wtorek, 19 marca 2013

71. Człowiek nie do zdarcia



Caleb nie odezwał się już słowem, póki nie weszli do karczmy. Otrzepał buty przed progiem, dopiero potem unosząc wzrok i szukając spojrzeniem towarzyszy.
Wnętrze było czyste i schludne, panował tu zaskakujący spokój. Na widok Caleba kilku klientów wstało, by wyjść, nader nerwowo, unikając jego spojrzenia. Karczmarz, starszy mężczyzna z wąsem, przywodzący na myśl stereotyp emerytowanego myśliwego, przyjrzał się im miażdżąco, po czym rozłożył w geście serdecznego powitania ramiona.
– Barwna grupka, rozumiem, należy do ciebie? – zwrócił się do Caleba pogodnie, jednak zmrużył z pewną troską oczy.
– Małe rude niczego nie zniszczyło? – zainteresował się bez większej werwy myśliwy, przenosząc wzrok na towarzyszy zebranych przy jednym ze stolików.
– Bardzo śmieszne, naprawdę – warknęła Aithne i zmiażdżyła Caleba spojrzeniem.
W tym też momencie Errian położył jej dłoń na ramieniu, bez słowa prosząc, żeby przez chwilę była cicho. Atmosfera po wejściu do karczmy może się i rozluźniła, ale teraz stała się nagle o wiele, wiele cięższa.
– To dobrze – mruknął myśliwy i teraz zabrzmiał jak naprawdę zgaszony.
Nie czekał na Cadora, ruszył do pozostałych, nie zwracając też uwagi na karczmarza, którego radość ze spotkania przygasła od razu.
– Wybaczcie, nie będzie obiadu – stwierdził, nie patrząc na nikogo. – Niepotrzebnie was tu ciągnąłem – dodał, by zamilknąć na chwilę, jakby rozmyślał nad następnymi słowami. – Może jednak bym się jeszcze przydał? – spytał niespodziewanie.
– A twój ós…? – zaczął zdezorientowany Aidan, ale Sheridan zabił nieszczęśnika spojrzeniem (tylko i wyłącznie dlatego, że równie mordercze spojrzenie padło na niego, którego właścicielem był Errian), więc biedak gwałtownie urwał.
Leanelle rozszerzyła nieco oczy; w Calebie nie było tego... czegoś, iskierki, która sprawiała, że był sobą, że wszyscy go słuchali, że wzbudzał szacunek, że jakoś trudno go nie lubić. Przeniosła tak skołowane, jak trochę przestraszone spojrzenie na Cadora, ale ten właśnie odpowiadał na kontakt wzrokowy Anabde; pewnie i dobrze, bo i tak w jego oczach odnalazła to, czego szukała.
Skuliła się nieco na swoim siedzeniu, świadoma tego, że coś poszło nie tak – nie do końca wiedziała co, ale to wystarczyło. Widząc Caleba w takim stanie, poczuła nagłą falę współczucia dla niego. Jak zwykle nie była w stanie tego jakkolwiek okazać, wobec tego tylko wbiła w myśliwego niezbyt nachalne, ale dość zatroskane spojrzenie, obejmując się ramionami.
Anabde skinęła lekko głową do Cadora; nie musiał nic mówić, jego spojrzenie było wystarczającym wyjaśnieniem. Wszystkie fakty zaczęły łączyć się w logiczną całość i choć rozwiązań mogło być kilka, każde z nich sprowadzało się do jednego – Caleb z jakiegoś powodu rozstał się z Vivienne. Powodu, jak widać, wyjątkowo nieprzyjemnego; jedna z hipotez wystąpiła przed inne.
Przeniosła wzrok na myśliwego, dłuższą chwilę spokojnie na niego patrząc. Wreszcie uniosła kąciki ust w dość przyjaznym uśmiechu, co chyba w jej przypadku będzie robiło większy, bo niespodziewany efekt.
– Zdecydowanie znajdzie się dla ciebie miejsce. Nie miałam zastępczego nauczyciela dla Leanelle – odpowiedziała, kątem oka zerkając na siedzącą po jej prawicy dziewczynę.
Caleb uśmiechnął się blado, jakby dużo wysiłku kosztowało go zmuszenie się do tego. Czując na sobie troskliwe czy pytające spojrzenia – bądź po prostu spojrzenia w przypadku niektórych – zainteresował się zerkającym w ich stronę karczmarzem.
– Możemy liczyć na solidny, domowy obiad? – spytał trochę zbyt wypranym z emocji głosem, siląc się jednak na jakąkolwiek pogodę ducha. – Obiecałem, a nie chciałbym łamać obietnicy z takiego powodu – dodał, doskonale wiedząc, że wszyscy w Brenthor orientowali się w tym właśnie powodzie.
Mężczyzna skinął głową, uśmiechając się ze smutkiem.
            – Moja żona okropnie się o ciebie martwiła. Przygotujcie się na dużą porcję – zastrzegł, odłożył trzymany kufel i ruszył do kuchni, zostawiając na chwilę nadzwyczaj grzecznych gości samych.
Aithne odprowadziła karczmarza wzrokiem, zerknęła na myśliwego i ostatecznie popatrzyła wyczekująco na Erriana, mając dziwne wrażenie, że młody mag lepiej orientuje się w tym, co się właśnie dzieje. I gdzie się podziała, tak właściwie, ta głupia wiedźma?
Leanelle powierciła się na swoim miejscu. Zmieniła taktykę i teraz starannie omijała wzrokiem Caleba, przekonana, że mógłby to odebrać za nachalność; błądziła za to spojrzeniem od Anabde do Cadora, licząc na to, że któreś poprowadzi całą sytuację. Nawet nie ucieszyła się na wieść o obiedzie, bo jakoś jej się z nerwów żołądek zawęził.
Co nie oznacza, że jej w brzuchu nie burczało. Burczało jak diabli, soki trawienne zaczęły tańczyć walca.
Niestety, Cador nie był skory do rozładowania napięcia, bo sam walczył z nerwami. Opuścił ramiona, co nadało mu wygląd niejako pokonanego, po chwili zdecydował się zająć miejsce przy stole. Oparł łokcie o blat i zawiesił na przeciwległej ścianie zgaszone spojrzenie; zaczął się zastanawiać, jak zgrabnie wybrnąć z zamieszania i odciążyć Caleba.
Przesiadywanie w tłumie i udawanie, że wszystko jest w porządku, specjalnie nie było łatwe – trzeba go stąd wyprowadzić i dać mu święty spokój, tylko jak?
– No dobrze, w takim razie kiedy wyjeżdżamy? Jutro z rana, wieczorem? – zaczęła Anabde, omijając spojrzeniem Caleba, a większą uwagę poświęcając chociażby Errianowi.
Wbrew pozorom wykazała się wystarczającym zrozumieniem i współczuciem, by chcieć ułatwić myśliwemu życie – odciągnięcie uwagi zebranych od problemu i zainteresowanie ich konkretną rozmową było pierwszym krokiem.
– Wychodzi na to, że chyba możliwie najszybciej – mruknęła niepewnie Aithne, nadal nie wiedząc, co tu się właściwie wyrabia.
– Dziękujemy za bezcenną uwagę – skwitował Sheridan, wzniósłszy wymownie oczy do sufitu, bo przecież litości, jak to rude rozczochrane nie ma nic do powiedzenia mądrego, to niech siedzi cicho.
– Chyba rano – postanowił rzucić jakimkolwiek konkretem Errian, widząc, że Aithne i łowca zaraz znowu się pokłócą, na co raczej nikt nie miał ochoty.
– Bardzo? – zmartwił się Aidan, krzywiąc się mimowolnie; od pewnego czasu nabrali nieprzyjemnego zwyczaju wyruszania niedługo po wczesnej pobudce, miał cichą nadzieję, że przynajmniej tutaj się wyśpią.
– To zależy – odparł wreszcie niepewnie Errian i poszukał pomocy u Anabde, nie mając za bardzo pomysłu na to, jak byłoby wygodniej.
Anabde najpierw uniosła zaskoczona brew, zerkając z pewnym powątpiewaniem na swoją podopieczną. Oni tu mówią o zrywaniu się o świcie, a Leanelle siedzi cicho, cóż się stało? Przymrużyła powieki, przyglądając jej się bardzo uważnie, a kiedy zauważyła, że dziewczyna rzuca ukradkowe, kontrolne spojrzenie w stronę Caleba, uśmiechnęła się dziwnie.
Dopiero wtedy wróciła do rozmowy, podłapując spojrzenie młodego maga.
– Konie muszą trochę odpocząć, więc nie wyruszajmy zaraz po wschodzie słońca. Myślę, że możemy sobie pozwolić na wyjazd koło dziewiątej, może nawet dziesiątej – uznała, i to bynajmniej nie z powodu współczucia dla Aidana. – Co wy o tym myślicie? – rzuciła lekko, koncentrując jednak spojrzenie na nieobecnym Cadorze.
Ten to nie miał wymówki, więc mógłby się zainteresować planowaniem.
Cador drgnął, czując, że ktoś przeszywa go wzrokiem. Uniósł nieco głowę i natrafił na stalowe oczy Anabde; przymrużył powieki, ale po chwili westchnął i wyprostował się na krześle, postanawiając rzeczywiście zaangażować się w rozmowę.
Tylko o czym oni mówili?
– Może być – odpowiedział krótko, nawet nie wiedząc, na co się zgadza.
– Czyli można pospać – odetchnęła z pewną ulgą Aithne, bo i jej już obrzydło podziwianie wschodów słońca dzień w dzień.
– Mniej lub więcej – uściślił Errian, odchylając się na krześle, by spojrzeć na wracającego za ladę karczmarza.
Mężczyzna uniósł kciuk, chcąc poinformować Caleba, że obiad znajduje się w drodze, myśliwy jednak nie zwrócił na niego uwagi. Zdumiony oraz trochę zdruzgotany mag zrozumiał, że ich towarzysz tego… nie zauważył.
Zauważał dosłownie wszystko, słyszał wszystko, niczego się przed nim nie ukryło, a teraz… Errian potrząsnął lekko głową i uniósł dłoń, dając karczmarzowi znać, że ktokolwiek zwrócił na niego uwagę.
– A gdzie potem? – zainteresował się Aidan, któremu plany na dalszą drogę umknęły w ferworze wszystkiego.
– Wiedźma miała coś podrzucić za pośrednictwem gildii – poinformował Sheridan, skrzywiwszy się lekko; ten dzieciak był tak bystry, jak woda w kałuży.
– To może teraz poszła po to zadanie. Może gdzieś umówiła się z Derekiem, on był informatorem, prawda? – przypomniał sobie, uśmiechając się.
– Jakoś wątpię – zaryzykował sugestię Errian, wzruszając ramionami.
Niespodziewanie dla wszystkich Cador uśmiechnął się w tym momencie bardzo, bardzo szeroko i tak samo niepokojąco. Na ten widok Anabde uniosła brew, zastanawiając się, czy kochany Derek jeszcze żyje.
Może pływa twarzą do dołu w kanale, a może jego szczątkami właśnie żywią się miejskie szczury. Cholera wie tego Reamonna, tak naprawdę.
– Jeżeli Ariene nie będzie miała dla nas niczego, ruszymy na południe – poinformowała towarzystwo, żeby byli świadomi, że ktoś w tym towarzystwie robi użytek ze swego mózgu i przygotowuje plany awaryjne.
Brzmiała na tyle stanowczo, że Cadorowi nawet nie wpadło do głowy zapytać, dlaczego na południe.
Przyjemny aromat obiadu wdarł się do pomieszczenia przez uchylone drzwi, ale nawet to, tak samo jak wizja długiego spania, nie było w stanie poprawić nastroju Leanelle. Podciągnęła nogi na siedzenie krzesła i objęła kolana ramionami, zachowując się jeszcze ciszej niż zwykle.
Kilka chwil potem, chwil w gruncie rzeczy spędzonych w milczeniu, drzwi karczmy stanęły otworem, a do środka wmaszerowała wszystkim dobrze znana podła wiedźma. I wyglądało na to, że dziś zamierzała być bardzo podła; musiała się spieszyć, bo włos miała trochę rozwiany, w oczach natomiast krył się niepokojący blask. Powstrzymała się od trzaśnięcia drzwiami i ruszyła do grupy, zgrzytając zębami.
– Nie wygląda jak po spotkaniu z Derekiem – postanowił poinformować Aidana Sheridan. – Chyba że jako główny dowód wziąć te potargane włosy.
Chłopak spojrzał na łowcę z lekkim przerażeniem, otworzywszy szerzej oczy. Nie skomentował jednak, niepewnie przenosząc wzrok na Ariene; przecież musiał być powód aż takiego zdenerwowania, prawda?
Wiedźma jednak w połowie drogi zmieniła koncepcję i dopadła do lady. Karczmarz cofnął się aż pół kroku, tak na wszelki wypadek.
– Najmocniejsze, co pan ma – złożyła zamówienie przez zaciśnięte zęby. – Podwójne najlepiej – dodała po bardzo krótkim zastanowieniu.
Mężczyzna uniósł brwi, ale posłusznie zajął się realizacją prośby klientki.
W tym czasie Ariene wydobyła z kieszeni trochę pieniędzy, zapłaciła, przejmując szklaneczkę od gospodarza, po czym wypiła za jednym razem. Potrząsnęła głową, odstawiła naczynko i dopiero wtedy dołączyła, nadal wściekła, do pozostałych.
– Chyba lepiej nie pytać – uznał powoli Errian.
Ariene tylko warknęła wymownie i wbiła wzrok w okno, oddychając głęboko przez nos dla uspokojenia. Caleb poświęcił wiedźmie ledwie chwilę uwagi, potem znów zapatrzył się w ścianę, tracąc kontakt z rzeczywistością.
Niezrażony takim urokiem Cador zawiesił na wiedźmie intensywne spojrzenie, najwyraźniej żądając wyjaśnień. Anabde uniosła brew, przypomniała sobie, że Ariene towarzyszyła panom w wizycie w domu Caleba, po czym potrząsnęła głową i postanowiła się nie odzywać.
Swoją drogą, skoro pan obrońca nie zareagował na tak oburzającą tezę Sheridana... No cóż, czyżby, aby skontaktować się z Derekiem, trzeba było się zwrócić do zaświatów?
Zapadła taka dość niezręczna cisza. Najwidoczniej wszyscy albo bali się odezwać, albo byli zbyt pochłonięci rozmyślaniami na temat zaistniałej sytuacji.
Żona karczmarza wydostała się z kuchni, niosąc wazę pełną parującej, z pewnością pysznej zupy. Po zapachu można było przypuszczać, że jest to rosół – jedna z najprostszych potraw do przyrządzenia na wypadek niespodziewanego zamówienia. Nie wydostała się jednak zza lady, bo drzwi znów stanęły otworem.
W progu pojawiła się piękna kobieta – dla niektórych zdecydowanie już znana, tyle tylko, że tym razem ubrana. Vivienne rozejrzała się po przybytku, marszcząc lekko czoło, podczas gdy goście zgodnie się jej przyglądali. Większość zdawała się być zmieszana sytuacją, część – jak karczmarz – oburzona jej przybyciem, inni ciekawi bądź też zauroczeni niepodważalną pięknością. Vivienne jednak ruszyła do stolika barwnej grupy, wpatrując się tylko w Caleba.
Ariene zawarczała, co zabrzmiało nadzwyczaj groźnie, jakby ostrzegała kobietę, że jeszcze jeden krok, a przestanie nad sobą panować. Stopniowo jej niebieskie oczy zastygały w mniej rozjuszonym, ale bardziej bojowym wyrazie.
Pozostali szybko zwrócili uwagę na idącą do nich Vivienne i w większości domyślili się bez zbędnych pytań, kto też nadszedł. Aidan przez chwilę planował się odezwać, ale zaniechał.
– Porozmawiaj ze mną – zażądała wtedy kobieta, chwytając oparcie krzesła Caleba i szarpiąc meblem w swoją stronę; nie przyniosło to żadnego efektu, ale myśliwy na nią spojrzał.
Z nadzwyczajną niechęcią, co w gruncie rzeczy było do niego dość niepodobne.
– A jest o czym? – spytał spokojnie, mrużąc lekko oczy. – Ja wszystko zrozumiałem, chyba nikomu więcej sytuacji tłumaczyć nie trzeba.
– Tylko co ty sobie wyobrażasz? – parsknęła wtedy.
I chyba niniejszym wszystkich, z Calebem na czele, przynajmniej na początku, zatkało.
Blat stołu zadrżał, kiedy uderzyła weń zaciśnięta mocno, aż knykcie pobielały, pięść. Jej właściciel przymrużył zielone oczy, niespecjalnie zaskoczony własnym wybuchem, zmielił w ustach przekleństwo i przeniósł wzrok na Ariene. Gdyby wulkany miały ślepia, ich wyraz na moment przed wybuchem byłby dokładnie taki sam, jak spojrzenie Cadora w tej chwili.
Anabde uniosła brew wysoko, dość szybko oceniając nową znajomą. Szczególną uwagę poświęciła głupiej i kompletnie nieprzemyślanej próbie odciągnięcia krzesła, na którym ktoś siedział, oraz niepowstrzymanej, jak również zupełnie nieuzasadnionej irytacji. Piękna bo piękna, trzeba to było przyznać, ale wykrzywiona w grymasie buźka Vivienne prezentowała się dużo mniej atrakcyjnie.
Nekromantka postanowiła się jednak nie odzywać, przynajmniej na razie. Nie jej cyrk, nie jej interes.
Leanelle za to skuliła się jeszcze bardziej, wyraźnie przerażona osobą Vivienne. Można powiedzieć, że nie tak ją sobie wyobrażała – pod każdym względem.
Dziewczyna wstrzymała oddech, powiodła spojrzeniem od Vivienne do Caleba, po czym, zdruzgotana, zerknęła w stronę swojej opiekunki. Anabde odpowiedziała jej lekkim, uspokajającym uśmiechem.
– No dobrze, jednak nie rozumiem – odezwał się wreszcie Caleb, ignorując reakcje towarzyszy i skupiając spojrzenie na swojej byłej narzeczonej.
Aithne rozejrzała się po zebranych i ostatecznie zdumiony wzrok zawiesiła na Errianie, bardzo chcąc, żeby mag jej to wytłumaczył. Młodzieniec jednak względnie nie zwrócił na nią większej uwagi, tylko ujął jej dłoń we własną, delikatnie ściskając w niemej prośbie o spokój. Upadła nie zamierzała wszczynać jakiejkolwiek awantury – nawet nie wiedziała, co też się tu działo.
– Wpadasz do domu bez uprzedzenia, robisz jakieś cholerne sceny i bez słowa wyjaśnienia wypadasz! – parsknęła Vivienne, sztyletując myśliwego wzrokiem. – W dodatku jak potraktowałeś Ericka? – dodała z wyrzutem.
Ariene aż się zakrztusiła; prawie było słychać, jak rośnie wiedźmie ciśnienie. Sheridan natomiast, do idealnego kontrastu, uśmiechnął się z kpiną.
No tak, to dało się przewidzieć, właściwie mógł się domyślić, jak tylko tu weszła. Taka sama jak cały świat; przymrużył z dziwnym triumfem oczy, nadal się uśmiechając.
– Przez długi czas byłem święcie przekonany, że to też mój dom, a ty jesteś moją narzeczoną. A już na pewno czułem się w posiadaniu drugiego miejsca w łóżku, ale cóż, wyprowadziłaś mnie z błędu – stwierdził tym niezmiennie idealnie spokojnym głosem Caleb, nie odrywając spojrzenia od Vivienne.
– To twój przyjaciel – syknęła kobieta.
– Jeśli Cador nie dostał upoważnienia, by sypiać z moją narzeczoną, to on tym bardziej by go nie otrzymał – odparł już chłodniejszym tonem myśliwy, marszcząc czoło.
– Nie jestem twoją własnością, byś o czymś takim decydował – warknęła na to Vivienne, jeszcze bardziej się irytując.
Ariene podniosła się z miejsca, opierając się rękoma na blacie stołu, spojrzenie wbiła w twarz kobiety, z miażdżącą cierpliwością czekając, aż ta zwróci na nią uwagę.
Anabde za to bardzo kulturalnie się zakrztusiła. Odkaszlnęła, dumnie poradziła sobie z problemem i uniosła na Vivienne naprawdę rozbawione spojrzenie. Na Silthe, skąd Caleb taką babę wytrzasnął?
– Nie wiedziałam, iż związki polegają na tym, że można sypiać z kim popadnie – parsknęła, jednak jej uwaga była cicha, a natrętne, miażdżące spojrzenie Ariene głośno domagało się zainteresowania.
Nekromantka nie została więc zaszczycona odpowiedzią Vivienne.
Cador już miał się poderwać – bo on jest bardzo spokojnym człowiekiem, ale bez przesady – jednak jego ukochana go ubiegła. Zamrugał, przyjrzał jej się uważnie i wreszcie postanowił dać Ariene działać. Spiorunował tylko Vivienne spojrzeniem, zastanawiając się, jakim cudem Calebowi umknęła jej bezbrzeżna głupota.
Kiedy Vivienne zerknęła zirytowana na wiedźmę, nie mogąc jej dłużej ignorować, Ariene w tym momencie uśmiechnęła się ciepło oraz z pełnym zrozumieniem. To dopiero wypadło dziwnie przy konfrontacji tego z wyrazem jej oczu.
– Ty biedna, zaniedbana kobieto – mruknęła współczująco wiedźma, kręcąc głową. – Zarobiony narzeczony zostawił cię, młodą boginię, samą na takim zadupiu, i myślał, że nie potrzebujesz uwagi i miłości, co? – ciągnęła, przymrużając powieki. – A teraz wraca, wyobrażając sobie, że potrafiłaś oprzeć się komuś, kto chciał cię pokochać bardziej od niego – westchnęła z dezaprobatą dla myśliwego.
Vivienne milczała, przyglądając się Ariene czujnie, jakby wietrzyła podstęp. Podstęp, prawdę mówiąc, musieli wietrzyć wszyscy, choćby dlatego, że podła wiedźma zaciskała dłonie na blacie stołu i stała z napiętymi ramionami.
– I to naprawdę dałoby się jakimś cudem zrozumieć – stwierdziła wtedy chłodnym, z powrotem rzeczowym głosem. – Zdarza nam się pomylić, mógł nie być twoją prawdziwą miłością, mogłaś się zakochać w kimś, kto, jak się okazało, bardziej ci odpowiadał, mogłaś planować wszystko Calebowi wyjaśnić przy najbliższej okazji. Ale, do kurwy nędzy, siedem prawdziwych miłości tygodniowo to przesada – warknęła na koniec, mrużąc oczy.
Myśliwy zdrętwiał na moment, wpatrując się w szoku w ścianę. Minęło kilka długich sekund, zanim przeniósł oszołomione spojrzenie na wpatrującą się w Vivienne Ariene, jakby nie potrafił uwierzyć w jej słowa.
– Siedem? – powtórzyła Aithne szeptem i zgarbiła ramiona, próbując zrozumieć to, co oznaczała ta wypowiedź.
Była jednak zbyt abstrakcyjna, by umysł upadłej ją ogarnął. Jak to – siedem? Będąc narzeczoną kogoś, kogo się kocha…? Bo przecież nie przyjmuje się oświadczyn kogoś, kogo się nie kocha… prawda? Aithne skuliła się jeszcze trochę, wpatrując się w blat w szoku.
– Odnoszę wrażenie, że to nie twój interes – skwitowała napiętym głosem Vivienne, wpatrując się w Ariene z niechęcią. – Zresztą na ten moment to jest moje słowo przeciw twojemu słowu, mało wiarygodnie – dodała, mierząc wiedźmę krytycznym spojrzeniem.
– Myślę, że potwierdzenie słów Ariene nie będzie trudne. Wystarczy zapytać kogokolwiek w wiosce – odezwał się w tym momencie Cador, któremu najwyraźniej udało się stłumić zdenerwowanie, bo brzmiał prawie spokojnie.
Przypatrywał się Vivienne z wyraźną niechęcią, wręcz obrzydzeniem, już doskonale rozumiejąc, dlaczego intuicja nie pozwoliła mu jej polubić.
Anabde za to była pod wrażeniem. Jakim cudem na takim zadupiu można znaleźć wystarczająco dużo kochanków, by na każdy dzień tygodnia mieć innego? Najwyraźniej Vivienne nie była zbyt wybredna.
– Właściwie zastanawiam się, po jaką cholerę przyjmowałaś oświadczyny – przyznała Ariene, zignorowawszy uwagę jak Vivienne, tak i Cadora. – Tu nawet nie było mowy o dreszczyku emocji przy zdradzie, skoro narzeczony przez większość czasu pozostawał poza zasięgiem – zauważyła, unosząc sceptycznie brew.
– Odnoszę wrażenie, że to nie z tobą rozmawiałam – parsknęła Vivienne, przyglądając się wiedźmie z coraz większą niechęcią.
– Ale ja rozmawiam z tobą i nawet nie próbuj uciekać. Chciałaś pogawędzić, bardzo proszę, nic co ludzkie nie jest nam, kurwa, obce – odparowała Ariene, odepchnąwszy się od stolika i obszedłszy mebel tak, by stanąć między Calebem a Vivienne. – Brałaś za to chociaż pieniądze? Mogłabyś poprawić sobie standard życia, myśliwi nie zarabiają aż tak dużo – spytała z przyjacielską życzliwością, przekrzywiając głowę.
– Jak w ogóle śmiesz? – prychnęła kobieta, zamierzając chwycić ramię Ariene i ją odepchnąć; wiedźma błyskawicznie złapała szczupły nadgarstek Vivienne i bez wyczucia zacisnęła na nim dłoń, z trudem powstrzymawszy się od zwiększenia swojej siły magią. – Puszczaj mnie – syknęła.
– Wolałabym, żebyś trzymała te brudne łapy z dala ode mnie, jeszcze się czymś zarażę – mruknęła Ariene, uprzejmie wykonując prośbę uroczego gościa. – Poza tym chyba możesz już iść, stęsknieni panowie czekają – dodała, wielkopańskim gestem wskazując jej drzwi.
– Odsuń się, chcę porozmawiać z Calebem – warknęła Vivienne, marszcząc w gniewie czoło; wyraźnie nie wiedziała, jak się pewnego drobnego problemu pozbyć.
– Ale ja nie chcę, żebyś z nim rozmawiała – odparła z dziecięcą przekorą wiedźma, uśmiechając się uroczo. – Może jestem zazdrosna. Może jestem jedną z jego siedmiu kochanek tygodniowo. Och, czekaj, wróć. Mówimy o Calebie. On przecież przez większość czasu siedział w lesie, a potem tylko wypatrywał dnia, kiedy do ciebie wróci, szmato – zakończyła z krótkim, rzeczowym warknięciem.
– Ariene – zirytował się wreszcie myśliwy, najwyraźniej nie zamierzając dłużej tego słuchać. – To nie tylko jej wina, zostaw ją – zażądał twardo.
– Zamknij mordę, Caleb, nie rozmawiam z tobą – warknęła na niego podła wiedźma, nawet nie zaszczyciwszy spojrzeniem.
Wszyscy zebrani jak jeden mąż wytrzeszczyli oczy, zastanawiając się, jakim cudem wiedźma potrafiła opierdalać myśliwego, jednocześnie broniąc jego honoru. Z drugiej strony każde z nich było zdruzgotane postawą Caleba, który najwyraźniej miał zamiar powstrzymać Ariene od mordu, a szkoda.
– Szlachetny się znalazł – parsknęła Anabde pod nosem, wystarczająco cicho, by nie usłyszał jej nikt.
No ale naprawdę, laska go bez zastanowienia zdradzała z kim popadnie, jeszcze robiła mu wyrzuty, a on stawał w jej obronie. To już nie była kwestia miłości, tylko głupoty.
Vivienne zacisnęła dłonie w pięści, przyglądając się wiedźmie ze złością, jakby nie wiedziała, jak sobie też z nią poradzić.
– A kim ty właściwie jesteś? – warknęła wreszcie, cofnąwszy się pół kroku; najwyraźniej zwątpiła w to, by bezmyślne upieranie się przy rozmowie z Calebem miało jakikolwiek sens.
– Ariene Tenshi, szlachcianka warstwy średniej, skrytobójczyni, złodziejka, podła wiedźma na pełnym etacie. Usług dziwkarskich nie prowadzę, chylę czoła przed bardziej doświadczonymi – przedstawiła się płynnie, uśmiechając się triumfalnie, kiedy na nią patrzyła, i zgodnie ze swoimi słowami skłoniła lekko głowę.
– Ty mała, upierdliwa suko – zirytowała się Vivienne, mrużąc w złości oczy.
Caleb zabębnił palcami o blat stołu, podniósł się energicznie i odsunął stanowczo ze swojej drogi Ariene. Spojrzał na obie kobiety, miażdżąc je pełnym dezaprobaty spojrzeniem, odetchnął także głęboko, chyba dla uspokojenia.
– Rozmowa jest zdecydowanie skończona – zakomunikował, wyminął obie i ruszył do drzwi, nie oglądając się na nikogo.
Na ten moment Ariene zmarszczyła z troską czoło, zastygając w niejakim oczekiwaniu. Dopiero kiedy myśliwy wyszedł, przeniosła wzrok na Vivienne.
– Radzę ci się stąd wynosić – stwierdziła spokojnie, pochylając lekko głowę. – Natychmiast. I nie wychodzić ze swojej nory aż do jutra.
Kobieta warknęła, najwyraźniej zamierzając zareagować na potraktowanie jej z uwłaczającą zniewagą, ale rozległ się charakterystyczny dźwięk wyłamywanych palców. Aithne uśmiechnęła się wymownie, znacząco rozgrzewając dłonie, jakby szykowała się do kolejnego mordobicia – i to chyba ostatecznie przekonało Vivienne, która sztywno odwróciła się i ruszyła do wyjścia.
– Głupsze to niż Aidan – skwitowała wtedy upadła, kręcąc z dezaprobatą głową.
– Eee, dzięki – mruknął niepewnie chłopak, zerkając trochę nerwowo na swojego nauczyciela, jakby się zastanawiał, co też on teraz zrobi.
– Ale ja bym jej łeb urwała – westchnęła Ariene, odchylając głowę, by się do końca uspokoić.
– Szkoda, że tego nie zrobiłaś – mruknęła w tym momencie Anabde, unosząc spojrzenie na nadal czekającą przy ladzie kobietę.
Ciągle trzymała gar zupy, jednak nie widać już było pary; nekromantka przymrużyła oczy, z niezadowoleniem uznając, że przez głupią szmatę obiad im wystygł.
Leanelle wreszcie przestała udawać powietrze; wyprostowała się niepewnie, pobłądziła nieco przestraszonym spojrzeniem po towarzyszach, a koniec końców skupiła swoją uwagę na Cadorze, gotowa spojrzeć mu w oczy, gdy zajdzie taka potrzeba.
Chciała, by coś zrobił albo chociaż powiedział, jak powinni się zachować. Najlepiej znał Caleba, a przecież myśliwemu trzeba pomóc.
Cador zignorował fakt, że nagle znalazł się w centrum uwagi. Jeszcze chwilę bębnił palcami w blat, wyraźnie zdenerwowany, pogrążając się w rozmyślaniach. Wreszcie, po kilku minutach milczenia, uniósł głowę i spojrzał na Ariene, uśmiechając się z wysiłkiem, ale również dużym zadowoleniem.
– Jesteś niesamowita – oznajmił jej ciepło, dość cicho, by reszcie łatwiej było zignorować to wyznanie.
Wreszcie obrócił się najpierw do swojego ucznia, a potem do Leanelle. Westchnął lekko, skinął głową – nie do końca wiadomo, co to miało znaczyć, ale na pewno wziął na swoje barki ciężar związany z osobą Caleba – i wstał.
Nie informował gdzie idzie, ale to było dość oczywiste, nie mówił kiedy wróci, zwyczajnie ruszył w stronę wyjścia i już po chwili zniknął za drzwiami.
Ariene westchnęła ciężko i opadła na zwolnione przez Cadora miejsce, odprowadzając go spojrzeniem pełnym troski. Uznała jednak, że zmiana warty wyjdzie im na dobre, dlatego, pomasowawszy skronie, spróbowała skupić się na idącej w ich stronę kobiecie.
Waza z zupą została postawiona na środku stołu, a karczmarz pospiesznie dostarczył talerze, mamrocząc z irytacją pod nosem.
– Przykro mi, że coś takiego miało miejsce – mruknęła żona gospodarza, przyglądając się rosołowi ze zrezygnowaniem.
– Podgrzeję – zadeklarował się Errian, prostując się na krześle. – Proszę się nie martwić, to w końcu nie od pani zależało. Serdecznie dziękujemy – dodał jeszcze, podejrzewając, że niewiele osób z zebranych wysiliłoby się na uprzejmość.
Ułożył dłonie na wazie i przymknął oczy, skupiając się na magii. Wolał nie wysadzić obiadu w powietrze, ale powinien nad wszystkim zapanować.
– Smacznego – pożyczyła więc kobieta, łapiąc męża za łokieć i prowadząc go z powrotem za ladę.
Ariene skinęła w odpowiedzi głową, zapatrując się ze zmartwieniem w drzwi.
Miała nadzieję, że panowie sobie ze sobą nawzajem poradzą – nie wiedziała, czy bardziej zatroskała się o Caleba, czy Cadora, co trochę ją rozśmieszyło.

Jeżeli odnalezienie myśliwego w okolicy, którą zna jak własną kieszeń, w ogóle było możliwe, należało zacząć poszukiwania od lasu.
Cador większość swojego życia spędził albo w podróży, albo w mieście; nie miał problemu z odnalezieniem się w gąszczu drzew, jednak nigdy nie czuł się tu w pełni swobodnie. Teraz, gdy zapadał zmierzch, stare, powyginane pnie rzucały niepokojące cienie, a nocne stworzenia budziły się do życia, las był szczególnie groźny dla obcych.
Obrońca musiał opuścić bezpieczną, wydeptaną ścieżkę i zacząć kluczyć między krzaczyskami, licząc, że ślad, który złapał, rzeczywiście należy do jego przyjaciela. Kiedy nie wiedział, w jaką stronę się udać, zwyczajnie dawał się kierować intuicji, zazwyczaj jednak był w stanie zadecydować, jaki kierunek obrać. Przeklął się w duchu za to, że nie zabrał kurtki – las o tej porze okazał się być bardziej chłodny i wilgotny, niż przypuszczał – zacisnął usta w grymasie i szedł dalej.
Problem był taki, że nawet gdy odnajdzie Caleba, nie do końca wiedział, jak mu pomóc. Sytuacja nie była w żaden sposób niecodzienna, przecież takie rzeczy się zdarzały, a jednak ciężko wymyślić stosowne słowa czy zachowania. To zdawało się na swój sposób nie do pomyślenia, by coś podobnego wydarzyło się komuś tak niezwykłemu, a co najważniejsze tak bezgranicznie oddanemu, jak Caleb.
Vivienne była suką, a w dodatku głupią, nie było innego wytłumaczenia. Tylko dlaczego myśliwy dał się tak paskudnie nabrać?
Cador zatrzymał się i przeczesał uważnym spojrzeniem okolicę. Nieduże zwierzątko wyskoczyło z krzaków niczym oparzone i pognało przed siebie, robiąc więcej hałasu niż było to potrzebne. Obrońca uniósł brew, przypatrując się biegowi popiskującego stworzonka, po czym ruszył w przeciwnym kierunku.
Nie trzeba było kluczyć, prawdę mówiąc, długo. Caleb nie zapuścił się głęboko w ostępy, siedział na sporym głazie, równymi ruchami ciosając trzymany w dłoni kawałek drewna. Operował myśliwskim nożem z zaskakującą wprawą i lekkością, jakby urodził się z tą umiejętnością; musiał doskonale wiedzieć, że nadszedł Cador, najpewniej zanim obrońca nawet zorientował się, że w okolicy znajduje się myśliwy. Mimo to nie spojrzał na przyjaciela, skupiony na swojej pracy.
Rzeźbił łódkę, kiedyś wiele takich wykonał dla dzieci z wioski, którym nudziło się w upalne letnie dni. Bursztynowe oczy zastygły nieruchomo, od czasu do czasu tylko przesuwały się po drewnie, oceniając wprawnym spojrzeniem postępy w pracy. Brakowało jedynie lekkiego uśmieszku, który zwykle Calebowi towarzyszył – ot, ledwie uniesienie kącika ust, a tak charakterystyczne.
Cador zatrzymał się w pewnej odległości od głazu, wsadzając ręce do kieszeni i przyglądając się przyjacielowi uważnie.
Szlag by to. Spojrzenie było nie jego, wyraz twarzy był nie jego, nawet ta dziwna, jakby pusta atmosfera nie należała do myśliwego – nie do takiego, jakim zwykł i powinien być. Cador mimowolnie się napiął, znów rzucając wyszukane bluzgi pod adresem Vivienne, ale wreszcie odetchnął głęboko, potrząsnął głową i opanował nerwy.
Najgorsze, co mógł teraz zrobić, to odstawić scenę.
Jego intuicja podpowiedziała mu tylko, by ruszył w stronę przyjaciela, ale później wystawiła Cadora do wiatru, bo zamilkła. Obrońca zatrzymał się bezpośrednio przed przyjacielem, jeszcze raz mu się przyglądając; czuł się dość nieporadnie. W końcu siadł na kamieniu koło niego i... czekał. Może tu tak siedzieć do usranej śmierci, generalnie, jeżeli tylko ma to myśliwemu pomóc.
Bo jedyne, co Cador wiedział, to że Caleb nie powinien siedzieć tu sam.
Myśliwy nie zareagował, skupiony na swojej pracy. Raz tylko uniósł głowę; przebiegł czujnym spojrzeniem po pniach drzew, zmrużył oczy, a potem znowu się rozluźnił.
Nóż miarowo uderzał w drewno, odrąbując dość grube wióry, bryłka coraz bardziej przypominała łódkę. Caleb obrócił dzieło w dłoniach, skrzywił się krytycznie i skorygował wymiary dziecięcej zabawki.
– Możesz iść – stwierdził wreszcie, nie odrywając spojrzenia od pracy. – Naprawdę – dodał i dopiero wtedy uniósł wzrok na przyjaciela; spokojny, wyczekujący, jakby pełen zrozumienia.
Bo przecież nic się tu nie dało zrobić ani powiedzieć. Ot, dostał po łbie za swoją głupotę i naiwność. Wyglądało na to, że lepiej było, kiedy siedział w lesie i nie zadawał się z ludźmi; ta myśl wywołała na jego ustach blady, trochę gorzki uśmiech.
Cador pozwolił sobie na chwilę milczenia, chociaż nad propozycją nie zastanawiał się ani trochę. Odpowiedział na spojrzenie przyjaciela, przymrużając oczy z pewnym niepokojem.
– Caleb – mruknął z dezaprobatą; znał go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że choćby myśliwy nawet chciał być teraz sam, nie było to wskazane.
Odchylił głowę i zapatrzył się w gwiazdy, jakby miały mu zesłać pomoc.
Caleb na pewno się obwiniał, tym samym usprawiedliwiając trochę Vivienne. Nie było wątpliwości, że wyrzucał sobie również zbyt duże nadzieje i bezwarunkowe przywiązanie, przez które dotknął go aż tak wielki ból. Jak poinformować go, że może znaleźć kogoś, kto nie zawiedzie jego zaufania? Jak przekazać, że warto podjąć ryzyko?
– Ariene odstawiła taką scenę, bo chciała dla ciebie dobrze – zaczął ostrożnie, uznając, że przecież może własną ukochaną trochę usprawiedliwić.
Raz, że będzie to dla Caleba niczym jawne oświadczenie „są jeszcze ludzie, którym na tobie zależy”. Oprócz tego zwyczajnie nie chciał, by Caleb miał jej za złe, że tak się zachowała – ze względu na oboje.
– Nie jestem na nią zły – uspokoił przyjaciela myśliwy, poprawiając kształt kadłuba. – Podła wiedźma ma wybuchowy charakterek, zdziwiłbym się, gdyby była spokojna – przyznał, wzruszając lekko ramionami.
Obrócił dzieło swych rąk w dłoni, przekrzywił głowę, po czym westchnął, unosząc zabawkę tak, żeby Cador także mógł się jej przyjrzeć. W zapadających ciemnościach wyglądała dość tajemniczo.
– Może być? – zainteresował się najmniej ważnym. – Zastanawiam się, czy pogłębić pokład – przyznał z westchnieniem.
Cador odebrał od niego łódkę, by przyjrzeć jej się z typową dla siebie wnikliwością. Ocenił dosłownie wszystko, każdą linię i każdy kąt, proporcje, sam urok zabawki. Przesunął opuszkiem palca po drewnie, uznając, że w takich ciemnościach nie można polegać wyłącznie na wzroku, wreszcie kiwnął głową i oddał przyjacielowi jego dzieło.
– Ujdzie – uznał krótko, tym samym stwierdzając, że on by nic nie poprawiał i niczego nie pogłębiał.
Uśmiechnął się lekko, tak tylko kącikiem ust.
– Dlaczego chciałeś jej bronić? – zapytał wreszcie, uznając, że tematu nie można uniknąć.
To nie pomoże, jeśli będą udawać, że wszystko jest w porządku. Nie było w porządku, trzeba tylko sobie z tym poradzić. Jakoś, wspólnie zawsze łatwiej.
Caleb pokiwał głową, strzepnął trochę trocin z drewna i ułożył zabawkę na nogach, zastanawiając się, komu ją podaruje. Może pierwszemu napotkanemu na ulicy dziecku. Albo Aidanowi. No dobra, to już było wredne.
Westchnął, odchylając głowę, kiedy zamyślił się nad pytaniem Cadora. Tak naprawdę nie musiał wymyślać odpowiedzi, po prostu nie wiedział, czy jest sens w mówieniu tego obrońcy. I tak zostanie skrytykowany.
– To nie jest tylko jej wina – stwierdził wreszcie, czekając na falę zaprzeczeń.
Owszem, ona zdradziła, ale czy on był naprawdę o tyle w tym lepszy?
– Gdyby rzeczywiście chodziło tylko o twoją nieobecność i związaną z tym potrzebę ciepła, wystarczyłby jej jeden kochanek – przypomniał mu bardzo rzeczowo, a przez to nieprzyjemnie, ale chyba czas kogoś otrzeźwić.
Oczywiście, że Caleb Vivienne w pewien sposób zaniedbywał, jednak na pewno nie na tyle, by mogła odpłacić mu się w ten sposób.
Caleb wzruszył ramionami.
– Może to jak z uzależnieniem. Może jak spróbowała raz, nie mogła się powstrzymać. Po pierwszej nocy spędzonej w lesie też nie mogłem już bez tego żyć – stwierdził, nie potrafiąc uwierzyć w to, by była po prostu podła i puszczalska.
Mógł się pomylić, mógł źle ocenić, ale aż tak?
Zmarszczył lekko czoło, zastanawiając się, co ta rozmowa im właściwie da. Wszystko właściwie skończone, lepiej pójść dalej. Nawet z ciężarem w piersi, ale to w końcu zniknie. Po prostu wracał tam, skąd przyszedł – w otwarte, dzikie tereny, by od czasu do czasu odwiedzić miasto.
– Wtedy powinna inaczej z tobą rozmawiać – odpowiedział od razu, bo przecież to było proste.
Widać jak na dłoni, że nie chodziło tu o żadne przeżycia i problemy, raczej o to, że dziewczyna była rozpuszczoną szmatą. Gdy odetchnął głębiej, zdawało się, że bardziej się zgarbił, jakby przytłoczony tym wszystkim.
– Caleb, ja po prostu nie chcę, żebyś wyciągnął z tego złe wnioski. Bo znając ciebie, najchętniej zamknąłbyś się na cały świat; nie do końca o to chodzi – przyznał, zdając się odczytywać myśli przyjaciela.
Tak naprawdę po prostu dobrze go znał.
– Bez świata jest prościej, ale trzeba z nim żyć – stwierdził spokojnie myśliwy. – Nie ucieknę nagle w dzicz. Obiecałem wyszkolić Leanelle, więc to zrobię – zapewnił, podnosząc się z kamienia.
Przesunął raz jeszcze spojrzeniem po linii drzew, westchnął cicho i przeciągnął się, rozprostowując kości. Przez chwilę, prawdę mówiąc, zastanawiał się, czy jest sens dalej z nimi podróżować. Ale właściwie całkiem tych ludzi polubił, mógł z nimi pobyć trochę dłużej. I żałowałby rozstania z jedynym prawdziwym przyjacielem, jakiego w życiu zdobył.
Cador długą chwilę tylko mierzył go uważnym spojrzeniem, ale wreszcie, trochę niespodziewanie, uśmiechnął się. Lekko, bo lekko, nadal czując subtelny żal, czy może nawet wyrzuty sumienia, ale jednak.
– Trzymam cię za słowo – odpowiedział, również wstając z kamienia.
Otrzepał się, przeczesał spojrzeniem okolicę, potem ruszył w stronę, z której przyszedł. Uspokojony, doszedł do wniosku, że może Calebowi rzeczywiście przyda się chwila na ogarnięcie myśli. Skoro ma zamiar wrócić, wszystko jest dobrze. Caleb nigdy nie łamał danych komuś obietnic.
Nagle, odszedłszy zaledwie kilka kroków, zatrzymał się i obrócił do przyjaciela.
– Zawsze podziwiałem w tobie to, że jesteś nie do zdarcia – przyznał, by następnie zniżyć głos niemalże do szeptu. – Poradzisz sobie i tym razem.
Potem nie ruszył w dalszą wędrówkę, czekając, by to Caleb podjął decyzję. Jeśli chce samotności – odejdzie w swoją stronę.
Myśliwy nie zareagował. Stał jeszcze kilka chwil, wpatrując się w ciemność, aż wreszcie spomiędzy drzew wyłoniła się długonoga sylwetka wilka.
Shila podeszła powoli do swojego pana, merdając ogonem, potem uniosła pysk, szukając znajomej, ciepłej dłoni. Caleb pogłaskał drapieżnika z czułością, drugą ręką ściągając z pleców łuk.
Dopiero wtedy ruszył przed siebie, z wilkiem u nogi, przygotowując broń do strzelania. Ani razu się za siebie nie obejrzał, poruszając się bezszelestnie, i niedługo potem zanurzył się w mroku, odchodząc niczym cień.

Było już naprawdę późno, kiedy przemierzał ulice cichego Brenthor. Bez problemu zawędrował pod karczmę, przyjrzał się jeszcze grupce młodych ludzi rozmawiającej nieopodal, potem otrzepał dyskretnie buty i dopiero wtedy nacisnął klamkę, przekraczając próg. Musiał lekko zmrużyć oczy, by przyzwyczaić wzrok do mocniejszego natężenia światła.
Za ladą karczmarz już nie stał, właściwie nikogo nie było. Pamiętał, że pokochał tę miejscowość za ten właśnie spokój, za życzliwość, za przedziwną, domową atmosferę. Teraz stracił trochę serca do wioski, choć wiedział, że to nie do końca wina żyjących tu ludzi. Nie wszystkich.
W każdym razie zamierzał po cichu pójść spać, nie budzić nikogo i nie zawracać nikomu głowy. Nie skierował się jednak do części dla gości, przyglądając się dwóm osobom nadal okupującym stolik.
Ariene uniosła głowę, bo do tej pory leżała mało kulturalnie na blacie, walcząc z dopadającym ją znużeniem. Teraz nieco się napięła, zawieszając spojrzenie na stojącym przed zamkniętymi drzwiami Calebie. Szybkim, wprawnym spojrzeniem oceniła jego stan i doszła do wniosku, że wszystko z nim w porządku. Tylko ten wzrok, nadal miał zgaszone, obojętne oczy. Zmarszczyła z troską czoło, powoli zbierając się do bardziej eleganckiej pozycji.
Cador dla odmiany nawet się nie ruszył, nadal siedział z wyciągniętymi, wyprostowanymi i skrzyżowanymi w kostkach nogami i ramionami zaplecionymi na torsie, jedyne co, to obrócił głowę w stronę drzwi. Zawiesił na Calebie uważne spojrzenie, jednak uśmiechnął się lekko, zupełnie niewymuszenie.
Dotrzymał obietnicy.
I przez tę chwilę ciszy cała trójka jakby trwała w dziwnym zawieszeniu. Patrzyli na siebie, jedni się trochę uśmiechali, inni sprawiali wrażenie zmartwionych, ale się nie ruszali. Może czekali na straszne wydarzenie, może oczekiwali reakcji od towarzyszy. Wreszcie ktoś przerwał to, odchodząc od stolika.
Ariene przymrużyła z troską oczy, zmierzając do Caleba energicznym, pewnym krokiem. Choć myśliwy spojrzał na nią nieco podejrzliwie, chyba spodziewając się po niej czegoś podłego – w końcu to podła wiedźma – to ona nie zawahała się ani chwili. Gdy znalazła się wystarczająco blisko, po prostu objęła mężczyznę i przytuliła go do siebie, wzdychając głęboko. Nie musiała mówić nic, tylko uśmiechnęła się smutno.
W pierwszym momencie Caleb stał nadal nieruchomo, otworzył jedynie trochę szerzej oczy, wyraźnie zdumiony. Wreszcie jednak rozluźnił się, opuścił lekko głowę i objął kobietę, przytulając się do niej ufnie, nieco nawet rozpaczliwie, jakby naprawdę bardzo tego potrzebował.
Ariene pozwoliła mu na to, nie wypuszczając z objęć, pogłaskała go delikatnie po głowie, czekając, aż odszuka w sobie dość siły, by znów być ich nieco irytującym, błyskotliwym Calebem, który stara się stronić od towarzystwa.
Cador wstał tylko, zasunął za sobą krzesło i położył dłonie na oparciu mebla, przypatrując się Ariene i Calebowi z nadal trwającym uśmiechem. Przechylił nieco głowę i postanowił nie ingerować, bo i po co.
Chwila nie była długa. Ot, zaraz myśliwy znów się trochę wyprostował, na jego ustach pojawił się wreszcie uśmiech. Przesunął ręce na ramiona wiedźmy, przygotowując się do odsunięcia jej od siebie – bądź też utrzymania w bezpiecznej odległości.
– To kiedy wbijasz ten sztylet pod żebro? – zainteresował się swobodnie, przymrużając oczy; okazywanie słabości okazywaniem słabości, ale nigdy nie lubił prezentować ich za długo.
Ariene prychnęła i cofnęła się pół kroku, marszcząc dość gniewnie czoło. Jednak jej oczy błyszczały, uśmiechała się też z przekąsem. Podparła się pod boki, żeby wyglądać jeszcze trochę groźniej.
– Nie wtedy, kiedy się spodziewasz – poinformowała go rzeczowo, zaraz odsuwając się tak, żeby widzieć obu panów. – Długo cię nie było. Martwiliśmy się trochę – stwierdziła, przyglądając się Calebowi uważnie.
– Spacerowałem – odparł niedbale myśliwy, wzruszając lekko ramionami.
– Jest nowa praca – dodała powoli, zastanawiając się, czy mężczyzna ma w ogóle ochotę na pogawędki. – Musimy udać się na zachód, dostałam cynk o zamożnym człowieku, który pilnie potrzebuje pomocy – wytłumaczyła, bo przecież Caleba nie było w karczmie, kiedy to omawiali.
– W porządku. W takim razie chyba powinniśmy iść spać – zauważył, ponownie wzruszając ramionami, teraz jednak bardziej niedbale.
– I tak wstaniesz z kurami – mruknęła krytycznie, przymrużając oczy.
– Nie śpisz ze mną, więc nie narzekaj. Nie będę hałasował – obiecał i pokręcił z niedowierzaniem głową, przyglądając się kobiecie.
Ariene tylko wydęła z dezaprobatą usta, postanawiając nie komentować, chociaż te poranne pobudki uważała za całkowitą głupotę.
Cador uśmiechnął się dziwnie, ale powstrzymał się od skomentowania, że on woli spać trochę dłużej, więc jest o wiele lepszym kompanem łóżkowym. Ot, komentarz byłby nietaktowny; zresztą, dość szybko wypadł mu z głowy, gdy mężczyzna obdarzył przyjaciela ostatnim badawczym spojrzeniem.
– Chodźmy – rzucił miękko, bo nikt się nie ruszył w stronę pokojów.
Sam zaraz to uczynił, jednak wystarczająco wolno, by towarzysze go dogonili. Nim weszli na schody, poklepał Caleba po ramieniu, choć nawet na niego nie spojrzał.
Jakoś to będzie. Kiedy jest naprawdę źle, trzeba myśleć o tym, że zaraz zmieni się na lepsze. Po burzy zawsze pojawia się słońce.  

2 komentarze:

  1. Powiem szczerze, że przez moment myślałam, iż Viv zacznie fruwać po tej karczmie i plecami zwiedzać ściany, z którymi miałaby się zapoznać, ale Ari się chyba powstrzymała od tak drastycznych środków, ha! Aczkolwiek dalej podłą wiedźmą, to ona jest i nie da się ukryć.

    Jak Ci już pisałam Natuś; to szkoda mi Caleba. Pomimo, że specyficzny, to fajny z niego chłopak, a ta franca go tak strasznie potraktowała.

    W ogóle, to muszę się podzielić swoim odkryciem, które odnalazłam czytając ten rozdział. Wiesz kogo mi Aidan przypomina? Tym swoim nieogarem, głupimi pytaniami i w ogóle tą nutką dzieciaka? Uwaga, uwaga... Aviela! Jednak jak Aviel jest niezwykle pocieszny, to Aidan... to Aidan (idąc tokiem tutejszych wyjasnień xD). Chłopak zdecydowanie odstaje od całej reszty towarzystwa. Dobra... już się nad nim nie znęcam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, taka przyjemność zarezerwowana tylko dla Cadora <3 Vivienne to by urwała łeb PRZY SAMEJ DUPIE xDDD No, ale jej podłość jeszcze zostanie za jakiś czas bardziej podkreślona :3

      Caleb jest takim naiwnym w uczuciach człowiekiem, bez kitu. Ale nadal go lubię, perfekcjonista cholerny, jest śmieszny <3 I nie do zdarcia właśnie, próbuję i próbuję, i się nie udaje! xDD

      Czasami też mam z nim skojarzenia, ale się nie wzorowałam zupełnie xD Aidan to Aidan, bo on nie do końca jest pocieszny. W nim drzemie potencjał, popamiętacie mnie wszyscy jeszcze, cholera xD Jego też xD
      Biedny, na szczęście jego ogarnianie się życiowe nadchodzi... no, drobnymi krokami, ale nadchodzi xD

      Usuń