niedziela, 16 grudnia 2012

48. Zalążek spisku



Mała wiedźmo!

Uważałem na siebie. Zastosowałem się do polecenia i – o dziwo! – dotarłem do domu w jednym kawałku. Byłem ostrożny, nie forsowałem się, kości są całe. Powinnaś być ze mnie dumna.
Zdążyłem. Na ostatnie chwile. Stałem przy jej łóżku przez kilka godzin, a ona umierała na moich oczach – ale przynajmniej tam byłem. To ważne. Cała rodzina: nasi rodzice, ta przeklęta szóstka bachorów (moje rodzeństwo, się znaczy), kilkoro kuzynów, wujków i cioć, wszyscy trwaliśmy przy jej łóżku, wpatrując się w bladą twarz i gasnące oczy.
Jednak w ostatnich chwilach zostaliśmy tam tylko ja, matka i Callan, nasz najstarszy brat. Ailee była piękna, wiesz? Wyszeptała mi, żebym się nie martwił, bo ona wreszcie przestanie cierpieć. Upierała się, że jest gotowa i że już nic nie zrobimy. Ojciec posłał po medyka, ale ten pojawił się o chwilę za późno.
Chyba faktycznie nie dało się jej odratować.
Posiedzę tu jeszcze kilka dni, rodzice potrzebują wsparcia – wydaje mi się, że ja również go potrzebuję. Pogodzenie się z odejściem Ailee nie będzie łatwe. Była... była takim naszym promyczkiem, zawsze cicha, spokojna, uśmiechnięta, służyła pomocą i każdego wysłuchała. Dlaczego zawsze odchodzą ci, którzy najbardziej zasługują na życie?
Postaram się zebrać jak najszybciej, nie pogryźcie się z Calebem do mojego powrotu, dobrze? Właśnie, jak układa się Wam współpraca? Zapytaj go, proszę, czy pamięta o obietnicy, jaką mi złożył – będzie wiedział, o co chodzi. I przekaż mu pozdrowienia, to w gruncie rzeczy – choć pewnie trudno Ci w to uwierzyć – naprawdę wartościowy, bliski mi człowiek.
Ach, zapomniałbym! Przekazałem rodzicom słowa Caleba – chcieliby mu podziękować. Za to, że w gruncie rzeczy był tutaj z nami, to się czuło.
Można powiedzieć, że nieco tęsknię za tą chorą wyprawą do Perrianu. Aż ciężko mi to wytłumaczyć – była to przecież misja niemalże samobójcza, a na dodatek płaca nijak miała się do trudności zadania. Trzeba było współpracować z naprawdę ciężkimi indywidualnościami, no i uważać na to, by cię nie zapluła pieniąca się Aithne.
A wiesz co? Tęsknię nawet za tą problematyczną rudą, choć nawet mi trudno w to uwierzyć. Jednak nigdy już nie zgodziłbym się być jej obrońcą, to pewne! Jedno mnie ciekawi – masz jakieś wieści od nich? Co się z nimi stało? Gdzie są? Czy są razem?
Tak, będę na siebie uważał. Tak, nie będę brał udziału w walkach. Tak, pamiętam, że kości jeszcze się nie zrosły. Nie zabij Caleba i postaraj się nie dać mu powodu do zabicia Ciebie. I uważaj na siebie, mała wiedźmo.
Do zobaczenia wkrótce,

Cador.

~*~

Cadorze!

Jestem z Ciebie dumna i cieszę się, że dotarłeś w tym jednym kawałku, bo z pewnością byłeś bardziej przydatny w takiej kondycji. To dobrze, że kości wytrzymały, martwiłam się, że nałożone wcześniej przy leczeniu osłony mogłyby pęknąć w nieodpowiedniej chwili. Teraz już są pewnie zneutralizowane, ale najważniejsze, że spełniły swoje zadanie.
Nie chcę pisać głupot. Po co pisać głupoty? Na dworach zawsze uczą, że należy w liście zawrzeć to, tamto i siamto, a wszystko inne jest zakazane i nie na miejscu – a przynajmniej tak uczono mnie. Przy okazji usiądź prosto i nie gnieć sukienki, przeklęte sukienki, coś strasznego. Do czego zmierzam? Zawsze wszędzie idę na okrętkę, zatem i do sensu kiedyś dotrzemy.
To musiało boleć. Tak głęboko, naprawdę, i choć nigdy nie miałam rodzeństwa, to rozumiem. W pewien abstrakcyjny sposób, bo nikt bliski nie umierał na moich oczach, poniekąd rękach. Śmierć pierwszy raz przyszła nagle i gwałtownie, zabrała wszystko, a potem to ja ją wymierzałam, najpierw łudząc się, że to moja osobista zemsta, teraz po prostu z tego żyjąc, co za paradoks.
Ale śmierć zawsze pozostanie okropieństwem, zwłaszcza śmierć tych, których ceniliśmy i kochaliśmy. Nie wiem, czy potrafiłabym dodać Ci otuchy i czy takiej otuchy ode mnie potrzebujesz, jednak sądzę, że najważniejsze i najprawdziwsze są słowa Twojej siostry. To ona wie, ona czuła, ona musiała być gotowa. Strasznym jest, że gotowi na to są ci, których śmierć najbardziej dotyka, a stojący z boku często nie potrafią się pogodzić.
Kiedyś ktoś powiedział mi, że najlepsi spośród nas umierają młodo, bo Silthe pragnie mieć u swego boku tych najczystszych i najwspanialszych. Gdy obserwuję to, co dzieje się wokół mnie, zaczynam w to wierzyć – czasami tylko udaje nam się udaremnić te niecne plany, niestety nie zawsze. Tłumaczenie jak każde inne, ale raczej nie przynosi ukojenia.
Cóż, Caleb… nie mogę odmówić mu wielu pozytywnych cech, jednak chyba nie znaleźliśmy jeszcze wspólnego języka. Mamy zdanie odmienne prawie we wszystkich kwestiach – od godziny pobudki (dziś rano prawie urwałam mu głowę pulsarem energii, naprawdę nie chciałam!) po miejsce noclegu (że ja się niby z niebezpiecznym i podejrzanym elementem zadaję, no pewnie). Ale staramy się nawzajem nie pozabijać.
Przekazałam to, o co prosiłeś – w odpowiedzi otrzymałam dość ponure, całkiem chłodne spojrzenie, które odczuwam na sobie co i rusz. Tym razem jednak chyba nawet był rozbawiony; powiedział, że, niestety, pamięta. Cokolwiek miało to znaczyć.
Ha, Aithne! Ta dziewczyna to tak oczywista zagadka, że nadal trudno mi ją rozgryźć. Ale rzeczywiście, Errian zmusił Cię do nie lada wyczynu. Podołałeś całkiem dobrze, inna sprawa, że nie bardzo Ci na wykazanie się pozwalała, może to i lepiej?
Martwię się o nich, prawdę mówiąc. Oboje jak nie z tego świata, jakby nie znali rzeczywistości, a jednak odnajdują się w najdziwniejszych momentach – choćby ten Perrian, cholerne Elestren, ja traciłam głowę, Errian pozostał spokojny. Aithne zawsze traci głowę, ale to temat na inną dyskusję, naprawdę.
Niestety nie wiem, czy ktoś prócz nas żyje. Nawet gdybym chciała – tfu, nawet skoro chcę! – nie mam pojęcia, jak się z nimi skontaktować. Gdzie są? Jak im się wiedzie, czy jest sens odgrzebywać te kontakty? Właściwie bym się nie pogniewała. Brakuje mi ich szaleństw, tak barwnej grupy jeszcze nie spotkałam.
Na wszelki wypadek uruchomię moje kontakty, uczulę ich na określone osoby, a nuż na kogoś od nas się natkną – wtedy dowiem się o tym pierwsza i postaram się Cię jak najszybciej poinformować.
Mam nadzieję, że list zastanie Cię w dobrym zdrowiu – tak powinnam napisać jako Ariene Tenshi, ale zamiast tego napiszę, że masz pilnować tyłów i nie dać nikomu obić swoich pleców, bo to jest moja rola!

Ariene.

~*~

Mała wiedźmo!

Przede wszystkim cieszę się, że oboje jeszcze żyjecie. I że postanowiłaś odpisać.
Pilnowanie tyłów brzmi zdecydowanie lepiej, panienko Tenshi. Chociaż obijanie moich pleców już nie, ale o tym porozmawiamy innym razem.
Naprawdę żałuję. Żałuję, że to wszystko się rozleciało. Nawet nie wiem dlaczego, w końcu nasza drużyna była zlepkiem skrajnych i dodatkowo kontrastujących ze sobą indywidualności – nadal nie mogę uwierzyć w to, że się wszyscy w Perrianie nie pozabijaliśmy. A jednak brakuje mi tej atmosfery, magicznego „czegoś”, co nas połączyło. I ten kontakt – jakim cudem nie zadbaliśmy o to, by móc się w razie czego odnaleźć? Może to te charaktery. Mimo wszystko ja również nie narzekałbym, gdybyśmy się wszyscy przypadkowo – lub nieprzypadkowo! – znowu spotkali. Bo... chyba jednak warto.
Aithne i Errian, hm? Tak, ci to są naprawdę nie z tego świata. Czasem aż mi go było żal, z rudą małpą nie miał chłopak łatwo. Jeszcze się odnajdą. A jak nie, to my im w tym pomożemy – nie wiem jak, ale pomożemy! Co Ty na to, mała wiedźmo?
Wytrzymasz z Calebem. Tak, już widzę, jak uśmiechasz się niedowierzająco, czytając to zdanie. Jednak jeśli kiedykolwiek, broń Silthe, wpadniesz w poważne tarapaty, przekonasz się o jego wartości. Tymczasem – nie daj mu wejść sobie na głowę!
A kiedy trzeba, kopnij go w dupę, masz moje błogosławieństwo.
Piszę tak bez wyrzutów sumienia, bo mnie to nikt nigdy nie uczył etykiety i innych bzdet – mnie uczyli, jak ładnie odrąbywać głowy, żeby się za dużo krwi nie rozlało. I że warto umierać za innych. W sumie miałem dość ciekawe dzieciństwo, którego nie zamieniłbym na żadne inne.

Cador.

~*~

Cadorze!

Rozbawiłeś mnie trochę. Myślałeś, że co, zachichotam złośliwie, zwinę list w kulkę i podrzucę najbliższemu przechodniowi, byle na złość Ci zrobić i nie odpisać? Uważaj, bo ktoś się niedługo ze ścianami bliżej pozna.
Uruchomiłam kontakty, kiedy zatrzymaliśmy się w nieco większym mieście. Niesamowite, poznaj jedną pomniejszą siatkę przestępczą, a każda droga stoi dla ciebie otworem, nie przestanie mnie to fascynować.
W każdym razie poprosiłam o informacje, gdyby spotkali kogoś z naszej drużyny. Podejrzewam, że najszybciej wsypie się Sheridan, jest charakterystyczny i obracamy się prawie w tym samym środowisku. Ewentualnie Anabde. A jeśli dorwę te dwie indywidualności cholerne, to już nic nie będzie niemożliwe, naprawdę.
Nie miał łatwo, ale jednak nie można mu odmówić tej radości z krótkich chwil, kiedy łatwiej było. Biedny, zakochany idiota – biedny do tego stopnia, że postanowiłam go trochę oszczędzić, bo zawsze mnie takie osoby niezmiernie bawiły.
On się naprawdę starał, by dotrzeć do Aithne, i sądząc po jej ucieczce, chyba mu się udało. I bardzo chętnie wesprę Cię w misji pomagania tym małym sierotkom. A pomyśleć, że Aithne to w istocie taka stara baba…
No cóż, co do Caleba, to podejrzewam, że prędzej sami sobie poważnie zagrozimy niż pojedynczo wpadniemy w tarapaty. Nie wytrzymam z nim ani dnia dłużej, ale on nie sprawia wrażenia, jakby zamierzał sobie dokądkolwiek iść. Przynajmniej nie upiera się, żeby spać ze mną w jednym łóżku – bo tak ciągle mnie pilnuje. Co prawda normalnie nie zostałby zauważony, skubany nieźle się potrafi maskować, ale czuję te jego bursztynowe gały na plecach niemalże bez przerwy.
Gdyby chociaż tych pobudek nie robił dwie godziny przed świtem…
Moje dzieciństwo, skoro już sobie wspominamy, było bardzo nudne z początku. Etykieta, bale, sukienki, dystyngowane towarzystwo, nauka, jeszcze więcej balów… Po czym spalili mi dom, prawie mnie zabijając, trafiłam do organizacji złodziei oraz skrytobójców i oto tu jestem, krytykowana przez pewnego upierdliwego myśliwego za wszystko, co robię, cudownie.
Muszę jednak przyznać, że miło wspominam czas w gildii, byli tam wartościowi, wbrew pozorom, ludzie. Trudno mi teraz powiedzieć, czemu uciekłam – trochę żałuję, a trochę wcale, kobieca logika.
Tak sobie myślę, że czas odwiedzić rodzinne zgliszcza. Spróbować pochować ciała, jeśli jakieś jeszcze zostały, albo zrobić symboliczne groby. Tak, to chyba dobry pomysł. Po tylu latach – czas najwyższy. Może uda mi się zgubić Caleba po drodze.
Trzymaj się tam.

Ariene.

~*~

Mała wiedźmo!

Z jednej strony żałuję, że nie mogę Ci towarzyszyć w wyprawie do rodzinnych stron. Z drugiej strony, jeśli poczułaś taką potrzebę – i znalazłaś w sobie wystarczająco dużo siły – nie czekaj ani chwili dłużej. Zresztą chyba jednak lepiej, gdy przejdziesz przez to samodzielnie.
Och. Caleb. Po prostu nie zwracaj na niego uwagi, da się?
Hej no, przepraszam bardzo, ale kto tam te wiedźmy wie! Już zdążyłem się przekonać (zresztą, nie tylko ja, Errian też Ci to kiedyś powiedział), że jesteś złośliwa i okropna; można się po Tobie spodziewać wszystkiego.
Trzymam kciuki. Nie będę pytał o to, jak ważna byłaś w tej swojej grupie przestępczej, że ciągle Cię pamiętają i chętnie wyświadczają Ci przysługi – niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć. Oby udało się jak najszybciej odnaleźć tych naszych towarzyszy. Ja jutro opuszczam dom, wyruszam w drogę, więc i my się szybko odnajdziemy, mała wiedźmo.
Aithne musiała dużo w życiu przejść. W sumie nadal nie wiem, co się wydarzyło między nią a Errianem, że zdecydowała się zbiec. Swoją drogą to było trochę zaskakujące, ona raczej nie sprawia wrażenia osoby uciekającej od problemów.
Co do Sheridana i Anabde – właśnie, dwie trudne indywidualności, ich zażyłość nieco mnie przerażała, Ciebie nie?
Musisz wytrzymać z Calebem jeszcze mniej więcej tydzień, wcześniej nie zdążę do was dotrzeć. On... no, nie denerwuj się na niego, że tak Cię pilnuje, dobrze? I nie sądzę, byś musiała się martwić o to, że będziecie spać w jednym łóżku. Zdecydowanie.
Miałaś dość ciekawe życie, panienko Tenshi. I niełatwe, trzeba przyznać, że mimo takich przeżyć wyrosła z Ciebie naprawdę wartościowa osoba. Ale pomyśl sobie tak – gdybyś nie uciekła z gildii, nigdy nie trafiłabyś do Perrianu, prawda? Nigdy nie wybrałabyś się na bezcelową, niebezpieczną misję, nigdy nie musiałabyś rozwalać własnego ślubu; z drugiej strony nigdy byśmy się nie poznali. Nic nie dzieje się bez przyczyny, dlatego niczego nie powinno się żałować.
Moje dzieciństwo było dużo bardziej kolorowe. Ot, treningi, siniaki, rany, blizny, trochę mordowania i bardzo dużo krwi. Miło je wspominam, no i zawsze chętnie wracam do domu. Właśnie, mama kazała pozdrowić również Ciebie; obiecałem jej, że kiedyś do nas wpadniesz, więc nie masz już wyjścia!
Wytrzymaj nerwowo z Calebem i pilnuj się.

Cador.

~*~

Cadorze!

Zawitałam w, hm, domu, o ile można tak jeszcze te ruiny nazywać. Ku niezadowoleniu Caleba, któremu nie w smak było wyjeżdżanie na sam koniec Estrille, ale jak powiedziałam, że ostatecznie pojadę sama, bardzo szybko się spakował. Ten człowiek to jedna irytująca zagadka, naprawdę.
Ciał nie znalazłam – nie zdziwiłam się. Właściwie nie znalazłam… prawie nic. Ot, gruzy, zwęglone belki, zniszczone meble, potłuczone szkło i różne trudne do zidentyfikowania bibeloty. Cały dzień robiłam stosy pogrzebowe dla każdego z rezydencji, znowu denerwując tym Caleba. Bo zrobiłam je sama, odmówiłam jakiejkolwiek pomocy – byłam im to winna. Nawet nie bolało tak bardzo, życie skrytobójczyni uodporniło mnie… na to wszystko.
Ładne zdanie o mnie masz, panie obrońco. Zapamiętam to sobie, jak znowu będziesz konał gdzieś po rowach, uważaj lepiej.
Z Calebem dotarliśmy już bliżej bardziej zamieszkanych rejonów Estrille, kilka dni temu dostałam wiadomość, że widziano Sheridana w jednym z miast, podobno była przy okazji ładna burda. Napisałam do niego, średnio licząc na odpowiedź i, nie zgadniesz – dorwałam od razu Erriana. Nie wiem, co ten chłopak robi z kochanym łowcą, ale się spotkali.
Ulżyło mi, kiedy dowiedziałam się, że żyją, choć list był… lakoniczny. Dwie linijki, z czego półtora linijki to pozdrowienia od Erriana spisane jego ręką. Sheridan musiał być zachwycony.
Muszę przyznać, że zdumiewają mnie obie te pary – Anabde i Sheridan rzeczywiście trochę niepokoili, ale niepokoili tym, że się nie pozabijali, Aithne i Errian natomiast… czasami wyglądało, jakby jedno drugie miało zabić. Chłopak jednak działał na tę rudą wariatkę dziwnie uspokajająco; podzielam Twoje zdanie, widać po niej, że coś się w jej życiu ciężkiego zdarzyło. I widać, że o tym nikomu nie mówi.
A co, Caleb woli chłopców? Wybacz, kiepski żart.
No nic, tydzień chyba jeszcze zdzierżę, mam nadzieję. Nie jest taki zły w gruncie rzeczy, aczkolwiek mógłby być lepszy. W karczmie wydawał się bardziej otwarty, teraz się wycofał. Zawsze myślałam, że znam się na ludziach, ale on jest trudny do rozpracowania, przyznaję szczerze.
Właśnie dlatego bardziej nie żałuję niż żałuję! Po prostu czasami żal mi tych wszystkich osób, które zostawiłam przy młodzieńczym buncie hormonów. Z drugiej strony co i rusz kogoś spotykam, ostatnio Starego Teda widziałam, naszego wielkiego, starego Casanovę, którego najtrwalszą kochanką była wódka. Facet obrabiał kieszenie jak nikt, mówię Ci, raz nawet mnie okradł. Miło było staruszka spotkać, zawsze służył radą w gildii.
O rany, brzmi groźnie. Daj znać trochę wcześniej, żebym się przygotowała psychicznie, bo dawno w cywilizowanej rodzinie nie byłam. Ani jakiejkolwiek innej wspólnocie, ha. Grupie. Cokolwiek. Zresztą sam widziałeś, w jakie towarzystwo wpadam – Perrian najlepszym przykładem, chociaż to już było niezłą przesadą!
Mam nadzieję, że u Ciebie nadal w porządku – w końcu nie wiadomo, kiedy list Cię odnajdzie.

Ariene.

~*~

– Nie ma mowy.
Ariene zacisnęła z irytacją usta, czując, że jeszcze chwila, a komuś naprawdę stanie się nieodwracalna krzywda. Spojrzała swojemu towarzyszowi prosto w oczy, gotowa do odparcia każdego argumentu.
– Co ci znowu nie pasuje? – spytała nadal względnie opanowana. – Jest dość tanio, ale warunki są w porządku. Jedną noc przecież przeżyjemy, jak boisz się spać sam w pokoju, to cię przygarnę – dodała, marszcząc czoło.
– Nie ufam takim miejscom – uparł się ze stoickim spokojem Caleb, przypatrując się Ariene krytycznie. – Sam fakt, że czujesz się w nich jak ryba w wodzie, jest dość niepokojący, ale czy raz możemy zrobić po mojemu?
– A czy raz możemy się nie pokłócić o miejsce noclegu? – warknęła, miażdżąc mężczyznę wzrokiem, jednak on był na to całkowicie odporny.
– Za późno, właśnie się kłócimy. Poszukajmy bardziej… cywilizowanego lokalu – zaproponował dość ugodowo, chwytając ramię wiedźmy i popychając ją głębiej w zatłoczoną ulicę.
– Sugerujesz, że moi znajomi nie są cywilizowani? – podchwyciła, najeżona jak rozjuszona kotka.
Co zabawne, w ten sposób wyglądała prawie każda ich rozmowa, rzadko udawało im się pogadać i się nie pokłócić koniec końców. Z jednej strony można się przyzwyczaić, z drugiej chyba uwarunkowanie genetyczne sprawiało, że działali sobie na nerwy.
– Sugeruję, że lepiej skończyć dyskusję – poprawił ją Caleb, zaszczycając nieco krzywym uśmiechem.
Kilkanaście metrów dalej, tuż za rogiem, rozgorzała inna dysputa. Dziewczyna o lekkiej, opadającej na czoło grzywce i przestraszonych wyglądem okolicy oczach w kolorze fiołków naciągała właśnie rękawy swetra, chcąc ukryć w materiale zmarznięte dłonie. Jej towarzyszka przyjrzała się uważnie jej minie, mrużąc z niezadowoleniem powieki.
– Nie moja wina, że nie mamy funduszy na lepszy nocleg. Żresz tyle, co postawny facet, pieniądze mi się kończą – zastrzegła, wracając spojrzeniem do ulicy, ulicy brudnej i pełnej mniej lub bardziej wiarygodnych typków. – A z faceta miałabym przynajmniej jakieś korzyści – dodała, uśmiechając się wymownie.
Dziewczyna o fiołkowych oczach otworzyła je szeroko, patrząc na towarzyszkę z wyraźnym zwątpieniem. Ona nie miała zamiaru jakkolwiek reagować, więc po chwili fiołkowooka westchnęła ciężko.
– Zimno – burknęła, nadal walcząc z rękawami.
Anabde zgromiła ją spojrzeniem, coraz bardziej poirytowana. Nauczyła się jednak, że zabranianie Leanelle marudzenia nie przynosi żadnych skutków, toteż odetchnęła głęboko dla uspokojenia i uniosła kącik ust w uśmiechu bardziej złośliwym.
– Słabeusz – mruknęła w odpowiedzi.
Zgodnie z jej przewidywaniami, Leanelle wciągnęła głośno powietrze, fuknęła niezadowolona i zamknęła się.
Minęły właśnie róg ulicy i Leanelle nadal wesoło szła naprzód, gdy zorientowała się, że zgubiła gdzieś swoją towarzyszkę. Odwróciła się i zobaczyła, że Anabde wmurowało, wyraźnie zapatrzoną w coś w pobliskim zaułku. Zmarszczone czoło kobiety sugerowało, że zastany widok ją zaskoczył – to było dziwne, bo jedyne, co zauważyła Leanelle, to kłócąca się para.
– Znasz ich? – zapytała zaciekawiona, podchodząc bliżej przyjaciółki i zatrzymując się w odpowiedniej odległości przed nią.
Anabde jakby nie zwróciła na nią uwagi.
– No proszę, szybko znalazła sobie zastępstwo za chłopaków – mruknęła pod nosem.
Leanelle przechyliła głowę, skojarzyła fakty i zainteresowała się brunetką, która właśnie piorunowała swego partnera wzrokiem. Ocena kobiety pochłonęła ją do tego stopnia, że nie zauważyła, kiedy Anabde ruszyła w stronę znajomej.
– Hej! – zawołała niezadowolona, ruszając truchtem, by dogonić towarzyszkę.
– Ktoś się zbliża – mruknął półgębkiem Caleb, chwytając nadgarstek Ariene z dużą siłą, jakby chciał ją upomnieć za wybór okolicy.
– Tak, zeżre nas żywcem, a potem wyżyje się na naszych trupach. Albo na odwrót – parsknęła wściekła, najpierw miażdżąc kolegę kolejnym groźnym spojrzeniem, szafirowa barwa tęczówek nasiliła się.
– Trudno wyżywać się na zjedzonych trupach – uświadomił jej myśliwy, posławszy pobłażający uśmiech, po czym obrócił się przodem do zmierzającej do nich kobiety.
Przyjrzał się burzy rudych włosów, lśniącym szarym oczom, twarzy o ślicznych, dość drapieżnych rysach. W krótkiej, powierzchownej ocenie doszedł do wniosku, że nieznajoma oraz Ariene bardzo się różnią. Odniósł jednocześnie wrażenie, że z charakterkiem może być inaczej – zdawało się, że są dość podobne na pewnych płaszczyznach, choć równocześnie na pewno zupełnie inne.
Zmrużył bursztynowe oczy, jeszcze ułamek sekundy świdrując obcą czujnym, przeszywającym wzrokiem.
– Nie jest groźna – zawyrokował wreszcie, jakże bezmyślnie.
Ariene w końcu wypatrzyła w tłumie osobę, o której mówił Caleb. Najpierw wytrzeszczyła oczy, potem się zająknęła, by w końcu parsknąć niedowierzającym, serdecznym śmiechem. Myśliwego nieco zdziwiło szczęście, jakie wymalowało się na twarzy wiedźmy, ale nie pytał, znów tylko obserwując.
– Wreszcie się sromotnie pomyliłeś! – rzuciła jeszcze do niego Ariene z mściwą satysfakcją, po czym wyrwała do przodu na spotkanie nekromantki. – Anabde! – zawołała niedowierzająco.
Reakcja Anabde była mniej wyraźna. Nadal szła spokojnym, wręcz powolnym krokiem, dumnie wyprostowana, na malinowych wargach tańczył subtelny uśmiech. Jednak jej radość ze spotkania nie ustępowała uczuciom Ariene; kto znał pannę Sasare, mógł dostrzec to w iskrzących się oczach.
Leanelle wpatrzyła się w plecy maszerującej Anabde, która najwyraźniej nie miała zamiaru zatrzymać się, by na nią poczekać. Dodatkowo usłyszała, że faktycznie – brunetka jej towarzyszkę zna i najwyraźniej, sądząc po brzmieniu głosu, lubią się.
Pewnie zostaną z nimi na dłużej. A tam jest facet.
– Do dupy – burknęła pod nosem, obejmując się ramionami.
Wreszcie Anabde zatrzymała się, poświęcając chwilę na dokładne przyjrzenie się brunetce. Wyglądała... dobrze. Jakby nic się nie zmieniło od ich ostatniego spotkania, tylko wypoczęła wreszcie trochę – a przecież minęło już kilka miesięcy.
Nekromantka, zadowolona z takich spostrzeżeń, wróciła spojrzeniem do szafirowych oczu.
– Ariene – odpowiedziała.
Miękko, zawierając w tym krótkim słowie całą ulgę, jaką odczuła w tej chwili.
Zerknęła w bok, bruneta obdarzając ostrzejszym spojrzeniem, w którym pojawiła się pewna nieufność.
– Wymieniłaś Larkina i Cadora na niego? – mruknęła wyjątkowo złośliwie, obdarzając wiedźmę takim typowo swoim uśmieszkiem.
Specjalistka od przyjacielskich powitań – Anabde Sasare!
W tym samym czasie Leanelle dogoniła wreszcie swoją niewdzięczną towarzyszkę. Zatrzymała się z boku, częściowo ukrywając się za Anabde; żywiła głupią nadzieję, że może nie zostanie zauważona. Raczej nie patrzyła na nikogo – ot, na chwilę zerknęła na nieznajomych, ledwie na mgnienie oka, potem wpatrzyła się w ziemię. Przygryzła wargę i grzecznie czekała, w nerwach znów wracając do wyciągania rękawów swetra. Coś czuję, że biedny sweter nie pożyje za długo.
– A idź! – parsknęła z niezadowoleniem Ariene i machnęła Calebowi tuż przed nosem dłonią, prawie go uderzając.
Myśliwy nawet nie drgnął, tylko kącik jego ust uniósł się w pełnym przekąsu uśmieszku. Choć ciężko siebie nawzajem z wiedźmą znosili, przez cały ten spędzony razem czas poznali się nadzwyczaj dobrze i mężczyzna domyślał się z zaskakująca przejrzystością, co zaraz jego śliczna towarzyszka powie.
– Mogę ci go oddać za złamanego miedziaka, chcesz? – wystosowała kuszącą propozycję. – Nie, nawet dopłacę. To przyjaciel Cadora i uczepił się do mnie… zdecydowanie zbyt dawno temu. Idź sobie – przypomniała po raz trzeci tego dnia, bo akurat była okazja, a myśliwy musiał usłyszeć dzienną normę.
– Tu mi dobrze – mruknął zwięźle i na tym poprzestał, na chwilę zawieszając spojrzenie na dziewczynie, która właśnie do nich dołączyła.
Szybko stracił nią zainteresowanie.
– Ale mi nie! Menda – warknęła Ariene, oburzona tym nieprzerwanym oporem. – Już ci to kilka razy tłumaczyłam. To jest, tak przy okazji… – zwróciła się znów do Anabde z nieco krzywym uśmiechem.
– Caleb – wszedł jej w słowo myśliwy. – Cador jeszcze chce cię odnaleźć, dlatego mnie potrzebujesz.
– No właśnie wcale nie jesteś mi potrzebny – warknęła wiedźma, nastroszywszy się jak wściekła kotka, po czym uśmiechnęła się serdecznie do Anabde. – Spotkałaś kogoś jeszcze? – spytała, by zaraz dostrzec nieznajomą dziewczynę za nekromantką. – To twoja towarzyszka?
Anabde przechyliła głowę, przyglądając się im z wyraźnym rozbawieniem. Nie chciała komentować, ale to ich przekomarzanie dziwnie się jej kojarzyło; różnica była taka, że jak był tu Cador, wiedźma uśmiechała się zdecydowanie śliczniej.
Gdy mężczyzna się jej przedstawił, znów przeniosła na niego spojrzenie, patrząc odważnie prosto w miodowe tęczówki.
– Anabde Sasare – odpowiedziała.
Zmrużyła nieznacznie powieki, zanotowała kolejnych kilka spostrzeżeń, po czym zerknęła na Ariene z bardziej łobuzerskim uśmiechem.
– Przemyślę twoją propozycję – zapewniła spokojnie.
Leanelle przeklęła w myślach boga za to, że nie obdarzył jej zdolnością znikania na życzenie. Później pisnęła cicho, bo oto znalazła się twarzą w twarz z nieznajomymi – Anabde niespodziewanie zrobiła krok w bok, a Leanelle nie zdążyła zareagować, by znów się za nią schować.
– Ekhm. – Panna Sasare odchrząknęła znacząco, patrząc na nią z wyraźną naganą.
Leanelle zacisnęła niezadowolona wargi i uniosła głowę, tak, jak uczyła ją jej towarzyszka. Nie odważyła się jednak spojrzeć im w prosto w twarz.
– Leanelle – przedstawiła się grzecznie, a gdy tylko to zrobiła, Anabde uśmiechnęła się zadowolona.
Z jej oczu biło nietypowe ciepło, jakby była dumna ze swojej podopiecznej.
– Miło mi poznać – zwróciła się do wyraźnie nieśmiałej dziewczyny Ariene, po czym westchnęła i rozejrzała się po ulicy. – Znacie tu może przyzwoitą gospodę? Niektórzy boją się kilku oprychów – rzuciła zgryźliwie w powietrze.
– Nie mam siły wyobrażać sobie, co by mi Cador urwał, gdybym cię wpuścił do którejś z tych karczm – mruknął cicho Caleb, nie patrząc na towarzyszące mu panie; wzrokiem wodził dokoła, ale zdawało się, że nie dostrzega niczego.
Było wprost przeciwnie – widział wszystko.
– A wiesz, co ja ci mogę urwać, jak stracę cierpliwość? – syknęła Ariene, znów się strosząc ze złością.
– Domyślam się, że bardzo bym za tym czymś tęsknił – skwitował myśliwy i wreszcie zaszczycił wiedźmę wzrokiem.
– Niezmiernie – przytaknęła, uśmiechając się zjadliwie.
– Niech cię nie zwiedzie, ona wcale nie jest taka urocza – ostrzegła Anabde, obdarzając Leanelle krzywym, a przy tym nieco wyzywającym uśmiechem.
W odpowiedzi dziewczyna spojrzała na nią spode łba, robiąc nieładną minę – wyszło co najmniej pociesznie.
Anabde grzecznie przeczekała kolejną uroczą wymianę zdań, nawet zdawała się czerpać ze słuchania towarzyszy rozrywkę. Gdy kwestie urywania bądź nieurywania różnych ważnych elementów ciała zostały uregulowane, a ona wyciągnęła mieszek z pieniędzmi i przeliczyła monety przeznaczone na nocleg, postanowiła wrócić do porzuconego tematu.
– Zależy co uważasz za „przyzwoite” – zauważyła rozsądnie. – Niemniej jednak nie sądzę, by nas było stać na pokój w bezpiecznej dzielnicy. Ktoś strasznie dużo je. – Niestety, nie powstrzymała się od rzucenia oskarżycielskiego spojrzenia w stronę nadal obrażonej Leanelle.
– No cóż – westchnęła Ariene i sama wydobyła z torby mieszek ze swoimi oraz Caleba pieniędzmi; już jakiś czas temu przesypali wszystko, co mieli, do jednej sakiewki, bo nie było sensu dzielić tego na więcej. – Gdybym nie musiała komuś kupować konia… – zaczęła nader znacząco oraz zgryźliwie, zerknąwszy równie oskarżycielsko, co Anabde przed chwila na Leanelle, na Caleba
Myśliwy nie zwrócił na nią uwagi, poprawił tylko swój pstrokaty płaszcz i sprawdził, czy nadal wszystko w ukochanej torbie jest na miejscu. Pewnie by poczuł, gdyby ktoś spróbował go okraść, ale i tak wolał nie ryzykować.
– O Silthe, tragedia – jęknęła wiedźma, przesunąwszy palcem kilka monet. – Chyba przyzwoita będzie, tak na moje oko… ta – mruknęła zdegustowana i wskazała najbliższy, mało zachęcający przybytek.
– Posłaniec – zakomunikował wtedy Caleb, dostrzegłszy w tłumie nerwowo maszerującego młodzieńca. – Idzie w naszą stronę.
Ariene z pewnym opóźnieniem zorientowała się, o czym też myśliwy mówił, ale kiedy zrozumiała, w jednej chwili rozpromieniła się. W jej oczach pojawiła się jednocześnie nadzieja oraz radość, obróciła się przodem do nieznajomego, wpatrując się w niego oczekująco. Bardzo chciała, żeby się Caleb teraz nie pomylił, tak bardzo, że aż sama wolała sobie tego w pełni nie uświadamiać.
– Ariene Tenshi? – spytał młodzieniec, zatrzymując się przed grupką i kierując swoje słowa do wiedźmy.
– To ja – przytaknęła całkowicie spokojnie, co kontrastowało z wyrazem jej oczu.
– List. Od… – zaczął, grzebiąc w torbie.
Znalazł kopertę i wyciągnął ją do adresatki.
– Wiem – przerwała mu w pół zdania i nieco zbyt szybko list zabrała, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. – Caleb, zajmij się panem – poprosiła od razu, już pochłonięta bez reszty otwieraniem koperty.
Myśliwy westchnął i wreszcie uśmiechnął się widocznie oraz całkiem szczerze. Nawet on tak się nie cieszył, kiedy przyjaciel do niego pisał po długim okresie niewidzenia się. Pokręcił głową, zabrał od niej mieszek i odliczył z niego należność dla posłańca.
Ariene przeniosła ciężar ciała na jedną nogę i bez skrępowania pogrążyła się w lekturze na samym środku ulicy, jakby nic ważniejszego od listu teraz nie istniało.
           
Mała wiedźmo!

Ostatnio przeczucie podpowiedziało mi, że zdarzy się coś niezwykłego; jak wiesz, przeczucie nigdy mnie nie zawodzi. W związku z tym pozwolę sobie pominąć stosowny wstęp i przejdę do meritum sprawy – nie zgadniesz, kogo dzisiaj spotkałem.
Zacznijmy od tego, że trudno jej nie zauważyć. Jest jazgotliwa i jaskrawa – to drugie nawet dosłownie, przynajmniej jeśli chodzi o barwę włosów. Ma dar do pakowania się w najróżniejsze kłopoty, a dzisiaj zarobiłem od niej w szczękę (zarzekała się później, że celowała w takiego innego, ale skończyło się paskudnym siniakiem na mojej twarzy). Ma kilka piegów na nosie, groźne, granatowe oczy i wyjątkowo szeroki zasób słów, kiedy przychodzi do bluzgania na Silthe ducha winnych ludzi. Jestem pewien, że doskonale wiesz, o kogo chodzi, ale dam Ci ostatnią wskazówkę – zakochany jest w niej pewien biedny, niewinny mag o złotym sercu, który chyba dopiero zaczął sobie zdawać sprawę z tego, w co się wpakował. A przynajmniej uświadomił to sobie wtedy, kiedy mu zwiała z łóżka.
Dość niezwykłe, prawda? To jest, wpadłem na nią zupełnym przypadkiem. A dokładniej to wpadł na nią mój uczeń, Aidan. Biedny chłopak uwierzył, że ruszy damie na pomoc, a trafił na Aithne – skończyło się jak się skończyło, on wylądował na stole, ja zarobiłem w szczękę, musieliśmy wspólnymi siłami przekonywać paru dwumetrowych panów o pokojowych zamiarach (zamiary przestały być pokojowe, a panowie pewnie nadal liczą guzy), a na koniec jeszcze na nas nawarczała. Nawet nie wiesz, jak się cieszyłem z tego spotkania, kiedy tak bluzgała, coś niesamowitego.
Aidan zwątpił w to, jakich ludzi ja znam – będę musiał się trochę napracować, żeby odbudować swój nieskazitelny autorytet. Ale Aithne do nas dołączyła. Będę jej pilnował; zastanawiam się, czy na noc jej nie przywiązywać do siebie łańcuchem, żeby nie wycięła kolejnego numeru. Daruję sobie jednak, bo nie zanosi się na to, by miała opuszczać nasze skromne grono. Wygląda na to, że ona też tęskniła.
Zupełnym zbiegiem okoliczności jako pierwszy odnalazłem kogoś z naszej wesołej brygady – szkoda, że się nie założyliśmy. Ale zachciało mi się uwierzyć, że może uda nam się odnaleźć wszystkich. Errian na pewno w końcu wpadnie na trop Aithne, a reszta... na resztę też pewnie jakoś trafimy. Kurczowo trzymam się tej myśli.
Tymczasem dzielnie maszerujemy wam na spotkanie. Mam nadzieję, że porzuciłaś myśli o pozbyciu się Caleba i wytrzymacie jeszcze trochę – weź pod uwagę, że mamy do przebycia pół Lostaru, więc podróż trochę nam zajmie. Z towarzystwem Aithne zapewne dwa razy dłużej, nie, żebym komuś coś wypominał. Ale w końcu na siebie trafimy.
Szczerze? Nie mogę się doczekać.
Trzymaj się.

Cador.

Kolejne miasteczko, które odwiedził, nie było specjalnie zatłoczone. Omijał duże miejscowości, starając się kierować intuicją w wyborze postojów. Cel miał jeden – tylko to cel ruchomy, w dodatku jego poczynania stanowiły wielką niewiadomą.
Nie zamierzał się jednak przejmować, musiał ją odnaleźć. Nic innego się, tak naprawdę, nie liczyło. Prawdopodobnie źle się do tego zabierał, prawdopodobnie powinien zadziałać tak, by nigdy nie dopuścić do tej sytuacji, ale coś poszło nie tak. Wszystko ciągle szło nie tak, aż od wjazdu do Perrianu – co za los.
Może to klątwa? Albo inne cholerstwo, co to diabli nadali. Ewentualnie sukienka, to było złośliwe bydlę. Najpewniej dlatego, że poznali się w warunkach mało sprzyjających, na kacu nawet puchate koteczki mogą przeobrazić się w śmiertelnego wroga, zwłaszcza jak zaczną miauczeć.
Przekroczył próg dość zadymionej karczmy, wchodząc w gwar rozmów i zostawiając za sobą ciszę prawie pustej ulicy. Różnica okazała się bardzo wyraźna, właściwie zwalająca z nóg, zupełnie jakby znalazł się w odmiennym diametralnie świecie. Aż na chwilę przystanął, ogarniając wzrokiem ruchliwość panującą w pomieszczeniu i próbując dostosować własne tempo do tutejszego – przybytek gromadził zdecydowanie element podejrzany; normalnie pewnie by go ominął, nie chcąc ryzykować konfliktu z tymi zacnymi osobistościami.
Dzisiaj jednak wybrał to miejsce z pełną świadomością podejmowanej decyzji. W stronę taniej gospody pchnęła go wiedza, że Aithne nie posiadała zbyt wielu pieniędzy, zatem w droższych karczmach na pewno się nie zatrzymała, poza tym w takim otoczeniu najszybciej dostatnie nowe zadanie. Szansa, że uda się mu ją spotkać, była bliska zeru, ale nie tracił nadziei. Szanse na wiele rzeczy ostatnimi czasy bliskie były zeru, a jakoś szło, może pójdzie i tym razem.
Nadzieja matką głupich – skarcił się w duchu, mimowolnie się uśmiechając. Całkowicie do tego opisu pasował, bo przez pewną dziewczynę zupełnie zgłupiał. Z drugiej strony nie wyobrażał sobie, by mógł przejść nad jej odejściem do porządku dziennego, zwyczajnie zaakceptować to zniknięcie.
Nie potrafił wygonić jej ze swojej głowy, zajmowała prawie wszystkie jego myśli, nie był w stanie na niczym się porządnie skupić – co i rusz rozglądał się dokoła bezwiednie, szukając wzrokiem rudej, rozczochranej głowy i emanujących nienawiścią do świata granatowych oczu. Nie panował też nad przypominaniem sobie jej całej ciągle od nowa, jakby się bał, że jej obraz zniknie, rozpłynie się, już całkowicie ją straci. Dlatego musiał pamiętać nawet najmniejszy szczegół, jej piegi, blizny przecinające nierówną linią ciało, tatuaż na plecach.
Gdy w dzień przeklętego ślubu przyszedł rano do Margaret i poprosił o umożliwienie sprawnej ucieczki, kucharka spytała, co się dokładnie stało. Musiała to dostrzec w jego spojrzeniu i choć nie potrafił jej odpowiedzieć, to domyśliła się sama. Stwierdziła z pewnym absurdalnym wtedy dla niego rozbawieniem, że wyraźnie jest już stracony dla świata.
W tamtym momencie nie zwrócił uwagi na jej słowa, nie miał do tego głowy, ale teraz, stojąc w progu jakże sympatycznego przybytku, musiał się z nią zgodzić. Kiedy nie było przy nim Aithne, przestawał myśleć logicznie, to ona go mobilizowała do wszystkiego – potem jej zabrakło i liczyło się już tylko jej odzyskanie.
Przeczesał wzrokiem gości karczmy, odruchowo sprawdzając, czy nie widzi wytęsknionej czupryny. Czupryn było dużo, jedne potargane, inne pod czapkami, kolejnym daleko było do miana czupryn, głowy świeciły wygoloną skórą. Ani śladu.
Westchnął cicho i ruszył do lady, ślepy na spojrzenia, które obróciły się w jego stronę. Musiał naprawdę dziwnie wyglądać, jego płaszcz nie był w strzępach, w dodatku z dobrego materiału, buty tylko trochę zakurzone, ubranie eleganckie jak na tutejsze standardy. Na pewno na wejściu zyskał sympatię oraz aprobatę zebranych, dobre pierwsze wrażenie to podstawa.
Wypatrzył wolne miejsce i usiadł na nim tuż przy ladzie, przekładając na wszelki wypadek torbę na kolana, gdyby ktoś zapragnął zapoznać się z jego skromnym ekwipunkiem podróżnym. Nie było go dużo, ale i tak o te kilka bambetli za dużo, w ogóle z jakiej racji posiadał jakąkolwiek torbę? Tak, z torbą na kolanach cieplej.
Przymrużył oczy i postanowił cierpliwie poczekać, aż barman sam zwróci na niego uwagę, w końcu nigdzie się mu nie spieszyło. W dalszą drogę wyruszy dopiero rano, chyba że się mu poszczęści i niespodziewanie odszuka swoją zgubę. Wciąż naiwnie w to wierzył, podświadomie przypominając sobie słowa, które usłyszał od Anabde. Chwile zwątpienia były – czy nie dała mu tylko zgubnej nadziei? – ale szybko mijały. To dobrze.
Wreszcie został zauważony, barman ruszył do niego wolnym krokiem, mierząc gościa podejrzliwym spojrzeniem, jakby to on, biedny Errian, stwarzał zagrożenie dla pozostałych obecnych w karczmie, nie, z całym szacunkiem, na odwrót. Młody mag postanowił niechęć zignorować, uśmiechnął się uprzejmie i podłapał kontakt wzrokowy. To chyba pogorszyło jego sytuację, o ile jeszcze się dało.
– Czy ktoś niedawno wszczynał tu bójkę? – zadał cokolwiek dziwne pytanie, obserwując mężczyznę uważnie.
Krępująca chwila milczenia trwała krótko, za krótko, żeby rozkojarzony młodzieniec ją podłapał. Na swoje nieszczęście.
– Codziennie ktoś się tu tłucze – burknął karczmarz, opierając się łokciem na ladzie i zawisając przed wyprostowanym elegancko Errianem (domowe nawyki kiedyś go zgubią) cokolwiek groźnie, jakby szykował się do wyrzucenia klienta z przybytku.
– A dziewczyna? Walczyła jakaś, na oko dwudziestokilkuletnia? – nie zraził się młodzieniec, nadal nie tracąc swego ożywienia, aczkolwiek zaczynając wątpić.
Gdyby tu była, już pewnie by coś zmalowała, ten spokój mówił sam za siebie. Ale nie mógł pozwolić sobie na niedopatrzenie!
– Widzisz tu jakiekolwiek dziewczyny? – parsknął barman, krzywiąc się wymownie; wyraźnie tracił cierpliwość, cokolwiek lichą od początku rozmowy, niewątpliwie także planował rychłe pozbycie się niewygodnego natręta.
– Czyli nie spotkałeś żadnej rudej najemniczki? – nie podłapał podprogowego przekazu Errian. – Na pierwszy rzut oka wygląda jak chłopak, zawsze chodzi w płaszczu, często z kapturem. Jest głośna, pyskata i nerwowa, dużo warczy – podał dokładniejszy rysopis, mając nadzieję, że to odświeży mężczyźnie pamięć.
Aithne była bardzo charakterystyczna, jeśli się tu pojawiła, nie mogli jej nie zauważyć. Karczmarz jednak nie sprawiał wrażenia kogoś, kto doznał nagłej iluminacji, raczej wyglądał na coraz bardziej złego. Errian tego nie dostrzegł – bądź dostrzec nie chciał – szukając w myślach kolejnej cechy, która mogła pomóc w rozmowie i doprowadzić do wyjawienia niezwykle cennej, może nawet kluczowej informacji.
– Pojawia się wszędzie z siwą klaczą i rozmawia z nią jak z człowiekiem – dodał zaraz, nadal wierząc, że dowie się dosłownie czegokolwiek konstruktywnego.
Ktoś musiał ją gdzieś widzieć, nie rozpłynęła się przecież w powietrzu.
– Słuchaj, kochasiu – warknął barman, wychylając się mocniej do przodu, przez co trochę przytłoczył maga swoją osobą. – Radzę ci się stąd wynosić, zanim twoje pytania kogoś zdenerwują – dodał z groźną miną, rzuciwszy wymowne spojrzenie zebranej przy stolikach gawiedzi. – Widzisz tu jakąś dziewczynę? Nie. Więc won – zakomunikował krótko.
Errian nie odczuł strachu, raczej odniósł wrażenie, jakby ktoś wylał mu na głowę kubeł zimnej wody. Odpowiedział na spojrzenie mężczyzny z nieco zgubną pewnością siebie oraz stoickim spokojem; tylko lekko zmrużył oczy, obserwując rozmówcę z niejaką poznawczą ciekawością, jakby go oceniał. Wreszcie uśmiechnął się uprzejmie, choć uśmiech nie odbił się w jego wzroku.
– W porządku – zgodził się grzecznie. – Rzeczywiście nie widzę tu żadnej dziewczyny, nie da się ukryć. Dziękuję za nieocenioną pomoc oraz miłą pogawędkę – dodał, odsuwając się od lady i wstając ze swojego miejsca.
Mężczyzna przyglądał się mu morderczo, jakby nieszczęsny chłopak co najmniej go okradł albo jakkolwiek inaczej skrzywdził. Errian bez większego trudu zdobył się na zignorowanie wrogiej postawy, skinął barmanowi głową, uznawszy, że czas najwyższy karczmę opuścić. Dlatego poprawił torbę na ramieniu i udał się do drzwi; noc lepiej spędzić tam, gdzie nikt gardła poderżnąć nie będzie próbował.
Ledwie przekroczył próg, wchodząc w półmrok wieczoru i w nim znikając, od stolików w gospodzie podniosła się siedmioosobowa grupa mężczyzn. Nie wyglądali nader przyjaźnie, kiedy wymienili ponure spojrzenia, mruknęli do siebie coś niewyraźnego, pokiwali głowami, pochrząkali, by na końcu podążyć śladem młodzieńca. Zamiary ich z pewnością nie do końca były czyste oraz niewinne, co dało się dostrzec na pierwszy rzut oka, ale nikt nie zareagował.
Chwilę potem od stolika w kącie wstał ktoś jeszcze. Nałożył ciemny płaszcz i ruszył długimi krokami do drzwi, wcisnąwszy ręce do kieszeni odzienia. Tym razem pozostali goście zaczęli się niespokojnie wiercić na krzesłach, patrząc z niepokojem na nieznajomego.
Zostali przez niego zignorowani, ale odetchnęli dopiero, kiedy ten też zniknął za zamykającymi się drzwiami.

Na ulicach było mało ludzi – pewnie przez ciemność. Szedł drogą swobodnym, spokojnym krokiem, zawiesiwszy wzrok na niewidzialnym punkcie przed sobą. Budynki zdawały się otaczać go ponurym, groźnym murem, słabe oświetlenie tej dzielnicy dodawało mrokom głębi.
Nie zawiódł się tym, że jej nie znalazł. Zwiedził już kilka miast – bez powodzenia jak na razie, co nie powinno specjalnie dziwić. Poruszał się w końcu po omacku, przecież nic o niej, tak naprawdę, nie wiedział. Kiedy to sobie uświadamiał z coraz większą wyrazistością, coś jakby w nim przymierało – a na pewno gasło. Dość boleśnie. Ale to nie było ważne, liczyło się tylko odnalezienie jej, potem sobie poradzi ze wszystkim.
Czyli teraz sprawdzi jeszcze dwie, może trzy gospody, zanim rano wyruszy dalej. Może do większego miasta? Powinien jej poszukać także w takim miejscu, trzeba wykorzystać każdą możliwość. Przydałoby się również coś zarobić, może ktoś będzie potrzebował usług maga elementalisty, w końcu czasy niespokojne i takie tam.
Ale nie mógł sobie pozwolić na czasochłonne zajęcie, priorytet stanowiło odszukanie zbuntowanego aniołka. Zbuntowanego, trudnego w kontaktach, bezczelnego i porywczego w wielu negatywnych tego słowa aspektach aniołka. W coś ty się wpakował.
Usłyszał za sobą kroki, ale nie zwrócił na nie uwagi, skupiony na planowaniu następnych poczynań. Nieznacznie się tylko napiął, bardziej podświadomie, zorientowawszy się, że podąża za nim grupa osób. Nie musieli jednak podążać do niego, zatem nie przejął się tym spostrzeżeniem i nie raczył się odwrócić. Ważniejsze było to, że przed świtem pójdzie po Korala, zapłaci za boks i ruszy dalej, bo szkoda czasu. Musiał jechać za pracą, czyli tam, gdzie udałaby się Aithne.
Wtedy poczuł mocne pchnięcie w ramię, stracił równowagę i poleciał bezwładnie na bok, na ścianę pobliskiej kamienicy. Zabolało, trochę zamroczyło, ale zaskoczenie nie wywarło oczekiwanego efektu – ten element taktyczny nie dał przeciwnikom aż tak dużej przewagi, jak by chcieli.
Kiedy do niego dopadli, błyskawicznie go otaczając, on nadal był spokojny, w milczeniu przygotował się do walki. Nie przejął się przykładanym do gardła ostrzem, śmiało spoglądając na mężczyzn, prawie jakby rzucał im wyzwanie. Najwyraźniej za dużo przebywał w towarzystwie Aithne.
Jego oczy przybrały intensywniejszą barwę błękitu, zupełnie jakby lśniły wewnętrznym, dość niepokojącym blaskiem.
– Wyskakuj z forsy, paniczyku – warknął uzbrojony, który teraz trzymał Erriana pod ostrzem, szczerząc w złości krzywe zęby, co nie prezentowało się zbyt uroczo.
– Zabierz tę zabawkę, bo zrobisz sobie krzywdę – odparł młody mag, unosząc z uprzejmym zainteresowaniem brew.
Zamiast strachu czy złości czuł irytację, bo przecież tylko go opóźniali.
Sztylet mocniej przywarł do szyi Erriana, przecinając skórę. Ciepła krew stoczyła się z rany, wsiąkła w koszulę chłopaka, zostawiając za sobą czerwonawe, wąskie szlaki. Trzeba będzie jeszcze cholerstwo wyprać, niech to szlag.
– Kasę możemy zabrać też z twojego ścierwa – zastrzegł mężczyzna, a jego kompani potwierdzili to niepisane prawo rabusiów serdecznym, gardłowym rechotem.
Errian skrzywił się, nie potrafiąc już dłużej ukrywać narastającej irytacji. Nie przejął się raną, mógł to później uleczyć, bardziej chyba zmartwiła go plama na ubraniu. Ale najbardziej to zdenerwowało go to, że do tej pory dotarłby już do następnej karczmy, gdzie szukałby dalej Aithne.
– Nie mam na to czasu – warknął zimnym głosem, mrużąc niepokojąco błyszczące oczy, co dało całkiem mocny efekt wizualny.
Ostrze sztyletu błyskawicznie pokryło się grubą warstwą lodu i w następnej sekundzie klinga z trzaskiem pękła. Kawałki oszronionego metalu posypały się na bruk w idealnej ciszy, śledzone zdumionymi spojrzeniami łotrów. Dopiero kiedy z brzdękiem uderzyły o kamienie, mężczyźni otrzeźwieli.
– Ty skurwysynie! – zawołał właściciel zniszczonej broni, chyba nie do końca zadowolony z tego, jak skończył jego nieszczęsny sztylet.
Wymierzył cios w szczękę Erriana, czego młodzieniec nie zdołał zablokować – zwyczajnie się nie spodziewał, że kretyni rzucą się na maga z pięściami. Siła uderzenia pozbawiła go, już kolejny raz tego wieczoru, równowagi, zatoczył się głębiej w uliczkę, czując posmak krwi w ustach. Chyba przegryzł sobie wargę, niech to szlag.
Spróbował się wyprostować, ale szum w głowie znacząco to utrudnił, dlatego na wszelki wypadek uwolnił dość słaby impuls magiczny. To ocaliło go przed atakiem drugiego draba; pęd, który w ułamku sekund wyrósł z ziemi, odtrącił silnie przeciwnika.
Przez ten czas Errian pozbierał się na tyle, by samemu przystąpić do ofensywy. Nie chciał robić za dużego zamieszania przy pomocy czarów, nauczył się unikania tego, dlatego zdecydował się na konwencjonalne metody, zresztą przeciwnicy wydawali się mocno zdeprymowani.
Skoczył do najbliżej stojącego mężczyzny i sprawnie wyprowadził cios, co prawda trochę na oślep, ale na pewno w stronę twarzy; chrupnęło, poczuł na knykciach coś ciepłego – chyba złamał mu nos. Zamierzał w tym momencie odskoczyć w bok i wybiec z uliczki, ale przewaga liczebna przeciwnika boleśnie mu to uniemożliwiła.
Ktoś złapał go za ramiona i przytrzymał, następny uderzył w brzuch, pozbawiając tchu na nieznośnie długą chwilę. Ból zamroczył Erriana, mag rozpaczliwie i trochę po omacku poszukał pokładów magii. Dyskrecja dyskrecją, ale jeśli zamierzają przejrzeć zawartość jego jamy brzusznej, a z co ładniejszych okazów zrobić biżuterię, to on podziękuje.
Wypuścił nie do końca ukształtowany, dość chwiejny impuls mentalny, nie mogąc się na nim dostatecznie skupić, by energię opanować.
Poczuł, jak ten impuls zderza się z innym, po czym zostaje wchłonięty przez o wiele potężniejszą jaźń.
W następnej chwili przeciwnicy go puścili, co znów zachwiało równowagą maga, rozległ się huk upadających bezwładnie ciał. Podczas gdy mężczyźni podnosili się, pojękując, Errian odzyskał ostrość widzenia i rozejrzał się za kimś, kto właśnie interweniował. Niby miło z jego strony, ale…
Dostrzegł w wejściu do zaułka wysoką postać, wydało się mu, że dodatkowo dziwnie znajomą. Miał już jednak dość kłopotów – pamiętał to wrażenie potęgi sprzed zaledwie kilku sekund, lepiej nie ryzykować rozerwaniem na strzępy w następnej kolejności. Skumulował energię na zaklęcie żywiołu, napinając w oczekiwaniu mięśnie. Uciec chyba zdoła, jeśli zajdzie taka potrzeba, uciekanie nie szło mu aż tak źle w sumie.
Przybysz wyjął jedną rękę z kieszeni i przyłożył dwa palce – wskazujący oraz środkowy – do skroni, salutując. Wraz z tym gestem Errian wypuścił powietrze z płuc, od razu, trochę wbrew rozsądkowi, się rozluźniając. Z całkowitym spokojem, tak irracjonalnym dla zwykłego człowieka, patrzył, jak za plecami nowego towarzysza rozpościerają się błoniaste, szerokie skrzydła. Młodzieniec mógłby dać sobie całe prawe ramię uciąć, że mężczyzna właśnie uśmiechnął się szyderczo pod nosem, ukazując ostre zęby.
Errian także się uśmiechnął, co zdecydowanie nie zrobiło aż takiego wrażenia.
– Cześć, dzieciaku – odezwał się wybawca, ruszając głębiej w zaułek.
– Cześć, Sheridan – przywitał się mag, przyglądając się znajomemu z pewnym niedowierzaniem.
Uściślając fakty, łowca dusz był naprawdę ostatnią osobą, którą widział w roli kogoś ratującego jego skórę. Spodziewał się wszystkiego, ale nie jego. Co nie znaczyło, że nie ucieszył go ten widok; choć Sheridan stanowił dość kontrowersyjną postać, to jednak zapałał do niego sympatią. Specyficzną – no, ale w końcu mowa o kimś, kto postanowił udomowić pewne głośne, bardzo dzikie, rude zwierzątko.
– Kto jak kto, ale do mordobicia lepiej nadaje się już nawet rude rozczochrane niż ty – skwitował w międzyczasie łowca, zwracając spojrzenie dziko lśniących, zielonych oczu na podnoszących się z ziemi bandytów.
– Zauważyłem – mruknął rozbawiony młodzieniec, pocierając wymownie posiniaczoną szczękę.
Z jakiegoś powodu wydawało się mu, że gorzej by jednak ta szczęka wyglądała, gdyby Aithne kiedykolwiek udało się w nią trafić.
– Przytrzymaj tych dwóch z lewej – polecił Sheridan, bez skrępowania zmieniając temat, bo i zmienił obiekt zainteresowania, teraz obserwował z pewną sadystyczną przyjemnością przerażenie emanujące od podpierających ściany mężczyzn.
Prosty lud drżał na samą wzmiankę o Przeklętych, nie wspominając nawet o możliwości spotkania jakiegoś. Tym sam wzrastała nienawiść do tej części magicznych, zetknięcie z którymkolwiek przedstawicielem uważano za omen rychłej śmierci. Idąc tym tokiem rozumowania, Errian był trupem już od ładnych paru tygodni, jak nie miesięcy nawet. Najwyraźniej lepiej jednak się z Przeklętymi przyjaźnić niż próbować się z nimi mordować.
– Do usług – odparł mag, uwalniając wcześniej przygotowany czar, dzięki czemu z ziemi wyrosły grube pędy, oplatając się wokół nóg wybranych osób. – Na co ci oni? – zainteresował się wtedy, patrząc, jak pozostali rzucają się, rychło w czas, do ucieczki.
Mogli to zrobić po unicestwieniu sztyletu, ich wola.
Sheridan podszedł do uwięzionych leniwym krokiem, wcisnąwszy ręce z powrotem do kieszeni płaszcza. Do kieszeni spodni nie mógł, kieszenie spodni były pod płaszczem. Nie wyglądał jednak nie nieszczęśliwego, wręcz przeciwnie – zwłaszcza gdy obserwował panikujących mężczyzn.
– Skoro już się pofatygowałem, to zamierzam wyciągnąć z tego korzyści. Dawno nie wyrywałem duszy na siłę, widok będzie nieprzyjemny – ostrzegł kolegę wspaniałomyślnie, straciwszy nim już zainteresowanie, teraz miażdżył spojrzeniem pierwszą ofiarę.
Errian poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku, ale zachował dobrą minę do złej gry. Postanowił podejść do tego bardziej naukowo – nigdy nie widział posilającego się łowcy, więc była to dobra okazja do poszerzenia swojej wiedzy. Oraz perspektyw. I zwężenia zapotrzebowania na jakiekolwiek pokarmy na dzień, może dwa.
– Smacznego – pożyczył grzecznie.
Sheridan zaśmiał się cicho i ochryple, ale ten dźwięk szybko utonął w nieludzkim wrzasku mężczyzny. Errian wyczuł magiczne drgnięcie powietrza, ta potęga przytłoczyła nawet jego umysł, choć doskonale wiedział, że jest całkowicie bezpieczny. Przynajmniej w tym momencie. Nie podejrzewał Sheridana o haniebną zdradę, raczej martwił się definicją „nieprzyjemnego widoku”. Oberwanie w głowę oderwaną czaszką może być katastrofalne w skutkach.
Sama scena rzeczywiście do ładnych nie należała – mężczyzna krzyczał, szarpał się, szlochał i wył, szamocąc się w magicznym więzieniu stworzonym przez Erriana, a łowca wpatrywał się w niego nieustępliwie, uśmiechając się dziko. Od samego patrzenia na ten uśmiech dałoby się oszaleć. Wreszcie rozległo się wilgotne mlaśnięcie, coś chrupnęło i po czole oraz skroniach ofiary obficie pociekła krew.
Nieruchome ciało zwaliło się bez życia na ziemię.
Z drugim mężczyzną proces się powtórzył, pod koniec jednak z jego głowy oraz czaszki (która tak martwiła do tej pory Erriana) została krwawa, obrzydliwa miazga. Młody mag zmarszczył czoło, przyglądając się temu z pewnym obrzydzeniem. Cóż, widok niezbyt przyjemny, ale Sheridan zdawał się być wyjątkowo ucieszony.
– Zmiażdżyłeś im czaszki – stwierdził fakt Errian, na wypadek gdyby się łowca nie zorientował w ferworze walki, nie ukrywając pewnego zdumienia.
To musiała być niewyobrażalna siła, w dodatku siła naciskająca od wewnątrz, nie od zewnątrz. Analiza prezencji rozkwaszonego mózgu oraz kości nasuwała młodzieńcowi taki właśnie wniosek.
– Nie byłem delikatny – zgodził się spokojnie Sheridan, mrużąc z zadowoleniem oczy. – Najczęściej polowania odbywają się w inny sposób, a na koniec ofiary prawie dobrowolnie oddają mi swoje dusze. – Obrócił się do towarzysza, ponownie przykładając dwa palce do skroni. – Nie mów, że nadstawiasz karku z tęsknoty za rudym rozczochranym – płynnie i bez skrępowania zmienił temat.
Errian z odpowiedzią poczekał, aż skrzydła łowcy znowu znikną. Informacje przyjął do wiadomości, domyślał się, że zwykle przedstawienie wygląda inaczej. Ciekawe, czy Sheridan specjalnie zafundował mu te wieczorne atrakcje, sadystyczny dupek.
Na przekór radosnym myślom uśmiechnął się na poły z rozbawieniem, na poły ze smutkiem.
– Najszybciej znajdę Aithne w takich miejscach – zauważył dość rozsądnie. – Przede wszystkim dlatego, że najczęściej się tam biją – dodał z pewną dobrze zamaskowaną samokrytyką, bo właśnie przed chwilą z tego powodu prawie nie stracił uzębienia.
– Jednak jesteś skończonym kretynem – zawyrokował niepodważalnym tonem Sheridan, wymijając Erriana i ruszając z powrotem do głównej ulicy.
– Jednak jestem – zgodził się bezradnie, przykładając dłoń do rany na szyi i podążając śladem łowcy.
Cholerna koszula, teraz się jeszcze lepi do skóry.
– A co z nimi? – zainteresował się marnymi resztkami zostawionymi przez towarzysza, obejrzawszy się na nie przez ramię.
– Psy zjedzą ścierwa, mięso jest dobre – skwitował krótko Sheridan, skręcając bez najmniejszego wahania w prawo; najwyraźniej już wiedział, dokąd idzie.
– Wierzę na słowo – mruknął skonsternowany Errian, nie powstrzymawszy się od mimowolnego wzdrygnięcia. – Jak mnie znalazłeś? – dodał od razu, woląc zmienić temat uroczej pogawędki, i przywołał czar leczący.
Rozcięcie zasklepiło się bardzo szybko, pozostało tylko uczucie swędzenia oraz zasychająca na skórze krew. Ariene była jednak dobrą nauczycielką, co podsumował w myślach z lekkim uśmiechem.
– Tylko ty potrafisz wejść do karczmy o najgorszej reputacji w mieście i rozpytywać o rudą dziewczynę gadającą z koniem – uzmysłowił mu Sheridan, zwalniając kroku, żeby mag nadążał. – Masz ochotę na coś mocniejszego? – spytał niespodziewanie prawie z zainteresowaniem, spoglądając na niższego kolegę.
Od łowcy, prawdę mówiąc, chyba każdy był niższy.
– Byle w bardziej przyjaznym otoczeniu – zastrzegł Errian z rozbawieniem.
– A jak poszukiwania mojego ulubionego tytanu umysłu? – powrócił do poprzedniego tematu Sheridan, szczerząc sarkastycznie ostre zęby w niepokojącym uśmiechu.
Chyba brakowało mu szydzenia z pewnego rudego rozczochranego czegoś.
– Jak kamień w wodę – przyznał niechętnie mag, uciekając spojrzeniem w bok.
To była jego największa porażka, co tu dużo mówić.
– Co ma wisieć, nie utonie – wysilił się na bezduszne pocieszenie biednego, zgnębionego kolegi.
– Uważaj, łowco, prowokujesz maga elementalistę. Mogę ci zwinąć podłoże spod nóg – mruknął niższym głosem Errian, trochę zirytowany tą filozofią.
Po tak długich poszukiwaniach mógł się zrobić nieco drażliwy.
– Kolejny zakochany kretyn ryzykuje swoim życiem, typowe – parsknął z dezaprobatą Sheridan, wywracając wymownie oczami.
Errian uśmiechnął się szeroko. To zdecydowanie nienormalne, ale ucieszył się, że spotkał łowcę – zawsze raźniej siedzieć nad kuflem we dwóch.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz