Powitały ich
wysokie na ponad dwa metry mury z piaskowca i prawdopodobnie żelazna, a tylko
barwiona na złoto brama. Zabudowania znajdujące się w środku musiały być
niskie, bo nie wystawały ponad mur; dało się słyszeć za to cichy szum wody i,
co zastanawiające, rechot żab.
Rezydencja
sprawiała wrażenie twierdzy nie do zdobycia, zwłaszcza że przy wjeździe wartę
pełniło dwóch strażników. Mężczyźni byli uzbrojeni po zęby, mieli na sobie
barwione na szkarłat zbroje o srebrnych wykończeniach i choć sprawiali wrażenie
znużonych pilnowaniem, natychmiast zareagowali na przybycie nieznajomych.
– Ty tak na
serio? – burknęła mało przekonana Leanelle, zerkając na Cadora.
Mężczyzna
spojrzał na nią, uśmiechnął się lekko i kiwnął głową, po czym mocniej przyłożył
łydki do końskich boków, jadąc na powitanie strażnikom. Leanelle pomyślała
sobie wtedy, że jeśli przypadkiem ktoś obrońcę wystawił, to zaraz będą mieli
Reamonna nadzianego na włócznię.
– Ty
jesteś...? – zaczął wyższy ze strażników, zerkając na Cadora mało przychylnie.
No tak, skoro
przedstawiono im go jako znanego w swoim fachu obrońcę, pewnie spodziewali się
umięśnionego byka o twarzy pooranej bruzdami, a nie szczupłego, pogodnie
umięśnionego faceta.
Rezydencja
należała do pewnych bogaczy aktualnie przebywających całą rodziną na wyjeździe,
chodziło o ślub czy inny pogrzeb. Jak się przypadkiem okazało kilka dni
wcześniej, służbę u głowy rodu pełnił dawny przyjaciel Cadora, również obrońca,
notabene winny naszemu bohaterowi
przysługę. Ze względu na nią, oraz – jak gorąco zapewniał – ze względu na
sympatię, obrońca zgodził się załatwić Cadorowi i jego przyjaciołom jednonocny
postój w rezydencji.
Warunkiem było
pozostawienie jej bez zniszczeń i śladów po obecności; mężczyzna obiecał
załatwić całą resztę, tak uprzedzić służbę i strażników, jak przygotować pokoje
czy prowiant. Układ wydawał się być czysty, a Cador wielokrotnie zapewniał
swych towarzyszy, że jego dawnemu przyjacielowi można ufać.
Teraz
poluzował wodze Keelaina, upewnił się krótkim zerknięciem, że reszta grupy
znajduje się w bezpiecznej odległości, po czym uznał, że trzeba się przekonać,
czy miał rację.
– Wilk
Reamonnów – odpowiedział spokojnie, unosząc nieznacznie kącik ust.
Jak to zostało
ustalone, miał się przedstawić nie imieniem, a przezwiskiem, pod którym znanym
był w światku obrońców.
Strażnikowi
najwyraźniej wystarczyło słowne zapewnienie, bo kiwnął głową, po czym skierował
się do znajdującej się obok bramy wajchy.
– Cador –
mruknął dla upewnienia, a widząc, że ten przytaknął, naparł na wajchę, kręcąc w
stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara.
Brama powoli
otwierała się, skrzypiąc przy tym cicho.
– Czekaliśmy
na was.
Wreszcie
przejście stanęło przed nimi otworem. Do wnętrza rezydencji prowadziła wyłożona
jasnymi kamieniami dróżka; gdy na nią wjechali i przebyli kilka metrów, powitał
ich przyjemny zapach kwiatów i oszałamiający widok egzotycznego, wyglancowanego
ogrodu.
Soczyście
zielona trawa odgradzała od siebie kolejne grządki, niewysokie, zabawnie
poskręcane drzewa dawały niewielki cień, różnobarwne pąki kwitły, a ilość i
nietypowość zebranych tutaj roślin mogła przyprawić o zawrót głowy. Po prawej
stronie wykopano niewielkie oczko wodne; słyszany szum wody brał się z
wodospadu (jak to dumnie brzmi), a żaby rzeczywiście przesiadywały na liliach
wodnych, wydając z siebie charakterystyczne odgłosy.
Na końcu
dróżka rozwidlała się – jedna jej odnoga prowadziła do niewielkiego budynku
stajni, przed którym czekało już dwóch chłopców stajennych, druga zakręcała pod
kamienne schodki. Sama rezydencja była jednopiętrową budowlą o licznych oknach,
wykonaną z kremowego kamienia; stosunkowo długa (na co niektórzy odetchnęli z
ulgą; można będzie spokojnie spać, jeśli wybierze się pokój z dala od wiadomej
pary) i już z zewnątrz widać było, że pełna korytarzy oraz niewielkich
pomieszczeń.
– Znacie
zasady? – zapytał jeszcze strażnik, zatrzymując się koło Cadora, gdy cała grupa
przejechała przez bramę, a ta została zamknięta.
– Nie
niszczyć, nie brudzić, nie zostawić śladów, nie buszować w spiżarni, niczego
nie kraść. Wszystko? – wyrecytował mężczyzna, błyskając jasnozielonymi oczami.
Strażnik
zacisnął wargi, skinął głową i wykonał gest w stronę chłopców stajennych.
– Wobec tego
zostawcie im konie i rozgośćcie się – zaproponował.
Odwrócił się i
wrócił na swoją pozycję, jawnie sugerując, że rozmowa została zakończona. Cador
odprowadził go rozbawionym spojrzeniem, po czym cmoknął na izabela, posłusznie
kierując go we wskazaną stronę.
– Łoł –
powiedziała będąca pod wrażeniem Leanelle.
Rozglądała się
dookoła, chłonąc obrazy, i oddychała głęboko, rozkoszując się przyjemnymi
aromatami.
Że też ludzie
żyją w takich chatach, na Silthe, przecież to raj na ziemi.
Widząc jej
rozmarzone spojrzenie i lekki uśmiech, Cador zaśmiał się cicho.
– Mówiłem –
oznajmił jej krótko i nie doczekał się komentarza.
Nienawidzę tego, przypomniała Faryale,
tuląc uszy na widok sięgających do jej wodzy obcych dłoni. Obróciła łeb i
posłała przyjaciółce pełne wyrzutu spojrzenie. Nie mogłabyś kupić sobie domu i mieć koło niego ładną stajnię?
– Nie stać
mnie, poczwaro – burknęła Aithne, próbując podać chłopcu wodze, podczas gdy
klacz uparcie szturchała jej dłoń, odpychając od rąk stajennego. – Przestań,
konino.
Znajdź sobie bogatego męża. Nawet miałabym
jednego kandydata.
– Chyba cię
pojebało – szczerze wyznała jej upadła, aż się otrząsnąwszy. – Nie ma mowy. I
będziesz spać w cudzych stajniach do usranej śmierci czy tam końca świata –
zastrzegła niezadowolona, wreszcie wpychając chłopakowi wodze.
Zignorowała
jego zdumione i po części przerażone spojrzenie, skupiając uwagę na pokonanej
Faryale. Aż się Aithne dumnie wyprostowała, zadowolona z siebie.
Czasami mam straszną ochotę cię ugryźć. I
nawet nie dlatego, że jesteś podła, tylko głupia jak but, odparła na to
Faryale, stuliwszy z dezaprobatą uszy.
– Dzięki,
zołzo – prychnęła Aithne, markotniejąc trochę.
– Sporo
miejsca – usłyszała koło siebie i aż podskoczyła, zaraz przenosząc wzrok na
rozglądającego się z ciekawością Erriana.
O wilku mowa, zachichotała jeszcze
złośliwie Faryale, pozwalając się poprowadzić do stajni, bo co miała zrobić.
– Wilka to
sobie w dupę wsadź – zaproponowała upadła, prychnąwszy.
– Co Cador
miałby robić w zadzie Faryale? – zainteresował się rozbawiony mag,
przekrzywiając głowę, by lepiej widzieć zaczerwienioną twarz Aithne.
– Obwarzanki –
burknęła, garbiąc ramiona.
– No tak,
głupio pytam – odparł Errian, uśmiechając się szeroko, by zaraz przenieść wzrok
na odprowadzającego spojrzeniem Gniadą Sheridana. – To będzie ciężki
odpoczynek.
