Najbliższym
pustym miejscem był pokój dziewcząt i tam właśnie się udali. Anabde całą drogę
poświęciła na intensywne rozmyślania, które koniec końców znów wzburzyły w niej
krew. Przegrywała coś bardzo ważnego. Własną niezależność.
Gdy usłyszała,
że za Sheridanem zamknęły się drzwi, obróciła się przodem w jego stronę i
zawiesiła na mężczyźnie wyczekujące, zirytowane spojrzenie. Do jasnej cholery,
co się w ogóle działo?
– O co ci
chodzi? – zapytała mało konkretnie.
Ale naprawdę
tego nie rozumiała, jaki był powód jego interwencji, dlaczego tak bardzo
poniosły go nerwy, skąd to wszystko?
Sheridan
zamknął te drzwi i pożałował, że można je było zamknąć tylko raz. Zacisnął
mocno dłoń na klamce, jakby zamierzał ją zaraz wyrwać, po czym gwałtownie
puścił metal i ruszył na spacer po pokoju, przymknąwszy oczy. Może okno było
uchylone, to też je zamknie. Wszystko, kurwa, pozamyka, byle niczego nie
zniszczyć.
Kopnął
uchylone drzwi od szafy i złapał się na tym, jak żałośnie się zachowuje. To
rozsierdziło go jeszcze bardziej. Zawarczał cicho i ruszył w przeciwną stronę,
jego kroki stukały cicho na drewnianej podłodze. Może wyrwie szufladę i wyrzuci
ją przez okno.
Może ukręci
tamtemu dupkowi łeb.
Może od razu
mu coś urwie.
Czemu w ogóle
musiał uważać takie zero za konkurencję? Czemu go właściwie tak potraktował?
Czemu Anabde miała jakiekolwiek wyrzuty sumienia względem gościa?
Powstrzymał
się przed uderzeniem pięścią w ścianę, z trudem walcząc z ochotą rozniesienia
wszystkiego na strzępy. Przydałoby się młode, niewinne ciałko, które mógłby
rozerwać na kawałeczki.
Znowu warknął.
Aha. Świetnie.
Nie no, generalnie dzięki za uwagę, miło jest nie zostać zignorowaną. Po raz
kolejny.
Wrażenie, że
jest traktowana przez mężczyznę jak przedmiot, chwilowa zabaweczka, jeszcze
bardziej się pogłębiło.
Dlatego
powinna wyjść. I nie wracać. Nie
potrafiła tego zrobić, sama nie wiedziała dlaczego; ta myśl była jeszcze
bardziej dobijająca. Miała ochotę sięgnąć po najbliżej znajdujący się przedmiot
– to by chyba była książka, tak – i rzucić nim w łowcę. By się wyżyć i by
zwrócić na siebie jego uwagę. Widziała jednak, że jest naprawdę wzburzony,
ledwie nad sobą panuje – to zaskakujące odkrycie zdołało ją powstrzymać.
Tylko dlaczego
był w takim stanie?
Zacisnęła dłoń
w pięść, czując, że zaraz coś w niej pęknie. Rysa robiła się coraz większa.
Musiała coś zrobić, chciała usłyszeć od niego cokolwiek – na przykład, że on
wcale się nią nie przejmuje i że najlepiej by było, gdyby zniknęła. To by
było... bezpieczne.
Nabrała
głębokiego wdechu i powiedziała coś, czego tak naprawdę nie chciała mu nigdy
wyjawić:
– Krzyknęłam
twoje imię.
To go wreszcie
zatrzymało. Nie jakby poraził go piorun albo jakby miał wykrzyknąć zwycięsko
„aha!”. Po prostu stanął, jeszcze przez chwilę na nią nie patrząc. Odchylił
głowę, zamknął oczy, odetchnął głęboko. Aż wreszcie znów się wyprostował i
wyjął ręce z kieszeni, przenosząc na nią wzrok.
Teraz naprawdę
był w nim spokój. Jakkolwiek mu się to udało, zdołał opanować wściekłość i
pokonać chęć zniszczenia czegoś. Przyglądał się jej kilka sekund, wodził
wzrokiem po jej twarzy, wreszcie westchnął ponownie, tylko ciszej.
Podszedł do
niej kilka kroków, powoli, jakby nigdzie mu się nie spieszyło, nie spuszczał z
niej spojrzenia. Przystanął w pewnym momencie i przymrużył oczy; zdawało się,
że coś szacuje.
– A wiesz
dlaczego? – spytał po prostu takim tonem, jakby on doskonale wiedział i mógł
jej to właśnie wyjawić.
Chciała przed
chwilą, żeby się nią zainteresował. Proszę bardzo.
Nie podobało
jej się to. Nie podobało jej się, że ona kompletnie nie wiedziała, co się
dzieje, a on był tak spokojny i pewny. Tutaj nic nie było pewne.
Przymrużyła
oczy, zerkając na niego nieufnie; nie spodobał jej się również fakt, że on znalazł
się bliżej. To mogło ją pokonać, zdawała sobie z tego sprawę. Właśnie dlatego
odsunęła się od niego, cofnęła o parę kroków, stając w bezpiecznej odległości.
Tak jej się łatwiej myślało.
– Nie wiem –
odpowiedziała poirytowana. – Bardziej jednak interesuje mnie, dlaczego
próbowałeś go zabić.
Oj tak, bo to
było szczególnie ciekawe. Pies broniący swojego terytorium, to skojarzenie
uczepiło jej się i nie chciało puścić.
Sheridan
westchnął. Najwyraźniej ten nienaruszalny spokój, jaki przed chwilą osiągnął,
został zachwiany. Łowca nie zerwał jednak kontaktu wzrokowego, zdając się nie
zauważać, że się od niego odsunęła.
Cholerny
nekromanta, czy mogliby już skończyć o nim rozmawiać?
– Bo mnie
zdenerwował – odpowiedział najprościej jak się tylko dało i w jego głosie nie
dało się na razie wyczuć żadnych negatywnych emocji.
Na razie.
Znowu.
Otworzyła
szeroko oczy; no tak, rewelacyjne wyjaśnienie, dojrzałość pierwsza klasa. Ile
on miał lat? Słyszała coś o kilku setkach, jednak trudno było jej w to
uwierzyć.
Parsknęła,
zirytowana taką postawą, to wszystko wydawało się po prostu śmieszne.
– Zdenerwował?
– powtórzyła. – Kurwa mać. Czym cię zdenerwował? Na pewno nie tym, że mnie
dotknął, bo to nie powinno cię obchodzić – uznała, zaciskając z niezadowoleniem
wargi.
Dotknął to,
ekhm, mało powiedziane, ale nie czepiajmy się szczegółów.
Chyba właśnie
o te szczegóły przede wszystkim chodziło.
Sheridan
mocniej zmrużył oczy, nieczuły na jej rosnącą złość oraz irytację. Wpatrywał
się w nią nieustępliwie, uznawszy, że jeśli przeniesie front na zewnątrz, to
wewnętrzne problemy dadzą sobie spokój. Sam nie miał pojęcia, po co to
rozpoczął i czemu to ciągnął.
Albo i miał
pojęcie. Tylko to było zdecydowanie nieprawdopodobnie niemożliwe.
– Ale obchodzi
– skwitował nieco zdenerwowany, powstrzymując się od niezadowolonego
wykrzywienia.
Chwilę
wpatrywała się w niego niedowierzająco, jakby trudno jej było zrozumieć, że on
nadal traktuje ją z takim lekceważeniem. Gdy wreszcie dotarło – bo przecież nie
mogło być innego wytłumaczenia dla jego zachowania jak to, że zwyczajnie miał
ją i jej problemy w głębokim poważaniu – poczuła, że zaraz coś ją trafi, szlag
jasny na przykład.
Drgnęła,
odwróciła głowę i wreszcie zaczęła chodzić po pokoju, bo musiała coś ze sobą
zrobić.
Natrafiła na
stolik, zatrzymała się więc przy nim i zdenerwowana zabębniła palcami w blat. W
jej głowie przewinęła się lista wszystkich znanych jej przekleństw, a każde po
kolei adresowała do łowcy lub całej tej sytuacji. Kilka przytrafiło się jeszcze
Aenasowi.
Oparła dłonie
o blat i nabrała głębokiego wdechu, jednak tym razem nie dało jej to
uspokojenia. Pochyliła nieznacznie głowę.
– Nikt ci nie
dał prawa do interwencji – mruknęła cicho, nawet na niego nie patrząc.
Sheridan
parsknął – teraz to on był zirytowany. Zacisnął dłonie w pięści, rozluźnił je,
a potem wepchnął do kieszeni spodni, nie odrywając od niej uważnego,
przeszywającego spojrzenia. Spróbował się opanować, bo jeśli oboje się
zdenerwują, niewiele to da.
Próby
opanowania samego siebie też niewiele dały. Szlag by to.
– Sam je sobie
dałem – warknął, tracąc powoli cierpliwość.
Jeżeli
rozpoczęła się właśnie walka pod tytułem „kto nie straci cierpliwości”, to
Anabde zdecydowanie ją przegrała. Gdy usłyszała kolejną tego typu odpowiedź,
przekroczyła dopuszczalną granicę irytacji – teraz była już zwyczajnie
wściekła. I znów dała się ponieść emocjom, co nigdy wcześniej jej się tak
często nie zdarzało.
Na stole stała
taca z kilkoma niewinnymi czystymi szklankami odwróconymi denkami w górę.
Biedne, akurat były pod ręką.
Nekromantka
porwała jedną z nich, po czym odwróciła się błyskawicznie i rzuciła. Naczynie
rozbiło się o ścianę kilka centymetrów od łowcy. Ledwie odłamki szkła upadły na
podłogę, ona trzymała już w ręce następny pocisk.
– Próbuję
sobie jakoś ułożyć życie – warknęła. – Wystarczająco mi to już utrudniasz.
Tak, do czegoś
się przyznała. Trudno było powiedzieć do czego konkretnie, ale ona sama tego
nie rozumiała; wiedziała tylko, że to przez niego straciła poczucie
niezależności. Na razie próby uwolnienia się od niego zawodziły.
Nawet nie
drgnął. Pochylił tylko głowę, jego oczy błysnęły ostrzegawczo, w gardle narósł
pełen złości warkot. Specjalnie nie przejął się także zagrożeniem wznowienia
szklankowego ostrzału, stał niewzruszony, wpatrując się w nią przeszywająco.
I był znów
wściekły.
Usta wykrzywił
w szyderczym, pełnym dezaprobaty uśmieszku, zupełnie jakby wypowiedź Anabde go
rozbawiła lub też rozczarowała. Nie do końca tak było, ale nikt przecież nie
miał wątpliwości, że łowca cierpi na trudności z wyrażaniem odpowiednich uczuć.
– Nisko
mierzysz, próbując ułożyć sobie życie z kimś takim – skwitował z prawie
namacalną pogardą, przyglądając się jej dziwnie, jakby powstrzymywał się od
zrobienia czegoś bardzo, ale to bardzo złego.
Może to nie
było jednak takie złe, a tylko w jego opinii przybierało złowieszczy kształt?
Przymrużyła
oczy i uniosła nieznacznie głowę, jakby go prowokowała – jak jesteś taki
straszny, to dalej, skrzywdź mnie! Kiedy poczuła nieznaczne drżenie własnej
dłoni, pomyślała, że cokolwiek by zrobił, nie skrzywdzi jej już bardziej.
Ból fizyczny
był do zniesienia, śmierć nie wydawała się taka straszna, jako że doskonale się
z nią zaznajomiła. Zabrał jej już wolność i niezależność, tego niczym nie
pobije.
Zacisnęła
mocno palce na szklance, a potem cisnęła nią w stronę mężczyzny. I tym razem
nie miała zamiaru go oszczędzać, naczynie nakierowane zostało prosto na niego.
– Nie tobie to
oceniać – powiedziała, patrząc mu w oczy i na oślep sięgając po następną
szklankę.
Tym razem
warkot naprawdę mroził krew w żyłach. Łowca odtrącił ramieniem lecący do niego
pocisk, przez co szkło rozbiło się na pobliskiej ścianie. Nikt jednak nie
zwrócił na to uwagi, bo Sheridan ruszył.
Dopadł do
Anabde w dwóch szybkich krokach, chwycił jej nadgarstek i bez trudu zmusił ją,
by puściła następną szklankę. Był wyraźnie wściekły, dotarł do ostatecznych
granic, których przekroczenie kosztowałoby kogoś życie. Chyba jednak nie
dowiedzą się tego dnia, czyje życie zostałoby w takiej sytuacji poświęcone.
Pchnął ją na
ścianę, zamierzając unieruchomić, żeby przestała uciekać, miotać się i jeszcze
bardziej go wkurwiać. Puścił już nadgarstek nekromantki, ale ograniczył ją
ramionami, znów zamykając w klatce, jak zrobił to już kiedyś, zdawałoby się tak
niewyobrażalnie dawno temu.
Spojrzał jej
prosto w oczy.
W jego wzroku
zostało tylko coś, nie było tam nawet
złości, wbrew pozorom.
– Wiesz,
dlaczego to wszystko? – wycedził przez zęby, nie zamierzając jej oddać ani
krztyny przestrzeni osobistej.
Zamilkł,
wwiercając się spojrzeniem w jej oczy, jakby chciał, żeby na pewno to wreszcie
dotarło, żeby zrozumiała, skoro do niego dotarło i on musiał to zrozumieć.
Jakby jego to nie zaskoczyło.
– Bo jesteś
moja.
Pozwolił
słowom przebrzmieć, jakby sam się do nich przyzwyczajał. Powoli, jakby mniej
pewnie cofnął ramiona, potem się od niej odsunął, cofając o krok albo dwa. Ale
nie spuścił z niej spojrzenia, obserwując każdą reakcję.
Bo jesteś moja. Te słowa jeszcze
kilkukrotnie odezwały się echem w jej umyśle, a za każdym razem jej szeroko
otwarte oczy wyglądały na coraz bardziej przestraszone. Miała się zdenerwować,
miała go odepchnąć, miała coś warknąć, ale tym po prostu ją obezwładnił.
Nieświadomie
objęła się ramionami, a gdy ten fakt dotarł do niej po chwili, skuliła się w
sobie. Jesteś moja. Czy rzeczywiście?
Miała w głowie
tysiąc myśli na raz i nie wiedziała, której się chwycić. Jej spojrzenie stało
się nieobecne, bo zaglądała we własne wnętrze, starając się to wszystko połapać
i ogarnąć umysłem. On przestał istnieć, wszystko przestało istnieć, liczyło się
tylko to, by odpowiedzieć sobie na jedno pytanie – czy Sheridan miał rację?
Zrobiła się
blada, gdy powoli docierało do niej, że tak. Miał rację. Właśnie na tym to
polegało, stąd to uczucie zniewolenia, stąd wyrzuty sumienia, stąd nieudane
próby ucieczki. Była jego i nie miała na to wpływu, a już wyraźne świadectwo
tego faktu dała poprzedniego wieczoru, nieświadomie krzycząc jego imię.
Nie wiedziała,
jak to się stało i na czym to polegało, ale od jakiegoś czasu – trudno było
określić, od kiedy dokładnie – była od niego zależna.
Pierwszy raz w
życiu musiała to przyznać. Nie chciała, ale trudno odrzucić coś tak
oczywistego, potwierdzonego na tyle różnych sposobów. Całe życie uciekała, by
coś takiego jej nie dopadło, by stanąć oko w oko z przywiązaniem w najgorszym
momencie, z najmniej odpowiednią do tego osobą. Cholera.
Przygryzła
wargę i, kiedy już odzyskała ostrość widzenia, uciekła spojrzeniem na bok.
– Wiem –
przyznała cichutko.
To było trochę
jak zgodzenie się na wyrok. Czuła się pokonana, dokładnie tak, jakby on ją złamał.
– Zrobisz coś
z tym? – zapytała tym samym tonem, zdobywając się na uniesienie głowy i
spojrzenie mu w oczy.
Sheridan na
krótką chwilę przeniósł wzrok na ścianę, dumając nad odpowiedzią. To przecież
nie było tak, że dla niego wszystko wydawało się proste. To nie tak, że
zdarzało się mu to codziennie. To tak, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie
przeżył. Nie chciał przeżyć. Nie zamierzał. Nawet o tym nie myślał.
To było złe
dla łowcy. Jakby przestał być sobą, osobą, którą się urodził i którą
doskonalono w młodości. Póki nie wypowiedział tych trzech słów, pozostawał
niezmieniony. Teraz trochę nie wiedział, czy przypadkiem nie zdradził całego
swojego życia.
Przeniósł na
nią wzrok i przyglądał się jej chwilę; w zielonych oczach czaiło się przez
moment zwątpienie, potem jednak zagościła tam niejaka determinacja. Nie wykonał
żadnego gestu, po prostu patrzył.
– Nie oddam
cię – stwierdził spokojnie, ale zabrzmiało to co najmniej strasznie.
Nie.
Spodziewała się wszystkiego, każdego największego świństwa – ba, nawet takiego
oczekiwała! Miała nadzieję, że jeśli nie to, może chociaż on się tego zgrabnie
wyprze i zostawi ją samą, przecież tak właśnie powinno to wyglądać. Nie.
Spojrzała na
niego z jeszcze większym przestrachem, kompletnie oszołomiona.
Zobowiązanie.
To zobowiązanie. Zobowiązanie, którego ona nie była w stanie – bo nie chciała –
odrzucić.
Miał ją w garści.
I to przeraziło ją jeszcze bardziej. Tego było za dużo, po prostu za dużo.
