– Ale, kurwa,
chata.
Kopyta koni
zazgrzytały na żwirowej dróżce prowadzącej do eleganckiej, wykonanej z
czarnych, rzeźbionych prętów bramy. Podwórze w większej mierze zasłaniały
wysokie, grube mury okalające całą posiadłość, ponad ich linię wystawało
jedynie pierwsze oraz drugie piętro wzniesionego z piaskowca budynku.
Tuż przy
skrzydłach bramy ustawiono dwie wieże bramne, niezbyt pokaźne, bardziej chyba
miały pełnić funkcję ozdobną niż obronną, bo były z droższego, ale mniej
wytrzymałego kruszcu. Pilnujący wjazdu wartownicy od dłuższej chwili nie
odrywali spojrzenia od zbliżających się podróżnych, poważnie zaniepokojeni.
– Jakbyś tak
przez chwilę nie bluzgała… – westchnął Errian, obróciwszy się do wyrażającej
swój zachwyt Aithne nader sztywno. – Przynajmniej nie przy moim ojcu.
– A twój stary
robi za wartownika? – prychnęła upadła. – Raczej nie, więc jeszcze mi wolno –
podsumowała, wzruszając ramionami, z czego wynikało, że jednak planowała się do
prośby młodego maga ustosunkować.
– Myślałam, że
wasz ród należy do szlachty średniej – wtrąciła Ariene, zmierzywszy spojrzeniem
widoki, jakie było dane im na razie podziwiać.
– Szlachta
średnia z aspiracjami – naprostował nadal niejako zestresowany Errian,
wzdychając. – Dość niezdrowymi, ojciec co i rusz kombinuje, jak tu się wkraść w
łaski lepiej ustawionych życiowo, tragedia.
– Nie żebyście
teraz przymierali głodem – skomentowała zgryźliwie Aithne, wprost nie mogąc się
powstrzymać.
– Ten argument
do szlachty nie trafia – mruknął Errian, uśmiechając się do upadłej blado. –
Niewiele rzeczy do niej, tak ogółem, trafia.
Zatrzymali
konie przed bramą, a młodzieniec przeniósł wzrok na podchodzących strażników. Z
jego twarzy zniknęły śladowe resztki pogody ducha, wszystko zastąpiła chłodna
obojętność, co zupełnie do niego nie pasowało.
– Otworzyć
bramę – polecił.
Jeden z
wartowników się zawahał, podczas gdy drugi zawrócił, by przekazać rozkaz dalej,
do mężczyzn w wieżach bramnych.
– Są moimi towarzyszami,
ponadto pan ich oczekuje – wyjaśnił niewypowiedzianą wątpliwość młodzieniec,
nawet jeden mięsień jego twarzy nie drgnął.
Strażnik
skłonił się przed młodym Souenem i zawrócił, podążając za kompanem.
– Ale jaja –
mruknęła cicho Aithne, otwierając szerzej oczy.
Po chwili
brama rozwarła się z cichym skrzypnięciem, umożliwiając podróżnym wjazd na
teren posiadłości.
Anabde
przymrużyła oczy, rozglądając się dookoła mało zachwyconym spojrzeniem. Och,
nie można powiedzieć, by siedziba nie robiła wrażenia, jednak roztaczała się
tutaj specyficzna, dość nieprzyjemna atmosfera. Chociażby strażnicy – spięci,
odwracali wzrok, gdy tylko się na nich spojrzało. Przestała się dziwić
Errianowi, że stąd uciekł.
Cador nawet
się nie rozglądał. To jest cały czas był skupiony i przygotowany na każde
możliwe powitanie, ale gdzieś stracił tę typową dla siebie ciekawość.
W milczeniu
dojechali na wielki dziedziniec, zatrzymując się przed szerokimi, marmurowymi
schodami. Errian zsiadł z konia, dając tym samym sygnał czekającej gdzieś z
boku służbie – stajenni kolejno podchodzili do wierzchowców, ściągając wodze z
ich szyi.
Anabde
przerzuciła nogę nad tylnym łękiem i zeskoczyła zgrabnie na ziemię. Mężczyznę,
który podszedł do Lantano, obdarzyła mało przychylnym spojrzeniem. Wyglądało
jednak na to, że nie będzie miała możliwości osobiście oporządzić konia;
westchnęła tylko ciężko i ruszyła śladem reszty grupy.
Wspinaczka po
schodach zajęła im dobrą chwilkę, lecz wreszcie stanęli przed przesadnie
wysokimi drzwiami z ciemnego drewna. Errian kiwnął głową na stojącego przed
nimi strażnika, ten zaś zapukał w drzwi w specyficzny, urywany sposób. Kod.
Zaraz potem
przejście uchyliło się, a oczom zebranych ukazał się prawdopodobnie jeden z
największych, najbardziej zniewalających i najpiękniej wykonanych halli, jakie
mieli okazję zobaczyć.
Anabde aż
uśmiechnęła się pod nosem, błądząc spojrzeniem od kryształowego żyrandola po
ciekawe wykończenia drewnianych schodów. Jedyne, co ją zaniepokoiło, to brak
ludzi – po chwili obserwacji dostrzegła dwóch nieruchomych lokajów kryjących
się w cieniu, ale to tyle.
Cóż za radosne
powitanie, nie ma co.
– Teraz chyba
czas na „mamo, tato, wróciłem!” – podsunął Errianowi Sheridan, kiedy
młodzieniec zastygł kawałek za progiem i nie wykazał żadnych wyraźniejszych
funkcji życiowych.
– Mniej więcej
– zgodził się niechętnie mag, westchnął, jakby nabierał powietrza przed skokiem
na głęboką wodę, po czym przeszedł kilka kroków w przód.
– Proszę,
proszę – rozległo się z boku, głos był nader kpiący i pewny siebie,
pobrzmiewała w nim nieco irytująca maniera akcentowania wszystkiego, co się
mówi. – Kogóż ja widzę, nasz ulubiony panicz Errian zawitał w rodzinnych
progach.
Zebrani
zgodnie zlokalizowali spojrzeniem tego, kto młodego maga wylewnie powitał.
Strażnik nie mógł być wiele od ich towarzysza starszy, uśmiechał się szyderczo,
szczerząc równe, białe zęby, skrzyżował ręce na napierśniku i oparł się
nonszalancko ramieniem o framugę, taksując przybyłych uważnym spojrzeniem
piwnych oczu. Przeczesał dłonią czuprynę gęstych, kasztanowych włosów, leniwie
się prostując.
– Co za plebs
przywiodłeś tu ze sobą? – zainteresował się. – Ach, no tak, ktoś musiał chronić
twój szlachecki, bezużyteczny zad – odpowiedział sam sobie.
– Dobrze
widzieć cię w zdrowiu, Cass – przywitał się bez mrugnięcia okiem Errian,
niechętnie przeniósłszy wzrok na wojownika. – Postaraj się nie obrażać naszych
gości, zostali wynajęci przez mojego ojca do wykonania zadania – upomniał
strażnika nadal opanowanym głosem.
– Czekaj, a
temu mogę urąbać łeb? – spytała Aithne, szturchnąwszy Erriana palcem w ramię. –
Chyba nikt nie będzie płakał, prawda? – dodała, znów zapatrując się na
rzekomego Cassa, kimkolwiek tu był i jakimkolwiek prawem obrażał maga.
Nie żeby to ją
obchodziło, prawda.
– Postaraj się
nie urąbywać łbów nikomu, zanim nie dostaniemy pieniędzy – uprzedziła odpowiedź
Erriana Ariene, skrzywiwszy się, kiedy przyglądała się bezczelnemu strażnikowi.
Jakim prawem
tak się rozpanoszył?
Wtedy też
spojrzenie Cassa padło na wiedźmę, w jego oczach pojawiło się lekkie
zaskoczenie, potem zrozumienie. Przekroczył próg mniejszej komnaty, zamknął
przejście i wskazał na wieńczące hall wielkie drzwi. Posłał tylko Errianowi
jeszcze jeden szyderczy uśmiech, zmrużywszy powieki.
– Jesteście
oczekiwani – oznajmił, ruszając przodem do, najwyraźniej, głównej komnaty.
Aithne
pokazała jego plecom najpierw język, potem środkowy palec i dopiero wtedy
zdecydowała się wraz z pozostałymi pójść śladem strażnika.
I
rzeczywiście, kiedy otworzono drzwi, stanęli w rozległej sali. Przed nimi
znajdował się długi stół, najwyraźniej do oficjalnych kolacji bądź obiadów,
teraz jednak nie było żadnej zastawy ani potraw. Kawałek przed blatem
dostrzegli dwie osoby, poza nimi w rogach bogato udekorowanej komnaty czaili
się sztywno wyprostowani strażnicy, gotowi działać na każde skinienie swego
pana.
Errian
przeszedł kawałek w przód, podczas gdy Cass ustawiał się nieopodal bocznych
drzwi – pewnie prowadzących do kuchni albo gdziekolwiek indziej – a kobieta
niejako kuląca się u boku niewątpliwie pana Souena uśmiechała się nieśmiało na
widok młodego maga. Ich towarzysz spojrzał na nią krótko, jego wzrok
złagodniał, jednak szybko skupił swą uwagę na ojcu.
Postawnej
budowy, wyraźnie zahartowany w boju mężczyzna łypał na zebranych groźnie,
splótłszy ręce na plecach. Jego surowe oblicze poznaczone było zmarszczkami,
szare oczy sztyletowały spojrzeniem każdego, nawet Erriana. Starannie uczesane
blond włosy dodawały całej postaci wrażenia wyniosłości, dziwnego chłodu.
Inaczej
prezentowała się matka młodzieńca. Drobna, chuda, niezbyt wysoka, z sińcami pod
błękitnymi oczami i matowymi, srebrnawymi włosami. Kiedy nie zerkała z miłością
oraz radością na syna, wpatrywała się w swoje dłonie, jakby bardzo pragnęła
zniknąć. Sądząc po masce, jaką przywdział na twarz Errian, on też niezwykle
chciał zniknąć.
– Co mieli
znaczyć ci skrytobójcy, ojcze? – odezwał się wtedy młody mag, wyprostowawszy
się sztywno i zawiesiwszy na mężczyźnie opanowane spojrzenie.
Kobieta
skuliła się, jakby miała za zachowanie syna zostać ukarana. Pan Souen
zmarszczył czoło, wpatrując się w chłopaka z dezaprobatą.
– Cóż to za
zachowanie, Errianie? – zapytał niskim głosem, skrzywiwszy się nadzwyczaj
wyniośle. – Przez lata życia w dziczy wybito ci z głowy etykietę?
– Nie, ojcze –
odparł uprzejmie młodzieniec, obserwując mężczyznę spokojnie. – Jednak nie
rozumiem twych metod działania. Najpierw wynajmujesz grupę ludzi, a potem
każesz ich zabić, oszczędzając mnie i jedną z moich towarzyszek – rozwinął swój
tok myślenia, który raczej był oczywisty dla wszystkich.
Cass prychnął
kpiąco, za co nie spotkało go żadne skarcenie.
– Nie muszę ci
się tłumaczyć ze swych decyzji, Errianie – zagrzmiał pan Souen, zgromiwszy syna
spojrzeniem. – Jednak, zważając na niefortunne okoliczności – w tym miejscu
zerknął nieprzychylnie na pozostałych – jestem skłonny udzielić wyjaśnień. Byli
przykrywką, Errianie, byś nie zorientował się od razu, że to od nas dostałeś
zadanie. Inaczej byś tu nie dotarł, zakładam.
Sheridan
uniósł sceptycznie brew, jednak się nie odzywał, tylko w duchu zastanowiwszy
się, kto normalny – a nawet nienormalny – wracałby do takiego domu.
– Nadal nie
rozumiem, czemu Ariene miała pozostać przy życiu – stwierdził bardziej napiętym
głosem Errian, marszcząc czoło.
– Oto wasza
zapłata… wojownicy – oznajmił wtedy pan Souen, ignorując syna.
Spod ściany
ruszył jeden ze służących, niosąc na srebrnej tacy dwa pokaźne mieszki z,
najpewniej, monetami. Zatrzymał się przy Anabde, kłaniając się przed nią.
– Możecie
odejść. Prosiłbym jednak, panienko Tenshi, byś zechciała nam jeszcze przez
moment potowarzyszyć – zwrócił się wtedy do Ariene, przykładając dłoń do piersi
i skłaniając przed nią z szacunkiem głowę.
Errian
zmarszczył czoło, napinając ramiona. Coś mu się tu bardzo nie podobało.
Anabde
przymrużyła powieki, przyglądając się uważnie to mieszkom, to słudze, to ojcu
Erriana; cała sytuacja wzbudziła jej niepokój. W końcu jednak wygrał zdrowy
rozsądek, który podpowiadał, iż pieniądze przydadzą się chociażby na jedzenie.
Chwyciła oba mieszki, oceniając w dłoni ich ciężar, po czym kiwnęła lekko głową.
Mężczyzna
trzymający tacę skłonił się raz jeszcze, a następnie umknął pod ścianę, Anabde
zaś obejrzała się na towarzyszy, zastanawiając się, co dalej.
Cador drgnął,
ale nie ruszył w stronę wyjścia. Nie chciał. Został wynajęty w konkretnym celu
i spełnił swoją misję, właściwie mógł spakować manatki i zbierać się do domu.
Mimo tego cały czas ważył w myślach słowa pana Souena, nie chcąc ich posłuchać.
Chyba wszyscy się nad tym zastanawiali, myśląc, co teraz zrobić.
Odpowiedział
im Larkin, który postąpił dumnie w przód, zadzierając brodę i spoglądając
prosto w chłodne oblicze mężczyzny. W burgundowych oczach zalśniły niepokojące
ogniki.
– My też
chętnie potowarzyszymy – powiedział z lekkim, złośliwym uśmiechem.
Pan Souen
uniósł brew, w pierwszej chwili zdając się być rozbawionym poniekąd bezczelnym
zachowaniem upadłego; zaraz jednak zauważył coś, na co żaden z towarzyszy
Larkina nie zwrócił uwagi.
Wychylił się
nieco w przód, by upewnić się, że to na pewno to – nietypowe, lecz nie
rzucające się w oczy linie na kołnierzu płaszcza mężczyzny.
Szerszy
uśmiech Larkina podpowiedział mu, że właściwie zgaduje – odchrząknął więc i
znów rozsiadł się wygodnie w fotelu. Taka kolej rzeczy nie bardzo mu
odpowiadała, ale skoro pojawił się tu sługa pewnego ważnego w kraju
człowieka...
– Niech będzie
– zgodził się niechętnie.
Anabde uniosła
zaskoczona brew, przenosząc pozbawione zrozumienia spojrzenie z rudowłosego na
gospodarza i z powrotem. Przed chwilą coś się wydarzyło, coś bardzo ważnego –
co?
Cador zaś napiął
mięśnie, obserwując, jak spojrzenie Larkina przesuwa się z pana Souena na
Ariene; najwidoczniej to ona była głównym powodem jego interwencji. Brawo,
geniuszu, jak się tego domyśliłeś?
Obrońca
zagryzł wargę, z jednej strony zirytowany tym, że znów był gorszy, z drugiej
strony wdzięczny Larkinowi, który najwyraźniej miał odpowiednie argumenty, by
przekonać ojca Erriana.
Aithne
chwyciła rękaw przyjaciela, jakby się bała, że upadły dokądś ucieknie. Nie
wychodziła jednak na przód grupy, skuliła się za jego plecami, spoglądając na
wszystko nieco zdenerwowanym, niepewnym wzrokiem. Najczęściej zerkała na
Erriana, nie mogąc pozbyć się myśli, że stał się dziwnie obcy – takiego go nie
znała, nigdy nie zachowywał się tak sztucznie, jak teraz.
Ariene
natomiast uśmiechnęła się do Larkina z wdzięcznością i ulgą, nie zamierzając
pytać, jak przekonał pana Souena do zmiany zdania. Przeniosła na mężczyznę
spojrzenie, w jej niebieskich oczach zagościło charakterystyczne zacięcie. Miło
było mieć kogoś, kto chronił ci tyły i wspierał, ale teraz należało wziąć
sprawy w swoje ręce.
Śmiało wyszła
z grupy, stając ramię w ramię z Errianem. Doskonale wiedziała, że w tym
momencie powinna przynajmniej skłonić przed szlachcicem głowę, a najlepiej by
zrobiła, gdyby dygnęła.
Właśnie
dlatego przeniosła ciężar ciała na jedną nogę i oparła się ręką na biodrze,
unosząc wyzywająco głowę. Nie zamierzała łączyć siebie z teraz ze sobą z
przeszłości.
– O ile nie
zamierzasz mnie wynająć do zamordowania kogoś, nie interesuje mnie nic, co masz
mi do zaoferowania – oznajmiła bezczelnie, wykrzywiając usta w dość
prowokującym uśmiechu.
– Cass, mój
drogi, wprowadź gości – poprosił pan Souen, nie skomentowawszy zachowania
Ariene w żaden sposób, co wiedźmę niejako zirytowało.
Zachowała
jednak swoje emocje dla siebie, nie spuszczając wzroku z mężczyzny, wzmianka o
gościach nie zainteresowała jej w choćby najmniejszym stopniu.
Natomiast
zmarszczyła czoło, zastanawiając się, skąd ta sympatia wobec strażnika, a
oziębłość w odniesieniu do syna. Zerknęła krótko na Erriana, on jednak nie
wydawał się być poruszonym tą sytuacją. Może to u nich normalne?
Młodzieniec
skłonił się uprzejmie, otworzył drzwi, przy których stał, i zniknął za progiem,
jego grzeczny głos został zniekształcony echem w korytarzu. Po chwili do sali
weszły jeszcze dwie osoby – brodaty, łysiejący mężczyzna oraz pulchna,
zarumieniona kobieta, oboje skierowali się do pana Souena oraz jego żony,
prowadzeni przez Cassa.
– Ariene,
kruszynko! – zawołała wtedy nieznajoma, klasnąwszy w dłonie.
Wiedźma
zdrętwiała, otwierając szerzej oczy. Niechętnie przeniosła wzrok na nowych
gości w sali, zaciskając usta. Co oni tu robili? Dlaczego akurat teraz, po tylu
latach? Nie zareagowała na rozłożone w przyjaznym geście ramiona, nie
zamierzając się do kobiety zbliżać.
– Ciocia –
skwitowała nieco chłodnym głosem, jednak nie ukryła w nim zaskoczenia.
– Nie
wyglądasz tak źle, jak się obawiałam – przyznała wreszcie pulchna ciocia, z
zakłopotaniem opuściwszy ręce. – Ale z kim ty się zadajesz? – dodała zniesmaczona
i popatrzyła na niejaki tłok przy głównych drzwiach.
– Co wy tu
robicie? – spytała krótko Ariene, nie planując komentować uwagi kobiety.
– Po tylu
latach tylko tyle masz nam do powiedzenia? – obruszyła się ciotka, zaciskając z
dezaprobatą usta.
– Wy niewiele
mieliście mi do powiedzenia, kiedy zostałam bez dachu nad głową – przypomniała
spokojnie, wzruszając niedbale ramionami. – Nie zainteresowaliście się również
wyprawieniem pogrzebu tym, którzy spłonęli, a których ciała się chociaż
częściowo zachowały. Małe dzieci raczej niedługo czatują na zgliszczach
zniszczonego domu, czekając na zbawienie – dokończyła, przenosząc wzrok na pana
Souena. – Co to za farsa? – spytała ostrzej niż na początku, zaciskając usta.
Jeszcze nie
wiedziała, do czego zmierzali. Może gdyby popatrzyła na smutne, przygaszone
oblicze matki Erriana, zrozumiałaby. Młodzieniec prawdopodobnie pojął to
szybciej od niej, ale jego ojciec ubiegł go w wyjaśnianiu:
– Zawiązaliśmy
ugodę. By podtrzymać twój ród, panienko, postanowiliśmy wydać cię za mojego
syna, Erriana. Ślub zaplanowano na jutro.
Ariene
zastygła oszołomiona, otwierając szeroko oczy. W jej głowie była całkowita
pustka, zdumiona rozchyliła usta, jakby szykując się do protestowania, ale głos
uwiązł jej w gardle. Bo to przecież głupie żarty… prawda?
Aithne
momentalnie puściła Larkina i cofnęła się dwa kroki, wbijając w plecy Erriana
równie zdezorientowane spojrzenie, jakim wiedźma obdarzała teraz ojca
młodzieńca.
Na twarzy
młodego maga pojawiło się podobne zszokowanie, co u pozostałych. Szybko jednak
otrząsnął się po wieści, zmarszczył czoło i przeszedł kilka kroków w przód,
ignorując gości, towarzyszy – właściwie wszystkich.
Wyraźnie
zamierzał się sprzeciwić, bunt zagościł w jego oczach, a pierwsza dostrzegła to
matka. Pokręciła nieznacznie głową, ale syn ją zignorował.
– Nie rób
tego, ojcze – rzucił zimnym głosem, wpatrując się w mężczyznę nieustępliwie. –
Zniszczysz jej życie, odcięła się od tego świata, ma własne plany i nie wolno
wam… – ciągnął spokojnie, jakby nie zauważył ostrzegawczego blasku w spojrzeniu
pana Souena.
Dłoń ze
świstem przecięła powietrze, by z głuchym plaśnięciem zatrzymać się na twarzy
Erriana. Młody mag urwał, pozwalając sile ciosu obrócić jego głowę, mlasnął,
pozbywając się posmaku krwi z przygryzionej wargi.
– Nie waż się
tak więcej do mnie odzywać – warknął rozjuszony mężczyzna, matka młodzieńca
skuliła się, jakby to ona otrzymała cios.
Errian
wyprostował się i znowu spojrzał na ojca, wyglądało na to, że uderzenie nie
zrobiło na nim najmniejszego wrażenia. A jeśli zrobiło – idealnie udawał.
– Nie wolno
wam ingerować w przyszłość, jaką sama pragnie sobie ułożyć – dokończył jakby
nigdy nic, mrużąc oczy. – Poza tym ugoda poprzez wujostwo Ariene nie da ci
tego, czego pragniesz. To pomniejsza szlachta, mimo że ta kobieta była siostrą
jej ojca, bez zgody od samej głowy rodu nie osiągniesz większych wpływów. Na
koniec to jedynie zwiększy natężenie magii w obu rodzinach, ona jest wiedźmą.
Ja magiem, jeśli zapomniałeś. Jakikolwiek dziedzic będzie skazany na moc –
przedstawił swoje argumenty.
Gdy pan Souen
ponownie uniósł rękę, Errian chwycił go za nadgarstek, przytrzymując na chwilę.
Zmrużył oczy, przyglądając się zdumionemu ojcu.
– Więcej tego
nie rób – niemalże poprosił, puścił mężczyznę i cofnął się, czekając na
decyzję.
Jego matka
przyglądała się mu ze szczerym przerażeniem, jakby syn swoim zachowaniem
podpisał na siebie wyrok śmierci. Spokój widniejący na twarzy Erriana przeczył
tym emocjom kobiety, jednak trudno było powiedzieć, czy chłopak nadal udawał,
czy też zachowywał się na powrót naturalnie.
– Nie
interesuje mnie twoje zdanie, Errianie – warknął wreszcie pan Souen, krzywiąc
się z niesmakiem. – Ożenisz się z panienką Tenshi czy tego chcesz, czy nie. Tak
każe ci twój pan i ojciec, a w tym domu moje słowo jest prawem – skwitował na
koniec, odwracając ostentacyjnie wzrok.
Errian jeszcze
chwilę wpatrywał się w mężczyznę przeszywająco, aż wreszcie zazgrzytał zębami i
wycofał się sztywno.
– To wszystko,
czego od nas chciałeś? – spytał napiętym głosem, stając znów ramię w ramię z
Ariene.
Przelotnie
dotknął jej łokcia, jakby chciał ją powstrzymać przed jakąkolwiek interwencją –
bądź pocieszyć. Nie spojrzał na nią jednak, bez przerwy obserwując ojca.
– Tak. Jeśli
wasi… towarzysze… sobie życzą, wyrażam zgodę, by mogli pozostać do ceremonii
zaślubin – skwitował, skinąwszy głową na młodego strażnika. – Cass, zaprowadź
nieoczekiwanych… gości… na piętro z sypialniami.
Młodzieniec
skłonił się w pasie przed panem Souenem i ruszył energicznym krokiem do
głównych drzwi, posławszy Errianowi miażdżące, triumfujące spojrzenie.
Anabde
widziała kątem oka, jak Larkin usiłował rozluźnić zaciśnięte w pięść palce. Ona
sama była... zwyczajnie zirytowana. Nie zaskoczona, oj nie, wiedziała, że
powiązania rodzinne mogą na człowieka sprowadzić wyłącznie kłopoty, dlatego
najlepiej się od tego całego rozgardiaszu odciąć.
Zdenerwowało
ją więc, że towarzysze – których zdążyła poniekąd polubić – tyle lat starali
się zapomnieć o rodzinach, a teraz te same ich znalazły, na dodatek usiłując
wywrócić im życie do góry nogami w najgorszy możliwy sposób.
Kobieta
przymrużyła złowrogo powieki, obracając głowę w stronę Aithne.
Coś ścisnęło
ją w sercu, kiedy zobaczyła wyraz oczu przyjaciółki. Zacisnęła wargi, chwilę
się wahając, ale w końcu podeszła do upadłej i chwyciła jej dłoń, obracając
dziewczynę w stronę drzwi i ciągnąc za sobą. Ta poddała się jej jak bezmyślna
lalka, lub, by porównać bardziej stosownie, jak przedmiot opanowany
neoromantycznym zaklęciem.
Reszta grupy
wzięła przykład z Anabde, podróżnicy po kolei ruszali w stronę wyjścia z sali.
Jedynie kiedy prowadząca Aithne nekromantka mijała Cadora, zorientowała się, że
ten nie ma zamiaru się ruszyć.
Stał jak
wmurowany, wpatrując się przed siebie bezmyślnie; zmarszczone czoło sugerowało,
że pogrążył się w niezbyt optymistycznych rozmyślaniach, zapominając o świecie.
Rudowłosa westchnęła pod nosem, po czym położyła dłoń na ramieniu obrońcy i
zmusiła go do obrócenia się tyłem do gospodarza. Następnie dźgnęła go palcem na
wysokości łopatek i popchnęła do przodu. Nawet się nie skrzywił, jakby
zapomniał o urazie pleców – postanowiła nie komentować.
Larkin wyszedł
z sali jako ostatni. W progu obrócił się jeszcze, by zerknąć przez ramię na
pana Souena. Napotkały się dwa diametralnie różne spojrzenia – iskrzące się
płomieniem burgundy oczu upadłego wraz z lodowatoniebieskimi oczami ojca
Erriana. Po chwili walki Larkin uśmiechnął się pod nosem – a uśmiech ten mógł
sugerować, że pan Souen nie wie, z kim ma do czynienia.
Ledwie główne
drzwi zamknęły się za upadłym, odcinając wszystkich od wzroku gospodarza domu,
Ariene wyprzedziła grupę, ruszając w bliżej niesprecyzowane gdzieś. Na jej
twarzy złość nadal mieszała się z niedowierzaniem, wokół ręki zebrało się
purpurowe światło, jak gdyby wiedźma planowała zniszczyć całą rezydencję.
– Ari –
mruknął cicho Errian, postąpiwszy za nią kilka kroków.
Chwycił
nadgarstek wolnej dłoni kobiety, przytrzymując ją z wyczuciem. Najwyżej
dostanie w twarz drugi raz, w sumie by się nie zdziwił.
– To nic nie
da. Coś wymyślę – dodał, kiedy nie odwróciła się do niego, ale posłusznie się
zatrzymała.
– Co
wymyślisz? – rzuciła napiętym głosem, światło zniknęło. – Mam pustkę w głowie,
a przecież mnie do tego przygotowywano, uczyłam się o tym. Jako moi jedyni
żyjący krewni dysponują prawem rozporządzania mną wedle własnej woli –
skwitowała zirytowana, prychnąwszy pod nosem.
Cass zatrzymał
się nieopodal, splótł ręce na torsie i uśmiechnął się szyderczo, obserwując
zasępionego Erriana. Sheridan spojrzał na młodzieńca niechętnie, zdumiony tym,
że ktoś mógł go irytować bardziej niż Aithne – która teraz niejako straciła
chęć do życia, zabawne.
– Na twoim
miejscu, panienko, też bym rozpaczał – odezwał się wtedy młody strażnik,
przymrużywszy oczy, kiedy patrzył na Erriana. – Wujostwo musi cię bardzo nie
lubić, że pragną cię wydać za tego nieudacznika.
Najpierw coś
warknęło, a potem świsnęło. Pod brodą Cassa zatrzymał się czub ostrza
Ashar’carrego, trzymająca go Aithne wykrzywiła niepokojąco usta i poruszyła
znacząco nadgarstkiem, przysuwając metal do gardła strażnika.
– Naprawdę,
mogę go już zabić? – spytała niskim, rozjuszonym głosem.
– Ai, proszę –
westchnął Errian, ale nie spojrzał na upadłą, jakby wolał jej unikać. – To
dowódca naszej straży, więcej problemów na razie nie potrzebujemy – dodał
bardziej pojednawczo, puszczając Ariene, bo wyglądała tak, jakby się uspokoiła.
Aithne jeszcze
chwilę wpatrywała się w niejako zaskoczonego Cassa, potem warknęła i schowała
miecz, zacisnąwszy wyraźnie zęby.
– Miałeś im
pokazać pokoje gościnne – przypomniał Errian, przenosząc wzrok na młodego
dowódcę.
– Owszem, ale
jedynie z rozkazu pana. Ciebie słuchać nie muszę – skwitował Cass, uśmiechając
się nieprzyjemnie do maga.
– Zrób to, co
kazał ci mój ojciec – odparł cierpliwie chłopak, spoglądając na strażnika bez
większych emocji.
Najwyraźniej
przywykł do takiego zachowania.
Cass
uśmiechnął się jeszcze usatysfakcjonowany, ale odpuścił – ruszył przodem, idąc
w stronę schodów, po których to po chwili zaczął się wspinać. Co ciekawe,
wszyscy zgodnie podążyli jego śladem dopiero po odczekaniu kilkudziesięciu
sekund, by zachować odpowiedni dystans od strażnika.
Nim ruszyli,
Anabde obróciła się do Aithne i uśmiechnęła do niej lekko, jakby dumna z
zachowania przyjaciółki. Chociaż nie można powiedzieć, by przez chwilę nie bała
się, że upadła odrąbie chłopakowi głowę.
Po kilku
minutach wędrówki dotarli do pokoju dziennego, przyjemnie urządzonego
pomieszczenia z kominkiem, ogromnymi biblioteczkami i skórzanymi kanapami.
Przeszli przez niego, by dotrzeć do niespecjalnie długiego korytarza, który
rozwidlał się po kilku metrach.
Odnóg było
pięć; każdy korytarzyk innej długości, trzy zakręcały, dwa biegły na wprost.
Anabde wyjrzała na najbliższy i zobaczyła dwoje drzwi na końcu – można było się
domyślić, iż podobnie będzie z resztą korytarzy.
Cass czekał na
nich przy rozwidleniu, stojąc ze skrzyżowanymi na torsie rękoma, nadal
uśmiechnięty się w ten swój irytujący, pyszałkowaty sposób.
– Na końcu
każdego znajdują się dwa pokoje. Możecie rozdzielić je między sobą z tych
trzech – skwitował, wskazując dłonią wszystkie zakręcające korytarze.
– No, to
wracaj już do budy, lizodupie – prychnęła Aithne, mierząc Cassa pełnym
nienawiści spojrzeniem.
Ależ by mu ten
łeb urąbała i… i w ogóle. Zacisnęła dłonie w pięści, jakby z czymś w sobie
walczyła, jednak ostatecznie wypuściła powietrze i nieco się rozluźniła.
– Pyskata z
ciebie najemniczka, nikt cię jeszcze nie nauczył szacunku wobec lepszych? –
zainteresował się młodzieniec, przymrużając oczy.
Upadła aż
zadrżała od złości, warknęła i wprawnie oceniła, gdzie najlepiej będzie
uderzyć, żeby ślad został na stałe na tej przystojnej gębuli, jednak została
ubiegnięta. Może i przemeblowanie twarzy Cassa nie nastąpiło, ale i tak
odpuściła, poczuwszy się jakoś dziwnie.
– Twoje
obowiązki chyba ci uciekają – warknął Errian, wreszcie spojrzawszy na strażnika
bez tej obojętności, z którą przyjmował całą swoją uroczą rodzinkę. – Jeszcze
mój ojciec się zirytuje, lepiej idź ich pilnować.
Cass prychnął
z pewnym rozbawieniem i pokręcił głową, jakby się nad młodym Souenem litował.
– Dobra,
goguś, spierdalaj – poparł maga Sheridan, wcisnął ręce do kieszeni i ruszył w
jeden z korytarzy.
Jednak kiedy
mijał Cassa, zatrzymał się przy nim i popatrzył na strażnika z góry, samym
tylko spojrzeniem na moment wbijając go w podłogę. Uśmiechnął się niedbale pod
nosem i poszedł dalej, ciekaw, jak wyglądają pokoje gościnne.
– Doprawdy,
hołota robi się coraz bardziej bezczelna – mruknął młody dowódca, marszcząc z
niezadowoleniem czoło.
– Jeszcze
jeden komentarz, a od jutra będziesz szorował posadzki swoją szczotką do zębów,
zrozumiałeś? – nie wytrzymała wtedy Ariene, celując w Cassa palcem.
To chłopaka
zaskoczyło, ale szybko oprzytomniał i pokiwał głową z udawanym
zainteresowaniem.
– Ciekawe.
Możesz mi powiedzieć, jak masz zamiar to osiągnąć? – zaproponował triumfalnym
głosem.
Nie wiedział,
że wywołuje wilka z lasu.
Zareagowało
dwóch panów. Obaj w tym samym momencie ruszyli z miejsca i trudno było orzec,
który wyglądał na bardziej zirytowanego. Spojrzeli na siebie, warknęli coś pod
nosem, po czym... zostali ubiegnięci przez miło uśmiechniętą nekromantkę.
Ten słodki, zupełnie
nie pasujący do niej gest sprawił, że obu wmurowało. Cador przechylił głowę,
Larkin zamrugał i przetarł oczy wierzchem dłoni. Tymczasem kobieta wyminęła ich
i podeszła do strażnika.
Przekroczyła
linię, która wyznaczała sferę prywatności, stając zdecydowanie za blisko Cassa.
To musiało go zdekoncentrować; wykorzystała moment, by zlokalizować w otoczeniu
coś, co mogłoby się jej przydać.
Do zasłonięcia
najbliższego okna służyły ciężkie kotary, w dzień związywane grubym, złocistym
sznurem. To na nim skupiło się spojrzenie nekromantki – szare oczy zalśniły
dziwnie, a w odpowiedzi sznur zadrżał i rozwiązał się. Zasłony zasunęły się,
blokując dostęp światła do korytarza, w tym samym czasie sznur, niczym wąż,
wyciągnął się w stronę młodzieńca Nim ten, skupiony na twarzy uśmiechającej się
do niego nekromantki, zdążył zorientować się w sytuacji, sznur oplótł go w
szyi. Więzy zacisnęły się, a Anabde uśmiechnęła się szerzej.
– Mogę cię do
tego zmusić – poinformowała go spokojnie, odpowiadając na zadane do Ariene
pytanie.
Zaczęło
brakować mu tchu; pobladł, wpatrując się w kobietę ze strachem. Nawet jeśli
chciał odpowiedzieć, zwyczajnie nie mógł.
Po chwili
cofnęła zaklęcie – sznur opadł bezwładnie, a chłopak pochylił się gwałtownie,
obejmując dłońmi szyję i rozmasowując ją. Wpatrzył się w rudowłosą z
nienawiścią, ale nic nie odpowiedział.
Ona zaś nie
przejmowała się tym, iż prawdopodobnie powinna była się powstrzymać; nawet nie
zerknęła na Erriana, który był przecież za nich wszystkich odpowiedzialny, tylko
ruszyła w stronę najbliższego korytarza.
– O Silthe –
mruknął pod nosem Cador, odprowadzając nekromantkę wzrokiem.
Larkin, wbrew
sobie, zgodził się w nim, kiwając głową.
– Odejdź, póki
jeszcze potrafię ich przekonać, by cię nie zabijali – poprosił Errian, nie
patrząc na nikogo, jakby stał w korytarzu sam.
Chwilę później
odwrócił się i ruszył w drogę powrotną, a ponieważ posiadłość znał lepiej niż
ktokolwiek z towarzyszy, szybko zniknął im z pola widzenia.
Aithne
odczekała, aż jego kroki ucichną w korytarzu, chwilę stała nieruchomo, po czym
przeniosła wzrok na Cassa.
– Za godzinę
na dziedzińcu. Sprawdzimy, czy zawsze jesteś taki odważny, jak przy ruszającej
się zasłonce – zakomunikowała, mrużąc oczy. – Wyzywam cię o twój honor, więc
jeśli nie przyjdziesz, oznaczać to będzie, że stchórzyłeś – dodała triumfalnie.
– Aithne –
skarciła ją niejako bezsilnie Ariene, westchnąwszy.
– Cicho tam,
głupia wiedźmo – poprosiła grzecznie Aithne.
– Przyjdę.
Tylko jeśli będzie to ostatnia walka w twoim życiu, pretensje miej do siebie –
zastrzegł Cass, prychnąwszy z kpiną, kiedy odzyskał poprzednie kolory na
twarzy.
Upadła
uśmiechnęła się w sposób naprawdę niepokojący, zaraz ruszając w inny niż
Sheridan korytarz. Tak z zasady. Znajdzie sobie pokój, zwinie się na chwilę w
kłębek gdzieś w kącie i poczeka, aż będzie mogła spuścić temu idiocie manto.
Ariene, gdy
Cass także odmaszerował, przeciągnęła dłonią po twarzy, po czym zaśmiała się
nieco nerwowo.
– Może rzucę
się z okna? Oszczędzę wielu kłopotów – mruknęła, wznosząc oczy do sufitu. –
Ciekawe, czy mają tu gdzieś jakąś porządną wódkę – zastanowiła się jeszcze.
– Służę whisky
– przypomniał jej z rozbawieniem Larkin.
Odprowadził
wzrokiem Cassa, a dopiero upewniwszy się, że strażnik faktycznie zniknął,
zwrócił spojrzenie na wiedźmę. Chwilę poświęcił również Cadorowi, ale uznał go
za niewystarczająco interesującego.
– Każdemu
przyda się chwila dla siebie. Spotkajmy się w salonie za godzinę – zadecydował.
Włożył ręce do
kieszeni i czekał na aprobatę lub krytykę jego pomysłu.
Cador nie
powiedział nic; kiwnął tylko głową i, po chwili walki ze samym sobą, ruszył
pospiesznie w stronę jednego z korytarzy, tego, do którego jeszcze nikt się nie
skierował.
– Przypilnuj
Aithne. Żeby przypadkiem nie zrobiła czegoś pochopnego. Mnie mogłaby wysadzić z
całym pokojem – poprosiła po krótkim zastanowieniu Ariene, posyłając Larkinowi
uśmiech. – A na whisky się skuszę, to chyba jedyny sposób, żeby na chwilę
zapomnieć o rodzinnym zjeździe – mruknęła zdegustowana, westchnęła ciężko i,
powoli ruszając za Cadorem, przeciągnęła ponownie dłonią po twarzy.
Miło by było,
gdyby jutro nigdy nie nadeszło. Lubiła Erriana, ale… otrzymali cios nożem w
plecy w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewali. Oby jutro przepadło.
Larkin uniósł
kącik ust, sięgając do płaszcza i wyjmując z kieszeni piersiówkę. Odkręcił ją i
podał kobiecie.
– Taki miałem
zamiar – przyznał.
Gdy się
napiła, odebrał od niej swój skarb, schował i ruszył śladem Aithne. Obiecał
jeszcze Ariene dłuższe alkoholowe posiedzenie wieczorem, tymczasem trzeba było
upewnić się, że kochana upadła nie zrobi czegoś głupiego.
Ariene miała
rację, ta ruda małpa była nieprzewidywalna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz