poniedziałek, 24 grudnia 2012

53. Niechciana konfrontacja



Ulice, mimo względnie wczesnej pory, były już zatłoczone. Ludzie maszerowali energicznie przed siebie, nie zwracając uwagi na otoczenie, całkowicie pochłonęły ich inne sprawy. Kupcy rozstawiali na nowo stragany, zwężając i tak niezbyt szerokie drogi, utrudniając przemieszczanie się.
Choć nikt jeszcze nie wrzeszczał, próbując zagłuszyć naturalny gwar ulicy, to hałas już był dokuczliwy, przytykał uszy i wywoływał ból głowy. Miasto przypominało ul, w którym zawsze wrzało oraz panował nadzwyczajny ruch. Ktoś w oddali rozdarł się „złodzieje! Straże, złodzieje!”, ale nikt nie zwrócił na nieszczęśnika uwagi, nie mając ochoty się w to mieszać. Nawet żaden patrol gwardzistów nie pojawił się na widoku. Może byli na przerwie.
Ariene śmiało ruszyła w tłum, przywołując na twarz wyraz obojętności, by ostatecznie stopić się z tłem. Szła pewnie, ale niezbyt szybko, ze zgarbionymi ramionami – wolała nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, musiała być postrzegana jako jedna z tysięcy.
Tylko ukradkiem, ledwie kątem oka, kontrolowała okolicę, gotowa dosłownie na wszystko. Planowała się dość szybko przedostać do bogatszej dzielnicy, gdzie miała zrobić sprawny rekonesans, może załatwić kilka potrzebnych formalności.
Derek dostarczył jej informacje na temat gości, których najprościej będzie wyeliminować, by zrobić podmianę. Nie zamierzała jednak ich zabijać, co jej dawnego kompana zdumiało. Chciała wykluczyć ich na dłuższy czas z gry przy użyciu złośliwego zaklęcia, potem powrócą do normalnego życia.
Derek stwierdził, że zrobiła się miękka – uważał tak nawet nie z powodu jej aktu miłosierdzia, ale ze względu na współpracę z pozostałymi. W końcu zapamiętał ją jako indywidualistkę.
Skręciła w boczną uliczkę, ignorując głośne zaczepki podpitego mężczyzny. W tym tempie do wybranej dzielnicy dotrze w niecałą godzinę, to dobrze. Do wieczora wyrobi się z robotą, to najważniejsze. Raczej nie wyszła z wprawy, zatem nie powinna zostawić po sobie żadnych niewygodnych śladów, zresztą praca była czysta. Oraz prosta, takie manewry wykonywała na samym początku kariery – i to z powodzeniem. Dlatego szła rozluźniona i pewna siebie, nie czuła nawet najmniejszego niepokoju.
Uśmiechnęła się do sprzedającej częściowo zwiędnięte kwiatki dziewczynki, próbując zignorować nieprzyjemny ucisk w piersi. Mała nie mogła mieć więcej niż siedem lat; chuda, brudna i przestraszona, ale zdeterminowana. Za trochę czasu pewnie świat ulicy całkowicie ją pochłonie i będzie rozkładała nogi przed każdym, kto zapłaci – o ile potem w ogóle dostanie pieniądze. O ile w ogóle przeżyje pierwszy miesiąc.
Wiedźma odwróciła wzrok, nie kupując podtykanego pod nos kwiatka. Nie było jej stać, zresztą jeden miedziak nie zmieni jej życia. Ani też srebrnik. Nawet złotnik dałby ledwie złudną nadzieję. Ariene doskonale wiedziała, że żeby przeżyć na ulicy, trzeba mieć siłę oraz inteligencję. Sama nie skończyła jako dziwka tylko dzięki magii, a potem terminowi w gildii. Nie prosiła o niczyją łaskę i dlatego zachowała kontrolę nad swoim życiem. Miała niewyobrażalne szczęście, prawdę mówiąc.
Przyspieszyła trochę kroku, dostrzegając już zabudowania lepszej dzielnicy. Dziewczynkę zostawiła za sobą – nie zajmowała jej myśli za długo, tylko przez chwilę zapewniała się w duchu, że nie dopuści, by jej dziecko tak skończyło. Jeśli kiedykolwiek zostanie matką.
Prześlizgnęła się między wąsko postawionymi budynkami, wstrzymując na moment oddech. Szkoda, że wypadła z gospody tak szybko; przed rozpoznaniem posiadłości, gdzie ma odbyć się bal, musi zabandażować klatkę piersiową, bo biust bardziej przeszkadzał niż pomagał. Pamiętała, że Derek zawsze narzekał na tę taktykę przygotowań.
Derek. Zmarszczyła lekko czoło. Był czas, kiedy… łączyła ich bardzo specyficzna przyjaźń. Ariene nie kryła do niego żadnej płomiennej miłości, to oznaczało dla niej po prostu możliwość oderwania się od rzeczywistości. W pewien sposób się wspierali i pocieszali, ale ostatecznie traktowała to tylko jako fizyczną przyjemność.
Kiedy postanowiła odejść z gildii i to skończyć, nie żałowała ani nie tęskniła. Pozostała jedynie koleżeńska sympatia – mnóstwo osób w gildii tak urozmaicało sobie niebezpieczne życie. Oni różnili się tym, że nie zmieniali co chwila partnerów, poniekąd byli sobie wierni. Bardzo rzadko próbowali czegoś innego i wracali do siebie.
Teraz jednak sytuacja jej nie odpowiadała. Derek założył, że wszystko zostaje po staremu, ale ona nie miała na to ochoty. Nie będzie wracała do czegoś, co już skończyła, nie zamierzała znów zacieśniać przyjaźni. Poza tym… po prostu nie. Nie… bo nie.
Uderzyło w nią poczucie winy, od którego aż skuliła się w sobie, jakby chciała zniknąć. Czuła na sobie spojrzenie Cadora, gdy rozmawiała ze starym przyjacielem, wiedziała, że nie był zadowolony. Wprost wściekły, choć próbował to ukryć za pogodnym uśmiechem, ale ona to zauważyła.
Chyba między innymi dlatego tak szybko uciekła z karczmy, bojąc się konfrontacji czy pytań. Nie potrafiła wyobrazić sobie, że mówi obrońcy, jak to też z Derekiem było. Z drugiej strony rozumiała, że należą się mu wyjaśnienia. Bo… bo tak. Musiała się zebrać w sobie, zdecydowanie. Miała tylko nadzieję, że jej przyjaciel zrozumie, iż nie zamierza wracać do ich specyficznych relacji. Było miło, ale definitywnie się skończyło.
Rozejrzała się po bogatej dzielnicy, w której właśnie się znalazła. Ulice nie były już tak zatłoczone oraz brudne, kamienice wyglądały na zadbane, niekiedy drogą przejeżdżał powóz ciągnięty przez parę efektownych koni. Mieszkańcy maszerowali lekkim krokiem prosto na targ, rozmawiając ze sobą pogodnie; nie musieli podnosić głosu, bo dokoła nie panował za duży gwar. Jeśli Ariene dobrze pamiętała, jej cele o tej porze powinny dojeżdżać do bogatej kamienicy, gdzie miały się zatrzymać.
Wymacała w kieszeni zwitek papieru i wyjęła go, ukradkiem wycofując się w cień, by nie przyciągać spojrzeń przechodniów. Dostała cynk o dwóch kobietach i mężczyźnie, którzy przyjeżdżają na bal z daleka, zatem nikt ich tu nie znał i można było ich łatwo podmienić. Zamierzała śledzić ich w ukryciu aż do ustronnego miejsca, wtedy ogłuszyć i obłożyć czarem. Jeśli Derek się nie mylił – a w robocie nigdy się nie mylił – nie zaalarmuje to nikogo, ponieważ ich kamienica była jeszcze pusta. Idealnie.
Elissa von Estralle, Loren von Estralle oraz Charlotte li’Ardelle. Imiona i nazwiska nic jej nie mówiły, to nie były rody wysoko szlacheckie. Może niedawno zostali nobilitowani. Bardziej zainteresowała ją oczywista więź między kobietą i mężczyzną. Rodzeństwo czy małżeństwo? Lepiej by było, jeśli rodzeństwo – dla wygody ułożonego wstępnie planu.
