Gdyby pozostawiono jej wybór, nie ruszałaby się stąd do
południa. Ciepło, wygodnie, dziwnie bezpiecznie, to wszystko sprawiało, że nie
miała ochoty się budzić. I chociaż nie śniła, towarzyszyło jej przyjemne
uczucie, trochę jakby błogie.
Dlatego też w pierwszych sekundach zupełnie nie zrozumiała
gwałtownego, gorącego szarpnięcia całym ciałem, jakby przyjęła na siebie spory
ładunek elektryczny.
Zachłystując się powietrzem, usiadła gwałtownie na łóżku i
zadrżała, otwierając szeroko oczy. Spróbowała rozeznać się w otoczeniu, w
sytuacji, w czymkolwiek, zapatrzyła się w swoje nogi, gorączkowo analizując. Z
boku usłyszała czyjś pomruk, potem chyba pytanie. Wreszcie do niej dotarło.
Przez tuzin obrazów wspomnień przebiła się najważniejsza
świadomość. Świadomość naruszonej pułapki.
– Są tu – sapnęła, odpychając się od materaca łóżka i
zeskakując sprawnie na podłogę, nim jeszcze minęło zamroczenie tak
niespodziewanym zmienieniem pozycji.
Dopadła do rozrzuconych na deskach ubrań, naciągając je na
siebie w tempie niemalże ekspresowym, jakby miała takie manewry bardzo dobrze
wytrenowane. W chwili, w której rzuciła się nie do drzwi, lecz do okna, posłała
impuls dalej po nici łączącej ją z Errianem.
– Idę górą! – zakomunikowała, kopniakiem otwierając z trzaskiem
okiennice, zaraz jednak przyhamowała, by uchwycić spojrzeniem
Cadora.
Dopiero wtedy złapała się górnej części okna i wyskoczyła
na zewnątrz, w powietrzu obracając się, puszczając się i chwytając dopiero
parapet. W przeciągu może dwóch sekund wylądowała bezpiecznie na bruku,
sapnęła, nerwowo wiążąc byle jak włosy i ruszając do miejsca, z którego
nadszedł impuls. Oby Caleb tego nie przeoczył, bo zostaną zaskoczeni.
Cador nie marnował czasu na pytanie. Bezwiednie skinął
głową, dopadając własnych ubrań i naprędce chowając czekającą na szufladzie
broń. Nie minęły dwie minuty, a już wychodził szybkim krokiem z budynku.
Zatrzymał się zaraz za drzwiami, zadarł głowę,
przeanalizował, w którą stronę ruszyła Ariene, i skierował się do
pozostawionych w innym budynku koni. Izabel był gotowy do drogi w trzy minuty –
wreszcie, siedząc w siodle, skierował się na przód wioski.
Zdawał sobie sprawę z tego, że przybędzie dużo później tak
od Ariene, jak od reszty drużyny. Oby nie za późno.
Meara uniosła się chwiejnie i pobłądziła nieprzytomnym
spojrzeniem po śpiących dookoła wypalonego już ogniska towarzyszach.
Zmarszczyła czoło; nadal będąc senną, w pierwszej chwili nie wiedziała, co jej
nie pasuje.
Nagle wciągnęła głośno haust powietrza, otwierając szeroko
oczy i rozglądając się dookoła bardziej niespokojnie. Podniosła się na kucki,
odszukała pod posłaniem nóż do rzucania i schowała go za pas, mrużąc nieufnie
oczy.
Wtedy poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Zadarła brodę,
natrafiając na przypatrujące jej się miodowe tęczówki.
– Widziałeś, gdzie poszedł mój ojciec? – zapytała drżącym
głosem, już podnosząc się na nogi.
Spokojnie, Meara, nie bądź nadwrażliwa. Może zwyczajnie
musiał się odlać, może poszedł po coś do jedzenia, może chciał chwilę pobyć
sam.
Tylko dlaczego, do jasnej cholery, zostawił ją samą z
dopiero co poznanymi ludźmi? Musiało się coś stać, musiał mieć chociaż
przeczucie.
Leanelle obudziła się niespokojna, podświadomie reagując na
drżący głos i nerwowe zachowanie Meary. Zamrugała, uspokoiła bijące szybko
serce, upomniała siebie, że nadal jest w opuszczonej wiosce i towarzyszą jej
przyjaciele, a nie Uther.
Dopiero wtedy podniosła się do pozycji siedzącej,
nieumyślnie szturchając śpiącego u jej boku Hessana. Smok prychnął
niezadowolony, natychmiast podrywając się na cztery łapy.
Leanelle powiodła zmartwionym spojrzeniem od Meary do
Caleba i pochyliła nieco ramiona.
– Co się...? – zapytała troszkę ochrypniętym głosem,
marszcząc nosek.
Caleb otworzył usta, by odpowiedzieć. Od dłuższego czasu
Shila ostrzegała go nerwowym zamiataniem ziemi ogonem, szczerząc bezgłośnie kły
– wiedział, że wyczuła wroga wcześniej. Był jednak za daleko, żeby dokładnie
sprecyzować jego położenie, myśliwy zwyczajnie podświadomie wiedział, że się
zbliża.
Widział też, jak ojciec Meary odchodzi. Mężczyzna wydawał
się tak zaaferowany, że nie dostrzegł, iż Caleb wcale nie śpi. Myśliwy jednak
obserwował w taki sposób, że jeśli ktoś nie nastawiał się na przyłapanie go, to
jego spojrzenie pozostawało niewyczuwalne.
W tym też momencie dotarło do niego coś bardzo ważnego –
ziemia lekko drżała, za jednym z budynków pojawił się cień, powietrze wypełniło
się innym zapachem. Shila uniosła się na ugiętych łapach i warknęła przeciągle.
– Caleb! – usłyszał znajomy wrzask, który był tylko
potwierdzeniem tego, co dotarło do myśliwego w tej samej sekundzie.
Wystarczyło ledwie mgnienie oka, by Li’coran znalazł się w
rękach mężczyzny z dwiema strzałami na założonej już cięciwie. Dla wilczycy był
to sygnał, by poderwać się z ziemi, natomiast myśliwy przymierzył, na moment wstrzymał
oddech, kiedy niczym w zwolnionym tempie wypuszczał oba pociski.
Przemknęły wśród budynków i wbiły się idealnie w szparę
krzywego hełmu jednego z nadjeżdżających banitów, powalając go na miejscu. Jego
spłoszony koń wierzgnął, próbując pozbyć się bezwładnego ciała z siodła, i
rzucił się spłoszony do galopu.
– Aidan! – ryknął na półprzytomnego chłopaka, skręcając
gwałtownie do hamującej obok nich Jutrzenki. – Miej oko na dziewczyny –
rozkazał, gdy biedak zerwał się z ziemi, sięgając do miecza.
Caleb chwycił ramię Ariene, podciągnął się na rudą kobyłę,
odepchnął od jej zadu i wskoczył na pobliski balkon, by z większej wysokości
wybierać cele. Wymienił z wiedźmą tylko jedno spojrzenie, potem kobieta spięła
klacz w bokach i rzuciła do szarży na zdumionych, rozglądających się dokoła w
złości wrogów.
– Kurwa – jęknął Aidan, próbując rozeznać się w sytuacji.
Dopiero po ułamku sekundy dostrzegł rzucających się do nich
banitów. Uniósł rękę w stronę Caleba, wybiegł do przodu, by oddalić się od
ogniska, i stanął na szeroko rozstawionych nogach, w napięciu czekając, aż
mężczyźni zbliżą się z szarżą.
Jednego z wierzchowców podciął, uciekł przed upadającym
ciałem zwierzęcia i chwycił strzemię drugiego, przecinając mu puślisko mieczem;
przy okazji poranił sobie ręce, gdy złapał niewygodnie klingę, ale zignorował
to.
Strzała dobiła zbierającego się z ziemi mężczyznę, a potem
jeszcze dwie unieruchomiły innego, którego ściągnął z siodła Aidan.
Meara, zbyt przejęta strachem o ojca, nawet nie zwróciła
uwagi na słowa Caleba. Rozejrzała się dookoła jakby nieświadomie, zaraz
przymrużyła groźnie oczy i skoczyła do jednego z drzew, by wyciągnąć ukryte
wśród korzeni noże.
Oparła się plecami o drewno, przymierzyła i rzuciła kilkoma
ostrzami jedno po drugim, pierwszemu z banitów trafiając prosto w oko, innemu,
pozbawionemu rękawic, przebijając sięgającą po miecz dłoń. Jednocześnie
ukradkowo cały czas zerkała w stronę lasu, jakby z nadzieją, ze dostrzeże
ukrywającego się tam ojca.
Przebiegła za drzewo, słysząc, że niektórzy z banitów chcą
ich podejść od tyłu budynków. Ledwie ich zobaczyła, rzuciła dwoma nożami;
trafiła jednego z mężczyzn, drugi zdążył się uchylić.
Na krótką chwilę odwróciła się do nich plecami, by
wyciągnąć ukrytą z tej strony drzewa kuszę; była mniej poręczna od łuku i
wolniejsza, bo nakładanie bełtów trwało długo, ale za to pewniejsza. Przytuliła
się ramieniem do dębu, jednocześnie nakładając pocisk z cichym przekleństwem;
poświęciła ten moment na dokładne przyjrzenie się scence.
I otworzyła szeroko oczy.
– TATO! – ryknęła, unosząc kuszę i celując w walczącego z
ojcem mężczyznę.
Całe szczęście trafiła, a tata właśnie ruszył w jej stronę.
Gdy go zobaczyła z bliska, wciągnęła gwałtownie powietrze.
– Tato, jesteś ranny – powiedziała cichutko, wpatrując się
w osłupieniu w ubarwioną na czerwień kamizelkę ojca.
Mężczyzna machnął ręką, poprawił miecz w dłoni i ruszył w
stronę ogniska, gdzie nadal toczyła się krwawa walka.
– To nic. Chodź, musimy im pomóc.
Meara pokiwała energicznie głową; jedyny strach, jaki czuła,
był obawą o ojca.
Ruszyła jego śladem, a widząc kompletny chaos, jakiego
udziałem byli ich nowi przyjaciele oraz banici, przymrużyła niebieskie oczy.
Kątem oka dostrzegła Leanelle. Zmarszczyła czoło, zawahała się na chwilę i
wróciła do schowka za drzewem, gdzie leżał jeszcze łuk, do kompletu z pełnym
kołczanem.
– Leanelle! – krzyknęła, wyciągając znalezisko i,
obładowana bronią, ponownie okrążając drzewo.
Szatynka usłyszała i dotarła do niej bez szkody, by wlepić
w Mearę zaskoczone spojrzenie, gdy ta podała jej łuk.
– Podobno masz do tego talent. Wykaż się – rzuciła bardzo
spokojnie jak na okoliczności.
Leanelle pokiwała głową, ale zaraz zmarszczyła czoło.
– A co z tobą? – zapytała, nie odważając się spojrzeć
dziewczynie w oczy.
Meara uśmiechnęła się lekko, unosząc kuszę; przy okazji
zabrała się za mozolne nakładanie pocisku.
– Wolę to – zapewniła. – No, idź już, przyda im się
pomoc.
Leanelle uśmiechnęła się z wdzięcznością, szepnęła na
wydechu „dziękuję” i pewnie nałożyła strzałę, by wycelować w mknącego na
Aidana mężczyznę. Pierwsza strzała nie zrobiła mu większej szkody, trafiając w
ramię, ale przynajmniej go zdekoncentrowała; Leanelle szybko nałożyła kolejną,
a ta przebiła nieosłonięte gardło banity.
Meara w tym czasie, nie chcąc pozostawić ojca bez opieki,
porzuciła kuszę i ukradła miecz jednemu z trupów. Był trochę za ciężki,
niezbyt dobrze wyważony, ale przynajmniej był – z nim w dłoni pomknęła w stronę
ojca, już w pierwszej chwili ratując go przed atakiem napastnika.
– Ojcze, ukryj się gdzieś, poradzimy sobie – powiedziała,
gdy tylko znalazła się wystarczająco blisko.
Nie odpowiedział.
Te słowa mogły kosztować albo jedno, albo drugie życie. Nim
jednak topór banity sięgnął celu, Aidan zatrzymał cios.
Aż jęknął, czując jego siłę, ale zagryzł mocno wargę i
odepchnął broń z ciężkim sapnięciem. Wydawało się, że po tym drobnym sukcesie
stanie nieco bezradny – co byłoby do niego dość podobne. Ale coś jakby
zaskoczyło, oczy błysnęły, skrzywił się i kucnął, wykopując w kolano mężczyzny.
Topór świsnął tuż nad głową chłopaka, ale zdążył się
uchylić, by znów naprzeć na przeciwnika.
– Na dół! – rozległ się jeszcze jeden głos.
Aidan momentalnie, bez zastanowienia, wykonał polecenie.
Ostrze czyjegoś miecza zatopiło się między płyty zbroi banity, nie zagłębiło
się jednak w ciele. Mężczyzna uśmiechnął się szyderczo, chcąc zaatakować
kiepsko wyszkolonego przeciwnika.
W tym momencie po klindze przemknęła czarna mgła, runy
rozbłysły błękitno-srebrnym światłem, a ciało banity zostało rozerwane na
strzępy.
Aithne uśmiechnęła się triumfalnie, spojrzała na
zdezorientowanego Aidana i przymrużyła oczy, przekrzywiając głowę.
– Ratunek nadszedł, smarkaczu – zakomunikowała zwyczajowym
tonem, jednak, zaskakując chłopaka, na krótką chwilę wystawiła do niego
uniesiony kciuk.
Potem odwróciła się i z wściekłym, nieludzkim wręcz
warkotem runęła w walkę, by zaraz zanieść się obłąkańczym śmiechem. W tym
czasie przez wrogów przedzierał się Errian, dość niezdarnie operując mieczem i
z bliżej nieokreślonych powodów nie sięgając po magię. Uparcie zmierzał do
Ariene, która skakała między bronią, od czasu do czasu powarkując ze złością,
kiedy zdarzyło się jej nie trafić.
Aidan pozbierał się z ziemi, odetchnął i uśmiechnął się z
zacięciem, ustawiając się tak, żeby oddzielić Mearę i jej ojca od walczących.
Może i zapora z niego niepozorna, ale potrafił być niezwykle upierdliwy.
– Shila! – ryknął Caleb, na chwilę odrywając wzrok od
obranego celu; to jednak nie sprawiło, by strzała chybiła, przeszła na wylot
przez czaszkę, z taką siłą została wypuszczona.
Wilczyca zrozumiała, o co chodziło myśliwemu. Wskoczyła na
plecy jednego z banitów, który zaszedł Leanelle od strony pozbawionej osłony, i
wgryzła się mu w kark, tym samym zwracając na wroga uwagę dziewczyny.
– Ariene! – zawołał Errian, blokując jeden z ciosów.
Musiał dotrzeć do wiedźmy i dowiedzieć się, co z barierą.
Inaczej nie zdoła użyć magii, bo będzie bardzo wiele ryzykował. Kobieta jednak
go nie usłyszała, więc spróbował przedrzeć się jeszcze bliżej niej.
Miecz świsnął do niego pod takim kątem, że ze swoim
wyszkoleniem nie mógł tego zatrzymać. Otworzył szerzej oczy, powstrzymując
odruch przywołania czaru, i nieruchomy zapatrzył się w ostrze.
W tym też momencie druga klinga zderzyła się z bronią
wroga, odtrącając ją niedbale.
– Jesteś beznadziejny, dzieciaku – poinformował Sheridan,
przyglądając się walce błyszczącymi groźnie oczami i wyszczerzonymi
ostrzejszymi zębami.
– A ty masz dobre wyczucie czasu – pochwalił Errian,
odetchnąwszy z ulgą.
– Nie żartuj sobie – prychnęła poirytowana Meara, nie
odnajdując się w roli panny do bronienia.
Wyminęła Aidana i przemknęła w stronę budynku, odbijając
się od ściany i wskakując na zad jednego z koni banitów. Spłoszony wierzchowiec
wierzgnął, jednak Meara bez trudu utrzymała się na jego grzbiecie, chwytając
się mocno nadal siedzącego w siodle mężczyzny.
– Hej! – warknął ten z irytacją, nie był jednak w stanie
wygiąć ramienia pod takim kątem, by trafić w pasażerkę na gapę.
Ona za to bez mrugnięcia okiem zatopiła ostrze broni w jego
ciele, później zrzucając z grzbietu wykrwawiającego się mężczyznę. Wskoczyła
zgrabnie w siodło, chwyciła wodze i spięła konia, ruszając w stronę
najbliższych zbójów.
Tak jeszcze nie walczyła, ale odnalazła się w tym całkiem
dobrze.
Koło największego drzewa stanęła kobieta. Nie kwapiła się
nawet wyciągnąć miecza, niemal czule położyła dłoń na korze i przypatrywała się
walczącym z dziwnym uśmiechem.
Banita przyjrzał jej się uważniej, czując pewną nienazwaną
obawę wobec bladej kobiety o jaskrawych włosach i niepokojącym spojrzeniu,
przeważyła jednak logika podsuwająca mu, że bezbronna będzie łatwym celem.
Krzyknął na kompana, wskazując kobietę ruchem głowy, wspólnie spięli konie i
ruszyli w jej stronę.
Ona nawet nie drgnęła.
Jeden z banitów zaczął wstrzymywać konia, węsząc podstęp,
jednak drugi nawet się nie zawahał. Gdy stary, potężny dąb zatrząsł konarami,
mężczyzna był przekonany, że to zwidy. W następnej chwili otrzymał potężny cios
gałęzią, a jego koń zakwiczał z przerażenia i runął na ziemię, gdy wokół jego
nogi owinął się korzeń.
Nim korzeń wbił się w jego gardło, odchylił głowę, by
jeszcze raz spojrzeć na tajemniczą postać. Kobieta nadal się uśmiechała.
Leanelle odwróciła się błyskawicznie i wystrzeliła,
trafiając idealnie między oczy napastnika. Odetchnęła głęboko, uspokajając
nerwy, po czym znów przeniosła spojrzenie na pole bitwy, szukając następnego
celu.
– No, no, całkiem nieźle – usłyszała w tym momencie z boku,
więc odruchowo obróciła łuk w stronę właściciela głosu.
Cador uniósł brew i poderwał ręce w geście poddania
się.
– Hej, ja wiem, że jestem konkurencją dla
Caleba-nauczyciela, ale nie przesadzajmy, dobrze? – zaproponował rozbawiony.
Leanelle prychnęła głośno, wracając zainteresowaniem do
banitów.
– Jesteś głupi – poinformowała obrońcę krótko, zbyt zajęta,
by wysilać się na konkretniejszy komentarz.
Cador roześmiał się, pokręcił niedowierzająco głową i
spokojnie ruszył w stronę walczących, nie wyglądając na zbyt przejętego
rozlewem krwi. Dopiero gdy zainteresował się nim pierwszy z banitów, akurat
pozbawiony konia, Cador uśmiechnął się niepokojąco.
Niestety, szybko musiał szukać następnego przeciwnika.
W gruncie rzeczy drużyna stojąca po stronie Meary oraz jej
ojca miała znaczącą przewagę. To oni kontrolowali pole walki – w sposób
dosłowny, przenośny oraz abstrakcyjny.
Banici musieli poważnie zwątpić, kiedy jeszcze w to
wszystko włączył się najwyraźniej zdrowo popieprzony siwy koń. Nim pogalopował
na inną część pola walki, z niepokojącą premedytacją rozkwasił głowy kilku
mężczyznom, którzy zbliżyli się do rudowłosej wojowniczki.
Aidan, choć został wyraźnie odrzucony, nadal starał się
trzymać się myśli, że musi bronić Meary. Odkrył, że to doskonały sposób na
maksymalne skupienie, skutkiem czego stał się o wiele bardziej skuteczny niż do
tej pory. Cador byłby dumny, gdyby zwrócił uwagę. Może Caleb by jeden dzień nie
dokuczał.
Tymczasem chłopak powalił kolejnego wroga, stopniowo
przemieszczając się w rejony Meary, bo być nachalnym to też niedobrze, jeszcze
go dziewczyna prosto z drzewa skróci o głowę.
Na ten sam pomysł wpadło jednocześnie trzech banitów, a to
jednak okazało się trochę za wiele dla młodego obrońcy. Chociaż udało się mu
zatrzymać każdy z wyprowadzonych ataków w pierwszej serii, to druga seria
przysporzyła mu problemów. Zabił jednego, ciężko ranił drugiego, miecz
trzeciego rozorał mu głęboko bok.
– Szlag! – jęknął, przyciskając wolną rękę do krwawiącej
rany; zachwiał się na nogach, nerwowo kontrolując triumfującego wroga
spojrzeniem.
Nim kolejny cios na niego spadł, mężczyzna zwalił się na
ziemię z trzema strzałami w głowie. Aidan odetchnął ostrożnie, nieznacznie się
wycofał, złapał oddech i znów spróbował wrócić do walki, dzielnie ignorując
ranę.
To trochę zachwiało linią przewagi, banici poczuli się
pewniejsi. Zirytowana Aithne wyszczerzyła groźnie zęby, opuszczając
Ashar’carrego i pochylając głowę, podczas gdy wolną dłoń unosiła na wysokość
klatki piersiowej. Powietrze zadrżało.
Faryale poderwała łeb, otwierając szeroko oczy, a potem
tuląc z przestrachem uszy.
Errian zadrżał, nie dostrzegając ataku przeciwnika, przez
co Sheridan znowu musiał go, zirytowany, osłonić. Mag nie zwrócił na niego
uwagi, obrócił się z przerażeniem wymalowanym na twarzy, jego spojrzenie padło
na Aithne.
– Ai…! – ryknął, ale nie zdążył dodać kluczowego „nie”.
Fala magii dziewiątego poziomu rozeszła się po okolicy,
ale, ku całkowitemu zdumieniu upadłej, wystrzeliła najpierw w powietrze, potem
natomiast pomknęła do bariery, która na tę sekundę rozświetliła się tak mocno,
iż chyba każdy, nawet pozbawiony magii, był w stanie ją zobaczyć.
Ariene znieruchomiała. Trwało to jedno uderzenie serca,
potem z jej zdrętwiałych rąk wypadły sztylety. Przy następnej sekundzie
wrzasnęła rozdzierająco, jej głos poniósł się echem po opuszczonej wiosce,
zagłuszył nawet szczęk broni oraz przekleństwa.
Ciało wiedźmy wygięło się w łuk, ona sama zatopiła dłonie
we włosach, wbijając palce w skórę, jakby próbowała coś z siebie wyrwać. Krew
pociekła ciurkiem po skroni oraz z ust, przedostawszy się przez zaciśnięte mocno
zęby.
Aithne cofnęła przerażona ręce i zadrżała silnie, czując
nieprzyjemne, bolesne mrowienie ciała. Nie zrozumiała, co się działo, póki nie
dostrzegła zimnych, skupionych oczu Erriana, które charakterystycznie lśniły.
Czegoś musiała nie wiedzieć i brak tej wiedzy wszystko
spowodował.
Młody mag nie myślał. On po prostu odepchnął z drogi
Sheridana, nie zwróciwszy uwagi na to, że tak się Przeklętemu nie robi i
najpewniej nie wystarczy mu na ten manewr siły. Niedbale machnął ręką w stronę
Aithne; tym samym bez najmniejszego trudu wzniósł wokół niej barierę czwartego
poziomu. Wzrok utkwiony miał jednak w Ariene, bo tym razem potrzebował minimum
skupienia.
Bariera szóstego poziomu wzniosła się przed wiedźmą i w tej
samej sekundzie roztrzaskała się, neutralizując magię upadłej do trzeciego
poziomu, który ciało Ariene mogło przyjąć w ataku na siebie.
Kobieta zachwiała się na nogach, jej wrzask się urwał, ale
nim coś jeszcze się stało, Errian dopadł do niej i wykonał takich ruch, jakby
chwytał coś na wysokości serca Ariene, a potem to z niej wyrywał.
W jego palcach rozpękła się nić, błyszcząca oślepiająco
bariera wokół wioski roztrzaskała się i zgasła. Wiedźma natomiast osunęła się
bez przytomności na ziemię, częściowo przytrzymana przez oddychającego nieco
szybciej Erriana.
– ARIENE! – wrzasnął w tym momencie Cador, przepychając się
przez tłum zdezorientowanych przeciwników; dwóch czy trzech oprzytomniało na
tyle, by pomyśleć o zaatakowaniu obrońcy, lecz ten – oprócz zgrabnych uników –
nie zrobił nic.
Dopadł Erriana i Ariene, wlepiając naprawdę przerażone
spojrzenie w pobladłą, ozdobioną krwią twarz wiedźmy. Zerknął na Erriana i
przejął od niego Ariene, biorąc ją na ręce; rozszerzone, wręcz zdesperowane ze
strachu oczy jeszcze raz przyjrzały się kobiecie. Stanął wyprostowany, jakby
Ariene była lekka niczym piórko, po czym przeniósł zainteresowanie na młodego
maga.
– Co z nią? – zapytał krótko, uznając, że choć nie rozumie,
co właściwie się stało, ta wiedza jest mu aktualnie zbędna.
Chciał wiedzieć, czy stan Ariene jest poważny i czy on może
jej pomóc.
– Dziewiątka w czwórkę na połączeniu energetycznym, szóstka
zbiła do trójki, natężenie opuszczając do znośnego dla organizmu – wyrecytował
nieprzytomnym głosem Errian, sunąc jeszcze wzrokiem po okolicy, jakby coś badał,
zbierał oraz analizował.
Po chwili pstryknął palcami, rozwiewając barierę wokół
zdezorientowanej, przerażonej Aithne. Jeszcze chwilę wyglądał nieco dziwnie,
jakby zupełnie nie wiedział, na jakim świecie się znajduje, jakby patrzył na
coś bardziej interesującego niż rzeczywistość.
Wtedy drgnął, zamrugał i spojrzał na Cadora zaskoczony.
– Przepraszam – mruknął. – Nic poważnego nie powinno jej
być. Dowiemy się na pewno, kiedy odzyska przytomność – stwierdził, już
odszukując wzrokiem wśród walczących Sheridana.
Łowca nie skomentował tej kompletnej porażki w wykonaniu
rudego rozczochranego, samemu będąc niejako zdruzgotanym tak elementarnym
błędem. Przecież wszyscy wiedzieli, że Aithne – choć była Aithne – prezentowała
sobą niezwykle wysoki poziom szkolenia.
Zatem jakim cudem?!
– Przynajmniej będzie prościej – uznał zadowolony, wzruszył
ramionami i objął spojrzeniem trzech najbliższych mężczyzn.
To wystarczyło, by ich czaszki zostały z wilgotnym
trzaskiem rozerwane na strzępy. Przeklęty wyszczerzył zęby, wracając do walki,
która rozgorzała na nowo.
– Przenieś ją bliżej Caleba, powinna tam być bezpieczna –
poradził Errian, widząc, że myśliwy zeskoczył z balkonu i, zastrzeliwszy
kolejnych banitów, zawiesił szczerze zaniepokojone, prawie przerażone
spojrzenie na plecach przyjaciela.
Sam natomiast odwrócił się do Aithne, obdarzając ją
naprawdę ostrym wzrokiem. Zanim ruszył, pozwolił upadłej na złapanie oddechu i
oparcie się na szyi Faryale, która dobiegła do amazonki i nastawiła z troską
uszy.
Maleńka, czemu to
zrobiłaś?, spytała szczerze zmartwiona,
wpatrując się w dziewczynę bardzo uważnie.
– Ale… ale czemu to tak? – jęknęła Aithne, przenosząc
zdruzgotany wzrok na idącego do nich Erriana.
Mag przystanął, otwierając szerzej oczy w zdumieniu, kiedy
do niego dotarła niezwykle ważna, ale równie druzgocząca informacja.
Upadła nie miała najmniejszego pojęcia, co też właśnie się
stało i z jakiego dokładnie powodu. Zupełnie jakby pierwszy raz w życiu użyła
magii.
Cador nawet się nie uśmiechnął, nawet już na Erriana nie patrzył;
znów zawiesił zaniepokojone spojrzenie na twarzy Ariene. Wymamrotał tylko pod
nosem „dziękuję” i uniósł głowę, by odszukać spojrzeniem Caleba. Bez
zastanowienia ruszył w stronę myśliwego, zdając się nawet nie zauważać nadal
stojących na placu banitów.
– Pieprzony, zakochany idiota – burknęła pod nosem Anabde,
widząc ten dobijający pokaz bezmyślności i utraty trzeźwości umysłu.
A podobno taki rozsądny obrońca!
Westchnęła ciężko i przymrużyła oczy, które zalśniły jasno;
w następnej chwili w górę wzniosły się korzenie, tworząc Cadorowi bezpieczne
przejście i odgradzając od banitów. Gdy tylko mężczyzna bezpiecznie dotarł do
myśliwego, korzenie bez życia opadły na ziemię, zaś Anabde zachwiała się nieco,
aż musiała wesprzeć się na drzewie.
Prawdę powiedziawszy, gdyby ktokolwiek miał w tamtej chwili
zaatakować, Cador zrobiłby wszystko, by tylko Ariene była bezpieczna. Mógłby
odeprzeć atak miecza, cholera, czołem. Miło jednak ze strony Anabde, że
postanowiła zainterweniować, to było zdecydowane ułatwienie. Może nawet by jej
podziękował, gdyby nie miał teraz poważnego zmartwienia na głowie.
Gdy spojrzał Calebowi w oczy, na krótką chwilę w jego
własnych błysnęło czyste przerażenie. Zaraz odwrócił wzrok, by rozejrzeć się po
okolicy.
– Trzeba ją gdzieś położyć. W bezpiecznym miejscu –
powiedział, zdając sobie sprawę z tego, że w tej chwili jest zbyt zdenerwowany,
by jego umysł był zdatny do użytku.
Caleb nic nie powiedział, pociągnął Cadora w stronę
budynku, z którego przed chwilą sam zeskoczył, a potem ustawił się tak, by
obrońca był odgrodzony od atakujących. Póki nie położy gdzieś Ariene i się nie
uspokoi, marne szanse, że ktokolwiek przedrze się przez tę stanowczą obronę
Caleba.
Trzech banitów już padło od ręki, ledwie minęły dwie
sekundy.
W tym czasie Errian, trochę zdając się na nadal walczącego
Sheridana, poniekąd na Anabde, a wreszcie – na Aidana czy Leanelle, chociaż ten
pierwszy był ranny – postanowił doprowadzić do porządku oszołomioną, przerażoną
Aithne. Faryale bez protestu wycofała się, kiedy mag złapał upadłą za ramiona i
delikatnie nią potrząsnął.
– Ai, spójrz na mnie – poprosił, ignorując toczącą się za
plecami walkę; jeśli zdoła ogarnąć Przeklętą, najpewniej bardzo szybko pozbędą
się banitów. – Zrobiłaś źle, ale porozmawiamy o tym za chwilę. Teraz wróć do
walki, dobrze? – mruknął, uśmiechając się do niej krótko, żeby nie myślała, że
jest na nią zły.
Powoli skinęła głową, nie odrywając zdesperowanego
spojrzenia od jego oczu.
I w następnej sekundzie Ashar’carre pokrył się czarną mgłą,
a Aithne skoczyła do walki tak, jak przed chwilą, bezbłędnie powalając
przeciwników. Errian odetchnął, zerknął na Faryale, poczuwszy na sobie czujne
spojrzenie, po czym bez przeszkód sięgnął do magii, by zwalić z nóg kilku
banitów podmuchem. Aidan usłużnie mężczyzn dobił, zaciskając zęby i udając, że
powiększająca się szkarłatna plama to nic takiego na wysokości jego brzucha.
Cador, nadal podtrzymując Ariene, ściągnął kurtkę i rzucił
ją niedbale na ziemię, by dopiero na niej ostrożnie położyć wiedźmę. Czule
odgarnął jej włosy z twarzy i przytulił dłoń do policzka, jeszcze chwilę
poświęcając na zwykłe zamartwianie się.
Później zacisnął usta, odetchnął głęboko dla uspokojenia i
zabrał się do roboty. Położył rękę na czole Ariene i ocenił temperaturę ciała,
potem zmierzył puls, policzył oddechy. Trochę uspokojony wynikami badań
ściągnął przez głowę grubą bluzę, zostając tylko w podkoszulku; materiałem
przykrył kobietę, by nie zmarzła.
– Kochanie, obudź się – szepnął zbolałym głosem, znów
zawieszając spojrzenie na jej twarzy.
Martwił się, jasna cholera, nigdy się tak nie bał, jak
teraz.
Anabde odetchnęła głęboko, oceniając pole walki badawczym
spojrzeniem. Wyglądało na to, że zbliżają się do końca; przy życiu pozostało
jeszcze około piętnastu banitów, ale biorąc pod uwagę skuteczność Sheridana,
Caleba, Aithne, Meary, a nawet Leanelle czy rannych Aidana oraz ojca Meary,
powinno pójść błyskawicznie. Nekromantka z czystym sumieniem wycofała zaklęcia
i oparła się o drzewo, starając się wyrównać oddech.
Jasna cholera, dlaczego musiała zasłabnąć akurat teraz.
Przymknęła powieki i oparła czoło o korę; potrzebowała jeszcze około dwóch
minut, miała nadzieję, że pozostali będą zbyt zajęci walką, by zauważyć jej
niedyspozycję.
Choć Meara wyraźnie widziała, że mają przewagę, a starcie
za niedługo się zakończy – co więcej, ona i jej ojciec zdobędą upragnioną
zemstę – nie poczuła ulgi ani na moment.
Podczas walki bez przerwy zerkała w stronę rannego ojca,
choć raz czy dwa z powodu dekoncentracji zajrzała w oczy śmierci. Teraz
obróciła się zgrabnie, aczkolwiek mało poprawnie technicznie, i cięła w stronę
przeciwnika, obalając go na ziemię. W tym samym czasie, jak zdążyła zauważyć,
jej ociec ściągnął z siodła banitę.
Mężczyzna przyparł przeciwnika do ściany budynku,
podsuwając mu ostrze do gardła. Rana na klatce piersiowej nawet już nie bolała;
adrenalina wzięła górę, teraz czuł się nie do powstrzymania. Musiał pomścić
żonę, córkę, swoje dawne, szczęśliwe życie, wszystkich mieszkańców wioski. Był
im to winny.
A przed sobą miał przywódcę bandy. Dobrze o tym wiedział;
po obu tragediach, tak własnej, jak całej wsi, zebrał informacje o zbójnikach,
którzy byli temu winni. Szukał ich, ścigał, teraz miał to wykorzystać.
– Za to, co uczyniłeś, należy ci się bolesna, wielogodzinna
śmierć – syknął banicie w twarz, drżąc z nerwów.
Przeciwnik uniósł na niego rozbawione spojrzenie,
przechylając głowę.
– A co takiego uczyniłem? Tyle tego było, że nie wiem, za
co chcesz mnie ukarać – odpowiedział spokojnie, szczerząc w uśmiechu
niekompletne zęby.
Ojciec Meary zawarczał gardłowo, jeszcze mocniej napierając
na banitę.
– Zgwałciłeś moją żonę, zgwałciłeś moją córkę, obie
zabiłeś, a potem spaliłeś mój dom – wysyczał wściekle, patrząc mężczyźnie
prosto w oczy.
Oddychał szybko i płytko, krew ściekała mu z rany, ciało
drżało z wysiłku i z nerwów. Ale jego spojrzenie było szalone.
W tej samej chwili banita poruszył się, nie zważając na
żelazny uścisk, jakim raczył go ojciec Meary.
– Och, przypominam sobie – przyznał, kokosząc się na swoim
miejscu i przenosząc ciężar ciała na ramię, jakby chciał trochę się podnieść.
Ojciec Meary zmarszczył zaniepokojony czoło, ale nie
ustępował.
– Całkiem ładne były. A jak krzyczały. – Tutaj banita
uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Tak strasznie krzyczały. Zapewniały mnie, że zdążysz
je uratować.
– ZAMILCZ! – wrzasnął mężczyzna, przyciskając ostrze mocno
do jego gardła.
Z płytkiej rany ściekło kilka kropel krwi.
– Zamilcz, skurwielu, nie wolno ci tak o nich mówić – dodał
bardziej rozgorączkowany.
Meara znów spojrzała w stronę ojca; zastanowiło ją,
dlaczego tata zwlekał z zabójstwem. Drgnęła, sparowała cios przeciwnika i
przebiła mu bok mieczem, by znów móc zapatrzyć się w rozgrywającą się pod
budynkiem nieopodal scenkę.
– Twoja kochana córeczka była jeszcze dziewicą, kiedy ją
brałem. Później miał ją każdy mój banita – kontynuował przywódca, nie zwracając
uwagi na krzyki przeciwnika. – Twoja żona tak bardzo płakała, kiedy ją rżnąłem.
Jednak najpiękniejszy był wrzask tej dziewczyny, gdy zabijałem jej matkę.
Trupem też chłopcy nie pogardzili, przynajmniej dopóki nie zaczął się
rozlatywać.
– TY SKURWIELU! – załkał ojciec Meary, napierając na
ostrze.
Nim wbiło się ono w gardło przywódcy, ten dobył własnego
miecza. Tata Meary wciągnął gwałtownie powietrze i wpatrzył się bez zrozumienia
we wbitą w jego serce klingę. Wrzasnął, gdy ostatkiem sił banita przekręcił ją
o dziewięćdziesiąt stopni.
– OJCZE!
Aidan kopnął jednego z atakujących mężczyzn w krocze i
czubem miecza zdołał poderżnąć mu gardło, choć kosztowało go to niezwykle dużo
siły. Wzrokiem odszukał Mearę, potem natomiast jej ojca, zorientowawszy się, że
coś się dzieje.
Najpierw po jego plecach przebiegł dreszcz, potem odruchowo
ruszył, starając się pozbywać się wrogów z drogi w miarę szybko.
Niestety nerwy za bardzo zdekoncentrowały. Zatrzymał go
silny cios pięścią w brzuch, prosto w ranę, z jego gardła wyrwał się bolesny
jęk. Nie zamierzał jednak się poddawać, splunął krwią i spróbował odeprzeć
atak; kolejne uderzenie cisnęło nim na ziemię, potem banita zamachnął się
mieczem, zamierzając irytującego chłopaka dobić.
– Młody! – warknął Caleb, nakładając strzałę na cięciwę i
odszukując błyskawicznie wzrokiem wroga, którego należało powalić.
W ostatniej chwili zablokował palce, tym samym
powstrzymując się od wystrzelenia. Między ostrze a Aidana wślizgnął się jeszcze
jeden miecz, od zetknięcia z czarną klingą broń banity rozleciała się na
kawałki. Aithne bez najmniejszego trudu zabiła mężczyznę, by potem spojrzeć z
góry na leżącego za nią chłopaka.
– Na co pchasz się w walkę z takimi ranami? – syknęła
wściekła, mrużąc oczy. – Narażasz tylko wszystkich wokół – poinformowała
bezlitośnie, zaraz się odwracając i ruszając z powrotem na wrogów.
Aidan z trudem złapał powietrze, przyciskając rękę do
krwawiącej rany. Prawdę mówiąc, przez chwilę myślał, że Aithne go za karę
dobije.
Tymczasem Caleb zerknął krótko na Cadora, uznał, że obrońca
w razie czego sobie poradzi, i skoczył biegiem do ucznia przyjaciela, by jak
najszybciej zabrać go z pola walki.
Jeszcze chwila, a z tego głupiego dzieciaka zostanie tylko
mokra plama.
Meara otworzyła szeroko oczy i zadrżała gwałtownie, by w
następnej chwili ruszyć do ojca biegiem, potykając się po drodze o zwłoki
jednego z banitów. Nie zwróciła na to uwagi, poślizgnęła się na kałuży krwi i
pognała dalej.
Gdy dopadła umierającego mężczyzny, z jej ust wyrwał się
głośny szloch. Wyciągnęła do niego drżącą rękę, potem opadła przy nim na kolana
i oparła jego głowę na nogach, głaszcząc machinalnie po włosach.
– Tato, nie umieraj, tato, proszę, oni ci pomogą, tato, wytrzymaj
chociaż trochę – szeptała w przerażeniu.
Ojciec uśmiechnął się lekko i wyciągnął rękę z wyraźnym
wysiłkiem, by dotknąć policzka córki.
– Kochanie. Nie pomogą mi – wyszeptał powoli i urwał, by
złapać oddech.
– Pomogą ci, tato, proszę, przecież widziałeś, oni mają
magię, dadzą radę, tylko wytrzymaj, tato, proszę, nie zostawiaj mnie –
odpowiedziała, zaczynając się kiwać w przód i w tył.
Zacisnęła mocno wargi, czując na nich słony smak własnych
łez.
– Ćśśś, Meara, cichutko – poprosił, a gdy zamilkła,
wpatrując się w niego dużymi, niebieskimi oczami, zdobył się na dłuższą
wypowiedź: – Kochanie, to jest już koniec. Nie da się mnie uratować.
Ale... ale zemściłem się. Umieram spokojny – zapewnił ją, odetchnął parę razy
głęboko i dopiero kontynuował: – Ci ludzie... Oni są dobrzy, Meara. Zostań z
nimi. Wyjedź stąd, zacznij poznawać świat, korzystaj z życia. Proszę. To moja
ostatnia wola – spokojnie zakończył, ale zaraz syknął z bólu, zamykając
oczy.
– Tato... – szepnęła dziewczyna, wpatrując się w niego przerażona,
pokonana, smutna i niezdolna do pogodzenia się z losem.
Nie mogła go poprosić, by został, skoro chciał pogodzić się
ze śmiercią.
– Kocham cię, Meara – wydobył z siebie ostatnim
wysiłkiem.
A potem już się nie ruszył.
– Ja też cię kocham, tato – odpowiedziała, chociaż
prawdopodobnie już tego nie usłyszał.
Zacisnęła palce na lepkim od krwi materiale kamizelki ojca,
a w następnej chwili odchyliła głowę i wydała z siebie bolesny, pełen
najgorszych uczuć krzyk. Krzyk, od którego się drżało, krzyk wręcz zwierzęcy,
krzyk, którego mogła się wystraszyć sama śmierć.
Później oparła głowę o klatkę piersiową ojca i tak została,
drżąc, łkając i nie mogąc złapać oddechu.
Znowu przerwałam w połowie, bo mam dzień wychwytywania anomalii. Właściwie mam go od wczoraj, bo przeczytałam fanfik Obliviona, w którym broń z kije ewoluowała do brzeszczota, a potem do pałki jak pokemony.
OdpowiedzUsuń– Idę górą! – zakomunikowała, kopniakiem otwierając okiennice z trzaskiem, zaraz jednak przyhamowała, by uchwycić spojrzeniem Cadora.
Okiennice z trzaskiem brzmią, jakby ten trzask był elementem okiennic xD Z trzaskiem otwierając okiennice kopniakiem?
Wymienił z wiedźmą tylko jedno spojrzenie, potem kobieta spięła klacz w bokach i rzuciła do szarży na zdumionych, rozglądających się dokoła w złości banitów.
– Kurwa – jęknął Aidan, próbując rozeznać się w sytuacji.
Dopiero po ułamku sekundy dostrzegł rzucających się do nich banitów.".
Otworzył szerzej oczy, powstrzymując odruch przywołania czaru, i zapatrzył się w ostrze nieruchomy. - ostrze, nieruchomy.
Albo "i nieruchomy zapatrzył się w ostrze"
Ja mam jakąś składniową obsesję ostatnio O.o
Powtórzenie wychwyciłam i zapomniałam poprawić *facepalm* Brawa dla tej pani xD
UsuńNie, przecinka tam nie wsadzę, dla mnie by to była zbrodnia jak oddzielanie podmiotu przecinkiem xD Prędzej zamienię miejscami.
A z tym trzaskiem to strasznie pokombinowałaś xD Skupmy się na tym, do czego trzask się odnosi - rzeczywiście, to była moja dawna maniera, żeby źle wstawiać dookreślenia, najwyraźniej straciłam czujność xD
"Jednak najpiękniejszy był wrzask tej dziewczyny, jak zabijałem jej matkę." - nie "jak" a "kiedy".
Usuń"Jak" sugeruje nam "w jaki sposób", "kiedy" to "podczas gdy/w tym momencie".
To tylko banita, nie musi się dobrze wysławiać...! xDD Poprawiam, poprawiam.
UsuńMonika w takich chwilach rzecze: "To nie ja, to ten Niemiec co uciekł!". Nie, żeby to miało jakikolwiek związek... XD
UsuńA oprócz tego... Aidan będzie z Mearą? XD
I w ogóle, on i Lea się na coś przydali, święto lasu. Cador dla odmiany był tutaj wielce męczydupny, a Aithne... to Aithne xD Czaruje i nie za bardzo wie o co w tym chodzi, nie zna magii Ariene, czy nie wiedziała nic o barierze? Przyznam się, że przez cały poprzedni rozdział byłam rozkojarzona (chora) i nie za bardzo wiem teraz o co chodzi x.x
I wróć, cotosom dookreślenia? XD
Nie wiem, jak sobie tak zechcą, to będom xD
UsuńWiedziała, wie, że Ariene to wiedźma i że jest człowiekiem. Aithne nie wie czegoś innego. Nie wie, jak magia działa, co zresztą odgadł Errian po jej minie "what the fuck just happened" xD
To jest coś, bez czego zdanie będzie żyło, ale podaje więcej szczegółów szczegółu xD
No i proszę. Aidan potrafił się wykazać jakąś przydatnością, więc chyba coż z tego dzieciaka będzie, ale musi zacząć myśleć, hah!
OdpowiedzUsuńZa to Cador mi podpadł. Ja wiem, że zakochany i w ogóle, ale świata poza Ari nie widzi i ma na wszystko wyjebane podczas tej potyczki. No bez kitu xD
Może lepiej, żeby nie myślał. Lepiej, żeby sobie ubzdurał, że musi kogoś bronić, to dobrze na niego działa xD
UsuńOch, prawie mu zabiło ukochaną, trochę wyrozumiałości! xD Gdyby nie Errian, Ariene nasza kochana by zginęła jak nic xD
No w sumie... takie wmówienie sobie dobrze mu wyszło, ale... no niech myśli przy tym, jak jest poważnie ranny! Aczkolwiek to ciekawa opcja odwagi, chociaż lekkomyślna xD
OdpowiedzUsuńCzasem mi jej brakuje, haha xD Ano... bo oczywiście Ai, coś musiała odstawić. Kochane rude rozczochrane xD
Na myślenie może kiedyś przyjdzie czas xDD Jak dla mnie, póki otoczony jest tyloma fajnymi osobami, to jakoś pociągnie w ten sposób xD
UsuńAi <3 Nie wiadomo, jak ta dziewucha nie dokonała autodestrukcji, ale jakoś jej się udało xDD
Gorzej, jak tych osób zabraknie, albo w końcu coś się stanie, kiedy będą go ratować, bo nie pomysli, hihih :D
UsuńOna jest... po prostu zdolna, no xD
... Nie bądź podła, bo wykraczesz :3
Usuń