Odepchnęła się
od ściany i ruszyła szybkim krokiem w stronę drzwi, wpatrzona tylko w wyjście.
Uciec, jak najszybciej stąd uciec, tylko to chodziło jej po głowie. Uciec od tego
wszystkiego, nim utonie.
Nie wymagało
to wiele wysiłku, by chwycić jej ramię i ją zatrzymać. Tak po prostu zacisnął
dłoń na jej ręku, obracając głowę, żeby nadal na nią patrzeć. Nie przestraszyła
go jej ucieczka, bo może to rzeczywiście byłoby najlepsze rozwiązanie.
Zapomnieliby o wszystkim i dalej żyliby obok siebie, robiąc to, co zawsze.
Ale jednak ją
złapał i zatrzymał, nie pozwalając uciec. Nie lubił zmieniać decyzji, nie lubił
się wahać, nie lubił być słaby. Dlatego jej rozpaczliwa próba uniku pozwoliła
mu odszukać tę siłę, która na chwilę została zachwiana – zastanowił się tylko,
dlaczego użył jej po to, by pogłębiać swoją słabość.
Nie powinien
był tego robić. Wiedziała o tym, a jednak nie szarpnęła się, dała mu zatrzymać
się w miejscu. Stała z pochyloną głową i gorączkowo zastanawiała się, co teraz.
Naprawdę najlepiej by było, gdyby stąd wyszła, gdyby przerwali to szaleństwo i
nadal byli sobą. Ale została, i to chyba przekreślało możliwość powrotu do
przeszłości.
Uniosła głowę
i spojrzała mu prosto w oczy. Gdzieś zniknął cały ten strach, ale w jej
spojrzeniu nie pojawiła się typowa dla niej duma, o nie. Wzrok miała pełen
wyczekiwania.
Nie przerwał
kontaktu wzrokowego, chwilę znów się jakby wahając, jakby nie wiedział, czy to
dobrze w to brnąć. Błyskawicznie jednak uznał, że wahanie nie ma sensu, a
najgorsze, co mogło się stać, już się stało. I to chyba dawno temu.
Dlatego
przymrużył tylko lekko oczy, nadal nie do końca wierząc, że to rozgrywa się
naprawdę, a nie w słodko-gorzkim śnie.
– Jest sens
uciekać? – spytał spokojnie, jakby szczerze zainteresowany.
Już nie mogła
odwrócić wzroku. Tak po prostu. Nie potrafiła.
– Jest sens
zostawać? – pytanie za pytanie.
I na swoje
chciała otrzymać odpowiedź. Bo cały czas trudno było jej w to uwierzyć, w tę
subtelną, a tak znaczącą zmianę w jego nastawieniu, w całej tej chorej relacji.
Takie rzeczy po prostu się nie przytrafiały, nie im.
Nie chciała
pokazać po sobie, jak bardzo w tej chwili czuła się niepewna, ale zdradzało ją
napięcie mięśni. Zdradzały ją też oczy o tak zupełnie nie-jej spojrzeniu,
pozbawionym tej typowej dumy i niedostępności.
Tym razem na
ustach Sheridana nie pojawił się żaden grymas, w pokoju nie rozbrzmiał też
groźny warkot. Łowca uśmiechnął się lekko, trochę rozbawiony, a trochę z
przekąsem, przyglądając się jej już nawet nie spokojnie, tylko… cóż, jakoś.
Nadal nie było w nim ani trochę triumfu, choć przecież mogłoby się zdawać, że
wygrał.
– Gdyby nie
było, raczej byś tu nie stała – stwierdził, uświadomiwszy sobie, że Anabde jest
kimś, kogo poznał zupełnym przypadkiem.
Innych
poznawał dlatego, że było w nich tak niewiele wartości, iż prezentowali je
wszystkie przy pierwszym spotkaniu. Kolejni stawali się obiektem jego drwin czy
znęcania się, dlatego musiał wiedzieć o nich wszystko. Ostatni, a tych było
najmniej (o ile nie jedna osoba, z gwoli ścisłości), po prostu pewnego dnia
przyszli i zostali tuż obok, zmuszając go, by ich poznał.
A ją poznał
zupełnym przypadkiem.
I znowu ta
zmiana, tym razem widziała ją wyraźnie. Jego spojrzenie stało się inne, nowy
był też sposób, w jaki zostało przez nią odebrane. Nie za bardzo wiedziała, co
z tym zrobić, ale w trudny do określenia sposób ta nowość ją cieszyła.
Chociaż, z
drugiej strony, była naiwna. Tak sądziła. Czy rzeczywiście coś ulegnie zmianie?
Przecież nie mogli tak po prostu stać się kimś innym, prawda? Zawsze wydawało
jej się, że takie rzeczy nie wchodzą w skład jej osoby, że nie ma w niej
miejsca na przywiązanie. Może się myliła? Albo była po prostu głupia i teraz
sobie coś ubzdurała.
Jednak to
spojrzenie. To ono przekonało ją do porzucenia myśli o własnej naiwności i
podjęcia ryzyka. Dlaczego? Jakim cudem on potrafił obudzić w niej coś takiego?
Nie wiedziała.
Kiwnęła lekko
głową, cały czas patrząc mu w oczy. Podjęła decyzję, chyba tak. Teraz musiała
ją tylko udźwignąć. Podeszła do łowcy i oparła się czołem o jego tors,
nabierając głębokiego wdechu; jego zapach ją uspokoił.
Nie będzie
dźwigać sama.
Uśmiechnął się
trochę szerzej – może dlatego, że już tego nie widziała. Nagle najprostsze
gesty i zachowania okazywały się najlepszymi odpowiedziami, zabawne. W ogóle
cała ta sytuacja wydawała się zabawna; ta myśl trochę go pocieszyła, może
jednak nie jest tak źle, jak mogłoby się zdawać.
Zastanowił
się, co z tym wszystkim zrobić – pojedyncza bliskość była prostsza do
zaakceptowania i rozegrania, ale gdy okazało się, że potrzeba jej coraz więcej…
zrobił się problem.
Na razie chyba
sobie poradzi z tym problemem. Na razie chyba mogą zrobić chociaż tyle, bo
jeśli znów byliby w zawieszeniu… źle by się to skończyło dla niektórych osób
postronnych, zdecydowanie.
Pochylił głowę
i na chwilę wtulił twarz w jej włosy, jednocześnie wplatając w nie dłoń. Przymknął
oczy, rozbawiony tym, że i zapach, i dotyk dobrze zapamiętał. Takie nieważne
pierdoły, a jednak sobie o nich przypomniał; trochę go zdziwiło, że w ogóle
zwrócił do tego stopnia uwagę.
W pewnym
momencie wydało się mu, że stał tak za długo, dlatego spokojnie się
wyprostował, przerywając bliskość. Nie cofnął się od niej, pozwalając jej samej
wybrać, kiedy sama wolałaby się odsunąć; w końcu nie przeszkadzała.
Kiedy wtulił
twarz w jej włosy, zadrżała. Jak to się dzieje, że nie widziała problemu, by pójść
z nim do łóżka, a taka niewinna bliskość ją niepokoiła? Może dlatego, że to do
nich nie pasowało. I zwiastowało coś, czego się bała.
Odsunął się,
więc ona zrobiła to samo. Mimo wszystko czuła się pewniej; spokojnie uniosła
głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
– Dobrze –
powiedziała. – Niech tak będzie.
I okazało się,
że nawet te słowa nie były takie trudne do wymówienia.
Trudno się
szacowało, ile czasu spędzili na radosnym dekorowaniu pokoju odłamkami szkła,
ale kiedy wrócili do gospody, w sali panował względny spokój. Sheridan także
był spokojny, dlatego pierwsze, co zrobił, to odszukał spojrzeniem stolik z
pozostałymi – oni nie podzielali tutejszej atmosfery, siedzieli wyraźnie
spięci, co chwilę zerkali na drzwi, za którymi łowca i nekromantka zniknęli.
Pierwszy
zauważył ich Errian. Sheridan zastanawiał się, jak też mag zareaguje, ale na
pewno nie spodziewał się, że młodzieniec uśmiechnie się pogodnie, jakby z ulgą
oraz zadowoleniem. Łowca odniósł nieprzyjemne wrażenie, że ten gówniarz
wiedział więcej niż powinien, czytając z niego jak z otwartej księgi. Cholera
jasna, jeden dzień i odsłonił się w dwóch punktach?
Chyba się
starzeje.
W tym momencie
dostrzegł pana Aenasa, który chyba jeszcze nie stracił nadziei na odzyskanie
Anabde. Sheridan odruchowo warknął, z dużym trudem przypominając sobie, że miał
go jednak nie zabijać.
Po chwili
zostali zauważeni przez resztę grupy i Anabde poczuła na sobie mnóstwo
wyczekujących spojrzeń. Jednak coś innego zwróciło jej uwagę; szuranie odsuwanego
krzesła. Uniosła dotychczas błądzący po podłodze wzrok na Aenasa, który właśnie
podniósł się ze swojego miejsca i zamarł, wpatrując w nią wyczekująco. Co miała
mu powiedzieć?
Sheridan
westchnął z lekką irytacją. Ten koleś jest uparty, głupi i w dodatku słaby.
Anabde była naprawdę aż tak zdesperowana? Zachował jednak przemyślenia dla
siebie, całą swoją uwagę skupiając na grupie.
– Jak chcesz z
nim porozmawiać, rozmawiaj – zaproponował całkiem swobodnie jak na niego; nie
miało to zabrzmieć jak łaskawe przyzwolenie, raczej zaznaczał, że nie będzie
urywał niczego ot tak, znienacka. – Ale jeśli tylko cię dotknie, Errian już
mnie nie powstrzyma – zastrzegł na wszelki wypadek, zerknąwszy na nią krótko.
Jedyny
warunek, chyba prosty, prawda?
Potem
odpowiedział wreszcie na uważne spojrzenie młodego maga i skrzywił się, dając
mu do zrozumienia, że się nim zirytował. Errian uśmiechnął się szeroko.
Zerknęła przez
ramię na Sheridana, unosząc brew; chwilę tak na niego patrzyła, wreszcie
westchnęła i uśmiechnęła się kącikiem ust. Niech mu będzie.
Gdy wracała
spojrzeniem do Aenasa, z jej twarzy zniknął uśmiech; przygryzła wargę i nabrała
głębokiego wdechu.
Idąc do
czekającego na nią mężczyzny, układała w myślach plan – co mu powiedzieć, jak
dać mu wyraźnie do zrozumienia, że powinien odejść. Jednak gdy stanęła
naprzeciwko nekromanty, plan wydał jej się nielogiczny i pozbawiony sensu.
Natychmiast go odrzuciła, by, po uniesieniu głowy i spojrzeniu mu w oczy,
powiedzieć jedno słowo:
– Przepraszam.
Wiedział.
Wiedział, odkąd razem wyszli z pokoju – nie dawali wprawdzie żadnych wyraźnych
sygnałów, ale to widać było w atmosferze, jaka między nimi zapanowała.
Przegrał. Teraz tylko to potwierdziła, sprawiając, że poczuł się dziwnie pusty.
Nic niewarty.
– Nie powinnaś
obdarzać go zaufaniem – powiedział, przyglądając jej się czujnie.
Ciekaw był jej
reakcji, choć wiedział, że nic już nie zdziała. Ot, chciał wyrazić swoją
opinię.
Ona, co było
zaskakujące, uśmiechnęła się lekko.
– Nie musisz
mi mówić, doskonale zdaję sobie z tego sprawę – przyznała swobodnym tonem, co
było jeszcze dziwniejsze. – A jednak to zrobię.
Miała tylko
nadzieję, że on nie zapyta „dlaczego”. Wtedy przestałaby się uśmiechać; prawda
była taka, że nie miała innego wyjścia. Nie potrafiła dłużej wzbraniać się
przed Sheridanem, musiała więc zaakceptować to, co ofiarował jej los. Chociaż
była to jedyna rzecz, od której próbowała całe życie uciec.
Ale nie
zapytał, więc nadal się uśmiechała. Kiwnął tylko głową, przyglądając jej się w
zamyśleniu. Gdy trwająca między nimi cisza zaczęła go przytłaczać, doprawiana
poczuciem, że cały czas są obserwowani, pochwycił swój płaszcz, który wcześniej
zostawił na ladzie. Narzucił go na
ramiona i ostatni raz przyjrzał się uważnie jej twarzy.
– Wychodzi na
to, że trzeba powiedzieć „żegnaj”? – zapytał; w jego głosie, choć starał się to
ukryć, dało się słyszeć wyrzut.
Anabde
zmarszczyła czoło, ale nie mogła zaprzeczyć.
– Żegnaj,
Aenas – odpowiedziała.
Skrzywił się,
ale próbował zrozumieć; nie było to łatwe.
Jak zrozumieć,
że tak silna, niezależna i inteligentna kobieta dała się wplątać w relację tego
typu? Przede wszystkim jednak bolało, że chciał jej dać wszystko, a to i tak
nie wystarczyło. Trzeba będzie się z tym pogodzić.
Nim odwrócił
się w stronę drzwi wyjściowych, Anabde stanęła na palcach i pocałowała go w
policzek. Spojrzał na nią zaskoczony, ledwie powstrzymując się od dotknięcia
ucałowanej skóry.
– Szczęścia –
powiedziała cicho, a on odniósł wrażenie, że jej intencje były szczere.
Musiał wyjść,
zanim zaboli jeszcze bardziej.
Już po chwili
zamykały się za nim drzwi.
Anabde
odprowadziła go spokojnym, choć zabarwionym żalem spojrzeniem. Jeszcze chwilę
stała w miejscu, zbierając myśli i starając się pogodzić z sytuacją. Wreszcie
wróciła do stolika, konsekwentnie ignorując wszystkie żądające wyjaśnień
spojrzenia.
– Dobra,
więcej nie mordujesz przy świadkach – rzucił wreszcie Errian, jakby próbował
odwrócić uwagę od sedna sprawy oraz, przy okazji, od Anabde.
– To rozkaz? –
zainteresował się Sheridan, unosząc z uprzejmym zainteresowaniem brew.
–
Skuteczniejsza będzie prośba czy rozkaz? – spytał wtedy młody mag, uśmiechając
się z przekąsem, ale także karcąco.
– Żadne. Nie
moja wina, że zawsze przyczepiasz się do mnie, gdy oddaję się rozrywce –
skwitował nieco zirytowany łowca, zabijając przyjaciela wzrokiem.
Aithne
oderwała spojrzenie od Anabde, starając się nie przytłoczyć przyjaciółki
troską; poza tym nie miała prawa się wtrącać. Skupiła swoją uwagę na Sheridanie
i Errianie, których dobre dogadywanie się nieco ją męczyło.
– Zabrzmiało
to przewrotnie, fuj – skwitowała i wzdrygnęła się widocznie.
– Widziałeś,
jak Sheridan poluje? – wtrąciła w tym momencie zdumiona Ariene, sprawiając, że
komentarz upadłej został zignorowany.
– Przypadkiem.
W sumie uratował mi zęby – mruknął młody mag, wzruszając niedbale ramionami.
– Twoje zęby
mają wyraźnego pecha – zauważył usłużnie Caleb, przyglądając się Errianowi z
rozbawieniem.
Anabde uniosła
brew, wiodąc badawczym spojrzeniem od Sheridana do Erriana. Mag widział
polującego łowcę? To było ciekawe. Kusiło ją, by drążyć temat, ale... chyba
wystarczyło jej wrażeń tego dnia. Ucieszyła się, gdy z pomocą Caleba przeszli
na mniej drażliwe kwestie; tę poruszą kiedy indziej, gdy pojawi się okazja.
Leanelle
zaśmiała się lekko. Coraz swobodniej czuła się w tym towarzystwie; okazali się
być wyrozumiali i bez problemu zaakceptowali fakt, że jej się nie dotyka. Teraz
odstawiła szklankę po kompocie i spojrzała na Erriana – choć nie odważyła się
na kontakt wzrokowy – oceniając go w myślach.
– A masz
wszystkie? – zapytała żywo zainteresowana, choć bardziej w formie żartu.
Ale by była
heca, jak by mu zdążyli któregoś zęba wybić!
Errian także
się roześmiał, nie wierząc, że po atrakcjach całego dzisiejszego wieczoru to
jego uzębienie stało się głównym tematem rozmowy.
– Poczekaj,
policzę – zaproponował rozbawiony i zrobił zamyśloną minę, przesuwając
językiem, na początek, po górnym uzębieniu.
Dywagacje na
temat zębów Erriana zirytowały jednak Aithne. Upadła parsknęła niezadowolona i
posłała mu pełne dezaprobaty spojrzenie.
– Masz
wszystkie, pajacu – palnęła, słodko nieświadoma uroczej dwuznaczności.
Kiedy
uchwyciła kilka spojrzeń, uświadomiła się.
Porażka
życiowa.
Podczas gdy
Errian znowu parskał śmiechem i kilka innych osób mu wtórowało, pokonana Aithne
ukryła twarz w dłoniach i słabym głosem poprosiła o trochę więcej soku.
Trochę dużo więcej.
Kurde... Kiedy ja to nadrobię? Nie mam w ogóle ostatnio czasu, nawet Szarą przerwałam :c Ale zepnę się w sobie, na pewno! :D
OdpowiedzUsuńWszystko przez Sir, ona mnie goni do publikacji nowych rozdziałów xD Pochłania je jak nawiedzona. Albo uzależniona xD
UsuńEj, Nawiedzona to moje przezwisko od czasów GIMNAZJALNYCH XD Swoją drogą, może następny? XD
Usuń