Aithne wbiła nieco
pusty wzrok w Larkina, jakby zastanawiała się – dopiero teraz – czy przyjaciel
jest tu naprawdę. Przecież odszedł, zniknął w Perrianie, rozpłynął się wśród
ulic Elestren, ani ona, ani Ariene nie mogły go odszukać. Zacisnęła dłonie w
pięści, jakby zmagając się ze sobą, bo nie wiedziała, co zrobić.
Wtedy też Errian,
ponarzekawszy na swoją ranę, popchnął ją z wyczuciem w plecy, co ostatecznie
wyrwało upadłą z odrętwienia. Potrząsnęła lekko głową, spojrzała na
uśmiechniętego maga kątem oka, a potem w kilku krokach dopadła do Larkina,
objęła go i przytuliła mocno, wypuszczając z ulgą powietrze.
Nieważne, to wszystko
przecież nieważne, ważne było jedno – że żył i wrócił. Nic więcej jej nie
interesowało.
– Kretyn – pochwaliła
go z charakterystyczną dla siebie wylewnością. – Nadal cię nienawidzę, idioto.
Ariene uśmiechnęła się
lekko, jednak Larkin już tego uśmiechu raczej nie dostrzegł, bo zdążył się
odwrócić do Aithne. Wiedźma chwilę stała z boku, oplótłszy brzuch ramionami, i
nie potrafiła oderwać wzroku od upadłego. Wreszcie pokręciła z niejakim
niedowierzaniem głową, a na jej twarzy pojawiła się ulga. Coś ciężkiego zniknęło
z jej serca, wypełniając wnętrze ciepłym, przyjemnym spokojem.
Słysząc stukot kopyt,
uniosła głowę. Zauważyła nadjeżdżającą na Lantano Anabde, w pewnej odległości
od nekromantki szedł Sheridan, prowadząc swoją klaczkę. Na samym końcu pochodu
kroczyła Faryale, od czasu do czasu podrzucająca łbem, kiedy niespieszne tempo
łowcy bardziej siwą irytowało.
Wiedźma uśmiechnęła
się szerzej i wreszcie ruszyła w stronę Larkina oraz pozostałych, teraz, dla
odmiany, czując dziwny ścisk w żołądku.
Bardzo chciała, tak
jak Aithne, po prostu ucieszyć się z jego powrotu, ale gorycz pozostała. Miała
wrażenie, jakby upadły ją oszukał, co przecież… było głupie. Chyba.
Errian dostrzegł
podchodzącą do nich Ariene i chwilę walczył sam ze sobą – rana bolała, no jak
pierun bolała, ale to chyba nie czas i miejsce na takie rzeczy. Zresztą płytka
była, może i wykształcenie medyczne miał dość ubogie, jednak tyle przynajmniej
wiedział.
Dlatego z czystym
sumieniem skupił uwagę na Aithne, uśmiechając z pewnym rozczuleniem, kiedy na
nią patrzył. Tak bardzo przeraziło ją zniknięcie Larkina, że, mimo iż wewnątrz
odczuwał dziwną potrzebę skrzywdzenia upadłego za to niespodziewane odejście,
nie potrafił się nie cieszyć, obserwując ją teraz.
Potem przyjdzie czas
na zastanawianie się, czemu pan Lavrance przychodzi i odchodzi, kiedy mu się
żywnie podoba, raniąc przy okazji swoich przyjaciół. Aktualnie nie zamierzał
zaprzątać sobie tym myśli, zwłaszcza że szczęście Aithne oraz jego świeża rana
były ważniejsze od Larkina, prawdę mówiąc.
Upadły uśmiechnął się
tak szeroko, jakby przyjaciółka właśnie powiedziała mu najcelniejszy komplement
świata. Pozwolił jej prawie zmiażdżyć swoje żebra; on też ją przytulił, chociaż
z nieco większym wyczuciem – dodatkowo sprawę utrudniały mu skrzydła dziewczyny.
Kiedy już go puściła,
zmierzwił jej rude włosy, tworząc na głowie upadłej jeszcze większą szopę niż
zwykle. Przyjrzał się jej bez słowa, tylko z tym bardzo zadowolonym uśmiechem
błąkającym się na ustach.
Nie było tego widać,
ale trochę bolało. Nieprzyjemna była świadomość, że musiał ich opuścić, że
musiał opuścić ją – a jeszcze gorsza okazała się wiedza, że ona nigdy nie dowie
się dlaczego. Co go dobijało, to myśl, że takie sytuacje będą się powtarzać.
Miał zamiar nie wracać, powinni myśleć, że on nie żyje; jednak sami go
odnaleźli.
– Urocza jak zwykle,
Aithne – zauważył swobodnie, szczerząc do niej ząbki.
Ot, złośliwości nigdy
za wiele.
Cador był bardzo dobry
w trzymaniu się z boku – przecież tego go uczyli. Obserwowanie sytuacji z
dalekiej perspektywy było dla niego łatwiejsze, mógł udawać, że jest
bezstronny. Ale nie był.
Cholera jasna, od razu
domyślił się, z kim mają do czynienia – w końcu tylko jedno imię wywoływało
taką minę u Ariene. I to go irytowało, co było zdziwieniem nawet dla samego
obrońcy.
Wpatrywała się w
niego. Wszyscy się w niego wpatrywali. Próbował sobie wytłumaczyć, że przecież
to całkiem normalne – byli przekonani, że Larkin zginął, a tu pojawił się we
własnej, na dodatek chyba nienaruszonej osobie. Przecież nie może nie lubić
faceta tylko dlatego, że wszyscy tutaj – a co bolało szczególnie, również
Ariene, i to w znaczącym stopniu – go uwielbiali. Chyba nie był zazdrosny, co?
Naprawdę, zachowanie gówniarza, czas się ogarnąć, panie obrońco.
Czas się zdystansować.
Tak. Nieznacznie przymrużył zielone oczy i powoli uświadamiał sobie, że nie
będzie potrafił.
Gdy Anabde znalazła
się w wystarczająco bliskiej odległości, zatrzymała Lantano i zeskoczyła z
niego zgrabnie. Nieco się zachwiała, ale szybko to zamaskowała; jak zwykle
udawała, że wszystko jest w porządku, czuje się świetnie i na pewno sobie
poradzi. Nie chciała niczyjej pomocy, a już na pewno nie miała zamiaru zwracać
na siebie uwagi nadopiekuńczej Ariene.
Uśmiechnęła się
wymuszenie, pogłaskała siwego po łbie i spojrzała na osobę, która znajdowała
się teraz w centrum zainteresowania. Larkin.
Przeniosła wzrok na
Aithne, a radość, jaką zobaczyła w oczach przyjaciółki, wywołała u niej
ambiwalentne uczucia. Z jednej strony cieszyła się jej szczęściem, z drugiej –
czy Larkin miał zamiar cokolwiek wyjaśniać? Czy stuprocentowe zaufanie, jakim
darzyła mężczyznę Aithne, było uzasadnione i rozsądne?
Nie miała nawet siły o
tym myśleć.
Jakoś zrobiło się
cicho. Sheridan zatrzymał się koło niej, również milcząc. Izabelek Cadora,
mądre zwierzątko, ruszył śladem kopytnych kompanów; powoli maszerował w stronę
grupy, od czasu do czasu zatrzymując się przy bardziej interesującej kępce
trawy. Nikt nic nie mówił – na co czekali?
Grupę wreszcie
dogoniła Faryale. Przepchnęła się między zebranymi, trochę dłużej popatrzyła na
Erriana, jakby się zorientowała, że chłopak jest ranny, choć starał się
zasłaniać brzuch ręką, po czym, nim Aithne zdążyła prychnąć z irytacją,
podeszła do Larkina.
Zastrzygła uszami,
przyglądając się mu, i nagle je stuliła, błysnęły białka oczu, a klacz, chyba
zaskakując wszystkich, ugryzła upadłego boleśnie w ramię z cichym, rozjuszonym
kwikiem.
– Faryale! – krzyknęła
przerażona upadła, odskoczywszy od przyjaciela w kompletnym szoku.
Siwa zwykle ignorowała
jej towarzyszy, a jeśli już zwracała na nich uwagę, to tylko po to, by dokuczyć
Aithne. Teraz natomiast… po raz pierwszy wykazała zainteresowanie tym, co się
działo, bardzo bezpośrednie zainteresowanie.
Faryale machnęła łbem
i tupnęła silnie nogą, nadal tuląc uszy i łypiąc na Larkina groźnie, jakby była
gotowa odgryźć mu następnie głowę.
– Co ty wyrabiasz,
głupia konino?! – dodała zaraz Aithne, popychając klacz w szyję, by odsunąć ją
od przyjaciela.
Zębiska siwej kłapnęły
przy rękach upadłej, ale jej nie sięgnęły. W oczach wierzchowca czaiła się
szczera złość.
Zasłużył sobie, Aithne, doskonale o tym wiesz! Mogłaś
zginąć w Perrianie, a jego nie było!, warknęła, sztyletując dziewczynę wzrokiem.
– Gdyby mógł, to by
był! – zawołała oburzona, odpowiadając na spojrzenie Faryale. – Od kiedy to
zrobiłaś się taka pierwsza sprawiedliwa?!
To nie na tym polega przyjaźń, by porzucić w najgorszym
momencie bez słowa, a potem wracać jakby nigdy nic!, wściekła się, znów
zarzuciwszy łbem, jej rozjuszone spojrzenie padło na upadłego. Nie zasłużył na to powitanie ani na twoją
pomoc.
– Nie tobie to oceniać
– syknęła Aithne, wzrokiem szukając Ariene. – Chodź tu, głupia wiedźmo, przydaj
się na coś. Erriana też podziurawili – dodała bardziej przygaszonym głosem, ale
szybko odchrząknęła, bo to wina chrypki.
Ariene otrząsnęła się
z szoku i ruszyła do grupki, starając się ominąć wściekłą klacz szerokim
łukiem.
O ile dobrze
zrozumiała, chyba przyjaciółkom poszło o Larkina – o ironio, stał ciągle w
centrum uwagi. Jak zawsze zresztą. Kiedy jednak chciała się do upadłego
zbliżyć, Faryale zagrodziła jej drogę szyją, znów kłapnąwszy zębami.
– Dobrze, zacznę od
Erriana – skapitulowała Ariene, unosząc obronnie ręce.
Ruszyła w stronę
młodego maga na tyle okrężną drogą, by nie znaleźć się w zasięgu klaczy. Takie
spotkanie z rozjuszoną siwą mogło się źle skończyć.
– Ale to nic poważnego
– stwierdził zaraz młodzieniec, machnąwszy niedbale ręką, bo co to dla niego,
codziennie próbowali go wybebeszyć, takie tam, no.
Jednak padło na niego
mordercze spojrzenie najpierw wiedźmy, potem Faryale, a na końcu nawet Aithne
zerknęła na niego nieprzychylnie, zatem co mógł, biedny, zrobić? Westchnął
niczym męczennik, wzruszył ramionami i skapitulował, odsłaniając ranę. Naprawdę
była płytka, takie draśnięcie, zaraz wielkie halo.
Sheridan wcisnął ręce
do kieszeni, przyglądając się całej sytuacji bez większego zainteresowania,
tylko przy ataku Faryale uniósł niejako zaintrygowany brew. Gniada szturchnęła
go nieśmiało w łokieć, dlatego oswobodził dłoń i podrapał klacz po czole,
ciekaw, jak też się sytuacja rozwinie. Pewnie zabawnie.
Larkin nie drgnął. Nie
uchylił się, nie krzyknął, ba, nawet się nie skrzywił – stał nieruchomo,
przyjmując ugryzienie Faryale bez słowa. Jakby go to nie ruszyło; a trzeba
przyznać, że gryźć potrafiła kobylina solidnie. Wpatrywał się w siwą
intensywnie. Choć zaskoczony, zdawał się doskonale rozumieć jej reakcję.
Cador miał ochotę
zacząć wiwatować i podnieść tabliczkę „Faryale for the win!”. Nie zrobił tego z prostego powodu – nie posiadał
tabliczki.
– Ona ma rację –
powiedział wreszcie Larkin, ewidentnie kierując swoje słowa do Aithne, chociaż
spojrzenie ciągle zawieszone było na zirytowanej klaczy.
Nie wiedział
oczywiście, co dokładnie mówiła Faryale, ale nie trzeba geniusza, by zrozumieć
sposób myślenia siwej – i we wszystkim się z nią zgadzał. Sam był na siebie zły
za to, że ich opuścił, ale cóż on mógł? Miał założone kajdanki.
Anabde przymrużyła
oczy, czekając, aż Larkin rozwinie wypowiedź. Sądziła (a może bardziej łudziła
się), że upadły zaraz wyjaśni, dlaczego musiał ich opuścić. Będzie miał
naprawdę ważny powód, oni go zrozumieją i wszystko zostanie po staremu. Nie
doczekała się, co tylko wzmogło jej podejrzliwość.
– Nigdy nie przyznawaj
tej głupiej koninie racji – warknęła Aithne, sztyletując Faryale spojrzeniem.
Jej uwagę od klaczy
odwróciła jednak Ariene, która syknęła zdenerwowana przez zęby.
– Nic poważnego,
pewnie, nic poważnego to ty masz w głowie – fuknęła na młodego maga, odsunąwszy
się trochę od niego, by ocenić ranę z perspektywy.
Pokręciła głową,
marszcząc z troską czoło, delikatnie dotknęła skóry przy obrażeniu, po czym
westchnęła ciężko.
– Wyskakuj z koszuli,
muszę ci to oczyścić – rozkazała zwięźle.
– Co? – wyrwało się
Aithne, zaraz jednak upadła odchrząknęła. – A możecie nie przy ludziach?
Chciałabym dziś jeszcze coś przełknąć – skwitowała niezadowolona, krzywiąc się.
– No, już – ponagliła
nieszczęśnika Ariene, komentarz Aithne zignorowawszy.
W tym czasie oberwała
kawałek swojej bluzki – zmierzali w ciepłe rejony, zatem krótki rękaw powinien
być dobrym pomysłem – i przeniosła wzrok na Cadora, posyłając mu bardzo
roztargniony uśmiech.
– Dałbyś mi manierkę z
wodą? Chyba nikt nie wziął ze sobą wódki – westchnęła niezadowolona, znów
przyglądając się ranie Erriana.
Faryale także zerknęła
na młodego maga, a potem wbiła spojrzenie w Larkina, jakby jego pokora nie do
końca jej odpowiadała. Albo jakby klacz doskonale wiedziała, co też upadły
ukrywa, i to właśnie ją wściekało.
– Na pewno przesa… –
zaczął Errian, któremu z pewnych przyczyn nie uśmiechało się demonstrowanie
swej wątłej klaty przed zebranymi, tak jakoś.
– Jak chcesz pomocy,
to rób, co Ariene każe albo pozwól, że od razu cię dobiję, nie mamy czasu na
twoje problemy emocjonalne – warknął Sheridan, gromiąc młodego maga pełnym
dezaprobaty spojrzeniem.
– Dobra, dobra,
pojąłem aluzję – burknął chłopak, łypnąwszy na łowcę z niezadowoleniem, po czym
zastanowił się, jak logistycznie rozegrać wyskakiwanie z koszuli przy takiej
ładnej ranie.
Potem zorientował się,
że ktoś może się zniecierpliwić i rozebrać go własnoręcznie, na przykład taka
nadgorliwa uzdrowicielka, dlatego zacisnął zęby i ściągnął materiał przez
głowę, zdusiwszy bolesny jęk w gardle.
No, jakoś poszło,
mogło być gorzej. Bardziej niż podczas tego kacu w Elestren cierpieć nie
będzie, to na pewno.
Sheridan, patrząc na
chuderlawego kolegę, zaczął się naprawdę zastanawiać nad tym, jaki interes
rodzinka miała w posyłaniu swego pierworodnego jedynaka do Perrianu. Może
znaleźli lepszego dziedzica i postanowili wadliwy materiał genetyczny
wyeliminować?
Nie powinno się
oceniać kolegów pod pewnymi względami. Zdecydowanie nie powinno, zwłaszcza
kiedy się ów kolegów traktuje czysto platonicznie – a jeszcze bardziej, kiedy
zainteresowanie owymi kolegami wykazują przyjaciółki.
Ale to takie anabdowe
zboczenie, wprost nie mogła się powstrzymać. Zrobiła to, rzecz jasna,
dyskretnie, a uśmiech powstrzymała – ale miała swoje spostrzeżenia, tak,
zwłaszcza kiedy porównała klatę Erriana z pewną inną.
O Silthe, Anabde
Sasare, weź ty się, kobieto, kiedyś ogarnij. To poważna sytuacja, a ty myślisz
o nie wiadomo czym.
Cador kiwnął
nieznacznie głową i podszedł do izabelka, który stał zaledwie kilka metrów
dalej. Odpiął przytroczoną do siodła manierkę i podszedł do Ariene, prowadząc
za sobą dzielnego rumaka. Już wyciągał dłoń w jej stronę, chcąc podać bukłak z
wodą, gdy uprzedziła go czyjaś ręka. Spojrzał na piersiówkę, którą przyjęła
Ariene; potem zerknął na tego, który jej to podał.
Larkin.
Prawie zgrzytnął zębami, ale udało mu się powstrzymać. Kilka uspokajających oddechów sprawiło, że był w stanie nawet uśmiechnąć się niedbale, chociaż w środku wszystko się w nim gotowało.
Prawie zgrzytnął zębami, ale udało mu się powstrzymać. Kilka uspokajających oddechów sprawiło, że był w stanie nawet uśmiechnąć się niedbale, chociaż w środku wszystko się w nim gotowało.
– Może nie wódka, ale
whisky będzie miała to samo działanie – mruknął rudowłosy.
W chwili podawania
manierki spojrzał Ariene w oczy; przenikliwy wzrok wydawał się przeszywać na
wylot. Zdawał sobie sprawę z tego, że ją też musiało zaboleć jego nagłe
zniknięcie – zwłaszcza że obiecał wtedy zaraz wrócić.
Aithne obróciła się
plecami do Erriana, krzyżując ręce na piersiach i wbijając w Faryale bardzo złe
spojrzenie, bo przecież nie patrzyła na chłopaka właśnie dlatego – musiała
zabić swoją klacz wzrokiem, to było niezbędne w tej właśnie chwili, wprost
elementarne.
Siwa parsknęła i nastawiła
uszy, opuszczając łeb. Wyraz jej oczu złagodniał, dotknęła pyskiem policzka
upadłej, zauważywszy, że jej twarz niejako się zarumieniła.
A ty nadal jak dziecko, maleńka, mruknęła ciepło.
Dziewczyna zgrzytnęła
zębami, bardziej pochmurniejąc, po czym warknęła wymownie na Larkina,
dostrzegłszy, co też on podał wiedźmie. Podróżował z alkoholem?! Porąbało go
dostatecznie czy może Faryale za słabo ugryzła?!
Ariene przyjęła od
niego manierkę i przymrużyła oczy, odpowiadając na spojrzenie. Tym razem nie zamierzała
ukrywać ani jednego uczucia, które się w niej pojawiło, kiedy tylko go ujrzała
– bo też nie planowała mu o nich mówić, więc była to niepowtarzalna okazja, by
się o nich dowiedział.
Potem uniosła kącik
ust w mało wylewnym uśmiechu, co wyglądało trochę jak jej zemsta za to
opuszczenie.
– Dziękuję – mruknęła
zwięźle i zawróciła do Erriana, z wyczuciem wylewając alkohol na trzymaną
szmatkę.
W ferworze walki
zapomniała podziękować także Cadorowi za szybką reakcję, skupiwszy się już
tylko na ranie młodzieńca. Pochyliła się nad nim ze zmarszczonym czołem,
przyjrzała się poszarpanemu ciału, po czym przysunęła materiał do jego brzucha.
– Będzie bolało. Tak
konkretnie – ostrzegła lojalnie, na krótką chwilę unosząc wzrok na jego twarz.
A potem, zła kobieta,
przycisnęła szmatkę do rany bez najmniejszych skrupułów.
Errian aż się cały
napiął i zasyczał przeciągle przez zęby, starając się tak bardzo nie
wytrzeszczać oczu. Zacisnął dłonie w pięści, krzywiąc się – „będzie bolało tak
konkretnie” nie do końca oddało to, co jego brzuch oraz wszystkie wnętrzności
właśnie odczuły. A było to więcej niż tysiąc słów, naprawdę.
– Kurwa mać – streścił
swe wrażenia, wzniósłszy oczy do nieba, jakby tam szukał ratunku.
No bo skądś nadejść
musiał, przeklęty!
– No proszę, szlachcic
umie też przeklinać – pochwalił bez większego uznania Sheridan, unosząc
wymownie brew.
Szkoda trochę
chłopaka, leczenie przez Ariene doprawdy musiało być bardzo przyjemne –
pamiętał, jak wiedźma potraktowała okaleczone przez Aithne plecy Cadora, w
tamtej chwili nawet poczuł niejakie zadowolenie, że nim zainteresowała się
Anabde.
Szybko jednak doszedł
teraz do wniosku, że by Errian nie cierpiał, gdyby trochę pomyślał, co mu do
tej pory wychodziło nawet zgrabnie. Śladowe współczucie minęło momentalnie.
Kiedy Ariene na chwilę
zostawiła w spokoju ranę młodego maga, biedny chłopak ochoczo chwycił manierkę
trzymaną przez wiedźmę i pociągnął z niej solidny łyk, uznając, że takie polowe
leczenie powinno się właśnie od tego zaczynać.
Larkin wytrzeszczył
oczy, po czym profilaktycznie położył dłoń na ramieniu Aithne – jakby ją naszła
ochota na mordowanie, w ramach kary za spożywanie alkoholu w jej towarzystwie,
to powinien zdążyć ją przytrzymać.
Doskonale biednego
chłopaka rozumiał, więc szkoda by mu było, gdyby go upadła zrównała z
powierzchnią ziemi.
Swoją drogą jej pewnie
też byłoby szkoda. Tylko zorientowałaby się dopiero po fakcie.
Cador z natury był
człowiekiem optymistycznym, dysponował również skłonnością do żywienia
przesadnej nadziei. Ale wtedy... wtedy stracił prawie całą.
Cofnął sztywno rękę,
przytroczył manierkę z powrotem do siodła i odwrócił wzrok. Żeby nie było
zgrzytów, zainteresował się tranzelką izabela; udawał, że sprawdza, czy
wszystko jest w porządku. Tak naprawdę usiłował nie dać po sobie poznać żadnego
z miliona uczuć, jakie rozsadzały go od środka.
Mogliby już, cholera,
ruszyć. Chociaż tyle.
Aithne nie wyglądała
tak, jakby planowała Erriana mordować, aczkolwiek słysząc jego przekleństwo,
momentalnie na niego spojrzała. I pobladła – też trudno było orzec, z jakiego
dokładnie powodu, jednak interwencja Larkina zdawała się na razie zbędna.
Faryale dotknęła
drugiego ramienia upadłej, nastawiając uszy. Nie odezwała się, po prostu swoją
przyjaciółkę obserwując i od czasu do czasu zerkając na rannego, który
prawdopodobnie wychwalał wszystkie uzdrowicielki w obrębie pięciuset mil za
samo ich istnienie.
Czym wyraźnie nie
przejęła się Ariene, tylko cmoknęła z dezaprobatą, zabrała Errianowi źródło
pocieszenia, wcisnęła je komu bądź w ramiona – padło na Sheridana, trudno – i
zawiesiła dłonie nad raną, przymykając oczy.
Chwilę potem zielone
światło ogarnęło brzuch młodego maga, subtelnie wsiąkając w jego ciało, a kiedy
zniknęło, po ranie została tylko nierówna, jaśniejsza skóra, taka, jaka kryje
się po strupami. Wiedźma uśmiechnęła się zadowolona i podała pacjentowi
sfatygowaną koszulę, dumna ze swojego dzieła.
– Ale cerować sobie
ciuch będziesz sam – ostrzegła lojalnie, zabrała Sheridanowi manierkę,
skinąwszy mu głową, i wręczyła ją z powrotem Larkinowi.
– Niczego już od
ciebie nie chcę – zapewnił pod nosem zbolały Errian, co wywołało niejako
rozbawiony uśmiech u łowcy.
Kiedy jednak padło na
maga podejrzliwe spojrzenie Ariene, młodzieniec uśmiechnął się trochę krzywo i
uniósł kciuk, dając wiedźmie do zrozumienia, że wszystko jest świetnie. Potem,
jak tylko uporał się z koszulą, przypomniał sobie o czymś, co schował do
kieszeni spodni.
Wydobył broszkę na
światło dzienne i podszedł kilka kroków do Aithne, na moment ignorując cały świat.
Nic się błyskotce nie stało, to dobrze.
Wyciągnął drobiazg do
upadłej, zatrzymawszy się przy niej i pochyliwszy głowę, by dobrze widzieć jej
twarz. Uśmiechnął się lekko, tak jakoś.
– Upuściłaś –
stwierdził cicho.
Aithne uniosła na
Erriana wzrok, zamierając na chwilę. Wtedy nie zauważyła nawet, że mag stanął
zdecydowanie za blisko – to znaczy nie nieprzyzwoicie blisko, ale i tak za
blisko jak na relacje, które rzekomo powinny ich łączyć.
Potem przeniosła
spojrzenie na swoją spinkę i delikatnie wzięła ją od młodzieńca, uśmiechając
się blado.
– Dziękuję – mruknęła,
chyba trochę za długo dotykając jego dłoni.
Wreszcie się
otrząsnęła, cofnęła kilka kroków i prychnęła z pewną irytacją, przyczepiając
skarb do ubrania. Skrzydła momentalnie zniknęły, Aithne poprawiła potargane
włosy, wcale ich nie układając lepiej, i energicznie wskoczyła na Faryale.
– Ruszajcie się,
miernoty cholerne, bo nam kasa sprzed nosa ucieknie – rozkazała i zawróciła
klacz do wyjścia z wąwozu.
Ariene przyjrzała się
wyprostowanej sztywno upadłej, uśmiechnęła się pod nosem i pokręciła głową. Czy
ktoś jeszcze nie zauważył, że coś jest na rzeczy? No właśnie. Zabawna była ta
Aithne, pomijając to, że też denerwująca.
Jej wzrok padł na
Cadora, w środku znów poczuła ucisk – coś za dużo tych nieprzyjemnych wrażeń
jak na jeden dzień. Przygryzła wargę, zastanawiając się, skąd te wyrzuty
sumienia, po czym pospiesznie do obrońcy podeszła, nim ten zdążył wsiąść na
swojego wierzchowca. Prawie się z tego pośpiechu potknęła, ale na szczęście
równowagi nie straciła, to dobrze.
I czemu spanikowałaś?
– Ehm, przepraszam,
ja…ak twoje plecy? – spytała, w ostatniej chwili zamieniwszy zająknięcie we w
miarę składne zdanie.
Odważyła się spojrzeć
mu w oczy – czemu to nagle było takie trudne? – po czym spuściła wzrok, jakby
czekała na cios. Z pewnego powodu wydawało się jej, że sobie zasłużyła, tylko
jeszcze nie wiedziała, gdzie leżał problem.
Cadorowi zrobiło się
jakoś tak... dziwnie. W pierwszej chwili lżej na sercu, ale zaraz potem
przyszła niechciana myśl, że kobieta mogła kierować się wyrzutami sumienia.
Jasnozielone oczy
miały nieodgadniony wyraz, gdy mężczyzna przypatrywał się wiedźmie uważnie;
chciał zrozumieć, pojąć, co nią kierowało. I jak on sam powinien się do tego
ustosunkować.
Zdawał się nie
wiedzieć, że ktoś obdarzał go wyjątkowo intensywnym spojrzeniem. I chyba
faktycznie tak było – uwaga Cadora została w stu procentach poświęcona Ariene.
Jednak burgundowe oczy śledziły, jakby ich właściciel oceniał i pana obrońcę, i
jego zażyłość z wiedźmą.
Ciężko powiedzieć, co
też sobie Larkin w danej chwili myślał – czy to obserwując Aithne i Erriana,
czy Cadora i Ariene. Na pewno zastanawiał się, jak wiele zmieniło się podczas
jego nieobecności, ale nie sposób było zrozumieć, jakie uczucia pojawiły się w
nim w tej chwili. Tylko obserwował.
W końcu Cador uniósł
kącik ust w delikatnym uśmiechu; miał ochotę wyciągnąć rękę w jej stronę i
unieść brodę kobiety, by na niego spojrzała, ale się powstrzymał.
To... nie. Po prostu
nie.
– Biorąc pod uwagę twoje
sposoby leczenia, które przed chwilą zaprezentowałaś na Errianie... Moje plecy
nigdy nie miały się lepiej – uznał, dziwnie swobodnie i beztrosko.
Chciał sprawiać
wrażenie, że absolutnie nic go nie przejmuje, nie ma zamiaru mieszać się w
niczyje sprawy i jest bezstronny; nawet mu się to udało. Ale w środku czuł się
po prostu dziwnie.
Po wąwozie rozległ się
przeciągły gwizd, kilka zainteresowanych spojrzeń przeniosło się na Larkina.
Odpowiedź na nie zadane pytanie pojawiła się po chwili, najpierw rozlegając się
stukotem podków, który z każdą chwilą rozbrzmiewał coraz głośniej.
Wreszcie spomiędzy
drzew wyłoniła się sylwetka kruczoczarnego wierzchowca, pięknego, smukłego
ogiera o dzikich oczach. Zwierzę nie zwróciło uwagi na niespodziewane
towarzystwo, tylko od razu skierowało się do swego pana. Larkin wyciągnął dłoń
i pogłaskał konia między oczami, uśmiechając się z zadowoleniem.
Lantano postawił uszy,
gdy tylko usłyszał zbliżającego się kopytnego. Jego widok sprawił, że ogier
najpierw cały się napiął, potem położył po sobie uszy i błysnął białkami oczu –
Anabde w porę ściągnęła wodze, w ostatniej chwili powstrzymując siwka przed
rzuceniem się na Lutee.
– Ośle, przecież go
znasz – warknęła zirytowana, gdy Lantano kopnął w powietrze i machnął wściekle
łbem.
To nie przemówiło do
ogiera, który nadal planował dokonać mordu na karym stworzeniu.
Zwłaszcza że ów
stworzenie przemaszerowało mu tuż przed nosem, podążając za swoim panem. Larkin
nie zwrócił uwagi na zirytowanego Lantano, tylko poprowadził Lutee dalej,
zatrzymując ogiera nos w nos z izabelem obrońcy.
– My się nie znamy –
zauważył, patrząc prosto w jasnozielone oczy mężczyzny.
Uśmiechnął się, tak
jak to się Larkin zwykle uśmiecha, po czym podał nieznajomemu rękę.
– Larkin
Lavrance.
Cador napiął się. W
sumie zrobił to podświadomie, ba, wbrew własnej woli; brak kontroli nad
reakcjami organizmu tylko go zirytował. Powtórzył sobie w myślach, że jest
dojrzałym, dorosłym człowiekiem (chyba to sobie gdzieś wytatuuje, bo dość
często o tym zapomina), po czym uśmiechnął się przyjaźnie. Gest był nieco
wymuszony, ale wypadł całkiem naturalnie.
– Cador Reamonn –
przedstawił się, ściskając dłoń rudowłosego. – Wiele o tobie słyszałem.
Larkin zaśmiał się
lekko; burgundowe oczy błysnęły dziwnym płomieniem. Cador uznał, że mężczyzna
sprawia wrażenie nieprzewidywalnego, a w tym kryło się pewne niebezpieczeństwo.
Z drugiej strony dość szybko załapał, dlaczego tak bardzo ceniono Larkina w
grupie – miał w sobie sporo charyzmy, której prawie obrońca uległ.
Łatwiej było jednak
wmówić sobie, że Larkin nie jest porządnym facetem. Wtedy mógł wierzyć, że ma
jeszcze jakieś szanse.
– Ta popularność.
Niestety, ja o tobie nie słyszałem – odparł lekkim, niefrasobliwym tonem.
Cador aż miał ochotę
zazgrzytać zębami; tak, cholerny upadły, przypominaj, że byłeś tutaj pierwszy i
wszyscy cię kochają.
– Zostałem wynajęty do
chronienia Aithne – odpowiedział zwięźle, przy tym uśmiechając się szerzej.
Naprawdę dobrze
wychodziło mu udawanie.
Larkin natomiast
wytrzeszczył oczy, by następnie zaśmiać się głośniej.
– I jeszcze żyjesz?
Moje gratulacje, oby tak dalej. – Rudowłosy uniósł kącik ust wyżej, a następnie
odwrócił się i stanął przy boku swego wierzchowca.
Dość sprawnie wskoczył
w siodło, po czym rozejrzał się po grupie, jakby ponaglając ich do szybszego
zebrania się.
Cador przymrużył oczy,
dusząc w gardle przekleństwo. Cholerny upadły, pan i władca się znalazł, no
widziałby kto. Nabranie głębokiego wdechu pozwoliło mu odrzucić wszelkie
negatywne emocje – gdy już tego dokonał, wrócił spojrzeniem do Ariene.
Wiedźma odczekała, aż
panowie porozmawiają, przyglądając się im z dziwną mieszaniną uczuć. Z jednej
strony ją bawili, z drugiej miała wrażenie, jakby znalazła się między młotem a
kowadłem, co wcale nie cieszyło. Nie wiedziała jednak, skąd się to skojarzenie
wzięło, przecież…
Zmarszczyła lekko
czoło, ale kiedy tylko poczuła na sobie spojrzenie Cadora, przeniosła na niego
wzrok z uśmiechem.
– Dobrze,
niewdzięczniku, zapomnij, że się martwiłam – prychnęła z pewną ulgą, bo jeszcze
przed chwilą bała się, że… no właśnie, że co?
Potem popatrzyła po
zebranych, zgarnęła kilka kosmyków włosów za uszy, nie mając głowy, by na nowo
wiązać wysoką kitkę, i westchnęła.
– Racja, zbierajmy się
– zgodziła się z poczynaniami Larkina i zniecierpliwionej już Aithne,
podchodząc do Jutrzenki.
Jeszcze tylko
uśmiechnęła się ponownie do Cadora, jakby upewniała się, że wszystko naprawdę w
porządku. Potem skupiła się na swojej klaczy, mrucząc do niej pochwały – ruda
sama zorientowała się, że powinna pójść za właścicielką, piekielnie mądre
zwierzę. Tylko cholernie leniwe, co poradzić.
– My w tę stronę –
stwierdził zatem Errian i machnął ręką w orientacyjnym kierunku. – Koral,
zabiję cię – dodał, widząc, że jego kochany ogier spogląda na jeźdźca ze
szczytu wąwozu, zamiatając boki ogonem.
Tak więc najpierw
podjechali po karosza młodego maga, a potem skierowali się tam, gdzie słońce…
nie, nie tym razem.
Wjechali na trakt
prowadzący do Estrille, regionu, w którym mieszkał ich drogi szlachcic – nie
mając pojęcia, jaka niespodzianka, prócz pełnej sakiewki i poznania rodziców
Erriana, ich tam czeka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz