czwartek, 27 grudnia 2012

56. Złapana w pułapkę



Czy ogarnęła już wszystko? Ariene i Leanelle obiecały nie wracać do pokoju przez najbliższą godzinę. Krótka rozmowa z Errianem jeszcze bardziej zmotywowała ją do działania, a mag przyrzekł dostarczyć cel na miejsce i zostawić. Wyglądało na to, że nie dało się przygotować już bardziej – może tylko nie wiedziała, co dokładnie i jak chce powiedzieć, ale to powinno przyjść do niej samo. Westchnęła, starając się zebrać w sobie siłę; gdy poczuła, że jest już gotowa, nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi. 
Weszła do środka, zamknęła za sobą przejście i na chwilę się zatrzymała, czekając na reakcję Aithne. W pokoju nie było więcej drzwi, więc gdyby upadła chciała uciec, miałaby do dyspozycji wyłącznie okna. Anabde uwzględniła to w swoich planach, gotowa nawet do użycia magii, byleby zmusić przyjaciółkę do rozmowy. 
To nie może tak wyglądać. Wszystko się ostatnio cholernie poplątało, ale trzeba się z tym zmierzyć. Anabde, nauczona doświadczeniem, postanowiła wziąć sprawy we własne ręce, nim dojdzie do konfliktu. 
Upadła stała do niej plecami, kiedy nekromantka weszła. Zdawało się, że nie zauważyła jej przybycia, wpatrywała się w coś za oknem, ręce miała opuszczone wzdłuż ciała, nie była napięta. Ot, zamyśliła się i straciła kontakt z tym światem, zapominając, że powinna choć trochę uważać na otoczenie. Wyglądała na tak nieobecną, że dało się pomyśleć, iż zaraz usiądzie bezwładnie na podłodze.
Rzeczywiście – zamyśliła się. Nie do tego stopnia, by nie dostrzec przyjścia Anabde, ale wystarczająco, by nie zareagować. Miało to też inny cel; chciała udawać, że nie widzi przyjaciółki, a potem chyłkiem uciec, kiedy nekromantka zajmie się sobą. Podświadomie czuła, że to nie będzie takie łatwe, może nawet niewykonalne, jednak… Spuściła lekko głowę, przymrużając oczy, już nie patrzyła w okno.
Kiedy Errian odprowadzał ją do pokoju, zaniepokojony tym, jaka to rzekomo jest zmęczona, wiedziała, że coś wymyślił. Nie potrafił kłamać, był zbyt otwarty, szczery, tak zwyczajnie zbyt dobry. Dostrzegała w jego oczach oraz postawie dosłownie wszystko, co tylko chciał ukryć, i zastanawiała się wtedy, czy to ma sens. Czy jest uczciwe. Nie zasługiwała na kogoś takiego. Nie powinien męczyć się z kimś takim, jak ona.
Ale nie uciekła, bo teraz poczułaby się tak, jakby go zdradziła. Teraz się do niego przywiązała, świadomie, odcinając każdą drogę ucieczki. Nie wiedziała, czemu to zrobiła. Po prostu musiała. Oddała się mu już na wszystkie sposoby, dlatego tu stała posłusznie, czekając na rozwiązanie zagadki, jaką jej zadał.
Uniosła dłoń i przyjrzała się jej nieobecnym wzrokiem.
Takie zachowanie Aithne ani jej nie zdziwiło, ani nie zraziło. Upewniła się, że przekręciła klucz w zamku, po czym podeszła do przodu o kilka kroków. Znów się zatrzymała, poświęcając chwilę na badawcze przyglądanie się przyjaciółce.
Była zamyślona. Zmartwiona? Trudno orzec; Anabde została odsunięta, więc uczucia i przeżycia Aithne pozostawały dla niej zagadką. Zmarszczyła czoło – przyszła tu po to, aby zmienić stan rzeczy. 
– Dlaczego mnie unikasz? – zapytała wreszcie miękko.
Zawsze była bezpośrednia.
Przechyliła nieznacznie głowę, przyglądając się upadłej intensywnie, choć wiedziała, że może to nie przynieść oczekiwanego rezultatu.
Aithne obróciła trzymaną na wysokości oczu dłoń, jakby nie do końca wierzyła, że należy ona do niej. Milczała, jakby Anabde nie usłyszała, i choć takie ignorowanie przyjaciółki nie przychodziło jej, wbrew pozorom, łatwo, to zwyczajnie… nie potrafiła. Zacisnęła dłoń w pięść i nieznacznie ją opuściła.
Co miała jej powiedzieć? „Uciekłam, bo zrobiłam coś, czego nie powinnam ani ja sobie, ani wy mi wybaczyć? Bo czuję się tak, jakbym cię zdradziła, jakbym stała się najgorszą hipokrytką tego świata? Bo zwyczajnie nie wiem, co z tym wszystkim zrobić, bo tego jest za dużo, bo to jest złe i niedobre?”. Wszystko brzmiało całkowicie bezsensownie. Nie wiedziała, jak jej to wyjaśnić, wiedziała tylko, że nie potrafi jej spojrzeć w oczy.
To było inaczej niż do tej pory. Zaczęła się czuć tak, jakby uwięziła Anabde przy sobie wbrew jej woli, a to zdecydowanie nie zaliczało się do niczego dobrego. Dlatego uparcie, trochę rozpaczliwie wierzyła, że jeśli wytrwa w tym dziecinnym, nieco chorym postanowieniu, to zdoła wszystko naprawić.
Anabde zmarszczyła czoło; szykuje się niełatwe zadanie. Najgorsze było to, że kilka miesięcy rozłąki bardzo je od siebie oddaliło – teraz zwyczajnie nie wiedziała, jak do Aithne dotrzeć, jak ją zrozumieć. Bardzo wiele wydarzyło się w życiu przyjaciółki bez jej udziału, o niektórych rzeczach pewnie nie wiedziała, a Aithne... Aithne trochę się zmieniła. Ale nekromantka nie miała zamiaru się poddawać. Była uciekinierką, to fakt, ale kiedy już zostawała, potrafiła walczyć. 
Podeszła jeszcze bliżej o krok czy dwa. Jej spojrzenie, choć intensywne i wyczekujące, mieściło w sobie sporo troski i próbę zrozumienia. Nie bała się odejść od drzwi, bo nadal kontrolowała je magicznie – upadła nie mogłaby uciec, nawet gdyby chciała. Nie tak od razu. 
– Aithne – mruknęła trochę nagląco.
Prosiła o odpowiedź. Może nawet nie o odpowiedź – o chwilę uwagi, o zauważenie jej obecności. Nie mogły dalej tak trwać, dlaczego ona tego nie rozumiała?
Upadła rzeczywiście była uparta i zacietrzewiona w swoim postanowieniu.
Znów opuściła ręce wzdłuż ciała i zapatrzyła się na okno, które wychodziło na jedną z wielu bocznych uliczek. Znajdował się tam sam syf, łącznie z ludzkim syfem – trędowaci, dziwki, pijacy, ogółem przyjemne towarzystwo. Ktoś właśnie tamtędy przechodził, przeklinając głośno i zataczając się od ściany do ściany. Lepiej nie uchylać okna, smród mógłby na pewno zabić.
Aithne przesunęła spojrzeniem po tej części pokoju, którą widziała bez obracania głowy. Głos Anabde nadal wwiercał się w jej umysł, chociaż słowa już dawno przebrzmiały. Wciąż nie wiedziała i wciąż nie potrafiła znaleźć w sobie siły. A może lepiej jednak to zostawić? Może nekromantka jeszcze o tym nie wiedziała, ale będzie jej tak o wiele łatwiej oraz przyjemniej, poddać się teraz i wyjść?
Nie potrafiła znaleźć żadnych słów. Nie miała nawet pojęcia, czy byłyby odpowiednie. Prawdopodobnie dobrze się stanie, jeśli pozostawią między sobą tę przepaść niedopowiedzeń, w końcu już dawno temu zaczęły ją kopać.
– Ty prosiłaś jego czy on ciebie? – rzuciła wreszcie niezwykle spokojnym, ale także nadzwyczaj jak na nią obojętnym głosem, zawieszając wzrok na oknie.
Mężczyzna zatoczył się raz jeszcze, stracił równowagę i upadł w kałużę nieczystości. Zabrakło mu sił, by wstać, dlatego też został tam, najwyraźniej zamierzając spędzić tak noc.
Anabde stanęła w ten sposób, by widzieć jej profil, i pobłądziła wzrokiem po jej twarzy. Widziała w niej wiele, ale nie potrafiła połączyć ukrytych w przyjaciółce uczuć i emocji w logiczną całość.
Nie podobało jej się to, jak jej głos różnił się od wyrazu jej spojrzenia. Mogła przybierać swoją maskę, lecz Anabde za dobrze znała te oczy – one ją zdradzały. 
– Ja chciałam z tobą porozmawiać – odpowiedziała, chociaż w jej mniemaniu nie miało to żadnego znaczenia.
Czy Errian w końcu by pękł i poprosił ją o zrobienie pierwszego kroku, czy – tak jak to się stało – Anabde sama doszła do wniosku, że musi zacząć działać, wynikałoby to z troski o upadłą. 
Tylko ją ta troska chyba przytłaczała. Dlaczego? Nekromantka przymrużyła powieki, nie odpowiedziawszy sobie na to pytanie. 
– Aithne, powiedz mi, co się dzieje – poprosiła, naiwnie szukając kontaktu wzrokowego.
– Nic się nie dzieje – westchnęła tylko i skrzyżowała ręce na piersiach, uparcie wpatrując się w okno.
Spróbowała przejąć się losami pijaka na tyle, by zacząć mu kibicować i święcie wierzyć, iż zaraz podniesie się i zdoła dotoczyć do swego celu, ale nie udało się jej. Dlatego tylko przyglądała się żałości ludzkiej tarzającej się w fekaliach. Zmrużyła lekko oczy, nieznacznie napinając ramiona.
Zastanowiła się, czy bardziej potrzebowała ucieczki ze względu na relację Anabde z Sheridanem czy swoją z Errianem. Nie musiała nad tym długo rozmyślać, by dojść do wniosku, że nekromantka była tylko pretekstem, a mag – powodem. Wszystko jednak łączyło się w całość i pozostawało od siebie zależne. Czy w takim razie, kiedy pękła przed Errianem i całkowicie się mu poddała, powinna to samo zrobić przed Anabde?
Coś się w niej zbuntowało. Nie potrafiła. Poczucie zdradzenia przyjaciółki, które nękało ją od kilku miesięcy, zawiązało wnętrzności upadłej w supeł. To było inaczej niż z magiem, nie było takie proste. Zresztą nie wyobrażała sobie, by powiedzieć nekromantce choćby urywek swoich wspomnień. Zrobiło jej się niedobrze, przez chwilę bała się, że naprawdę zwymiotuje. Wystarczy, że zmusiła się do tego przed Errianem.
Kiedy tak patrzyła na Aithne, usilnie próbującą stać się dla niej kimś obcym, pomyślała o jednym. Dawno temu – wydawałoby się, całe wieki – gdy ich przyjaźń zaczęła się rodzić, nie chciała tego. Bała się zobowiązań wobec upadłej tak samo jak wobec wszystkich innych, długo odtrącała przyjaźń. Tak, została wreszcie pokonana – ale wtedy zwiała.
            A teraz musiała walczyć o to, przed czym tyle czasu się wzbraniała. 
Przypomniała sobie jednak, że Aithne jej wybaczyła. Nigdy nie mówiły o jej ucieczce, ale Aithne przyjęła ją z powrotem bez wyrzutów i otoczyła opieką tak silną, jak gdyby nigdy nie została zdradzona. W jej wspomnieniach znów pojawiła się ulga, jaką odczuła, gdy ponownie się spotkały i Aithne nie czuła urazy. 
Dlatego musiała walczyć, bo po raz drugi to spaprała. Gdyby podczas tej przeklętej wyprawy była z nią szczera, wszystko potoczyłoby się inaczej. A tak – popełniła ten sam błąd, zdradziła przyjaciółkę, tylko tym razem w dużo gorszej chwili. Wtedy, kiedy była jej potrzebna.
            Przygryzła wargę, nie spuszczając z Aithne spojrzenia. 
– Przepraszam – powiedziała cicho.
I błagała, by Aithne w końcu zwróciła na nią uwagę. Czuła się winna, cholernie winna, spadło to na nią właśnie i dokładnie w tej chwili; dotąd odtrącała podobne uczucia.
Upadła ponownie westchnęła, przymykając oczy. Anabde niczego nie ułatwiała, a przecież plan był taki prosty. Mogłaby się uciec do starych metod, wziąć nogi za pas i przy okazji wszcząć burdę, ewentualnie ewakuować się przez okno. Tylko coś ją dziwnie powstrzymywało, poza tym zaraz ujrzała pełne wyrzutu spojrzenie Erriana.
Nie, lepiej zmagać się z jednym natrętem.
– To ja powinnam przepraszać – skwitowała, nadal zapatrzona w okno.
Nie podobało jej się, że mag z pełną premedytacją wprowadził ją w tę pułapkę. Z drugiej strony wierzyła, że wiedział, co robi, może dlatego nie wpadła jeszcze w panikę. A może rozsądna cząstka jej chciała to rozwiązać, wyjaśnić – chociaż postawić ostatecznie na swoim.
Przecież to nie była wina Anabde. Niczym nie zawiniła. To ona, głupia, porywcza Aithne jak zawsze dała dupy.
– Listy jeszcze nie sporządziłam, nie chcą mi sprzedać tak długiego pergaminu – dodała tym samym głosem, mocniej napiąwszy ramiona.
Teraz Anabde poczuła ukłucie irytacji, na jej czole pojawiła się poprzeczna zmarszczka. Udało jej się opanować nerwy tylko na tyle, by kontynuować rozmowę spokojnym, wolnym od emocji tonem.
Aithne, do jasnej cholery, za co ty chcesz przepraszać? 
– Zacznij od przepraszania mnie za to, jak kilkakrotnie uratowałaś mi życie. I  że wybaczyłaś mi ucieczkę, choć na to nie zasłużyłam. Przeproś mnie jeszcze za to, że pozwoliłaś mi cię oszukać i za to, że przekonałaś się o mojej nieszczerości w tak przykry sposób. Na koniec przeproś za przyjaźń i wsparcie; może jeszcze, że nie potrafiłam ci się odwdzięczyć – parsknęła, a w jej oczach pojawiło się coś dziwnego.
Aithne wysłuchała listy do końca, cierpliwie, aż do niej niepodobne. Lekko tylko zmarszczyła czoło, gdy Anabde dotarła do wyliczania przewinień z niedalekiej przeszłości. Zabębniła palcami w przedramię, wywiercając spojrzeniem dziurę w szybie.
– Nie oszukałaś mnie. To spora przesada, określać to w ten sposób – stwierdziła spokojnie, nie wierząc, że mówi takim tonem o fakcie, że Anabde sypiała i sypia bądź też sypiać będzie z Sheridanem.
No cóż, jak to człowieka potrafią warunki ekstremalne zmienić. Człowieka, upadłą, nieważne.
W każdym razie w chwili, w której to powiedziała i sobie uświadomiła, poczuła się całkowicie, na całej linii, złamana.
Zacisnęła usta.
– To twoje życie, twoje sprawy, masz prawo rozporządzać sobą jak chcesz. To ja narobiłam problemów – mruknęła, zamykając na chwilę oczy. – Nie było tam nic nieszczerego, nie powiedziałaś mi przecież, że nic cię z nim nie łączy. Po prostu nie poruszałaś tematu, to nie kłamstwo – dodała, doskonale wiedząc, że to samo można odnieść do niej.
Zgrzytnęła mimowolnie zębami. Tak, Aithne, dokładnie to samo. I jeszcze to, że najpierw święcie się oburzyłaś na to, jak zastałaś Anabde i Sheridana, po czym sama…
Zadrżała, wbijając paznokcie w skórę. Brawo, Dorrien.
– Oczywiście, że cię oszukałam. Bałam się powiedzieć ci prawdę, nie na tym polega przyjaźń – zaprzeczyła od razu, mrużąc z niezadowoleniem oczy.
Chociaż zawahała się, używając wobec ich relacji takiego określenia – bo zaczęła wątpić, czy Aithne traktuje ją tak samo. Miała jednak nadzieję.
Zdawało jej się, że powoli zaczęła rozumieć sedno sprawy. Aithne zdradzały reakcje, fakt, iż z całej listy domniemanych przewinień wybrała akurat to jedno; elementy układanki zaczęły się ze sobą łączyć. 
– Obie zrobiłyśmy dokładnie to samo. Ja też nie byłam zachwycona, gdy zobaczyłam ciebie z Errianem, ale nie odebrałam tego jako zdrady czy oszustwa, przestań się więc obwiniać. – Zacisnęła wargi, zastanawiając się, jak Aithne odbierze tę prawdę.
Bo przyszedł czas, by prawda przestała być zatajana, a to był pierwszy krok. Jednak nim upadła zdążyła jakkolwiek zareagować, dodała jeszcze jedno zdanie, uśmiechając się przy tym krzywo: 
– Szkoda tylko, że nauczyłaś się ode mnie uciekania.
– Nie mogłam spojrzeć wam w oczy – odparła spokojnie, drgnąwszy nerwowo, gdy usłyszała poprzednią wypowiedź Anabde.
Jak to: zobaczyła? Kiedy zobaczyła? Jakim cudem? Co zobaczyła? Rano nikogo nie spotkała, jak opuszczała posiadłość, zresztą to nie byłby dowód. Wieczorem? Ale… w którym momencie? Po wpadnięciu do jej pokoju jak oparzona czy po próbach pobicia Erriana, czy…? Zacisnęła szczęki, starając się opanować zdenerwowanie.
Kurwa mać, jak wiedziałeś, głupi magu, to przestaniesz być w posiadaniu kompletu zębów, już ona tego dopilnuje.
– Wielu rzeczy nie mogłam – dodała po chwili milczenia i wzruszyła z irytacją ramionami.
– Ale teraz możesz – odpowiedziała spokojnie, po raz pierwszy w czasie tej rozmowy unosząc kąciki ust w lekkim, szczerym uśmiechu.
W tym prostym zdaniu zawarła wszystko, co miała jej do przekazania: że choć raz uciekła jedna, a raz druga, potrafiły się odnaleźć, że to Aithne nauczyła ją wybaczania, a przede wszystkim – że upadła może spojrzeć jej w oczy i nie czuć winy. Zrozumienie nie było trudne, pytanie tylko, czy Aithne będzie chciała to zrozumieć.
Upadła zadrżała. Zaraz potem zdrętwiała, mocniej wbijając palce w ramiona, jakby miała nadzieję, że zaraz się obudzi ze złego snu. Nabrała gwałtownie powietrza, zupełnie jak tonący, odchyliła lekko głowę.
I wtedy obróciła się niespodziewanie do Anabde i popatrzyła na nią z takim przerażeniem oraz rozpaczą jednocześnie, jakby to była ostatnia chwila, nim ostrze gilotyny runie na jej szyję, kończąc te męki.
– Bałam się – wychrypiała, nie mając najmniejszego pojęcia, dlaczego to mówi. – Przestraszyłam się… wszystkiego.
Skuliła się w sobie, tracąc wątek. Już nie wiedziała, co powinna zrobić, co wyznać, co wyjaśnić, za co przeprosić. Stanęła tak po prostu, gwałtownie pozbawiona całej dumy, i z bólem zrozumiała, jak cholernie słaba jest.
Trudno oddać słowami ciepły błysk, jaki pojawił się w tym momencie w oczach Anabde; nie ma odpowiednich słów, by określić ten rodzaj bliskości i zrozumienia, jaki łączy przyjaciół.
Nekromantka uniosła kąciki ust w bladym uśmiechu, a potem zwyczajnie przytuliła tę biedną, kruchą istotę, którą – całe szczęście! – nadal mogła bez chwili zwątpienia nazwać przyjaciółką. 
– Wiem, Aithne – szepnęła, opierając brodę na jej ramieniu. – Ja nadal się boję. 
I chyba nie potrzeba było żadnych wyjaśnień.
Dziewczyna objęła nekromantkę mocno jak dziecko ukrywające się w ramionach starszej siostry, kiedy przyśnił mu się koszmar. Sama już nie wiedziała, po co to wszystko się stało, ale właściwie wróciły do pewnego starego punktu wyjścia. Z pewnymi znaczącymi różnicami. Otworzyła oczy, obracając głowę tak, że patrzyła teraz na ścianę, nie puszczając Anabde.
Obie komuś zaufały i tym kimś w obu przypadkach była osoba zupełnie od nich różna. Obie wpakowały się w swego rodzaju bagno – bądź, jak krytycznie skorygowała tę myśl Aithne, wpakowały tego kogoś w niezłe bagno. W tym wszystkim pocieszające okazało się to, że przynajmniej jak się wszystko sypnie, nadal miały siebie.
Jeśli będzie się sypać dalej, to wtedy będą się martwić.


Koniec części drugiej
 tomu pierwszego„Granic Chaosu”,
pod tytułem:
„Wspólne drogi”.

2 komentarze:

  1. No dobra, inu rozdział.
    To teraz pobawmy się we wskazanie, co tu nie pasuje XD

    Ogólnie, jakoś nie mam szczególnych zastrzeżeń do tego rozdziału (OPRÓCZ DŁUGOŚCI T_T). Jakoś specjalnie nie czekałam na skończenie tego wątku [przyjaźnionieprzyjaźni], ale miło, że Anabde pogodziła się z Aithne i wszyscy są szczęśliwi XD

    Czekajcie. Wszyscy, czy coś mi się pieprzło w rozliczeniu? XD

    O wy smoki! Ja już wiem, co wy planujecie! Planujecie dawać biednej Sir stronę w Wordzie na dzień, żeby się wypchała XD Diabły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ostatecznie nie wskazałaś nic, co nie pasuje... xD

      No, nie wszyscy - biedny Cador xD Ale uważam, że powinny były porozmawiać, bo gdyby Aithne dalej Anki unikała, to by się robił straszny kwas w grupie xD Taki krótki epizodzik.

      Nie no, nie xD Ale zaczynanie nowego wątku byłoby tak trochę z dupy w tym rozdziale, po prostu xD

      Usuń