poniedziałek, 18 lutego 2013

66. Trudności techniczne



Ariene nie zastanawiała się długo. Na kilka sekund zastygła napięta, potem przesunęła spojrzeniem po okolicy. Przez chwilę trwającą ledwie mgnienie oka doszła do kilku najróżniejszych wniosków, których podsumowaniem było chwycenie Cadora za nadgarstek.
– Jak jesteś niby taki dobry, to nadążaj! – zawołała, pociągnęła go lekko w dobrą stronę, a potem puściła, rzucając się biegiem do ściany najbliższego domu.
Wbiegła po niej kilka kroków, odepchnęła się i skoczyła do innego budynku po przeciwnej stronie uliczki, którą szli. Chwyciła parapet, na moment zastygła, szacując, potem wdrapała się na ten wąski kawałek kamienia i podskoczyła, wyciągając maksymalnie ręce w górę. Chwyciła za krawędź kamienicy, wsparła się stopami (kurwa mać, cholerne obcasy, na bosaka było chyba gorzej niż byłoby z nimi. Chrzanić to) na głowie pewnego pana z płaskorzeźby i wdrapała się na dach.
 Głowa niestety nie wytrzymała presji i odpadła, ale wiedźma nie poczuła wyrzutów sumienia.
U celu poczekała na Cadora, woląc się nie wychylać, żeby czymś nie oberwać. Chociażby cadorową łepetyną, kiedy obrońca akurat będzie się wciągał na dach.
No ten to prawie oberwał wspomnianym fragmentem płaskorzeźby, uchylił się w ostatniej chwili, nim kamień uderzył go prosto w łeb. Nie było jednak czasu się irytować, bo oto strzała odbiła się od ściany po jego prawej stronie.
Obrońca warknął cicho, obrócił się, natrafiając spojrzeniem na dwóch łuczników jadących w większej grupie strażników, po czym w ekspresowym tempie wdrapał się na dach.
Wyprostował się, odetchnął głęboko i zerknął na wiedźmę; nie zdążył nic powiedzieć, gdy pomiędzy nich wbiła się kolejna strzała. I następna.
– Pieprzeni łucznicy – mruknął mężczyzna pod nosem, wychylając się na chwilę poza krawędź budynku.
Strażnicy zatrzymali konie pod ścianą i zeskakiwali na ziemię, wyraźnie mając zamiar kontynuować pogoń po dachach.
Gdy Cador znów się wyprostował, zauważył, że kochana wiedźma nie była łaskawa na niego poczekać i już śmigała po dachówkach sąsiedniego budynku. Uśmiechnął się pod nosem i ruszył jej śladem, doganiając ją w miarę szybko, bo z jego względu zwolniła tempo.
– Dobra, skurwysyny – wymamrotała pod nosem, upewniając się, że Cador daje radę i nigdzie się na ulicę nagle nie wybiera.
Nie żeby w niego nie wierzyła, po prostu obrońcy chyba raczej prowadzą naziemny tryb życia.
Klepnęła go lekko w ramię, żeby się nie zatrzymywał, a sama zahamowała gwałtownie i rozstawiła szerzej nogi. Ze specjalnych schowków zamontowanych na pasie wyjęła trzy noże do rzucania, chwytając je między knykcie, przymrużyła oczy, szacując odległość i szanse rzutu, po czym cisnęła ostrzami w strażników.
W następnej chwili skoczyła w bok, mocniej szarpiąc głową, bo śmignęła do niej strzała; grot przeciął tylko policzek, czym Ariene się nie przejęła, podjęła znowu bieg, unosząc lekko ręce, by spleść nowe zaklęcie.
Zamierzała całą pogoń, która przeżyła, zwalić z dachów. Szkoda, że nie była elementalistką, poszłoby o wiele prościej, a tak – musiała myśleć.
Cador w tym czasie rozejrzał się po pobliskich dachach, szukając odpowiedniej drogi ucieczki. Uznał, że nie warto marnować czasu i sił na mordowanie całej pogoni, kiedy można ją łatwo zgubić.
Przymrużył jasnozielone oczy, w myślach planując trasę, obliczając odległości i analizując metodę działania; wreszcie uśmiechnął się triumfalnie, sięgając do ramienia biegnącej obok wiedźmy.
Zjazd.
– Ariene! – zawołał, by zwrócić jej uwagę; w następnej chwili pociągnął ją niespodziewanie w bok, w stronę bardzo stromego dachu.
Upewnił się wcześniej, że da się po nim ześlizgnąć – tak, jak na to wyglądało, dachówki były wyjątkowo gładkie.
Balansowanie równowagą przy szybkim zjeździe w dół wyszło im bardzo dobrze; gdy wylądowali na półpiętrze, oboje stali na nogach, gotowi do dalszego biegu.
W górę.
Po drugiej stronie wąskiego balkonu przymocowana była drabina; oboje podbiegli do niej i szybko wspięli się po szczeblach, omijając co któryś. Wreszcie znów stali na szczycie; zatrzymali się na chwilę, a Cador wsłuchał się w odgłosy pogoni.
Strażnicy ciągle siedzieli im na ogonie – doskonale.
Do środka.
Znaleźli się na ostatnim balkonie najwyższego, nie licząc świątyni i ratusza, budynku w mieście. Cador postawił tutaj na łut szczęścia, ale to nigdy go nie opuszczało – drzwi stały szeroko otwarte, bo przecież jaki głupiec wspinałby się tak wysoko.
Obrońca uśmiechnął się lekko do towarzyszki i wspólnie wbiegli do budynku.
Na zewnątrz.
Ariene chciała skręcić w jeden z korytarzy, jednak Cador miał już w głowie ułożony plan. Powstrzymał ją delikatnym przytrzymaniem za nadgarstek, po czym skinął w stronę jednego z parapetów.
O ile go pamięć nie myliła, z tamtej strony powinni mieć targ. Podszedł do okna i otworzył je, z ulgą przyjmując kolejne potwierdzenie własnej nieomylności; poniżej rozciągało się morze różnokolorowych straganów.
Część została złożona na noc, jednak wiele z nich nadal stało; szerokie płachty, rozciągnięte na wysokich palach, miały zapewnić odwiedzającym cień w słoneczne, gorące dni. Teraz mogą się przysłużyć, dając uciekinierom miękkie lądowanie.
– Co na to powiesz? – rzucił z rozbawieniem Cador, zerkając na stojącą obok wiedźmę.
Ariene złapała oddech, przesuwając spojrzeniem po rozciągających się pod nimi materiałach. Choć na jej twarzy nie pojawiła się ani ulga, ani zadowolenie, to oczy błysnęły łobuzersko. Uniosła żarzące się błękitnym światłem dłonie, zatrzymując je na wysokości twarzy.
Delikatnie chuchnęła w wiązki magii, pozwalając im spłynąć na podłogę i uformować się obok. Stopniowo rosły; kiedy dostały kończyn, tułowia oraz głowy stworzyły się w mgnieniu oka, jakby już było łatwiej.
Iluzje ich samych przestąpiły z nogi na nogę, nadal wstrzymywane na cienkich, ledwie widocznych niciach. Ariene odetchnęła, czując, że zadrżały jej kolana. Dawno tego nie robiła.
– Bądźcie grzeczni – mruknęła, uśmiechając się i delikatnym, lekkim ruchem zwalniając iluzje z uwięzi.
Niematerialna Ariene uśmiechnęła się do stworzycielki w sposób cokolwiek niepokojący i ten ułamek sekundy została w tyle za podobizną Cadora, który grzecznie pobiegł w korytarz. Zaraz jednak skoczyła za towarzyszem, a wiedźma odetchnęła.
Nadal nie rozumiała, czemu jej iluzje zwykle otrzymywały cząstkowe osobowości. Gdyby wyeliminowała ten element zaklęcia, zaoszczędzałaby więcej energii. I nerwów.
Silthe, żeby ta głupia iluzja niczego nie wymyśliła.
– Wszystko lepsze od dzikiej róży – oznajmiła, tym razem zwracając się do prawdziwego Cadora, i posłała mu uśmiech.
Obrońca uniósł brew w uprzejmym zdumieniu i jeszcze chwilę milczał. Posłuchał sobie, jak strażnicy, którzy najwyraźniej dotarli już do ostatniego balkonu, wykrzykują „tam są”, „za nimi”, „dopadniemy ich” i tym podobne, by następnie pobiec w zupełnie nieodpowiednią stronę, pokręcił głową i wreszcie uśmiechnął się lekko.
– Dobry patent – przyznał, zerkając na wiedźmę z szacunkiem.
Hej, przydałaby mu się taka sztuczka! Niegłupie.
Wyjrzał przez okno i jeszcze raz skupił się na szczegółach, by upewnić się, że jego plan jest wykonalny i nie skończy się tragiczną śmiercią. Wreszcie uniósł kącik ust, zerknął kątem oka na Ariene i wspiął się na kamienny parapet.
 E, nawet nie było tak wysoko, z cztery piętra.
– Panie przodem – rzucił wesoło, kłaniając się, a później podając koleżance dłoń.
Ariene uśmiechnęła się szeroko, aż błysnęły jej ząbki, chwyciła rękę obrońcy i energicznie podciągnęła się do Cadora. Mała wariatka nawet nie przystanęła na parapecie, wykorzystała siłę rozpędu i po prostu zrobiła jeszcze jeden krok, puszczając dłoń towarzysza.
Skoczyła bez najmniejszego wahania, dokładnie tak, jak pokonywała także odległości między dachami – jakby była święcie przekonana, że prędzej czy później dostanie skrzydeł. Musiała tylko powstrzymać się od radosnego śmiechu, kiedy wiatr świsnął jej w uszach, a świat trochę zawirował, bo zdradziłaby się z tym, że coś dziwnego się nocą na targu wyrabia.
Materiał ugiął się pod nią, po czym się wybrzuszył, lekko nią podrzucając. Odetchnęła, sapnęła i wydostała się spod swoich włosów.
Spinki i inne ustrojstwa uznały, że one w takich warunkach pracować nie będą, i cała misterna fryzura wzięła i się rozwaliła. Wiedźma była z tego właściwie zadowolona, trochę tylko niewygodnie. Ale zignorowała fakt, przeturlała się na bok, robiąc miejsce Cadorowi, żeby sobie z czwartego piętra nie gruchnął prosto na nią.
Wylądował chwilę potem, mniej czy bardziej zgrabnie – na pewno jego włosy nie postanowiły urządzić antycadorowego puczu. Warknął cicho, gdy nim podrzuciło, odnalazł równowagę i usiadł sobie wygodnie, wyciągając nogi przed siebie. Uf, chwila wytchnienia.
Obrócił głowę do swojej towarzyszki; gdy zobaczył, co też fryzura Ariene postanowiła ze sobą zrobić, najpierw parsknął cicho. A potem wybuchł niekontrolowanym atakiem dzikiego śmiechu.
Ratunku, potwór! Dobrze, że tego nie powiedział.
Nim zdążyła mu przygrzmocić za tę jawną zniewagę (a się należało, to trzeba przyznać), uspokoił się i odetchnął, upewniając, że chichot został powstrzymany. Uzbroił się w pokłady spokoju i ogłady, po czym zerknął na wiedźmę raz jeszcze, teraz patrząc jej prosto w oczy. I już nie miał ochoty się śmiać, uśmiechnął się za to ciepło.
Zmarszczył czoło, widząc rysę na jej policzku; wyciągnął dłoń do ranki i przesunął po niej opuszkiem palców. Gdy na jego skórze został ślad krwi, przymrużył oczy z niezadowoleniem.
– Uważaj na siebie bardziej – mruknął trochę karcąco, wracając spojrzeniem do szafirowych ocząt.
– Zaraz to ty będziesz musiał uważać na siebie – warknęła, błyskawicznie się zjeżywszy, no bo co jest, kurde!
Prychnęła, odwróciła głowę, żeby jej bezczelny nie dotykał, i spróbowała coś zrobić ze swoimi włosami. Ponieważ poczuła wstępujący na policzki rumieniec, zdenerwowała się jeszcze bardziej.
Co ją jego opinia obchodzi! Jej włosy, mogą sobie robić co tylko chcą, może nawet wyglądać jak rude rozczochrane i jemu nic do tego! Gdzie ta wstążka?
– Szlag by cię – rzuciła nerwowo i trudno powiedzieć, czy zwracała się do kochanego, taktownego obrońcy, czy do swojej zguby.
W każdym razie wszyscy przeciw niej, jak ona nienawidziła tego przeklętego dnia. Jak nie łowcy, to obrońcy, szlag ich wszystkich.
– Hej, hej – wymruczał, chwytając delikatnie jej nadgarstki i odciągając od tej przeklętej fryzury.
Gdy już za jego namową położyła dłonie na kolanach, on sięgnął do jednego z bardziej odstających kosmyków i założył go jej za ucho; nie poprawił wyglądu fryzury, ale przecież nie o to chodziło. Pobłądził spojrzeniem po jej twarzy, uśmiechając się lekko, po raz kolejny rozbrojony jej urokiem.
– Nie poprawiaj – poprosił spokojnie, a nim to zdążyło zbić ją z tropu, postanowił dolać oliwy do ognia: – Jesteś piękna – szepnął niskim, już zdecydowanie nie rozbawionym czy żartobliwym głosem.
Nieco przymrużył jasnozielone oczy, uparcie utrzymując kontakt wzrokowy; czekał na jej reakcję, nie do końca wiedząc, jak ona się w tej chwili zachowa. Jakby w obecnych okolicznościach miała się zachować jakkolwiek normalnie.
Ariene aż zachłysnęła się powietrzem, otwierając szerzej oczy. Doskonale usłyszała, co też powiedział, ale przez pewną chwilę sens nie chciał dotrzeć do otumanionego umysłu. Miała ochotę przetrzeć oczy albo podrapać się po głowie. Albo powiedzieć mu, że jest głupi, że są na targu i że szuka ich połowa miejskiej straży, więc wypadałoby się zmywać.
Tylko nie mogła z siebie nic wydusić. Wszystko wszystkim, ale wziąć człowieka z takiego zaskoczenia… to powinno być karalne.
Poczuła, że zaczyna lekko panikować. Za dużo jak na ten wieczór, zdecydowanie powinni zmywać się do posiadłości. Czy na te rozdroża. Gdzieś tu czekała Jutrzenka i izabel… ach, Keelain. Sama wymyśliła, no tak. Spróbowała się ruszyć, coś ze sobą zrobić i tylko mruknąć niewyraźnie pod nosem, jednak nie mogła.
Dlatego dalej siedziała – czy w sumie leżała, trudno orzec – na płachcie na targu, czekając, aż straż ich zlokalizuje, i wpatrując się w niego w zdumieniu.
Prawdę mówiąc, wynikało to z tego, że nie przywykła do słuchania takich rzeczy. Nie w taki sposób, bo… jakoś… inaczej. Może chodzi o to wylegiwanie się na dachu stoiska.
A może nie.
Niech tylko spróbuje teraz pójść po konie albo chociaż zasugerować, że powinni się zmywać. Doskonale o tym wiedział, tak samo jak o okolicznościach – pamiętał, że są ścigani przez kilkunastu uzbrojonych po zęby strażników za morderstwo, że pogoń jest niedaleko, że są w niebezpieczeństwie, że na tym przeklętym straganie są łatwo wystawieni na atak. O wszystkim tym pamiętał.
Ale, cholera jasna, po raz pierwszy od zawsze nikt im nie przeszkadzał. Znaczy, no, niektórzy mogliby uznać za niekomfortową świadomość bycia w głębokiej dupie (dzięki, Sheridan), jednak jego to nieszczególnie ruszało. Dlatego postanowił skorzystać z okazji, którą los dał mu na tacy.
Jakby nie patrzeć, sceneria była dość romantyczna. Piękna, choć bezgwiezdna noc, delikatny, ciepły wiaterek, przyjemna cisza, miękki materiał dachu straganu; gdyby wyłączyć pościg, zadanie, postrzępione stroje i zepsutą fryzurę Ariene, można by powiedzieć, że wszystko jest idealne. Dla niego było.
Zwłaszcza że nie interesował się tym, co dookoła; skupił się na kobiecie, nad którą się pochylał. Na jedwabistej w dotyku skórze policzka, przyjemnym zapachu o kwiatowej nucie, a przede wszystkim na nieco oszołomionych, ale zawsze powalających go na kolana oczach.
W sumie, nieco bawiło go to zwątpienie – i jakby bezradność? – które widział w jej spojrzeniu. On już się nie wahał, on był pewien. Dlatego uśmiechnął się kącikiem ust i nieco przechylił głowę, chwilę jeszcze się jej przyglądając. Wplótł palce drugiej dłoni w jej włosy, nakręcając sobie na palec jeden z idealnie czarnych kosmyków. Potem pochylił się jeszcze trochę i złożył na jej wargach ostrożny, choć w tej ostrożności pewny pocałunek.
Zareagowała, nim pomyślała. Z myśleniem w ogóle było ciężko, ale w jednej chwili po prostu o wszystkim zapomniała, prócz ściskającej jej żołądek niepewności czując dziwną ulgę. Jakby cały ten czas nie wierzyła, bo to zdawało się takie niemożliwe.
Uniosła się lekko na łokciu, chcąc być bliżej, nagle tylko to się liczyło. Chrzanić całą pogoń, przeklętego łowcę, chrzanić wszystko. Tym razem nie musiała się zastanawiać, co się stanie, kiedy przesunie rękę na jego kark, a potem zatopi dłoń w gęstych włosach; po prostu to zrobiła, bo mogła. Chciała.
Nieco bała się uderzenia rzeczywistości, kiedy on się już odsunie, dlatego, trochę dziecinnie, drugą ręką chwyciła go za koszulę. Jeszcze nie. Jeszcze jest kilka sekund, jeszcze mają chwilę, bez pośpiechu, prawda?
Umysł nadal nie był chętny do współpracy. Zresztą nie tylko z nim miała problemy, parę innych części ciała też raczyło zwariować, z bijącym sercem na czele. Żołądek też nie okazał się przyjazny, zupełnie jakby wywrócił się do góry nogami. Nie miała najmniejszego choćby pojęcia, jakim cudem to wszystko, ale bała się zastanawiać. Zresztą ostatnio coraz rzadziej myślała wątpliwościami, a pragnieniami, co ją płoszyło bardziej i bardziej.
Wychodzi na to, że perfidna złodziejka, skrytobójczyni i ogółem stały element światka przestępczego zawstydził się faktu, że można się zakochać. Taka to niewinna nagle, widziałby ją kto. Jakby ktoś widział, to by wyśmiał, naprawdę.
Ktoś widzi, ale nie spieszy mu się z wyśmiewaniem. Pewnie dlatego, że sam jest w to wszystko zamieszany, więc to jeszcze nie do końca odkryte zakochanie jest mu bardzo na rękę.
On to się nawet nie zastanawiał, czy mają jeszcze trochę czasu. Najwyżej im się zwalą jacyś strażnicy na głowę, absolutnie go to nie obchodziło.
Kiedy odpowiedziała, nie powstrzymywał się przed pogłębieniem pocałunku, chcąc poznać jeszcze więcej, być jeszcze bliżej. Choć trochę. Gdy przeczesał już palcami jej włosy, przesunął dłonią wzdłuż jej boku, obejmując kobietę w talii. Druga ręka przesunęła się z jej policzka na szyję, potem ramię, nieco na nią napierając; jak przed chwilą ciężar jej ciała był oparty na łokciu, tak teraz znów dotykała łopatkami materiału dachu, bardziej leżąc niż siedząc (konkretne określenie pozycji w tych warunkach nie jest możliwe, cóż).
Choć to, co czuł w tej chwili, było nowe, stare nawyki pozostały – umysł wprawdzie przestał współpracować, ale zaalarmował, gdy w tle rozległy się niepokojące dźwięki. Cador odsunął się od wiedźmy nieznacznie i, nadal patrząc jej w oczy, wsłuchał się w otoczenie.
Cholera jasna no, zbliżają się. Że też nie mogli sobie odpuścić. Mimo tego uśmiechał się szeroko, czemu trudno się dziwić. Jasnozielone oczy błysnęły lekko, nim podniósł się do pozycji w miarę siedzącej.
Nie wyglądało na to, by Ariene usłyszała pogoń czy w ogóle zrozumiała, dlaczego się odsunął. Obrońca chwycił jej dłoń i przyciągnął ją do siebie, jednocześnie zsuwając się bliżej krawędzi materiału.
– Zbliżają się, wypadałoby się pospieszyć – poinformował ją lekko, nadal uśmiechnięty szczęśliwie.
– Jasne – odparła całkowicie nieprzytomnym głosem, posłusznie podążając za nim i nadal nie wiedząc, co tu robi i dlaczego siedzi na dachu straganu.
Dopiero kiedy zeskoczyli na ziemię i zetknięcie z twardym podłożem wstrząsnęło trochę jej głową, oprzytomniała. Wciągnęła powietrze przez nos, na moment znieruchomiała, jakby bała się, że straci równowagę… i niepewnie dotknęła swoich ust, zapatrując się w bruk w całkowitym szoku.
Nawoływania nasiliły się; zadrżała, odetchnęła głębiej i wzięła się w garść. Cokolwiek to teraz było, chociaż spróbuje udawać, że nieważne. Bo robota. Iluzje pewnie się rozmyły, dlatego zorientowali się, że należy zawrócić z pogonią do budynku, z którego wyskoczyli. Dobra, świetnie, gdzie właściwie są…?
Starannie omijając Cadora spojrzeniem, podbiegła kawałek do przodu, przytknęła dwa palce do ust i gwizdnęła. Jeśli dobrze oszacowała, Jutrzenka usłyszy, czyli będą czekali nie więcej niż pół minuty.
– Wodze Keelaina przywiązałam do jej siodła – wyjaśniła jeszcze, wbijając uparty wzrok w uliczki odchodzące od targu.
Właściwie biedny izabel, jak już ruda małpa ruszy z kopyta na wezwanie, to może się nieszczęśnik trochę zmęczyć. No cóż, Jutrzenka nie miała litości dla żadnego żywego stworzenia – ze swoją panią na czele.
Trudno mu się powstrzymywało radosny śmiech, kiedy tak ją obserwował, najpierw dogłębnie zdziwioną, a później walczącą z własnym zdekoncentrowaniem. I to jeszcze on był tego powodem!
Choć się nie śmiał, nie próbował nawet zaprzestać uśmiechania się, co może i wyglądało dziwne (no bo halo, zaraz was znajdą strażnicy, którzy mają ogromną ochotę zrobić z obojga szaszłyki), ale co tam.
Podszedł do niej i uniósł jej brodę na dwóch palcach, nie mając zamiaru pozwolić jej na to, by unikała go wzrokiem. Teraz uśmiech zrobił się bardziej subtelny, ale też taki szczególny; nie żałował tego, co zrobił, zresztą dlaczego miałby? Oj, trochę tam ją wytrącił z rytmu pracy, da sobie kobieta radę.
Cokolwiek zamierzał, nie zdążył. Zostali zaatakowani z dwóch stron – z jednej przez strzały będące pierwszym śladem nowoprzybyłych strażników, z drugiej przez dyszące konie. Trzeba było działać szybko; jednym ruchem odwiązał wodze Keelaina od siodła Jutrzenki i przerzucił mu przez szyję, w drugiej już bezpiecznie go dosiadał, obracając łbem w kierunku ucieczki.
I nawet nie zdążył mrugnąć, jak dwie panie wystrzeliły do przodu i pognały przed siebie. Keelain parsknął cicho, jakby pytał „stary, na pewno? A może tu postoimy”, ale wreszcie, zmobilizowany warknięciem swego pana, ruszył śladem Jutrzenki.

Miasto szybko zostawili za sobą. Konie dały z siebie naprawdę wszystko i kiedy ani Cador, ani Ariene – upewniwszy się jeszcze prowizorycznymi czarami, które tradycyjnie wymyśliła na poczekaniu – nie widzieli ani nie słyszeli pogoni, pozwolili wierzchowcom przejść do stępa. Zwłaszcza ze względu na Keelaina, który wyglądał tak, jakby zwątpił w poczytalność towarzyszy podróży i ogółem planował chromolić robotę.
Ariene mogłaby tak galopować całą noc. Nawet nie dlatego, że Jutrzenka dałaby radę – wtedy zwyczajnie nie myślała. A teraz jechała obok obrońcy spokojnym stępem, zapatrzona w grzywę swojej klaczy, i nie miała pojęcia, jak się zachować.
To było dla niej zupełnie nowe, obce, straszne, dziwne. Zwykle ona dyktowała warunki relacji damsko-męskich, nie wstydziła się, nie wahała, ot, zapowiada się dobra zabawa, więc nad czym się zastanawiać.
Może chodziło tym razem o to, że nie chciałaby kolejnej zabawy. Nigdy jej nie przeszkadzało, że traktowała jakichkolwiek partnerów jak zabawki – i w drugą stronę w końcu było tak samo, ona stanowiła dla nich ładną zabawkę. Teraz bardzo nie chciała, żeby tak to się skończyło. Gdzieś czuła, że te obawy są głupie, ale istniały.
Musiała zająć czymś ręce, dlatego zaczęła pleść Jutrzence warkoczyki. Klacz tego nienawidziła i zawsze niszczyła pracę wiedźmy, nim ta nawet zrobiła cztery sploty, ale dziś ruda małpa była zbyt zadowolona, żeby zwracać uwagę na amazonkę. Nawet nie zgrzytała tak często na Keelaina, stępując energicznie, z uniesionym łbem, gotowa do kolejnej galopady.
A Ariene zaklinała w duchu Cadora, żeby się odezwał, jednocześnie błagając go, by tego nie robił i może lepiej zapomniał.
Zmęczenie docierało do niego powoli, na razie tylko przypominając o sobie krótkimi zrywami: nagłą potrzebą ziewnięcia czy nieposłuszeństwem mięśni. Nie doszło do głosu, gdyż obrońcę ciągle trzymały emocje.
Godzina nie była jeszcze poranną, nie zaliczając się już do nocy; nastawał świt, mrok rzedniał, a ogólna atmosfera przebudzenia sprawiała, że czas było się zastanowić nad najważniejszymi kwestiami.
Ta kwestia właśnie stępowała koło niego i wyglądała na kompletnie rozbitą. Trochę go to bawiło, musiał przyznać. Ariene Tenshi Podła Wiedźma, wojownicza i nieprzewidywalna, wzbudzająca mimowolny szacunek nawet u największych skurwieli (na przykład u takiego, który, jak się Cador spodziewał, przy spotkaniu z wiedźmą otrzyma solidny opierdol za zniszczenie planu), a tu zdawała się być kompletnie nieporadna.
Jeszcze by się zastanawiał nad istotą sprawy, gdyby to nie było aż tak oczywiste; przecież wiadomo było, że kiedyś dojdzie do takiej sytuacji, ba, parokrotnie już było niebezpiecznie blisko. Wszyscy już wiedzieli, że coś między nimi jest.
A ona była zaskoczona.
Obdarzył ją lekkim uśmiechem, choć nie pojawiło się w nim zbyt dużo kpiny. Aż tak ją onieśmielał? Wątpił. Musiało chodzić o obawy, wątpliwości, może przykre doświadczenia z przeszłości, generalnie jej zachowanie na pewno było uzasadnione. Tylko nie dojdą do tego, jak ona będzie konsekwentnie udawać, że jest powietrzem.
– Ariene – mruknął niejako karcąco, żądając jej uwagi.
Podła wiedźma w tym momencie na swój tytuł w ogóle nie zasługiwała, bo gdy się odezwał, drgnęła i lekko przygarbiła ramiona. Nie wiedziała, czy się cieszyła, że się odezwał, czy jednak wolała, żeby milczał. Silthe, w co ona się wpakowała…
– To ja – odparła niewyraźnie, z całego zdenerwowania myląc kolejność kosmyków i zaplatając Jutrzence supeł na grzywie. – O szlag – zmartwiła się, puszczając warkoczyk i patrząc na potworne dzieło zniszczenia.
Kobyłka parsknęła z dezaprobatą, zwracając uszy w kierunku swojej amazonki, jakby chciała powiedzieć „i coś ty, pierdoło, zrobiła”.
Ariene burknęła pod nosem i zabrała się do ratowania honoru grzywy Jutrzenki, ciesząc się, że ma coś, na czym może się całkowicie skupić. Tylko serce waliło jej jak oszalałe w piersi i trochę dziwniej się oddychało.
Niech on nie chce o tym rozmawiać. Niech chce zapytać o cokolwiek. O zadanie. O bal. O jej rodzinę. O Dereka. O… o pogodę na jutro. O to, jak planuje zabić Sheridana.
Proszę.
Jeszcze chwilę przyglądał jej się bez słowa, aż wreszcie odwrócił głowę, znów patrząc prosto przed siebie. Westchnął głośno i z wyraźnym zrezygnowaniem, zaczepił końcówkę wodzy Keelaina o siodło i oparł się dłońmi o przedni łęk.
– Będziesz tak cały czas? – zainteresował się uprzejmie.
Nie wyjaśniał; albo się kobieta domyśli, albo niech pyta.
Zerknął na nią ukradkowo, kątem oka, nie chcąc, by znów czuła się przytłoczona intensywnością jego spojrzenia, a pragnąc ujrzeć jej reakcję. Po niej mógł się dowiedzieć najwięcej, bo choć wiedźma za żadne skarby nie przyznałaby się do niczego, to zdradzają ją wyrazy twarzy i błyski w oczach.
No i nerwowe zachowania; na Silthe, cóż ona zrobiła z tą grzywą, biedna konina. Znaczy, Jutrzenka.
– Jak? – burknęła niechętnie, doskonale wiedząc, co miał na myśli.
Tylko, jasna cholera, nic z tym nie mogła zrobić.
Nawet obawa, że mógłby sobie pomyśleć, iż się obraziła o to… wszystko… nawet to nie sprawiło, że wzięła się w garść. Zdołała tylko rozplątać supeł na grzywie i na wszelki wypadek porzuciła karierę fryzjerki, nie odwróciła jednak spojrzenia od kłębu klaczy. Może da Jutrzence ukradkiem łydkę i uda, że małpa ją poniosła?
Silthe jedyny, zachowywała się jak dziecko. Ale nie mogła. Myśl, że miałaby na niego spojrzeć, paraliżowała. W ogóle tak głupio, jechali sami, ona nie umiała się ogarnąć, on się chyba irytował, kobyła była niezadowolona, a język Keelaina niedługo dosięgnie ziemi.
I znów długo nie odpowiadał. Ot, za każdym razem musiał przypomnieć sobie, by się zachowywać, zastanowić się, co chce powiedzieć, a potem jeszcze przekonać, że są to odpowiednie słowa.
Bo najchętniej zatrzymałby oba konie, ściągnął ją z siodła i pocałował raz jeszcze. Ale może rzeczywiście warto najpierw porozmawiać. Tak mówią.
– Spójrz na mnie – mruknął wreszcie.
Przecież doskonale wiedziała, o co mu chodzi, nie będzie udzielał odpowiedzi na bezsensowne pytania.
Przechylił głowę, znów uważnie ją obserwując; a co, utrudni jej zadanie, niech ma. Kontakt wzrokowy nie jest tak straszny, serio.
– Po co? – spytała, jeszcze trochę bardziej kuląc ramiona.
Ale się uparł. Prawie jak ona. Tylko naprawdę się bała, że to nie jest takie proste, jak się wydaje. Z drugiej strony też niepokoiła ją myśl, że swoim zachowaniem mogłaby go zdenerwować, zniechęcić, cholera wie co, tak dokładnie. Nie była nawet pewna, na czym stoi.
Gdzieś tam wiedziała, jednak to było za proste. Tak się nie dzieje.
– Wszyscy już pewnie czekają – dodała i oddała trochę wodze Jutrzence; nie musiała nawet dawać łydki, żeby klacz ruszyła energiczniej, za dobrze została wyszkolona w słuchaniu niekonwencjonalnych pomocy.
Cador nie był na tyle okrutny, by zmuszać do większego wysiłku i tak zmordowanego już izabelka; nie spodobało mu się wprawdzie, że panie odjechały trochę w przód, ale trudno. I tak go usłyszy, czyż nie?
– Ariene – powtórzył uparcie, bo zachowywała się jak pięciolatka.
Czasami było to urocze, prawda, ale teraz zaczynało irytować. Aż mu wpadło do głowy, czy Derek też tak z nią miał; to była bardzo zła myśl i tylko go rozwścieczyła.
Nabrał powietrza do płuc, policzył do dziesięciu, przypomniał sobie, co z panem Derekiem zrobił i już mu było lepiej.
– I tak ode mnie nie uciekniesz – oznajmił jej z lekkim rozbawieniem, pozwalając sobie na uśmiech bardziej złośliwy.
Oboje wiedzieli, że nie chciała uciekać, więc po co to wszystko?
– Nie uciekam! – warknęła, drgnąwszy nerwowo w siodle. – Nie chcę ich opóźniać – dodała zirytowana, ale wstrzymała wodze Jutrzenki zbyt gwałtownie.
Klacz przysiadła na zadzie i wspięła się lekko, tuląc z niezadowoleniem uszy. To trochę Ariene otrzeźwiło, sapnęła cicho i poklepała rudą po szyi, mrucząc uspokajająco. Wierzchowiec chyba jednak miał amazonkę w poważaniu i strzelił pokazowego focha. Nawet tupnął, skubaniec.
– Silthe – szepnęła wiedźma, teraz to dopiero czując się bezsilną.
Nie umiała w ten sposób rozmawiać. Takie rozmowy w jej życiu ograniczały się do tego, że chwilowo przestawała się nocami z kimś spotykać, bo miała ważniejsze zadanie.
A potem i tak kończyli w łóżku, bo rozmowy są nudne. Aż się wzdrygnęła, mając cichą nadzieję, że jednak potrafiłaby to inaczej rozegrać, bo tak jakoś.
– Keelain jest zmęczony, zaraz mi zamęczysz konia. Poczekają – odpowiedział, chociaż bardziej „żeby było”, bo przecież nie o tym rozmawiali.
Głupie wymówki. Jasna cholera, czy to naprawdę było takie trudne? Nie było. On był w niej zakochany po uszy, jej też nie był obojętny, więc ją pocałował, wielkie mi halo. Nie wzbraniała się przecież, no i nie wyglądała na niezadowoloną z tego faktu. Swoim prostym, męskim rozumiem nie mógł pojąć, z czego tu Ariene robi problem.
– Baby – mruknął nawet pod nosem, ale dość cicho, by zainteresowana tego nie usłyszała.
Keelain parsknął cicho; przed chwilą oberwał od Jutrzenki kolejnym morderczym spojrzeniem i zgrzytnięciem zębów, więc teraz całkowicie się ze swoim panem zgadzał.
– Udajesz, że nic się nie stało – postanowił poinformować wiedźmę obrońca, raczej dlatego, że nie wiedział, jak jej to wytknąć w inny sposób, niż stwierdzając oczywistości.
Jakoś musiała to rozegrać. Szlag jasny by to trafił, czemu nie wiedziała jak?
– Więc o to ci chodzi – rzuciła niedbale, przeklinając się w duchu za taką akurat metodę.
Chciała powiedzieć coś innego. Dlaczego nie umiała?
– Mam zrobić wokół tego jakieś zamieszanie? – dodała jeszcze i zapragnęła strzelić sobie w łeb.
Zamiast tego w złości ugryzła się w język – tym razem też przesadziła, syknęła, skuliła się i skrzywiła, mamrocząc:
– Kulwa maź.
Mlasnęła kilka razy, odwróciła lekko głowę i delikatnie obadała język opuszkami palców, zastanawiając się, czy powinna sobie rozcięcie uleczyć. Najlepiej zrobi, jeśli uleczy sobie mózg, o.
Poranne powietrze było takie rześkie. Relaksujące. Otrzeźwiające. I całe szczęście, bo pomogło mu na spokojnie przeanalizować fakty i zrozumieć kilka rzeczy.
Zamiast się zdenerwować, co prawdopodobnie wielu zrobiłoby na jego miejscu, przechylił głowę i spojrzał na nią z pewnym pobłażaniem.
– Jeśli chcesz – zaproponował nonszalancko, a na krótką chwilę błysk w jego oku zrobił się bardziej łobuzerski.
Zaraz jednak ogarnęła się ta bardziej odpowiedzialna strona jego natury, przypominając, że trzeba ustalić co, jak i czemu.
– Mogłabyś na przykład przestać udawać, że mnie nie ma. Bo mam wrażenie, jakbym ci zrobił jakąś wielką krzywdę – dodał jeszcze, nadal swobodnie.
No bo cóż, raczej był pewien, że jej nie skrzywdził; nie zareagowała jak krzywdzona kobieta, może tak.
– Może zrobiłeś, aua – mruknęła, jeszcze nie przyzwyczaiwszy się do nieprzyjemnego bólu w języku.
Ostatecznie westchnęła ciężko i przymknęła oczy, zamykając z większą kulturą usta. Chwilę tak jechała w milczeniu, lekko zgarbiona, nawet jakby pochylona, mniejsza niż w rzeczywistości, aż wreszcie wyprostowała się, odgarniając włosy na plecy. Wreszcie obróciła głowę w jego stronę i po prostu na niego spojrzała.
Prawdę mówiąc, nie wiedziała, co wyrażały jej oczy. Nie wiedziała, co dokładnie czuła, kiedy się mu przyglądała, ale bardzo chciała, żeby coś z tym wszystkim zrobił. Pierwszy raz w życiu nie potrafiła.
W pierwszej chwili chciał znowu pytać; może nawet ogarnęły go wątpliwości, może nawet zaczął się zastanawiać, czy faktycznie nie postąpił źle. Jednym spojrzeniem powstrzymała go od wszelkich działań, wyczyściła jego umysł z myśli i sprawiła, że nagle zrozumiał. Tak jakby. Nie potrafił tego nazwać czy wyjaśnić, ale nagle wiedział, co powinien ze sobą zrobić.
Cmoknął na izabela, który, chcąc czy nie chcąc, posłusznie pokłusował do Jutrzenki. Mężczyzna nie zwrócił uwagi na wyraźne niezadowolenie kobyły; niech sobie zgrzyta i kładzie uszy, upierdliwa konina. Skupił się na Ariene.
Wyciągnął przed siebie rękę i przytulił dłoń do jej policzka, przechylając głowę i spoglądając jej prosto w oczy (jak mu się uda nie spaść z siodła przy takim wychyleniu, to bardzo brawo). Przyjrzał się jej uważnie, tak dokładnie, jakby przypatrywał się każdemu centymetrowi osobno, zapamiętując najdrobniejsze szczegóły.
Tak naprawdę szukał oznak, reakcji, potwierdzenia swoich myśli.
– Nie zrobiłem – oznajmił wreszcie, z całkowitą pewnością.
I uśmiechnął się lekko; nie pyszałkowato, nie z rozbawieniem, nie złośliwie, nie łobuzersko, nie kpiąco. Tak po prostu.
Mimowolnie odetchnęła. Wydało się jej, że wszystko już jest w porządku, bo cudem sam sobie wyjaśnił, sam ze sobą porozmawiał i w ogóle załatwił całą sprawę z samym sobą, nie wciągając jej w to tak, jak by pewnie chciał.
Przymknęła na chwilę oczy i sama się uśmiechnęła, bardziej rozluźniona. Sięgnęła do jego ręki, przekrzywiając lekko głowę, by wtulić twarz w ciepłą dłoń na policzku. Nie zrobiła jednak tego, co sobie zaplanowała, czemu jej to nie zdziwiło?
– Patrzcie, Ari i Cador!
– Stój, ty…! Ty niedorobiony gówniarzu ty!
Ariene aż otworzyła szerzej oczy i rozejrzała się zaskoczona; w ich stronę jechał energicznym galopem szeroko uśmiechnięty Aidan, natomiast trochę z tyłu znajdował się Caleb na swoim tarancie oraz Leanelle.
Myśliwy właśnie wyjątkowo wściekły uderzył dłonią w czoło, podczas gdy chłopak zwalniał karosrokatego ogiera i wjeżdżał między Jutrzenkę a Keelaina, bo tak mu wyszło.
– Ale była jazda na tym balu! – sapnął cały promieniejący.
– No nie – wydusiła Ariene.
A potem parsknęła serdecznym śmiechem, dezorientując Aidana.
Cador spojrzał na swojego ucznia zdruzgotany, ale mimo wszystko miał zbyt dobry humor, by się na niego zdenerwować. Westchnął tylko ciężko i posłał Ariene porozumiewawcze spojrzenie, dopiero po chwili zerkając na rozpromienionego Aidana.
– Ilu zabiłeś? – zainteresował się rzeczowo, doskonale wiedząc, że młody prawdopodobnie odznaczył się wyłącznie wpakowaniem w kłopoty.
Może nawet kilka razy.
Ale na pewno nie pozbawił nikogo życia, to byłby cud w Lostarze.
Leanelle uniosła nieco zaciśnięte na wodzach dłonie, wstrzymując wyraźnie podenerwowanego nagłym odgalopowaniem przyjaciela konia. Wpatrzyła się w plecy Aidana z bardzo mądrym wyrazem twarzy, przechylając głowę.
– On jest aż tak niewinny i nieświadomy, czy aż tak niemądry? – mruknęła w końcu, pełna niedowierzania.
No bo nawet ONA widziała, że to nie był odpowiedni moment, aby przerywać Ariene i Cadorowi. Jejku.
– Ukręcę mu łeb przy samej dupie – odparł jej Caleb, najwyraźniej podłapawszy pewne powiedzonko od pewnej osoby. – I tak mu jest niepotrzebny – dodał niezadowolony, kierując swojego konia do trójki kawałek dalej.
Aidan popatrzył na nauczyciela zdumiony, a potem zmarkotniał. I zmarkotniał jeszcze trochę. Ariene westchnęła ze zrozumieniem i poklepała go po ramieniu.
– Czyli ilu zabił Caleb? – spytała, powstrzymując szeroki uśmiech.
– Nie tak dużo, wyprowadził nas w miarę tak, że żaden strażnik prawie nie zauważył – mruknął niezadowolony chłopak. – Gdybym nie narobił zamieszania, to w ogóle by się nie zorientowali, że uciekamy.
– Nie martw się, nie jesteś w tym gorszy od Sheridana – skwitowała na pocieszenie Ariene i przypadkiem zacisnęła dłoń na ramieniu biedaka.
– Aua, przepraszam – jęknął przerażony i spróbował śliczną rączkę z siebie zdjąć.
Cador spojrzał najpierw na swojego pokrzywdzonego ucznia, a konkretniej na jego ramię, później zawędrował wzrokiem na mocno zaciśnięte palce Ariene, aż w końcu zerknął na jej twarz, szczególną uwagę skupiając na oczach. Oho.
– Ktoś dostanie solidny opierdol – oznajmił grobowym głosem. – Nie, żeby mu się nie należało, tak w sumie – dodał, wykrzywiając usta w grymas.
No bo tak, nie ma to jak narazić życie przyjaciół (dobra, towarzyszy, przyjaciół to łowca nie ma zbyt wielu) z powodu urażonej męskiej dumy.
Znaczy, ekhm, on nic nie mówi.
Leanelle uśmiechnęła się krzywo, ledwie unosząc kącik ust, po czym popuściła wodze, pozwalając swojemu wierzchowcowi pomaszerować do reszty stada.
I na razie się nie odzywała, no bo po co. Ani nie ma się czym chwalić, ani na co skarżyć, grzeczna była i wywiązała się z zadania.
– Głodna jestem – mruknęła tylko pod nosem, bo tak jej się przypomniało.
Caleb westchnął jak bardzo zmęczony człowiek. Przechylił się lekko, sięgnął do swojej torby, chwilę w niej grzebał, po czym wyjął kanapkę owiniętą w papier i podał Leanelle.
– Proszę – stwierdził po prostu, przenosząc wzrok na Ariene. – Czyli to nie ty dałaś… ehem, schrzaniłaś? – poprawił się szybko, bo niektórzy w towarzystwie stali się ostatnio na czyimś punkcie przewrażliwieni.
Aidan zaskomlił cicho, bo Ariene mocniej rączkę zacisnęła, ale zaraz ją zabrała, by zamordować Caleba spojrzeniem.
– Ty wiesz, co ta skretyniała paczka testosteronu zrobiła? – syknęła groźnie, mrużąc oczy jak drapieżnik, który zaraz rozszarpie ofiarę.
Nie zrobiło to na Calebie najmniejszego wrażenia.
– Pewnie zbyt rycersko zaczął bronić honoru Anabde, zgadza się? – podsunął wręcz znudzony i wzruszył ramionami. – Ja tam się dziwię, że ktoś nie wskoczył do tej sali balowej przez okno, tak się składa.
Ta uwaga sprawiła, że Ariene na chwilę zapomniała o mordowaniu i się zasępiła, zastanawiając się, o co dokładnie myśliwemu chodziło. Mężczyzna, widząc to, przeniósł zdruzgotane spojrzenie na przyjaciela, samym wzrokiem pytając „jakim cudem?”. Aidan natomiast mógł rozmasować biedne ramię.
Leanelle otworzyła szeroko oczy, wpatrzyła się w kanapkę tak, jakby ta zagroziła jej gwałtem i zamordowaniem rodziny, po czym bardzo niepewnie przyjęła podarunek, przenosząc równie zaniepokojone spojrzenie na myśliwego. Odpakowała prowiant, ugryzła, przeżuła, po czym nagle się rozpromieniła.
– Jefteś czudofny – poinformowała go w przerwie pomiędzy wzięciem do buzi kolejnego kęsa a przełknięciem go.
Czyli nie tak, jak prawdziwe panienki robić powinny, ale kij wam w oko z zasadami, generalnie. Była głodna.
Gdy już połowy kanapki nie było, zreflektowała się i na krótką chwilę znów zwróciła uwagę na Caleba.
– I ten, dziękuję – mruknęła.
Cador, podłapawszy spojrzenie przyjaciela, wzruszył ramionami, jakby mówił „mnie nie pytaj”. On z tą niedomyślnością wiedźmy miał przed chwilą spory problem. I byłby problem rozwiązał, gdyby nie kochany Aidan.
– Wiem – odparł na wyznanie Leanelle Caleb, nie będąc specjalnie pod wrażeniem tego gorącego wyrazu uczuć.
Aidan natomiast aż się otrząsnął, patrząc to na jedno, to na drugie z niedowierzaniem. To wcale nie było śmieszne, myśliwy miał przecież narzeczoną!
Ariene porzuciła frapujące rozmyślania (kto podrywał Erriana? Przecież był muzykiem. Tam stali sami faceci. Chyba nie…?), uniosła wzrok i przyjrzała się Calebowi bardzo, ale to bardzo krytycznie. A potem parsknęła z najwyższą dezaprobatą.
– Akurat to jesteś beznadziejny – poprawiła kolegę, bo może nie wiedział.
– Ty też ostatnio się wykładasz na wielu rzeczach – odciął się bez mrugnięcia okiem, tylko kącik jego ust drgnął w takim pełnym satysfakcji uśmiechu.
– Proszę?! – oburzyła się Ariene. – Niby na jakich?!
– Nie wiem, jedna ma płową czuprynę, druga nazywa się planowaniem większych akcji, trzecia to spławianie kretynów z gildii, czwarta to ogarnianie zaplanowanych większych akcji, piąta… – zaczął bezczelnie wyliczać, zmontowawszy wypowiedź na tyle taktycznie, że wiedźma już na pewno nie pamiętała o pierwszej pozycji.
– Masz trzy sekundy, zanim cię zabiję – wyznała Calebowi Ariene, z cichym warknięciem pochylając głowę.
– Straszna – wyszeptał Aidan, odsuwając swojego ogiera od niezadowolonej Jutrzenki.
A przede wszystkim od wiedźmy.
O pierwszej pozycji pamiętał za to Cador, który już miał się zdenerwować, ale doszedłszy do podobnych co Caleb wniosków (wybacz, Ariene, to nie, że jesteś mało mądra, tylko ty nie zwracasz na takie rzeczy uwagi), machnął ze zrezygnowaniem ręką.
Niech się mordują, co mu tam.
Leanelle za to wzruszyła ramionami. Nie interesowało jej nic poza kanapką; jak się będą zabijać, to spoko, byle prowiant zostawili.
– Drżę ze strachu – wyznał jej Caleb, uśmiechając się w bardzo brzydki sposób.
– Tę Vivi swoją to chyba walnąłeś maczugą przez łeb i za nogę do jaskini, innej możliwości nie widzę – wściekła się jeszcze bardziej Ariene, nie wierząc, że tacy ludzie uchowali się do dnia dzisiejszego.
– Wolę za włosy. Swoją drogą, fajna fryzura – dobił leżącego.
Wiedźma zachłysnęła się powietrzem, sięgnęła do włosów, przypomniała sobie tysiąc pięćset sto dziewięćset strasznych rzeczy i znowu się zgarbiła, spurpurowiawszy na twarzy jak dojrzała piwonia.
Cador bardzo taktycznie odwrócił głowę; potrafił powstrzymać cisnący się śmiech, ale było to widoczne. Nie wytrzymał, zakrył sobie usta dłonią i odkaszlnął, że go coś niby w gardle drapie.
– Bardzo twarzowa – mruknął ostrożnie; miało być pocieszająco, wyszło jak zwykle.
Leanelle prawie zakrztusiła się własną kanapką, ale udało jej się uratować swój marny żywot, nim ktoś wpadł na głupi pomysł poklepania jej po plecach. Przełknęła kęs, odetchnęła głęboko i przyjrzała się fryzurze Ariene wyjątkowo krytycznie. Odpuściła sobie komentarz wyłącznie dlatego, że się jej wiedźmy zrobiło żal.
Ariene uniosła głowę i spojrzała na Cadora tak, że powinien paść trupem na miejscu. Syknęła przez zęby, przymierzając się do warknięcia, a potem zamordowania, ale powietrze momentalnie z niej uszło i odwróciła wzrok.
– Zapomniałam – wymamrotała, próbując ułożyć niesforne włosy. – Tak jakoś.
Caleb jeszcze chwilę przyglądał się Ariene z ciekawością, potem zerknął krótko na Cadora; na niego nie musiał długo patrzeć, umówmy się, znał go na wylot. Ostatecznie uniósł brwi i pokiwał głową.
– Zapomniałaś – powtórzył.
Jeszcze raz popatrzył na Cadora, ledwie poświęcił uwagę czerwonej twarzy wiedźmy. I wtedy się roześmiał nieco chrypliwie, kręcąc głową.
– No wreszcie.
– Boję się pytać. Masz tu liście, to chyba dzika róża – bąknął Aidan, sięgając, by pomóc Ariene.
– PIERDOLONY ŁOWCA!

Kiedy Lantano po raz kolejny wyraził chęć sięgnięcia do rosnącej przy drodze trawy, Anabde wreszcie się nad nim zlitowała. Popuściła popręg, poluzowała wodze i pozwoliła ogierowi się paść. Sama oparła się dłońmi na przednim łęku i zapatrzyła na drogę z niezadowoloną miną. Pusto.
Dla pewności obróciła głowę w stronę majaczącego w oddali budynku. Wyglądał dokładnie tak, jak opisywał go Cador, był w odpowiedniej lokalizacji, otoczenie również się zgadzało. Nie mogli się pomylić, musieli czekać w dobrym miejscu, po prostu nie istniała inna możliwość.
Czyli reszta się spóźniała.
– Myślisz, że się pozabijali? – mruknęła znudzonym głosem, zerkając na swojego towarzysza.
Jednocześnie zaczęła się zastanawiać, czy nie zejść z konia i nie rozsiodłać go, bo równie dobrze może się okazać, że pozostali dołączą do nich rano.
Albo wcale, jeśli się pewni Przeklęci nie dogadali.
– Myślę, że Aithne i Sheridan nie dożyją świtu, Ariene i Cador znaleźli jakieś ustronne miejsce, a Caleb nie wytrzymał dzieciarni i ją pozabijał. Ale mi się chce spać – zakończył wywód Errian i zasłonił usta dłonią, by móc sobie ziewnąć.
Koral parsknął, potwierdzając słowa jeźdźca, i zwiesił łeb. Spisał się dziś na medal, a teraz zamiast być zadowolonym w boksie, sterczał na wygwizdowie i omiatał boki ogonem ze znudzeniem.
– Może rozbijmy obóz – westchnął młody mag, przywołując do dłoni kulę wody.
Podrzucił ją, skupiając na niej spojrzenie, by nie rozchlapała się dokoła, lekko oczy przymrużył i woda zaczęła zmieniać swój stan – powoli zamarzała.
– Marudzisz prawie jak Lea – skrytykowała go Anabde, mrużąc powieki.
Jeszcze niech doda, że jest głodny; wysłuchiwała takiego miauczenia codziennie, odkąd dołączyła do niej drobna szatynka. Dlaczego w ogóle się na to zgodziła? Westchnęła ciężko i czule pogłaskała Lantano po szyi, zaraz wplatając palce w śnieżnobiałą grzywę.
– Jeśli jakimś cudem przeżyją, to i tak się pozabijają, jak tu dotrą. Ariene na pewno nie jest szczęśliwa, że Sher zniszczył jej misterny plan i wpakował nas wszystkich w niezłe bagno – uznała mało optymistycznie.
Uniosła głowę, rozejrzała się czujnie dookoła i uznała, że z tym obozem to może nie być głupi pomysł. Może nawet zdążą zapuścić korzenie.
Zeskoczyła z siodła, poklepała swojego mało przejętego tym faktem wierzchowca i zaczęła go rozsiodływać. Errian chyba się domyśli, że działaniem przyznała mu rację, tak?
– Bo jestem rozpieszczonym szlachcicem – odparł niezrażony Errian, nie do końca ciesząc się z wizji przespania nocy pod zimnym krzakiem, ale co zrobić.
Zsiadł ze swojego biednego ogiera, zniknął kulkę do zabawy i zabrał się do względnego oporządzania konia, nie tracąc nadziei, że pozostali zaraz ich dogonią. No bo naprawdę, ile można? Trochę się też martwił. Dziś była naprawdę ciemna noc.
Koral parsknął i szturchnął pana, zaraz nastawiając uszy i zapatrując się w mrok. Młody mag obrócił się do drogi, którą pozostali powinni nadjechać.
– Myślisz, że to nasi? – mruknął do wierzchowca i poklepał go lekko.
Anabde zerknęła w stronę, z której dochodziły odgłosy, później uniosła wzrok na ciemne niebo i zmrużyła oczy. Światło księżyca odbijało się od beżowo-złotych łusek stworzenia lecącego kilka metrów nad podróżnikami; Hessana dało się rozpoznać z daleka.
– Nasi – potwierdziła, wzruszyła ramionami i wróciła zainteresowaniem do swojego wierzchowca.
Gdy podjeżdżali, miała ochotę na nich warknąć; radosne głosy, przekrzykiwanie się i chichoty były wyjątkowo irytujące o takiej porze i w takim miejscu, po takich nocnych atrakcjach. Powstrzymała się jednak, nie chcąc się przyznać do bólu głowy; jeszcze wiedźma uzna, że może ją wyleczyć.
– Och. Tamci się pozabijali? – powiedział na widok Erriana i Anabde Cador, pewien, że zastaną w umówionym miejscu wszystkich.
– Jeśli Ai mnie wyręczyła, to wyżyję się na trupie tego pierdolonego łowcy – syknęła Ariene, strosząc się jeszcze bardziej.
Errian przyjrzał się całej grupce, na koniec zawieszając wzrok na rozjuszonej wiedźmie. Przekrzywił lekko głowę, jakby w zamyśleniu.
– Przypominasz Aithne. Fryzura – wyjaśnił, wskazując na własną czuprynę.
Ariene zająknęła się, wytrzeszczyła oczy, a potem zwiesiła zrezygnowana głowę. Chyba cały świat się jej uczepił tego dnia, no naprawdę. Zaczynając od balu, kończąc na Errianie, gorzej być nie może.
Calebowi natomiast humor dopisywał, raczył koleżankę serdecznie wyśmiać.
– Tylko się nie zakochaj – podsunął młodemu magowi.
– Nie jestem głupi – otrząsnął się niezadowolony Errian i cofnął się kilka kroków, woląc towarzystwo Korala.
Caleb roześmiał się głośniej, bardzo zadowolony z odpowiedzi.
– A ja tyle razy to powtarzałem! – rzucił jakoś tak jakby do Cadora.
– Hej! – obruszył się za to pan obrońca, miażdżąc spojrzeniem obu panów.
Miał nawet powiedzieć coś więcej, ale ze względu na nie opuszczający go dobry humor dał sobie spokój. Zeskoczył z Keelaina i popuścił popręg, zaraz odwracając się tyłem do konia i opierając się o niego plecami. Ciekawe, jak długo będą musieli czekać.
Anabde zrobiła już z koniem wszystko, co mogła, przeczesała więc palcami jasną grzywę, po czym usiadła na trawie, nadal trzymając wodze w ręce. Lantano był na całe szczęście zbyt pochłonięty jedzeniem, by zwrócić uwagę na nowoprzybyłe konie i zacząć ogierować.
– Wyżyj się rano, nocą mi się jeszcze przyda – rzuciła do wiedźmy bardzo lekko, bardzo nonszalancko i z bardzo wymownym uśmieszkiem.
Leanelle, widząc to, zakrztusiła się własną śliną.
– Trupy nie stają na wysokości zadania – warknęła nadal rozeźlona i bardzo, bardzo zdenerwowana Ariene, syknąwszy jak wściekła kotka pod nosem.
Caleb zaraz temat podłapał, już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale wiedźma go ubiegła. Warknęła głośniej, celując w niego palcem.
– A spróbuj skomentować – prychnęła.
– Chciałem tylko spytać, skąd masz tę wiedzę – mruknął jakby urażony, wzruszając ramionami.
– Właśnie! Znaczy, ojej – spokorniał Aidan i zsiadł ze swojego dużego ogiera bojowego, bo za nim nie było go w ogóle widać.
Errian zachichotał, podzielając doskonały nastrój Caleba.
– Chyba bardzo zdenerwowaliście kochaną Ari w czasie drogi – podsumował rozweselony, odpinając nachrapnik Koralowi.
– Osobna historia. Dzikie róże, targi, fryzury, łowcy, ja pierdolę – wymamrotała najeżona wiedźma, bardzo nastrojona do mordowania.
– Ja mam rączki tutaj! – zapewnił od razu Cador, szczerząc radośnie zęby.
Jaki szczęśliwy facet, no widziałby kto.
Leanelle, nadal zdruzgotana, nie była w stanie nawet zsiąść z konia. Długo siedziała nieruchomo, wytrzeszczając tylko oczy, potem skuliła ramiona i wpatrzyła się w grzywę wierzchowca, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Hessan zatoczył nad nią koło, aż wreszcie przysiadł na siodle przed nią, unosząc łebek i spoglądając na pańcię pytająco.
W pewnej chwili Cador wyłączył się na kłócących towarzyszy, wsłuchując w tylko jemu (i prawdopodobnie Calebowi) bliskie dźwięki. Izabel postawił krok do przodu w poszukiwaniu bardziej soczystych źdźbeł i byłoby to doprowadziło do śmierci obrońcy, ale w porę oprzytomniał i zdążył przytrzymać się strzemienia, nim gruchnął o ziemię.
– Jadą – rzucił tylko do przyjaciół, skinieniem głowy wskazując stronę.
Ariene wyłamała sobie charakterystycznie palce, czekając w napięciu na przybycie ofiary. Musiała komuś upuścić krwi. Errian natomiast przymknął oczy, wsłuchując się we względną ciszę.
No tak.
– Słyszę ją – potwierdził.
Caleb uśmiechnął się z rozbawieniem. Im dłużej z tymi ludźmi przebywał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że są nieźle zakręceni.
– Nie wiedziałem, że można mieć słuch wybiórczy tylko na jeden głos – skwitował rozweselony i spojrzał na młodego maga z ciekawością.
Errian wzruszył po prostu ramionami, uśmiechając się. Nie musiał jednak odpowiadać, bo dźwięki stały się już chyba słyszalne dla wszystkich.
– NIE ODDYCHAJ NA MNIE!
– Bierz tę mordę sprzed mojej twarzy.
– Masz jakieś, kurwa mać, urojenia! W lewo, kurwa, w lewo, sam jesteś lewy!
– A kto się wpierdolił do studni?! Ja pierdolę, jakim cudem ty jesteś Przeklęta?
– Jakim cudem cię Anabde znosi, to ja nie wiem, ale za dzisiaj powinieneś spać na wycieraczce!
– Ciebie to się wcale do łóżka nie wpuszcza, zakładam.
– MAM SWOJE ŁÓŻKO! A TY SIĘ NIE WTRĄCAJ!
– Przestań gadać do tej koniny!
– TO NIE JEST KONINA, GŁUPI ŁOWCO! SAM JESTEŚ… DUPA WOŁOWA.
– Już zaczynałem tęsknić – mruknął Errian, uśmiechając się bardzo, bardzo szeroko.
– Wygląda na to, że jeszcze żyją – podsumował Caleb, przyglądając się nadjeżdżającym stępem jeźdźcom.
Konie prowadzili po obu krańcach drogi, byle dalej od siebie. Oboje od czasu do czasu spoglądali na siebie, a wtedy w ich oczach pojawiały się naprawdę groźne błyski. Zdawało się, że lada moment rzucą się sobie do gardeł bądź też rozszarpią się na strzępy.
Myśliwy westchnął, zastanawiając się, czy rezydencja utrzyma się do rana.
– Zabiję – warknęło wtedy coś koło niego, ruszając.
W ostatniej chwili złapał skaczącą na ofiarę Ariene, przyciągając ją z powrotem do tyłu. Z pewnym zaskoczeniem spojrzał na to, co trzymał; sznurki gorsetu, już i tak zmaltretowane, bardzo ochoczo się rozwiązały.
– Oho, nie ruszaj się – mruknął, ustawiając ją do siebie plecami.
– Co ty mi robisz? – prychnęła zdenerwowana, od razu próbując się pozbyć rąk myśliwego z siebie.
– Ratuję cię przed negliżem, stój – wyjaśnił cierpliwie, zręcznie wiążąc to, co przed chwilą własnoręcznie, przypadkiem, rozwiązał.
– Genialna metoda na unieruchomienie. Szkoda, że nie wszyscy noszą gorsety – mruknął Errian, już się uśmiechając na widok swojego nachmurzonego, pełnego chęci mordu szczęścia. – Ai, słońce, promieniejesz.
– No co ty, kurwa, nie powiesz – warknęła, zmiażdżywszy maga wzrokiem.
W takich chwilach naprawdę go podziwiam, westchnęła Faryale, potrząsając łbem, żeby wyrwać Aithne wodze z rąk. Za mocno trzymała.
– Och, zamknij się wreszcie – zirytowała się upadła.
– Dogadaj jej jeszcze, to rozkaz – syknął natomiast Sheridan, nie zaszczyciwszy jednak swego wroga spojrzeniem.
– Może pójdziemy już do rezydencji? Tam się pozabijacie – zaproponował Caleb, taktycznie dalej trzymając za sznurki Ariene. – No, podła wiedźmo, do budy – mruknął, machnąwszy sznureczkami jak lejcami.
– Czarno to widzę – wymamrotał Aidan, uchwyciwszy bardzo, bardzo ciemny blask w oczach pogonionej właśnie kobiety.
Nie chciał jednak zostawać na rozdrożach, dlatego podreptał śladem pozostałych, zastanawiając się, jak oni pozostają tacy opanowani przy tylu wściekłych, przerażających osobach.
Dosłownie spokojnie jak na wojnie.

2 komentarze:

  1. Przedostatni akapit nawet się zgadza, dobrze że Aidana nie zostawili, bo na rozdrożach występują demony, a wygląda na to, że Ariene zaraz się upodobni do jednego z nich, serdecznie wkurwionego XD
    No, skoro było od groma Cadora i wiedźmy, to teraz chcę Aithne i Erriana! <3
    Ogółem, fragment "rozmowy" Ai i Shera był bezcenny ^^
    W jednym momencie się, jak zwykle, zgubiłam. ale to akurat chyba normalne XD

    Co do ostatniego akapitu, znam jedną taką wojnę na której akurat jest bardzo spokojnie XD Walczą niby dwadzieścia lat, wojska stacjonują pod okrążonym zewsząd miastem-twierdzą i nikt nie może się przebić ani wyjść z obrębu murów, aż wreszcie zmęczeni konfliktem żołnierze budują sobie nieopodal osadę i zaczynają nawet handlować z oblężonymi, ściągać swoje rodziny, dzielić się żywnością z miejscowymi i zdobywać pełne obywatelstwo - tak z grubsza wygląda u nas na Pandakarze konflikt starego Putanu z Werest XDD ... to miało być dark fantasy, podczas gdy nasz główny bohater psika od nadmiaru dobra, a inny facet chce się powiesić na palmie XD

    Ja chcę nową notkę! ^^ Tutaj, znaczy się. I na Szarej. Legendę muszę przeczytać jeszcze raz <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Aidana nie można krzywdzić, jest zbyt kochany <3 No i Ariene by go nie skrzywdziła, wolałaby skrzywdzić Shera. Raz a dobrze :3
      To lubisz tylko te dwa romanse? xD Znaczy, nie żeby było ich dużo więcej, ale akurat te najbardziej słodkie? xD
      ... No, chyba normalne. Nikt się nigdy nie gubi, a ty tak xDD

      ... No to na naszych wojnach nie jest spokojnie. W ogóle. Na naszych wojnach to gwałt na gwałcie, a kamień na kamieniu nie zostaje, jedna wielka patologia do sześcianu xDD

      Tutaj, może wrzucę wieczorem. Na Szarej nope. I miłej Legendy xD

      Usuń