– Jeszcze się
o niego martwisz? – oburzyła się Aithne, potrząsnęła potarganymi włosami i
ruszyła do Cadora, który czekał na wszystkich, by zaprowadzić ich do
rezydencji.
– Martwię się
o swoją wytrzymałość psychiczną – mruknął pod nosem Errian.
Póki nie
uchwycił spojrzenia Caleba, miał nadzieję, że nikt nie słyszał. Odkrycie nie do
końca poprawiło mu humor, ale co poradzić. Zresztą myśliwy musiał zająć się
czym innym niż dokuczaniem magowi, na przykład panowaniem nad drżącą ze złości
wiedźmą, która tylko czekała, żeby poderżnąć gardło pewnemu Przeklętemu.
Udało im się
jednak bez strat w ludziach dotrzeć do drzwi rezydencji (chociaż Anabde
wątpiła, by chłopcy stajenni mieli przeżyć ich wizytę. Jeden musiał zająć się
Faryale, drugi Lantano, przegrana sprawa). Okazało się, że w środku robi ona
tak samo duże wrażenie, co z zewnątrz. Nie było tu śladu przepychu, rezydencję
urządzono w klasycznej prostocie, jednak na co się nie natknęli, zdawało się
krzyczeć „jestem wart więcej niż twoje marne istnienie!”. Nawet wazon. Nawet
krzesło.
Hall był
szeroki i łączył się z otwartym pokojem dziennym, w którym pod jedną ścianą
ustawiono rządek zdobyczy łowieckich właściciela (bądź też jego myśliwego). Na
samym środku pokoju znajdował się zaś nieduży stolik z ciemnego drewna i to
właśnie w jego stronę skierował się Cador.
Kanapy robiły
wrażenie wygodnych i takie właśnie były; miło pachniały skórą, a narzucone nań
futra sprawiały, że obrońca zaczął marzyć o krótkiej drzemce. Niestety,
najpierw trzeba dopilnować porządku w szeregach; to nie będzie takie łatwe.
Anabde starała
się nie zwracać uwagi na wszystkie te bogactwa; ot, pobłądziła zaciekawionym
spojrzeniem po bardziej interesującej rzeźbie, przyjrzała się malowidle w
hallu, z wyjątkowym niezadowoleniem zerknęła na wypchane zwierzęta postawione w
salonie (nie dość, że zabijają bez potrzeby, to jeszcze się tym chwalą. Ludzi
by mogli wyrżnąć, a nie Silthe ducha winne stworzenia).
Jej uwaga
skupiła się jednak na karafce wina stojącej na małej szafce koło stolika.
Natychmiast skierowała się w jej stronę i ledwie powstrzymała się od sięgnięcia
po naczynie; ciekawe, czy przyjaciel Cadora chciał im urządzić miłe powitanie,
czy wino czekało na powrót właścicieli rezydencji. Przyjrzała się cieczy
tęsknie; żeby bardziej cierpiała, wino było czerwone.
Potem, biorąc
przykład z Cadora, siadła na jednym z foteli. Założyła nogę na nogę i oparła
się o podłokietnik, spoglądając na resztę towarzystwa z wyraźnym znużeniem.
Zaraz się zacznie.
Leanelle
grzecznie podreptała za Anabde, chociaż najchętniej zatrzymałaby się przy
każdym ciekawszym przedmiocie, by dokładniej mu się przyjrzeć. Niektóre
widziała po raz pierwszy i wyglądały tak skomplikowanie, że trudno było jej
zgadnąć, do czego służą.
Powstrzymała
się jednak, przycupnęła na krawędzi szerokiej kanapy i objęła się za brzuch.
Szkoda, że nie wzięła zatyczek do uszu, jak tak patrzyła na minę wiedźmy,
zaczęła podejrzewać, iż mogłyby się okazać przydatne.
– Generalnie
zadanie zakończyło się sukcesem – zaczął ostrożnie Cador, błądząc
zaniepokojonym spojrzeniem od Ariene do Sheridana.
– Tak,
zajebistym sukcesem – przyklasnęła mu wiedźma, świdrując spacerującego po
pokoju Przeklętego wzrokiem.
I jeszcze te
ręce w kieszeniach. Gdyby mogła, to by mu urwała każdą kończynę po kolei,
związała je w supeł i wrzuciła do rzeki. A potem urwała mu łeb.
– Chyba nie ma
potrzeby… – zaczął niepewnie Errian, widząc, że zawracanie Sheridanowi głowy
przypominałoby w tym momencie drażnienie lwa.
– Co ty sobie,
Kedalt, wyobrażasz? – warknęła Ariene, mrużąc groźnie oczy.
Brakowało
tylko nastroszonego futra, chodzącego nerwowo zjeżonego ogona i wysuwających
się pazurów.
Nie, nie kota.
Pumy, jaguara albo innego irbisa.
Sheridan nie
zwrócił na nią uwagi, bez zainteresowania wyglądając przez okno, jakby
sprawdzał, jakie też tam są widoki, i czekał na zakończenie obrad. Które miały
się skupić na nim, tylko jakby tego nie zauważył.
– Naprawdę
uważam… – podjął kolejną próbę Errian, ale urwał, kiedy Caleb położył mu dłoń
na ramieniu i pokręcił głową.
– Mógłbyś
zrobić z nią dosłownie wszystko, a i tak go teraz zabije – uzmysłowił biedakowi
myśliwy, wzdychając.
– To ja zajmę
strategiczne miejsce – bąknął Aidan, wycofując się za fotel swojego
nauczyciela, bo jednak on był najbezpieczniejszym punktem w pokoju.
– Słuchaj
mnie, do kurwy nędzy! – krzyknęła wtedy Ariene, doprowadzona zachowaniem
Sheridana do wrzenia.
Złapała
najbliższą poduszkę i rzuciła nią w Przeklętego. Przedmiot trafił w tył głowy
łowcy i runął w stronę doniczek z kwiatkami, ale tragedię powstrzymało
spojrzenie Erriana; jasiek zawisł w powietrzu i powoli, bardzo daleko od Ariene
i Sheridana, wrócił na swoje prawowite miejsce.
Mężczyzna
obrócił się do wiedźmy, mrużąc błyszczące groźnie oczy.
– Do jasnej
cholery, mózgu już kompletnie nie prowadzisz? – zasięgnęła języka niezrażona
Ariene, samej wyglądając nader niepokojąco.
– On go nie
posiada – wtrąciła swoje trzy grosze Aithne.
Errian
westchnął ciężko. Robiło się coraz gorzej.
– Jakiś
problem? – zainteresował się złudnie spokojnym głosem Sheridan.
– Nie, kurwa,
cudnie i wspaniale, tylko przez ciebie ktoś mógł zginąć! – krzyknęła Ariene,
zacisnąwszy dłonie w pięści.
– To byłby
chyba jego problem – skwitował łowca, wzruszając niedbale ramionami.
Leanelle
podciągnęła nogi na siedzenie kanapy i skrzyżowała je, opierając się wygodniej
na meblu. To chyba trochę potrwa; byłaby z tego powodu zła, gdyby nie została
nakarmiona, ale tak – niech się kłócą.
W duchu
kibicowała Ariene, uważając, że się łowcy należy; tylko tego nie powie na głos,
bo co się będzie wtrącać, Sheridan to by mógł ją zjeść w ramach przekąski.
Cador otworzył
już usta, chcąc coś powiedzieć, ale powstrzymała go przed tym wściekłość
Ariene. A niech się kobieta wyładuje, co się będzie wtrącał; zareaguje, gdy
zajdzie taka potrzeba.
Anabde
zacisnęła usta; ta kłótnia dziwnie jej coś przypominała. Czy wszystkie
konfrontacje z łowcą wyglądają tak, że zdesperowane kobiety zaczynają rzucać
przedmiotami, by Sheridan łaskawie zwrócił na nie swoją uwagę?
Ona
przynajmniej używała szklanek, jakby trafiła, bolałoby bardziej. A nie jakieś
tam poduszki. Nawet mogłaby Ariene podpowiedzieć – w sumie mogłaby też się
wtrącić – ale uznała, że to nie jest jej sprzeczka.
– Och, pewnie
– warknęła Ariene. – Rozumiem, że może ci na niektórych rzeczach, o Silthe,
zależeć, ale, kurwa mać, nie narażaj wszystkich! – syknęła. – Wystarczyłoby,
gdybyś skręcił mu kark na balkonie!
– Jemu zależy
tylko na… – zaczęła Aithne, tylko została zagłuszona niskim, wibrującym głosem
Sheridana:
– Najwyraźniej
by nie wystarczyło. Możesz próbować rządzić swoim obrońcą? Jesteś irytująco
głośna – skwitował, dalej miażdżąc wiedźmę spojrzeniem.
Tym razem
wzmianka o Cadorze nie strąciła Ariene z pantałyku, chyba nawet bardziej ją
rozjuszyła. Postąpiła kilka kroków do łowcy, we wściekłym grymasie szczerząc
zęby.
– Nie, nie
mogę, bo ma przynajmniej w głowie mózg, a nie sam testosteron, do kurwy nędzy –
prychnęła, pochylając głowę.
– To może
kilka rzeczy utrudnić – podsumował uprzejmie Sheridan, przyglądając się
wiedźmie tak bezczelnie z góry, że to dziwne, iż jeszcze się na niego nie
rzuciła z bronią.
– Czy ty
zawsze musisz myśleć o sobie, nie mógłbyś choć raz, kurwa mać, zrobić coś
według planu? Czy to takie, do jasnej cholery, trudne? – zawołała Ariene, z
cichym syknięciem wypuściwszy powietrze przez zaciśnięte zęby. – Jakbyś się
jeszcze trochę postarał, mógłbyś zabić też nas, po co strażnicy mają się
trudzić, co?
– Tak,
dokładnie o sobie myślałem. Byłem głodny – odparł Sheridan, coraz bardziej
zirytowany, kiedy patrzył na rozjuszoną wiedźmę.
– Och, ale mi
ciebie żal, no naprawdę – sarknęła Ariene, wywróciwszy oczami. – Chyba usiądę i
zacznę, kurwa, płakać. Jak na Przeklętego, to dajesz dupy na całej linii,
niczego nie potrafisz porządnie zrobić – skwitowała wściekła.
– Doskonale.
Skończysz już się nad tym faktem trząść? Znudziłaś mnie – odparł, tym razem przymrużając
powieki z pewnym zdegustowaniem.
– Ty
cholerny…. – zaczęła Ariene, zadrżawszy wyraźnie, jej oczy nabrały intensywnego
niebieskiego koloru.
– Chyba
wystarczy – wtrącił wtedy Errian, zawiesiwszy wzrok na łowcy. – Naprawdę nie
ułatwiłeś tego zadania, Sher.
Przeklęty
wzruszył tylko ramionami, nie zaszczyciwszy młodego maga spojrzeniem. Czym ten
drugi się nie przejął, natomiast Ariene chyba znowu szlag trafił.
– Czemu my w
ogóle z nim współpracujemy? – parsknęła zdenerwowana. – Ktoś oprócz Anabde ma z
tego jakieś korzyści, idąc tokiem rozumowania tego skurwysyna? – zainteresowała
się, potrząsnąwszy głową.
– Bo się
zawstydzę – ostrzegł spokojnie Sheridan.
– Sher –
powtórzył bardziej stanowczo Errian. – Nie, Ai, bądź jeszcze chwilę cicho –
zwrócił się do upadłej, dostrzegłszy, że chce coś powiedzieć.
– Jestem
jeszcze komuś potrzebny, żeby się wyżył? – zainteresował się łowca, przenosząc
wzrok na drzwi. – Zamierzam stąd wyjść, więc należałoby się pospieszyć.
– Ariene po
prostu usiłuje ci wytłumaczyć, że czasami trzeba zacisnąć zęby. Nawet jeśli
mogłeś ich wszystkich na tej sali zabić – nie poddał się Errian, nie dając
dojść do głosu wiedźmie. – I nie zachowuj się jak dziecko, ucieczka od
konfrontacji nic ci nie pomoże – zastrzegł z tym samym spokojem.
Sheridan
zawarczał, przenosząc na młodego maga już naprawdę rozeźlone spojrzenie. Aithne
drgnęła, jakby chciała coś zrobić, ale nie zdążyła; łowca ruszył z dość mało
przyjaznymi zamiarami i jeszcze mniej przyjaznym warknięciem do Erriana,
młodzieniec natomiast ani drgnął.
– Naprawdę
myślisz, że pokonasz mnie taktyką Ai? – spytał po prostu, ze spokojem uniósłszy
głowę, by patrzeć łowcy w oczy. – Sher, opanuj się, nie zastraszysz mnie.
Przeklęty
jeszcze chwilę wpatrywał się w młodego maga tak, że każdy normalny człowiek
zacząłby się zalewać zimnym potem, po czym wypuścił powietrze przez nos, cofnął
się pół kroku i odwrócił wzrok.
– Temat chyba
skończony, pan Kedalt zrozumiał swój błąd – oznajmił niemalże pogodnie Errian,
wzruszając ramionami.
W tym momencie
jedna z siedzących pań – konkretniej taka ruda o szarych oczach – parsknęła
niekontrolowanym śmiechem. Zaraz przyłożyła dłoń do ust, by nie widać było, jak
mocno musi zacisnąć wargi w celu powstrzymania kolejnych salw chichotu.
– Ekhm, no tak
– odchrząknęła, mało zgrabnie wychodząc z opresji.
Z powrotem
położyła dłonie na kolanach i uśmiechnęła się bardzo złośliwie; punkt dla
Erriana!
Cador chwilę
temu podniósł się z fotela; teraz przyjrzał się uważnie najpierw Ariene, a
później łowcy, oceniając stopień zagrożenia wybuchem. Swoją drogą był pełen
podziwu dla młodego maga – ten to jednak wiedział, jak się oswaja dzikie
bestie.
– Starczy na
dziś? – zaproponował nie do końca przekonany, oglądając się na wszystkich
towarzyszy.
– Chwila, co
to miało być? – zainteresowała się Aithne, patrząc na Erriana w sposób bardzo
nieprzychylny.
Errian
uśmiechnął się do niej szeroko, znów wzruszając ramionami; wyglądał na
całkowicie rozluźnionego mimo mało przyjaznej miny upadłej.
– Przecież nic
nie mówiłem – stwierdził pogodnie.
Aithne jeszcze
moment się w niego wpatrywała, przymrużając oczy z dezaprobatą.
– Zapamiętam
to sobie – ostrzegła ponurym, grobowym głosem.
Ariene
sapnęła, zamknęła na moment oczy, potem potrząsnęła głową i ruszyła do wyjścia
z pokoju, nadal mamrocząc przekleństwa. Najwyraźniej jeszcze się nie uspokoiła,
a nie chciała narażać towarzyszy na swój wybuch, bo bywała naprawdę irytująca.
– Zdecydowanie
starczy – odpowiedział przyjacielowi Caleb, przyjrzawszy się z ciekawością
Sheridanowi.
Łowca jednak
stał w tej samej pozycji, co chwilę temu, znów zdając się ignorować wszystkich,
jakby zapomniał o ich istnieniu. Tylko ręce włożył z powrotem do kieszeni
spodni.
Cador
zmarszczył z niepokojem czoło, odprowadzając Ariene uważnym spojrzeniem.
Odczekał kilka minut, po czym ruszył jej śladem, mając nadzieję, że uda mu się
uniknąć bliskiego spotkania ze ścianą. Bo może wiedźma będzie się chciała na
kimś wyżyć.
– To tego,
odmaszerować – mruknął lekko na odchodne.
Leanelle
prychnęła głośno, posyłając za Cadorem wyjątkowo niezadowolone spojrzenie.
– Pan i władca
się znalazł, widziałby kto – burknęła, sadowiąc się wygodniej na kanapie i
przymykając oczy, gdy tylko niedobry obrońca zniknął za zakrętem.
Anabde znowu
przyjrzała się łowcy badawczo, a doszedłszy do najwyraźniej niezbyt
optymistycznych wniosków, sięgnęła do karafki wina. Nie obchodziło jej już
przeznaczenie trunku; sama się nim zaopiekuje, bo coś musi dodać jej sił. Nie
kłopotała się szukaniem kieliszka i przelewaniem alkoholu.
– To będzie
długa noc – mruknęła sama do siebie, przechylając naczynie i upijając kilka
łyków.
– Nie wiem,
czy jest tak odważny, czy tak głupi – wymamrotał pod nosem Aidan, niepewnie
zajmując fotel, który opuścił przed chwilą Cador.
– Powiem ci,
że ani jedno, ani drugie – westchnął Caleb, opierając się na pobliskiej ścianie
i przymykając oczy.
– O? – zdziwił
się chłopak, przechylając głowę, by widzieć myśliwego.
– Kiedyś
zrozumiesz – odparł na to rozbawiony mężczyzna, zerknąwszy na Aidana.
– Traktujesz
mnie jak dziecko – burknął niezadowolony.
Aithne
natomiast po komentarzu Anabde wyglądała tak, jakby nic więcej na temat tej
nocy nie chciała słuchać. Otrząsnęła się jak pies z wody, mruknęła pod nosem i
ruszyła do wyjścia z pokoju, by zgodnie z poleceniem Cadora odmaszerować.
Wydostała się na korytarz, zatrzymała się, rozejrzała i zmarszczyła czoło.
Nie miała
pojęcia, w którą stronę iść. Gdzie są pokoje? A jeśli tam ciemno? Co prawda
świtało, ale nie każda część posiadłości musiała mieć przestronne okna.
Wzdrygnęła się i zawróciła z nosem na kwintę.
– Już
wróciłaś? – zdziwił się Errian, dostrzegłszy przekraczającą próg Aithne.
– Nie denerwuj
mnie – warknęła niezadowolona i skuliła się w fotelu.
Alkoholu w
karafce nie było dużo, ledwie na kilka łyków. Gdy te już nekromantka
przełknęła, odstawiła puste naczynie i oblizała wargi, uśmiechając się lekko.
Wino zawsze dobrze na nią działało, zwłaszcza, gdy było tak dobre gatunkowo.
Zabębniła
palcami w szyjkę karafki, po czym wstała ze swojego fotela. Zerknęła na
powracającą Aithne, uśmiechnęła się do niej lekko, przez ramię spojrzała
jeszcze na Leanelle, po czym ruszyła w stronę korytarza.
– Dobranoc –
powiedziała, nim zniknęła w ciemności.
Nie czekała na
nikogo.
Trzeba będzie
pozbyć się tego cholernego gorsetu.
Leanelle
odebrała komentarz Anabde podobnie do Aithne, jednak zamiast wyjść, tylko
bardziej skuliła się na swoim fotelu, otwierając szeroko oczy. Gdy minął szok,
wraz z tym dziwnym uściskiem w żołądku, wyburczała coś pod nosem. A w następnej
chwili ziewnęła szeroko, grzecznie zasłaniając jednak paszczę dłonią.
– Anabde! –
krzyknęła nagle, gdy zorientowała się, że towarzyszka wyszła.
Odgłos
oddalających się kroków ucichł, by po chwili rozbrzmieć na nowo, ale teraz
stając się coraz głośniejszym. Wreszcie nekromantka pojawiła się w zasięgu wzroku;
stanęła na granicy salonu i korytarza, unosząc pytająco brew.
– Idziesz do
pokoju. W którą stronę? – zapytała szatynka.
Brew Anabde
powędrowała jeszcze wyżej.
– W prawo –
odpowiedziała krótko na temat i nie pytając, o co chodzi.
Leanelle
pokiwała energicznie głową, aż grzywka opadła jej na oczy.
– To dobrze.
Dobranoc – mruknęła, konsekwentnie ignorując pytające spojrzenie opiekunki.
Ta postanowiła
nie dociekać i znów ruszyła w ciemność.
Dopiero gdy
Leanelle miała pewność, że Anabde się oddaliła, powierciła się na swoim miejscu
i mruknęła:
– Bo ja bym
się chciała dzisiaj wyspać.
I chyba
wszyscy rozumieli, co miała na myśli. Trzeba będzie wybrać ostatni pokój na
lewo.
W rezydencji
było pełno wąskich, zakręcających korytarzy, Cadorowi plan budynku kojarzył się
wręcz z labiryntem. Może i nie dało się zgubić w samej rezydencji, gdyż co
kilkanaście metrów napotykało się drzwi na taras i wyjścia na ogród, jednak
znalezienie zguby graniczyło z cudem. Przeklął pod nosem cholernych
architektów, których widzimisię utrudniało mu zadanie, po czym na chybił trafił
skręcił w jedną z odnóg.
Za dużo
wydarzyło się tej nocy. Ariene była wściekła, zmęczona, rozdrażniona i rozbita,
musiał więc ją znaleźć, by ją wesprzeć. Oczywiście genialny on, zamiast służyć
pomocą, tylko dolał oliwy do ognia, zrzucając na uroczą główkę wiedźmy kolejny
problem – siebie samego. Nie ma to jak rycerska postawa, facet, naprawdę. I
cudowne wyczucie czasu.
Z drugiej
strony to była idealna okazja. Może i byłby skłonny ją przepuścić i cierpliwie
poczekać na lepsze okoliczności, gdyby nie to, że tylekroć im przerwano. To
zaczęło się robić męczące, jakby los się na nich uwziął. Dlatego musiał
działać. W sumie nie żałował; doszedł do wniosku, że ma tylko lekkie wyrzuty
sumienia względem Ariene, bo dowalił jej zmartwień, ale gdyby miał wybór,
postąpiłby drugi raz tak samo.
Zatrzymał się
na chwilę, słysząc niewyraźny odgłos dobiegający z lewej strony. Skupił się na
nim, przeanalizował, aż wreszcie ruszył w jego stronę, uznając, że to może być
Ariene. Mało prawdopodobne, by ktokolwiek inny włóczył się po rezydencji
samotnie.
Miał rację.
Akurat
przyglądała się jednemu z obrazów, przekrzywiwszy lekko głowę. Uroczy
sielankowy krajobraz był słabo widoczny w szarości świtu, ale wiedźma uparcie
studiowała pociągnięcia pędzla, jakby dzieło ją zachwyciło. W pewnym momencie
nieznacznie odchyliła się, sprawiając wrażenie, że chce rozejrzeć się dokoła;
nie oderwała jednak spojrzenia od obrazu, nieco tylko oczy zmrużyła.
Wyglądała na
zdecydowanie spokojniejszą, była bardziej rozluźniona, oddychała równo, ręce
splotła na plecach. Stała w wyraźnej odległości od dzieła sztuki, jakby nie
śmiała podejść bliżej, żeby bogactwa nie splugawić swym złodziejskim
jestestwem; a może lepiej tak widziała mimo słabego oświetlenia. Zdawało się,
że nie dostrzegła Cadora – nawet jeśli, to nie zwróciła na niego większej
uwagi, nadal pochłonięta krajobrazem.
On sam na
chwilę się zatrzymał, pochłonięty jej widokiem w stopniu mniejszym od
zainteresowania Ariene krajobrazem. Bezgłośnie oparł się ramieniem o ścianę i
wcisnął dłonie do kieszeni, pozwalając sobie na dziwnie ciepły uśmiech.
Powiódł
spojrzeniem po jej twarzy, ciągle zmęczonej, ale za to mniej strapionej,
przyjrzał się uważnie sylwetce; uspokoiła się, całe szczęście. Może wobec tego
nie powinien jej przeszkadzać? Czy nie lepiej byłoby, gdyby dał jej czas na
przemyślenie sprawy i dojście do jakichś wniosków?
Być może tak
rzeczywiście powinien postąpić, lecz zamiast tego wyprostował się i ruszył w
przód. Nadal stawiał bezszelestne kroki, więc żeby zwrócić na siebie jej uwagę,
musiał się odezwać.
Skierował się
spacerkiem w stronę wiedźmy i zatrzymał się koło niej, obracając się przodem do
obrazu; również założył ręce na plecach, jednocześnie marszcząc czoło i
przyglądając się obrazowi tak, jak robią to miłośnicy sztuki.
– Urokliwe –
skomentował mało profesjonalnie, rozwiewając wrażenie bycia krytykiem.
Prawdę
powiedziawszy, nawet się dziełu nie przyjrzał; och, tak, spojrzenie miał cały
czas w nim utkwione, jednak skupiony był na osóbce nadal stojącej w zasięgu
jego wzroku.
– Denna,
kiczowata podróbka – raczyła go poprawić, nawet nie mrugnąwszy, kiedy do niej
dołączył. – Ukradłam już dwanaście takich i dam sobie rękę uciąć, że gdyby
obróciło się płótno, w lewym dolnym rogu byłby sfałszowany podpis malarza.
Zwłaszcza że oryginał od ośmiu lat znajduje się w sejfie gildii – zakończyła,
odrywając spojrzenie od obrazu i zawieszając je na Cadorze.
Przymrużyła
oczy, jakby chciała się uśmiechnąć, ale ostatecznie tylko tyle zrobiła, znów
przyglądając się krajobrazowi. Pokiwała do samej siebie głową i westchnęła,
wyglądając tak, jakby zamierzała pójść dalej, jednak wspaniałomyślnie
postanowiła na niego zaczekać. Skoro już się przypałętał…
On jednak
nawet na nią nie spojrzał; przymrużył jasnozielone oczy, teraz przyglądając się
obrazowi z większą ciekawością. Nie wyglądał na kosmicznie drogi, jednak widać
było, że na tego typu dzieło pozwolić sobie może jedynie naprawdę bogaty
człowiek.
Skoro Ariene
miała przyjemność ukraść już dwanaście podobnych, musiała składać
niezapowiedziane wizyty w rezydencjach prawdziwych bogaczy. Cador skinął głową,
trochę pod wrażeniem, a trochę niespecjalnie zaskoczony.
– Jak uważasz
– zgodził się od razu, bo kiedy się na czymś nie znał, to nie udawał geniusza.
Nigdy go nie
uczono, jak rozróżniać oryginał od podróbki, ba, niewiele wiedział o sztuce
samej w sobie. Trochę wiedzy przyswoił na własną rękę – z powodu zainteresowania,
jak również dlatego, że nie chciał pozostać ignorantem w tej kwestii – jednak
najwidoczniej nie wystarczająco dużo.
Obrócił głowę
w jej stronę i znów jej się przyjrzał, zastanawiając się, czy właśnie o tym
myślała, stojąc w tym miejscu – o gildii. O starych czasach? Że były lepsze czy
gorsze, czy zastanawiała się nad swoim teraźniejszym życiem, porównując je z
byłym? Może myślała o nim; w kontekście gildii mogła porównywać do niego swoich
poprzednich, jakby to nazwać, partnerów.
Mężczyzna
przymrużył oczy; pomysł, by myślała o właśnie o nim, był dość bezczelny.
– Nadal
trzymają cię nerwy? – zainteresował się, zauważywszy coraz więcej oznak
zmęczenia na jej obliczu.
Były drobne,
niespecjalnie rzucały się w oczy, ale znał jej twarz na pamięć i od razu wychwytywał
takie szczegóły. Powinna się położyć, odpocząć chwilę, ale jeśli nadal buzowały
w niej emocje, nie ma szans na relaks. Może dałby radę jej pomóc, nie wiedział.
– Nie lubię
takich miejsc – westchnęła, wzruszywszy lekko ramionami. – Za bardzo kojarzą mi
się z dzieciństwem. Mój dom był podobny – dodała w ramach wyjaśnień i
przymknęła oczy, odchylając nieznacznie głowę.
Milczała
jeszcze chwilę, potem rozmasowała kark, wreszcie znów uchyliła powieki, tym
razem jednak rozejrzała się dokoła. Bez większej ciekawości, ot, jakby patrzyła
na takie cuda i podobny przepych każdego dnia.
Nie było tak,
bogactwo należało do niej – czy raczej do jej rodziców – dość krótko. Potem
tylko zabierała bez pytania, a i tak miała wrażenie, że to wszystko się jej
przejadło.
– Klatka ze
złotymi prętami. Same obowiązki, bo nie byłam synem – mruknęła ciszej,
potrząsnęła głową i ruszyła powoli w korytarz, wyraźnie nie chcąc go zgubić,
ale znudziwszy się towarzystwem podróbki krajobrazu.
Była pewna, że
większość dzieł sztuki to podróbki. Albo kupione z daleka z certyfikatem od
przygodnego kupca, że w swej ojczyźnie to najwspanialsze klejnoty malarstwa lub
rzeźby. Takich kosztowności jednak nikt nie sprzedaje, oryginały przejmuje się
jedynie poprzez kradzież.
Podążył jej
śladem, starając się utrzymać między nimi tę samą, niezbyt daleką odległość.
Teraz przyjrzał się wiedźmie z jeszcze większym zainteresowaniem, starając się
jak najlepiej zrozumieć te krótkie wypowiedzi, a informacje dopasować do obrazu
Ariene, jaki miał w głowie.
Zdawał sobie
sprawę z tego, że cholernie mało o niej wie, dlatego zapamiętywał wszystko.
Kiwnął głową na znak, że jest w stanie zrozumieć to, co miała na myśli, choć
nigdy niczego podobnego nie doświadczył.
– Wszystko
tutaj jest sztuczne – przyznał spokojnie. – Mało który przedmiot nosi ślady
używania, większość pokoi wygląda na niezamieszkane, a przede wszystkim
wszędzie jest chłodno. Pusto – potwierdził jeszcze, tym samym przyznając, że i
na nim rezydencja nie zrobiła pozytywnego wrażenia.
Znaczy, oczywiście,
była niewątpliwie piękna i zadbana, w takich miejscach z pewnością nie cierpiał
niczyj zmysł estetyki, no i lepiej musiało się odpoczywać w ładnym otoczeniu.
Ale mieszkać tutaj? To tak, jakby mieszkać na cmentarzu; wszystko było martwe.
– Zawsze możesz
przenocować w stajni, tam z pewnością jest bardziej przytulnie – rzucił już
bardziej żartobliwie, posyłając wiedźmie złośliwy uśmiech.
– I stajenni
niczego sobie – przytaknęła mu bez zająknięcia, całkowicie poważnie, nawet
skinęła lekko głową, chyba rozmyślając nad takim rozwiązaniem.
Dobrze
odwlekało się kolejną poważną rozmowę. Nie wiedziała, co powinna z tym
wszystkim zrobić i czego dokładnie oczekiwał. Czego sama, tak naprawdę,
chciała.
Teraz, kiedy
ochłonęła z gwałtownych emocji, przyszło zmęczenie, pewna pustka i nieco
bezradności. Bo nie miała pojęcia, co dalej. Ale właściwie cieszyła się, że
przyszedł, że raczył ją jeszcze trochę pomęczyć. Może dozna objawienia, może
coś zrozumie, a może usiądzie na tym krześle przy oknie i zaśnie.
Albo nie, bo
obudzi się cała obolała. No dobrze, w takim razie ciąg dalszy spaceru.
Cador
przymrużył oczy, w których na krótką chwilę pojawił się błysk prawdziwego
niezadowolenia; jednak gdy przeniósł spojrzenie na Ariene, tylko uśmiechał się
z przekąsem.
– Zainteresuj
się którymś. Może będzie miał lepsze wyczucie czasu – zaproponował zupełnie
swobodnie, chociaż wiadomo było, o jaką sytuację mu chodziło.
Po tych
słowach trudno byłoby określić jego nastawienie do wszystkiego; och,
oczywiście, widać było, że „niczego sobie” chłopcy stajenni tak go irytowali,
jak nie stanowili dla niego żadnego zagrożenia, ale jeśli chodzi o ten drugi
komentarz – i wydarzenie, którego dotyczył – cóż. Myśli Cadora Reamonna
pozostawały nieprzeniknione.
A spacerek był
przyjemny. Wolne tempo pozwalało na rozglądanie się po rezydencji; Cador
wypatrywał na przykład jakichkolwiek oznak życia. Nie liczył na służbę, która
miała na ten dzień opuścić budynek, ani nawet na zwierzątko, bo z pewnością już
dawno zauważyłby ślady jego bytności, ale na cokolwiek świadczącego o tym, że
mieszkają tu ludzie. Drobnostkę.
Na razie nie
znalazł niczego.
– Już biegnę –
obiecała solennie, nie spojrzała jednak na niego, na chwilę skupiwszy się na
widokach za oknem.
To chyba miało
znaczyć, że powinna coś zrobić. Tylko nie bardzo wiedziała co, a teraz jeszcze
zwątpiła w jego własny stosunek do całej sytuacji. Może udało się jej go
zniechęcić swoim rozgarnięciem i dziwnym zachowaniem, całkiem prawdopodobne.
Pozostawało
pytanie, dlaczego w takim razie tu przyszedł? Pewnie przypadkiem. Westchnęła i
zamknęła oczy, postanawiając, że jeśli coś ma się stać, stanie się prędzej czy
później. Nie miała już siły walczyć z całym światem, do walki może wrócić
jutro, gdyby zaszła taka potrzeba.
Objęła się
rękoma i potarła lekko ramiona, zastanawiając się, gdzie dała swoją torbę.
Przydałoby się zmienić te zdewastowane ubrania, wyglądała dość… interesująco.
Bieganie w samym gorsecie, może i wygodnie przerobionym, to jednak wyjątkowo
bliskie negliżu. Ale czego się dla pracy, prawda, nie robi. Nawet skacze w
dziką różę.
Uśmiechnęła
się ponuro i pokręciła nad samą sobą głową. Przerąbany ten dzień, ostatecznie
chyba nic nie poszło do końca po jej myśli.
Nie
odpowiedział, a cisza trwała do chwili, w której Ariene objęła się ramionami.
Wtedy właśnie Cador zwolnił kroku, znów przyglądając się jej intensywnie;
starał się nie patrzeć na nią cały czas, by...
W sumie nie
wiedział dlaczego, nie chciał, by jego spojrzenie było dla niej kłopotliwe.
Jednak od czasu do czasu musiał rzucić na nią okiem, bo ciągle coś go w niej
interesowało.
– Zimno ci? –
zapytał krótko, a jednak w jego głosie dało się wyczuć nutę opiekuńczości.
Hej, zaraz,
chłopie, pytasz o taką błahostkę wiedźmę, złodziejkę i skrytobójczynię w
jednym, chyba oszalałeś.
Mimo świadomości
tego, że jest naprawdę groźną, a przede wszystkim samowystarczalną kobietą,
chciał się upewnić, że położy się spać, że zaśnie bez zmartwień, że obudzi się
wypoczęta; chciał o nią zadbać.
Ariene
odetchnęła cicho, jakby z pewną rezygnacją. Nie odpowiadała pewien czas, nie
zmieniając tempa spacerku, może nawet nie usłyszała pytania. Wreszcie jednak
pokręciła lekko głową, garbiąc ramiona, zrobiła się trochę mniejsza.
Nie, nie było
jej zimno. Po prostu… tak jakoś… zmęczyła się trochę. Gęsia skórka na rękach to
też nie kwestia chłodu, raczej… niepewności. Od tych nieprzyjemnych dreszczy od
czasu do czasu.
Miała
wrażenie, że to już się tak będzie ciągnęło w nieskończoność, jeśli zaraz
czegoś nie zrobi. Będą tak szli obok siebie, od czasu do czasu zwracając na drugie
uwagę, i to wszystko. Zwolniła kroku, w końcu się zatrzymała, nie opuszczając
rąk i nie odwracając wzroku od posadzki.
Poczuł ulgę,
gdy się zatrzymała, bo sam planował to zrobić. Zaniepokoiła go trochę, może
tak. Dotychczas raczej bawiły go te jej skrępowane, niepewne reakcje, ale kiedy
sytuacja zrobiła się jasna, zaczęły być trochę niepokojące. Teraz odetchnął i
bez wahania podszedł te pół kroku bliżej, stając zaraz naprzeciwko niej.
Nie podobało
mu się, że unikała go spojrzeniem. Najpierw nieco się pochylił, przekrzywiając
głowę i usiłując złapać kontakt wzrokowy, jednak to zakończyło się
niepowodzeniem. Wyprostował się z cichym westchnieniem i ujął delikatnie jej
brodę, unosząc tak, by musiała na niego spojrzeć. Dopiero gdy to zrobiła,
uśmiechnął się mimowolnie i lekko pochylił ramiona.
Nie miał
zamiaru nic mówić, tylko patrzył na nią pytająco, oczekując reakcji. Och,
oczywiście, w tej swojej pewności siebie mógł zrobić wiele, przedstawić jej
konkretne warunki i nadać bieg wydarzeniom, ale nie chciał.
Chciał, by
była pewna tego, co się dzieje i tego, czego właściwie pragnie i oczekuje.
Chciał, by podejmowała własne decyzje i by wykazywała się od czasu do czasu
inicjatywą. Chciał, by reagowała jakkolwiek, bo póki co zaczynał odczuwać
wyrzuty sumienia.
Kiedy
przyglądała się mu, grzecznie nie odwracając wzroku, pomyślała, że bardzo dużo
potrafiło się zmienić w przeciągu ledwie kilku minut. Prędzej czy później
przestawała być pewna siebie, walcząca o własny interes, czy chociażby
zwyczajnie przestawała być podłą wiedźmą.
Uczucie
całkowitej słabości przypominało zdjęcie zbroi, złożenie całej ukrytej broni na
wierzchu i wsadzenie głowy do paszczy lwa w naiwnej nadziei, że się szczęki nie
zamkną. Nie przywykła do tego, trochę jej to ciążyło, ale wciąż z pewnego
powodu nie próbowała z tym walczyć.
Nie pamiętała,
by był kiedyś jakikolwiek człowiek, który pozwalał jej na tak definitywne
złożenie wszelkiej broni i rozluźnienie się.
Poruszyła
głową, uwalniając się od jego dłoni, spojrzeniem znowu uciekła w bok. Ciężar
ciała przeniosła mocniej na pięty, jakby zamierzała zawrócić i ruszyć; i wtedy
zakołysała się z powrotem na palce, postąpiła jeszcze jeden krok i oplotła go
ramionami w szyi, po prostu się przytulając.
Dopiero wtedy
zdołała z pewną ulgą odetchnąć i zamknęła oczy, częściowo się rozluźniając.
Nawet nie zdawała sobie sprawy, od jak dawna pragnęła to zrobić.
Ona za to
potrafiła w przeciągu kilku minut wywołać w nim najróżniejsze skrajne uczucia.
Na początku było to zdziwienie, trochę strach i bardzo niepokój, gdy uciekła od
jego dotyku, zdradzając się z zamiarem odwrotu. Szczerze mówiąc, już widział w
myślach, jak to zrobiła, i czuł, jak pękało mu serce. Tym bardziej był
zaskoczony, gdy zachowała się odwrotnie.
Wtedy ledwie
co rozpęknięte serce zalało się falą ciepła; on sam rozszerzył ze zdziwienia
oczy, by po chwili uśmiechnąć się tak radośnie. Objął ją wygodnie ramieniem w
talii, palce drugiej ręki wplatając w gęste, śmiesznie upięte, czarne włosy.
Przymknął na chwilę oczy, by odetchnąć jej zapachem i rozkoszować się nim w
pełni.
– Ariene –
szepnął tak po prostu.
Może po
części, ledwie ułamkiem siebie pytał „dlaczego”. Bo przecież równie dobrze
mogła go przytulać na pocieszenie, by zaraz mu powiedzieć, że nie powinien
sobie robić nadziei. Miał nadzieję, że tak nie będzie.
Coś, co
pojawiło się w jej spojrzeniu na chwilę przed przytuleniem, kazało mu wierzyć.
Ale na razie niech nie odpowiada, niech się nie odsuwa; tak było dobrze. Niech
ta chwila jeszcze trwa.
Ariene
uśmiechnęła się w jego ramię, ostatecznie się rozluźniając. Wreszcie przestała
się bać, niepewne myśli zniknęły, zdołała oczyścić umysł i odnaleźć się wśród
tych wszystkich pytań i wątpliwości. Na spokojnie. Powoli. Nie wierzyła, że
kiedykolwiek znajdzie się w takiej sytuacji, że kiedykolwiek będzie się nad
czymś takim zastanawiać.
Kiedy była
mała, przywykła do świadomości, że jej przyszłością będzie poślubienie innego
szlachcica, którego pozna pewnie w ostatniej chwili, na ceremonii. Że będzie
dobrą żoną, urodzi mu silnego dziedzica, wszystko jak być powinno w szlachcie.
Gdy to
straciła i znalazła się na ulicy, poczuła niewyobrażalną ulgę. Tam jednak też
nie było swobody, tam panowały inne zasady oraz prawa. Żyło się z dnia na
dzień, grając tylko na własne konto, jeśli nie dbałeś o siebie, nikt nie zadbał
o ciebie. Plecy miałeś odsłonięte, kiedy ich nie pilnowałeś, ot.
A czasami
nawet przyjaciele wbijali nóż pod żebro, byle tylko zyskać więcej i żyć lepiej.
Tam się nie ufało, nie kierowało się uczuciami. Kolejny raz odrzuciła te
zwykłe, ludzkie ideały, jak i ideały szlachty.
Teraz
natomiast poczuła się wreszcie całkowicie wolna.
– Kocham cię.
Drgnął.
Delikatnie położył ręce na jej ramionach i odsunął ją nieco, zaraz obejmując
jej twarz dłońmi. Miał szeroko otwarte, pełne niedowierzania oczy i zdawało
się, że zaraz poprosi ją, by powtórzyła, bo chyba się przesłyszał.
Jednak to nie
nastąpiło, a po chwili na jego twarzy pojawił się uśmiech. Jeszcze bardziej
uśmiechały się te zielone oczy, które właśnie zabłysnęły radośnie, zdradzając
wszystko, co w tej chwili poczuł.
A poczuł
bardzo wiele.
Pobłądził
spojrzeniem po jej twarzy, ale nie, nie przesłyszał się ani nie pomylił.
Niedowierzanie całkowicie już ustąpiło miejsca pięknemu w swej prostocie
szczęściu; nawet nie śmiał o tym marzyć. Śnił sobie o wielu rzeczach, ale nigdy
o tym, że usłyszy od niej takie słowa.
„Ja ciebie
też” wydało mu się zbyt banalne, zresztą nie oddawało wszystkiego tego, co
chciał jej przekazać. W obecnej chwili naprawdę nie był w stanie wyłuskać ze
swojego otumanionego umysłu czegoś lepszego, wybrał więc odpowiedź, która sama
mu się nasuwała.
Przyciągnął
Ariene do siebie i pocałował ją, tym razem nie niepewnie, nie na próbę. Co więc
było w tym pocałunku? Przede wszystkim – uczucie. Uczucie, które, jak się
okazało, było odwzajemnione. Sporo było też pasji, przyznajmy, niemało wprawy,
ale nic z tego nie dorównywało czułości.
Dopiero po
chwili zdecydował się od niej odsunąć, uznając, że nawet taka odpowiedź nie
jest wystarczająca. Przechylił głowę, teraz zatapiając się w jej oczach,
pogłaskał ją delikatnie po policzku.
– Ariene,
kocham cię od chwili, w której cię poznałem. Z każdym dniem coraz bardziej –
szepnął.
I ciągle miał
poczucie, że to jeszcze nie wszystko, ale już zabrakło mu słów i czynów.
Panienka
Tenshi zamrugała, trochę w szoku, wpatrując się w niego jakby bez zrozumienia.
Powoli niedowierzanie oraz zdumienie ustępowało nieśmiałemu szczęściu, aż
wreszcie na moment się rozpromieniła, zniknęło to zmęczenie, pewna niechęć do
świata, wszystko to, z czym snuła się chwilę temu po korytarzach.
A potem
parsknęła śmiechem i naprawdę miała nadzieję, że nie wyglądało to tak, jakby go
wyśmiała. Po prostu pamiętając o niektórych faktach, trudno było wziąć jego
gorącą deklarację na poważnie. Cador, chyba wskrzesiłeś podłą wiedźmę.
– Mówisz o tej
chwili, w której gruchnąłeś w pierwszą ścianę, czy może o tej, w której
zostałam twoim prywatnym stolikiem? – zainteresowała się, dalej szczerząc ząbki
w szerokim, radosnym uśmiechu.
Wyżywał się na
niej przez prawie całą noc, aż od skoku w dziką różę, miała prawo się odegrać.
Zwłaszcza że nagle poczuła się dziwnie lekko, spokojnie i pewnie.
– Na pewno nie
o tej, w której postanowiłaś wykorzystać moje plecy jako środek lokomocji –
odegrał się natychmiast, rzeczywiście niespecjalnie urażony.
Bo wystarczyło
mu za jej odpowiedź to spojrzenie, ten moment szczęścia, jakie widać było na
jej twarzy; w sumie dziś umarłby szczęśliwy. Ale nie było mu spieszno do grobu,
sporo jeszcze na niego czekało.
A wszystko to
mieściło się w tej podłej kobiecie, która stała przed nim.
– Wyglądasz
jak trup – postanowił ją poinformować, bo może nie wiedziała, znów przesuwając
opuszkiem palca po bladej, zmęczonej skórze jej policzka.
Cały czas się
uśmiechał, więc chyba zmienię taktykę i zacznę was informować, jak przestanie.
Na razie nie przestawał.
– Powinnaś
odpocząć – dodał, żeby nie było, że tak krytykuje jej wygląd dla samego faktu.
Martwił się!
– To twoja
wina – stwierdziła z niezachwianą pewnością, przymrużając lekko oczy, na powrót
spokojniejsza i mniej bojowa.
Ale ona także
się uśmiechała.
– Poza tym nie
wiem, gdzie jest część gościnna, zabłądziłam – przyznała szczerze i zgodnie z
prawdą, bo, no cóż, kilka razy skręciła w bliźniacze korytarze i generalnie
zamierzała wyjść ostatecznie oknem, żeby wejść do rezydencji od zewnątrz.
Przechyliła
głowę w lewo, w prawo, po czym spróbowała niezdarnie przygładzić włosy, znów
zastanawiając się, gdzie posiała bagaż.
To znaczy nie
żeby chwila nie była cudowna, podniosła i tak dalej, ale jednak Cador jej
nigdzie nie ucieknie, bagaż natomiast może się już znajdować w drodze morskiej
z Cyrollie w jakieś gdzieś. Za dobrze znała siatkę przestępczą Lostaru.
– No to chodź
ze mną – zaproponował od razu, postanawiając nie komentować jej pierwszej
wypowiedzi, bo było w niej za dużo prawdy.
Prawdy, wobec
której nie czuł ani krztyny żalu czy wyrzutów sumienia. By wiedźma się długo
nie zastanawiała, odwrócił się i ruszył korytarzem, powoli, by mogła go
dogonić.
– Ma pani
jeszcze jakieś życzenia? – zainteresował się na odchodnym, zerkając na nią
przez ramię.
Bo wyglądała,
jakby się nad czymś zastanawiała. Uśmiechnął się kącikiem ust, nadal brnąc w
korytarz; w sumie zastanawiał się, czy wiedźma z przekory nie pójdzie w inną
stronę.
– Jakbyś mi
jeszcze skołował mój bagaż, to… eee… nie wiem, co byś chciał? – poddała się,
uśmiechając się pogodnie.
Dogoniła go,
ustawiając się tak, by nie iść zbyt daleko. Na razie nie miała ochoty się
odsuwać, czuła się trochę pewniej, kiedy był blisko. Pewnie kiedy się za kilka
godzin obudzi… och, jak się obudzi, będzie mordowała równo wszystkich, no tak.
Ale potem wszystko mniej więcej wróci do normalności. Tylko będzie tak trochę
inaczej.
Uśmiechnęła
się szerzej, czując, że zmęczenie pozwoli jej zasnąć natychmiast. Nieważne,
jakie atrakcje szykowali dla nich pozostali z drużyny. Ehem, no, nie sposób
liczyć Caleba, Aidana czy Leanelle… Całkiem prawdopodobne, że ze strony Erriana
oraz Aithne też nie czeka ich nic strasznego.
W każdym razie
– jak zaśnie, niech nikt nie waży się jej ruszać, bo zabije ze szczególnych
okrucieństwem.
– Zostawiłaś w
hallu – oznajmił jej spokojnie, nie potrzebując ani chwili na zastanowienie.
No, takie
rzeczy się zauważa, prawda?
– Przynieść
ci, czy pójdziemy razem? – dodał jeszcze, znów przechylając głowę, by na nią
spojrzeć.
Trudno mu było
oderwać od niej wzrok, taka prawda.
On nie czuł aż
tak wielkiego zmęczenia. Ot, mięśnie dawały znać o wyczerpaniu, ale umysł
ciągle pracował w normalnym (ekhm, biorąc pod uwagę okoliczności, tak normalnym,
jak było to możliwe) trybie. Zresztą nie był do końca przekonany, czy uda mu
się dziś zasnąć. Na pewno nie tak od razu.
Ariene
spojrzała na niego czujnie, przymrużając z pewną podejrzliwością oczy. Potem
westchnęła i pokręciła ze zrezygnowaniem głową.
– Nie jesteś
człowiekiem – zawyrokowała z niezachwianą pewnością. – Razem – zdecydowała
zaraz, wzruszając lekko ramionami. – Ale nadal nie wiem, w którą stronę, więc
oficjalnie uznajmy, że mnie porwałeś – dodała, uśmiechając się pogodnie.
Jeszcze trochę
dłuższy spacer wytrzyma, nic jej nie szkodziło. Skoro i tak była całą noc na
nogach, to co to dla niej. Po atrakcjach w Perrianie, kiedy definitywnie
osiągnęła swój limit, żaden całonocny bal i żadna ucieczka nie były jej
straszne.
No, może
trochę. Uśmiechnęła się szerzej, nie potrafiąc powstrzymać rumieńca.
On jakby go
nie zauważył, a przynajmniej postanowił zignorować i nie próbować domyślić się,
co było powodem jej zarumienienia. Skinął głową i na krótką chwilę wytężył
zmysły, by wsłuchać się w dobiegające z najbliższego otoczenia dźwięki.
Dopiero wtedy
sięgnął do niej ręką, splatając palce ich dłoni. No co, jak porwanie, to
porwanie, nie miał sznurka (ojej), żeby związać więźnia, to musiał prowadzić,
tak?
– To niedaleko
– postanowił ją poinformować.
A co, niech
czuje się gorsza, że zgubiła się w tak bliskiej odległości od głównego wejścia!
Uśmiechnął się do niej przez ramię, po czym zapatrzył się w drogę przed nimi.
Podła wiedźma
przymrużyła oczy, by zaraz wbić paznokcie w jego dłoń; z wyczuciem, ale nie na
tyle słabo, żeby zignorował. Nie będzie jej tu prosto w twarz kpił, co to, to
nie. Daleko czy blisko, miała prawo się zgubić, nadal to jego wina.
– Świetnie,
szybciej się od ciebie uwolnię – skwitowała bardzo zadowolona, nawet wydając z
siebie cichy, niski pomruk.
Ale to dopiero
wtedy, kiedy postąpiła pół kroku w bok i lekko oparła się na nim ramieniem,
rozluźniając uścisk na dłoni do normalnego. Chociaż gdyby wiedziała, że
najpierw się upewniał, czy są sami, jakby się jej wstydził… No, ale nie
wiedziała!
Raczej się
bał, że to ona może czuć się skrępowana. On najchętniej obwieściłby dobre
nowiny całemu światu, napisał o tym pieśni i wykuł napis o wydarzeniu na murze
rezydencji. To w Ariene było ledwie chwilę temu mnóstwo wątpliwości, nie chciał
więc wymagać za dużo.
Swoją drogą
miał ochotę puścić jej rękę, skoro taka była dla niego okrutna, ale gdy oparła
się na nim ramieniem, nie potrafił. Chciał pokręcić głową sam do siebie, karcąc
się za aż tak bezgraniczne zakochanie, ale to wyszłoby co najmniej dziwnie.
Dlatego tylko uniósł kącik ust, postanawiając również nie odpowiadać na
zaczepkę.
Hall
faktycznie był niedaleko, a w nim znajdowała się torba – porzucona, leżała pod
jedną ze ścian. Cador schylił się, podniósł znalezisko i zarzucił sobie
skórzany pasek na ramię, nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi, działał
instynktownie.
Nie chodziło o
to, by się kochanej Ariene przypodobać, po prostu wydawało mu się to naturalne
i na miejscu. Wychowany chłopak, mamusia byłaby dumna.
Korytarz
części sypialnianej zaczynał się ledwie parę metrów dalej. Cador zatrzymał się
na jego granicy, zmarszczył czoło i pogrążył się w zadumie. Najpierw chciał
swobodnie zaproponować, by wybrała sobie pokój, a później coś mu wpadło.
– Jak myślisz,
gdzie będą Sheridan i Anabde? – zapytał, zerkając krótko na swoją towarzyszkę.
– Wypadałoby znaleźć pokój jak najbardziej od nich oddalony.
Ariene bardzo
dzielnie nie parsknęła śmiechem i także się nie uśmiechnęła, pozostając
poważną, w końcu tu chodziło o ich odpoczynek i względną ciszę. No cóż, mają
takich towarzyszy podróży, to trzeba sobie radzić, ot co.
– Wyszłam jako
pierwsza, ale może jeśli się wsłuchamy… – mruknęła, wzdychając ciężko. – Nie
wiem, ja mogę spać nawet na fotelu – poddała się po chwili rozmyślania, co też
zrobić z urokliwą, ale głośną parką.
Mogliby też
krzyknąć z zapytaniem, ale wątpiła, czy to dobry pomysł. Może jednak ta stajnia
nie jest głupim pomysłem… chociaż nie, bo ktoś by dostał wścieklizny po czyimś
niewinnym komentarzu. Westchnęła raz jeszcze.
Cador jeszcze
chwilę się zastanawiał, po czym westchnął i
pchnął drzwi najbliższego pokoju. Stanął koło nich i gestem przepuścił
Ariene przodem.
–
Prawdopodobnie są na końcu korytarza. Raz, to do nich pasuje, dwa, nikogo nie
słyszę – wyjaśnił spokojnie, po czym obejrzał się na pokój, który właśnie
otworzył, oceniając w myślach wystrój.
Zdawało się,
że należy do skromniej urządzonych pomieszczeń w tym budynku, Ariene chyba
powinno to odpowiadać.
– Może być? –
zapytał jeszcze dla upewnienia, wracając do niej spojrzeniem.
Ariene chyba
go już nie słuchała, bo ruszyła przed siebie z rozanielonym wyrazem twarzy,
rozłożyła szeroko ręce i uśmiechnęła się niepokojąco czule.
– Kocham cię –
wyznała naprawdę szczerze i gorąco, padając na łóżko i przytulając do siebie
pochwyconą w ramiona poduszkę.
Nie wyglądało
jednak na to, żeby mówiła do porzuconego w progu obrońcy.
No cóż, może
to tak z nią jest, że wyznaje swoją miłość co drugiej napotkanej rzeczy lub
osobie. W każdym razie, jak widać, nietrudno było ją uszczęśliwić.
– Bo będę
zazdrosny – mruknął pod nosem Cador, wchodząc do pokoju i przymykając drzwi.
Westchnął
ciężko nad swoim losem, podszedł do nowego oblubieńca Ariene i położył jej
torbę na jednym z oblubieńcowych sąsiadów, czyli nocnej szafce. No, spełnił
swoje zadanie, chyba pora się zmywać.
Stanął nad jej
łóżkiem wyprostowany i spojrzał na kobietę z góry. Chwilę tak trwał, a gdy nie
została mu poświęcona ani krztyna uwagi, uśmiechnął się z rozbawieniem i
pochylił, by pogłaskać Ariene po włosach.
– Dobranoc –
szepnął tuż nad nią, niemalże jej do ucha.
Kobieta, choć
sprawiała takie wrażenie, jeszcze nie zasnęła. Przekręciła się bardziej na
plecy, żeby uchwycić go spojrzeniem, uśmiechnęła się lekko i od niechcenia
przeczesała włosy Cadora dłonią. Miał ich chyba więcej od niej.
– Nie bądź –
poprosiła grzecznie, unosząc się trochę, by musnąć jego usta w bardzo
grzecznym, ale ciepłym pocałunku. – Dobranoc – odpowiedziała, z powrotem
układając się na łóżku i zwijając się w kłębek; poduszki jednak z objęć nie
puściła, bo naprawdę wyjątkowo ją pokochała.
Zaraz zamknęła
oczy i odetchnęła cicho, całkowicie rozluźniona i wyjątkowo zadowolona. Może
ten dzień nie był aż tak do bani, jak się zapowiadał.
Uśmiechnął się
ciepło i wyprostował, dając sobie jeszcze chwilkę na przyjrzenie się jej
śpiącemu obliczu. Pogrążona w objęciach Morfeusza była naprawdę urocza – do
czasu, aż się nie obudziła, ale o tym nie myślał, żeby nie psuć wrażenia.
Wreszcie
przypomniał sobie, że biedna może mieć trudności ze snem, kiedy on tak się w
nią wgapia, dlatego z ciężkim sercem odwrócił się od jej łóżka. Opuścił pokój z
dziwnym uśmiechem, którego nie był w stanie ukryć, ostrożnie zamykając drzwi,
by ich skrzypnięcie nie zakłóciło snu Ariene.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz