środa, 26 grudnia 2012

54. Koniec niezależności



Najbliższym pustym miejscem był pokój dziewcząt i tam właśnie się udali. Anabde całą drogę poświęciła na intensywne rozmyślania, które koniec końców znów wzburzyły w niej krew. Przegrywała coś bardzo ważnego. Własną niezależność.
Gdy usłyszała, że za Sheridanem zamknęły się drzwi, obróciła się przodem w jego stronę i zawiesiła na mężczyźnie wyczekujące, zirytowane spojrzenie. Do jasnej cholery, co się w ogóle działo?
– O co ci chodzi? – zapytała mało konkretnie.
Ale naprawdę tego nie rozumiała, jaki był powód jego interwencji, dlaczego tak bardzo poniosły go nerwy, skąd to wszystko?
Sheridan zamknął te drzwi i pożałował, że można je było zamknąć tylko raz. Zacisnął mocno dłoń na klamce, jakby zamierzał ją zaraz wyrwać, po czym gwałtownie puścił metal i ruszył na spacer po pokoju, przymknąwszy oczy. Może okno było uchylone, to też je zamknie. Wszystko, kurwa, pozamyka, byle niczego nie zniszczyć.
Kopnął uchylone drzwi od szafy i złapał się na tym, jak żałośnie się zachowuje. To rozsierdziło go jeszcze bardziej. Zawarczał cicho i ruszył w przeciwną stronę, jego kroki stukały cicho na drewnianej podłodze. Może wyrwie szufladę i wyrzuci ją przez okno.
Może ukręci tamtemu dupkowi łeb.
Może od razu mu coś urwie.
Czemu w ogóle musiał uważać takie zero za konkurencję? Czemu go właściwie tak potraktował? Czemu Anabde miała jakiekolwiek wyrzuty sumienia względem gościa?
Powstrzymał się przed uderzeniem pięścią w ścianę, z trudem walcząc z ochotą rozniesienia wszystkiego na strzępy. Przydałoby się młode, niewinne ciałko, które mógłby rozerwać na kawałeczki.
Znowu warknął.
Aha. Świetnie. Nie no, generalnie dzięki za uwagę, miło jest nie zostać zignorowaną. Po raz kolejny.
Wrażenie, że jest traktowana przez mężczyznę jak przedmiot, chwilowa zabaweczka, jeszcze bardziej się pogłębiło.
Dlatego powinna wyjść. I nie wracać.  Nie potrafiła tego zrobić, sama nie wiedziała dlaczego; ta myśl była jeszcze bardziej dobijająca. Miała ochotę sięgnąć po najbliżej znajdujący się przedmiot – to by chyba była książka, tak – i rzucić nim w łowcę. By się wyżyć i by zwrócić na siebie jego uwagę. Widziała jednak, że jest naprawdę wzburzony, ledwie nad sobą panuje – to zaskakujące odkrycie zdołało ją powstrzymać.
Tylko dlaczego był w takim stanie?
Zacisnęła dłoń w pięść, czując, że zaraz coś w niej pęknie. Rysa robiła się coraz większa. Musiała coś zrobić, chciała usłyszeć od niego cokolwiek – na przykład, że on wcale się nią nie przejmuje i że najlepiej by było, gdyby zniknęła. To by było... bezpieczne.
Nabrała głębokiego wdechu i powiedziała coś, czego tak naprawdę nie chciała mu nigdy wyjawić:
– Krzyknęłam twoje imię.
To go wreszcie zatrzymało. Nie jakby poraził go piorun albo jakby miał wykrzyknąć zwycięsko „aha!”. Po prostu stanął, jeszcze przez chwilę na nią nie patrząc. Odchylił głowę, zamknął oczy, odetchnął głęboko. Aż wreszcie znów się wyprostował i wyjął ręce z kieszeni, przenosząc na nią wzrok.
Teraz naprawdę był w nim spokój. Jakkolwiek mu się to udało, zdołał opanować wściekłość i pokonać chęć zniszczenia czegoś. Przyglądał się jej kilka sekund, wodził wzrokiem po jej twarzy, wreszcie westchnął ponownie, tylko ciszej.
Podszedł do niej kilka kroków, powoli, jakby nigdzie mu się nie spieszyło, nie spuszczał z niej spojrzenia. Przystanął w pewnym momencie i przymrużył oczy; zdawało się, że coś szacuje.
– A wiesz dlaczego? – spytał po prostu takim tonem, jakby on doskonale wiedział i mógł jej to właśnie wyjawić.
Chciała przed chwilą, żeby się nią zainteresował. Proszę bardzo.
Nie podobało jej się to. Nie podobało jej się, że ona kompletnie nie wiedziała, co się dzieje, a on był tak spokojny i pewny. Tutaj nic nie było pewne.
Przymrużyła oczy, zerkając na niego nieufnie; nie spodobał jej się również fakt, że on znalazł się bliżej. To mogło ją pokonać, zdawała sobie z tego sprawę. Właśnie dlatego odsunęła się od niego, cofnęła o parę kroków, stając w bezpiecznej odległości. Tak jej się łatwiej myślało.
– Nie wiem – odpowiedziała poirytowana. – Bardziej jednak interesuje mnie, dlaczego próbowałeś go zabić.
Oj tak, bo to było szczególnie ciekawe. Pies broniący swojego terytorium, to skojarzenie uczepiło jej się i nie chciało puścić.
Sheridan westchnął. Najwyraźniej ten nienaruszalny spokój, jaki przed chwilą osiągnął, został zachwiany. Łowca nie zerwał jednak kontaktu wzrokowego, zdając się nie zauważać, że się od niego odsunęła.
Cholerny nekromanta, czy mogliby już skończyć o nim rozmawiać?
– Bo mnie zdenerwował – odpowiedział najprościej jak się tylko dało i w jego głosie nie dało się na razie wyczuć żadnych negatywnych emocji.
Na razie. Znowu.
Otworzyła szeroko oczy; no tak, rewelacyjne wyjaśnienie, dojrzałość pierwsza klasa. Ile on miał lat? Słyszała coś o kilku setkach, jednak trudno było jej w to uwierzyć.
Parsknęła, zirytowana taką postawą, to wszystko wydawało się po prostu śmieszne.
– Zdenerwował? – powtórzyła. – Kurwa mać. Czym cię zdenerwował? Na pewno nie tym, że mnie dotknął, bo to nie powinno cię obchodzić – uznała, zaciskając z niezadowoleniem wargi.
Dotknął to, ekhm, mało powiedziane, ale nie czepiajmy się szczegółów.
Chyba właśnie o te szczegóły przede wszystkim chodziło.
Sheridan mocniej zmrużył oczy, nieczuły na jej rosnącą złość oraz irytację. Wpatrywał się w nią nieustępliwie, uznawszy, że jeśli przeniesie front na zewnątrz, to wewnętrzne problemy dadzą sobie spokój. Sam nie miał pojęcia, po co to rozpoczął i czemu to ciągnął.
Albo i miał pojęcie. Tylko to było zdecydowanie nieprawdopodobnie niemożliwe.
– Ale obchodzi – skwitował nieco zdenerwowany, powstrzymując się od niezadowolonego wykrzywienia.
Chwilę wpatrywała się w niego niedowierzająco, jakby trudno jej było zrozumieć, że on nadal traktuje ją z takim lekceważeniem. Gdy wreszcie dotarło – bo przecież nie mogło być innego wytłumaczenia dla jego zachowania jak to, że zwyczajnie miał ją i jej problemy w głębokim poważaniu – poczuła, że zaraz coś ją trafi, szlag jasny na przykład.
Drgnęła, odwróciła głowę i wreszcie zaczęła chodzić po pokoju, bo musiała coś ze sobą zrobić.
Natrafiła na stolik, zatrzymała się więc przy nim i zdenerwowana zabębniła palcami w blat. W jej głowie przewinęła się lista wszystkich znanych jej przekleństw, a każde po kolei adresowała do łowcy lub całej tej sytuacji. Kilka przytrafiło się jeszcze Aenasowi.
Oparła dłonie o blat i nabrała głębokiego wdechu, jednak tym razem nie dało jej to uspokojenia. Pochyliła nieznacznie głowę.
– Nikt ci nie dał prawa do interwencji – mruknęła cicho, nawet na niego nie patrząc.
Sheridan parsknął – teraz to on był zirytowany. Zacisnął dłonie w pięści, rozluźnił je, a potem wepchnął do kieszeni spodni, nie odrywając od niej uważnego, przeszywającego spojrzenia. Spróbował się opanować, bo jeśli oboje się zdenerwują, niewiele to da.
Próby opanowania samego siebie też niewiele dały. Szlag by to.
– Sam je sobie dałem – warknął, tracąc powoli cierpliwość.
Jeżeli rozpoczęła się właśnie walka pod tytułem „kto nie straci cierpliwości”, to Anabde zdecydowanie ją przegrała. Gdy usłyszała kolejną tego typu odpowiedź, przekroczyła dopuszczalną granicę irytacji – teraz była już zwyczajnie wściekła. I znów dała się ponieść emocjom, co nigdy wcześniej jej się tak często nie zdarzało.
Na stole stała taca z kilkoma niewinnymi czystymi szklankami odwróconymi denkami w górę. Biedne, akurat były pod ręką.
Nekromantka porwała jedną z nich, po czym odwróciła się błyskawicznie i rzuciła. Naczynie rozbiło się o ścianę kilka centymetrów od łowcy. Ledwie odłamki szkła upadły na podłogę, ona trzymała już w ręce następny pocisk.
– Próbuję sobie jakoś ułożyć życie – warknęła. – Wystarczająco mi to już utrudniasz.
Tak, do czegoś się przyznała. Trudno było powiedzieć do czego konkretnie, ale ona sama tego nie rozumiała; wiedziała tylko, że to przez niego straciła poczucie niezależności. Na razie próby uwolnienia się od niego zawodziły.
Nawet nie drgnął. Pochylił tylko głowę, jego oczy błysnęły ostrzegawczo, w gardle narósł pełen złości warkot. Specjalnie nie przejął się także zagrożeniem wznowienia szklankowego ostrzału, stał niewzruszony, wpatrując się w nią przeszywająco.
I był znów wściekły.
Usta wykrzywił w szyderczym, pełnym dezaprobaty uśmieszku, zupełnie jakby wypowiedź Anabde go rozbawiła lub też rozczarowała. Nie do końca tak było, ale nikt przecież nie miał wątpliwości, że łowca cierpi na trudności z wyrażaniem odpowiednich uczuć.
– Nisko mierzysz, próbując ułożyć sobie życie z kimś takim – skwitował z prawie namacalną pogardą, przyglądając się jej dziwnie, jakby powstrzymywał się od zrobienia czegoś bardzo, ale to bardzo złego.
Może to nie było jednak takie złe, a tylko w jego opinii przybierało złowieszczy kształt?
Przymrużyła oczy i uniosła nieznacznie głowę, jakby go prowokowała – jak jesteś taki straszny, to dalej, skrzywdź mnie! Kiedy poczuła nieznaczne drżenie własnej dłoni, pomyślała, że cokolwiek by zrobił, nie skrzywdzi jej już bardziej.
Ból fizyczny był do zniesienia, śmierć nie wydawała się taka straszna, jako że doskonale się z nią zaznajomiła. Zabrał jej już wolność i niezależność, tego niczym nie pobije.
Zacisnęła mocno palce na szklance, a potem cisnęła nią w stronę mężczyzny. I tym razem nie miała zamiaru go oszczędzać, naczynie nakierowane zostało prosto na niego.
– Nie tobie to oceniać – powiedziała, patrząc mu w oczy i na oślep sięgając po następną szklankę.
Tym razem warkot naprawdę mroził krew w żyłach. Łowca odtrącił ramieniem lecący do niego pocisk, przez co szkło rozbiło się na pobliskiej ścianie. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, bo Sheridan ruszył.
Dopadł do Anabde w dwóch szybkich krokach, chwycił jej nadgarstek i bez trudu zmusił ją, by puściła następną szklankę. Był wyraźnie wściekły, dotarł do ostatecznych granic, których przekroczenie kosztowałoby kogoś życie. Chyba jednak nie dowiedzą się tego dnia, czyje życie zostałoby w takiej sytuacji poświęcone.
Pchnął ją na ścianę, zamierzając unieruchomić, żeby przestała uciekać, miotać się i jeszcze bardziej go wkurwiać. Puścił już nadgarstek nekromantki, ale ograniczył ją ramionami, znów zamykając w klatce, jak zrobił to już kiedyś, zdawałoby się tak niewyobrażalnie dawno temu.
Spojrzał jej prosto w oczy.
W jego wzroku zostało tylko coś, nie było tam nawet złości, wbrew pozorom.
– Wiesz, dlaczego to wszystko? – wycedził przez zęby, nie zamierzając jej oddać ani krztyny przestrzeni osobistej.
Zamilkł, wwiercając się spojrzeniem w jej oczy, jakby chciał, żeby na pewno to wreszcie dotarło, żeby zrozumiała, skoro do niego dotarło i on musiał to zrozumieć. Jakby jego to nie zaskoczyło.
– Bo jesteś moja.
Pozwolił słowom przebrzmieć, jakby sam się do nich przyzwyczajał. Powoli, jakby mniej pewnie cofnął ramiona, potem się od niej odsunął, cofając o krok albo dwa. Ale nie spuścił z niej spojrzenia, obserwując każdą reakcję.
Bo jesteś moja. Te słowa jeszcze kilkukrotnie odezwały się echem w jej umyśle, a za każdym razem jej szeroko otwarte oczy wyglądały na coraz bardziej przestraszone. Miała się zdenerwować, miała go odepchnąć, miała coś warknąć, ale tym po prostu ją obezwładnił.
Nieświadomie objęła się ramionami, a gdy ten fakt dotarł do niej po chwili, skuliła się w sobie. Jesteś moja. Czy rzeczywiście?
Miała w głowie tysiąc myśli na raz i nie wiedziała, której się chwycić. Jej spojrzenie stało się nieobecne, bo zaglądała we własne wnętrze, starając się to wszystko połapać i ogarnąć umysłem. On przestał istnieć, wszystko przestało istnieć, liczyło się tylko to, by odpowiedzieć sobie na jedno pytanie – czy Sheridan miał rację?
Zrobiła się blada, gdy powoli docierało do niej, że tak. Miał rację. Właśnie na tym to polegało, stąd to uczucie zniewolenia, stąd wyrzuty sumienia, stąd nieudane próby ucieczki. Była jego i nie miała na to wpływu, a już wyraźne świadectwo tego faktu dała poprzedniego wieczoru, nieświadomie krzycząc jego imię.
Nie wiedziała, jak to się stało i na czym to polegało, ale od jakiegoś czasu – trudno było określić, od kiedy dokładnie – była od niego zależna.
Pierwszy raz w życiu musiała to przyznać. Nie chciała, ale trudno odrzucić coś tak oczywistego, potwierdzonego na tyle różnych sposobów. Całe życie uciekała, by coś takiego jej nie dopadło, by stanąć oko w oko z przywiązaniem w najgorszym momencie, z najmniej odpowiednią do tego osobą. Cholera.
Przygryzła wargę i, kiedy już odzyskała ostrość widzenia, uciekła spojrzeniem na bok.
– Wiem – przyznała cichutko.
To było trochę jak zgodzenie się na wyrok. Czuła się pokonana, dokładnie tak, jakby on ją złamał.
– Zrobisz coś z tym? – zapytała tym samym tonem, zdobywając się na uniesienie głowy i spojrzenie mu w oczy.
Sheridan na krótką chwilę przeniósł wzrok na ścianę, dumając nad odpowiedzią. To przecież nie było tak, że dla niego wszystko wydawało się proste. To nie tak, że zdarzało się mu to codziennie. To tak, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżył. Nie chciał przeżyć. Nie zamierzał. Nawet o tym nie myślał.
To było złe dla łowcy. Jakby przestał być sobą, osobą, którą się urodził i którą doskonalono w młodości. Póki nie wypowiedział tych trzech słów, pozostawał niezmieniony. Teraz trochę nie wiedział, czy przypadkiem nie zdradził całego swojego życia.
Przeniósł na nią wzrok i przyglądał się jej chwilę; w zielonych oczach czaiło się przez moment zwątpienie, potem jednak zagościła tam niejaka determinacja. Nie wykonał żadnego gestu, po prostu patrzył.
– Nie oddam cię – stwierdził spokojnie, ale zabrzmiało to co najmniej strasznie.
Nie. Spodziewała się wszystkiego, każdego największego świństwa – ba, nawet takiego oczekiwała! Miała nadzieję, że jeśli nie to, może chociaż on się tego zgrabnie wyprze i zostawi ją samą, przecież tak właśnie powinno to wyglądać. Nie.
Spojrzała na niego z jeszcze większym przestrachem, kompletnie oszołomiona.
Zobowiązanie. To zobowiązanie. Zobowiązanie, którego ona nie była w stanie – bo nie chciała – odrzucić.
Miał ją w garści. I to przeraziło ją jeszcze bardziej. Tego było za dużo, po prostu za dużo.
Odepchnęła się od ściany i ruszyła szybkim krokiem w stronę drzwi, wpatrzona tylko w wyjście. Uciec, jak najszybciej stąd uciec, tylko to chodziło jej po głowie. Uciec od tego wszystkiego, nim utonie.
Nie wymagało to wiele wysiłku, by chwycić jej ramię i ją zatrzymać. Tak po prostu zacisnął dłoń na jej ręku, obracając głowę, żeby nadal na nią patrzeć. Nie przestraszyła go jej ucieczka, bo może to rzeczywiście byłoby najlepsze rozwiązanie. Zapomnieliby o wszystkim i dalej żyliby obok siebie, robiąc to, co zawsze.
Ale jednak ją złapał i zatrzymał, nie pozwalając uciec. Nie lubił zmieniać decyzji, nie lubił się wahać, nie lubił być słaby. Dlatego jej rozpaczliwa próba uniku pozwoliła mu odszukać tę siłę, która na chwilę została zachwiana – zastanowił się tylko, dlaczego użył jej po to, by pogłębiać swoją słabość.
Nie powinien był tego robić. Wiedziała o tym, a jednak nie szarpnęła się, dała mu zatrzymać się w miejscu. Stała z pochyloną głową i gorączkowo zastanawiała się, co teraz. Naprawdę najlepiej by było, gdyby stąd wyszła, gdyby przerwali to szaleństwo i nadal byli sobą. Ale została, i to chyba przekreślało możliwość powrotu do przeszłości.
Uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Gdzieś zniknął cały ten strach, ale w jej spojrzeniu nie pojawiła się typowa dla niej duma, o nie. Wzrok miała pełen wyczekiwania.
Nie przerwał kontaktu wzrokowego, chwilę znów się jakby wahając, jakby nie wiedział, czy to dobrze w to brnąć. Błyskawicznie jednak uznał, że wahanie nie ma sensu, a najgorsze, co mogło się stać, już się stało. I to chyba dawno temu.
Dlatego przymrużył tylko lekko oczy, nadal nie do końca wierząc, że to rozgrywa się naprawdę, a nie w słodko-gorzkim śnie.
– Jest sens uciekać? – spytał spokojnie, jakby szczerze zainteresowany.
Już nie mogła odwrócić wzroku. Tak po prostu. Nie potrafiła.
– Jest sens zostawać? – pytanie za pytanie.
I na swoje chciała otrzymać odpowiedź. Bo cały czas trudno było jej w to uwierzyć, w tę subtelną, a tak znaczącą zmianę w jego nastawieniu, w całej tej chorej relacji. Takie rzeczy po prostu się nie przytrafiały, nie im.
Nie chciała pokazać po sobie, jak bardzo w tej chwili czuła się niepewna, ale zdradzało ją napięcie mięśni. Zdradzały ją też oczy o tak zupełnie nie-jej spojrzeniu, pozbawionym tej typowej dumy i niedostępności.
Tym razem na ustach Sheridana nie pojawił się żaden grymas, w pokoju nie rozbrzmiał też groźny warkot. Łowca uśmiechnął się lekko, trochę rozbawiony, a trochę z przekąsem, przyglądając się jej już nawet nie spokojnie, tylko… cóż, jakoś. Nadal nie było w nim ani trochę triumfu, choć przecież mogłoby się zdawać, że wygrał.
– Gdyby nie było, raczej byś tu nie stała – stwierdził, uświadomiwszy sobie, że Anabde jest kimś, kogo poznał zupełnym przypadkiem.
Innych poznawał dlatego, że było w nich tak niewiele wartości, iż prezentowali je wszystkie przy pierwszym spotkaniu. Kolejni stawali się obiektem jego drwin czy znęcania się, dlatego musiał wiedzieć o nich wszystko. Ostatni, a tych było najmniej (o ile nie jedna osoba, z gwoli ścisłości), po prostu pewnego dnia przyszli i zostali tuż obok, zmuszając go, by ich poznał.
A ją poznał zupełnym przypadkiem.
I znowu ta zmiana, tym razem widziała ją wyraźnie. Jego spojrzenie stało się inne, nowy był też sposób, w jaki zostało przez nią odebrane. Nie za bardzo wiedziała, co z tym zrobić, ale w trudny do określenia sposób ta nowość ją cieszyła.
Chociaż, z drugiej strony, była naiwna. Tak sądziła. Czy rzeczywiście coś ulegnie zmianie? Przecież nie mogli tak po prostu stać się kimś innym, prawda? Zawsze wydawało jej się, że takie rzeczy nie wchodzą w skład jej osoby, że nie ma w niej miejsca na przywiązanie. Może się myliła? Albo była po prostu głupia i teraz sobie coś ubzdurała.
Jednak to spojrzenie. To ono przekonało ją do porzucenia myśli o własnej naiwności i podjęcia ryzyka. Dlaczego? Jakim cudem on potrafił obudzić w niej coś takiego? Nie wiedziała.
Kiwnęła lekko głową, cały czas patrząc mu w oczy. Podjęła decyzję, chyba tak. Teraz musiała ją tylko udźwignąć. Podeszła do łowcy i oparła się czołem o jego tors, nabierając głębokiego wdechu; jego zapach ją uspokoił.
Nie będzie dźwigać sama.
Uśmiechnął się trochę szerzej – może dlatego, że już tego nie widziała. Nagle najprostsze gesty i zachowania okazywały się najlepszymi odpowiedziami, zabawne. W ogóle cała ta sytuacja wydawała się zabawna; ta myśl trochę go pocieszyła, może jednak nie jest tak źle, jak mogłoby się zdawać.
Zastanowił się, co z tym wszystkim zrobić – pojedyncza bliskość była prostsza do zaakceptowania i rozegrania, ale gdy okazało się, że potrzeba jej coraz więcej… zrobił się problem.
Na razie chyba sobie poradzi z tym problemem. Na razie chyba mogą zrobić chociaż tyle, bo jeśli znów byliby w zawieszeniu… źle by się to skończyło dla niektórych osób postronnych, zdecydowanie.
Pochylił głowę i na chwilę wtulił twarz w jej włosy, jednocześnie wplatając w nie dłoń. Przymknął oczy, rozbawiony tym, że i zapach, i dotyk dobrze zapamiętał. Takie nieważne pierdoły, a jednak sobie o nich przypomniał; trochę go zdziwiło, że w ogóle zwrócił do tego stopnia uwagę.
W pewnym momencie wydało się mu, że stał tak za długo, dlatego spokojnie się wyprostował, przerywając bliskość. Nie cofnął się od niej, pozwalając jej samej wybrać, kiedy sama wolałaby się odsunąć; w końcu nie przeszkadzała.
Kiedy wtulił twarz w jej włosy, zadrżała. Jak to się dzieje, że nie widziała problemu, by pójść z nim do łóżka, a taka niewinna bliskość ją niepokoiła? Może dlatego, że to do nich nie pasowało. I zwiastowało coś, czego się bała.
Odsunął się, więc ona zrobiła to samo. Mimo wszystko czuła się pewniej; spokojnie uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
– Dobrze – powiedziała. – Niech tak będzie.
I okazało się, że nawet te słowa nie były takie trudne do wymówienia.

Trudno się szacowało, ile czasu spędzili na radosnym dekorowaniu pokoju odłamkami szkła, ale kiedy wrócili do gospody, w sali panował względny spokój. Sheridan także był spokojny, dlatego pierwsze, co zrobił, to odszukał spojrzeniem stolik z pozostałymi – oni nie podzielali tutejszej atmosfery, siedzieli wyraźnie spięci, co chwilę zerkali na drzwi, za którymi łowca i nekromantka zniknęli.
Pierwszy zauważył ich Errian. Sheridan zastanawiał się, jak też mag zareaguje, ale na pewno nie spodziewał się, że młodzieniec uśmiechnie się pogodnie, jakby z ulgą oraz zadowoleniem. Łowca odniósł nieprzyjemne wrażenie, że ten gówniarz wiedział więcej niż powinien, czytając z niego jak z otwartej księgi. Cholera jasna, jeden dzień i odsłonił się w dwóch punktach?
Chyba się starzeje.
W tym momencie dostrzegł pana Aenasa, który chyba jeszcze nie stracił nadziei na odzyskanie Anabde. Sheridan odruchowo warknął, z dużym trudem przypominając sobie, że miał go jednak nie zabijać.
Po chwili zostali zauważeni przez resztę grupy i Anabde poczuła na sobie mnóstwo wyczekujących spojrzeń. Jednak coś innego zwróciło jej uwagę; szuranie odsuwanego krzesła. Uniosła dotychczas błądzący po podłodze wzrok na Aenasa, który właśnie podniósł się ze swojego miejsca i zamarł, wpatrując w nią wyczekująco. Co miała mu powiedzieć?
Sheridan westchnął z lekką irytacją. Ten koleś jest uparty, głupi i w dodatku słaby. Anabde była naprawdę aż tak zdesperowana? Zachował jednak przemyślenia dla siebie, całą swoją uwagę skupiając na grupie.
– Jak chcesz z nim porozmawiać, rozmawiaj – zaproponował całkiem swobodnie jak na niego; nie miało to zabrzmieć jak łaskawe przyzwolenie, raczej zaznaczał, że nie będzie urywał niczego ot tak, znienacka. – Ale jeśli tylko cię dotknie, Errian już mnie nie powstrzyma – zastrzegł na wszelki wypadek, zerknąwszy na nią krótko.
Jedyny warunek, chyba prosty, prawda?
Potem odpowiedział wreszcie na uważne spojrzenie młodego maga i skrzywił się, dając mu do zrozumienia, że się nim zirytował. Errian uśmiechnął się szeroko.
Zerknęła przez ramię na Sheridana, unosząc brew; chwilę tak na niego patrzyła, wreszcie westchnęła i uśmiechnęła się kącikiem ust. Niech mu będzie.
Gdy wracała spojrzeniem do Aenasa, z jej twarzy zniknął uśmiech; przygryzła wargę i nabrała głębokiego wdechu.
Idąc do czekającego na nią mężczyzny, układała w myślach plan – co mu powiedzieć, jak dać mu wyraźnie do zrozumienia, że powinien odejść. Jednak gdy stanęła naprzeciwko nekromanty, plan wydał jej się nielogiczny i pozbawiony sensu. Natychmiast go odrzuciła, by, po uniesieniu głowy i spojrzeniu mu w oczy, powiedzieć jedno słowo:
– Przepraszam.
Wiedział. Wiedział, odkąd razem wyszli z pokoju – nie dawali wprawdzie żadnych wyraźnych sygnałów, ale to widać było w atmosferze, jaka między nimi zapanowała. Przegrał. Teraz tylko to potwierdziła, sprawiając, że poczuł się dziwnie pusty. Nic niewarty.
– Nie powinnaś obdarzać go zaufaniem – powiedział, przyglądając jej się czujnie.
Ciekaw był jej reakcji, choć wiedział, że nic już nie zdziała. Ot, chciał wyrazić swoją opinię.
Ona, co było zaskakujące, uśmiechnęła się lekko.
– Nie musisz mi mówić, doskonale zdaję sobie z tego sprawę – przyznała swobodnym tonem, co było jeszcze dziwniejsze. – A jednak to zrobię.
Miała tylko nadzieję, że on nie zapyta „dlaczego”. Wtedy przestałaby się uśmiechać; prawda była taka, że nie miała innego wyjścia. Nie potrafiła dłużej wzbraniać się przed Sheridanem, musiała więc zaakceptować to, co ofiarował jej los. Chociaż była to jedyna rzecz, od której próbowała całe życie uciec.
Ale nie zapytał, więc nadal się uśmiechała. Kiwnął tylko głową, przyglądając jej się w zamyśleniu. Gdy trwająca między nimi cisza zaczęła go przytłaczać, doprawiana poczuciem, że cały czas są obserwowani, pochwycił swój płaszcz, który wcześniej zostawił na ladzie.  Narzucił go na ramiona i ostatni raz przyjrzał się uważnie jej twarzy.
– Wychodzi na to, że trzeba powiedzieć „żegnaj”? – zapytał; w jego głosie, choć starał się to ukryć, dało się słyszeć wyrzut.
Anabde zmarszczyła czoło, ale nie mogła zaprzeczyć.
– Żegnaj, Aenas – odpowiedziała.
Skrzywił się, ale próbował zrozumieć; nie było to łatwe.
Jak zrozumieć, że tak silna, niezależna i inteligentna kobieta dała się wplątać w relację tego typu? Przede wszystkim jednak bolało, że chciał jej dać wszystko, a to i tak nie wystarczyło. Trzeba będzie się z tym pogodzić.
Nim odwrócił się w stronę drzwi wyjściowych, Anabde stanęła na palcach i pocałowała go w policzek. Spojrzał na nią zaskoczony, ledwie powstrzymując się od dotknięcia ucałowanej skóry.
– Szczęścia – powiedziała cicho, a on odniósł wrażenie, że jej intencje były szczere.
Musiał wyjść, zanim zaboli jeszcze bardziej.
Już po chwili zamykały się za nim drzwi.
Anabde odprowadziła go spokojnym, choć zabarwionym żalem spojrzeniem. Jeszcze chwilę stała w miejscu, zbierając myśli i starając się pogodzić z sytuacją. Wreszcie wróciła do stolika, konsekwentnie ignorując wszystkie żądające wyjaśnień spojrzenia.
– Dobra, więcej nie mordujesz przy świadkach – rzucił wreszcie Errian, jakby próbował odwrócić uwagę od sedna sprawy oraz, przy okazji, od Anabde.
– To rozkaz? – zainteresował się Sheridan, unosząc z uprzejmym zainteresowaniem brew.
– Skuteczniejsza będzie prośba czy rozkaz? – spytał wtedy młody mag, uśmiechając się z przekąsem, ale także karcąco.
– Żadne. Nie moja wina, że zawsze przyczepiasz się do mnie, gdy oddaję się rozrywce – skwitował nieco zirytowany łowca, zabijając przyjaciela wzrokiem.
Aithne oderwała spojrzenie od Anabde, starając się nie przytłoczyć przyjaciółki troską; poza tym nie miała prawa się wtrącać. Skupiła swoją uwagę na Sheridanie i Errianie, których dobre dogadywanie się nieco ją męczyło.
– Zabrzmiało to przewrotnie, fuj – skwitowała i wzdrygnęła się widocznie.
– Widziałeś, jak Sheridan poluje? – wtrąciła w tym momencie zdumiona Ariene, sprawiając, że komentarz upadłej został zignorowany.
– Przypadkiem. W sumie uratował mi zęby – mruknął młody mag, wzruszając niedbale ramionami.
– Twoje zęby mają wyraźnego pecha – zauważył usłużnie Caleb, przyglądając się Errianowi z rozbawieniem.
Anabde uniosła brew, wiodąc badawczym spojrzeniem od Sheridana do Erriana. Mag widział polującego łowcę? To było ciekawe. Kusiło ją, by drążyć temat, ale... chyba wystarczyło jej wrażeń tego dnia. Ucieszyła się, gdy z pomocą Caleba przeszli na mniej drażliwe kwestie; tę poruszą kiedy indziej, gdy pojawi się okazja.
Leanelle zaśmiała się lekko. Coraz swobodniej czuła się w tym towarzystwie; okazali się być wyrozumiali i bez problemu zaakceptowali fakt, że jej się nie dotyka. Teraz odstawiła szklankę po kompocie i spojrzała na Erriana – choć nie odważyła się na kontakt wzrokowy – oceniając go w myślach.
– A masz wszystkie? – zapytała żywo zainteresowana, choć bardziej w formie żartu.
Ale by była heca, jak by mu zdążyli któregoś zęba wybić!
Errian także się roześmiał, nie wierząc, że po atrakcjach całego dzisiejszego wieczoru to jego uzębienie stało się głównym tematem rozmowy.
– Poczekaj, policzę – zaproponował rozbawiony i zrobił zamyśloną minę, przesuwając językiem, na początek, po górnym uzębieniu.
Dywagacje na temat zębów Erriana zirytowały jednak Aithne. Upadła parsknęła niezadowolona i posłała mu pełne dezaprobaty spojrzenie.
– Masz wszystkie, pajacu – palnęła, słodko nieświadoma uroczej dwuznaczności.
Kiedy uchwyciła kilka spojrzeń, uświadomiła się.
Porażka życiowa.
Podczas gdy Errian znowu parskał śmiechem i kilka innych osób mu wtórowało, pokonana Aithne ukryła twarz w dłoniach i słabym głosem poprosiła o trochę więcej soku.
Trochę dużo więcej.

3 komentarze:

  1. Kurde... Kiedy ja to nadrobię? Nie mam w ogóle ostatnio czasu, nawet Szarą przerwałam :c Ale zepnę się w sobie, na pewno! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko przez Sir, ona mnie goni do publikacji nowych rozdziałów xD Pochłania je jak nawiedzona. Albo uzależniona xD

      Usuń
    2. Ej, Nawiedzona to moje przezwisko od czasów GIMNAZJALNYCH XD Swoją drogą, może następny? XD

      Usuń