Kilkukrotnie
pytano ją, gdzie ma suknię. Przy piątym razie (przy okazji doszła do wniosku,
że ceremonię zaplanowano z dużym wyprzedzeniem, sporo szlachty się zjechało)
warknęła natrętowi, że ma ją w dupie i ubierać nie będzie. To ostatecznie
ucięło wszelkie wątpliwości, ku uldze nieszczęsnej panny młodej.
Wzrokiem
przeczesywała tłum w poszukiwaniu swego towarzysza w wielkiej niedoli. Źle się
czuła wśród tylu obcych, raz czy drugi zauważyła Larkina, chyba też Cadora,
bodajże Anabde mignęła między nieznajomymi. Ariene naprawdę chciała stąd jak
najszybciej uciec.
Wreszcie tłum
zaczął wchodzić do głównej sali, którą to przygotowano już do ślubu –
wystrojono oraz posprzątano. Wiedźma dostrzegła idącego do niej szybkim krokiem
Erriana i uśmiechnęła się do niego blado, by pocieszyć samą siebie.
– Chodź. Nie
bawimy się w żadne tradycje – mruknął, nie odwzajemniwszy gestu, kiedy
zatrzymał się obok i podał jej ramię.
Niepewnie je
ujęła, odruchowo obejmując za nie mocniej niż zamierzała. Ruszyła potulnie jego
śladem, mając ochotę zamknąć oczy, zacisnąć zęby i wmówić sobie, że to nie
dzieje się naprawdę.
Ale ruszyli do
prowizorycznego ołtarzyka, gdzie czekał już kapłan. Jak to się stało, że tu
trafiła? Odetchnęła głęboko i wyprostowała się, zdobywszy się na nałożenie
swojej maski wyrachowanej morderczyni.
Od razu
lepiej. I tak wszyscy zginiemy.
Anabde uniosła
wysoko brodę, nie zaszczycając spojrzeniem szlachcianki, która wpatrywała się w
nią od dłuższego czasu. Najwyraźniej była mocno zdegustowana ubiorem nekromantki,
krytykując ją w myślach za brak jakiejkolwiek sukni odpowiedniej na taką
okazję. Spodnie, które damie nie przystoją, a na dodatek buty do jazdy konnej?
Panna
prychnęła kpiąco i ostentacyjnie odwróciła wzrok, ale Anabde nie zwracała na
nią uwagi. Była wpatrzona w zmierzającą do ołtarza parę młodą, sygnał do ataku
mógł nadejść w każdej chwili.
Larkin stał
zaraz koło niej; w sumie, wyglądali śmiesznie podobnie, oboje poważni, o
chłodnych spojrzeniach, nieodpowiednio ubrani, wpatrzeni w Erriana i Ariene, no
i rudowłosi. Większość obecnych na uroczystości chyba uznała ich za rodzeństwo –
plotkowano o tym, skąd mogli się wziąć i co tutaj właściwie robią, ale nikt nie
był na tyle odważny, by zapytać. I całe szczęście.
Sheridan i
Cador stali w innej części sali, blisko kolejnego wyjścia. Obrońca zaproponował
rozstawienie par, uwzględniając bliskość ewentualnych dróg ucieczki, również
zagęszczenie gości i odległość od strażników.
Nadal zajęty
był analizowaniem – uważnie przyglądał się obecnym, zgadując, kto może usiłować
ich powstrzymać i w jaki sposób to zrobi. Jednak gdy Ariene i Errian zbliżyli
się do ołtarza, to na nich zawiesił spojrzenie. Rozluźnił napięte mięśnie,
przypominając sobie w myślach, by zachować spokój i trzeźwość myślenia.
– Jesteś
pewien, że wiesz, co robisz, ojcze? – odezwał się wtedy młody mag, kiedy kapłan
przygotowywał się do święceń, a goście powoli milkli.
Wypowiedź
panicza sprawiła, że przez salę przetoczył się szum, potem zapanowała cisza.
Errian spojrzał stojącemu w pierwszym rzędzie ojcu prosto w oczy, jakby miał
nadzieję, że to może coś dać. Oczywiście, że nie mogło.
– Już o tym
rozmawialiśmy – przypomniał zimno mężczyzna, zerknąwszy nerwowo przez ramię na
gości.
– Doskonale –
skwitował równie wylewnie Errian, przenosząc wzrok na zmieszanego kapłana. –
Nie zamierzam dyskutować.
Duchowny
rozłożył na ołtarzyku liście świętego drzewa, wymamrotał coś w podzięce za
dzisiejszą łaskę do Silthe, potem natomiast wyciągnął ręce w stronę pary
młodej, rozpoczynając modlitwę, która miała otworzyć całą ceremonię. Errian
przyglądał się mu beznamiętnie, jego oczy prześlizgiwały się po najbliższym
otoczeniu mężczyzny, jakby chłopak coś zawzięcie planował oraz kalkulował.
Ariene zaczęła
się irytować. I trochę bać. Mag nie zdradzał żadnych oznak chęci przerwania
tego przedstawienia, kapłan swoje ględził, wszyscy się na nich gapili, jak tak
dalej pójdzie, to skończą jako małżeństwo. Wbiła palce w ramię chłopaka i
spojrzała na niego gniewnie, marszcząc czoło.
Co, sama miała
zacząć rozpierduchę? Właściwie nawet tego nie ustalili, cudownie. Pożałowała,
że nie było Aithne, ta to zawsze wiedziała, kiedy zrobić zamieszanie.
I gdy tak
wpatrywała się intensywnie w pana młodego, powoli do niej docierało, że Errian
z grzeczności, najwyraźniej, nie chce przerywać modlitwy. To sprawiło, że
zaśmiała się cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową. On się nigdy nie zmieni.
Kapłan w końcu
skończył modlitwę i sięgnął po gałązkę ze świętego drzewa, by pobłogosławić
parę młodą przed głównymi święceniami. Wtedy też właśnie Errian uwolnił rękę z
uścisku Ariene, wyjął mężczyźnie przedmiot z dłoni i odrzucił na bok, zaraz
opierając się na ołtarzu.
Powietrze w
sali znacząco się ochłodziło.
– Ceremonia
się nie odbędzie – oznajmił, spoglądając zdumionemu duchownemu prosto w oczy.
Potem obrócił
się do równie zszokowanych gości, popychając lekko Ariene w bok, w stronę
drzwi, których pilnowali Cador i Sheridan.
– Jestem
jednak przekonany, że ojciec zaprosi państwa na poczęstunek. Tymczasem wszelkie
próby powstrzymania nas od wyjścia mogą skończyć się lżejszymi, poważniejszymi
lub trwałymi uszczerbkami na zdrowiu. Dziękuję za przybycie oraz uwagę –
zwrócił się do tłumu, uśmiechnął się bez wesołości i pstryknął palcami, kiedy
strażnicy, zaalarmowani przez pana Souena, ruszyli w stronę ołtarza.
Podłoga w sali
pod stopami gwardzistów wybrzuszyła się i wierzgnęła, przewalając mężczyzn jak
kłody.
Ariene
wytrzeszczyła na Erriana oczy, na chwilę zapominając, czemu została popchnięta
i z jakiego dokładnie powodu przerwali tę ceremonię. Powoli przetrawiła to, co
młodzieniec powiedział, zamrugała, a potem zaniosła się serdecznym śmiechem.
Nie miała zupełnie nic przeciwko takim ślubom!
Zaraz
wyszarpnęła dwa noże do rzucania ze skrytki i posłała je w strażnika, który
zamierzał pozbyć się obstawy bocznego wyjścia. Mężczyzna zastygł, kiedy ostrza
wbiły się w ścianę tuż przed jego nosem, wiedźma natomiast uśmiechnęła się.
Wokół jej
dłoni zebrało się purpurowe, migotliwe światło; zmrużyła oczy, uginając nogi w
kolanach.
– Naprawdę nie
radzę – rzuciła w stronę pana Souena, póki jeszcze obok stała, po czym ruszyła
tam, którędy dałoby się wydostać z sali.
W
ostateczności wyjdzie oknem. Albo z
drzwiami, co to dla niej.
Przewidywał
to. Oczywiście, że to przewidywał, cholerny Souen nie był głupi. W chwili, gdy
Errian użył zaklęcia, pierwsi z ukrytych najemników zdradzili swoją tożsamość.
Cador warknął
pod nosem, położył dłoń na ramieniu ruszającego w stronę ołtarza mężczyzny i
obrócił go szarpnięciem, tak, że znalazł się z nim twarzą w twarz. Dopiero gdy
spojrzał w ciemne oczy najemnika, wyprostował sztywno dłoń i uderzył nią w
miejsce na bocznej stronie żebra, około cztery palce odległości od linii
ramienia. Jeden z licznych punktów witalnych; idealnie wyprowadzony cios
sprawił, iż wojownik stracił przytomność i osunął się bezwładnie na podłogę.
Miało być bez
ofiar śmiertelnych, to będzie.
Zaraz ruszył w
przód, powalając kolejnego najemnika. Uznał, iż następnymi zajmie się reszta
towarzyszy; on sam niepostrzeżenie zbliżył się do wyjścia z sali, by opuścić
ją, pozostając niezauważonym przez nikogo. Szybko skierował się do stajni,
chcąc przygotować konie do drogi – tak jak zostało to ustalone.
Jak panu
obrońcy ograniczenie w postaci zakazu zabijania nie sprawiło większych
trudności, tak dla Larkina stanowiło ono pewien problem. Warknął pod nosem;
pierwszy najemnik na szczęście był tchórzliwy i zwiał na sam widok
wyczarowanego ognia, ale następnego musiał już trochę przypiec. Miecz był w
takim tłumie nieporęczny, pozostały, oprócz magii, tylko pięści.
Niemniej
jednak wystarczyło, by odpiął łańcuszek z artefaktem. Gdy magia przestała
zakrywać okazałe, czarne skrzydła, które upadły natychmiast rozprostował z
ulgą, większość obecnych zamarła i zaprzestała swoich działań. Larkin
uśmiechnął się pod nosem, ruszając spokojnym krokiem w stronę Ariene i Erriana,
by utorować im drogę.
Anabde
pilnowała tyłów, opiekując się każdym, kto za bardzo zbliżył się do uciekającej
pary młodej. Jej umiejętności pozwalały jej na pokojowe rozwiązanie sprawy – a
to spod kogoś dywan się wyślizgnął, a to komuś krzesło tarasowało drogę, tylko
raz musiała przystawić nóż do gardła najemnika, by przemówić mu do rozsądku.
Sheridanowi
także udało się przestraszyć zebranych samą swoją obecnością. Ponieważ Cador
szybko zniknął, on ruszył od bocznego wyjścia do grupki pod ołtarzem,
przyłożywszy nonszalancko dwa palce do skroni – lewej ręki nawet nie wyjął z
kieszeni spodni. W chwili, w której rozłożył dla wygody błoniaste skrzydła, po
czym je złożył, uśmiechnął się leniwie, ukazując zaostrzone zęby, jakoś część
sali, w której przebywał, wpadła w panikę.
Przemierzył
spokojnym krokiem całą odległość dzielącą go od towarzyszy, spojrzał na
pobladłego kapłana i do niego także się uśmiechnął, bo wprost nie mógł się
powstrzymać.
– Niezła
zabawa, twój ojczulek umie organizować imprezy – pochwalił kolegę, przymrużając
oczy.
– Przekażę mu
listownie. Zbierajmy się – postanowił natomiast Errian, popychając Ariene do
drzwi. – Nie ma co czekać, aż poleje się krew – dodał, oglądając się przez
ramię na nekromantkę.
– To w drogę –
zgodziła się wiedźma, schowała wyciągnięty na wszelki wypadek sztylet z
powrotem do pokrowca i ruszyła przodem, stawiając energetyczny mur wzdłuż drogi
do bocznych drzwi, by przypadkiem nikt nie postanowił ich zatrzymywać.
Kiedy tylko
wydostali się na dziedziniec, ten wyglądał na zupełnie opustoszały, jeśli nie
liczyć drobnego poruszenia nieopodal stajni. Ariene zahamowała gwałtownie,
instynktownie wietrząc pułapkę, zasadzkę, cokolwiek, rozejrzała się, analizując
otoczenie oraz wszelkie drogi ucieczki, gdy dostrzegła pewną pulchną kobietę.
– Wasz
towarzysz siodła właśnie konie, pospieszcie się – poradziła, uśmiechając się
łagodnie do nieznajomych.
Jak tylko jej
wzrok padł na młodego panicza, uśmiech stał się ciepły, ale też trochę smutny.
– Och, eee,
dziękujemy – wydusiła zaskoczona Ariene, jednak postanowiła, że zapyta później.
Dlatego
ruszyła biegiem do stajni, odruchowo sprawdzając, czy nigdzie nie widać
łuczników. Tych to nie znosiła, zawsze rozwalali najmisterniej zaplanowaną
ucieczkę!
Konie były już
gotowe. Prawie. Cador właśnie próbował poinformować Lantano, że nie potrzebuje
kolejnego siniaka na ramieniu (pierwszym zajęła się, jakby inaczej, Jutrzenka),
on chce tylko spokojnie dociągnąć popręg.
Kiedy ogier
usłyszał charakterystyczne kroki swojej pańci, nastawił zainteresowany uszy –
obrońca wykorzystał ten moment, by szybko dokończyć robotę i wyjść z boksu. W
chwili, gdy towarzysze weszli do stajni, on już wyprowadzał na zewnątrz swojego
izabela.
Nie minęły
dwie minuty, jak sześć koni wygalopowało przez bramę rezydencji. Dokładnie w
tym samym momencie na dziedziniec wypadli strażnicy – nie byli głupi, usunęli
się z drogi rozpędzonych zwierząt, od razu kierując się do stajni. Z dość
naiwną nadzieją, że zdążą dogonić uciekinierów – nim osiodłali swoje konie,
nasi bohaterowie znaleźli się już daleko.
Poranek był
ciepły. Obudził ją nasilający się trel ptaków oraz przebijające przez gałęzie
drzew promienie słońca. Przeciągnęła się z cichym pomrukiem, nie mając ochoty
na otwieranie oczu, dobrze się jej leżało pod kocem, z głową ułożoną na siodle
Jutrzenki, wbrew pozorom przytulnie i wygodnie. Humor całkiem jej dopisywał,
może dlatego, że wreszcie nie budził jej nikt trzeci? Właśnie, dlaczego nikt
się jeszcze nie krzątał?
Uniosła się na
łokciach i rozejrzała się czujnie dokoła, marszcząc czoło. Wokół panował
spokój, dostrzegła dwóch śpiących panów – Cadora oraz Larkina. Ale nikogo
więcej, czyżby pozostali już się obudzili? W takim razie dokąd się udali?
Nieco
zaniepokojona zsunęła koc z nóg i podniosła się z ziemi, otrzepując spodnie z trawy.
Potoczyła dokoła uważnym spojrzeniem, starając się zlokalizować kogoś
znajomego. Gdy to nie pomogło, rozejrzała się za końmi.
Nieopodal
pasła się tylko Jutrzenka, Lutee oraz izabel Cadora, żadnego innego wierzchowca
nie dostrzegła. Coś ścisnęło ją z niepokoju w żołądku, przygryzła wargę,
przestępując nad dogasającym ogniskiem, i ruszyła dokoła skromnego obozowiska w
naiwnej nadziei, że to tylko przypadek. Jednak nie, naprawdę wszyscy zniknęli.
Usiadła obok
siodła swojej klaczy i oparła głowę na dłoniach, spoglądając po okolicy nieco zrezygnowanym
spojrzeniem. Oczywiście nikt im nie bronił odjechać i zerwać kontakt, tylko tak
jakoś… mogli się chociaż pożegnać. Znaczy Sheridan i tak by tego nie zrobił,
Anabde również stanowiła silną indywidualność, ale Errian? Zmarszczyła czoło,
nie wierząc w to, że nie zostawił nawet jednej małej wiadomości, na pewno po
prostu ją przeoczyła.
Podniosła się
i znowu ruszyła na poszukiwania, uważając, by żadnego z pozostałych przy niej
panów nie obudzić.
Udało się jej
odnaleźć zwitek papieru doczepiony do jej torby, rozwinęła karteczkę i
pogrążyła się w lekturze. Mag wyraźnie spisywał pożegnanie w pośpiechu,
przepraszał za to, że potraktował ich niezbyt uczciwie tą ucieczką, jednak nie
może już dłużej siedzieć w miejscu, poza tym musi odreagować po spotkaniu z
rodziną. Ariene uśmiechnęła się blado i pokiwała głową, chowając liścik.
Może się
jeszcze kiedyś spotkają.
Poklepała się
po udach, podnosząc się z klęczek, po czym skierowała się do dogasającego
ogniska, zamierzając sprawdzić, czy dałoby się przyrządzić śniadanie. Trochę
prowiantu jeszcze posiadała, płomienie rozniecić na nowo i do roboty.
Cador uniósł
się na łokciach i pobłądził dookoła nieprzytomnym spojrzeniem. Musiał być
naprawdę zmęczony, że obudziły go dopiero odgłosy krzątaniny wiedźmy – powinien
był odzyskać świadomość w chwili, gdy drgnęła po przebudzeniu. Skrzywił się
niezadowolony, ganiąc się w myślach za brak czujności; nie mógł nic na to
jednak poradzić, więc wstał, spojrzał w jasne niebo i uśmiechnął się pogodnie.
– Dzień dobry –
powitał miło Ariene, gdy już przeniósł na nią wzrok.
Był również na
tyle uprzejmy, że ze względu na śpiącego Larkina ściszył ton. Przeczesał
palcami płowe włosy i podszedł bliżej wiedźmy, siadając koło niej.
Wcześniej
zdążył zbadać całe otoczenie i dojść do paru nieprzyjemnych wniosków.
Przymrużył powieki, ale nie mógł nie przyznać przed samym sobą, że nie
spodziewał się takiego obrotu spraw.
Tylko w trochę
innej wersji. Pieprzony Larkin.
– O której
wyjechali? – zaczął, nieco zirytowany tym, że musi pytać.
Powinien
wiedzieć, powinien był się obudzić na czas, co z nim?
– Pożegnali
się? – kolejne pytanie podsunęła mu już zwyczajna, ludzka ciekawość.
Ariene
wyraźnie miała zamiar odpowiedzieć, ale przerwał jej głęboki, męski głos:
– Anabde
wyjechała pierwsza bardzo wczesnym rankiem. Uznała tylko, że musi wyjechać. I
poprosiła, bym skontaktował się z nią, jeśli znajdę Aithne. Potem zwiał Sher,
jakoś trzy godziny temu. Na wyjazd Erriana się nie załapałem, ale musiało być
to przynajmniej godzinę od teraz. – Larkin już stał wyprostowany, gdy Cador
obrócił głowę w jego stronę.
Upadły
rozprostował skrzydła, których postanowił na razie nie ukrywać, po czym stanął
nad ogniskiem.
– Trochę
szkoda – mruknął obrońca.
– Errian
napisał list – dodała Ariene, powiódłszy spojrzeniem od jednego, do drugiego. –
Przepraszał, że wyjeżdża tak nagle, ale musi. Głodni? – spytała na koniec,
jakby w ogóle cała sytuacja jej nie przejęła.
Przejęła,
owszem, smucenie się i martwienie towarzyszyło jej, kiedy przygotowywała
skromne śniadanie złożone z tostów. Nie takie cuda się robiło, a z bochenka
chleba i kawałka sera dało się zrobić kilka porządnych dań.
– Trzeba
ustalić, co dalej – zauważyła, przełknąwszy dziwną gulę, która nagle stanęła
jej w gardle.
To była praca,
Ariene, tylko praca. Nic cię z nimi nie łączy prócz pracy. Polubiłaś ich, było
zabawnie, są na swój sposób sympatyczni, praca się skończyła. Podejdź do tego
profesjonalnie.
Kiedy uniosła
wzrok i uchwyciła spojrzenie Cadora, błyskawicznie znów zapatrzyła się w
przygotowane jedzenie, nawet nie zdoławszy zerknąć na Larkina. Co się działo?
– Nic dalej.
Proponowałbym ruszenie do najbliższego większego miasta, uzupełnienie zapasów i
poszukanie następnej roboty – odparł swobodnie Larkin, uznając, że kwestia
pozostania w grupie powinna być oczywista.
Całkiem nieźle
wychodziła im współpraca, więc dlaczego nie?
– Głodni jak
cholera – przyznał Cador.
Choć zdawał
się być trochę nieobecny; nagły wyjazd połowy grupy był pewnym ciosem, to
prawda. A już na pewno ciężko będzie dlatego, że zostali w takim składzie.
Ariene
pokiwała głową i ściągnęła z rozgrzanego kamienia dwa pierwsze tosty,
wyciągając je w stronę panów. Zdobyła się na dość pogodny, sympatyczny uśmiech,
choć nadal czuła się tak, jakby nie do końca doszła do siebie. Odetchnęła,
odgarniając włosy za uszy.
– Brzmi na
dobry plan. W takim razie po śniadaniu się zbieramy – mruknęła, samej
przywłaszczając sobie jedną z kromek.
Doszła do
wniosku, że ten ser nawet całkiem dobrze się roztopił, zatem chętnie zabrała
się do jedzenia.
Nawet nie było
tak źle. Minęły już ponad dwie godziny od pobudki – czyli ponad dwie godziny
spędzili tylko w trójkę, w gronie dość kiepsko dobranym – i jeszcze się nie
zabili. Najedzeni i wyspani, więc bez tragedii; tylko nagłe zniknięcie kompanów
odzywało się nieprzyjemnym uciskiem w brzuchu. Izabelek maszerował dzielnie, ze
spuszczonym łbem, zaś Cador od dłuższego czasu zastanawiał się, co mu nie
pasuje.
– Też macie
wrażenie, że... – zaczął cicho, jednak przerwał, nie będąc w stanie zdefiniować
źródła własnego niepokoju.
Przymrużył
powieki, wytężając słuch, ale nie wychwycił żadnego nieodpowiedniego dźwięku;
zdawało się, że wszystko jest w porządku. Więc dlaczego...
Larkin wydawał
się być rozluźniony, może aż za bardzo. Słowa obrońcy, gdy tylko doszły jego
uszu, natychmiast zyskały sobie sto procent uwagi upadłego – przeniósł na
Cadora ostre spojrzenie, by zaraz rozejrzeć się dookoła.
Coś mu mówiło,
że przeczucie Reamonna nie zawodzi.
Ariene spojrzała
krótko na obrońcę, potem także przenosząc wzrok na pobliską okolicę. Zmrużyła
oczy, skupiając się na chociażby aurach, bo jeśli nie byli sami, kogoś zaraz
wyczuje. Nie sądziła, by Cador zwracał ich uwagę na jakąkolwiek błahostkę,
dlatego chciała to zrobić porządnie.
Jutrzenka
poderwała łeb i zastrzygła uszami, kiedy gałązka w pobliskich zaroślach z
trzaskiem pękła. To wystarczyło, żeby wiedźma trochę się rozkojarzyła i
rozejrzała dokoła zdenerwowana.
Oberwała czymś
ciężkim w brzuch, siła uderzenia wyszarpnęła ją z siodła i cisnęła na ziemię
kilka metrów dalej; potoczyła się bezwładna, starając się wyhamować, by wstać.
Kiedy wreszcie się zatrzymała, zgrzytnęła zębami, przełykając krew, która
zebrała się w jej ustach z przegryzionej wargi. Przez moment wydawało się jej,
jakby zatkano jej uszy grubą watą, w końcu jednak dźwięki zaczęły do niej
docierać, a świat nabrał z powrotem ostrości.
Nieco
chwiejnie poderwała się z ziemi, na której wylądowała, dostrzegając niesamowite
zamieszanie wokół. Nie zdołała zdefiniować, co się dokładnie dzieje, gdy
została zaatakowana szybkim, bardzo profesjonalnym cięciem między żebra –
zatrzymanie go graniczyło z cudem. Odskoczyła w tył, przyhamowała na palcach,
chwyciła sztylet i natychmiast natarła na przeciwnika, jednocześnie ogarniając
walkę, która się rozpoczęła.
Ktokolwiek
właśnie ich zaatakował i czegokolwiek chciał, doskonale wiedział, co robi.
Wojownicy spisywali się nader dobrze, a Ariene bezustannie wyczuwała magię w
powietrzu, tylko nie potrafiła jej zlokalizować.
Trzy konie
odgalopowały na południe, by po chwili zatrzymać się w bezpiecznej odległości
od walczących. Dwa z nich nastawiły uszu, obserwując z niepokojem walkę, trzeci
spokojnie zabrał się do pałaszowania liści pobliskiego krzaczka.
Cador
wyprostował się, ustawiając się w pozycji wyjściowej do walki. Było ich, tak
się mu zdawało, dwunastu – w tym przynajmniej trzech magów, z czego dwóch
ukrytych w pobliskich zaroślach. Dwóch z nie używających magii wojowników
wyglądało jak ofiary eksperymentów – mieli grubo ponad dwa metry wzrostu, ich
pancerze wręcz pękały pod naporem przesadnych mięśni, a pięści zdawały się móc
zgnieść kamień w proch. Wbrew pozorom byli dość zręczni i szybcy, o czym
obrońca miał okazję się przekonać po niedługim czasie.
Larkin warknął
pod nosem, obracając się paradą i tnąc w stronę przeciwnika. Magowie, jasna
cholera, wysłali na niego naprawdę porządnych magów – chcieli go sprowokować. A
on miał nie dać się sprowokować, miał ukryć swoje zdolności magiczne, takie otrzymał
polecenie. Pozostało mu porwać się z motyką na słońce i liczyć, że osiągnie cokolwiek,
walcząc mieczem przeciwko potędze magii.
Może Ariene
coś zdziała.
Miał też ukryć
fakt posiadania skrzydeł. To jednak nie oznaczało, że nie może się nimi
posłużyć w niewidoczny sposób, prawda? Jednego z magów broniło dwóch wojowników
– w tym jeden byk, którego postura sugerowała, że wytrenowano go na maszynę do
zabijania. Upadły uśmiechnął się pod nosem, w myślach przygotowując odpowiedni
plan.
Najpierw
zgrabnym cięciem powalił jednego ze słabszych napastników, by móc przedostać
się bliżej swego celu. Tym samym stanął naprzeciwko składającego się wyłącznie
z mięśni monstrum. Uśmiechnął się kącikiem ust, po czym przesmyknął się pod
ramieniem mężczyzny i... zamarł.
Wyglądało,
jakby spanikował; opuścił nieco ostrze i nastawił się na atak, obracając się
przodem do wojownika. Ten połknął haczyk i wymierzył solidny cios w stronę
upadłego z zamiarem roztrzaskania tego rudego łba.
– Chodź tu,
szmato – syknęła Ariene, celując trochę na oślep w miejsce, w którym
zlokalizowała jednego z magów.
Skurwiel
chował się przed nią na wszelkie możliwe sposoby, w tym był na pewno dobry.
Musiała tylko przyczaić moment zawahania, drobną słabość, musiała tylko…
Przerwała
zaklęcie, obracając się i blokując cios miecza. Sztylet zadrżał pod naporem
wrogiej broni, ale wiedźma zdołała oręż odtrącić i wycofać się na nieco
drżących nogach. Jak to dobrze, że przynajmniej oszczędzono im łuczników, jak
ona nienawidziła łuczników!
Spróbowała
znowu zlokalizować maga, uznawszy, że pozbycie się ich może pomóc w pokonaniu
pozostałych wojowników. Wtedy też dostrzegła Larkina – i zamarła, jakby
czekając, aż upadły coś zrobi.
Bo to było
takie abstrakcyjne, żeby po prostu spanikował, opuścił gardę, wystawił się na
cios. Serce jej stanęło, naprawdę się przestraszyła, mierzyli się z poważnymi
przeciwnikami, mogli nie wyjść z tej walki cało. Dlaczego on tam tak po prostu
stoi?
Otworzyła
usta, jakby chciała go zawołać, nawet przypomniała sobie pomocne w takich sytuacjach
zaklęcie, ale zorientowała się we własnym zagrożeniu o ułamek sekundy za późno.
Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, kiedy obracała się lekko w prawo,
dostrzegając mknące do niej ostrze. Trochę za późno. Troszeczkę.
Zaboli.
W takiej
walce, kiedy nie ma się nikogo do obrony, powinno się martwić przede wszystkim
o własny tyłek. Nie oglądaj się na przyjaciół, muszą dać sobie radę – tego go
uczono. Cador jednak, na przekór wszystkim pobranym lekcjom, zamarł, wpatrzony
w Ariene. Na szczęście dla niego moment wcześniej zdążył powalić swego
przeciwnika, a następny jeszcze nie zaatakował – chwilowa dekoncentracja uszła
mu na sucho.
Zrobiło mu
się... pusto. Puste spojrzenie, puste serce, wrażenie, jakby nawet w żyłach nie
płynęła już krew. Niemalże wypuścił z dłoni miecz – dlaczego tak go to
uderzyło? A potem, zupełnie podświadomie, wykonał w myślach parę obliczeń. I
zorientował się, że jeżeli nie zareaguje, to Ariene zginie. Na miejscu. Nie
miała żadnych szans, zdekoncentrowała się przeklętym upadłym i wystawiła na
śmiertelny cios.
Tak nie może
być. On się na to zwyczajnie nie zgadza.
– Ariene! –
krzyknął i w ułamku sekundy doskoczył do kobiety, oddzielając ją od
atakującego.
Stanął twarzą
w twarz z jednym z dwóch byków; potwór uśmiechnął się, wyszczerzając do obrońcy
krótkie, nierówne zęby.
Udało mu się
zablokować wymierzony w wiedźmę cios, jednak jego siła sprawiła, że mężczyznę
odrzuciło do tyłu – tym samym popchnął Ariene. W ostatniej chwili zdołał się
powstrzymać od upadku i nie przewrócić na towarzyszkę; zachwiał się na nogach,
ale zaraz skoczył do przodu, odpowiadając na kolejny atak napastnika. Ten
jednak nie był tak głupi, na jakiego wyglądał, i odepchnął od siebie obrońcę,
znów wymierzając cios w stronę wiedźmy.
Leżała na
ziemi, uprzednio wywrócona przez obrońcę. Nadal była bezradna.
Cador zacisnął
zęby i postanowił, że nie da jej zginąć. Nie rozumiał tego, nie był w stanie
wyjaśnić, co też mu chodziło po głowie – wiedział tylko, że ochroni Ariene.
Dlatego,
chociaż świadomy był tego, że swoim działaniem wyda na siebie wyrok śmierci,
warknął wściekle i rzucił się na wojownika. Miał jedno wyjście i postanowił je
wykorzystać – pchnął z całej siły, wbijając miecz w brzuch przeciwnika. Ostrze
utknęło między płatami zbroi, a Reamonn został bezbronny.
Dwumetrowy
potwór wrzasnął, jego rozdzierający krzyk przebił się przez odgłosy bitwy i
brzęczał w uszach. Mężczyzna potoczył dookoła błędnym spojrzeniem, aż wreszcie
zawiesił je na chudym obrońcy. Ten wpatrywał się w niego wojowniczo, najwyraźniej
gotów odciągnąć napastnika od Ariene bez względu na koszty.
Goryl najpierw
przycisnął ręce do miejsca, z którego wystawało ostrze, a potem uniósł ubrane w
skórzane rękawiczki dłonie na wysokość oczu. Krew. Jej widok sprawił, że
mężczyzna zamienił się w bezmyślne, żądne zemsty zwierzę – świadomy tego, że za
kilka minut przyjdzie po niego śmierć, postanowił zabrać obrońcę ze sobą na
drugą stronę.
Cador mógł
tylko patrzeć, jak topór leci w stronę jego klatki piersiowej. Wojownik był już
na tyle pozbawiony rozumu, że uderzał tępą stroną, jednak to nie miało
większego znaczenia. Gdy przyszedł cios, słychać tylko było, jak coś pęka, a
obrońcy zabrakło tchu. Do ust napłynęła mu krew, której kilka kropel zabarwiło
kąciki ust mężczyzny na czerwień; upadłby, gdyby jego oprawca nie chwycił go za
koszulę i nie podciągnął w górę.
Było mu już
wszystko jedno. Nie mógł oddychać, serce pracowało w zaburzonym rytmie, a
świadomość, przyćmiona ogromem bólu, powoli odpływała.
Potwór
spojrzał prosto w jasnozielone oczy obrońcy, wyszczerzył zęby w grymasie, po
czym cisnął mężczyzną na bok. Cador przeleciał kilka metrów, po czym z hukiem
uderzył o pobliską kamienną ścianę. Osunął się na ziemię, pozbawiony
przytomności; do wgniecionej klatki piersiowej, strzaskanego mostka i
prawdopodobnie pękniętych żeber dołączyła kolejna rana, paskudnie rozwalona
skroń.
Goryl otrzepał
dłonie i uśmiechnął się z zadowoleniem. Obrońca nie miał prawa tego przeżyć.
Nienawidziła
tego. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie, a jednak nadal zbyt szybko,
by zdołała zareagować. Po prostu zastygła na ziemi, wpatrując się w to wielkimi
ze zdumienia oraz przerażenia oczami, z trudem łapiąc oddech. Z początku nie do
końca zrozumiała, co dokładnie się stało, zwyczajnie w kilku sekundach nagle
znalazła się poza zasięgiem wroga, potem to Cador zaatakował.
Zawiesiła
puste spojrzenie na leżącym przy ścianie urwiska ciele, rozpaczliwie mając
nadzieję, że obrońca zaraz drgnie i się podniesie. Ale się nie ruszał. Kiedy to
sobie uświadomiła, kolejny oddech nagle stał się jeszcze trudniejszy do
wykonania.
Oparła się
pewniej łokciami na ziemi, wbiła palce w glebę i spróbowała się odepchnąć, by
wstać. Może trochę go zamroczyło. Może zaraz znów dźwignie się na nogi. Może
nawet zdoła wrócić do walki. Może nic takiego się nie stało.
Tylko dobrze
wiedziała, że to wszystko gówno prawda.
Nie była
pewna, czym było coś zimnego, o jakby ostrych brzegach, co utknęło w jej
piersi, gdy wreszcie stanęła wyprostowana i popatrzyła na przeciwnika, z którym
chwilę temu walczył Cador. Przyjrzała się temu uśmieszkowi, zacisnęła dłonie w
pięści, wpatrując się w ludzkie monstrum z przerażeniem. Przecież obrońca był
przy nim taki drobny, wprost bezbronny, jak mogła nie zareagować? Dlaczego do
tego dopuściła?
Odrętwienie
rozpękło się w niej; pochyliła głowę i ruszyła biegiem do mężczyzny, który
oddzielał ją od nieprzytomnego Cadora. Nie straciła jeszcze wiary w to, że
obrońca żył, musiał żyć, nie pozwoli mu umrzeć. Nie tak, nie teraz, nie już, po
prostu nie. Choćby miała zmieść z powierzchni ziemi tego goryla gołymi rękoma.
Chwilę przed
odbiciem z jej gardła wyrwał się niski, pełen furii krzyk. Wylądowała na
szerokich barach mężczyzny – na jej korzyść zadziałał element zaskoczenia,
przecież przed chwilą pokładała się bezbronna na ziemi, musiała być chroniona
przez kogoś innego, skąd więc ten atak?
Jeszcze chwilę
temu pomyślałaby, że nie ma w tej walce szans. Teraz myślała tylko o tym, by
dostać się do Cadora i już do końca go chronić. Pomóc mu. I nie chodziło po
prostu o to, że uratował jej właśnie życie.
Zaparła się
stopami na ramionach goryla, chwyciła jego rzadkie włosy w garść, żeby nie
stracić równowagi, i zatopiła sztylet w gardle przeciwnika, odchyliwszy mu
niezdarnie głowę. Nie skupiła się na tym, by cięcie było precyzyjne lub pod
odpowiednim kątem, mógł zdychać, wykrwawiając się, przez kilka godzin – jak dla
niej. Liczyło się to, żeby przestał stwarzać zagrożenie.
Odbiła się
znów, zeskakując na ziemię przed przeciwnikiem, przywołała w dłoń pulsar energii,
wkładając w niego sporą cząstkę mocy, przytrzymała go przy piersi, by nabrał
siły, a potem posłała prosto w mężczyznę, nim ten zdołał choćby sięgnąć do
rozpłatanego gardła. Potem, uznawszy, że po tym nie pozbiera się z powrotem do
walki, nerwowo wepchnęła jedyny ostały się sztylet do pokrowca – drugi zgubiła
przy upadku na ziemię – i rzuciła się biegiem do Cadora.
Kiedy padała
przy nim na kolana, poczuła, że serce jej stanęło. Zawiesiła bezradnie ręce nad
nieruchomym ciałem, nie wiedząc, od czego zacząć – za dużo krwi. Nie mogła
sobie przypomnieć również żadnego mocniejszego zaklęcia uzdrawiającego, nagle
miała w głowie kompletną pustkę.
Spanikowała.
Czemu spanikowałaś akurat teraz? Sapnęła przestraszona, postanawiając zadziałać
instynktownie. Nie było czasu, by sprawdzać, czy jego serce nadal bije,
musiałaby go wyciągnąć z napierśnika, to za długo zajmie. Po takich atrakcjach,
jeśli tętno wciąż się utrzymywało, z pewnością było słabe. Pobudź je, nie zabij
go.
Znów
przywołała energię, tym razem kształtując ją w łagodniejszy, subtelniejszy
prąd. Przyłożyła dłoń do jego klatki piersiowej na wysokości serca i puściła
zaklęcie, pozwalając, by w niego wniknęło. Chyba niczego nie schrzaniła. Nie
mogłaś schrzanić, Ariene, wystarczająco dałaś dupy.
– Nie rób mi
tego – wychrypiała chwilę przed tym, jak usłyszała niski, wściekły charkot z
przeciwnej strony.
Obróciła głowę
do podnoszącego się z ziemi mięśniaka, na moment zamierając. Potem
błyskawicznie zerwała się z miejsca i ustawiła się przed Cadorem, rozstawiając
szeroko nogi w pozycji obronnej. Sztylet uniosła na wysokość oczu, do wolnej
ręki przywołując pulsar energii; spojrzała prosto na wroga, wykrzywiając usta.
– Nie waż się
tu zbliżać – syknęła, pochylając głowę z cichym, ostrzegawczym warknięciem.
Nie zdążył.
Chwilę temu Larkin, zgodnie ze swoim planem, powalił drugiego z mięśniaków
bardzo zgrabnym ciosem – i nawet włos mu z głowy nie spadł, co dobitnie
świadczyło o tym, że strach Ariene był nieuzasadniony. Ale teraz... teraz się
wściekł.
Wiedział jedno.
Niezależnie od wszystkiego – a przede wszystkim od tego, że sprzeciwi się woli
swojego pana – nie da nikomu zginąć z jego powodu. Przecież to jego
zaatakowali, to on był powodem walki, to on był celem. Wmieszali w to zupełnie
niewinne osoby i Larkin nie miał zamiaru zgodzić się na to, by te osoby zginęły
w jego imieniu.
Właśnie
dlatego warknął i postanowił przestać udawać. W oka mgnieniu, po jednym tylko
geście upadłego, ziemia pod nogami przeciwników zapaliła się, a w górę
wystrzeliły kilkumetrowe płomienie. Ogień ominął Ariene i Cadora, sięgnął
jednak drugiego z mięśniaków, który niedługo później osunął się na ziemię.
To nie trwało
długo; tylko kilka minut wrzasków i odoru palących się ciał, później była już
tylko wypalona ziemia, proch i pozostałości po zbroi i orężu wojowników. Oraz
upadły, chłodno wpatrujący się w swe dzieło.
W chwili, w
której żywioł pochłonął przeciwników, Ariene przestało to całe zamieszanie
obchodzić. Teraz ważne było tylko ocalenie Cadora, musiała zrobić wszystko,
byle mu pomóc. Dlatego znów przy nim uklękła, skupiając się wyłącznie na
obrońcy.
Rana na głowie
wyglądała brzydko, ale nie stanowiła takiego zagrożenia, jak obrażenia klatki
piersiowej. Wystarczy ją trochę podleczyć i zabandażować, skąd wziąć bandaż?
Miała płaszcz. W torbie. Wyprostowała się, obróciła się w stronę, w którą
ewakuowały się konie, i zagwizdała przeciągle na palcach.
Zaraz potem
dotykała ostrożnie skroni Cadora, przy pomocy magii częściowo hamując
krwawienie i oczyszczając tkankę, by rana mogła się sprawnie, bezpiecznie goić.
Drugą ręką zabrała się do rozpinania rzemieni trzymających na obrońcy
napierśnik. Musiała sprawdzić, w jakim stanie są jego kości, przyjrzeć się
skórze, czy nie ma już wewnętrznych wylewów, upewnić się, czy żebro nie
przebiło płuc.
Pochyliła się
nad Cadorem, wstrzymując własny oddech, by usłyszeć jego. Płuco chyba było
całe, ale ostatecznie będzie mogła się trochę uspokoić, jeśli sprawdzi, pod
jakim kątem złamały się żebra.
Wezwana
Jutrzenka, nerwowo lawirując wśród płomieni i parskając z przestrachem,
posłusznie przykłusowała do właścicielki i zatrzymała się dość blisko,
stuliwszy uszy i pochyliwszy łeb. To się jej zdecydowanie nie podobało, ale
skoro kazali w takiej sytuacji, to chyba było ważne.
Zaraz za
Jutrzenką ruszył Lutee, wezwany przez swojego właściciela, niedługo później na
powrót zdecydował się izabel Cadora. Koń maszerował leniwym tempem, ale nie
zatrzymał się przy żadnej kępce trawy; zmierzał w prostej linii do obrońcy, stanął
nad mężczyzną i pochylił nad nim łeb. Wbił w twarz swego jeźdźca spojrzenie, w
którym czaiła się te niesamowita, końska mądrość; po chwili szturchnął nosem
Ariene i cofnął się o krok, pozostając jednak na warcie.
Larkin musiał
się uspokoić. Uwalnianie furii nie było ani rozsądne, ani dozwolone, ani
bezpieczne, ale nie miał wyjścia – nie żałował. Gdy wreszcie upewnił się, że
panuje nad własnymi nerwami i mocą, ruszył sztywnym krokiem w stronę Ariene.
Zatrzymał się nad nią i nie mówił nic, czekając na polecenia; na ustach
upadłego pojawił się grymas zmartwienia.
Cador, do cholery, jak cię nie lubię, tak
nie mogę zgodzić się na to, byś teraz się poddał.
– W torbie mam
płaszcz – rzuciła obojętnym, nawet trochę chłodnym głosem wiedźma, kiedy tylko
dostrzegła kątem oka, że Larkin przyszedł.
Przez chwilę
zastanawiała się, czy bardziej jest wściekła na siebie, czy na upadłego – że
wpakował się w tamtą sytuację i zwlekał z interwencją. Ale teraz nie było czasu
na takie rozmyślania, dlatego błyskawicznie powróciła do zajęcia.
Mogła
oswobodzić od leczenia drugą rękę, zatem ostrożnie, pomagając sobie trochę
magią, by nie urazić Cadora, zdołała ściągnąć z niego napierśnik, przygryzłszy
boleśnie wargę, żeby się skupić. Spojrzała na zakrwawioną koszulę, zawieszając
nad nią ręce, syknęła przez zęby bardzo brzydkie przekleństwo i
bezceremonialnie materiał rozdarła.
– Mam tam też
manierkę – dodała, przesuwając palcami po krwi i szukając rany, z której ona
wyciekała.
Płaz topora
musiał naruszyć skórę – dziwne by było, gdyby tak silny cios tego nie zrobił. Na
wysokości mostka, to źle. Zazgrzytała zębami i przeniosła dłoń na wysokość
żeber, sprawdzając, jak bardzo zostały naruszone i czy przypadkiem nie
naruszyły innych organów. Chyba nie, na razie jednak nie mogła tego wykluczyć.
Musiała zmyć krew, by zobaczyć naturalny kolor skóry.
Larkin nie
odpowiedział; kiwnął tylko głową i ruszył w stronę Jutrzenki. Klacz
wyszczerzyła na niego zęby, ale, uspokojona miłym słowem i poklepaniem po szyi,
pozwoliła upadłemu zbliżyć się do siodła. Rudowłosy zabrał co potrzebne i
wrócił do Ariene, kucając koło niej i podając jej płaszcz oraz manierkę z wodą.
Szukał kontaktu wzrokowego, ale gdy kobieta nie odpowiedziała, przeniósł
spojrzenie na Cadora. Zmarszczył czoło, zastanawiając się, czy Ariene podoła
wyzwaniu.
Musi.
Nic nie mówił,
nie chcąc rozproszyć jej uwagi; zwyczajnie czekał na kolejne polecenia, licząc
na to, że się przyda.
Więcej nie
odezwała się już słowem. Płaszcz pocięła sztyletem na pasy materiału, z jednego
z nich zrobiła bandaż na głowie Cadora, z drugiego szmatkę do ścierania krwi,
którą zmoczyła wodą z manierki.
Wreszcie udało
się jej pozbyć szkarłatnej cieczy, mogła przesunąć palcami po bardziej czystej
niż brudnej skórze obrońcy, szukając na niej ciemnych plam. Niczego na razie
nie znalazła, ale mogły się pojawić za chwilę. Tutaj nie zdoła mu pomóc, za
mało konwencjonalnych przyborów, samą magią sobie nie poradzi w środku lasu,
pod cholerną skarpą.
Ostrożnie
nałożyła osłonę na Cadora, starając się wybadać jednocześnie, czy odniósł
poważniejsze obrażenia wewnętrzne. Czar powinien ochronić go przed
jakimikolwiek innymi urazami oraz spowolnić pogłębianie się wszelkich
pozostałych odniesionych już ran.
Potem
przesunąwszy się na wygodniejszą pozycję, sprawnie obandażowała jego klatkę
piersiową, uważając, by nie ścisnąć pasów materiału zbyt mocno. Miały tylko
chronić w razie wznowienia krwawienia i zapewniać obrońcy trochę ciepła.
– Musimy
dostać się do najbliższego miasta – stwierdziła, kiedy uznała, że więcej zrobić
tu nie jest już w stanie.
Jak tylko
opuściła ręce i spojrzała na twarz Cadora, cały spokój i otoczka chłodnego
opanowania momentalnie opadły. Poczuła, że kłują ją oczy, gardło nieprzyjemnie
się ścisnęło i odruchowo zasłoniła usta dłonią, by nie było widać, że zadrżały.
Ta chwila słabości
trwała dłużej niż zawsze, ale i tak zdołała się szybko opanować. Histeria nic
nie pomoże, trzeba się zbierać, dotrzeć do miasta, zdobyć środki lecznicze,
zamknąć go w bezpiecznym pokoju i doprowadzić go do zdrowia.
Larkin położył
dłoń na jej ramieniu i chwilę tak trwali; upadły obserwował wiedźmę uważnie,
jakby zastanawiał się, w jaki sposób – i czy w ogóle – może ją wesprzeć. Po
chwili jednak dotarło do niego, że najgorsze, co mogą zrobić w tej sytuacji, to
zwlekać. Prychnął więc pod nosem w ramach udzielonej samemu sobie reprymendy,
po czym szybko zabrał się do pracy.
Dobrze, że
byli w lesie. Kilka minut zajęło mu tworzenie całkiem zgrabnych i stabilnych
noszy; teraz przyszło mu przekonać konie, że naprawdę je poniosą. Do pary
dobrał Lutee i izabelka, uznając, że są podobnego wzrostu – kary ogier położył
po sobie uszy, pokazując, co on myśli na temat robienia z niego konia
pociągowego, ale wreszcie dał sobie siana.
Upadły jeszcze
raz upewnił się, czy wszystko jest właściwie umocowane, poklepał wierzchowce,
po czym skierował się do rannego. Kucnął koło Cadora, zerknął krótko na Ariene
i przygotował się do podniesienia mężczyzny.
Oczywistym
było, że jeżeli ma to zrobić delikatnie, to potrzebuje pomocy. Właśnie dlatego
odchrząknął, a następnie, nadal wpatrzony w obrońcę, mruknął:
– Na trzy.
Chwilę
odczekał, a otrzymawszy od wiedźmy potwierdzenie w postaci kiwnięcia głową,
zaczął odliczanie.
Kiedy tylko
padło „trzy”, Ariene napięła mięśnie, unosząc Cadora ostrożnie. Bojąc się, że
mogłoby mu się coś jeszcze stać, odruchowo rzuciła kolejne zaklęcie
stabilizujące, nie spuszczając spojrzenia z twarzy obrońcy. Dopiero gdy
delikatnie złożyli go na wykonanych przez Larkina noszach, zdołała odetchnąć –
wyglądało na to, że przez cały ten czas wstrzymywała oddech.
Stanęła nieco
bezradna nad rannym, wpatrując się w niego z tym samym przerażeniem oraz
niedowierzaniem, co w chwili uderzenia mężczyzny w ścianę skarpy. Gdyby nie
Jutrzenka, która szturchnęła pyskiem ramię Ariene, najpewniej wiedźma nie
ruszyłaby się za szybko, z bliżej nieznanych sobie przyczyn sparaliżowana.
Odwróciła się
i sprawdziła, czy z klaczą wszystko w porządku. Uzyskawszy pewność, że
kasztanka nie została ranna, podciągnęła popręg i popatrzyła na Larkina, z dużą
wprawą maskując wszelkie uczucia, z którymi przed chwilą nie mogła sobie
poradzić.
– Czemu
zwlekałeś? – spytała chłodnym, nieco obojętnym głosem, opuszczając tybinkę i
poprawiając puślisko.
Zauważył wiele
rzeczy. Zauważył, że zachowywała się nieswojo – przesadnie niewrażliwa i
obojętna, to aż za dobrze mówiło o tym, co działo się w jej wnętrzu. Zauważył
to troskliwe spojrzenie i ogromną ostrożność. Zauważył wszystko. Postanowił
jednak zostawić ten temat w spokoju.
Jeszcze raz
poklepał oba konie, po czym cmoknął, mobilizując je do ruszenia stępem. Gdy
posłusznie rozpoczęły wędrówkę, on skupił się na noszach – obserwował je przez
kilka minut, by upewnić się, że faktycznie będą stabilne. Usatysfakcjonowany
zdecydował się wreszcie spojrzeć na Ariene.
– Żeby go
zdekoncentrować. Żeby, gdy zbliżył się na wystarczającą odległość, z pomocą
skrzydeł skoczyć ku jego szyi i poderżnąć mu gardło. Zrobiłem to chwilę potem –
odpowiedział równie spokojnie i bezuczuciowo.
Oj nie,
Ariene, jeżeli on był winien temu incydentowi, to na pewno nie z powodu zwłoki
podczas walki.
Chwilę mierzył
ją spojrzeniem, ale potem znów zerknął na konie. Szły równym, rytmicznym
krokiem, musiał tego pilnować. Cmoknął na nieco zwalniającego izabela,
pogłaskał po szyi podenerwowanego sytuacją Lutee; daleko do tego miasta?
Zacisnęła zęby
i poprowadziła obok siebie Jutrzenkę, walcząc z przedziwnym uciskiem w piersi.
Sama nie wiedziała, czy chce obwiniać Larkina, czy tylko siebie, czy może cały
świat.
Ale to chyba
ona była winna. Gdyby pozostała skupiona na potyczce, nic by się nie stało. Co
najwyżej odniosłaby rany, jednak nie… Zamknęła mocniej dłoń na wodzach,
odszukując oparcie w szyi klaczy.
– Mogłeś ich
wszystkich spalić od razu – stwierdziła wreszcie, przenosząc wzrok na upadłego.
Dobrze jej
szło powstrzymywanie złości; a była wściekła na to, że z jego powodu się
zdekoncentrowała, że przez swoją troskę doprowadziła niemalże do śmierci
Cadora. Nie zamierzała wyżywać się na Larkinie, bo to tylko jej wina, ale… No
właśnie.
Odetchnął
głęboko. Ciężko było powiedzieć, jak traktował jej zarzuty; z jednej strony
wyglądał na zdenerwowanego, z drugiej jakby na znudzonego, z trzeciej na
przejętego. Ale nie obwiniał siebie, przynajmniej nie w stu procentach.
– Gdybym mógł,
to bym tak zrobił. Źle, że w ogóle użyłem tej metody – odpowiedział, pozostając
przy swoim tonie
jestem-cierpliwym-i-wyrozumiałym-człowiekiem-i-nic-mnie-nie-ruszy.
Coś pękło. Nie
wiedziała, co dokładnie i z powodu której z wielu myśli, które zalały jej umysł
w jednej chwili, ale stało się. Zgrzytnęła przeciągle zębami, pochyliwszy na
moment głowę, by spróbować nad sobą zapanować. Nie dało się.
– Źle? –
warknęła wściekła, obracając twarz do upadłego, by zmiażdżyć go naprawdę
rozjuszonym, przeszywającym spojrzeniem. – Złe było to, że w ogóle czekałeś, aż
któreś z nas znajdzie się na skraju śmierci! To dla ciebie nic, a nie raczyłeś
kiwnąć palcem, by cokolwiek zrobić dobrze, czekałeś, aż zostaniesz przyparty do
muru! Co jest z tobą nie tak, kurwa mać? – dokończyła, mrużąc oczy.
Jutrzenka
potrząsnęła ostrożnie łbem, czując, jak właścicielka zaciska rękę na wodzy,
zupełnie jakby zamierzała ją rozerwać na dwa kawałki.
Wzniósł oczy
ku niebu i odetchnął głęboko; przez lata, na całe szczęście dla Ariene i
okolicy, nauczył się panować nad nerwami. Inaczej, zważywszy na to, że ledwie
kilkanaście minut temu wyzwolił żywioł, mogłoby się zrobić niebezpiecznie.
A teraz... teraz
nawet powstrzymał się od podsumowania, z kim tutaj jest coś nie tak. Przeniósł
intensywne, nieprzyjemnie przenikliwe spojrzenie na wiedźmę, odczekując kilka
sekund, nim się odezwał.
– Ja nie
czekałem. Ta rzeź nie powinna była mieć miejsca – odpowiedział spokojnie.
Ktoś, kto nie
znałby Larkina Lavrance, pomyślałby, że mężczyzna ma wyrzuty sumienia. Nie. Mężczyzna
złamał rozkaz, za co przyjdzie mu zapłacić.
– Zresztą
jeszcze na chwilę przed zdarzeniem nie zanosiło się na to, by ktokolwiek miał
stanąć na skraju śmierci. Wygrywaliśmy. I wygralibyśmy przy użyciu tradycyjnych
metod – powiedział jeszcze, powstrzymując się przed dodaniem „gdyby nie”.
Mimo wszystko
nie leżało w jego interesie dobijanie jej.
Nie musiał
dodawać. Sama dokończyła, tylko nie miała już pojęcia, czy jest wściekła na
siebie, czy na niego.
Znów
zgrzytnęła zębami, odwracając wzrok na drogę. Dałaś dupy, Ariene, a wyżywasz
się na kimś, kto ostatecznie uratował twoje i Cadora życie. Cudownie,
szlacheckie korzenie wyłażą przy każdej możliwej okazji.
– Wybacz mi
brak twej niesamowitej nieomylności, panie Lavrance – wycedziła przez
zaciśnięte zęby, zawiesiwszy spojrzenie gdzieś ponad traktem. – Więcej nie będę
miała czelności się o ciebie martwić, w razie czego postaram się także dać nogę
w najmniej odpowiednim momencie, zostawiając wszystkich na lodzie bez choćby
słowa wyjaśnienia – dodała, nim ugryzła się w język, ale właściwie nie
żałowała.
Przestawała go
rozumieć, jednak w tej chwili nie była pewna, czy dąży do porozumienia. Nie
wiedziała, do czego dąży, bo każda racjonalna myśl skupiała się na tym, co
należy zrobić po przybyciu do pierwszej z brzegu karczmy. Pozostałe odbiegały
od racjonalności pod każdym względem.
Oho, panienko
Tenshi, pamiętaj, że igranie z nadal niespokojnym po wyzwoleniu żywiołu upadłym
nie jest zbyt rozsądne.
Coś błysnęło w
burgundowych oczach, jednak mężczyzna zdążył odwrócić spojrzenie, warknąwszy
pod nosem. Izabel, gdy wyczuł napięcie prowadzącego, położył po sobie uszy i
zwolnił kroku; na to Lutee zareagował odwrotnie, przyspieszając.
Larkin
odliczył szybko w myślach do dziesięciu, po czym wymruczał coś uspokajającego
do koni, naprowadzając je znów na ten sam, równy rytm.
– Martwienie
się o kogoś a wystawianie się na ataki przeciwników to dwie różne sprawy,
Ariene – przypomniał jej, nadal spokojny.
Teraz jednak
jego słowa zabrzmiały dziwnie; czuć było, że nonszalancja jest udawana.
– Niemniej
jednak: doskonale – dodał.
Swoją drogą
wszyscy rudzi uciekają, coś w tym musi być. Taka osobista dygresja.
– Z ust mi to
wyjąłeś, świetnie – warknęła w odpowiedzi, znów spojrzawszy na niego ze
złością.
Gwałtownie się
zatrzymała, zrzuciła przełożone przez siodło strzemiona i w jedno wsunęła
stopę, wskakując na zdenerwowaną nastrojem swojej właścicielki Jutrzenkę.
Przytrzymała wodze, nie pozwalając klaczy ruszyć, i raz jeszcze popatrzyła na
Larkina, tym razem jednak w oczach, przez krótką chwilę, czaił się wyrzut.
– Znajdę
wystarczająco czystą gospodę i wynajmę pokoje. Może przynajmniej w ten sposób
będę użyteczna – dodała w złości, jeszcze moment ściągając wodze kasztanki,
jakby zamierzała coś dodać.
Na przykład:
jak coś mu się stanie pod moją nieobecność, zabiję cię.
Ten cień z
oczu jednak szybko zniknął, wiedźma odwróciła wzrok na drogę i pozwoliła
Jutrzence ruszyć, z czego klacz ochoczo skorzystała, wyskakując w przód jak
pajacyk z pudełka.
;< I się rozbijają w co najmniej pięciu różnych lokacjach? Już czuję tą irytację typu "Ale ja chcę Erriana i Aithne, nie Ariene, Cadora i Larkina nooo" XD Tak było też przy Legendzie XD
OdpowiedzUsuńA propos Legendy, przenieś kurdesz te blogi babiszonie, mogę nawet pomóc w miarę możliwości.
A tak oprócz tego... Cador ;< Kaśka widzę też ma takie złe skłonności do męczenia dobrych bohaterów XD
Hahahaha, szczerze mówiąc, w Legendzie uwielbiałam to nękanie przy rozbiciu bohaterów, bo sama tak mam, jak czytam książkę i ktoś pisze o innych postaciach niż ja chcę xD
UsuńLegendę muszę ruszyć. Nie napisałam ani słowa od ostatniego rozdziału ._. Coś mi się kołacze po głowie, niedługo powinnam nabrać rozpędu :<
Bo naturalizm, turpizm i tego typu sprawy są cudne <3 I tak jesteśmy delikatne, Brent Weeks urywa postaciom nogi żywcem Oo" Mój autorytet <3 xD