Ulice, mimo
względnie wczesnej pory, były już zatłoczone. Ludzie maszerowali energicznie
przed siebie, nie zwracając uwagi na otoczenie, całkowicie pochłonęły ich inne
sprawy. Kupcy rozstawiali na nowo stragany, zwężając i tak niezbyt szerokie
drogi, utrudniając przemieszczanie się.
Choć nikt
jeszcze nie wrzeszczał, próbując zagłuszyć naturalny gwar ulicy, to hałas już
był dokuczliwy, przytykał uszy i wywoływał ból głowy. Miasto przypominało ul, w
którym zawsze wrzało oraz panował nadzwyczajny ruch. Ktoś w oddali rozdarł się
„złodzieje! Straże, złodzieje!”, ale nikt nie zwrócił na nieszczęśnika uwagi,
nie mając ochoty się w to mieszać. Nawet żaden patrol gwardzistów nie pojawił
się na widoku. Może byli na przerwie.
Ariene śmiało
ruszyła w tłum, przywołując na twarz wyraz obojętności, by ostatecznie stopić
się z tłem. Szła pewnie, ale niezbyt szybko, ze zgarbionymi ramionami – wolała
nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, musiała być postrzegana jako jedna z
tysięcy.
Tylko
ukradkiem, ledwie kątem oka, kontrolowała okolicę, gotowa dosłownie na
wszystko. Planowała się dość szybko przedostać do bogatszej dzielnicy, gdzie
miała zrobić sprawny rekonesans, może załatwić kilka potrzebnych formalności.
Derek
dostarczył jej informacje na temat gości, których najprościej będzie
wyeliminować, by zrobić podmianę. Nie zamierzała jednak ich zabijać, co jej
dawnego kompana zdumiało. Chciała wykluczyć ich na dłuższy czas z gry przy
użyciu złośliwego zaklęcia, potem powrócą do normalnego życia.
Derek
stwierdził, że zrobiła się miękka – uważał tak nawet nie z powodu jej aktu
miłosierdzia, ale ze względu na współpracę z pozostałymi. W końcu zapamiętał ją
jako indywidualistkę.
Skręciła w
boczną uliczkę, ignorując głośne zaczepki podpitego mężczyzny. W tym tempie do
wybranej dzielnicy dotrze w niecałą godzinę, to dobrze. Do wieczora wyrobi się
z robotą, to najważniejsze. Raczej nie wyszła z wprawy, zatem nie powinna
zostawić po sobie żadnych niewygodnych śladów, zresztą praca była czysta. Oraz
prosta, takie manewry wykonywała na samym początku kariery – i to z
powodzeniem. Dlatego szła rozluźniona i pewna siebie, nie czuła nawet
najmniejszego niepokoju.
Uśmiechnęła
się do sprzedającej częściowo zwiędnięte kwiatki dziewczynki, próbując
zignorować nieprzyjemny ucisk w piersi. Mała nie mogła mieć więcej niż siedem
lat; chuda, brudna i przestraszona, ale zdeterminowana. Za trochę czasu pewnie
świat ulicy całkowicie ją pochłonie i będzie rozkładała nogi przed każdym, kto
zapłaci – o ile potem w ogóle dostanie pieniądze. O ile w ogóle przeżyje
pierwszy miesiąc.
Wiedźma
odwróciła wzrok, nie kupując podtykanego pod nos kwiatka. Nie było jej stać,
zresztą jeden miedziak nie zmieni jej życia. Ani też srebrnik. Nawet złotnik
dałby ledwie złudną nadzieję. Ariene doskonale wiedziała, że żeby przeżyć na
ulicy, trzeba mieć siłę oraz inteligencję. Sama nie skończyła jako dziwka tylko
dzięki magii, a potem terminowi w gildii. Nie prosiła o niczyją łaskę i dlatego
zachowała kontrolę nad swoim życiem. Miała niewyobrażalne szczęście, prawdę
mówiąc.
Przyspieszyła
trochę kroku, dostrzegając już zabudowania lepszej dzielnicy. Dziewczynkę
zostawiła za sobą – nie zajmowała jej myśli za długo, tylko przez chwilę
zapewniała się w duchu, że nie dopuści, by jej dziecko tak skończyło. Jeśli
kiedykolwiek zostanie matką.
Prześlizgnęła
się między wąsko postawionymi budynkami, wstrzymując na moment oddech. Szkoda,
że wypadła z gospody tak szybko; przed rozpoznaniem posiadłości, gdzie ma odbyć
się bal, musi zabandażować klatkę piersiową, bo biust bardziej przeszkadzał niż
pomagał. Pamiętała, że Derek zawsze narzekał na tę taktykę przygotowań.
Derek.
Zmarszczyła lekko czoło. Był czas, kiedy… łączyła ich bardzo specyficzna
przyjaźń. Ariene nie kryła do niego żadnej płomiennej miłości, to oznaczało dla
niej po prostu możliwość oderwania się od rzeczywistości. W pewien sposób się
wspierali i pocieszali, ale ostatecznie traktowała to tylko jako fizyczną
przyjemność.
Kiedy
postanowiła odejść z gildii i to skończyć, nie żałowała ani nie tęskniła.
Pozostała jedynie koleżeńska sympatia – mnóstwo osób w gildii tak urozmaicało
sobie niebezpieczne życie. Oni różnili się tym, że nie zmieniali co chwila
partnerów, poniekąd byli sobie wierni. Bardzo rzadko próbowali czegoś innego i
wracali do siebie.
Teraz jednak
sytuacja jej nie odpowiadała. Derek założył, że wszystko zostaje po staremu,
ale ona nie miała na to ochoty. Nie będzie wracała do czegoś, co już skończyła,
nie zamierzała znów zacieśniać przyjaźni. Poza tym… po prostu nie. Nie… bo nie.
Uderzyło w nią
poczucie winy, od którego aż skuliła się w sobie, jakby chciała zniknąć. Czuła
na sobie spojrzenie Cadora, gdy rozmawiała ze starym przyjacielem, wiedziała,
że nie był zadowolony. Wprost wściekły, choć próbował to ukryć za pogodnym
uśmiechem, ale ona to zauważyła.
Chyba między
innymi dlatego tak szybko uciekła z karczmy, bojąc się konfrontacji czy pytań.
Nie potrafiła wyobrazić sobie, że mówi obrońcy, jak to też z Derekiem było. Z
drugiej strony rozumiała, że należą się mu wyjaśnienia. Bo… bo tak. Musiała się
zebrać w sobie, zdecydowanie. Miała tylko nadzieję, że jej przyjaciel zrozumie,
iż nie zamierza wracać do ich specyficznych relacji. Było miło, ale
definitywnie się skończyło.
Rozejrzała się
po bogatej dzielnicy, w której właśnie się znalazła. Ulice nie były już tak
zatłoczone oraz brudne, kamienice wyglądały na zadbane, niekiedy drogą
przejeżdżał powóz ciągnięty przez parę efektownych koni. Mieszkańcy maszerowali
lekkim krokiem prosto na targ, rozmawiając ze sobą pogodnie; nie musieli
podnosić głosu, bo dokoła nie panował za duży gwar. Jeśli Ariene dobrze
pamiętała, jej cele o tej porze powinny dojeżdżać do bogatej kamienicy, gdzie
miały się zatrzymać.
Wymacała w
kieszeni zwitek papieru i wyjęła go, ukradkiem wycofując się w cień, by nie
przyciągać spojrzeń przechodniów. Dostała cynk o dwóch kobietach i mężczyźnie,
którzy przyjeżdżają na bal z daleka, zatem nikt ich tu nie znał i można było
ich łatwo podmienić. Zamierzała śledzić ich w ukryciu aż do ustronnego miejsca,
wtedy ogłuszyć i obłożyć czarem. Jeśli Derek się nie mylił – a w robocie nigdy
się nie mylił – nie zaalarmuje to nikogo, ponieważ ich kamienica była jeszcze
pusta. Idealnie.
Elissa von
Estralle, Loren von Estralle oraz Charlotte li’Ardelle. Imiona i nazwiska nic
jej nie mówiły, to nie były rody wysoko szlacheckie. Może niedawno zostali
nobilitowani. Bardziej zainteresowała ją oczywista więź między kobietą i
mężczyzną. Rodzeństwo czy małżeństwo? Lepiej by było, jeśli rodzeństwo – dla
wygody ułożonego wstępnie planu.
Ariene
postanowiła, że ci, którzy dostaną się na salę balową, odwrócą uwagę i dokonają
zabójstwa. Wszystko inne opracuje, kiedy zbierze więcej informacji. Natomiast
najlepiej odwraca się uwagę celu poprzez flirt, który nie przystoi mężatce.
Rozejrzała się
ukradkiem, płynnym ruchem chowając świstek z powrotem do kieszeni. Ruszyła
ulicą swobodnym krokiem, podświadomie wyostrzając wszystkie zmysły, by w porę
dostrzec poszukiwane osoby.
Na drodze nie
było wielu przechodniów, dlatego skrycie się w tłumie graniczyło z niemożliwym.
Musiała użyć wszystkich swoich zdolności, by się nie zdradzić. Zwłaszcza że nie
miała na sobie odpowiednio bogatego stroju, przez co zwracała na siebie uwagę –
czuła przeszywające ją pełne dezaprobaty spojrzenia, ale całkowicie je
ignorowała.
Jeszcze dwie
ulice i zacznie się nagonka.
Uniknęła
potrącenia przez barczystego mężczyznę i z trudem powstrzymała się od
warknięcia. To prowokacja. Pewnie jego żona z jakiegoś powodu poczuła się przez
wiedźmę zagrożona w pewnym sensie i uprosiła go, żeby dał wieśniaczce nauczkę.
Nie zareagowała, dalej maszerując do celu. Z pewnością się zirytowali, ale ona
dotarła już do następnej ulicy, znikając im z oczu.
Wypuściła
powietrze przez nos, przymknęła powieki i przez chwilę po prostu szacowała –
czy już zacząć nagonkę? Uśmiechnęła się ledwo widocznie i bez wysiłku uwolniła
subtelny czar emocjonalny, by doczepić poszukiwanym osobom łatkę. Dzięki niej
odnajdzie je nawet w największym tłoku, zupełnie jak pies myśliwski na tropie.
Ruszyła dalej,
trzymając się ubocza, dzięki czemu częściowo ukrywała się w cieniu. Stała się
prawie niewidzialna, a to bardzo jej pasowało.
Spacerowała
ponad godzinę. Może dwie. Czekała, cierpliwie czekała, przyczajona niczym kot
wypatrujący płochej myszy. Przez cały ten czas właściwie nie myślała, jej umysł
pozostawał przejrzysty, wolny od wszystkiego, co nie miało związku z zadaniem –
analizowała każdą swoją częścią. W sumie nic nie mogłoby jej w tym stanie
zaskoczyć.
Przemieszczała
się w taki sposób, by na poszczególnych ulicach nie pojawiać się za często, ale
także nie w regularnych odstępach, to też byłoby podejrzane. Musieli się zaraz
pojawić. Kiedy znajdą się w zasięgu jej wzroku, nie umkną już.
Wreszcie.
Spojrzenie
wiedźmy od razu padło na grupkę trzech wysoko urodzonych osób, które wyłoniły
się spomiędzy dwóch bogatych kamieniczek. Nie wzięli powozu, bo była ładna
pogodna, zresztą wyraźnie ciekawiło ich miejskie życie. Rozmawiali i śmiali
się, panie prowadzone przez pana niosły małe rozłożone parasolki oparte o
ramiona.
Ariene ruszyła
za nimi niczym cień, z lekkim rozbawieniem przypomniawszy sobie, że kiedyś sama
tak się ubierała. Potem zmniejszyła dzielącą ją od nich odległość, skupiając
się bardziej na zmyśle słuchu niż wzroku. Kontrolowała i poznawała.
– To dobrze,
że pospólstwo jest trzymane z dala od naszej dzielnicy – westchnęła z
zadowoleniem jedna z kobiet.
– Tak, nie
wytrzymałabym ścisku z biedniejszych części miasta – zgodziła się jej
towarzyszka i zachichotała serdecznie.
– Tamtymi
rejonami rządzą prawa dżungli. Nie przeżyłabyś ani minuty – zawyrokował
rozweselony młodzieniec.
– Jesteś
wredny, braciszku! – prychnęła pierwsza i klepnęła towarzysza w ramię,
składając usta w dzióbek. – Nie pozwoliliby na tknięcie nas tam – uznała
pewnie, zadzierając dumnie brodę.
– Niby kto by
nie pozwolił? – spytał sceptycznie i pokręcił głową nad naiwnością siostry.
– Straże –
odparła niepewnie kobieta.
– Oni sami
niemal połowy towarzystwa w biednych dzielnicach się boją – uzmysłowił jej
poważnie, marszcząc groźnie czoło.
– Przesadzasz
– zawyrokowała ich towarzyszka, która zamilkła na dłuższą chwilę, by posłuchać
tej rozmowy.
– Nieprawda –
żachnął się młodzian. – Mój przyjaciel ma wuja i kuzyn tego wuja pracuje w
straży. Wszystko mi opowiedział. Na przykład pomyśl, jak zamknąć do aresztu
takiego Przeklętego? Nawet najsłabszy mógłby rozerwać nas na strzępy! –
zauważył konspiracyjnym głosem.
– Przeklęci to
bajka – parsknęła towarzyszka rodzeństwa. – Nie istnieją już, wiele organizacji
o to zadbało. I żadnego ich podziemnego miasta nie ma, nie bądźcie jak dzieci –
dodała karcąco.
– No nie wiem
– mruknęła siostra młodzieńca, spuszczając z przestrachem wzrok. –
Błogosławieni w kocu między nami żyją.
– Bo im
pozwoliliśmy – skwitowała dziewczyna. – Przeklętym po prostu nie można było
ufać, dlatego ich wymordowaliśmy.
– Wydaje mi
się, że to myślenie życzeniowe – odezwał się spokojnie młodzieniec. – Nawet
najpotężniejszy nasz mag najpewniej zginie w starciu z najsłabszym Przeklętym –
wytknął dość bezlitośnie.
– Jest wiele
sposobów wzmacniania magii, Lostar jest jej pełen. – Wydęła wzgardliwie usta, z
gracją wzruszając ramionami.
– Przeklęci
mogą z tych pokładów korzystać tysiąc razy swobodniej, my potrzebujemy rytuałów
oraz artefaktów. Sam człowiek nie jest w stanie ich pokonać, nawet się z nimi
równać – stwierdził z całkowitą pewnością, spoglądając na towarzyszkę z góry.
Na ulicach
naprawdę było względnie pusto, ale w tym momencie znaleźli się pomiędzy dwoma
idealnie cichymi zaułkami. Chwilę wcześniej wyprzedziła ich nader zgrabna,
przyjemna dla oka kobieta, co nie umknęło uwadze młodzieńca. Oraz jego
siostrze, która od razu uderzyła brata, oburzona, w ramię. W końcu nieznajoma
nie wyglądała jak ktoś ze szlachty, lepiej uważać.
Na szczęście
skręciła w jedną z uliczek sporą chwilę przed tym, jak na to nieduże
skrzyżowanie dotarli; towarzysz pań oderwał wzrok od kołyszących się bioder i
powrócił uwagą do toczącej się rozmowy.
Mijali właśnie
alejkę. To były ułamki sekund, kiedy zostali zaatakowani, nie mieli szansy na
reakcję – błysnęło purpurowe światło, unieruchamiając jedną dziewczynę, z
zaułka ktoś wyskoczył. Bez większego wysiłku chwycił drugą pannę i pchnął
młodzieńca pod ścianę, przygważdżając do niej.
Ta sama
kobieta, którą obdarzył zainteresowaniem jedyny pan w towarzystwie, przytknęła
do gardeł pochwyconych osób ostrza sztyletów, uniemożliwiając im najmniejsze
nawet ruchy. Jej szafirowe oczy zastygły w zimnym, bezlitosnym wyrazie.
A potem
uśmiechnęła się dziewczęco.
– Jeśli któreś
z was choćby piśnie, będzie patrzeć, jak drugie powoli wykrwawia się z
poderżniętym gardłem – zagroziła śpiewnym głosem. – A ty, chłopaczku, nawet nie
próbuj się szarpać. Takich jak ty rozbrajam jedną ręką, szkoda by było życia
twojej siostrzyczki – mruknęła jeszcze.
– Czego
chcesz? Pieniędzy? – wychrypiał młodzian, pobladłszy jak na widok samej
strasznej Śmierci.
Naprawdę
pięknej Śmierci.
Parsknęła
kpiąco.
– Skarbeńku,
podejdź do mnie – zwróciła się do stojącej nieruchomo trzeciej z towarzystwa,
która patrzyła przed siebie pustym wzrokiem.
Dziewczyna
drgnęła i ruszyła posłusznie w ich stronę, patrząc na scenę tak, jakby jej nie
widziała. Zatrzymała się przy czarnowłosej przestępczyni i kiwnęła niczym w
transie głową.
– Co jej
zrobiłaś? – warknął rozwścieczony młodzieniec, ale przyciśnięcie sztyletu do
gardła siostry skutecznie powstrzymało go od gwałtownych działań.
– Nic
bolesnego – zapewniła bezbarwnym głosem, przymrużając oczy, kiedy wpatrywała
się w swoje ofiary spokojnie. – Wam też nic się nie stanie. Za dwa tygodnie
obudzicie się i niczego nie będziecie pamiętać – stwierdziła, unosząc dłoń.
Wokół jej
palców wiło się szkarłatne, łagodne światło, które zdawało się wgryzać w umysł,
przenikać go, wypełniać. Młodzieniec próbował walczyć z narastającą
ociężałością myśli, ale musiał się poddać. Westchnął, czując, jak mięśnie się
rozluźniają, jak powoli odpływa. Nawet troska o drżącą ze strachu siostrę nie
mogła nic na to poradzić.
Wreszcie
zrobiło się mu ciemno przed oczami i ogarnął go błogi, niezmącony spokój.
Zupełnie jakby zasnął – najbardziej ożywczym i przyjemnym snem w życiu.
Trzy osoby
wyszły z alejki, tocząc nadal pogodną rozmowę, jednak skierowały swe kroki do
wyjazdu z miasta. Nie wiedziały czemu, ale były przekonane, że nie mają już
czego tu szukać i nawet nie mogły wpaść na to, skąd się tu wzięły.
– Do roboty,
konino – zakomunikowała twardym głosem Ariene, wkraczając zamaszyście do stajni
i zatrzymując się pod boksem Jutrzenki.
Klacz uniosła
łeb, przeżuwając siano, zastrzygła uszami, przyglądając się swojej
właścicielce, po czym wydęła chrapy i cofnęła się przestraszona, wytrzeszczając
oczy. Wiedźma zacisnęła usta, jej brew drgnęła nerwowo, jednak opanowała
zdenerwowanie; tylko dłonie zacisnęła mocniej na biodrach, oddychając
przesadnie głęboko.
– Bardzo,
kurwa, śmieszne – warknęła wreszcie, piorunując złośliwą kobyłkę spojrzeniem. –
Już nie bądź podła, robisz to za każdym razem, jak się zabandażuję – dodała
rozzłoszczona, otwierając drzwiczki boksu i wchodząc do środka.
Jutrzence
szybko przeszło, skubnęła pańcię, ale nadal łypała znacząco na znacznie
pomniejszoną klatkę piersiową wiedźmy, jakby ta transformacja bardzo ją
martwiła. Ariene niezmiennie była zdegustowana tym podejściem do sprawy kobyły,
bo ruda zachowywała się tak, jakby specjalnie sobie z właścicielki w ten sposób
szydziła.
Starając się
już nie komentować całej sytuacji, sięgnęła po wiszący przy boksie sprzęt i
zabrała się do szybkiego siodłania stojącego grzecznie wierzchowca. Na
szczęście Jutrzenka nie miała ochoty na więcej żartów, raczej się
podporządkowała i tylko kilka razy tęsknie sięgnęła pyskiem do siana, ale za
każdym razem dostawała prztyczka w nos, zatem zrezygnowała.
W odwecie przy
podpinaniu popręgu obróciła się i spróbowała Ariene uszczypnąć w pośladek, ale
wiedźma machnęła w okolicach pysia nogą, dlatego i z tego kobyła musiała
zrezygnować. Wreszcie, zdegustowana niepowodzeniami, wykopała w ścianę boksu i
wtedy już oberwała w szyję.
– Wariatka –
ofuknęła ją Ariene, chwyciła wodze i wyprowadziła przed miejską stajnię,
jeszcze sprawdzając popręg.
Jutrzenka
skupiła się na tuleniu uszu, wyciąganiu łba przed siebie i zgrzytaniu zębami na
zamiatającego bruk stajennego. Chłopiec wreszcie zawinął się ze swoją miotłą i
uciekł na drugą stronę budynku, zaniepokojony wściekłą kobyłą. Wiedźma
tymczasem skończyła ogarnianie sprzętu, opuściła strzemię i wsadziła w nie
stopę.
W tym momencie
klacz postanowiła niespodziewanie podkulić zad i skoczyć do przodu, śmiertelnie
przerażona stajennym, który zaczął znów zamiatać ziemię. Ariene krzyknęła,
spróbowała nadążyć, odbiwszy się od gleby, ale źle oszacowała potrzebną siłę i
fiknęła na drugą stronę podłej kobyły. Szczęściem w nieszczęściu noga
wyślizgnęła się ze strzemienia, ale wiedźma hamowała na swojej ładnej buźce.
Jutrzenka
machnęła ogonem i popatrzyła na amazonkę uprzejmie zdumiona, nawet lekko
zdegustowana.
– Zaraz ci
sprzedam takiego kopa w zad, że ci się odechce wszystkiego – warknęła Ariene,
jak tylko wypluła nadmiar piachu z ust, i łypnęła na swojego wiernego
wierzchowca nadzwyczaj morderczo.
Jutrzenka zrobiła
słodkie oczy małego źrebaczka, ale z niewiadomych przyczyn nie wywarło to na
wiedźmie oczekiwanego wrażenia. Kobieta skupiła się na bluzganiu we wszystkich
znanych oraz nieznanych językach, robiąc solidną konkurencję Anabde, która
swego czasu popisała się znajomością przekleństw całego świata.
W tej
zapamiętałej, ale nieco bezsilnej złości – żal jednak kobyłę zabijać – nie
zauważyła, że ktoś nadszedł, stanął nad nią i uniósł w zdumieniu brew.
– Rozumiem, że
ma to coś na celu – rzucił niedbale, wyraźnie rozbawiony Derek, przekrzywiając
głowę, kiedy podziwiał zakurzoną Ariene z góry.
Kobieta
zerwała się z bruku błyskawicznie, obróciła się przodem do przyjaciela i
spojrzała na niego bez zrozumienia. Zaraz zerknęła na klaczkę, jakby
podejrzewała, że to część jej spisku przeciwko całej ludzkości. Chyba jednak
nie; dostrzegła trzymany przez Dereka zwitek papieru, dlatego poświęciła mu
nieco więcej uwagi.
– Masz coś dla
mnie? – zainteresowała się żywo, wyciągając głowę, by lepiej przyjrzeć się
pożądanemu przez nią skarbowi.
Zauważyła
znaczący uśmiech przyjaciela, ale nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi,
wiarygodnie udając, że nie ma pojęcia, co to mogłoby oznaczać. Derek szybko też
porzucił zamiar podroczenia się z Ariene i wzruszył ramionami.
– Mam.
Poniekąd. Zdobyłem trochę więcej informacji. Oglądałaś już posiadłość? –
spytał, od niechcenia wachlując się przyniesionymi notatkami.
– Nie, bo
jakaś kobyła postradała mózg – burknęła, przypominając sobie, że jest cała w
kurzu; zabrała się do energicznego otrzepywania, zapominając na chwilę o
czekającym na moment uwagi Dereku.
Kiedy jednak
wyciągnął rękę, by jej w zadaniu pomóc, drgnęła i cofnęła się o krok, uciekając
przed jego dotykiem. Tak samo uciekła przed zaskoczonym spojrzeniem, jakim ją
obdarzył.
Zastanowiła
się, czy potrafi powiedzieć tak po prostu „nie, Derek, nie będę już z tobą
sypiała. Znudziło mi się”. W pewnym sensie wydawało się jej to dziwne, to nie
pasowało do osoby, którą poznali jej aktualni towarzysze.
– Coś się
stało? – mruknął powoli, nie spuszczając z niej wzroku.
– Ach, tak
tylko myślałam o całym tym nowym życiu, które zaczęłam. Śmieszna sprawa, wiesz?
– rzuciła nieco nerwowo i zaśmiała się sztucznie.
Jutrzenka
podeszła do właścicielki oraz stojącego przed nią Dereka, obdarzywszy
młodzieńca spojrzeniem z góry.
– Śmieszna
sprawa? – powtórzył, cofając rękę z notatkami, żeby nie zdołała mu ich odebrać.
– Co, zaręczyłaś się? – zażartował, uśmiechając się z przekąsem; bo to przecież
było całkowicie do niej niepodobne, Ariene nie bawiła się w takie rzeczy i
zawsze z nich szydziła.
Ale teraz nie
było jej do śmiechu, kiedy przenosiła na niego wzrok.
– Nie. Po
prostu dobrze się w tym czuję. Z nimi wszystkimi. Nie doceniałam… posiadania…
bliższych osób – wybrnęła, zastanawiając się, jak mu wreszcie powiedzieć, że
nie ma czego u niej szukać.
Derek uniósł
brew, przyglądając się jej przez chwilę.
– Gardziłaś
tym – stwierdził spokojnie, nieco nawet obojętnym głosem. – Nagle odszukałaś w
sobie instynkt macierzyński, że chcesz ich niańczyć? – dodał znowu z kpiącym
rozbawieniem, ale naprawdę zainteresowany.
Tylko
szyderczo.
– Nie muszę
nikogo niańczyć. A nawet jeśli chcę, to przede mną uciekają. Podli – mruknęła
ciszej, jednak uśmiechając się szeroko. – Nie zrozumiesz tego, Derek, ale tu mi
lepiej. Bez przeszłości – dodała z naciskiem, wyciągając rękę po notatki.
– Tak ci się
wydaje – stwierdził zwyczajnie i oddał jej kartkę, najwyraźniej na ten moment
porzucając temat. – Na sali będzie także orkiestra. Macie muzyka? – spytał niespecjalnie
zaciekawiony.
– Muzyka? Skąd
ja ci…? – warknęła w pierwszej chwili, nerwowo czytając.
Potem nagle
rozpromieniła się, przymrużając radośnie oczy.
– A na czym
grają? – dopytała od razu, już widząc pewnego miłego, pomocnego młodzieńca,
który godzi się na zajęcie miejsca w orkiestrze.
– Są
instrumenty smyczkowe, dęte, klawiszowe… – wyliczył z pamięci Derek, krzywiąc
się, kiedy musiał odgrzebywać informacje z głowy.
– Klawiszowe –
powtórzyła. – Fortepian?
– Nie wiem,
jeśli jest klawiszowy. – Wzruszył ramionami, dając znać, że rozmowa o muzyce
zdecydowanie go nudzi.
– Mam muzyka.
Jadę do posiadłości, dzięki – pożegnała się, rzucając młodzieńcowi karteczkę z
notatkami, a sama podeszła do Jutrzenki.
Klacz stała
już grzecznie, spoglądając na Dereka w skupieniu i zapamiętale mieląc wędzidło,
jakby planowała obślinić rozmówcy Ariene buty. Nie zdążyła jednak, za to
zamaszyście świsnęła ogonem, chyba biedaka trafiając.
Wiedźma nie
usłyszała niezadowolonego syknięcia, bo Jutrzenka obróciła się zgrabnie na
tylnych nogach i pomknęła w ulice, podrzucając radośnie łbem. Lub, dla odmiany,
zadem.
Z boku musieli
robić wrażenie radosnej, zżytej ze sobą grupy przyjaciół. Śmiali się,
żartowali, popijali rozmaite trunki, w kilku miejscach stołu stały wieżyczki
pustych talerzy po najróżniejszych smakołykach. Młodzi mężczyźni o przyjemnych
obliczach i podobne im kobiety, prowadzący nieskończenie długie i interesujące
rozmowy, zanoszący się śmiechem. Tak, jeśli patrzyło się na to z boku, było im
czego zazdrościć.
Siedząca na
brzegu ławy Anabde przymrużyła oczy, zastanawiając się, czy może rzeczywiście
mają się czym pochwalić, a ona nie jest w stanie tego poczuć. Tak też mogło
być.
Właśnie kilka
osób wybuchło kolejną salwą śmiechu, Cador z hukiem odstawił kufel piwa i
spojrzał na swego przyjaciela, Caleba, z udawaną obrazą. Ten wyszczerzył ząbki
i wzruszył ramionami, jakby nie był winny swej złośliwości.
– Kiedy to nie
moja wina, że chodzę dzisiaj jak paralityk. To wszystko przez nią! – oburzył
się obrońca, wskazując gestem dłoni na siedzącą po jego prawicy Ariene.
Przy okazji
obdarzył ją spojrzeniem wcale nie pełnym wyrzutu, a ciepłym i gorącym od uczuć.
Wiedźma zaśmiała się wdzięcznie, wspominając o udziale Sheridana w uszkadzaniu
Cadora, a jej słowa zostały natychmiast poparte.
– Wyjątkowo to
nie ja zacząłem – mruknął łowca, ale raczej nikt go nie słuchał.
– Wyglądało to
tak, jakby się mieli rozerwać na strzępy, bez kitu – roześmiał się Errian i
upił łyk swojego whisky.
– Wyglądało to
tak, jakby Sher zabrał Cadorowi jego ulubiony kocyk – doprecyzował Caleb nieco
sceptycznie.
Młody mag
prawie opluł się pitym trunkiem, kiedy parsknął serdecznym śmiechem do
szklanki. Spotkało się to z dezaprobatą ze strony Aithne, upadła jednak
ograniczyła się do wywrócenia z pewną irytacją oczami.
– Och, właśnie
– przypomniała sobie Ariene. – Co do zlecenia, zdobyłam kilka zaproszeń na bal
– oznajmiła, uśmiechając się i pochylając nad stołem.
Stopniowo
robiło się coraz ciszej, wszyscy zaczęli jej, mniej lub bardziej, słuchać.
– Sprawa jest
taka, że dla gości mam trzy wejścia. Widziałam też rezydencję, w której bal się
odbędzie. Caleb, wykonasz dwie suknie i jeden garnitur. Dodatkowo frak dla
muzyka – zwróciła się do myśliwego. – Notuj.
Caleb
pogrzebał w swojej skórzanej torbie i wydobył notes oraz ołówek; z notesu
wystawały różne kartki, ale myśliwy nie pofatygował się wkładaniem ich głębiej.
– Ja oraz
Anabde wchodzimy na salę, Sheridan także. Errian, wskoczysz za muzyka. – Zerknęła
na młodego maga. – Caleb, Aidan, będziecie w środku, przypilnujecie, żeby
przynajmniej dwa wyjścia były czyste, kiedy już zabijemy. Potrzebujecie
żołnierskich mundurów. Leanelle, wcielisz się w rolę kelnerki, czyli strój
służki – rzuciła do Caleba, który dzielnie notował. – Cadora oraz Aithne
widziałabym na zewnątrz, Aithne jako chłopca stajennego – w tym miejscu Errian
zachichotał cicho – Cadora w roli woźnicy, który nas przywiezie. Przypilnujecie
tyłów.
– Brzmi
logicznie – mruknął Sheridan. – Kto będzie mordował?
– Ty i Errian.
Ja z Anabde będziemy zbyt wystawione, ale odwrócimy uwagę celu od was – odparła
Ariene, uśmiechając się.
– Gorsety. Jak
chcecie uciekać ze zmiażdżonymi żebrami? – zainteresował się Caleb, zawieszając
ołówek nad kartką.
– Zaprojektuj
je tak, żeby się dało – skwitowała niedbale wiedźma, wzruszając ramionami.
– Kelnerką? –
powtórzyła Leanelle, robiąc wielkie oczy.
Spojrzenie,
jakim została obdarowana, powiedziało jej, że sprawa jest już przesądzona.
Anabde nawet
jej nie słuchała. Coś jej tam wpadło o gorsetach, ale nie miała ochoty
wiedzieć. Nie mogła odnaleźć się w tej przyjaznej atmosferze, więc przestała
uczestniczyć w rozmowie.
Cały dzień
chodziła niczym ścięta. Jak zazwyczaj niewiele się odzywała i stała z boku, tak
tego dnia jakby jej nie było. Prezentowała się marnie, z niezdrowo bladą skórą
i podkrążonymi oczyma, w których na dodatek czaił się dziwny ból.
Towarzysze
nauczyli się jednak, by nie drażnić lwa, dlatego nie pytali o przyczyny takiego
stanu. Anabde cały dzień konsekwentnie ignorowała zatroskane spojrzenia i gesty
wsparcia, udając, że nic się nie stało, tylko po prostu gorzej się czuje. Że
nikt jej nie wierzył, to już inna sprawa, ale pozwolili jej trwać w tym
kłamstwie.
Objęła się
ramionami, jakby pragnęła ukryć się przed światem, przed spojrzeniami innych
ludzi. Miała wrażenie, że jej ciało przestało należeć do niej, było obce, w pewien
sposób brudne czy skalane. Brzuch wypełniało jej dziwne, nieprzyjemne uczucie
graniczące z odrazą. Była też pełna niepokoju, a to wszystko razem dawało
naprawdę dobijającą mieszankę.
Dzisiaj rano
trudno było jej spojrzeć w lustro, nie chciała ujrzeć swojego oblicza. Czuła
się nieswojo, bardzo głupio i marzyła o ucieczce. Gdy wróciła do pokoju, miała
w planach zabrać swoje rzeczy i opuścić miasto nocą, lecz swym przybyciem
zbudziła Leanelle. Później, po kilku godzinach rozmyślania w łóżku, zasnęła;
gdy się obudziła, Ariene już była na nogach, nie mogła więc chyłkiem się
wymknąć. Cały czas ktoś stawał jej na drodze i miała poczucie, że zwyczajnie
nie może uciec. Z drugiej strony zdawało się jej, że tym razem ucieczka byłaby
błędem. Zbyt wiele by zostawiła.
Nawet nie
zauważyła, kiedy zeszli z tematu zlecenia i znów zaczęli żartować. Doskonale
się bawili, nie chciała im w tym przeszkadzać. Powiodła spojrzeniem po wnętrzu
przybytku, szukając dla siebie zajęcia. Najchętniej opuściłaby pomieszczenie i
zaszyła się w pokoju dziewcząt, była jednak pewna, że zatroskany ktoś ruszyłby
jej śladem, zmuszając do zwierzeń i usiłując poprawić humor. Nie miała na to
ochoty, więc trwała na swoim niewygodnym miejscu.
Zerknęła w
stronę lady karczmarza i przyjrzała się osobom przy niej stojącym. W pewnej
chwili zmarszczyła czoło, przymrużając powieki i wyciągając głowę; w następnej
otworzyła szeroko oczy, zaskoczona.
Aenas. Co on
robił w tym miejscu?
Wiedziała, że
nie może pozwolić, by podszedł tutaj do niej i poprosił ją o rozmowę. Albo, co
gorsza, zaczął mówić przy wszystkich. Wstała więc i zerknęła na siedzącą koło
niej Leanelle, uśmiechając się blado.
– Pójdę po
lampkę wina – wyjaśniła, by nikt nie zwrócił uwagi na jej odejście.
Nadal
pochłonięci byli żartami i rozmowami, akurat Aithne fuczała na Erriana za nie
wiadomo co. Mag tylko uśmiechał się wyrozumiale, kiwając upadłej głową, co
jeszcze bardziej ją irytowało.
Anabde
podeszła do szynku i wychyliła się, posyłając w stronę karczmarza mało
przekonujący uśmiech.
– Lampkę
czerwonego wina – poprosiła, wiedząc, że nie zostanie jej zaproponowany wybór
pochodzenia czy rocznika trunku; w gospodzie nie było żadnego wyboru, albo
kiepskie, rozcieńczone wino, albo nic.
Gdy mężczyzna kiwnął
głową i ruszył na poszukiwanie odpowiedniej butelki, Anabde postawiła krok w
bok i obróciła się w stronę Aenasa.
Wpatrywał się
w nią od dłużej chwili, od kiedy tylko ona zauważyła jego obecność. Miał
zmęczone oczy i poważny wyraz twarzy, ale nie wyglądał na złego. Kobieta
wstrzymała oddech, nie wiedząc, jak zacząć.
– Co tutaj
robisz? – mruknęła w końcu, mrużąc powieki.
– Uciekłaś –
odpowiedział mało na temat, ale z wyraźnym wyrzutem.
Anabde
odwróciła wzrok, utkwiła go w stojących na półce pustych naczyniach.
– Uciekłam –
potwierdziła, starając się ukryć wstyd, jaki ją w tej chwili ogarnął.
– Nie musiałaś
uciekać – powiedział z pełnym przekonaniem, błądząc spojrzeniem po jej twarzy,
jakby z nadzieją, że znów na niego spojrzy.
Nie zrobiła tego,
tylko nieco pochyliła ramiona.
– Musiałam –
zaprzeczyła spokojnie.
Tak, bo tego
była pewna. Nie była sobą, nie panowała nad własnym ciałem i umysłem, nie mogła
zostać i dawać mu płonnych nadziei.
– Anabde –
zirytował się wreszcie.
Sięgnął dłonią
do jej twarzy i obrócił ją, tak, by móc odnaleźć jej oczy. Były groźnie
przymrużone, nie spodobało jej się takie traktowanie. W tej chwili naprawdę
mało go to obchodziło.
– Nie musiałaś
uciekać – powtórzył. – Nie mam ci tego za złe.
Uniosła brew,
wyraźnie zdziwiona; zorientował się, że zyskał jej uwagę, toteż przestał
przytrzymywać jej brodę, tylko przytulił dłoń do jej policzka.
– Pomogę ci.
Nie wiem, jak on to zrobił, ale w jakiś sposób cię zniewolił. To nie może być
dobre, wierz mi, jednak nie jesteś całkiem bezsilna. Potrzebujesz tylko
wsparcia. Sprawię, że o nim zapomnisz; to będzie trwało, ale ja jestem
cierpliwy. Po prostu mi uwierz, Anabde – mówił cicho, zaaferowany własnymi
słowami, cały czas wpatrując się w jej oczy.
Wyglądała na
zaskoczoną, trochę przerażoną taką deklaracją; chyba nie wiedziała, co o tym
myśleć.
Nawet nie
zauważyła, jak się nad nią pochylił; to było naturalne, jego słowa były
przeznaczone wyłącznie dla jej uszu. Teraz postanowił wykorzystać tę bliskość,
pamiętając, że poprzedniego wieczoru ta metoda zadziałała. Uśmiechnął się do
niej ciepło i przybliżył się do niej jeszcze trochę.
Zorientowała
się w jego zamiarach w ostatniej chwili, gdy ich wargi dzieliło ledwie kilka
centymetrów, i natychmiast się cofnęła. Nie mógł tego zrobić, nie mógł jej
pocałować, nie tutaj, nie przy wszystkich – w ogóle nie powinien tego robić!
Miała szeroko
otwarte, zaskoczone oczy, ale zaraz przymrużyła je, ostrzegając, by nie
próbował ponownie. Ani to słuszne, ani bezpieczne.
Jego dłoń,
którą dotychczas trzymał na jej policzku, zjechała na jej ramię; nie miał
zamiaru jej zabierać, choć Anabde przed nim uciekła. Wpatrywał się w nią
intensywnie, jakby analizował jej zachowanie, wreszcie kiwnął lekko głową.
Chyba mówił
sobie, że potrzebne mu będzie wyjątkowo dużo cierpliwości. Nie miał jednak zbyt
wiele czasu, by o tym pomyśleć.
Ktoś zauważył.
Ktoś chwilę wcześniej wstał, wywracając krzesło, i ruszył przez karczmę szybkim
krokiem. Kiedy ten ktoś kluczył między stolikami, w sali na moment przycichło,
goście skulili się i zerkali na tego kogoś niepewnie, ale gdy dotarł do celu,
ucieszyli się, że to nie do nich zmierzał.
Zatrzymał się
tuż przy Anabde oraz Aenasie, wzrok jednak utkwił w nekromancie. Wzrok zimny,
przeszywający, naprawdę przeraźliwy. Takim spojrzeniem mógł obdarzać swoje
ofiary ułamki sekund przed odebraniem duszy.
Sięgnął do
kołnierza nieznajomego i szarpnął go, skutecznie odsuwając od nekromantki.
Jednocześnie postąpił pół kroku w bok i ustawił się tak, że częściowo, bardzo
subtelnie, odgrodził Anabde od jej towarzysza.
I mimo
wszystko zdawało się, że jest idealnie spokojny. Nawet ten wzrok, naprawdę
druzgoczący umysł oraz duszę, nie przejawiał gniewu.
Tylko ten
spokój z pewnością zabijał.
Aenas nie do
końca rozumiał, co się dzieje; a przynajmniej do chwili, gdy zaskoczona Anabde
nie mruknęła imienia ich nowego gościa. Odstawiony, wyprostował się dumnie i
przyjrzał mężczyźnie z zupełnie innej perspektywy – no proszę, więc to jest ten
Sheridan?
Nekromanta na
chwilę skupił się na jego aurze, by dowiedzieć się, z kim ma do czynienia;
rezultaty tak go zdziwiły, jak zaniepokoiły, ale postanowił się nie poddawać.
W tej samej
chwili Anabde zdążyła otrząsnąć się z początkowego zdziwienia i porządnie
zirytować. Więc to tak?
– Co ty
odpierdalasz? – zainteresowała się uprzejmie.
Zazwyczaj
panowała nad swoimi emocjami, ale też zazwyczaj nie krzyczała imion innych
podczas zbliżenia z kochankiem; tutaj nic nie było takie, jak trzeba, miała
prawo się zdenerwować.
Nie doczekała
się odpowiedzi, bo oto Aenas postanowił zainterweniować. Nim zdążyła się
zorientować, miała przed sobą jego plecy; nekromanta stanął między Anabde a
Sheridanem, mierząc tego drugiego uważnym spojrzeniem.
– Jakiś
problem? – spytał z rozbrajającym uśmiechem.
Anabde
otworzyła szeroko oczy, zbita z tropu; co tu się właściwie działo?
Spojrzenie
Sheridana nadal zabijało. Patrzył na Aenasa tak, jakby zastanawiał się, czy już
go rozdeptać bądź też rozsmarować na ścianie, czy jeszcze dać pograć mu
rycerza. Wreszcie uznał, że żaden gnojek nie będzie mu się wpychał przed nos i
dyktował warunków rozmowy, bo od tego był zdecydowanie on.
Niech się
facet cieszy, że jeszcze żył.
Chwycił go
żelaznym uściskiem za ramię, zamierzając znów bezceremonialnie przesunąć sprzed
swojej twarzy. W gardle łowcy narósł niski, ostrzegawczy warkot, taki, który
wyraźnie sugerował, że lada moment spokój go opuści, a karczmarz będzie miał
dużo wnętrzności do sprzątania ze stołu.
– Jeszcze raz
się odezwiesz, a będzie to ostatnie, co zrobisz w tym życiu – postanowił go
poinformować, bo wyglądał na porządnego kretyna, zatem z pewnością się nie
domyślił.
Niech zna
łaskę.
Sheridan
uznał, że za dużo przebywa z Errianem, bo robi się miękki. Powinien już dawno
rozkwasić łeb nekromanty na ścianie i zająć się jego duszą, a nie, jeszcze się
użerać ze szczeniackimi zaczepkami.
W oczach
Aenasa pojawił się krótki, ostrzegawczy błysk. Szybkim gestem chwycił
nadgarstek łowcy i, po chwili wysiłku, oderwał jego dłoń od swojego ramienia.
Nie miał zamiaru ruszać się z miejsca, jedyne co, to postawił pół kroku bliżej
przeciwnika.
Tak, jego
odwaga była aż głupia. Anabde błyskawicznie doszła do tego wniosku, ale z
powodu szoku jej reakcja okazała się dość spowolniona; nie zdążyła nic zrobić.
Aenas
wyciągnął ramię w bok i mruknął pod nosem formułkę – w następnej chwili trzymał
w dłoni zgrabny miecz, mierząc ostrzem w stronę Sheridana. Uśmiechnął się lekko
i przechylił głowę, przypatrując swojemu przeciwnikowi badawczo.
Jakby wydawało
mu się, że zwykłym mieczem może pokonać łowcę dusz. Kiedy chodzi o kobiety,
mężczyźni zwyczajnie głupieją.
– Aenas –
warknęła krótko nekromantka, spoglądając na niego z wyraźną dezaprobatą.
Wszystko
wszystkim, ale niech się nie daje tak głupio zabić – i to jeszcze dla niej!
Blondyn
zerknął na nią przez ramię i dłuższą chwilę mierzyli się spojrzeniami, ale
wreszcie mężczyzna westchnął i opuścił gardę. Z jego postawy można było jednak
wyczytać, że nie ma zamiaru odpuszczać.
Przy stole
drużyny zapanowała cisza jak makiem zasiał. Leanelle wpatrywała się w scenkę
ogromnymi oczyma, trochę przestraszona, bardzo zdziwiona.
– Oni się
zabiją – szepnęła, nie przejmując się tym, że stwierdza oczywistość. – A przy
okazji zabiją ją – dodała, a to przejęło ją dużo bardziej.
Rozejrzała się
po towarzyszach z nadzieją, że ktoś będzie w stanie zainterweniować.
W słowach
Leanelle czaiła się, niestety, głębsza prawda. Jednak zdarzenia przy ladzie
rozwinęły się tak szybko, że niemalże nikt nie zdołał zareagować. Przez
pierwsze kilka sekund po prostu patrzyli.
Sheridan
zmrużył groźnie powieki i spokój, który w nim do tej pory gościł, widocznie się
rozpękł. Zmieniło się wszystko – spojrzenie, postawa, nawet aura zdawała się
różnić od tej, jaką dało się wyczuć chwilę temu. Łowca nawet nie musiał się
wysilać przy nieznacznym prostowaniu, by przytłoczyć bezczelnego, w dodatku
bezdennie głupiego nekromantę swoją osobą. Po prostu zmiażdżył go do niewiele
znaczącego robaka samym przeniesieniem ciężaru ciała na nogę bliżej mężczyzny.
Już nawet nie
do końca chodziło o Anabde. Oczywiście, z jej powodu poderwał się z miejsca,
choć sam nie miał pojęcia, co go podkusiło, ale teraz to już była kwestia
bezczelności. Nie będzie mu żaden marny człowieczek podskakiwać, bo uważa, że
jak uda koguta, to każde zwycięstwo w jego garści. Miał zamiar dać mu nauczkę,
nauczkę ostateczną, żeby nigdy więcej nie robił problemów.
Zniknęły z
niego wszelkie ludzkie, normalne uczucia, zastąpiła je tylko chęć niszczenia.
Sadystyczna przyjemność wypełniająca go, gdy zabijał, jakkolwiek, nawet jeśli
nie odbierał duszy.
Teraz
zastanowił się, czy od razu pożreć Aenasa, czy zostawić go strzaskanego,
pozbawionego wszystkich funkcji życiowych prócz tych potrzebnych do przeżycia,
i patrzeć przez kilkanaście lat, jak się męczy jako warzywo. I dopiero po
dwudziestu, trzydziestu latach przyjść, by go zniszczyć ostatecznie.
Uśmiechnął się
dziko, ukazując w tym uśmiechu ostre zęby, przez chwilę przypominał
szczerzącego się ostrzegawczo wilka, który zaraz skoczy na ofiarę.
Impuls mentalny
urósł w siłę w ułamku sekundy, ale Sheridan powstrzymał go, by nie osiągnął
zbyt wysokiego poziomu. Wystarczy piąty, ten mężczyzna nie dysponuje magią
wyższą od może trzeciego poziomu. Nie mógł jednak osądzić tego ostatecznie,
zatem uznał, że ten zapas będzie dobrym zabezpieczeniem – nawet jeśli
niesamowitym trafem nekromanta może użyć czarów na poziomie piątym, co dla
człowieka jest już niezwykłym wyczynem, to i tak zostanie zniszczony przez falę
łowcy. Puścił impuls, przymrużając oczy.
Wtedy od stołu
podniósł się ktoś jeszcze, nie ruszył jednak do zebranych.
Sheridan
odczuł, jak zaklęcie trafia na barierę, a potem się od niej odbija,
roztrzaskując się jak upuszczona szklana figurka. Na ułamek sekundy zastygł
zdumiony, doskonale było po nim widać, że tego się nie spodziewał.
Zdecydowanie
nie spodziewał się osłony poziomu szóstego – najwyższego poziomu, jaki
którykolwiek człowiek mógł osiągnąć.
Bariera nie
należała do nekromanty; łowca rozejrzał się szybko i wtedy jego zielone, pełne
żądzy mordu oczy natrafiły na błękitne oczy, one jednak były wypełnione
lodowatym, mrożącym krew w żyłach gniewem.
Sheridan
chwilę mierzył się z Errianem spojrzeniami, poniekąd wściekły na młodego maga,
a poniekąd zdumiony – czyżby ten niepozorny gnojek dysponował aż taką potęgą?
Musiał jednak
wyładować złość, bo kiedy stracił nad sobą panowanie, nie potrafił się ot tak,
od pstryknięcia palcami, opanować. Dlatego też resztki roztrzaskanego impulsu
skierował w bok, na najbliższy kruchy przedmiot.
Szklanka w
dłoniach barmana rozprysła się na drobne kawałeczki, a mężczyzna wytrzeszczył
oczy na pustą rękę, nie wierząc w to, co właśnie się stało.
– Podziękuj
tamtemu dzieciakowi, właśnie uratował ci życie – wycedził Sheridan niskim,
wibrującym, prawie obezwładniającym głosem, wpatrując się w Aenasa nie z
nienawiścią, a z coraz większym obrzydzeniem; lekko skinął głową w stronę nadal
stojącego Erriana, nie zaszczycił jednak maga spojrzeniem.
Młodzieniec
trwał nieruchomo, z napiętymi ramionami, wzrokiem utkwionym w łowcy, gotowy do
kolejnej interwencji. Jeśli Sheridan spróbuje tego raz jeszcze, będzie mógł
użyć bariery tylko na tym samym poziomie, a Przeklęty na pewno głupi nie był –
wystosuje potężniejszą falę mentalną. Errian mógł mieć nadzieję, że
roztrzaskanie na osłonie sześciu poziomów zminimalizuje zagrożenie do poziomu
pierwszego bądź też drugiego. Wtedy nieszczęsny adorator Anabde przeżyje.
Tego nie dało
się nie poczuć nawet przy niezbyt czułym zmyśle magicznym. Wokół zapadła
głęboka, przerażająca cisza, nikt nie odważył się choćby odetchnąć głośniej.
Anabde w ogóle
zapomniała, jak się oddycha, przytłoczona istotą zdarzeń. Nie była w stanie
zrozumieć całej tej poronionej sytuacji, chociaż bardzo próbowała. Tak głupie
zachowanie jednego – dotychczas uważała Aenasa za bystrego, a tu takie szopki –
jak gwałtowna reakcja drugiego z mężczyzn były dla niej nie do ogarnięcia.
Wręcz
machinalnie odwróciła głowę w stronę Erriana, szukając u niego odpowiedzi;
chłopak intensywnie wpatrywał się w łowcę, ewidentnie gotowy na kolejną
interwencję. Duże, pełne oszołomienia oczy Anabde zmusiły go jednak do
krótkiego zerknięcia w jej stronę – wtedy bezgłośnie wyszeptała „dziękuję”.
Nie dlatego,
że martwiła się o los Aenasa. Nie chciała, by umierał za nią, nie była tego
warta.
– Aenas, wyjdź
stąd – powiedziała, chociaż jej spojrzenie powędrowało nie do nekromanty, a do
Sheridana.
Zmarszczyła
brwi, przyglądając się mu intensywnie, po czym stanowczo dodała:
– Teraz.
Nie zwróciła
jednak uwagi na to, czy jej posłuchał, a tego nie zrobił. Wprawdzie dotarło już
do niego, na co się porwał, ale głupia męska duma nie pozwalała mu wyjść –
chociaż tak byłoby najbezpieczniej.
Cofnął się o
krok czy dwa, wyraźnie pod wrażeniem; niejako usunął się w cień, nie by uciec,
a z głupią nadzieją, że wymyśli rozwiązanie.
Dopiero po
chwili do Anabde wróciła wściekłość. Tego już było zwyczajnie, kurwa, za wiele.
Sheridan najpierw się nią nie interesuje, później prawie zabija mężczyznę,
który zbliżył się za bardzo? Nie mogła tego zrozumieć, ale wydawało jej się to
niezdrowe, wręcz toksyczne. I chciała od tego uciec.
– Mógłbyś mi
łaskawie wyjaśnić, co ty właściwie robisz? – warknęła, z ogromnym trudem
utrzymując spokojne brzmienie głosu.
W środku była
wulkanem na skraju wybuchu.
Sheridan
zdawał się znów ubrać w pancerz spokoju, choć mur wyraźnie drżał, zdradzając,
że w każdej chwili może się rozpaść na drobne kawałeczki, a wtedy biada
wszystkim.
Zerknął
przelotnie na Aenasa, uznał jednak, że na razie nie jest wart kolejnych prób
eliminacji, po czym przeniósł wzrok na Anabde.
Spróbował
sprawić, by w jego oczach nie było za wiele widać, i poniekąd się mu to udało.
Nie zdołał zamaskować wszystkich emocji, co go mocno zirytowało. Nie w taki
sposób radził sobie przez całe życie, nie taki był sens jego istnienia.
Ale myśl, że
Anabde mogła z jakimkolwiek innym mężczyzną być blisko w taki sposób… chodziło
o dumę? Nie, chyba nie do końca o to. O to, że była pierwszą, której nie zabił
po wszystkim? Nie, też nie o to.
Wpatrywał się
w nekromantkę jeszcze pewną chwilę.
– Nie widać? –
mruknął wreszcie, przymrużając oczy. – Pozbywam się robactwa.
Pomiędzy nimi
pojawiło się takie napięcie, że Aenas nie odważył się odpowiedzieć na tę
zniewagę. Obserwował tylko, mocno przerażony tym, w co się Anabde wplątała.
Zadarła nieco
brodę, jak zwykle chcąc dać świadectwo swej dumności, przymrużone oczy
obdarzały łowcę spojrzeniem przede wszystkim ostrym, ale również jakby obcym.
Nie chciała widzieć w jego wzroku niczego, co mogłoby ją powstrzymać przed
wypowiedzeniem cisnących się na usta słów. Ułatwiał jej to, a tych kilka uczuć,
których nie udało mu się ukryć, zostało przez nią zignorowanych.
– Nie
nazwałabym go tak – powiedziała.
Choć to by
pasowało, nie uśmiechnęła się ani triumfalnie, ani z satysfakcją, kąciki jej
ust nie drgnęły. Dała sobie chwilę na przekonanie się, czy naprawdę powie te
słowa teraz, przy wszystkich, a co najważniejsze jemu.
Popchnęła ją
ku temu wściekłość, wsparta przez spowodowane brakiem zrozumienia oszołomienie
i strach przed możliwymi odpowiedziami na niezadane pytania. Przechyliła lekko
głowę i przyjrzała się mu z większą czujnością, nim wypowiedziała słowa,
którymi równie dobrze mogła podpisywać sobie wyrok śmierci:
– Nie sypiam z
robactwem.
Mogłoby się
zdawać, że teraz będzie konieczna następna interwencja Erriana. Ktoś mógłby
pomyśleć, że młody mag i tak nie powstrzyma łowcy dusz od zrealizowania jego
celu. Ktoś – lub niemalże wszyscy. Tym razem aura rozpękła się i skurczyła w
dziwnym przedśmiertnym chłodzie w całej karczmie.
Errian,
przecząc niepokojowi zebranych, w tym właśnie momencie usiadł, wypuszczając
powietrze z płuc. Zachowanie maga zdumiało chociażby Aithne, która zmusiła
ciało do posłuszeństwa i zapomniała na chwilę o tym, że miała utrzymywać od
panicza Souena bezpieczną odległość – chwyciła go nerwowo za łokieć.
– Jesteś
pewien? – szepnęła półgłosem, nie potrafiąc ukryć przerażenia w oczach.
Errian skinął
głową.
– Na razie nie
zabije – stwierdził spokojnie.
– Na razie –
powtórzyła bez przekonania Aithne, powoli się prostując.
Właśnie to „na
razie” widniało w oczach Sheridana, kiedy wpatrywał się przeraźliwie spokojny w
Anabde. „Na razie” brakowało furii, chęci mordu, nienawiści. „Na razie” jakby
czekał, gotowy do natychmiastowego zakończenia całej tej farsy.
Ona też
czekała, czekała na jakąkolwiek reakcję. Nie mogła powiedzieć, by to nie
zabolało – zabolało jak cholera, że informacja nim nie wzruszyła, zdawało się,
że przeszła mu koło uszu. Przyznanie się do tego bólu nie było jednak w jej
stylu, dlatego wpatrywała się w niego intensywnie, jakby ona też mogła
spokojnie przyjąć całą tę sytuację.
Zdawało się
jednak, że takie drobne zwycięstwo powinno ją w ten czy inny sposób
usatysfakcjonować. Utarła mu nosa, pokazała, że nie jest od niego zależna –
czyż nie? Nie czuła się tak. Była śmiertelnie poważna.
Słowa Anabde
podniosły za to na duchu Aenasa. Pomyślał sobie tak: skoro znalazła w sobie
dość siły, by przyznać się do ich wspólnej nocy, to na pewno nie chce go
odrzucić. Jego zdaniem Anabde miała zamiar pokazać temu gościowi, że nie jest
jej potrzebny, bo ona znalazła sobie innego. I u tego innego zostanie. Nic
bardziej nie mogło ucieszyć nekromanty.
Uznał więc, że
to daje mu prawo zbliżenia się do niej – postanowił z tego prawa skorzystać,
przysunął się do kobiety i objął ją ramieniem.
Anabde
obróciła się gwałtownie i zmierzyła go tak gniewnym spojrzeniem, że naprawdę w
nią zwątpił.
– Nie waż się
– wycedziła, nim zdążył wygodnie ułożyć dłoń na jej biodrze.
Wytrzymał jej
wzrok, unosząc wysoko brwi; to zupełnie zbiło go z tropu. Czyżby naprawdę była
przegrana? Gdy jej oczy błysnęły, znalazł w nich groźbę użycia magii,
usłuchał więc i cofnął się pół kroku.
Anabde nie
miała zamiaru dać się zamknąć w klatce, a takie, jak zdążyła zauważyć, były
zamiary Aenasa. Nie zabolało, gdy ujrzała w oczach mężczyzny prawdziwy smutek,
nie miała wyrzutów sumienia. Wszystko w niej wrzało.
Atmosfera się
nie zmieniła. Tylko wraz z gestem nekromanty coś się rozwinęło – jakby
ustosunkowanie Sheridana do całej sytuacji. Najpierw zdawało się, że go te
słowa nie obchodziły, wraz z tą reakcją można było pomyśleć, że nie do końca w
nie wierzył. Jak działo się naprawdę – sam łowca prawdopodobnie nie potrafiłby
tego opisać. Wszystko przychodziło głęboko ze środka, a że zawsze słuchał
swoich odruchów, to i za tymi podążał. Chociaż okazały się one zupełnie inne
niż przez ostatnie sto z hakiem lat.
Wyszczerzył
zęby w szyderczym uśmiechu, zmrużył oczy, przyglądając się Anabde z trudnymi do
zdefiniowania uczuciami. Nie sposób było określić, co właściwie chciał tym
wszystkim przekazać, ale szczęśliwy nie był. Był wściekły – i coś jeszcze.
– I co, było
lepiej? – spytał po prostu głosem całkowicie opanowanym, jakby interesował się
dzisiejszą pogodą.
Atmosfera
jeszcze trochę stężała. Zdawało się, że śmierć zawisła w powietrzu i
niecierpliwie czeka, kogo ma dotknąć.
Na chwilę się
zatrzymała. Wystarczył głęboki wdech i chwilowe przymknięcie oczu, by
powstrzymała tak falę myśli, jak ciągle narastającą wściekłość. Przytłoczona
tym wszystkim, chciała dać sobie moment na zorientowanie się chociaż we
własnych uczuciach. Do tej pory działała instynktownie, niesiona
zdenerwowaniem, teraz chciała zacząć działać świadomie.
Przede
wszystkim – znowu zabolało. Narodziło się w niej coś, czemu niepokojąco blisko
było do poczucia winy za wydarzenia poprzedniej nocy. W tej chwili uświadomiła
sobie, że naprawdę jest uzależniona od Sheridana – przerażające uczucie. Z
niego wyrosła kolejna gałąź bólu; niby łowca zareagował, ale tak naprawdę w
jakim celu? Bardziej jakby bronił swojego terytorium, niż rzeczywiście walczył
o nią.
Najgorsze było
to, że nie mogła nic z tym zrobić, nie potrafiła się od niego uwolnić.
Uchyliła
powieki i spojrzała na niego chłodno. Choć trudno nazwać jej poprzednie słowa
odpowiednimi, jego wypowiedź była najzupełniej w świecie bezczelna. Zaś jej
celność po raz kolejny zabolała.
– Nie będę
tutaj z tobą o tym rozmawiać – powiedziała.
Miała jeszcze skrupuły
i nie chciała wyciągać takich brudów na światło dzienne. Fakt faktem, ona
zaczęła, ale też ona zorientowała się, kiedy należy to skończyć.
– Anabde, nie
– szepnął w tym momencie Aenas.
Nie mogła
przegrać, nie mogła się poddać łowcy dusz!
– Nie idź z
nim, daj sobie spokój, to nie jest tego warte.
Wlepił w nią
wręcz błagalne spojrzenie i wyciągnął ramię w jej stronę, choć nie odważył się
jej dotknąć. Mógł jej pomóc, cały czas w to wierzył, mógł się nią zaopiekować.
– Zostań –
dopowiedział jeszcze, nie doczekawszy się jej reakcji.
Sheridan nie
okazał jakiegokolwiek triumfu – bo czy było to triumfem? Ot, front przeniesie
się trochę indziej, ale bitwa nadal będzie się toczyć. O co dokładnie? Nie miał
pojęcia. Po co w ogóle zaczynał? Bo musiał.
Na ułamek
sekundy spuścił wzrok, jakby zbierał myśli. Myśli, które zdecydowanie nie były
uporządkowane, co nigdy mu się jeszcze nie zdarzyło. Złość i coś jeszcze.
– Panie
przodem – skwitował zatem po prostu, gestem wskazując drzwi prowadzące do
części gościnnej.
Obrzucił
kontrolnym spojrzeniem wyciągnięte ramię Aenasa, jakby zamierzał mu je w tej
chwili odrąbać, po czym wcisnął ręce do kieszeni i zawiesił spokojnie, trochę
wyczekujące spojrzenie na Anabde.
Wygrałeś czy
przegrałeś?
Kącik ust
drgnął lekko, niezauważalnie.
I coś jeszcze.
Nie
zastanawiała się. Ale nim ruszyła przodem, w stronę części gościnnej, obejrzała
się na żądnego uwagi nekromantę. Przyjrzała się mu uważnie, zauważając, jak
bardzo zależało mu, by go posłuchała. Tak, w tym momencie poczuła iskierkę
współczucia.
– Przepraszam
– szepnęła, nim ruszyła szybkim krokiem do drzwi.
Gdy za nimi
zniknęła, za towarzysza mając tego pieprzonego łowcę, coś się w Aenasie
złamało. Wiedział, że tam nie pójdzie; mógł wprawdzie liczyć na to, że ona
wróci do niego, ale szanse były marne – widział to w jej spojrzeniu.
Spuścił wzrok,
by następnie obrócić go w stronę kilku osób, które cały czas przyglądały się
zajściu. Poczuł się... jakby przegrał wszystko na oczach tłumu gapiów. Pochylił
głowę i kiwnął na karczmarza, który od razu podał mu kieliszek wódki.
Leanelle, o
ile to w ogóle możliwe, wytrzeszczyła oczy jeszcze bardziej. Chwyciła się
brzegu stołu i zacisnęła palce na drewnie, wiedząc, że nie może nic zrobić –
trzeba będzie czekać. Naprawdę się bała o swoją opiekunkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz