Caleb nie
odezwał się już słowem, póki nie weszli do karczmy. Otrzepał buty przed
progiem, dopiero potem unosząc wzrok i szukając spojrzeniem towarzyszy.
Wnętrze było
czyste i schludne, panował tu zaskakujący spokój. Na widok Caleba kilku
klientów wstało, by wyjść, nader nerwowo, unikając jego spojrzenia. Karczmarz,
starszy mężczyzna z wąsem, przywodzący na myśl stereotyp emerytowanego
myśliwego, przyjrzał się im miażdżąco, po czym rozłożył w geście serdecznego
powitania ramiona.
– Barwna
grupka, rozumiem, należy do ciebie? – zwrócił się do Caleba pogodnie, jednak
zmrużył z pewną troską oczy.
– Małe rude
niczego nie zniszczyło? – zainteresował się bez większej werwy myśliwy,
przenosząc wzrok na towarzyszy zebranych przy jednym ze stolików.
– Bardzo
śmieszne, naprawdę – warknęła Aithne i zmiażdżyła Caleba spojrzeniem.
W tym też
momencie Errian położył jej dłoń na ramieniu, bez słowa prosząc, żeby przez
chwilę była cicho. Atmosfera po wejściu do karczmy może się i rozluźniła, ale
teraz stała się nagle o wiele, wiele cięższa.
– To dobrze –
mruknął myśliwy i teraz zabrzmiał jak naprawdę zgaszony.
Nie czekał na
Cadora, ruszył do pozostałych, nie zwracając też uwagi na karczmarza, którego
radość ze spotkania przygasła od razu.
– Wybaczcie,
nie będzie obiadu – stwierdził, nie patrząc na nikogo. – Niepotrzebnie was tu
ciągnąłem – dodał, by zamilknąć na chwilę, jakby rozmyślał nad następnymi
słowami. – Może jednak bym się jeszcze przydał? – spytał niespodziewanie.
– A twój ós…?
– zaczął zdezorientowany Aidan, ale Sheridan zabił nieszczęśnika spojrzeniem
(tylko i wyłącznie dlatego, że równie mordercze spojrzenie padło na niego,
którego właścicielem był Errian), więc biedak gwałtownie urwał.
Leanelle
rozszerzyła nieco oczy; w Calebie nie było tego... czegoś, iskierki, która
sprawiała, że był sobą, że wszyscy go słuchali, że wzbudzał szacunek, że jakoś
trudno go nie lubić. Przeniosła tak skołowane, jak trochę przestraszone
spojrzenie na Cadora, ale ten właśnie odpowiadał na kontakt wzrokowy Anabde;
pewnie i dobrze, bo i tak w jego oczach odnalazła to, czego szukała.
Skuliła się
nieco na swoim siedzeniu, świadoma tego, że coś poszło nie tak – nie do końca
wiedziała co, ale to wystarczyło. Widząc Caleba w takim stanie, poczuła nagłą
falę współczucia dla niego. Jak zwykle nie była w stanie tego jakkolwiek
okazać, wobec tego tylko wbiła w myśliwego niezbyt nachalne, ale dość
zatroskane spojrzenie, obejmując się ramionami.
Anabde skinęła
lekko głową do Cadora; nie musiał nic mówić, jego spojrzenie było
wystarczającym wyjaśnieniem. Wszystkie fakty zaczęły łączyć się w logiczną
całość i choć rozwiązań mogło być kilka, każde z nich sprowadzało się do
jednego – Caleb z jakiegoś powodu rozstał się z Vivienne. Powodu, jak widać,
wyjątkowo nieprzyjemnego; jedna z hipotez wystąpiła przed inne.
Przeniosła
wzrok na myśliwego, dłuższą chwilę spokojnie na niego patrząc. Wreszcie uniosła
kąciki ust w dość przyjaznym uśmiechu, co chyba w jej przypadku będzie robiło
większy, bo niespodziewany efekt.
– Zdecydowanie
znajdzie się dla ciebie miejsce. Nie miałam zastępczego nauczyciela dla
Leanelle – odpowiedziała, kątem oka zerkając na siedzącą po jej prawicy
dziewczynę.
Caleb
uśmiechnął się blado, jakby dużo wysiłku kosztowało go zmuszenie się do tego.
Czując na sobie troskliwe czy pytające spojrzenia – bądź po prostu spojrzenia w
przypadku niektórych – zainteresował się zerkającym w ich stronę karczmarzem.
– Możemy
liczyć na solidny, domowy obiad? – spytał trochę zbyt wypranym z emocji głosem,
siląc się jednak na jakąkolwiek pogodę ducha. – Obiecałem, a nie chciałbym
łamać obietnicy z takiego powodu – dodał, doskonale wiedząc, że wszyscy w
Brenthor orientowali się w tym właśnie powodzie.
Mężczyzna
skinął głową, uśmiechając się ze smutkiem.
– Moja żona okropnie się o ciebie
martwiła. Przygotujcie się na dużą porcję – zastrzegł, odłożył trzymany kufel i
ruszył do kuchni, zostawiając na chwilę nadzwyczaj grzecznych gości samych.
Aithne
odprowadziła karczmarza wzrokiem, zerknęła na myśliwego i ostatecznie
popatrzyła wyczekująco na Erriana, mając dziwne wrażenie, że młody mag lepiej
orientuje się w tym, co się właśnie dzieje. I gdzie się podziała, tak
właściwie, ta głupia wiedźma?
Leanelle
powierciła się na swoim miejscu. Zmieniła taktykę i teraz starannie omijała
wzrokiem Caleba, przekonana, że mógłby to odebrać za nachalność; błądziła za to
spojrzeniem od Anabde do Cadora, licząc na to, że któreś poprowadzi całą
sytuację. Nawet nie ucieszyła się na wieść o obiedzie, bo jakoś jej się z
nerwów żołądek zawęził.
Co nie
oznacza, że jej w brzuchu nie burczało. Burczało jak diabli, soki trawienne
zaczęły tańczyć walca.
Niestety,
Cador nie był skory do rozładowania napięcia, bo sam walczył z nerwami. Opuścił
ramiona, co nadało mu wygląd niejako pokonanego, po chwili zdecydował się zająć
miejsce przy stole. Oparł łokcie o blat i zawiesił na przeciwległej ścianie
zgaszone spojrzenie; zaczął się zastanawiać, jak zgrabnie wybrnąć z zamieszania
i odciążyć Caleba.
Przesiadywanie
w tłumie i udawanie, że wszystko jest w porządku, specjalnie nie było łatwe –
trzeba go stąd wyprowadzić i dać mu święty spokój, tylko jak?
– No dobrze, w
takim razie kiedy wyjeżdżamy? Jutro z rana, wieczorem? – zaczęła Anabde,
omijając spojrzeniem Caleba, a większą uwagę poświęcając chociażby Errianowi.
Wbrew pozorom
wykazała się wystarczającym zrozumieniem i współczuciem, by chcieć ułatwić
myśliwemu życie – odciągnięcie uwagi zebranych od problemu i zainteresowanie
ich konkretną rozmową było pierwszym krokiem.
– Wychodzi na
to, że chyba możliwie najszybciej – mruknęła niepewnie Aithne, nadal nie
wiedząc, co tu się właściwie wyrabia.
– Dziękujemy
za bezcenną uwagę – skwitował Sheridan, wzniósłszy wymownie oczy do sufitu, bo
przecież litości, jak to rude rozczochrane nie ma nic do powiedzenia mądrego,
to niech siedzi cicho.
– Chyba rano –
postanowił rzucić jakimkolwiek konkretem Errian, widząc, że Aithne i łowca
zaraz znowu się pokłócą, na co raczej nikt nie miał ochoty.
– Bardzo? –
zmartwił się Aidan, krzywiąc się mimowolnie; od pewnego czasu nabrali
nieprzyjemnego zwyczaju wyruszania niedługo po wczesnej pobudce, miał cichą
nadzieję, że przynajmniej tutaj się wyśpią.
– To zależy –
odparł wreszcie niepewnie Errian i poszukał pomocy u Anabde, nie mając za
bardzo pomysłu na to, jak byłoby wygodniej.
Anabde
najpierw uniosła zaskoczona brew, zerkając z pewnym powątpiewaniem na swoją
podopieczną. Oni tu mówią o zrywaniu się o świcie, a Leanelle siedzi cicho, cóż
się stało? Przymrużyła powieki, przyglądając jej się bardzo uważnie, a kiedy
zauważyła, że dziewczyna rzuca ukradkowe, kontrolne spojrzenie w stronę Caleba,
uśmiechnęła się dziwnie.
Dopiero wtedy
wróciła do rozmowy, podłapując spojrzenie młodego maga.
– Konie muszą
trochę odpocząć, więc nie wyruszajmy zaraz po wschodzie słońca. Myślę, że
możemy sobie pozwolić na wyjazd koło dziewiątej, może nawet dziesiątej –
uznała, i to bynajmniej nie z powodu współczucia dla Aidana. – Co wy o tym
myślicie? – rzuciła lekko, koncentrując jednak spojrzenie na nieobecnym
Cadorze.
Ten to nie
miał wymówki, więc mógłby się zainteresować planowaniem.
Cador drgnął,
czując, że ktoś przeszywa go wzrokiem. Uniósł nieco głowę i natrafił na stalowe
oczy Anabde; przymrużył powieki, ale po chwili westchnął i wyprostował się na
krześle, postanawiając rzeczywiście zaangażować się w rozmowę.
Tylko o czym
oni mówili?
– Może być –
odpowiedział krótko, nawet nie wiedząc, na co się zgadza.
– Czyli można
pospać – odetchnęła z pewną ulgą Aithne, bo i jej już obrzydło podziwianie
wschodów słońca dzień w dzień.
– Mniej lub
więcej – uściślił Errian, odchylając się na krześle, by spojrzeć na wracającego
za ladę karczmarza.
Mężczyzna
uniósł kciuk, chcąc poinformować Caleba, że obiad znajduje się w drodze,
myśliwy jednak nie zwrócił na niego uwagi. Zdumiony oraz trochę zdruzgotany mag
zrozumiał, że ich towarzysz tego… nie zauważył.
Zauważał
dosłownie wszystko, słyszał wszystko, niczego się przed nim nie ukryło, a
teraz… Errian potrząsnął lekko głową i uniósł dłoń, dając karczmarzowi znać, że
ktokolwiek zwrócił na niego uwagę.
– A gdzie
potem? – zainteresował się Aidan, któremu plany na dalszą drogę umknęły w
ferworze wszystkiego.
– Wiedźma
miała coś podrzucić za pośrednictwem gildii – poinformował Sheridan,
skrzywiwszy się lekko; ten dzieciak był tak bystry, jak woda w kałuży.
– To może
teraz poszła po to zadanie. Może gdzieś umówiła się z Derekiem, on był
informatorem, prawda? – przypomniał sobie, uśmiechając się.
– Jakoś wątpię
– zaryzykował sugestię Errian, wzruszając ramionami.
Niespodziewanie
dla wszystkich Cador uśmiechnął się w tym momencie bardzo, bardzo szeroko i tak
samo niepokojąco. Na ten widok Anabde uniosła brew, zastanawiając się, czy
kochany Derek jeszcze żyje.
Może pływa
twarzą do dołu w kanale, a może jego szczątkami właśnie żywią się miejskie
szczury. Cholera wie tego Reamonna, tak naprawdę.
– Jeżeli
Ariene nie będzie miała dla nas niczego, ruszymy na południe – poinformowała
towarzystwo, żeby byli świadomi, że ktoś w tym towarzystwie robi użytek ze
swego mózgu i przygotowuje plany awaryjne.
Brzmiała na
tyle stanowczo, że Cadorowi nawet nie wpadło do głowy zapytać, dlaczego na
południe.
Przyjemny
aromat obiadu wdarł się do pomieszczenia przez uchylone drzwi, ale nawet to,
tak samo jak wizja długiego spania, nie było w stanie poprawić nastroju
Leanelle. Podciągnęła nogi na siedzenie krzesła i objęła kolana ramionami, zachowując
się jeszcze ciszej niż zwykle.
Kilka chwil
potem, chwil w gruncie rzeczy spędzonych w milczeniu, drzwi karczmy stanęły
otworem, a do środka wmaszerowała wszystkim dobrze znana podła wiedźma. I
wyglądało na to, że dziś zamierzała być bardzo podła; musiała się spieszyć, bo
włos miała trochę rozwiany, w oczach natomiast krył się niepokojący blask.
Powstrzymała się od trzaśnięcia drzwiami i ruszyła do grupy, zgrzytając zębami.
– Nie wygląda
jak po spotkaniu z Derekiem – postanowił poinformować Aidana Sheridan. – Chyba
że jako główny dowód wziąć te potargane włosy.
Chłopak
spojrzał na łowcę z lekkim przerażeniem, otworzywszy szerzej oczy. Nie
skomentował jednak, niepewnie przenosząc wzrok na Ariene; przecież musiał być
powód aż takiego zdenerwowania, prawda?
Wiedźma jednak
w połowie drogi zmieniła koncepcję i dopadła do lady. Karczmarz cofnął się aż
pół kroku, tak na wszelki wypadek.
–
Najmocniejsze, co pan ma – złożyła zamówienie przez zaciśnięte zęby. – Podwójne
najlepiej – dodała po bardzo krótkim zastanowieniu.
Mężczyzna
uniósł brwi, ale posłusznie zajął się realizacją prośby klientki.
W tym czasie
Ariene wydobyła z kieszeni trochę pieniędzy, zapłaciła, przejmując szklaneczkę
od gospodarza, po czym wypiła za jednym razem. Potrząsnęła głową, odstawiła
naczynko i dopiero wtedy dołączyła, nadal wściekła, do pozostałych.
– Chyba lepiej
nie pytać – uznał powoli Errian.
Ariene tylko
warknęła wymownie i wbiła wzrok w okno, oddychając głęboko przez nos dla
uspokojenia. Caleb poświęcił wiedźmie ledwie chwilę uwagi, potem znów zapatrzył
się w ścianę, tracąc kontakt z rzeczywistością.
Niezrażony
takim urokiem Cador zawiesił na wiedźmie intensywne spojrzenie, najwyraźniej
żądając wyjaśnień. Anabde uniosła brew, przypomniała sobie, że Ariene
towarzyszyła panom w wizycie w domu Caleba, po czym potrząsnęła głową i
postanowiła się nie odzywać.
Swoją drogą,
skoro pan obrońca nie zareagował na tak oburzającą tezę Sheridana... No cóż,
czyżby, aby skontaktować się z Derekiem, trzeba było się zwrócić do zaświatów?
Zapadła taka
dość niezręczna cisza. Najwidoczniej wszyscy albo bali się odezwać, albo byli
zbyt pochłonięci rozmyślaniami na temat zaistniałej sytuacji.
Żona
karczmarza wydostała się z kuchni, niosąc wazę pełną parującej, z pewnością
pysznej zupy. Po zapachu można było przypuszczać, że jest to rosół – jedna z
najprostszych potraw do przyrządzenia na wypadek niespodziewanego zamówienia.
Nie wydostała się jednak zza lady, bo drzwi znów stanęły otworem.
W progu
pojawiła się piękna kobieta – dla niektórych zdecydowanie już znana, tyle
tylko, że tym razem ubrana. Vivienne rozejrzała się po przybytku, marszcząc
lekko czoło, podczas gdy goście zgodnie się jej przyglądali. Większość zdawała
się być zmieszana sytuacją, część – jak karczmarz – oburzona jej przybyciem,
inni ciekawi bądź też zauroczeni niepodważalną pięknością. Vivienne jednak
ruszyła do stolika barwnej grupy, wpatrując się tylko w Caleba.
Ariene
zawarczała, co zabrzmiało nadzwyczaj groźnie, jakby ostrzegała kobietę, że
jeszcze jeden krok, a przestanie nad sobą panować. Stopniowo jej niebieskie
oczy zastygały w mniej rozjuszonym, ale bardziej bojowym wyrazie.
Pozostali
szybko zwrócili uwagę na idącą do nich Vivienne i w większości domyślili się
bez zbędnych pytań, kto też nadszedł. Aidan przez chwilę planował się odezwać,
ale zaniechał.
– Porozmawiaj
ze mną – zażądała wtedy kobieta, chwytając oparcie krzesła Caleba i szarpiąc
meblem w swoją stronę; nie przyniosło to żadnego efektu, ale myśliwy na nią
spojrzał.
Z nadzwyczajną
niechęcią, co w gruncie rzeczy było do niego dość niepodobne.
– A jest o
czym? – spytał spokojnie, mrużąc lekko oczy. – Ja wszystko zrozumiałem, chyba
nikomu więcej sytuacji tłumaczyć nie trzeba.
– Tylko co ty
sobie wyobrażasz? – parsknęła wtedy.
I chyba
niniejszym wszystkich, z Calebem na czele, przynajmniej na początku, zatkało.
Blat stołu
zadrżał, kiedy uderzyła weń zaciśnięta mocno, aż knykcie pobielały, pięść. Jej
właściciel przymrużył zielone oczy, niespecjalnie zaskoczony własnym wybuchem,
zmielił w ustach przekleństwo i przeniósł wzrok na Ariene. Gdyby wulkany miały
ślepia, ich wyraz na moment przed wybuchem byłby dokładnie taki sam, jak
spojrzenie Cadora w tej chwili.
Anabde uniosła
brew wysoko, dość szybko oceniając nową znajomą. Szczególną uwagę poświęciła
głupiej i kompletnie nieprzemyślanej próbie odciągnięcia krzesła, na którym
ktoś siedział, oraz niepowstrzymanej, jak również zupełnie nieuzasadnionej
irytacji. Piękna bo piękna, trzeba to było przyznać, ale wykrzywiona w grymasie
buźka Vivienne prezentowała się dużo mniej atrakcyjnie.
Nekromantka
postanowiła się jednak nie odzywać, przynajmniej na razie. Nie jej cyrk, nie
jej interes.
Leanelle za to
skuliła się jeszcze bardziej, wyraźnie przerażona osobą Vivienne. Można
powiedzieć, że nie tak ją sobie wyobrażała – pod każdym względem.
Dziewczyna
wstrzymała oddech, powiodła spojrzeniem od Vivienne do Caleba, po czym,
zdruzgotana, zerknęła w stronę swojej opiekunki. Anabde odpowiedziała jej
lekkim, uspokajającym uśmiechem.
– No dobrze,
jednak nie rozumiem – odezwał się wreszcie Caleb, ignorując reakcje towarzyszy
i skupiając spojrzenie na swojej byłej narzeczonej.
Aithne
rozejrzała się po zebranych i ostatecznie zdumiony wzrok zawiesiła na Errianie,
bardzo chcąc, żeby mag jej to wytłumaczył. Młodzieniec jednak względnie nie
zwrócił na nią większej uwagi, tylko ujął jej dłoń we własną, delikatnie
ściskając w niemej prośbie o spokój. Upadła nie zamierzała wszczynać
jakiejkolwiek awantury – nawet nie wiedziała, co też się tu działo.
– Wpadasz do
domu bez uprzedzenia, robisz jakieś cholerne sceny i bez słowa wyjaśnienia
wypadasz! – parsknęła Vivienne, sztyletując myśliwego wzrokiem. – W dodatku jak
potraktowałeś Ericka? – dodała z wyrzutem.
Ariene aż się
zakrztusiła; prawie było słychać, jak rośnie wiedźmie ciśnienie. Sheridan
natomiast, do idealnego kontrastu, uśmiechnął się z kpiną.
No tak, to
dało się przewidzieć, właściwie mógł się domyślić, jak tylko tu weszła. Taka
sama jak cały świat; przymrużył z dziwnym triumfem oczy, nadal się uśmiechając.
– Przez długi
czas byłem święcie przekonany, że to też mój dom, a ty jesteś moją narzeczoną.
A już na pewno czułem się w posiadaniu drugiego miejsca w łóżku, ale cóż,
wyprowadziłaś mnie z błędu – stwierdził tym niezmiennie idealnie spokojnym
głosem Caleb, nie odrywając spojrzenia od Vivienne.
– To twój
przyjaciel – syknęła kobieta.
– Jeśli Cador
nie dostał upoważnienia, by sypiać z moją narzeczoną, to on tym bardziej by go
nie otrzymał – odparł już chłodniejszym tonem myśliwy, marszcząc czoło.
– Nie jestem
twoją własnością, byś o czymś takim decydował – warknęła na to Vivienne,
jeszcze bardziej się irytując.
Ariene
podniosła się z miejsca, opierając się rękoma na blacie stołu, spojrzenie wbiła
w twarz kobiety, z miażdżącą cierpliwością czekając, aż ta zwróci na nią uwagę.
Anabde za to
bardzo kulturalnie się zakrztusiła. Odkaszlnęła, dumnie poradziła sobie z
problemem i uniosła na Vivienne naprawdę rozbawione spojrzenie. Na Silthe, skąd
Caleb taką babę wytrzasnął?
– Nie
wiedziałam, iż związki polegają na tym, że można sypiać z kim popadnie – parsknęła,
jednak jej uwaga była cicha, a natrętne, miażdżące spojrzenie Ariene głośno
domagało się zainteresowania.
Nekromantka
nie została więc zaszczycona odpowiedzią Vivienne.
Cador już miał
się poderwać – bo on jest bardzo spokojnym człowiekiem, ale bez przesady –
jednak jego ukochana go ubiegła. Zamrugał, przyjrzał jej się uważnie i wreszcie
postanowił dać Ariene działać. Spiorunował tylko Vivienne spojrzeniem,
zastanawiając się, jakim cudem Calebowi umknęła jej bezbrzeżna głupota.
Kiedy Vivienne
zerknęła zirytowana na wiedźmę, nie mogąc jej dłużej ignorować, Ariene w tym
momencie uśmiechnęła się ciepło oraz z pełnym zrozumieniem. To dopiero wypadło
dziwnie przy konfrontacji tego z wyrazem jej oczu.
– Ty biedna,
zaniedbana kobieto – mruknęła współczująco wiedźma, kręcąc głową. – Zarobiony
narzeczony zostawił cię, młodą boginię, samą na takim zadupiu, i myślał, że nie
potrzebujesz uwagi i miłości, co? – ciągnęła, przymrużając powieki. – A teraz
wraca, wyobrażając sobie, że potrafiłaś oprzeć się komuś, kto chciał cię
pokochać bardziej od niego – westchnęła z dezaprobatą dla myśliwego.
Vivienne
milczała, przyglądając się Ariene czujnie, jakby wietrzyła podstęp. Podstęp,
prawdę mówiąc, musieli wietrzyć wszyscy, choćby dlatego, że podła wiedźma
zaciskała dłonie na blacie stołu i stała z napiętymi ramionami.
– I to
naprawdę dałoby się jakimś cudem zrozumieć – stwierdziła wtedy chłodnym, z
powrotem rzeczowym głosem. – Zdarza nam się pomylić, mógł nie być twoją
prawdziwą miłością, mogłaś się zakochać w kimś, kto, jak się okazało, bardziej
ci odpowiadał, mogłaś planować wszystko Calebowi wyjaśnić przy najbliższej
okazji. Ale, do kurwy nędzy, siedem prawdziwych miłości tygodniowo to przesada
– warknęła na koniec, mrużąc oczy.
Myśliwy
zdrętwiał na moment, wpatrując się w szoku w ścianę. Minęło kilka długich
sekund, zanim przeniósł oszołomione spojrzenie na wpatrującą się w Vivienne
Ariene, jakby nie potrafił uwierzyć w jej słowa.
– Siedem? –
powtórzyła Aithne szeptem i zgarbiła ramiona, próbując zrozumieć to, co oznaczała
ta wypowiedź.
Była jednak
zbyt abstrakcyjna, by umysł upadłej ją ogarnął. Jak to – siedem? Będąc
narzeczoną kogoś, kogo się kocha…? Bo przecież nie przyjmuje się oświadczyn
kogoś, kogo się nie kocha… prawda? Aithne skuliła się jeszcze trochę, wpatrując
się w blat w szoku.
– Odnoszę
wrażenie, że to nie twój interes – skwitowała napiętym głosem Vivienne,
wpatrując się w Ariene z niechęcią. – Zresztą na ten moment to jest moje słowo
przeciw twojemu słowu, mało wiarygodnie – dodała, mierząc wiedźmę krytycznym
spojrzeniem.
– Myślę, że
potwierdzenie słów Ariene nie będzie trudne. Wystarczy zapytać kogokolwiek w
wiosce – odezwał się w tym momencie Cador, któremu najwyraźniej udało się
stłumić zdenerwowanie, bo brzmiał prawie spokojnie.
Przypatrywał
się Vivienne z wyraźną niechęcią, wręcz obrzydzeniem, już doskonale rozumiejąc,
dlaczego intuicja nie pozwoliła mu jej polubić.
Anabde za to
była pod wrażeniem. Jakim cudem na takim zadupiu można znaleźć wystarczająco
dużo kochanków, by na każdy dzień tygodnia mieć innego? Najwyraźniej Vivienne
nie była zbyt wybredna.
– Właściwie
zastanawiam się, po jaką cholerę przyjmowałaś oświadczyny – przyznała Ariene,
zignorowawszy uwagę jak Vivienne, tak i Cadora. – Tu nawet nie było mowy o
dreszczyku emocji przy zdradzie, skoro narzeczony przez większość czasu
pozostawał poza zasięgiem – zauważyła, unosząc sceptycznie brew.
– Odnoszę
wrażenie, że to nie z tobą rozmawiałam – parsknęła Vivienne, przyglądając się
wiedźmie z coraz większą niechęcią.
– Ale ja
rozmawiam z tobą i nawet nie próbuj uciekać. Chciałaś pogawędzić, bardzo
proszę, nic co ludzkie nie jest nam, kurwa, obce – odparowała Ariene,
odepchnąwszy się od stolika i obszedłszy mebel tak, by stanąć między Calebem a
Vivienne. – Brałaś za to chociaż pieniądze? Mogłabyś poprawić sobie standard
życia, myśliwi nie zarabiają aż tak dużo – spytała z przyjacielską
życzliwością, przekrzywiając głowę.
– Jak w ogóle
śmiesz? – prychnęła kobieta, zamierzając chwycić ramię Ariene i ją odepchnąć;
wiedźma błyskawicznie złapała szczupły nadgarstek Vivienne i bez wyczucia
zacisnęła na nim dłoń, z trudem powstrzymawszy się od zwiększenia swojej siły
magią. – Puszczaj mnie – syknęła.
– Wolałabym,
żebyś trzymała te brudne łapy z dala ode mnie, jeszcze się czymś zarażę –
mruknęła Ariene, uprzejmie wykonując prośbę uroczego gościa. – Poza tym chyba
możesz już iść, stęsknieni panowie czekają – dodała, wielkopańskim gestem
wskazując jej drzwi.
– Odsuń się,
chcę porozmawiać z Calebem – warknęła Vivienne, marszcząc w gniewie czoło;
wyraźnie nie wiedziała, jak się pewnego drobnego problemu pozbyć.
– Ale ja nie
chcę, żebyś z nim rozmawiała – odparła z dziecięcą przekorą wiedźma,
uśmiechając się uroczo. – Może jestem zazdrosna. Może jestem jedną z jego
siedmiu kochanek tygodniowo. Och, czekaj, wróć. Mówimy o Calebie. On przecież
przez większość czasu siedział w lesie, a potem tylko wypatrywał dnia, kiedy do
ciebie wróci, szmato – zakończyła z krótkim, rzeczowym warknięciem.
– Ariene – zirytował
się wreszcie myśliwy, najwyraźniej nie zamierzając dłużej tego słuchać. – To
nie tylko jej wina, zostaw ją – zażądał twardo.
– Zamknij
mordę, Caleb, nie rozmawiam z tobą – warknęła na niego podła wiedźma, nawet nie
zaszczyciwszy spojrzeniem.
Wszyscy
zebrani jak jeden mąż wytrzeszczyli oczy, zastanawiając się, jakim cudem
wiedźma potrafiła opierdalać myśliwego, jednocześnie broniąc jego honoru. Z
drugiej strony każde z nich było zdruzgotane postawą Caleba, który najwyraźniej
miał zamiar powstrzymać Ariene od mordu, a szkoda.
– Szlachetny
się znalazł – parsknęła Anabde pod nosem, wystarczająco cicho, by nie usłyszał
jej nikt.
No ale
naprawdę, laska go bez zastanowienia zdradzała z kim popadnie, jeszcze robiła
mu wyrzuty, a on stawał w jej obronie. To już nie była kwestia miłości, tylko
głupoty.
Vivienne
zacisnęła dłonie w pięści, przyglądając się wiedźmie ze złością, jakby nie
wiedziała, jak sobie też z nią poradzić.
– A kim ty
właściwie jesteś? – warknęła wreszcie, cofnąwszy się pół kroku; najwyraźniej
zwątpiła w to, by bezmyślne upieranie się przy rozmowie z Calebem miało
jakikolwiek sens.
– Ariene
Tenshi, szlachcianka warstwy średniej, skrytobójczyni, złodziejka, podła
wiedźma na pełnym etacie. Usług dziwkarskich nie prowadzę, chylę czoła przed bardziej
doświadczonymi – przedstawiła się płynnie, uśmiechając się triumfalnie, kiedy
na nią patrzyła, i zgodnie ze swoimi słowami skłoniła lekko głowę.
– Ty mała,
upierdliwa suko – zirytowała się Vivienne, mrużąc w złości oczy.
Caleb zabębnił
palcami o blat stołu, podniósł się energicznie i odsunął stanowczo ze swojej
drogi Ariene. Spojrzał na obie kobiety, miażdżąc je pełnym dezaprobaty
spojrzeniem, odetchnął także głęboko, chyba dla uspokojenia.
– Rozmowa jest
zdecydowanie skończona – zakomunikował, wyminął obie i ruszył do drzwi, nie
oglądając się na nikogo.
Na ten moment
Ariene zmarszczyła z troską czoło, zastygając w niejakim oczekiwaniu. Dopiero
kiedy myśliwy wyszedł, przeniosła wzrok na Vivienne.
– Radzę ci się
stąd wynosić – stwierdziła spokojnie, pochylając lekko głowę. – Natychmiast. I
nie wychodzić ze swojej nory aż do jutra.
Kobieta
warknęła, najwyraźniej zamierzając zareagować na potraktowanie jej z
uwłaczającą zniewagą, ale rozległ się charakterystyczny dźwięk wyłamywanych
palców. Aithne uśmiechnęła się wymownie, znacząco rozgrzewając dłonie, jakby
szykowała się do kolejnego mordobicia – i to chyba ostatecznie przekonało
Vivienne, która sztywno odwróciła się i ruszyła do wyjścia.
– Głupsze to
niż Aidan – skwitowała wtedy upadła, kręcąc z dezaprobatą głową.
– Eee, dzięki
– mruknął niepewnie chłopak, zerkając trochę nerwowo na swojego nauczyciela,
jakby się zastanawiał, co też on teraz zrobi.
– Ale ja bym
jej łeb urwała – westchnęła Ariene, odchylając głowę, by się do końca uspokoić.
– Szkoda, że
tego nie zrobiłaś – mruknęła w tym momencie Anabde, unosząc spojrzenie na nadal
czekającą przy ladzie kobietę.
Ciągle
trzymała gar zupy, jednak nie widać już było pary; nekromantka przymrużyła
oczy, z niezadowoleniem uznając, że przez głupią szmatę obiad im wystygł.
Leanelle
wreszcie przestała udawać powietrze; wyprostowała się niepewnie, pobłądziła
nieco przestraszonym spojrzeniem po towarzyszach, a koniec końców skupiła swoją
uwagę na Cadorze, gotowa spojrzeć mu w oczy, gdy zajdzie taka potrzeba.
Chciała, by
coś zrobił albo chociaż powiedział, jak powinni się zachować. Najlepiej znał
Caleba, a przecież myśliwemu trzeba pomóc.
Cador
zignorował fakt, że nagle znalazł się w centrum uwagi. Jeszcze chwilę bębnił
palcami w blat, wyraźnie zdenerwowany, pogrążając się w rozmyślaniach.
Wreszcie, po kilku minutach milczenia, uniósł głowę i spojrzał na Ariene,
uśmiechając się z wysiłkiem, ale również dużym zadowoleniem.
– Jesteś
niesamowita – oznajmił jej ciepło, dość cicho, by reszcie łatwiej było
zignorować to wyznanie.
Wreszcie
obrócił się najpierw do swojego ucznia, a potem do Leanelle. Westchnął lekko,
skinął głową – nie do końca wiadomo, co to miało znaczyć, ale na pewno wziął na
swoje barki ciężar związany z osobą Caleba – i wstał.
Nie informował
gdzie idzie, ale to było dość oczywiste, nie mówił kiedy wróci, zwyczajnie
ruszył w stronę wyjścia i już po chwili zniknął za drzwiami.
Ariene
westchnęła ciężko i opadła na zwolnione przez Cadora miejsce, odprowadzając go
spojrzeniem pełnym troski. Uznała jednak, że zmiana warty wyjdzie im na dobre,
dlatego, pomasowawszy skronie, spróbowała skupić się na idącej w ich stronę
kobiecie.
Waza z zupą
została postawiona na środku stołu, a karczmarz pospiesznie dostarczył talerze,
mamrocząc z irytacją pod nosem.
– Przykro mi,
że coś takiego miało miejsce – mruknęła żona gospodarza, przyglądając się
rosołowi ze zrezygnowaniem.
– Podgrzeję –
zadeklarował się Errian, prostując się na krześle. – Proszę się nie martwić, to
w końcu nie od pani zależało. Serdecznie dziękujemy – dodał jeszcze,
podejrzewając, że niewiele osób z zebranych wysiliłoby się na uprzejmość.
Ułożył dłonie
na wazie i przymknął oczy, skupiając się na magii. Wolał nie wysadzić obiadu w
powietrze, ale powinien nad wszystkim zapanować.
– Smacznego –
pożyczyła więc kobieta, łapiąc męża za łokieć i prowadząc go z powrotem za
ladę.
Ariene skinęła
w odpowiedzi głową, zapatrując się ze zmartwieniem w drzwi.
Miała
nadzieję, że panowie sobie ze sobą nawzajem poradzą – nie wiedziała, czy
bardziej zatroskała się o Caleba, czy Cadora, co trochę ją rozśmieszyło.
Jeżeli
odnalezienie myśliwego w okolicy, którą zna jak własną kieszeń, w ogóle było
możliwe, należało zacząć poszukiwania od lasu.
Cador
większość swojego życia spędził albo w podróży, albo w mieście; nie miał problemu
z odnalezieniem się w gąszczu drzew, jednak nigdy nie czuł się tu w pełni
swobodnie. Teraz, gdy zapadał zmierzch, stare, powyginane pnie rzucały
niepokojące cienie, a nocne stworzenia budziły się do życia, las był
szczególnie groźny dla obcych.
Obrońca musiał
opuścić bezpieczną, wydeptaną ścieżkę i zacząć kluczyć między krzaczyskami,
licząc, że ślad, który złapał, rzeczywiście należy do jego przyjaciela. Kiedy
nie wiedział, w jaką stronę się udać, zwyczajnie dawał się kierować intuicji,
zazwyczaj jednak był w stanie zadecydować, jaki kierunek obrać. Przeklął się w
duchu za to, że nie zabrał kurtki – las o tej porze okazał się być bardziej
chłodny i wilgotny, niż przypuszczał – zacisnął usta w grymasie i szedł dalej.
Problem był
taki, że nawet gdy odnajdzie Caleba, nie do końca wiedział, jak mu pomóc.
Sytuacja nie była w żaden sposób niecodzienna, przecież takie rzeczy się
zdarzały, a jednak ciężko wymyślić stosowne słowa czy zachowania. To zdawało
się na swój sposób nie do pomyślenia, by coś podobnego wydarzyło się komuś tak
niezwykłemu, a co najważniejsze tak bezgranicznie oddanemu, jak Caleb.
Vivienne była
suką, a w dodatku głupią, nie było innego wytłumaczenia. Tylko dlaczego myśliwy
dał się tak paskudnie nabrać?
Cador
zatrzymał się i przeczesał uważnym spojrzeniem okolicę. Nieduże zwierzątko
wyskoczyło z krzaków niczym oparzone i pognało przed siebie, robiąc więcej
hałasu niż było to potrzebne. Obrońca uniósł brew, przypatrując się biegowi
popiskującego stworzonka, po czym ruszył w przeciwnym kierunku.
Nie trzeba
było kluczyć, prawdę mówiąc, długo. Caleb nie zapuścił się głęboko w ostępy,
siedział na sporym głazie, równymi ruchami ciosając trzymany w dłoni kawałek
drewna. Operował myśliwskim nożem z zaskakującą wprawą i lekkością, jakby
urodził się z tą umiejętnością; musiał doskonale wiedzieć, że nadszedł Cador,
najpewniej zanim obrońca nawet zorientował się, że w okolicy znajduje się
myśliwy. Mimo to nie spojrzał na przyjaciela, skupiony na swojej pracy.
Rzeźbił łódkę,
kiedyś wiele takich wykonał dla dzieci z wioski, którym nudziło się w upalne
letnie dni. Bursztynowe oczy zastygły nieruchomo, od czasu do czasu tylko
przesuwały się po drewnie, oceniając wprawnym spojrzeniem postępy w pracy.
Brakowało jedynie lekkiego uśmieszku, który zwykle Calebowi towarzyszył – ot,
ledwie uniesienie kącika ust, a tak charakterystyczne.
Cador
zatrzymał się w pewnej odległości od głazu, wsadzając ręce do kieszeni i
przyglądając się przyjacielowi uważnie.
Szlag by to.
Spojrzenie było nie jego, wyraz twarzy był nie jego, nawet ta dziwna, jakby
pusta atmosfera nie należała do myśliwego – nie do takiego, jakim zwykł i
powinien być. Cador mimowolnie się napiął, znów rzucając wyszukane bluzgi pod
adresem Vivienne, ale wreszcie odetchnął głęboko, potrząsnął głową i opanował nerwy.
Najgorsze, co
mógł teraz zrobić, to odstawić scenę.
Jego intuicja
podpowiedziała mu tylko, by ruszył w stronę przyjaciela, ale później wystawiła
Cadora do wiatru, bo zamilkła. Obrońca zatrzymał się bezpośrednio przed
przyjacielem, jeszcze raz mu się przyglądając; czuł się dość nieporadnie. W
końcu siadł na kamieniu koło niego i... czekał. Może tu tak siedzieć do usranej
śmierci, generalnie, jeżeli tylko ma to myśliwemu pomóc.
Bo jedyne, co
Cador wiedział, to że Caleb nie powinien siedzieć tu sam.
Myśliwy nie
zareagował, skupiony na swojej pracy. Raz tylko uniósł głowę; przebiegł czujnym
spojrzeniem po pniach drzew, zmrużył oczy, a potem znowu się rozluźnił.
Nóż miarowo
uderzał w drewno, odrąbując dość grube wióry, bryłka coraz bardziej przypominała
łódkę. Caleb obrócił dzieło w dłoniach, skrzywił się krytycznie i skorygował
wymiary dziecięcej zabawki.
– Możesz iść –
stwierdził wreszcie, nie odrywając spojrzenia od pracy. – Naprawdę – dodał i
dopiero wtedy uniósł wzrok na przyjaciela; spokojny, wyczekujący, jakby pełen
zrozumienia.
Bo przecież
nic się tu nie dało zrobić ani powiedzieć. Ot, dostał po łbie za swoją głupotę
i naiwność. Wyglądało na to, że lepiej było, kiedy siedział w lesie i nie
zadawał się z ludźmi; ta myśl wywołała na jego ustach blady, trochę gorzki
uśmiech.
Cador pozwolił
sobie na chwilę milczenia, chociaż nad propozycją nie zastanawiał się ani
trochę. Odpowiedział na spojrzenie przyjaciela, przymrużając oczy z pewnym
niepokojem.
– Caleb –
mruknął z dezaprobatą; znał go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że choćby
myśliwy nawet chciał być teraz sam, nie było to wskazane.
Odchylił głowę
i zapatrzył się w gwiazdy, jakby miały mu zesłać pomoc.
Caleb na pewno
się obwiniał, tym samym usprawiedliwiając trochę Vivienne. Nie było wątpliwości,
że wyrzucał sobie również zbyt duże nadzieje i bezwarunkowe przywiązanie, przez
które dotknął go aż tak wielki ból. Jak poinformować go, że może znaleźć kogoś,
kto nie zawiedzie jego zaufania? Jak przekazać, że warto podjąć ryzyko?
– Ariene
odstawiła taką scenę, bo chciała dla ciebie dobrze – zaczął ostrożnie, uznając,
że przecież może własną ukochaną trochę usprawiedliwić.
Raz, że będzie
to dla Caleba niczym jawne oświadczenie „są jeszcze ludzie, którym na tobie
zależy”. Oprócz tego zwyczajnie nie chciał, by Caleb miał jej za złe, że tak
się zachowała – ze względu na oboje.
– Nie jestem
na nią zły – uspokoił przyjaciela myśliwy, poprawiając kształt kadłuba. – Podła
wiedźma ma wybuchowy charakterek, zdziwiłbym się, gdyby była spokojna –
przyznał, wzruszając lekko ramionami.
Obrócił dzieło
swych rąk w dłoni, przekrzywił głowę, po czym westchnął, unosząc zabawkę tak,
żeby Cador także mógł się jej przyjrzeć. W zapadających ciemnościach wyglądała
dość tajemniczo.
– Może być? –
zainteresował się najmniej ważnym. – Zastanawiam się, czy pogłębić pokład –
przyznał z westchnieniem.
Cador odebrał
od niego łódkę, by przyjrzeć jej się z typową dla siebie wnikliwością. Ocenił
dosłownie wszystko, każdą linię i każdy kąt, proporcje, sam urok zabawki.
Przesunął opuszkiem palca po drewnie, uznając, że w takich ciemnościach nie
można polegać wyłącznie na wzroku, wreszcie kiwnął głową i oddał przyjacielowi
jego dzieło.
– Ujdzie –
uznał krótko, tym samym stwierdzając, że on by nic nie poprawiał i niczego nie
pogłębiał.
Uśmiechnął się
lekko, tak tylko kącikiem ust.
– Dlaczego
chciałeś jej bronić? – zapytał wreszcie, uznając, że tematu nie można uniknąć.
To nie pomoże,
jeśli będą udawać, że wszystko jest w porządku. Nie było w porządku, trzeba
tylko sobie z tym poradzić. Jakoś, wspólnie zawsze łatwiej.
Caleb pokiwał
głową, strzepnął trochę trocin z drewna i ułożył zabawkę na nogach,
zastanawiając się, komu ją podaruje. Może pierwszemu napotkanemu na ulicy
dziecku. Albo Aidanowi. No dobra, to już było wredne.
Westchnął,
odchylając głowę, kiedy zamyślił się nad pytaniem Cadora. Tak naprawdę nie
musiał wymyślać odpowiedzi, po prostu nie wiedział, czy jest sens w mówieniu
tego obrońcy. I tak zostanie skrytykowany.
– To nie jest
tylko jej wina – stwierdził wreszcie, czekając na falę zaprzeczeń.
Owszem, ona
zdradziła, ale czy on był naprawdę o tyle w tym lepszy?
– Gdyby
rzeczywiście chodziło tylko o twoją nieobecność i związaną z tym potrzebę
ciepła, wystarczyłby jej jeden kochanek – przypomniał mu bardzo rzeczowo, a
przez to nieprzyjemnie, ale chyba czas kogoś otrzeźwić.
Oczywiście, że
Caleb Vivienne w pewien sposób zaniedbywał, jednak na pewno nie na tyle, by
mogła odpłacić mu się w ten sposób.
Caleb wzruszył
ramionami.
– Może to jak
z uzależnieniem. Może jak spróbowała raz, nie mogła się powstrzymać. Po
pierwszej nocy spędzonej w lesie też nie mogłem już bez tego żyć – stwierdził,
nie potrafiąc uwierzyć w to, by była po prostu podła i puszczalska.
Mógł się
pomylić, mógł źle ocenić, ale aż tak?
Zmarszczył
lekko czoło, zastanawiając się, co ta rozmowa im właściwie da. Wszystko
właściwie skończone, lepiej pójść dalej. Nawet z ciężarem w piersi, ale to w
końcu zniknie. Po prostu wracał tam, skąd przyszedł – w otwarte, dzikie tereny,
by od czasu do czasu odwiedzić miasto.
– Wtedy powinna
inaczej z tobą rozmawiać – odpowiedział od razu, bo przecież to było proste.
Widać jak na
dłoni, że nie chodziło tu o żadne przeżycia i problemy, raczej o to, że
dziewczyna była rozpuszczoną szmatą. Gdy odetchnął głębiej, zdawało się, że
bardziej się zgarbił, jakby przytłoczony tym wszystkim.
– Caleb, ja po
prostu nie chcę, żebyś wyciągnął z tego złe wnioski. Bo znając ciebie,
najchętniej zamknąłbyś się na cały świat; nie do końca o to chodzi – przyznał,
zdając się odczytywać myśli przyjaciela.
Tak naprawdę
po prostu dobrze go znał.
– Bez świata
jest prościej, ale trzeba z nim żyć – stwierdził spokojnie myśliwy. – Nie
ucieknę nagle w dzicz. Obiecałem wyszkolić Leanelle, więc to zrobię – zapewnił,
podnosząc się z kamienia.
Przesunął raz
jeszcze spojrzeniem po linii drzew, westchnął cicho i przeciągnął się,
rozprostowując kości. Przez chwilę, prawdę mówiąc, zastanawiał się, czy jest
sens dalej z nimi podróżować. Ale właściwie całkiem tych ludzi polubił, mógł z
nimi pobyć trochę dłużej. I żałowałby rozstania z jedynym prawdziwym
przyjacielem, jakiego w życiu zdobył.
Cador długą
chwilę tylko mierzył go uważnym spojrzeniem, ale wreszcie, trochę
niespodziewanie, uśmiechnął się. Lekko, bo lekko, nadal czując subtelny żal,
czy może nawet wyrzuty sumienia, ale jednak.
– Trzymam cię
za słowo – odpowiedział, również wstając z kamienia.
Otrzepał się,
przeczesał spojrzeniem okolicę, potem ruszył w stronę, z której przyszedł.
Uspokojony, doszedł do wniosku, że może Calebowi rzeczywiście przyda się chwila
na ogarnięcie myśli. Skoro ma zamiar wrócić, wszystko jest dobrze. Caleb nigdy
nie łamał danych komuś obietnic.
Nagle,
odszedłszy zaledwie kilka kroków, zatrzymał się i obrócił do przyjaciela.
– Zawsze
podziwiałem w tobie to, że jesteś nie do zdarcia – przyznał, by następnie
zniżyć głos niemalże do szeptu. – Poradzisz sobie i tym razem.
Potem nie
ruszył w dalszą wędrówkę, czekając, by to Caleb podjął decyzję. Jeśli chce
samotności – odejdzie w swoją stronę.
Myśliwy nie
zareagował. Stał jeszcze kilka chwil, wpatrując się w ciemność, aż wreszcie
spomiędzy drzew wyłoniła się długonoga sylwetka wilka.
Shila podeszła
powoli do swojego pana, merdając ogonem, potem uniosła pysk, szukając znajomej,
ciepłej dłoni. Caleb pogłaskał drapieżnika z czułością, drugą ręką ściągając z
pleców łuk.
Dopiero wtedy
ruszył przed siebie, z wilkiem u nogi, przygotowując broń do strzelania. Ani
razu się za siebie nie obejrzał, poruszając się bezszelestnie, i niedługo potem
zanurzył się w mroku, odchodząc niczym cień.
Było już
naprawdę późno, kiedy przemierzał ulice cichego Brenthor. Bez problemu
zawędrował pod karczmę, przyjrzał się jeszcze grupce młodych ludzi
rozmawiającej nieopodal, potem otrzepał dyskretnie buty i dopiero wtedy
nacisnął klamkę, przekraczając próg. Musiał lekko zmrużyć oczy, by przyzwyczaić
wzrok do mocniejszego natężenia światła.
Za ladą
karczmarz już nie stał, właściwie nikogo nie było. Pamiętał, że pokochał tę
miejscowość za ten właśnie spokój, za życzliwość, za przedziwną, domową
atmosferę. Teraz stracił trochę serca do wioski, choć wiedział, że to nie do
końca wina żyjących tu ludzi. Nie wszystkich.
W każdym razie
zamierzał po cichu pójść spać, nie budzić nikogo i nie zawracać nikomu głowy.
Nie skierował się jednak do części dla gości, przyglądając się dwóm osobom nadal
okupującym stolik.
Ariene uniosła
głowę, bo do tej pory leżała mało kulturalnie na blacie, walcząc z dopadającym
ją znużeniem. Teraz nieco się napięła, zawieszając spojrzenie na stojącym przed
zamkniętymi drzwiami Calebie. Szybkim, wprawnym spojrzeniem oceniła jego stan i
doszła do wniosku, że wszystko z nim w porządku. Tylko ten wzrok, nadal miał
zgaszone, obojętne oczy. Zmarszczyła z troską czoło, powoli zbierając się do
bardziej eleganckiej pozycji.
Cador dla
odmiany nawet się nie ruszył, nadal siedział z wyciągniętymi, wyprostowanymi i
skrzyżowanymi w kostkach nogami i ramionami zaplecionymi na torsie, jedyne co,
to obrócił głowę w stronę drzwi. Zawiesił na Calebie uważne spojrzenie, jednak
uśmiechnął się lekko, zupełnie niewymuszenie.
Dotrzymał obietnicy.
I przez tę
chwilę ciszy cała trójka jakby trwała w dziwnym zawieszeniu. Patrzyli na
siebie, jedni się trochę uśmiechali, inni sprawiali wrażenie zmartwionych, ale
się nie ruszali. Może czekali na straszne wydarzenie, może oczekiwali reakcji
od towarzyszy. Wreszcie ktoś przerwał to, odchodząc od stolika.
Ariene
przymrużyła z troską oczy, zmierzając do Caleba energicznym, pewnym krokiem.
Choć myśliwy spojrzał na nią nieco podejrzliwie, chyba spodziewając się po niej
czegoś podłego – w końcu to podła wiedźma – to ona nie zawahała się ani chwili.
Gdy znalazła się wystarczająco blisko, po prostu objęła mężczyznę i przytuliła
go do siebie, wzdychając głęboko. Nie musiała mówić nic, tylko uśmiechnęła się
smutno.
W pierwszym
momencie Caleb stał nadal nieruchomo, otworzył jedynie trochę szerzej oczy,
wyraźnie zdumiony. Wreszcie jednak rozluźnił się, opuścił lekko głowę i objął
kobietę, przytulając się do niej ufnie, nieco nawet rozpaczliwie, jakby
naprawdę bardzo tego potrzebował.
Ariene
pozwoliła mu na to, nie wypuszczając z objęć, pogłaskała go delikatnie po
głowie, czekając, aż odszuka w sobie dość siły, by znów być ich nieco
irytującym, błyskotliwym Calebem, który stara się stronić od towarzystwa.
Cador wstał
tylko, zasunął za sobą krzesło i położył dłonie na oparciu mebla, przypatrując
się Ariene i Calebowi z nadal trwającym uśmiechem. Przechylił nieco głowę i
postanowił nie ingerować, bo i po co.
Chwila nie
była długa. Ot, zaraz myśliwy znów się trochę wyprostował, na jego ustach
pojawił się wreszcie uśmiech. Przesunął ręce na ramiona wiedźmy, przygotowując
się do odsunięcia jej od siebie – bądź też utrzymania w bezpiecznej odległości.
– To kiedy
wbijasz ten sztylet pod żebro? – zainteresował się swobodnie, przymrużając
oczy; okazywanie słabości okazywaniem słabości, ale nigdy nie lubił prezentować
ich za długo.
Ariene
prychnęła i cofnęła się pół kroku, marszcząc dość gniewnie czoło. Jednak jej
oczy błyszczały, uśmiechała się też z przekąsem. Podparła się pod boki, żeby
wyglądać jeszcze trochę groźniej.
– Nie wtedy,
kiedy się spodziewasz – poinformowała go rzeczowo, zaraz odsuwając się tak,
żeby widzieć obu panów. – Długo cię nie było. Martwiliśmy się trochę –
stwierdziła, przyglądając się Calebowi uważnie.
– Spacerowałem
– odparł niedbale myśliwy, wzruszając lekko ramionami.
– Jest nowa
praca – dodała powoli, zastanawiając się, czy mężczyzna ma w ogóle ochotę na
pogawędki. – Musimy udać się na zachód, dostałam cynk o zamożnym człowieku,
który pilnie potrzebuje pomocy – wytłumaczyła, bo przecież Caleba nie było w
karczmie, kiedy to omawiali.
– W porządku.
W takim razie chyba powinniśmy iść spać – zauważył, ponownie wzruszając
ramionami, teraz jednak bardziej niedbale.
– I tak
wstaniesz z kurami – mruknęła krytycznie, przymrużając oczy.
– Nie śpisz ze
mną, więc nie narzekaj. Nie będę hałasował – obiecał i pokręcił z
niedowierzaniem głową, przyglądając się kobiecie.
Ariene tylko
wydęła z dezaprobatą usta, postanawiając nie komentować, chociaż te poranne
pobudki uważała za całkowitą głupotę.
Cador
uśmiechnął się dziwnie, ale powstrzymał się od skomentowania, że on woli spać
trochę dłużej, więc jest o wiele lepszym kompanem łóżkowym. Ot, komentarz byłby
nietaktowny; zresztą, dość szybko wypadł mu z głowy, gdy mężczyzna obdarzył
przyjaciela ostatnim badawczym spojrzeniem.
– Chodźmy –
rzucił miękko, bo nikt się nie ruszył w stronę pokojów.
Sam zaraz to
uczynił, jednak wystarczająco wolno, by towarzysze go dogonili. Nim weszli na
schody, poklepał Caleba po ramieniu, choć nawet na niego nie spojrzał.
Jakoś to
będzie. Kiedy jest naprawdę źle, trzeba myśleć o tym, że zaraz zmieni się na
lepsze. Po burzy zawsze pojawia się słońce.
Powiem szczerze, że przez moment myślałam, iż Viv zacznie fruwać po tej karczmie i plecami zwiedzać ściany, z którymi miałaby się zapoznać, ale Ari się chyba powstrzymała od tak drastycznych środków, ha! Aczkolwiek dalej podłą wiedźmą, to ona jest i nie da się ukryć.
OdpowiedzUsuńJak Ci już pisałam Natuś; to szkoda mi Caleba. Pomimo, że specyficzny, to fajny z niego chłopak, a ta franca go tak strasznie potraktowała.
W ogóle, to muszę się podzielić swoim odkryciem, które odnalazłam czytając ten rozdział. Wiesz kogo mi Aidan przypomina? Tym swoim nieogarem, głupimi pytaniami i w ogóle tą nutką dzieciaka? Uwaga, uwaga... Aviela! Jednak jak Aviel jest niezwykle pocieszny, to Aidan... to Aidan (idąc tokiem tutejszych wyjasnień xD). Chłopak zdecydowanie odstaje od całej reszty towarzystwa. Dobra... już się nad nim nie znęcam.
Hahaha, taka przyjemność zarezerwowana tylko dla Cadora <3 Vivienne to by urwała łeb PRZY SAMEJ DUPIE xDDD No, ale jej podłość jeszcze zostanie za jakiś czas bardziej podkreślona :3
UsuńCaleb jest takim naiwnym w uczuciach człowiekiem, bez kitu. Ale nadal go lubię, perfekcjonista cholerny, jest śmieszny <3 I nie do zdarcia właśnie, próbuję i próbuję, i się nie udaje! xDD
Czasami też mam z nim skojarzenia, ale się nie wzorowałam zupełnie xD Aidan to Aidan, bo on nie do końca jest pocieszny. W nim drzemie potencjał, popamiętacie mnie wszyscy jeszcze, cholera xD Jego też xD
Biedny, na szczęście jego ogarnianie się życiowe nadchodzi... no, drobnymi krokami, ale nadchodzi xD