Dziwnie.
Zatrzymała się
po przejściu kilku ulic i rozejrzała się dokoła szerzej otwartymi oczami, jakby
dopiero się zorientowała, gdzie się znalazła. Budynki pochylały się nad nią jak
pogrążeni w cieniu kaci, mrok wylewał się z zaułków, a przechodnie przemykali
obok niczym duchy, pragnąc pozostać niezauważonymi.
W powietrzu
unosił się zapach kurzu, tym intensywniejszy z powodu napływającego od Perrianu
suchego wiatru; było coś jeszcze, subtelna woń krwi wymieszana z ostrzejszym
odorem nieczystości, ścieków, ludzkiego potu. Myślała, że to wszystko ją
zniesmaczy, poniekąd zirytuje, że zacznie się krzywić, nie mogąc się do tego na
nowo przyzwyczaić.
Naprawdę
dziwnie.
Uśmiechnęła
się blado do siebie, zadzierając głowę, by dostrzec zasnute szarymi chmurami
niebo. Nie pamiętała wielu słonecznych dni w Bryluen, zupełnie jakby światło
omijało to miejsce szerokim łukiem. Sam Silthe odwrócił się od wyjętych spod
prawa, nie obdarzając ich przychylnym okiem?
Skojarzenie ją
rozbawiło, bo było niedorzeczne. Ale rzeczywiście tak to wyglądało – miejsce
wyklęte, wyklęci ludzie, wyklęte życie. Uśmiech się poszerzył, kobieta
przymknęła oczy, wsłuchując się w miejskie odgłosy.
Czyjś krzyk
niósł się ponad dachami budynków, pojękiwanie z pobliskiego zaułka wskazywało
na dość mile spędzany przez kogoś czas. Wychwyciła także szczęk metalu o metal,
prawdopodobnie w rozsądnej odległości toczyła się zajadła walka o kromkę
chleba.
Przez chwilę
wydawało się jej, że słyszy kwilenie dziecka, ale gdy odwróciła w tamtą stronę
głowę, natrafiła wzrokiem na zamknięte drzwi. Odetchnęła, uspokajając nagle
szybko bijące serce, zamrugała i znów rozejrzała się po dawnym domu.
Ulice były
puste. Ruszyła przed siebie, obierając przerwany na moment kurs i starając się
skupić myślami na czekającym ją zadaniu. Z Samem rozmawiało się łatwo i lekko,
miał otwarty umysł, powinno pójść gładko. I nigdy, co najważniejsze, nie robił
żadnych problemów, dobrze się z nim współpracowało. Mało prawdopodobne, by
wiedział dokładnie to, czego chciała się dowiedzieć ona, ale poza nim oraz
Elbertem w Bryluen niewielu było handlarzy, którzy nadal babrali się
nieletnimi.
Jej myśli
szybko odpłynęły do kwestii o wiele mniej ważnych, zupełnie jakby robiły jej na
złość. Skupiła się bezwiednie na tym, jak odbiera Bryluen, czy się zmieniło,
jak się w nim czuje, czy się tu odnajduje, czy wypełniło możliwą pustkę w
sercu, czy tęskniła.
Do tej pory
nie zastanawiała się nad tym, czym to miejsce dla niej było – ot, pracowała tu,
doskonaliła się, wracała, wyjeżdżała. Teraz natomiast nie potrafiła określić,
co myślała o przeszłości, o… o swoim domu.
Zwolniła
nieznacznie, bezwiednie wstrzymując oddech.
Czy to aby na
pewno uczciwie, tak nazywać tę, nie okłamujmy się, dziurę? Zmarszczyła czoło,
zakładając za ucho niesforny kosmyk włosów i ponownie zwiększając tempo marszu.
W końcu kiedy tylko poczuła wiatr w skrzydłach, uciekła stąd, porzucając
wszystko. A jednak podarowali jej życie, naprawdę godne życie, mogła skończyć o
wiele podlej. Wykorzystywali także, owszem, całkowicie zmienili… Ale to był raj
w porównaniu do tego, co świat by z nią zrobił. Dlaczego więc miałaby się
Bryluen oraz przeszłości wypierać, skoro ją ukształtowała?
Pokręciła
zirytowana głową i przyspieszyła kroku, niezadowolona z własnych myśli. Nigdy
do tej pory nie miała żadnych wątpliwości, była pogodzona z tym, kim jest, co
robiła, jak radziła sobie w życiu – czemu więc teraz czuła się w tym wszystkim
niepewnie, jakby nie powinna niczego nie zmieniać i tkwić w tym bagnie do
końca?
Mimowolnie
rozejrzała się dokoła, przesuwając spojrzeniem po pustych, brudnych ulicach;
przestąpiła nad kałużą, która nie wyglądała na powstałą po deszczu, i
odetchnęła głęboko, starając się skupić na czymś innym niż na beznadziejnym
problemie.
A jednak
nasunęło się jej, czy to nie z powodu Cadora. Mógł zobaczyć w tym miejscu coś –
kogoś – co wcale mu się nie spodoba. Nie uważała, że wierzył w nieistniejące
wyobrażenie o niej, jednak… nie chciała, by to widział. Chciała na zawsze
pozostać osobą, którą poznał w Perrianie.
– Jesteś
głupia, Tenshi – warknęła wściekła i odruchowo skręciła w poszukiwany wąski
zaułek. – Widział, co brał.
Zatrzymała się
na moment, by przyzwyczaić oczy do zmiany natężenia światła. O ile większość
Bryluen wyglądała jak pogrążona w wiecznym zmierzchu, tak wszystkie boczne uliczki
zdawały się trwać w niekończącej się nocy.
Ariene
westchnęła, ostrożnie nabierając przesiąkniętego zapachem nieczystości
powietrza, po czym ruszyła przed siebie, uważając, by nie podeptać żadnej żywej
bądź półżywej przeszkody.
Nie wiedziała,
czy Sam zdoła im pomóc, ale należało spróbować. Powinien wiedzieć coś o
wwożonych tu około trzynastoletnich dziewczynkach. Jeśli nie, nadzieja
pozostawała w Cadorze, a wreszcie – w łucie szczęścia. Zwykle na tym bazowała,
wykonując zadania, choć teraz wydawało się jej, jakby było to dziwnie
nieodpowiednie; chciała podejść do sprawy profesjonalnie, jednak jej
profesjonalizm znacząco odbiegał od wszelkich norm społecznych. Stawało się to
kłopotliwe.
Melina Sama
była małym barakiem na powierzchni, którego kondygnacje rozpełzały się pod
ziemią niczym macki pasożyta. Nigdy w piwnicznej części się nie znalazła,
zawsze rozmawiała z właścicielem interesu w imitacji biura – w ledwo
trzymającej się całości budzie z dziurami w dachu oraz wybitą szybą jedynego
okna.
Całość, mimo
wszystko, prezentowała się nadzwyczaj charakterystycznie, toteż Ariene nie
mogła tego przegapić – na widok ulubionego budynku przystanęła i uśmiechnęła
się krzywo, chwilę wahając się z ruszeniem do środka.
Ciekawe, czy
ją rozpoznają. Ciekawe, jak zareagują. Ciekawe, czy każda wizyta w Bryluen
będzie tak wyglądać. O ile jeszcze kiedykolwiek po tym zadaniu tu wróci – w
końcu po co by miała? Nic ją już z tym miejscem nie łączyło, tylko… wspomnienia
oraz przeszłość. Ale to wszystko minęło, zaczynała na nowo.
Uśmiechnęła
się krzywo, odchyliła głowę i przymknęła oczy, szukając w sobie Ariene, którą
była wcześniej. Siła oraz idealny spokój powoli do niej napływały; ruszyła
wtedy, kiedy miała pewność, że poradzi sobie z kolejną konfrontacją.
Nie powinno
być trudno.
Podeszła do
przerdzewiałych drzwi i zapukała w nie z niejaką ostrożnością, nie chcąc, by na
nią, na przykład, spadły. Odpowiedział jej metaliczny podźwięk, na który nie
zwróciła uwagi, nasłuchując poruszenia po drugiej stronie.
Jeśli zaczęli
się bawić w szyfry, zostanie zmuszona po prostu wejść, wpraszając się w gości,
bo nie zamierzała zgadywać, na jaki sygnał się umówili, a tym bardziej się tego
dowiadywać. Zdusiła w piersi irytację, zmiażdżyła ciążące jej zmartwienie o
Cadora i postanowiła chociaż na moment zapomnieć o wszystkim poza robotą.
Tak powinno
być prościej.
Na szczęście
do drzwi ktoś podszedł, potem przejście stanęło otworem. Rosły mężczyzna
spojrzał na nią lodowatym wzrokiem, z zimną obojętnością lustrując spojrzeniem.
Niepokojący uśmieszek sam wpełzł jej na usta, sprawiając, że zaczęła wyglądać,
jakby znalazła się we właściwym miejscu o właściwym czasie i nikt nie mógł jej
powiedzieć, że jest inaczej. Konfrontacje z ochroniarzami często były zabawne.
– Możesz się
przesunąć? Stoisz na środku przejścia – poinformowała, opierając dłoń na
biodrze i odciążając jedną nogę; spojrzenia nie spuściła z mężczyzny, nadal
uśmiechając się w naprawdę dziwny sposób.
– Umówiona? –
zasięgnął lakonicznie języka, uniósłszy sceptycznie brew, kiedy przyglądał się
jej bez specjalnego przekonania.
Uśmiechnęła
się szerzej.
– Zaraz będę.
Z drogi – zażądała twardszym głosem, niebieskie oczy nabrały intensywności na
ułamek sekundy, kiedy wiedźma przepuszczała przez ciało energiczny impuls
magii.
Mężczyzna
zachwiał się, pchnięty przez falę zaklęcia, a ona wykorzystała to do
wślizgnięcia się do środka. Chciał ją złapać, ale nie był w stanie – zbyt
szybko przedostała się do baraku i stanęła przed zasiadającym w głębokim fotelu
mężczyzną, ignorując sapiącego z irytacją ochroniarza.
Musiał być
nowy, skoro jej nie skojarzył, co jeszcze bardziej bawiło. Przymrużyła oczy,
odszukując spojrzenie Sama.
Gdyby spotkać
go na ulicy, prędzej wzięłoby się go za złodzieja niż handlarza niewolników.
Był smukły, miał urodę wiecznego, w dodatku łobuzerskiego, chłopaka. Potargane
blond włosy, lśniące zielone oczy, piegi na nosie i policzkach, szelmowski,
pewny siebie uśmiech – to wszystko tworzyło całkiem atrakcyjny, przyjemny
obraz.
Niewiele się
zmienił od ich ostatniego spotkania, co Ariene trochę rozbawiło. Zupełnie jakby
czas się dla nich zatrzymał bądź próbował sobie szydzić.
– Och –
wyrwało się Samowi, kiedy tylko jego spojrzenie padło na stojącą przed nim
kobietę; ruchem ręki powstrzymał ochroniarza od interwencji. – Zmora. Co tu robisz?
Myślałem, że opuściłaś biznes – dodał, uśmiechając się pod nosem i nachylając
się do Ariene.
– Bo opuściłam
– odparła oschłym głosem, przymrużając oczy, jakby chciała go ostrzec, że
przesadna bliskość może się źle skończyć. – Teraz robię po przeciwnej stronie
barykady – wyjaśniła, obejrzawszy się przez ramię, kiedy usłyszała
niezadowolony pomruk.
Sam uśmiechnął
się z dziwnym rozbawieniem, jakby w ogóle jej nie uwierzył. Poczuła, jak
mimowolnie napinają się jej mięśnie; nie podobało się jej to. Wcale. Kwestionowanie
jej wiarygodności było pewnym ciosem, atakiem, niemalże próbą manipulacji – bo
w końcu należała do tego świata, stanowiła jego własność, nie mogła się z niego
wyrwać. Tak tu właśnie uważano, dlatego nienawidziła siebie za to, że jednak
wróciła.
Westchnęła,
przymykając oczy.
– Potrzebuję
informacji – stwierdziła, postanawiając porzucić bezsensowną dyskusję na
tematy, które były zwyczajnie niewygodne. – Poszukuję pewnej dziewczynki w
wieku około trzynastu lat – przybliżyła problem, starając się nie zerwać
kontaktu wzrokowego.
– Myślisz, że
prowadzę rejestr? – westchnął, unosząc sceptycznie brew. – Nie sprawdzam
każdego wjeżdżającego do Bryluen, nieważne czy to dzieci, czy dorośli,
interesują mnie moje dostawy – skwitował, wspierając głowę na dłoni.
– Czyli nie
jesteś w stanie mi pomóc – bardziej oznajmiła, niż spytała, zaciskając z
niezadowoleniem usta; cała jej wycieczka okazała się bezsensowna.
Wpadło jej, że
może nie powinni byli się rozdzielać. Może powinni byli pójść do obu miejsc
wspólnie, uniknęliby wtedy sporego ryzyka. Nie zajęłoby to za dużo czasu, w
końcu załatwiali wszystko sprawnie.
Ale była
głupia – ale z niej tchórz!
Kiedy się
rozdzielili, poczuła lekką ulgę, jakby mogła w ten sposób uciec przed wyrzutami
sumienia Teraz okazało się, że tak jest jeszcze gorzej.
– Nie jestem.
Ewentualnie może, jeśli masz ciekawe argumenty – poprawił się, rozsiadając się
na miejscu z szelmowskim uśmieszkiem.
Coś zmroziło
ją od środka. Zazgrzytała zębami, pochyliła głowę i wykrzywiła usta w
rozeźlonym, groźnym grymasie. W jednej chwili uznała, że informacja nie jest
warta gry, chociaż kiedyś nie zastanawiałaby się nad tym zanadto, przystałaby
na propozycję.
– W takim
razie jesteś dla mnie bezużyteczny – uznała chłodno, odwróciła się i ruszyła
sztywno do wyjścia.
Kiedy zamykała
drzwi, jego intensywne spojrzenie było niczym wyrok, jakby próbował jej w ten
sposób uświadomić, że stąd nie ma ucieczki, z tego świata.
To było jak
zaciskająca się na szyi pętla.
Świetnie.
Tutaj prawie każdy dom był dwupiętrowy, a okolice wejścia w większości
przypadków zawalono najróżniejszego rodzaju gratami, także równie dobrze mogło
się pod nimi kryć przejście do piwnicy. Cadorowi pozostawało tylko
przypatrywanie się drzwiom oraz ścianom w poszukiwaniu tajemniczego symbolu, kwadratu
wpisanego w okrąg.
W jednym z
budynków zaraz koło drzwi było okno pozbawione firanki; właścicielka domu,
przekonana, że obrońca chciał ją podglądać przez szybę, wybiegła na ganek z
wałkiem w ręce. Kiedy zobaczył jej minę, nawet nie próbował się tłumaczyć,
strategicznie spierdolił.
Teraz,
pozbawiony zagrożenia wojujących kuchennym sprzętem kobiet, zadarł głowę, by
spojrzeć w niebo, jakby Silthe miał mu zesłać wskazówkę. Potem westchnął
męczeńsko, kopnął najbliższy kamyk i wszedł w przypadkowo obraną, ciasną,
brudną uliczkę.
Na jej końcu
zatrzymał się, nie do końca ufając temu, co widzi. Dom. Z wejściem do piwniczki
zaraz przy drzwiach. Uniósł z powątpiewaniem brew, podszedł bliżej i zapatrzył
się na wyryty w drewnie symbol, koło opisane na kwadracie.
– Ha! –
wymruczał z zadowoleniem, kładąc dłoń na klamce.
Zaraz...
Powinien tam tak po prostu wejść? Znaczy, z głupia frant, wtargnąć i
zaproponować herbatkę? Niezbyt rozsądne.
– A co mi
szkodzi – zadecydował jednak i pchnął drzwi.
Korytarz był
pusty i cichy, pogrążony w półmroku. Na samym jego końcu znajdowało się okno,
niezwykle zakurzone, ale przepuszczające przez szyby minimum potrzebnego
światła. W ścianie po lewej stronie widniały drzwi, kawałek dalej natomiast
znajdowały się schody z dziurawym pierwszym stopniem. Wydawało się, jakby nikt
w tym miejscu od dawna nie mieszkał, jakby nikt się domem nie interesował, ot,
właściciele wyszli i zostawili majątek bez opieki.
Jednak na
szafce przy drzwiach leżał dość czysty, rzucony niedbale płaszcz, nieopodal
okna wisiał lekko przekrzywiony obraz, pod drzwiami ułożono dywanik, co prawda
niemożebnie brudny. Gdyby budynek opuszczono, żadne mniejsze przedmioty by się
nie ostały, dlatego dawało to pewne szanse na odnalezienie Elberta.
Zwłaszcza że
zza zamkniętych drzwi dochodziły niewyraźne, stłumione oraz zdecydowanie
podejrzane odgłosy.
Cador bez
zastanowienia ruszył w tamtą stronę, świadom tego, że na miejscu nie czekały na
nieproszonego gościa żadne pułapki. W tej branży było to poniekąd głupie, ale
cóż, nie jego sprawa. Zatrzymał się przy drzwiach i na chwilę zamarł,
wyciszając oddech i koncentrując się na tym, co działo się za ścianą.
Trzech, może
czterech mężczyzn. Z pewnością byli uzbrojeni, nad tym nawet nie ma co się
zastanawiać. Wszyscy znajdowali się w odległości metra do dwóch od drzwi.
Obrońca, wierząc w swój urok osobisty i dar do przekonywania, na dobry początek
zapukał. Wszedł do środka, nie czekając na odpowiedź, gotowy chyba na
wszystko.
I strasznie
lekkomyślny, prawda.
W pierwszej
chwili nic się nie stało. W następnej stojący przed metalowymi klatkami z
ludźmi odzianymi w łachmany żylasty mężczyzna obrócił głowę w stronę Cadora,
jasnobrązowe oczy rozbłysły w niepokojący sposób. Wyglądał strasznie oraz
żałośnie jednocześnie, zgarbiony, brudny, bez jednego z przednich zębów.
Ale za to coś
kryło się w tej twarzy; nawet nie to, że trochę przypominał szczura z
przerzedzonymi, popielatymi włosami. To zdawało się być bardziej subtelne, ale
o wiele groźniejsze.
Skinął
nieznacznie głową z pewną szaleńczą ekstazą, jakby czekała go cudowna zabawa.
Stojący przy drzwiach strażnicy odsunęli się, wszyscy wykonali ten sam ruch
nogą; najwyraźniej pod butem jednego z nich znajdował się doskonale zamaskowany
przełącznik. Niniejszym z głuchym hukiem okna oraz jedyne wyjście zagrodziły
grube pręty krat, tworząc z pokoju klatkę nie do opuszczenia.
– Proszę,
proszę, co my tu mamy? – zamruczał chrapliwym głosem mężczyzna, obracając się
przodem do Cadora; wyraźnie kulał na prawą nogę.
Nie żeby się obrońca
bardzo przejął, prawda. Znaczy, jasne, troszkę kiepsko, że oto zniszczyli mu
wszystkie wizje przyszłości dotyczące realizowania planu ucieczki, ale przecież
może się jeszcze dogadać. Albo... albo nie wiedział co, ale z pewnością da
sobie radę, w końcu jest Wilkiem Reamonnów.
Uśmiechnął się
pogodnie, przechylając głowę. Zerknął kątem oka na strażników – na Silthe,
czym ten gość ich karmił, że wyglądali jak pomieszanie byka z tygrysem? –
pokiwał sam do siebie, wreszcie wrócił zainteresowaniem do, jak się domyślił,
Elberta. Podszedł o kilka kroków, świadomie wystawiając się na ataki od tyłu,
splótł dłonie na plecach i westchnął sobie cicho.
– Uroczo tu
masz – zauważył bardzo rozbawiony, teraz przyglądając się klatkom z
ludźmi.
Wychudzone,
mizerne postaci trudne do nazwania osobami, bardziej kości obleczone skórą,
wlepiające w niego błagalne spojrzenia przerażonych, smutnych oczu. Coś
ścisnęło go w sercu, gdy z tyłu klatki wypatrzył brudną oraz zabiedzoną
dziewczynkę; nie mogła być ich zleceniem, za młoda, jednak takie widoki
wzbudzały w nim chęć zostania rycerzem pomagającym uciśnionym.
Odchrząknął,
wracając spojrzeniem do rozmówcy. Nie teraz, nie w takich okolicznościach. Nie
zbawi świata. A może uratować życie jednej dziewczynki, jeśli wyciągnie od tej
poczwarki wartościowe informacje.
– Coś się
zmieniło, od kiedy Zmora była tu ostatni raz? – zapytał nadal tak samo
pogodnym głosem, uśmiechając się z przesadnym zadowoleniem. – Rozumiesz,
muszę jej zdać relację, jak wrócę.
Elbert wydał z
siebie dziwny dźwięk, który prawdopodobnie w zamierzeniu miał być śmiechem.
Zdecydowanie tak nie zabrzmiało, a jego ludzie nie podzielili wesołości,
trwając w nowych pozycjach niczym posągi. Zdawali się jeszcze bardziej
nienaturalni, niż nienaturalnie brzmiał handlarz niewolników.
– Nie zasłaniaj
się nazwami, które nie mają tu już żadnej wartości – poradził, szczerząc się w
szczerbatym, obłędnym uśmiechu. – Powiedz mi no, dobrodzieju, co cię do nas
sprowadza? Szukasz dobrego towaru? – zagadnął, zamaszystym ruchem wskazując
swoje brudne, przerażone ofiary. – A może masz ochotę na coś bardziej
ekskluzywnego? – dodał, wwiercając się w twarz Cadora napastliwym, w pewien
sposób pożądliwym spojrzeniem.
To kazało
zacząć się bać. Mężczyzna był całkowicie nieobliczalny.
Obrońca wzruszył
ramionami; dobra, to zagranie nie przyniosło oczekiwanych skutków, ale przecież
pozostawało jeszcze tyle możliwości.
Ruszył
spacerkiem w stronę klatek i zatrzymał się niewiele od krat, na wyciągnięcie
rąk osób przebywających po drugiej stronie. Przyjrzał się stłoczonym jednostkom
ludzkim ciekawskim spojrzeniem, jakby był w cukierni i wybierał najbardziej
odpowiadające mu ciastko.
– Nie miały,
dopóki nie wróciły – zauważył bardzo lekko, ot, jakby dzielił się z
mężczyzną ciekawostką na temat świata.
Tylko jego
uśmiech był dość specyficzny, trochę niepokoił. Nie takiego człowieka jak
Elbert, ale ogółem.
A potem
zagwizdał. Przeszedł się na koniec klatek i z powrotem, od czasu do czasu
przystając, by przyjrzeć się komuś uważniej.
– Masz może na
sprzedaż nieletnie? – zainteresował się, znów spoglądając na mężczyznę,
teraz z uśmiechem bardzo nieprzyjemnym. – Takie, ja wiem, trzynastki na
przykład?
Elbert znowu
się zaśmiał i znowu zabrzmiał przerażająco. Śmiech przerodził się w napastliwy
dla uszu, świstliwy chichot, aż wreszcie zakończył się dziwnym piśnięciem.
Mężczyzna przypatrywał się Cadorowi, szczerząc do niego zęby.
– Dobra,
goguś, po coś się tu wziął? – spytał tym samym, drżącym w ekstazie głosem i
rozłożył w groteskowo serdecznym geście ramiona. – Nie jesteś stąd. Śmierdzisz
lepszym życiem. Nie obracasz się wśród niewolników. Brzydzisz się tym. I chcesz
którąś z moich trzynastek – wyliczył, kiwając się z palców na pięty.
Jeden z
mężczyzn podszedł do Cadora i położył mu dłoń na ramieniu w niemalże
przyjacielskim, uspokajającym geście. Jego kamienna twarz nie uległa zmianie,
patrzył obojętnie przed siebie, stoicko spokojny i służalczo uległy.
Cador znowu
westchnął, unosząc wzrok. Gdy popatrzył na Elberta, nadal uśmiechał się w ten
przesadnie pewny siebie sposób.
– Nie którąś.
Konkretną – powiedział spokojnie, pobieżnym spojrzeniem obdarzając
strażnika, który postanowił się nim zaopiekować.
No dobra,
stawiamy na szczerość. Prawdopodobnie błędnie, ale cóż mu szkodzi? Znaczy,
fakt, niekoniecznie pięknie wyglądałby bez zębów. Ariene mogłaby się wkurzyć.
Bardzo wkurzyć.
Nie, trzeba
uratować dupę.
Mężczyzna
przymrużył oczy i rozejrzał się po pomieszczeniu. Jak?
– Słyszałem,
że macie swojego króla złodziei, jak to on się nazywał... Nie przypomnę sobie.
Nigdy nie pomyślałeś, by wziąć z niego przykład? Z tego co kojarzę, Nazirowi
dość nieźle idzie bronienie swojego pana, robi to już z lekka dwadzieścia lat i
król nie ma ani blizny więcej. – Twarz Cadora nabrała zamyślonego wyrazu,
jakby głęboko zastanawiał się nad poruszaną kwestią.
Wtem jego
spojrzenie nabrało na powrót ostrości, zaś usta wykrzywiły się w nieprzyjemnym,
ostrzegającym uśmiechu.
– A ty nadal
zatrudniasz jakichś tępych mięśniaków, zamiast zaangażować obrońcę z
prawdziwego zdarzenia – zakończył wypowiedź.
Potem poszło
już szybko.
Zamiast
uciekać, pchnąć; to jak z psem, który ugryzie – kiedy wyrywasz rękę,
mocniej zaciska szczęki, ale gdy wepchniesz mu ramię do pyska, odpuści. Obrońca
naparł na trzymającego go za ramię mężczyznę, kończąc mało efektowną, ale
profesjonalną sójką w bok. Pochylił się, przesmyknął pod wyprowadzającą cios
ręką, przechodząc na kucki, wyciągnął z rękawa jeden z noży i ciął po ścięgnach
nieosłoniętej łydki. Nim wielki i ciężki strażnik zdążył się obrócić, obrońca
już stał wyprostowany za jego plecami – teraz wystarczyło wbić ostrze w
punkt witalny na karku i po sprawie.
Nikt się nie
ruszył. Pozostali strażnicy stali niczym wmurowani pod ścianą, czekając na
sygnały. Cador sprawdził puls powalonego, uśmiechnął się z zadowoleniem i wstał,
otrzepując dłonie.
– Chyba
rozumiesz, co mam na myśli? – zapytał swobodnie, przechylając głowę.
Elbert nawet
nie drgnął. Nadal się szczerzył. Słysząc ostatnie słowa Cadora, wybuchnął
głośnym, przerażającym śmiechem, odchylając głowę. Śmiał się długo, donośnie,
wszystko przetaczało się po pokoju upiornym podźwiękiem, zdawało się, że
mężczyzna lada moment popłacze się z tego wszystkiego. Śmiech nabrał opętańczej
nuty, Elbert zaczął się zachłystywać, zanosić nim w różnych tonacjach, aż nagle
wszystko się urwało jak nożem uciął.
To dopiero
było przerażające.
– Grozisz mi?
– zainteresował się, szczerząc obłąkańczo zęby. – Chcesz konkretną trzynastkę?
– zmienił nagle temat, kiwając głową w stronę klatki.
Milczał
chwilę, jakby dawał Cadorowi czas na namyślenie się. Wtedy sprawnie dobył
broni, którą zawsze miał przy sobie – dostał ją kiedyś w wyrazie wdzięczności
od pewnej osoby z gildii złodziei, uznał za użyteczną i od tego czasu używał
jej w najbardziej widowiskowych chwilach, ciesząc się z tak wyśmienitej zabawki.
Wymierzył
niedużym pistoletem w czoło jednej z młodszych dziewczyn, nawet specjalnie nie
celując, a potem nacisnął spust. Jej czaszka roztrzaskała się na kawałki, mózg
rozbryzgnął się dokoła, ciało natomiast zwaliło się drgające na ziemię.
– Może tę? –
spytał, przymrużając w dzikiej satysfakcji oczy i ignorując przerażone
skomlenie pozostałych niewolników.
Wiele Cadora
kosztowało, żeby nie zareagować. Miał ochotę rzucić się na skurwysyna i udusić
go gołymi rękoma, wbić mu palce w oczy i wykastrować jednocześnie, wypuścić
wszystkich Silthe ducha winnych niewolników i dać się zabić strażnikom.
Zamiast tego
odetchnął głęboko i niczego nie dał po sobie poznać. Zerknął w stronę zwłok,
obdarzając umiarkowanie zaciekawionym spojrzeniem krew, krzywiąc się za to na
odór, jaki natychmiast uniósł się w powietrzu.
– Nie, to nie
była ta – odpowiedział, wymuszając u siebie utrzymanie swobodnego
uśmiechu. – Może w końcu zgadniesz, a może wymordujesz sobie cały towar i
ten miesiąc zakończysz na minusie. Oczywiście, możemy także porozmawiać; i
przecież wiem, że nie ma nic za darmo. – Uniósł brew i czekał na reakcję,
gdzieś wewnątrz czując prawdziwą, gorącą nienawiść i nieprawdopodobne
obrzydzenie wobec stojącego przed nim człowieka.
Och, z jaką
ochotą wyrwałby mu struny głosowe. Zazwyczaj nie miał morderczych zapędów, ale
ten tutaj przekroczył pewną granicę.
– Taki
rozsądny, przewidujący, jesteś z miejsca, gdzie się na co dzień liczy
pieniądze, co? – mruknął Elbert, wolną ręką z czułością gładząc lufę broni i
nadal uśmiechając się dziko. – O mój towar się nie martw. Jest mój. Robię z
nim, co chcę. A ty byś pragnął coś z niego dostać, prawda? – zauważył i bez
pośpiechu wycelował prosto w czoło Cadora.
Uśmiech, choć
przez cały ten czas był dobrze widoczny i nie znikał ani na moment z gęby
Elberta, teraz stał się niezwykle szeroki oraz dziki. Palec mężczyzny drgnął;
zdawało się, że zastrzeli obrońcę, że Cador nie zdoła uniknąć śmierci ani
kaleki rozbroić.
Wtedy jednak
ramię zaskakująco szybko się obróciło, a lufa odnalazła w powietrzu kierunek do
główki najmłodszej dziewczynki z grupy.
Zupełnie jakby
Elbert doskonale wiedział, że to jej widok najbardziej poruszył obrońcę. W jego
oczach pojawił się ogień, który niewiele wspólnego miał z człowieczeństwem.
Ściany
zadrżały w tym momencie, subtelne wibracje przeszły przez deski podłogi. To na
chwilę zdekoncentrowało, odwróciło uwagę zebranych od rozgrywającego się
właśnie przedstawienia. W następnej sekundzie drzwi i krata gruchnęły na deski,
robiąc w nich naprawdę duże wgłębienie.
Ostrze małego
noża śmignęło w powietrzu, uderzyło w dłoń Elberta i wytrąciło mu broń; nim
zdołał ją złapać, reagując nadzwyczaj błyskawicznie zdrowym ramieniem, pistolet
zadrżał i przejechał samoistnie po podłodze na drugi koniec pokoju.
– Puk-puk –
warknęła Ariene, przekraczając próg.
W tym
wszystkim Cador wywrócił młynka oczami, wzdychając ze zrezygnowaniem, chociaż
właśnie pojawił się jego ratunek. Jeden ze strażników spojrzał na niego ze
zdziwieniem, zastanawiając się, co temu durniowi znowu nie pasuje.
No żeby
kobieta musiała wkraczać do akcji, naprawdę. Chyba czas rzucić ten
biznes.
Wtedy strażnik
znów na niego spojrzał. Spod kaptura wyjrzały duże, trochę przestraszone oczy;
Cador zaczął wątpić w to, z kim sypiał, dlaczego na widok Ariene bandzior
wielkości niedźwiedzia zaczyna drżeć?
– Tak, to jest
ten moment, w którym powinieneś zwiewać – poradził spokojnie, bezradnym
wzruszeniem ramion odpowiadając na kiwnięcie w stronę kobiety.
Generalnie: wybacz, stary, ja z nią nic nie zrobię.
No to strażnik
posłuchał. Jeden z głowy, został ostatni. Cador przekręcił szyję, by spojrzeć
na ukochaną z niemym pytaniem. Zabijać, obezwładniać, co robić? Była w te
klocki o niebo lepsza od niego.
Nie zwróciła
na Cadora uwagi, minęła go, zmierzając do stojącego z zaskoczeniem wymalowanym
na twarzy Elberta. Mężczyzna jako jedyny nie wyglądał na przerażonego jej
przybyciem, efektownym skądinąd, tylko właśnie na zdumionego. Jakby zapowiadała
odwiedziny na święto przesilenia letniego, nie zimowego.
– Kurwa mać –
mruknęła niższym głosem, chwytając mężczyznę za kołnierz i przyciągając trochę
bliżej siebie. – Nie tłumaczono ci już, jak przyjmować klientów? – dodała
wyraźnie wściekła i popchnęła kalekę bezlitośnie na ziemię.
Upadł z
głuchym stęknięciem na podłogę, bezradny w starciu wręcz. Zwłaszcza z kulawą
nogą oraz przebitą nożem ręką. Ariene natomiast łypnęła krótko na pozostałego w
pokoju strażnika, zupełnie jakby patrzyła na irytującą muchę.
– Wynocha albo
gorzko zapamiętasz ten dzień – warknęła krótko.
Nie musiała
dwa razy powtarzać – na szczęście dla mężczyzny.
Potem
przeniosła wzrok na Elberta.
– Będziesz
gadał, czy mam cię okulawić dziś na drugą nogę? – zainteresowała się z
przewrotnym uśmiechem, pewien moment wpatrując się w czujne, lśniące dziko
oczy.
Na chwilę jednak
obróciła się, by spojrzeć na Cadora, sprawdzić, czy na pewno nie zdążył sobie
nabić guza. Jej wzrok znów diametralnie się zmienił, zupełnie jakby to było dla
niej całkowicie naturalne, skakać z jednej osoby do drugiej, niewyobrażalnie
innej, w przeciągu dosłownie ułamków sekund.
Elbert sięgnął
po upuszczoną broń, nie tracąc najwyraźniej nadziei.
Wtedy coś
świsnęło, mężczyzna syknął wściekle, a pistolet odjechał kawałek po podłodze,
popchnięty przez rzucony nóż. W odpowiedzi na mordercze spojrzenie kaleki Cador
uśmiechnął się, może trochę bez przekonania, ale z satysfakcją błyszczącą w
zielonych oczach.
Potem, nie zważając na to, czy zepsuje Ariene reputację, zniszczy umowy i tak dalej, spokojnym krokiem podszedł do najbliższej klatki. Uniósł ciężką kłódkę i przyjrzał jej się uważnie, obracając pod różnymi kątami, potem wyjął zza pasa kolejny nóż i zabrał się za rozbrajanie zamknięcia, mamrocząc pod nosem.
Potem, nie zważając na to, czy zepsuje Ariene reputację, zniszczy umowy i tak dalej, spokojnym krokiem podszedł do najbliższej klatki. Uniósł ciężką kłódkę i przyjrzał jej się uważnie, obracając pod różnymi kątami, potem wyjął zza pasa kolejny nóż i zabrał się za rozbrajanie zamknięcia, mamrocząc pod nosem.
Ariene dostała
nauczkę za dekoncentrację; momentalnie skupiła się na Elbercie, całkowicie
poważna, już bez dzikiego blasku w oczach, z jakim wpadła do siedziby handlarza
niewolnikami.
– Masz minutę,
by powiedzieć mi wszystko, co wiesz o ostatnich przywiezionych do miasta
dziewczynkach lat około trzynaście – zakomunikowała spokojnie, wpatrując się w
niego z podejrzliwością.
Elbert zaśmiał
się ochryple, wijąc się na podłodze jak częściowo przydepnięty karaluch. Ariene
wykrzywiła z obrzydzeniem usta, patrząc na niego z odrazą, zupełnie jakby nie
miała przed sobą człowieka.
– To było
ledwie dziesięć lat temu, a już wyglądasz jak wrak – stwierdziła niemalże
miękkim głosem, który zupełnie nie pasował do całej jej postawy. – Naprawdę
wtedy przesadziłam – uznała samokrytycznie, podeszła do mężczyzny i uklękła
przed nim.
Wpatrując się
w jego oczy, uśmiechnęła się dziwnie, urokliwie oraz zachęcająco, przesunęła
dłonią po oranym bruzdami upływającego czasu policzku. Nie było w niej już ani
trochę obrzydzenia, które dało się zobaczyć niedawno.
– Elbert –
mruknęła niskim głosem, przymrużając powieki. – Powiedz. Mnie nie powiesz? –
dodała z zawodem, przekrzywiając wdzięcznie głowę.
Kosztowało ją
to trochę wysiłku, nim przedostała się przez pokręconą oraz spaczoną psychikę
mężczyzny, odnajdując w niej struny, na których ostatnim razem za mocno
zagrała. Znów je poruszyła, dozując magię z nabytą wprawą, zachęcając go do
mówienia w ten sposób i poprzez nieprzerwany dotyk, głaskanie go po policzku.
Wreszcie
ujrzała w jego oczach znajomą mgłę.
– Wszystko ci
powiem – wychrypiał, z trudem utrzymując głowę prosto.
Pomogła mu w
tym, uśmiechając się ładnie.
– Słucham cię
– zamruczała spokojnie.
–
Przywieziono, duży transport był podpuchą. Zamawiał anonimowy, stał za nim ktoś
inny, zmyślny, oj, obłowił się. Wśród ludzi znajdował się mały skarb, od razu
ją zobaczyłem, takie cudne, młode ciałko, taka piękna – mamrotał niczym w
transie; zaczął się ślinić. – Ale zabrali, ukryli, rezydencja jest duża, na
granicy wschodu.
Umilkł,
wywrócił oczami i zadrżał. Ariene znowu zmieniła wyraz twarzy, teraz stał się
on idealnie obojętny. Puściła Elberta, pozwalając mu paść bezwładnie na
podłogę, potem odsunęła się, by przyjrzeć mu się z większej odległości.
– Chyba już
nic w tobie nie zostawiłam – mruknęła bez specjalnego zawodu, dobyła sztylet
zza pasa i bez żadnego komentarza poderżnęła koledze z branży gardło.
Podniosła się
z klęczek i przeniosła wzrok na Cadora, milcząc dłuższą chwilę, jakby zbierała
się do odezwania. Nie wytrzymała więcej niż kilkunastu sekund, przypatrując się
mu, dlatego szybko spojrzała w bok.
– Na piętrze
trzymał tow… ludzi, których zaliczał do wyższych kategorii niewolników –
poprawiła się, całość wypowiedziawszy cichym głosem.
Nawet na nią
nie spojrzał, skupiony na rozbrajaniu skrzypiącej i zostawiającej plamy rdzy na
palcach kłódce. Wreszcie szarpnął i otworzył przejście, uśmiechając się ciepło
do najbliżej stojącej osoby.
– Chodź,
wyprowadzimy was stąd – zaproponował miękko, widząc, że spłoszona kobieta
nie wie, jak się zachować.
Po chwili
ruszył się ktoś za nią, mężczyzna, który pomimo łachmanów i wychudzenia
zachował dumę w spojrzeniu. Uniósł brodę i podszedł do wyjścia, mierząc Cadora
nieufnym spojrzeniem.
– Możemy ci zaufać? – zapytał chłodno, prostując się z pewnym trudem.
– Możemy ci zaufać? – zapytał chłodno, prostując się z pewnym trudem.
Wyraz twarzy
obrońcy nie uległ zmianie ani na moment, ba, poczuł podziw dla kogoś, kto choć
wrakiem, pozostał człowiekiem.
– Albo to,
albo zostaniesz tutaj – zauważył.
Mężczyzna
skinął głową, chwilę się wahał, wreszcie wyciągnął do Cadora dłoń. Obrońca
uniósł brew, ale przyjął uścisk z zadowolonym uśmiechem.
–
Chodźcie – rzucił były niewolnik do towarzyszy niewoli.
Ludzie powoli
zaczęli wychodzić z klatki, Cador zaś zajął się kłódką następnej. Dopiero wtedy
jakby przypomniał sobie o obecności Ariene.
– Poszłabyś po
nich? – zapytał, zerkając na nią przez ramię.
Wiedźma
przypatrywała się mu niejako pustym wzrokiem; po bokach obchodzili ją
niewolnicy, łypiąc podejrzliwie, niekiedy z przestrachem, co odważniejsi
szeptali do siebie z trwogą albo odrazą. Ariene stała nieruchomo, jakby spętana
przez ich słowa i pomruki, ale oddychała spokojnie, nie wyglądała na spiętą.
Po prostu w
jednej, przejmującej chwili uderzyła w nią myśl, że nie jest godna, by stać
wśród tych ludzi. To było irracjonalne.
Nie odezwała
się, nie zareagowała na pytanie Cadora w żaden sposób. Zwyczajnie odwróciła się
i ruszyła, a wychudzeni ludzie odskakiwali od niej jak oparzeni, jak gdyby była
trędowata. Ona natomiast jakby tego nie widziała.
Przekroczyła
próg i zniknęła z pola widzenia.
Spotkali się
ponownie przed budynkiem, z armią wychudzonych, ledwie trzymających się na
nogach obdartusów pod ochroną. Mała, brudna dziewczynka, której tego dnia
śmierć zajrzała w oczy, starała u boku Cadora, przytulając się do jego nogi.
Kiedy Ariene pojawiła się w drzwiach, dziewczynka ukryła twarz w spodniach
mężczyzny.
To była
głupota. Co teraz, wymaszerują z tabunem niewolników z miasta? Jak zapewnią im
jedzenie, ubrania, dach nad głową? Chyba jedyną możliwością będzie puszczenie
ich wolno, ale to jest jak wyrok. Prawdopodobnie uwolnili ich po to, by zabić
dopiero co obudzoną nadzieję; nie ma szans, ktoś złapie ich po drodze i będą
musieli zapłacić sowitą cenę za taką lekkomyślność.
Mimo tego
uśmiechał się. Przyjrzał się Ariene, później spojrzał na każdą z uwolnionych
przez nią osób. Niektórzy podchodzili do niego: by spojrzeć mu w oczy, by podać
dłoń, by się przedstawić. Każdego przyjmował z uśmiechem, choć bał się, czy
swoją głupotą nie sprowadzi na nich kolejnego nieszczęścia.
– Koło
trzydziestu – powiedział, gdy brunetka stanęła naprzeciwko niego.
Nawet nie
śmiał pytać co teraz.
Ariene nadal
milczała. Spojrzała na Cadora przelotnie, potem przebiegła wzrokiem po
stłoczonych dokoła osobach. Na kogokolwiek popatrzyła, dostrzegała w ich oczach
życzenie jej śmierci, choć to nie ona zamykała ich w klatkach i skuwała im nogi
kajdanami. Odpowiedziawszy na wszystkie te mordercze pragnienia ze stoickim,
trochę niepokojącym spokojem, uśmiechnęła się wreszcie.
Spojrzała na
małą dziewczynkę, w jej oczach coś się pojawiło. Jakby nie widziała obrońcy,
uklękła przed dzieckiem i przekrzywiła głowę; jej uśmiech stał się taki, jak
zawsze, jak tej Ariene, która niemalże nic nie miała wspólnego z Bryluen.
Wyglądała nagle znajomo, choć czaiła się w niej pewna obawa.
– No,
kruszynko, głowa do góry – mruknęła miękko, niepewnie sięgając do jej brody i
delikatnie ją unosząc na palcu. – Muszę cię prosić o pomoc. Widzisz, oni
wszyscy bardzo mnie nie lubią, dlatego na pewno nie będą chcieli słuchać. Ale
jesteś mądrą dziewczynką, jestem tego pewna, i spróbujesz mi pomóc, co? Jak
masz na imię, skarbie? – spytała na koniec, zdając się nie dostrzegać nikogo
innego.
Dziewczynka
skuliła się nieco, potem zadarła bródkę, by spojrzeć na górującego nad nią
Cadora. Mężczyzna odpowiedział zachęcającym uśmiechem, kładąc jej dłoń na
ramieniu; mały obdartus odetchnął więc i spojrzał Ariene w oczy.
–
Lyanne – przedstawiła się niewyraźnie.
Cador
przyjrzał się uważnie Ariene ze szczerą nadzieją, że kobieta wymyśliła plan.
Jeśli nie, te biedne, błagające oczy kilku tuzinów wynędzniałych ludzi będą go
prześladować do końca życia.
Nie potrafiła
określić tego uczucia, ale zacisnęło się lodowatą dłonią na jej wnętrznościach.
Zdołała je zignorować, choć było to w pewien sposób trudne. Ułatwiła sobie to
poprzez nieprzerwane wpatrywanie się w dziewczynkę; i sama już nie wiedziała,
czy ten łagodny uśmiech został jakkolwiek wymuszony.
– Ślicznie –
stwierdziła miękko. – Zatem, Lyanne, przypilnuj, by ci wszyscy ludzie nigdzie
nie szli, kiedy ja na chwilę odejdę. Wiem, że mnie nie lubią, ale jeśli rozejdą
się po tutejszych ulicach, mogą się już nigdy nie wydostać – ostrzegła, powoli
się prostując, by móc zaraz wygodnie wstać. – Zrobisz to dla mnie, kruszynko? –
spytała z pewną nadzieją, jeszcze na moment zastygając.
Nie wiedziała,
czego oczekiwała. Może wybaczenia? Może właśnie tego legendarnego aktu odpuszczenia
win, jaki dokonał Silthe przed złodziejem, a przynajmniej tak mówią niektóre
pisma. Ciekawe, czy przebaczyłby komuś takiemu, jak ona.
Nadal się
uśmiechała, niemalże zapominając o lodowatej dłoni w swoim wnętrzu.
Dziewczynka
ostrożnie pokiwała głową i wycofała się na odpowiednią odległość, zaraz
rozglądając szybko po okolicy, by wyłapać ewentualnych dezerterów. W tym czasie
Cador postawił pół kroku w przód i pochylił trochę ramiona, spoglądając na
Ariene z troską.
– Idziesz
sama? – zapytał cicho.
Wiedział, że
tak będzie lepiej, a ona sobie poradzi, ale jakoś tak...
Westchnął i
pokiwał głową, nie czekając na odpowiedź. Obejrzał się na boki, przymrużając
przy tym charakterystycznie oczy.
– Przepraszam,
że ściągnąłem ci ten problem na głowę – mruknął, po chwili znów odnajdując
spojrzenie wiedźmy. – Nie mogłem inaczej.
Ariene
podniosła się z klęczek, jeszcze pewien czas przypatrując się Lyanne, jakby nie
usłyszała słów Cadora. Wreszcie odwróciła wzrok; przymknęła oczy, kilka sekund
wyglądając jak ktoś skrzywdzony oraz zagubiony, kiedy jednak znów na niego
spojrzała, po raz pierwszy od naprawdę dłuższego czasu, wrażenie rozprysło się
jak mydlana bańka. Była idealnie spokojna oraz, zdawałoby się, idealnie
obojętna.
– To właśnie
czyni z ciebie lepszego człowieka – stwierdziła, nie precyzując swoich słów,
ale odgadnięcie, do kogo go przyrównywała, nie stanowiło większego problemu.
Odwróciła się
i ruszyła w ulicę, nie dostrzegając uwolnionych ludzi ani ich pełnych
nienawiści spojrzeń. Nie była też zgarbiona, choć jej poza zdawała się nieco
rozpaczliwa wśród tej całej niechęci.
Nie zdążył jej
zatrzymać; nim oprzytomniał, już oddała się szybkim krokiem. Cóż więc mógł
zrobić? Pobiec za nią, zatrzymać krzykiem? Nie tutaj, nie w tym miejscu, tu
jednak trzeba było zachować pozory, grać w tę nienazwaną grę, która
gwarantowała przeżycie. Dlatego westchnął niezadowolony, schował dłonie do
kieszeni i obrócił się ku ludziom, którzy znaleźli się pod jego opieką.
– Jakie są
plany? – zapytał ten najbardziej zorganizowany oraz dumny mężczyzna,
stając przed nim i wpatrując się czujnie w jego oczy.
Cador nie
odwrócił spojrzenia.
– Nie mam
pojęcia – przyznał szczerze.
– Mamy jej
zapytać? – parsknął rozmówca, pokazując, że taka opcja nie jest dla niego
odpowiednia.
Mimo to w jego
oczach nie zabrakło wyczekiwania, jakby mimo wszystko zawierzył życie
obrońcy.
– Jak
najbardziej – odpowiedział ten, uśmiechając się lekko.
Więcej pytań
nie było.
No więc czytam sobie Granice, nadrabiając zacne zaległości i... ja Was zabiję, dziewczęta, naprawdę dokonam mordu...
OdpowiedzUsuńBO ŻEBY PRZEZ TYLE RZODZIAŁÓW CZEKAĆ NA POCAŁUNEK ARIENE I CADORA, A W ZAMIAN OTRZYMYWAĆ TAKIE COŚ?!
Moja reakcja mogła być tylko jedna (zwłaszcza za trzecim razem, gdy wpieprzył się w paradę Derek): http://www.youtube.com/watch?v=jL0mmb4V1dQ
Także, tego... macie przejebane oficjalnie u Owsika, bo on tu czeka na kiss, a tu co?!
Matko, a jak Ci bohaterowie muszą być sfrustrowani, sądzę, że reakcja Cadora pewnie byłaby taka sama, jak moja (patrz, filmik).
Ech, co ja z Wami mam xD
Hahahaha <3
UsuńJak takie coś? Przecież to najwyższej jakoś przeszkadzanie w zejściu się pary, myślałyśmy nad tym... z piętnaście minut! ;_;
To poczekaj jeszcze trochę, Derek to nie wszystko :3 Hahaha, generalnie to widzisz, u nas seksy od ręki, ale romantyczność musi czekać xD
Cador jest bardzo sfrustrowany. A będzie jeszcze bardziej xD Podła wiedźma pozdrawia.
A tak propos seksów od ręki to kiedy będzie coś o Sherze i Anabde? xD
OdpowiedzUsuńJak w następnym rozdziale, to ja bardzo gorąco o niego poproszę, bo przymierzam się do komentarza na temat tego tutaj już trzy dni, ale nie mogę sensownie na nic pomarudzić xD
Tyle ludów, co oni z nimi zrobią...
Nie, nic fajnego w następnym rozdziale nie ma, przykro mi xD A na pewno nie ma seksów! O, spoiler.
UsuńNie wiem, mogą zjeść :3 Chociaż mało tłuszczu na nich, ech. To sprzedadzą dalej, zawsze jakaś kasa!
Dobra, poproszę, nawet jeśli seksów brak xD
UsuńNieee no. Ubiją, wezmą skórę i skalpy, wyskubią resztę mięcha, spalą, wybudują totem z ich kości i będą wokół niego tańczyć aż poodpadają im nogi, a zdziczały tłum miejscowych zadźga ich włóczniami ^^
*__*
Buu!
OdpowiedzUsuńNie będziesz codziennie dostawała rozdziałów, bo zaraz skończy nam się cały materiał xD
UsuńAle wy macie za dużo materiału :c
UsuńTeraz już wcale nie xD
UsuńNie kłam, kłamczee. Lajer z ciebie i tyle. Publikuj, bo zacznę szaleć xD
UsuńNo chyba wiem, ile tekstu mam w folderze, a ile piszemy na miesiąc... xD
UsuńTo zlituj się chociaż raz na miesiąc, bo miesiąc już minął :(
UsuńHm... no dobra xD
Usuń