czwartek, 28 marca 2013

75. Zemsta



Gdyby pozostawiono jej wybór, nie ruszałaby się stąd do południa. Ciepło, wygodnie, dziwnie bezpiecznie, to wszystko sprawiało, że nie miała ochoty się budzić. I chociaż nie śniła, towarzyszyło jej przyjemne uczucie, trochę jakby błogie.
Dlatego też w pierwszych sekundach zupełnie nie zrozumiała gwałtownego, gorącego szarpnięcia całym ciałem, jakby przyjęła na siebie spory ładunek elektryczny.
Zachłystując się powietrzem, usiadła gwałtownie na łóżku i zadrżała, otwierając szeroko oczy. Spróbowała rozeznać się w otoczeniu, w sytuacji, w czymkolwiek, zapatrzyła się w swoje nogi, gorączkowo analizując. Z boku usłyszała czyjś pomruk, potem chyba pytanie. Wreszcie do niej dotarło.
Przez tuzin obrazów wspomnień przebiła się najważniejsza świadomość. Świadomość naruszonej pułapki.
– Są tu – sapnęła, odpychając się od materaca łóżka i zeskakując sprawnie na podłogę, nim jeszcze minęło zamroczenie tak niespodziewanym zmienieniem pozycji.
Dopadła do rozrzuconych na deskach ubrań, naciągając je na siebie w tempie niemalże ekspresowym, jakby miała takie manewry bardzo dobrze wytrenowane. W chwili, w której rzuciła się nie do drzwi, lecz do okna, posłała impuls dalej po nici łączącej ją z Errianem.
– Idę górą! – zakomunikowała, kopniakiem otwierając z trzaskiem okiennice, zaraz jednak przyhamowała, by uchwycić spojrzeniem Cadora.
Dopiero wtedy złapała się górnej części okna i wyskoczyła na zewnątrz, w powietrzu obracając się, puszczając się i chwytając dopiero parapet. W przeciągu może dwóch sekund wylądowała bezpiecznie na bruku, sapnęła, nerwowo wiążąc byle jak włosy i ruszając do miejsca, z którego nadszedł impuls. Oby Caleb tego nie przeoczył, bo zostaną zaskoczeni.
Cador nie marnował czasu na pytanie. Bezwiednie skinął głową, dopadając własnych ubrań i naprędce chowając czekającą na szufladzie broń. Nie minęły dwie minuty, a już wychodził szybkim krokiem z budynku.
Zatrzymał się zaraz za drzwiami, zadarł głowę, przeanalizował, w którą stronę ruszyła Ariene, i skierował się do pozostawionych w innym budynku koni. Izabel był gotowy do drogi w trzy minuty – wreszcie, siedząc w siodle, skierował się na przód wioski. 
Zdawał sobie sprawę z tego, że przybędzie dużo później tak od Ariene, jak od reszty drużyny. Oby nie za późno. 

Meara uniosła się chwiejnie i pobłądziła nieprzytomnym spojrzeniem po śpiących dookoła wypalonego już ogniska towarzyszach. Zmarszczyła czoło; nadal będąc senną, w pierwszej chwili nie wiedziała, co jej nie pasuje.
Nagle wciągnęła głośno haust powietrza, otwierając szeroko oczy i rozglądając się dookoła bardziej niespokojnie. Podniosła się na kucki, odszukała pod posłaniem nóż do rzucania i schowała go za pas, mrużąc nieufnie oczy. 
Wtedy poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Zadarła brodę, natrafiając na przypatrujące jej się miodowe tęczówki. 
– Widziałeś, gdzie poszedł mój ojciec? – zapytała drżącym głosem, już podnosząc się na nogi. 
Spokojnie, Meara, nie bądź nadwrażliwa. Może zwyczajnie musiał się odlać, może poszedł po coś do jedzenia, może chciał chwilę pobyć sam.
Tylko dlaczego, do jasnej cholery, zostawił ją samą z dopiero co poznanymi ludźmi? Musiało się coś stać, musiał mieć chociaż przeczucie. 
Leanelle obudziła się niespokojna, podświadomie reagując na drżący głos i nerwowe zachowanie Meary. Zamrugała, uspokoiła bijące szybko serce, upomniała siebie, że nadal jest w opuszczonej wiosce i towarzyszą jej przyjaciele, a nie Uther.
Dopiero wtedy podniosła się do pozycji siedzącej, nieumyślnie szturchając śpiącego u jej boku Hessana. Smok prychnął niezadowolony, natychmiast podrywając się na cztery łapy. 
Leanelle powiodła zmartwionym spojrzeniem od Meary do Caleba i pochyliła nieco ramiona. 
– Co się...? – zapytała troszkę ochrypniętym głosem, marszcząc nosek.
Caleb otworzył usta, by odpowiedzieć. Od dłuższego czasu Shila ostrzegała go nerwowym zamiataniem ziemi ogonem, szczerząc bezgłośnie kły – wiedział, że wyczuła wroga wcześniej. Był jednak za daleko, żeby dokładnie sprecyzować jego położenie, myśliwy zwyczajnie podświadomie wiedział, że się zbliża.
Widział też, jak ojciec Meary odchodzi. Mężczyzna wydawał się tak zaaferowany, że nie dostrzegł, iż Caleb wcale nie śpi. Myśliwy jednak obserwował w taki sposób, że jeśli ktoś nie nastawiał się na przyłapanie go, to jego spojrzenie pozostawało niewyczuwalne.
W tym też momencie dotarło do niego coś bardzo ważnego – ziemia lekko drżała, za jednym z budynków pojawił się cień, powietrze wypełniło się innym zapachem. Shila uniosła się na ugiętych łapach i warknęła przeciągle.
– Caleb! – usłyszał znajomy wrzask, który był tylko potwierdzeniem tego, co dotarło do myśliwego w tej samej sekundzie.
Wystarczyło ledwie mgnienie oka, by Li’coran znalazł się w rękach mężczyzny z dwiema strzałami na założonej już cięciwie. Dla wilczycy był to sygnał, by poderwać się z ziemi, natomiast myśliwy przymierzył, na moment wstrzymał oddech, kiedy niczym w zwolnionym tempie wypuszczał oba pociski.
Przemknęły wśród budynków i wbiły się idealnie w szparę krzywego hełmu jednego z nadjeżdżających banitów, powalając go na miejscu. Jego spłoszony koń wierzgnął, próbując pozbyć się bezwładnego ciała z siodła, i rzucił się spłoszony do galopu.
– Aidan! – ryknął na półprzytomnego chłopaka, skręcając gwałtownie do hamującej obok nich Jutrzenki. – Miej oko na dziewczyny – rozkazał, gdy biedak zerwał się z ziemi, sięgając do miecza.
Caleb chwycił ramię Ariene, podciągnął się na rudą kobyłę, odepchnął od jej zadu i wskoczył na pobliski balkon, by z większej wysokości wybierać cele. Wymienił z wiedźmą tylko jedno spojrzenie, potem kobieta spięła klacz w bokach i rzuciła do szarży na zdumionych, rozglądających się dokoła w złości wrogów.
– Kurwa – jęknął Aidan, próbując rozeznać się w sytuacji.
Dopiero po ułamku sekundy dostrzegł rzucających się do nich banitów. Uniósł rękę w stronę Caleba, wybiegł do przodu, by oddalić się od ogniska, i stanął na szeroko rozstawionych nogach, w napięciu czekając, aż mężczyźni zbliżą się z szarżą.
Jednego z wierzchowców podciął, uciekł przed upadającym ciałem zwierzęcia i chwycił strzemię drugiego, przecinając mu puślisko mieczem; przy okazji poranił sobie ręce, gdy złapał niewygodnie klingę, ale zignorował to.
Strzała dobiła zbierającego się z ziemi mężczyznę, a potem jeszcze dwie unieruchomiły innego, którego ściągnął z siodła Aidan.
Meara, zbyt przejęta strachem o ojca, nawet nie zwróciła uwagi na słowa Caleba. Rozejrzała się dookoła jakby nieświadomie, zaraz przymrużyła groźnie oczy i skoczyła do jednego z drzew, by wyciągnąć ukryte wśród korzeni noże.
Oparła się plecami o drewno, przymierzyła i rzuciła kilkoma ostrzami jedno po drugim, pierwszemu z banitów trafiając prosto w oko, innemu, pozbawionemu rękawic, przebijając sięgającą po miecz dłoń. Jednocześnie ukradkowo cały czas zerkała w stronę lasu, jakby z nadzieją, ze dostrzeże ukrywającego się tam ojca. 
Przebiegła za drzewo, słysząc, że niektórzy z banitów chcą ich podejść od tyłu budynków. Ledwie ich zobaczyła, rzuciła dwoma nożami; trafiła jednego z mężczyzn, drugi zdążył się uchylić.
Na krótką chwilę odwróciła się do nich plecami, by wyciągnąć ukrytą z tej strony drzewa kuszę; była mniej poręczna od łuku i wolniejsza, bo nakładanie bełtów trwało długo, ale za to pewniejsza. Przytuliła się ramieniem do dębu, jednocześnie nakładając pocisk z cichym przekleństwem; poświęciła ten moment na dokładne przyjrzenie się scence.
I otworzyła szeroko oczy. 
– TATO! – ryknęła, unosząc kuszę i celując w walczącego z ojcem mężczyznę.
Całe szczęście trafiła, a tata właśnie ruszył w jej stronę. Gdy go zobaczyła z bliska, wciągnęła gwałtownie powietrze. 
– Tato, jesteś ranny – powiedziała cichutko, wpatrując się w osłupieniu w ubarwioną na czerwień kamizelkę ojca.
Mężczyzna machnął ręką, poprawił miecz w dłoni i ruszył w stronę ogniska, gdzie nadal toczyła się krwawa walka. 
– To nic. Chodź, musimy im pomóc. 
Meara pokiwała energicznie głową; jedyny strach, jaki czuła, był obawą o ojca.
Ruszyła jego śladem, a widząc kompletny chaos, jakiego udziałem byli ich nowi przyjaciele oraz banici, przymrużyła niebieskie oczy. Kątem oka dostrzegła Leanelle. Zmarszczyła czoło, zawahała się na chwilę i wróciła do schowka za drzewem, gdzie leżał jeszcze łuk, do kompletu z pełnym kołczanem. 
– Leanelle! – krzyknęła, wyciągając znalezisko i, obładowana bronią, ponownie okrążając drzewo.
Szatynka usłyszała i dotarła do niej bez szkody, by wlepić w Mearę zaskoczone spojrzenie, gdy ta podała jej łuk. 
– Podobno masz do tego talent. Wykaż się – rzuciła bardzo spokojnie jak na okoliczności.
Leanelle pokiwała głową, ale zaraz zmarszczyła czoło. 
– A co z tobą? – zapytała, nie odważając się spojrzeć dziewczynie w oczy.
Meara uśmiechnęła się lekko, unosząc kuszę; przy okazji zabrała się za mozolne nakładanie pocisku. 
– Wolę to – zapewniła. – No, idź już, przyda im się pomoc. 
Leanelle uśmiechnęła się z wdzięcznością, szepnęła na wydechu „dziękuję” i pewnie nałożyła strzałę, by wycelować w mknącego na Aidana mężczyznę. Pierwsza strzała nie zrobiła mu większej szkody, trafiając w ramię, ale przynajmniej go zdekoncentrowała; Leanelle szybko nałożyła kolejną, a ta przebiła nieosłonięte gardło banity. 
Meara w tym czasie, nie chcąc pozostawić ojca bez opieki, porzuciła kuszę i ukradła  miecz jednemu z trupów. Był trochę za ciężki, niezbyt dobrze wyważony, ale przynajmniej był – z nim w dłoni pomknęła w stronę ojca, już w pierwszej chwili ratując go przed atakiem napastnika. 
– Ojcze, ukryj się gdzieś, poradzimy sobie – powiedziała, gdy tylko znalazła się wystarczająco blisko.
Nie odpowiedział.
Te słowa mogły kosztować albo jedno, albo drugie życie. Nim jednak topór banity sięgnął celu, Aidan zatrzymał cios.
Aż jęknął, czując jego siłę, ale zagryzł mocno wargę i odepchnął broń z ciężkim sapnięciem. Wydawało się, że po tym drobnym sukcesie stanie nieco bezradny – co byłoby do niego dość podobne. Ale coś jakby zaskoczyło, oczy błysnęły, skrzywił się i kucnął, wykopując w kolano mężczyzny.
Topór świsnął tuż nad głową chłopaka, ale zdążył się uchylić, by znów naprzeć na przeciwnika.
– Na dół! – rozległ się jeszcze jeden głos.
Aidan momentalnie, bez zastanowienia, wykonał polecenie. Ostrze czyjegoś miecza zatopiło się między płyty zbroi banity, nie zagłębiło się jednak w ciele. Mężczyzna uśmiechnął się szyderczo, chcąc zaatakować kiepsko wyszkolonego przeciwnika.
W tym momencie po klindze przemknęła czarna mgła, runy rozbłysły błękitno-srebrnym światłem, a ciało banity zostało rozerwane na strzępy.
Aithne uśmiechnęła się triumfalnie, spojrzała na zdezorientowanego Aidana i przymrużyła oczy, przekrzywiając głowę.
– Ratunek nadszedł, smarkaczu – zakomunikowała zwyczajowym tonem, jednak, zaskakując chłopaka, na krótką chwilę wystawiła do niego uniesiony kciuk.
Potem odwróciła się i z wściekłym, nieludzkim wręcz warkotem runęła w walkę, by zaraz zanieść się obłąkańczym śmiechem. W tym czasie przez wrogów przedzierał się Errian, dość niezdarnie operując mieczem i z bliżej nieokreślonych powodów nie sięgając po magię. Uparcie zmierzał do Ariene, która skakała między bronią, od czasu do czasu powarkując ze złością, kiedy zdarzyło się jej nie trafić.
Aidan pozbierał się z ziemi, odetchnął i uśmiechnął się z zacięciem, ustawiając się tak, żeby oddzielić Mearę i jej ojca od walczących. Może i zapora z niego niepozorna, ale potrafił być niezwykle upierdliwy.
– Shila! – ryknął Caleb, na chwilę odrywając wzrok od obranego celu; to jednak nie sprawiło, by strzała chybiła, przeszła na wylot przez czaszkę, z taką siłą została wypuszczona.
Wilczyca zrozumiała, o co chodziło myśliwemu. Wskoczyła na plecy jednego z banitów, który zaszedł Leanelle od strony pozbawionej osłony, i wgryzła się mu w kark, tym samym zwracając na wroga uwagę dziewczyny.
– Ariene! – zawołał Errian, blokując jeden z ciosów.
Musiał dotrzeć do wiedźmy i dowiedzieć się, co z barierą. Inaczej nie zdoła użyć magii, bo będzie bardzo wiele ryzykował. Kobieta jednak go nie usłyszała, więc spróbował przedrzeć się jeszcze bliżej niej.
Miecz świsnął do niego pod takim kątem, że ze swoim wyszkoleniem nie mógł tego zatrzymać. Otworzył szerzej oczy, powstrzymując odruch przywołania czaru, i nieruchomy zapatrzył się w ostrze.
W tym też momencie druga klinga zderzyła się z bronią wroga, odtrącając ją niedbale.
– Jesteś beznadziejny, dzieciaku – poinformował Sheridan, przyglądając się walce błyszczącymi groźnie oczami i wyszczerzonymi ostrzejszymi zębami.
– A ty masz dobre wyczucie czasu – pochwalił Errian, odetchnąwszy z ulgą.
– Nie żartuj sobie – prychnęła poirytowana Meara, nie odnajdując się w roli panny do bronienia.
Wyminęła Aidana i przemknęła w stronę budynku, odbijając się od ściany i wskakując na zad jednego z koni banitów. Spłoszony wierzchowiec wierzgnął, jednak Meara bez trudu utrzymała się na jego grzbiecie, chwytając się mocno nadal siedzącego w siodle mężczyzny. 
– Hej! – warknął ten z irytacją, nie był jednak w stanie wygiąć ramienia pod takim kątem, by trafić w pasażerkę na gapę.
Ona za to bez mrugnięcia okiem zatopiła ostrze broni w jego ciele, później zrzucając z grzbietu wykrwawiającego się mężczyznę. Wskoczyła zgrabnie w siodło, chwyciła wodze i spięła konia, ruszając w stronę najbliższych zbójów. 
Tak jeszcze nie walczyła, ale odnalazła się w tym całkiem dobrze. 
Koło największego drzewa stanęła kobieta. Nie kwapiła się nawet wyciągnąć miecza, niemal czule położyła dłoń na korze i przypatrywała się walczącym z dziwnym uśmiechem.
Banita przyjrzał jej się uważniej, czując pewną nienazwaną obawę wobec bladej kobiety o jaskrawych włosach i niepokojącym spojrzeniu, przeważyła jednak logika podsuwająca mu, że bezbronna będzie łatwym celem. Krzyknął na kompana, wskazując kobietę ruchem głowy, wspólnie spięli konie i ruszyli w jej stronę.
Ona nawet nie drgnęła. 
Jeden z banitów zaczął wstrzymywać konia, węsząc podstęp, jednak drugi nawet się nie zawahał. Gdy stary, potężny dąb zatrząsł konarami, mężczyzna był przekonany, że to zwidy. W następnej chwili otrzymał potężny cios gałęzią, a jego koń zakwiczał z przerażenia i runął na ziemię, gdy wokół jego nogi owinął się korzeń. 
Nim korzeń wbił się w jego gardło, odchylił głowę, by jeszcze raz spojrzeć na tajemniczą postać. Kobieta nadal się uśmiechała. 
Leanelle odwróciła się błyskawicznie i wystrzeliła, trafiając idealnie między oczy napastnika. Odetchnęła głęboko, uspokajając nerwy, po czym znów przeniosła spojrzenie na pole bitwy, szukając następnego celu. 
– No, no, całkiem nieźle – usłyszała w tym momencie z boku, więc odruchowo obróciła łuk w stronę właściciela głosu.
Cador uniósł brew i poderwał ręce w geście poddania się. 
– Hej, ja wiem, że jestem konkurencją dla Caleba-nauczyciela, ale nie przesadzajmy, dobrze? – zaproponował rozbawiony.
Leanelle prychnęła głośno, wracając zainteresowaniem do banitów. 
– Jesteś głupi – poinformowała obrońcę krótko, zbyt zajęta, by wysilać się na konkretniejszy komentarz.
Cador roześmiał się, pokręcił niedowierzająco głową i spokojnie ruszył w stronę walczących, nie wyglądając na zbyt przejętego rozlewem krwi. Dopiero gdy zainteresował się nim pierwszy z banitów, akurat pozbawiony konia, Cador uśmiechnął się niepokojąco. 
Niestety, szybko musiał szukać następnego przeciwnika.
W gruncie rzeczy drużyna stojąca po stronie Meary oraz jej ojca miała znaczącą przewagę. To oni kontrolowali pole walki – w sposób dosłowny, przenośny oraz abstrakcyjny.
Banici musieli poważnie zwątpić, kiedy jeszcze w to wszystko włączył się najwyraźniej zdrowo popieprzony siwy koń. Nim pogalopował na inną część pola walki, z niepokojącą premedytacją rozkwasił głowy kilku mężczyznom, którzy zbliżyli się do rudowłosej wojowniczki.
Aidan, choć został wyraźnie odrzucony, nadal starał się trzymać się myśli, że musi bronić Meary. Odkrył, że to doskonały sposób na maksymalne skupienie, skutkiem czego stał się o wiele bardziej skuteczny niż do tej pory. Cador byłby dumny, gdyby zwrócił uwagę. Może Caleb by jeden dzień nie dokuczał.
Tymczasem chłopak powalił kolejnego wroga, stopniowo przemieszczając się w rejony Meary, bo być nachalnym to też niedobrze, jeszcze go dziewczyna prosto z drzewa skróci o głowę.
Na ten sam pomysł wpadło jednocześnie trzech banitów, a to jednak okazało się trochę za wiele dla młodego obrońcy. Chociaż udało się mu zatrzymać każdy z wyprowadzonych ataków w pierwszej serii, to druga seria przysporzyła mu problemów. Zabił jednego, ciężko ranił drugiego, miecz trzeciego rozorał mu głęboko bok.
– Szlag! – jęknął, przyciskając wolną rękę do krwawiącej rany; zachwiał się na nogach, nerwowo kontrolując triumfującego wroga spojrzeniem.
Nim kolejny cios na niego spadł, mężczyzna zwalił się na ziemię z trzema strzałami w głowie. Aidan odetchnął ostrożnie, nieznacznie się wycofał, złapał oddech i znów spróbował wrócić do walki, dzielnie ignorując ranę.
To trochę zachwiało linią przewagi, banici poczuli się pewniejsi. Zirytowana Aithne wyszczerzyła groźnie zęby, opuszczając Ashar’carrego i pochylając głowę, podczas gdy wolną dłoń unosiła na wysokość klatki piersiowej. Powietrze zadrżało.
Faryale poderwała łeb, otwierając szeroko oczy, a potem tuląc z przestrachem uszy.
Errian zadrżał, nie dostrzegając ataku przeciwnika, przez co Sheridan znowu musiał go, zirytowany, osłonić. Mag nie zwrócił na niego uwagi, obrócił się z przerażeniem wymalowanym na twarzy, jego spojrzenie padło na Aithne.
– Ai…! – ryknął, ale nie zdążył dodać kluczowego „nie”.
Fala magii dziewiątego poziomu rozeszła się po okolicy, ale, ku całkowitemu zdumieniu upadłej, wystrzeliła najpierw w powietrze, potem natomiast pomknęła do bariery, która na tę sekundę rozświetliła się tak mocno, iż chyba każdy, nawet pozbawiony magii, był w stanie ją zobaczyć.
Ariene znieruchomiała. Trwało to jedno uderzenie serca, potem z jej zdrętwiałych rąk wypadły sztylety. Przy następnej sekundzie wrzasnęła rozdzierająco, jej głos poniósł się echem po opuszczonej wiosce, zagłuszył nawet szczęk broni oraz przekleństwa.
Ciało wiedźmy wygięło się w łuk, ona sama zatopiła dłonie we włosach, wbijając palce w skórę, jakby próbowała coś z siebie wyrwać. Krew pociekła ciurkiem po skroni oraz z ust, przedostawszy się przez zaciśnięte mocno zęby.
Aithne cofnęła przerażona ręce i zadrżała silnie, czując nieprzyjemne, bolesne mrowienie ciała. Nie zrozumiała, co się działo, póki nie dostrzegła zimnych, skupionych oczu Erriana, które charakterystycznie lśniły.
Czegoś musiała nie wiedzieć i brak tej wiedzy wszystko spowodował.
Młody mag nie myślał. On po prostu odepchnął z drogi Sheridana, nie zwróciwszy uwagi na to, że tak się Przeklętemu nie robi i najpewniej nie wystarczy mu na ten manewr siły. Niedbale machnął ręką w stronę Aithne; tym samym bez najmniejszego trudu wzniósł wokół niej barierę czwartego poziomu. Wzrok utkwiony miał jednak w Ariene, bo tym razem potrzebował minimum skupienia.
Bariera szóstego poziomu wzniosła się przed wiedźmą i w tej samej sekundzie roztrzaskała się, neutralizując magię upadłej do trzeciego poziomu, który ciało Ariene mogło przyjąć w ataku na siebie.
Kobieta zachwiała się na nogach, jej wrzask się urwał, ale nim coś jeszcze się stało, Errian dopadł do niej i wykonał takich ruch, jakby chwytał coś na wysokości serca Ariene, a potem to z niej wyrywał.
W jego palcach rozpękła się nić, błyszcząca oślepiająco bariera wokół wioski roztrzaskała się i zgasła. Wiedźma natomiast osunęła się bez przytomności na ziemię, częściowo przytrzymana przez oddychającego nieco szybciej Erriana.
– ARIENE! – wrzasnął w tym momencie Cador, przepychając się przez tłum zdezorientowanych przeciwników; dwóch czy trzech oprzytomniało na tyle, by pomyśleć o zaatakowaniu obrońcy, lecz ten – oprócz zgrabnych uników – nie zrobił nic.
Dopadł Erriana i Ariene, wlepiając naprawdę przerażone spojrzenie w pobladłą, ozdobioną krwią twarz wiedźmy. Zerknął na Erriana i przejął od niego Ariene, biorąc ją na ręce; rozszerzone, wręcz zdesperowane ze strachu oczy jeszcze raz przyjrzały się kobiecie. Stanął wyprostowany, jakby Ariene była lekka niczym piórko, po czym przeniósł zainteresowanie na młodego maga. 
– Co z nią? – zapytał krótko, uznając, że choć nie rozumie, co właściwie się stało, ta wiedza jest mu aktualnie zbędna.
Chciał wiedzieć, czy stan Ariene jest poważny i czy on może jej pomóc.
– Dziewiątka w czwórkę na połączeniu energetycznym, szóstka zbiła do trójki, natężenie opuszczając do znośnego dla organizmu – wyrecytował nieprzytomnym głosem Errian, sunąc jeszcze wzrokiem po okolicy, jakby coś badał, zbierał oraz analizował.
Po chwili pstryknął palcami, rozwiewając barierę wokół zdezorientowanej, przerażonej Aithne. Jeszcze chwilę wyglądał nieco dziwnie, jakby zupełnie nie wiedział, na jakim świecie się znajduje, jakby patrzył na coś bardziej interesującego niż rzeczywistość.
Wtedy drgnął, zamrugał i spojrzał na Cadora zaskoczony.
– Przepraszam – mruknął. – Nic poważnego nie powinno jej być. Dowiemy się na pewno, kiedy odzyska przytomność – stwierdził, już odszukując wzrokiem wśród walczących Sheridana.
Łowca nie skomentował tej kompletnej porażki w wykonaniu rudego rozczochranego, samemu będąc niejako zdruzgotanym tak elementarnym błędem. Przecież wszyscy wiedzieli, że Aithne – choć była Aithne – prezentowała sobą niezwykle wysoki poziom szkolenia.
Zatem jakim cudem?!
– Przynajmniej będzie prościej – uznał zadowolony, wzruszył ramionami i objął spojrzeniem trzech najbliższych mężczyzn.
To wystarczyło, by ich czaszki zostały z wilgotnym trzaskiem rozerwane na strzępy. Przeklęty wyszczerzył zęby, wracając do walki, która rozgorzała na nowo.
– Przenieś ją bliżej Caleba, powinna tam być bezpieczna – poradził Errian, widząc, że myśliwy zeskoczył z balkonu i, zastrzeliwszy kolejnych banitów, zawiesił szczerze zaniepokojone, prawie przerażone spojrzenie na plecach przyjaciela.
Sam natomiast odwrócił się do Aithne, obdarzając ją naprawdę ostrym wzrokiem. Zanim ruszył, pozwolił upadłej na złapanie oddechu i oparcie się na szyi Faryale, która dobiegła do amazonki i nastawiła z troską uszy.
Maleńka, czemu to zrobiłaś?, spytała szczerze zmartwiona, wpatrując się w dziewczynę bardzo uważnie.
– Ale… ale czemu to tak? – jęknęła Aithne, przenosząc zdruzgotany wzrok na idącego do nich Erriana.
Mag przystanął, otwierając szerzej oczy w zdumieniu, kiedy do niego dotarła niezwykle ważna, ale równie druzgocząca informacja.
Upadła nie miała najmniejszego pojęcia, co też właśnie się stało i z jakiego dokładnie powodu. Zupełnie jakby pierwszy raz w życiu użyła magii.
Cador nawet się nie uśmiechnął, nawet już na Erriana nie patrzył; znów zawiesił zaniepokojone spojrzenie na twarzy Ariene. Wymamrotał tylko pod nosem „dziękuję” i uniósł głowę, by odszukać spojrzeniem Caleba. Bez zastanowienia ruszył w stronę myśliwego, zdając się nawet nie zauważać nadal stojących na placu banitów. 
– Pieprzony, zakochany idiota – burknęła pod nosem Anabde, widząc ten dobijający pokaz bezmyślności i utraty trzeźwości umysłu.
A podobno taki rozsądny obrońca!
Westchnęła ciężko i przymrużyła oczy, które zalśniły jasno; w następnej chwili w górę wzniosły się korzenie, tworząc Cadorowi bezpieczne przejście i odgradzając od banitów. Gdy tylko mężczyzna bezpiecznie dotarł do myśliwego, korzenie bez życia opadły na ziemię, zaś Anabde zachwiała się nieco, aż musiała wesprzeć się na drzewie. 
Prawdę powiedziawszy, gdyby ktokolwiek miał w tamtej chwili zaatakować, Cador zrobiłby wszystko, by tylko Ariene była bezpieczna. Mógłby odeprzeć atak miecza, cholera, czołem. Miło jednak ze strony Anabde, że postanowiła zainterweniować, to było zdecydowane ułatwienie. Może nawet by jej podziękował, gdyby nie miał teraz poważnego zmartwienia na głowie. 
Gdy spojrzał Calebowi w oczy, na krótką chwilę w jego własnych błysnęło czyste przerażenie. Zaraz odwrócił wzrok, by rozejrzeć się po okolicy. 
– Trzeba ją gdzieś położyć. W bezpiecznym miejscu – powiedział, zdając sobie sprawę z tego, że w tej chwili jest zbyt zdenerwowany, by jego umysł był zdatny do użytku.
Caleb nic nie powiedział, pociągnął Cadora w stronę budynku, z którego przed chwilą sam zeskoczył, a potem ustawił się tak, by obrońca był odgrodzony od atakujących. Póki nie położy gdzieś Ariene i się nie uspokoi, marne szanse, że ktokolwiek przedrze się przez tę stanowczą obronę Caleba.
Trzech banitów już padło od ręki, ledwie minęły dwie sekundy.
W tym czasie Errian, trochę zdając się na nadal walczącego Sheridana, poniekąd na Anabde, a wreszcie – na Aidana czy Leanelle, chociaż ten pierwszy był ranny – postanowił doprowadzić do porządku oszołomioną, przerażoną Aithne. Faryale bez protestu wycofała się, kiedy mag złapał upadłą za ramiona i delikatnie nią potrząsnął.
– Ai, spójrz na mnie – poprosił, ignorując toczącą się za plecami walkę; jeśli zdoła ogarnąć Przeklętą, najpewniej bardzo szybko pozbędą się banitów. – Zrobiłaś źle, ale porozmawiamy o tym za chwilę. Teraz wróć do walki, dobrze? – mruknął, uśmiechając się do niej krótko, żeby nie myślała, że jest na nią zły.
Powoli skinęła głową, nie odrywając zdesperowanego spojrzenia od jego oczu.
I w następnej sekundzie Ashar’carre pokrył się czarną mgłą, a Aithne skoczyła do walki tak, jak przed chwilą, bezbłędnie powalając przeciwników. Errian odetchnął, zerknął na Faryale, poczuwszy na sobie czujne spojrzenie, po czym bez przeszkód sięgnął do magii, by zwalić z nóg kilku banitów podmuchem. Aidan usłużnie mężczyzn dobił, zaciskając zęby i udając, że powiększająca się szkarłatna plama to nic takiego na wysokości jego brzucha.
Cador, nadal podtrzymując Ariene, ściągnął kurtkę i rzucił ją niedbale na ziemię, by dopiero na niej ostrożnie położyć wiedźmę. Czule odgarnął jej włosy z twarzy i przytulił dłoń do policzka, jeszcze chwilę poświęcając na zwykłe zamartwianie się.
Później zacisnął usta, odetchnął głęboko dla uspokojenia i zabrał się do roboty. Położył rękę na czole Ariene i ocenił temperaturę ciała, potem zmierzył puls, policzył oddechy. Trochę uspokojony wynikami badań ściągnął przez głowę grubą bluzę, zostając tylko w podkoszulku; materiałem przykrył kobietę, by nie zmarzła. 
– Kochanie, obudź się – szepnął zbolałym głosem, znów zawieszając spojrzenie na jej twarzy.
Martwił się, jasna cholera, nigdy się tak nie bał, jak teraz. 
Anabde odetchnęła głęboko, oceniając pole walki badawczym spojrzeniem. Wyglądało na to, że zbliżają się do końca; przy życiu pozostało jeszcze około piętnastu banitów, ale biorąc pod uwagę skuteczność Sheridana, Caleba, Aithne, Meary, a nawet Leanelle czy rannych Aidana oraz ojca Meary, powinno pójść błyskawicznie. Nekromantka z czystym sumieniem wycofała zaklęcia i oparła się o drzewo, starając się wyrównać oddech. 
Jasna cholera, dlaczego musiała zasłabnąć akurat teraz. Przymknęła powieki i oparła czoło o korę; potrzebowała jeszcze około dwóch minut, miała nadzieję, że pozostali będą zbyt zajęci walką, by zauważyć jej niedyspozycję. 
Choć Meara wyraźnie widziała, że mają przewagę, a starcie za niedługo się zakończy – co więcej, ona i jej ojciec zdobędą upragnioną zemstę – nie poczuła ulgi ani na moment.
Podczas walki bez przerwy zerkała w stronę rannego ojca, choć raz czy dwa z powodu dekoncentracji zajrzała w oczy śmierci. Teraz obróciła się zgrabnie, aczkolwiek mało poprawnie technicznie, i cięła w stronę przeciwnika, obalając go na ziemię. W tym samym czasie, jak zdążyła zauważyć, jej ociec ściągnął z siodła banitę. 
Mężczyzna przyparł przeciwnika do ściany budynku, podsuwając mu ostrze do gardła. Rana na klatce piersiowej nawet już nie bolała; adrenalina wzięła górę, teraz czuł się nie do powstrzymania. Musiał pomścić żonę, córkę, swoje dawne, szczęśliwe życie, wszystkich mieszkańców wioski. Był im to winny. 
A przed sobą miał przywódcę bandy. Dobrze o tym wiedział; po obu tragediach, tak własnej, jak całej wsi, zebrał informacje o zbójnikach, którzy byli temu winni. Szukał ich, ścigał, teraz miał to wykorzystać. 
– Za to, co uczyniłeś, należy ci się bolesna, wielogodzinna śmierć – syknął banicie w twarz, drżąc z nerwów.
Przeciwnik uniósł na niego rozbawione spojrzenie, przechylając głowę. 
– A co takiego uczyniłem? Tyle tego było, że nie wiem, za co chcesz mnie ukarać – odpowiedział spokojnie, szczerząc w uśmiechu niekompletne zęby.
Ojciec Meary zawarczał gardłowo, jeszcze mocniej napierając na banitę. 
– Zgwałciłeś moją żonę, zgwałciłeś moją córkę, obie zabiłeś, a potem spaliłeś mój dom – wysyczał wściekle, patrząc mężczyźnie prosto w oczy.
Oddychał szybko i płytko, krew ściekała mu z rany, ciało drżało z wysiłku i z nerwów. Ale jego spojrzenie było szalone. 
W tej samej chwili banita poruszył się, nie zważając na żelazny uścisk, jakim raczył go ojciec Meary. 
– Och, przypominam sobie – przyznał, kokosząc się na swoim miejscu i przenosząc ciężar ciała na ramię, jakby chciał trochę się podnieść.
Ojciec Meary zmarszczył zaniepokojony czoło, ale nie ustępował.
– Całkiem ładne były. A jak krzyczały. – Tutaj banita uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Tak strasznie krzyczały. Zapewniały mnie, że zdążysz je uratować.
– ZAMILCZ! – wrzasnął mężczyzna, przyciskając ostrze mocno do jego gardła.
Z płytkiej rany ściekło kilka kropel krwi.
– Zamilcz, skurwielu, nie wolno ci tak o nich mówić – dodał bardziej rozgorączkowany. 
Meara znów spojrzała w stronę ojca; zastanowiło ją, dlaczego tata zwlekał z zabójstwem. Drgnęła, sparowała cios przeciwnika i przebiła mu bok mieczem, by znów móc zapatrzyć się w rozgrywającą się pod budynkiem nieopodal scenkę. 
– Twoja kochana córeczka była jeszcze dziewicą, kiedy ją brałem. Później miał ją każdy mój banita – kontynuował przywódca, nie zwracając uwagi na krzyki przeciwnika. – Twoja żona tak bardzo płakała, kiedy ją rżnąłem. Jednak najpiękniejszy był wrzask tej dziewczyny, gdy zabijałem jej matkę. Trupem też chłopcy nie pogardzili, przynajmniej dopóki nie zaczął się rozlatywać. 
– TY SKURWIELU! – załkał ojciec Meary, napierając na ostrze.
Nim wbiło się ono w gardło przywódcy, ten dobył własnego miecza. Tata Meary wciągnął gwałtownie powietrze i wpatrzył się bez zrozumienia we wbitą w jego serce klingę. Wrzasnął, gdy ostatkiem sił banita przekręcił ją o dziewięćdziesiąt stopni. 
– OJCZE!
Aidan kopnął jednego z atakujących mężczyzn w krocze i czubem miecza zdołał poderżnąć mu gardło, choć kosztowało go to niezwykle dużo siły. Wzrokiem odszukał Mearę, potem natomiast jej ojca, zorientowawszy się, że coś się dzieje.
Najpierw po jego plecach przebiegł dreszcz, potem odruchowo ruszył, starając się pozbywać się wrogów z drogi w miarę szybko.
Niestety nerwy za bardzo zdekoncentrowały. Zatrzymał go silny cios pięścią w brzuch, prosto w ranę, z jego gardła wyrwał się bolesny jęk. Nie zamierzał jednak się poddawać, splunął krwią i spróbował odeprzeć atak; kolejne uderzenie cisnęło nim na ziemię, potem banita zamachnął się mieczem, zamierzając irytującego chłopaka dobić.
– Młody! – warknął Caleb, nakładając strzałę na cięciwę i odszukując błyskawicznie wzrokiem wroga, którego należało powalić.
W ostatniej chwili zablokował palce, tym samym powstrzymując się od wystrzelenia. Między ostrze a Aidana wślizgnął się jeszcze jeden miecz, od zetknięcia z czarną klingą broń banity rozleciała się na kawałki. Aithne bez najmniejszego trudu zabiła mężczyznę, by potem spojrzeć z góry na leżącego za nią chłopaka.
– Na co pchasz się w walkę z takimi ranami? – syknęła wściekła, mrużąc oczy. – Narażasz tylko wszystkich wokół – poinformowała bezlitośnie, zaraz się odwracając i ruszając z powrotem na wrogów.
Aidan z trudem złapał powietrze, przyciskając rękę do krwawiącej rany. Prawdę mówiąc, przez chwilę myślał, że Aithne go za karę dobije.
Tymczasem Caleb zerknął krótko na Cadora, uznał, że obrońca w razie czego sobie poradzi, i skoczył biegiem do ucznia przyjaciela, by jak najszybciej zabrać go z pola walki.
Jeszcze chwila, a z tego głupiego dzieciaka zostanie tylko mokra plama.
Meara otworzyła szeroko oczy i zadrżała gwałtownie, by w następnej chwili ruszyć do ojca biegiem, potykając się po drodze o zwłoki jednego z banitów. Nie zwróciła na to uwagi, poślizgnęła się na kałuży krwi i pognała dalej.
Gdy dopadła umierającego mężczyzny, z jej ust wyrwał się głośny szloch. Wyciągnęła do niego drżącą rękę, potem opadła przy nim na kolana i oparła jego głowę na nogach, głaszcząc machinalnie po włosach. 
– Tato, nie umieraj, tato, proszę, oni ci pomogą, tato, wytrzymaj chociaż trochę – szeptała w przerażeniu.
Ojciec uśmiechnął się lekko i wyciągnął rękę z wyraźnym wysiłkiem, by dotknąć policzka córki. 
– Kochanie. Nie pomogą mi – wyszeptał powoli i urwał, by złapać oddech.
– Pomogą ci, tato, proszę, przecież widziałeś, oni mają magię, dadzą radę, tylko wytrzymaj, tato, proszę, nie zostawiaj mnie – odpowiedziała, zaczynając się kiwać w przód i w tył.
Zacisnęła mocno wargi, czując na nich słony smak własnych łez. 
– Ćśśś, Meara, cichutko – poprosił, a gdy zamilkła, wpatrując się w niego dużymi, niebieskimi oczami, zdobył się na dłuższą wypowiedź: – Kochanie, to jest już koniec. Nie da się mnie uratować. Ale... ale zemściłem się. Umieram spokojny – zapewnił ją, odetchnął parę razy głęboko i dopiero kontynuował: – Ci ludzie... Oni są dobrzy, Meara. Zostań z nimi. Wyjedź stąd, zacznij poznawać świat, korzystaj z życia. Proszę. To moja ostatnia wola – spokojnie zakończył, ale zaraz syknął z bólu, zamykając oczy. 
– Tato... – szepnęła dziewczyna, wpatrując się w niego przerażona, pokonana, smutna i niezdolna do pogodzenia się z losem.
Nie mogła go poprosić, by został, skoro chciał pogodzić się ze śmiercią. 
– Kocham cię, Meara – wydobył z siebie ostatnim wysiłkiem. 
A potem już się nie ruszył. 
– Ja też cię kocham, tato – odpowiedziała, chociaż prawdopodobnie już tego nie usłyszał.
Zacisnęła palce na lepkim od krwi materiale kamizelki ojca, a w następnej chwili odchyliła głowę i wydała z siebie bolesny, pełen najgorszych uczuć krzyk. Krzyk, od którego się drżało, krzyk wręcz zwierzęcy, krzyk, którego mogła się wystraszyć sama śmierć.
Później oparła głowę o klatkę piersiową ojca i tak została, drżąc, łkając i nie mogąc złapać oddechu. 

12 komentarzy:

  1. Znowu przerwałam w połowie, bo mam dzień wychwytywania anomalii. Właściwie mam go od wczoraj, bo przeczytałam fanfik Obliviona, w którym broń z kije ewoluowała do brzeszczota, a potem do pałki jak pokemony.

    – Idę górą! – zakomunikowała, kopniakiem otwierając okiennice z trzaskiem, zaraz jednak przyhamowała, by uchwycić spojrzeniem Cadora.
    Okiennice z trzaskiem brzmią, jakby ten trzask był elementem okiennic xD Z trzaskiem otwierając okiennice kopniakiem?
    Wymienił z wiedźmą tylko jedno spojrzenie, potem kobieta spięła klacz w bokach i rzuciła do szarży na zdumionych, rozglądających się dokoła w złości banitów.
    – Kurwa – jęknął Aidan, próbując rozeznać się w sytuacji.
    Dopiero po ułamku sekundy dostrzegł rzucających się do nich banitów.".

    Otworzył szerzej oczy, powstrzymując odruch przywołania czaru, i zapatrzył się w ostrze nieruchomy. - ostrze, nieruchomy.
    Albo "i nieruchomy zapatrzył się w ostrze"

    Ja mam jakąś składniową obsesję ostatnio O.o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powtórzenie wychwyciłam i zapomniałam poprawić *facepalm* Brawa dla tej pani xD
      Nie, przecinka tam nie wsadzę, dla mnie by to była zbrodnia jak oddzielanie podmiotu przecinkiem xD Prędzej zamienię miejscami.
      A z tym trzaskiem to strasznie pokombinowałaś xD Skupmy się na tym, do czego trzask się odnosi - rzeczywiście, to była moja dawna maniera, żeby źle wstawiać dookreślenia, najwyraźniej straciłam czujność xD

      Usuń
    2. "Jednak najpiękniejszy był wrzask tej dziewczyny, jak zabijałem jej matkę." - nie "jak" a "kiedy".
      "Jak" sugeruje nam "w jaki sposób", "kiedy" to "podczas gdy/w tym momencie".

      Usuń
    3. To tylko banita, nie musi się dobrze wysławiać...! xDD Poprawiam, poprawiam.

      Usuń
    4. Monika w takich chwilach rzecze: "To nie ja, to ten Niemiec co uciekł!". Nie, żeby to miało jakikolwiek związek... XD
      A oprócz tego... Aidan będzie z Mearą? XD
      I w ogóle, on i Lea się na coś przydali, święto lasu. Cador dla odmiany był tutaj wielce męczydupny, a Aithne... to Aithne xD Czaruje i nie za bardzo wie o co w tym chodzi, nie zna magii Ariene, czy nie wiedziała nic o barierze? Przyznam się, że przez cały poprzedni rozdział byłam rozkojarzona (chora) i nie za bardzo wiem teraz o co chodzi x.x

      I wróć, cotosom dookreślenia? XD

      Usuń
    5. Nie wiem, jak sobie tak zechcą, to będom xD

      Wiedziała, wie, że Ariene to wiedźma i że jest człowiekiem. Aithne nie wie czegoś innego. Nie wie, jak magia działa, co zresztą odgadł Errian po jej minie "what the fuck just happened" xD

      To jest coś, bez czego zdanie będzie żyło, ale podaje więcej szczegółów szczegółu xD

      Usuń
  2. No i proszę. Aidan potrafił się wykazać jakąś przydatnością, więc chyba coż z tego dzieciaka będzie, ale musi zacząć myśleć, hah!

    Za to Cador mi podpadł. Ja wiem, że zakochany i w ogóle, ale świata poza Ari nie widzi i ma na wszystko wyjebane podczas tej potyczki. No bez kitu xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może lepiej, żeby nie myślał. Lepiej, żeby sobie ubzdurał, że musi kogoś bronić, to dobrze na niego działa xD

      Och, prawie mu zabiło ukochaną, trochę wyrozumiałości! xD Gdyby nie Errian, Ariene nasza kochana by zginęła jak nic xD

      Usuń
  3. No w sumie... takie wmówienie sobie dobrze mu wyszło, ale... no niech myśli przy tym, jak jest poważnie ranny! Aczkolwiek to ciekawa opcja odwagi, chociaż lekkomyślna xD

    Czasem mi jej brakuje, haha xD Ano... bo oczywiście Ai, coś musiała odstawić. Kochane rude rozczochrane xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na myślenie może kiedyś przyjdzie czas xDD Jak dla mnie, póki otoczony jest tyloma fajnymi osobami, to jakoś pociągnie w ten sposób xD

      Ai <3 Nie wiadomo, jak ta dziewucha nie dokonała autodestrukcji, ale jakoś jej się udało xDD

      Usuń
    2. Gorzej, jak tych osób zabraknie, albo w końcu coś się stanie, kiedy będą go ratować, bo nie pomysli, hihih :D

      Ona jest... po prostu zdolna, no xD

      Usuń
    3. ... Nie bądź podła, bo wykraczesz :3

      Usuń