niedziela, 16 grudnia 2012

47. Zmiana planów



– Poszła już? – mruknął konspiracyjnym szeptem, wpatrując się intensywnie w drzwi.
Wprawdzie odgłos kroków ucichł, ale to nic nie znaczyło – ta agentka mogła równie dobrze stać pod progiem i podsłuchiwać, była niemożliwa. Cador usiadł wygodnie na łóżku i pokręcił głową; skrzywił się, gdy strzeliło mu w karku.
Minął niecały tydzień, od kiedy odzyskał przytomność. Pierwsze dwa dni głównie przespał, budząc się od czasu do czasu na kilkanaście minut. Zaczął już jeść (chociaż pierwszy posiłek, jakżeby inaczej, zwrócił), był w stanie powiedzieć całkiem dużo naraz, oddychało mu się nadal kiepsko, ale coraz rzadziej zdarzało się tracenie oddechu. Miał ogromną ochotę wstać z łóżka, ale po pierwszej nieudanej próbie Ariene kategorycznie mu tego zabroniła, uznając, że nie jest jeszcze gotowy.
Nie wiedziała, że próbował już kilka razy i był w stanie ustać na nogach. Nabił sobie wprawdzie siniaka, ale jeszcze go nie zauważyła. Niestety, od wczoraj chyba zaczęła coś podejrzewać, bo nie odstępowała go ani na minutę. To było niekomfortowe.
Przeniósł wyczekujące spojrzenie na przyjaciela, który stał przy jego łóżku. Caleb obiecał mu pomoc w przechytrzaniu Ariene – swoją drogą chyba przynosiło mu to niemałą satysfakcję.
Mężczyzna podszedł kilka kroków w stronę drzwi, zamarł na chwilę, a potem spojrzał na Cadora, uśmiechając się z przekąsem.
– I to mnie nazywała twoją żoną. Chyba czysto, nie słyszę oddechu, tyle by nie dała rady wstrzymywać – zawyrokował powoli i pokiwał sam do siebie głową. – Mógłbym skonstruować coś, co by informowało o jej obecności, lekką pułapkę, ale chyba na to jest za dobra – mruknął niezadowolony.
Postanowił nie dodawać, że jego zdaniem złapanie w tradycyjne niedźwiedzie wnyki też by zadziałało, bo prawdopodobnie zginąłby śmiercią tragiczną. Wbrew temu, co twierdził Cador, wcale mało domyślny nie był, po prostu powoli wystawiał teorie.
– To jak? – zwrócił się do przyjaciela, zbliżywszy się do jego łóżka.
– Jest na to za dobra – potwierdził spokojnie.
Gdy Caleb do niego wrócił, on już siedział na brzegu łóżka, przygotowując się do podniesienia. Nabrał wdechu, zacisnął palce na pościeli i przymrużył oczy.
– Jak myślisz, kiedy ona wreszcie zrozumie, że nic mi nie jest? – zapytał.
Prawda brzmiała tak, że jednak coś mu było. Wprawdzie kości już się zrosły (wszystko dzięki magii, rzecz jasna, aż taki pro super-hiper nie był), ale nadal pozostawały kruche i groziło im rozpadnięcie się na kawałeczki. Oddychanie wciąż nie należało do łatwych, a głowa regularnie bolała. Jednak co to dla niego, no, bułka z masłem.
Zagryzł wargę i podniósł się ostrożnie, rozkładając ręce. Udało mu się zachować równowagę, co skwitował zadowolonym uśmiechem. Kilka sekund tak stał, aż wreszcie postawił pierwszy krok w przód. I kolejny. Trochę się zachwiał, jednak, przytrzymany przez niezawodnego przyjaciela, pozostał w pozycji wyprostowanej.
– Z tym nic to bym nie przesadzał – mruknął krótko Caleb, nadal kierowany troską o Cadora, jednak nie zamierzał niańczyć go tak, jak notorycznie robiła to Ariene. – Ale rzeczywiście mogłaby przestać się zachowywać jak wilczyca, która broni młodego – dodał niejako zniesmaczony. – Aż strach pomyśleć, gdyby ktoś obcy się do ciebie wtedy w karczmie przypadkiem zbliżył, ja przynajmniej miałem usprawiedliwienie, że cię znam.
Kiedy Cador stracił trochę równowagi, znów go przytrzymał, oceniając wprawnym okiem okolicę. Uznał, że spacerek wystarczy na razie, dlatego skinął sugestywnie w stronę łóżka, by powoli zawracali.
Cador skrzywił się lekko, zgromił przyjaciela spojrzeniem i zerknął w drugą stronę, na okno. Jeszcze nie miał okazji przez nie wyjrzeć, a okropnie ciekawiło go, jaki widok się rozpościera. I gdzie są.
– Nie przesadzaj – mruknął, krytykując jego sugestię, po czym ruszył w obraną wcześniej stronę.
Tylko dwa kroki i już stał przy parapecie – oparł się dłońmi o jego zimną powierzchnię, uśmiechając się lekko. Las. Całkiem ładnie tu było.
– I tak jestem pełen podziwu, że cię nie zabiła – mruknął niejako rozbawiony, zerkając na niego przez ramię.
– Jako pilny uczeń nie zapomniałem twych nauk i kiedy ten Larkin ją zdekoncentrował, postanowiłem ją rozbroić jak na dżentelmena przystało – oznajmił Caleb, stając pod ścianą obok i opierając się na niej. – Potem to zostałem nagrodzony gruchnięciem w ścianę, wolałbym tego nie powtarzać – uznał, uśmiechając się lekko. – W sumie jak trafiłeś na tę wiedźmę? – spytał, doszedłszy do wniosku, że nadarzyła się idealna chwila, by się tego dowiedzieć.
Do tej pory nie było okazji do poruszenia tematu, Ariene prawie ciągle kręciła się w pobliżu, a Caleb wolał to usłyszeć tylko od przyjaciela. Zresztą nie czuł się przy niej na tyle swobodnie, żeby normalnie rozmawiać, nigdy nie lubił obcych. Na koniec – prędzej by się z tą kobietą pokłócił niż otrzymał jakiekolwiek konstruktywnie informacje.
Cador najpierw westchnął, ale później uśmiechnął się z nostalgią. Zapatrzył się na czubki rosnących w okolicy drzew, wracając pamięcią do jednej z największych przygód jego życia.
– Otrzymałem zadanie pilnowania pewnej panienki. Panienka okazała się być upadłą anielicą, która wraz z grupą najbardziej niesamowitych osób, jakie kiedykolwiek spotkałem, realizowała zadanie w Perrianie. Gdy tam dotarłem, Aithne właśnie umierała; jakiś popieprzony mag leczył ją w zamkniętym domu. Chciałem się tam za wszelką cenę dostać, bo wydawało mi się, że mogę cokolwiek zdziałać – Ariene dość konkretnie przekazała mi, że nie jestem w środku mile widziany. Też zwiedziłem kilka ścian, nim się z nią zgodziłem – wyjaśnił pokrótce, nadając wypowiedzi dość żartobliwego tonu.
Bo w sumie początek ich znajomości był dość zabawny; uśmiechnął się szerzej, czując, że coś dziwnego dzieje się z jego sercem.
– Ciekawy sposób zawierania nowych znajomości – podsumował Caleb, kiedy przyjaciel zakończył opowieść.
Przyglądał się mu jeszcze chwilę, po czym zawiesił spojrzenie na pobliskiej ścianie, nie czując potrzeby pytania o szczegóły tego zadania. Wydało się mu, że obrońca potrzebuje teraz momentu zamyślenia, może chciał coś powspominać, może pomyśleć. Dlatego on sam pogrążył się w zadumie, i tak stali, obaj nieobecni.
Do czasu, kiedy drzwi się otworzyły, a w progu stanęła ich ulubiona wiedźma, powiewając w dłoni białą kopertą. Wyraźnie chciała coś powiedzieć, ale zatrzymała się trochę zdumiona z na wpół otwartymi ustami, zapatrując się na scenkę, którą zastała.
– O kurwa – ucieszył się Caleb, wyprostowawszy się trochę.
Ups. Znaczy, Cador wiedział, że w końcu tak to się skończy, ale... ups.
– Ariene! – powiedział przesadnie radośnie, jakby w głupiej nadziei, że udobrucha wiedźmę.
Nawet się do niej ładnie uśmiechnął.
Obrócił się przodem do kobiety, opierając się o parapet, po czym nastawił się psychicznie na przyjęcie zgrabnego opierdolu.
– Mam rozumieć, że właśnie wracasz do łóżka, zmuszony przez złych ludzi do łażenia po pokoju z kruchymi kośćmi, zawrotami głowy oraz trudnościami z oddychaniem, tak? – spytała nadzwyczaj spokojnie, co akurat nie wróżyło niczego dobrego.
– Może sprawdzę, czy jestem potrzebny na dole – zasugerował powoli Caleb, zauważywszy już, że Cador doskonale radził sobie z Ariene, co nie wychodziło większości świata nawet w połowie tak dobrze.
– Stój, jesteś współwinny popełnionemu wykroczeniu – zakomunikowała krótko.
Nie śmiał zaprzeczać.
– Em... nie? – mruknął ostrożnie Cador, a gdy go nie zeżarła, postanowił kontynuować wypowiedź: – To ja zmusiłem niewinnych ludzi do współudziału w przestępstwie, bo już mnie roznosiło. No – urwał.
Przypatrzył się jej uważnie, po czym dla wszelkiej wątpliwości dodał:
– Nie bij.
Zaraz zadał błyskotliwe pytanie, przypatrując się przyniesionej przez wiedźmę przesyłce:
– Co to za koperta?
– Jeśli będę biła, to nie ciebie – oznajmiła, odetchnąwszy głębiej z wyraźną irytacją, po czym ruszyła w jego stronę.
– Na agresję odpowiadam agresją – mruknął pod nosem Caleb, przyglądając się temu, co trzymała Ariene.
– List. Do ciebie – stwierdziła, ignorując drugiego pana, i wręczyła Cadorowi przesyłkę, uśmiechając się lekko. – Postaraj się zaraz wrócić do łóżka. Ja idę do kuchni, karczmarz wreszcie mnie tam wpuścił. Mam nadzieję, że lubisz rosół – dokończyła, zawracając.
Zmarszczył czoło, przyglądając się otrzymanej kopercie. List z domu. Coś się stało?
Uśmiechnął się lekko, uznając, że to pewnie zaproszenie na świętowanie z powodu narodzin dziecka, zajścia w ciążę, ślubu albo cholera wie czego. Spojrzał jeszcze za Ariene, kiwając głową.
– Zdecydowanie. Dzięki, mała wiedźmo – odpowiedział, przyglądając się jej w ten szczególny sposób, w jaki przyglądał się jej od bez mała kilku dni.
A potem zainteresował się otrzymanym listem.
Ariene uśmiechnęła się jeszcze do niego, nim wyszła, co znowu nie umknęło uwadze mimo wszystko spostrzegawczego Caleba. Nadal nie rozgryzł, o co tu tak do końca chodzi – to znaczy z jednej strony było to oczywiste, z drugiej coś mu nie pasowało.
Ostatecznie skorzystał z wolnego łóżka Cadora, siadając sobie wygodnie.
– I co tam do ciebie piszą? – spytał, przypatrując się sufitowi.
Im dłużej przebywał w pobliżu przyjaciela, kiedy ten miał w zasięgu wzroku wiedźmę, tym bardziej upewniał się w przekonaniu, że coś jest na rzeczy. Czasami było na rzeczy do tego stopnia, że Calebowi wydawało się, iż sami sobie z tego zdają sprawę, szybko jednak wyprowadzano go z błędu.
Prawdę mówiąc – nie poznawał Cadora. Tak się jeszcze nie zachowywał.
Z każdym kolejnym przeczytanym słowem uśmiech obrońcy bladł. Po pierwszym akapicie zmarszczył z niepokojem czoło, a gdy dotarł do głównego przekazu listu, coś się w nim złamało. Raz jeszcze przebiegł spojrzeniem po treści wiadomości, po czym starannie złożył pergamin i schował do kieszeni.
– Muszę jechać – oznajmił tylko.
Nie zważywszy na fakt, że był dopiero po poważnym zranieniu i dziś postawił pierwszy krok od ponad tygodnia, podszedł do szafy i jednym ruchem zgarnął wszystko, co jego, do porwanej ze stołu torby. Przeszedł przez cały pokój, zapakował to, co najważniejsze, po czym narzucił na ramiona skórzaną kurtkę.
– Daj mi coś, co pozwoli mi wytrzymać podróż do domu – poprosił, zatrzymując się koło przyjaciela.
Jasnozielone oczy lśniły pustką.
Caleb patrzył na niego tylko chwilę – może i dłuższą niż zawsze, bo jednak się martwił. Potem sięgnął bez słowa do skórzanej torby, z którą nigdy się nie rozstawał. W niej trzymał to, co było mu potrzebne i w pracy, i w codziennym życiu: najróżniejsze składniki, mikstury, zapasowe pióra na lotki, bandaże, dodatkowe noże i nożyki, dosłownie wszystko.
Chwilę grzebał w środku, aż wreszcie wyjął fiolkę z jasnopomarańczowym płynem i podał Cadorowi.
– Cała buteleczka powinna wystarczyć aż do twojego domu. Bierz jeden łyk zaraz po przebudzeniu, pierwszy weź przed wejściem na konia – rozporządził spokojnie, znów przyglądając się przyjacielowi, jakby oczekiwał dodatkowych wyjaśnień bądź następnych próśb.
Niczego nie sugerował, o nic nie pytał, nie miał w zwyczaju.
Za to Cador go cenił. Za to cenił ich przyjaźń – za bezwarunkowe zaufanie. Odebrał od przyjaciela buteleczkę, skinął głową na znak, że przyjął do wiadomości instrukcje, schował miksturę do podręcznej torby i obrócił się w stronę drzwi.
– Ailee umiera – wyjaśnił tylko krótko, nim nacisnął klamkę.
Zamarł na chwilę, po czym obejrzał się na Caleba.
– Zostań z Ariene, dobrze? Przypilnuj jej. W ten sposób łatwiej mi będzie was znaleźć – poprosił, wlepiając w niego intensywne spojrzenie.
Caleb znów milczał, przypatrując się mu chwilę. Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał – nie nad odpowiedzią, bo ona była przecież oczywista. Nad czymś innym. Potem spuścił wzrok, przetrawiając wszystko, czego się dowiedział.
– Jak tam przyjedziesz, powiedz im, że jestem z nimi. Jakoś tam – mruknął najpierw, by znów wbić wzrok w oczy przyjaciela. – Powiesz jej, czy ja mam to zrobić? – spytał po prostu, gotów na każdą ewentualność.
Cador odwrócił wzrok, znów wpatrując się w drzwi. Otworzył je i zawahał się, po czym postawił krok przez próg.
– Chodź ze mną – poprosił, nie oglądając się już na przyjaciela.
Z jednej strony chciał sam pożegnać się z Ariene, ale... Mógłby nie zdobyć się na odejście. Musiał. Właśnie dlatego potrzebował Caleba.
Mężczyzna westchnął cicho, podnosząc się ze swojego miejsca. Znów postanowił nic nie mówić, po prostu poszedł za przyjacielem, zastanawiając się, jak niezmiernie urokliwa wiedźma zareaguje.

Wytłumaczenie karczmarzowi, że potrzebuje wejść do kuchni tylko na chwilkę, nie było łatwym zadaniem; koniec końców mężczyzna ustąpił, ale zastrzegł, że będzie pilnował czasu. Cador uśmiechnął się do niego lekko, jednak uśmiech ten zbladł, gdy tylko przekroczył próg pomieszczenia.
Zapatrzył się w sylwetkę stojącej do niego plecami wiedźmy. Było... było coś takiego, takie uczucie, które nie pozwoliło mu w tej chwili utrzymać tak upragnionej pewności siebie i dystansu do wszystkiego. Poczuł się winny – jak to, winny czego, choroby siostry, czy faktu, że chce jej dotrzymać towarzystwa w ostatnich chwilach? A jednak, nie chciał opuszczać Ariene, nie chciał wyjeżdżać.
Jestem trochę jak Larkin – pomyślał niechętnie. Przecież upadły też wyjechał, też zostawił ją samą, a tak nie powinno być. Nie powinno się zostawiać Ariene.
Zdusił w sobie wszystkie wątpliwości i negatywne emocje, postępując kolejny krok w przód.
– Ariene – rzucił miękko.
Już w jego głosie czuć było, że coś się stało, a widok strapionej twarzy tylko utwierdzał w przekonaniu.
W pierwszej chwili zareagowała entuzjastycznie; słysząc go, obróciła się z szerokim uśmiechem, ten jednak bardzo szybko zgasł, gdy spojrzała na Cadora. Opuściła drewnianą łyżkę, którą właśnie mieszała zupę, odłożyła ją na ladę i prawie bezwiednie sięgnęła po ścierkę, by wytrzeć ręce.
Coś się stało. Nie chodziło nawet o to, że przeszedł z pokoju aż tutaj – miał torbę, był gotowy do drogi, wystarczyło raz zmierzyć go spojrzeniem, by się zorientować.
Z trudem przełknęła ślinę, czując się tak, jakby coś ścisnęło ją w środku w żelaznym chwycie i nie zamierzało puścić. Ledwie oddychała przez pewną chwilę, ale wreszcie zaczerpnęła głębszego wdechu. I bała się odezwać, wpatrując się w niego wyczekująco i przygotowując się na to, co zaraz usłyszy.
Zauważyła, że Caleb oparł się o framugę drzwi, jednak ledwie poświęciła mu uwagę. W trudny do wytłumaczenia sposób wiedziała, co usłyszy, ale nie chciała, by Cador to mówił. Po prostu... nie chciała.
Zabolał już sam widok zdenerwowania na jej twarzy; jak bardzo zaboli powiedzenie tego, co musi zostać wypowiedziane? Zebrał się w sobie i spojrzał jej prosto w oczy. Na chwilę się w nich zatopił, ale zaraz oprzytomniał.
– Ja... wrócę – zapewnił w pierwszej chwili; nie chciał, by pomyślała, że i on ją zostawia.
Naprawdę wierzył w swoje słowa, był w stu procentach pewien, że znajdzie ją choćby na końcu świata – musiała o tym wiedzieć.
– Moja siostra umiera. Muszę do niej jechać, cała rodzina już tam jest, Ailee mnie potrzebuje. Wyjeżdżam już teraz, w tej chwili – dodał, poprawiając wrzynający się w ramię pas torby.
Spojrzenie, jakim obdarzał wiedźmę, było pełne smutku i poczucia winy – on sam czuł nieprzyjemny ucisk w sercu. Ale musiał, zwyczajnie musiał.
Pokiwała głową, na chwilę przymykając oczy. Przez te ułamki sekundy zganiła się w myślach za egoizm, bo to przecież było egoistyczne, to pragnienie, by jednak nie wyjeżdżał. Rodzina jest najważniejsza, nie miała co do tego żadnych wątpliwości.
Dlatego zignorowała to nieprzyjemne, bolesne uczucie w piersi, prostując się i uśmiechając się do niego łagodnie.
– Bądź ostrożny – poprosiła tylko po długiej chwili milczenia, kiedy zorientowała się, że nie ma pojęcia, co mogłaby mu powiedzieć.
Teraz znów skinęła głową i spróbowała wzmocnić słowa kolejnym uśmiechem. Wstrzymała też oddech, bo łatwiej się nie oddychało niż oddychało akurat w tym momencie. Odruchowo przyjrzała się jego twarzy, szukając na niej dyskomfortu związanego z obrażeniami, ale w ferworze walki pewnie o tym zapomniał. Zresztą Caleb się nim zaopiekuje, więź między nimi była bardzo widoczna.
Przestanie boleć, Ariene. Tylko czemu w ogóle zabolało mimo wszystko?
Drgnął. Chciał do niej podejść, zrobić... zrobić cokolwiek, przytulić ją, zapewnić, że nie będzie go tylko chwilę. Coś go powstrzymało, trudno powiedzieć co, ale w końcu wycofał się ze swojej decyzji i pozostał w tym samym miejscu.
Kiwnął głową w ramach złożenia wiedźmie obietnicy – niewerbalne „będę ostrożny”. Obejrzał się przez ramię na przyjaciela, by po chwili wrócić spojrzeniem do Ariene.
– Caleb z tobą zostanie. Tak łatwiej mi będzie was znaleźć – mruknął.
Prawdopodobnie wysiliłby się na żart, poprosił, by się nie zamordowali w tak zwanym międzyczasie, ale nie potrafił zmusić się do przyjęcia pogodnej postawy. Zwyczajnie nie.
Zorientował się, że przeciąga tę chwilę. Jeszcze raz przyjrzał się uważnie wiedźmie, jakby próbował zapamiętać jej twarz w najdrobniejszych szczegółach. Bezwiednie wyciągnął dłoń w stronę kobiety, ale po chwili zacisnął ją w pięść i cofnął. Nie będzie mieszał w głowie ani jej, ani sobie.
– W takim razie... do zobaczenia – uznał cicho.
A po kilku kolejnych sekundach zawieszenia odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Kiedy tylko obrócił się do niej plecami, spojrzała w bok, obejmując się ramionami. Zrobiło się chłodniej, ucisk w piersi nasilił się. Chciała jeszcze coś powiedzieć, pożegnać go jakoś – jakkolwiek – ale nie potrafiła. Dlatego tylko słuchała jego kroków, aż te nie umilkły, i dopiero wtedy zdołała unieść głowę.
Natrafiła wzrokiem na spokojne spojrzenie Caleba i poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Mężczyzna przyglądał się jej... po prostu patrzył. Nie oceniał, nie krytykował, nie potępiał ani nie pochwalał, zwyczajnie patrzył. Pomyślała wtedy, że zobaczył więcej niż ona sama widziała, a to było straszne.
– Przypilnuję, żeby bezpiecznie odjechał – oznajmił opanowanym głosem, odpychając się od framugi.
Uciekła z powrotem do szykowanego rosołu, by zastanowić się, czy jest sens go kończyć. Czy ktokolwiek go zje. Sięgnęła po łyżkę, ale zaraz zastygła.
– Dziękuję – rzuciła prawie bezwiednie, szybko, żeby Caleb usłyszał.
Dopiero wtedy powróciła do gotowania, marząc o tym, by zająć czymś i ręce, i umysł.
Najpewniej dlatego nie widziała, że mężczyzna przystanął i uśmiechnął się lekko pod nosem, przymrużając oczy. Po chwili ruszył w ślad za przyjacielem, postanowiwszy na razie nic nie mówić.

Nie dało się ukryć, rosół był dobry. Wyraźny – może nawet za mocny jak dla Caleba, który nie nawykł do używania normalnej ilości przypraw – aromatyczny, klarowny. Tylko atmosfera zdecydowanie ciążyła, w martwej ciszy stukały łyżki o dno misek, od czasu do czasu ktoś mlasnął.
Mężczyzna uniósł wzrok na milczącą towarzyszkę, przyglądając się jej nienachalnie. Nie interesowała go powierzchowność kobiety, to w końcu zaobserwował już wcześniej. Nie szukał także charakteru, zdążył go trochę poznać. Zastanawiał się, co działo się w jej wnętrzu, jaką maskę postanowiła założyć – bo założyła ją przy pożegnaniu z Cadorem, zaraz po tym, jak cichutko, ale boleśnie pękło jej serce.
Przykro było na nich patrzeć, zagubionych i niepewnych, jednak pozbawionych czasu, by zrozumieć, co się z nimi dzieje, co się między nimi dzieje.
– Co planujesz? – odezwał się, kiedy rosół w miskach się kończył; łyżki coraz częściej stukały o dna.
Ariene odgarnęła włosy za uszy, przełknęła to, co miała w ustach, i przesunęła wzrokiem po brzegu naczynia, łagodnym ruchem zgarniając łyżką makaron z ceramiki.
– Za dwie godziny wyjeżdżam – stwierdziła obojętnym głosem, unosząc spojrzenie na swojego towarzysza.
Bursztynowe oczy skrzyżowały się z szafirowymi i tak zastygły, mierząc się w chłodnym skupieniu. Caleb obserwował, jak mur, za którym próbowała się skryć Ariene, zaczyna się kruszyć – i doskonale wiedział, że gdyby spoglądała na kogoś innego, nie złamałaby się. On jednak widział ją wcześniej, taką bez żadnych masek, jaką była przy Cadorze. To w tym starciu stanowiło jego przewagę.
Milczał.
Wreszcie odwróciła wzrok i na krótką chwilę przygryzła wargę, kuląc się w sobie jak zagubiona, przestraszona dziewczynka.
– Odjechał spokojnie, nie rzucił konia w ostry galop – mruknął krótko Caleb, powracając uwagą do rosołu, skoro udało się mu zedrzeć z niej tę maskę. – Dokąd się udasz?
Milczała, kiwając jak w transie głową. Nadal była krucha, nie przypominała wzbudzającej trwogę wiedźmy sprzed kilku godzin. Zerknął na nią szybko, pozwalając na zbieranie się w sobie we własnym powolnym tempie.
– Do większego miasta – odparła zachrypniętym głosem, więc odchrząknęła cicho. – Może dostanę niedużą robotę, przydałyby się pieniądze.
Caleb przytaknął i zebrał puste naczynia, wstając od stołu. Spojrzał na nią z góry, marszcząc lekko czoło. Powinna się pozbierać szybciej, może chwila samotności jej pomoże.
Powoli obrócił się do niej bokiem.
– W takim razie zbierajmy się – postanowił spokojnie, zawracając do drzwi, by pozmywać po ich skromnym obiedzie.
– My? – wyrwało się jej ze zdumieniem.
– Łatwiej nas znajdzie – przypomniał tym samym tonem, domyśliwszy się, że w stresie mogła nie usłyszeć słów Cadora dokładnie.
Odwrócił się, przekraczając próg, za swoimi plecami usłyszał głuche stuknięcie. Nim zamknął drzwi, popatrzył na Ariene krótko – położyła głowę na blacie, jej twarz zniknęła pod czarnymi włosami.
Właściwie jej nie znał, była mu obca. Ale poczuł się za nią odpowiedzialny, bo łączyła ich jedna bardzo ważna osoba. Chyba dlatego mimowolnie się do niej uśmiechnął, choć nie mogła tego widzieć.

Pogodnie. Chłodnawo, ale pogodnie.
Przymrużyła oczy, wychodząc ze stajni ze swoją klaczą. Poprowadziła ją na bok, by nie blokować wejścia, i zabrała się za poprawianie siodła. Ignorując kłapanie zębów Jutrzenki i jej wściekłe kwiknięcia, podciągnęła popręg. Raz klacz wykonała taki ruch, jakby zamierzała ją ugryźć, ale zimne spojrzenie Ariene wystarczyło, by wierzchowiec zaniechał swoich zamiarów. Wiedźma spokojnie dokończyła zajęcie, całkowicie się na tym skupiając. Tak było łatwiej się nie martwić.
Nie rozumiała własnej postawy. Wyjazd Larkina nie ruszył jej aż tak bardzo, przeszła nad tym do porządku dziennego. Co różniło od niego Cadora? Może się bała, w końcu nie wrócił do pełnej formy. Mógł sobie coś zrobić w podróży, tamta rana była poważna. Albo to kwestia samotności, przywykła do czyjegoś towarzystwa. Albo po prostu robiła się miękka na starość. Kto to widział, skrytobójca i złodziej z talentem magicznym, który się rozkleja, bo znajomy wyjechał do rodziny.
Miała niejasne wrażenie, że coraz gorzej się oszukiwała.
Jutrzenka zastrzygła uszami, unosząc łeb, dlatego Ariene oderwała wzrok od strzemienia i popatrzyła na wychodzącego z karczmy Caleba. Wyglądał śmiesznie w łatanym płaszczu o chyba wszystkich odcieniach zieleni.
Wiedźma przyjrzała się mu uważnie, kiedy schodził z ganku lekkimi ruchami, bezwiednie amortyzując swoje kroki, przez co poruszał się bezszelestnie. Odruchowo zastanowiła się, czym Caleb właściwie się zajmuje.
– Siodłaj – poleciła, kiedy trochę się zbliżył.
Poprawił skórzaną torbę przewieszoną przez ramię, stając koło Jutrzenki. Klacz od razu stuliła uszy, dlatego Ariene chwyciła wodze rudej, chcąc ją przytrzymać, ale gdy Caleb wyciągnął rękę do jej łba, uspokoiła się. Wiedźma uniosła brew, obserwując szturchającą pyskiem dłoń mężczyzny Jutrzenkę.
– Nie mam co – odezwał się wtedy Caleb.
– Huh? – wyrwało się Ariene. – A, siodłać. Jak to? – zdziwiła się od razu, marszcząc ze zdumieniem czoło.
Odciągnęła od niego dopraszającą się o pieszczoty klacz, zastanawiając się, kto i kiedy podmienił jej konia.
– Nie mam żadnego wierzchowca – rozwinął myśl, uśmiechając się lekko, z pewnym przekąsem pod nosem.
– Zorientowałam się – prychnęła zirytowana. – Czyli podróżujesz pieszo? Dość ambitnie – podsumowała, wzruszając ramionami. – W takim razie kupujemy ci konia, nie będę wlokła tej małpy za nami. Chodź – postanowiła nieznoszącym sprzeciwu głosem, ściągając wodze przez szyję klaczy.
– Nie stać mnie – stwierdził nadal spokojnie Caleb, odprowadzając mijającą go wiedźmę wzrokiem.
– Wspólnie będzie nas stać. Jeszcze jakieś pytania? – rzuciła chłodniejszym tonem, zerkając na niego przez ramię.
– Nie śmiałbym, pani – zapewnił pełnym skruchy głosem Caleb, uśmiechając się o wiele szerzej, jakby Ariene go bawiła.
– To dobrze – mruknęła, również rozweselona jego postawą.
Wspólnie ruszyli w dół polnej drogi prowadzącej do miasteczka. Mężczyzna wyjął z kieszeni płaszcza skórzane rękawiczki i naciągnął je na dłonie. Ariene przez ten czas uważnie się mu przyglądała – miał spracowane charakterystycznie ręce, ale nie od roboty w polu, nie wyglądał też na kogoś władającego mieczem.
Przeniosła wzrok na zawieszony na jego plecach łuk ze zdjętą cięciwą; zapatrzyła się na broń, będąc pod wrażeniem jej niezwykłej urody. Częściowo podtrzymywał ją szeroki pas, częściowo kołczan pełen pierzastych strzał. Raz jeszcze obrzuciła całą sylwetkę towarzysza czujnym spojrzeniem, unosząc brwi.
– Czym się zajmujesz? – spytała wreszcie, nie wymyśliwszy niczego pasującego do Caleba.
– Niańczeniem problematycznej wiedźmy – odparł bez zająknięcia, nie zaszczyciwszy jej nawet spojrzeniem.
Zazgrzytała zębami, czując, jak wraca jej niechęć do nowego towarzysza. Powstrzymała się jednak od oddzielenia jego głowy od reszty ciała, to byłoby niehumanitarne.
– Najemnik? – podsunęła, postanawiając jego wypowiedź zignorować.
– Myśliwy – poprawił zwięźle; nadal obserwował drogę.
– Myśliwy? – zdziwiła się, unosząc wysoko brwi.
Nie sądziła, że kiedykolwiek przyjdzie jej podróżować z taką osobą. Nie żeby gardziła – po prostu zaliczała myśliwych do kategorii ludzi uczciwie, regularnie pracujących, czego nie można było powiedzieć o najemnikach.
– Przeliterować? – zainteresował się uprzejmie.
– Nie, chyba sobie poradzę z natłokiem informacji – odparła od razu, miażdżąc kolegę morderczym wzrokiem.
– Nie wątpię – uznał wielkodusznie, uśmiechając się pod nosem.
– Nie masz wielu przyjaciół, co? – nie wytrzymała, znów obrzuciwszy Caleba niezadowolonym spojrzeniem rozjuszonej kotki.
Myśliwy zaśmiał się krótko, nieco ochryple, kręcąc z niedowierzaniem głową. Kiedy ponownie popatrzył na Ariene, jego oczy lśniły niejako łobuzersko, jakby świetnie się bawił, drażniąc wiedźmę.
– Ty raczej też, co? – rzucił pogodnie, naciągając mocniej rękawiczki, by materiał dobrze się ułożył.
Ariene postanowiła skończyć dyskusję, sięgnęła do łba Jutrzenki i pogładziła rudy pysk, skupiając się bardziej na otoczeniu.
Zbliżali się już do miasteczka, bure budynki wyrastały u podnóża wzgórza jak martwe kikuty wiekowych drzew. Zdawało się, że nawet powietrze w tym miejscu jest szare i nijakie, wiedźma od razu straciła ochotę na wchodzenie między kamienice. Rozejrzała się po okolicy, szukając wzrokiem stajni miejskich oraz zagrody.
– To chyba tam – stwierdziła wreszcie, wskazując skromny kompleks budynków na uboczu, bliżej zbocza.
– Na to wygląda – zgodził się mężczyzna, zmrużywszy lekko oczy, by lepiej widzieć. – Mogą nie mieć koni na sprzedać – dodał trzeźwo.
– Wtedy pobiegniesz – zdecydowała bezdusznie, zbaczając na ścieżkę prowadzącą do stajni.

Konie własności przybytku były w dobrej kondycji. Cztery zwierzęta pasły się w zagrodzie, oganiając boki od owadów. Opiekun pozostawał poza zasięgiem wzroku, dlatego nie można było nikogo o nic spytać. Także w pobliżu głównego budynku nie kręcili się żadni ludzie, więc podróżnicy zbliżyli się do płotu, przyglądając się wierzchowcom. Kilka koni zarżało na widok Jutrzenki, ale klacz tylko zastrzygła uszami, unosząc łeb.
– Jak myślisz? – zagadnęła Ariene; nie uważała się za wyjątkowego znawcę hodowlanego, tyle jedynie, co łyknęła ze swojego dzieciństwa.
Caleb się nie odezwał, lustrując zwierzęta uważnym wzrokiem. Wiedźma odczekała chwilę na jego odpowiedź, poświęcając ten czas ocenianiu koni.
Trudno orzec, gdy stały w miejscu, skubiąc skromną trawę. Jutrzenka szturchnęła właścicielkę w ramię, po czym zabrała się do obgryzania drewnianej zagrody. Nie zniechęciło jej nawet pacnięcie w nos, tylko parsknęła z dezaprobatą.
– Siwki odpadają – uznała wreszcie Ariene, przyjmując do wiadomości porażkę w wychowywaniu rudej. – Są przebudowane, to może utrudnić długotrwałe podróże – dodała, nie wiedząc, czy Caleb zna się na koniach, czy wręcz przeciwnie.
Myśliwy pokiwał głową, nadal milcząc, więc wiedźma postanowiła zostawić go w spokoju. Skupiła uwagę na kuśtykającym w ich stronę mężczyźnie. Miał na sobie potargane, podziurawione ubrania, a i tak, ku rozbawieniu Ariene, prezentował się normalniej od jej irytującego towarzysza.
Posłała nieznajomemu uśmiech, stanowczym szarpnięciem odciągając drewnożerną kobyłę od niszczenia płotu.
– Witam – odezwała się panna Tenshi, biorąc negocjacje na siebie.
– Bry – burknął mężczyzna, zatrzymując się obok potencjalnych klientów.
– Chcielibyśmy zakupić konia – oznajmiła niezrażona kobieta, nadal obdarzając nieznajomego pogodnym uśmiechem.
Hodowca – bądź też stajenny – powiódł wzrokiem po swoim skromnym, zwierzęcym dobytku. Chwilę nad czymś dumał, potem charknął i splunął na ziemię; Jutrzenka tupnęła zniesmaczona nogą, co rozbawiło jej właścicielkę.
– Którego? – zainteresował się wreszcie mężczyzna.
– Siwki nas nie interesują – zapewniła od razu Ariene, wodząc wzrokiem między końmi; trudno było tak od razu podjąć decyzję, nie sposób ocenić zwierzęcia stojącego w miejscu na padoku.
– Można wejść? – odezwał się milczący do tej pory Caleb, nie odwracając spojrzenia od wierzchowców, jakby istniały jedynie one.
– Byle krótko – zgodził się wspaniałomyślnie właściciel, podchodząc do bramki ogrodzenia i otwierając przejście.
Ariene obserwowała wchodzącego na padok towarzysza, zastanawiając się, co też zamierzał zrobić. Przemaszerował swobodnym krokiem do stadka, które z zainteresowaniem uniosło łby, przyglądając się mu. Zbliżył się do koni, poklepał wszystkie po szyjach, zaraz poświęcając swoją uwagę gniadoszowi i tarantowi. Chwilę stał przy nich, mówiąc coś cicho i bez przerwy je głaszcząc, aż wreszcie odwrócił się i zawrócił do płotu. Oba konie ochoczo za nim podreptały, nastawiając czujnie uszy.
Wiedźma nie miała pojęcia, czemu to wszystko służyło, aż Caleb nie obrócił się gwałtownie i tupnął z wymownym warknięciem, płosząc wierzchowce. Gniady stulił uszy, machnął gniewnie łbem i pogalopował do stada, wierzgnąwszy, by pokazać swoje niezadowolenie. Tarant zachował się dość podobnie, ale po kilku krokach zatrzymał się i spojrzał na myśliwego z żywym zainteresowaniem. Caleb odwzajemnił wzrok, jednak szybko pochylił głowę i znowu skierował się do furtki.
Tarant poczłapał za nim, zwieszając łeb.
– Ten – oznajmił myśliwy, dotykając szyi zwierzęcia, kiedy dotarli do celu. – Ile za niego? – zwrócił się do gospodarza.
– Osiemdziesiąt złotników – rzucił po krótkim zastanowieniu mężczyzna, wzruszając niedbale ramionami.
– Płochliwy, sześćdziesiąt – przystąpił do targowania się Caleb, spoglądając na nieznajomego z nieprzeniknioną twarzą.
– Sześćdziesiąt pięć.
– Sztorcowe kopyta, będzie twardy. Pięćdziesiąt pięć.
– Stoi.
Wyciągnął rękę do myśliwego.
– Stoi – przytaknął i ścisnął szeroką dłoń.
– W takim razie idę po sprzęt – zdecydował mężczyzna i odszedł od klientów zadowolony, pogwizdując pod nosem.
– Brawo – pochwaliła krótko Ariene, uśmiechając się z pewnym zaskoczeniem. – Tyle na pewno uzbieramy.
Caleb posłał jej lekki uśmiech w odpowiedzi i pogłaskał pysk przyglądającego się mu wierzchowca. W ciemnych oczach błyszczała inteligencja – myśliwy z zadowoleniem pomyślał, że współpraca powinna być przyjemna.

Wreszcie zostawili ponure miasto za sobą; zrobiło się o wiele cieplej i słoneczniej, zupełnie jakby wydostali się spod specyficznej zasłony. Nie rozmawiali prawie wcale, pogrążyli się w rozmyślaniach – Caleb wyglądał na zadowolonego z obrotu sytuacji, od czasu do czasu poklepywał swojego świeżo nabytego taranta po szyi. Ariene natomiast starała się nie martwić o Cadora, zajmując myśli każdą możliwą błahostką, ale kiepsko jej to wychodziło.
W końcu to nie tak, że wyjechał do domu umierający, był w dobrej kondycji, a rany w większości się zagoiły. Tylko pozostał trudny do wytłumaczenia niepokój, gdzieś z tyłu głowy słyszała cichy głos powtarzający, że coś może się mu stać lub że więcej się nie zobaczą. Obecność Caleba jej nie uspokajała, chyba czułaby się lepiej, gdyby pojechał z przyjacielem i o niego zadbał. Sama sobie poradzi, była dużą dziewczynką, a gildia przystosowała ją do trudów życia. Cador, oczywiście, też nie należał do bezradnych fajtłap, ale… tak jakoś.
– Do najbliższego miasta są cztery godziny spokojnej jazdy – odezwał się myśliwy, zwracając na siebie uwagę wiedźmy. – Zatrzymamy się w nim?
– Nie musisz ze mną jechać – stwierdziła wtedy mimowolnie, zerknąwszy na towarzysza krótko. – Poradzę sobie.
– Nie muszę – zgodził się, jednak na nią nie patrzył, wzrok zawiesił gdzieś przed sobą. – Nie mam nic ciekawszego do roboty, dlatego na razie tu zostanę – dodał z lekkim uśmiechem.
Ariene milczała dłuższą chwilę, nie do końca zadowolona z odpowiedzi. W końcu lepiej by było, gdyby pojechał za Cadorem, ale przecież nie powie tego na głos. Po prostu nie.
– Zobaczymy – odparła na jego pierwsze pytanie, postanawiając chwilowo nie poruszać tematu wspólnej podróży.
Caleb przytaknął krótko i przyłożył dwa palce do ust. Rozległ się wysoki, przeciągły gwizd, który przyprawił wiedźmę o nieprzyjemne dreszcze. Spojrzała na myśliwego zdumiona, nie rozumiejąc, czemu to zrobił i po co, tak właściwie. Mężczyzna nie raczył jej wytłumaczyć, przesunął wzrokiem po linii rosnącego nieopodal lasu.
Wtedy między drzewami pojawił się biały, długonogi wilk. Przyjrzał się im uważnie, merdając leniwie ogonem, a kiedy Caleb zacmokał, drapieżnik ruszył przodem lekkim truchtem, wyraźnie zadowolony; jasna sierść błyszczała w promieniach słońca.
Ariene uniosła brew.
– To Shila. Mam nadzieję, że nie będzie przeszkadzać – odezwał się spokojnie myśliwy.
– Nie no, skąd – wydusiła zdumiona wiedźma.
Mimowolnie pomyślała, że to będzie długa podróż.

2 komentarze:



  1. "po prostu zaliczała myśliwych do kategorii ludzi uczciwe, regularnie pracujących, czego nie można było powiedzieć o najemnikach" - uczciwych
    "zdecydowała bezdusznie, zbaczają na ścieżkę prowadzącą do stajni." - zbaczając

    Tarant <3 Nie mam zastrzeżeń XD
    Ale odzywa się syndrom "ja nie chcę ich, ja chcę tamtych" XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję <3 Musiałam nieuważnie sprawdzać, jestem beznadziejna :< xD

      Spokojnie, shit is going on :3

      Usuń