czwartek, 13 grudnia 2012

44. Zmiana frontu

Kiedy łowca wreszcie znalazł Anabde, wyglądał na nieco rozbawionego. Najpierw sprawdził w okolicy pokoju Aithne, ale ponieważ nikt nie krzyczał ani niczym nie rzucał, uciekł się do nieczystego zagrania – użył magii umysłu, lokalizując formy myślące w najbliższym otoczeniu. To właśnie poczynione odkrycia bardzo go rozbawiły.
Zatrzymał się w pewnej odległości od nekromantki, z rękoma w kieszeniach i trochę triumfalnym spojrzeniem. Uśmiechnął się kącikiem ust, przyglądając się jej uważnie.
– Mówiłem – oznajmił niejako zadowolony, bo znowu miał, jakżeby inaczej, rację.
Anabde obróciła głowę w stronę mężczyzny, jednak nie zdobyła się na przyodzianie jakiejkolwiek maski – nadal widać po niej było ogromne zdziwienie, jakby ktoś właśnie uświadomił jej, że święty Mikołaj nie istnieje.
Powróciła spojrzeniem do drzwi. Czego się spodziewała? Że otworzą się, a uśmiechnięci Errian i Aithne poinformują ją o swoim szczęściu, przyjaciółka zaś wybaczy nekromantce jej drobne przewinienie? Zmarszczyła czoło; z jednej strony coś tam podejrzewała, ale z drugiej... To tak, jakby Aithne nie była tą osobą, za którą ją miała. Nagle uzmysłowiła sobie, że nie zna jej aż tak dobrze, bo to, co ujrzała, zupełnie do niej nie pasowało.
Albo to Errian. To on miał na nią taki wpływ. Taka teoria była sensowna. A to oznaczało, że najlepszym, co może dla nich zrobić, to zostawić ich na tę jedną noc w świętym spokoju. A najlepszym, co może zrobić dla samej siebie, to nawet o tym nie myśleć.
Odetchnęła spokojnie i znów obróciła się w stronę łowcy. Zapatrzyła się na niego i na chwilę zawahała; Sheridan miał jeszcze większy wpływ na nią niż Errian na Aithne. Uśmiechnęła się pod nosem do swoich myśli – cóż za niedopowiedzenie. On miał nad nią kontrolę.
Przygryzła wargę, ale wreszcie zdecydowała się zrobić to, co chodziło jej po głowie. Ruszyła do łowcy szybkim krokiem i zatrzymała się dopiero wtedy, kiedy ich usta złączyły się w pocałunku. Przesunęła dłońmi po jego torsie i ramionach, później objęła go za szyję i pozwoliła sobie na krótką przerwę.
– Czegoś chciałeś – przypomniała mu.
Sheridan uśmiechnął się zadowolony, jak tylko się od niego odsunęła. No cóż, jakiekolwiek wnioski wyciągnęła z poczynionych obserwacji, uznał to za przyznanie mu racji. Potem jednak znudziło się mu triumfowanie, pchnął ją na ścianę, wpijając się w jej usta.
Trochę go zniecierpliwiło to czekanie, czego miał zamiar dać wyraz, żeby na przyszłość się zastanowiła, zanim coś takiego znowu zrobi. Na razie jednak samo górowanie nad nią dawało mu wystarczającą satysfakcję, dlatego zdecydował się na przeniesienie się z pocałunkami na szyję, bo lubił, kiedy było jej przyjemnie.
Gdy oderwał się od niej, powracając na wysokość twarzy, do ust, na skórze zostawił czerwony ślad; ot nie mógł się powstrzymać, najwyżej trochę na niego potem posyczy.
Odetchnęła głęboko, z zadowoleniem przyznając sobie rację – to faktycznie był najłatwiejszy sposób na odwrócenie uwagi od problemów. I, rzecz jasna, najprzyjemniejszy; delikatne dreszcze przebiegły wzdłuż jej pleców, nie dając pomyśleć o bólu, który spowodowało uderzenie w ścianę.
Miała ochotę przyciągnąć go jeszcze bliżej, ale na całe szczęście odezwały się w niej resztki rozsądku.
– Nie tutaj – zaprotestowała rozbawiona, przypatrując się mężczyźnie spod przymrużonych powiek.
Nie zdobyła się na to, by go od siebie odsunąć, słowa zostały więc wypowiedziane prosto w jego usta. Dopiero gdy zaprzestał swych działań, wykazując pewne zainteresowanie jej decyzją, wymsknęła się z jego objęć i ruszyła w stronę pokoi gościnnych. Zerknęła na niego przez ramię, uśmiechając się wyzywająco; wyglądało na to, że jednak będzie musiał jeszcze trochę poczekać.
Sheridan ukrył niejaką irytację i ruszył za Anabde, bo co też mu pozostało? Zwyczajowo wcisnął ręce do kieszeni, jakby nigdy nic, idąc korytarzem kilka metrów za nekromantką. Tyle tylko, że nie spuszczał z niej spojrzenia, a na jego ustach tańczył lekki, ledwie widoczny uśmieszek. Nie przyspieszał, utrzymywał stałą odległość, trochę jakby przestało mu aż tak zależeć.
Kiedy dotarli do korytarzyka, w którym znajdowały się ich sypialnie, i jak tylko weszli do jednej z nich – Sheridan niespecjalnie zwrócił uwagę na to, gdzie dokładnie – zatrzymał się dopiero tuż przy Anabde, spoglądając na nią nieco z góry. Co też chodziło mu po głowie, trudno orzec.
Przez chwilę jej myśli skierowały się na inne tory – wypomniała sobie lekkomyślność, zauważając, że zostawiła pistolet na stole w niezamkniętym pokoju. Na szczęście broń nadal tam była i wyglądała na nieruszoną, toteż Anabde mogła bez wyrzutów sumienia wrócić do myślenia o tym, co prowokowało u niej dość wymowny uśmieszek. Usiłowała go powstrzymać, gdy obracała się przodem do Sheridana, ale i tak zdradziły ją błyszczące oczy.
Tym razem pomyślała o tym, by zamknąć drzwi – nie chciała więcej nieproszonych gości. Wyminęła mężczyznę, by móc przekręcić kluczyk w zamku; nacisnęła jeszcze na klamkę, tak dla wszelkiej pewności. Zadowolona z otrzymanego rezultatu skupiła się już tylko na nim.
Miał nieprzenikniony wyraz twarzy i to ją na pewną chwilę zainteresowało. Stała, przypatrując się mu badawczo, a na jej ustach nadal błąkał się uśmieszek. Postawiła krok do przodu, tak, że znalazła się bardzo blisko niego, wspięła się na palcach, ale utrzymała niewielki dystans między ich ustami. Jej dłonie zjechały po jego torsie w dół, na brzuch, a potem jeszcze niżej.
Uśmiechnął się lekko, niemal niewidocznie, ot, chyba tylko kącik ust uniósł. Ominął jednak jej wargi, wplótł dłoń w jej włosy gdzieś na wysokości karku, po czym z wyczuciem odchylił jej głowę, krótką chwilę całując w szyję. Nie chciał jednak, żeby przypadkiem do tego przywykła, dlatego przesunął się niżej, na jej dekolt, chwilowo zmuszony tam pozostać przez jej bluzkę.
Ręce wypuścił na samodzielną wędrówkę po ciele Anabde, by mogły odszukać miejsca, które poznały pewien czas temu – wskazówki, czy dobrze trafił, poszukał na jej twarzy; tym razem to on zbliżył swoje usta do jej i tuż nad nimi się zatrzymał, przyglądając się reakcjom Anabde.
To dopiero było ciekawe, spodobało mu się.
Wstrzymała oddech, chwilę walcząc sama ze sobą. Odmawianie sobie pocałunku nie było łatwe; spojrzała na jego wargi i poczuła uderzenie gorąca, objawione w subtelnych, niewyraźnych rumieńcach. Jednak postanowiła, że nie da za wygraną – skoro już droczyli się ze sobą, starannie powstrzymując powrót do całowania, to niech on pierwszy się złamie. Gdy po chwili wewnętrznego konfliktu udało się jej opanować, uśmiechnęła się szeroko, bardzo z siebie zadowolona.
Zaczęła powoli odpinać guziki jego koszuli, robiła to jakby leniwie, bez zbędnego pośpiechu. Nim jednak zsunęła materiał z jego ramion, odchyliła na chwilę głowę i przymknęła oczy; jej ciało zadrżało pod jego dłońmi, a ona sama uśmiechnęła się lekko.
Gdy uchyliła powieki, spojrzała prosto na niego i zanotowała ciekawe spostrzeżenie – on przestał na nią patrzeć. Teraz nie patrzył, a obserwował, jak badacz analizujący ciekawe zjawisko. To ją nieco rozbawiło – uniosła kąciki ust wyżej, przesuwając opuszkami palców po jego policzku.
Po chwili jej dłonie wróciły do przerwanego zajęcia: wprawnie ściągnęły z mężczyzny koszulę. Z tegoż powodu musiał na chwilę przestać ją obejmować, ale jakoś to przecierpiała. Rzuciła odzież na pobliską szafkę, po czym przebiegła dość drapieżnym spojrzeniem po torsie łowcy. Jej serce zabiło szybciej; musiała przyznać, że był najlepiej zbudowanym mężczyzną, z jakim kiedykolwiek się kochała.
Przechyliła głowę na bok, przez co nieujarzmiona gęstwina rudych włosów opadła jej na prawe ramię – zaczęła przypatrywać się wędrówce swoich dłoni po jego ciele.
Badała jego mięśnie (bo trzeba przyznać, że miał się czym pochwalić), na chwilę zatrzymała się na bliźnie na brzuchu, tej pozostawionej przez Aithne. Jej oczy przez moment nabrały dziwnego wyrazu; zamarła, marszcząc w zastanowieniu czoło.
Nie trwało to długo, nim przesunęła spojrzeniem w górę, na jego ramię. Przejechała opuszkiem palca wzdłuż tatuażu, a gdy już zapamiętała jego kształt, jej dłonie znów uciekły w dół. Na razie nie miała zamiaru rozpinać jego paska; zatrzymała ręce w dogodnym miejscu i uśmiechnęła się przekornie. Przed nimi cała długa noc – uznała, iż należy to wykorzystać.
Sheridan także lekko się uśmiechnął, ujmując jej brodę w palce i przytrzymując tak, jakby chciał ją pocałować. Ominął jednak jej wargi i przesunął ustami dopiero po jej policzku, potem szyi, ramieniu, dekolcie, jego ręce powędrowały w podobną stronę, jednak zatrzymały się dopiero na biodrach nekromantki. Chwycił ją mocniej i podniósł, sadzając na blacie najbliższego stołopodobnego mebla, to chyba szafka, nieważne.
Wtedy powrócił na chwilę do jej szyi, nadal skrzętnie omijając usta, jednak zaraz zmienił zdanie i sprawnie pozbył się bluzki Anabde, bo była całkowicie zbędna i tylko przeszkadzała. Teraz mógł swobodnie dotykać jej ciała, co też ochoczo uczynił, zaczynając od przeciągnięcia dłońmi wzdłuż kręgosłupa kobiety. Ciekawiło go, jak długo oboje zdołają się ze sobą droczyć.
Jej wargi rozchyliły się lekko, ale zaraz je przygryzła, uznając, że tym razem nie da mu wygrać. Ot, to niby taka drobnostka, przekomarzali się jak dzieci, ale kiedy ona się uprze, to koniec. A uparła się teraz – i cóż, że było jej ciężko się powstrzymać, nic nie robiła sobie z ciała, które wyraźnie żądało pocałunku. Za każdym razem, gdy tylko ich usta dzieliły milimetry, ona otrząsała się z amoku i odchylała nieco głowę.
Przesunęła wargami po jego szyi i w dół klatki piersiowej, natomiast ręce postanowiły jednak zainteresować się tym paskiem. I nie, nie miała zamiaru szybko pozbyć się jego spodni – uznała, że można się z nim jeszcze trochę podrażnić. Ot, wyciągnęła pasek ze szlufki, powoli naciągnęła, by rozpiąć klamrę, jednak wycofała się z zamiaru i na chwilę jej rączki uciekły na jego brzuch, by znów podjąć próbę rozpięcia paska.
Uniosła wzrok i zadarła brodę, by móc spojrzeć mężczyźnie prosto w oczy. Co na to powiesz, Sheridan?
Łowca uśmiechnął się lekko pod nosem, odpowiadając na jej spojrzenie z godnym podziwu spokojem. Pochylił się nad nią, opierając ręce na ścianie, i powrócił do całowania jej szyi, przygryzłszy płatek ucha. Potem jednak zmienił zdanie, powędrował ustami na jej ramię i piersi, a kiedy zsunął się na wysokość brzucha, wziął ręce ze ściany, zabierając się do pozbywania się jej spodni. Mogła się nie spieszyć, nie zamierzał poganiać, swoje i tak zrobi. W ten czy inny sposób.
Uśmiechnął się z pewnym zadowoleniem, zsunąwszy materiał do połowy jej ud. Wtedy też położył dłonie na jej nogach i przybliżył swoją twarz do jej, zapatrzywszy się w szare oczy.
Dobrze grali ze sobą, ale chyba prędzej czy później któreś musi pęknąć albo nie skończą tego do rana, nawzajem utwierdzając się w przekonaniu, jak to sobie nie ulegają. To było właściwie śmieszne, zamierzał poczekać jeszcze chwilę, jeśli się mu znudzi, to zmieni taktykę, czemu nie.
Przestała panować nad swoim oddechem, który przyspieszył znacznie; nabrała kilka głębokich wdechów jeden po drugim, wpatrując się w mężczyznę jak zaczarowana. Nie mogąc się powstrzymać, uniosła dłoń i przesunęła opuszkiem palca po jego dolnej wardze – coś ścisnęło ją w środku. Oczy rozszerzyły się nieco, i zdziwione, i przestraszone; jak on to, do jasnej cholery, robił? Nie była w stanie utrzymać kontroli nad sytuacją, bo nie miała kontroli nad samą sobą.
Kilkoma sprawnymi ruchami rozwiązała dwa problemy, rozpinając tak pasek, jak i rozporek, później zsuwając z niego spodnie. Przez cały ten czas nie oderwała spojrzenia od zielonych tęczówek, zwyczajnie nie była w stanie. Po chwili jedną dłoń położyła na jego karku i przyciągnęła mężczyznę do siebie, czując, jak z każdym milimetrem bliżej jej serce przyspiesza.
– Sheridan – szepnęła.
I zabrzmiało to trochę jak prośba: ona już nie była w stanie wytrzymać.
Uśmiechnął się nieco triumfalnie, niniejszym uznawszy, że wygrał, chociaż z początku zasady zabawy były trochę inne. Jednak nie chciał jej torturować aż tak bardzo, wplótł dłoń w bujne włosy, delikatnie odchylając jej głowę, i pocałował ją, tylko tym razem spokojniej i bardziej leniwie, jakby chciał przypomnieć, że przed chwilą nigdzie im się nie spieszyło.
Zauważył, że nekromantka przeceniła swoje zdolności w droczeniu się, dlatego przyciągnął ją bliżej siebie, poczekał, aż przytrzyma się go w miarę porządnie, i wtedy ją podniósł, ruszając do łóżka. Szafka może i była ciekawą alternatywą, ale po ostatnim razie w towarzystwie drzew jednak wolał coś wygodniejszego.
Ułożył ją na materacu na tyle delikatnie, żeby się nie uderzyła, po czym, jakby znów chciał się droczyć, zawisł nad nią z tym samym lekkim uśmiechem, wodząc spojrzeniem po jej twarzy. Przyjemnie się na nią patrzyło.
Kiedy tak się nad nią zatrzymał, uniosła brew i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę już bez uśmiechu. Znęcał się nad nią!
– Silthe, jak ja cię nienawidzę – mruknęła, chociaż nie wyglądała na specjalnie nieszczęśliwą z powodu jego towarzystwa.
Uniosła się na łokciach i pocałowała go, do utraty tchu. Po chwili jedną ręką objęła go w szyi, drugą przesunęła na jego plecy – zadrapała go umyślnie, mała bestia, a następnie opadła z powrotem plecami na materac, naciągając łowcę na siebie.
I tym razem nie dała mu już przerwać pocałunku.

Obudziła się jeszcze przed świtem. Otworzyła oczy, na chwilę nieruchomiejąc, kiedy starała się rozeznać w tym, gdzie dokładnie jest. Potem poczuła na ramionach lekki, przyjemny ciężar, zorientowała się, że leży na czymś ciepłym; zmarszczyła czoło, powoli sobie wszystko przypominając.
Uśmiechnęła się lekko, kiedy zorientowała się że Errian obejmował ją ostrożnie, uważając, by nie urazić skrzydeł. Leżała na jego klatce piersiowej, która unosiła się równomiernie, słyszała spokojne bicie jego serca. Coś ścisnęło ją w żołądku, podciągnęła pod siebie nogi, mocniej kuląc się w ramionach maga.
Uderzyło w nią niewyobrażalne poczucie winy. Miała wrażenie, jakby zrobiła coś bardzo złego, co jest po prostu niewybaczalne – a mimo to nie żałowała i chyba to tylko potęgowało jej negatywne myśli. Pamiętając, że powinna uważać, by nie obudzić śpiącego Erriana, spróbowała trochę zmienić pozycję, zsuwając z siebie jego rękę.
Wpadła wieczorem na Anabde w tak osobistej chwili, na pewno ją zmartwiła, a potem uciekła do młodego maga i… no właśnie. Co sobie nekromantka o niej pomyśli? W końcu trudno będzie to ukrywać, ona i tak zauważy, i wtedy co Aithne jej powie? Żołądek ścisnął się boleśnie, upadłej zrobiło się słabo, jednak ostrożnie przełknęła ślinę, zamykając mocno oczy. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że zdradziła przyjaciółkę, że tym razem to ona ją oszukała, dlatego nie miała prawa wczoraj Anabde przerywać, a potem jeszcze się oburzać. Co ona najlepszego zrobiła, dlaczego do tego dopuściła?
A potem wszyscy, Larkin, głupi łowca, Cador, Ariene… jak im spojrzy w twarz, jak będzie mogła normalnie się zachowywać po tym wszystkim? O spojrzeniu Anabde w twarz nie było nawet mowy, z Larkinem będzie równie trudno, z pozostałymi, o zgrozo, też. Nie potrafiła się opanować, po prostu z każdą sekundą utwierdzała się w przekonaniu, że zrobiła coś strasznego i okropnego, i powinna się spalić ze wstydu.
A na koniec – on dzisiaj brał ślub. Z Ariene. I jeszcze tej nocy… przecież to chore, podłe, jak ona mogła? Skuliła się mocniej, obejmując brzuch ramionami, bo uczucie słabości wzmocniło się. Przez długą chwilę walczyła z chęcią obudzenia Erriana i przytulenia się do niego, ale skutecznie powstrzymywała ją myśl, jak wszystkich oszukała i jak bezczelnie rozegrała całą tę sytuację. Prędzej umrze niż komukolwiek z nich spojrzy w oczy, z przyjaciółmi na czele. Nie mogła.
Przywiązałaś się, Aithne. Za bardzo się przywiązałaś. Pozwoliłaś sobie na coś, od czego uciekałaś prawie całe życie, a teraz jeszcze spieprzyłaś wszystko na całej linii. Nie mogła. Nie mogła. Może kiedyś zdobędzie się na przeprosiny… albo postara się, by o niej zapomnieli raz na zawsze.
Uniosła się na rękach, starając się poruszać możliwie jak najciszej, uważając na szeleszczące skrzydła. Nie chciała go obudzić, bo by ją zatrzymywał, poza tym powinien się wyspać przed ślubem. Ślubem! Jak mogła to zrobić, wiedząc, że wszystko i tak dziś się skończy? Czy może właśnie dlatego tego chciała?
Spojrzała na Erriana, zaczynając gubić się już w tym, czego dotyczyło poczucie winy w jej piersi. Wiedziała tylko jedno – nie była w stanie skonfrontować się z rzeczywistością, z dzisiejszym dniem. Westchnęła cicho, pochyliła się nad magiem i delikatnie pocałowała kącik jego ust, uważając, by się nie obudził; ale musiała to zrobić. Tak jak wczoraj wieczorem? Zakłamana, podła suka, oto, czym jesteś, Aithne.
Wyprostowała się sztywno, wstrzymując mimowolnie oddech.
– Przepraszam – wymamrotała bardzo cicho i zsunęła nogi z łóżka, rozglądając się za swoimi ubraniami.
Bluzka leżała na fortepianie, spodnie były kawałek dalej, udało się jej wszystko skompletować, nie robiąc przy tym prawie żadnego hałasu. Kiedy tylko się ubrała, szeleszczące skrzydła zniknęły; chwyciła swoje buty i naciągnęła je na stopy, z każdą sekundą stając się bardziej nerwową. Gdy była już gotowa do wyjścia, zatrzymała się przed drzwiami i jeszcze raz spojrzała na Erriana.
– Lepiej, żebyś zapomniał – mruknęła pod nosem, zwieszając głowę, po czym wyślizgnęła się na pogrążony w mroku korytarz.
Poczuła się nieswojo, kiedy ruszyła ostrożnie do swojego pokoju gościnnego. Musiała zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy, potem stąd zniknie. Oby nie obudziła Larkina, wtedy przerąbane, nawet jeśli wyskoczy przez okno, to nie ucieknie.
Nikogo po drodze nie spotkała, co ją trochę uspokoiło, a kiedy wślizgnęła się do sypialni, nikt nie wyjrzał z pomieszczenia, w którym spał jej przyjaciel. Chwyciła nierozpakowaną torbę, ubrała na siebie płaszcz i sprawnie przepięła na jego poły spinkę. Była gotowa.
Wyjście z posiadłości nie sprawiło zbyt wielu problemów. Całą drogę zadręczała się tym, jak cholernie zdradziła Anabde, jak bardzo przyjaciółka ją znienawidzi – czy może znienawidziłaby, gdyby się tego dnia spotkały. Ale Aithne była zbyt wielkim tchórzem, by móc się z nią skonfrontować, dlatego wyszła na pogrążony nadal w mroku dziedziniec, wstrzymując oddech.
Na szczęście ciemność już szarzała, zbliżał się świt, było dość chłodno. Nie widziała żadnego strażnika, wokół panował spokój, cisza okazała się przyjemna i kojąca. Aithne, zapinając szczelniej płaszcz, skierowała się do ciemnej bryły tutejszych stajni, bardzo chcąc już znaleźć się przy Faryale. Może przynajmniej ona wybaczy jej ten błąd, który popełniła, może ona zrozumie. Z nią powinna była zostać już na samym początku, nigdy nikogo nie polubić, zawsze tylko z nią.
Przemknęła stajennym korytarzem, dotarła do boksu, gdzie stała siwa klacz, chwyciła siodło i otworzyła drzwiczki, podczas gdy zaspana Faryale podrywała łeb i wlepiała w przyjaciółkę zdumione spojrzenie. Aithne bez słowa zabrała się do siodłania zdezorientowanego wierzchowca, bezlitośnie wykorzystując ten moment, by móc uciec.
Ai, mruknęła wreszcie klacz, przytulając pysk do policzka dziewczyny, kiedy ta już skończyła pracę i chciała ją wyprowadzić.
Upadła znieruchomiała, zadrżała lekko i spuściła wzrok, czekając na następne słowa siwej jak skazaniec na cięcie topora.
Ty…, dodała zaraz Faryale, nastawiając ze zdumieniem uszy. To jest zapach… Co ty najlepszego robisz?, przeraziła się, ledwie skojarzyła wszystkie fakty.
– Naprawiam błąd – zakomunikowała krótko upadła i wyprowadziła trochę opierającą się klacz z boksu, zmierzając do wyjścia ze stajni.
Jaki błąd? O czym ty mówisz?, zdenerwowała się Faryale i parsknęła z dezaprobatą, tuląc uszy.
– Ciszej, konino – syknęła Aithne, zatrzymując się przed budynkiem. – Mój błąd. Oszukałam ich wszystkich, a on jeszcze bierze dziś ślub. Nie powinnam była… powinnam była zostać tylko z tobą – mruknęła, poprawiając popręg i wsuwając nogę w strzemię.
Zdurniałaś? Uciekasz im… po tym wszystkim? A Larkin, a Anabde, a Errian?, warknęła Faryale, wiercąc się niespokojnie, kiedy Aithne sadowiła się w siodle, zbierając z wyczuciem wodze.
– Zapomną – skwitowała upadła. – Muszą zapomnieć, bo mnie znienawidzą za to, co zrobiłam. Więcej nie popełnię tego błędu. Proszę, jedźmy – szepnęła na koniec, kładąc się na szyi klaczy i obejmując ją.
Siwa chwilę stała nieruchomo, jakby zastanawiała się nad słowami Aithne. Wreszcie zwiesiła potulnie łeb i zawróciła w stronę bramy. Stukot kopyt stał się intensywniejszy, kiedy Faryale przeszła do galopu, strzygąc uszami – ku zdumieniu ich obu, wyjście z posiadłości stało otworem, nikt prawie go nie pilnował, tylko jeden strażnik leżał przy drzwiach, wyraźnie upity do nieprzytomności.
Przemknęły przez bramę jak burza, żwir pod nogami klaczy zazgrzytał, ale siwa szybko zeskoczyła na pobocze i pogalopowała przez trawę na najbliższe wzniesienie, od czasu do czasu zwracając uszy w stronę Aithne.
Na szczycie na chwilę się zatrzymały, jakby Faryale miała nadzieję, że upadła zmieniła zdanie. Ale dziewczyna tylko dotknęła szyi klaczy, obejrzawszy się krótko przez ramię; może naprawdę się zawahała?
– Proszę.
Faryale odetchnęła głęboko, potrząsnęła grzywą i ruszyła dalej, przed siebie, na razie nie obierając żadnego konkretnego kierunku. Czuła, że Aithne także chce po prostu uciec, co nie dziwiło ani nie martwiło klaczy.
Martwiło ją to, że niedługo bardzo tej decyzji pożałuje i nie będzie mogła sobie wybaczyć, a strach przed konfrontacją z przyjaciółmi zacznie ją bezlitośnie prześladować.

Jeszcze nie otworzył oczu, a już wiedział, że coś jest nie tak. Najpierw nie był w stanie zlokalizować źródła niepokoju, dlatego dość powoli uchylił powieki i spojrzał w sufit, marszcząc lekko czoło. Wspomnienia od razu wróciły, wywołując na jego ustach uśmiech; sięgnął w bok, gdzie powinien znaleźć skuloną we śnie istotkę. Tylko nikogo tam nie było. Wstrzymał oddech i natychmiast uniósł się na łokciach, rozglądając się po pokoju czujnie.
Nigdzie nie dostrzegł rozczochranej, rudej głowy, przez co wydało się mu, że stanęło mu serce. Spróbował odetchnąć głębiej, zbierając myśli.
Mogła do kogoś uciec, przestraszyć się. Może przemknęła się do siebie, zawstydzona wszystkim – albo poszła do Larkina? Anabde od razu wykluczył, po wieczornym spotkaniu z nią i Sheridanem Aithne nie byłaby w stanie tak po prostu porozmawiać, musiałaby ochłonąć. Zatem najpierw jej sypialnia, potem Larkin.
Prawdopodobnie gdyby panika nie ścisnęła jego żołądka lodowatą ręką złego przeczucia, nie ruszyłby tak od razu na poszukiwania. Ale coś było nie tak i to nie tylko dlatego, że wyszła od niego.
Wyskoczył z łóżka, złapał spodnie i, naciągając je na siebie, zlokalizował koszulę. Ledwie zarzucił ją na ramiona, a już wsuwał stopy w buty, zmierzając do drzwi. Wypadł na korytarz i przemaszerował szybko aż do części gościnnej, gdzie bez wahania skręcił w dobrą stronę. Odruchowo zapukał do pokoju Aithne, jednak domyśliwszy się, że nie usłyszy odpowiedzi, nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Zastygł w progu, uczucie strachu pogłębiło się. Nie dostrzegł nigdzie jej rzeczy, wszystko stało tak, jakby nikt tu nie mieszkał poprzedniego dnia. Zmarszczył czoło i ostrożnie się wycofał, jakby się bojąc, że jeśli zrobi to pospiesznie, to coś się stanie. Zamknął przejście i dopadł do drugich drzwi, o wiele bardziej nerwowo pukając w deski.
– Otwórz, Larkin – syknął pod nosem, mrużąc oczy, kiedy wpatrywał się w płytę.
Dobiegło go nieprzyjemne warknięcie, potem coś najwyraźniej stoczyło się ze swojego łóżka. Kilka chwil nic się nie działo, ale wreszcie drzwi stanęły przed magiem otworem – w przejściu pojawił się rozczochrany, podejrzanie blady upadły wypijający właśnie całą zawartość dzbanka z wodą.
Na widok Erriana, a w szczególności na widok jego wyrazu twarzy, zaprzestał picia i zmarszczył z niepokojem czoło. Natychmiast przestał wyglądać jak ofiara tortur; w burgundowych oczach pojawiło się coś dziwnego, co tworzyło wokół mężczyzny budzącą grozę aurę.
– Co z nią jest? – warknął, doskonale zdając sobie sprawę z tego, o kogo chodzi.
Młodzieniec spojrzał na upadłego pustym wzrokiem, jakby Larkin mówił obok niego, nie do niego. Zacisnął dłonie w pięści i choć wiedział, co też słowa rudego oznaczają, to odsunął go stanowczo w bok, zaglądając dla pewności do pokoju.
Nie było jej. W takim razie pozostawało tylko jedno, ale nawet w to nie chciał wierzyć. Musiał sprawdzić, przynajmniej tyle.
Dlaczego akurat dziś?
– Zawołaj wszystkich do głównego pokoju – rozkazał, zupełnie nie dbając o to, że upadły zwykle nie słuchał nikogo.
Zwyczajnie zawrócił i ruszył z powrotem w korytarz. Po kilku krokach przyspieszył do marszu, by tuż przed zniknięciem z oczu Larkinowi puścić się biegiem.
Nie dbał o to, czy rudy zrobi to, co mu powiedział. Najważniejsze było coś innego, nic więcej go nie obchodziło.

Nie lubił niewiedzy. Irytująca była świadomość, że stało się coś złego – i to z jego przyjaciółką! – a on nie miał pojęcia co. Niemniej jednak intuicja podpowiadała mu, że lepiej zostawić Erriana w świętym spokoju i wykonać jego, ekhm, prośbę. Tak więc zrobił; ogarnął się w miarę prędko i ruszył z misją.
Spotkanie z Ariene przyniosło mu pewną satysfakcję: wiedźma prezentowała się kiepsko, generalnie wyglądała jak trup, dodatkowo w pierwszej chwili ewidentnie chciała go zabić. Powstrzymała się, a wpłynął na to prawdopodobnie wyraz twarzy upadłego – dość potulnie zgodziła się stawić za chwilę w pokoju dziennym.
Cador przywitał go pogodnie, lecz na wieść o problemach natychmiast stracił humor. Teraz pozostały jeszcze dwie osoby do zgarnięcia; Larkin zatrzymał się na końcu korytarza i zawahał, nie wiedząc, do kogo najpierw się zgłosić.
W końcu zapukał w drzwi do pokoju Anabde. Zmarszczył czoło, słysząc przytłumiony głos – nekromantka rozmawiała sama ze sobą? Potem odgłos ucichł; upadły zapukał raz jeszcze, tym razem dłużej i głośniej, jakby chciał dać świadectwo temu, że nie odejdzie, póki się mu nie otworzy.
Anabde przechyliła głowę, by w lustrze lepiej widać było widniejącą na szyi malinkę. Zmrużyła niezadowolona oczy; nie zdoła jej ukryć, musiałaby się owinąć szalem, a takowego nie posiadała.
– Nie mogłeś jej zrobić niżej? – prychnęła, obracając głowę w stronę ubierającego się mężczyzny.
A jednak na jej ustach widniał delikatny uśmiech.
Mimo tego, że gdzieś głęboko gryzła ją sprawa Aithne, czuła się dobrze. Trochę niewyspana, to prawda, niewiele czasu tej nocy spędzili na spaniu, ale za to naprawdę usatysfakcjonowana. Warto było tak na kilka godzin zapomnieć o całym świecie.
A teraz... teraz nie będzie niebezpieczeństwa, bo tego dnia się rozstaną i już więcej się nie zobaczą. Zostaną wspomnienia, wspomnienia bardzo przyjemne, ale zupełnie niewiążące. Będzie mogła uciec – i będzie usprawiedliwiona! Podobała jej się ta myśl.
Dodatkowo zauważyła, że faktycznie go zadrapała na plecach. To też jej się podobało.
Uśmiechnęła się sama do siebie, wygładziła na bokach materiał bluzki, gdy jej uwagę zwróciło pukanie do drzwi. Uniosła wysoko brew, w myślach przeklinając cały boży świat.
– Może sobie zaraz pójdzie – mruknęła, zamierając w bezruchu.
Miała nadzieję, że niechciany gość zrezygnuje z wizyty, myśląc, że nikogo w pokoju nie ma. Niestety był to gość wyjątkowo upierdliwy, bo po chwili zapukał ponownie.
Nabrała głębokiego wdechu i spojrzała na Sheridana. W sumie nie ma już czego ukrywać; przecież i tak Aithne wie, reszta jej nie obchodziła. Dlatego, po chwili zawahania, ruszyła w stronę drzwi i otworzyła je.
– Witaj, Larkin – mruknęła, patrząc prosto w burgundowe oczy upadłego.
A ten czego tu chciał?
Już otwierał usta, by powiedzieć to, co miał do powiedzenia, gdy coś przykuło jego uwagę. Zajrzał do pokoju kobiety i uniósł brew, dostrzegając w środku nikogo innego, jak łowcę. To sprawiło, że pomimo wysoce nieprzyjemnych okoliczności tego poranka uśmiechnął się z rozbawieniem.
Anabde zacisnęła niezadowolona usta, widząc, że upadły już szykował się do złośliwego komentarza – wyraz jej twarzy sprawił, że rudy dał sobie spokój. Zamiast tego skupił na niej spojrzenie, przestając się uśmiechać.
– Zbierzcie się jak najszybciej, grupowe spotkanie w pokoju dziennym – poinformował ich.
Nekromantka zmarszczyła z niepokojem brwi; czemu? Coś się stało, coś złego, Larkin był zdenerwowany. Poczuła, jak napinają jej się mięśnie, a czar poranka pryska.
– Ja też nie wiem, o co chodzi, Errian kazał was zwołać – uprzedził jej pytanie upadły.
A potem, nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i wyszedł.
– Errian coś się panoszy – mruknął spokojnie łowca, poprawiając jeszcze rękawy koszuli, bo w nieznanych bliżej okolicznościach mu się zawinęły. – O, chwila, przecież on tu mieszka – przypomniał sobie naciąganie i niezbyt przekonująco zdumionym głosem, ruszając w stronę drzwi.
Przy Anabde na chwilę przystanął, odgarnął włosy z jej szyi, rzucił okiem na zaczerwienioną skórę i uśmiechnął się kącikiem ust.
– Nie mogłem – odparł grzecznie. – Idziemy? – dodał, zwracając się z powrotem do wyjścia.
Pogadają, pomarudzą, może Errian przedstawi swój genialny plan, a potem pójdą do domów albo gdziekolwiek, oczywiście po imprezie. To się nazywa życie, najpierw się zostaje na darmowym żarciu, następnie robi się rozpierduchę i na końcu się wychodzi.
Przewróciła oczami, ale uniosła kącik ust w rozbawionym uśmiechu. A potem, nie odpowiedziawszy na pytanie łowcy, ruszyła w stronę drzwi. Wyminęła mężczyznę i wyszła na korytarz, od razu kierując się do pokoju dziennego.
Niech chociaż zachowają pozory i nie przychodzą razem, no.

Przemierzył dziedziniec niczym burza, potykając się o niezawiązane sznurówki, jednak zdołał dotrzeć do celu w jednym kawałku. Wbiegł do stajni, płosząc skubiące w spokoju siano konie, zatrzymał się w drzwiach, dysząc ciężko, i rozejrzał się dokoła. Koral, Lantano, Lutee, ogierek Cadora, Gniada, na końcu stajni zauważył oburzoną Jutrzenkę, ale… gdzie Faryale?
Serce zamarło mu na kilka sekund, kiedy stanął bezradny na środku zasłanego świeżą słomą korytarza, nie widząc ani nie słysząc zaniepokojonych stajennych, którzy właśnie zamierzali pozamiatać.
– Faryale? – wydusił, jakby w nadziei, że klacz mu cudem odpowie.
– Paniczu? – zmartwił się wreszcie pracownik, podchodząc niepewnym krokiem do wyraźnie roztrzęsionego młodzieńca.
Kiedy Errian odwrócił na niego wzrok, cała panika zniknęła. Błękitne oczy zastygły w trudnym do określenia, jednak dziwnie znajomym wyrazie, gdy spoglądały wprost w twarz sędziwego mężczyzny.
– Była tu siwa klacz? – spytał opanowanym, trochę beznamiętnym tonem.
– Nie, paniczu, jeden boks stał pusty, kiedy przyszliśmy – odparł nieco przestraszony stajenny, zaciskając dłonie na kiju od szczotki.
Errian bez słowa zawrócił i już spokojnym, ale sztywnym krokiem opuścił stajnię, głuchy na nieśmiałe, ciche rżenie Korala. Skierował się do głównej bramy, z tego miejsca dostrzegając, że była otwarta; zmrużył groźnie oczy.
Wiedział, że Aithne tu nie ma. Musiała wyjechać nad ranem, może jeszcze przed świtem. Tylko dlaczego? Wraz z tym pytaniem w jego piersi rozlało się dziwne zimno, ale nie odnalazł wśród niego żadnej odpowiedzi.
Teraz liczyło się to, by znaleźć winnego sytuacji, która umożliwiła upadłej opuszczenie rezydencji, a potem odwołanie ślubu. Wczoraj wieczorem jeszcze miał pewną koncepcję przemówienia ojcu do rozsądku, ale wszystko już wzięło w łeb. Straciło jakiekolwiek znaczenie.
– Strażnicy – rzucił zimnym głosem, patrząc na kiwających się na boki mężczyzn.
Zmiana warty powinna nastąpić za niecałą godzinę, zatem byli to jeszcze ci, którzy stali na posterunku nocą.
Gwardziści momentalnie cali zesztywniali, przenosząc na młodego maga przerażony, trochę zamglony wzrok. Errian odetchnął głębiej, dzięki czemu zaczął rozumieć, co też się tu stało.
– Brama była otwarta – zauważył, przyglądając się podwładnym.
– Rzeczywiście, paniczu, zaniechaliśmy tego, trochę się popiło – przyznał się natychmiast jeden z mężczyzn, kuląc ramiona, jakby oczekiwał kary.
– Czy to nie dowódca miał was pilnować? – zainteresował się zamiast tego Errian, mrużąc oczy.
Choć był zły – czy raczej wściekły – to nie zamierzał całą winą obarczać gwardzistów. Nie wywiązali się ze swoich obowiązków, ale nie bez powodu na stanowisku wyżej znajdowała się osoba, która miała pilnować, by wszystko odbywało się jak w zegarku.
– Nie zjawił się – wymamrotał drugi mężczyzna, raczej nie chcąc, by panicz usłyszał, jednak wiedząc, że musi to powiedzieć.
– Widzieliście, by ktoś nad ranem opuszczał rezydencję? – kontynuował przepytywanie Errian, błyskawicznie porzuciwszy temat, który uznał za wyczerpany.
Mężczyźni wymienili spojrzenia.
– Niestety, paniczu – odparli zgodnie, z przestrachem czekając na karę.
Ale młodzieniec tylko zawrócił, ruszając z powrotem do posiadłości. Wściekłość narastała w piersi, teraz przypominała zimną, nadal trochę uwierającą bryłę. Errian jednak wiedział, że niedługo zmieni się w przyjemną, lodowatą falę, która pomoże w poradzeniu sobie z niewątpliwym kłopotem.
Kiedy upora się ze wszystkim, odnajdzie Aithne. Musiał się dowiedzieć, co skłoniło ją do ucieczki bez słowa.
Szybko dotarł do głównego pokoju i wkroczył do środka, ledwie omiótłszy spojrzeniem zebranych. Wyglądało na to, że byli wszyscy, ale, co ważniejsze, przyszła Anabde. Nim jednak odezwał się do kogokolwiek skinął na jednego ze służących, który właśnie wycierał kurze z mebli.
– Przekaż dowódcy straży, że ma natychmiast przyjść do głównego pokoju gościnnego. Zaznacz, że to rozkaz odgórny – powiedział, patrząc na mężczyznę przeszywająco.
Sługa skłonił się i opuścił pomieszczenie, zostawiając zebranych.
Ariene przyglądała się ze swojej kanapy Errianowi z niepewnością, trzymając przyłożoną do czoła dłoń. Wokół palców zebrało się jasnofiołkowe światło, którym leczyła się z potwornego kaca. Po dzisiejszej pobudce myślała, że rozerwie Larkina na strzępy, ale zauważyła, że upadły jest zdenerwowany, więc zwlokła swoje truchło z łóżka.
Teraz zaprzestała obserwowania towarzyszy, skupiając się na młodym magu. O ile dobrze pamiętała, w podobnym nastroju był przy spotkaniu ze skrytobójcami w Elestren oraz trochę przy rozmowie z ojcem. Czyli stało się coś złego.
Powiodła spojrzeniem po pomieszczeniu raz jeszcze, z coraz większym niepokojem zdając sobie sprawę, że brakuje Aithne. Co tu miało miejsce, kiedy oni w najlepsze pili?
Zawiesiła wzrok z powrotem na sztywno wyprostowanym młodzieńcu, zwiększając natężenie zaklęcia.
Cador stał koło kanapy z rękami skrzyżowanymi na torsie. Puste, jasnozielone oczy sugerowały, że był naprawdę zaniepokojony – zdążył już zanalizować całą sytuację i dojść do wniosku, że nieobecność Aithne musi być kluczem do rozwiązania zagadki. Nie miała powodu, nawet pomimo akcji ślubnej, by nie pojawiać się na zebraniu, więc coś musiało się z nią stać.
To naprawdę go martwiło, ona miała dar do pakowania się w kłopoty.
Larkin zdawał się być nieobecny. O jego irytacji świadczyło bębnienie palcami, któremu oddawał się namiętnie od dłuższej chwili, nie przestając nawet pomimo czyjegoś upomnienia. Dopiero Errian zdobył jego zainteresowanie; dotychczas siedział na fotelu wpatrzony w ścianę i pogrążony w rozmyślaniach. Gdy mag wszedł do pokoju, upadły zawiesił na nim intensywne spojrzenie, oczekując wyjaśnień.
Ale na najbardziej zmartwioną z towarzystwa wyglądała Anabde. Zazwyczaj dumna i nie okazująca emocji, teraz nie była w stanie ukryć zdenerwowania, które dawało po sobie znać w wyrazie oczu i bladości twarzy nekromantki. Do jasnej cholery, jeśli z Aithne coś się stało, to ona na pewno miała na to wpływ – nigdy sobie tego nie wybaczy.
Errian milczał jeszcze pewną chwilę, jakby nie wiedział, czy chce im to powiedzieć. Zacisnął dłonie w pięści, co było chyba jedyną oznaką zdenerwowania. Potem oderwał spojrzenie od przejścia, w którym zniknął służący, przenosząc wzrok na towarzyszy. Wzrok pusty, spokojny, jakby się odciął od całego świata, a mimo to wydawało się, że czai się w nim dużo chłodu i złości.
– Aithne nie ma. Najprawdopodobniej wyjechała dziś rano – oznajmił opanowanym tonem, jakby obwieszczał coś oczywistego, jak dzisiejszą pogodę.
Ariene odsunęła dłoń od czoła, prostując się sztywno i wbijając w młodzieńca zdumione spojrzenie. Errian przyglądał się każdemu z osobna, powoli, a kiedy jego wzrok padł na nią, poczuła się dziwnie, mimowolnie skuliła się, nie potrafiąc wydusić z siebie słowa.
Anabde siedziała dokładnie naprzeciw Larkina, toteż mógł zobaczyć jej reakcję. Zaciekawiła go. Nie patrzyła na Erriana, gdy mówił; przez cały czas pobytu w pokoju dziennym zdawała się nie widzieć nikogo, wpatrzona w podłogę. Gdy mag powiedział o zniknięciu Aithne, oczy nekromantki najpierw rozszerzyły się ze zdumienia. Larkin przypatrywał się jej z chłodem, starając się domyśleć, co może się dziać w jej głowie.
Zaskoczyło go, gdy nagle uniosła spojrzenie na Erriana, patrząc na niego z wyraźnym wyrzutem. Zmarszczył brwi i już miał o to zapytać, ale ciągle się w rudą wpatrywał – i wtedy zobaczył, jakby coś w niej pękło. Oczy rozświetliły się dziwnym blaskiem; skuliła się w sobie, jakby chciała zniknąć.
– Nie jesteś pewien? A co ze strażnikami, przecież ktoś pilnuje tej chałupy, nie widzieli jej? – zapytał w tym momencie Cador, jak na niego głosem dość nieprzyjemnym.
Niby nie jego zadanie, otrzymał już zapłatę za pilnowanie Aithne, ale i tak czuł się za nią dziwnie odpowiedzialny.
Larkin na krótką chwilę przeniósł wzrok na Erriana, ciekaw odpowiedzi, ale coś go podkusiło, by wrócić zainteresowaniem do Anabde. Sam nie chciał o tym myśleć, wiedział, że potrzebuje chwili na odreagowanie, inaczej wybuchnie. To źle by się skończyło dla rezydencji Souenów i pobliskiej wsi.
Tymczasem zmrużył powieki; nekromantka wyglądała, jakby walczyła sama ze sobą.
Jak... jak to wyjechała? Uciekła? Aithne uciekła? Przecież...
Przecież to ona zawsze uciekała. Anabde. Nie Aithne. Przecież, do jasnej cholery, z nich dwóch to ona była tchórzem. Aithne się bała, ale stawiała czoła problemom.
Teraz już wiedziała, jak musiała się czuć upadła, gdy te lata temu nekromantka niespodziewanie uciekła z jej życia. To było tak, jakby ktoś wstrzyknął jej truciznę prosto w serce; truciznę będącą mieszanką wyrzutów sumienia, strachu, pustki, żalu i czegoś, czego nawet nie potrafiła nazwać.
To była jej wina. Po części. Gdyby jej wcześniej powiedziała, gdyby chociaż zamknęła ten cholerny pokój, gdy łowca wszedł, wszystko potoczyłoby się inaczej. A może i nie? Z drugiej strony w ucieczce Aithne ogromny udział miał Errian. Ale szybko zorientowała się, że nie może go za to obwiniać – i nie zależało to od niego, i na pewno sam miał do siebie żal.
Wreszcie uznała, że nie wysiedzi. Bardzo chciała zachować twarz; jak zwykle udawać, że ją to nie przejęło, wszystko jest w porządku, przecież ona jest silna. Ale paznokcie zbyt boleśnie wbijały się w skórę dłoni, a w środku ściskał strach o to, że zaraz ktoś zwróci uwagę na jej udział w ucieczce Aithne. Że ją oskarżą, to by bolało. Dlatego uznała, że nie ma ochoty (ani, przede wszystkim, siły) udawać; wstała i nawet nie spojrzała na towarzyszy, tylko ruszyła w bliżej nieokreślone gdzieś.
Musiała się uspokoić.
Larkin zmarszczył czoło, odprowadzając nekromantkę wzrokiem. Dopiero gdy zniknęła mu z pola widzenia, znów zwrócił uwagę na resztę towarzyszy. I powoli zaczął myśleć o tym, co się wydarzyło; cholerna Aithne, tej to nie można zostawić samej.
Errian nie odpowiedział Cadorowi, nie spojrzał także na Anabde. Sheridan zerknął krótko za kobietą, jednak po chwili przeniósł bardzo bezczelny wzrok na młodzieńca, przymrużając oczy.
No proszę, rude rozczochrane nawiało, czemu go nie dziwiło to, że problemy znowu z tym potworem? Ale jedno go nurtowało, wprost nie mógł się powstrzymać, bo to takie śmieszne, że ten głupi mag się w to w ogóle wpakował.
– Co, aż tak źle jej było? – zagadnął, wykrzywiając usta w kpiącym uśmieszku.
Ariene wcisnęła się mocniej w kanapę, kiedy przenoszący na Sheridana spojrzenie młodzieniec zerknął na nią przelotnie. Nie wiedziała, że od kogoś może bić takie zimno, zupełnie jakby zamierzał zaraz wszystkich zamordować bez mrugnięcia okiem. Zastygła, próbując sobie przypomnieć, że to przecież tylko Errian.
Tylko taki bardzo inny.
Mag zacisnął zęby, pochylając lekko głowę, napiął dziwnie ramiona, zapatrzywszy się na łowcę naprawdę przerażającym wzrokiem. Chwilę potem jego pięść gruchnęła z hukiem w ścianę przy głowie Sheridana, co zaskoczyło nawet Przeklętego; znieruchomiał, uniósłszy brwi i zapatrzywszy się na młodzieńca ze zdumieniem.
Errian spojrzał mu w oczy, dość długo, jakby zastanawiał się, czy teraz urwać mu głowę, jednak w tej samej chwili do pokoju wszedł wyraźnie niezadowolony Cass. Na widok panicza zacmokał zirytowany.
– Przyłaziłem tu na twoją zachciankę? – prychnął.
Mag się odwrócił, a Ariene zrobiło się żal młodego dowódcy.
Drzwi z trzaskiem się zamknęły za plecami strażnika, przez co ten podskoczył spłoszony. Errian przemierzył dzielącą go od podwładnego odległość długimi krokami, jego oczy zastygły w idealnie lodowatym wyrazie, żadnych cieplejszych uczuć. Nawet ta furia zdawała się zamrażać, nie płonąć.
– Gdzie byłeś w nocy? – wycedził przez zęby panicz, zatrzymując się przed Cassem.
– Nie twój interes – mruknął nieco mniej pewnie młodzieniec.
Zaraz uderzył plecami w ścianę i charknął, bo Errian bez wyczucia złapał jego kołnierz, przyciskając do muru. Nawet jeden mięsień na twarzy maga nie drgnął.
– Porzuciłeś obowiązki, pozwoliłeś, by brama została otwarta, w dodatku zwyczajnie się uchlałeś. Godne pożałowania – syknął, wzmacniając uścisk, przez co dowódca nie mógł odpowiedzieć. – Mam ochotę cię zabić, pourywać najpierw te bezużyteczne ręce, potem nogi, na końcu oderwać głowę. Wiesz, co zrobiłeś, skurwielu? – dodał ciszej, mrużąc oczy.
Ariene, widząc, że ktoś tu mówił poważnie, uniosła się lekko z kanapy, wyciągając do Erriana dłoń. Wydało się jej, że chłód nie bił tylko od młodzieńca, bo na ścianach pojawił się szron. Nieświadomie uwolnił magię.
– Errian – rzuciła cicho, wstrzymując oddech.
Mag nawet nie drgnął, ale odsunął się od Cassa, pozwalając mu osunąć się na podłogę.
Larkin wstał dokładnie w tym samym momencie, co Ariene. Spokojnie popatrzył Errianowi w oczy (bo jego postawa była dla upadłego godna podziwu, ale na pewno nie budziła w nim strachu), po czym spojrzał z góry na Cassa.
Burgundowe oczy zapłonęły, ale to, w porównaniu do zimnej furii Erriana, jakoś przestało robić wrażenie. Upadły szarpnięciem dźwignął strażnika na nogi, po czym przybliżył jego twarz do swojej.
– Rozsądniej by było, gdybyś przepadł bez wieści – poradził mu dobrodusznie niskim warknięciem.
Strażnik wytrzeszczył oczy, kiwnął nerwowo głową i gdy tylko Larkin go puścił, już go nie było. Rudowłosy wyprostował się sztywno i obrócił w stronę młodego maga.
Nic nie powiedział. Chyba wszystko było jasne, zaś słowa mogły stać się tylko niepotrzebną prowokacją. Trzeba powstrzymać ten cholerny ślub.
– Przygotuj się – odezwał się (trudno orzec, czy rozkazał, czy poprosił) Errian, przenosząc wzrok na Ariene. – Uroczystość ma się zacząć przed południem, zatem powinnaś się stosownie ubrać – dodał, zawracając do drzwi.
I nie zostało powiedziane, co też młody mag postanowił bądź nie. Po prostu zostawił wszystkich, może nie był w stanie znieść całej sytuacji, bał się, że nad sobą nie zapanuje, ostatecznie – plan nie istniał.
– Ej, młody – rzucił za nim Sheridan, doznawszy czegoś dziwnego, bo niniejszym nawiedziło go pewne niepokojące przeczucie.
Jak tego gówniarza puści się samopas w dom, to całkiem możliwe, że rozniesie pół okolicy, a to by mogło skomplikować wszelkie ich przyszłe działania.
Errian nie zareagował, zamknął za sobą cicho drzwi i zniknął im z oczu.
– Och – mruknęła tylko Ariene, opadając z powrotem na kanapę.
Przez chwilę miała ochotę dogonić młodzieńca, siłą go zatrzymać i dowiedzieć się, jak on to sobie wszystko wyobraża, ale wiedziała, że to nie był dobry pomysł. W ogóle do tej pory nie uwierzyłaby, gdyby ktoś jej powiedział, jak bardzo Errian potrafi się wściec, zupełnie jakby stawał się innym człowiekiem.
– No nic, do roboty – westchnęła, postanowiwszy, że mu zaufa.
Miała inne wyjście?
Podniosła się z miejsca, odgarnęła brzydko związane włosy z twarzy i skierowała się wolnym krokiem do pokoju, mając zamiar spróbować się przygotować do ślubu. Ślubu. Jej ślubu. Świat oszalał.
Nie zaszła jednak daleko. Kilka sekund później całym piętrem wstrząsnął potężny, gromki huk, aż podłoga zadrżała, zupełnie jakby dom walił się w posadach. Przynajmniej tak brzmiało to w pierwszej chwili, kiedy zebrani, zszokowani akustyką pomieszczenia, zastygli na swoich miejscach, próbując zrozumieć, co się dzieje.
– Kurwa, cholerny gówniarz – oprzytomniał Sheridan, z jego gardła wydobył się cichy, niski warkot. – Jeszcze do niego nie dotarło, że wysadzenie chaty w powietrze niewiele mu da? – dodał, ruszając szybkim krokiem do wyjścia z pokoju dziennego.
Zaraz za nim podążyła reszta, uznając, że sam Sheridan może tylko dolać oliwy do ognia. Przy całym jego niewątpliwym wyczuciu.

Jednak pierwszą osobą, która miała okazję zobaczyć dzieło errianowskiej wściekłości, nie był ani Sheridan, ani Cador, ani Larkin, ani tym bardziej Ariene. Anabde, która znajdowała się na korytarzu niedaleko pokoju Erriana, stanęła w progu na długo przed ich przybyciem.
Nie kłopotała się pukaniem, zresztą mag zostawił drzwi otwarte; zwyczajnie weszła do środka, w przekonaniu, że chociażby ze względu na przyjaciółkę-uciekinierkę powinna dopilnować, by panicz Souen nie skrzywdził ani otoczenia, ani siebie.
Postawiła kilka niepewnych kroków, mrużąc oczy. Musiała uważać, by nie nadepnąć na odłamki drewna, które rozsypały się po podłodze; wlepiła spojrzenie w to, co zostało z fortepianu, i zmarszczyła czoło.
– Errian – mruknęła cicho, unosząc spojrzenie na białowłosego.
Ruszyła w jego stronę, ale zatrzymała się w bezpiecznej odległości.
Młodzieniec nie spojrzał na nią, wpatrując się w resztki ukochanego instrumentu. Wściekłość na chwilę odpuściła, by zaraz powrócić falą i znów go zalać, na szczęście jednak nie miał pomysłu, co jeszcze dałoby się zniszczyć, zanim udowodni ojcu, jak źle podjął ostatnią decyzję.
– Jeśli Larkin będzie chciał, może to spalić – oznajmił spokojnie, przypatrując się klawiszom, fragmentom czarnego, lśniącego drewna.
Wczoraj siedzieli na tym stołku, pamiętał, jak głaskała fortepian, była trochę zaniepokojona, a poniekąd rozluźniona, już wtedy wyraźnie chciała porozmawiać. Może gdyby ją na dobre zatrzymał, nie pozwolił uciec, może gdyby uchronił ją od pójścia do Anabde… albo po prostu obudził się rano. Dopilnował zamknięcia bramy.
Miał ochotę wyć z bezsilnej złości, jednak stał tak na środku swojego pokoju, wpatrując się w to, co zostało z jego najcenniejszego skarbu. Ostatniego, jaki jeszcze przed chwilą miał.
Oddałby wszystko, żeby nie zdołała uciec, żeby mógł ją zatrzymać.
A teraz co dalej? Będzie jej szukał, na pewno, tylko gdzie?
Nie wahając się, podeszła bliżej, zatrzymując się bezpośrednio przed magiem. Wyciągnęła dłoń do przodu i położyła ją na policzku chłopaka; delikatnie obróciła jego głowę tak, by zmusić go do spojrzenia jej w oczy. Bez cienia wstydu czy lęku wpatrzyła się w niego, starając się wczytać w jego uczucia i myśli. Wreszcie na jej twarzy wymalował się smutek; gdyby Aithne wiedziała, jak wielką krzywdę wyrządziła Errianowi swoją ucieczką...
Zabrała rękę i cofnęła się o pół kroku, na chwilę się odwracając. Wsłuchała się w kroki nadchodzących towarzyszy, którzy powinni pojawić się w pokoju lada moment. Potem zagryzła wargę, przelotnie zerkając na maga; miała ochotę objąć się ramionami, ale zamiast tego wyprostowała się dumnie, po raz kolejny usiłując udowodnić (nie wiadomo po co) siłę własnej psychiki.
Która, jak wiemy, wcale nie miała się najlepiej. Ale zachowajmy pozory.
– Nie wątp w to, że się znajdzie – zastrzegła miękko, odzywając się dopiero po dłuższej chwili. – Nie tak łatwo zgubić Aithne.
Uśmiechnęła się na własne słowa. Tak, już kiedyś próbowała od niej uciec, to było niewykonalne. W drugą stronę działa to z pewnością tak samo: upadła nie jest w stanie uniknąć ludzi, którzy są dla niej ważni. Errian powinien o tym pamiętać, to będzie go motywowało – i w końcu ją znajdzie, oby jak najszybciej.
Chłopak, patrząc przez chwilę na Anabde, wreszcie się uśmiechnął. Blado, ledwie uniósł kąciki ust i właściwie trudno orzec, czy jakkolwiek poczuł się lepiej. Chłód niejako zelżał, mag wypuścił powietrze i rozluźnił zaciśnięte w pięści dłonie.
Oby miała rację. W tej chwili naprawdę nie chciał nic więcej.
– Ja pierdolę – podsumował zirytowany Sheridan, przystanąwszy w progu pokoju. – Nie lepiej załatwić problem ze ślubem niż roznosić w drzazgi wszystko, co się nawinie? – dodał krytycznie, wbijając w Erriana niezadowolone spojrzenie.
– Jedno nie wyklucza drugiego – odparł uprzejmie młodzieniec, obracając się przodem do przybyłych właśnie towarzyszy. – Ariene, przygotuj jakieś środki bezpośredniego przymusu. Jeśli dojdzie do walki, dołóżcie wszelkich starań, żeby nikogo nie zabić – dodał, ruszając do wyjścia.
Wiedźma oceniła ponad ramieniem Sheridana ogrom zniszczeń, kiedy natomiast Errian się do niej odezwał, przepchnęła się trochę w przód, by widzieć młodzieńca. Chwilę rozpaczliwie próbowała odszukać sens w tym, co właśnie zrobił, ale bezskutecznie. Na prośbę – czy nawet rozkaz – przytaknęła, odgarnęła włosy za uszy i zawróciła bez słowa, energicznie ruszając z powrotem do pokoju.
Sztylety weźmie, może zostało jej jeszcze kilka noży do rzucania, musi użyć pokrowców na uda. Drobniejszą broń pochowa w pasku, na wszelki wypadek, można tym unieruchomić, a nie zabijać, zatem się przydadzą. Co za szaleństwo.
Cador zatrzymał się przed drzwiami, przepuszczając w przejściu wychodzącego Erriana. Popatrzył za nim, zastanawiając się, dokąd młodzieniec ma zamiar się udać; koniec końców uznał, że to nie jego interes, skupił więc swoją uwagę na Ariene, która pojawiła się na korytarzu chwilę później. Spojrzała na niego krótko, więc uśmiechnął się kącikiem ust; zaraz kobieta wyminęła go, idąc w stronę swojego pokoju szybkim krokiem.
W związku z powyższym uznał, że nie ma tu nic do roboty. Zerknął jeszcze do pokoju Erriana, marszcząc czoło na widok rozwalonego instrumentu, potem obejrzał się przez ramię na Larkina. Gdy upadły wyminął go bez słowa, przekraczając próg, obrońca zawrócił na pięcie i spokojnie udał  się do siebie. Trzeba się jako-tako ogarnąć przed tym ślubem.
Larkin przymrużył groźnie burgundowe oczy, krzywiąc się. Nie skomentował jednak zastanego bałaganu, uznawszy, że jego twórca i tak nie usłyszy słów krytyki. Z jego ust wydobyło się westchnienie; wzniósł oczy do sufitu, chwilę tak trwał bez ruchu, aż wreszcie obrócił się w stronę nadal obecnych w pokoju Sheridana i Anabde.
– Do zobaczenia na ślubie – mruknął, po czym oddalił się w swoją stronę.
Gdyby przyszli chwilę później, może Anabde udałoby się jakoś do Erriana trafić. Ale chyba – tak jej się zdawało – coś zdziałała; wyrzutów sumienia i tak się nie pozbędzie, więc w sumie żadna różnica. Odetchnęła głęboko, co pozwoliło jej utrzymać maskę opanowania i dumy, po czym ruszyła w stronę wyjścia z pokoju, nie obejrzawszy się na łowcę.
Nigdy w życiu nie była na ślubie. Ale sądziła, że pomoc w rozwaleniu uroczystości przyniesie jej więcej satysfakcji niż uczestniczenie w niej.

3 komentarze:

  1. Errian magik, rozkłada panie na fortepianie, potem je znika, a potem rozwala fortepian jak rockman gitarę XD ... ;< Smutnam.
    Co do dziewicy w namiocie... nie takie rzeczy już się pisało XD Znaczy, u mnie dziewice głównie ginęły marnie, ale... XD Stare dziewice też się zdarzają. Nawet starsze niż Aithne X_X I mniej... młode ciałem.
    Ubolewam nad fortepianem ;< Ale Errian ma fajny wkurw *.* A Aithne taka głupiutka, łeh. Gdzie ona spędziła te sto lat kurde? XD
    ... no dobra, wiem gdzie ._.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... Ale on kochał ten fortepian :< Biedny Errian, Aithne jest okropna :<
      No w fantastyce różne rzeczy się zdarzają xD Ale jak potem zobaczysz, Aithne i nowatorstwo w seksie... oh well, Errian musiałby się ubezpieczyć porządnie na życie xDDD
      No :< Biedny fortepian. I tak, ja też kocham wkurw Erriana <3 Jest cudowny. Aż można się przestraszyć :3 No, Aithne to chodząca głupotka. Miejmy nadzieję, że ktoś jej przemówi do rozsądku :<

      Usuń