Kiedy łowca
wreszcie znalazł Anabde, wyglądał na nieco rozbawionego. Najpierw sprawdził w
okolicy pokoju Aithne, ale ponieważ nikt nie krzyczał ani niczym nie rzucał,
uciekł się do nieczystego zagrania – użył magii umysłu, lokalizując formy
myślące w najbliższym otoczeniu. To właśnie poczynione odkrycia bardzo go
rozbawiły.
Zatrzymał się
w pewnej odległości od nekromantki, z rękoma w kieszeniach i trochę triumfalnym
spojrzeniem. Uśmiechnął się kącikiem ust, przyglądając się jej uważnie.
– Mówiłem –
oznajmił niejako zadowolony, bo znowu miał, jakżeby inaczej, rację.
Anabde
obróciła głowę w stronę mężczyzny, jednak nie zdobyła się na przyodzianie
jakiejkolwiek maski – nadal widać po niej było ogromne zdziwienie, jakby ktoś
właśnie uświadomił jej, że święty Mikołaj nie istnieje.
Powróciła
spojrzeniem do drzwi. Czego się spodziewała? Że otworzą się, a uśmiechnięci
Errian i Aithne poinformują ją o swoim szczęściu, przyjaciółka zaś wybaczy
nekromantce jej drobne przewinienie? Zmarszczyła czoło; z jednej strony coś tam
podejrzewała, ale z drugiej... To tak, jakby Aithne nie była tą osobą, za którą
ją miała. Nagle uzmysłowiła sobie, że nie zna jej aż tak dobrze, bo to, co
ujrzała, zupełnie do niej nie pasowało.
Albo to
Errian. To on miał na nią taki wpływ. Taka teoria była sensowna. A to
oznaczało, że najlepszym, co może dla nich zrobić, to zostawić ich na tę jedną
noc w świętym spokoju. A najlepszym, co może zrobić dla samej siebie, to nawet
o tym nie myśleć.
Odetchnęła
spokojnie i znów obróciła się w stronę łowcy. Zapatrzyła się na niego i na
chwilę zawahała; Sheridan miał jeszcze większy wpływ na nią niż Errian na
Aithne. Uśmiechnęła się pod nosem do swoich myśli – cóż za niedopowiedzenie. On
miał nad nią kontrolę.
Przygryzła
wargę, ale wreszcie zdecydowała się zrobić to, co chodziło jej po głowie.
Ruszyła do łowcy szybkim krokiem i zatrzymała się dopiero wtedy, kiedy ich usta
złączyły się w pocałunku. Przesunęła dłońmi po jego torsie i ramionach, później
objęła go za szyję i pozwoliła sobie na krótką przerwę.
– Czegoś
chciałeś – przypomniała mu.
Sheridan
uśmiechnął się zadowolony, jak tylko się od niego odsunęła. No cóż,
jakiekolwiek wnioski wyciągnęła z poczynionych obserwacji, uznał to za
przyznanie mu racji. Potem jednak znudziło się mu triumfowanie, pchnął ją na
ścianę, wpijając się w jej usta.
Trochę go
zniecierpliwiło to czekanie, czego miał zamiar dać wyraz, żeby na przyszłość
się zastanowiła, zanim coś takiego znowu zrobi. Na razie jednak samo górowanie
nad nią dawało mu wystarczającą satysfakcję, dlatego zdecydował się na
przeniesienie się z pocałunkami na szyję, bo lubił, kiedy było jej przyjemnie.
Gdy oderwał
się od niej, powracając na wysokość twarzy, do ust, na skórze zostawił czerwony
ślad; ot nie mógł się powstrzymać, najwyżej trochę na niego potem posyczy.
Odetchnęła
głęboko, z zadowoleniem przyznając sobie rację – to faktycznie był
najłatwiejszy sposób na odwrócenie uwagi od problemów. I, rzecz jasna,
najprzyjemniejszy; delikatne dreszcze przebiegły wzdłuż jej pleców, nie dając
pomyśleć o bólu, który spowodowało uderzenie w ścianę.
Miała ochotę
przyciągnąć go jeszcze bliżej, ale na całe szczęście odezwały się w niej
resztki rozsądku.
– Nie tutaj –
zaprotestowała rozbawiona, przypatrując się mężczyźnie spod przymrużonych
powiek.
Nie zdobyła
się na to, by go od siebie odsunąć, słowa zostały więc wypowiedziane prosto w
jego usta. Dopiero gdy zaprzestał swych działań, wykazując pewne
zainteresowanie jej decyzją, wymsknęła się z jego objęć i ruszyła w stronę
pokoi gościnnych. Zerknęła na niego przez ramię, uśmiechając się wyzywająco;
wyglądało na to, że jednak będzie musiał jeszcze trochę poczekać.
Sheridan ukrył
niejaką irytację i ruszył za Anabde, bo co też mu pozostało? Zwyczajowo wcisnął
ręce do kieszeni, jakby nigdy nic, idąc korytarzem kilka metrów za nekromantką.
Tyle tylko, że nie spuszczał z niej spojrzenia, a na jego ustach tańczył lekki,
ledwie widoczny uśmieszek. Nie przyspieszał, utrzymywał stałą odległość, trochę
jakby przestało mu aż tak zależeć.
Kiedy dotarli
do korytarzyka, w którym znajdowały się ich sypialnie, i jak tylko weszli do
jednej z nich – Sheridan niespecjalnie zwrócił uwagę na to, gdzie dokładnie –
zatrzymał się dopiero tuż przy Anabde, spoglądając na nią nieco z góry. Co też
chodziło mu po głowie, trudno orzec.
Przez chwilę
jej myśli skierowały się na inne tory – wypomniała sobie lekkomyślność,
zauważając, że zostawiła pistolet na stole w niezamkniętym pokoju. Na szczęście
broń nadal tam była i wyglądała na nieruszoną, toteż Anabde mogła bez wyrzutów
sumienia wrócić do myślenia o tym, co prowokowało u niej dość wymowny
uśmieszek. Usiłowała go powstrzymać, gdy obracała się przodem do Sheridana, ale
i tak zdradziły ją błyszczące oczy.
Tym razem
pomyślała o tym, by zamknąć drzwi – nie chciała więcej nieproszonych gości.
Wyminęła mężczyznę, by móc przekręcić kluczyk w zamku; nacisnęła jeszcze na
klamkę, tak dla wszelkiej pewności. Zadowolona z otrzymanego rezultatu skupiła
się już tylko na nim.
Miał
nieprzenikniony wyraz twarzy i to ją na pewną chwilę zainteresowało. Stała,
przypatrując się mu badawczo, a na jej ustach nadal błąkał się uśmieszek.
Postawiła krok do przodu, tak, że znalazła się bardzo blisko niego, wspięła się
na palcach, ale utrzymała niewielki dystans między ich ustami. Jej dłonie
zjechały po jego torsie w dół, na brzuch, a potem jeszcze niżej.
Uśmiechnął się
lekko, niemal niewidocznie, ot, chyba tylko kącik ust uniósł. Ominął jednak jej
wargi, wplótł dłoń w jej włosy gdzieś na wysokości karku, po czym z wyczuciem
odchylił jej głowę, krótką chwilę całując w szyję. Nie chciał jednak, żeby
przypadkiem do tego przywykła, dlatego przesunął się niżej, na jej dekolt,
chwilowo zmuszony tam pozostać przez jej bluzkę.
Ręce wypuścił
na samodzielną wędrówkę po ciele Anabde, by mogły odszukać miejsca, które
poznały pewien czas temu – wskazówki, czy dobrze trafił, poszukał na jej
twarzy; tym razem to on zbliżył swoje usta do jej i tuż nad nimi się zatrzymał,
przyglądając się reakcjom Anabde.
To dopiero
było ciekawe, spodobało mu się.
Wstrzymała
oddech, chwilę walcząc sama ze sobą. Odmawianie sobie pocałunku nie było łatwe;
spojrzała na jego wargi i poczuła uderzenie gorąca, objawione w subtelnych,
niewyraźnych rumieńcach. Jednak postanowiła, że nie da za wygraną – skoro już
droczyli się ze sobą, starannie powstrzymując powrót do całowania, to niech on
pierwszy się złamie. Gdy po chwili wewnętrznego konfliktu udało się jej
opanować, uśmiechnęła się szeroko, bardzo z siebie zadowolona.
Zaczęła powoli
odpinać guziki jego koszuli, robiła to jakby leniwie, bez zbędnego pośpiechu.
Nim jednak zsunęła materiał z jego ramion, odchyliła na chwilę głowę i
przymknęła oczy; jej ciało zadrżało pod jego dłońmi, a ona sama uśmiechnęła się
lekko.
Gdy uchyliła
powieki, spojrzała prosto na niego i zanotowała ciekawe spostrzeżenie – on
przestał na nią patrzeć. Teraz nie patrzył, a obserwował, jak badacz
analizujący ciekawe zjawisko. To ją nieco rozbawiło – uniosła kąciki ust wyżej,
przesuwając opuszkami palców po jego policzku.
Po chwili jej
dłonie wróciły do przerwanego zajęcia: wprawnie ściągnęły z mężczyzny koszulę.
Z tegoż powodu musiał na chwilę przestać ją obejmować, ale jakoś to
przecierpiała. Rzuciła odzież na pobliską szafkę, po czym przebiegła dość drapieżnym
spojrzeniem po torsie łowcy. Jej serce zabiło szybciej; musiała przyznać, że
był najlepiej zbudowanym mężczyzną, z jakim kiedykolwiek się kochała.
Przechyliła
głowę na bok, przez co nieujarzmiona gęstwina rudych włosów opadła jej na prawe
ramię – zaczęła przypatrywać się wędrówce swoich dłoni po jego ciele.
Badała jego
mięśnie (bo trzeba przyznać, że miał się czym pochwalić), na chwilę zatrzymała
się na bliźnie na brzuchu, tej pozostawionej przez Aithne. Jej oczy przez
moment nabrały dziwnego wyrazu; zamarła, marszcząc w zastanowieniu czoło.
Nie trwało to
długo, nim przesunęła spojrzeniem w górę, na jego ramię. Przejechała opuszkiem
palca wzdłuż tatuażu, a gdy już zapamiętała jego kształt, jej dłonie znów
uciekły w dół. Na razie nie miała zamiaru rozpinać jego paska; zatrzymała ręce
w dogodnym miejscu i uśmiechnęła się przekornie. Przed nimi cała długa noc –
uznała, iż należy to wykorzystać.
Sheridan także
lekko się uśmiechnął, ujmując jej brodę w palce i przytrzymując tak, jakby
chciał ją pocałować. Ominął jednak jej wargi i przesunął ustami dopiero po jej
policzku, potem szyi, ramieniu, dekolcie, jego ręce powędrowały w podobną
stronę, jednak zatrzymały się dopiero na biodrach nekromantki. Chwycił ją
mocniej i podniósł, sadzając na blacie najbliższego stołopodobnego mebla, to
chyba szafka, nieważne.
Wtedy powrócił
na chwilę do jej szyi, nadal skrzętnie omijając usta, jednak zaraz zmienił
zdanie i sprawnie pozbył się bluzki Anabde, bo była całkowicie zbędna i tylko
przeszkadzała. Teraz mógł swobodnie dotykać jej ciała, co też ochoczo uczynił,
zaczynając od przeciągnięcia dłońmi wzdłuż kręgosłupa kobiety. Ciekawiło go,
jak długo oboje zdołają się ze sobą droczyć.
Jej wargi
rozchyliły się lekko, ale zaraz je przygryzła, uznając, że tym razem nie da mu
wygrać. Ot, to niby taka drobnostka, przekomarzali się jak dzieci, ale kiedy
ona się uprze, to koniec. A uparła się teraz – i cóż, że było jej ciężko się
powstrzymać, nic nie robiła sobie z ciała, które wyraźnie żądało pocałunku. Za
każdym razem, gdy tylko ich usta dzieliły milimetry, ona otrząsała się z amoku
i odchylała nieco głowę.
Przesunęła
wargami po jego szyi i w dół klatki piersiowej, natomiast ręce postanowiły
jednak zainteresować się tym paskiem. I nie, nie miała zamiaru szybko pozbyć
się jego spodni – uznała, że można się z nim jeszcze trochę podrażnić. Ot,
wyciągnęła pasek ze szlufki, powoli naciągnęła, by rozpiąć klamrę, jednak
wycofała się z zamiaru i na chwilę jej rączki uciekły na jego brzuch, by znów
podjąć próbę rozpięcia paska.
Uniosła wzrok
i zadarła brodę, by móc spojrzeć mężczyźnie prosto w oczy. Co na to powiesz, Sheridan?
Łowca
uśmiechnął się lekko pod nosem, odpowiadając na jej spojrzenie z godnym podziwu
spokojem. Pochylił się nad nią, opierając ręce na ścianie, i powrócił do
całowania jej szyi, przygryzłszy płatek ucha. Potem jednak zmienił zdanie,
powędrował ustami na jej ramię i piersi, a kiedy zsunął się na wysokość
brzucha, wziął ręce ze ściany, zabierając się do pozbywania się jej spodni.
Mogła się nie spieszyć, nie zamierzał poganiać, swoje i tak zrobi. W ten czy
inny sposób.
Uśmiechnął się
z pewnym zadowoleniem, zsunąwszy materiał do połowy jej ud. Wtedy też położył
dłonie na jej nogach i przybliżył swoją twarz do jej, zapatrzywszy się w szare
oczy.
Dobrze grali
ze sobą, ale chyba prędzej czy później któreś musi pęknąć albo nie skończą tego
do rana, nawzajem utwierdzając się w przekonaniu, jak to sobie nie ulegają. To
było właściwie śmieszne, zamierzał poczekać jeszcze chwilę, jeśli się mu
znudzi, to zmieni taktykę, czemu nie.
Przestała
panować nad swoim oddechem, który przyspieszył znacznie; nabrała kilka
głębokich wdechów jeden po drugim, wpatrując się w mężczyznę jak zaczarowana.
Nie mogąc się powstrzymać, uniosła dłoń i przesunęła opuszkiem palca po jego
dolnej wardze – coś ścisnęło ją w środku. Oczy rozszerzyły się nieco, i
zdziwione, i przestraszone; jak on to, do jasnej cholery, robił? Nie była w
stanie utrzymać kontroli nad sytuacją, bo nie miała kontroli nad samą sobą.
Kilkoma
sprawnymi ruchami rozwiązała dwa problemy, rozpinając tak pasek, jak i
rozporek, później zsuwając z niego spodnie. Przez cały ten czas nie oderwała
spojrzenia od zielonych tęczówek, zwyczajnie nie była w stanie. Po chwili jedną
dłoń położyła na jego karku i przyciągnęła mężczyznę do siebie, czując, jak z
każdym milimetrem bliżej jej serce przyspiesza.
– Sheridan –
szepnęła.
I zabrzmiało
to trochę jak prośba: ona już nie była w stanie wytrzymać.
Uśmiechnął się
nieco triumfalnie, niniejszym uznawszy, że wygrał, chociaż z początku zasady
zabawy były trochę inne. Jednak nie chciał jej torturować aż tak bardzo, wplótł
dłoń w bujne włosy, delikatnie odchylając jej głowę, i pocałował ją, tylko tym
razem spokojniej i bardziej leniwie, jakby chciał przypomnieć, że przed chwilą
nigdzie im się nie spieszyło.
Zauważył, że
nekromantka przeceniła swoje zdolności w droczeniu się, dlatego przyciągnął ją
bliżej siebie, poczekał, aż przytrzyma się go w miarę porządnie, i wtedy ją
podniósł, ruszając do łóżka. Szafka może i była ciekawą alternatywą, ale po
ostatnim razie w towarzystwie drzew jednak wolał coś wygodniejszego.
Ułożył ją na
materacu na tyle delikatnie, żeby się nie uderzyła, po czym, jakby znów chciał
się droczyć, zawisł nad nią z tym samym lekkim uśmiechem, wodząc spojrzeniem po
jej twarzy. Przyjemnie się na nią patrzyło.
Kiedy tak się
nad nią zatrzymał, uniosła brew i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę już bez
uśmiechu. Znęcał się nad nią!
– Silthe, jak
ja cię nienawidzę – mruknęła, chociaż nie wyglądała na specjalnie nieszczęśliwą
z powodu jego towarzystwa.
Uniosła się na
łokciach i pocałowała go, do utraty tchu. Po chwili jedną ręką objęła go w
szyi, drugą przesunęła na jego plecy – zadrapała go umyślnie, mała bestia, a
następnie opadła z powrotem plecami na materac, naciągając łowcę na siebie.
I tym razem
nie dała mu już przerwać pocałunku.
Obudziła się
jeszcze przed świtem. Otworzyła oczy, na chwilę nieruchomiejąc, kiedy starała
się rozeznać w tym, gdzie dokładnie jest. Potem poczuła na ramionach lekki,
przyjemny ciężar, zorientowała się, że leży na czymś ciepłym; zmarszczyła
czoło, powoli sobie wszystko przypominając.
Uśmiechnęła
się lekko, kiedy zorientowała się że Errian obejmował ją ostrożnie, uważając,
by nie urazić skrzydeł. Leżała na jego klatce piersiowej, która unosiła się
równomiernie, słyszała spokojne bicie jego serca. Coś ścisnęło ją w żołądku,
podciągnęła pod siebie nogi, mocniej kuląc się w ramionach maga.
Uderzyło w nią
niewyobrażalne poczucie winy. Miała wrażenie, jakby zrobiła coś bardzo złego,
co jest po prostu niewybaczalne – a mimo to nie żałowała i chyba to tylko
potęgowało jej negatywne myśli. Pamiętając, że powinna uważać, by nie obudzić
śpiącego Erriana, spróbowała trochę zmienić pozycję, zsuwając z siebie jego
rękę.
Wpadła
wieczorem na Anabde w tak osobistej chwili, na pewno ją zmartwiła, a potem
uciekła do młodego maga i… no właśnie. Co sobie nekromantka o niej pomyśli? W
końcu trudno będzie to ukrywać, ona i tak zauważy, i wtedy co Aithne jej powie?
Żołądek ścisnął się boleśnie, upadłej zrobiło się słabo, jednak ostrożnie
przełknęła ślinę, zamykając mocno oczy. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że
zdradziła przyjaciółkę, że tym razem to ona ją oszukała, dlatego nie miała
prawa wczoraj Anabde przerywać, a potem jeszcze się oburzać. Co ona najlepszego
zrobiła, dlaczego do tego dopuściła?
A potem
wszyscy, Larkin, głupi łowca, Cador, Ariene… jak im spojrzy w twarz, jak będzie
mogła normalnie się zachowywać po tym wszystkim? O spojrzeniu Anabde w twarz
nie było nawet mowy, z Larkinem będzie równie trudno, z pozostałymi, o zgrozo,
też. Nie potrafiła się opanować, po prostu z każdą sekundą utwierdzała się w
przekonaniu, że zrobiła coś strasznego i okropnego, i powinna się spalić ze
wstydu.
A na koniec –
on dzisiaj brał ślub. Z Ariene. I jeszcze tej nocy… przecież to chore, podłe,
jak ona mogła? Skuliła się mocniej, obejmując brzuch ramionami, bo uczucie
słabości wzmocniło się. Przez długą chwilę walczyła z chęcią obudzenia Erriana
i przytulenia się do niego, ale skutecznie powstrzymywała ją myśl, jak
wszystkich oszukała i jak bezczelnie rozegrała całą tę sytuację. Prędzej umrze
niż komukolwiek z nich spojrzy w oczy, z przyjaciółmi na czele. Nie mogła.
Przywiązałaś
się, Aithne. Za bardzo się przywiązałaś. Pozwoliłaś sobie na coś, od czego
uciekałaś prawie całe życie, a teraz jeszcze spieprzyłaś wszystko na całej
linii. Nie mogła. Nie mogła. Może kiedyś zdobędzie się na przeprosiny… albo
postara się, by o niej zapomnieli raz na zawsze.
Uniosła się na
rękach, starając się poruszać możliwie jak najciszej, uważając na szeleszczące
skrzydła. Nie chciała go obudzić, bo by ją zatrzymywał, poza tym powinien się
wyspać przed ślubem. Ślubem! Jak mogła to zrobić, wiedząc, że wszystko i tak
dziś się skończy? Czy może właśnie dlatego tego chciała?
Spojrzała na
Erriana, zaczynając gubić się już w tym, czego dotyczyło poczucie winy w jej
piersi. Wiedziała tylko jedno – nie była w stanie skonfrontować się z
rzeczywistością, z dzisiejszym dniem. Westchnęła cicho, pochyliła się nad
magiem i delikatnie pocałowała kącik jego ust, uważając, by się nie obudził;
ale musiała to zrobić. Tak jak wczoraj wieczorem? Zakłamana, podła suka, oto,
czym jesteś, Aithne.
Wyprostowała
się sztywno, wstrzymując mimowolnie oddech.
– Przepraszam
– wymamrotała bardzo cicho i zsunęła nogi z łóżka, rozglądając się za swoimi
ubraniami.
Bluzka leżała
na fortepianie, spodnie były kawałek dalej, udało się jej wszystko
skompletować, nie robiąc przy tym prawie żadnego hałasu. Kiedy tylko się
ubrała, szeleszczące skrzydła zniknęły; chwyciła swoje buty i naciągnęła je na
stopy, z każdą sekundą stając się bardziej nerwową. Gdy była już gotowa do
wyjścia, zatrzymała się przed drzwiami i jeszcze raz spojrzała na Erriana.
– Lepiej,
żebyś zapomniał – mruknęła pod nosem, zwieszając głowę, po czym wyślizgnęła się
na pogrążony w mroku korytarz.
Poczuła się
nieswojo, kiedy ruszyła ostrożnie do swojego pokoju gościnnego. Musiała zabrać
tylko najpotrzebniejsze rzeczy, potem stąd zniknie. Oby nie obudziła Larkina,
wtedy przerąbane, nawet jeśli wyskoczy przez okno, to nie ucieknie.
Nikogo po
drodze nie spotkała, co ją trochę uspokoiło, a kiedy wślizgnęła się do
sypialni, nikt nie wyjrzał z pomieszczenia, w którym spał jej przyjaciel.
Chwyciła nierozpakowaną torbę, ubrała na siebie płaszcz i sprawnie przepięła na
jego poły spinkę. Była gotowa.
Wyjście z
posiadłości nie sprawiło zbyt wielu problemów. Całą drogę zadręczała się tym,
jak cholernie zdradziła Anabde, jak bardzo przyjaciółka ją znienawidzi – czy
może znienawidziłaby, gdyby się tego dnia spotkały. Ale Aithne była zbyt
wielkim tchórzem, by móc się z nią skonfrontować, dlatego wyszła na pogrążony
nadal w mroku dziedziniec, wstrzymując oddech.
Na szczęście
ciemność już szarzała, zbliżał się świt, było dość chłodno. Nie widziała
żadnego strażnika, wokół panował spokój, cisza okazała się przyjemna i kojąca.
Aithne, zapinając szczelniej płaszcz, skierowała się do ciemnej bryły
tutejszych stajni, bardzo chcąc już znaleźć się przy Faryale. Może przynajmniej
ona wybaczy jej ten błąd, który popełniła, może ona zrozumie. Z nią powinna
była zostać już na samym początku, nigdy nikogo nie polubić, zawsze tylko z
nią.
Przemknęła
stajennym korytarzem, dotarła do boksu, gdzie stała siwa klacz, chwyciła siodło
i otworzyła drzwiczki, podczas gdy zaspana Faryale podrywała łeb i wlepiała w
przyjaciółkę zdumione spojrzenie. Aithne bez słowa zabrała się do siodłania
zdezorientowanego wierzchowca, bezlitośnie wykorzystując ten moment, by móc
uciec.
Ai, mruknęła wreszcie klacz, przytulając
pysk do policzka dziewczyny, kiedy ta już skończyła pracę i chciała ją
wyprowadzić.
Upadła
znieruchomiała, zadrżała lekko i spuściła wzrok, czekając na następne słowa
siwej jak skazaniec na cięcie topora.
Ty…, dodała zaraz Faryale, nastawiając
ze zdumieniem uszy. To jest zapach… Co ty
najlepszego robisz?, przeraziła się, ledwie skojarzyła wszystkie fakty.
– Naprawiam
błąd – zakomunikowała krótko upadła i wyprowadziła trochę opierającą się klacz
z boksu, zmierzając do wyjścia ze stajni.
Jaki błąd? O czym ty mówisz?,
zdenerwowała się Faryale i parsknęła z dezaprobatą, tuląc uszy.
– Ciszej,
konino – syknęła Aithne, zatrzymując się przed budynkiem. – Mój błąd. Oszukałam
ich wszystkich, a on jeszcze bierze dziś ślub. Nie powinnam była… powinnam była
zostać tylko z tobą – mruknęła, poprawiając popręg i wsuwając nogę w strzemię.
Zdurniałaś? Uciekasz im… po tym wszystkim? A
Larkin, a Anabde, a Errian?, warknęła Faryale, wiercąc się niespokojnie,
kiedy Aithne sadowiła się w siodle, zbierając z wyczuciem wodze.
– Zapomną –
skwitowała upadła. – Muszą zapomnieć, bo mnie znienawidzą za to, co zrobiłam.
Więcej nie popełnię tego błędu. Proszę, jedźmy – szepnęła na koniec, kładąc się
na szyi klaczy i obejmując ją.
Siwa chwilę
stała nieruchomo, jakby zastanawiała się nad słowami Aithne. Wreszcie zwiesiła
potulnie łeb i zawróciła w stronę bramy. Stukot kopyt stał się intensywniejszy,
kiedy Faryale przeszła do galopu, strzygąc uszami – ku zdumieniu ich obu,
wyjście z posiadłości stało otworem, nikt prawie go nie pilnował, tylko jeden
strażnik leżał przy drzwiach, wyraźnie upity do nieprzytomności.
Przemknęły
przez bramę jak burza, żwir pod nogami klaczy zazgrzytał, ale siwa szybko
zeskoczyła na pobocze i pogalopowała przez trawę na najbliższe wzniesienie, od
czasu do czasu zwracając uszy w stronę Aithne.
Na szczycie na
chwilę się zatrzymały, jakby Faryale miała nadzieję, że upadła zmieniła zdanie.
Ale dziewczyna tylko dotknęła szyi klaczy, obejrzawszy się krótko przez ramię;
może naprawdę się zawahała?
– Proszę.
Faryale
odetchnęła głęboko, potrząsnęła grzywą i ruszyła dalej, przed siebie, na razie
nie obierając żadnego konkretnego kierunku. Czuła, że Aithne także chce po
prostu uciec, co nie dziwiło ani nie martwiło klaczy.
Martwiło ją
to, że niedługo bardzo tej decyzji pożałuje i nie będzie mogła sobie wybaczyć,
a strach przed konfrontacją z przyjaciółmi zacznie ją bezlitośnie prześladować.
Jeszcze nie
otworzył oczu, a już wiedział, że coś jest nie tak. Najpierw nie był w stanie
zlokalizować źródła niepokoju, dlatego dość powoli uchylił powieki i spojrzał w
sufit, marszcząc lekko czoło. Wspomnienia od razu wróciły, wywołując na jego
ustach uśmiech; sięgnął w bok, gdzie powinien znaleźć skuloną we śnie istotkę.
Tylko nikogo tam nie było. Wstrzymał oddech i natychmiast uniósł się na
łokciach, rozglądając się po pokoju czujnie.
Nigdzie nie
dostrzegł rozczochranej, rudej głowy, przez co wydało się mu, że stanęło mu
serce. Spróbował odetchnąć głębiej, zbierając myśli.
Mogła do kogoś
uciec, przestraszyć się. Może przemknęła się do siebie, zawstydzona wszystkim –
albo poszła do Larkina? Anabde od razu wykluczył, po wieczornym spotkaniu z nią
i Sheridanem Aithne nie byłaby w stanie tak po prostu porozmawiać, musiałaby
ochłonąć. Zatem najpierw jej sypialnia, potem Larkin.
Prawdopodobnie
gdyby panika nie ścisnęła jego żołądka lodowatą ręką złego przeczucia, nie
ruszyłby tak od razu na poszukiwania. Ale coś było nie tak i to nie tylko
dlatego, że wyszła od niego.
Wyskoczył z
łóżka, złapał spodnie i, naciągając je na siebie, zlokalizował koszulę. Ledwie
zarzucił ją na ramiona, a już wsuwał stopy w buty, zmierzając do drzwi. Wypadł
na korytarz i przemaszerował szybko aż do części gościnnej, gdzie bez wahania
skręcił w dobrą stronę. Odruchowo zapukał do pokoju Aithne, jednak domyśliwszy
się, że nie usłyszy odpowiedzi, nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Zastygł w
progu, uczucie strachu pogłębiło się. Nie dostrzegł nigdzie jej rzeczy,
wszystko stało tak, jakby nikt tu nie mieszkał poprzedniego dnia. Zmarszczył
czoło i ostrożnie się wycofał, jakby się bojąc, że jeśli zrobi to pospiesznie,
to coś się stanie. Zamknął przejście i dopadł do drugich drzwi, o wiele
bardziej nerwowo pukając w deski.
– Otwórz,
Larkin – syknął pod nosem, mrużąc oczy, kiedy wpatrywał się w płytę.
Dobiegło go
nieprzyjemne warknięcie, potem coś najwyraźniej stoczyło się ze swojego łóżka.
Kilka chwil nic się nie działo, ale wreszcie drzwi stanęły przed magiem otworem
– w przejściu pojawił się rozczochrany, podejrzanie blady upadły wypijający
właśnie całą zawartość dzbanka z wodą.
Na widok
Erriana, a w szczególności na widok jego wyrazu twarzy, zaprzestał picia i
zmarszczył z niepokojem czoło. Natychmiast przestał wyglądać jak ofiara tortur;
w burgundowych oczach pojawiło się coś dziwnego, co tworzyło wokół mężczyzny
budzącą grozę aurę.
– Co z nią jest?
– warknął, doskonale zdając sobie sprawę z tego, o kogo chodzi.
Młodzieniec
spojrzał na upadłego pustym wzrokiem, jakby Larkin mówił obok niego, nie do
niego. Zacisnął dłonie w pięści i choć wiedział, co też słowa rudego oznaczają,
to odsunął go stanowczo w bok, zaglądając dla pewności do pokoju.
Nie było jej.
W takim razie pozostawało tylko jedno, ale nawet w to nie chciał wierzyć.
Musiał sprawdzić, przynajmniej tyle.
Dlaczego
akurat dziś?
– Zawołaj
wszystkich do głównego pokoju – rozkazał, zupełnie nie dbając o to, że upadły
zwykle nie słuchał nikogo.
Zwyczajnie zawrócił
i ruszył z powrotem w korytarz. Po kilku krokach przyspieszył do marszu, by tuż
przed zniknięciem z oczu Larkinowi puścić się biegiem.
Nie dbał o to,
czy rudy zrobi to, co mu powiedział. Najważniejsze było coś innego, nic więcej
go nie obchodziło.
Nie lubił
niewiedzy. Irytująca była świadomość, że stało się coś złego – i to z jego
przyjaciółką! – a on nie miał pojęcia co. Niemniej jednak intuicja podpowiadała
mu, że lepiej zostawić Erriana w świętym spokoju i wykonać jego, ekhm, prośbę.
Tak więc zrobił; ogarnął się w miarę prędko i ruszył z misją.
Spotkanie z
Ariene przyniosło mu pewną satysfakcję: wiedźma prezentowała się kiepsko,
generalnie wyglądała jak trup, dodatkowo w pierwszej chwili ewidentnie chciała
go zabić. Powstrzymała się, a wpłynął na to prawdopodobnie wyraz twarzy
upadłego – dość potulnie zgodziła się stawić za chwilę w pokoju dziennym.
Cador
przywitał go pogodnie, lecz na wieść o problemach natychmiast stracił humor.
Teraz pozostały jeszcze dwie osoby do zgarnięcia; Larkin zatrzymał się na końcu
korytarza i zawahał, nie wiedząc, do kogo najpierw się zgłosić.
W końcu
zapukał w drzwi do pokoju Anabde. Zmarszczył czoło, słysząc przytłumiony głos –
nekromantka rozmawiała sama ze sobą? Potem odgłos ucichł; upadły zapukał raz
jeszcze, tym razem dłużej i głośniej, jakby chciał dać świadectwo temu, że nie
odejdzie, póki się mu nie otworzy.
Anabde
przechyliła głowę, by w lustrze lepiej widać było widniejącą na szyi malinkę.
Zmrużyła niezadowolona oczy; nie zdoła jej ukryć, musiałaby się owinąć szalem,
a takowego nie posiadała.
– Nie mogłeś
jej zrobić niżej? – prychnęła, obracając głowę w stronę ubierającego się
mężczyzny.
A jednak na
jej ustach widniał delikatny uśmiech.
Mimo tego, że
gdzieś głęboko gryzła ją sprawa Aithne, czuła się dobrze. Trochę niewyspana, to
prawda, niewiele czasu tej nocy spędzili na spaniu, ale za to naprawdę
usatysfakcjonowana. Warto było tak na kilka godzin zapomnieć o całym świecie.
A teraz...
teraz nie będzie niebezpieczeństwa, bo tego dnia się rozstaną i już więcej się
nie zobaczą. Zostaną wspomnienia, wspomnienia bardzo przyjemne, ale zupełnie
niewiążące. Będzie mogła uciec – i będzie usprawiedliwiona! Podobała jej się ta
myśl.
Dodatkowo
zauważyła, że faktycznie go zadrapała na plecach. To też jej się podobało.
Uśmiechnęła
się sama do siebie, wygładziła na bokach materiał bluzki, gdy jej uwagę
zwróciło pukanie do drzwi. Uniosła wysoko brew, w myślach przeklinając cały
boży świat.
– Może sobie
zaraz pójdzie – mruknęła, zamierając w bezruchu.
Miała
nadzieję, że niechciany gość zrezygnuje z wizyty, myśląc, że nikogo w pokoju
nie ma. Niestety był to gość wyjątkowo upierdliwy, bo po chwili zapukał
ponownie.
Nabrała
głębokiego wdechu i spojrzała na Sheridana. W sumie nie ma już czego ukrywać;
przecież i tak Aithne wie, reszta jej nie obchodziła. Dlatego, po chwili
zawahania, ruszyła w stronę drzwi i otworzyła je.
– Witaj,
Larkin – mruknęła, patrząc prosto w burgundowe oczy upadłego.
A ten czego tu
chciał?
Już otwierał
usta, by powiedzieć to, co miał do powiedzenia, gdy coś przykuło jego uwagę.
Zajrzał do pokoju kobiety i uniósł brew, dostrzegając w środku nikogo innego,
jak łowcę. To sprawiło, że pomimo wysoce nieprzyjemnych okoliczności tego
poranka uśmiechnął się z rozbawieniem.
Anabde
zacisnęła niezadowolona usta, widząc, że upadły już szykował się do złośliwego
komentarza – wyraz jej twarzy sprawił, że rudy dał sobie spokój. Zamiast tego
skupił na niej spojrzenie, przestając się uśmiechać.
– Zbierzcie
się jak najszybciej, grupowe spotkanie w pokoju dziennym – poinformował ich.
Nekromantka
zmarszczyła z niepokojem brwi; czemu? Coś się stało, coś złego, Larkin był
zdenerwowany. Poczuła, jak napinają jej się mięśnie, a czar poranka pryska.
– Ja też nie
wiem, o co chodzi, Errian kazał was zwołać – uprzedził jej pytanie upadły.
A potem, nie
czekając na odpowiedź, odwrócił się i wyszedł.
– Errian coś
się panoszy – mruknął spokojnie łowca, poprawiając jeszcze rękawy koszuli, bo w
nieznanych bliżej okolicznościach mu się zawinęły. – O, chwila, przecież on tu
mieszka – przypomniał sobie naciąganie i niezbyt przekonująco zdumionym głosem,
ruszając w stronę drzwi.
Przy Anabde na
chwilę przystanął, odgarnął włosy z jej szyi, rzucił okiem na zaczerwienioną
skórę i uśmiechnął się kącikiem ust.
– Nie mogłem –
odparł grzecznie. – Idziemy? – dodał, zwracając się z powrotem do wyjścia.
Pogadają,
pomarudzą, może Errian przedstawi swój genialny plan, a potem pójdą do domów
albo gdziekolwiek, oczywiście po imprezie. To się nazywa życie, najpierw się
zostaje na darmowym żarciu, następnie robi się rozpierduchę i na końcu się
wychodzi.
Przewróciła
oczami, ale uniosła kącik ust w rozbawionym uśmiechu. A potem, nie
odpowiedziawszy na pytanie łowcy, ruszyła w stronę drzwi. Wyminęła mężczyznę i
wyszła na korytarz, od razu kierując się do pokoju dziennego.
Niech chociaż
zachowają pozory i nie przychodzą razem, no.
Przemierzył
dziedziniec niczym burza, potykając się o niezawiązane sznurówki, jednak zdołał
dotrzeć do celu w jednym kawałku. Wbiegł do stajni, płosząc skubiące w spokoju
siano konie, zatrzymał się w drzwiach, dysząc ciężko, i rozejrzał się dokoła.
Koral, Lantano, Lutee, ogierek Cadora, Gniada, na końcu stajni zauważył
oburzoną Jutrzenkę, ale… gdzie Faryale?
Serce zamarło
mu na kilka sekund, kiedy stanął bezradny na środku zasłanego świeżą słomą
korytarza, nie widząc ani nie słysząc zaniepokojonych stajennych, którzy właśnie
zamierzali pozamiatać.
– Faryale? –
wydusił, jakby w nadziei, że klacz mu cudem odpowie.
– Paniczu? –
zmartwił się wreszcie pracownik, podchodząc niepewnym krokiem do wyraźnie
roztrzęsionego młodzieńca.
Kiedy Errian
odwrócił na niego wzrok, cała panika zniknęła. Błękitne oczy zastygły w trudnym
do określenia, jednak dziwnie znajomym wyrazie, gdy spoglądały wprost w twarz
sędziwego mężczyzny.
– Była tu siwa
klacz? – spytał opanowanym, trochę beznamiętnym tonem.
– Nie,
paniczu, jeden boks stał pusty, kiedy przyszliśmy – odparł nieco przestraszony
stajenny, zaciskając dłonie na kiju od szczotki.
Errian bez
słowa zawrócił i już spokojnym, ale sztywnym krokiem opuścił stajnię, głuchy na
nieśmiałe, ciche rżenie Korala. Skierował się do głównej bramy, z tego miejsca
dostrzegając, że była otwarta; zmrużył groźnie oczy.
Wiedział, że
Aithne tu nie ma. Musiała wyjechać nad ranem, może jeszcze przed świtem. Tylko
dlaczego? Wraz z tym pytaniem w jego piersi rozlało się dziwne zimno, ale nie
odnalazł wśród niego żadnej odpowiedzi.
Teraz liczyło
się to, by znaleźć winnego sytuacji, która umożliwiła upadłej opuszczenie
rezydencji, a potem odwołanie ślubu. Wczoraj wieczorem jeszcze miał pewną
koncepcję przemówienia ojcu do rozsądku, ale wszystko już wzięło w łeb. Straciło
jakiekolwiek znaczenie.
– Strażnicy –
rzucił zimnym głosem, patrząc na kiwających się na boki mężczyzn.
Zmiana warty
powinna nastąpić za niecałą godzinę, zatem byli to jeszcze ci, którzy stali na
posterunku nocą.
Gwardziści
momentalnie cali zesztywniali, przenosząc na młodego maga przerażony, trochę
zamglony wzrok. Errian odetchnął głębiej, dzięki czemu zaczął rozumieć, co też
się tu stało.
– Brama była
otwarta – zauważył, przyglądając się podwładnym.
– Rzeczywiście,
paniczu, zaniechaliśmy tego, trochę się popiło – przyznał się natychmiast jeden
z mężczyzn, kuląc ramiona, jakby oczekiwał kary.
– Czy to nie
dowódca miał was pilnować? – zainteresował się zamiast tego Errian, mrużąc
oczy.
Choć był zły –
czy raczej wściekły – to nie zamierzał całą winą obarczać gwardzistów. Nie
wywiązali się ze swoich obowiązków, ale nie bez powodu na stanowisku wyżej
znajdowała się osoba, która miała pilnować, by wszystko odbywało się jak w
zegarku.
– Nie zjawił
się – wymamrotał drugi mężczyzna, raczej nie chcąc, by panicz usłyszał, jednak
wiedząc, że musi to powiedzieć.
–
Widzieliście, by ktoś nad ranem opuszczał rezydencję? – kontynuował
przepytywanie Errian, błyskawicznie porzuciwszy temat, który uznał za
wyczerpany.
Mężczyźni wymienili
spojrzenia.
– Niestety,
paniczu – odparli zgodnie, z przestrachem czekając na karę.
Ale
młodzieniec tylko zawrócił, ruszając z powrotem do posiadłości. Wściekłość
narastała w piersi, teraz przypominała zimną, nadal trochę uwierającą bryłę.
Errian jednak wiedział, że niedługo zmieni się w przyjemną, lodowatą falę,
która pomoże w poradzeniu sobie z niewątpliwym kłopotem.
Kiedy upora
się ze wszystkim, odnajdzie Aithne. Musiał się dowiedzieć, co skłoniło ją do
ucieczki bez słowa.
Szybko dotarł
do głównego pokoju i wkroczył do środka, ledwie omiótłszy spojrzeniem
zebranych. Wyglądało na to, że byli wszyscy, ale, co ważniejsze, przyszła
Anabde. Nim jednak odezwał się do kogokolwiek skinął na jednego ze służących,
który właśnie wycierał kurze z mebli.
– Przekaż
dowódcy straży, że ma natychmiast przyjść do głównego pokoju gościnnego.
Zaznacz, że to rozkaz odgórny – powiedział, patrząc na mężczyznę przeszywająco.
Sługa skłonił
się i opuścił pomieszczenie, zostawiając zebranych.
Ariene
przyglądała się ze swojej kanapy Errianowi z niepewnością, trzymając przyłożoną
do czoła dłoń. Wokół palców zebrało się jasnofiołkowe światło, którym leczyła
się z potwornego kaca. Po dzisiejszej pobudce myślała, że rozerwie Larkina na
strzępy, ale zauważyła, że upadły jest zdenerwowany, więc zwlokła swoje truchło
z łóżka.
Teraz
zaprzestała obserwowania towarzyszy, skupiając się na młodym magu. O ile dobrze
pamiętała, w podobnym nastroju był przy spotkaniu ze skrytobójcami w Elestren
oraz trochę przy rozmowie z ojcem. Czyli stało się coś złego.
Powiodła
spojrzeniem po pomieszczeniu raz jeszcze, z coraz większym niepokojem zdając
sobie sprawę, że brakuje Aithne. Co tu miało miejsce, kiedy oni w najlepsze
pili?
Zawiesiła
wzrok z powrotem na sztywno wyprostowanym młodzieńcu, zwiększając natężenie
zaklęcia.
Cador stał
koło kanapy z rękami skrzyżowanymi na torsie. Puste, jasnozielone oczy
sugerowały, że był naprawdę zaniepokojony – zdążył już zanalizować całą
sytuację i dojść do wniosku, że nieobecność Aithne musi być kluczem do
rozwiązania zagadki. Nie miała powodu, nawet pomimo akcji ślubnej, by nie
pojawiać się na zebraniu, więc coś musiało się z nią stać.
To naprawdę go
martwiło, ona miała dar do pakowania się w kłopoty.
Larkin zdawał
się być nieobecny. O jego irytacji świadczyło bębnienie palcami, któremu
oddawał się namiętnie od dłuższej chwili, nie przestając nawet pomimo czyjegoś
upomnienia. Dopiero Errian zdobył jego zainteresowanie; dotychczas siedział na
fotelu wpatrzony w ścianę i pogrążony w rozmyślaniach. Gdy mag wszedł do
pokoju, upadły zawiesił na nim intensywne spojrzenie, oczekując wyjaśnień.
Ale na
najbardziej zmartwioną z towarzystwa wyglądała Anabde. Zazwyczaj dumna i nie
okazująca emocji, teraz nie była w stanie ukryć zdenerwowania, które dawało po
sobie znać w wyrazie oczu i bladości twarzy nekromantki. Do jasnej cholery,
jeśli z Aithne coś się stało, to ona na pewno miała na to wpływ – nigdy sobie
tego nie wybaczy.
Errian milczał
jeszcze pewną chwilę, jakby nie wiedział, czy chce im to powiedzieć. Zacisnął
dłonie w pięści, co było chyba jedyną oznaką zdenerwowania. Potem oderwał
spojrzenie od przejścia, w którym zniknął służący, przenosząc wzrok na
towarzyszy. Wzrok pusty, spokojny, jakby się odciął od całego świata, a mimo to
wydawało się, że czai się w nim dużo chłodu i złości.
– Aithne nie
ma. Najprawdopodobniej wyjechała dziś rano – oznajmił opanowanym tonem, jakby
obwieszczał coś oczywistego, jak dzisiejszą pogodę.
Ariene
odsunęła dłoń od czoła, prostując się sztywno i wbijając w młodzieńca zdumione
spojrzenie. Errian przyglądał się każdemu z osobna, powoli, a kiedy jego wzrok
padł na nią, poczuła się dziwnie, mimowolnie skuliła się, nie potrafiąc wydusić
z siebie słowa.
Anabde
siedziała dokładnie naprzeciw Larkina, toteż mógł zobaczyć jej reakcję.
Zaciekawiła go. Nie patrzyła na Erriana, gdy mówił; przez cały czas pobytu w
pokoju dziennym zdawała się nie widzieć nikogo, wpatrzona w podłogę. Gdy mag
powiedział o zniknięciu Aithne, oczy nekromantki najpierw rozszerzyły się ze zdumienia.
Larkin przypatrywał się jej z chłodem, starając się domyśleć, co może się dziać
w jej głowie.
Zaskoczyło go,
gdy nagle uniosła spojrzenie na Erriana, patrząc na niego z wyraźnym wyrzutem.
Zmarszczył brwi i już miał o to zapytać, ale ciągle się w rudą wpatrywał – i
wtedy zobaczył, jakby coś w niej pękło. Oczy rozświetliły się dziwnym blaskiem;
skuliła się w sobie, jakby chciała zniknąć.
– Nie jesteś
pewien? A co ze strażnikami, przecież ktoś pilnuje tej chałupy, nie widzieli
jej? – zapytał w tym momencie Cador, jak na niego głosem dość nieprzyjemnym.
Niby nie jego
zadanie, otrzymał już zapłatę za pilnowanie Aithne, ale i tak czuł się za nią
dziwnie odpowiedzialny.
Larkin na
krótką chwilę przeniósł wzrok na Erriana, ciekaw odpowiedzi, ale coś go
podkusiło, by wrócić zainteresowaniem do Anabde. Sam nie chciał o tym myśleć,
wiedział, że potrzebuje chwili na odreagowanie, inaczej wybuchnie. To źle by
się skończyło dla rezydencji Souenów i pobliskiej wsi.
Tymczasem
zmrużył powieki; nekromantka wyglądała, jakby walczyła sama ze sobą.
Jak... jak to
wyjechała? Uciekła? Aithne uciekła? Przecież...
Przecież to
ona zawsze uciekała. Anabde. Nie Aithne. Przecież, do jasnej cholery, z nich
dwóch to ona była tchórzem. Aithne się bała, ale stawiała czoła problemom.
Teraz już
wiedziała, jak musiała się czuć upadła, gdy te lata temu nekromantka
niespodziewanie uciekła z jej życia. To było tak, jakby ktoś wstrzyknął jej
truciznę prosto w serce; truciznę będącą mieszanką wyrzutów sumienia, strachu,
pustki, żalu i czegoś, czego nawet nie potrafiła nazwać.
To była jej
wina. Po części. Gdyby jej wcześniej powiedziała, gdyby chociaż zamknęła ten
cholerny pokój, gdy łowca wszedł, wszystko potoczyłoby się inaczej. A może i
nie? Z drugiej strony w ucieczce Aithne ogromny udział miał Errian. Ale szybko
zorientowała się, że nie może go za to obwiniać – i nie zależało to od niego, i
na pewno sam miał do siebie żal.
Wreszcie
uznała, że nie wysiedzi. Bardzo chciała zachować twarz; jak zwykle udawać, że
ją to nie przejęło, wszystko jest w porządku, przecież ona jest silna. Ale
paznokcie zbyt boleśnie wbijały się w skórę dłoni, a w środku ściskał strach o
to, że zaraz ktoś zwróci uwagę na jej udział w ucieczce Aithne. Że ją oskarżą,
to by bolało. Dlatego uznała, że nie ma ochoty (ani, przede wszystkim, siły)
udawać; wstała i nawet nie spojrzała na towarzyszy, tylko ruszyła w bliżej
nieokreślone gdzieś.
Musiała się
uspokoić.
Larkin
zmarszczył czoło, odprowadzając nekromantkę wzrokiem. Dopiero gdy zniknęła mu z
pola widzenia, znów zwrócił uwagę na resztę towarzyszy. I powoli zaczął myśleć
o tym, co się wydarzyło; cholerna Aithne, tej to nie można zostawić samej.
Errian nie
odpowiedział Cadorowi, nie spojrzał także na Anabde. Sheridan zerknął krótko za
kobietą, jednak po chwili przeniósł bardzo bezczelny wzrok na młodzieńca,
przymrużając oczy.
No proszę,
rude rozczochrane nawiało, czemu go nie dziwiło to, że problemy znowu z tym
potworem? Ale jedno go nurtowało, wprost nie mógł się powstrzymać, bo to takie
śmieszne, że ten głupi mag się w to w ogóle wpakował.
– Co, aż tak
źle jej było? – zagadnął, wykrzywiając usta w kpiącym uśmieszku.
Ariene
wcisnęła się mocniej w kanapę, kiedy przenoszący na Sheridana spojrzenie
młodzieniec zerknął na nią przelotnie. Nie wiedziała, że od kogoś może bić
takie zimno, zupełnie jakby zamierzał zaraz wszystkich zamordować bez
mrugnięcia okiem. Zastygła, próbując sobie przypomnieć, że to przecież tylko
Errian.
Tylko taki
bardzo inny.
Mag zacisnął
zęby, pochylając lekko głowę, napiął dziwnie ramiona, zapatrzywszy się na łowcę
naprawdę przerażającym wzrokiem. Chwilę potem jego pięść gruchnęła z hukiem w
ścianę przy głowie Sheridana, co zaskoczyło nawet Przeklętego; znieruchomiał,
uniósłszy brwi i zapatrzywszy się na młodzieńca ze zdumieniem.
Errian
spojrzał mu w oczy, dość długo, jakby zastanawiał się, czy teraz urwać mu
głowę, jednak w tej samej chwili do pokoju wszedł wyraźnie niezadowolony Cass.
Na widok panicza zacmokał zirytowany.
– Przyłaziłem
tu na twoją zachciankę? – prychnął.
Mag się
odwrócił, a Ariene zrobiło się żal młodego dowódcy.
Drzwi z
trzaskiem się zamknęły za plecami strażnika, przez co ten podskoczył spłoszony.
Errian przemierzył dzielącą go od podwładnego odległość długimi krokami, jego
oczy zastygły w idealnie lodowatym wyrazie, żadnych cieplejszych uczuć. Nawet
ta furia zdawała się zamrażać, nie płonąć.
– Gdzie byłeś
w nocy? – wycedził przez zęby panicz, zatrzymując się przed Cassem.
– Nie twój
interes – mruknął nieco mniej pewnie młodzieniec.
Zaraz uderzył
plecami w ścianę i charknął, bo Errian bez wyczucia złapał jego kołnierz,
przyciskając do muru. Nawet jeden mięsień na twarzy maga nie drgnął.
– Porzuciłeś
obowiązki, pozwoliłeś, by brama została otwarta, w dodatku zwyczajnie się
uchlałeś. Godne pożałowania – syknął, wzmacniając uścisk, przez co dowódca nie
mógł odpowiedzieć. – Mam ochotę cię zabić, pourywać najpierw te bezużyteczne
ręce, potem nogi, na końcu oderwać głowę. Wiesz, co zrobiłeś, skurwielu? –
dodał ciszej, mrużąc oczy.
Ariene,
widząc, że ktoś tu mówił poważnie, uniosła się lekko z kanapy, wyciągając do
Erriana dłoń. Wydało się jej, że chłód nie bił tylko od młodzieńca, bo na
ścianach pojawił się szron. Nieświadomie uwolnił magię.
– Errian –
rzuciła cicho, wstrzymując oddech.
Mag nawet nie
drgnął, ale odsunął się od Cassa, pozwalając mu osunąć się na podłogę.
Larkin wstał
dokładnie w tym samym momencie, co Ariene. Spokojnie popatrzył Errianowi w oczy
(bo jego postawa była dla upadłego godna podziwu, ale na pewno nie budziła w
nim strachu), po czym spojrzał z góry na Cassa.
Burgundowe
oczy zapłonęły, ale to, w porównaniu do zimnej furii Erriana, jakoś przestało
robić wrażenie. Upadły szarpnięciem dźwignął strażnika na nogi, po czym
przybliżył jego twarz do swojej.
– Rozsądniej
by było, gdybyś przepadł bez wieści – poradził mu dobrodusznie niskim
warknięciem.
Strażnik
wytrzeszczył oczy, kiwnął nerwowo głową i gdy tylko Larkin go puścił, już go
nie było. Rudowłosy wyprostował się sztywno i obrócił w stronę młodego maga.
Nic nie
powiedział. Chyba wszystko było jasne, zaś słowa mogły stać się tylko
niepotrzebną prowokacją. Trzeba powstrzymać ten cholerny ślub.
– Przygotuj
się – odezwał się (trudno orzec, czy rozkazał, czy poprosił) Errian, przenosząc
wzrok na Ariene. – Uroczystość ma się zacząć przed południem, zatem powinnaś się
stosownie ubrać – dodał, zawracając do drzwi.
I nie zostało
powiedziane, co też młody mag postanowił bądź nie. Po prostu zostawił
wszystkich, może nie był w stanie znieść całej sytuacji, bał się, że nad sobą
nie zapanuje, ostatecznie – plan nie istniał.
– Ej, młody –
rzucił za nim Sheridan, doznawszy czegoś dziwnego, bo niniejszym nawiedziło go
pewne niepokojące przeczucie.
Jak tego
gówniarza puści się samopas w dom, to całkiem możliwe, że rozniesie pół
okolicy, a to by mogło skomplikować wszelkie ich przyszłe działania.
Errian nie
zareagował, zamknął za sobą cicho drzwi i zniknął im z oczu.
– Och –
mruknęła tylko Ariene, opadając z powrotem na kanapę.
Przez chwilę
miała ochotę dogonić młodzieńca, siłą go zatrzymać i dowiedzieć się, jak on to
sobie wszystko wyobraża, ale wiedziała, że to nie był dobry pomysł. W ogóle do
tej pory nie uwierzyłaby, gdyby ktoś jej powiedział, jak bardzo Errian potrafi
się wściec, zupełnie jakby stawał się innym człowiekiem.
– No nic, do
roboty – westchnęła, postanowiwszy, że mu zaufa.
Miała inne
wyjście?
Podniosła się
z miejsca, odgarnęła brzydko związane włosy z twarzy i skierowała się wolnym
krokiem do pokoju, mając zamiar spróbować się przygotować do ślubu. Ślubu. Jej
ślubu. Świat oszalał.
Nie zaszła
jednak daleko. Kilka sekund później całym piętrem wstrząsnął potężny, gromki
huk, aż podłoga zadrżała, zupełnie jakby dom walił się w posadach. Przynajmniej
tak brzmiało to w pierwszej chwili, kiedy zebrani, zszokowani akustyką
pomieszczenia, zastygli na swoich miejscach, próbując zrozumieć, co się dzieje.
– Kurwa,
cholerny gówniarz – oprzytomniał Sheridan, z jego gardła wydobył się cichy,
niski warkot. – Jeszcze do niego nie dotarło, że wysadzenie chaty w powietrze
niewiele mu da? – dodał, ruszając szybkim krokiem do wyjścia z pokoju
dziennego.
Zaraz za nim
podążyła reszta, uznając, że sam Sheridan może tylko dolać oliwy do ognia. Przy
całym jego niewątpliwym wyczuciu.
Jednak
pierwszą osobą, która miała okazję zobaczyć dzieło errianowskiej wściekłości,
nie był ani Sheridan, ani Cador, ani Larkin, ani tym bardziej Ariene. Anabde,
która znajdowała się na korytarzu niedaleko pokoju Erriana, stanęła w progu na
długo przed ich przybyciem.
Nie kłopotała
się pukaniem, zresztą mag zostawił drzwi otwarte; zwyczajnie weszła do środka,
w przekonaniu, że chociażby ze względu na przyjaciółkę-uciekinierkę powinna
dopilnować, by panicz Souen nie skrzywdził ani otoczenia, ani siebie.
Postawiła
kilka niepewnych kroków, mrużąc oczy. Musiała uważać, by nie nadepnąć na
odłamki drewna, które rozsypały się po podłodze; wlepiła spojrzenie w to, co
zostało z fortepianu, i zmarszczyła czoło.
– Errian –
mruknęła cicho, unosząc spojrzenie na białowłosego.
Ruszyła w jego
stronę, ale zatrzymała się w bezpiecznej odległości.
Młodzieniec
nie spojrzał na nią, wpatrując się w resztki ukochanego instrumentu. Wściekłość
na chwilę odpuściła, by zaraz powrócić falą i znów go zalać, na szczęście
jednak nie miał pomysłu, co jeszcze dałoby się zniszczyć, zanim udowodni ojcu,
jak źle podjął ostatnią decyzję.
– Jeśli Larkin
będzie chciał, może to spalić – oznajmił spokojnie, przypatrując się klawiszom,
fragmentom czarnego, lśniącego drewna.
Wczoraj
siedzieli na tym stołku, pamiętał, jak głaskała fortepian, była trochę
zaniepokojona, a poniekąd rozluźniona, już wtedy wyraźnie chciała porozmawiać.
Może gdyby ją na dobre zatrzymał, nie pozwolił uciec, może gdyby uchronił ją od
pójścia do Anabde… albo po prostu obudził się rano. Dopilnował zamknięcia
bramy.
Miał ochotę
wyć z bezsilnej złości, jednak stał tak na środku swojego pokoju, wpatrując się
w to, co zostało z jego najcenniejszego skarbu. Ostatniego, jaki jeszcze przed
chwilą miał.
Oddałby
wszystko, żeby nie zdołała uciec, żeby mógł ją zatrzymać.
A teraz co
dalej? Będzie jej szukał, na pewno, tylko gdzie?
Nie wahając
się, podeszła bliżej, zatrzymując się bezpośrednio przed magiem. Wyciągnęła
dłoń do przodu i położyła ją na policzku chłopaka; delikatnie obróciła jego
głowę tak, by zmusić go do spojrzenia jej w oczy. Bez cienia wstydu czy lęku
wpatrzyła się w niego, starając się wczytać w jego uczucia i myśli. Wreszcie na
jej twarzy wymalował się smutek; gdyby Aithne wiedziała, jak wielką krzywdę
wyrządziła Errianowi swoją ucieczką...
Zabrała rękę i
cofnęła się o pół kroku, na chwilę się odwracając. Wsłuchała się w kroki
nadchodzących towarzyszy, którzy powinni pojawić się w pokoju lada moment.
Potem zagryzła wargę, przelotnie zerkając na maga; miała ochotę objąć się
ramionami, ale zamiast tego wyprostowała się dumnie, po raz kolejny usiłując
udowodnić (nie wiadomo po co) siłę własnej psychiki.
Która, jak
wiemy, wcale nie miała się najlepiej. Ale zachowajmy pozory.
– Nie wątp w
to, że się znajdzie – zastrzegła miękko, odzywając się dopiero po dłuższej
chwili. – Nie tak łatwo zgubić Aithne.
Uśmiechnęła
się na własne słowa. Tak, już kiedyś próbowała od niej uciec, to było
niewykonalne. W drugą stronę działa to z pewnością tak samo: upadła nie jest w
stanie uniknąć ludzi, którzy są dla niej ważni. Errian powinien o tym pamiętać,
to będzie go motywowało – i w końcu ją znajdzie, oby jak najszybciej.
Chłopak,
patrząc przez chwilę na Anabde, wreszcie się uśmiechnął. Blado, ledwie uniósł
kąciki ust i właściwie trudno orzec, czy jakkolwiek poczuł się lepiej. Chłód
niejako zelżał, mag wypuścił powietrze i rozluźnił zaciśnięte w pięści dłonie.
Oby miała
rację. W tej chwili naprawdę nie chciał nic więcej.
– Ja pierdolę
– podsumował zirytowany Sheridan, przystanąwszy w progu pokoju. – Nie lepiej załatwić
problem ze ślubem niż roznosić w drzazgi wszystko, co się nawinie? – dodał
krytycznie, wbijając w Erriana niezadowolone spojrzenie.
– Jedno nie
wyklucza drugiego – odparł uprzejmie młodzieniec, obracając się przodem do
przybyłych właśnie towarzyszy. – Ariene, przygotuj jakieś środki bezpośredniego
przymusu. Jeśli dojdzie do walki, dołóżcie wszelkich starań, żeby nikogo nie
zabić – dodał, ruszając do wyjścia.
Wiedźma
oceniła ponad ramieniem Sheridana ogrom zniszczeń, kiedy natomiast Errian się
do niej odezwał, przepchnęła się trochę w przód, by widzieć młodzieńca. Chwilę
rozpaczliwie próbowała odszukać sens w tym, co właśnie zrobił, ale
bezskutecznie. Na prośbę – czy nawet rozkaz – przytaknęła, odgarnęła włosy za
uszy i zawróciła bez słowa, energicznie ruszając z powrotem do pokoju.
Sztylety
weźmie, może zostało jej jeszcze kilka noży do rzucania, musi użyć pokrowców na
uda. Drobniejszą broń pochowa w pasku, na wszelki wypadek, można tym
unieruchomić, a nie zabijać, zatem się przydadzą. Co za szaleństwo.
Cador
zatrzymał się przed drzwiami, przepuszczając w przejściu wychodzącego Erriana.
Popatrzył za nim, zastanawiając się, dokąd młodzieniec ma zamiar się udać;
koniec końców uznał, że to nie jego interes, skupił więc swoją uwagę na Ariene,
która pojawiła się na korytarzu chwilę później. Spojrzała na niego krótko, więc
uśmiechnął się kącikiem ust; zaraz kobieta wyminęła go, idąc w stronę swojego
pokoju szybkim krokiem.
W związku z
powyższym uznał, że nie ma tu nic do roboty. Zerknął jeszcze do pokoju Erriana,
marszcząc czoło na widok rozwalonego instrumentu, potem obejrzał się przez
ramię na Larkina. Gdy upadły wyminął go bez słowa, przekraczając próg, obrońca
zawrócił na pięcie i spokojnie udał się
do siebie. Trzeba się jako-tako ogarnąć przed tym ślubem.
Larkin
przymrużył groźnie burgundowe oczy, krzywiąc się. Nie skomentował jednak
zastanego bałaganu, uznawszy, że jego twórca i tak nie usłyszy słów krytyki. Z
jego ust wydobyło się westchnienie; wzniósł oczy do sufitu, chwilę tak trwał
bez ruchu, aż wreszcie obrócił się w stronę nadal obecnych w pokoju Sheridana i
Anabde.
– Do
zobaczenia na ślubie – mruknął, po czym oddalił się w swoją stronę.
Gdyby przyszli
chwilę później, może Anabde udałoby się jakoś do Erriana trafić. Ale chyba –
tak jej się zdawało – coś zdziałała; wyrzutów sumienia i tak się nie pozbędzie,
więc w sumie żadna różnica. Odetchnęła głęboko, co pozwoliło jej utrzymać maskę
opanowania i dumy, po czym ruszyła w stronę wyjścia z pokoju, nie obejrzawszy
się na łowcę.
Nigdy w życiu
nie była na ślubie. Ale sądziła, że pomoc w rozwaleniu uroczystości przyniesie
jej więcej satysfakcji niż uczestniczenie w niej.
Errian magik, rozkłada panie na fortepianie, potem je znika, a potem rozwala fortepian jak rockman gitarę XD ... ;< Smutnam.
OdpowiedzUsuńCo do dziewicy w namiocie... nie takie rzeczy już się pisało XD Znaczy, u mnie dziewice głównie ginęły marnie, ale... XD Stare dziewice też się zdarzają. Nawet starsze niż Aithne X_X I mniej... młode ciałem.
Ubolewam nad fortepianem ;< Ale Errian ma fajny wkurw *.* A Aithne taka głupiutka, łeh. Gdzie ona spędziła te sto lat kurde? XD
... no dobra, wiem gdzie ._.
... Ale on kochał ten fortepian :< Biedny Errian, Aithne jest okropna :<
UsuńNo w fantastyce różne rzeczy się zdarzają xD Ale jak potem zobaczysz, Aithne i nowatorstwo w seksie... oh well, Errian musiałby się ubezpieczyć porządnie na życie xDDD
No :< Biedny fortepian. I tak, ja też kocham wkurw Erriana <3 Jest cudowny. Aż można się przestraszyć :3 No, Aithne to chodząca głupotka. Miejmy nadzieję, że ktoś jej przemówi do rozsądku :<
Nowy rozdział? ^^
Usuń