niedziela, 22 września 2013

83. Znajomi Ariene



Dziwnie.
Zatrzymała się po przejściu kilku ulic i rozejrzała się dokoła szerzej otwartymi oczami, jakby dopiero się zorientowała, gdzie się znalazła. Budynki pochylały się nad nią jak pogrążeni w cieniu kaci, mrok wylewał się z zaułków, a przechodnie przemykali obok niczym duchy, pragnąc pozostać niezauważonymi.
W powietrzu unosił się zapach kurzu, tym intensywniejszy z powodu napływającego od Perrianu suchego wiatru; było coś jeszcze, subtelna woń krwi wymieszana z ostrzejszym odorem nieczystości, ścieków, ludzkiego potu. Myślała, że to wszystko ją zniesmaczy, poniekąd zirytuje, że zacznie się krzywić, nie mogąc się do tego na nowo przyzwyczaić.
Naprawdę dziwnie.
Uśmiechnęła się blado do siebie, zadzierając głowę, by dostrzec zasnute szarymi chmurami niebo. Nie pamiętała wielu słonecznych dni w Bryluen, zupełnie jakby światło omijało to miejsce szerokim łukiem. Sam Silthe odwrócił się od wyjętych spod prawa, nie obdarzając ich przychylnym okiem?
Skojarzenie ją rozbawiło, bo było niedorzeczne. Ale rzeczywiście tak to wyglądało – miejsce wyklęte, wyklęci ludzie, wyklęte życie. Uśmiech się poszerzył, kobieta przymknęła oczy, wsłuchując się w miejskie odgłosy.
Czyjś krzyk niósł się ponad dachami budynków, pojękiwanie z pobliskiego zaułka wskazywało na dość mile spędzany przez kogoś czas. Wychwyciła także szczęk metalu o metal, prawdopodobnie w rozsądnej odległości toczyła się zajadła walka o kromkę chleba.
Przez chwilę wydawało się jej, że słyszy kwilenie dziecka, ale gdy odwróciła w tamtą stronę głowę, natrafiła wzrokiem na zamknięte drzwi. Odetchnęła, uspokajając nagle szybko bijące serce, zamrugała i znów rozejrzała się po dawnym domu.
Ulice były puste. Ruszyła przed siebie, obierając przerwany na moment kurs i starając się skupić myślami na czekającym ją zadaniu. Z Samem rozmawiało się łatwo i lekko, miał otwarty umysł, powinno pójść gładko. I nigdy, co najważniejsze, nie robił żadnych problemów, dobrze się z nim współpracowało. Mało prawdopodobne, by wiedział dokładnie to, czego chciała się dowiedzieć ona, ale poza nim oraz Elbertem w Bryluen niewielu było handlarzy, którzy nadal babrali się nieletnimi.
Jej myśli szybko odpłynęły do kwestii o wiele mniej ważnych, zupełnie jakby robiły jej na złość. Skupiła się bezwiednie na tym, jak odbiera Bryluen, czy się zmieniło, jak się w nim czuje, czy się tu odnajduje, czy wypełniło możliwą pustkę w sercu, czy tęskniła.
Do tej pory nie zastanawiała się nad tym, czym to miejsce dla niej było – ot, pracowała tu, doskonaliła się, wracała, wyjeżdżała. Teraz natomiast nie potrafiła określić, co myślała o przeszłości, o… o swoim domu.
Zwolniła nieznacznie, bezwiednie wstrzymując oddech.
Czy to aby na pewno uczciwie, tak nazywać tę, nie okłamujmy się, dziurę? Zmarszczyła czoło, zakładając za ucho niesforny kosmyk włosów i ponownie zwiększając tempo marszu. W końcu kiedy tylko poczuła wiatr w skrzydłach, uciekła stąd, porzucając wszystko. A jednak podarowali jej życie, naprawdę godne życie, mogła skończyć o wiele podlej. Wykorzystywali także, owszem, całkowicie zmienili… Ale to był raj w porównaniu do tego, co świat by z nią zrobił. Dlaczego więc miałaby się Bryluen oraz przeszłości wypierać, skoro ją ukształtowała?
Pokręciła zirytowana głową i przyspieszyła kroku, niezadowolona z własnych myśli. Nigdy do tej pory nie miała żadnych wątpliwości, była pogodzona z tym, kim jest, co robiła, jak radziła sobie w życiu – czemu więc teraz czuła się w tym wszystkim niepewnie, jakby nie powinna niczego nie zmieniać i tkwić w tym bagnie do końca?
Mimowolnie rozejrzała się dokoła, przesuwając spojrzeniem po pustych, brudnych ulicach; przestąpiła nad kałużą, która nie wyglądała na powstałą po deszczu, i odetchnęła głęboko, starając się skupić na czymś innym niż na beznadziejnym problemie.
A jednak nasunęło się jej, czy to nie z powodu Cadora. Mógł zobaczyć w tym miejscu coś – kogoś – co wcale mu się nie spodoba. Nie uważała, że wierzył w nieistniejące wyobrażenie o niej, jednak… nie chciała, by to widział. Chciała na zawsze pozostać osobą, którą poznał w Perrianie.
– Jesteś głupia, Tenshi – warknęła wściekła i odruchowo skręciła w poszukiwany wąski zaułek. – Widział, co brał.
Zatrzymała się na moment, by przyzwyczaić oczy do zmiany natężenia światła. O ile większość Bryluen wyglądała jak pogrążona w wiecznym zmierzchu, tak wszystkie boczne uliczki zdawały się trwać w niekończącej się nocy.
Ariene westchnęła, ostrożnie nabierając przesiąkniętego zapachem nieczystości powietrza, po czym ruszyła przed siebie, uważając, by nie podeptać żadnej żywej bądź półżywej przeszkody.
Nie wiedziała, czy Sam zdoła im pomóc, ale należało spróbować. Powinien wiedzieć coś o wwożonych tu około trzynastoletnich dziewczynkach. Jeśli nie, nadzieja pozostawała w Cadorze, a wreszcie – w łucie szczęścia. Zwykle na tym bazowała, wykonując zadania, choć teraz wydawało się jej, jakby było to dziwnie nieodpowiednie; chciała podejść do sprawy profesjonalnie, jednak jej profesjonalizm znacząco odbiegał od wszelkich norm społecznych. Stawało się to kłopotliwe.
Melina Sama była małym barakiem na powierzchni, którego kondygnacje rozpełzały się pod ziemią niczym macki pasożyta. Nigdy w piwnicznej części się nie znalazła, zawsze rozmawiała z właścicielem interesu w imitacji biura – w ledwo trzymającej się całości budzie z dziurami w dachu oraz wybitą szybą jedynego okna.
Całość, mimo wszystko, prezentowała się nadzwyczaj charakterystycznie, toteż Ariene nie mogła tego przegapić – na widok ulubionego budynku przystanęła i uśmiechnęła się krzywo, chwilę wahając się z ruszeniem do środka.
Ciekawe, czy ją rozpoznają. Ciekawe, jak zareagują. Ciekawe, czy każda wizyta w Bryluen będzie tak wyglądać. O ile jeszcze kiedykolwiek po tym zadaniu tu wróci – w końcu po co by miała? Nic ją już z tym miejscem nie łączyło, tylko… wspomnienia oraz przeszłość. Ale to wszystko minęło, zaczynała na nowo.
Uśmiechnęła się krzywo, odchyliła głowę i przymknęła oczy, szukając w sobie Ariene, którą była wcześniej. Siła oraz idealny spokój powoli do niej napływały; ruszyła wtedy, kiedy miała pewność, że poradzi sobie z kolejną konfrontacją.
Nie powinno być trudno.
Podeszła do przerdzewiałych drzwi i zapukała w nie z niejaką ostrożnością, nie chcąc, by na nią, na przykład, spadły. Odpowiedział jej metaliczny podźwięk, na który nie zwróciła uwagi, nasłuchując poruszenia po drugiej stronie.
Jeśli zaczęli się bawić w szyfry, zostanie zmuszona po prostu wejść, wpraszając się w gości, bo nie zamierzała zgadywać, na jaki sygnał się umówili, a tym bardziej się tego dowiadywać. Zdusiła w piersi irytację, zmiażdżyła ciążące jej zmartwienie o Cadora i postanowiła chociaż na moment zapomnieć o wszystkim poza robotą.
Tak powinno być prościej.
Na szczęście do drzwi ktoś podszedł, potem przejście stanęło otworem. Rosły mężczyzna spojrzał na nią lodowatym wzrokiem, z zimną obojętnością lustrując spojrzeniem. Niepokojący uśmieszek sam wpełzł jej na usta, sprawiając, że zaczęła wyglądać, jakby znalazła się we właściwym miejscu o właściwym czasie i nikt nie mógł jej powiedzieć, że jest inaczej. Konfrontacje z ochroniarzami często były zabawne.
– Możesz się przesunąć? Stoisz na środku przejścia – poinformowała, opierając dłoń na biodrze i odciążając jedną nogę; spojrzenia nie spuściła z mężczyzny, nadal uśmiechając się w naprawdę dziwny sposób.
– Umówiona? – zasięgnął lakonicznie języka, uniósłszy sceptycznie brew, kiedy przyglądał się jej bez specjalnego przekonania.
Uśmiechnęła się szerzej.
– Zaraz będę. Z drogi – zażądała twardszym głosem, niebieskie oczy nabrały intensywności na ułamek sekundy, kiedy wiedźma przepuszczała przez ciało energiczny impuls magii.
Mężczyzna zachwiał się, pchnięty przez falę zaklęcia, a ona wykorzystała to do wślizgnięcia się do środka. Chciał ją złapać, ale nie był w stanie – zbyt szybko przedostała się do baraku i stanęła przed zasiadającym w głębokim fotelu mężczyzną, ignorując sapiącego z irytacją ochroniarza.
Musiał być nowy, skoro jej nie skojarzył, co jeszcze bardziej bawiło. Przymrużyła oczy, odszukując spojrzenie Sama.
Gdyby spotkać go na ulicy, prędzej wzięłoby się go za złodzieja niż handlarza niewolników. Był smukły, miał urodę wiecznego, w dodatku łobuzerskiego, chłopaka. Potargane blond włosy, lśniące zielone oczy, piegi na nosie i policzkach, szelmowski, pewny siebie uśmiech – to wszystko tworzyło całkiem atrakcyjny, przyjemny obraz.
Niewiele się zmienił od ich ostatniego spotkania, co Ariene trochę rozbawiło. Zupełnie jakby czas się dla nich zatrzymał bądź próbował sobie szydzić.
– Och – wyrwało się Samowi, kiedy tylko jego spojrzenie padło na stojącą przed nim kobietę; ruchem ręki powstrzymał ochroniarza od interwencji. – Zmora. Co tu robisz? Myślałem, że opuściłaś biznes – dodał, uśmiechając się pod nosem i nachylając się do Ariene.
– Bo opuściłam – odparła oschłym głosem, przymrużając oczy, jakby chciała go ostrzec, że przesadna bliskość może się źle skończyć. – Teraz robię po przeciwnej stronie barykady – wyjaśniła, obejrzawszy się przez ramię, kiedy usłyszała niezadowolony pomruk.
Sam uśmiechnął się z dziwnym rozbawieniem, jakby w ogóle jej nie uwierzył. Poczuła, jak mimowolnie napinają się jej mięśnie; nie podobało się jej to. Wcale. Kwestionowanie jej wiarygodności było pewnym ciosem, atakiem, niemalże próbą manipulacji – bo w końcu należała do tego świata, stanowiła jego własność, nie mogła się z niego wyrwać. Tak tu właśnie uważano, dlatego nienawidziła siebie za to, że jednak wróciła.
Westchnęła, przymykając oczy.
– Potrzebuję informacji – stwierdziła, postanawiając porzucić bezsensowną dyskusję na tematy, które były zwyczajnie niewygodne. – Poszukuję pewnej dziewczynki w wieku około trzynastu lat – przybliżyła problem, starając się nie zerwać kontaktu wzrokowego.
– Myślisz, że prowadzę rejestr? – westchnął, unosząc sceptycznie brew. – Nie sprawdzam każdego wjeżdżającego do Bryluen, nieważne czy to dzieci, czy dorośli, interesują mnie moje dostawy – skwitował, wspierając głowę na dłoni.
– Czyli nie jesteś w stanie mi pomóc – bardziej oznajmiła, niż spytała, zaciskając z niezadowoleniem usta; cała jej wycieczka okazała się bezsensowna.
Wpadło jej, że może nie powinni byli się rozdzielać. Może powinni byli pójść do obu miejsc wspólnie, uniknęliby wtedy sporego ryzyka. Nie zajęłoby to za dużo czasu, w końcu załatwiali wszystko sprawnie.
Ale była głupia – ale z niej tchórz!
Kiedy się rozdzielili, poczuła lekką ulgę, jakby mogła w ten sposób uciec przed wyrzutami sumienia Teraz okazało się, że tak jest jeszcze gorzej.
– Nie jestem. Ewentualnie może, jeśli masz ciekawe argumenty – poprawił się, rozsiadając się na miejscu z szelmowskim uśmieszkiem.
Coś zmroziło ją od środka. Zazgrzytała zębami, pochyliła głowę i wykrzywiła usta w rozeźlonym, groźnym grymasie. W jednej chwili uznała, że informacja nie jest warta gry, chociaż kiedyś nie zastanawiałaby się nad tym zanadto, przystałaby na propozycję.
– W takim razie jesteś dla mnie bezużyteczny – uznała chłodno, odwróciła się i ruszyła sztywno do wyjścia.
Kiedy zamykała drzwi, jego intensywne spojrzenie było niczym wyrok, jakby próbował jej w ten sposób uświadomić, że stąd nie ma ucieczki, z tego świata.
To było jak zaciskająca się na szyi pętla.

Świetnie. Tutaj prawie każdy dom był dwupiętrowy, a okolice wejścia w większości przypadków zawalono najróżniejszego rodzaju gratami, także równie dobrze mogło się pod nimi kryć przejście do piwnicy. Cadorowi pozostawało tylko przypatrywanie się drzwiom oraz ścianom w poszukiwaniu tajemniczego symbolu, kwadratu wpisanego w okrąg.
W jednym z budynków zaraz koło drzwi było okno pozbawione firanki; właścicielka domu, przekonana, że obrońca chciał ją podglądać przez szybę, wybiegła na ganek z wałkiem w ręce. Kiedy zobaczył jej minę, nawet nie próbował się tłumaczyć, strategicznie spierdolił. 
Teraz, pozbawiony zagrożenia wojujących kuchennym sprzętem kobiet, zadarł głowę, by spojrzeć w niebo, jakby Silthe miał mu zesłać wskazówkę. Potem westchnął męczeńsko, kopnął najbliższy kamyk i wszedł w przypadkowo obraną, ciasną, brudną uliczkę.
Na jej końcu zatrzymał się, nie do końca ufając temu, co widzi. Dom. Z wejściem do piwniczki zaraz przy drzwiach. Uniósł z powątpiewaniem brew, podszedł bliżej i zapatrzył się na wyryty w drewnie symbol, koło opisane na kwadracie. 
– Ha! – wymruczał z zadowoleniem, kładąc dłoń na klamce. 
Zaraz... Powinien tam tak po prostu wejść? Znaczy, z głupia frant, wtargnąć i zaproponować herbatkę? Niezbyt rozsądne. 
– A co mi szkodzi – zadecydował jednak i pchnął drzwi.
Korytarz był pusty i cichy, pogrążony w półmroku. Na samym jego końcu znajdowało się okno, niezwykle zakurzone, ale przepuszczające przez szyby minimum potrzebnego światła. W ścianie po lewej stronie widniały drzwi, kawałek dalej natomiast znajdowały się schody z dziurawym pierwszym stopniem. Wydawało się, jakby nikt w tym miejscu od dawna nie mieszkał, jakby nikt się domem nie interesował, ot, właściciele wyszli i zostawili majątek bez opieki.
Jednak na szafce przy drzwiach leżał dość czysty, rzucony niedbale płaszcz, nieopodal okna wisiał lekko przekrzywiony obraz, pod drzwiami ułożono dywanik, co prawda niemożebnie brudny. Gdyby budynek opuszczono, żadne mniejsze przedmioty by się nie ostały, dlatego dawało to pewne szanse na odnalezienie Elberta.
Zwłaszcza że zza zamkniętych drzwi dochodziły niewyraźne, stłumione oraz zdecydowanie podejrzane odgłosy.
Cador bez zastanowienia ruszył w tamtą stronę, świadom tego, że na miejscu nie czekały na nieproszonego gościa żadne pułapki. W tej branży było to poniekąd głupie, ale cóż, nie jego sprawa. Zatrzymał się przy drzwiach i na chwilę zamarł, wyciszając oddech i koncentrując się na tym, co działo się za ścianą. 
Trzech, może czterech mężczyzn. Z pewnością byli uzbrojeni, nad tym nawet nie ma co się zastanawiać. Wszyscy znajdowali się w odległości metra do dwóch od drzwi. Obrońca, wierząc w swój urok osobisty i dar do przekonywania, na dobry początek zapukał. Wszedł do środka, nie czekając na odpowiedź, gotowy chyba na wszystko. 
I strasznie lekkomyślny, prawda.
W pierwszej chwili nic się nie stało. W następnej stojący przed metalowymi klatkami z ludźmi odzianymi w łachmany żylasty mężczyzna obrócił głowę w stronę Cadora, jasnobrązowe oczy rozbłysły w niepokojący sposób. Wyglądał strasznie oraz żałośnie jednocześnie, zgarbiony, brudny, bez jednego z przednich zębów.
Ale za to coś kryło się w tej twarzy; nawet nie to, że trochę przypominał szczura z przerzedzonymi, popielatymi włosami. To zdawało się być bardziej subtelne, ale o wiele groźniejsze.
Skinął nieznacznie głową z pewną szaleńczą ekstazą, jakby czekała go cudowna zabawa. Stojący przy drzwiach strażnicy odsunęli się, wszyscy wykonali ten sam ruch nogą; najwyraźniej pod butem jednego z nich znajdował się doskonale zamaskowany przełącznik. Niniejszym z głuchym hukiem okna oraz jedyne wyjście zagrodziły grube pręty krat, tworząc z pokoju klatkę nie do opuszczenia.
– Proszę, proszę, co my tu mamy? – zamruczał chrapliwym głosem mężczyzna, obracając się przodem do Cadora; wyraźnie kulał na prawą nogę.
Nie żeby się obrońca bardzo przejął, prawda. Znaczy, jasne, troszkę kiepsko, że oto zniszczyli mu wszystkie wizje przyszłości dotyczące realizowania planu ucieczki, ale przecież może się jeszcze dogadać. Albo... albo nie wiedział co, ale z pewnością da sobie radę, w końcu jest Wilkiem Reamonnów. 
Uśmiechnął się pogodnie, przechylając głowę. Zerknął kątem oka na strażników – na Silthe, czym ten gość ich karmił, że wyglądali jak pomieszanie byka z tygrysem? – pokiwał sam do siebie, wreszcie wrócił zainteresowaniem do, jak się domyślił, Elberta. Podszedł o kilka kroków, świadomie wystawiając się na ataki od tyłu, splótł dłonie na plecach i westchnął sobie cicho. 
– Uroczo tu masz – zauważył bardzo rozbawiony, teraz przyglądając się klatkom z ludźmi.
Wychudzone, mizerne postaci trudne do nazwania osobami, bardziej kości obleczone skórą, wlepiające w niego błagalne spojrzenia przerażonych, smutnych oczu. Coś ścisnęło go w sercu, gdy z tyłu klatki wypatrzył brudną oraz zabiedzoną dziewczynkę; nie mogła być ich zleceniem, za młoda, jednak takie widoki wzbudzały w nim chęć zostania rycerzem pomagającym uciśnionym. 
Odchrząknął, wracając spojrzeniem do rozmówcy. Nie teraz, nie w takich okolicznościach. Nie zbawi świata. A może uratować życie jednej dziewczynki, jeśli wyciągnie od tej poczwarki wartościowe informacje. 
– Coś się zmieniło, od kiedy Zmora była tu ostatni raz? – zapytał nadal tak samo pogodnym głosem, uśmiechając się z przesadnym zadowoleniem. – Rozumiesz, muszę jej zdać relację, jak wrócę.
Elbert wydał z siebie dziwny dźwięk, który prawdopodobnie w zamierzeniu miał być śmiechem. Zdecydowanie tak nie zabrzmiało, a jego ludzie nie podzielili wesołości, trwając w nowych pozycjach niczym posągi. Zdawali się jeszcze bardziej nienaturalni, niż nienaturalnie brzmiał handlarz niewolników.
– Nie zasłaniaj się nazwami, które nie mają tu już żadnej wartości – poradził, szczerząc się w szczerbatym, obłędnym uśmiechu. – Powiedz mi no, dobrodzieju, co cię do nas sprowadza? Szukasz dobrego towaru? – zagadnął, zamaszystym ruchem wskazując swoje brudne, przerażone ofiary. – A może masz ochotę na coś bardziej ekskluzywnego? – dodał, wwiercając się w twarz Cadora napastliwym, w pewien sposób pożądliwym spojrzeniem.
To kazało zacząć się bać. Mężczyzna był całkowicie nieobliczalny.
Obrońca wzruszył ramionami; dobra, to zagranie nie przyniosło oczekiwanych skutków, ale przecież pozostawało jeszcze tyle możliwości.
Ruszył spacerkiem w stronę klatek i zatrzymał się niewiele od krat, na wyciągnięcie rąk osób przebywających po drugiej stronie. Przyjrzał się stłoczonym jednostkom ludzkim ciekawskim spojrzeniem, jakby był w cukierni i wybierał najbardziej odpowiadające mu ciastko. 
– Nie miały, dopóki nie wróciły – zauważył bardzo lekko, ot, jakby dzielił się z mężczyzną ciekawostką na temat świata.
Tylko jego uśmiech był dość specyficzny, trochę niepokoił. Nie takiego człowieka jak Elbert, ale ogółem. 
A potem zagwizdał. Przeszedł się na koniec klatek i z powrotem, od czasu do czasu przystając, by przyjrzeć się komuś uważniej. 
– Masz może na sprzedaż nieletnie? – zainteresował się, znów spoglądając na mężczyznę, teraz z uśmiechem bardzo nieprzyjemnym. – Takie, ja wiem, trzynastki na przykład?
Elbert znowu się zaśmiał i znowu zabrzmiał przerażająco. Śmiech przerodził się w napastliwy dla uszu, świstliwy chichot, aż wreszcie zakończył się dziwnym piśnięciem. Mężczyzna przypatrywał się Cadorowi, szczerząc do niego zęby.
– Dobra, goguś, po coś się tu wziął? – spytał tym samym, drżącym w ekstazie głosem i rozłożył w groteskowo serdecznym geście ramiona. – Nie jesteś stąd. Śmierdzisz lepszym życiem. Nie obracasz się wśród niewolników. Brzydzisz się tym. I chcesz którąś z moich trzynastek – wyliczył, kiwając się z palców na pięty.
Jeden z mężczyzn podszedł do Cadora i położył mu dłoń na ramieniu w niemalże przyjacielskim, uspokajającym geście. Jego kamienna twarz nie uległa zmianie, patrzył obojętnie przed siebie, stoicko spokojny i służalczo uległy.
Cador znowu westchnął, unosząc wzrok. Gdy popatrzył na Elberta, nadal uśmiechał się w ten przesadnie pewny siebie sposób. 
– Nie którąś. Konkretną – powiedział spokojnie, pobieżnym spojrzeniem obdarzając strażnika, który postanowił się nim zaopiekować. 
No dobra, stawiamy na szczerość. Prawdopodobnie błędnie, ale cóż mu szkodzi? Znaczy, fakt, niekoniecznie pięknie wyglądałby bez zębów. Ariene mogłaby się wkurzyć. Bardzo wkurzyć. 
Nie, trzeba uratować dupę.
Mężczyzna przymrużył oczy i rozejrzał się po pomieszczeniu. Jak? 
– Słyszałem, że macie swojego króla złodziei, jak to on się nazywał... Nie przypomnę sobie. Nigdy nie pomyślałeś, by wziąć z niego przykład? Z tego co kojarzę, Nazirowi dość nieźle idzie bronienie swojego pana, robi to już z lekka dwadzieścia lat i król nie ma ani blizny więcej. – Twarz Cadora nabrała zamyślonego wyrazu, jakby głęboko zastanawiał się nad poruszaną kwestią.
Wtem jego spojrzenie nabrało na powrót ostrości, zaś usta wykrzywiły się w nieprzyjemnym, ostrzegającym uśmiechu. 
– A ty nadal zatrudniasz jakichś tępych mięśniaków, zamiast zaangażować obrońcę z prawdziwego zdarzenia – zakończył wypowiedź.
Potem poszło już szybko. 
Zamiast uciekać, pchnąć; to jak z psem, który ugryzie – kiedy wyrywasz rękę, mocniej zaciska szczęki, ale gdy wepchniesz mu ramię do pyska, odpuści. Obrońca naparł na trzymającego go za ramię mężczyznę, kończąc mało efektowną, ale profesjonalną sójką w bok. Pochylił się, przesmyknął pod wyprowadzającą cios ręką, przechodząc na kucki, wyciągnął z rękawa jeden z noży i ciął po ścięgnach nieosłoniętej łydki. Nim wielki i ciężki strażnik zdążył się obrócić, obrońca już stał wyprostowany za jego plecami – teraz wystarczyło wbić ostrze w punkt witalny na karku i po sprawie. 
Nikt się nie ruszył. Pozostali strażnicy stali niczym wmurowani pod ścianą, czekając na sygnały. Cador sprawdził puls powalonego, uśmiechnął się z zadowoleniem i wstał, otrzepując dłonie. 
– Chyba rozumiesz, co mam na myśli? – zapytał swobodnie, przechylając głowę.
Elbert nawet nie drgnął. Nadal się szczerzył. Słysząc ostatnie słowa Cadora, wybuchnął głośnym, przerażającym śmiechem, odchylając głowę. Śmiał się długo, donośnie, wszystko przetaczało się po pokoju upiornym podźwiękiem, zdawało się, że mężczyzna lada moment popłacze się z tego wszystkiego. Śmiech nabrał opętańczej nuty, Elbert zaczął się zachłystywać, zanosić nim w różnych tonacjach, aż nagle wszystko się urwało jak nożem uciął.
To dopiero było przerażające.
– Grozisz mi? – zainteresował się, szczerząc obłąkańczo zęby. – Chcesz konkretną trzynastkę? – zmienił nagle temat, kiwając głową w stronę klatki.
Milczał chwilę, jakby dawał Cadorowi czas na namyślenie się. Wtedy sprawnie dobył broni, którą zawsze miał przy sobie – dostał ją kiedyś w wyrazie wdzięczności od pewnej osoby z gildii złodziei, uznał za użyteczną i od tego czasu używał jej w najbardziej widowiskowych chwilach, ciesząc się z tak wyśmienitej zabawki.
Wymierzył niedużym pistoletem w czoło jednej z młodszych dziewczyn, nawet specjalnie nie celując, a potem nacisnął spust. Jej czaszka roztrzaskała się na kawałki, mózg rozbryzgnął się dokoła, ciało natomiast zwaliło się drgające na ziemię.
– Może tę? – spytał, przymrużając w dzikiej satysfakcji oczy i ignorując przerażone skomlenie pozostałych niewolników.
Wiele Cadora kosztowało, żeby nie zareagować. Miał ochotę rzucić się na skurwysyna i udusić go gołymi rękoma, wbić mu palce w oczy i wykastrować jednocześnie, wypuścić wszystkich Silthe ducha winnych niewolników i dać się zabić strażnikom. 
Zamiast tego odetchnął głęboko i niczego nie dał po sobie poznać. Zerknął w stronę zwłok, obdarzając umiarkowanie zaciekawionym spojrzeniem krew, krzywiąc się za to na odór, jaki natychmiast uniósł się w powietrzu. 
– Nie, to nie była ta – odpowiedział, wymuszając u siebie utrzymanie swobodnego uśmiechu. – Może w końcu zgadniesz, a może wymordujesz sobie cały towar i ten miesiąc zakończysz na minusie. Oczywiście, możemy także porozmawiać; i przecież wiem, że nie ma nic za darmo. – Uniósł brew i czekał na reakcję, gdzieś wewnątrz czując prawdziwą, gorącą nienawiść i nieprawdopodobne obrzydzenie wobec stojącego przed nim człowieka. 
Och, z jaką ochotą wyrwałby mu struny głosowe. Zazwyczaj nie miał morderczych zapędów, ale ten tutaj przekroczył pewną granicę.
– Taki rozsądny, przewidujący, jesteś z miejsca, gdzie się na co dzień liczy pieniądze, co? – mruknął Elbert, wolną ręką z czułością gładząc lufę broni i nadal uśmiechając się dziko. – O mój towar się nie martw. Jest mój. Robię z nim, co chcę. A ty byś pragnął coś z niego dostać, prawda? – zauważył i bez pośpiechu wycelował prosto w czoło Cadora.
Uśmiech, choć przez cały ten czas był dobrze widoczny i nie znikał ani na moment z gęby Elberta, teraz stał się niezwykle szeroki oraz dziki. Palec mężczyzny drgnął; zdawało się, że zastrzeli obrońcę, że Cador nie zdoła uniknąć śmierci ani kaleki rozbroić.
Wtedy jednak ramię zaskakująco szybko się obróciło, a lufa odnalazła w powietrzu kierunek do główki najmłodszej dziewczynki z grupy.
Zupełnie jakby Elbert doskonale wiedział, że to jej widok najbardziej poruszył obrońcę. W jego oczach pojawił się ogień, który niewiele wspólnego miał z człowieczeństwem.
Ściany zadrżały w tym momencie, subtelne wibracje przeszły przez deski podłogi. To na chwilę zdekoncentrowało, odwróciło uwagę zebranych od rozgrywającego się właśnie przedstawienia. W następnej sekundzie drzwi i krata gruchnęły na deski, robiąc w nich naprawdę duże wgłębienie.
Ostrze małego noża śmignęło w powietrzu, uderzyło w dłoń Elberta i wytrąciło mu broń; nim zdołał ją złapać, reagując nadzwyczaj błyskawicznie zdrowym ramieniem, pistolet zadrżał i przejechał samoistnie po podłodze na drugi koniec pokoju.
– Puk-puk – warknęła Ariene, przekraczając próg.
W tym wszystkim Cador wywrócił młynka oczami, wzdychając ze zrezygnowaniem, chociaż właśnie pojawił się jego ratunek. Jeden ze strażników spojrzał na niego ze zdziwieniem, zastanawiając się, co temu durniowi znowu nie pasuje. 
No żeby kobieta musiała wkraczać do akcji, naprawdę. Chyba czas rzucić ten biznes. 
Wtedy strażnik znów na niego spojrzał. Spod kaptura wyjrzały duże, trochę przestraszone oczy; Cador zaczął wątpić w to, z kim sypiał, dlaczego na widok Ariene bandzior wielkości niedźwiedzia zaczyna drżeć?
– Tak, to jest ten moment, w którym powinieneś zwiewać – poradził spokojnie, bezradnym wzruszeniem ramion odpowiadając na kiwnięcie w stronę kobiety.
Generalnie: wybacz, stary, ja z nią nic nie zrobię
No to strażnik posłuchał. Jeden z głowy, został ostatni. Cador przekręcił szyję, by spojrzeć na ukochaną z niemym pytaniem. Zabijać, obezwładniać, co robić? Była w te klocki o niebo lepsza od niego.
Nie zwróciła na Cadora uwagi, minęła go, zmierzając do stojącego z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy Elberta. Mężczyzna jako jedyny nie wyglądał na przerażonego jej przybyciem, efektownym skądinąd, tylko właśnie na zdumionego. Jakby zapowiadała odwiedziny na święto przesilenia letniego, nie zimowego.
– Kurwa mać – mruknęła niższym głosem, chwytając mężczyznę za kołnierz i przyciągając trochę bliżej siebie. – Nie tłumaczono ci już, jak przyjmować klientów? – dodała wyraźnie wściekła i popchnęła kalekę bezlitośnie na ziemię.
Upadł z głuchym stęknięciem na podłogę, bezradny w starciu wręcz. Zwłaszcza z kulawą nogą oraz przebitą nożem ręką. Ariene natomiast łypnęła krótko na pozostałego w pokoju strażnika, zupełnie jakby patrzyła na irytującą muchę.
– Wynocha albo gorzko zapamiętasz ten dzień – warknęła krótko.
Nie musiała dwa razy powtarzać – na szczęście dla mężczyzny.
Potem przeniosła wzrok na Elberta.
– Będziesz gadał, czy mam cię okulawić dziś na drugą nogę? – zainteresowała się z przewrotnym uśmiechem, pewien moment wpatrując się w czujne, lśniące dziko oczy.
Na chwilę jednak obróciła się, by spojrzeć na Cadora, sprawdzić, czy na pewno nie zdążył sobie nabić guza. Jej wzrok znów diametralnie się zmienił, zupełnie jakby to było dla niej całkowicie naturalne, skakać z jednej osoby do drugiej, niewyobrażalnie innej, w przeciągu dosłownie ułamków sekund.
Elbert sięgnął po upuszczoną broń, nie tracąc najwyraźniej nadziei.
Wtedy coś świsnęło, mężczyzna syknął wściekle, a pistolet odjechał kawałek po podłodze, popchnięty przez rzucony nóż. W odpowiedzi na mordercze spojrzenie kaleki Cador uśmiechnął się, może trochę bez przekonania, ale z satysfakcją błyszczącą w zielonych oczach.
            Potem, nie zważając na to, czy zepsuje Ariene reputację, zniszczy umowy i tak dalej, spokojnym krokiem podszedł do najbliższej klatki. Uniósł ciężką kłódkę i przyjrzał jej się uważnie, obracając pod różnymi kątami, potem wyjął zza pasa kolejny nóż i zabrał się za rozbrajanie zamknięcia, mamrocząc pod nosem.
Ariene dostała nauczkę za dekoncentrację; momentalnie skupiła się na Elbercie, całkowicie poważna, już bez dzikiego blasku w oczach, z jakim wpadła do siedziby handlarza niewolnikami.
– Masz minutę, by powiedzieć mi wszystko, co wiesz o ostatnich przywiezionych do miasta dziewczynkach lat około trzynaście – zakomunikowała spokojnie, wpatrując się w niego z podejrzliwością.
Elbert zaśmiał się ochryple, wijąc się na podłodze jak częściowo przydepnięty karaluch. Ariene wykrzywiła z obrzydzeniem usta, patrząc na niego z odrazą, zupełnie jakby nie miała przed sobą człowieka.
– To było ledwie dziesięć lat temu, a już wyglądasz jak wrak – stwierdziła niemalże miękkim głosem, który zupełnie nie pasował do całej jej postawy. – Naprawdę wtedy przesadziłam – uznała samokrytycznie, podeszła do mężczyzny i uklękła przed nim.
Wpatrując się w jego oczy, uśmiechnęła się dziwnie, urokliwie oraz zachęcająco, przesunęła dłonią po oranym bruzdami upływającego czasu policzku. Nie było w niej już ani trochę obrzydzenia, które dało się zobaczyć niedawno.
– Elbert – mruknęła niskim głosem, przymrużając powieki. – Powiedz. Mnie nie powiesz? – dodała z zawodem, przekrzywiając wdzięcznie głowę.
Kosztowało ją to trochę wysiłku, nim przedostała się przez pokręconą oraz spaczoną psychikę mężczyzny, odnajdując w niej struny, na których ostatnim razem za mocno zagrała. Znów je poruszyła, dozując magię z nabytą wprawą, zachęcając go do mówienia w ten sposób i poprzez nieprzerwany dotyk, głaskanie go po policzku.
Wreszcie ujrzała w jego oczach znajomą mgłę.
– Wszystko ci powiem – wychrypiał, z trudem utrzymując głowę prosto.
Pomogła mu w tym, uśmiechając się ładnie.
– Słucham cię – zamruczała spokojnie.
– Przywieziono, duży transport był podpuchą. Zamawiał anonimowy, stał za nim ktoś inny, zmyślny, oj, obłowił się. Wśród ludzi znajdował się mały skarb, od razu ją zobaczyłem, takie cudne, młode ciałko, taka piękna – mamrotał niczym w transie; zaczął się ślinić. – Ale zabrali, ukryli, rezydencja jest duża, na granicy wschodu.
Umilkł, wywrócił oczami i zadrżał. Ariene znowu zmieniła wyraz twarzy, teraz stał się on idealnie obojętny. Puściła Elberta, pozwalając mu paść bezwładnie na podłogę, potem odsunęła się, by przyjrzeć mu się z większej odległości.
– Chyba już nic w tobie nie zostawiłam – mruknęła bez specjalnego zawodu, dobyła sztylet zza pasa i bez żadnego komentarza poderżnęła koledze z branży gardło.
Podniosła się z klęczek i przeniosła wzrok na Cadora, milcząc dłuższą chwilę, jakby zbierała się do odezwania. Nie wytrzymała więcej niż kilkunastu sekund, przypatrując się mu, dlatego szybko spojrzała w bok.
– Na piętrze trzymał tow… ludzi, których zaliczał do wyższych kategorii niewolników – poprawiła się, całość wypowiedziawszy cichym głosem.
Nawet na nią nie spojrzał, skupiony na rozbrajaniu skrzypiącej i zostawiającej plamy rdzy na palcach kłódce. Wreszcie szarpnął i otworzył przejście, uśmiechając się ciepło do najbliżej stojącej osoby. 
– Chodź, wyprowadzimy was stąd – zaproponował miękko, widząc, że spłoszona kobieta nie wie, jak się zachować.
Po chwili ruszył się ktoś za nią, mężczyzna, który pomimo łachmanów i wychudzenia zachował dumę w spojrzeniu. Uniósł brodę i podszedł do wyjścia, mierząc Cadora nieufnym spojrzeniem.
            – Możemy ci zaufać? – zapytał chłodno, prostując się z pewnym trudem.
Wyraz twarzy obrońcy nie uległ zmianie ani na moment, ba, poczuł podziw dla kogoś, kto choć wrakiem, pozostał człowiekiem. 
– Albo to, albo zostaniesz tutaj – zauważył.
Mężczyzna skinął głową, chwilę się wahał, wreszcie wyciągnął do Cadora dłoń. Obrońca uniósł brew, ale przyjął uścisk z zadowolonym uśmiechem. 
– Chodźcie – rzucił były niewolnik do towarzyszy niewoli.
Ludzie powoli zaczęli wychodzić z klatki, Cador zaś zajął się kłódką następnej. Dopiero wtedy jakby przypomniał sobie o obecności Ariene. 
– Poszłabyś po nich? – zapytał, zerkając na nią przez ramię.
Wiedźma przypatrywała się mu niejako pustym wzrokiem; po bokach obchodzili ją niewolnicy, łypiąc podejrzliwie, niekiedy z przestrachem, co odważniejsi szeptali do siebie z trwogą albo odrazą. Ariene stała nieruchomo, jakby spętana przez ich słowa i pomruki, ale oddychała spokojnie, nie wyglądała na spiętą.
Po prostu w jednej, przejmującej chwili uderzyła w nią myśl, że nie jest godna, by stać wśród tych ludzi. To było irracjonalne.
Nie odezwała się, nie zareagowała na pytanie Cadora w żaden sposób. Zwyczajnie odwróciła się i ruszyła, a wychudzeni ludzie odskakiwali od niej jak oparzeni, jak gdyby była trędowata. Ona natomiast jakby tego nie widziała.
Przekroczyła próg i zniknęła z pola widzenia.

Spotkali się ponownie przed budynkiem, z armią wychudzonych, ledwie trzymających się na nogach obdartusów pod ochroną. Mała, brudna dziewczynka, której tego dnia śmierć zajrzała w oczy, starała u boku Cadora, przytulając się do jego nogi. Kiedy Ariene pojawiła się w drzwiach, dziewczynka ukryła twarz w spodniach mężczyzny. 
To była głupota. Co teraz, wymaszerują z tabunem niewolników z miasta? Jak zapewnią im jedzenie, ubrania, dach nad głową? Chyba jedyną możliwością będzie puszczenie ich wolno, ale to jest jak wyrok. Prawdopodobnie uwolnili ich po to, by zabić dopiero co obudzoną nadzieję; nie ma szans, ktoś złapie ich po drodze i będą musieli zapłacić sowitą cenę za taką lekkomyślność. 
Mimo tego uśmiechał się. Przyjrzał się Ariene, później spojrzał na każdą z uwolnionych przez nią osób. Niektórzy podchodzili do niego: by spojrzeć mu w oczy, by podać dłoń, by się przedstawić. Każdego przyjmował z uśmiechem, choć bał się, czy swoją głupotą nie sprowadzi na nich kolejnego nieszczęścia. 
– Koło trzydziestu – powiedział, gdy brunetka stanęła naprzeciwko niego.
Nawet nie śmiał pytać co teraz.
Ariene nadal milczała. Spojrzała na Cadora przelotnie, potem przebiegła wzrokiem po stłoczonych dokoła osobach. Na kogokolwiek popatrzyła, dostrzegała w ich oczach życzenie jej śmierci, choć to nie ona zamykała ich w klatkach i skuwała im nogi kajdanami. Odpowiedziawszy na wszystkie te mordercze pragnienia ze stoickim, trochę niepokojącym spokojem, uśmiechnęła się wreszcie.
Spojrzała na małą dziewczynkę, w jej oczach coś się pojawiło. Jakby nie widziała obrońcy, uklękła przed dzieckiem i przekrzywiła głowę; jej uśmiech stał się taki, jak zawsze, jak tej Ariene, która niemalże nic nie miała wspólnego z Bryluen. Wyglądała nagle znajomo, choć czaiła się w niej pewna obawa.
– No, kruszynko, głowa do góry – mruknęła miękko, niepewnie sięgając do jej brody i delikatnie ją unosząc na palcu. – Muszę cię prosić o pomoc. Widzisz, oni wszyscy bardzo mnie nie lubią, dlatego na pewno nie będą chcieli słuchać. Ale jesteś mądrą dziewczynką, jestem tego pewna, i spróbujesz mi pomóc, co? Jak masz na imię, skarbie? – spytała na koniec, zdając się nie dostrzegać nikogo innego.
Dziewczynka skuliła się nieco, potem zadarła bródkę, by spojrzeć na górującego nad nią Cadora. Mężczyzna odpowiedział zachęcającym uśmiechem, kładąc jej dłoń na ramieniu; mały obdartus odetchnął więc i spojrzał Ariene w oczy. 
– Lyanne – przedstawiła się niewyraźnie. 
Cador przyjrzał się uważnie Ariene ze szczerą nadzieją, że kobieta wymyśliła plan. Jeśli nie, te biedne, błagające oczy kilku tuzinów wynędzniałych ludzi będą go prześladować do końca życia.
Nie potrafiła określić tego uczucia, ale zacisnęło się lodowatą dłonią na jej wnętrznościach. Zdołała je zignorować, choć było to w pewien sposób trudne. Ułatwiła sobie to poprzez nieprzerwane wpatrywanie się w dziewczynkę; i sama już nie wiedziała, czy ten łagodny uśmiech został jakkolwiek wymuszony.
– Ślicznie – stwierdziła miękko. – Zatem, Lyanne, przypilnuj, by ci wszyscy ludzie nigdzie nie szli, kiedy ja na chwilę odejdę. Wiem, że mnie nie lubią, ale jeśli rozejdą się po tutejszych ulicach, mogą się już nigdy nie wydostać – ostrzegła, powoli się prostując, by móc zaraz wygodnie wstać. – Zrobisz to dla mnie, kruszynko? – spytała z pewną nadzieją, jeszcze na moment zastygając.
Nie wiedziała, czego oczekiwała. Może wybaczenia? Może właśnie tego legendarnego aktu odpuszczenia win, jaki dokonał Silthe przed złodziejem, a przynajmniej tak mówią niektóre pisma. Ciekawe, czy przebaczyłby komuś takiemu, jak ona.
Nadal się uśmiechała, niemalże zapominając o lodowatej dłoni w swoim wnętrzu.
Dziewczynka ostrożnie pokiwała głową i wycofała się na odpowiednią odległość, zaraz rozglądając szybko po okolicy, by wyłapać ewentualnych dezerterów. W tym czasie Cador postawił pół kroku w przód i pochylił trochę ramiona, spoglądając na Ariene z troską. 
– Idziesz sama? – zapytał cicho.
Wiedział, że tak będzie lepiej, a ona sobie poradzi, ale jakoś tak... 
Westchnął i pokiwał głową, nie czekając na odpowiedź. Obejrzał się na boki, przymrużając przy tym charakterystycznie oczy. 
– Przepraszam, że ściągnąłem ci ten problem na głowę – mruknął, po chwili znów odnajdując spojrzenie wiedźmy. – Nie mogłem inaczej.
Ariene podniosła się z klęczek, jeszcze pewien czas przypatrując się Lyanne, jakby nie usłyszała słów Cadora. Wreszcie odwróciła wzrok; przymknęła oczy, kilka sekund wyglądając jak ktoś skrzywdzony oraz zagubiony, kiedy jednak znów na niego spojrzała, po raz pierwszy od naprawdę dłuższego czasu, wrażenie rozprysło się jak mydlana bańka. Była idealnie spokojna oraz, zdawałoby się, idealnie obojętna.
– To właśnie czyni z ciebie lepszego człowieka – stwierdziła, nie precyzując swoich słów, ale odgadnięcie, do kogo go przyrównywała, nie stanowiło większego problemu.
Odwróciła się i ruszyła w ulicę, nie dostrzegając uwolnionych ludzi ani ich pełnych nienawiści spojrzeń. Nie była też zgarbiona, choć jej poza zdawała się nieco rozpaczliwa wśród tej całej niechęci.
Nie zdążył jej zatrzymać; nim oprzytomniał, już oddała się szybkim krokiem. Cóż więc mógł zrobić? Pobiec za nią, zatrzymać krzykiem? Nie tutaj, nie w tym miejscu, tu jednak trzeba było zachować pozory, grać w tę nienazwaną grę, która gwarantowała przeżycie. Dlatego westchnął niezadowolony, schował dłonie do kieszeni i obrócił się ku ludziom, którzy znaleźli się pod jego opieką. 
– Jakie są plany? – zapytał ten najbardziej zorganizowany oraz dumny mężczyzna, stając przed nim i wpatrując się czujnie w jego oczy.
Cador nie odwrócił spojrzenia. 
– Nie mam pojęcia – przyznał szczerze. 
– Mamy jej zapytać? – parsknął rozmówca, pokazując, że taka opcja nie jest dla niego odpowiednia.
Mimo to w jego oczach nie zabrakło wyczekiwania, jakby mimo wszystko zawierzył życie obrońcy. 
– Jak najbardziej – odpowiedział ten, uśmiechając się lekko.
Więcej pytań nie było.

13 komentarzy:

  1. No więc czytam sobie Granice, nadrabiając zacne zaległości i... ja Was zabiję, dziewczęta, naprawdę dokonam mordu...
    BO ŻEBY PRZEZ TYLE RZODZIAŁÓW CZEKAĆ NA POCAŁUNEK ARIENE I CADORA, A W ZAMIAN OTRZYMYWAĆ TAKIE COŚ?!
    Moja reakcja mogła być tylko jedna (zwłaszcza za trzecim razem, gdy wpieprzył się w paradę Derek): http://www.youtube.com/watch?v=jL0mmb4V1dQ
    Także, tego... macie przejebane oficjalnie u Owsika, bo on tu czeka na kiss, a tu co?!
    Matko, a jak Ci bohaterowie muszą być sfrustrowani, sądzę, że reakcja Cadora pewnie byłaby taka sama, jak moja (patrz, filmik).
    Ech, co ja z Wami mam xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaha <3
      Jak takie coś? Przecież to najwyższej jakoś przeszkadzanie w zejściu się pary, myślałyśmy nad tym... z piętnaście minut! ;_;
      To poczekaj jeszcze trochę, Derek to nie wszystko :3 Hahaha, generalnie to widzisz, u nas seksy od ręki, ale romantyczność musi czekać xD
      Cador jest bardzo sfrustrowany. A będzie jeszcze bardziej xD Podła wiedźma pozdrawia.

      Usuń
  2. A tak propos seksów od ręki to kiedy będzie coś o Sherze i Anabde? xD
    Jak w następnym rozdziale, to ja bardzo gorąco o niego poproszę, bo przymierzam się do komentarza na temat tego tutaj już trzy dni, ale nie mogę sensownie na nic pomarudzić xD
    Tyle ludów, co oni z nimi zrobią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nic fajnego w następnym rozdziale nie ma, przykro mi xD A na pewno nie ma seksów! O, spoiler.
      Nie wiem, mogą zjeść :3 Chociaż mało tłuszczu na nich, ech. To sprzedadzą dalej, zawsze jakaś kasa!

      Usuń
    2. Dobra, poproszę, nawet jeśli seksów brak xD
      Nieee no. Ubiją, wezmą skórę i skalpy, wyskubią resztę mięcha, spalą, wybudują totem z ich kości i będą wokół niego tańczyć aż poodpadają im nogi, a zdziczały tłum miejscowych zadźga ich włóczniami ^^
      *__*

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Nie będziesz codziennie dostawała rozdziałów, bo zaraz skończy nam się cały materiał xD

      Usuń
    2. Ale wy macie za dużo materiału :c

      Usuń
    3. Nie kłam, kłamczee. Lajer z ciebie i tyle. Publikuj, bo zacznę szaleć xD

      Usuń
    4. No chyba wiem, ile tekstu mam w folderze, a ile piszemy na miesiąc... xD

      Usuń
    5. To zlituj się chociaż raz na miesiąc, bo miesiąc już minął :(

      Usuń