Ariene postanowiła, że ci, którzy dostaną się na salę balową, odwrócą uwagę i dokonają zabójstwa. Wszystko inne opracuje, kiedy zbierze więcej informacji. Natomiast najlepiej odwraca się uwagę celu poprzez flirt, który nie przystoi mężatce.
Rozejrzała się ukradkiem, płynnym ruchem chowając świstek z powrotem do kieszeni. Ruszyła ulicą swobodnym krokiem, podświadomie wyostrzając wszystkie zmysły, by w porę dostrzec poszukiwane osoby.
Na drodze nie było wielu przechodniów, dlatego skrycie się w tłumie graniczyło z niemożliwym. Musiała użyć wszystkich swoich zdolności, by się nie zdradzić. Zwłaszcza że nie miała na sobie odpowiednio bogatego stroju, przez co zwracała na siebie uwagę – czuła przeszywające ją pełne dezaprobaty spojrzenia, ale całkowicie je ignorowała.
Jeszcze dwie ulice i zacznie się nagonka.
Uniknęła potrącenia przez barczystego mężczyznę i z trudem powstrzymała się od warknięcia. To prowokacja. Pewnie jego żona z jakiegoś powodu poczuła się przez wiedźmę zagrożona w pewnym sensie i uprosiła go, żeby dał wieśniaczce nauczkę. Nie zareagowała, dalej maszerując do celu. Z pewnością się zirytowali, ale ona dotarła już do następnej ulicy, znikając im z oczu.
Wypuściła powietrze przez nos, przymknęła powieki i przez chwilę po prostu szacowała – czy już zacząć nagonkę? Uśmiechnęła się ledwo widocznie i bez wysiłku uwolniła subtelny czar emocjonalny, by doczepić poszukiwanym osobom łatkę. Dzięki niej odnajdzie je nawet w największym tłoku, zupełnie jak pies myśliwski na tropie.
Ruszyła dalej, trzymając się ubocza, dzięki czemu częściowo ukrywała się w cieniu. Stała się prawie niewidzialna, a to bardzo jej pasowało.
Spacerowała ponad godzinę. Może dwie. Czekała, cierpliwie czekała, przyczajona niczym kot wypatrujący płochej myszy. Przez cały ten czas właściwie nie myślała, jej umysł pozostawał przejrzysty, wolny od wszystkiego, co nie miało związku z zadaniem – analizowała każdą swoją częścią. W sumie nic nie mogłoby jej w tym stanie zaskoczyć.
Przemieszczała się w taki sposób, by na poszczególnych ulicach nie pojawiać się za często, ale także nie w regularnych odstępach, to też byłoby podejrzane. Musieli się zaraz pojawić. Kiedy znajdą się w zasięgu jej wzroku, nie umkną już.
Wreszcie.
Spojrzenie wiedźmy od razu padło na grupkę trzech wysoko urodzonych osób, które wyłoniły się spomiędzy dwóch bogatych kamieniczek. Nie wzięli powozu, bo była ładna pogodna, zresztą wyraźnie ciekawiło ich miejskie życie. Rozmawiali i śmiali się, panie prowadzone przez pana niosły małe rozłożone parasolki oparte o ramiona.
Ariene ruszyła za nimi niczym cień, z lekkim rozbawieniem przypomniawszy sobie, że kiedyś sama tak się ubierała. Potem zmniejszyła dzielącą ją od nich odległość, skupiając się bardziej na zmyśle słuchu niż wzroku. Kontrolowała i poznawała.
– To dobrze, że pospólstwo jest trzymane z dala od naszej dzielnicy – westchnęła z zadowoleniem jedna z kobiet.
– Tak, nie wytrzymałabym ścisku z biedniejszych części miasta – zgodziła się jej towarzyszka i zachichotała serdecznie.
– Tamtymi rejonami rządzą prawa dżungli. Nie przeżyłabyś ani minuty – zawyrokował rozweselony młodzieniec.
– Jesteś wredny, braciszku! – prychnęła pierwsza i klepnęła towarzysza w ramię, składając usta w dzióbek. – Nie pozwoliliby na tknięcie nas tam – uznała pewnie, zadzierając dumnie brodę.
– Niby kto by nie pozwolił? – spytał sceptycznie i pokręcił głową nad naiwnością siostry.
– Straże – odparła niepewnie kobieta.
– Oni sami niemal połowy towarzystwa w biednych dzielnicach się boją – uzmysłowił jej poważnie, marszcząc groźnie czoło.
– Przesadzasz – zawyrokowała ich towarzyszka, która zamilkła na dłuższą chwilę, by posłuchać tej rozmowy.
– Nieprawda – żachnął się młodzian. – Mój przyjaciel ma wuja i kuzyn tego wuja pracuje w straży. Wszystko mi opowiedział. Na przykład pomyśl, jak zamknąć do aresztu takiego Przeklętego? Nawet najsłabszy mógłby rozerwać nas na strzępy! – zauważył konspiracyjnym głosem.
– Przeklęci to bajka – parsknęła towarzyszka rodzeństwa. – Nie istnieją już, wiele organizacji o to zadbało. I żadnego ich podziemnego miasta nie ma, nie bądźcie jak dzieci – dodała karcąco.
– No nie wiem – mruknęła siostra młodzieńca, spuszczając z przestrachem wzrok. – Błogosławieni w kocu między nami żyją.
– Bo im pozwoliliśmy – skwitowała dziewczyna. – Przeklętym po prostu nie można było ufać, dlatego ich wymordowaliśmy.
– Wydaje mi się, że to myślenie życzeniowe – odezwał się spokojnie młodzieniec. – Nawet najpotężniejszy nasz mag najpewniej zginie w starciu z najsłabszym Przeklętym – wytknął dość bezlitośnie.
– Jest wiele sposobów wzmacniania magii, Lostar jest jej pełen. – Wydęła wzgardliwie usta, z gracją wzruszając ramionami.
– Przeklęci mogą z tych pokładów korzystać tysiąc razy swobodniej, my potrzebujemy rytuałów oraz artefaktów. Sam człowiek nie jest w stanie ich pokonać, nawet się z nimi równać – stwierdził z całkowitą pewnością, spoglądając na towarzyszkę z góry.
Na ulicach naprawdę było względnie pusto, ale w tym momencie znaleźli się pomiędzy dwoma idealnie cichymi zaułkami. Chwilę wcześniej wyprzedziła ich nader zgrabna, przyjemna dla oka kobieta, co nie umknęło uwadze młodzieńca. Oraz jego siostrze, która od razu uderzyła brata, oburzona, w ramię. W końcu nieznajoma nie wyglądała jak ktoś ze szlachty, lepiej uważać.
Na szczęście skręciła w jedną z uliczek sporą chwilę przed tym, jak na to nieduże skrzyżowanie dotarli; towarzysz pań oderwał wzrok od kołyszących się bioder i powrócił uwagą do toczącej się rozmowy.
Mijali właśnie alejkę. To były ułamki sekund, kiedy zostali zaatakowani, nie mieli szansy na reakcję – błysnęło purpurowe światło, unieruchamiając jedną dziewczynę, z zaułka ktoś wyskoczył. Bez większego wysiłku chwycił drugą pannę i pchnął młodzieńca pod ścianę, przygważdżając do niej.
Ta sama kobieta, którą obdarzył zainteresowaniem jedyny pan w towarzystwie, przytknęła do gardeł pochwyconych osób ostrza sztyletów, uniemożliwiając im najmniejsze nawet ruchy. Jej szafirowe oczy zastygły w zimnym, bezlitosnym wyrazie.
A potem uśmiechnęła się dziewczęco.
– Jeśli któreś z was choćby piśnie, będzie patrzeć, jak drugie powoli wykrwawia się z poderżniętym gardłem – zagroziła śpiewnym głosem. – A ty, chłopaczku, nawet nie próbuj się szarpać. Takich jak ty rozbrajam jedną ręką, szkoda by było życia twojej siostrzyczki – mruknęła jeszcze.
– Czego chcesz? Pieniędzy? – wychrypiał młodzian, pobladłszy jak na widok samej strasznej Śmierci.
Naprawdę pięknej Śmierci.
Parsknęła kpiąco.
– Skarbeńku, podejdź do mnie – zwróciła się do stojącej nieruchomo trzeciej z towarzystwa, która patrzyła przed siebie pustym wzrokiem.
Dziewczyna drgnęła i ruszyła posłusznie w ich stronę, patrząc na scenę tak, jakby jej nie widziała. Zatrzymała się przy czarnowłosej przestępczyni i kiwnęła niczym w transie głową.
– Co jej zrobiłaś? – warknął rozwścieczony młodzieniec, ale przyciśnięcie sztyletu do gardła siostry skutecznie powstrzymało go od gwałtownych działań.
– Nic bolesnego – zapewniła bezbarwnym głosem, przymrużając oczy, kiedy wpatrywała się w swoje ofiary spokojnie. – Wam też nic się nie stanie. Za dwa tygodnie obudzicie się i niczego nie będziecie pamiętać – stwierdziła, unosząc dłoń.
Wokół jej palców wiło się szkarłatne, łagodne światło, które zdawało się wgryzać w umysł, przenikać go, wypełniać. Młodzieniec próbował walczyć z narastającą ociężałością myśli, ale musiał się poddać. Westchnął, czując, jak mięśnie się rozluźniają, jak powoli odpływa. Nawet troska o drżącą ze strachu siostrę nie mogła nic na to poradzić.
Wreszcie zrobiło się mu ciemno przed oczami i ogarnął go błogi, niezmącony spokój. Zupełnie jakby zasnął – najbardziej ożywczym i przyjemnym snem w życiu.
Trzy osoby wyszły z alejki, tocząc nadal pogodną rozmowę, jednak skierowały swe kroki do wyjazdu z miasta. Nie wiedziały czemu, ale były przekonane, że nie mają już czego tu szukać i nawet nie mogły wpaść na to, skąd się tu wzięły.

– Do roboty, konino – zakomunikowała twardym głosem Ariene, wkraczając zamaszyście do stajni i zatrzymując się pod boksem Jutrzenki.
Klacz uniosła łeb, przeżuwając siano, zastrzygła uszami, przyglądając się swojej właścicielce, po czym wydęła chrapy i cofnęła się przestraszona, wytrzeszczając oczy. Wiedźma zacisnęła usta, jej brew drgnęła nerwowo, jednak opanowała zdenerwowanie; tylko dłonie zacisnęła mocniej na biodrach, oddychając przesadnie głęboko.
– Bardzo, kurwa, śmieszne – warknęła wreszcie, piorunując złośliwą kobyłkę spojrzeniem. – Już nie bądź podła, robisz to za każdym razem, jak się zabandażuję – dodała rozzłoszczona, otwierając drzwiczki boksu i wchodząc do środka.
Jutrzence szybko przeszło, skubnęła pańcię, ale nadal łypała znacząco na znacznie pomniejszoną klatkę piersiową wiedźmy, jakby ta transformacja bardzo ją martwiła. Ariene niezmiennie była zdegustowana tym podejściem do sprawy kobyły, bo ruda zachowywała się tak, jakby specjalnie sobie z właścicielki w ten sposób szydziła.
Starając się już nie komentować całej sytuacji, sięgnęła po wiszący przy boksie sprzęt i zabrała się do szybkiego siodłania stojącego grzecznie wierzchowca. Na szczęście Jutrzenka nie miała ochoty na więcej żartów, raczej się podporządkowała i tylko kilka razy tęsknie sięgnęła pyskiem do siana, ale za każdym razem dostawała prztyczka w nos, zatem zrezygnowała.
W odwecie przy podpinaniu popręgu obróciła się i spróbowała Ariene uszczypnąć w pośladek, ale wiedźma machnęła w okolicach pysia nogą, dlatego i z tego kobyła musiała zrezygnować. Wreszcie, zdegustowana niepowodzeniami, wykopała w ścianę boksu i wtedy już oberwała w szyję.
– Wariatka – ofuknęła ją Ariene, chwyciła wodze i wyprowadziła przed miejską stajnię, jeszcze sprawdzając popręg.
Jutrzenka skupiła się na tuleniu uszu, wyciąganiu łba przed siebie i zgrzytaniu zębami na zamiatającego bruk stajennego. Chłopiec wreszcie zawinął się ze swoją miotłą i uciekł na drugą stronę budynku, zaniepokojony wściekłą kobyłą. Wiedźma tymczasem skończyła ogarnianie sprzętu, opuściła strzemię i wsadziła w nie stopę.
W tym momencie klacz postanowiła niespodziewanie podkulić zad i skoczyć do przodu, śmiertelnie przerażona stajennym, który zaczął znów zamiatać ziemię. Ariene krzyknęła, spróbowała nadążyć, odbiwszy się od gleby, ale źle oszacowała potrzebną siłę i fiknęła na drugą stronę podłej kobyły. Szczęściem w nieszczęściu noga wyślizgnęła się ze strzemienia, ale wiedźma hamowała na swojej ładnej buźce.
Jutrzenka machnęła ogonem i popatrzyła na amazonkę uprzejmie zdumiona, nawet lekko zdegustowana.
– Zaraz ci sprzedam takiego kopa w zad, że ci się odechce wszystkiego – warknęła Ariene, jak tylko wypluła nadmiar piachu z ust, i łypnęła na swojego wiernego wierzchowca nadzwyczaj morderczo.
Jutrzenka zrobiła słodkie oczy małego źrebaczka, ale z niewiadomych przyczyn nie wywarło to na wiedźmie oczekiwanego wrażenia. Kobieta skupiła się na bluzganiu we wszystkich znanych oraz nieznanych językach, robiąc solidną konkurencję Anabde, która swego czasu popisała się znajomością przekleństw całego świata.
W tej zapamiętałej, ale nieco bezsilnej złości – żal jednak kobyłę zabijać – nie zauważyła, że ktoś nadszedł, stanął nad nią i uniósł w zdumieniu brew.
– Rozumiem, że ma to coś na celu – rzucił niedbale, wyraźnie rozbawiony Derek, przekrzywiając głowę, kiedy podziwiał zakurzoną Ariene z góry.
Kobieta zerwała się z bruku błyskawicznie, obróciła się przodem do przyjaciela i spojrzała na niego bez zrozumienia. Zaraz zerknęła na klaczkę, jakby podejrzewała, że to część jej spisku przeciwko całej ludzkości. Chyba jednak nie; dostrzegła trzymany przez Dereka zwitek papieru, dlatego poświęciła mu nieco więcej uwagi.
– Masz coś dla mnie? – zainteresowała się żywo, wyciągając głowę, by lepiej przyjrzeć się pożądanemu przez nią skarbowi.
Zauważyła znaczący uśmiech przyjaciela, ale nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi, wiarygodnie udając, że nie ma pojęcia, co to mogłoby oznaczać. Derek szybko też porzucił zamiar podroczenia się z Ariene i wzruszył ramionami.
– Mam. Poniekąd. Zdobyłem trochę więcej informacji. Oglądałaś już posiadłość? – spytał, od niechcenia wachlując się przyniesionymi notatkami.
– Nie, bo jakaś kobyła postradała mózg – burknęła, przypominając sobie, że jest cała w kurzu; zabrała się do energicznego otrzepywania, zapominając na chwilę o czekającym na moment uwagi Dereku.
Kiedy jednak wyciągnął rękę, by jej w zadaniu pomóc, drgnęła i cofnęła się o krok, uciekając przed jego dotykiem. Tak samo uciekła przed zaskoczonym spojrzeniem, jakim ją obdarzył.
Zastanowiła się, czy potrafi powiedzieć tak po prostu „nie, Derek, nie będę już z tobą sypiała. Znudziło mi się”. W pewnym sensie wydawało się jej to dziwne, to nie pasowało do osoby, którą poznali jej aktualni towarzysze.
– Coś się stało? – mruknął powoli, nie spuszczając z niej wzroku.
– Ach, tak tylko myślałam o całym tym nowym życiu, które zaczęłam. Śmieszna sprawa, wiesz? – rzuciła nieco nerwowo i zaśmiała się sztucznie.
Jutrzenka podeszła do właścicielki oraz stojącego przed nią Dereka, obdarzywszy młodzieńca spojrzeniem z góry.
– Śmieszna sprawa? – powtórzył, cofając rękę z notatkami, żeby nie zdołała mu ich odebrać. – Co, zaręczyłaś się? – zażartował, uśmiechając się z przekąsem; bo to przecież było całkowicie do niej niepodobne, Ariene nie bawiła się w takie rzeczy i zawsze z nich szydziła.
Ale teraz nie było jej do śmiechu, kiedy przenosiła na niego wzrok.
– Nie. Po prostu dobrze się w tym czuję. Z nimi wszystkimi. Nie doceniałam… posiadania… bliższych osób – wybrnęła, zastanawiając się, jak mu wreszcie powiedzieć, że nie ma czego u niej szukać.
Derek uniósł brew, przyglądając się jej przez chwilę.
– Gardziłaś tym – stwierdził spokojnie, nieco nawet obojętnym głosem. – Nagle odszukałaś w sobie instynkt macierzyński, że chcesz ich niańczyć? – dodał znowu z kpiącym rozbawieniem, ale naprawdę zainteresowany.
Tylko szyderczo.
– Nie muszę nikogo niańczyć. A nawet jeśli chcę, to przede mną uciekają. Podli – mruknęła ciszej, jednak uśmiechając się szeroko. – Nie zrozumiesz tego, Derek, ale tu mi lepiej. Bez przeszłości – dodała z naciskiem, wyciągając rękę po notatki.
– Tak ci się wydaje – stwierdził zwyczajnie i oddał jej kartkę, najwyraźniej na ten moment porzucając temat. – Na sali będzie także orkiestra. Macie muzyka? – spytał niespecjalnie zaciekawiony.
– Muzyka? Skąd ja ci…? – warknęła w pierwszej chwili, nerwowo czytając.
Potem nagle rozpromieniła się, przymrużając radośnie oczy.
– A na czym grają? – dopytała od razu, już widząc pewnego miłego, pomocnego młodzieńca, który godzi się na zajęcie miejsca w orkiestrze.
– Są instrumenty smyczkowe, dęte, klawiszowe… – wyliczył z pamięci Derek, krzywiąc się, kiedy musiał odgrzebywać informacje z głowy.
– Klawiszowe – powtórzyła. – Fortepian?
– Nie wiem, jeśli jest klawiszowy. – Wzruszył ramionami, dając znać, że rozmowa o muzyce zdecydowanie go nudzi.
– Mam muzyka. Jadę do posiadłości, dzięki – pożegnała się, rzucając młodzieńcowi karteczkę z notatkami, a sama podeszła do Jutrzenki.
Klacz stała już grzecznie, spoglądając na Dereka w skupieniu i zapamiętale mieląc wędzidło, jakby planowała obślinić rozmówcy Ariene buty. Nie zdążyła jednak, za to zamaszyście świsnęła ogonem, chyba biedaka trafiając.
Wiedźma nie usłyszała niezadowolonego syknięcia, bo Jutrzenka obróciła się zgrabnie na tylnych nogach i pomknęła w ulice, podrzucając radośnie łbem. Lub, dla odmiany, zadem.

Z boku musieli robić wrażenie radosnej, zżytej ze sobą grupy przyjaciół. Śmiali się, żartowali, popijali rozmaite trunki, w kilku miejscach stołu stały wieżyczki pustych talerzy po najróżniejszych smakołykach. Młodzi mężczyźni o przyjemnych obliczach i podobne im kobiety, prowadzący nieskończenie długie i interesujące rozmowy, zanoszący się śmiechem. Tak, jeśli patrzyło się na to z boku, było im czego zazdrościć.
Siedząca na brzegu ławy Anabde przymrużyła oczy, zastanawiając się, czy może rzeczywiście mają się czym pochwalić, a ona nie jest w stanie tego poczuć. Tak też mogło być.
Właśnie kilka osób wybuchło kolejną salwą śmiechu, Cador z hukiem odstawił kufel piwa i spojrzał na swego przyjaciela, Caleba, z udawaną obrazą. Ten wyszczerzył ząbki i wzruszył ramionami, jakby nie był winny swej złośliwości.
– Kiedy to nie moja wina, że chodzę dzisiaj jak paralityk. To wszystko przez nią! – oburzył się obrońca, wskazując gestem dłoni na siedzącą po jego prawicy Ariene.
Przy okazji obdarzył ją spojrzeniem wcale nie pełnym wyrzutu, a ciepłym i gorącym od uczuć. Wiedźma zaśmiała się wdzięcznie, wspominając o udziale Sheridana w uszkadzaniu Cadora, a jej słowa zostały natychmiast poparte.
– Wyjątkowo to nie ja zacząłem – mruknął łowca, ale raczej nikt go nie słuchał.
– Wyglądało to tak, jakby się mieli rozerwać na strzępy, bez kitu – roześmiał się Errian i upił łyk swojego whisky.
– Wyglądało to tak, jakby Sher zabrał Cadorowi jego ulubiony kocyk – doprecyzował Caleb nieco sceptycznie.
Młody mag prawie opluł się pitym trunkiem, kiedy parsknął serdecznym śmiechem do szklanki. Spotkało się to z dezaprobatą ze strony Aithne, upadła jednak ograniczyła się do wywrócenia z pewną irytacją oczami.
– Och, właśnie – przypomniała sobie Ariene. – Co do zlecenia, zdobyłam kilka zaproszeń na bal – oznajmiła, uśmiechając się i pochylając nad stołem.
Stopniowo robiło się coraz ciszej, wszyscy zaczęli jej, mniej lub bardziej, słuchać.
– Sprawa jest taka, że dla gości mam trzy wejścia. Widziałam też rezydencję, w której bal się odbędzie. Caleb, wykonasz dwie suknie i jeden garnitur. Dodatkowo frak dla muzyka – zwróciła się do myśliwego. – Notuj.
Caleb pogrzebał w swojej skórzanej torbie i wydobył notes oraz ołówek; z notesu wystawały różne kartki, ale myśliwy nie pofatygował się wkładaniem ich głębiej.
– Ja oraz Anabde wchodzimy na salę, Sheridan także. Errian, wskoczysz za muzyka. – Zerknęła na młodego maga. – Caleb, Aidan, będziecie w środku, przypilnujecie, żeby przynajmniej dwa wyjścia były czyste, kiedy już zabijemy. Potrzebujecie żołnierskich mundurów. Leanelle, wcielisz się w rolę kelnerki, czyli strój służki – rzuciła do Caleba, który dzielnie notował. – Cadora oraz Aithne widziałabym na zewnątrz, Aithne jako chłopca stajennego – w tym miejscu Errian zachichotał cicho – Cadora w roli woźnicy, który nas przywiezie. Przypilnujecie tyłów.
– Brzmi logicznie – mruknął Sheridan. – Kto będzie mordował?
– Ty i Errian. Ja z Anabde będziemy zbyt wystawione, ale odwrócimy uwagę celu od was – odparła Ariene, uśmiechając się.
– Gorsety. Jak chcecie uciekać ze zmiażdżonymi żebrami? – zainteresował się Caleb, zawieszając ołówek nad kartką.
– Zaprojektuj je tak, żeby się dało – skwitowała niedbale wiedźma, wzruszając ramionami.
– Kelnerką? – powtórzyła Leanelle, robiąc wielkie oczy.
Spojrzenie, jakim została obdarowana, powiedziało jej, że sprawa jest już przesądzona.
Anabde nawet jej nie słuchała. Coś jej tam wpadło o gorsetach, ale nie miała ochoty wiedzieć. Nie mogła odnaleźć się w tej przyjaznej atmosferze, więc przestała uczestniczyć w rozmowie.
Cały dzień chodziła niczym ścięta. Jak zazwyczaj niewiele się odzywała i stała z boku, tak tego dnia jakby jej nie było. Prezentowała się marnie, z niezdrowo bladą skórą i podkrążonymi oczyma, w których na dodatek czaił się dziwny ból.
Towarzysze nauczyli się jednak, by nie drażnić lwa, dlatego nie pytali o przyczyny takiego stanu. Anabde cały dzień konsekwentnie ignorowała zatroskane spojrzenia i gesty wsparcia, udając, że nic się nie stało, tylko po prostu gorzej się czuje. Że nikt jej nie wierzył, to już inna sprawa, ale pozwolili jej trwać w tym kłamstwie.
Objęła się ramionami, jakby pragnęła ukryć się przed światem, przed spojrzeniami innych ludzi. Miała wrażenie, że jej ciało przestało należeć do niej, było obce, w pewien sposób brudne czy skalane. Brzuch wypełniało jej dziwne, nieprzyjemne uczucie graniczące z odrazą. Była też pełna niepokoju, a to wszystko razem dawało naprawdę dobijającą mieszankę.
Dzisiaj rano trudno było jej spojrzeć w lustro, nie chciała ujrzeć swojego oblicza. Czuła się nieswojo, bardzo głupio i marzyła o ucieczce. Gdy wróciła do pokoju, miała w planach zabrać swoje rzeczy i opuścić miasto nocą, lecz swym przybyciem zbudziła Leanelle. Później, po kilku godzinach rozmyślania w łóżku, zasnęła; gdy się obudziła, Ariene już była na nogach, nie mogła więc chyłkiem się wymknąć. Cały czas ktoś stawał jej na drodze i miała poczucie, że zwyczajnie nie może uciec. Z drugiej strony zdawało się jej, że tym razem ucieczka byłaby błędem. Zbyt wiele by zostawiła.
Nawet nie zauważyła, kiedy zeszli z tematu zlecenia i znów zaczęli żartować. Doskonale się bawili, nie chciała im w tym przeszkadzać. Powiodła spojrzeniem po wnętrzu przybytku, szukając dla siebie zajęcia. Najchętniej opuściłaby pomieszczenie i zaszyła się w pokoju dziewcząt, była jednak pewna, że zatroskany ktoś ruszyłby jej śladem, zmuszając do zwierzeń i usiłując poprawić humor. Nie miała na to ochoty, więc trwała na swoim niewygodnym miejscu.
Zerknęła w stronę lady karczmarza i przyjrzała się osobom przy niej stojącym. W pewnej chwili zmarszczyła czoło, przymrużając powieki i wyciągając głowę; w następnej otworzyła szeroko oczy, zaskoczona.
Aenas. Co on robił w tym miejscu?
Wiedziała, że nie może pozwolić, by podszedł tutaj do niej i poprosił ją o rozmowę. Albo, co gorsza, zaczął mówić przy wszystkich. Wstała więc i zerknęła na siedzącą koło niej Leanelle, uśmiechając się blado.
– Pójdę po lampkę wina – wyjaśniła, by nikt nie zwrócił uwagi na jej odejście.
Nadal pochłonięci byli żartami i rozmowami, akurat Aithne fuczała na Erriana za nie wiadomo co. Mag tylko uśmiechał się wyrozumiale, kiwając upadłej głową, co jeszcze bardziej ją irytowało.
Anabde podeszła do szynku i wychyliła się, posyłając w stronę karczmarza mało przekonujący uśmiech.
– Lampkę czerwonego wina – poprosiła, wiedząc, że nie zostanie jej zaproponowany wybór pochodzenia czy rocznika trunku; w gospodzie nie było żadnego wyboru, albo kiepskie, rozcieńczone wino, albo nic.
Gdy mężczyzna kiwnął głową i ruszył na poszukiwanie odpowiedniej butelki, Anabde postawiła krok w bok i obróciła się w stronę Aenasa.
Wpatrywał się w nią od dłużej chwili, od kiedy tylko ona zauważyła jego obecność. Miał zmęczone oczy i poważny wyraz twarzy, ale nie wyglądał na złego. Kobieta wstrzymała oddech, nie wiedząc, jak zacząć.
– Co tutaj robisz? – mruknęła w końcu, mrużąc powieki.
– Uciekłaś – odpowiedział mało na temat, ale z wyraźnym wyrzutem.
Anabde odwróciła wzrok, utkwiła go w stojących na półce pustych naczyniach.
– Uciekłam – potwierdziła, starając się ukryć wstyd, jaki ją w tej chwili ogarnął.
– Nie musiałaś uciekać – powiedział z pełnym przekonaniem, błądząc spojrzeniem po jej twarzy, jakby z nadzieją, że znów na niego spojrzy.
Nie zrobiła tego, tylko nieco pochyliła ramiona.
– Musiałam – zaprzeczyła spokojnie.
Tak, bo tego była pewna. Nie była sobą, nie panowała nad własnym ciałem i umysłem, nie mogła zostać i dawać mu płonnych nadziei.
– Anabde – zirytował się wreszcie.
Sięgnął dłonią do jej twarzy i obrócił ją, tak, by móc odnaleźć jej oczy. Były groźnie przymrużone, nie spodobało jej się takie traktowanie. W tej chwili naprawdę mało go to obchodziło.
– Nie musiałaś uciekać – powtórzył. – Nie mam ci tego za złe.
Uniosła brew, wyraźnie zdziwiona; zorientował się, że zyskał jej uwagę, toteż przestał przytrzymywać jej brodę, tylko przytulił dłoń do jej policzka.
– Pomogę ci. Nie wiem, jak on to zrobił, ale w jakiś sposób cię zniewolił. To nie może być dobre, wierz mi, jednak nie jesteś całkiem bezsilna. Potrzebujesz tylko wsparcia. Sprawię, że o nim zapomnisz; to będzie trwało, ale ja jestem cierpliwy. Po prostu mi uwierz, Anabde – mówił cicho, zaaferowany własnymi słowami, cały czas wpatrując się w jej oczy.
Wyglądała na zaskoczoną, trochę przerażoną taką deklaracją; chyba nie wiedziała, co o tym myśleć.
Nawet nie zauważyła, jak się nad nią pochylił; to było naturalne, jego słowa były przeznaczone wyłącznie dla jej uszu. Teraz postanowił wykorzystać tę bliskość, pamiętając, że poprzedniego wieczoru ta metoda zadziałała. Uśmiechnął się do niej ciepło i przybliżył się do niej jeszcze trochę.
Zorientowała się w jego zamiarach w ostatniej chwili, gdy ich wargi dzieliło ledwie kilka centymetrów, i natychmiast się cofnęła. Nie mógł tego zrobić, nie mógł jej pocałować, nie tutaj, nie przy wszystkich – w ogóle nie powinien tego robić!
Miała szeroko otwarte, zaskoczone oczy, ale zaraz przymrużyła je, ostrzegając, by nie próbował ponownie. Ani to słuszne, ani bezpieczne.
Jego dłoń, którą dotychczas trzymał na jej policzku, zjechała na jej ramię; nie miał zamiaru jej zabierać, choć Anabde przed nim uciekła. Wpatrywał się w nią intensywnie, jakby analizował jej zachowanie, wreszcie kiwnął lekko głową.
Chyba mówił sobie, że potrzebne mu będzie wyjątkowo dużo cierpliwości. Nie miał jednak zbyt wiele czasu, by o tym pomyśleć.
Ktoś zauważył. Ktoś chwilę wcześniej wstał, wywracając krzesło, i ruszył przez karczmę szybkim krokiem. Kiedy ten ktoś kluczył między stolikami, w sali na moment przycichło, goście skulili się i zerkali na tego kogoś niepewnie, ale gdy dotarł do celu, ucieszyli się, że to nie do nich zmierzał.
Zatrzymał się tuż przy Anabde oraz Aenasie, wzrok jednak utkwił w nekromancie. Wzrok zimny, przeszywający, naprawdę przeraźliwy. Takim spojrzeniem mógł obdarzać swoje ofiary ułamki sekund przed odebraniem duszy.
Sięgnął do kołnierza nieznajomego i szarpnął go, skutecznie odsuwając od nekromantki. Jednocześnie postąpił pół kroku w bok i ustawił się tak, że częściowo, bardzo subtelnie, odgrodził Anabde od jej towarzysza.
I mimo wszystko zdawało się, że jest idealnie spokojny. Nawet ten wzrok, naprawdę druzgoczący umysł oraz duszę, nie przejawiał gniewu.
Tylko ten spokój z pewnością zabijał.
Aenas nie do końca rozumiał, co się dzieje; a przynajmniej do chwili, gdy zaskoczona Anabde nie mruknęła imienia ich nowego gościa. Odstawiony, wyprostował się dumnie i przyjrzał mężczyźnie z zupełnie innej perspektywy – no proszę, więc to jest ten Sheridan?
Nekromanta na chwilę skupił się na jego aurze, by dowiedzieć się, z kim ma do czynienia; rezultaty tak go zdziwiły, jak zaniepokoiły, ale postanowił się nie poddawać.
W tej samej chwili Anabde zdążyła otrząsnąć się z początkowego zdziwienia i porządnie zirytować. Więc to tak?
– Co ty odpierdalasz? – zainteresowała się uprzejmie.
Zazwyczaj panowała nad swoimi emocjami, ale też zazwyczaj nie krzyczała imion innych podczas zbliżenia z kochankiem; tutaj nic nie było takie, jak trzeba, miała prawo się zdenerwować.
Nie doczekała się odpowiedzi, bo oto Aenas postanowił zainterweniować. Nim zdążyła się zorientować, miała przed sobą jego plecy; nekromanta stanął między Anabde a Sheridanem, mierząc tego drugiego uważnym spojrzeniem.
– Jakiś problem? – spytał z rozbrajającym uśmiechem.
Anabde otworzyła szeroko oczy, zbita z tropu; co tu się właściwie działo?
Spojrzenie Sheridana nadal zabijało. Patrzył na Aenasa tak, jakby zastanawiał się, czy już go rozdeptać bądź też rozsmarować na ścianie, czy jeszcze dać pograć mu rycerza. Wreszcie uznał, że żaden gnojek nie będzie mu się wpychał przed nos i dyktował warunków rozmowy, bo od tego był zdecydowanie on.
Niech się facet cieszy, że jeszcze żył.
Chwycił go żelaznym uściskiem za ramię, zamierzając znów bezceremonialnie przesunąć sprzed swojej twarzy. W gardle łowcy narósł niski, ostrzegawczy warkot, taki, który wyraźnie sugerował, że lada moment spokój go opuści, a karczmarz będzie miał dużo wnętrzności do sprzątania ze stołu.
– Jeszcze raz się odezwiesz, a będzie to ostatnie, co zrobisz w tym życiu – postanowił go poinformować, bo wyglądał na porządnego kretyna, zatem z pewnością się nie domyślił.
Niech zna łaskę.
Sheridan uznał, że za dużo przebywa z Errianem, bo robi się miękki. Powinien już dawno rozkwasić łeb nekromanty na ścianie i zająć się jego duszą, a nie, jeszcze się użerać ze szczeniackimi zaczepkami.
W oczach Aenasa pojawił się krótki, ostrzegawczy błysk. Szybkim gestem chwycił nadgarstek łowcy i, po chwili wysiłku, oderwał jego dłoń od swojego ramienia. Nie miał zamiaru ruszać się z miejsca, jedyne co, to postawił pół kroku bliżej przeciwnika.
Tak, jego odwaga była aż głupia. Anabde błyskawicznie doszła do tego wniosku, ale z powodu szoku jej reakcja okazała się dość spowolniona; nie zdążyła nic zrobić.
Aenas wyciągnął ramię w bok i mruknął pod nosem formułkę – w następnej chwili trzymał w dłoni zgrabny miecz, mierząc ostrzem w stronę Sheridana. Uśmiechnął się lekko i przechylił głowę, przypatrując swojemu przeciwnikowi badawczo.
Jakby wydawało mu się, że zwykłym mieczem może pokonać łowcę dusz. Kiedy chodzi o kobiety, mężczyźni zwyczajnie głupieją.
– Aenas – warknęła krótko nekromantka, spoglądając na niego z wyraźną dezaprobatą.
Wszystko wszystkim, ale niech się nie daje tak głupio zabić – i to jeszcze dla niej!
Blondyn zerknął na nią przez ramię i dłuższą chwilę mierzyli się spojrzeniami, ale wreszcie mężczyzna westchnął i opuścił gardę. Z jego postawy można było jednak wyczytać, że nie ma zamiaru odpuszczać.
Przy stole drużyny zapanowała cisza jak makiem zasiał. Leanelle wpatrywała się w scenkę ogromnymi oczyma, trochę przestraszona, bardzo zdziwiona.
– Oni się zabiją – szepnęła, nie przejmując się tym, że stwierdza oczywistość. – A przy okazji zabiją ją – dodała, a to przejęło ją dużo bardziej.
Rozejrzała się po towarzyszach z nadzieją, że ktoś będzie w stanie zainterweniować.
W słowach Leanelle czaiła się, niestety, głębsza prawda. Jednak zdarzenia przy ladzie rozwinęły się tak szybko, że niemalże nikt nie zdołał zareagować. Przez pierwsze kilka sekund po prostu patrzyli.
Sheridan zmrużył groźnie powieki i spokój, który w nim do tej pory gościł, widocznie się rozpękł. Zmieniło się wszystko – spojrzenie, postawa, nawet aura zdawała się różnić od tej, jaką dało się wyczuć chwilę temu. Łowca nawet nie musiał się wysilać przy nieznacznym prostowaniu, by przytłoczyć bezczelnego, w dodatku bezdennie głupiego nekromantę swoją osobą. Po prostu zmiażdżył go do niewiele znaczącego robaka samym przeniesieniem ciężaru ciała na nogę bliżej mężczyzny.
Już nawet nie do końca chodziło o Anabde. Oczywiście, z jej powodu poderwał się z miejsca, choć sam nie miał pojęcia, co go podkusiło, ale teraz to już była kwestia bezczelności. Nie będzie mu żaden marny człowieczek podskakiwać, bo uważa, że jak uda koguta, to każde zwycięstwo w jego garści. Miał zamiar dać mu nauczkę, nauczkę ostateczną, żeby nigdy więcej nie robił problemów.
Zniknęły z niego wszelkie ludzkie, normalne uczucia, zastąpiła je tylko chęć niszczenia. Sadystyczna przyjemność wypełniająca go, gdy zabijał, jakkolwiek, nawet jeśli nie odbierał duszy.
Teraz zastanowił się, czy od razu pożreć Aenasa, czy zostawić go strzaskanego, pozbawionego wszystkich funkcji życiowych prócz tych potrzebnych do przeżycia, i patrzeć przez kilkanaście lat, jak się męczy jako warzywo. I dopiero po dwudziestu, trzydziestu latach przyjść, by go zniszczyć ostatecznie.
Uśmiechnął się dziko, ukazując w tym uśmiechu ostre zęby, przez chwilę przypominał szczerzącego się ostrzegawczo wilka, który zaraz skoczy na ofiarę.
Impuls mentalny urósł w siłę w ułamku sekundy, ale Sheridan powstrzymał go, by nie osiągnął zbyt wysokiego poziomu. Wystarczy piąty, ten mężczyzna nie dysponuje magią wyższą od może trzeciego poziomu. Nie mógł jednak osądzić tego ostatecznie, zatem uznał, że ten zapas będzie dobrym zabezpieczeniem – nawet jeśli niesamowitym trafem nekromanta może użyć czarów na poziomie piątym, co dla człowieka jest już niezwykłym wyczynem, to i tak zostanie zniszczony przez falę łowcy. Puścił impuls, przymrużając oczy.
Wtedy od stołu podniósł się ktoś jeszcze, nie ruszył jednak do zebranych.
Sheridan odczuł, jak zaklęcie trafia na barierę, a potem się od niej odbija, roztrzaskując się jak upuszczona szklana figurka. Na ułamek sekundy zastygł zdumiony, doskonale było po nim widać, że tego się nie spodziewał.
Zdecydowanie nie spodziewał się osłony poziomu szóstego – najwyższego poziomu, jaki którykolwiek człowiek mógł osiągnąć.
Bariera nie należała do nekromanty; łowca rozejrzał się szybko i wtedy jego zielone, pełne żądzy mordu oczy natrafiły na błękitne oczy, one jednak były wypełnione lodowatym, mrożącym krew w żyłach gniewem.
Sheridan chwilę mierzył się z Errianem spojrzeniami, poniekąd wściekły na młodego maga, a poniekąd zdumiony – czyżby ten niepozorny gnojek dysponował aż taką potęgą?
Musiał jednak wyładować złość, bo kiedy stracił nad sobą panowanie, nie potrafił się ot tak, od pstryknięcia palcami, opanować. Dlatego też resztki roztrzaskanego impulsu skierował w bok, na najbliższy kruchy przedmiot.
Szklanka w dłoniach barmana rozprysła się na drobne kawałeczki, a mężczyzna wytrzeszczył oczy na pustą rękę, nie wierząc w to, co właśnie się stało.
– Podziękuj tamtemu dzieciakowi, właśnie uratował ci życie – wycedził Sheridan niskim, wibrującym, prawie obezwładniającym głosem, wpatrując się w Aenasa nie z nienawiścią, a z coraz większym obrzydzeniem; lekko skinął głową w stronę nadal stojącego Erriana, nie zaszczycił jednak maga spojrzeniem.
Młodzieniec trwał nieruchomo, z napiętymi ramionami, wzrokiem utkwionym w łowcy, gotowy do kolejnej interwencji. Jeśli Sheridan spróbuje tego raz jeszcze, będzie mógł użyć bariery tylko na tym samym poziomie, a Przeklęty na pewno głupi nie był – wystosuje potężniejszą falę mentalną. Errian mógł mieć nadzieję, że roztrzaskanie na osłonie sześciu poziomów zminimalizuje zagrożenie do poziomu pierwszego bądź też drugiego. Wtedy nieszczęsny adorator Anabde przeżyje.
Tego nie dało się nie poczuć nawet przy niezbyt czułym zmyśle magicznym. Wokół zapadła głęboka, przerażająca cisza, nikt nie odważył się choćby odetchnąć głośniej.
Anabde w ogóle zapomniała, jak się oddycha, przytłoczona istotą zdarzeń. Nie była w stanie zrozumieć całej tej poronionej sytuacji, chociaż bardzo próbowała. Tak głupie zachowanie jednego – dotychczas uważała Aenasa za bystrego, a tu takie szopki – jak gwałtowna reakcja drugiego z mężczyzn były dla niej nie do ogarnięcia.
Wręcz machinalnie odwróciła głowę w stronę Erriana, szukając u niego odpowiedzi; chłopak intensywnie wpatrywał się w łowcę, ewidentnie gotowy na kolejną interwencję. Duże, pełne oszołomienia oczy Anabde zmusiły go jednak do krótkiego zerknięcia w jej stronę – wtedy bezgłośnie wyszeptała „dziękuję”.
Nie dlatego, że martwiła się o los Aenasa. Nie chciała, by umierał za nią, nie była tego warta.
– Aenas, wyjdź stąd – powiedziała, chociaż jej spojrzenie powędrowało nie do nekromanty, a do Sheridana.
Zmarszczyła brwi, przyglądając się mu intensywnie, po czym stanowczo dodała:
– Teraz.
Nie zwróciła jednak uwagi na to, czy jej posłuchał, a tego nie zrobił. Wprawdzie dotarło już do niego, na co się porwał, ale głupia męska duma nie pozwalała mu wyjść – chociaż tak byłoby najbezpieczniej.
Cofnął się o krok czy dwa, wyraźnie pod wrażeniem; niejako usunął się w cień, nie by uciec, a z głupią nadzieją, że wymyśli rozwiązanie.
Dopiero po chwili do Anabde wróciła wściekłość. Tego już było zwyczajnie, kurwa, za wiele. Sheridan najpierw się nią nie interesuje, później prawie zabija mężczyznę, który zbliżył się za bardzo? Nie mogła tego zrozumieć, ale wydawało jej się to niezdrowe, wręcz toksyczne. I chciała od tego uciec.
– Mógłbyś mi łaskawie wyjaśnić, co ty właściwie robisz? – warknęła, z ogromnym trudem utrzymując spokojne brzmienie głosu.
W środku była wulkanem na skraju wybuchu.
Sheridan zdawał się znów ubrać w pancerz spokoju, choć mur wyraźnie drżał, zdradzając, że w każdej chwili może się rozpaść na drobne kawałeczki, a wtedy biada wszystkim.
Zerknął przelotnie na Aenasa, uznał jednak, że na razie nie jest wart kolejnych prób eliminacji, po czym przeniósł wzrok na Anabde.
Spróbował sprawić, by w jego oczach nie było za wiele widać, i poniekąd się mu to udało. Nie zdołał zamaskować wszystkich emocji, co go mocno zirytowało. Nie w taki sposób radził sobie przez całe życie, nie taki był sens jego istnienia.
Ale myśl, że Anabde mogła z jakimkolwiek innym mężczyzną być blisko w taki sposób… chodziło o dumę? Nie, chyba nie do końca o to. O to, że była pierwszą, której nie zabił po wszystkim? Nie, też nie o to.
Wpatrywał się w nekromantkę jeszcze pewną chwilę.
– Nie widać? – mruknął wreszcie, przymrużając oczy. – Pozbywam się robactwa.
Pomiędzy nimi pojawiło się takie napięcie, że Aenas nie odważył się odpowiedzieć na tę zniewagę. Obserwował tylko, mocno przerażony tym, w co się Anabde wplątała.
Zadarła nieco brodę, jak zwykle chcąc dać świadectwo swej dumności, przymrużone oczy obdarzały łowcę spojrzeniem przede wszystkim ostrym, ale również jakby obcym. Nie chciała widzieć w jego wzroku niczego, co mogłoby ją powstrzymać przed wypowiedzeniem cisnących się na usta słów. Ułatwiał jej to, a tych kilka uczuć, których nie udało mu się ukryć, zostało przez nią zignorowanych.
– Nie nazwałabym go tak – powiedziała.
Choć to by pasowało, nie uśmiechnęła się ani triumfalnie, ani z satysfakcją, kąciki jej ust nie drgnęły. Dała sobie chwilę na przekonanie się, czy naprawdę powie te słowa teraz, przy wszystkich, a co najważniejsze jemu.
Popchnęła ją ku temu wściekłość, wsparta przez spowodowane brakiem zrozumienia oszołomienie i strach przed możliwymi odpowiedziami na niezadane pytania. Przechyliła lekko głowę i przyjrzała się mu z większą czujnością, nim wypowiedziała słowa, którymi równie dobrze mogła podpisywać sobie wyrok śmierci:
– Nie sypiam z robactwem.
Mogłoby się zdawać, że teraz będzie konieczna następna interwencja Erriana. Ktoś mógłby pomyśleć, że młody mag i tak nie powstrzyma łowcy dusz od zrealizowania jego celu. Ktoś – lub niemalże wszyscy. Tym razem aura rozpękła się i skurczyła w dziwnym przedśmiertnym chłodzie w całej karczmie.
Errian, przecząc niepokojowi zebranych, w tym właśnie momencie usiadł, wypuszczając powietrze z płuc. Zachowanie maga zdumiało chociażby Aithne, która zmusiła ciało do posłuszeństwa i zapomniała na chwilę o tym, że miała utrzymywać od panicza Souena bezpieczną odległość – chwyciła go nerwowo za łokieć.
– Jesteś pewien? – szepnęła półgłosem, nie potrafiąc ukryć przerażenia w oczach.
