawdę chciała wiedzieć, dlaczego się tak właśnie
zestresowała i co właściwie ten stres wywołało. Normalnie w takiej sytuacji
zachowałaby się zupełnie inaczej.
– Głupieję –
mruknęła już tylko do siebie.
Postanowił nie
komentować. Uśmiechał się tylko, trochę zbyt szeroko – aż sam się na tym
przyłapał, ale nie był w stanie przybrać poważnej miny. Pomimo tego, że gdzieś
tam, głęboko, coś go bolało – a raczej ktoś, kto mógł się nie pojawiać, nie
wracać. Pieprzony Larkin.
– Chyba
faktycznie musimy się zbierać, co? Nie możemy pozwolić na to, by na nas czekali
– uznał w końcu, decydując, że żadnej z jej wypowiedzi komentować nie będzie.
– No, tak,
chodźmy – przytaknęła mu nieco nerwowo, uśmiechnęła się, starając jakoś
opanować durne zachowanie, i ruszyła przodem.
Nadal z bliżej
nieznanych jej przyczyn spojrzenie mu w oczy było dość trudne, nie rozumiała
tego. Przecież nic się nie stało, prawda? Przygryzła wargę i spuściła lekko
głowę, wychodząc na korytarz.
Kurde, mogłam od razu rozpoznać kogo jest Anabde&Sher, romanse by Natalia są... ym... słodkie? XD
OdpowiedzUsuńLubię fascynujące ściany i sufity ^^
I ogólnie, muszę zrobić ranking moich ulubionych wypowiedzi i określeń. Jak na razie bardzo lubię wypowiedź Aithne o Cadorze XD Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie głosów postaci O.o Działacie dobrze na moją wyobraźnię ^^
I ja chcę pojedynek Aithne z Cassem. Niech go pozbawi penisa czy głowy, czy coś.
O_o Czekaj... czegoś nie łapię xD
UsuńSheridan to moja postać, Anabde to postać Kasi. Romans między nimi jest wspólny.
Ariene to moja postać, Cador i Larkin to postaci Kasi. Trójkącik jest wspólny.
Aithne i Errian są moi, romans jest mój.
To jakie głosy słyszysz dla tych postaci? xD
Pojedynek będzie już chyba w następnej notce. Nie jestem pewna xD
To się wyłożyłam O_O To wy TAK to dzielicie! Ja z Miką robimy to troszku inaczej, coś w stylu "To jest tylko moja postać, to jest tylko twoja, jak chcesz żeby mieli ze sobą romans, to go zrób sama, a ja w zamian wymyślę cały szereg technicznych szczegółów kulturowych bo mi to sprawia niebywaaałą frajdę" XD Wyczaiłam tym razem prawie dokładnie kto do kogo należy. Wyłożyłam się na...
Usuń... DUM DUM DUM DUM...
... Cadorze XD
Kaśka mnie pozbawi nóg XD Nigdy nie mogłam ogarnąć, której z was jest XD
Sher ma w sobie coś z którejś z twoich postaci z Legendy, tylko nie pamiętam i nie mogę rozszyfrować której kurde. BO DAWNO NIE PISAŁAŚ, BABSZTYLU ;<
SZAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAARAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA.
A o słodkość chodziło mi głównie o Erriana i Aithne. Ej, on jest zbyt autentycznie słodki, żeby wyjść za Ariene! Czyli trójkącik wspólny z przewagą Kasiową, hmm? Nadal zuam, że nie ma Larkina w bohaterach. Ani na rysunkach ;<
Co do głosów, to nie słyszę, bo wszystko zagłusza histeryczno-dramatyczny ze strony Ariene. Nie wiem dlaczego, ale mnie bawi i jednocześnie jej nie lubię XD
Także ranking postaci ulubionych z mojej strony w full wersji wygląda tak:
1. Kot Anabde
2. Aithne
3. Larkin
4. Anabde
5. Sher (lubię jego nazwisko)
6. Errian
7. Cador
8. Matka Erriana
9. Faryale
10. Reszta zwierzęcej menażerii ^^
11. Ahar'carre & Ariene
12. Ten blond podejrzany endżel z pierwszych rozdziałów
Także Ariene awansowała, na pocieszenie dodam XD
Bądżże pewna, kobito, bo mnie ciekawość zeżre. Inu chcem nową notkę. Dopóki Kaśka mi nóg z dupy nie powyrywa ^^
Nie pozbawi, bo się ostatnio z Cadorem strasznie kłóci, to podsunęłaś jej kolejny pretekst, żeby mu ewentualnie zrobić krzywdę mimo mojego bronienia biedaka xD
UsuńTak jest ciekawiej. Romanse z samą sobą są nudne... chyba że są to romanse Aithne i Erriana xDD Uwielbiam ich. Mieli wyjść inaczej, są inni, ale są w tym idealni. Nie nazwałabym ich słodkimi, jednak może dlatego, że dla mnie coś "słodkiego" jest od razu przesadzone xD Ale co się będzie działo <3
Bo Larkin nadal jest postacią drugoplanową bardziej. I nigdzie na lineartach nie chciał pasować - na jednym pojawia się na pewno, ale żebyś go ujrzała, to jeszcze daleka droga xD
Hahahaha xD Daj Ariene szansę. Już niedługo. Już zaraz. Już lada moment się uwolni ode mnie i już będzie moją ukochaną podłą wiedźmą <3 Jest w tym cudowna. Ale potrzebowała rozpędu ^^
Czemu Ashar'carre tak nisko :< xD Myślę, że Ariene jeszcze trochę awansuje. I Faryale może. Mama Erriana jest biedna, jestem okropna.
Też lubię nazwisko Shera. Wyszło mi zacnie xD