Czy ogarnęła
już wszystko? Ariene i Leanelle obiecały nie wracać do pokoju przez najbliższą
godzinę. Krótka rozmowa z Errianem jeszcze bardziej zmotywowała ją do
działania, a mag przyrzekł dostarczyć cel na miejsce i zostawić. Wyglądało na
to, że nie dało się przygotować już bardziej – może tylko nie wiedziała, co
dokładnie i jak chce powiedzieć, ale to powinno przyjść do niej samo.
Westchnęła, starając się zebrać w sobie siłę; gdy poczuła, że jest już gotowa,
nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.
Weszła do
środka, zamknęła za sobą przejście i na chwilę się zatrzymała, czekając na
reakcję Aithne. W pokoju nie było więcej drzwi, więc gdyby upadła chciała
uciec, miałaby do dyspozycji wyłącznie okna. Anabde uwzględniła to w swoich
planach, gotowa nawet do użycia magii, byleby zmusić przyjaciółkę do
rozmowy.
To nie może
tak wyglądać. Wszystko się ostatnio cholernie poplątało, ale trzeba się z tym
zmierzyć. Anabde, nauczona doświadczeniem, postanowiła wziąć sprawy we własne
ręce, nim dojdzie do konfliktu.
Upadła stała
do niej plecami, kiedy nekromantka weszła. Zdawało się, że nie zauważyła jej
przybycia, wpatrywała się w coś za oknem, ręce miała opuszczone wzdłuż ciała,
nie była napięta. Ot, zamyśliła się i straciła kontakt z tym światem,
zapominając, że powinna choć trochę uważać na otoczenie. Wyglądała na tak
nieobecną, że dało się pomyśleć, iż zaraz usiądzie bezwładnie na podłodze.
Rzeczywiście –
zamyśliła się. Nie do tego stopnia, by nie dostrzec przyjścia Anabde, ale
wystarczająco, by nie zareagować. Miało to też inny cel; chciała udawać, że nie
widzi przyjaciółki, a potem chyłkiem uciec, kiedy nekromantka zajmie się sobą.
Podświadomie czuła, że to nie będzie takie łatwe, może nawet niewykonalne,
jednak… Spuściła lekko głowę, przymrużając oczy, już nie patrzyła w okno.
Kiedy Errian
odprowadzał ją do pokoju, zaniepokojony tym, jaka to rzekomo jest zmęczona,
wiedziała, że coś wymyślił. Nie potrafił kłamać, był zbyt otwarty, szczery, tak
zwyczajnie zbyt dobry. Dostrzegała w jego oczach oraz postawie dosłownie
wszystko, co tylko chciał ukryć, i zastanawiała się wtedy, czy to ma sens. Czy
jest uczciwe. Nie zasługiwała na kogoś takiego. Nie powinien męczyć się z kimś
takim, jak ona.
Ale nie
uciekła, bo teraz poczułaby się tak, jakby go zdradziła. Teraz się do niego
przywiązała, świadomie, odcinając każdą drogę ucieczki. Nie wiedziała, czemu to
zrobiła. Po prostu musiała. Oddała się mu już na wszystkie sposoby, dlatego tu
stała posłusznie, czekając na rozwiązanie zagadki, jaką jej zadał.
Uniosła dłoń i
przyjrzała się jej nieobecnym wzrokiem.
Takie
zachowanie Aithne ani jej nie zdziwiło, ani nie zraziło. Upewniła się, że
przekręciła klucz w zamku, po czym podeszła do przodu o kilka kroków. Znów się
zatrzymała, poświęcając chwilę na badawcze przyglądanie się przyjaciółce.
Była
zamyślona. Zmartwiona? Trudno orzec; Anabde została odsunięta, więc uczucia i
przeżycia Aithne pozostawały dla niej zagadką. Zmarszczyła czoło – przyszła tu
po to, aby zmienić stan rzeczy.
– Dlaczego
mnie unikasz? – zapytała wreszcie miękko.
Zawsze była
bezpośrednia.
Przechyliła
nieznacznie głowę, przyglądając się upadłej intensywnie, choć wiedziała, że
może to nie przynieść oczekiwanego rezultatu.
Aithne
obróciła trzymaną na wysokości oczu dłoń, jakby nie do końca wierzyła, że
należy ona do niej. Milczała, jakby Anabde nie usłyszała, i choć takie
ignorowanie przyjaciółki nie przychodziło jej, wbrew pozorom, łatwo, to
zwyczajnie… nie potrafiła. Zacisnęła dłoń w pięść i nieznacznie ją opuściła.
Co miała jej
powiedzieć? „Uciekłam, bo zrobiłam coś, czego nie powinnam ani ja sobie, ani wy
mi wybaczyć? Bo czuję się tak, jakbym cię zdradziła, jakbym stała się najgorszą
hipokrytką tego świata? Bo zwyczajnie nie wiem, co z tym wszystkim zrobić, bo
tego jest za dużo, bo to jest złe i niedobre?”. Wszystko brzmiało całkowicie
bezsensownie. Nie wiedziała, jak jej to wyjaśnić, wiedziała tylko, że nie potrafi
jej spojrzeć w oczy.
To było
inaczej niż do tej pory. Zaczęła się czuć tak, jakby uwięziła Anabde przy sobie
wbrew jej woli, a to zdecydowanie nie zaliczało się do niczego dobrego. Dlatego
uparcie, trochę rozpaczliwie wierzyła, że jeśli wytrwa w tym dziecinnym, nieco
chorym postanowieniu, to zdoła wszystko naprawić.
Anabde
zmarszczyła czoło; szykuje się niełatwe zadanie. Najgorsze było to, że kilka
miesięcy rozłąki bardzo je od siebie oddaliło – teraz zwyczajnie nie wiedziała,
jak do Aithne dotrzeć, jak ją zrozumieć. Bardzo wiele wydarzyło się w życiu
przyjaciółki bez jej udziału, o niektórych rzeczach pewnie nie wiedziała, a
Aithne... Aithne trochę się zmieniła. Ale nekromantka nie miała zamiaru się
poddawać. Była uciekinierką, to fakt, ale kiedy już zostawała, potrafiła
walczyć.
Podeszła
jeszcze bliżej o krok czy dwa. Jej spojrzenie, choć intensywne i wyczekujące,
mieściło w sobie sporo troski i próbę zrozumienia. Nie bała się odejść od
drzwi, bo nadal kontrolowała je magicznie – upadła nie mogłaby uciec, nawet
gdyby chciała. Nie tak od razu.
– Aithne –
mruknęła trochę nagląco.
Prosiła o
odpowiedź. Może nawet nie o odpowiedź – o chwilę uwagi, o zauważenie jej
obecności. Nie mogły dalej tak trwać, dlaczego ona tego nie rozumiała?
Upadła
rzeczywiście była uparta i zacietrzewiona w swoim postanowieniu.
Znów opuściła
ręce wzdłuż ciała i zapatrzyła się na okno, które wychodziło na jedną z wielu
bocznych uliczek. Znajdował się tam sam syf, łącznie z ludzkim syfem –
trędowaci, dziwki, pijacy, ogółem przyjemne towarzystwo. Ktoś właśnie tamtędy
przechodził, przeklinając głośno i zataczając się od ściany do ściany. Lepiej
nie uchylać okna, smród mógłby na pewno zabić.
Aithne
przesunęła spojrzeniem po tej części pokoju, którą widziała bez obracania
głowy. Głos Anabde nadal wwiercał się w jej umysł, chociaż słowa już dawno
przebrzmiały. Wciąż nie wiedziała i wciąż nie potrafiła znaleźć w sobie siły. A
może lepiej jednak to zostawić? Może nekromantka jeszcze o tym nie wiedziała,
ale będzie jej tak o wiele łatwiej oraz przyjemniej, poddać się teraz i wyjść?
Nie potrafiła
znaleźć żadnych słów. Nie miała nawet pojęcia, czy byłyby odpowiednie.
Prawdopodobnie dobrze się stanie, jeśli pozostawią między sobą tę przepaść
niedopowiedzeń, w końcu już dawno temu zaczęły ją kopać.
– Ty prosiłaś
jego czy on ciebie? – rzuciła wreszcie niezwykle spokojnym, ale także
nadzwyczaj jak na nią obojętnym głosem, zawieszając wzrok na oknie.
Mężczyzna
zatoczył się raz jeszcze, stracił równowagę i upadł w kałużę nieczystości.
Zabrakło mu sił, by wstać, dlatego też został tam, najwyraźniej zamierzając
spędzić tak noc.
Anabde stanęła
w ten sposób, by widzieć jej profil, i pobłądziła wzrokiem po jej twarzy.
Widziała w niej wiele, ale nie potrafiła połączyć ukrytych w przyjaciółce uczuć
i emocji w logiczną całość.
Nie podobało
jej się to, jak jej głos różnił się od wyrazu jej spojrzenia. Mogła przybierać
swoją maskę, lecz Anabde za dobrze znała te oczy – one ją zdradzały.
– Ja chciałam
z tobą porozmawiać – odpowiedziała, chociaż w jej mniemaniu nie miało to
żadnego znaczenia.
Czy Errian w
końcu by pękł i poprosił ją o zrobienie pierwszego kroku, czy – tak jak to się
stało – Anabde sama doszła do wniosku, że musi zacząć działać, wynikałoby to z
troski o upadłą.
Tylko ją ta
troska chyba przytłaczała. Dlaczego? Nekromantka przymrużyła powieki, nie
odpowiedziawszy sobie na to pytanie.
– Aithne,
powiedz mi, co się dzieje – poprosiła, naiwnie szukając kontaktu wzrokowego.
– Nic się nie
dzieje – westchnęła tylko i skrzyżowała ręce na piersiach, uparcie wpatrując
się w okno.
Spróbowała
przejąć się losami pijaka na tyle, by zacząć mu kibicować i święcie wierzyć, iż
zaraz podniesie się i zdoła dotoczyć do swego celu, ale nie udało się jej.
Dlatego tylko przyglądała się żałości ludzkiej tarzającej się w fekaliach.
Zmrużyła lekko oczy, nieznacznie napinając ramiona.
Zastanowiła
się, czy bardziej potrzebowała ucieczki ze względu na relację Anabde z
Sheridanem czy swoją z Errianem. Nie musiała nad tym długo rozmyślać, by dojść
do wniosku, że nekromantka była tylko pretekstem, a mag – powodem. Wszystko
jednak łączyło się w całość i pozostawało od siebie zależne. Czy w takim razie,
kiedy pękła przed Errianem i całkowicie się mu poddała, powinna to samo zrobić
przed Anabde?
Coś się w niej
zbuntowało. Nie potrafiła. Poczucie zdradzenia przyjaciółki, które nękało ją od
kilku miesięcy, zawiązało wnętrzności upadłej w supeł. To było inaczej niż z
magiem, nie było takie proste. Zresztą nie wyobrażała sobie, by powiedzieć
nekromantce choćby urywek swoich wspomnień. Zrobiło jej się niedobrze, przez
chwilę bała się, że naprawdę zwymiotuje. Wystarczy, że zmusiła się do tego
przed Errianem.
Kiedy tak
patrzyła na Aithne, usilnie próbującą stać się dla niej kimś obcym, pomyślała o
jednym. Dawno temu – wydawałoby się, całe wieki – gdy ich przyjaźń zaczęła się
rodzić, nie chciała tego. Bała się zobowiązań wobec upadłej tak samo jak wobec
wszystkich innych, długo odtrącała przyjaźń. Tak, została wreszcie pokonana –
ale wtedy zwiała.
A teraz musiała walczyć o to, przed czym tyle czasu się wzbraniała.
A teraz musiała walczyć o to, przed czym tyle czasu się wzbraniała.
Przypomniała
sobie jednak, że Aithne jej wybaczyła. Nigdy nie mówiły o jej ucieczce, ale
Aithne przyjęła ją z powrotem bez wyrzutów i otoczyła opieką tak silną, jak
gdyby nigdy nie została zdradzona. W jej wspomnieniach znów pojawiła się ulga,
jaką odczuła, gdy ponownie się spotkały i Aithne nie czuła urazy.
Dlatego
musiała walczyć, bo po raz drugi to spaprała. Gdyby podczas tej przeklętej
wyprawy była z nią szczera, wszystko potoczyłoby się inaczej. A tak – popełniła
ten sam błąd, zdradziła przyjaciółkę, tylko tym razem w dużo gorszej chwili.
Wtedy, kiedy była jej potrzebna.
Przygryzła wargę, nie spuszczając z Aithne spojrzenia.
Przygryzła wargę, nie spuszczając z Aithne spojrzenia.
– Przepraszam
– powiedziała cicho.
I błagała, by
Aithne w końcu zwróciła na nią uwagę. Czuła się winna, cholernie winna, spadło
to na nią właśnie i dokładnie w tej chwili; dotąd odtrącała podobne uczucia.
Upadła
ponownie westchnęła, przymykając oczy. Anabde niczego nie ułatwiała, a przecież
plan był taki prosty. Mogłaby się uciec do starych metod, wziąć nogi za pas i
przy okazji wszcząć burdę, ewentualnie ewakuować się przez okno. Tylko coś ją
dziwnie powstrzymywało, poza tym zaraz ujrzała pełne wyrzutu spojrzenie
Erriana.
Nie, lepiej
zmagać się z jednym natrętem.
– To ja
powinnam przepraszać – skwitowała, nadal zapatrzona w okno.
Nie podobało
jej się, że mag z pełną premedytacją wprowadził ją w tę pułapkę. Z drugiej
strony wierzyła, że wiedział, co robi, może dlatego nie wpadła jeszcze w
panikę. A może rozsądna cząstka jej chciała to rozwiązać, wyjaśnić – chociaż
postawić ostatecznie na swoim.
Przecież to
nie była wina Anabde. Niczym nie zawiniła. To ona, głupia, porywcza Aithne jak
zawsze dała dupy.
– Listy
jeszcze nie sporządziłam, nie chcą mi sprzedać tak długiego pergaminu – dodała
tym samym głosem, mocniej napiąwszy ramiona.
Teraz Anabde poczuła
ukłucie irytacji, na jej czole pojawiła się poprzeczna zmarszczka. Udało jej
się opanować nerwy tylko na tyle, by kontynuować rozmowę spokojnym, wolnym od
emocji tonem.
Aithne, do
jasnej cholery, za co ty chcesz przepraszać?
– Zacznij od
przepraszania mnie za to, jak kilkakrotnie uratowałaś mi życie. I że
wybaczyłaś mi ucieczkę, choć na to nie zasłużyłam. Przeproś mnie jeszcze za to,
że pozwoliłaś mi cię oszukać i za to, że przekonałaś się o mojej nieszczerości
w tak przykry sposób. Na koniec przeproś za przyjaźń i wsparcie; może jeszcze,
że nie potrafiłam ci się odwdzięczyć – parsknęła, a w jej oczach pojawiło się
coś dziwnego.
Aithne
wysłuchała listy do końca, cierpliwie, aż do niej niepodobne. Lekko tylko
zmarszczyła czoło, gdy Anabde dotarła do wyliczania przewinień z niedalekiej
przeszłości. Zabębniła palcami w przedramię, wywiercając spojrzeniem dziurę w
szybie.
– Nie
oszukałaś mnie. To spora przesada, określać to w ten sposób – stwierdziła
spokojnie, nie wierząc, że mówi takim tonem o fakcie, że Anabde sypiała i sypia
bądź też sypiać będzie z Sheridanem.
No cóż, jak to
człowieka potrafią warunki ekstremalne zmienić. Człowieka, upadłą, nieważne.
W każdym razie
w chwili, w której to powiedziała i sobie uświadomiła, poczuła się całkowicie,
na całej linii, złamana.
Zacisnęła
usta.
– To twoje
życie, twoje sprawy, masz prawo rozporządzać sobą jak chcesz. To ja narobiłam
problemów – mruknęła, zamykając na chwilę oczy. – Nie było tam nic
nieszczerego, nie powiedziałaś mi przecież, że nic cię z nim nie łączy. Po
prostu nie poruszałaś tematu, to nie kłamstwo – dodała, doskonale wiedząc, że
to samo można odnieść do niej.
Zgrzytnęła
mimowolnie zębami. Tak, Aithne, dokładnie to samo. I jeszcze to, że najpierw
święcie się oburzyłaś na to, jak zastałaś Anabde i Sheridana, po czym sama…
Zadrżała,
wbijając paznokcie w skórę. Brawo, Dorrien.
– Oczywiście,
że cię oszukałam. Bałam się powiedzieć ci prawdę, nie na tym polega przyjaźń –
zaprzeczyła od razu, mrużąc z niezadowoleniem oczy.
Chociaż
zawahała się, używając wobec ich relacji takiego określenia – bo zaczęła
wątpić, czy Aithne traktuje ją tak samo. Miała jednak nadzieję.
Zdawało jej
się, że powoli zaczęła rozumieć sedno sprawy. Aithne zdradzały reakcje, fakt,
iż z całej listy domniemanych przewinień wybrała akurat to jedno; elementy
układanki zaczęły się ze sobą łączyć.
– Obie
zrobiłyśmy dokładnie to samo. Ja też nie byłam zachwycona, gdy zobaczyłam
ciebie z Errianem, ale nie odebrałam tego jako zdrady czy oszustwa, przestań
się więc obwiniać. – Zacisnęła wargi, zastanawiając się, jak Aithne odbierze tę
prawdę.
Bo przyszedł
czas, by prawda przestała być zatajana, a to był pierwszy krok. Jednak nim
upadła zdążyła jakkolwiek zareagować, dodała jeszcze jedno zdanie, uśmiechając
się przy tym krzywo:
– Szkoda
tylko, że nauczyłaś się ode mnie uciekania.
– Nie mogłam
spojrzeć wam w oczy – odparła spokojnie, drgnąwszy nerwowo, gdy usłyszała
poprzednią wypowiedź Anabde.
Jak to:
zobaczyła? Kiedy zobaczyła? Jakim cudem? Co zobaczyła? Rano nikogo nie
spotkała, jak opuszczała posiadłość, zresztą to nie byłby dowód. Wieczorem?
Ale… w którym momencie? Po wpadnięciu do jej pokoju jak oparzona czy po próbach
pobicia Erriana, czy…? Zacisnęła szczęki, starając się opanować zdenerwowanie.
Kurwa mać, jak
wiedziałeś, głupi magu, to przestaniesz być w posiadaniu kompletu zębów, już
ona tego dopilnuje.
– Wielu rzeczy
nie mogłam – dodała po chwili milczenia i wzruszyła z irytacją ramionami.
– Ale teraz
możesz – odpowiedziała spokojnie, po raz pierwszy w czasie tej rozmowy unosząc
kąciki ust w lekkim, szczerym uśmiechu.
W tym prostym
zdaniu zawarła wszystko, co miała jej do przekazania: że choć raz uciekła
jedna, a raz druga, potrafiły się odnaleźć, że to Aithne nauczyła ją
wybaczania, a przede wszystkim – że upadła może spojrzeć jej w oczy i nie czuć
winy. Zrozumienie nie było trudne, pytanie tylko, czy Aithne będzie chciała to
zrozumieć.
Upadła
zadrżała. Zaraz potem zdrętwiała, mocniej wbijając palce w ramiona, jakby miała
nadzieję, że zaraz się obudzi ze złego snu. Nabrała gwałtownie powietrza,
zupełnie jak tonący, odchyliła lekko głowę.
I wtedy
obróciła się niespodziewanie do Anabde i popatrzyła na nią z takim przerażeniem
oraz rozpaczą jednocześnie, jakby to była ostatnia chwila, nim ostrze gilotyny
runie na jej szyję, kończąc te męki.
– Bałam się –
wychrypiała, nie mając najmniejszego pojęcia, dlaczego to mówi. –
Przestraszyłam się… wszystkiego.
Skuliła się w
sobie, tracąc wątek. Już nie wiedziała, co powinna zrobić, co wyznać, co
wyjaśnić, za co przeprosić. Stanęła tak po prostu, gwałtownie pozbawiona całej
dumy, i z bólem zrozumiała, jak cholernie słaba jest.
Trudno oddać
słowami ciepły błysk, jaki pojawił się w tym momencie w oczach Anabde; nie ma
odpowiednich słów, by określić ten rodzaj bliskości i zrozumienia, jaki łączy
przyjaciół.
Nekromantka
uniosła kąciki ust w bladym uśmiechu, a potem zwyczajnie przytuliła tę biedną,
kruchą istotę, którą – całe szczęście! – nadal mogła bez chwili zwątpienia
nazwać przyjaciółką.
– Wiem, Aithne
– szepnęła, opierając brodę na jej ramieniu. – Ja nadal się boję.
I chyba nie
potrzeba było żadnych wyjaśnień.
Dziewczyna
objęła nekromantkę mocno jak dziecko ukrywające się w ramionach starszej
siostry, kiedy przyśnił mu się koszmar. Sama już nie wiedziała, po co to
wszystko się stało, ale właściwie wróciły do pewnego starego punktu wyjścia. Z
pewnymi znaczącymi różnicami. Otworzyła oczy, obracając głowę tak, że patrzyła
teraz na ścianę, nie puszczając Anabde.
Obie komuś
zaufały i tym kimś w obu przypadkach była osoba zupełnie od nich różna. Obie
wpakowały się w swego rodzaju bagno – bądź, jak krytycznie skorygowała tę myśl
Aithne, wpakowały tego kogoś w niezłe bagno. W tym wszystkim pocieszające
okazało się to, że przynajmniej jak się wszystko sypnie, nadal miały siebie.
Jeśli będzie
się sypać dalej, to wtedy będą się martwić.
Koniec części drugiej
tomu pierwszego„Granic Chaosu”,
pod tytułem:
„Wspólne drogi”.
No dobra, inu rozdział.
OdpowiedzUsuńTo teraz pobawmy się we wskazanie, co tu nie pasuje XD
Ogólnie, jakoś nie mam szczególnych zastrzeżeń do tego rozdziału (OPRÓCZ DŁUGOŚCI T_T). Jakoś specjalnie nie czekałam na skończenie tego wątku [przyjaźnionieprzyjaźni], ale miło, że Anabde pogodziła się z Aithne i wszyscy są szczęśliwi XD
Czekajcie. Wszyscy, czy coś mi się pieprzło w rozliczeniu? XD
O wy smoki! Ja już wiem, co wy planujecie! Planujecie dawać biednej Sir stronę w Wordzie na dzień, żeby się wypchała XD Diabły.
I ostatecznie nie wskazałaś nic, co nie pasuje... xD
UsuńNo, nie wszyscy - biedny Cador xD Ale uważam, że powinny były porozmawiać, bo gdyby Aithne dalej Anki unikała, to by się robił straszny kwas w grupie xD Taki krótki epizodzik.
Nie no, nie xD Ale zaczynanie nowego wątku byłoby tak trochę z dupy w tym rozdziale, po prostu xD