Errian skinął głową.
– Na razie nie zabije – stwierdził spokojnie.
– Na razie – powtórzyła bez przekonania Aithne, powoli się prostując.
Właśnie to „na razie” widniało w oczach Sheridana, kiedy wpatrywał się przeraźliwie spokojny w Anabde. „Na razie” brakowało furii, chęci mordu, nienawiści. „Na razie” jakby czekał, gotowy do natychmiastowego zakończenia całej tej farsy.
Ona też czekała, czekała na jakąkolwiek reakcję. Nie mogła powiedzieć, by to nie zabolało – zabolało jak cholera, że informacja nim nie wzruszyła, zdawało się, że przeszła mu koło uszu. Przyznanie się do tego bólu nie było jednak w jej stylu, dlatego wpatrywała się w niego intensywnie, jakby ona też mogła spokojnie przyjąć całą tę sytuację.
Zdawało się jednak, że takie drobne zwycięstwo powinno ją w ten czy inny sposób usatysfakcjonować. Utarła mu nosa, pokazała, że nie jest od niego zależna – czyż nie? Nie czuła się tak. Była śmiertelnie poważna.
Słowa Anabde podniosły za to na duchu Aenasa. Pomyślał sobie tak: skoro znalazła w sobie dość siły, by przyznać się do ich wspólnej nocy, to na pewno nie chce go odrzucić. Jego zdaniem Anabde miała zamiar pokazać temu gościowi, że nie jest jej potrzebny, bo ona znalazła sobie innego. I u tego innego zostanie. Nic bardziej nie mogło ucieszyć nekromanty.
Uznał więc, że to daje mu prawo zbliżenia się do niej – postanowił z tego prawa skorzystać, przysunął się do kobiety i objął ją ramieniem.
Anabde obróciła się gwałtownie i zmierzyła go tak gniewnym spojrzeniem, że naprawdę w nią zwątpił.
– Nie waż się – wycedziła, nim zdążył wygodnie ułożyć dłoń na jej biodrze.
Wytrzymał jej wzrok, unosząc wysoko brwi; to zupełnie zbiło go z tropu. Czyżby naprawdę była przegrana? Gdy jej oczy błysnęły, znalazł w nich groźbę użycia magii, usłuchał  więc i cofnął się pół kroku.
Anabde nie miała zamiaru dać się zamknąć w klatce, a takie, jak zdążyła zauważyć, były zamiary Aenasa. Nie zabolało, gdy ujrzała w oczach mężczyzny prawdziwy smutek, nie miała wyrzutów sumienia. Wszystko w niej wrzało.
Atmosfera się nie zmieniła. Tylko wraz z gestem nekromanty coś się rozwinęło – jakby ustosunkowanie Sheridana do całej sytuacji. Najpierw zdawało się, że go te słowa nie obchodziły, wraz z tą reakcją można było pomyśleć, że nie do końca w nie wierzył. Jak działo się naprawdę – sam łowca prawdopodobnie nie potrafiłby tego opisać. Wszystko przychodziło głęboko ze środka, a że zawsze słuchał swoich odruchów, to i za tymi podążał. Chociaż okazały się one zupełnie inne niż przez ostatnie sto z hakiem lat.
Wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu, zmrużył oczy, przyglądając się Anabde z trudnymi do zdefiniowania uczuciami. Nie sposób było określić, co właściwie chciał tym wszystkim przekazać, ale szczęśliwy nie był. Był wściekły – i coś jeszcze.
– I co, było lepiej? – spytał po prostu głosem całkowicie opanowanym, jakby interesował się dzisiejszą pogodą.
Atmosfera jeszcze trochę stężała. Zdawało się, że śmierć zawisła w powietrzu i niecierpliwie czeka, kogo ma dotknąć.
Na chwilę się zatrzymała. Wystarczył głęboki wdech i chwilowe przymknięcie oczu, by powstrzymała tak falę myśli, jak ciągle narastającą wściekłość. Przytłoczona tym wszystkim, chciała dać sobie moment na zorientowanie się chociaż we własnych uczuciach. Do tej pory działała instynktownie, niesiona zdenerwowaniem, teraz chciała zacząć działać świadomie.
Przede wszystkim – znowu zabolało. Narodziło się w niej coś, czemu niepokojąco blisko było do poczucia winy za wydarzenia poprzedniej nocy. W tej chwili uświadomiła sobie, że naprawdę jest uzależniona od Sheridana – przerażające uczucie. Z niego wyrosła kolejna gałąź bólu; niby łowca zareagował, ale tak naprawdę w jakim celu? Bardziej jakby bronił swojego terytorium, niż rzeczywiście walczył o nią.  
Najgorsze było to, że nie mogła nic z tym zrobić, nie potrafiła się od niego uwolnić.
Uchyliła powieki i spojrzała na niego chłodno. Choć trudno nazwać jej poprzednie słowa odpowiednimi, jego wypowiedź była najzupełniej w świecie bezczelna. Zaś jej celność po raz kolejny zabolała.
– Nie będę tutaj z tobą o tym rozmawiać – powiedziała.
Miała jeszcze skrupuły i nie chciała wyciągać takich brudów na światło dzienne. Fakt faktem, ona zaczęła, ale też ona zorientowała się, kiedy należy to skończyć.
– Anabde, nie – szepnął w tym momencie Aenas.
Nie mogła przegrać, nie mogła się poddać łowcy dusz!
– Nie idź z nim, daj sobie spokój, to nie jest tego warte.
Wlepił w nią wręcz błagalne spojrzenie i wyciągnął ramię w jej stronę, choć nie odważył się jej dotknąć. Mógł jej pomóc, cały czas w to wierzył, mógł się nią zaopiekować.
– Zostań – dopowiedział jeszcze, nie doczekawszy się jej reakcji.
Sheridan nie okazał jakiegokolwiek triumfu – bo czy było to triumfem? Ot, front przeniesie się trochę indziej, ale bitwa nadal będzie się toczyć. O co dokładnie? Nie miał pojęcia. Po co w ogóle zaczynał? Bo musiał.
Na ułamek sekundy spuścił wzrok, jakby zbierał myśli. Myśli, które zdecydowanie nie były uporządkowane, co nigdy mu się jeszcze nie zdarzyło. Złość i coś jeszcze.
– Panie przodem – skwitował zatem po prostu, gestem wskazując drzwi prowadzące do części gościnnej.
Obrzucił kontrolnym spojrzeniem wyciągnięte ramię Aenasa, jakby zamierzał mu je w tej chwili odrąbać, po czym wcisnął ręce do kieszeni i zawiesił spokojnie, trochę wyczekujące spojrzenie na Anabde.
Wygrałeś czy przegrałeś?
Kącik ust drgnął lekko, niezauważalnie.
I coś jeszcze.
Nie zastanawiała się. Ale nim ruszyła przodem, w stronę części gościnnej, obejrzała się na żądnego uwagi nekromantę. Przyjrzała się mu uważnie, zauważając, jak bardzo zależało mu, by go posłuchała. Tak, w tym momencie poczuła iskierkę współczucia.
– Przepraszam – szepnęła, nim ruszyła szybkim krokiem do drzwi.
Gdy za nimi zniknęła, za towarzysza mając tego pieprzonego łowcę, coś się w Aenasie złamało. Wiedział, że tam nie pójdzie; mógł wprawdzie liczyć na to, że ona wróci do niego, ale szanse były marne – widział to w jej spojrzeniu.
Spuścił wzrok, by następnie obrócić go w stronę kilku osób, które cały czas przyglądały się zajściu. Poczuł się... jakby przegrał wszystko na oczach tłumu gapiów. Pochylił głowę i kiwnął na karczmarza, który od razu podał mu kieliszek wódki.
Leanelle, o ile to w ogóle możliwe, wytrzeszczyła oczy jeszcze bardziej. Chwyciła się brzegu stołu i zacisnęła palce na drewnie, wiedząc, że nie może nic zrobić – trzeba będzie czekać. Naprawdę się bała o swoją opiekunkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz