Ariene nie
zastanawiała się długo. Na kilka sekund zastygła napięta, potem przesunęła
spojrzeniem po okolicy. Przez chwilę trwającą ledwie mgnienie oka doszła do
kilku najróżniejszych wniosków, których podsumowaniem było chwycenie Cadora za
nadgarstek.
– Jak jesteś
niby taki dobry, to nadążaj! – zawołała, pociągnęła go lekko w dobrą stronę, a
potem puściła, rzucając się biegiem do ściany najbliższego domu.
Wbiegła po
niej kilka kroków, odepchnęła się i skoczyła do innego budynku po przeciwnej
stronie uliczki, którą szli. Chwyciła parapet, na moment zastygła, szacując,
potem wdrapała się na ten wąski kawałek kamienia i podskoczyła, wyciągając
maksymalnie ręce w górę. Chwyciła za krawędź kamienicy, wsparła się stopami
(kurwa mać, cholerne obcasy, na bosaka było chyba gorzej niż byłoby z nimi.
Chrzanić to) na głowie pewnego pana z płaskorzeźby i wdrapała się na dach.
Głowa niestety nie wytrzymała presji i
odpadła, ale wiedźma nie poczuła wyrzutów sumienia.
U celu
poczekała na Cadora, woląc się nie wychylać, żeby czymś nie oberwać. Chociażby
cadorową łepetyną, kiedy obrońca akurat będzie się wciągał na dach.
No ten to
prawie oberwał wspomnianym fragmentem płaskorzeźby, uchylił się w ostatniej
chwili, nim kamień uderzył go prosto w łeb. Nie było jednak czasu się irytować,
bo oto strzała odbiła się od ściany po jego prawej stronie.
Obrońca
warknął cicho, obrócił się, natrafiając spojrzeniem na dwóch łuczników jadących
w większej grupie strażników, po czym w ekspresowym tempie wdrapał się na dach.
Wyprostował
się, odetchnął głęboko i zerknął na wiedźmę; nie zdążył nic powiedzieć, gdy
pomiędzy nich wbiła się kolejna strzała. I następna.
– Pieprzeni
łucznicy – mruknął mężczyzna pod nosem, wychylając się na chwilę poza krawędź
budynku.
Strażnicy
zatrzymali konie pod ścianą i zeskakiwali na ziemię, wyraźnie mając zamiar
kontynuować pogoń po dachach.
Gdy Cador znów
się wyprostował, zauważył, że kochana wiedźma nie była łaskawa na niego
poczekać i już śmigała po dachówkach sąsiedniego budynku. Uśmiechnął się pod
nosem i ruszył jej śladem, doganiając ją w miarę szybko, bo z jego względu
zwolniła tempo.
– Dobra,
skurwysyny – wymamrotała pod nosem, upewniając się, że Cador daje radę i
nigdzie się na ulicę nagle nie wybiera.
Nie żeby w
niego nie wierzyła, po prostu obrońcy chyba raczej prowadzą naziemny tryb
życia.
Klepnęła go
lekko w ramię, żeby się nie zatrzymywał, a sama zahamowała gwałtownie i
rozstawiła szerzej nogi. Ze specjalnych schowków zamontowanych na pasie wyjęła
trzy noże do rzucania, chwytając je między knykcie, przymrużyła oczy, szacując
odległość i szanse rzutu, po czym cisnęła ostrzami w strażników.
W następnej
chwili skoczyła w bok, mocniej szarpiąc głową, bo śmignęła do niej strzała;
grot przeciął tylko policzek, czym Ariene się nie przejęła, podjęła znowu bieg,
unosząc lekko ręce, by spleść nowe zaklęcie.
Zamierzała
całą pogoń, która przeżyła, zwalić z dachów. Szkoda, że nie była
elementalistką, poszłoby o wiele prościej, a tak – musiała myśleć.
Cador w tym
czasie rozejrzał się po pobliskich dachach, szukając odpowiedniej drogi
ucieczki. Uznał, że nie warto marnować czasu i sił na mordowanie całej pogoni,
kiedy można ją łatwo zgubić.
Przymrużył
jasnozielone oczy, w myślach planując trasę, obliczając odległości i analizując
metodę działania; wreszcie uśmiechnął się triumfalnie, sięgając do ramienia
biegnącej obok wiedźmy.
Zjazd.
– Ariene! –
zawołał, by zwrócić jej uwagę; w następnej chwili pociągnął ją niespodziewanie
w bok, w stronę bardzo stromego dachu.
Upewnił się
wcześniej, że da się po nim ześlizgnąć – tak, jak na to wyglądało, dachówki
były wyjątkowo gładkie.
Balansowanie
równowagą przy szybkim zjeździe w dół wyszło im bardzo dobrze; gdy wylądowali
na półpiętrze, oboje stali na nogach, gotowi do dalszego biegu.
W górę.
Po drugiej
stronie wąskiego balkonu przymocowana była drabina; oboje podbiegli do niej i
szybko wspięli się po szczeblach, omijając co któryś. Wreszcie znów stali na
szczycie; zatrzymali się na chwilę, a Cador wsłuchał się w odgłosy pogoni.
Strażnicy
ciągle siedzieli im na ogonie – doskonale.
Do środka.
Znaleźli się
na ostatnim balkonie najwyższego, nie licząc świątyni i ratusza, budynku w
mieście. Cador postawił tutaj na łut szczęścia, ale to nigdy go nie opuszczało
– drzwi stały szeroko otwarte, bo przecież jaki głupiec wspinałby się tak
wysoko.
Obrońca
uśmiechnął się lekko do towarzyszki i wspólnie wbiegli do budynku.
Na zewnątrz.
Ariene chciała
skręcić w jeden z korytarzy, jednak Cador miał już w głowie ułożony plan.
Powstrzymał ją delikatnym przytrzymaniem za nadgarstek, po czym skinął w stronę
jednego z parapetów.
O ile go
pamięć nie myliła, z tamtej strony powinni mieć targ. Podszedł do okna i
otworzył je, z ulgą przyjmując kolejne potwierdzenie własnej nieomylności;
poniżej rozciągało się morze różnokolorowych straganów.
Część została
złożona na noc, jednak wiele z nich nadal stało; szerokie płachty, rozciągnięte
na wysokich palach, miały zapewnić odwiedzającym cień w słoneczne, gorące dni.
Teraz mogą się przysłużyć, dając uciekinierom miękkie lądowanie.
– Co na to powiesz?
– rzucił z rozbawieniem Cador, zerkając na stojącą obok wiedźmę.
Ariene złapała
oddech, przesuwając spojrzeniem po rozciągających się pod nimi materiałach.
Choć na jej twarzy nie pojawiła się ani ulga, ani zadowolenie, to oczy błysnęły
łobuzersko. Uniosła żarzące się błękitnym światłem dłonie, zatrzymując je na
wysokości twarzy.
Delikatnie
chuchnęła w wiązki magii, pozwalając im spłynąć na podłogę i uformować się
obok. Stopniowo rosły; kiedy dostały kończyn, tułowia oraz głowy stworzyły się
w mgnieniu oka, jakby już było łatwiej.
Iluzje ich
samych przestąpiły z nogi na nogę, nadal wstrzymywane na cienkich, ledwie
widocznych niciach. Ariene odetchnęła, czując, że zadrżały jej kolana. Dawno
tego nie robiła.
– Bądźcie
grzeczni – mruknęła, uśmiechając się i delikatnym, lekkim ruchem zwalniając
iluzje z uwięzi.
Niematerialna
Ariene uśmiechnęła się do stworzycielki w sposób cokolwiek niepokojący i ten
ułamek sekundy została w tyle za podobizną Cadora, który grzecznie pobiegł w
korytarz. Zaraz jednak skoczyła za towarzyszem, a wiedźma odetchnęła.
Nadal nie
rozumiała, czemu jej iluzje zwykle otrzymywały cząstkowe osobowości. Gdyby
wyeliminowała ten element zaklęcia, zaoszczędzałaby więcej energii. I nerwów.
Silthe, żeby
ta głupia iluzja niczego nie wymyśliła.
– Wszystko
lepsze od dzikiej róży – oznajmiła, tym razem zwracając się do prawdziwego
Cadora, i posłała mu uśmiech.
Obrońca uniósł
brew w uprzejmym zdumieniu i jeszcze chwilę milczał. Posłuchał sobie, jak
strażnicy, którzy najwyraźniej dotarli już do ostatniego balkonu, wykrzykują
„tam są”, „za nimi”, „dopadniemy ich” i tym podobne, by następnie pobiec w
zupełnie nieodpowiednią stronę, pokręcił głową i wreszcie uśmiechnął się lekko.
– Dobry patent
– przyznał, zerkając na wiedźmę z szacunkiem.
Hej, przydałaby
mu się taka sztuczka! Niegłupie.
Wyjrzał przez
okno i jeszcze raz skupił się na szczegółach, by upewnić się, że jego plan jest
wykonalny i nie skończy się tragiczną śmiercią. Wreszcie uniósł kącik ust,
zerknął kątem oka na Ariene i wspiął się na kamienny parapet.
E, nawet nie było tak wysoko, z cztery piętra.
– Panie
przodem – rzucił wesoło, kłaniając się, a później podając koleżance dłoń.
Ariene
uśmiechnęła się szeroko, aż błysnęły jej ząbki, chwyciła rękę obrońcy i
energicznie podciągnęła się do Cadora. Mała wariatka nawet nie przystanęła na
parapecie, wykorzystała siłę rozpędu i po prostu zrobiła jeszcze jeden krok,
puszczając dłoń towarzysza.
Skoczyła bez
najmniejszego wahania, dokładnie tak, jak pokonywała także odległości między
dachami – jakby była święcie przekonana, że prędzej czy później dostanie
skrzydeł. Musiała tylko powstrzymać się od radosnego śmiechu, kiedy wiatr
świsnął jej w uszach, a świat trochę zawirował, bo zdradziłaby się z tym, że
coś dziwnego się nocą na targu wyrabia.
Materiał ugiął
się pod nią, po czym się wybrzuszył, lekko nią podrzucając. Odetchnęła, sapnęła
i wydostała się spod swoich włosów.
Spinki i inne
ustrojstwa uznały, że one w takich warunkach pracować nie będą, i cała misterna
fryzura wzięła i się rozwaliła. Wiedźma była z tego właściwie zadowolona,
trochę tylko niewygodnie. Ale zignorowała fakt, przeturlała się na bok, robiąc
miejsce Cadorowi, żeby sobie z czwartego piętra nie gruchnął prosto na nią.
Wylądował
chwilę potem, mniej czy bardziej zgrabnie – na pewno jego włosy nie postanowiły
urządzić antycadorowego puczu. Warknął cicho, gdy nim podrzuciło, odnalazł
równowagę i usiadł sobie wygodnie, wyciągając nogi przed siebie. Uf, chwila
wytchnienia.
Obrócił głowę
do swojej towarzyszki; gdy zobaczył, co też fryzura Ariene postanowiła ze sobą
zrobić, najpierw parsknął cicho. A potem wybuchł niekontrolowanym atakiem
dzikiego śmiechu.
Ratunku,
potwór! Dobrze, że tego nie powiedział.
Nim zdążyła mu
przygrzmocić za tę jawną zniewagę (a się należało, to trzeba przyznać),
uspokoił się i odetchnął, upewniając, że chichot został powstrzymany. Uzbroił
się w pokłady spokoju i ogłady, po czym zerknął na wiedźmę raz jeszcze, teraz
patrząc jej prosto w oczy. I już nie miał ochoty się śmiać, uśmiechnął się za
to ciepło.
Zmarszczył
czoło, widząc rysę na jej policzku; wyciągnął dłoń do ranki i przesunął po niej
opuszkiem palców. Gdy na jego skórze został ślad krwi, przymrużył oczy z
niezadowoleniem.
– Uważaj na
siebie bardziej – mruknął trochę karcąco, wracając spojrzeniem do szafirowych
ocząt.
– Zaraz to ty
będziesz musiał uważać na siebie – warknęła, błyskawicznie się zjeżywszy, no bo
co jest, kurde!
Prychnęła,
odwróciła głowę, żeby jej bezczelny nie dotykał, i spróbowała coś zrobić ze
swoimi włosami. Ponieważ poczuła wstępujący na policzki rumieniec, zdenerwowała
się jeszcze bardziej.
Co ją jego
opinia obchodzi! Jej włosy, mogą sobie robić co tylko chcą, może nawet wyglądać
jak rude rozczochrane i jemu nic do tego! Gdzie ta wstążka?
– Szlag by cię
– rzuciła nerwowo i trudno powiedzieć, czy zwracała się do kochanego,
taktownego obrońcy, czy do swojej zguby.
W każdym razie
wszyscy przeciw niej, jak ona nienawidziła tego przeklętego dnia. Jak nie
łowcy, to obrońcy, szlag ich wszystkich.
– Hej, hej –
wymruczał, chwytając delikatnie jej nadgarstki i odciągając od tej przeklętej
fryzury.
Gdy już za
jego namową położyła dłonie na kolanach, on sięgnął do jednego z bardziej
odstających kosmyków i założył go jej za ucho; nie poprawił wyglądu fryzury,
ale przecież nie o to chodziło. Pobłądził spojrzeniem po jej twarzy,
uśmiechając się lekko, po raz kolejny rozbrojony jej urokiem.
– Nie
poprawiaj – poprosił spokojnie, a nim to zdążyło zbić ją z tropu, postanowił
dolać oliwy do ognia: – Jesteś piękna – szepnął niskim, już zdecydowanie nie
rozbawionym czy żartobliwym głosem.
Nieco
przymrużył jasnozielone oczy, uparcie utrzymując kontakt wzrokowy; czekał na
jej reakcję, nie do końca wiedząc, jak ona się w tej chwili zachowa. Jakby w
obecnych okolicznościach miała się zachować jakkolwiek normalnie.
Ariene aż
zachłysnęła się powietrzem, otwierając szerzej oczy. Doskonale usłyszała, co
też powiedział, ale przez pewną chwilę sens nie chciał dotrzeć do otumanionego
umysłu. Miała ochotę przetrzeć oczy albo podrapać się po głowie. Albo
powiedzieć mu, że jest głupi, że są na targu i że szuka ich połowa miejskiej
straży, więc wypadałoby się zmywać.
Tylko nie
mogła z siebie nic wydusić. Wszystko wszystkim, ale wziąć człowieka z takiego
zaskoczenia… to powinno być karalne.
Poczuła, że
zaczyna lekko panikować. Za dużo jak na ten wieczór, zdecydowanie powinni
zmywać się do posiadłości. Czy na te rozdroża. Gdzieś tu czekała Jutrzenka i
izabel… ach, Keelain. Sama wymyśliła, no tak. Spróbowała się ruszyć, coś ze
sobą zrobić i tylko mruknąć niewyraźnie pod nosem, jednak nie mogła.
Dlatego dalej
siedziała – czy w sumie leżała, trudno orzec – na płachcie na targu, czekając,
aż straż ich zlokalizuje, i wpatrując się w niego w zdumieniu.
Prawdę mówiąc,
wynikało to z tego, że nie przywykła do słuchania takich rzeczy. Nie w taki
sposób, bo… jakoś… inaczej. Może chodzi o to wylegiwanie się na dachu stoiska.
A może nie.
Niech tylko
spróbuje teraz pójść po konie albo chociaż zasugerować, że powinni się zmywać.
Doskonale o tym wiedział, tak samo jak o okolicznościach – pamiętał, że są
ścigani przez kilkunastu uzbrojonych po zęby strażników za morderstwo, że pogoń
jest niedaleko, że są w niebezpieczeństwie, że na tym przeklętym straganie są
łatwo wystawieni na atak. O wszystkim tym pamiętał.
Ale, cholera
jasna, po raz pierwszy od zawsze nikt im nie przeszkadzał. Znaczy, no,
niektórzy mogliby uznać za niekomfortową świadomość bycia w głębokiej dupie
(dzięki, Sheridan), jednak jego to nieszczególnie ruszało. Dlatego postanowił
skorzystać z okazji, którą los dał mu na tacy.
Jakby nie
patrzeć, sceneria była dość romantyczna. Piękna, choć bezgwiezdna noc,
delikatny, ciepły wiaterek, przyjemna cisza, miękki materiał dachu straganu;
gdyby wyłączyć pościg, zadanie, postrzępione stroje i zepsutą fryzurę Ariene,
można by powiedzieć, że wszystko jest idealne. Dla niego było.
Zwłaszcza że
nie interesował się tym, co dookoła; skupił się na kobiecie, nad którą się
pochylał. Na jedwabistej w dotyku skórze policzka, przyjemnym zapachu o
kwiatowej nucie, a przede wszystkim na nieco oszołomionych, ale zawsze
powalających go na kolana oczach.
W sumie, nieco
bawiło go to zwątpienie – i jakby bezradność? – które widział w jej spojrzeniu.
On już się nie wahał, on był pewien. Dlatego uśmiechnął się kącikiem ust i
nieco przechylił głowę, chwilę jeszcze się jej przyglądając. Wplótł palce
drugiej dłoni w jej włosy, nakręcając sobie na palec jeden z idealnie czarnych
kosmyków. Potem pochylił się jeszcze trochę i złożył na jej wargach ostrożny,
choć w tej ostrożności pewny pocałunek.
Zareagowała,
nim pomyślała. Z myśleniem w ogóle było ciężko, ale w jednej chwili po prostu o
wszystkim zapomniała, prócz ściskającej jej żołądek niepewności czując dziwną
ulgę. Jakby cały ten czas nie wierzyła, bo to zdawało się takie niemożliwe.
Uniosła się
lekko na łokciu, chcąc być bliżej, nagle tylko to się liczyło. Chrzanić całą
pogoń, przeklętego łowcę, chrzanić wszystko. Tym razem nie musiała się
zastanawiać, co się stanie, kiedy przesunie rękę na jego kark, a potem zatopi
dłoń w gęstych włosach; po prostu to zrobiła, bo mogła. Chciała.
Nieco bała się
uderzenia rzeczywistości, kiedy on się już odsunie, dlatego, trochę dziecinnie,
drugą ręką chwyciła go za koszulę. Jeszcze nie. Jeszcze jest kilka sekund,
jeszcze mają chwilę, bez pośpiechu, prawda?
Umysł nadal
nie był chętny do współpracy. Zresztą nie tylko z nim miała problemy, parę
innych części ciała też raczyło zwariować, z bijącym sercem na czele. Żołądek
też nie okazał się przyjazny, zupełnie jakby wywrócił się do góry nogami. Nie
miała najmniejszego choćby pojęcia, jakim cudem to wszystko, ale bała się
zastanawiać. Zresztą ostatnio coraz rzadziej myślała wątpliwościami, a
pragnieniami, co ją płoszyło bardziej i bardziej.
Wychodzi na
to, że perfidna złodziejka, skrytobójczyni i ogółem stały element światka
przestępczego zawstydził się faktu, że można się zakochać. Taka to niewinna
nagle, widziałby ją kto. Jakby ktoś widział, to by wyśmiał, naprawdę.
Ktoś widzi,
ale nie spieszy mu się z wyśmiewaniem. Pewnie dlatego, że sam jest w to
wszystko zamieszany, więc to jeszcze nie do końca odkryte zakochanie jest mu
bardzo na rękę.
On to się
nawet nie zastanawiał, czy mają jeszcze trochę czasu. Najwyżej im się zwalą
jacyś strażnicy na głowę, absolutnie go to nie obchodziło.
Kiedy
odpowiedziała, nie powstrzymywał się przed pogłębieniem pocałunku, chcąc poznać
jeszcze więcej, być jeszcze bliżej. Choć trochę. Gdy przeczesał już palcami jej
włosy, przesunął dłonią wzdłuż jej boku, obejmując kobietę w talii. Druga ręka
przesunęła się z jej policzka na szyję, potem ramię, nieco na nią napierając;
jak przed chwilą ciężar jej ciała był oparty na łokciu, tak teraz znów dotykała
łopatkami materiału dachu, bardziej leżąc niż siedząc (konkretne określenie
pozycji w tych warunkach nie jest możliwe, cóż).
Choć to, co
czuł w tej chwili, było nowe, stare nawyki pozostały – umysł wprawdzie przestał
współpracować, ale zaalarmował, gdy w tle rozległy się niepokojące dźwięki.
Cador odsunął się od wiedźmy nieznacznie i, nadal patrząc jej w oczy, wsłuchał
się w otoczenie.
Cholera jasna
no, zbliżają się. Że też nie mogli sobie odpuścić. Mimo tego uśmiechał się
szeroko, czemu trudno się dziwić. Jasnozielone oczy błysnęły lekko, nim
podniósł się do pozycji w miarę siedzącej.
Nie wyglądało
na to, by Ariene usłyszała pogoń czy w ogóle zrozumiała, dlaczego się odsunął.
Obrońca chwycił jej dłoń i przyciągnął ją do siebie, jednocześnie zsuwając się
bliżej krawędzi materiału.
– Zbliżają
się, wypadałoby się pospieszyć – poinformował ją lekko, nadal uśmiechnięty
szczęśliwie.
– Jasne –
odparła całkowicie nieprzytomnym głosem, posłusznie podążając za nim i nadal
nie wiedząc, co tu robi i dlaczego siedzi na dachu straganu.
Dopiero kiedy
zeskoczyli na ziemię i zetknięcie z twardym podłożem wstrząsnęło trochę jej
głową, oprzytomniała. Wciągnęła powietrze przez nos, na moment znieruchomiała,
jakby bała się, że straci równowagę… i niepewnie dotknęła swoich ust,
zapatrując się w bruk w całkowitym szoku.
Nawoływania
nasiliły się; zadrżała, odetchnęła głębiej i wzięła się w garść. Cokolwiek to
teraz było, chociaż spróbuje udawać, że nieważne. Bo robota. Iluzje pewnie się
rozmyły, dlatego zorientowali się, że należy zawrócić z pogonią do budynku, z
którego wyskoczyli. Dobra, świetnie, gdzie właściwie są…?
Starannie
omijając Cadora spojrzeniem, podbiegła kawałek do przodu, przytknęła dwa palce
do ust i gwizdnęła. Jeśli dobrze oszacowała, Jutrzenka usłyszy, czyli będą
czekali nie więcej niż pół minuty.
– Wodze
Keelaina przywiązałam do jej siodła – wyjaśniła jeszcze, wbijając uparty wzrok
w uliczki odchodzące od targu.
Właściwie
biedny izabel, jak już ruda małpa ruszy z kopyta na wezwanie, to może się
nieszczęśnik trochę zmęczyć. No cóż, Jutrzenka nie miała litości dla żadnego
żywego stworzenia – ze swoją panią na czele.
Trudno mu się
powstrzymywało radosny śmiech, kiedy tak ją obserwował, najpierw dogłębnie
zdziwioną, a później walczącą z własnym zdekoncentrowaniem. I to jeszcze on był
tego powodem!
Choć się nie
śmiał, nie próbował nawet zaprzestać uśmiechania się, co może i wyglądało
dziwne (no bo halo, zaraz was znajdą strażnicy, którzy mają ogromną ochotę
zrobić z obojga szaszłyki), ale co tam.
Podszedł do
niej i uniósł jej brodę na dwóch palcach, nie mając zamiaru pozwolić jej na to,
by unikała go wzrokiem. Teraz uśmiech zrobił się bardziej subtelny, ale też
taki szczególny; nie żałował tego, co zrobił, zresztą dlaczego miałby? Oj,
trochę tam ją wytrącił z rytmu pracy, da sobie kobieta radę.
Cokolwiek
zamierzał, nie zdążył. Zostali zaatakowani z dwóch stron – z jednej przez
strzały będące pierwszym śladem nowoprzybyłych strażników, z drugiej przez
dyszące konie. Trzeba było działać szybko; jednym ruchem odwiązał wodze
Keelaina od siodła Jutrzenki i przerzucił mu przez szyję, w drugiej już
bezpiecznie go dosiadał, obracając łbem w kierunku ucieczki.
I nawet nie
zdążył mrugnąć, jak dwie panie wystrzeliły do przodu i pognały przed siebie.
Keelain parsknął cicho, jakby pytał „stary, na pewno? A może tu postoimy”, ale
wreszcie, zmobilizowany warknięciem swego pana, ruszył śladem Jutrzenki.
Miasto szybko
zostawili za sobą. Konie dały z siebie naprawdę wszystko i kiedy ani Cador, ani
Ariene – upewniwszy się jeszcze prowizorycznymi czarami, które tradycyjnie
wymyśliła na poczekaniu – nie widzieli ani nie słyszeli pogoni, pozwolili
wierzchowcom przejść do stępa. Zwłaszcza ze względu na Keelaina, który wyglądał
tak, jakby zwątpił w poczytalność towarzyszy podróży i ogółem planował
chromolić robotę.
Ariene mogłaby
tak galopować całą noc. Nawet nie dlatego, że Jutrzenka dałaby radę – wtedy
zwyczajnie nie myślała. A teraz jechała obok obrońcy spokojnym stępem,
zapatrzona w grzywę swojej klaczy, i nie miała pojęcia, jak się zachować.
To było dla
niej zupełnie nowe, obce, straszne, dziwne. Zwykle ona dyktowała warunki
relacji damsko-męskich, nie wstydziła się, nie wahała, ot, zapowiada się dobra
zabawa, więc nad czym się zastanawiać.
Może chodziło
tym razem o to, że nie chciałaby kolejnej zabawy. Nigdy jej nie przeszkadzało,
że traktowała jakichkolwiek partnerów jak zabawki – i w drugą stronę w końcu
było tak samo, ona stanowiła dla nich ładną zabawkę. Teraz bardzo nie chciała,
żeby tak to się skończyło. Gdzieś czuła, że te obawy są głupie, ale istniały.
Musiała zająć
czymś ręce, dlatego zaczęła pleść Jutrzence warkoczyki. Klacz tego nienawidziła
i zawsze niszczyła pracę wiedźmy, nim ta nawet zrobiła cztery sploty, ale dziś
ruda małpa była zbyt zadowolona, żeby zwracać uwagę na amazonkę. Nawet nie
zgrzytała tak często na Keelaina, stępując energicznie, z uniesionym łbem,
gotowa do kolejnej galopady.
A Ariene
zaklinała w duchu Cadora, żeby się odezwał, jednocześnie błagając go, by tego
nie robił i może lepiej zapomniał.
Zmęczenie
docierało do niego powoli, na razie tylko przypominając o sobie krótkimi
zrywami: nagłą potrzebą ziewnięcia czy nieposłuszeństwem mięśni. Nie doszło do
głosu, gdyż obrońcę ciągle trzymały emocje.
Godzina nie
była jeszcze poranną, nie zaliczając się już do nocy; nastawał świt, mrok
rzedniał, a ogólna atmosfera przebudzenia sprawiała, że czas było się
zastanowić nad najważniejszymi kwestiami.
Ta kwestia
właśnie stępowała koło niego i wyglądała na kompletnie rozbitą. Trochę go to
bawiło, musiał przyznać. Ariene Tenshi Podła Wiedźma, wojownicza i
nieprzewidywalna, wzbudzająca mimowolny szacunek nawet u największych skurwieli
(na przykład u takiego, który, jak się Cador spodziewał, przy spotkaniu z
wiedźmą otrzyma solidny opierdol za zniszczenie planu), a tu zdawała się być
kompletnie nieporadna.
Jeszcze by się
zastanawiał nad istotą sprawy, gdyby to nie było aż tak oczywiste; przecież
wiadomo było, że kiedyś dojdzie do takiej sytuacji, ba, parokrotnie już było
niebezpiecznie blisko. Wszyscy już wiedzieli, że coś między nimi jest.
A ona była
zaskoczona.
Obdarzył ją
lekkim uśmiechem, choć nie pojawiło się w nim zbyt dużo kpiny. Aż tak ją
onieśmielał? Wątpił. Musiało chodzić o obawy, wątpliwości, może przykre
doświadczenia z przeszłości, generalnie jej zachowanie na pewno było
uzasadnione. Tylko nie dojdą do tego, jak ona będzie konsekwentnie udawać, że
jest powietrzem.
– Ariene –
mruknął niejako karcąco, żądając jej uwagi.
Podła wiedźma
w tym momencie na swój tytuł w ogóle nie zasługiwała, bo gdy się odezwał,
drgnęła i lekko przygarbiła ramiona. Nie wiedziała, czy się cieszyła, że się
odezwał, czy jednak wolała, żeby milczał. Silthe, w co ona się wpakowała…
– To ja –
odparła niewyraźnie, z całego zdenerwowania myląc kolejność kosmyków i
zaplatając Jutrzence supeł na grzywie. – O szlag – zmartwiła się, puszczając
warkoczyk i patrząc na potworne dzieło zniszczenia.
Kobyłka
parsknęła z dezaprobatą, zwracając uszy w kierunku swojej amazonki, jakby
chciała powiedzieć „i coś ty, pierdoło, zrobiła”.
Ariene
burknęła pod nosem i zabrała się do ratowania honoru grzywy Jutrzenki, ciesząc
się, że ma coś, na czym może się całkowicie skupić. Tylko serce waliło jej jak
oszalałe w piersi i trochę dziwniej się oddychało.
Niech on nie
chce o tym rozmawiać. Niech chce zapytać o cokolwiek. O zadanie. O bal. O jej
rodzinę. O Dereka. O… o pogodę na jutro. O to, jak planuje zabić Sheridana.
Proszę.
Jeszcze chwilę
przyglądał jej się bez słowa, aż wreszcie odwrócił głowę, znów patrząc prosto
przed siebie. Westchnął głośno i z wyraźnym zrezygnowaniem, zaczepił końcówkę
wodzy Keelaina o siodło i oparł się dłońmi o przedni łęk.
– Będziesz tak
cały czas? – zainteresował się uprzejmie.
Nie wyjaśniał;
albo się kobieta domyśli, albo niech pyta.
Zerknął na nią
ukradkowo, kątem oka, nie chcąc, by znów czuła się przytłoczona intensywnością
jego spojrzenia, a pragnąc ujrzeć jej reakcję. Po niej mógł się dowiedzieć
najwięcej, bo choć wiedźma za żadne skarby nie przyznałaby się do niczego, to
zdradzają ją wyrazy twarzy i błyski w oczach.
No i nerwowe
zachowania; na Silthe, cóż ona zrobiła z tą grzywą, biedna konina. Znaczy,
Jutrzenka.
– Jak? –
burknęła niechętnie, doskonale wiedząc, co miał na myśli.
Tylko, jasna
cholera, nic z tym nie mogła zrobić.
Nawet obawa,
że mógłby sobie pomyśleć, iż się obraziła o to… wszystko… nawet to nie
sprawiło, że wzięła się w garść. Zdołała tylko rozplątać supeł na grzywie i na
wszelki wypadek porzuciła karierę fryzjerki, nie odwróciła jednak spojrzenia od
kłębu klaczy. Może da Jutrzence ukradkiem łydkę i uda, że małpa ją poniosła?
Silthe jedyny,
zachowywała się jak dziecko. Ale nie mogła. Myśl, że miałaby na niego spojrzeć,
paraliżowała. W ogóle tak głupio, jechali sami, ona nie umiała się ogarnąć, on
się chyba irytował, kobyła była niezadowolona, a język Keelaina niedługo
dosięgnie ziemi.
I znów długo
nie odpowiadał. Ot, za każdym razem musiał przypomnieć sobie, by się
zachowywać, zastanowić się, co chce powiedzieć, a potem jeszcze przekonać, że
są to odpowiednie słowa.
Bo najchętniej
zatrzymałby oba konie, ściągnął ją z siodła i pocałował raz jeszcze. Ale może
rzeczywiście warto najpierw porozmawiać. Tak mówią.
– Spójrz na
mnie – mruknął wreszcie.
Przecież
doskonale wiedziała, o co mu chodzi, nie będzie udzielał odpowiedzi na
bezsensowne pytania.
Przechylił
głowę, znów uważnie ją obserwując; a co, utrudni jej zadanie, niech ma. Kontakt
wzrokowy nie jest tak straszny, serio.
– Po co? –
spytała, jeszcze trochę bardziej kuląc ramiona.
Ale się uparł.
Prawie jak ona. Tylko naprawdę się bała, że to nie jest takie proste, jak się
wydaje. Z drugiej strony też niepokoiła ją myśl, że swoim zachowaniem mogłaby
go zdenerwować, zniechęcić, cholera wie co, tak dokładnie. Nie była nawet
pewna, na czym stoi.
Gdzieś tam
wiedziała, jednak to było za proste. Tak się nie dzieje.
– Wszyscy już
pewnie czekają – dodała i oddała trochę wodze Jutrzence; nie musiała nawet
dawać łydki, żeby klacz ruszyła energiczniej, za dobrze została wyszkolona w
słuchaniu niekonwencjonalnych pomocy.
Cador nie był
na tyle okrutny, by zmuszać do większego wysiłku i tak zmordowanego już
izabelka; nie spodobało mu się wprawdzie, że panie odjechały trochę w przód,
ale trudno. I tak go usłyszy, czyż nie?
– Ariene –
powtórzył uparcie, bo zachowywała się jak pięciolatka.
Czasami było
to urocze, prawda, ale teraz zaczynało irytować. Aż mu wpadło do głowy, czy
Derek też tak z nią miał; to była bardzo zła myśl i tylko go rozwścieczyła.
Nabrał powietrza
do płuc, policzył do dziesięciu, przypomniał sobie, co z panem Derekiem zrobił
i już mu było lepiej.
– I tak ode
mnie nie uciekniesz – oznajmił jej z lekkim rozbawieniem, pozwalając sobie na
uśmiech bardziej złośliwy.
Oboje
wiedzieli, że nie chciała uciekać, więc po co to wszystko?
– Nie uciekam!
– warknęła, drgnąwszy nerwowo w siodle. – Nie chcę ich opóźniać – dodała
zirytowana, ale wstrzymała wodze Jutrzenki zbyt gwałtownie.
Klacz
przysiadła na zadzie i wspięła się lekko, tuląc z niezadowoleniem uszy. To
trochę Ariene otrzeźwiło, sapnęła cicho i poklepała rudą po szyi, mrucząc
uspokajająco. Wierzchowiec chyba jednak miał amazonkę w poważaniu i strzelił
pokazowego focha. Nawet tupnął, skubaniec.
– Silthe –
szepnęła wiedźma, teraz to dopiero czując się bezsilną.
Nie umiała w
ten sposób rozmawiać. Takie rozmowy w jej życiu ograniczały się do tego, że
chwilowo przestawała się nocami z kimś spotykać, bo miała ważniejsze zadanie.
A potem i tak
kończyli w łóżku, bo rozmowy są nudne. Aż się wzdrygnęła, mając cichą nadzieję,
że jednak potrafiłaby to inaczej rozegrać, bo tak jakoś.
– Keelain jest
zmęczony, zaraz mi zamęczysz konia. Poczekają – odpowiedział, chociaż bardziej
„żeby było”, bo przecież nie o tym rozmawiali.
Głupie
wymówki. Jasna cholera, czy to naprawdę było takie trudne? Nie było. On był w
niej zakochany po uszy, jej też nie był obojętny, więc ją pocałował, wielkie mi
halo. Nie wzbraniała się przecież, no i nie wyglądała na niezadowoloną z tego
faktu. Swoim prostym, męskim rozumiem nie mógł pojąć, z czego tu Ariene robi
problem.
– Baby –
mruknął nawet pod nosem, ale dość cicho, by zainteresowana tego nie usłyszała.
Keelain
parsknął cicho; przed chwilą oberwał od Jutrzenki kolejnym morderczym
spojrzeniem i zgrzytnięciem zębów, więc teraz całkowicie się ze swoim panem
zgadzał.
– Udajesz, że
nic się nie stało – postanowił poinformować wiedźmę obrońca, raczej dlatego, że
nie wiedział, jak jej to wytknąć w inny sposób, niż stwierdzając oczywistości.
Jakoś musiała
to rozegrać. Szlag jasny by to trafił, czemu nie wiedziała jak?
– Więc o to ci
chodzi – rzuciła niedbale, przeklinając się w duchu za taką akurat metodę.
Chciała
powiedzieć coś innego. Dlaczego nie umiała?
– Mam zrobić
wokół tego jakieś zamieszanie? – dodała jeszcze i zapragnęła strzelić sobie w
łeb.
Zamiast tego w
złości ugryzła się w język – tym razem też przesadziła, syknęła, skuliła się i
skrzywiła, mamrocząc:
– Kulwa maź.
Mlasnęła kilka
razy, odwróciła lekko głowę i delikatnie obadała język opuszkami palców,
zastanawiając się, czy powinna sobie rozcięcie uleczyć. Najlepiej zrobi, jeśli
uleczy sobie mózg, o.
Poranne
powietrze było takie rześkie. Relaksujące. Otrzeźwiające. I całe szczęście, bo
pomogło mu na spokojnie przeanalizować fakty i zrozumieć kilka rzeczy.
Zamiast się
zdenerwować, co prawdopodobnie wielu zrobiłoby na jego miejscu, przechylił
głowę i spojrzał na nią z pewnym pobłażaniem.
– Jeśli chcesz
– zaproponował nonszalancko, a na krótką chwilę błysk w jego oku zrobił się
bardziej łobuzerski.
Zaraz jednak
ogarnęła się ta bardziej odpowiedzialna strona jego natury, przypominając, że
trzeba ustalić co, jak i czemu.
– Mogłabyś na
przykład przestać udawać, że mnie nie ma. Bo mam wrażenie, jakbym ci zrobił
jakąś wielką krzywdę – dodał jeszcze, nadal swobodnie.
No bo cóż,
raczej był pewien, że jej nie skrzywdził; nie zareagowała jak krzywdzona
kobieta, może tak.
– Może
zrobiłeś, aua – mruknęła, jeszcze nie przyzwyczaiwszy się do nieprzyjemnego
bólu w języku.
Ostatecznie
westchnęła ciężko i przymknęła oczy, zamykając z większą kulturą usta. Chwilę
tak jechała w milczeniu, lekko zgarbiona, nawet jakby pochylona, mniejsza niż w
rzeczywistości, aż wreszcie wyprostowała się, odgarniając włosy na plecy.
Wreszcie obróciła głowę w jego stronę i po prostu na niego spojrzała.
Prawdę mówiąc,
nie wiedziała, co wyrażały jej oczy. Nie wiedziała, co dokładnie czuła, kiedy
się mu przyglądała, ale bardzo chciała, żeby coś z tym wszystkim zrobił.
Pierwszy raz w życiu nie potrafiła.
W pierwszej
chwili chciał znowu pytać; może nawet ogarnęły go wątpliwości, może nawet
zaczął się zastanawiać, czy faktycznie nie postąpił źle. Jednym spojrzeniem
powstrzymała go od wszelkich działań, wyczyściła jego umysł z myśli i sprawiła,
że nagle zrozumiał. Tak jakby. Nie potrafił tego nazwać czy wyjaśnić, ale nagle
wiedział, co powinien ze sobą zrobić.
Cmoknął na
izabela, który, chcąc czy nie chcąc, posłusznie pokłusował do Jutrzenki.
Mężczyzna nie zwrócił uwagi na wyraźne niezadowolenie kobyły; niech sobie
zgrzyta i kładzie uszy, upierdliwa konina. Skupił się na Ariene.
Wyciągnął
przed siebie rękę i przytulił dłoń do jej policzka, przechylając głowę i
spoglądając jej prosto w oczy (jak mu się uda nie spaść z siodła przy takim
wychyleniu, to bardzo brawo). Przyjrzał się jej uważnie, tak dokładnie, jakby
przypatrywał się każdemu centymetrowi osobno, zapamiętując najdrobniejsze
szczegóły.
Tak naprawdę
szukał oznak, reakcji, potwierdzenia swoich myśli.
– Nie zrobiłem
– oznajmił wreszcie, z całkowitą pewnością.
I uśmiechnął
się lekko; nie pyszałkowato, nie z rozbawieniem, nie złośliwie, nie łobuzersko,
nie kpiąco. Tak po prostu.
Mimowolnie
odetchnęła. Wydało się jej, że wszystko już jest w porządku, bo cudem sam sobie
wyjaśnił, sam ze sobą porozmawiał i w ogóle załatwił całą sprawę z samym sobą,
nie wciągając jej w to tak, jak by pewnie chciał.
Przymknęła na
chwilę oczy i sama się uśmiechnęła, bardziej rozluźniona. Sięgnęła do jego
ręki, przekrzywiając lekko głowę, by wtulić twarz w ciepłą dłoń na policzku.
Nie zrobiła jednak tego, co sobie zaplanowała, czemu jej to nie zdziwiło?
– Patrzcie,
Ari i Cador!
– Stój, ty…!
Ty niedorobiony gówniarzu ty!
Ariene aż
otworzyła szerzej oczy i rozejrzała się zaskoczona; w ich stronę jechał
energicznym galopem szeroko uśmiechnięty Aidan, natomiast trochę z tyłu
znajdował się Caleb na swoim tarancie oraz Leanelle.
Myśliwy
właśnie wyjątkowo wściekły uderzył dłonią w czoło, podczas gdy chłopak zwalniał
karosrokatego ogiera i wjeżdżał między Jutrzenkę a Keelaina, bo tak mu wyszło.
– Ale była
jazda na tym balu! – sapnął cały promieniejący.
– No nie –
wydusiła Ariene.
A potem
parsknęła serdecznym śmiechem, dezorientując Aidana.
Cador spojrzał
na swojego ucznia zdruzgotany, ale mimo wszystko miał zbyt dobry humor, by się
na niego zdenerwować. Westchnął tylko ciężko i posłał Ariene porozumiewawcze
spojrzenie, dopiero po chwili zerkając na rozpromienionego Aidana.
– Ilu zabiłeś?
– zainteresował się rzeczowo, doskonale wiedząc, że młody prawdopodobnie
odznaczył się wyłącznie wpakowaniem w kłopoty.
Może nawet
kilka razy.
Ale na pewno
nie pozbawił nikogo życia, to byłby cud w Lostarze.
Leanelle
uniosła nieco zaciśnięte na wodzach dłonie, wstrzymując wyraźnie
podenerwowanego nagłym odgalopowaniem przyjaciela konia. Wpatrzyła się w plecy
Aidana z bardzo mądrym wyrazem twarzy, przechylając głowę.
– On jest aż
tak niewinny i nieświadomy, czy aż tak niemądry? – mruknęła w końcu, pełna
niedowierzania.
No bo nawet
ONA widziała, że to nie był odpowiedni moment, aby przerywać Ariene i Cadorowi.
Jejku.
– Ukręcę mu
łeb przy samej dupie – odparł jej Caleb, najwyraźniej podłapawszy pewne
powiedzonko od pewnej osoby. – I tak mu jest niepotrzebny – dodał
niezadowolony, kierując swojego konia do trójki kawałek dalej.
Aidan
popatrzył na nauczyciela zdumiony, a potem zmarkotniał. I zmarkotniał jeszcze
trochę. Ariene westchnęła ze zrozumieniem i poklepała go po ramieniu.
– Czyli ilu
zabił Caleb? – spytała, powstrzymując szeroki uśmiech.
– Nie tak
dużo, wyprowadził nas w miarę tak, że żaden strażnik prawie nie zauważył –
mruknął niezadowolony chłopak. – Gdybym nie narobił zamieszania, to w ogóle by
się nie zorientowali, że uciekamy.
– Nie martw
się, nie jesteś w tym gorszy od Sheridana – skwitowała na pocieszenie Ariene i
przypadkiem zacisnęła dłoń na ramieniu biedaka.
– Aua,
przepraszam – jęknął przerażony i spróbował śliczną rączkę z siebie zdjąć.
Cador spojrzał
najpierw na swojego pokrzywdzonego ucznia, a konkretniej na jego ramię, później
zawędrował wzrokiem na mocno zaciśnięte palce Ariene, aż w końcu zerknął na jej
twarz, szczególną uwagę skupiając na oczach. Oho.
– Ktoś
dostanie solidny opierdol – oznajmił grobowym głosem. – Nie, żeby mu się nie
należało, tak w sumie – dodał, wykrzywiając usta w grymas.
No bo tak, nie
ma to jak narazić życie przyjaciół (dobra, towarzyszy, przyjaciół to łowca nie
ma zbyt wielu) z powodu urażonej męskiej dumy.
Znaczy, ekhm,
on nic nie mówi.
Leanelle
uśmiechnęła się krzywo, ledwie unosząc kącik ust, po czym popuściła wodze,
pozwalając swojemu wierzchowcowi pomaszerować do reszty stada.
I na razie się
nie odzywała, no bo po co. Ani nie ma się czym chwalić, ani na co skarżyć,
grzeczna była i wywiązała się z zadania.
– Głodna
jestem – mruknęła tylko pod nosem, bo tak jej się przypomniało.
Caleb
westchnął jak bardzo zmęczony człowiek. Przechylił się lekko, sięgnął do swojej
torby, chwilę w niej grzebał, po czym wyjął kanapkę owiniętą w papier i podał
Leanelle.
– Proszę –
stwierdził po prostu, przenosząc wzrok na Ariene. – Czyli to nie ty dałaś…
ehem, schrzaniłaś? – poprawił się szybko, bo niektórzy w towarzystwie stali się
ostatnio na czyimś punkcie przewrażliwieni.
Aidan
zaskomlił cicho, bo Ariene mocniej rączkę zacisnęła, ale zaraz ją zabrała, by
zamordować Caleba spojrzeniem.
– Ty wiesz, co
ta skretyniała paczka testosteronu zrobiła? – syknęła groźnie, mrużąc oczy jak
drapieżnik, który zaraz rozszarpie ofiarę.
Nie zrobiło to
na Calebie najmniejszego wrażenia.
– Pewnie zbyt
rycersko zaczął bronić honoru Anabde, zgadza się? – podsunął wręcz znudzony i
wzruszył ramionami. – Ja tam się dziwię, że ktoś nie wskoczył do tej sali
balowej przez okno, tak się składa.
Ta uwaga
sprawiła, że Ariene na chwilę zapomniała o mordowaniu i się zasępiła,
zastanawiając się, o co dokładnie myśliwemu chodziło. Mężczyzna, widząc to,
przeniósł zdruzgotane spojrzenie na przyjaciela, samym wzrokiem pytając „jakim
cudem?”. Aidan natomiast mógł rozmasować biedne ramię.
Leanelle
otworzyła szeroko oczy, wpatrzyła się w kanapkę tak, jakby ta zagroziła jej
gwałtem i zamordowaniem rodziny, po czym bardzo niepewnie przyjęła podarunek,
przenosząc równie zaniepokojone spojrzenie na myśliwego. Odpakowała prowiant,
ugryzła, przeżuła, po czym nagle się rozpromieniła.
– Jefteś
czudofny – poinformowała go w przerwie pomiędzy wzięciem do buzi kolejnego kęsa
a przełknięciem go.
Czyli nie tak,
jak prawdziwe panienki robić powinny, ale kij wam w oko z zasadami, generalnie.
Była głodna.
Gdy już połowy
kanapki nie było, zreflektowała się i na krótką chwilę znów zwróciła uwagę na
Caleba.
– I ten,
dziękuję – mruknęła.
Cador,
podłapawszy spojrzenie przyjaciela, wzruszył ramionami, jakby mówił „mnie nie
pytaj”. On z tą niedomyślnością wiedźmy miał przed chwilą spory problem. I
byłby problem rozwiązał, gdyby nie kochany Aidan.
– Wiem –
odparł na wyznanie Leanelle Caleb, nie będąc specjalnie pod wrażeniem tego
gorącego wyrazu uczuć.
Aidan
natomiast aż się otrząsnął, patrząc to na jedno, to na drugie z
niedowierzaniem. To wcale nie było śmieszne, myśliwy miał przecież narzeczoną!
Ariene porzuciła
frapujące rozmyślania (kto podrywał
Erriana? Przecież był muzykiem. Tam stali sami faceci. Chyba nie…?),
uniosła wzrok i przyjrzała się Calebowi bardzo, ale to bardzo krytycznie. A
potem parsknęła z najwyższą dezaprobatą.
– Akurat to
jesteś beznadziejny – poprawiła kolegę, bo może nie wiedział.
– Ty też
ostatnio się wykładasz na wielu rzeczach – odciął się bez mrugnięcia okiem,
tylko kącik jego ust drgnął w takim pełnym satysfakcji uśmiechu.
– Proszę?! –
oburzyła się Ariene. – Niby na jakich?!
– Nie wiem,
jedna ma płową czuprynę, druga nazywa się planowaniem większych akcji, trzecia
to spławianie kretynów z gildii, czwarta to ogarnianie zaplanowanych większych
akcji, piąta… – zaczął bezczelnie wyliczać, zmontowawszy wypowiedź na tyle
taktycznie, że wiedźma już na pewno nie pamiętała o pierwszej pozycji.
– Masz trzy
sekundy, zanim cię zabiję – wyznała Calebowi Ariene, z cichym warknięciem
pochylając głowę.
– Straszna –
wyszeptał Aidan, odsuwając swojego ogiera od niezadowolonej Jutrzenki.
A przede
wszystkim od wiedźmy.
O pierwszej
pozycji pamiętał za to Cador, który już miał się zdenerwować, ale doszedłszy do
podobnych co Caleb wniosków (wybacz, Ariene, to nie, że jesteś mało mądra,
tylko ty nie zwracasz na takie rzeczy uwagi), machnął ze zrezygnowaniem ręką.
Niech się
mordują, co mu tam.
Leanelle za to
wzruszyła ramionami. Nie interesowało jej nic poza kanapką; jak się będą
zabijać, to spoko, byle prowiant zostawili.
– Drżę ze
strachu – wyznał jej Caleb, uśmiechając się w bardzo brzydki sposób.
– Tę Vivi
swoją to chyba walnąłeś maczugą przez łeb i za nogę do jaskini, innej
możliwości nie widzę – wściekła się jeszcze bardziej Ariene, nie wierząc, że
tacy ludzie uchowali się do dnia dzisiejszego.
– Wolę za
włosy. Swoją drogą, fajna fryzura – dobił leżącego.
Wiedźma
zachłysnęła się powietrzem, sięgnęła do włosów, przypomniała sobie tysiąc
pięćset sto dziewięćset strasznych rzeczy i znowu się zgarbiła, spurpurowiawszy
na twarzy jak dojrzała piwonia.
Cador bardzo
taktycznie odwrócił głowę; potrafił powstrzymać cisnący się śmiech, ale było to
widoczne. Nie wytrzymał, zakrył sobie usta dłonią i odkaszlnął, że go coś niby
w gardle drapie.
– Bardzo
twarzowa – mruknął ostrożnie; miało być pocieszająco, wyszło jak zwykle.
Leanelle
prawie zakrztusiła się własną kanapką, ale udało jej się uratować swój marny
żywot, nim ktoś wpadł na głupi pomysł poklepania jej po plecach. Przełknęła
kęs, odetchnęła głęboko i przyjrzała się fryzurze Ariene wyjątkowo krytycznie.
Odpuściła sobie komentarz wyłącznie dlatego, że się jej wiedźmy zrobiło żal.
Ariene uniosła
głowę i spojrzała na Cadora tak, że powinien paść trupem na miejscu. Syknęła
przez zęby, przymierzając się do warknięcia, a potem zamordowania, ale
powietrze momentalnie z niej uszło i odwróciła wzrok.
– Zapomniałam
– wymamrotała, próbując ułożyć niesforne włosy. – Tak jakoś.
Caleb jeszcze
chwilę przyglądał się Ariene z ciekawością, potem zerknął krótko na Cadora; na
niego nie musiał długo patrzeć, umówmy się, znał go na wylot. Ostatecznie
uniósł brwi i pokiwał głową.
– Zapomniałaś
– powtórzył.
Jeszcze raz
popatrzył na Cadora, ledwie poświęcił uwagę czerwonej twarzy wiedźmy. I wtedy
się roześmiał nieco chrypliwie, kręcąc głową.
– No wreszcie.
– Boję się
pytać. Masz tu liście, to chyba dzika róża – bąknął Aidan, sięgając, by pomóc
Ariene.
– PIERDOLONY
ŁOWCA!
Kiedy Lantano
po raz kolejny wyraził chęć sięgnięcia do rosnącej przy drodze trawy, Anabde
wreszcie się nad nim zlitowała. Popuściła popręg, poluzowała wodze i pozwoliła
ogierowi się paść. Sama oparła się dłońmi na przednim łęku i zapatrzyła na
drogę z niezadowoloną miną. Pusto.
Dla pewności
obróciła głowę w stronę majaczącego w oddali budynku. Wyglądał dokładnie tak,
jak opisywał go Cador, był w odpowiedniej lokalizacji, otoczenie również się
zgadzało. Nie mogli się pomylić, musieli czekać w dobrym miejscu, po prostu nie
istniała inna możliwość.
Czyli reszta
się spóźniała.
– Myślisz, że
się pozabijali? – mruknęła znudzonym głosem, zerkając na swojego towarzysza.
Jednocześnie
zaczęła się zastanawiać, czy nie zejść z konia i nie rozsiodłać go, bo równie
dobrze może się okazać, że pozostali dołączą do nich rano.
Albo wcale,
jeśli się pewni Przeklęci nie dogadali.
– Myślę, że
Aithne i Sheridan nie dożyją świtu, Ariene i Cador znaleźli jakieś ustronne
miejsce, a Caleb nie wytrzymał dzieciarni i ją pozabijał. Ale mi się chce spać
– zakończył wywód Errian i zasłonił usta dłonią, by móc sobie ziewnąć.
Koral
parsknął, potwierdzając słowa jeźdźca, i zwiesił łeb. Spisał się dziś na medal,
a teraz zamiast być zadowolonym w boksie, sterczał na wygwizdowie i omiatał
boki ogonem ze znudzeniem.
– Może
rozbijmy obóz – westchnął młody mag, przywołując do dłoni kulę wody.
Podrzucił ją,
skupiając na niej spojrzenie, by nie rozchlapała się dokoła, lekko oczy
przymrużył i woda zaczęła zmieniać swój stan – powoli zamarzała.
– Marudzisz
prawie jak Lea – skrytykowała go Anabde, mrużąc powieki.
Jeszcze niech
doda, że jest głodny; wysłuchiwała takiego miauczenia codziennie, odkąd
dołączyła do niej drobna szatynka. Dlaczego w ogóle się na to zgodziła?
Westchnęła ciężko i czule pogłaskała Lantano po szyi, zaraz wplatając palce w
śnieżnobiałą grzywę.
– Jeśli jakimś
cudem przeżyją, to i tak się pozabijają, jak tu dotrą. Ariene na pewno nie jest
szczęśliwa, że Sher zniszczył jej misterny plan i wpakował nas wszystkich w
niezłe bagno – uznała mało optymistycznie.
Uniosła głowę,
rozejrzała się czujnie dookoła i uznała, że z tym obozem to może nie być głupi
pomysł. Może nawet zdążą zapuścić korzenie.
Zeskoczyła z
siodła, poklepała swojego mało przejętego tym faktem wierzchowca i zaczęła go
rozsiodływać. Errian chyba się domyśli, że działaniem przyznała mu rację, tak?
– Bo jestem
rozpieszczonym szlachcicem – odparł niezrażony Errian, nie do końca ciesząc się
z wizji przespania nocy pod zimnym krzakiem, ale co zrobić.
Zsiadł ze
swojego biednego ogiera, zniknął kulkę do zabawy i zabrał się do względnego oporządzania
konia, nie tracąc nadziei, że pozostali zaraz ich dogonią. No bo naprawdę, ile
można? Trochę się też martwił. Dziś była naprawdę ciemna noc.
Koral parsknął
i szturchnął pana, zaraz nastawiając uszy i zapatrując się w mrok. Młody mag
obrócił się do drogi, którą pozostali powinni nadjechać.
– Myślisz, że
to nasi? – mruknął do wierzchowca i poklepał go lekko.
Anabde
zerknęła w stronę, z której dochodziły odgłosy, później uniosła wzrok na ciemne
niebo i zmrużyła oczy. Światło księżyca odbijało się od beżowo-złotych łusek
stworzenia lecącego kilka metrów nad podróżnikami; Hessana dało się rozpoznać z
daleka.
– Nasi –
potwierdziła, wzruszyła ramionami i wróciła zainteresowaniem do swojego
wierzchowca.
Gdy
podjeżdżali, miała ochotę na nich warknąć; radosne głosy, przekrzykiwanie się i
chichoty były wyjątkowo irytujące o takiej porze i w takim miejscu, po takich
nocnych atrakcjach. Powstrzymała się jednak, nie chcąc się przyznać do bólu
głowy; jeszcze wiedźma uzna, że może ją wyleczyć.
– Och. Tamci
się pozabijali? – powiedział na widok Erriana i Anabde Cador, pewien, że
zastaną w umówionym miejscu wszystkich.
– Jeśli Ai
mnie wyręczyła, to wyżyję się na trupie tego pierdolonego łowcy – syknęła
Ariene, strosząc się jeszcze bardziej.
Errian
przyjrzał się całej grupce, na koniec zawieszając wzrok na rozjuszonej
wiedźmie. Przekrzywił lekko głowę, jakby w zamyśleniu.
– Przypominasz
Aithne. Fryzura – wyjaśnił, wskazując na własną czuprynę.
Ariene
zająknęła się, wytrzeszczyła oczy, a potem zwiesiła zrezygnowana głowę. Chyba
cały świat się jej uczepił tego dnia, no naprawdę. Zaczynając od balu, kończąc
na Errianie, gorzej być nie może.
Calebowi
natomiast humor dopisywał, raczył koleżankę serdecznie wyśmiać.
– Tylko się
nie zakochaj – podsunął młodemu magowi.
– Nie jestem
głupi – otrząsnął się niezadowolony Errian i cofnął się kilka kroków, woląc
towarzystwo Korala.
Caleb
roześmiał się głośniej, bardzo zadowolony z odpowiedzi.
– A ja tyle
razy to powtarzałem! – rzucił jakoś tak jakby do Cadora.
– Hej! –
obruszył się za to pan obrońca, miażdżąc spojrzeniem obu panów.
Miał nawet
powiedzieć coś więcej, ale ze względu na nie opuszczający go dobry humor dał
sobie spokój. Zeskoczył z Keelaina i popuścił popręg, zaraz odwracając się
tyłem do konia i opierając się o niego plecami. Ciekawe, jak długo będą musieli
czekać.
Anabde zrobiła
już z koniem wszystko, co mogła, przeczesała więc palcami jasną grzywę, po czym
usiadła na trawie, nadal trzymając wodze w ręce. Lantano był na całe szczęście
zbyt pochłonięty jedzeniem, by zwrócić uwagę na nowoprzybyłe konie i zacząć
ogierować.
– Wyżyj się
rano, nocą mi się jeszcze przyda – rzuciła do wiedźmy bardzo lekko, bardzo
nonszalancko i z bardzo wymownym uśmieszkiem.
Leanelle,
widząc to, zakrztusiła się własną śliną.
– Trupy nie
stają na wysokości zadania – warknęła nadal rozeźlona i bardzo, bardzo
zdenerwowana Ariene, syknąwszy jak wściekła kotka pod nosem.
Caleb zaraz
temat podłapał, już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale wiedźma go ubiegła.
Warknęła głośniej, celując w niego palcem.
– A spróbuj
skomentować – prychnęła.
– Chciałem
tylko spytać, skąd masz tę wiedzę – mruknął jakby urażony, wzruszając
ramionami.
– Właśnie!
Znaczy, ojej – spokorniał Aidan i zsiadł ze swojego dużego ogiera bojowego, bo
za nim nie było go w ogóle widać.
Errian
zachichotał, podzielając doskonały nastrój Caleba.
– Chyba bardzo
zdenerwowaliście kochaną Ari w czasie drogi – podsumował rozweselony, odpinając
nachrapnik Koralowi.
– Osobna
historia. Dzikie róże, targi, fryzury, łowcy, ja pierdolę – wymamrotała
najeżona wiedźma, bardzo nastrojona do mordowania.
– Ja mam
rączki tutaj! – zapewnił od razu Cador, szczerząc radośnie zęby.
Jaki
szczęśliwy facet, no widziałby kto.
Leanelle,
nadal zdruzgotana, nie była w stanie nawet zsiąść z konia. Długo siedziała nieruchomo,
wytrzeszczając tylko oczy, potem skuliła ramiona i wpatrzyła się w grzywę
wierzchowca, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Hessan zatoczył nad nią
koło, aż wreszcie przysiadł na siodle przed nią, unosząc łebek i spoglądając na
pańcię pytająco.
W pewnej
chwili Cador wyłączył się na kłócących towarzyszy, wsłuchując w tylko jemu (i
prawdopodobnie Calebowi) bliskie dźwięki. Izabel postawił krok do przodu w
poszukiwaniu bardziej soczystych źdźbeł i byłoby to doprowadziło do śmierci
obrońcy, ale w porę oprzytomniał i zdążył przytrzymać się strzemienia, nim
gruchnął o ziemię.
– Jadą –
rzucił tylko do przyjaciół, skinieniem głowy wskazując stronę.
Ariene
wyłamała sobie charakterystycznie palce, czekając w napięciu na przybycie
ofiary. Musiała komuś upuścić krwi. Errian natomiast przymknął oczy, wsłuchując
się we względną ciszę.
No tak.
– Słyszę ją –
potwierdził.
Caleb
uśmiechnął się z rozbawieniem. Im dłużej z tymi ludźmi przebywał, tym bardziej
utwierdzał się w przekonaniu, że są nieźle zakręceni.
– Nie
wiedziałem, że można mieć słuch wybiórczy tylko na jeden głos – skwitował
rozweselony i spojrzał na młodego maga z ciekawością.
Errian
wzruszył po prostu ramionami, uśmiechając się. Nie musiał jednak odpowiadać, bo
dźwięki stały się już chyba słyszalne dla wszystkich.
– NIE ODDYCHAJ
NA MNIE!
– Bierz tę
mordę sprzed mojej twarzy.
– Masz jakieś,
kurwa mać, urojenia! W lewo, kurwa, w lewo, sam jesteś lewy!
– A kto się
wpierdolił do studni?! Ja pierdolę, jakim cudem ty jesteś Przeklęta?
– Jakim cudem
cię Anabde znosi, to ja nie wiem, ale za dzisiaj powinieneś spać na
wycieraczce!
– Ciebie to
się wcale do łóżka nie wpuszcza, zakładam.
– MAM SWOJE
ŁÓŻKO! A TY SIĘ NIE WTRĄCAJ!
– Przestań
gadać do tej koniny!
– TO NIE JEST
KONINA, GŁUPI ŁOWCO! SAM JESTEŚ… DUPA WOŁOWA.
– Już
zaczynałem tęsknić – mruknął Errian, uśmiechając się bardzo, bardzo szeroko.
– Wygląda na
to, że jeszcze żyją – podsumował Caleb, przyglądając się nadjeżdżającym stępem
jeźdźcom.
Konie
prowadzili po obu krańcach drogi, byle dalej od siebie. Oboje od czasu do czasu
spoglądali na siebie, a wtedy w ich oczach pojawiały się naprawdę groźne
błyski. Zdawało się, że lada moment rzucą się sobie do gardeł bądź też
rozszarpią się na strzępy.
Myśliwy
westchnął, zastanawiając się, czy rezydencja utrzyma się do rana.
– Zabiję –
warknęło wtedy coś koło niego, ruszając.
W ostatniej
chwili złapał skaczącą na ofiarę Ariene, przyciągając ją z powrotem do tyłu. Z
pewnym zaskoczeniem spojrzał na to, co trzymał; sznurki gorsetu, już i tak
zmaltretowane, bardzo ochoczo się rozwiązały.
– Oho, nie
ruszaj się – mruknął, ustawiając ją do siebie plecami.
– Co ty mi
robisz? – prychnęła zdenerwowana, od razu próbując się pozbyć rąk myśliwego z
siebie.
– Ratuję cię
przed negliżem, stój – wyjaśnił cierpliwie, zręcznie wiążąc to, co przed chwilą
własnoręcznie, przypadkiem, rozwiązał.
– Genialna
metoda na unieruchomienie. Szkoda, że nie wszyscy noszą gorsety – mruknął
Errian, już się uśmiechając na widok swojego nachmurzonego, pełnego chęci mordu
szczęścia. – Ai, słońce, promieniejesz.
– No co ty,
kurwa, nie powiesz – warknęła, zmiażdżywszy maga wzrokiem.
W takich chwilach naprawdę go podziwiam,
westchnęła Faryale, potrząsając łbem, żeby wyrwać Aithne wodze z rąk. Za mocno
trzymała.
– Och, zamknij
się wreszcie – zirytowała się upadła.
– Dogadaj jej
jeszcze, to rozkaz – syknął natomiast Sheridan, nie zaszczyciwszy jednak swego
wroga spojrzeniem.
– Może
pójdziemy już do rezydencji? Tam się pozabijacie – zaproponował Caleb,
taktycznie dalej trzymając za sznurki Ariene. – No, podła wiedźmo, do budy –
mruknął, machnąwszy sznureczkami jak lejcami.
– Czarno to
widzę – wymamrotał Aidan, uchwyciwszy bardzo, bardzo ciemny blask w oczach
pogonionej właśnie kobiety.
Nie chciał
jednak zostawać na rozdrożach, dlatego podreptał śladem pozostałych,
zastanawiając się, jak oni pozostają tacy opanowani przy tylu wściekłych,
przerażających osobach.
Dosłownie
spokojnie jak na wojnie.
Przedostatni akapit nawet się zgadza, dobrze że Aidana nie zostawili, bo na rozdrożach występują demony, a wygląda na to, że Ariene zaraz się upodobni do jednego z nich, serdecznie wkurwionego XD
OdpowiedzUsuńNo, skoro było od groma Cadora i wiedźmy, to teraz chcę Aithne i Erriana! <3
Ogółem, fragment "rozmowy" Ai i Shera był bezcenny ^^
W jednym momencie się, jak zwykle, zgubiłam. ale to akurat chyba normalne XD
Co do ostatniego akapitu, znam jedną taką wojnę na której akurat jest bardzo spokojnie XD Walczą niby dwadzieścia lat, wojska stacjonują pod okrążonym zewsząd miastem-twierdzą i nikt nie może się przebić ani wyjść z obrębu murów, aż wreszcie zmęczeni konfliktem żołnierze budują sobie nieopodal osadę i zaczynają nawet handlować z oblężonymi, ściągać swoje rodziny, dzielić się żywnością z miejscowymi i zdobywać pełne obywatelstwo - tak z grubsza wygląda u nas na Pandakarze konflikt starego Putanu z Werest XDD ... to miało być dark fantasy, podczas gdy nasz główny bohater psika od nadmiaru dobra, a inny facet chce się powiesić na palmie XD
Ja chcę nową notkę! ^^ Tutaj, znaczy się. I na Szarej. Legendę muszę przeczytać jeszcze raz <3
Ale Aidana nie można krzywdzić, jest zbyt kochany <3 No i Ariene by go nie skrzywdziła, wolałaby skrzywdzić Shera. Raz a dobrze :3
UsuńTo lubisz tylko te dwa romanse? xD Znaczy, nie żeby było ich dużo więcej, ale akurat te najbardziej słodkie? xD
... No, chyba normalne. Nikt się nigdy nie gubi, a ty tak xDD
... No to na naszych wojnach nie jest spokojnie. W ogóle. Na naszych wojnach to gwałt na gwałcie, a kamień na kamieniu nie zostaje, jedna wielka patologia do sześcianu xDD
Tutaj, może wrzucę wieczorem. Na Szarej nope. I miłej Legendy xD