sobota, 23 lutego 2013

67. Nieprzewidziane wyznanie



Powitały ich wysokie na ponad dwa metry mury z piaskowca i prawdopodobnie żelazna, a tylko barwiona na złoto brama. Zabudowania znajdujące się w środku musiały być niskie, bo nie wystawały ponad mur; dało się słyszeć za to cichy szum wody i, co zastanawiające, rechot żab.
Rezydencja sprawiała wrażenie twierdzy nie do zdobycia, zwłaszcza że przy wjeździe wartę pełniło dwóch strażników. Mężczyźni byli uzbrojeni po zęby, mieli na sobie barwione na szkarłat zbroje o srebrnych wykończeniach i choć sprawiali wrażenie znużonych pilnowaniem, natychmiast zareagowali na przybycie nieznajomych.
– Ty tak na serio? – burknęła mało przekonana Leanelle, zerkając na Cadora.
Mężczyzna spojrzał na nią, uśmiechnął się lekko i kiwnął głową, po czym mocniej przyłożył łydki do końskich boków, jadąc na powitanie strażnikom. Leanelle pomyślała sobie wtedy, że jeśli przypadkiem ktoś obrońcę wystawił, to zaraz będą mieli Reamonna nadzianego na włócznię.
– Ty jesteś...? – zaczął wyższy ze strażników, zerkając na Cadora mało przychylnie.
No tak, skoro przedstawiono im go jako znanego w swoim fachu obrońcę, pewnie spodziewali się umięśnionego byka o twarzy pooranej bruzdami, a nie szczupłego, pogodnie umięśnionego faceta.
Rezydencja należała do pewnych bogaczy aktualnie przebywających całą rodziną na wyjeździe, chodziło o ślub czy inny pogrzeb. Jak się przypadkiem okazało kilka dni wcześniej, służbę u głowy rodu pełnił dawny przyjaciel Cadora, również obrońca, notabene winny naszemu bohaterowi przysługę. Ze względu na nią, oraz – jak gorąco zapewniał – ze względu na sympatię, obrońca zgodził się załatwić Cadorowi i jego przyjaciołom jednonocny postój w rezydencji.
Warunkiem było pozostawienie jej bez zniszczeń i śladów po obecności; mężczyzna obiecał załatwić całą resztę, tak uprzedzić służbę i strażników, jak przygotować pokoje czy prowiant. Układ wydawał się być czysty, a Cador wielokrotnie zapewniał swych towarzyszy, że jego dawnemu przyjacielowi można ufać.
Teraz poluzował wodze Keelaina, upewnił się krótkim zerknięciem, że reszta grupy znajduje się w bezpiecznej odległości, po czym uznał, że trzeba się przekonać, czy miał rację.
– Wilk Reamonnów – odpowiedział spokojnie, unosząc nieznacznie kącik ust.
Jak to zostało ustalone, miał się przedstawić nie imieniem, a przezwiskiem, pod którym znanym był w światku obrońców.
Strażnikowi najwyraźniej wystarczyło słowne zapewnienie, bo kiwnął głową, po czym skierował się do znajdującej się obok bramy wajchy.
– Cador – mruknął dla upewnienia, a widząc, że ten przytaknął, naparł na wajchę, kręcąc w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara.
Brama powoli otwierała się, skrzypiąc przy tym cicho.
– Czekaliśmy na was.
Wreszcie przejście stanęło przed nimi otworem. Do wnętrza rezydencji prowadziła wyłożona jasnymi kamieniami dróżka; gdy na nią wjechali i przebyli kilka metrów, powitał ich przyjemny zapach kwiatów i oszałamiający widok egzotycznego, wyglancowanego ogrodu.
Soczyście zielona trawa odgradzała od siebie kolejne grządki, niewysokie, zabawnie poskręcane drzewa dawały niewielki cień, różnobarwne pąki kwitły, a ilość i nietypowość zebranych tutaj roślin mogła przyprawić o zawrót głowy. Po prawej stronie wykopano niewielkie oczko wodne; słyszany szum wody brał się z wodospadu (jak to dumnie brzmi), a żaby rzeczywiście przesiadywały na liliach wodnych, wydając z siebie charakterystyczne odgłosy.
Na końcu dróżka rozwidlała się – jedna jej odnoga prowadziła do niewielkiego budynku stajni, przed którym czekało już dwóch chłopców stajennych, druga zakręcała pod kamienne schodki. Sama rezydencja była jednopiętrową budowlą o licznych oknach, wykonaną z kremowego kamienia; stosunkowo długa (na co niektórzy odetchnęli z ulgą; można będzie spokojnie spać, jeśli wybierze się pokój z dala od wiadomej pary) i już z zewnątrz widać było, że pełna korytarzy oraz niewielkich pomieszczeń.
– Znacie zasady? – zapytał jeszcze strażnik, zatrzymując się koło Cadora, gdy cała grupa przejechała przez bramę, a ta została zamknięta.
– Nie niszczyć, nie brudzić, nie zostawić śladów, nie buszować w spiżarni, niczego nie kraść. Wszystko? – wyrecytował mężczyzna, błyskając jasnozielonymi oczami.
Strażnik zacisnął wargi, skinął głową i wykonał gest w stronę chłopców stajennych.
– Wobec tego zostawcie im konie i rozgośćcie się – zaproponował.
Odwrócił się i wrócił na swoją pozycję, jawnie sugerując, że rozmowa została zakończona. Cador odprowadził go rozbawionym spojrzeniem, po czym cmoknął na izabela, posłusznie kierując go we wskazaną stronę.
– Łoł – powiedziała będąca pod wrażeniem Leanelle.
Rozglądała się dookoła, chłonąc obrazy, i oddychała głęboko, rozkoszując się przyjemnymi aromatami.
Że też ludzie żyją w takich chatach, na Silthe, przecież to raj na ziemi.
Widząc jej rozmarzone spojrzenie i lekki uśmiech, Cador zaśmiał się cicho.
– Mówiłem – oznajmił jej krótko i nie doczekał się komentarza.
Nienawidzę tego, przypomniała Faryale, tuląc uszy na widok sięgających do jej wodzy obcych dłoni. Obróciła łeb i posłała przyjaciółce pełne wyrzutu spojrzenie. Nie mogłabyś kupić sobie domu i mieć koło niego ładną stajnię?
– Nie stać mnie, poczwaro – burknęła Aithne, próbując podać chłopcu wodze, podczas gdy klacz uparcie szturchała jej dłoń, odpychając od rąk stajennego. – Przestań, konino.
Znajdź sobie bogatego męża. Nawet miałabym jednego kandydata.
– Chyba cię pojebało – szczerze wyznała jej upadła, aż się otrząsnąwszy. – Nie ma mowy. I będziesz spać w cudzych stajniach do usranej śmierci czy tam końca świata – zastrzegła niezadowolona, wreszcie wpychając chłopakowi wodze.
Zignorowała jego zdumione i po części przerażone spojrzenie, skupiając uwagę na pokonanej Faryale. Aż się Aithne dumnie wyprostowała, zadowolona z siebie.
Czasami mam straszną ochotę cię ugryźć. I nawet nie dlatego, że jesteś podła, tylko głupia jak but, odparła na to Faryale, stuliwszy z dezaprobatą uszy.
– Dzięki, zołzo – prychnęła Aithne, markotniejąc trochę.
– Sporo miejsca – usłyszała koło siebie i aż podskoczyła, zaraz przenosząc wzrok na rozglądającego się z ciekawością Erriana.
O wilku mowa, zachichotała jeszcze złośliwie Faryale, pozwalając się poprowadzić do stajni, bo co miała zrobić.
– Wilka to sobie w dupę wsadź – zaproponowała upadła, prychnąwszy.
– Co Cador miałby robić w zadzie Faryale? – zainteresował się rozbawiony mag, przekrzywiając głowę, by lepiej widzieć zaczerwienioną twarz Aithne.
– Obwarzanki – burknęła, garbiąc ramiona.
– No tak, głupio pytam – odparł Errian, uśmiechając się szeroko, by zaraz przenieść wzrok na odprowadzającego spojrzeniem Gniadą Sheridana. – To będzie ciężki odpoczynek.
– Jeszcze się o niego martwisz? – oburzyła się Aithne, potrząsnęła potarganymi włosami i ruszyła do Cadora, który czekał na wszystkich, by zaprowadzić ich do rezydencji.
– Martwię się o swoją wytrzymałość psychiczną – mruknął pod nosem Errian.
Póki nie uchwycił spojrzenia Caleba, miał nadzieję, że nikt nie słyszał. Odkrycie nie do końca poprawiło mu humor, ale co poradzić. Zresztą myśliwy musiał zająć się czym innym niż dokuczaniem magowi, na przykład panowaniem nad drżącą ze złości wiedźmą, która tylko czekała, żeby poderżnąć gardło pewnemu Przeklętemu.
Udało im się jednak bez strat w ludziach dotrzeć do drzwi rezydencji (chociaż Anabde wątpiła, by chłopcy stajenni mieli przeżyć ich wizytę. Jeden musiał zająć się Faryale, drugi Lantano, przegrana sprawa). Okazało się, że w środku robi ona tak samo duże wrażenie, co z zewnątrz. Nie było tu śladu przepychu, rezydencję urządzono w klasycznej prostocie, jednak na co się nie natknęli, zdawało się krzyczeć „jestem wart więcej niż twoje marne istnienie!”. Nawet wazon. Nawet krzesło.
Hall był szeroki i łączył się z otwartym pokojem dziennym, w którym pod jedną ścianą ustawiono rządek zdobyczy łowieckich właściciela (bądź też jego myśliwego). Na samym środku pokoju znajdował się zaś nieduży stolik z ciemnego drewna i to właśnie w jego stronę skierował się Cador.
Kanapy robiły wrażenie wygodnych i takie właśnie były; miło pachniały skórą, a narzucone nań futra sprawiały, że obrońca zaczął marzyć o krótkiej drzemce. Niestety, najpierw trzeba dopilnować porządku w szeregach; to nie będzie takie łatwe.
Anabde starała się nie zwracać uwagi na wszystkie te bogactwa; ot, pobłądziła zaciekawionym spojrzeniem po bardziej interesującej rzeźbie, przyjrzała się malowidle w hallu, z wyjątkowym niezadowoleniem zerknęła na wypchane zwierzęta postawione w salonie (nie dość, że zabijają bez potrzeby, to jeszcze się tym chwalą. Ludzi by mogli wyrżnąć, a nie Silthe ducha winne stworzenia).
Jej uwaga skupiła się jednak na karafce wina stojącej na małej szafce koło stolika. Natychmiast skierowała się w jej stronę i ledwie powstrzymała się od sięgnięcia po naczynie; ciekawe, czy przyjaciel Cadora chciał im urządzić miłe powitanie, czy wino czekało na powrót właścicieli rezydencji. Przyjrzała się cieczy tęsknie; żeby bardziej cierpiała, wino było czerwone.
Potem, biorąc przykład z Cadora, siadła na jednym z foteli. Założyła nogę na nogę i oparła się o podłokietnik, spoglądając na resztę towarzystwa z wyraźnym znużeniem. Zaraz się zacznie.
Leanelle grzecznie podreptała za Anabde, chociaż najchętniej zatrzymałaby się przy każdym ciekawszym przedmiocie, by dokładniej mu się przyjrzeć. Niektóre widziała po raz pierwszy i wyglądały tak skomplikowanie, że trudno było jej zgadnąć, do czego służą.
Powstrzymała się jednak, przycupnęła na krawędzi szerokiej kanapy i objęła się za brzuch. Szkoda, że nie wzięła zatyczek do uszu, jak tak patrzyła na minę wiedźmy, zaczęła podejrzewać, iż mogłyby się okazać przydatne.
– Generalnie zadanie zakończyło się sukcesem – zaczął ostrożnie Cador, błądząc zaniepokojonym spojrzeniem od Ariene do Sheridana.
– Tak, zajebistym sukcesem – przyklasnęła mu wiedźma, świdrując spacerującego po pokoju Przeklętego wzrokiem.
I jeszcze te ręce w kieszeniach. Gdyby mogła, to by mu urwała każdą kończynę po kolei, związała je w supeł i wrzuciła do rzeki. A potem urwała mu łeb.
– Chyba nie ma potrzeby… – zaczął niepewnie Errian, widząc, że zawracanie Sheridanowi głowy przypominałoby w tym momencie drażnienie lwa.
– Co ty sobie, Kedalt, wyobrażasz? – warknęła Ariene, mrużąc groźnie oczy.
Brakowało tylko nastroszonego futra, chodzącego nerwowo zjeżonego ogona i wysuwających się pazurów.
Nie, nie kota. Pumy, jaguara albo innego irbisa.
Sheridan nie zwrócił na nią uwagi, bez zainteresowania wyglądając przez okno, jakby sprawdzał, jakie też tam są widoki, i czekał na zakończenie obrad. Które miały się skupić na nim, tylko jakby tego nie zauważył.
– Naprawdę uważam… – podjął kolejną próbę Errian, ale urwał, kiedy Caleb położył mu dłoń na ramieniu i pokręcił głową.
– Mógłbyś zrobić z nią dosłownie wszystko, a i tak go teraz zabije – uzmysłowił biedakowi myśliwy, wzdychając.
– To ja zajmę strategiczne miejsce – bąknął Aidan, wycofując się za fotel swojego nauczyciela, bo jednak on był najbezpieczniejszym punktem w pokoju.
– Słuchaj mnie, do kurwy nędzy! – krzyknęła wtedy Ariene, doprowadzona zachowaniem Sheridana do wrzenia.
Złapała najbliższą poduszkę i rzuciła nią w Przeklętego. Przedmiot trafił w tył głowy łowcy i runął w stronę doniczek z kwiatkami, ale tragedię powstrzymało spojrzenie Erriana; jasiek zawisł w powietrzu i powoli, bardzo daleko od Ariene i Sheridana, wrócił na swoje prawowite miejsce.
Mężczyzna obrócił się do wiedźmy, mrużąc błyszczące groźnie oczy.
– Do jasnej cholery, mózgu już kompletnie nie prowadzisz? – zasięgnęła języka niezrażona Ariene, samej wyglądając nader niepokojąco.
– On go nie posiada – wtrąciła swoje trzy grosze Aithne.
Errian westchnął ciężko. Robiło się coraz gorzej.
– Jakiś problem? – zainteresował się złudnie spokojnym głosem Sheridan.
– Nie, kurwa, cudnie i wspaniale, tylko przez ciebie ktoś mógł zginąć! – krzyknęła Ariene, zacisnąwszy dłonie w pięści.
– To byłby chyba jego problem – skwitował łowca, wzruszając niedbale ramionami.
Leanelle podciągnęła nogi na siedzenie kanapy i skrzyżowała je, opierając się wygodniej na meblu. To chyba trochę potrwa; byłaby z tego powodu zła, gdyby nie została nakarmiona, ale tak – niech się kłócą.
W duchu kibicowała Ariene, uważając, że się łowcy należy; tylko tego nie powie na głos, bo co się będzie wtrącać, Sheridan to by mógł ją zjeść w ramach przekąski.
Cador otworzył już usta, chcąc coś powiedzieć, ale powstrzymała go przed tym wściekłość Ariene. A niech się kobieta wyładuje, co się będzie wtrącał; zareaguje, gdy zajdzie taka potrzeba.
Anabde zacisnęła usta; ta kłótnia dziwnie jej coś przypominała. Czy wszystkie konfrontacje z łowcą wyglądają tak, że zdesperowane kobiety zaczynają rzucać przedmiotami, by Sheridan łaskawie zwrócił na nie swoją uwagę?
Ona przynajmniej używała szklanek, jakby trafiła, bolałoby bardziej. A nie jakieś tam poduszki. Nawet mogłaby Ariene podpowiedzieć – w sumie mogłaby też się wtrącić – ale uznała, że to nie jest jej sprzeczka.
– Och, pewnie – warknęła Ariene. – Rozumiem, że może ci na niektórych rzeczach, o Silthe, zależeć, ale, kurwa mać, nie narażaj wszystkich! – syknęła. – Wystarczyłoby, gdybyś skręcił mu kark na balkonie!
– Jemu zależy tylko na… – zaczęła Aithne, tylko została zagłuszona niskim, wibrującym głosem Sheridana:
– Najwyraźniej by nie wystarczyło. Możesz próbować rządzić swoim obrońcą? Jesteś irytująco głośna – skwitował, dalej miażdżąc wiedźmę spojrzeniem.
Tym razem wzmianka o Cadorze nie strąciła Ariene z pantałyku, chyba nawet bardziej ją rozjuszyła. Postąpiła kilka kroków do łowcy, we wściekłym grymasie szczerząc zęby.
– Nie, nie mogę, bo ma przynajmniej w głowie mózg, a nie sam testosteron, do kurwy nędzy – prychnęła, pochylając głowę.
– To może kilka rzeczy utrudnić – podsumował uprzejmie Sheridan, przyglądając się wiedźmie tak bezczelnie z góry, że to dziwne, iż jeszcze się na niego nie rzuciła z bronią.
– Czy ty zawsze musisz myśleć o sobie, nie mógłbyś choć raz, kurwa mać, zrobić coś według planu? Czy to takie, do jasnej cholery, trudne? – zawołała Ariene, z cichym syknięciem wypuściwszy powietrze przez zaciśnięte zęby. – Jakbyś się jeszcze trochę postarał, mógłbyś zabić też nas, po co strażnicy mają się trudzić, co?
– Tak, dokładnie o sobie myślałem. Byłem głodny – odparł Sheridan, coraz bardziej zirytowany, kiedy patrzył na rozjuszoną wiedźmę.
– Och, ale mi ciebie żal, no naprawdę – sarknęła Ariene, wywróciwszy oczami. – Chyba usiądę i zacznę, kurwa, płakać. Jak na Przeklętego, to dajesz dupy na całej linii, niczego nie potrafisz porządnie zrobić – skwitowała wściekła.
– Doskonale. Skończysz już się nad tym faktem trząść? Znudziłaś mnie – odparł, tym razem przymrużając powieki z pewnym zdegustowaniem.
– Ty cholerny…. – zaczęła Ariene, zadrżawszy wyraźnie, jej oczy nabrały intensywnego niebieskiego koloru.
– Chyba wystarczy – wtrącił wtedy Errian, zawiesiwszy wzrok na łowcy. – Naprawdę nie ułatwiłeś tego zadania, Sher.
Przeklęty wzruszył tylko ramionami, nie zaszczyciwszy młodego maga spojrzeniem. Czym ten drugi się nie przejął, natomiast Ariene chyba znowu szlag trafił.
– Czemu my w ogóle z nim współpracujemy? – parsknęła zdenerwowana. – Ktoś oprócz Anabde ma z tego jakieś korzyści, idąc tokiem rozumowania tego skurwysyna? – zainteresowała się, potrząsnąwszy głową.
– Bo się zawstydzę – ostrzegł spokojnie Sheridan.
– Sher – powtórzył bardziej stanowczo Errian. – Nie, Ai, bądź jeszcze chwilę cicho – zwrócił się do upadłej, dostrzegłszy, że chce coś powiedzieć.
– Jestem jeszcze komuś potrzebny, żeby się wyżył? – zainteresował się łowca, przenosząc wzrok na drzwi. – Zamierzam stąd wyjść, więc należałoby się pospieszyć.
– Ariene po prostu usiłuje ci wytłumaczyć, że czasami trzeba zacisnąć zęby. Nawet jeśli mogłeś ich wszystkich na tej sali zabić – nie poddał się Errian, nie dając dojść do głosu wiedźmie. – I nie zachowuj się jak dziecko, ucieczka od konfrontacji nic ci nie pomoże – zastrzegł z tym samym spokojem.
Sheridan zawarczał, przenosząc na młodego maga już naprawdę rozeźlone spojrzenie. Aithne drgnęła, jakby chciała coś zrobić, ale nie zdążyła; łowca ruszył z dość mało przyjaznymi zamiarami i jeszcze mniej przyjaznym warknięciem do Erriana, młodzieniec natomiast ani drgnął.
– Naprawdę myślisz, że pokonasz mnie taktyką Ai? – spytał po prostu, ze spokojem uniósłszy głowę, by patrzeć łowcy w oczy. – Sher, opanuj się, nie zastraszysz mnie.
Przeklęty jeszcze chwilę wpatrywał się w młodego maga tak, że każdy normalny człowiek zacząłby się zalewać zimnym potem, po czym wypuścił powietrze przez nos, cofnął się pół kroku i odwrócił wzrok.
– Temat chyba skończony, pan Kedalt zrozumiał swój błąd – oznajmił niemalże pogodnie Errian, wzruszając ramionami.
W tym momencie jedna z siedzących pań – konkretniej taka ruda o szarych oczach – parsknęła niekontrolowanym śmiechem. Zaraz przyłożyła dłoń do ust, by nie widać było, jak mocno musi zacisnąć wargi w celu powstrzymania kolejnych salw chichotu.
– Ekhm, no tak – odchrząknęła, mało zgrabnie wychodząc z opresji.
Z powrotem położyła dłonie na kolanach i uśmiechnęła się bardzo złośliwie; punkt dla Erriana!
Cador chwilę temu podniósł się z fotela; teraz przyjrzał się uważnie najpierw Ariene, a później łowcy, oceniając stopień zagrożenia wybuchem. Swoją drogą był pełen podziwu dla młodego maga – ten to jednak wiedział, jak się oswaja dzikie bestie.
– Starczy na dziś? – zaproponował nie do końca przekonany, oglądając się na wszystkich towarzyszy.
– Chwila, co to miało być? – zainteresowała się Aithne, patrząc na Erriana w sposób bardzo nieprzychylny.
Errian uśmiechnął się do niej szeroko, znów wzruszając ramionami; wyglądał na całkowicie rozluźnionego mimo mało przyjaznej miny upadłej.
– Przecież nic nie mówiłem – stwierdził pogodnie.
Aithne jeszcze moment się w niego wpatrywała, przymrużając oczy z dezaprobatą.
– Zapamiętam to sobie – ostrzegła ponurym, grobowym głosem.
Ariene sapnęła, zamknęła na moment oczy, potem potrząsnęła głową i ruszyła do wyjścia z pokoju, nadal mamrocząc przekleństwa. Najwyraźniej jeszcze się nie uspokoiła, a nie chciała narażać towarzyszy na swój wybuch, bo bywała naprawdę irytująca.
– Zdecydowanie starczy – odpowiedział przyjacielowi Caleb, przyjrzawszy się z ciekawością Sheridanowi.
Łowca jednak stał w tej samej pozycji, co chwilę temu, znów zdając się ignorować wszystkich, jakby zapomniał o ich istnieniu. Tylko ręce włożył z powrotem do kieszeni spodni.
Cador zmarszczył z niepokojem czoło, odprowadzając Ariene uważnym spojrzeniem. Odczekał kilka minut, po czym ruszył jej śladem, mając nadzieję, że uda mu się uniknąć bliskiego spotkania ze ścianą. Bo może wiedźma będzie się chciała na kimś wyżyć.
– To tego, odmaszerować – mruknął lekko na odchodne.
Leanelle prychnęła głośno, posyłając za Cadorem wyjątkowo niezadowolone spojrzenie.
– Pan i władca się znalazł, widziałby kto – burknęła, sadowiąc się wygodniej na kanapie i przymykając oczy, gdy tylko niedobry obrońca zniknął za zakrętem.
Anabde znowu przyjrzała się łowcy badawczo, a doszedłszy do najwyraźniej niezbyt optymistycznych wniosków, sięgnęła do karafki wina. Nie obchodziło jej już przeznaczenie trunku; sama się nim zaopiekuje, bo coś musi dodać jej sił. Nie kłopotała się szukaniem kieliszka i przelewaniem alkoholu.
– To będzie długa noc – mruknęła sama do siebie, przechylając naczynie i upijając kilka łyków.
– Nie wiem, czy jest tak odważny, czy tak głupi – wymamrotał pod nosem Aidan, niepewnie zajmując fotel, który opuścił przed chwilą Cador.
– Powiem ci, że ani jedno, ani drugie – westchnął Caleb, opierając się na pobliskiej ścianie i przymykając oczy.
– O? – zdziwił się chłopak, przechylając głowę, by widzieć myśliwego.
– Kiedyś zrozumiesz – odparł na to rozbawiony mężczyzna, zerknąwszy na Aidana.
– Traktujesz mnie jak dziecko – burknął niezadowolony.
Aithne natomiast po komentarzu Anabde wyglądała tak, jakby nic więcej na temat tej nocy nie chciała słuchać. Otrząsnęła się jak pies z wody, mruknęła pod nosem i ruszyła do wyjścia z pokoju, by zgodnie z poleceniem Cadora odmaszerować. Wydostała się na korytarz, zatrzymała się, rozejrzała i zmarszczyła czoło.
Nie miała pojęcia, w którą stronę iść. Gdzie są pokoje? A jeśli tam ciemno? Co prawda świtało, ale nie każda część posiadłości musiała mieć przestronne okna. Wzdrygnęła się i zawróciła z nosem na kwintę.
– Już wróciłaś? – zdziwił się Errian, dostrzegłszy przekraczającą próg Aithne.
– Nie denerwuj mnie – warknęła niezadowolona i skuliła się w fotelu.
Alkoholu w karafce nie było dużo, ledwie na kilka łyków. Gdy te już nekromantka przełknęła, odstawiła puste naczynie i oblizała wargi, uśmiechając się lekko. Wino zawsze dobrze na nią działało, zwłaszcza, gdy było tak dobre gatunkowo.
Zabębniła palcami w szyjkę karafki, po czym wstała ze swojego fotela. Zerknęła na powracającą Aithne, uśmiechnęła się do niej lekko, przez ramię spojrzała jeszcze na Leanelle, po czym ruszyła w stronę korytarza.
– Dobranoc – powiedziała, nim zniknęła w ciemności.
Nie czekała na nikogo.  
Trzeba będzie pozbyć się tego cholernego gorsetu.
Leanelle odebrała komentarz Anabde podobnie do Aithne, jednak zamiast wyjść, tylko bardziej skuliła się na swoim fotelu, otwierając szeroko oczy. Gdy minął szok, wraz z tym dziwnym uściskiem w żołądku, wyburczała coś pod nosem. A w następnej chwili ziewnęła szeroko, grzecznie zasłaniając jednak paszczę dłonią.
– Anabde! – krzyknęła nagle, gdy zorientowała się, że towarzyszka wyszła.
Odgłos oddalających się kroków ucichł, by po chwili rozbrzmieć na nowo, ale teraz stając się coraz głośniejszym. Wreszcie nekromantka pojawiła się w zasięgu wzroku; stanęła na granicy salonu i korytarza, unosząc pytająco brew.
– Idziesz do pokoju. W którą stronę? – zapytała szatynka.
Brew Anabde powędrowała jeszcze wyżej.
– W prawo – odpowiedziała krótko na temat i nie pytając, o co chodzi.
Leanelle pokiwała energicznie głową, aż grzywka opadła jej na oczy.
– To dobrze. Dobranoc – mruknęła, konsekwentnie ignorując pytające spojrzenie opiekunki.
Ta postanowiła nie dociekać i znów ruszyła w ciemność.
Dopiero gdy Leanelle miała pewność, że Anabde się oddaliła, powierciła się na swoim miejscu i mruknęła:
– Bo ja bym się chciała dzisiaj wyspać.
I chyba wszyscy rozumieli, co miała na myśli. Trzeba będzie wybrać ostatni pokój na lewo.

W rezydencji było pełno wąskich, zakręcających korytarzy, Cadorowi plan budynku kojarzył się wręcz z labiryntem. Może i nie dało się zgubić w samej rezydencji, gdyż co kilkanaście metrów napotykało się drzwi na taras i wyjścia na ogród, jednak znalezienie zguby graniczyło z cudem. Przeklął pod nosem cholernych architektów, których widzimisię utrudniało mu zadanie, po czym na chybił trafił skręcił w jedną z odnóg.
Za dużo wydarzyło się tej nocy. Ariene była wściekła, zmęczona, rozdrażniona i rozbita, musiał więc ją znaleźć, by ją wesprzeć. Oczywiście genialny on, zamiast służyć pomocą, tylko dolał oliwy do ognia, zrzucając na uroczą główkę wiedźmy kolejny problem – siebie samego. Nie ma to jak rycerska postawa, facet, naprawdę. I cudowne wyczucie czasu.
Z drugiej strony to była idealna okazja. Może i byłby skłonny ją przepuścić i cierpliwie poczekać na lepsze okoliczności, gdyby nie to, że tylekroć im przerwano. To zaczęło się robić męczące, jakby los się na nich uwziął. Dlatego musiał działać. W sumie nie żałował; doszedł do wniosku, że ma tylko lekkie wyrzuty sumienia względem Ariene, bo dowalił jej zmartwień, ale gdyby miał wybór, postąpiłby drugi raz tak samo.
Zatrzymał się na chwilę, słysząc niewyraźny odgłos dobiegający z lewej strony. Skupił się na nim, przeanalizował, aż wreszcie ruszył w jego stronę, uznając, że to może być Ariene. Mało prawdopodobne, by ktokolwiek inny włóczył się po rezydencji samotnie.
Miał rację.
Akurat przyglądała się jednemu z obrazów, przekrzywiwszy lekko głowę. Uroczy sielankowy krajobraz był słabo widoczny w szarości świtu, ale wiedźma uparcie studiowała pociągnięcia pędzla, jakby dzieło ją zachwyciło. W pewnym momencie nieznacznie odchyliła się, sprawiając wrażenie, że chce rozejrzeć się dokoła; nie oderwała jednak spojrzenia od obrazu, nieco tylko oczy zmrużyła.
Wyglądała na zdecydowanie spokojniejszą, była bardziej rozluźniona, oddychała równo, ręce splotła na plecach. Stała w wyraźnej odległości od dzieła sztuki, jakby nie śmiała podejść bliżej, żeby bogactwa nie splugawić swym złodziejskim jestestwem; a może lepiej tak widziała mimo słabego oświetlenia. Zdawało się, że nie dostrzegła Cadora – nawet jeśli, to nie zwróciła na niego większej uwagi, nadal pochłonięta krajobrazem.
On sam na chwilę się zatrzymał, pochłonięty jej widokiem w stopniu mniejszym od zainteresowania Ariene krajobrazem. Bezgłośnie oparł się ramieniem o ścianę i wcisnął dłonie do kieszeni, pozwalając sobie na dziwnie ciepły uśmiech.
Powiódł spojrzeniem po jej twarzy, ciągle zmęczonej, ale za to mniej strapionej, przyjrzał się uważnie sylwetce; uspokoiła się, całe szczęście. Może wobec tego nie powinien jej przeszkadzać? Czy nie lepiej byłoby, gdyby dał jej czas na przemyślenie sprawy i dojście do jakichś wniosków?
Być może tak rzeczywiście powinien postąpić, lecz zamiast tego wyprostował się i ruszył w przód. Nadal stawiał bezszelestne kroki, więc żeby zwrócić na siebie jej uwagę, musiał się odezwać.
Skierował się spacerkiem w stronę wiedźmy i zatrzymał się koło niej, obracając się przodem do obrazu; również założył ręce na plecach, jednocześnie marszcząc czoło i przyglądając się obrazowi tak, jak robią to miłośnicy sztuki.
– Urokliwe – skomentował mało profesjonalnie, rozwiewając wrażenie bycia krytykiem.
Prawdę powiedziawszy, nawet się dziełu nie przyjrzał; och, tak, spojrzenie miał cały czas w nim utkwione, jednak skupiony był na osóbce nadal stojącej w zasięgu jego wzroku.
– Denna, kiczowata podróbka – raczyła go poprawić, nawet nie mrugnąwszy, kiedy do niej dołączył. – Ukradłam już dwanaście takich i dam sobie rękę uciąć, że gdyby obróciło się płótno, w lewym dolnym rogu byłby sfałszowany podpis malarza. Zwłaszcza że oryginał od ośmiu lat znajduje się w sejfie gildii – zakończyła, odrywając spojrzenie od obrazu i zawieszając je na Cadorze.
Przymrużyła oczy, jakby chciała się uśmiechnąć, ale ostatecznie tylko tyle zrobiła, znów przyglądając się krajobrazowi. Pokiwała do samej siebie głową i westchnęła, wyglądając tak, jakby zamierzała pójść dalej, jednak wspaniałomyślnie postanowiła na niego zaczekać. Skoro już się przypałętał…
On jednak nawet na nią nie spojrzał; przymrużył jasnozielone oczy, teraz przyglądając się obrazowi z większą ciekawością. Nie wyglądał na kosmicznie drogi, jednak widać było, że na tego typu dzieło pozwolić sobie może jedynie naprawdę bogaty człowiek.
Skoro Ariene miała przyjemność ukraść już dwanaście podobnych, musiała składać niezapowiedziane wizyty w rezydencjach prawdziwych bogaczy. Cador skinął głową, trochę pod wrażeniem, a trochę niespecjalnie zaskoczony.
– Jak uważasz – zgodził się od razu, bo kiedy się na czymś nie znał, to nie udawał geniusza.
Nigdy go nie uczono, jak rozróżniać oryginał od podróbki, ba, niewiele wiedział o sztuce samej w sobie. Trochę wiedzy przyswoił na własną rękę – z powodu zainteresowania, jak również dlatego, że nie chciał pozostać ignorantem w tej kwestii – jednak najwidoczniej nie wystarczająco dużo.
Obrócił głowę w jej stronę i znów jej się przyjrzał, zastanawiając się, czy właśnie o tym myślała, stojąc w tym miejscu – o gildii. O starych czasach? Że były lepsze czy gorsze, czy zastanawiała się nad swoim teraźniejszym życiem, porównując je z byłym? Może myślała o nim; w kontekście gildii mogła porównywać do niego swoich poprzednich, jakby to nazwać, partnerów.
Mężczyzna przymrużył oczy; pomysł, by myślała o właśnie o nim, był dość bezczelny.
– Nadal trzymają cię nerwy? – zainteresował się, zauważywszy coraz więcej oznak zmęczenia na jej obliczu.
Były drobne, niespecjalnie rzucały się w oczy, ale znał jej twarz na pamięć i od razu wychwytywał takie szczegóły. Powinna się położyć, odpocząć chwilę, ale jeśli nadal buzowały w niej emocje, nie ma szans na relaks. Może dałby radę jej pomóc, nie wiedział.
– Nie lubię takich miejsc – westchnęła, wzruszywszy lekko ramionami. – Za bardzo kojarzą mi się z dzieciństwem. Mój dom był podobny – dodała w ramach wyjaśnień i przymknęła oczy, odchylając nieznacznie głowę.
Milczała jeszcze chwilę, potem rozmasowała kark, wreszcie znów uchyliła powieki, tym razem jednak rozejrzała się dokoła. Bez większej ciekawości, ot, jakby patrzyła na takie cuda i podobny przepych każdego dnia.
Nie było tak, bogactwo należało do niej – czy raczej do jej rodziców – dość krótko. Potem tylko zabierała bez pytania, a i tak miała wrażenie, że to wszystko się jej przejadło.
– Klatka ze złotymi prętami. Same obowiązki, bo nie byłam synem – mruknęła ciszej, potrząsnęła głową i ruszyła powoli w korytarz, wyraźnie nie chcąc go zgubić, ale znudziwszy się towarzystwem podróbki krajobrazu.
Była pewna, że większość dzieł sztuki to podróbki. Albo kupione z daleka z certyfikatem od przygodnego kupca, że w swej ojczyźnie to najwspanialsze klejnoty malarstwa lub rzeźby. Takich kosztowności jednak nikt nie sprzedaje, oryginały przejmuje się jedynie poprzez kradzież.
Podążył jej śladem, starając się utrzymać między nimi tę samą, niezbyt daleką odległość. Teraz przyjrzał się wiedźmie z jeszcze większym zainteresowaniem, starając się jak najlepiej zrozumieć te krótkie wypowiedzi, a informacje dopasować do obrazu Ariene, jaki miał w głowie.
Zdawał sobie sprawę z tego, że cholernie mało o niej wie, dlatego zapamiętywał wszystko. Kiwnął głową na znak, że jest w stanie zrozumieć to, co miała na myśli, choć nigdy niczego podobnego nie doświadczył.
– Wszystko tutaj jest sztuczne – przyznał spokojnie. – Mało który przedmiot nosi ślady używania, większość pokoi wygląda na niezamieszkane, a przede wszystkim wszędzie jest chłodno. Pusto – potwierdził jeszcze, tym samym przyznając, że i na nim rezydencja nie zrobiła pozytywnego wrażenia.
Znaczy, oczywiście, była niewątpliwie piękna i zadbana, w takich miejscach z pewnością nie cierpiał niczyj zmysł estetyki, no i lepiej musiało się odpoczywać w ładnym otoczeniu. Ale mieszkać tutaj? To tak, jakby mieszkać na cmentarzu; wszystko było martwe.
– Zawsze możesz przenocować w stajni, tam z pewnością jest bardziej przytulnie – rzucił już bardziej żartobliwie, posyłając wiedźmie złośliwy uśmiech.
– I stajenni niczego sobie – przytaknęła mu bez zająknięcia, całkowicie poważnie, nawet skinęła lekko głową, chyba rozmyślając nad takim rozwiązaniem.
Dobrze odwlekało się kolejną poważną rozmowę. Nie wiedziała, co powinna z tym wszystkim zrobić i czego dokładnie oczekiwał. Czego sama, tak naprawdę, chciała.
Teraz, kiedy ochłonęła z gwałtownych emocji, przyszło zmęczenie, pewna pustka i nieco bezradności. Bo nie miała pojęcia, co dalej. Ale właściwie cieszyła się, że przyszedł, że raczył ją jeszcze trochę pomęczyć. Może dozna objawienia, może coś zrozumie, a może usiądzie na tym krześle przy oknie i zaśnie.
Albo nie, bo obudzi się cała obolała. No dobrze, w takim razie ciąg dalszy spaceru.
Cador przymrużył oczy, w których na krótką chwilę pojawił się błysk prawdziwego niezadowolenia; jednak gdy przeniósł spojrzenie na Ariene, tylko uśmiechał się z przekąsem.
– Zainteresuj się którymś. Może będzie miał lepsze wyczucie czasu – zaproponował zupełnie swobodnie, chociaż wiadomo było, o jaką sytuację mu chodziło.
Po tych słowach trudno byłoby określić jego nastawienie do wszystkiego; och, oczywiście, widać było, że „niczego sobie” chłopcy stajenni tak go irytowali, jak nie stanowili dla niego żadnego zagrożenia, ale jeśli chodzi o ten drugi komentarz – i wydarzenie, którego dotyczył – cóż. Myśli Cadora Reamonna pozostawały nieprzeniknione.
A spacerek był przyjemny. Wolne tempo pozwalało na rozglądanie się po rezydencji; Cador wypatrywał na przykład jakichkolwiek oznak życia. Nie liczył na służbę, która miała na ten dzień opuścić budynek, ani nawet na zwierzątko, bo z pewnością już dawno zauważyłby ślady jego bytności, ale na cokolwiek świadczącego o tym, że mieszkają tu ludzie. Drobnostkę.
Na razie nie znalazł niczego.
– Już biegnę – obiecała solennie, nie spojrzała jednak na niego, na chwilę skupiwszy się na widokach za oknem.
To chyba miało znaczyć, że powinna coś zrobić. Tylko nie bardzo wiedziała co, a teraz jeszcze zwątpiła w jego własny stosunek do całej sytuacji. Może udało się jej go zniechęcić swoim rozgarnięciem i dziwnym zachowaniem, całkiem prawdopodobne.
Pozostawało pytanie, dlaczego w takim razie tu przyszedł? Pewnie przypadkiem. Westchnęła i zamknęła oczy, postanawiając, że jeśli coś ma się stać, stanie się prędzej czy później. Nie miała już siły walczyć z całym światem, do walki może wrócić jutro, gdyby zaszła taka potrzeba.
Objęła się rękoma i potarła lekko ramiona, zastanawiając się, gdzie dała swoją torbę. Przydałoby się zmienić te zdewastowane ubrania, wyglądała dość… interesująco. Bieganie w samym gorsecie, może i wygodnie przerobionym, to jednak wyjątkowo bliskie negliżu. Ale czego się dla pracy, prawda, nie robi. Nawet skacze w dziką różę.
Uśmiechnęła się ponuro i pokręciła nad samą sobą głową. Przerąbany ten dzień, ostatecznie chyba nic nie poszło do końca po jej myśli.
Nie odpowiedział, a cisza trwała do chwili, w której Ariene objęła się ramionami. Wtedy właśnie Cador zwolnił kroku, znów przyglądając się jej intensywnie; starał się nie patrzeć na nią cały czas, by...
W sumie nie wiedział dlaczego, nie chciał, by jego spojrzenie było dla niej kłopotliwe. Jednak od czasu do czasu musiał rzucić na nią okiem, bo ciągle coś go w niej interesowało.
– Zimno ci? – zapytał krótko, a jednak w jego głosie dało się wyczuć nutę opiekuńczości.
Hej, zaraz, chłopie, pytasz o taką błahostkę wiedźmę, złodziejkę i skrytobójczynię w jednym, chyba oszalałeś.
Mimo świadomości tego, że jest naprawdę groźną, a przede wszystkim samowystarczalną kobietą, chciał się upewnić, że położy się spać, że zaśnie bez zmartwień, że obudzi się wypoczęta; chciał o nią zadbać.
Ariene odetchnęła cicho, jakby z pewną rezygnacją. Nie odpowiadała pewien czas, nie zmieniając tempa spacerku, może nawet nie usłyszała pytania. Wreszcie jednak pokręciła lekko głową, garbiąc ramiona, zrobiła się trochę mniejsza.
Nie, nie było jej zimno. Po prostu… tak jakoś… zmęczyła się trochę. Gęsia skórka na rękach to też nie kwestia chłodu, raczej… niepewności. Od tych nieprzyjemnych dreszczy od czasu do czasu.
Miała wrażenie, że to już się tak będzie ciągnęło w nieskończoność, jeśli zaraz czegoś nie zrobi. Będą tak szli obok siebie, od czasu do czasu zwracając na drugie uwagę, i to wszystko. Zwolniła kroku, w końcu się zatrzymała, nie opuszczając rąk i nie odwracając wzroku od posadzki.
Poczuł ulgę, gdy się zatrzymała, bo sam planował to zrobić. Zaniepokoiła go trochę, może tak. Dotychczas raczej bawiły go te jej skrępowane, niepewne reakcje, ale kiedy sytuacja zrobiła się jasna, zaczęły być trochę niepokojące. Teraz odetchnął i bez wahania podszedł te pół kroku bliżej, stając zaraz naprzeciwko niej.
Nie podobało mu się, że unikała go spojrzeniem. Najpierw nieco się pochylił, przekrzywiając głowę i usiłując złapać kontakt wzrokowy, jednak to zakończyło się niepowodzeniem. Wyprostował się z cichym westchnieniem i ujął delikatnie jej brodę, unosząc tak, by musiała na niego spojrzeć. Dopiero gdy to zrobiła, uśmiechnął się mimowolnie i lekko pochylił ramiona.
Nie miał zamiaru nic mówić, tylko patrzył na nią pytająco, oczekując reakcji. Och, oczywiście, w tej swojej pewności siebie mógł zrobić wiele, przedstawić jej konkretne warunki i nadać bieg wydarzeniom, ale nie chciał.
Chciał, by była pewna tego, co się dzieje i tego, czego właściwie pragnie i oczekuje. Chciał, by podejmowała własne decyzje i by wykazywała się od czasu do czasu inicjatywą. Chciał, by reagowała jakkolwiek, bo póki co zaczynał odczuwać wyrzuty sumienia.
Kiedy przyglądała się mu, grzecznie nie odwracając wzroku, pomyślała, że bardzo dużo potrafiło się zmienić w przeciągu ledwie kilku minut. Prędzej czy później przestawała być pewna siebie, walcząca o własny interes, czy chociażby zwyczajnie przestawała być podłą wiedźmą.
Uczucie całkowitej słabości przypominało zdjęcie zbroi, złożenie całej ukrytej broni na wierzchu i wsadzenie głowy do paszczy lwa w naiwnej nadziei, że się szczęki nie zamkną. Nie przywykła do tego, trochę jej to ciążyło, ale wciąż z pewnego powodu nie próbowała z tym walczyć.
Nie pamiętała, by był kiedyś jakikolwiek człowiek, który pozwalał jej na tak definitywne złożenie wszelkiej broni i rozluźnienie się.
Poruszyła głową, uwalniając się od jego dłoni, spojrzeniem znowu uciekła w bok. Ciężar ciała przeniosła mocniej na pięty, jakby zamierzała zawrócić i ruszyć; i wtedy zakołysała się z powrotem na palce, postąpiła jeszcze jeden krok i oplotła go ramionami w szyi, po prostu się przytulając.
Dopiero wtedy zdołała z pewną ulgą odetchnąć i zamknęła oczy, częściowo się rozluźniając. Nawet nie zdawała sobie sprawy, od jak dawna pragnęła to zrobić.
Ona za to potrafiła w przeciągu kilku minut wywołać w nim najróżniejsze skrajne uczucia. Na początku było to zdziwienie, trochę strach i bardzo niepokój, gdy uciekła od jego dotyku, zdradzając się z zamiarem odwrotu. Szczerze mówiąc, już widział w myślach, jak to zrobiła, i czuł, jak pękało mu serce. Tym bardziej był zaskoczony, gdy zachowała się odwrotnie.
Wtedy ledwie co rozpęknięte serce zalało się falą ciepła; on sam rozszerzył ze zdziwienia oczy, by po chwili uśmiechnąć się tak radośnie. Objął ją wygodnie ramieniem w talii, palce drugiej ręki wplatając w gęste, śmiesznie upięte, czarne włosy. Przymknął na chwilę oczy, by odetchnąć jej zapachem i rozkoszować się nim w pełni.
– Ariene – szepnął tak po prostu.
Może po części, ledwie ułamkiem siebie pytał „dlaczego”. Bo przecież równie dobrze mogła go przytulać na pocieszenie, by zaraz mu powiedzieć, że nie powinien sobie robić nadziei. Miał nadzieję, że tak nie będzie.
Coś, co pojawiło się w jej spojrzeniu na chwilę przed przytuleniem, kazało mu wierzyć. Ale na razie niech nie odpowiada, niech się nie odsuwa; tak było dobrze. Niech ta chwila jeszcze trwa.
Ariene uśmiechnęła się w jego ramię, ostatecznie się rozluźniając. Wreszcie przestała się bać, niepewne myśli zniknęły, zdołała oczyścić umysł i odnaleźć się wśród tych wszystkich pytań i wątpliwości. Na spokojnie. Powoli. Nie wierzyła, że kiedykolwiek znajdzie się w takiej sytuacji, że kiedykolwiek będzie się nad czymś takim zastanawiać.
Kiedy była mała, przywykła do świadomości, że jej przyszłością będzie poślubienie innego szlachcica, którego pozna pewnie w ostatniej chwili, na ceremonii. Że będzie dobrą żoną, urodzi mu silnego dziedzica, wszystko jak być powinno w szlachcie.
Gdy to straciła i znalazła się na ulicy, poczuła niewyobrażalną ulgę. Tam jednak też nie było swobody, tam panowały inne zasady oraz prawa. Żyło się z dnia na dzień, grając tylko na własne konto, jeśli nie dbałeś o siebie, nikt nie zadbał o ciebie. Plecy miałeś odsłonięte, kiedy ich nie pilnowałeś, ot.
A czasami nawet przyjaciele wbijali nóż pod żebro, byle tylko zyskać więcej i żyć lepiej. Tam się nie ufało, nie kierowało się uczuciami. Kolejny raz odrzuciła te zwykłe, ludzkie ideały, jak i ideały szlachty.
Teraz natomiast poczuła się wreszcie całkowicie wolna.
– Kocham cię.
Drgnął. Delikatnie położył ręce na jej ramionach i odsunął ją nieco, zaraz obejmując jej twarz dłońmi. Miał szeroko otwarte, pełne niedowierzania oczy i zdawało się, że zaraz poprosi ją, by powtórzyła, bo chyba się przesłyszał.
Jednak to nie nastąpiło, a po chwili na jego twarzy pojawił się uśmiech. Jeszcze bardziej uśmiechały się te zielone oczy, które właśnie zabłysnęły radośnie, zdradzając wszystko, co w tej chwili poczuł.
A poczuł bardzo wiele.
Pobłądził spojrzeniem po jej twarzy, ale nie, nie przesłyszał się ani nie pomylił. Niedowierzanie całkowicie już ustąpiło miejsca pięknemu w swej prostocie szczęściu; nawet nie śmiał o tym marzyć. Śnił sobie o wielu rzeczach, ale nigdy o tym, że usłyszy od niej takie słowa.
„Ja ciebie też” wydało mu się zbyt banalne, zresztą nie oddawało wszystkiego tego, co chciał jej przekazać. W obecnej chwili naprawdę nie był w stanie wyłuskać ze swojego otumanionego umysłu czegoś lepszego, wybrał więc odpowiedź, która sama mu się nasuwała.
Przyciągnął Ariene do siebie i pocałował ją, tym razem nie niepewnie, nie na próbę. Co więc było w tym pocałunku? Przede wszystkim – uczucie. Uczucie, które, jak się okazało, było odwzajemnione. Sporo było też pasji, przyznajmy, niemało wprawy, ale nic z tego nie dorównywało czułości.
Dopiero po chwili zdecydował się od niej odsunąć, uznając, że nawet taka odpowiedź nie jest wystarczająca. Przechylił głowę, teraz zatapiając się w jej oczach, pogłaskał ją delikatnie po policzku.
– Ariene, kocham cię od chwili, w której cię poznałem. Z każdym dniem coraz bardziej – szepnął.
I ciągle miał poczucie, że to jeszcze nie wszystko, ale już zabrakło mu słów i czynów.
Panienka Tenshi zamrugała, trochę w szoku, wpatrując się w niego jakby bez zrozumienia. Powoli niedowierzanie oraz zdumienie ustępowało nieśmiałemu szczęściu, aż wreszcie na moment się rozpromieniła, zniknęło to zmęczenie, pewna niechęć do świata, wszystko to, z czym snuła się chwilę temu po korytarzach.
A potem parsknęła śmiechem i naprawdę miała nadzieję, że nie wyglądało to tak, jakby go wyśmiała. Po prostu pamiętając o niektórych faktach, trudno było wziąć jego gorącą deklarację na poważnie. Cador, chyba wskrzesiłeś podłą wiedźmę.
– Mówisz o tej chwili, w której gruchnąłeś w pierwszą ścianę, czy może o tej, w której zostałam twoim prywatnym stolikiem? – zainteresowała się, dalej szczerząc ząbki w szerokim, radosnym uśmiechu.
Wyżywał się na niej przez prawie całą noc, aż od skoku w dziką różę, miała prawo się odegrać. Zwłaszcza że nagle poczuła się dziwnie lekko, spokojnie i pewnie.
– Na pewno nie o tej, w której postanowiłaś wykorzystać moje plecy jako środek lokomocji – odegrał się natychmiast, rzeczywiście niespecjalnie urażony.
Bo wystarczyło mu za jej odpowiedź to spojrzenie, ten moment szczęścia, jakie widać było na jej twarzy; w sumie dziś umarłby szczęśliwy. Ale nie było mu spieszno do grobu, sporo jeszcze na niego czekało.
A wszystko to mieściło się w tej podłej kobiecie, która stała przed nim.
– Wyglądasz jak trup – postanowił ją poinformować, bo może nie wiedziała, znów przesuwając opuszkiem palca po bladej, zmęczonej skórze jej policzka.
Cały czas się uśmiechał, więc chyba zmienię taktykę i zacznę was informować, jak przestanie. Na razie nie przestawał.
– Powinnaś odpocząć – dodał, żeby nie było, że tak krytykuje jej wygląd dla samego faktu.
Martwił się!
– To twoja wina – stwierdziła z niezachwianą pewnością, przymrużając lekko oczy, na powrót spokojniejsza i mniej bojowa.
Ale ona także się uśmiechała.
– Poza tym nie wiem, gdzie jest część gościnna, zabłądziłam – przyznała szczerze i zgodnie z prawdą, bo, no cóż, kilka razy skręciła w bliźniacze korytarze i generalnie zamierzała wyjść ostatecznie oknem, żeby wejść do rezydencji od zewnątrz.
Przechyliła głowę w lewo, w prawo, po czym spróbowała niezdarnie przygładzić włosy, znów zastanawiając się, gdzie posiała bagaż.
To znaczy nie żeby chwila nie była cudowna, podniosła i tak dalej, ale jednak Cador jej nigdzie nie ucieknie, bagaż natomiast może się już znajdować w drodze morskiej z Cyrollie w jakieś gdzieś. Za dobrze znała siatkę przestępczą Lostaru.
– No to chodź ze mną – zaproponował od razu, postanawiając nie komentować jej pierwszej wypowiedzi, bo było w niej za dużo prawdy.
Prawdy, wobec której nie czuł ani krztyny żalu czy wyrzutów sumienia. By wiedźma się długo nie zastanawiała, odwrócił się i ruszył korytarzem, powoli, by mogła go dogonić.
– Ma pani jeszcze jakieś życzenia? – zainteresował się na odchodnym, zerkając na nią przez ramię.
Bo wyglądała, jakby się nad czymś zastanawiała. Uśmiechnął się kącikiem ust, nadal brnąc w korytarz; w sumie zastanawiał się, czy wiedźma z przekory nie pójdzie w inną stronę.
– Jakbyś mi jeszcze skołował mój bagaż, to… eee… nie wiem, co byś chciał? – poddała się, uśmiechając się pogodnie.
Dogoniła go, ustawiając się tak, by nie iść zbyt daleko. Na razie nie miała ochoty się odsuwać, czuła się trochę pewniej, kiedy był blisko. Pewnie kiedy się za kilka godzin obudzi… och, jak się obudzi, będzie mordowała równo wszystkich, no tak. Ale potem wszystko mniej więcej wróci do normalności. Tylko będzie tak trochę inaczej.
Uśmiechnęła się szerzej, czując, że zmęczenie pozwoli jej zasnąć natychmiast. Nieważne, jakie atrakcje szykowali dla nich pozostali z drużyny. Ehem, no, nie sposób liczyć Caleba, Aidana czy Leanelle… Całkiem prawdopodobne, że ze strony Erriana oraz Aithne też nie czeka ich nic strasznego.
W każdym razie – jak zaśnie, niech nikt nie waży się jej ruszać, bo zabije ze szczególnych okrucieństwem.
– Zostawiłaś w hallu – oznajmił jej spokojnie, nie potrzebując ani chwili na zastanowienie.
No, takie rzeczy się zauważa, prawda?
– Przynieść ci, czy pójdziemy razem? – dodał jeszcze, znów przechylając głowę, by na nią spojrzeć.
Trudno mu było oderwać od niej wzrok, taka prawda.
On nie czuł aż tak wielkiego zmęczenia. Ot, mięśnie dawały znać o wyczerpaniu, ale umysł ciągle pracował w normalnym (ekhm, biorąc pod uwagę okoliczności, tak normalnym, jak było to możliwe) trybie. Zresztą nie był do końca przekonany, czy uda mu się dziś zasnąć. Na pewno nie tak od razu.
Ariene spojrzała na niego czujnie, przymrużając z pewną podejrzliwością oczy. Potem westchnęła i pokręciła ze zrezygnowaniem głową.
– Nie jesteś człowiekiem – zawyrokowała z niezachwianą pewnością. – Razem – zdecydowała zaraz, wzruszając lekko ramionami. – Ale nadal nie wiem, w którą stronę, więc oficjalnie uznajmy, że mnie porwałeś – dodała, uśmiechając się pogodnie.
Jeszcze trochę dłuższy spacer wytrzyma, nic jej nie szkodziło. Skoro i tak była całą noc na nogach, to co to dla niej. Po atrakcjach w Perrianie, kiedy definitywnie osiągnęła swój limit, żaden całonocny bal i żadna ucieczka nie były jej straszne.
No, może trochę. Uśmiechnęła się szerzej, nie potrafiąc powstrzymać rumieńca.
On jakby go nie zauważył, a przynajmniej postanowił zignorować i nie próbować domyślić się, co było powodem jej zarumienienia. Skinął głową i na krótką chwilę wytężył zmysły, by wsłuchać się w dobiegające z najbliższego otoczenia dźwięki.
Dopiero wtedy sięgnął do niej ręką, splatając palce ich dłoni. No co, jak porwanie, to porwanie, nie miał sznurka (ojej), żeby związać więźnia, to musiał prowadzić, tak?
– To niedaleko – postanowił ją poinformować.
A co, niech czuje się gorsza, że zgubiła się w tak bliskiej odległości od głównego wejścia! Uśmiechnął się do niej przez ramię, po czym zapatrzył się w drogę przed nimi.
Podła wiedźma przymrużyła oczy, by zaraz wbić paznokcie w jego dłoń; z wyczuciem, ale nie na tyle słabo, żeby zignorował. Nie będzie jej tu prosto w twarz kpił, co to, to nie. Daleko czy blisko, miała prawo się zgubić, nadal to jego wina.
– Świetnie, szybciej się od ciebie uwolnię – skwitowała bardzo zadowolona, nawet wydając z siebie cichy, niski pomruk.
Ale to dopiero wtedy, kiedy postąpiła pół kroku w bok i lekko oparła się na nim ramieniem, rozluźniając uścisk na dłoni do normalnego. Chociaż gdyby wiedziała, że najpierw się upewniał, czy są sami, jakby się jej wstydził… No, ale nie wiedziała!
Raczej się bał, że to ona może czuć się skrępowana. On najchętniej obwieściłby dobre nowiny całemu światu, napisał o tym pieśni i wykuł napis o wydarzeniu na murze rezydencji. To w Ariene było ledwie chwilę temu mnóstwo wątpliwości, nie chciał więc wymagać za dużo.
Swoją drogą miał ochotę puścić jej rękę, skoro taka była dla niego okrutna, ale gdy oparła się na nim ramieniem, nie potrafił. Chciał pokręcić głową sam do siebie, karcąc się za aż tak bezgraniczne zakochanie, ale to wyszłoby co najmniej dziwnie. Dlatego tylko uniósł kącik ust, postanawiając również nie odpowiadać na zaczepkę.
Hall faktycznie był niedaleko, a w nim znajdowała się torba – porzucona, leżała pod jedną ze ścian. Cador schylił się, podniósł znalezisko i zarzucił sobie skórzany pasek na ramię, nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi, działał instynktownie.
Nie chodziło o to, by się kochanej Ariene przypodobać, po prostu wydawało mu się to naturalne i na miejscu. Wychowany chłopak, mamusia byłaby dumna.
Korytarz części sypialnianej zaczynał się ledwie parę metrów dalej. Cador zatrzymał się na jego granicy, zmarszczył czoło i pogrążył się w zadumie. Najpierw chciał swobodnie zaproponować, by wybrała sobie pokój, a później coś mu wpadło.
– Jak myślisz, gdzie będą Sheridan i Anabde? – zapytał, zerkając krótko na swoją towarzyszkę. – Wypadałoby znaleźć pokój jak najbardziej od nich oddalony.
Ariene bardzo dzielnie nie parsknęła śmiechem i także się nie uśmiechnęła, pozostając poważną, w końcu tu chodziło o ich odpoczynek i względną ciszę. No cóż, mają takich towarzyszy podróży, to trzeba sobie radzić, ot co.
– Wyszłam jako pierwsza, ale może jeśli się wsłuchamy… – mruknęła, wzdychając ciężko. – Nie wiem, ja mogę spać nawet na fotelu – poddała się po chwili rozmyślania, co też zrobić z urokliwą, ale głośną parką.
Mogliby też krzyknąć z zapytaniem, ale wątpiła, czy to dobry pomysł. Może jednak ta stajnia nie jest głupim pomysłem… chociaż nie, bo ktoś by dostał wścieklizny po czyimś niewinnym komentarzu. Westchnęła raz jeszcze.
Cador jeszcze chwilę się zastanawiał, po czym westchnął i  pchnął drzwi najbliższego pokoju. Stanął koło nich i gestem przepuścił Ariene przodem.
– Prawdopodobnie są na końcu korytarza. Raz, to do nich pasuje, dwa, nikogo nie słyszę – wyjaśnił spokojnie, po czym obejrzał się na pokój, który właśnie otworzył, oceniając w myślach wystrój.
Zdawało się, że należy do skromniej urządzonych pomieszczeń w tym budynku, Ariene chyba powinno to odpowiadać.
– Może być? – zapytał jeszcze dla upewnienia, wracając do niej spojrzeniem.
Ariene chyba go już nie słuchała, bo ruszyła przed siebie z rozanielonym wyrazem twarzy, rozłożyła szeroko ręce i uśmiechnęła się niepokojąco czule.
– Kocham cię – wyznała naprawdę szczerze i gorąco, padając na łóżko i przytulając do siebie pochwyconą w ramiona poduszkę.
Nie wyglądało jednak na to, żeby mówiła do porzuconego w progu obrońcy.
No cóż, może to tak z nią jest, że wyznaje swoją miłość co drugiej napotkanej rzeczy lub osobie. W każdym razie, jak widać, nietrudno było ją uszczęśliwić.
– Bo będę zazdrosny – mruknął pod nosem Cador, wchodząc do pokoju i przymykając drzwi.
Westchnął ciężko nad swoim losem, podszedł do nowego oblubieńca Ariene i położył jej torbę na jednym z oblubieńcowych sąsiadów, czyli nocnej szafce. No, spełnił swoje zadanie, chyba pora się zmywać.
Stanął nad jej łóżkiem wyprostowany i spojrzał na kobietę z góry. Chwilę tak trwał, a gdy nie została mu poświęcona ani krztyna uwagi, uśmiechnął się z rozbawieniem i pochylił, by pogłaskać Ariene po włosach.
– Dobranoc – szepnął tuż nad nią, niemalże jej do ucha.
Kobieta, choć sprawiała takie wrażenie, jeszcze nie zasnęła. Przekręciła się bardziej na plecy, żeby uchwycić go spojrzeniem, uśmiechnęła się lekko i od niechcenia przeczesała włosy Cadora dłonią. Miał ich chyba więcej od niej.
– Nie bądź – poprosiła grzecznie, unosząc się trochę, by musnąć jego usta w bardzo grzecznym, ale ciepłym pocałunku. – Dobranoc – odpowiedziała, z powrotem układając się na łóżku i zwijając się w kłębek; poduszki jednak z objęć nie puściła, bo naprawdę wyjątkowo ją pokochała.
Zaraz zamknęła oczy i odetchnęła cicho, całkowicie rozluźniona i wyjątkowo zadowolona. Może ten dzień nie był aż tak do bani, jak się zapowiadał.
Uśmiechnął się ciepło i wyprostował, dając sobie jeszcze chwilkę na przyjrzenie się jej śpiącemu obliczu. Pogrążona w objęciach Morfeusza była naprawdę urocza – do czasu, aż się nie obudziła, ale o tym nie myślał, żeby nie psuć wrażenia.
Wreszcie przypomniał sobie, że biedna może mieć trudności ze snem, kiedy on tak się w nią wgapia, dlatego z ciężkim sercem odwrócił się od jej łóżka. Opuścił pokój z dziwnym uśmiechem, którego nie był w stanie ukryć, ostrożnie zamykając drzwi, by ich skrzypnięcie nie zakłóciło snu Ariene.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz