Leanelle z
niespodziewanym opanowaniem wycelowała w ostatniego z wrogów i wypuściła
strzałę, która obaliła i tak zamierzającego uciec mężczyznę. Dopiero potem
opuściła łuk i obróciła głowę w stronę dzikiej dziewczyny i jej ojca; coś
zgasło w fiołkowych oczach.
– Meara... – szepnęła.
– Meara... – szepnęła.
Ruszyła w jej
stronę, choć sama nie wiedziała po co; chciała jakoś wesprzeć dziewczynę,
pomimo tego, że jej nie znała. Kątem oka zerknęła jeszcze ku Calebowi i
Aidanowi; upewniwszy się, że do niczego się im nie przyda, stanęła metr od
Meary i zawiesiła na jej sylwetce bezradne spojrzenie.
Anabde zdążyła
już odzyskać siły; odsunęła się od drzewa i powoli, by nie sprowokować
kolejnych zawrotów głowy, obróciła się w stronę Meary. Zastawszy widok taki
jakim był, zagryzła wargę, czując dla dziewczyny szczere współczucie. Odczekała
jeszcze chwilę, nim podążyła w jej stronę.
Pierwsza
jednak dotarła tam… Faryale. Przeszła przez pole walki spokojnym stępem, jej
jasna, niemalże idealnie biała sierść kontrastowała z krwawym błotem i rozsianymi
wokół trupami banitów. Szła równo, niezbyt szybko, ale nadal energicznie, ze
wzrokiem ciemnych oczu utkwionym w Mearze i martwym mężczyźnie. I choć wszyscy
po skończonej walce zastygli, poświęcając kilka sekund na połączenie się z
dziewczyną w bólu, to w ślepiach Faryale było coś jeszcze. Już nawet nie
ludzkiego – to przekraczało pojmowanie dostępne dla zwykłego człowieka czy
nawet Przeklętego.
Zatrzymała się
nad Mearą, pochylając łeb. Na krótki moment dotknęła pyskiem jej zalanego łzami
policzka, potem przesunęła chrapami po piersi mężczyzny, by ostatecznie dotknąć
delikatnie jego czoła. Zwrócone ku niemu uszy na chwilę drgnęły, obracając się
do Aithne, która upuściła Ashar’carrego, wpatrując się w Mearę z dziwnym
przerażeniem.
Wybacz, że
wciąż jestem tak słaba. Niech twa dusza odnajdzie drogę. Powiedz to, maleńka.
Proszę, szepnęła klacz.
Upadła jeszcze
chwilę stała nieruchomo, po czym objęła się drżącymi ramionami, odwracając
wzrok. Nie sądziła, że ten widok tak nią wstrząśnie; wydało się jej, że znowu
czuje swąd palonych ciał, słyszy trzask płonącego drewna i swój własny,
rozpaczliwy wrzask. Nie potrafiła się do tego przyznać, ale zbyt boleśnie
dziewczynę rozumiała.
– Faryale
prosi o wybaczenie. Za swoją słabość – szepnęła, nie mając pojęcia, dlaczego to
mówi, jednak tylko ona mogła przekazać słowa dalej, jakkolwiek bezsensowne
były. – Niech twa dusza odnajdzie drogę, tak powiedziała. Panie… panie tato –
dodała bezradnie na koniec.
Caleb pomógł
wstać Aidanowi, przytrzymując go z wyczuciem, potem przesunął spojrzeniem po
zebranych. Niektórzy ruszyli do Meary, inni chcieli, ale zostali przez pewnego
myśliwego przytrzymani, kolejni tylko patrzyli.
– Znowu –
syknął przez zęby Aidan, odwracając wzrok.
Caleb nie
odpowiedział, przypatrując się dziewczynie ze współczuciem. Na wszelki wypadek
mocniej chwycił obejmowanego chłopaka, trochę jakby próbował go uspokoić; cały
drżał, prawdopodobnie nie z powodu bólu.
Errian
podszedł do Meary w tej samej chwili, co Anabde. Spojrzał na nekromantkę trochę
zmieszany, nie do końca wiedząc, co powinien zrobić, ale wreszcie przeniósł
wzrok na dziewczynę. Ostatecznie westchnął, wyciągając do niej dłoń.
– Meara –
mruknął miękko. – Miał swoje ulubione miejsce? – spytał cicho, przypatrując się
nieszczęsnej dziwnie łagodnym wzrokiem.
Nie potrafiła
zareagować nerwowo na pojawienie się klaczy, zwłaszcza, gdy zajrzała w jej
mądre oczy. Zamarła, patrząc na Faryale bez zrozumienia i znowu kołysząc się w
przód i w tył. Kiedy jej uszu doszły słowa Aithne, obróciła głowę w jej stronę
i wlepiła w nią puste spojrzenie, spojrzenie osoby o postradanych zmysłach.
Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale z jej gardła wydobyło się
tylko łkanie. Pochyliła głowę i ukryła twarz w dłoniach, długo nie zwracając
uwagi na nadejście towarzyszy, na pytanie Erriana, na nic.
– Mer... –
szepnęła w tym momencie Leanelle, podchodząc o pół kroku bliżej dziewczyny i
zamierając z ręką wyciągniętą w jej stronę.
Wycofała się
pospiesznie z zamiaru i przycisnęła dłoń do piersi, nie mogąc zdobyć się na
dotknięcie dziewczyny, nawet w takiej chwili.
Hessan
wylądował na ziemi koło Meary i ostrożnie położył łebek na jej udzie, wpatrując
się w dziewczynę przenikliwymi, bursztynowymi ślepiami. Dziewczyna spojrzała na
niego i niespodziewanie zaśmiała się, trochę wariacko, śmiech zaraz przerodził
się w łkanie.
– Faktycznie
jesteś mały, tak jak mówił tata – szepnęła, przesuwając opuszkami palców po
łbie stworzenia.
Potem uniosła
głowę, by znów spojrzeć na Faryale.
– Tata sam
powiedział, że nikt nic nie mógł zrobić. Powiedział, że... – Głos jej się
urwał, gwałtownie wciągnęła powietrze i pociągnęła nosem, nie wysilając się, by
otrzeć kapiące z brody łzy. – ... że umiera spokojny – dokończyła.
Znów się
pochyliła, jednak teraz widać było, że stara się walczyć ze swoją słabością; po
chwili wyprostowała się, otarła nos rękawem i zerknęła na Erriana, starając się
uśmiechnąć, co zupełnie jej nie wyszło. Chwyciła jego dłoń i podniosła się, by
w następnej chwili, zupełnie niespodziewanie, przytulić się do niego jak małe,
przerażone dziecko.
– Miał. To
daleko – powiedziała przez łzy.
Mogłam.
Mogłam. Przez cały ten czas bym mogła…, szepnęła Faryale, opuszczając łeb i
odwracając go, jakby chciała uciec przed spojrzeniami.
Aithne nie
zrozumiała. Wpatrywała się to w przyjaciółkę, to w martwego mężczyznę, to w
Mearę, z trudem oddychając. Wreszcie potrząsnęła głową i skuliła się, nie mogąc
wytrzymać tego przedziwnego, wzmocnionego nastrojem siwej klaczy smutku, który
wdarł się do jej piersi.
Errian
westchnął cicho, przytulając Mearę mocno. Chwilę odczekał, gładząc ją
delikatnie po włosach, żeby choć trochę, nawet minimalnie, się uspokoiła.
Wreszcie, nie odsuwając jej od siebie, powiedział tym samym łagodnym głosem:
– Dla nas nie
istnieje żadne miejsce, które byłoby daleko – stwierdził ciepło, uśmiechając
się do dziewczyny, mimo że nie mogła tego widzieć. – Zajmiemy się rannymi i tam
pójdziemy, dobrze? – dodał.
Caleb siłą
usadził Aidana na ziemi nieco dalej od wcześniejszego pola walki i pomógł mu
pozbyć się koszuli, jednocześnie otwierając swoją skórzaną torbę. Ze spokojem,
nie zwracając uwagi na zaciśnięte charakterystycznie szczęki chłopaka i głęboki
żal do samego siebie w jego oczach, zajął się opatrywaniem rany. Co jakiś czas
tylko zerkał za siebie, na nieprzytomną Ariene, jednak z działaniem wolał
poczekać na Erriana, który z nich wszystkich znał się na magii najlepiej.
Meara pokiwała
głową i odsunęła się od niego, od razu uciekając spojrzeniem do ojca.
Przyjrzała się mu uważnie, zadrżała raz jeszcze, wstrzymując kolejny atak
szlochu i dopiero po chwili dotarło do niej to, czego nauczył ją tata jeszcze
przed morderstwem rodziny.
Żywi są
ważniejsi od martwych.
Wtedy
poderwała gwałtownie głowę i nerwowo odszukała spojrzeniem najpierw Cadora,
który nadal czuwał nad nieprzytomną Ariene, jakby nawet nie zauważył końca
walki; wrażenie zniknęło, gdy mężczyzna wyprostował się i odpowiedział na jej
wzrok, w oczach mając jawne współczucie. Potem zerknęła w stronę Caleba i
Aidana, przypomniała sobie, jak ten drugi chciał ją obronić i sposób, w jaki go
potraktowała; objęła się ramionami i zwiesiła głowę, zagryzając wargę.
– Żywi są
ważniejsi od martwych – powtórzyła mantrę swojego ojca, mantrę, o której on sam
później zapomniał.
Odetchnęła
głęboko, spojrzała raz jeszcze na Erriana, posłała mu mało przekonywujący
uśmiech i ruszyła w stronę Aidana i Caleba.
Leanelle
pogłaskała po łebku smoka, który właśnie przysiadł jej na ramieniu.
– Dobrze się
spisałeś, Hessan – szepnęła, uśmiechając się kącikiem ust.
Errian powiódł
za dziewczyną spojrzeniem, po czym odetchnął cicho, jakby z pewną ulgą. Cóż, w
gruncie rzeczy nigdy nie był dobry w pocieszaniu. Zaczął się tego uczyć dopiero
kiedy poznał Aithne, kiedy sytuacja przyparła go do muru i coś trzeba było
zrobić. Potem po prostu zaczęło wychodzić samo.
Ruszył w
stronę Cadora i Ariene, nim jednak dotarł na miejsce, zerknął przelotnie na
upadłą. Widząc, jak źle się czuje, nagle pomyślał, że natychmiast musi do niej
iść. Rozsądek jednak wygrał z sercem; Errian przystanął tylko na chwilę,
wpatrując się w dziewczynę.
– Ai – odezwał
się miękko, odczekując, aż uniesie wzrok.
Spojrzała mu
spłoszona w oczy, łapiąc jeszcze jeden nieregularny oddech. Powoli rozluźniła
mięśnie, wypuściła wstrzymywane w płucach powietrze i rozejrzała się dokoła,
starając się ocenić sytuację. Ponieważ nic nie mogła zrobić, tylko podniosła
Ashar’carrego i przytuliła go mocno do piersi.
W tym czasie
Errian ukląkł przy Ariene i odgarnął jej włosy z czoła, ostatecznie kładąc na
nim dłoń. Westchnął, zastanowił się, analizując kilka faktów, aż wreszcie
sięgnął po magię, by pomóc organizmowi w oczyszczaniu się z nadmiaru wrogiej
energii.
Caleb spojrzał
krótko na Mearę, jednak bardziej skupił się na Aidanie, który znalazł się pod
jego opieką. Na swoje szczęście, prawdę mówiąc, gdyby dorwała się do niego
podła wiedźma, dzieciak pewnie straciłby wiarę w lepsze jutro. Szkoda takich
optymistów.
– Głowa do
góry. Zrobiłeś wszystko, co mogłeś – mruknął cicho dość obojętnym głosem, z
precyzją przemywając ranę, by ją odkazić.
Aidan syknął,
kiedy zapiekło, a widząc wąską strużkę siwego dymu unoszącą się z jego ciała,
pobladł.
– Czym ty mnie
traktujesz? – wydusił zaniepokojony.
– Wszystko
jest na bazie ziół – wyjaśnił jakże precyzyjnie Caleb, zabierając się do bandażowania.
– Jasne –
wymamrotał cicho Aidan, odwracając wzrok.
Meara
zatrzymała się nad nimi i zawahała, nie spuszczając spojrzenia z Aidana.
Niesiona niepokojem, a także ponaglana przez nagle zaangażowanego w sprawę
Hessana, który dziabnął ją bezceremonialnie w ramię, Leanelle ruszyła śladem
dziewczyny. Powiodła spojrzeniem po towarzyszach i wreszcie zdecydowała się
kucnąć; Hessan zeskoczył z jej ręki i zatrzymał się u stóp Meary, która właśnie
powoli siadała na ziemi.
– Może się na
coś przydam – mruknęła Leanelle mało optymistycznie, skupiając spojrzenie na
zabiegach, jakie właśnie przeprowadzał Caleb.
Meara uklękła,
odetchnęła głęboko i dopiero po chwili zdecydowała się unieść głowę, by
spojrzeć Aidanowi w oczy. Miała bladą twarz, umazaną krwią ojca na policzku, i
przerażone, załzawione oczy; jej wargi drżały, jakby w każdej sekundzie
powstrzymywała się od płaczu. Była jednak silna.
– Dziękuję –
szepnęła niespodziewanie, na dodatek tak cicho, że można było to wziąć za
przesłyszenie. – Chroniłeś nas – dodała dla wyjaśnienia, nie odwracając
spojrzenia.
Cador zawiesił
na Errianie niezbyt nachalne, ale wyczekujące spojrzenie, od czasu do czasu
zerkając na twarz Ariene w poszukiwaniu oznak poprawy. Bał się odezwać, by nie
zdekoncentrować maga przy pracy, nie był jednak w stanie zostawić go w spokoju
i się odsunąć. Musiał trwać przy Ariene.
Caleb nie
spojrzał nawet na Leanelle, ale kącik jego ust jakby się lekko uniósł.
Przytrzymując bandaż jedną ręką, drugą wyciągnął w stronę dziewczyny.
– Podaj mi
jeszcze jeden opatrunek – poprosił spokojnie. – Powinien być w głównej
przegródce, a jeśli nie, to i tak chyba rzuci ci się w oczy – dodał dla
wyjaśnienia, z całkowitym opanowaniem przechodząc do porządku dziennego nad
faktem, iż nikt nie grzebał mu nigdy w torbie, bo nie pozwalał na to.
Aidan,
starając się ignorować Caleba i bolącą ranę, spojrzał na Mearę nieco zdumiony.
Potem na jego twarzy wymalował się smutek, koniec końców chłopak odwrócił
głowę, zagryzając wargę. Jeszcze chwilę zmagał się z nieprzyjemnym rwaniem w
boku oraz przytłaczającymi wyrzutami sumienia.
Ostatecznie
uśmiechnął się blado, nieco gorzko.
– Jak zawsze
nieskutecznie – odparł niezbyt głośno.
Errian odsunął
się trochę od Ariene, przerywając strumień magii. Zmarszczył czoło, przyjrzał
się swojej pacjentce podejrzliwie, po czym niepewnie poklepał ją po policzku,
by pomóc jej wrócić do żywych.
– Hej, ożyj –
mruknął, mając nadzieję, że to zadziała.
Ariene
drgnęła, zmarszczyła czoło, skrzywiła się, a na końcu jęknęła cicho. Errian
przytrzymał ją za ramię, kiedy poruszyła się trochę zbyt gwałtownie.
– Powoli.
Przeszedł przez ciebie dziewiąty poziom, nie wymagaj od siebie za dużo – dodał
z lekkim rozbawieniem, domyślając się, że wiedźma już rozpaczliwie zastanawia
się, czy powinna zacząć mordować, by się bronić.
– Co… –
zaczęła słabo, powoli uchylając powieki, ale zaraz syknęła i porzuciła
wyzwanie, poddając się. – Kurwa.
– Już po
wszystkim – zapewnił ją Errian, po krótkim zastanowieniu trochę się odsuwając.
– Twój głos lepiej ją uspokoi – uznał, pamiętając, że w kwestiach odpoczywania
Ariene nie słuchała właściwie nikogo.
Spojrzał
przelotnie na Cadora, po czym podniósł się i rozejrzał po zebranych. Uchwycił
wzrok Sheridana, chwilę na niego odpowiadał, aż wreszcie uśmiechnął się lekko i
skinął głową między budynki. Łowca przytaknął i ruszył, mijając Anabde, położył
jej dłoń na ramieniu i dopiero wtedy skierował się w jedną z ulic. Errian
podążył w tę samą stronę i, podobnie jak Przeklęty, na moment przystanął. Tyle
że przy Aithne.
– Pójdziemy po
konie. Poczekaj na mnie – mruknął cicho, uśmiechając się do niej łagodnie.
Pokiwała
głową, próbując udawać, że czuje się dobrze i wcale cała sytuacja nią nie
wstrząsnęła. Errian westchnął ciężko i dołączył do Sheridana.
Leanelle
otworzyła szerzej oczy, chwilę patrząc na Caleba z pewnym zwątpieniem. Potem
jednak uśmiechnęła się i usłużnie sięgnęła do torby myśliwego. Okazało się, że
wbrew legendom nie jest to magiczna torba bez dna – dno, a i owszem, istniało,
przywalone niezliczoną ilością przedmiotów różnego użytku. Dziewczyna uniosła z
powątpiewaniem brew, jednak dość szybko odnalazła opatrunek; chwyciła go za
jeden koniec, ostrożnie zamknęła torbę i znów obróciła się do Caleba, by podać
mu znalezisko.
– Hej –
mruknęła Meara, niezadowolona z faktu, że odwrócił wzrok.
Nieskrępowana
niczym ujęła jego brodę i obróciła mu głowę twarzą w jej stronę, jeszcze chwilę
nie cofając ręki.
– Ja żyję –
powiedziała i dopiero opuściła dłoń.
Wlepiła w
Aidana wyczekujące spojrzenie, jakby miała nadzieję za jego pomocą wbić
chłopakowi przedstawiony fakt do głowy.
No jasne,
przypilnować, żeby Ariene wypoczęła. Oczywiście, bułka z masłem.
Mimo
niełatwego zadania, nie potrafił nie uśmiechnąć się z wyraźną ulgą. Delikatnie,
jakby kobieta była stworzona z porcelany, pogłaskał ją po głowie, nie odrywając
spojrzenia od jej twarzy.
– Ariene –
powiedział cichutko, zastanawiając się przy okazji, jakich uspokajających słów
użyć, by się na niego nie wkurzyła i nie zdecydowała się w tej właśnie chwili
wykonać gwałtownego ruchu.
Wreszcie
zdecydował się milczeć, nie przerywając jednak głaskania jej po włosach.
Anabde
rozejrzała się po polu bitwy przymrużonymi oczyma, w których na moment pojawił
się charakterystyczny blask. Wyczuwszy, że jednego ciała dusza jeszcze nie opuściła,
podeszła do umierającego banity, by udzielić mu łaski. Schyliła się po leżący u
jego boku miecz, przyjrzała się uważnie jego twarzy, a gdy skinął głową,
domyślając się jej intencji, wbiła ostrze w jego serce. Szybka śmierć była
lepsza od długiego konania w bólu.
Przyjrzała się
powstałym grupkom i zdecydowała, że żadnej z nich nie jest aktualnie potrzebna.
Skupiła więc swój wzrok na Aithne; podeszła do niej i przyjrzała jej się
czujnie, pochylając nieco ramiona. Uśmiechnęła się do niej lekko i czekała, aż
upadła zwróci na nią uwagę, nie do końca wiedząc, jakiego rodzaju wsparcia jej
udzielić.
Dziewczyna
wreszcie spojrzała na nekromantkę, przyglądając się jej przez chwilę jakby
trochę niepewnie, nieco zbyt uważnie. Spróbowała odwzajemnić uśmiech, koniec
końców jednak znów odwróciła wzrok, zawieszając go bardziej z boku. W ten
sposób widziała stojącą przy jednym z budynków Faryale, dziwnie cichą oraz
nieobecną. Nie miała pojęcia, o co klaczy chodziło, ale bała się pytać. Może
lepiej milczeć.
Tymczasem
Caleb sprawnie skończył bandażować ranę Aidana, zerknął na wyraźnie zmieszanego
chłopaka i uznał, że dzieciak czuje się raczej dobrze, dlatego odsunął się od
chwilowego pacjenta i zapakował z powrotem wyjęte rzeczy do torby. Nim
skończył, skinął głową, ale nie uniósł spojrzenia.
– Dziękuję –
zwrócił się do Leanelle, kończąc sprzątanie po tym prowizorycznym i bardzo
skromnym szpitalu polowym.
Aidan
natomiast bardzo szybko odwrócił wzrok od Meary, chociaż nie obracał już głowy.
Ot, pewnie i tak by mu ją znowu obróciła, więc bez sensu. W odpowiedzi tylko
przytaknął w milczeniu i niepewnie sprawdził opatrunek, sięgając po swoją
zdewastowaną koszulę. No cóż, trudno.
Ariene chwilę
grzecznie leżała na ziemi, oddychając powoli i wyraźnie rozeznając się w okolicy.
Wreszcie znowu spróbowała się podnieść, ale ponieważ próba zakończyła się
niepowodzeniem, ponownie położyła się posłusznie, dając sobie jeszcze trochę
czasu.
– Co z resztą?
– spytała napiętym głosem, zmuszając się przynajmniej do otworzenia oczu; nie było
to przyjemne przez donośne łupanie w czaszce, ale jakoś sobie poradziła.
Pierwszą
odpowiedzią Cadora było westchnienie. Zatoczył spojrzeniem po rozproszonych po
placu boju towarzyszach, cały czas przeczesując palcami włosy Ariene. Robił to
machinalnie, w poczuciu, że czynność uspokoi go i pozwoli mu opanować
nerwy.
– Aidana
trochę pokiereszowali, ale Caleb już się nim zajął – zaczął wypranym z emocji
głosem, nadal nie patrząc na wiedźmę.
Nie chciał
dalej mówić. Wreszcie pokręcił głową i wrócił spojrzeniem do ukochanej,
marszcząc czoło. Otworzył już usta i zawahał się, za co od razu upomniał się w
myślach.
– Ojciec Meary
zginął – wyrzucił z siebie, jego dłoń zamarła, jednak już po chwili Cador
przesunął opuszkami palców po policzku wiedźmy.
Straty w
ludziach zawsze były nieprzyjemne, nawet, gdy człowieka ledwie się znało. W
chwilach zagrożenia ludzi łączy silna więź.
Cador znowu
westchnął, przypatrując się Ariene uważnie. Starzał się, to stąd te nerwy. No
i... Jakby jej się coś stało, coś poważnego – nawet nie chciał o tym myśleć.
Była tu, żyła, nic już jej nie grozi.
Meara
tymczasem zniknęła. Nikt jej nie zatrzymywał, gdy ruszyła w sobie znaną stronę;
ktoś się ruszył, został jednak powstrzymany przez Anabde wymownym gestem dłoni.
Nekromantka przymrużyła szare oczy, odprowadzając dziką dziewczynę spojrzeniem
i zastanawiając się, co dalej.
Sheridan i
Errian zdążyli wrócić z końmi, nim Meara znów pokazała się na horyzoncie.
Obładowana miską wypełnioną wodą, ściereczką i czystymi ubraniami, od razu
skierowała się do ciała swojego ojca. Nie zwróciła najmniejszej uwagi na
obecnych; zabrała się za ostrożne zmywanie śladów krwi i przebieranie taty, by
przygotować go do pogrzebu. Robiła to w ciszy i spokoju, nie roniąc ani jednej
łzy, jakby wyłączyła swoją świadomość. W jej gestach było mnóstwo delikatności
i czułości, samo patrzenie na nią raniło serce.
Leanelle
zerknęła na Anabde, szukając u niej rozkazów; czy podejść i pomóc Mearze, czy może
lepiej dać jej święty spokój? Nie otrzymała odpowiedzi, odwróciła więc głowę i
zagryzła wargę w zdenerwowaniu, nie potrafiąc odnaleźć się w tej sytuacji.
Bardzo chciała pomóc nowopoznanej dziewczynie, okazać jej wsparcie, ale jak?
Ariene na te
wieści od razu spróbowała wstać, jednak zakręciło się jej w głowie i porzuciła
ten pomysł. Walcząc o równy, spokojny oddech, od czasu do czasu uchylała
powieki i przypatrywała się Cadorowi, mając nadzieję, że zaraz siły wrócą. Nie
zdążyła jednak się ostatecznie pozbierać, kiedy znowu nadszedł Errian.
Kucnął przy
wiedźmie, przyłożył dłoń do jej czoła, potem uniósł jej rękę i puścił
bezwładną, patrząc, jak z powrotem upada. Koniec końców uszczypnął kobietę w
ramię.
– Ej – syknęła
zniecierpliwiona, nie mając pojęcia, co też młodzieniec wyrabia.
– Nie wygląda
na to, żeby uszkodziło ci jakieś układy – stwierdził, nie przejmując się dość
gniewnym spojrzeniem Ariene. – Możesz próbować wstać, nie powinno ci to
zaszkodzić – dodał, uśmiechając się do niej.
– I wywnioskowałeś
to, obmacawszy moją rękę – podsumowała niezadowolona, ale ochoczo usiadła, nie
mogąc już znieść niemocy i leżenia jak ostatnia miernota.
– Posłałem
impuls badawczy przy kontakcie fizycznym, pani naczelna uzdrowicielko grupy.
Przytępiło ci zmysł magiczny? – spytał trochę żartobliwie, trochę rzeczywiście
zmartwiony, jakby to było możliwe.
– Żebym tobie
czegoś zaraz nie przytępiła – zjeżyła się Ariene, bardzo chcąc odsunąć od
siebie Erriana, ale nie miała tyle siły.
– Chyba
wszystko w normie – uznał spokojnie i podniósł się, przenosząc wzrok na Mearę,
potem na zajmującego się Aidanem Caleba.
Myśliwy pomógł
rannemu młodzieńcowi wstać, rozejrzał się po zebranych i, jak większość,
zastygł w oczekiwaniu. Errian, postanawiając Mearze nie przeszkadzać – interwencja
w tak osobiste zajęcie byłaby zwyczajnie nie na miejscu – skierował się do
nadal niepokojąco zgaszonej Aithne. Jeszcze nie zdecydował, czy najpierw ją
uspokoi, czy okrzyczy za to, co zrobiła.
Cador
uśmiechnął się lekko, przypatrując prychającej i ogółem niezadowolonej wiedźmie
z prawdziwym szczęściem. Trochę masochista, tak.
Wiedząc, że
proponowanie jakiejkolwiek pomocy może się zakończyć opierdolem od góry do
dołu, ograniczył się do podniesienia i czekania. Gdy będzie potrzebny, Ariene
sama skorzysta z jego usług i wykorzysta go jako dźwig. Obserwował ją tylko
czujnie, gotów do natychmiastowej interwencji, gdy Ariene zacznie od siebie
wymagać za dużo.
Meara
poradziła sobie sama. Zawsze radziła sobie w życiu sama, to i teraz było jej
łatwiej, gdy zostawili ją w spokoju. Zabrudzone krwią, rozerwane i będące w
opłakanym stanie ubrania po prostu rzuciła pod drzewo. Jeszcze raz przesunęła
wilgotną ściereczką po policzku ojca, uśmiechnęła się dziwnie i wreszcie
odwróciła, by wylać wodę z miski.
Upewniwszy
się, że wszystko jest należycie przygotowane, wstała, wyprostowała się i
spojrzała na resztę grupy wyczekująco. Nie chciała prosić o pomoc, chociaż
teraz już by się przydała. Po prostu będzie jej bardzo miło, jeżeli będą
chcieli w tym uczestniczyć.
Anabde nawet
nie drgnęła, od razu rozumiejąc intencje Meary. Rozejrzała się po okolicy
czujnie, wreszcie natknęła się na wóz, który wyglądał na zdolny do użytku.
Przymrużyła oczy, zmuszając pojazd do ożycia i przejechania kilku metrów;
przekonana, że ten się nadaje, zastanowiła się nad odpowiednim koniem do
pociągnięcia go.
W końcu
zaprzęgli Korala, który jako jedyny nie był oburzony faktem przerobienia go na
konia pociągowego (Lantano, tylko zobaczywszy wóz, zdenerwował się tak bardzo,
że na jego szyi zalśniły krople potu). Leanelle zreflektowała się i na szybko
zebrała nieduży bukiet kwiatów, głównie polnych maków; udekorowany wiązanką wóz
wyglądał wystarczająco godnie, by móc ruszyć z panem Tully w ostatnią podróż.
Meara
poprowadziła ich przez las, i kiedy Anabde już zaczęła wątpić, czy wóz nie
rozpadnie się na trasie, wyszli na niedużą, urokliwą łączkę. Nekromantka
obejrzała się, by upewnić, że Ariene, wspomagana przez Cadora, nadal dzielnie
maszeruje na końcu pochodu (uparła się, choć proponowali jej miejsce na wozie).
Na cichą
prośbę prowadzącego Korala Erriana wierzchowiec zatrzymał się; panowie
ściągnęli z pojazdu wcześniej przygotowane łopaty i zerknęli na dziką
dziewczynę, nadal wyraźnie oszołomioną ich chęcią pomocy.
– Tutaj –
szepnęła wreszcie, wskazując ruchem głowy na ziemię w cieniu starego drzewa
samotnie rosnącego na polanie.
Sama również
wzięła łopatę i nikt nie odważył się zwrócić jej uwagi, że to robota dla
mężczyzn.
Pracowali w
ciszy, pozbywając się kolejnych warstw ziemi. Panie stały z boku, przyglądając
się, konie skubały trawę, Koral natomiast od czasu do czasu prostował się
dumny, bardzo zadowolony z tego, że mógł się przydać.
Sheridan w
pewnym momencie przerwał zajęcie i spojrzał na Erriana przeciągle,
zorientowawszy się, że coś za łatwo im z tą glebą idzie. Młody mag w odpowiedzi
uśmiechnął się do przyjaciela, ani nie zaprzeczając podejrzeniom, ani ich nie
potwierdzając. Łowca pokręcił głową i podjął pracę.
Wreszcie dół
stał się na tyle głęboki, że można było z czystym sumieniem złożyć tam ciało.
Panowie spojrzeli wyczekująco na Mearę, a gdy dziewczyna skinęła lekko głową –
trudno było zrobić coś więcej, chociażby trumnę – Sheridan, ponaglany przez
Erriana, zeskoczył na dno dziury. W końcu był najwyższy, więc jemu najłatwiej
będzie to zrobić.
Wspólnymi
siłami dość ostrożnie złożyli ojca Meary na dnie jego grobu, a łowca bez
większego problemu wydostał się z pułapki, zaraz się odsuwając, żeby zrobić
miejsce obok przyszłego miejsca pochówku. Pozostali panowie także się cofnęli,
bo teraz zostało już tylko zasypanie dołu ziemią.
Meara
zacisnęła palce na łodydze kwiatka, który chwilę wcześniej wyciągnęła z
nieśmiało podsuniętego przez Leanelle bukietu. Zagryzła wargę, myśląc o tym, że
jej ojciec zasłużył na dużo więcej. Na piękny pogrzeb z tysiącem opłakujących
go ludzi, poruszającą muzyką, różnokolorowymi bukietami kwiatów i łzami.
Z drugiej
strony czy chciałby czegoś bardziej widowiskowego? Uniosła lekko głowę,
przyglądając się skupionym i zmartwionym twarzom nowych znajomych, wodząc spojrzeniem
po podświetlonej przez promienie słońca trawie i szumiących liściach drzew,
których linia zaczynała się ledwie kilka kroków dalej. Ptaki ćwierkały
nieśmiało, a buszujący w zieleni zając uniósł łebek, poruszając niespokojnie
wąsami.
Tata zawsze marzył
o takim pogrzebie.
Uśmiechnęła
się lekko i przechyliła głowę, spoglądając na koronę drzewa, pod którym stali.
Jeden z liści wyswobodził się i właśnie opadał tanecznie w jej stronę;
wyciągnęła ramię i pochwyciła go, by zaraz przycisnąć do piersi. To było jak
znak.
– Żegnaj, tato
– szepnęła półgłosem, zagryzając wargi, bo tak łatwiej było powstrzymać płacz.
Odetchnęła
głośno i mimo wszystko uśmiechnęła się ładnie; poluźniła palce dłoni, trzymany
kwiat wleciał do dołu, padając na klatkę piersiową zmarłego, kielichem do
twarzy. Cofnęła się o krok czy dwa i spojrzała na panów, dając im znak
kiwnięciem głowy. Schowała złapany liść do kieszeni koszuli i sięgnęła po
własną łopatę; jako pierwsza rzuciła ziemię, która zaraz zaczęła w miarowym
tempie zasypywać dół.
Nie potrzeba
było słów. Nie chciała, by opowiadali o tym, jak wielkim człowiekiem był.
Ledwie go znali, oddawali mu cześć najlepiej, jak mogli. A ona?
Ona wiedziała.
Ona zawsze będzie pamiętała o ciepłym uśmiechu ojca, jego pomocności,
nieograniczonej wiedzy o roślinach, dobroci serca. Nigdy nie zapomni, że las go
kochał, że lgnęły do niego wszystkie zwierzęta, że to on wszystkiego ją nauczył
i to dzięki niemu mogła uznawać swoje dzieciństwo i młodość za naprawdę
szczęśliwe. Nie było tutaj miejsca na opowieści.
Gdy działała,
łatwiej było jej powstrzymać płacz i trwać w sile, tak, jak zawsze uczył ją
tego ojciec. Z każdym ruchem łopaty przypominała sobie chwile, które zachowa w
sobie na zawsze; przywoływała wspomnienia, by dokładnie je zapamiętać, w najdrobniejszym
szczególe.
Pogrzeb w
ciszy – tak, to było jego.
Gdy zasypali
już dół i ubili ziemię, nagle zrobiła się bezradna. Pochyliła ramiona i
zadrżała, walcząc z łkaniem. Powinna coś zrobić, ale co? Nagrobek, tak,
potrzebny będzie nagrobek. Uniosła głowę i błędnym spojrzeniem rozejrzała się
dookoła, nie wiedząc, za co się chwycić. Napór łez był coraz silniejszy, ale
ona tak bardzo nie chciała płakać, tak straszliwie pragnęła pożegnać tatę w
spokoju. Bolałoby go serce, gdyby wiedział, że ona płacze.
Nawet nie
zauważyła ruchu; zamrugała zaskoczona, gdy ujrzała kucającą na świeżo ubitej
ziemi Leanelle. Dziewczyna położyła bukiet na środku grobu, zaś wokół kwiatów
zaczęła ustawiać kamienny krąg. Najpierw drobne kamyczki, od zewnątrz coraz
większe; nawet nie zerkała na innych, skupiona na pracy. Następna ruszyła się
Anabde; zebrała garść kamieni i przysiadła się do Leanelle, kontynuując jej
dzieło.
Meara
wciągnęła kolejny haust powietrza i uśmiechnęła się niedowierzająco,
przełykając łzy.
Ariene także
dołączyła do pań, jednak była tak słaba, że Aithne się nad nią zlitowała. Z
poczuciem winy i gulą w gardle pomogła wiedźmie kucnąć, zabierając się do
znoszenia znalezionych kamieni, żeby panienka Tenshi nie musiała się za dużo
ruszać. Robiła wszystko dość nerwowo, ale nie nawykła do brania udziału w
takich uroczystościach.
Sheridan
odstał swoje nad grobem – w porównaniu do innych nadzwyczaj krótko – dlatego
zajął się rzeczami bardziej przyziemnymi, jak pakowanie łopat czy próba
wyprzęgnięcia Korala. Potem zorientował się, że ogier może odciągnąć wóz z
polany, więc zaczął przypinać to, co odpiął.
Pozostali
milczeli. W pewnym momencie Caleb sięgnął do swojej torby i wyjął stamtąd
nieduży skórzany mieszek. Wcisnął go Aidanowi w dłoń, dostrzegłszy, że chłopaka
bardzo boli bezradność, że chciałby zrobić coś więcej, by zabić poczucie winy.
Gdy uczeń
Cadora popatrzył na niego bez zrozumienia, uśmiechnął się blado.
– Połóż to tam
– wyjaśnił cicho i klepnął go w ramię, mobilizując, żeby się ruszył z miejsca i
przestał wyglądać na tak przestraszonego.
Aidan podszedł
do pań, poczekał, aż skończą pracę i zrobią mu trochę miejsca, po czym oparł o
kamienie mieszek podarowany przez Caleba. Może kiedyś spyta, co tam właściwie
było, ale skoro pochodziło z torby myśliwego – mogło być wszystkim.
Teraz
wyglądało to... właściwie. Panie odsunęły się, Ariene przy pomocy Cadora,
odsłaniając bardzo skromny, ale w pewien sposób urokliwy grób.
Meara pokiwała
lekko głową, nie przestając się uśmiechać. Otarła oczy wierzchem dłoni, wreszcie
zdecydowanie wygrywając walkę z łzami, po czym przymknęła na chwilę powieki,
jakby popadła w dziwny rodzaj transu.
Dziękowała. W
duchu. Za wszystko. Wystarczyło jej kilka minut, które reszta grupy odstała w
ciszy; gdy znów otworzyła oczy, odwracając się do nich z tym nieustającym
uśmiechem, wyglądała na dużo spokojniejszą.
– Wracajmy już
– stwierdziła normalnie brzmiącym głosem.
Nie czekając
na ich reakcję, sama poprowadziła drużynę w drogę powrotną, oglądając się tylko
raz, przy wejściu do lasu.
Anabde
pomyślała, że Meara to naprawdę silna dziewczyna.
Powoli
zaczynali szykować się do dalszej drogi – co prawda niezbyt nachalnie, by ich
niespodziewana nowa znajoma nie poczuła się odtrącona, ale pewne przygotowania
należało poczynić. Najmniej, oczywiście, robił Sheridan, do którego po prostu
przydreptała Gniada i stanęła grzecznie, gotowa do odjazdu.
– Masz jakieś
konkretne plany? – zagadnął Mearę Caleb, kończąc kontrolowanie stanu Li’corana
i zająwszy się bezimiennym tarantem.
– Och –
westchnęła gdzieś tam od swojej strony Ariene, orientując się, że czegoś
zapomniała. – Moja torba. Szlag – ucieszyła się nadzwyczajnie, marszcząc czoło.
– Mogę się
przejść – zaofiarowała się Aithne, wskazując ruchem głowy budynki. – Tylko w
której części wioski mieliście stanowisko? – dodała, nim postawiła krok w
odpowiednią stronę.
Ariene
popatrzyła na upadłą dość niepewnie.
– Wiesz, ehm,
to nie jest najlepszy pomysł. Chyba leży wywrócona, mogłabyś czegoś nie wziąć –
stwierdziła wtedy ostrożnie, uśmiechając się przepraszająco.
– Wywrócona?
Na jakie licho wysypywałaś zawartość torby? – zdziwiła się szczerze Aithne,
unosząc brwi.
– Potrąciłam
ją przy wyskakiwaniu przez okno – odparła błyskawicznie wiedźma, co zabrzmiało
naprawdę prawie wiarygodnie. – Jak ruszaliśmy do walki – dodała, bo
wyskakiwanie przez okno też wypadło dziwnie.
Meara
przypatrywała się myśliwemu chwilę, później ogarnęła spojrzeniem resztę grupy;
już przymierzała się do odpowiedzi, gdy niespodziewanie odwróciła spłoszona
głowę i wzruszyła ramionami. Wyszło to na tyle niezgrabnie, że Anabde uniosła
brew, przyglądając się dziewczynie przeszywająco. Koniec końców westchnęła
ciężko.
– Wyrzuć to z
siebie wreszcie – mruknęła niezadowolona, bo naprawdę, żeby nie umieć poprosić
o miejsce w grupie.
Przecież widać
było jak na dłoni, o co chodzi Mearze, to niech się dziewczę wreszcie przyzna.
Została obdarzona naprawdę zdruzgotanym spojrzeniem, ale przyjęła to bez
większych emocji; wróciła do sprawdzania zapięć przy ogłowiu Lantano, od czasu
do czasu strofując niespokojnego ogiera.
Chodzące w
pobliżu porzucone konie banitów sprawiały, że siwek nie mógł ustać w miejscu,
nieustannie kręcił się, rżał i pokazywał to, co ma najlepsze, od czasu do czasu
wykonywał też solidne kopnięcie.
– Bo... –
zaczęła cicho Meara, lecz zaraz zreflektowała się, odchrząknęła i kontynuowała
już głośniej: – Ja nie chciałabym robić problemu. Nie mam konia. Ani pieniędzy.
Ani niczego. Ale... ale tata powiedział, żebym została z wami. Czy ja... mogę?
Anabde
wzniosła oczu ku niebu, wysłuchawszy całej tej mało zgrabnej wypowiedzi. Gdy
dziewczyna skończyła, zerknęła na nią z kpiącym rozbawieniem, potem kiwnęła
głową w stronę najbliżej pasących się, bezpańskich koni.
– Złap sobie
jakiegoś. I się pospiesz – stwierdziła krótko, dosiadając swojego wierzchowca.
Meara uniosła
brwi – jakim cudem poszło to tak łatwo? – uśmiechnęła się ślicznie i odwróciła,
ruszając w stronę porzuconych wierzchowców. Zatrzymała się w pewnej odległości
od nich, oceniła rumaki i skierowała się do niedużego, lekkiego gniadosza o
trzech wysokich skarpetkach i malowanym pysku.
Tymczasem
Ariene dokuśtykała do Jutrzenki i dosiadła swoją kobyłę, warknąwszy
kilkakrotnie na Cadora, bo zaczął się robić nadopiekuńczy. Upewniła się, że
siedzi pewnie, jeszcze raz się poprawiła i popatrzyła na pozostałych z lekkim
uśmiechem.
– Zaczekajcie
na mnie przy wyjeździe z wioski, pozbieram swoje zabawki – poprosiła, kierując
zniecierpliwioną klacz w odpowiednią stronę.
– Tylko się po
drodze nie zabij – zaproponował lekko Caleb, zbliżając się do Aidana, żeby
pomóc mu się wdrapać na jego rosłego ogiera.
– Nie mogę,
muszę kiedyś zabić ciebie – uzmysłowiła myśliwemu, poganiając Jutrzenkę do
kłusa, niepomna na to, że niektórzy mogli dostać zawału.
– To chyba
czas się zbierać – westchnął Errian, widząc, że pozostali też przygotowali się
do drogi i tylko czekali na ostatnich spóźnialskich, którzy wsiadali na konie.
Powoli ruszyli
w odpowiednią stronę, spokojnym stępem, chcąc dać Ariene szansę uwinięcia się z
porzuconym bagażem i dogonienia ich bez narażania już raz dziś narażonego
życia.
Operacja
zakończyła się, na szczęście, sukcesem. Nawet nie musieli długo czekać na
powrót wiedźmy, chociaż Caleb miał na ten temat inne zdanie. Ledwie Ariene
zwolniła Jutrzenkę do stępa, zaczęli się przerzucać wyrazami najgorętszych
uczuć.
Wyglądało na
to, że normalność powoli wracała do ich grupy.
Koniec części trzeciej
tomu pierwszego „Granic Chaosu”,
pod tytułem: „Oszustwa i zdrady”.
Zrobiło się tak jakoś... smutno przy tym rozdziale oO Serio, ej. Tak jakoś... no, no. Szkoda mi tej dziewczyny, ale zz drugiej str już dawno przywykłam do Waszego sadyzmu względem Waszych postaci, naprawdę xD W każdym razie zgubiłam się chyba w jednym momencie, gdy w jednym akapicie była i Lea i Mea i musiałam dwa razy przeczytać, by ogarnąć co i jak. Pierwszy raz mi się to przytrafiło tutaj xD
OdpowiedzUsuńNo bo straciła ojca :<< Biedna Mercia. Trzeba ją teraz ukochać, bo to taka fajna dziewczyna <3
UsuńA tym razem TO NIE JA. To przez Kasię. Tak właśnie xD
Och. To jak będę kiedyś sprawdzać, to zobaczę, jak rozdzielić wyraźniej podmioty, teraz... mi się nie chce, szczerze mówiąc xD
No zobaczymy, jak się dalej dziewczę będzie prezentowało xD
UsuńW sumie, to odszukałam ten fragment dziś i przeczytałam bez problemu. Zastanawiam się czy to kwestia ogarnięcia go, czy może tego, że wczoraj byłam strasznie zmęczona xD
... Hm xD To jak nikt inny nie będzie narzekał, to sobie odpuszczę męczenie podmiotów. Może to z twojej strony coś szwankowało xD
UsuńMiałam coś narysować z okazji zakończenia tej części, ale zamiast tego wprowadziłam nową nagrodę. Nagrodę Mozilli.
OdpowiedzUsuńNatalia, dostałaś pierwszą w historii PrawieCzytelną Nagrodę Mozilli (ze względu na czcionkę, oczywiście).
Kliknij tutaj, żeby otrzymać nagrodę!
I tak, odpieprza mi xD
Drugą dostanie Kasia przy następnej solowoanabdowej scenie xD
Hahahaha, ONIEŻYJĘ xDDD
UsuńBoskie. Yaaay, jesteśmy fajne <3
26 years old Structural Analysis Engineer Kleon Ramelet, hailing from Beamsville enjoys watching movies like "Spiders, Part 2: The Diamond Ship, The (Die Spinnen, 2. Teil - Das Brillantenschiff)" and hobby. Took a trip to Monarch Butterfly Biosphere Reserve and drives a McLaren F1. Informacje dodatkowe
OdpowiedzUsuń