sobota, 8 grudnia 2012

39. Witamy w domu



– Ale, kurwa, chata.
Kopyta koni zazgrzytały na żwirowej dróżce prowadzącej do eleganckiej, wykonanej z czarnych, rzeźbionych prętów bramy. Podwórze w większej mierze zasłaniały wysokie, grube mury okalające całą posiadłość, ponad ich linię wystawało jedynie pierwsze oraz drugie piętro wzniesionego z piaskowca budynku.
Tuż przy skrzydłach bramy ustawiono dwie wieże bramne, niezbyt pokaźne, bardziej chyba miały pełnić funkcję ozdobną niż obronną, bo były z droższego, ale mniej wytrzymałego kruszcu. Pilnujący wjazdu wartownicy od dłuższej chwili nie odrywali spojrzenia od zbliżających się podróżnych, poważnie zaniepokojeni.
– Jakbyś tak przez chwilę nie bluzgała… – westchnął Errian, obróciwszy się do wyrażającej swój zachwyt Aithne nader sztywno. – Przynajmniej nie przy moim ojcu.
– A twój stary robi za wartownika? – prychnęła upadła. – Raczej nie, więc jeszcze mi wolno – podsumowała, wzruszając ramionami, z czego wynikało, że jednak planowała się do prośby młodego maga ustosunkować.
– Myślałam, że wasz ród należy do szlachty średniej – wtrąciła Ariene, zmierzywszy spojrzeniem widoki, jakie było dane im na razie podziwiać.
– Szlachta średnia z aspiracjami – naprostował nadal niejako zestresowany Errian, wzdychając. – Dość niezdrowymi, ojciec co i rusz kombinuje, jak tu się wkraść w łaski lepiej ustawionych życiowo, tragedia.
– Nie żebyście teraz przymierali głodem – skomentowała zgryźliwie Aithne, wprost nie mogąc się powstrzymać.
– Ten argument do szlachty nie trafia – mruknął Errian, uśmiechając się do upadłej blado. – Niewiele rzeczy do niej, tak ogółem, trafia.
Zatrzymali konie przed bramą, a młodzieniec przeniósł wzrok na podchodzących strażników. Z jego twarzy zniknęły śladowe resztki pogody ducha, wszystko zastąpiła chłodna obojętność, co zupełnie do niego nie pasowało.
– Otworzyć bramę – polecił.
Jeden z wartowników się zawahał, podczas gdy drugi zawrócił, by przekazać rozkaz dalej, do mężczyzn w wieżach bramnych.
– Są moimi towarzyszami, ponadto pan ich oczekuje – wyjaśnił niewypowiedzianą wątpliwość młodzieniec, nawet jeden mięsień jego twarzy nie drgnął.
Strażnik skłonił się przed młodym Souenem i zawrócił, podążając za kompanem.
– Ale jaja – mruknęła cicho Aithne, otwierając szerzej oczy.
Po chwili brama rozwarła się z cichym skrzypnięciem, umożliwiając podróżnym wjazd na teren posiadłości.
Anabde przymrużyła oczy, rozglądając się dookoła mało zachwyconym spojrzeniem. Och, nie można powiedzieć, by siedziba nie robiła wrażenia, jednak roztaczała się tutaj specyficzna, dość nieprzyjemna atmosfera. Chociażby strażnicy – spięci, odwracali wzrok, gdy tylko się na nich spojrzało. Przestała się dziwić Errianowi, że stąd uciekł.
Cador nawet się nie rozglądał. To jest cały czas był skupiony i przygotowany na każde możliwe powitanie, ale gdzieś stracił tę typową dla siebie ciekawość.
W milczeniu dojechali na wielki dziedziniec, zatrzymując się przed szerokimi, marmurowymi schodami. Errian zsiadł z konia, dając tym samym sygnał czekającej gdzieś z boku służbie – stajenni kolejno podchodzili do wierzchowców, ściągając wodze z ich szyi.
Anabde przerzuciła nogę nad tylnym łękiem i zeskoczyła zgrabnie na ziemię. Mężczyznę, który podszedł do Lantano, obdarzyła mało przychylnym spojrzeniem. Wyglądało jednak na to, że nie będzie miała możliwości osobiście oporządzić konia; westchnęła tylko ciężko i ruszyła śladem reszty grupy.
Wspinaczka po schodach zajęła im dobrą chwilkę, lecz wreszcie stanęli przed przesadnie wysokimi drzwiami z ciemnego drewna. Errian kiwnął głową na stojącego przed nimi strażnika, ten zaś zapukał w drzwi w specyficzny, urywany sposób. Kod.
Zaraz potem przejście uchyliło się, a oczom zebranych ukazał się prawdopodobnie jeden z największych, najbardziej zniewalających i najpiękniej wykonanych halli, jakie mieli okazję zobaczyć.
Anabde aż uśmiechnęła się pod nosem, błądząc spojrzeniem od kryształowego żyrandola po ciekawe wykończenia drewnianych schodów. Jedyne, co ją zaniepokoiło, to brak ludzi – po chwili obserwacji dostrzegła dwóch nieruchomych lokajów kryjących się w cieniu, ale to tyle.
Cóż za radosne powitanie, nie ma co.
– Teraz chyba czas na „mamo, tato, wróciłem!” – podsunął Errianowi Sheridan, kiedy młodzieniec zastygł kawałek za progiem i nie wykazał żadnych wyraźniejszych funkcji życiowych.
– Mniej więcej – zgodził się niechętnie mag, westchnął, jakby nabierał powietrza przed skokiem na głęboką wodę, po czym przeszedł kilka kroków w przód.
– Proszę, proszę – rozległo się z boku, głos był nader kpiący i pewny siebie, pobrzmiewała w nim nieco irytująca maniera akcentowania wszystkiego, co się mówi. – Kogóż ja widzę, nasz ulubiony panicz Errian zawitał w rodzinnych progach.
Zebrani zgodnie zlokalizowali spojrzeniem tego, kto młodego maga wylewnie powitał. Strażnik nie mógł być wiele od ich towarzysza starszy, uśmiechał się szyderczo, szczerząc równe, białe zęby, skrzyżował ręce na napierśniku i oparł się nonszalancko ramieniem o framugę, taksując przybyłych uważnym spojrzeniem piwnych oczu. Przeczesał dłonią czuprynę gęstych, kasztanowych włosów, leniwie się prostując.
– Co za plebs przywiodłeś tu ze sobą? – zainteresował się. – Ach, no tak, ktoś musiał chronić twój szlachecki, bezużyteczny zad – odpowiedział sam sobie.
– Dobrze widzieć cię w zdrowiu, Cass – przywitał się bez mrugnięcia okiem Errian, niechętnie przeniósłszy wzrok na wojownika. – Postaraj się nie obrażać naszych gości, zostali wynajęci przez mojego ojca do wykonania zadania – upomniał strażnika nadal opanowanym głosem.
– Czekaj, a temu mogę urąbać łeb? – spytała Aithne, szturchnąwszy Erriana palcem w ramię. – Chyba nikt nie będzie płakał, prawda? – dodała, znów zapatrując się na rzekomego Cassa, kimkolwiek tu był i jakimkolwiek prawem obrażał maga.
Nie żeby to ją obchodziło, prawda.
– Postaraj się nie urąbywać łbów nikomu, zanim nie dostaniemy pieniędzy – uprzedziła odpowiedź Erriana Ariene, skrzywiwszy się, kiedy przyglądała się bezczelnemu strażnikowi.
Jakim prawem tak się rozpanoszył?
Wtedy też spojrzenie Cassa padło na wiedźmę, w jego oczach pojawiło się lekkie zaskoczenie, potem zrozumienie. Przekroczył próg mniejszej komnaty, zamknął przejście i wskazał na wieńczące hall wielkie drzwi. Posłał tylko Errianowi jeszcze jeden szyderczy uśmiech, zmrużywszy powieki.
– Jesteście oczekiwani – oznajmił, ruszając przodem do, najwyraźniej, głównej komnaty.
Aithne pokazała jego plecom najpierw język, potem środkowy palec i dopiero wtedy zdecydowała się wraz z pozostałymi pójść śladem strażnika.
I rzeczywiście, kiedy otworzono drzwi, stanęli w rozległej sali. Przed nimi znajdował się długi stół, najwyraźniej do oficjalnych kolacji bądź obiadów, teraz jednak nie było żadnej zastawy ani potraw. Kawałek przed blatem dostrzegli dwie osoby, poza nimi w rogach bogato udekorowanej komnaty czaili się sztywno wyprostowani strażnicy, gotowi działać na każde skinienie swego pana.
Errian przeszedł kawałek w przód, podczas gdy Cass ustawiał się nieopodal bocznych drzwi – pewnie prowadzących do kuchni albo gdziekolwiek indziej – a kobieta niejako kuląca się u boku niewątpliwie pana Souena uśmiechała się nieśmiało na widok młodego maga. Ich towarzysz spojrzał na nią krótko, jego wzrok złagodniał, jednak szybko skupił swą uwagę na ojcu.
Postawnej budowy, wyraźnie zahartowany w boju mężczyzna łypał na zebranych groźnie, splótłszy ręce na plecach. Jego surowe oblicze poznaczone było zmarszczkami, szare oczy sztyletowały spojrzeniem każdego, nawet Erriana. Starannie uczesane blond włosy dodawały całej postaci wrażenia wyniosłości, dziwnego chłodu.
Inaczej prezentowała się matka młodzieńca. Drobna, chuda, niezbyt wysoka, z sińcami pod błękitnymi oczami i matowymi, srebrnawymi włosami. Kiedy nie zerkała z miłością oraz radością na syna, wpatrywała się w swoje dłonie, jakby bardzo pragnęła zniknąć. Sądząc po masce, jaką przywdział na twarz Errian, on też niezwykle chciał zniknąć.
– Co mieli znaczyć ci skrytobójcy, ojcze? – odezwał się wtedy młody mag, wyprostowawszy się sztywno i zawiesiwszy na mężczyźnie opanowane spojrzenie.
Kobieta skuliła się, jakby miała za zachowanie syna zostać ukarana. Pan Souen zmarszczył czoło, wpatrując się w chłopaka z dezaprobatą.
– Cóż to za zachowanie, Errianie? – zapytał niskim głosem, skrzywiwszy się nadzwyczaj wyniośle. – Przez lata życia w dziczy wybito ci z głowy etykietę?
– Nie, ojcze – odparł uprzejmie młodzieniec, obserwując mężczyznę spokojnie. – Jednak nie rozumiem twych metod działania. Najpierw wynajmujesz grupę ludzi, a potem każesz ich zabić, oszczędzając mnie i jedną z moich towarzyszek – rozwinął swój tok myślenia, który raczej był oczywisty dla wszystkich.
Cass prychnął kpiąco, za co nie spotkało go żadne skarcenie.
– Nie muszę ci się tłumaczyć ze swych decyzji, Errianie – zagrzmiał pan Souen, zgromiwszy syna spojrzeniem. – Jednak, zważając na niefortunne okoliczności – w tym miejscu zerknął nieprzychylnie na pozostałych – jestem skłonny udzielić wyjaśnień. Byli przykrywką, Errianie, byś nie zorientował się od razu, że to od nas dostałeś zadanie. Inaczej byś tu nie dotarł, zakładam.
Sheridan uniósł sceptycznie brew, jednak się nie odzywał, tylko w duchu zastanowiwszy się, kto normalny – a nawet nienormalny – wracałby do takiego domu.
– Nadal nie rozumiem, czemu Ariene miała pozostać przy życiu – stwierdził bardziej napiętym głosem Errian, marszcząc czoło.
– Oto wasza zapłata… wojownicy – oznajmił wtedy pan Souen, ignorując syna.
Spod ściany ruszył jeden ze służących, niosąc na srebrnej tacy dwa pokaźne mieszki z, najpewniej, monetami. Zatrzymał się przy Anabde, kłaniając się przed nią.
– Możecie odejść. Prosiłbym jednak, panienko Tenshi, byś zechciała nam jeszcze przez moment potowarzyszyć – zwrócił się wtedy do Ariene, przykładając dłoń do piersi i skłaniając przed nią z szacunkiem głowę.
Errian zmarszczył czoło, napinając ramiona. Coś mu się tu bardzo nie podobało.
Anabde przymrużyła powieki, przyglądając się uważnie to mieszkom, to słudze, to ojcu Erriana; cała sytuacja wzbudziła jej niepokój. W końcu jednak wygrał zdrowy rozsądek, który podpowiadał, iż pieniądze przydadzą się chociażby na jedzenie. Chwyciła oba mieszki, oceniając w dłoni ich ciężar, po czym kiwnęła lekko głową.
Mężczyzna trzymający tacę skłonił się raz jeszcze, a następnie umknął pod ścianę, Anabde zaś obejrzała się na towarzyszy, zastanawiając się, co dalej.
Cador drgnął, ale nie ruszył w stronę wyjścia. Nie chciał. Został wynajęty w konkretnym celu i spełnił swoją misję, właściwie mógł spakować manatki i zbierać się do domu. Mimo tego cały czas ważył w myślach słowa pana Souena, nie chcąc ich posłuchać. Chyba wszyscy się nad tym zastanawiali, myśląc, co teraz zrobić.
Odpowiedział im Larkin, który postąpił dumnie w przód, zadzierając brodę i spoglądając prosto w chłodne oblicze mężczyzny. W burgundowych oczach zalśniły niepokojące ogniki.
– My też chętnie potowarzyszymy – powiedział z lekkim, złośliwym uśmiechem.
Pan Souen uniósł brew, w pierwszej chwili zdając się być rozbawionym poniekąd bezczelnym zachowaniem upadłego; zaraz jednak zauważył coś, na co żaden z towarzyszy Larkina nie zwrócił uwagi.
Wychylił się nieco w przód, by upewnić się, że to na pewno to – nietypowe, lecz nie rzucające się w oczy linie na kołnierzu płaszcza mężczyzny.
Szerszy uśmiech Larkina podpowiedział mu, że właściwie zgaduje – odchrząknął więc i znów rozsiadł się wygodnie w fotelu. Taka kolej rzeczy nie bardzo mu odpowiadała, ale skoro pojawił się tu sługa pewnego ważnego w kraju człowieka...
– Niech będzie – zgodził się niechętnie.
Anabde uniosła zaskoczona brew, przenosząc pozbawione zrozumienia spojrzenie z rudowłosego na gospodarza i z powrotem. Przed chwilą coś się wydarzyło, coś bardzo ważnego – co?
Cador zaś napiął mięśnie, obserwując, jak spojrzenie Larkina przesuwa się z pana Souena na Ariene; najwidoczniej to ona była głównym powodem jego interwencji. Brawo, geniuszu, jak się tego domyśliłeś?
Obrońca zagryzł wargę, z jednej strony zirytowany tym, że znów był gorszy, z drugiej strony wdzięczny Larkinowi, który najwyraźniej miał odpowiednie argumenty, by przekonać ojca Erriana.
Aithne chwyciła rękaw przyjaciela, jakby się bała, że upadły dokądś ucieknie. Nie wychodziła jednak na przód grupy, skuliła się za jego plecami, spoglądając na wszystko nieco zdenerwowanym, niepewnym wzrokiem. Najczęściej zerkała na Erriana, nie mogąc pozbyć się myśli, że stał się dziwnie obcy – takiego go nie znała, nigdy nie zachowywał się tak sztucznie, jak teraz.
Ariene natomiast uśmiechnęła się do Larkina z wdzięcznością i ulgą, nie zamierzając pytać, jak przekonał pana Souena do zmiany zdania. Przeniosła na mężczyznę spojrzenie, w jej niebieskich oczach zagościło charakterystyczne zacięcie. Miło było mieć kogoś, kto chronił ci tyły i wspierał, ale teraz należało wziąć sprawy w swoje ręce.
Śmiało wyszła z grupy, stając ramię w ramię z Errianem. Doskonale wiedziała, że w tym momencie powinna przynajmniej skłonić przed szlachcicem głowę, a najlepiej by zrobiła, gdyby dygnęła.
Właśnie dlatego przeniosła ciężar ciała na jedną nogę i oparła się ręką na biodrze, unosząc wyzywająco głowę. Nie zamierzała łączyć siebie z teraz ze sobą z przeszłości.
– O ile nie zamierzasz mnie wynająć do zamordowania kogoś, nie interesuje mnie nic, co masz mi do zaoferowania – oznajmiła bezczelnie, wykrzywiając usta w dość prowokującym uśmiechu.
– Cass, mój drogi, wprowadź gości – poprosił pan Souen, nie skomentowawszy zachowania Ariene w żaden sposób, co wiedźmę niejako zirytowało.
Zachowała jednak swoje emocje dla siebie, nie spuszczając wzroku z mężczyzny, wzmianka o gościach nie zainteresowała jej w choćby najmniejszym stopniu.
Natomiast zmarszczyła czoło, zastanawiając się, skąd ta sympatia wobec strażnika, a oziębłość w odniesieniu do syna. Zerknęła krótko na Erriana, on jednak nie wydawał się być poruszonym tą sytuacją. Może to u nich normalne?
Młodzieniec skłonił się uprzejmie, otworzył drzwi, przy których stał, i zniknął za progiem, jego grzeczny głos został zniekształcony echem w korytarzu. Po chwili do sali weszły jeszcze dwie osoby – brodaty, łysiejący mężczyzna oraz pulchna, zarumieniona kobieta, oboje skierowali się do pana Souena oraz jego żony, prowadzeni przez Cassa.
– Ariene, kruszynko! – zawołała wtedy nieznajoma, klasnąwszy w dłonie.
Wiedźma zdrętwiała, otwierając szerzej oczy. Niechętnie przeniosła wzrok na nowych gości w sali, zaciskając usta. Co oni tu robili? Dlaczego akurat teraz, po tylu latach? Nie zareagowała na rozłożone w przyjaznym geście ramiona, nie zamierzając się do kobiety zbliżać.
– Ciocia – skwitowała nieco chłodnym głosem, jednak nie ukryła w nim zaskoczenia.
– Nie wyglądasz tak źle, jak się obawiałam – przyznała wreszcie pulchna ciocia, z zakłopotaniem opuściwszy ręce. – Ale z kim ty się zadajesz? – dodała zniesmaczona i popatrzyła na niejaki tłok przy głównych drzwiach.
– Co wy tu robicie? – spytała krótko Ariene, nie planując komentować uwagi kobiety.
– Po tylu latach tylko tyle masz nam do powiedzenia? – obruszyła się ciotka, zaciskając z dezaprobatą usta.
– Wy niewiele mieliście mi do powiedzenia, kiedy zostałam bez dachu nad głową – przypomniała spokojnie, wzruszając niedbale ramionami. – Nie zainteresowaliście się również wyprawieniem pogrzebu tym, którzy spłonęli, a których ciała się chociaż częściowo zachowały. Małe dzieci raczej niedługo czatują na zgliszczach zniszczonego domu, czekając na zbawienie – dokończyła, przenosząc wzrok na pana Souena. – Co to za farsa? – spytała ostrzej niż na początku, zaciskając usta.
Jeszcze nie wiedziała, do czego zmierzali. Może gdyby popatrzyła na smutne, przygaszone oblicze matki Erriana, zrozumiałaby. Młodzieniec prawdopodobnie pojął to szybciej od niej, ale jego ojciec ubiegł go w wyjaśnianiu:
– Zawiązaliśmy ugodę. By podtrzymać twój ród, panienko, postanowiliśmy wydać cię za mojego syna, Erriana. Ślub zaplanowano na jutro.
Ariene zastygła oszołomiona, otwierając szeroko oczy. W jej głowie była całkowita pustka, zdumiona rozchyliła usta, jakby szykując się do protestowania, ale głos uwiązł jej w gardle. Bo to przecież głupie żarty… prawda?
Aithne momentalnie puściła Larkina i cofnęła się dwa kroki, wbijając w plecy Erriana równie zdezorientowane spojrzenie, jakim wiedźma obdarzała teraz ojca młodzieńca.
Na twarzy młodego maga pojawiło się podobne zszokowanie, co u pozostałych. Szybko jednak otrząsnął się po wieści, zmarszczył czoło i przeszedł kilka kroków w przód, ignorując gości, towarzyszy – właściwie wszystkich.
Wyraźnie zamierzał się sprzeciwić, bunt zagościł w jego oczach, a pierwsza dostrzegła to matka. Pokręciła nieznacznie głową, ale syn ją zignorował.
– Nie rób tego, ojcze – rzucił zimnym głosem, wpatrując się w mężczyznę nieustępliwie. – Zniszczysz jej życie, odcięła się od tego świata, ma własne plany i nie wolno wam… – ciągnął spokojnie, jakby nie zauważył ostrzegawczego blasku w spojrzeniu pana Souena.
Dłoń ze świstem przecięła powietrze, by z głuchym plaśnięciem zatrzymać się na twarzy Erriana. Młody mag urwał, pozwalając sile ciosu obrócić jego głowę, mlasnął, pozbywając się posmaku krwi z przygryzionej wargi.
– Nie waż się tak więcej do mnie odzywać – warknął rozjuszony mężczyzna, matka młodzieńca skuliła się, jakby to ona otrzymała cios.
Errian wyprostował się i znowu spojrzał na ojca, wyglądało na to, że uderzenie nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia. A jeśli zrobiło – idealnie udawał.
– Nie wolno wam ingerować w przyszłość, jaką sama pragnie sobie ułożyć – dokończył jakby nigdy nic, mrużąc oczy. – Poza tym ugoda poprzez wujostwo Ariene nie da ci tego, czego pragniesz. To pomniejsza szlachta, mimo że ta kobieta była siostrą jej ojca, bez zgody od samej głowy rodu nie osiągniesz większych wpływów. Na koniec to jedynie zwiększy natężenie magii w obu rodzinach, ona jest wiedźmą. Ja magiem, jeśli zapomniałeś. Jakikolwiek dziedzic będzie skazany na moc – przedstawił swoje argumenty.
Gdy pan Souen ponownie uniósł rękę, Errian chwycił go za nadgarstek, przytrzymując na chwilę. Zmrużył oczy, przyglądając się zdumionemu ojcu.
– Więcej tego nie rób – niemalże poprosił, puścił mężczyznę i cofnął się, czekając na decyzję.
Jego matka przyglądała się mu ze szczerym przerażeniem, jakby syn swoim zachowaniem podpisał na siebie wyrok śmierci. Spokój widniejący na twarzy Erriana przeczył tym emocjom kobiety, jednak trudno było powiedzieć, czy chłopak nadal udawał, czy też zachowywał się na powrót naturalnie.
– Nie interesuje mnie twoje zdanie, Errianie – warknął wreszcie pan Souen, krzywiąc się z niesmakiem. – Ożenisz się z panienką Tenshi czy tego chcesz, czy nie. Tak każe ci twój pan i ojciec, a w tym domu moje słowo jest prawem – skwitował na koniec, odwracając ostentacyjnie wzrok.
Errian jeszcze chwilę wpatrywał się w mężczyznę przeszywająco, aż wreszcie zazgrzytał zębami i wycofał się sztywno.
– To wszystko, czego od nas chciałeś? – spytał napiętym głosem, stając znów ramię w ramię z Ariene.
Przelotnie dotknął jej łokcia, jakby chciał ją powstrzymać przed jakąkolwiek interwencją – bądź pocieszyć. Nie spojrzał na nią jednak, bez przerwy obserwując ojca.
– Tak. Jeśli wasi… towarzysze… sobie życzą, wyrażam zgodę, by mogli pozostać do ceremonii zaślubin – skwitował, skinąwszy głową na młodego strażnika. – Cass, zaprowadź nieoczekiwanych… gości… na piętro z sypialniami.
Młodzieniec skłonił się w pasie przed panem Souenem i ruszył energicznym krokiem do głównych drzwi, posławszy Errianowi miażdżące, triumfujące spojrzenie.
Anabde widziała kątem oka, jak Larkin usiłował rozluźnić zaciśnięte w pięść palce. Ona sama była... zwyczajnie zirytowana. Nie zaskoczona, oj nie, wiedziała, że powiązania rodzinne mogą na człowieka sprowadzić wyłącznie kłopoty, dlatego najlepiej się od tego całego rozgardiaszu odciąć.
Zdenerwowało ją więc, że towarzysze – których zdążyła poniekąd polubić – tyle lat starali się zapomnieć o rodzinach, a teraz te same ich znalazły, na dodatek usiłując wywrócić im życie do góry nogami w najgorszy możliwy sposób.
Kobieta przymrużyła złowrogo powieki, obracając głowę w stronę Aithne.
Coś ścisnęło ją w sercu, kiedy zobaczyła wyraz oczu przyjaciółki. Zacisnęła wargi, chwilę się wahając, ale w końcu podeszła do upadłej i chwyciła jej dłoń, obracając dziewczynę w stronę drzwi i ciągnąc za sobą. Ta poddała się jej jak bezmyślna lalka, lub, by porównać bardziej stosownie, jak przedmiot opanowany neoromantycznym zaklęciem.
Reszta grupy wzięła przykład z Anabde, podróżnicy po kolei ruszali w stronę wyjścia z sali. Jedynie kiedy prowadząca Aithne nekromantka mijała Cadora, zorientowała się, że ten nie ma zamiaru się ruszyć.
Stał jak wmurowany, wpatrując się przed siebie bezmyślnie; zmarszczone czoło sugerowało, że pogrążył się w niezbyt optymistycznych rozmyślaniach, zapominając o świecie. Rudowłosa westchnęła pod nosem, po czym położyła dłoń na ramieniu obrońcy i zmusiła go do obrócenia się tyłem do gospodarza. Następnie dźgnęła go palcem na wysokości łopatek i popchnęła do przodu. Nawet się nie skrzywił, jakby zapomniał o urazie pleców – postanowiła nie komentować.
Larkin wyszedł z sali jako ostatni. W progu obrócił się jeszcze, by zerknąć przez ramię na pana Souena. Napotkały się dwa diametralnie różne spojrzenia – iskrzące się płomieniem burgundy oczu upadłego wraz z lodowatoniebieskimi oczami ojca Erriana. Po chwili walki Larkin uśmiechnął się pod nosem – a uśmiech ten mógł sugerować, że pan Souen nie wie, z kim ma do czynienia.
Ledwie główne drzwi zamknęły się za upadłym, odcinając wszystkich od wzroku gospodarza domu, Ariene wyprzedziła grupę, ruszając w bliżej niesprecyzowane gdzieś. Na jej twarzy złość nadal mieszała się z niedowierzaniem, wokół ręki zebrało się purpurowe światło, jak gdyby wiedźma planowała zniszczyć całą rezydencję.
– Ari – mruknął cicho Errian, postąpiwszy za nią kilka kroków.
Chwycił nadgarstek wolnej dłoni kobiety, przytrzymując ją z wyczuciem. Najwyżej dostanie w twarz drugi raz, w sumie by się nie zdziwił.
– To nic nie da. Coś wymyślę – dodał, kiedy nie odwróciła się do niego, ale posłusznie się zatrzymała.
– Co wymyślisz? – rzuciła napiętym głosem, światło zniknęło. – Mam pustkę w głowie, a przecież mnie do tego przygotowywano, uczyłam się o tym. Jako moi jedyni żyjący krewni dysponują prawem rozporządzania mną wedle własnej woli – skwitowała zirytowana, prychnąwszy pod nosem.
Cass zatrzymał się nieopodal, splótł ręce na torsie i uśmiechnął się szyderczo, obserwując zasępionego Erriana. Sheridan spojrzał na młodzieńca niechętnie, zdumiony tym, że ktoś mógł go irytować bardziej niż Aithne – która teraz niejako straciła chęć do życia, zabawne.
– Na twoim miejscu, panienko, też bym rozpaczał – odezwał się wtedy młody strażnik, przymrużywszy oczy, kiedy patrzył na Erriana. – Wujostwo musi cię bardzo nie lubić, że pragną cię wydać za tego nieudacznika.
Najpierw coś warknęło, a potem świsnęło. Pod brodą Cassa zatrzymał się czub ostrza Ashar’carrego, trzymająca go Aithne wykrzywiła niepokojąco usta i poruszyła znacząco nadgarstkiem, przysuwając metal do gardła strażnika.
– Naprawdę, mogę go już zabić? – spytała niskim, rozjuszonym głosem.
– Ai, proszę – westchnął Errian, ale nie spojrzał na upadłą, jakby wolał jej unikać. – To dowódca naszej straży, więcej problemów na razie nie potrzebujemy – dodał bardziej pojednawczo, puszczając Ariene, bo wyglądała tak, jakby się uspokoiła.
Aithne jeszcze chwilę wpatrywała się w niejako zaskoczonego Cassa, potem warknęła i schowała miecz, zacisnąwszy wyraźnie zęby.
– Miałeś im pokazać pokoje gościnne – przypomniał Errian, przenosząc wzrok na młodego dowódcę.
– Owszem, ale jedynie z rozkazu pana. Ciebie słuchać nie muszę – skwitował Cass, uśmiechając się nieprzyjemnie do maga.
– Zrób to, co kazał ci mój ojciec – odparł cierpliwie chłopak, spoglądając na strażnika bez większych emocji.
Najwyraźniej przywykł do takiego zachowania.
Cass uśmiechnął się jeszcze usatysfakcjonowany, ale odpuścił – ruszył przodem, idąc w stronę schodów, po których to po chwili zaczął się wspinać. Co ciekawe, wszyscy zgodnie podążyli jego śladem dopiero po odczekaniu kilkudziesięciu sekund, by zachować odpowiedni dystans od strażnika.
Nim ruszyli, Anabde obróciła się do Aithne i uśmiechnęła do niej lekko, jakby dumna z zachowania przyjaciółki. Chociaż nie można powiedzieć, by przez chwilę nie bała się, że upadła odrąbie chłopakowi głowę.
Po kilku minutach wędrówki dotarli do pokoju dziennego, przyjemnie urządzonego pomieszczenia z kominkiem, ogromnymi biblioteczkami i skórzanymi kanapami. Przeszli przez niego, by dotrzeć do niespecjalnie długiego korytarza, który rozwidlał się po kilku metrach.
Odnóg było pięć; każdy korytarzyk innej długości, trzy zakręcały, dwa biegły na wprost. Anabde wyjrzała na najbliższy i zobaczyła dwoje drzwi na końcu – można było się domyślić, iż podobnie będzie z resztą korytarzy.
Cass czekał na nich przy rozwidleniu, stojąc ze skrzyżowanymi na torsie rękoma, nadal uśmiechnięty się w ten swój irytujący, pyszałkowaty sposób.
– Na końcu każdego znajdują się dwa pokoje. Możecie rozdzielić je między sobą z tych trzech – skwitował, wskazując dłonią wszystkie zakręcające korytarze.
– No, to wracaj już do budy, lizodupie – prychnęła Aithne, mierząc Cassa pełnym nienawiści spojrzeniem.
Ależ by mu ten łeb urąbała i… i w ogóle. Zacisnęła dłonie w pięści, jakby z czymś w sobie walczyła, jednak ostatecznie wypuściła powietrze i nieco się rozluźniła.
– Pyskata z ciebie najemniczka, nikt cię jeszcze nie nauczył szacunku wobec lepszych? – zainteresował się młodzieniec, przymrużając oczy.
Upadła aż zadrżała od złości, warknęła i wprawnie oceniła, gdzie najlepiej będzie uderzyć, żeby ślad został na stałe na tej przystojnej gębuli, jednak została ubiegnięta. Może i przemeblowanie twarzy Cassa nie nastąpiło, ale i tak odpuściła, poczuwszy się jakoś dziwnie.
– Twoje obowiązki chyba ci uciekają – warknął Errian, wreszcie spojrzawszy na strażnika bez tej obojętności, z którą przyjmował całą swoją uroczą rodzinkę. – Jeszcze mój ojciec się zirytuje, lepiej idź ich pilnować.
Cass prychnął z pewnym rozbawieniem i pokręcił głową, jakby się nad młodym Souenem litował.
– Dobra, goguś, spierdalaj – poparł maga Sheridan, wcisnął ręce do kieszeni i ruszył w jeden z korytarzy.
Jednak kiedy mijał Cassa, zatrzymał się przy nim i popatrzył na strażnika z góry, samym tylko spojrzeniem na moment wbijając go w podłogę. Uśmiechnął się niedbale pod nosem i poszedł dalej, ciekaw, jak wyglądają pokoje gościnne.
– Doprawdy, hołota robi się coraz bardziej bezczelna – mruknął młody dowódca, marszcząc z niezadowoleniem czoło.
– Jeszcze jeden komentarz, a od jutra będziesz szorował posadzki swoją szczotką do zębów, zrozumiałeś? – nie wytrzymała wtedy Ariene, celując w Cassa palcem.
To chłopaka zaskoczyło, ale szybko oprzytomniał i pokiwał głową z udawanym zainteresowaniem.
– Ciekawe. Możesz mi powiedzieć, jak masz zamiar to osiągnąć? – zaproponował triumfalnym głosem.
Nie wiedział, że wywołuje wilka z lasu.
Zareagowało dwóch panów. Obaj w tym samym momencie ruszyli z miejsca i trudno było orzec, który wyglądał na bardziej zirytowanego. Spojrzeli na siebie, warknęli coś pod nosem, po czym... zostali ubiegnięci przez miło uśmiechniętą nekromantkę.
Ten słodki, zupełnie nie pasujący do niej gest sprawił, że obu wmurowało. Cador przechylił głowę, Larkin zamrugał i przetarł oczy wierzchem dłoni. Tymczasem kobieta wyminęła ich i podeszła do strażnika.
Przekroczyła linię, która wyznaczała sferę prywatności, stając zdecydowanie za blisko Cassa. To musiało go zdekoncentrować; wykorzystała moment, by zlokalizować w otoczeniu coś, co mogłoby się jej przydać.
Do zasłonięcia najbliższego okna służyły ciężkie kotary, w dzień związywane grubym, złocistym sznurem. To na nim skupiło się spojrzenie nekromantki – szare oczy zalśniły dziwnie, a w odpowiedzi sznur zadrżał i rozwiązał się. Zasłony zasunęły się, blokując dostęp światła do korytarza, w tym samym czasie sznur, niczym wąż, wyciągnął się w stronę młodzieńca Nim ten, skupiony na twarzy uśmiechającej się do niego nekromantki, zdążył zorientować się w sytuacji, sznur oplótł go w szyi. Więzy zacisnęły się, a Anabde uśmiechnęła się szerzej.
– Mogę cię do tego zmusić – poinformowała go spokojnie, odpowiadając na zadane do Ariene pytanie.
Zaczęło brakować mu tchu; pobladł, wpatrując się w kobietę ze strachem. Nawet jeśli chciał odpowiedzieć, zwyczajnie nie mógł.
Po chwili cofnęła zaklęcie – sznur opadł bezwładnie, a chłopak pochylił się gwałtownie, obejmując dłońmi szyję i rozmasowując ją. Wpatrzył się w rudowłosą z nienawiścią, ale nic nie odpowiedział.
Ona zaś nie przejmowała się tym, iż prawdopodobnie powinna była się powstrzymać; nawet nie zerknęła na Erriana, który był przecież za nich wszystkich odpowiedzialny, tylko ruszyła w stronę najbliższego korytarza.
– O Silthe – mruknął pod nosem Cador, odprowadzając nekromantkę wzrokiem.
Larkin, wbrew sobie, zgodził się w nim, kiwając głową.
– Odejdź, póki jeszcze potrafię ich przekonać, by cię nie zabijali – poprosił Errian, nie patrząc na nikogo, jakby stał w korytarzu sam.
Chwilę później odwrócił się i ruszył w drogę powrotną, a ponieważ posiadłość znał lepiej niż ktokolwiek z towarzyszy, szybko zniknął im z pola widzenia.
Aithne odczekała, aż jego kroki ucichną w korytarzu, chwilę stała nieruchomo, po czym przeniosła wzrok na Cassa.
– Za godzinę na dziedzińcu. Sprawdzimy, czy zawsze jesteś taki odważny, jak przy ruszającej się zasłonce – zakomunikowała, mrużąc oczy. – Wyzywam cię o twój honor, więc jeśli nie przyjdziesz, oznaczać to będzie, że stchórzyłeś – dodała triumfalnie.
– Aithne – skarciła ją niejako bezsilnie Ariene, westchnąwszy.
– Cicho tam, głupia wiedźmo – poprosiła grzecznie Aithne.
– Przyjdę. Tylko jeśli będzie to ostatnia walka w twoim życiu, pretensje miej do siebie – zastrzegł Cass, prychnąwszy z kpiną, kiedy odzyskał poprzednie kolory na twarzy.
Upadła uśmiechnęła się w sposób naprawdę niepokojący, zaraz ruszając w inny niż Sheridan korytarz. Tak z zasady. Znajdzie sobie pokój, zwinie się na chwilę w kłębek gdzieś w kącie i poczeka, aż będzie mogła spuścić temu idiocie manto.
Ariene, gdy Cass także odmaszerował, przeciągnęła dłonią po twarzy, po czym zaśmiała się nieco nerwowo.
– Może rzucę się z okna? Oszczędzę wielu kłopotów – mruknęła, wznosząc oczy do sufitu. – Ciekawe, czy mają tu gdzieś jakąś porządną wódkę – zastanowiła się jeszcze.
– Służę whisky – przypomniał jej z rozbawieniem Larkin.
Odprowadził wzrokiem Cassa, a dopiero upewniwszy się, że strażnik faktycznie zniknął, zwrócił spojrzenie na wiedźmę. Chwilę poświęcił również Cadorowi, ale uznał go za niewystarczająco interesującego.
– Każdemu przyda się chwila dla siebie. Spotkajmy się w salonie za godzinę – zadecydował.
Włożył ręce do kieszeni i czekał na aprobatę lub krytykę jego pomysłu.
Cador nie powiedział nic; kiwnął tylko głową i, po chwili walki ze samym sobą, ruszył pospiesznie w stronę jednego z korytarzy, tego, do którego jeszcze nikt się nie skierował.
– Przypilnuj Aithne. Żeby przypadkiem nie zrobiła czegoś pochopnego. Mnie mogłaby wysadzić z całym pokojem – poprosiła po krótkim zastanowieniu Ariene, posyłając Larkinowi uśmiech. – A na whisky się skuszę, to chyba jedyny sposób, żeby na chwilę zapomnieć o rodzinnym zjeździe – mruknęła zdegustowana, westchnęła ciężko i, powoli ruszając za Cadorem, przeciągnęła ponownie dłonią po twarzy.
Miło by było, gdyby jutro nigdy nie nadeszło. Lubiła Erriana, ale… otrzymali cios nożem w plecy w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewali. Oby jutro przepadło.
Larkin uniósł kącik ust, sięgając do płaszcza i wyjmując z kieszeni piersiówkę. Odkręcił ją i podał kobiecie.
– Taki miałem zamiar – przyznał.
Gdy się napiła, odebrał od niej swój skarb, schował i ruszył śladem Aithne. Obiecał jeszcze Ariene dłuższe alkoholowe posiedzenie wieczorem, tymczasem trzeba było upewnić się, że kochana upadła nie zrobi czegoś głupiego.
Ariene miała rację, ta ruda małpa była nieprzewidywalna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz