poniedziałek, 3 grudnia 2012

38. Skomplikowane relacje


Aithne wbiła nieco pusty wzrok w Larkina, jakby zastanawiała się – dopiero teraz – czy przyjaciel jest tu naprawdę. Przecież odszedł, zniknął w Perrianie, rozpłynął się wśród ulic Elestren, ani ona, ani Ariene nie mogły go odszukać. Zacisnęła dłonie w pięści, jakby zmagając się ze sobą, bo nie wiedziała, co zrobić.
Wtedy też Errian, ponarzekawszy na swoją ranę, popchnął ją z wyczuciem w plecy, co ostatecznie wyrwało upadłą z odrętwienia. Potrząsnęła lekko głową, spojrzała na uśmiechniętego maga kątem oka, a potem w kilku krokach dopadła do Larkina, objęła go i przytuliła mocno, wypuszczając z ulgą powietrze.
Nieważne, to wszystko przecież nieważne, ważne było jedno – że żył i wrócił. Nic więcej jej nie interesowało.
– Kretyn – pochwaliła go z charakterystyczną dla siebie wylewnością. – Nadal cię nienawidzę, idioto.
Ariene uśmiechnęła się lekko, jednak Larkin już tego uśmiechu raczej nie dostrzegł, bo zdążył się odwrócić do Aithne. Wiedźma chwilę stała z boku, oplótłszy brzuch ramionami, i nie potrafiła oderwać wzroku od upadłego. Wreszcie pokręciła z niejakim niedowierzaniem głową, a na jej twarzy pojawiła się ulga. Coś ciężkiego zniknęło z jej serca, wypełniając wnętrze ciepłym, przyjemnym spokojem.
Słysząc stukot kopyt, uniosła głowę. Zauważyła nadjeżdżającą na Lantano Anabde, w pewnej odległości od nekromantki szedł Sheridan, prowadząc swoją klaczkę. Na samym końcu pochodu kroczyła Faryale, od czasu do czasu podrzucająca łbem, kiedy niespieszne tempo łowcy bardziej siwą irytowało.
Wiedźma uśmiechnęła się szerzej i wreszcie ruszyła w stronę Larkina oraz pozostałych, teraz, dla odmiany, czując dziwny ścisk w żołądku.
Bardzo chciała, tak jak Aithne, po prostu ucieszyć się z jego powrotu, ale gorycz pozostała. Miała wrażenie, jakby upadły ją oszukał, co przecież… było głupie. Chyba.
Errian dostrzegł podchodzącą do nich Ariene i chwilę walczył sam ze sobą – rana bolała, no jak pierun bolała, ale to chyba nie czas i miejsce na takie rzeczy. Zresztą płytka była, może i wykształcenie medyczne miał dość ubogie, jednak tyle przynajmniej wiedział.
Dlatego z czystym sumieniem skupił uwagę na Aithne, uśmiechając z pewnym rozczuleniem, kiedy na nią patrzył. Tak bardzo przeraziło ją zniknięcie Larkina, że, mimo iż wewnątrz odczuwał dziwną potrzebę skrzywdzenia upadłego za to niespodziewane odejście, nie potrafił się nie cieszyć, obserwując ją teraz.
Potem przyjdzie czas na zastanawianie się, czemu pan Lavrance przychodzi i odchodzi, kiedy mu się żywnie podoba, raniąc przy okazji swoich przyjaciół. Aktualnie nie zamierzał zaprzątać sobie tym myśli, zwłaszcza że szczęście Aithne oraz jego świeża rana były ważniejsze od Larkina, prawdę mówiąc.
Upadły uśmiechnął się tak szeroko, jakby przyjaciółka właśnie powiedziała mu najcelniejszy komplement świata. Pozwolił jej prawie zmiażdżyć swoje żebra; on też ją przytulił, chociaż z nieco większym wyczuciem – dodatkowo sprawę utrudniały mu skrzydła dziewczyny.
Kiedy już go puściła, zmierzwił jej rude włosy, tworząc na głowie upadłej jeszcze większą szopę niż zwykle. Przyjrzał się jej bez słowa, tylko z tym bardzo zadowolonym uśmiechem błąkającym się na ustach. 
Nie było tego widać, ale trochę bolało. Nieprzyjemna była świadomość, że musiał ich opuścić, że musiał opuścić ją – a jeszcze gorsza okazała się wiedza, że ona nigdy nie dowie się dlaczego. Co go dobijało, to myśl, że takie sytuacje będą się powtarzać. Miał zamiar nie wracać, powinni myśleć, że on nie żyje; jednak sami go odnaleźli. 
– Urocza jak zwykle, Aithne – zauważył swobodnie, szczerząc do niej ząbki.
Ot, złośliwości nigdy za wiele. 
Cador był bardzo dobry w trzymaniu się z boku – przecież tego go uczyli. Obserwowanie sytuacji z dalekiej perspektywy było dla niego łatwiejsze, mógł udawać, że jest bezstronny. Ale nie był.
Cholera jasna, od razu domyślił się, z kim mają do czynienia – w końcu tylko jedno imię wywoływało taką minę u Ariene. I to go irytowało, co było zdziwieniem nawet dla samego obrońcy. 
Wpatrywała się w niego. Wszyscy się w niego wpatrywali. Próbował sobie wytłumaczyć, że przecież to całkiem normalne – byli przekonani, że Larkin zginął, a tu pojawił się we własnej, na dodatek chyba nienaruszonej osobie. Przecież nie może nie lubić faceta tylko dlatego, że wszyscy tutaj – a co bolało szczególnie, również Ariene, i to w znaczącym stopniu – go uwielbiali. Chyba nie był zazdrosny, co? Naprawdę, zachowanie gówniarza, czas się ogarnąć, panie obrońco. 
Czas się zdystansować. Tak. Nieznacznie przymrużył zielone oczy i powoli uświadamiał sobie, że nie będzie potrafił. 
Gdy Anabde znalazła się w wystarczająco bliskiej odległości, zatrzymała Lantano i zeskoczyła z niego zgrabnie. Nieco się zachwiała, ale szybko to zamaskowała; jak zwykle udawała, że wszystko jest w porządku, czuje się świetnie i na pewno sobie poradzi. Nie chciała niczyjej pomocy, a już na pewno nie miała zamiaru zwracać na siebie uwagi nadopiekuńczej Ariene.
Uśmiechnęła się wymuszenie, pogłaskała siwego po łbie i spojrzała na osobę, która znajdowała się teraz w centrum zainteresowania. Larkin.
Przeniosła wzrok na Aithne, a radość, jaką zobaczyła w oczach przyjaciółki, wywołała u niej ambiwalentne uczucia. Z jednej strony cieszyła się jej szczęściem, z drugiej – czy Larkin miał zamiar cokolwiek wyjaśniać? Czy stuprocentowe zaufanie, jakim darzyła mężczyznę Aithne, było uzasadnione i rozsądne? 
Nie miała nawet siły o tym myśleć. 
Jakoś zrobiło się cicho. Sheridan zatrzymał się koło niej, również milcząc. Izabelek Cadora, mądre zwierzątko, ruszył śladem kopytnych kompanów; powoli maszerował w stronę grupy, od czasu do czasu zatrzymując się przy bardziej interesującej kępce trawy. Nikt nic nie mówił – na co czekali?
Grupę wreszcie dogoniła Faryale. Przepchnęła się między zebranymi, trochę dłużej popatrzyła na Erriana, jakby się zorientowała, że chłopak jest ranny, choć starał się zasłaniać brzuch ręką, po czym, nim Aithne zdążyła prychnąć z irytacją, podeszła do Larkina.
Zastrzygła uszami, przyglądając się mu, i nagle je stuliła, błysnęły białka oczu, a klacz, chyba zaskakując wszystkich, ugryzła upadłego boleśnie w ramię z cichym, rozjuszonym kwikiem.
– Faryale! – krzyknęła przerażona upadła, odskoczywszy od przyjaciela w kompletnym szoku.
Siwa zwykle ignorowała jej towarzyszy, a jeśli już zwracała na nich uwagę, to tylko po to, by dokuczyć Aithne. Teraz natomiast… po raz pierwszy wykazała zainteresowanie tym, co się działo, bardzo bezpośrednie zainteresowanie.
Faryale machnęła łbem i tupnęła silnie nogą, nadal tuląc uszy i łypiąc na Larkina groźnie, jakby była gotowa odgryźć mu następnie głowę.
– Co ty wyrabiasz, głupia konino?! – dodała zaraz Aithne, popychając klacz w szyję, by odsunąć ją od przyjaciela.
Zębiska siwej kłapnęły przy rękach upadłej, ale jej nie sięgnęły. W oczach wierzchowca czaiła się szczera złość.
Zasłużył sobie, Aithne, doskonale o tym wiesz! Mogłaś zginąć w Perrianie, a jego nie było!, warknęła, sztyletując dziewczynę wzrokiem.
– Gdyby mógł, to by był! – zawołała oburzona, odpowiadając na spojrzenie Faryale. – Od kiedy to zrobiłaś się taka pierwsza sprawiedliwa?!
To nie na tym polega przyjaźń, by porzucić w najgorszym momencie bez słowa, a potem wracać jakby nigdy nic!, wściekła się, znów zarzuciwszy łbem, jej rozjuszone spojrzenie padło na upadłego. Nie zasłużył na to powitanie ani na twoją pomoc.
– Nie tobie to oceniać – syknęła Aithne, wzrokiem szukając Ariene. – Chodź tu, głupia wiedźmo, przydaj się na coś. Erriana też podziurawili – dodała bardziej przygaszonym głosem, ale szybko odchrząknęła, bo to wina chrypki.
Ariene otrząsnęła się z szoku i ruszyła do grupki, starając się ominąć wściekłą klacz szerokim łukiem.
O ile dobrze zrozumiała, chyba przyjaciółkom poszło o Larkina – o ironio, stał ciągle w centrum uwagi. Jak zawsze zresztą. Kiedy jednak chciała się do upadłego zbliżyć, Faryale zagrodziła jej drogę szyją, znów kłapnąwszy zębami.
– Dobrze, zacznę od Erriana – skapitulowała Ariene, unosząc obronnie ręce.
Ruszyła w stronę młodego maga na tyle okrężną drogą, by nie znaleźć się w zasięgu klaczy. Takie spotkanie z rozjuszoną siwą mogło się źle skończyć.
– Ale to nic poważnego – stwierdził zaraz młodzieniec, machnąwszy niedbale ręką, bo co to dla niego, codziennie próbowali go wybebeszyć, takie tam, no.
Jednak padło na niego mordercze spojrzenie najpierw wiedźmy, potem Faryale, a na końcu nawet Aithne zerknęła na niego nieprzychylnie, zatem co mógł, biedny, zrobić? Westchnął niczym męczennik, wzruszył ramionami i skapitulował, odsłaniając ranę. Naprawdę była płytka, takie draśnięcie, zaraz wielkie halo.
Sheridan wcisnął ręce do kieszeni, przyglądając się całej sytuacji bez większego zainteresowania, tylko przy ataku Faryale uniósł niejako zaintrygowany brew. Gniada szturchnęła go nieśmiało w łokieć, dlatego oswobodził dłoń i podrapał klacz po czole, ciekaw, jak też się sytuacja rozwinie. Pewnie zabawnie.
Larkin nie drgnął. Nie uchylił się, nie krzyknął, ba, nawet się nie skrzywił – stał nieruchomo, przyjmując ugryzienie Faryale bez słowa. Jakby go to nie ruszyło; a trzeba przyznać, że gryźć potrafiła kobylina solidnie. Wpatrywał się w siwą intensywnie. Choć zaskoczony, zdawał się doskonale rozumieć jej reakcję. 
Cador miał ochotę zacząć wiwatować i podnieść tabliczkę „Faryale for the win!”. Nie zrobił tego z prostego powodu – nie posiadał tabliczki.   
– Ona ma rację – powiedział wreszcie Larkin, ewidentnie kierując swoje słowa do Aithne, chociaż spojrzenie ciągle zawieszone było na zirytowanej klaczy.
Nie wiedział oczywiście, co dokładnie mówiła Faryale, ale nie trzeba geniusza, by zrozumieć sposób myślenia siwej – i we wszystkim się z nią zgadzał. Sam był na siebie zły za to, że ich opuścił, ale cóż on mógł? Miał założone kajdanki. 
Anabde przymrużyła oczy, czekając, aż Larkin rozwinie wypowiedź. Sądziła (a może bardziej łudziła się), że upadły zaraz wyjaśni, dlaczego musiał ich opuścić. Będzie miał naprawdę ważny powód, oni go zrozumieją i wszystko zostanie po staremu. Nie doczekała się, co tylko wzmogło jej podejrzliwość.
– Nigdy nie przyznawaj tej głupiej koninie racji – warknęła Aithne, sztyletując Faryale spojrzeniem.
Jej uwagę od klaczy odwróciła jednak Ariene, która syknęła zdenerwowana przez zęby.
– Nic poważnego, pewnie, nic poważnego to ty masz w głowie – fuknęła na młodego maga, odsunąwszy się trochę od niego, by ocenić ranę z perspektywy.
Pokręciła głową, marszcząc z troską czoło, delikatnie dotknęła skóry przy obrażeniu, po czym westchnęła ciężko.
– Wyskakuj z koszuli, muszę ci to oczyścić – rozkazała zwięźle.
– Co? – wyrwało się Aithne, zaraz jednak upadła odchrząknęła. – A możecie nie przy ludziach? Chciałabym dziś jeszcze coś przełknąć – skwitowała niezadowolona, krzywiąc się.
– No, już – ponagliła nieszczęśnika Ariene, komentarz Aithne zignorowawszy.
W tym czasie oberwała kawałek swojej bluzki – zmierzali w ciepłe rejony, zatem krótki rękaw powinien być dobrym pomysłem – i przeniosła wzrok na Cadora, posyłając mu bardzo roztargniony uśmiech.
– Dałbyś mi manierkę z wodą? Chyba nikt nie wziął ze sobą wódki – westchnęła niezadowolona, znów przyglądając się ranie Erriana.
Faryale także zerknęła na młodego maga, a potem wbiła spojrzenie w Larkina, jakby jego pokora nie do końca jej odpowiadała. Albo jakby klacz doskonale wiedziała, co też upadły ukrywa, i to właśnie ją wściekało.
– Na pewno przesa… – zaczął Errian, któremu z pewnych przyczyn nie uśmiechało się demonstrowanie swej wątłej klaty przed zebranymi, tak jakoś.
– Jak chcesz pomocy, to rób, co Ariene każe albo pozwól, że od razu cię dobiję, nie mamy czasu na twoje problemy emocjonalne – warknął Sheridan, gromiąc młodego maga pełnym dezaprobaty spojrzeniem.
– Dobra, dobra, pojąłem aluzję – burknął chłopak, łypnąwszy na łowcę z niezadowoleniem, po czym zastanowił się, jak logistycznie rozegrać wyskakiwanie z koszuli przy takiej ładnej ranie.
Potem zorientował się, że ktoś może się zniecierpliwić i rozebrać go własnoręcznie, na przykład taka nadgorliwa uzdrowicielka, dlatego zacisnął zęby i ściągnął materiał przez głowę, zdusiwszy bolesny jęk w gardle.
No, jakoś poszło, mogło być gorzej. Bardziej niż podczas tego kacu w Elestren cierpieć nie będzie, to na pewno.
Sheridan, patrząc na chuderlawego kolegę, zaczął się naprawdę zastanawiać nad tym, jaki interes rodzinka miała w posyłaniu swego pierworodnego jedynaka do Perrianu. Może znaleźli lepszego dziedzica i postanowili wadliwy materiał genetyczny wyeliminować?
Nie powinno się oceniać kolegów pod pewnymi względami. Zdecydowanie nie powinno, zwłaszcza kiedy się ów kolegów traktuje czysto platonicznie – a jeszcze bardziej, kiedy zainteresowanie owymi kolegami wykazują przyjaciółki.
Ale to takie anabdowe zboczenie, wprost nie mogła się powstrzymać. Zrobiła to, rzecz jasna, dyskretnie, a uśmiech powstrzymała – ale miała swoje spostrzeżenia, tak, zwłaszcza kiedy porównała klatę Erriana z pewną inną. 
O Silthe, Anabde Sasare, weź ty się, kobieto, kiedyś ogarnij. To poważna sytuacja, a ty myślisz o nie wiadomo czym. 
Cador kiwnął nieznacznie głową i podszedł do izabelka, który stał zaledwie kilka metrów dalej. Odpiął przytroczoną do siodła manierkę i podszedł do Ariene, prowadząc za sobą dzielnego rumaka. Już wyciągał dłoń w jej stronę, chcąc podać bukłak z wodą, gdy uprzedziła go czyjaś ręka. Spojrzał na piersiówkę, którą przyjęła Ariene; potem zerknął na tego, który jej to podał. 
Larkin.
                Prawie zgrzytnął zębami, ale udało mu się powstrzymać. Kilka uspokajających oddechów sprawiło, że był w stanie nawet uśmiechnąć się niedbale, chociaż w środku wszystko się w nim gotowało. 
– Może nie wódka, ale whisky będzie miała to samo działanie – mruknął rudowłosy.
W chwili podawania manierki spojrzał Ariene w oczy; przenikliwy wzrok wydawał się przeszywać na wylot. Zdawał sobie sprawę z tego, że ją też musiało zaboleć jego nagłe zniknięcie – zwłaszcza że obiecał wtedy zaraz wrócić.
Aithne obróciła się plecami do Erriana, krzyżując ręce na piersiach i wbijając w Faryale bardzo złe spojrzenie, bo przecież nie patrzyła na chłopaka właśnie dlatego – musiała zabić swoją klacz wzrokiem, to było niezbędne w tej właśnie chwili, wprost elementarne.
Siwa parsknęła i nastawiła uszy, opuszczając łeb. Wyraz jej oczu złagodniał, dotknęła pyskiem policzka upadłej, zauważywszy, że jej twarz niejako się zarumieniła.
A ty nadal jak dziecko, maleńka, mruknęła ciepło.
Dziewczyna zgrzytnęła zębami, bardziej pochmurniejąc, po czym warknęła wymownie na Larkina, dostrzegłszy, co też on podał wiedźmie. Podróżował z alkoholem?! Porąbało go dostatecznie czy może Faryale za słabo ugryzła?!
Ariene przyjęła od niego manierkę i przymrużyła oczy, odpowiadając na spojrzenie. Tym razem nie zamierzała ukrywać ani jednego uczucia, które się w niej pojawiło, kiedy tylko go ujrzała – bo też nie planowała mu o nich mówić, więc była to niepowtarzalna okazja, by się o nich dowiedział.
Potem uniosła kącik ust w mało wylewnym uśmiechu, co wyglądało trochę jak jej zemsta za to opuszczenie.
– Dziękuję – mruknęła zwięźle i zawróciła do Erriana, z wyczuciem wylewając alkohol na trzymaną szmatkę.
W ferworze walki zapomniała podziękować także Cadorowi za szybką reakcję, skupiwszy się już tylko na ranie młodzieńca. Pochyliła się nad nim ze zmarszczonym czołem, przyjrzała się poszarpanemu ciału, po czym przysunęła materiał do jego brzucha.
– Będzie bolało. Tak konkretnie – ostrzegła lojalnie, na krótką chwilę unosząc wzrok na jego twarz.
A potem, zła kobieta, przycisnęła szmatkę do rany bez najmniejszych skrupułów.
Errian aż się cały napiął i zasyczał przeciągle przez zęby, starając się tak bardzo nie wytrzeszczać oczu. Zacisnął dłonie w pięści, krzywiąc się – „będzie bolało tak konkretnie” nie do końca oddało to, co jego brzuch oraz wszystkie wnętrzności właśnie odczuły. A było to więcej niż tysiąc słów, naprawdę.
– Kurwa mać – streścił swe wrażenia, wzniósłszy oczy do nieba, jakby tam szukał ratunku.
No bo skądś nadejść musiał, przeklęty!
– No proszę, szlachcic umie też przeklinać – pochwalił bez większego uznania Sheridan, unosząc wymownie brew.
Szkoda trochę chłopaka, leczenie przez Ariene doprawdy musiało być bardzo przyjemne – pamiętał, jak wiedźma potraktowała okaleczone przez Aithne plecy Cadora, w tamtej chwili nawet poczuł niejakie zadowolenie, że nim zainteresowała się Anabde.
Szybko jednak doszedł teraz do wniosku, że by Errian nie cierpiał, gdyby trochę pomyślał, co mu do tej pory wychodziło nawet zgrabnie. Śladowe współczucie minęło momentalnie.
Kiedy Ariene na chwilę zostawiła w spokoju ranę młodego maga, biedny chłopak ochoczo chwycił manierkę trzymaną przez wiedźmę i pociągnął z niej solidny łyk, uznając, że takie polowe leczenie powinno się właśnie od tego zaczynać.
Larkin wytrzeszczył oczy, po czym profilaktycznie położył dłoń na ramieniu Aithne – jakby ją naszła ochota na mordowanie, w ramach kary za spożywanie alkoholu w jej towarzystwie, to powinien zdążyć ją przytrzymać.
Doskonale biednego chłopaka rozumiał, więc szkoda by mu było, gdyby go upadła zrównała z powierzchnią ziemi. 
Swoją drogą jej pewnie też byłoby szkoda. Tylko zorientowałaby się dopiero po fakcie. 
Cador z natury był człowiekiem optymistycznym, dysponował również skłonnością do żywienia przesadnej nadziei. Ale wtedy... wtedy stracił prawie całą.
Cofnął sztywno rękę, przytroczył manierkę z powrotem do siodła i odwrócił wzrok. Żeby nie było zgrzytów, zainteresował się tranzelką izabela; udawał, że sprawdza, czy wszystko jest w porządku. Tak naprawdę usiłował nie dać po sobie poznać żadnego z miliona uczuć, jakie rozsadzały go od środka. 
Mogliby już, cholera, ruszyć. Chociaż tyle.
Aithne nie wyglądała tak, jakby planowała Erriana mordować, aczkolwiek słysząc jego przekleństwo, momentalnie na niego spojrzała. I pobladła – też trudno było orzec, z jakiego dokładnie powodu, jednak interwencja Larkina zdawała się na razie zbędna.
Faryale dotknęła drugiego ramienia upadłej, nastawiając uszy. Nie odezwała się, po prostu swoją przyjaciółkę obserwując i od czasu do czasu zerkając na rannego, który prawdopodobnie wychwalał wszystkie uzdrowicielki w obrębie pięciuset mil za samo ich istnienie.
Czym wyraźnie nie przejęła się Ariene, tylko cmoknęła z dezaprobatą, zabrała Errianowi źródło pocieszenia, wcisnęła je komu bądź w ramiona – padło na Sheridana, trudno – i zawiesiła dłonie nad raną, przymykając oczy.
Chwilę potem zielone światło ogarnęło brzuch młodego maga, subtelnie wsiąkając w jego ciało, a kiedy zniknęło, po ranie została tylko nierówna, jaśniejsza skóra, taka, jaka kryje się po strupami. Wiedźma uśmiechnęła się zadowolona i podała pacjentowi sfatygowaną koszulę, dumna ze swojego dzieła.
– Ale cerować sobie ciuch będziesz sam – ostrzegła lojalnie, zabrała Sheridanowi manierkę, skinąwszy mu głową, i wręczyła ją z powrotem Larkinowi.
– Niczego już od ciebie nie chcę – zapewnił pod nosem zbolały Errian, co wywołało niejako rozbawiony uśmiech u łowcy.
Kiedy jednak padło na maga podejrzliwe spojrzenie Ariene, młodzieniec uśmiechnął się trochę krzywo i uniósł kciuk, dając wiedźmie do zrozumienia, że wszystko jest świetnie. Potem, jak tylko uporał się z koszulą, przypomniał sobie o czymś, co schował do kieszeni spodni.
Wydobył broszkę na światło dzienne i podszedł kilka kroków do Aithne, na moment ignorując cały świat. Nic się błyskotce nie stało, to dobrze.
Wyciągnął drobiazg do upadłej, zatrzymawszy się przy niej i pochyliwszy głowę, by dobrze widzieć jej twarz. Uśmiechnął się lekko, tak jakoś.
– Upuściłaś – stwierdził cicho.
Aithne uniosła na Erriana wzrok, zamierając na chwilę. Wtedy nie zauważyła nawet, że mag stanął zdecydowanie za blisko – to znaczy nie nieprzyzwoicie blisko, ale i tak za blisko jak na relacje, które rzekomo powinny ich łączyć.
Potem przeniosła spojrzenie na swoją spinkę i delikatnie wzięła ją od młodzieńca, uśmiechając się blado.
– Dziękuję – mruknęła, chyba trochę za długo dotykając jego dłoni.
Wreszcie się otrząsnęła, cofnęła kilka kroków i prychnęła z pewną irytacją, przyczepiając skarb do ubrania. Skrzydła momentalnie zniknęły, Aithne poprawiła potargane włosy, wcale ich nie układając lepiej, i energicznie wskoczyła na Faryale.
– Ruszajcie się, miernoty cholerne, bo nam kasa sprzed nosa ucieknie – rozkazała i zawróciła klacz do wyjścia z wąwozu.
Ariene przyjrzała się wyprostowanej sztywno upadłej, uśmiechnęła się pod nosem i pokręciła głową. Czy ktoś jeszcze nie zauważył, że coś jest na rzeczy? No właśnie. Zabawna była ta Aithne, pomijając to, że też denerwująca.
Jej wzrok padł na Cadora, w środku znów poczuła ucisk – coś za dużo tych nieprzyjemnych wrażeń jak na jeden dzień. Przygryzła wargę, zastanawiając się, skąd te wyrzuty sumienia, po czym pospiesznie do obrońcy podeszła, nim ten zdążył wsiąść na swojego wierzchowca. Prawie się z tego pośpiechu potknęła, ale na szczęście równowagi nie straciła, to dobrze.
I czemu spanikowałaś?
– Ehm, przepraszam, ja…ak twoje plecy? – spytała, w ostatniej chwili zamieniwszy zająknięcie we w miarę składne zdanie.
Odważyła się spojrzeć mu w oczy – czemu to nagle było takie trudne? – po czym spuściła wzrok, jakby czekała na cios. Z pewnego powodu wydawało się jej, że sobie zasłużyła, tylko jeszcze nie wiedziała, gdzie leżał problem.
Cadorowi zrobiło się jakoś tak... dziwnie. W pierwszej chwili lżej na sercu, ale zaraz potem przyszła niechciana myśl, że kobieta mogła kierować się wyrzutami sumienia.
Jasnozielone oczy miały nieodgadniony wyraz, gdy mężczyzna przypatrywał się wiedźmie uważnie; chciał zrozumieć, pojąć, co nią kierowało. I jak on sam powinien się do tego ustosunkować. 
Zdawał się nie wiedzieć, że ktoś obdarzał go wyjątkowo intensywnym spojrzeniem. I chyba faktycznie tak było – uwaga Cadora została w stu procentach poświęcona Ariene. Jednak burgundowe oczy śledziły, jakby ich właściciel oceniał i pana obrońcę, i jego zażyłość z wiedźmą.
Ciężko powiedzieć, co też sobie Larkin w danej chwili myślał – czy to obserwując Aithne i Erriana, czy Cadora i Ariene. Na pewno zastanawiał się, jak wiele zmieniło się podczas jego nieobecności, ale nie sposób było zrozumieć, jakie uczucia pojawiły się w nim w tej chwili. Tylko obserwował. 
W końcu Cador uniósł kącik ust w delikatnym uśmiechu; miał ochotę wyciągnąć rękę w jej stronę i unieść brodę kobiety, by na niego spojrzała, ale się powstrzymał.
To... nie. Po prostu nie. 
– Biorąc pod uwagę twoje sposoby leczenia, które przed chwilą zaprezentowałaś na Errianie... Moje plecy nigdy nie miały się lepiej – uznał, dziwnie swobodnie i beztrosko.
Chciał sprawiać wrażenie, że absolutnie nic go nie przejmuje, nie ma zamiaru mieszać się w niczyje sprawy i jest bezstronny; nawet mu się to udało. Ale w środku czuł się po prostu dziwnie. 
Po wąwozie rozległ się przeciągły gwizd, kilka zainteresowanych spojrzeń przeniosło się na Larkina. Odpowiedź na nie zadane pytanie pojawiła się po chwili, najpierw rozlegając się stukotem podków, który z każdą chwilą rozbrzmiewał coraz głośniej.
Wreszcie spomiędzy drzew wyłoniła się sylwetka kruczoczarnego wierzchowca, pięknego, smukłego ogiera o dzikich oczach. Zwierzę nie zwróciło uwagi na niespodziewane towarzystwo, tylko od razu skierowało się do swego pana. Larkin wyciągnął dłoń i pogłaskał konia między oczami, uśmiechając się z zadowoleniem. 
Lantano postawił uszy, gdy tylko usłyszał zbliżającego się kopytnego. Jego widok sprawił, że ogier najpierw cały się napiął, potem położył po sobie uszy i błysnął białkami oczu – Anabde w porę ściągnęła wodze, w ostatniej chwili powstrzymując siwka przed rzuceniem się na Lutee. 
– Ośle, przecież go znasz – warknęła zirytowana, gdy Lantano kopnął w powietrze i machnął wściekle łbem.
To nie przemówiło do ogiera, który nadal planował dokonać mordu na karym stworzeniu. 
Zwłaszcza że ów stworzenie przemaszerowało mu tuż przed nosem, podążając za swoim panem. Larkin nie zwrócił uwagi na zirytowanego Lantano, tylko poprowadził Lutee dalej, zatrzymując ogiera nos w nos z izabelem obrońcy. 
– My się nie znamy – zauważył, patrząc prosto w jasnozielone oczy mężczyzny.
Uśmiechnął się, tak jak to się Larkin zwykle uśmiecha, po czym podał nieznajomemu rękę.
– Larkin Lavrance. 
Cador napiął się. W sumie zrobił to podświadomie, ba, wbrew własnej woli; brak kontroli nad reakcjami organizmu tylko go zirytował. Powtórzył sobie w myślach, że jest dojrzałym, dorosłym człowiekiem (chyba to sobie gdzieś wytatuuje, bo dość często o tym zapomina), po czym uśmiechnął się przyjaźnie. Gest był nieco wymuszony, ale wypadł całkiem naturalnie. 
– Cador Reamonn – przedstawił się, ściskając dłoń rudowłosego. – Wiele o tobie słyszałem. 
Larkin zaśmiał się lekko; burgundowe oczy błysnęły dziwnym płomieniem. Cador uznał, że mężczyzna sprawia wrażenie nieprzewidywalnego, a w tym kryło się pewne niebezpieczeństwo. Z drugiej strony dość szybko załapał, dlaczego tak bardzo ceniono Larkina w grupie – miał w sobie sporo charyzmy, której prawie obrońca uległ.
Łatwiej było jednak wmówić sobie, że Larkin nie jest porządnym facetem. Wtedy mógł wierzyć, że ma jeszcze jakieś szanse. 
– Ta popularność. Niestety, ja o tobie nie słyszałem – odparł lekkim, niefrasobliwym tonem.
Cador aż miał ochotę zazgrzytać zębami; tak, cholerny upadły, przypominaj, że byłeś tutaj pierwszy i wszyscy cię kochają.
– Zostałem wynajęty do chronienia Aithne – odpowiedział zwięźle, przy tym uśmiechając się szerzej.
Naprawdę dobrze wychodziło mu udawanie.
Larkin natomiast wytrzeszczył oczy, by następnie zaśmiać się głośniej. 
– I jeszcze żyjesz? Moje gratulacje, oby tak dalej. – Rudowłosy uniósł kącik ust wyżej, a następnie odwrócił się i stanął przy boku swego wierzchowca.
Dość sprawnie wskoczył w siodło, po czym rozejrzał się po grupie, jakby ponaglając ich do szybszego zebrania się. 
Cador przymrużył oczy, dusząc w gardle przekleństwo. Cholerny upadły, pan i władca się znalazł, no widziałby kto. Nabranie głębokiego wdechu pozwoliło mu odrzucić wszelkie negatywne emocje – gdy już tego dokonał, wrócił spojrzeniem do Ariene.
Wiedźma odczekała, aż panowie porozmawiają, przyglądając się im z dziwną mieszaniną uczuć. Z jednej strony ją bawili, z drugiej miała wrażenie, jakby znalazła się między młotem a kowadłem, co wcale nie cieszyło. Nie wiedziała jednak, skąd się to skojarzenie wzięło, przecież…
Zmarszczyła lekko czoło, ale kiedy tylko poczuła na sobie spojrzenie Cadora, przeniosła na niego wzrok z uśmiechem.
– Dobrze, niewdzięczniku, zapomnij, że się martwiłam – prychnęła z pewną ulgą, bo jeszcze przed chwilą bała się, że… no właśnie, że co?
Potem popatrzyła po zebranych, zgarnęła kilka kosmyków włosów za uszy, nie mając głowy, by na nowo wiązać wysoką kitkę, i westchnęła.
– Racja, zbierajmy się – zgodziła się z poczynaniami Larkina i zniecierpliwionej już Aithne, podchodząc do Jutrzenki.
Jeszcze tylko uśmiechnęła się ponownie do Cadora, jakby upewniała się, że wszystko naprawdę w porządku. Potem skupiła się na swojej klaczy, mrucząc do niej pochwały – ruda sama zorientowała się, że powinna pójść za właścicielką, piekielnie mądre zwierzę. Tylko cholernie leniwe, co poradzić.
– My w tę stronę – stwierdził zatem Errian i machnął ręką w orientacyjnym kierunku. – Koral, zabiję cię – dodał, widząc, że jego kochany ogier spogląda na jeźdźca ze szczytu wąwozu, zamiatając boki ogonem.
Tak więc najpierw podjechali po karosza młodego maga, a potem skierowali się tam, gdzie słońce… nie, nie tym razem.
Wjechali na trakt prowadzący do Estrille, regionu, w którym mieszkał ich drogi szlachcic – nie mając pojęcia, jaka niespodzianka, prócz pełnej sakiewki i poznania rodziców Erriana, ich tam czeka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz