Mała wiedźmo!
Uważałem na siebie. Zastosowałem się do
polecenia i – o dziwo! – dotarłem do domu w jednym kawałku. Byłem ostrożny, nie
forsowałem się, kości są całe. Powinnaś być ze mnie dumna.
Zdążyłem. Na ostatnie chwile. Stałem przy
jej łóżku przez kilka godzin, a ona umierała na moich oczach – ale przynajmniej
tam byłem. To ważne. Cała rodzina: nasi rodzice, ta przeklęta szóstka bachorów
(moje rodzeństwo, się znaczy), kilkoro kuzynów, wujków i cioć, wszyscy
trwaliśmy przy jej łóżku, wpatrując się w bladą twarz i gasnące oczy.
Jednak w ostatnich chwilach zostaliśmy tam
tylko ja, matka i Callan, nasz najstarszy brat. Ailee była piękna, wiesz?
Wyszeptała mi, żebym się nie martwił, bo ona wreszcie przestanie cierpieć.
Upierała się, że jest gotowa i że już nic nie zrobimy. Ojciec posłał po medyka,
ale ten pojawił się o chwilę za późno.
Chyba faktycznie nie dało się jej odratować.
Posiedzę tu jeszcze kilka dni, rodzice
potrzebują wsparcia – wydaje mi się, że ja również go potrzebuję. Pogodzenie
się z odejściem Ailee nie będzie łatwe. Była... była takim naszym promyczkiem,
zawsze cicha, spokojna, uśmiechnięta, służyła pomocą i każdego wysłuchała.
Dlaczego zawsze odchodzą ci, którzy najbardziej zasługują na życie?
Postaram się zebrać jak najszybciej, nie
pogryźcie się z Calebem do mojego powrotu, dobrze? Właśnie, jak układa się Wam
współpraca? Zapytaj go, proszę, czy pamięta o obietnicy, jaką mi złożył –
będzie wiedział, o co chodzi. I przekaż mu pozdrowienia, to w gruncie rzeczy –
choć pewnie trudno Ci w to uwierzyć – naprawdę wartościowy, bliski mi człowiek.
Ach, zapomniałbym! Przekazałem rodzicom
słowa Caleba – chcieliby mu podziękować. Za to, że w gruncie rzeczy był tutaj z
nami, to się czuło.
Można powiedzieć, że nieco tęsknię za tą
chorą wyprawą do Perrianu. Aż ciężko mi to wytłumaczyć – była to przecież misja
niemalże samobójcza, a na dodatek płaca nijak miała się do trudności zadania.
Trzeba było współpracować z naprawdę ciężkimi indywidualnościami, no i uważać
na to, by cię nie zapluła pieniąca się Aithne.
A wiesz co? Tęsknię nawet za tą
problematyczną rudą, choć nawet mi trudno w to uwierzyć. Jednak nigdy już nie
zgodziłbym się być jej obrońcą, to pewne! Jedno mnie ciekawi – masz jakieś
wieści od nich? Co się z nimi stało? Gdzie są? Czy są razem?
Tak, będę na siebie uważał. Tak, nie będę
brał udziału w walkach. Tak, pamiętam, że kości jeszcze się nie zrosły. Nie
zabij Caleba i postaraj się nie dać mu powodu do zabicia Ciebie. I uważaj na
siebie, mała wiedźmo.
Do zobaczenia wkrótce,
Cador.
~*~
Cadorze!
Jestem z Ciebie dumna i cieszę się, że
dotarłeś w tym jednym kawałku, bo z pewnością byłeś bardziej przydatny w takiej
kondycji. To dobrze, że kości wytrzymały, martwiłam się, że nałożone wcześniej
przy leczeniu osłony mogłyby pęknąć w nieodpowiedniej chwili. Teraz już są
pewnie zneutralizowane, ale najważniejsze, że spełniły swoje zadanie.
Nie chcę pisać głupot. Po co pisać głupoty?
Na dworach zawsze uczą, że należy w liście zawrzeć to, tamto i siamto, a
wszystko inne jest zakazane i nie na miejscu – a przynajmniej tak uczono mnie.
Przy okazji usiądź prosto i nie gnieć sukienki, przeklęte sukienki, coś
strasznego. Do czego zmierzam? Zawsze wszędzie idę na okrętkę, zatem i do sensu
kiedyś dotrzemy.
To musiało boleć. Tak głęboko, naprawdę, i
choć nigdy nie miałam rodzeństwa, to rozumiem. W pewien abstrakcyjny sposób, bo
nikt bliski nie umierał na moich oczach, poniekąd rękach. Śmierć pierwszy raz
przyszła nagle i gwałtownie, zabrała wszystko, a potem to ja ją wymierzałam,
najpierw łudząc się, że to moja osobista zemsta, teraz po prostu z tego żyjąc,
co za paradoks.
Ale śmierć zawsze pozostanie okropieństwem,
zwłaszcza śmierć tych, których ceniliśmy i kochaliśmy. Nie wiem, czy
potrafiłabym dodać Ci otuchy i czy takiej otuchy ode mnie potrzebujesz, jednak
sądzę, że najważniejsze i najprawdziwsze są słowa Twojej siostry. To ona wie,
ona czuła, ona musiała być gotowa. Strasznym jest, że gotowi na to są ci,
których śmierć najbardziej dotyka, a stojący z boku często nie potrafią się
pogodzić.
Kiedyś ktoś powiedział mi, że najlepsi
spośród nas umierają młodo, bo Silthe pragnie mieć u swego boku tych
najczystszych i najwspanialszych. Gdy obserwuję to, co dzieje się wokół mnie,
zaczynam w to wierzyć – czasami tylko udaje nam się udaremnić te niecne plany,
niestety nie zawsze. Tłumaczenie jak każde inne, ale raczej nie przynosi
ukojenia.
Cóż, Caleb… nie mogę odmówić mu wielu
pozytywnych cech, jednak chyba nie znaleźliśmy jeszcze wspólnego języka. Mamy
zdanie odmienne prawie we wszystkich kwestiach – od godziny pobudki (dziś rano
prawie urwałam mu głowę pulsarem energii, naprawdę nie chciałam!) po miejsce
noclegu (że ja się niby z niebezpiecznym i podejrzanym elementem zadaję, no
pewnie). Ale staramy się nawzajem nie pozabijać.
Przekazałam to, o co prosiłeś – w odpowiedzi
otrzymałam dość ponure, całkiem chłodne spojrzenie, które odczuwam na sobie co
i rusz. Tym razem jednak chyba nawet był rozbawiony; powiedział, że, niestety,
pamięta. Cokolwiek miało to znaczyć.
Ha, Aithne! Ta dziewczyna to tak oczywista
zagadka, że nadal trudno mi ją rozgryźć. Ale rzeczywiście, Errian zmusił Cię do
nie lada wyczynu. Podołałeś całkiem dobrze, inna sprawa, że nie bardzo Ci na
wykazanie się pozwalała, może to i lepiej?
Martwię się o nich, prawdę mówiąc. Oboje jak
nie z tego świata, jakby nie znali rzeczywistości, a jednak odnajdują się w
najdziwniejszych momentach – choćby ten Perrian, cholerne Elestren, ja traciłam
głowę, Errian pozostał spokojny. Aithne zawsze traci głowę, ale to temat na
inną dyskusję, naprawdę.
Niestety nie wiem, czy ktoś prócz nas żyje.
Nawet gdybym chciała – tfu, nawet skoro chcę! – nie mam pojęcia, jak się z nimi
skontaktować. Gdzie są? Jak im się wiedzie, czy jest sens odgrzebywać te
kontakty? Właściwie bym się nie pogniewała. Brakuje mi ich szaleństw, tak barwnej
grupy jeszcze nie spotkałam.
Na wszelki wypadek uruchomię moje kontakty,
uczulę ich na określone osoby, a nuż na kogoś od nas się natkną – wtedy dowiem
się o tym pierwsza i postaram się Cię jak najszybciej poinformować.
Mam nadzieję, że list zastanie Cię w dobrym
zdrowiu – tak powinnam napisać jako Ariene Tenshi, ale zamiast tego napiszę, że
masz pilnować tyłów i nie dać nikomu obić swoich pleców, bo to jest moja rola!
Ariene.
~*~
Mała wiedźmo!
Przede wszystkim cieszę się, że oboje
jeszcze żyjecie. I że postanowiłaś odpisać.
Pilnowanie tyłów brzmi zdecydowanie lepiej,
panienko Tenshi. Chociaż obijanie moich pleców już nie, ale o tym porozmawiamy
innym razem.
Naprawdę żałuję. Żałuję, że to wszystko się
rozleciało. Nawet nie wiem dlaczego, w końcu nasza drużyna była zlepkiem
skrajnych i dodatkowo kontrastujących ze sobą indywidualności – nadal nie mogę
uwierzyć w to, że się wszyscy w Perrianie nie pozabijaliśmy. A jednak brakuje
mi tej atmosfery, magicznego „czegoś”, co nas połączyło. I ten kontakt – jakim
cudem nie zadbaliśmy o to, by móc się w razie czego odnaleźć? Może to te
charaktery. Mimo wszystko ja również nie narzekałbym, gdybyśmy się wszyscy
przypadkowo – lub nieprzypadkowo! – znowu spotkali. Bo... chyba jednak warto.
Aithne i Errian, hm? Tak, ci to są naprawdę
nie z tego świata. Czasem aż mi go było żal, z rudą małpą nie miał chłopak
łatwo. Jeszcze się odnajdą. A jak nie, to my im w tym pomożemy – nie wiem jak,
ale pomożemy! Co Ty na to, mała wiedźmo?
Wytrzymasz z Calebem. Tak, już widzę, jak
uśmiechasz się niedowierzająco, czytając to zdanie. Jednak jeśli kiedykolwiek,
broń Silthe, wpadniesz w poważne tarapaty, przekonasz się o jego wartości.
Tymczasem – nie daj mu wejść sobie na głowę!
A kiedy trzeba, kopnij go w dupę, masz moje
błogosławieństwo.
Piszę tak bez wyrzutów sumienia, bo mnie to
nikt nigdy nie uczył etykiety i innych bzdet – mnie uczyli, jak ładnie
odrąbywać głowy, żeby się za dużo krwi nie rozlało. I że warto umierać za
innych. W sumie miałem dość ciekawe dzieciństwo, którego nie zamieniłbym na
żadne inne.
Cador.
~*~
Cadorze!
Rozbawiłeś mnie trochę. Myślałeś, że co,
zachichotam złośliwie, zwinę list w kulkę i podrzucę najbliższemu
przechodniowi, byle na złość Ci zrobić i nie odpisać? Uważaj, bo ktoś się
niedługo ze ścianami bliżej pozna.
Uruchomiłam kontakty, kiedy zatrzymaliśmy
się w nieco większym mieście. Niesamowite, poznaj jedną pomniejszą siatkę
przestępczą, a każda droga stoi dla ciebie otworem, nie przestanie mnie to
fascynować.
W każdym razie poprosiłam o informacje,
gdyby spotkali kogoś z naszej drużyny. Podejrzewam, że najszybciej wsypie się
Sheridan, jest charakterystyczny i obracamy się prawie w tym samym środowisku.
Ewentualnie Anabde. A jeśli dorwę te dwie indywidualności cholerne, to już nic
nie będzie niemożliwe, naprawdę.
Nie miał łatwo, ale jednak nie można mu
odmówić tej radości z krótkich chwil, kiedy łatwiej było. Biedny, zakochany
idiota – biedny do tego stopnia, że postanowiłam go trochę oszczędzić, bo
zawsze mnie takie osoby niezmiernie bawiły.
On się naprawdę starał, by dotrzeć do
Aithne, i sądząc po jej ucieczce, chyba mu się udało. I bardzo chętnie wesprę
Cię w misji pomagania tym małym sierotkom. A pomyśleć, że Aithne to w istocie
taka stara baba…
No cóż, co do Caleba, to podejrzewam, że
prędzej sami sobie poważnie zagrozimy niż pojedynczo wpadniemy w tarapaty. Nie
wytrzymam z nim ani dnia dłużej, ale on nie sprawia wrażenia, jakby zamierzał
sobie dokądkolwiek iść. Przynajmniej nie upiera się, żeby spać ze mną w jednym
łóżku – bo tak ciągle mnie pilnuje. Co prawda normalnie nie zostałby zauważony,
skubany nieźle się potrafi maskować, ale czuję te jego bursztynowe gały na
plecach niemalże bez przerwy.
Gdyby chociaż tych pobudek nie robił dwie
godziny przed świtem…
Moje dzieciństwo, skoro już sobie
wspominamy, było bardzo nudne z początku. Etykieta, bale, sukienki,
dystyngowane towarzystwo, nauka, jeszcze więcej balów… Po czym spalili mi dom,
prawie mnie zabijając, trafiłam do organizacji złodziei oraz skrytobójców i oto
tu jestem, krytykowana przez pewnego upierdliwego myśliwego za wszystko, co
robię, cudownie.
Muszę jednak przyznać, że miło wspominam
czas w gildii, byli tam wartościowi, wbrew pozorom, ludzie. Trudno mi teraz
powiedzieć, czemu uciekłam – trochę żałuję, a trochę wcale, kobieca logika.
Tak sobie myślę, że czas odwiedzić rodzinne
zgliszcza. Spróbować pochować ciała, jeśli jakieś jeszcze zostały, albo zrobić
symboliczne groby. Tak, to chyba dobry pomysł. Po tylu latach – czas najwyższy.
Może uda mi się zgubić Caleba po drodze.
Trzymaj się tam.
Ariene.
~*~
Mała wiedźmo!
Z jednej strony żałuję, że nie mogę Ci
towarzyszyć w wyprawie do rodzinnych stron. Z drugiej strony, jeśli poczułaś
taką potrzebę – i znalazłaś w sobie wystarczająco dużo siły – nie czekaj ani
chwili dłużej. Zresztą chyba jednak lepiej, gdy przejdziesz przez to samodzielnie.
Och. Caleb. Po prostu nie zwracaj na niego
uwagi, da się?
Hej no, przepraszam bardzo, ale kto tam te
wiedźmy wie! Już zdążyłem się przekonać (zresztą, nie tylko ja, Errian też Ci
to kiedyś powiedział), że jesteś złośliwa i okropna; można się po Tobie
spodziewać wszystkiego.
Trzymam kciuki. Nie będę pytał o to, jak
ważna byłaś w tej swojej grupie przestępczej, że ciągle Cię pamiętają i chętnie
wyświadczają Ci przysługi – niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć. Oby udało
się jak najszybciej odnaleźć tych naszych towarzyszy. Ja jutro opuszczam dom,
wyruszam w drogę, więc i my się szybko odnajdziemy, mała wiedźmo.
Aithne musiała dużo w życiu przejść. W sumie
nadal nie wiem, co się wydarzyło między nią a Errianem, że zdecydowała się
zbiec. Swoją drogą to było trochę zaskakujące, ona raczej nie sprawia wrażenia
osoby uciekającej od problemów.
Co do Sheridana i Anabde – właśnie, dwie
trudne indywidualności, ich zażyłość nieco mnie przerażała, Ciebie nie?
Musisz wytrzymać z Calebem jeszcze mniej
więcej tydzień, wcześniej nie zdążę do was dotrzeć. On... no, nie denerwuj się
na niego, że tak Cię pilnuje, dobrze? I nie sądzę, byś musiała się martwić o
to, że będziecie spać w jednym łóżku. Zdecydowanie.
Miałaś dość ciekawe życie, panienko Tenshi.
I niełatwe, trzeba przyznać, że mimo takich przeżyć wyrosła z Ciebie naprawdę
wartościowa osoba. Ale pomyśl sobie tak – gdybyś nie uciekła z gildii, nigdy
nie trafiłabyś do Perrianu, prawda? Nigdy nie wybrałabyś się na bezcelową,
niebezpieczną misję, nigdy nie musiałabyś rozwalać własnego ślubu; z drugiej
strony nigdy byśmy się nie poznali. Nic nie dzieje się bez przyczyny, dlatego
niczego nie powinno się żałować.
Moje dzieciństwo było dużo bardziej
kolorowe. Ot, treningi, siniaki, rany, blizny, trochę mordowania i bardzo dużo
krwi. Miło je wspominam, no i zawsze chętnie wracam do domu. Właśnie, mama
kazała pozdrowić również Ciebie; obiecałem jej, że kiedyś do nas wpadniesz,
więc nie masz już wyjścia!
Wytrzymaj nerwowo z Calebem i pilnuj się.
Cador.
~*~
Cadorze!
Zawitałam w, hm, domu, o ile można tak
jeszcze te ruiny nazywać. Ku niezadowoleniu Caleba, któremu nie w smak było
wyjeżdżanie na sam koniec Estrille, ale jak powiedziałam, że ostatecznie pojadę
sama, bardzo szybko się spakował. Ten człowiek to jedna irytująca zagadka,
naprawdę.
Ciał nie znalazłam – nie zdziwiłam się.
Właściwie nie znalazłam… prawie nic. Ot, gruzy, zwęglone belki, zniszczone
meble, potłuczone szkło i różne trudne do zidentyfikowania bibeloty. Cały dzień
robiłam stosy pogrzebowe dla każdego z rezydencji, znowu denerwując tym Caleba.
Bo zrobiłam je sama, odmówiłam jakiejkolwiek pomocy – byłam im to winna. Nawet
nie bolało tak bardzo, życie skrytobójczyni uodporniło mnie… na to wszystko.
Ładne zdanie o mnie masz, panie obrońco.
Zapamiętam to sobie, jak znowu będziesz konał gdzieś po rowach, uważaj lepiej.
Z Calebem dotarliśmy już bliżej bardziej
zamieszkanych rejonów Estrille, kilka dni temu dostałam wiadomość, że widziano
Sheridana w jednym z miast, podobno była przy okazji ładna burda. Napisałam do
niego, średnio licząc na odpowiedź i, nie zgadniesz – dorwałam od razu Erriana.
Nie wiem, co ten chłopak robi z kochanym łowcą, ale się spotkali.
Ulżyło mi, kiedy dowiedziałam się, że żyją,
choć list był… lakoniczny. Dwie linijki, z czego półtora linijki to
pozdrowienia od Erriana spisane jego ręką. Sheridan musiał być zachwycony.
Muszę przyznać, że zdumiewają mnie obie te
pary – Anabde i Sheridan rzeczywiście trochę niepokoili, ale niepokoili tym, że
się nie pozabijali, Aithne i Errian natomiast… czasami wyglądało, jakby jedno
drugie miało zabić. Chłopak jednak działał na tę rudą wariatkę dziwnie
uspokajająco; podzielam Twoje zdanie, widać po niej, że coś się w jej życiu
ciężkiego zdarzyło. I widać, że o tym nikomu nie mówi.
A co, Caleb woli chłopców? Wybacz, kiepski
żart.
No nic, tydzień chyba jeszcze zdzierżę, mam
nadzieję. Nie jest taki zły w gruncie rzeczy, aczkolwiek mógłby być lepszy. W
karczmie wydawał się bardziej otwarty, teraz się wycofał. Zawsze myślałam, że
znam się na ludziach, ale on jest trudny do rozpracowania, przyznaję szczerze.
Właśnie dlatego bardziej nie żałuję niż
żałuję! Po prostu czasami żal mi tych wszystkich osób, które zostawiłam przy
młodzieńczym buncie hormonów. Z drugiej strony co i rusz kogoś spotykam,
ostatnio Starego Teda widziałam, naszego wielkiego, starego Casanovę, którego
najtrwalszą kochanką była wódka. Facet obrabiał kieszenie jak nikt, mówię Ci,
raz nawet mnie okradł. Miło było staruszka spotkać, zawsze służył radą w
gildii.
O rany, brzmi groźnie. Daj znać trochę
wcześniej, żebym się przygotowała psychicznie, bo dawno w cywilizowanej
rodzinie nie byłam. Ani jakiejkolwiek innej wspólnocie, ha. Grupie. Cokolwiek.
Zresztą sam widziałeś, w jakie towarzystwo wpadam – Perrian najlepszym przykładem,
chociaż to już było niezłą przesadą!
Mam nadzieję, że u Ciebie nadal w porządku –
w końcu nie wiadomo, kiedy list Cię odnajdzie.
Ariene.
~*~
– Nie ma mowy.
Ariene
zacisnęła z irytacją usta, czując, że jeszcze chwila, a komuś naprawdę stanie
się nieodwracalna krzywda. Spojrzała swojemu towarzyszowi prosto w oczy, gotowa
do odparcia każdego argumentu.
– Co ci znowu
nie pasuje? – spytała nadal względnie opanowana. – Jest dość tanio, ale warunki
są w porządku. Jedną noc przecież przeżyjemy, jak boisz się spać sam w pokoju,
to cię przygarnę – dodała, marszcząc czoło.
– Nie ufam
takim miejscom – uparł się ze stoickim spokojem Caleb, przypatrując się Ariene
krytycznie. – Sam fakt, że czujesz się w nich jak ryba w wodzie, jest dość
niepokojący, ale czy raz możemy zrobić po mojemu?
– A czy raz
możemy się nie pokłócić o miejsce noclegu? – warknęła, miażdżąc mężczyznę
wzrokiem, jednak on był na to całkowicie odporny.
– Za późno,
właśnie się kłócimy. Poszukajmy bardziej… cywilizowanego lokalu – zaproponował
dość ugodowo, chwytając ramię wiedźmy i popychając ją głębiej w zatłoczoną
ulicę.
– Sugerujesz,
że moi znajomi nie są cywilizowani? – podchwyciła, najeżona jak rozjuszona
kotka.
Co zabawne, w
ten sposób wyglądała prawie każda ich rozmowa, rzadko udawało im się pogadać i
się nie pokłócić koniec końców. Z jednej strony można się przyzwyczaić, z
drugiej chyba uwarunkowanie genetyczne sprawiało, że działali sobie na nerwy.
– Sugeruję, że
lepiej skończyć dyskusję – poprawił ją Caleb, zaszczycając nieco krzywym
uśmiechem.
Kilkanaście
metrów dalej, tuż za rogiem, rozgorzała inna dysputa. Dziewczyna o lekkiej,
opadającej na czoło grzywce i przestraszonych wyglądem okolicy oczach w kolorze
fiołków naciągała właśnie rękawy swetra, chcąc ukryć w materiale zmarznięte
dłonie. Jej towarzyszka przyjrzała się uważnie jej minie, mrużąc z
niezadowoleniem powieki.
– Nie moja
wina, że nie mamy funduszy na lepszy nocleg. Żresz tyle, co postawny facet,
pieniądze mi się kończą – zastrzegła, wracając spojrzeniem do ulicy, ulicy
brudnej i pełnej mniej lub bardziej wiarygodnych typków. – A z faceta miałabym
przynajmniej jakieś korzyści – dodała, uśmiechając się wymownie.
Dziewczyna o
fiołkowych oczach otworzyła je szeroko, patrząc na towarzyszkę z wyraźnym
zwątpieniem. Ona nie miała zamiaru jakkolwiek reagować, więc po chwili
fiołkowooka westchnęła ciężko.
– Zimno –
burknęła, nadal walcząc z rękawami.
Anabde
zgromiła ją spojrzeniem, coraz bardziej poirytowana. Nauczyła się jednak, że
zabranianie Leanelle marudzenia nie przynosi żadnych skutków, toteż odetchnęła
głęboko dla uspokojenia i uniosła kącik ust w uśmiechu bardziej złośliwym.
– Słabeusz –
mruknęła w odpowiedzi.
Zgodnie z jej
przewidywaniami, Leanelle wciągnęła głośno powietrze, fuknęła niezadowolona i
zamknęła się.
Minęły właśnie
róg ulicy i Leanelle nadal wesoło szła naprzód, gdy zorientowała się, że
zgubiła gdzieś swoją towarzyszkę. Odwróciła się i zobaczyła, że Anabde
wmurowało, wyraźnie zapatrzoną w coś w pobliskim zaułku. Zmarszczone czoło
kobiety sugerowało, że zastany widok ją zaskoczył – to było dziwne, bo jedyne,
co zauważyła Leanelle, to kłócąca się para.
– Znasz ich? –
zapytała zaciekawiona, podchodząc bliżej przyjaciółki i zatrzymując się w
odpowiedniej odległości przed nią.
Anabde jakby
nie zwróciła na nią uwagi.
– No proszę,
szybko znalazła sobie zastępstwo za chłopaków – mruknęła pod nosem.
Leanelle
przechyliła głowę, skojarzyła fakty i zainteresowała się brunetką, która
właśnie piorunowała swego partnera wzrokiem. Ocena kobiety pochłonęła ją do
tego stopnia, że nie zauważyła, kiedy Anabde ruszyła w stronę znajomej.
– Hej! –
zawołała niezadowolona, ruszając truchtem, by dogonić towarzyszkę.
– Ktoś się
zbliża – mruknął półgębkiem Caleb, chwytając nadgarstek Ariene z dużą siłą,
jakby chciał ją upomnieć za wybór okolicy.
– Tak, zeżre
nas żywcem, a potem wyżyje się na naszych trupach. Albo na odwrót – parsknęła
wściekła, najpierw miażdżąc kolegę kolejnym groźnym spojrzeniem, szafirowa
barwa tęczówek nasiliła się.
– Trudno
wyżywać się na zjedzonych trupach – uświadomił jej myśliwy, posławszy
pobłażający uśmiech, po czym obrócił się przodem do zmierzającej do nich
kobiety.
Przyjrzał się
burzy rudych włosów, lśniącym szarym oczom, twarzy o ślicznych, dość
drapieżnych rysach. W krótkiej, powierzchownej ocenie doszedł do wniosku, że
nieznajoma oraz Ariene bardzo się różnią. Odniósł jednocześnie wrażenie, że z
charakterkiem może być inaczej – zdawało się, że są dość podobne na pewnych
płaszczyznach, choć równocześnie na pewno zupełnie inne.
Zmrużył
bursztynowe oczy, jeszcze ułamek sekundy świdrując obcą czujnym, przeszywającym
wzrokiem.
– Nie jest
groźna – zawyrokował wreszcie, jakże bezmyślnie.
Ariene w końcu
wypatrzyła w tłumie osobę, o której mówił Caleb. Najpierw wytrzeszczyła oczy,
potem się zająknęła, by w końcu parsknąć niedowierzającym, serdecznym śmiechem.
Myśliwego nieco zdziwiło szczęście, jakie wymalowało się na twarzy wiedźmy, ale
nie pytał, znów tylko obserwując.
– Wreszcie się
sromotnie pomyliłeś! – rzuciła jeszcze do niego Ariene z mściwą satysfakcją, po
czym wyrwała do przodu na spotkanie nekromantki. – Anabde! – zawołała
niedowierzająco.
Reakcja Anabde
była mniej wyraźna. Nadal szła spokojnym, wręcz powolnym krokiem, dumnie
wyprostowana, na malinowych wargach tańczył subtelny uśmiech. Jednak jej radość
ze spotkania nie ustępowała uczuciom Ariene; kto znał pannę Sasare, mógł
dostrzec to w iskrzących się oczach.
Leanelle
wpatrzyła się w plecy maszerującej Anabde, która najwyraźniej nie miała zamiaru
zatrzymać się, by na nią poczekać. Dodatkowo usłyszała, że faktycznie –
brunetka jej towarzyszkę zna i najwyraźniej, sądząc po brzmieniu głosu, lubią
się.
Pewnie zostaną
z nimi na dłużej. A tam jest facet.
– Do dupy –
burknęła pod nosem, obejmując się ramionami.
Wreszcie
Anabde zatrzymała się, poświęcając chwilę na dokładne przyjrzenie się brunetce.
Wyglądała... dobrze. Jakby nic się nie zmieniło od ich ostatniego spotkania,
tylko wypoczęła wreszcie trochę – a przecież minęło już kilka miesięcy.
Nekromantka,
zadowolona z takich spostrzeżeń, wróciła spojrzeniem do szafirowych oczu.
– Ariene –
odpowiedziała.
Miękko,
zawierając w tym krótkim słowie całą ulgę, jaką odczuła w tej chwili.
Zerknęła w
bok, bruneta obdarzając ostrzejszym spojrzeniem, w którym pojawiła się pewna
nieufność.
– Wymieniłaś
Larkina i Cadora na niego? – mruknęła wyjątkowo złośliwie, obdarzając wiedźmę
takim typowo swoim uśmieszkiem.
Specjalistka
od przyjacielskich powitań – Anabde Sasare!
W tym samym
czasie Leanelle dogoniła wreszcie swoją niewdzięczną towarzyszkę. Zatrzymała
się z boku, częściowo ukrywając się za Anabde; żywiła głupią nadzieję, że może
nie zostanie zauważona. Raczej nie patrzyła na nikogo – ot, na chwilę zerknęła
na nieznajomych, ledwie na mgnienie oka, potem wpatrzyła się w ziemię.
Przygryzła wargę i grzecznie czekała, w nerwach znów wracając do wyciągania
rękawów swetra. Coś czuję, że biedny sweter nie pożyje za długo.
– A idź! –
parsknęła z niezadowoleniem Ariene i machnęła Calebowi tuż przed nosem dłonią,
prawie go uderzając.
Myśliwy nawet
nie drgnął, tylko kącik jego ust uniósł się w pełnym przekąsu uśmieszku. Choć
ciężko siebie nawzajem z wiedźmą znosili, przez cały ten spędzony razem czas
poznali się nadzwyczaj dobrze i mężczyzna domyślał się z zaskakująca
przejrzystością, co zaraz jego śliczna towarzyszka powie.
– Mogę ci go
oddać za złamanego miedziaka, chcesz? – wystosowała kuszącą propozycję. – Nie, nawet
dopłacę. To przyjaciel Cadora i uczepił się do mnie… zdecydowanie zbyt dawno
temu. Idź sobie – przypomniała po raz trzeci tego dnia, bo akurat była okazja,
a myśliwy musiał usłyszeć dzienną normę.
– Tu mi dobrze
– mruknął zwięźle i na tym poprzestał, na chwilę zawieszając spojrzenie na
dziewczynie, która właśnie do nich dołączyła.
Szybko stracił
nią zainteresowanie.
– Ale mi nie!
Menda – warknęła Ariene, oburzona tym nieprzerwanym oporem. – Już ci to kilka
razy tłumaczyłam. To jest, tak przy okazji… – zwróciła się znów do Anabde z
nieco krzywym uśmiechem.
– Caleb –
wszedł jej w słowo myśliwy. – Cador jeszcze chce cię odnaleźć, dlatego mnie
potrzebujesz.
– No właśnie
wcale nie jesteś mi potrzebny – warknęła wiedźma, nastroszywszy się jak
wściekła kotka, po czym uśmiechnęła się serdecznie do Anabde. – Spotkałaś kogoś
jeszcze? – spytała, by zaraz dostrzec nieznajomą dziewczynę za nekromantką. –
To twoja towarzyszka?
Anabde
przechyliła głowę, przyglądając się im z wyraźnym rozbawieniem. Nie chciała
komentować, ale to ich przekomarzanie dziwnie się jej kojarzyło; różnica była
taka, że jak był tu Cador, wiedźma uśmiechała się zdecydowanie śliczniej.
Gdy mężczyzna
się jej przedstawił, znów przeniosła na niego spojrzenie, patrząc odważnie
prosto w miodowe tęczówki.
– Anabde
Sasare – odpowiedziała.
Zmrużyła
nieznacznie powieki, zanotowała kolejnych kilka spostrzeżeń, po czym zerknęła
na Ariene z bardziej łobuzerskim uśmiechem.
– Przemyślę
twoją propozycję – zapewniła spokojnie.
Leanelle
przeklęła w myślach boga za to, że nie obdarzył jej zdolnością znikania na
życzenie. Później pisnęła cicho, bo oto znalazła się twarzą w twarz z
nieznajomymi – Anabde niespodziewanie zrobiła krok w bok, a Leanelle nie
zdążyła zareagować, by znów się za nią schować.
– Ekhm. –
Panna Sasare odchrząknęła znacząco, patrząc na nią z wyraźną naganą.
Leanelle
zacisnęła niezadowolona wargi i uniosła głowę, tak, jak uczyła ją jej
towarzyszka. Nie odważyła się jednak spojrzeć im w prosto w twarz.
– Leanelle – przedstawiła
się grzecznie, a gdy tylko to zrobiła, Anabde uśmiechnęła się zadowolona.
Z jej oczu
biło nietypowe ciepło, jakby była dumna ze swojej podopiecznej.
– Miło mi
poznać – zwróciła się do wyraźnie nieśmiałej dziewczyny Ariene, po czym
westchnęła i rozejrzała się po ulicy. – Znacie tu może przyzwoitą gospodę?
Niektórzy boją się kilku oprychów – rzuciła zgryźliwie w powietrze.
– Nie mam siły
wyobrażać sobie, co by mi Cador urwał, gdybym cię wpuścił do którejś z tych
karczm – mruknął cicho Caleb, nie patrząc na towarzyszące mu panie; wzrokiem
wodził dokoła, ale zdawało się, że nie dostrzega niczego.
Było wprost
przeciwnie – widział wszystko.
– A wiesz, co
ja ci mogę urwać, jak stracę cierpliwość? – syknęła Ariene, znów się strosząc
ze złością.
– Domyślam
się, że bardzo bym za tym czymś tęsknił – skwitował myśliwy i wreszcie
zaszczycił wiedźmę wzrokiem.
– Niezmiernie
– przytaknęła, uśmiechając się zjadliwie.
– Niech cię
nie zwiedzie, ona wcale nie jest taka urocza – ostrzegła Anabde, obdarzając
Leanelle krzywym, a przy tym nieco wyzywającym uśmiechem.
W odpowiedzi
dziewczyna spojrzała na nią spode łba, robiąc nieładną minę – wyszło co
najmniej pociesznie.
Anabde
grzecznie przeczekała kolejną uroczą wymianę zdań, nawet zdawała się czerpać ze
słuchania towarzyszy rozrywkę. Gdy kwestie urywania bądź nieurywania różnych
ważnych elementów ciała zostały uregulowane, a ona wyciągnęła mieszek z
pieniędzmi i przeliczyła monety przeznaczone na nocleg, postanowiła wrócić do
porzuconego tematu.
– Zależy co
uważasz za „przyzwoite” – zauważyła rozsądnie. – Niemniej jednak nie sądzę, by
nas było stać na pokój w bezpiecznej dzielnicy. Ktoś strasznie dużo je. –
Niestety, nie powstrzymała się od rzucenia oskarżycielskiego spojrzenia w
stronę nadal obrażonej Leanelle.
– No cóż –
westchnęła Ariene i sama wydobyła z torby mieszek ze swoimi oraz Caleba
pieniędzmi; już jakiś czas temu przesypali wszystko, co mieli, do jednej
sakiewki, bo nie było sensu dzielić tego na więcej. – Gdybym nie musiała komuś
kupować konia… – zaczęła nader znacząco oraz zgryźliwie, zerknąwszy równie
oskarżycielsko, co Anabde przed chwila na Leanelle, na Caleba
Myśliwy nie
zwrócił na nią uwagi, poprawił tylko swój pstrokaty płaszcz i sprawdził, czy nadal
wszystko w ukochanej torbie jest na miejscu. Pewnie by poczuł, gdyby ktoś
spróbował go okraść, ale i tak wolał nie ryzykować.
– O Silthe,
tragedia – jęknęła wiedźma, przesunąwszy palcem kilka monet. – Chyba przyzwoita
będzie, tak na moje oko… ta – mruknęła zdegustowana i wskazała najbliższy, mało
zachęcający przybytek.
– Posłaniec –
zakomunikował wtedy Caleb, dostrzegłszy w tłumie nerwowo maszerującego
młodzieńca. – Idzie w naszą stronę.
Ariene z
pewnym opóźnieniem zorientowała się, o czym też myśliwy mówił, ale kiedy
zrozumiała, w jednej chwili rozpromieniła się. W jej oczach pojawiła się
jednocześnie nadzieja oraz radość, obróciła się przodem do nieznajomego,
wpatrując się w niego oczekująco. Bardzo chciała, żeby się Caleb teraz nie
pomylił, tak bardzo, że aż sama wolała sobie tego w pełni nie uświadamiać.
– Ariene
Tenshi? – spytał młodzieniec, zatrzymując się przed grupką i kierując swoje
słowa do wiedźmy.
– To ja –
przytaknęła całkowicie spokojnie, co kontrastowało z wyrazem jej oczu.
– List. Od… –
zaczął, grzebiąc w torbie.
Znalazł
kopertę i wyciągnął ją do adresatki.
– Wiem –
przerwała mu w pół zdania i nieco zbyt szybko list zabrała, nie mogąc
powstrzymać uśmiechu. – Caleb, zajmij się panem – poprosiła od razu, już
pochłonięta bez reszty otwieraniem koperty.
Myśliwy
westchnął i wreszcie uśmiechnął się widocznie oraz całkiem szczerze. Nawet on
tak się nie cieszył, kiedy przyjaciel do niego pisał po długim okresie
niewidzenia się. Pokręcił głową, zabrał od niej mieszek i odliczył z niego
należność dla posłańca.
Ariene
przeniosła ciężar ciała na jedną nogę i bez skrępowania pogrążyła się w
lekturze na samym środku ulicy, jakby nic ważniejszego od listu teraz nie
istniało.
Mała wiedźmo!
Ostatnio przeczucie podpowiedziało mi, że zdarzy
się coś niezwykłego; jak wiesz, przeczucie nigdy mnie nie zawodzi. W związku z
tym pozwolę sobie pominąć stosowny wstęp i przejdę do meritum sprawy – nie
zgadniesz, kogo dzisiaj spotkałem.
Zacznijmy od tego, że trudno jej nie
zauważyć. Jest jazgotliwa i jaskrawa – to drugie nawet dosłownie, przynajmniej
jeśli chodzi o barwę włosów. Ma dar do pakowania się w najróżniejsze kłopoty, a
dzisiaj zarobiłem od niej w szczękę (zarzekała się później, że celowała w
takiego innego, ale skończyło się paskudnym siniakiem na mojej twarzy). Ma
kilka piegów na nosie, groźne, granatowe oczy i wyjątkowo szeroki zasób słów,
kiedy przychodzi do bluzgania na Silthe ducha winnych ludzi. Jestem pewien, że
doskonale wiesz, o kogo chodzi, ale dam Ci ostatnią wskazówkę – zakochany jest
w niej pewien biedny, niewinny mag o złotym sercu, który chyba dopiero zaczął
sobie zdawać sprawę z tego, w co się wpakował. A przynajmniej uświadomił to
sobie wtedy, kiedy mu zwiała z łóżka.
Dość niezwykłe, prawda? To jest, wpadłem na
nią zupełnym przypadkiem. A dokładniej to wpadł na nią mój uczeń, Aidan. Biedny
chłopak uwierzył, że ruszy damie na pomoc, a trafił na Aithne – skończyło się
jak się skończyło, on wylądował na stole, ja zarobiłem w szczękę, musieliśmy
wspólnymi siłami przekonywać paru dwumetrowych panów o pokojowych zamiarach
(zamiary przestały być pokojowe, a panowie pewnie nadal liczą guzy), a na
koniec jeszcze na nas nawarczała. Nawet nie wiesz, jak się cieszyłem z tego
spotkania, kiedy tak bluzgała, coś niesamowitego.
Aidan zwątpił w to, jakich ludzi ja znam –
będę musiał się trochę napracować, żeby odbudować swój nieskazitelny autorytet.
Ale Aithne do nas dołączyła. Będę jej pilnował; zastanawiam się, czy na noc jej
nie przywiązywać do siebie łańcuchem, żeby nie wycięła kolejnego numeru. Daruję
sobie jednak, bo nie zanosi się na to, by miała opuszczać nasze skromne grono.
Wygląda na to, że ona też tęskniła.
Zupełnym zbiegiem okoliczności jako pierwszy
odnalazłem kogoś z naszej wesołej brygady – szkoda, że się nie założyliśmy. Ale
zachciało mi się uwierzyć, że może uda nam się odnaleźć wszystkich. Errian na
pewno w końcu wpadnie na trop Aithne, a reszta... na resztę też pewnie jakoś
trafimy. Kurczowo trzymam się tej myśli.
Tymczasem dzielnie maszerujemy wam na
spotkanie. Mam nadzieję, że porzuciłaś myśli o pozbyciu się Caleba i
wytrzymacie jeszcze trochę – weź pod uwagę, że mamy do przebycia pół Lostaru,
więc podróż trochę nam zajmie. Z towarzystwem Aithne zapewne dwa razy dłużej,
nie, żebym komuś coś wypominał. Ale w końcu na siebie trafimy.
Szczerze? Nie mogę się doczekać.
Trzymaj się.
Cador.
Kolejne
miasteczko, które odwiedził, nie było specjalnie zatłoczone. Omijał duże
miejscowości, starając się kierować intuicją w wyborze postojów. Cel miał jeden
– tylko to cel ruchomy, w dodatku jego poczynania stanowiły wielką niewiadomą.
Nie zamierzał
się jednak przejmować, musiał ją odnaleźć. Nic innego się, tak naprawdę, nie
liczyło. Prawdopodobnie źle się do tego zabierał, prawdopodobnie powinien
zadziałać tak, by nigdy nie dopuścić do tej sytuacji, ale coś poszło nie tak.
Wszystko ciągle szło nie tak, aż od wjazdu do Perrianu – co za los.
Może to
klątwa? Albo inne cholerstwo, co to diabli nadali. Ewentualnie sukienka, to
było złośliwe bydlę. Najpewniej dlatego, że poznali się w warunkach mało
sprzyjających, na kacu nawet puchate koteczki mogą przeobrazić się w
śmiertelnego wroga, zwłaszcza jak zaczną miauczeć.
Przekroczył
próg dość zadymionej karczmy, wchodząc w gwar rozmów i zostawiając za sobą
ciszę prawie pustej ulicy. Różnica okazała się bardzo wyraźna, właściwie
zwalająca z nóg, zupełnie jakby znalazł się w odmiennym diametralnie świecie.
Aż na chwilę przystanął, ogarniając wzrokiem ruchliwość panującą w
pomieszczeniu i próbując dostosować własne tempo do tutejszego – przybytek
gromadził zdecydowanie element podejrzany; normalnie pewnie by go ominął, nie
chcąc ryzykować konfliktu z tymi zacnymi osobistościami.
Dzisiaj jednak
wybrał to miejsce z pełną świadomością podejmowanej decyzji. W stronę taniej
gospody pchnęła go wiedza, że Aithne nie posiadała zbyt wielu pieniędzy, zatem
w droższych karczmach na pewno się nie zatrzymała, poza tym w takim otoczeniu
najszybciej dostatnie nowe zadanie. Szansa, że uda się mu ją spotkać, była
bliska zeru, ale nie tracił nadziei. Szanse na wiele rzeczy ostatnimi czasy
bliskie były zeru, a jakoś szło, może pójdzie i tym razem.
Nadzieja matką głupich – skarcił się w
duchu, mimowolnie się uśmiechając. Całkowicie do tego opisu pasował, bo przez
pewną dziewczynę zupełnie zgłupiał. Z drugiej strony nie wyobrażał sobie, by
mógł przejść nad jej odejściem do porządku dziennego, zwyczajnie zaakceptować
to zniknięcie.
Nie potrafił
wygonić jej ze swojej głowy, zajmowała prawie wszystkie jego myśli, nie był w
stanie na niczym się porządnie skupić – co i rusz rozglądał się dokoła
bezwiednie, szukając wzrokiem rudej, rozczochranej głowy i emanujących
nienawiścią do świata granatowych oczu. Nie panował też nad przypominaniem
sobie jej całej ciągle od nowa, jakby się bał, że jej obraz zniknie, rozpłynie
się, już całkowicie ją straci. Dlatego musiał pamiętać nawet najmniejszy
szczegół, jej piegi, blizny przecinające nierówną linią ciało, tatuaż na
plecach.
Gdy w dzień
przeklętego ślubu przyszedł rano do Margaret i poprosił o umożliwienie sprawnej
ucieczki, kucharka spytała, co się dokładnie stało. Musiała to dostrzec w jego
spojrzeniu i choć nie potrafił jej odpowiedzieć, to domyśliła się sama.
Stwierdziła z pewnym absurdalnym wtedy dla niego rozbawieniem, że wyraźnie jest
już stracony dla świata.
W tamtym
momencie nie zwrócił uwagi na jej słowa, nie miał do tego głowy, ale teraz,
stojąc w progu jakże sympatycznego przybytku, musiał się z nią zgodzić. Kiedy
nie było przy nim Aithne, przestawał myśleć logicznie, to ona go mobilizowała
do wszystkiego – potem jej zabrakło i liczyło się już tylko jej odzyskanie.
Przeczesał
wzrokiem gości karczmy, odruchowo sprawdzając, czy nie widzi wytęsknionej
czupryny. Czupryn było dużo, jedne potargane, inne pod czapkami, kolejnym
daleko było do miana czupryn, głowy świeciły wygoloną skórą. Ani śladu.
Westchnął
cicho i ruszył do lady, ślepy na spojrzenia, które obróciły się w jego stronę.
Musiał naprawdę dziwnie wyglądać, jego płaszcz nie był w strzępach, w dodatku z
dobrego materiału, buty tylko trochę zakurzone, ubranie eleganckie jak na
tutejsze standardy. Na pewno na wejściu zyskał sympatię oraz aprobatę
zebranych, dobre pierwsze wrażenie to podstawa.
Wypatrzył
wolne miejsce i usiadł na nim tuż przy ladzie, przekładając na wszelki wypadek
torbę na kolana, gdyby ktoś zapragnął zapoznać się z jego skromnym ekwipunkiem
podróżnym. Nie było go dużo, ale i tak o te kilka bambetli za dużo, w ogóle z
jakiej racji posiadał jakąkolwiek torbę? Tak, z torbą na kolanach cieplej.
Przymrużył
oczy i postanowił cierpliwie poczekać, aż barman sam zwróci na niego uwagę, w
końcu nigdzie się mu nie spieszyło. W dalszą drogę wyruszy dopiero rano, chyba
że się mu poszczęści i niespodziewanie odszuka swoją zgubę. Wciąż naiwnie w to
wierzył, podświadomie przypominając sobie słowa, które usłyszał od Anabde.
Chwile zwątpienia były – czy nie dała mu tylko zgubnej nadziei? – ale szybko
mijały. To dobrze.
Wreszcie
został zauważony, barman ruszył do niego wolnym krokiem, mierząc gościa
podejrzliwym spojrzeniem, jakby to on, biedny Errian, stwarzał zagrożenie dla
pozostałych obecnych w karczmie, nie, z całym szacunkiem, na odwrót. Młody mag
postanowił niechęć zignorować, uśmiechnął się uprzejmie i podłapał kontakt
wzrokowy. To chyba pogorszyło jego sytuację, o ile jeszcze się dało.
– Czy ktoś
niedawno wszczynał tu bójkę? – zadał cokolwiek dziwne pytanie, obserwując
mężczyznę uważnie.
Krępująca
chwila milczenia trwała krótko, za krótko, żeby rozkojarzony młodzieniec ją
podłapał. Na swoje nieszczęście.
– Codziennie
ktoś się tu tłucze – burknął karczmarz, opierając się łokciem na ladzie i
zawisając przed wyprostowanym elegancko Errianem (domowe nawyki kiedyś go
zgubią) cokolwiek groźnie, jakby szykował się do wyrzucenia klienta z
przybytku.
– A
dziewczyna? Walczyła jakaś, na oko dwudziestokilkuletnia? – nie zraził się
młodzieniec, nadal nie tracąc swego ożywienia, aczkolwiek zaczynając wątpić.
Gdyby tu była,
już pewnie by coś zmalowała, ten spokój mówił sam za siebie. Ale nie mógł
pozwolić sobie na niedopatrzenie!
– Widzisz tu
jakiekolwiek dziewczyny? – parsknął barman, krzywiąc się wymownie; wyraźnie
tracił cierpliwość, cokolwiek lichą od początku rozmowy, niewątpliwie także
planował rychłe pozbycie się niewygodnego natręta.
– Czyli nie
spotkałeś żadnej rudej najemniczki? – nie podłapał podprogowego przekazu
Errian. – Na pierwszy rzut oka wygląda jak chłopak, zawsze chodzi w płaszczu,
często z kapturem. Jest głośna, pyskata i nerwowa, dużo warczy – podał
dokładniejszy rysopis, mając nadzieję, że to odświeży mężczyźnie pamięć.
Aithne była
bardzo charakterystyczna, jeśli się tu pojawiła, nie mogli jej nie zauważyć.
Karczmarz jednak nie sprawiał wrażenia kogoś, kto doznał nagłej iluminacji,
raczej wyglądał na coraz bardziej złego. Errian tego nie dostrzegł – bądź
dostrzec nie chciał – szukając w myślach kolejnej cechy, która mogła pomóc w
rozmowie i doprowadzić do wyjawienia niezwykle cennej, może nawet kluczowej
informacji.
– Pojawia się
wszędzie z siwą klaczą i rozmawia z nią jak z człowiekiem – dodał zaraz, nadal
wierząc, że dowie się dosłownie czegokolwiek konstruktywnego.
Ktoś musiał ją
gdzieś widzieć, nie rozpłynęła się przecież w powietrzu.
– Słuchaj,
kochasiu – warknął barman, wychylając się mocniej do przodu, przez co trochę
przytłoczył maga swoją osobą. – Radzę ci się stąd wynosić, zanim twoje pytania
kogoś zdenerwują – dodał z groźną miną, rzuciwszy wymowne spojrzenie zebranej
przy stolikach gawiedzi. – Widzisz tu jakąś dziewczynę? Nie. Więc won –
zakomunikował krótko.
Errian nie
odczuł strachu, raczej odniósł wrażenie, jakby ktoś wylał mu na głowę kubeł
zimnej wody. Odpowiedział na spojrzenie mężczyzny z nieco zgubną pewnością
siebie oraz stoickim spokojem; tylko lekko zmrużył oczy, obserwując rozmówcę z
niejaką poznawczą ciekawością, jakby go oceniał. Wreszcie uśmiechnął się
uprzejmie, choć uśmiech nie odbił się w jego wzroku.
– W porządku –
zgodził się grzecznie. – Rzeczywiście nie widzę tu żadnej dziewczyny, nie da
się ukryć. Dziękuję za nieocenioną pomoc oraz miłą pogawędkę – dodał, odsuwając
się od lady i wstając ze swojego miejsca.
Mężczyzna
przyglądał się mu morderczo, jakby nieszczęsny chłopak co najmniej go okradł
albo jakkolwiek inaczej skrzywdził. Errian bez większego trudu zdobył się na
zignorowanie wrogiej postawy, skinął barmanowi głową, uznawszy, że czas
najwyższy karczmę opuścić. Dlatego poprawił torbę na ramieniu i udał się do
drzwi; noc lepiej spędzić tam, gdzie nikt gardła poderżnąć nie będzie próbował.
Ledwie
przekroczył próg, wchodząc w półmrok wieczoru i w nim znikając, od stolików w
gospodzie podniosła się siedmioosobowa grupa mężczyzn. Nie wyglądali nader
przyjaźnie, kiedy wymienili ponure spojrzenia, mruknęli do siebie coś
niewyraźnego, pokiwali głowami, pochrząkali, by na końcu podążyć śladem młodzieńca.
Zamiary ich z pewnością nie do końca były czyste oraz niewinne, co dało się
dostrzec na pierwszy rzut oka, ale nikt nie zareagował.
Chwilę potem
od stolika w kącie wstał ktoś jeszcze. Nałożył ciemny płaszcz i ruszył długimi
krokami do drzwi, wcisnąwszy ręce do kieszeni odzienia. Tym razem pozostali
goście zaczęli się niespokojnie wiercić na krzesłach, patrząc z niepokojem na
nieznajomego.
Zostali przez
niego zignorowani, ale odetchnęli dopiero, kiedy ten też zniknął za
zamykającymi się drzwiami.
Na ulicach
było mało ludzi – pewnie przez ciemność. Szedł drogą swobodnym, spokojnym
krokiem, zawiesiwszy wzrok na niewidzialnym punkcie przed sobą. Budynki zdawały
się otaczać go ponurym, groźnym murem, słabe oświetlenie tej dzielnicy dodawało
mrokom głębi.
Nie zawiódł
się tym, że jej nie znalazł. Zwiedził już kilka miast – bez powodzenia jak na
razie, co nie powinno specjalnie dziwić. Poruszał się w końcu po omacku,
przecież nic o niej, tak naprawdę, nie wiedział. Kiedy to sobie uświadamiał z
coraz większą wyrazistością, coś jakby w nim przymierało – a na pewno gasło.
Dość boleśnie. Ale to nie było ważne, liczyło się tylko odnalezienie jej, potem
sobie poradzi ze wszystkim.
Czyli teraz
sprawdzi jeszcze dwie, może trzy gospody, zanim rano wyruszy dalej. Może do
większego miasta? Powinien jej poszukać także w takim miejscu, trzeba
wykorzystać każdą możliwość. Przydałoby się również coś zarobić, może ktoś
będzie potrzebował usług maga elementalisty, w końcu czasy niespokojne i takie
tam.
Ale nie mógł
sobie pozwolić na czasochłonne zajęcie, priorytet stanowiło odszukanie
zbuntowanego aniołka. Zbuntowanego, trudnego w kontaktach, bezczelnego i
porywczego w wielu negatywnych tego słowa aspektach aniołka. W coś ty się
wpakował.
Usłyszał za
sobą kroki, ale nie zwrócił na nie uwagi, skupiony na planowaniu następnych
poczynań. Nieznacznie się tylko napiął, bardziej podświadomie, zorientowawszy
się, że podąża za nim grupa osób. Nie musieli jednak podążać do niego, zatem
nie przejął się tym spostrzeżeniem i nie raczył się odwrócić. Ważniejsze było
to, że przed świtem pójdzie po Korala, zapłaci za boks i ruszy dalej, bo szkoda
czasu. Musiał jechać za pracą, czyli tam, gdzie udałaby się Aithne.
Wtedy poczuł
mocne pchnięcie w ramię, stracił równowagę i poleciał bezwładnie na bok, na
ścianę pobliskiej kamienicy. Zabolało, trochę zamroczyło, ale zaskoczenie nie
wywarło oczekiwanego efektu – ten element taktyczny nie dał przeciwnikom aż tak
dużej przewagi, jak by chcieli.
Kiedy do niego
dopadli, błyskawicznie go otaczając, on nadal był spokojny, w milczeniu
przygotował się do walki. Nie przejął się przykładanym do gardła ostrzem,
śmiało spoglądając na mężczyzn, prawie jakby rzucał im wyzwanie. Najwyraźniej
za dużo przebywał w towarzystwie Aithne.
Jego oczy
przybrały intensywniejszą barwę błękitu, zupełnie jakby lśniły wewnętrznym,
dość niepokojącym blaskiem.
– Wyskakuj z
forsy, paniczyku – warknął uzbrojony, który teraz trzymał Erriana pod ostrzem,
szczerząc w złości krzywe zęby, co nie prezentowało się zbyt uroczo.
– Zabierz tę
zabawkę, bo zrobisz sobie krzywdę – odparł młody mag, unosząc z uprzejmym
zainteresowaniem brew.
Zamiast
strachu czy złości czuł irytację, bo przecież tylko go opóźniali.
Sztylet
mocniej przywarł do szyi Erriana, przecinając skórę. Ciepła krew stoczyła się z
rany, wsiąkła w koszulę chłopaka, zostawiając za sobą czerwonawe, wąskie
szlaki. Trzeba będzie jeszcze cholerstwo wyprać, niech to szlag.
– Kasę możemy
zabrać też z twojego ścierwa – zastrzegł mężczyzna, a jego kompani potwierdzili
to niepisane prawo rabusiów serdecznym, gardłowym rechotem.
Errian
skrzywił się, nie potrafiąc już dłużej ukrywać narastającej irytacji. Nie
przejął się raną, mógł to później uleczyć, bardziej chyba zmartwiła go plama na
ubraniu. Ale najbardziej to zdenerwowało go to, że do tej pory dotarłby już do
następnej karczmy, gdzie szukałby dalej Aithne.
– Nie mam na
to czasu – warknął zimnym głosem, mrużąc niepokojąco błyszczące oczy, co dało
całkiem mocny efekt wizualny.
Ostrze
sztyletu błyskawicznie pokryło się grubą warstwą lodu i w następnej sekundzie
klinga z trzaskiem pękła. Kawałki oszronionego metalu posypały się na bruk w
idealnej ciszy, śledzone zdumionymi spojrzeniami łotrów. Dopiero kiedy z
brzdękiem uderzyły o kamienie, mężczyźni otrzeźwieli.
– Ty
skurwysynie! – zawołał właściciel zniszczonej broni, chyba nie do końca
zadowolony z tego, jak skończył jego nieszczęsny sztylet.
Wymierzył cios
w szczękę Erriana, czego młodzieniec nie zdołał zablokować – zwyczajnie się nie
spodziewał, że kretyni rzucą się na maga z pięściami. Siła uderzenia pozbawiła
go, już kolejny raz tego wieczoru, równowagi, zatoczył się głębiej w uliczkę,
czując posmak krwi w ustach. Chyba przegryzł sobie wargę, niech to szlag.
Spróbował się
wyprostować, ale szum w głowie znacząco to utrudnił, dlatego na wszelki wypadek
uwolnił dość słaby impuls magiczny. To ocaliło go przed atakiem drugiego draba;
pęd, który w ułamku sekund wyrósł z ziemi, odtrącił silnie przeciwnika.
Przez ten czas
Errian pozbierał się na tyle, by samemu przystąpić do ofensywy. Nie chciał
robić za dużego zamieszania przy pomocy czarów, nauczył się unikania tego,
dlatego zdecydował się na konwencjonalne metody, zresztą przeciwnicy wydawali
się mocno zdeprymowani.
Skoczył do
najbliżej stojącego mężczyzny i sprawnie wyprowadził cios, co prawda trochę na
oślep, ale na pewno w stronę twarzy; chrupnęło, poczuł na knykciach coś
ciepłego – chyba złamał mu nos. Zamierzał w tym momencie odskoczyć w bok i
wybiec z uliczki, ale przewaga liczebna przeciwnika boleśnie mu to
uniemożliwiła.
Ktoś złapał go
za ramiona i przytrzymał, następny uderzył w brzuch, pozbawiając tchu na
nieznośnie długą chwilę. Ból zamroczył Erriana, mag rozpaczliwie i trochę po
omacku poszukał pokładów magii. Dyskrecja dyskrecją, ale jeśli zamierzają
przejrzeć zawartość jego jamy brzusznej, a z co ładniejszych okazów zrobić
biżuterię, to on podziękuje.
Wypuścił nie
do końca ukształtowany, dość chwiejny impuls mentalny, nie mogąc się na nim
dostatecznie skupić, by energię opanować.
Poczuł, jak
ten impuls zderza się z innym, po czym zostaje wchłonięty przez o wiele
potężniejszą jaźń.
W następnej
chwili przeciwnicy go puścili, co znów zachwiało równowagą maga, rozległ się
huk upadających bezwładnie ciał. Podczas gdy mężczyźni podnosili się,
pojękując, Errian odzyskał ostrość widzenia i rozejrzał się za kimś, kto
właśnie interweniował. Niby miło z jego strony, ale…
Dostrzegł w
wejściu do zaułka wysoką postać, wydało się mu, że dodatkowo dziwnie znajomą.
Miał już jednak dość kłopotów – pamiętał to wrażenie potęgi sprzed zaledwie
kilku sekund, lepiej nie ryzykować rozerwaniem na strzępy w następnej
kolejności. Skumulował energię na zaklęcie żywiołu, napinając w oczekiwaniu
mięśnie. Uciec chyba zdoła, jeśli zajdzie taka potrzeba, uciekanie nie szło mu
aż tak źle w sumie.
Przybysz wyjął
jedną rękę z kieszeni i przyłożył dwa palce – wskazujący oraz środkowy – do
skroni, salutując. Wraz z tym gestem Errian wypuścił powietrze z płuc, od razu,
trochę wbrew rozsądkowi, się rozluźniając. Z całkowitym spokojem, tak
irracjonalnym dla zwykłego człowieka, patrzył, jak za plecami nowego towarzysza
rozpościerają się błoniaste, szerokie skrzydła. Młodzieniec mógłby dać sobie
całe prawe ramię uciąć, że mężczyzna właśnie uśmiechnął się szyderczo pod
nosem, ukazując ostre zęby.
Errian także się
uśmiechnął, co zdecydowanie nie zrobiło aż takiego wrażenia.
– Cześć,
dzieciaku – odezwał się wybawca, ruszając głębiej w zaułek.
– Cześć,
Sheridan – przywitał się mag, przyglądając się znajomemu z pewnym
niedowierzaniem.
Uściślając
fakty, łowca dusz był naprawdę ostatnią osobą, którą widział w roli kogoś
ratującego jego skórę. Spodziewał się wszystkiego, ale nie jego. Co nie
znaczyło, że nie ucieszył go ten widok; choć Sheridan stanowił dość
kontrowersyjną postać, to jednak zapałał do niego sympatią. Specyficzną – no,
ale w końcu mowa o kimś, kto postanowił udomowić pewne głośne, bardzo dzikie,
rude zwierzątko.
– Kto jak kto,
ale do mordobicia lepiej nadaje się już nawet rude rozczochrane niż ty –
skwitował w międzyczasie łowca, zwracając spojrzenie dziko lśniących, zielonych
oczu na podnoszących się z ziemi bandytów.
– Zauważyłem –
mruknął rozbawiony młodzieniec, pocierając wymownie posiniaczoną szczękę.
Z jakiegoś
powodu wydawało się mu, że gorzej by jednak ta szczęka wyglądała, gdyby Aithne
kiedykolwiek udało się w nią trafić.
– Przytrzymaj
tych dwóch z lewej – polecił Sheridan, bez skrępowania zmieniając temat, bo i
zmienił obiekt zainteresowania, teraz obserwował z pewną sadystyczną
przyjemnością przerażenie emanujące od podpierających ściany mężczyzn.
Prosty lud
drżał na samą wzmiankę o Przeklętych, nie wspominając nawet o możliwości
spotkania jakiegoś. Tym sam wzrastała nienawiść do tej części magicznych,
zetknięcie z którymkolwiek przedstawicielem uważano za omen rychłej śmierci.
Idąc tym tokiem rozumowania, Errian był trupem już od ładnych paru tygodni, jak
nie miesięcy nawet. Najwyraźniej lepiej jednak się z Przeklętymi przyjaźnić niż
próbować się z nimi mordować.
– Do usług –
odparł mag, uwalniając wcześniej przygotowany czar, dzięki czemu z ziemi
wyrosły grube pędy, oplatając się wokół nóg wybranych osób. – Na co ci oni? –
zainteresował się wtedy, patrząc, jak pozostali rzucają się, rychło w czas, do
ucieczki.
Mogli to
zrobić po unicestwieniu sztyletu, ich wola.
Sheridan
podszedł do uwięzionych leniwym krokiem, wcisnąwszy ręce z powrotem do kieszeni
płaszcza. Do kieszeni spodni nie mógł, kieszenie spodni były pod płaszczem. Nie
wyglądał jednak nie nieszczęśliwego, wręcz przeciwnie – zwłaszcza gdy
obserwował panikujących mężczyzn.
– Skoro już
się pofatygowałem, to zamierzam wyciągnąć z tego korzyści. Dawno nie wyrywałem
duszy na siłę, widok będzie nieprzyjemny – ostrzegł kolegę wspaniałomyślnie,
straciwszy nim już zainteresowanie, teraz miażdżył spojrzeniem pierwszą ofiarę.
Errian poczuł
nieprzyjemny ucisk w żołądku, ale zachował dobrą minę do złej gry. Postanowił
podejść do tego bardziej naukowo – nigdy nie widział posilającego się łowcy,
więc była to dobra okazja do poszerzenia swojej wiedzy. Oraz perspektyw. I
zwężenia zapotrzebowania na jakiekolwiek pokarmy na dzień, może dwa.
– Smacznego –
pożyczył grzecznie.
Sheridan
zaśmiał się cicho i ochryple, ale ten dźwięk szybko utonął w nieludzkim wrzasku
mężczyzny. Errian wyczuł magiczne drgnięcie powietrza, ta potęga przytłoczyła
nawet jego umysł, choć doskonale wiedział, że jest całkowicie bezpieczny.
Przynajmniej w tym momencie. Nie podejrzewał Sheridana o haniebną zdradę,
raczej martwił się definicją „nieprzyjemnego widoku”. Oberwanie w głowę
oderwaną czaszką może być katastrofalne w skutkach.
Sama scena
rzeczywiście do ładnych nie należała – mężczyzna krzyczał, szarpał się,
szlochał i wył, szamocąc się w magicznym więzieniu stworzonym przez Erriana, a
łowca wpatrywał się w niego nieustępliwie, uśmiechając się dziko. Od samego
patrzenia na ten uśmiech dałoby się oszaleć. Wreszcie rozległo się wilgotne
mlaśnięcie, coś chrupnęło i po czole oraz skroniach ofiary obficie pociekła
krew.
Nieruchome
ciało zwaliło się bez życia na ziemię.
Z drugim
mężczyzną proces się powtórzył, pod koniec jednak z jego głowy oraz czaszki
(która tak martwiła do tej pory Erriana) została krwawa, obrzydliwa miazga.
Młody mag zmarszczył czoło, przyglądając się temu z pewnym obrzydzeniem. Cóż,
widok niezbyt przyjemny, ale Sheridan zdawał się być wyjątkowo ucieszony.
– Zmiażdżyłeś
im czaszki – stwierdził fakt Errian, na wypadek gdyby się łowca nie zorientował
w ferworze walki, nie ukrywając pewnego zdumienia.
To musiała być
niewyobrażalna siła, w dodatku siła naciskająca od wewnątrz, nie od zewnątrz.
Analiza prezencji rozkwaszonego mózgu oraz kości nasuwała młodzieńcowi taki
właśnie wniosek.
– Nie byłem
delikatny – zgodził się spokojnie Sheridan, mrużąc z zadowoleniem oczy. –
Najczęściej polowania odbywają się w inny sposób, a na koniec ofiary prawie
dobrowolnie oddają mi swoje dusze. – Obrócił się do towarzysza, ponownie
przykładając dwa palce do skroni. – Nie mów, że nadstawiasz karku z tęsknoty za
rudym rozczochranym – płynnie i bez skrępowania zmienił temat.
Errian z
odpowiedzią poczekał, aż skrzydła łowcy znowu znikną. Informacje przyjął do
wiadomości, domyślał się, że zwykle przedstawienie wygląda inaczej. Ciekawe,
czy Sheridan specjalnie zafundował mu te wieczorne atrakcje, sadystyczny dupek.
Na przekór
radosnym myślom uśmiechnął się na poły z rozbawieniem, na poły ze smutkiem.
– Najszybciej
znajdę Aithne w takich miejscach – zauważył dość rozsądnie. – Przede wszystkim
dlatego, że najczęściej się tam biją – dodał z pewną dobrze zamaskowaną
samokrytyką, bo właśnie przed chwilą z tego powodu prawie nie stracił uzębienia.
– Jednak
jesteś skończonym kretynem – zawyrokował niepodważalnym tonem Sheridan,
wymijając Erriana i ruszając z powrotem do głównej ulicy.
– Jednak
jestem – zgodził się bezradnie, przykładając dłoń do rany na szyi i podążając
śladem łowcy.
Cholerna
koszula, teraz się jeszcze lepi do skóry.
– A co z nimi?
– zainteresował się marnymi resztkami zostawionymi przez towarzysza,
obejrzawszy się na nie przez ramię.
– Psy zjedzą
ścierwa, mięso jest dobre – skwitował krótko Sheridan, skręcając bez najmniejszego
wahania w prawo; najwyraźniej już wiedział, dokąd idzie.
– Wierzę na
słowo – mruknął skonsternowany Errian, nie powstrzymawszy się od mimowolnego
wzdrygnięcia. – Jak mnie znalazłeś? – dodał od razu, woląc zmienić temat
uroczej pogawędki, i przywołał czar leczący.
Rozcięcie
zasklepiło się bardzo szybko, pozostało tylko uczucie swędzenia oraz
zasychająca na skórze krew. Ariene była jednak dobrą nauczycielką, co
podsumował w myślach z lekkim uśmiechem.
– Tylko ty
potrafisz wejść do karczmy o najgorszej reputacji w mieście i rozpytywać o rudą
dziewczynę gadającą z koniem – uzmysłowił mu Sheridan, zwalniając kroku, żeby
mag nadążał. – Masz ochotę na coś mocniejszego? – spytał niespodziewanie prawie
z zainteresowaniem, spoglądając na niższego kolegę.
Od łowcy,
prawdę mówiąc, chyba każdy był niższy.
– Byle w
bardziej przyjaznym otoczeniu – zastrzegł Errian z rozbawieniem.
– A jak
poszukiwania mojego ulubionego tytanu umysłu? – powrócił do poprzedniego tematu
Sheridan, szczerząc sarkastycznie ostre zęby w niepokojącym uśmiechu.
Chyba
brakowało mu szydzenia z pewnego rudego rozczochranego czegoś.
– Jak kamień w
wodę – przyznał niechętnie mag, uciekając spojrzeniem w bok.
To była jego
największa porażka, co tu dużo mówić.
– Co ma
wisieć, nie utonie – wysilił się na bezduszne pocieszenie biednego, zgnębionego
kolegi.
– Uważaj,
łowco, prowokujesz maga elementalistę. Mogę ci zwinąć podłoże spod nóg –
mruknął niższym głosem Errian, trochę zirytowany tą filozofią.
Po tak długich
poszukiwaniach mógł się zrobić nieco drażliwy.
– Kolejny
zakochany kretyn ryzykuje swoim życiem, typowe – parsknął z dezaprobatą
Sheridan, wywracając wymownie oczami.
Errian
uśmiechnął się szeroko. To zdecydowanie nienormalne, ale ucieszył się, że
spotkał łowcę – zawsze raźniej siedzieć nad kuflem we dwóch.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz