sobota, 15 grudnia 2012

45. Z pełnym poświęceniem



Kilkukrotnie pytano ją, gdzie ma suknię. Przy piątym razie (przy okazji doszła do wniosku, że ceremonię zaplanowano z dużym wyprzedzeniem, sporo szlachty się zjechało) warknęła natrętowi, że ma ją w dupie i ubierać nie będzie. To ostatecznie ucięło wszelkie wątpliwości, ku uldze nieszczęsnej panny młodej.
Wzrokiem przeczesywała tłum w poszukiwaniu swego towarzysza w wielkiej niedoli. Źle się czuła wśród tylu obcych, raz czy drugi zauważyła Larkina, chyba też Cadora, bodajże Anabde mignęła między nieznajomymi. Ariene naprawdę chciała stąd jak najszybciej uciec.
Wreszcie tłum zaczął wchodzić do głównej sali, którą to przygotowano już do ślubu – wystrojono oraz posprzątano. Wiedźma dostrzegła idącego do niej szybkim krokiem Erriana i uśmiechnęła się do niego blado, by pocieszyć samą siebie.
– Chodź. Nie bawimy się w żadne tradycje – mruknął, nie odwzajemniwszy gestu, kiedy zatrzymał się obok i podał jej ramię.
Niepewnie je ujęła, odruchowo obejmując za nie mocniej niż zamierzała. Ruszyła potulnie jego śladem, mając ochotę zamknąć oczy, zacisnąć zęby i wmówić sobie, że to nie dzieje się naprawdę.
Ale ruszyli do prowizorycznego ołtarzyka, gdzie czekał już kapłan. Jak to się stało, że tu trafiła? Odetchnęła głęboko i wyprostowała się, zdobywszy się na nałożenie swojej maski wyrachowanej morderczyni.
Od razu lepiej. I tak wszyscy zginiemy.
Anabde uniosła wysoko brodę, nie zaszczycając spojrzeniem szlachcianki, która wpatrywała się w nią od dłuższego czasu. Najwyraźniej była mocno zdegustowana ubiorem nekromantki, krytykując ją w myślach za brak jakiejkolwiek sukni odpowiedniej na taką okazję. Spodnie, które damie nie przystoją, a na dodatek buty do jazdy konnej?
Panna prychnęła kpiąco i ostentacyjnie odwróciła wzrok, ale Anabde nie zwracała na nią uwagi. Była wpatrzona w zmierzającą do ołtarza parę młodą, sygnał do ataku mógł nadejść w każdej chwili.
Larkin stał zaraz koło niej; w sumie, wyglądali śmiesznie podobnie, oboje poważni, o chłodnych spojrzeniach, nieodpowiednio ubrani, wpatrzeni w Erriana i Ariene, no i rudowłosi. Większość obecnych na uroczystości chyba uznała ich za rodzeństwo – plotkowano o tym, skąd mogli się wziąć i co tutaj właściwie robią, ale nikt nie był na tyle odważny, by zapytać. I całe szczęście.
Sheridan i Cador stali w innej części sali, blisko kolejnego wyjścia. Obrońca zaproponował rozstawienie par, uwzględniając bliskość ewentualnych dróg ucieczki, również zagęszczenie gości i odległość od strażników.
Nadal zajęty był analizowaniem – uważnie przyglądał się obecnym, zgadując, kto może usiłować ich powstrzymać i w jaki sposób to zrobi. Jednak gdy Ariene i Errian zbliżyli się do ołtarza, to na nich zawiesił spojrzenie. Rozluźnił napięte mięśnie, przypominając sobie w myślach, by zachować spokój i trzeźwość myślenia.
– Jesteś pewien, że wiesz, co robisz, ojcze? – odezwał się wtedy młody mag, kiedy kapłan przygotowywał się do święceń, a goście powoli milkli.
Wypowiedź panicza sprawiła, że przez salę przetoczył się szum, potem zapanowała cisza. Errian spojrzał stojącemu w pierwszym rzędzie ojcu prosto w oczy, jakby miał nadzieję, że to może coś dać. Oczywiście, że nie mogło.
– Już o tym rozmawialiśmy – przypomniał zimno mężczyzna, zerknąwszy nerwowo przez ramię na gości.
– Doskonale – skwitował równie wylewnie Errian, przenosząc wzrok na zmieszanego kapłana. – Nie zamierzam dyskutować.
Duchowny rozłożył na ołtarzyku liście świętego drzewa, wymamrotał coś w podzięce za dzisiejszą łaskę do Silthe, potem natomiast wyciągnął ręce w stronę pary młodej, rozpoczynając modlitwę, która miała otworzyć całą ceremonię. Errian przyglądał się mu beznamiętnie, jego oczy prześlizgiwały się po najbliższym otoczeniu mężczyzny, jakby chłopak coś zawzięcie planował oraz kalkulował.
Ariene zaczęła się irytować. I trochę bać. Mag nie zdradzał żadnych oznak chęci przerwania tego przedstawienia, kapłan swoje ględził, wszyscy się na nich gapili, jak tak dalej pójdzie, to skończą jako małżeństwo. Wbiła palce w ramię chłopaka i spojrzała na niego gniewnie, marszcząc czoło.
Co, sama miała zacząć rozpierduchę? Właściwie nawet tego nie ustalili, cudownie. Pożałowała, że nie było Aithne, ta to zawsze wiedziała, kiedy zrobić zamieszanie.
I gdy tak wpatrywała się intensywnie w pana młodego, powoli do niej docierało, że Errian z grzeczności, najwyraźniej, nie chce przerywać modlitwy. To sprawiło, że zaśmiała się cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową. On się nigdy nie zmieni.
Kapłan w końcu skończył modlitwę i sięgnął po gałązkę ze świętego drzewa, by pobłogosławić parę młodą przed głównymi święceniami. Wtedy też właśnie Errian uwolnił rękę z uścisku Ariene, wyjął mężczyźnie przedmiot z dłoni i odrzucił na bok, zaraz opierając się na ołtarzu.
Powietrze w sali znacząco się ochłodziło.
– Ceremonia się nie odbędzie – oznajmił, spoglądając zdumionemu duchownemu prosto w oczy.
Potem obrócił się do równie zszokowanych gości, popychając lekko Ariene w bok, w stronę drzwi, których pilnowali Cador i Sheridan.
– Jestem jednak przekonany, że ojciec zaprosi państwa na poczęstunek. Tymczasem wszelkie próby powstrzymania nas od wyjścia mogą skończyć się lżejszymi, poważniejszymi lub trwałymi uszczerbkami na zdrowiu. Dziękuję za przybycie oraz uwagę – zwrócił się do tłumu, uśmiechnął się bez wesołości i pstryknął palcami, kiedy strażnicy, zaalarmowani przez pana Souena, ruszyli w stronę ołtarza.
Podłoga w sali pod stopami gwardzistów wybrzuszyła się i wierzgnęła, przewalając mężczyzn jak kłody.
Ariene wytrzeszczyła na Erriana oczy, na chwilę zapominając, czemu została popchnięta i z jakiego dokładnie powodu przerwali tę ceremonię. Powoli przetrawiła to, co młodzieniec powiedział, zamrugała, a potem zaniosła się serdecznym śmiechem. Nie miała zupełnie nic przeciwko takim ślubom!
Zaraz wyszarpnęła dwa noże do rzucania ze skrytki i posłała je w strażnika, który zamierzał pozbyć się obstawy bocznego wyjścia. Mężczyzna zastygł, kiedy ostrza wbiły się w ścianę tuż przed jego nosem, wiedźma natomiast uśmiechnęła się.
Wokół jej dłoni zebrało się purpurowe, migotliwe światło; zmrużyła oczy, uginając nogi w kolanach.
– Naprawdę nie radzę – rzuciła w stronę pana Souena, póki jeszcze obok stała, po czym ruszyła tam, którędy dałoby się wydostać z sali.
W ostateczności wyjdzie oknem. Albo z drzwiami, co to dla niej.
Przewidywał to. Oczywiście, że to przewidywał, cholerny Souen nie był głupi. W chwili, gdy Errian użył zaklęcia, pierwsi z ukrytych najemników zdradzili swoją tożsamość.
Cador warknął pod nosem, położył dłoń na ramieniu ruszającego w stronę ołtarza mężczyzny i obrócił go szarpnięciem, tak, że znalazł się z nim twarzą w twarz. Dopiero gdy spojrzał w ciemne oczy najemnika, wyprostował sztywno dłoń i uderzył nią w miejsce na bocznej stronie żebra, około cztery palce odległości od linii ramienia. Jeden z licznych punktów witalnych; idealnie wyprowadzony cios sprawił, iż wojownik stracił przytomność i osunął się bezwładnie na podłogę.
Miało być bez ofiar śmiertelnych, to będzie.
Zaraz ruszył w przód, powalając kolejnego najemnika. Uznał, iż następnymi zajmie się reszta towarzyszy; on sam niepostrzeżenie zbliżył się do wyjścia z sali, by opuścić ją, pozostając niezauważonym przez nikogo. Szybko skierował się do stajni, chcąc przygotować konie do drogi – tak jak zostało to ustalone.
Jak panu obrońcy ograniczenie w postaci zakazu zabijania nie sprawiło większych trudności, tak dla Larkina stanowiło ono pewien problem. Warknął pod nosem; pierwszy najemnik na szczęście był tchórzliwy i zwiał na sam widok wyczarowanego ognia, ale następnego musiał już trochę przypiec. Miecz był w takim tłumie nieporęczny, pozostały, oprócz magii, tylko pięści.
Niemniej jednak wystarczyło, by odpiął łańcuszek z artefaktem. Gdy magia przestała zakrywać okazałe, czarne skrzydła, które upadły natychmiast rozprostował z ulgą, większość obecnych zamarła i zaprzestała swoich działań. Larkin uśmiechnął się pod nosem, ruszając spokojnym krokiem w stronę Ariene i Erriana, by utorować im drogę.
Anabde pilnowała tyłów, opiekując się każdym, kto za bardzo zbliżył się do uciekającej pary młodej. Jej umiejętności pozwalały jej na pokojowe rozwiązanie sprawy – a to spod kogoś dywan się wyślizgnął, a to komuś krzesło tarasowało drogę, tylko raz musiała przystawić nóż do gardła najemnika, by przemówić mu do rozsądku.
Sheridanowi także udało się przestraszyć zebranych samą swoją obecnością. Ponieważ Cador szybko zniknął, on ruszył od bocznego wyjścia do grupki pod ołtarzem, przyłożywszy nonszalancko dwa palce do skroni – lewej ręki nawet nie wyjął z kieszeni spodni. W chwili, w której rozłożył dla wygody błoniaste skrzydła, po czym je złożył, uśmiechnął się leniwie, ukazując zaostrzone zęby, jakoś część sali, w której przebywał, wpadła w panikę.
Przemierzył spokojnym krokiem całą odległość dzielącą go od towarzyszy, spojrzał na pobladłego kapłana i do niego także się uśmiechnął, bo wprost nie mógł się powstrzymać.
– Niezła zabawa, twój ojczulek umie organizować imprezy – pochwalił kolegę, przymrużając oczy.
– Przekażę mu listownie. Zbierajmy się – postanowił natomiast Errian, popychając Ariene do drzwi. – Nie ma co czekać, aż poleje się krew – dodał, oglądając się przez ramię na nekromantkę.
– To w drogę – zgodziła się wiedźma, schowała wyciągnięty na wszelki wypadek sztylet z powrotem do pokrowca i ruszyła przodem, stawiając energetyczny mur wzdłuż drogi do bocznych drzwi, by przypadkiem nikt nie postanowił ich zatrzymywać.
Kiedy tylko wydostali się na dziedziniec, ten wyglądał na zupełnie opustoszały, jeśli nie liczyć drobnego poruszenia nieopodal stajni. Ariene zahamowała gwałtownie, instynktownie wietrząc pułapkę, zasadzkę, cokolwiek, rozejrzała się, analizując otoczenie oraz wszelkie drogi ucieczki, gdy dostrzegła pewną pulchną kobietę.
– Wasz towarzysz siodła właśnie konie, pospieszcie się – poradziła, uśmiechając się łagodnie do nieznajomych.
Jak tylko jej wzrok padł na młodego panicza, uśmiech stał się ciepły, ale też trochę smutny.
– Och, eee, dziękujemy – wydusiła zaskoczona Ariene, jednak postanowiła, że zapyta później.
Dlatego ruszyła biegiem do stajni, odruchowo sprawdzając, czy nigdzie nie widać łuczników. Tych to nie znosiła, zawsze rozwalali najmisterniej zaplanowaną ucieczkę!
Konie były już gotowe. Prawie. Cador właśnie próbował poinformować Lantano, że nie potrzebuje kolejnego siniaka na ramieniu (pierwszym zajęła się, jakby inaczej, Jutrzenka), on chce tylko spokojnie dociągnąć popręg.
Kiedy ogier usłyszał charakterystyczne kroki swojej pańci, nastawił zainteresowany uszy – obrońca wykorzystał ten moment, by szybko dokończyć robotę i wyjść z boksu. W chwili, gdy towarzysze weszli do stajni, on już wyprowadzał na zewnątrz swojego izabela.
Nie minęły dwie minuty, jak sześć koni wygalopowało przez bramę rezydencji. Dokładnie w tym samym momencie na dziedziniec wypadli strażnicy – nie byli głupi, usunęli się z drogi rozpędzonych zwierząt, od razu kierując się do stajni. Z dość naiwną nadzieją, że zdążą dogonić uciekinierów – nim osiodłali swoje konie, nasi bohaterowie znaleźli się już daleko.

Poranek był ciepły. Obudził ją nasilający się trel ptaków oraz przebijające przez gałęzie drzew promienie słońca. Przeciągnęła się z cichym pomrukiem, nie mając ochoty na otwieranie oczu, dobrze się jej leżało pod kocem, z głową ułożoną na siodle Jutrzenki, wbrew pozorom przytulnie i wygodnie. Humor całkiem jej dopisywał, może dlatego, że wreszcie nie budził jej nikt trzeci? Właśnie, dlaczego nikt się jeszcze nie krzątał?
Uniosła się na łokciach i rozejrzała się czujnie dokoła, marszcząc czoło. Wokół panował spokój, dostrzegła dwóch śpiących panów – Cadora oraz Larkina. Ale nikogo więcej, czyżby pozostali już się obudzili? W takim razie dokąd się udali?
Nieco zaniepokojona zsunęła koc z nóg i podniosła się z ziemi, otrzepując spodnie z trawy. Potoczyła dokoła uważnym spojrzeniem, starając się zlokalizować kogoś znajomego. Gdy to nie pomogło, rozejrzała się za końmi.
Nieopodal pasła się tylko Jutrzenka, Lutee oraz izabel Cadora, żadnego innego wierzchowca nie dostrzegła. Coś ścisnęło ją z niepokoju w żołądku, przygryzła wargę, przestępując nad dogasającym ogniskiem, i ruszyła dokoła skromnego obozowiska w naiwnej nadziei, że to tylko przypadek. Jednak nie, naprawdę wszyscy zniknęli.
Usiadła obok siodła swojej klaczy i oparła głowę na dłoniach, spoglądając po okolicy nieco zrezygnowanym spojrzeniem. Oczywiście nikt im nie bronił odjechać i zerwać kontakt, tylko tak jakoś… mogli się chociaż pożegnać. Znaczy Sheridan i tak by tego nie zrobił, Anabde również stanowiła silną indywidualność, ale Errian? Zmarszczyła czoło, nie wierząc w to, że nie zostawił nawet jednej małej wiadomości, na pewno po prostu ją przeoczyła.
Podniosła się i znowu ruszyła na poszukiwania, uważając, by żadnego z pozostałych przy niej panów nie obudzić.
Udało się jej odnaleźć zwitek papieru doczepiony do jej torby, rozwinęła karteczkę i pogrążyła się w lekturze. Mag wyraźnie spisywał pożegnanie w pośpiechu, przepraszał za to, że potraktował ich niezbyt uczciwie tą ucieczką, jednak nie może już dłużej siedzieć w miejscu, poza tym musi odreagować po spotkaniu z rodziną. Ariene uśmiechnęła się blado i pokiwała głową, chowając liścik.
Może się jeszcze kiedyś spotkają.
Poklepała się po udach, podnosząc się z klęczek, po czym skierowała się do dogasającego ogniska, zamierzając sprawdzić, czy dałoby się przyrządzić śniadanie. Trochę prowiantu jeszcze posiadała, płomienie rozniecić na nowo i do roboty.
Cador uniósł się na łokciach i pobłądził dookoła nieprzytomnym spojrzeniem. Musiał być naprawdę zmęczony, że obudziły go dopiero odgłosy krzątaniny wiedźmy – powinien był odzyskać świadomość w chwili, gdy drgnęła po przebudzeniu. Skrzywił się niezadowolony, ganiąc się w myślach za brak czujności; nie mógł nic na to jednak poradzić, więc wstał, spojrzał w jasne niebo i uśmiechnął się pogodnie.
– Dzień dobry – powitał miło Ariene, gdy już przeniósł na nią wzrok.
Był również na tyle uprzejmy, że ze względu na śpiącego Larkina ściszył ton. Przeczesał palcami płowe włosy i podszedł bliżej wiedźmy, siadając koło niej.
Wcześniej zdążył zbadać całe otoczenie i dojść do paru nieprzyjemnych wniosków. Przymrużył powieki, ale nie mógł nie przyznać przed samym sobą, że nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
Tylko w trochę innej wersji. Pieprzony Larkin.
– O której wyjechali? – zaczął, nieco zirytowany tym, że musi pytać.
Powinien wiedzieć, powinien był się obudzić na czas, co z nim?
– Pożegnali się? – kolejne pytanie podsunęła mu już zwyczajna, ludzka ciekawość.
Ariene wyraźnie miała zamiar odpowiedzieć, ale przerwał jej głęboki, męski głos:
– Anabde wyjechała pierwsza bardzo wczesnym rankiem. Uznała tylko, że musi wyjechać. I poprosiła, bym skontaktował się z nią, jeśli znajdę Aithne. Potem zwiał Sher, jakoś trzy godziny temu. Na wyjazd Erriana się nie załapałem, ale musiało być to przynajmniej godzinę od teraz. – Larkin już stał wyprostowany, gdy Cador obrócił głowę w jego stronę.
Upadły rozprostował skrzydła, których postanowił na razie nie ukrywać, po czym stanął nad ogniskiem.
– Trochę szkoda – mruknął obrońca.
– Errian napisał list – dodała Ariene, powiódłszy spojrzeniem od jednego, do drugiego. – Przepraszał, że wyjeżdża tak nagle, ale musi. Głodni? – spytała na koniec, jakby w ogóle cała sytuacja jej nie przejęła.
Przejęła, owszem, smucenie się i martwienie towarzyszyło jej, kiedy przygotowywała skromne śniadanie złożone z tostów. Nie takie cuda się robiło, a z bochenka chleba i kawałka sera dało się zrobić kilka porządnych dań.
– Trzeba ustalić, co dalej – zauważyła, przełknąwszy dziwną gulę, która nagle stanęła jej w gardle.
To była praca, Ariene, tylko praca. Nic cię z nimi nie łączy prócz pracy. Polubiłaś ich, było zabawnie, są na swój sposób sympatyczni, praca się skończyła. Podejdź do tego profesjonalnie.
Kiedy uniosła wzrok i uchwyciła spojrzenie Cadora, błyskawicznie znów zapatrzyła się w przygotowane jedzenie, nawet nie zdoławszy zerknąć na Larkina. Co się działo?
– Nic dalej. Proponowałbym ruszenie do najbliższego większego miasta, uzupełnienie zapasów i poszukanie następnej roboty – odparł swobodnie Larkin, uznając, że kwestia pozostania w grupie powinna być oczywista.
Całkiem nieźle wychodziła im współpraca, więc dlaczego nie?
– Głodni jak cholera – przyznał Cador.
Choć zdawał się być trochę nieobecny; nagły wyjazd połowy grupy był pewnym ciosem, to prawda. A już na pewno ciężko będzie dlatego, że zostali w takim składzie.
Ariene pokiwała głową i ściągnęła z rozgrzanego kamienia dwa pierwsze tosty, wyciągając je w stronę panów. Zdobyła się na dość pogodny, sympatyczny uśmiech, choć nadal czuła się tak, jakby nie do końca doszła do siebie. Odetchnęła, odgarniając włosy za uszy.
– Brzmi na dobry plan. W takim razie po śniadaniu się zbieramy – mruknęła, samej przywłaszczając sobie jedną z kromek.
Doszła do wniosku, że ten ser nawet całkiem dobrze się roztopił, zatem chętnie zabrała się do jedzenia.

Nawet nie było tak źle. Minęły już ponad dwie godziny od pobudki – czyli ponad dwie godziny spędzili tylko w trójkę, w gronie dość kiepsko dobranym – i jeszcze się nie zabili. Najedzeni i wyspani, więc bez tragedii; tylko nagłe zniknięcie kompanów odzywało się nieprzyjemnym uciskiem w brzuchu. Izabelek maszerował dzielnie, ze spuszczonym łbem, zaś Cador od dłuższego czasu zastanawiał się, co mu nie pasuje.
– Też macie wrażenie, że... – zaczął cicho, jednak przerwał, nie będąc w stanie zdefiniować źródła własnego niepokoju.
Przymrużył powieki, wytężając słuch, ale nie wychwycił żadnego nieodpowiedniego dźwięku; zdawało się, że wszystko jest w porządku. Więc dlaczego...
Larkin wydawał się być rozluźniony, może aż za bardzo. Słowa obrońcy, gdy tylko doszły jego uszu, natychmiast zyskały sobie sto procent uwagi upadłego – przeniósł na Cadora ostre spojrzenie, by zaraz rozejrzeć się dookoła.
Coś mu mówiło, że przeczucie Reamonna nie zawodzi.
Ariene spojrzała krótko na obrońcę, potem także przenosząc wzrok na pobliską okolicę. Zmrużyła oczy, skupiając się na chociażby aurach, bo jeśli nie byli sami, kogoś zaraz wyczuje. Nie sądziła, by Cador zwracał ich uwagę na jakąkolwiek błahostkę, dlatego chciała to zrobić porządnie.
Jutrzenka poderwała łeb i zastrzygła uszami, kiedy gałązka w pobliskich zaroślach z trzaskiem pękła. To wystarczyło, żeby wiedźma trochę się rozkojarzyła i rozejrzała dokoła zdenerwowana.
Oberwała czymś ciężkim w brzuch, siła uderzenia wyszarpnęła ją z siodła i cisnęła na ziemię kilka metrów dalej; potoczyła się bezwładna, starając się wyhamować, by wstać. Kiedy wreszcie się zatrzymała, zgrzytnęła zębami, przełykając krew, która zebrała się w jej ustach z przegryzionej wargi. Przez moment wydawało się jej, jakby zatkano jej uszy grubą watą, w końcu jednak dźwięki zaczęły do niej docierać, a świat nabrał z powrotem ostrości.
Nieco chwiejnie poderwała się z ziemi, na której wylądowała, dostrzegając niesamowite zamieszanie wokół. Nie zdołała zdefiniować, co się dokładnie dzieje, gdy została zaatakowana szybkim, bardzo profesjonalnym cięciem między żebra – zatrzymanie go graniczyło z cudem. Odskoczyła w tył, przyhamowała na palcach, chwyciła sztylet i natychmiast natarła na przeciwnika, jednocześnie ogarniając walkę, która się rozpoczęła.
Ktokolwiek właśnie ich zaatakował i czegokolwiek chciał, doskonale wiedział, co robi. Wojownicy spisywali się nader dobrze, a Ariene bezustannie wyczuwała magię w powietrzu, tylko nie potrafiła jej zlokalizować.
Trzy konie odgalopowały na południe, by po chwili zatrzymać się w bezpiecznej odległości od walczących. Dwa z nich nastawiły uszu, obserwując z niepokojem walkę, trzeci spokojnie zabrał się do pałaszowania liści pobliskiego krzaczka.
Cador wyprostował się, ustawiając się w pozycji wyjściowej do walki. Było ich, tak się mu zdawało, dwunastu – w tym przynajmniej trzech magów, z czego dwóch ukrytych w pobliskich zaroślach. Dwóch z nie używających magii wojowników wyglądało jak ofiary eksperymentów – mieli grubo ponad dwa metry wzrostu, ich pancerze wręcz pękały pod naporem przesadnych mięśni, a pięści zdawały się móc zgnieść kamień w proch. Wbrew pozorom byli dość zręczni i szybcy, o czym obrońca miał okazję się przekonać po niedługim czasie.
Larkin warknął pod nosem, obracając się paradą i tnąc w stronę przeciwnika. Magowie, jasna cholera, wysłali na niego naprawdę porządnych magów – chcieli go sprowokować. A on miał nie dać się sprowokować, miał ukryć swoje zdolności magiczne, takie otrzymał polecenie. Pozostało mu porwać się z motyką na słońce i liczyć, że osiągnie cokolwiek, walcząc mieczem przeciwko potędze magii.
Może Ariene coś zdziała.
Miał też ukryć fakt posiadania skrzydeł. To jednak nie oznaczało, że nie może się nimi posłużyć w niewidoczny sposób, prawda? Jednego z magów broniło dwóch wojowników – w tym jeden byk, którego postura sugerowała, że wytrenowano go na maszynę do zabijania. Upadły uśmiechnął się pod nosem, w myślach przygotowując odpowiedni plan.
Najpierw zgrabnym cięciem powalił jednego ze słabszych napastników, by móc przedostać się bliżej swego celu. Tym samym stanął naprzeciwko składającego się wyłącznie z mięśni monstrum. Uśmiechnął się kącikiem ust, po czym przesmyknął się pod ramieniem mężczyzny i... zamarł.
Wyglądało, jakby spanikował; opuścił nieco ostrze i nastawił się na atak, obracając się przodem do wojownika. Ten połknął haczyk i wymierzył solidny cios w stronę upadłego z zamiarem roztrzaskania tego rudego łba.
– Chodź tu, szmato – syknęła Ariene, celując trochę na oślep w miejsce, w którym zlokalizowała jednego z magów.
Skurwiel chował się przed nią na wszelkie możliwe sposoby, w tym był na pewno dobry. Musiała tylko przyczaić moment zawahania, drobną słabość, musiała tylko…
Przerwała zaklęcie, obracając się i blokując cios miecza. Sztylet zadrżał pod naporem wrogiej broni, ale wiedźma zdołała oręż odtrącić i wycofać się na nieco drżących nogach. Jak to dobrze, że przynajmniej oszczędzono im łuczników, jak ona nienawidziła łuczników!
Spróbowała znowu zlokalizować maga, uznawszy, że pozbycie się ich może pomóc w pokonaniu pozostałych wojowników. Wtedy też dostrzegła Larkina – i zamarła, jakby czekając, aż upadły coś zrobi.
Bo to było takie abstrakcyjne, żeby po prostu spanikował, opuścił gardę, wystawił się na cios. Serce jej stanęło, naprawdę się przestraszyła, mierzyli się z poważnymi przeciwnikami, mogli nie wyjść z tej walki cało. Dlaczego on tam tak po prostu stoi?
Otworzyła usta, jakby chciała go zawołać, nawet przypomniała sobie pomocne w takich sytuacjach zaklęcie, ale zorientowała się we własnym zagrożeniu o ułamek sekundy za późno. Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, kiedy obracała się lekko w prawo, dostrzegając mknące do niej ostrze. Trochę za późno. Troszeczkę.
Zaboli.
W takiej walce, kiedy nie ma się nikogo do obrony, powinno się martwić przede wszystkim o własny tyłek. Nie oglądaj się na przyjaciół, muszą dać sobie radę – tego go uczono. Cador jednak, na przekór wszystkim pobranym lekcjom, zamarł, wpatrzony w Ariene. Na szczęście dla niego moment wcześniej zdążył powalić swego przeciwnika, a następny jeszcze nie zaatakował – chwilowa dekoncentracja uszła mu na sucho.
Zrobiło mu się... pusto. Puste spojrzenie, puste serce, wrażenie, jakby nawet w żyłach nie płynęła już krew. Niemalże wypuścił z dłoni miecz – dlaczego tak go to uderzyło? A potem, zupełnie podświadomie, wykonał w myślach parę obliczeń. I zorientował się, że jeżeli nie zareaguje, to Ariene zginie. Na miejscu. Nie miała żadnych szans, zdekoncentrowała się przeklętym upadłym i wystawiła na śmiertelny cios.   
Tak nie może być. On się na to zwyczajnie nie zgadza.
– Ariene! – krzyknął i w ułamku sekundy doskoczył do kobiety, oddzielając ją od atakującego.
Stanął twarzą w twarz z jednym z dwóch byków; potwór uśmiechnął się, wyszczerzając do obrońcy krótkie, nierówne zęby.
Udało mu się zablokować wymierzony w wiedźmę cios, jednak jego siła sprawiła, że mężczyznę odrzuciło do tyłu – tym samym popchnął Ariene. W ostatniej chwili zdołał się powstrzymać od upadku i nie przewrócić na towarzyszkę; zachwiał się na nogach, ale zaraz skoczył do przodu, odpowiadając na kolejny atak napastnika. Ten jednak nie był tak głupi, na jakiego wyglądał, i odepchnął od siebie obrońcę, znów wymierzając cios w stronę wiedźmy.
Leżała na ziemi, uprzednio wywrócona przez obrońcę. Nadal była bezradna.
Cador zacisnął zęby i postanowił, że nie da jej zginąć. Nie rozumiał tego, nie był w stanie wyjaśnić, co też mu chodziło po głowie – wiedział tylko, że ochroni Ariene.
Dlatego, chociaż świadomy był tego, że swoim działaniem wyda na siebie wyrok śmierci, warknął wściekle i rzucił się na wojownika. Miał jedno wyjście i postanowił je wykorzystać – pchnął z całej siły, wbijając miecz w brzuch przeciwnika. Ostrze utknęło między płatami zbroi, a Reamonn został bezbronny.
Dwumetrowy potwór wrzasnął, jego rozdzierający krzyk przebił się przez odgłosy bitwy i brzęczał w uszach. Mężczyzna potoczył dookoła błędnym spojrzeniem, aż wreszcie zawiesił je na chudym obrońcy. Ten wpatrywał się w niego wojowniczo, najwyraźniej gotów odciągnąć napastnika od Ariene bez względu na koszty.
Goryl najpierw przycisnął ręce do miejsca, z którego wystawało ostrze, a potem uniósł ubrane w skórzane rękawiczki dłonie na wysokość oczu. Krew. Jej widok sprawił, że mężczyzna zamienił się w bezmyślne, żądne zemsty zwierzę – świadomy tego, że za kilka minut przyjdzie po niego śmierć, postanowił zabrać obrońcę ze sobą na drugą stronę.
Cador mógł tylko patrzeć, jak topór leci w stronę jego klatki piersiowej. Wojownik był już na tyle pozbawiony rozumu, że uderzał tępą stroną, jednak to nie miało większego znaczenia. Gdy przyszedł cios, słychać tylko było, jak coś pęka, a obrońcy zabrakło tchu. Do ust napłynęła mu krew, której kilka kropel zabarwiło kąciki ust mężczyzny na czerwień; upadłby, gdyby jego oprawca nie chwycił go za koszulę i nie podciągnął w górę.
Było mu już wszystko jedno. Nie mógł oddychać, serce pracowało w zaburzonym rytmie, a świadomość, przyćmiona ogromem bólu, powoli odpływała.
Potwór spojrzał prosto w jasnozielone oczy obrońcy, wyszczerzył zęby w grymasie, po czym cisnął mężczyzną na bok. Cador przeleciał kilka metrów, po czym z hukiem uderzył o pobliską kamienną ścianę. Osunął się na ziemię, pozbawiony przytomności; do wgniecionej klatki piersiowej, strzaskanego mostka i prawdopodobnie pękniętych żeber dołączyła kolejna rana, paskudnie rozwalona skroń.
Goryl otrzepał dłonie i uśmiechnął się z zadowoleniem. Obrońca nie miał prawa tego przeżyć.
Nienawidziła tego. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie, a jednak nadal zbyt szybko, by zdołała zareagować. Po prostu zastygła na ziemi, wpatrując się w to wielkimi ze zdumienia oraz przerażenia oczami, z trudem łapiąc oddech. Z początku nie do końca zrozumiała, co dokładnie się stało, zwyczajnie w kilku sekundach nagle znalazła się poza zasięgiem wroga, potem to Cador zaatakował.
Zawiesiła puste spojrzenie na leżącym przy ścianie urwiska ciele, rozpaczliwie mając nadzieję, że obrońca zaraz drgnie i się podniesie. Ale się nie ruszał. Kiedy to sobie uświadomiła, kolejny oddech nagle stał się jeszcze trudniejszy do wykonania.
Oparła się pewniej łokciami na ziemi, wbiła palce w glebę i spróbowała się odepchnąć, by wstać. Może trochę go zamroczyło. Może zaraz znów dźwignie się na nogi. Może nawet zdoła wrócić do walki. Może nic takiego się nie stało.
Tylko dobrze wiedziała, że to wszystko gówno prawda.
Nie była pewna, czym było coś zimnego, o jakby ostrych brzegach, co utknęło w jej piersi, gdy wreszcie stanęła wyprostowana i popatrzyła na przeciwnika, z którym chwilę temu walczył Cador. Przyjrzała się temu uśmieszkowi, zacisnęła dłonie w pięści, wpatrując się w ludzkie monstrum z przerażeniem. Przecież obrońca był przy nim taki drobny, wprost bezbronny, jak mogła nie zareagować? Dlaczego do tego dopuściła?
Odrętwienie rozpękło się w niej; pochyliła głowę i ruszyła biegiem do mężczyzny, który oddzielał ją od nieprzytomnego Cadora. Nie straciła jeszcze wiary w to, że obrońca żył, musiał żyć, nie pozwoli mu umrzeć. Nie tak, nie teraz, nie już, po prostu nie. Choćby miała zmieść z powierzchni ziemi tego goryla gołymi rękoma.
Chwilę przed odbiciem z jej gardła wyrwał się niski, pełen furii krzyk. Wylądowała na szerokich barach mężczyzny – na jej korzyść zadziałał element zaskoczenia, przecież przed chwilą pokładała się bezbronna na ziemi, musiała być chroniona przez kogoś innego, skąd więc ten atak?
Jeszcze chwilę temu pomyślałaby, że nie ma w tej walce szans. Teraz myślała tylko o tym, by dostać się do Cadora i już do końca go chronić. Pomóc mu. I nie chodziło po prostu o to, że uratował jej właśnie życie.
Zaparła się stopami na ramionach goryla, chwyciła jego rzadkie włosy w garść, żeby nie stracić równowagi, i zatopiła sztylet w gardle przeciwnika, odchyliwszy mu niezdarnie głowę. Nie skupiła się na tym, by cięcie było precyzyjne lub pod odpowiednim kątem, mógł zdychać, wykrwawiając się, przez kilka godzin – jak dla niej. Liczyło się to, żeby przestał stwarzać zagrożenie.
Odbiła się znów, zeskakując na ziemię przed przeciwnikiem, przywołała w dłoń pulsar energii, wkładając w niego sporą cząstkę mocy, przytrzymała go przy piersi, by nabrał siły, a potem posłała prosto w mężczyznę, nim ten zdołał choćby sięgnąć do rozpłatanego gardła. Potem, uznawszy, że po tym nie pozbiera się z powrotem do walki, nerwowo wepchnęła jedyny ostały się sztylet do pokrowca – drugi zgubiła przy upadku na ziemię – i rzuciła się biegiem do Cadora.
Kiedy padała przy nim na kolana, poczuła, że serce jej stanęło. Zawiesiła bezradnie ręce nad nieruchomym ciałem, nie wiedząc, od czego zacząć – za dużo krwi. Nie mogła sobie przypomnieć również żadnego mocniejszego zaklęcia uzdrawiającego, nagle miała w głowie kompletną pustkę.
Spanikowała. Czemu spanikowałaś akurat teraz? Sapnęła przestraszona, postanawiając zadziałać instynktownie. Nie było czasu, by sprawdzać, czy jego serce nadal bije, musiałaby go wyciągnąć z napierśnika, to za długo zajmie. Po takich atrakcjach, jeśli tętno wciąż się utrzymywało, z pewnością było słabe. Pobudź je, nie zabij go.
Znów przywołała energię, tym razem kształtując ją w łagodniejszy, subtelniejszy prąd. Przyłożyła dłoń do jego klatki piersiowej na wysokości serca i puściła zaklęcie, pozwalając, by w niego wniknęło. Chyba niczego nie schrzaniła. Nie mogłaś schrzanić, Ariene, wystarczająco dałaś dupy.
– Nie rób mi tego – wychrypiała chwilę przed tym, jak usłyszała niski, wściekły charkot z przeciwnej strony.
Obróciła głowę do podnoszącego się z ziemi mięśniaka, na moment zamierając. Potem błyskawicznie zerwała się z miejsca i ustawiła się przed Cadorem, rozstawiając szeroko nogi w pozycji obronnej. Sztylet uniosła na wysokość oczu, do wolnej ręki przywołując pulsar energii; spojrzała prosto na wroga, wykrzywiając usta.
– Nie waż się tu zbliżać – syknęła, pochylając głowę z cichym, ostrzegawczym warknięciem.
Nie zdążył. Chwilę temu Larkin, zgodnie ze swoim planem, powalił drugiego z mięśniaków bardzo zgrabnym ciosem – i nawet włos mu z głowy nie spadł, co dobitnie świadczyło o tym, że strach Ariene był nieuzasadniony. Ale teraz... teraz się wściekł.
Wiedział jedno. Niezależnie od wszystkiego – a przede wszystkim od tego, że sprzeciwi się woli swojego pana – nie da nikomu zginąć z jego powodu. Przecież to jego zaatakowali, to on był powodem walki, to on był celem. Wmieszali w to zupełnie niewinne osoby i Larkin nie miał zamiaru zgodzić się na to, by te osoby zginęły w jego imieniu.
Właśnie dlatego warknął i postanowił przestać udawać. W oka mgnieniu, po jednym tylko geście upadłego, ziemia pod nogami przeciwników zapaliła się, a w górę wystrzeliły kilkumetrowe płomienie. Ogień ominął Ariene i Cadora, sięgnął jednak drugiego z mięśniaków, który niedługo później osunął się na ziemię.
To nie trwało długo; tylko kilka minut wrzasków i odoru palących się ciał, później była już tylko wypalona ziemia, proch i pozostałości po zbroi i orężu wojowników. Oraz upadły, chłodno wpatrujący się w swe dzieło.
W chwili, w której żywioł pochłonął przeciwników, Ariene przestało to całe zamieszanie obchodzić. Teraz ważne było tylko ocalenie Cadora, musiała zrobić wszystko, byle mu pomóc. Dlatego znów przy nim uklękła, skupiając się wyłącznie na obrońcy.
Rana na głowie wyglądała brzydko, ale nie stanowiła takiego zagrożenia, jak obrażenia klatki piersiowej. Wystarczy ją trochę podleczyć i zabandażować, skąd wziąć bandaż? Miała płaszcz. W torbie. Wyprostowała się, obróciła się w stronę, w którą ewakuowały się konie, i zagwizdała przeciągle na palcach.
Zaraz potem dotykała ostrożnie skroni Cadora, przy pomocy magii częściowo hamując krwawienie i oczyszczając tkankę, by rana mogła się sprawnie, bezpiecznie goić. Drugą ręką zabrała się do rozpinania rzemieni trzymających na obrońcy napierśnik. Musiała sprawdzić, w jakim stanie są jego kości, przyjrzeć się skórze, czy nie ma już wewnętrznych wylewów, upewnić się, czy żebro nie przebiło płuc.
Pochyliła się nad Cadorem, wstrzymując własny oddech, by usłyszeć jego. Płuco chyba było całe, ale ostatecznie będzie mogła się trochę uspokoić, jeśli sprawdzi, pod jakim kątem złamały się żebra.
Wezwana Jutrzenka, nerwowo lawirując wśród płomieni i parskając z przestrachem, posłusznie przykłusowała do właścicielki i zatrzymała się dość blisko, stuliwszy uszy i pochyliwszy łeb. To się jej zdecydowanie nie podobało, ale skoro kazali w takiej sytuacji, to chyba było ważne.
Zaraz za Jutrzenką ruszył Lutee, wezwany przez swojego właściciela, niedługo później na powrót zdecydował się izabel Cadora. Koń maszerował leniwym tempem, ale nie zatrzymał się przy żadnej kępce trawy; zmierzał w prostej linii do obrońcy, stanął nad mężczyzną i pochylił nad nim łeb. Wbił w twarz swego jeźdźca spojrzenie, w którym czaiła się te niesamowita, końska mądrość; po chwili szturchnął nosem Ariene i cofnął się o krok, pozostając jednak na warcie.
Larkin musiał się uspokoić. Uwalnianie furii nie było ani rozsądne, ani dozwolone, ani bezpieczne, ale nie miał wyjścia – nie żałował. Gdy wreszcie upewnił się, że panuje nad własnymi nerwami i mocą, ruszył sztywnym krokiem w stronę Ariene. Zatrzymał się nad nią i nie mówił nic, czekając na polecenia; na ustach upadłego pojawił się grymas zmartwienia.
Cador, do cholery, jak cię nie lubię, tak nie mogę zgodzić się na to, byś teraz się poddał.
– W torbie mam płaszcz – rzuciła obojętnym, nawet trochę chłodnym głosem wiedźma, kiedy tylko dostrzegła kątem oka, że Larkin przyszedł.
Przez chwilę zastanawiała się, czy bardziej jest wściekła na siebie, czy na upadłego – że wpakował się w tamtą sytuację i zwlekał z interwencją. Ale teraz nie było czasu na takie rozmyślania, dlatego błyskawicznie powróciła do zajęcia.
Mogła oswobodzić od leczenia drugą rękę, zatem ostrożnie, pomagając sobie trochę magią, by nie urazić Cadora, zdołała ściągnąć z niego napierśnik, przygryzłszy boleśnie wargę, żeby się skupić. Spojrzała na zakrwawioną koszulę, zawieszając nad nią ręce, syknęła przez zęby bardzo brzydkie przekleństwo i bezceremonialnie materiał rozdarła.
– Mam tam też manierkę – dodała, przesuwając palcami po krwi i szukając rany, z której ona wyciekała.
Płaz topora musiał naruszyć skórę – dziwne by było, gdyby tak silny cios tego nie zrobił. Na wysokości mostka, to źle. Zazgrzytała zębami i przeniosła dłoń na wysokość żeber, sprawdzając, jak bardzo zostały naruszone i czy przypadkiem nie naruszyły innych organów. Chyba nie, na razie jednak nie mogła tego wykluczyć. Musiała zmyć krew, by zobaczyć naturalny kolor skóry.
Larkin nie odpowiedział; kiwnął tylko głową i ruszył w stronę Jutrzenki. Klacz wyszczerzyła na niego zęby, ale, uspokojona miłym słowem i poklepaniem po szyi, pozwoliła upadłemu zbliżyć się do siodła. Rudowłosy zabrał co potrzebne i wrócił do Ariene, kucając koło niej i podając jej płaszcz oraz manierkę z wodą. Szukał kontaktu wzrokowego, ale gdy kobieta nie odpowiedziała, przeniósł spojrzenie na Cadora. Zmarszczył czoło, zastanawiając się, czy Ariene podoła wyzwaniu.
Musi.
Nic nie mówił, nie chcąc rozproszyć jej uwagi; zwyczajnie czekał na kolejne polecenia, licząc na to, że się przyda.
Więcej nie odezwała się już słowem. Płaszcz pocięła sztyletem na pasy materiału, z jednego z nich zrobiła bandaż na głowie Cadora, z drugiego szmatkę do ścierania krwi, którą zmoczyła wodą z manierki.
Wreszcie udało się jej pozbyć szkarłatnej cieczy, mogła przesunąć palcami po bardziej czystej niż brudnej skórze obrońcy, szukając na niej ciemnych plam. Niczego na razie nie znalazła, ale mogły się pojawić za chwilę. Tutaj nie zdoła mu pomóc, za mało konwencjonalnych przyborów, samą magią sobie nie poradzi w środku lasu, pod cholerną skarpą.
Ostrożnie nałożyła osłonę na Cadora, starając się wybadać jednocześnie, czy odniósł poważniejsze obrażenia wewnętrzne. Czar powinien ochronić go przed jakimikolwiek innymi urazami oraz spowolnić pogłębianie się wszelkich pozostałych odniesionych już ran.
Potem przesunąwszy się na wygodniejszą pozycję, sprawnie obandażowała jego klatkę piersiową, uważając, by nie ścisnąć pasów materiału zbyt mocno. Miały tylko chronić w razie wznowienia krwawienia i zapewniać obrońcy trochę ciepła.
– Musimy dostać się do najbliższego miasta – stwierdziła, kiedy uznała, że więcej zrobić tu nie jest już w stanie.
Jak tylko opuściła ręce i spojrzała na twarz Cadora, cały spokój i otoczka chłodnego opanowania momentalnie opadły. Poczuła, że kłują ją oczy, gardło nieprzyjemnie się ścisnęło i odruchowo zasłoniła usta dłonią, by nie było widać, że zadrżały.
Ta chwila słabości trwała dłużej niż zawsze, ale i tak zdołała się szybko opanować. Histeria nic nie pomoże, trzeba się zbierać, dotrzeć do miasta, zdobyć środki lecznicze, zamknąć go w bezpiecznym pokoju i doprowadzić go do zdrowia.
Larkin położył dłoń na jej ramieniu i chwilę tak trwali; upadły obserwował wiedźmę uważnie, jakby zastanawiał się, w jaki sposób – i czy w ogóle – może ją wesprzeć. Po chwili jednak dotarło do niego, że najgorsze, co mogą zrobić w tej sytuacji, to zwlekać. Prychnął więc pod nosem w ramach udzielonej samemu sobie reprymendy, po czym szybko zabrał się do pracy.
Dobrze, że byli w lesie. Kilka minut zajęło mu tworzenie całkiem zgrabnych i stabilnych noszy; teraz przyszło mu przekonać konie, że naprawdę je poniosą. Do pary dobrał Lutee i izabelka, uznając, że są podobnego wzrostu – kary ogier położył po sobie uszy, pokazując, co on myśli na temat robienia z niego konia pociągowego, ale wreszcie dał sobie siana.
Upadły jeszcze raz upewnił się, czy wszystko jest właściwie umocowane, poklepał wierzchowce, po czym skierował się do rannego. Kucnął koło Cadora, zerknął krótko na Ariene i przygotował się do podniesienia mężczyzny.
Oczywistym było, że jeżeli ma to zrobić delikatnie, to potrzebuje pomocy. Właśnie dlatego odchrząknął, a następnie, nadal wpatrzony w obrońcę, mruknął:
– Na trzy.
Chwilę odczekał, a otrzymawszy od wiedźmy potwierdzenie w postaci kiwnięcia głową, zaczął odliczanie.
Kiedy tylko padło „trzy”, Ariene napięła mięśnie, unosząc Cadora ostrożnie. Bojąc się, że mogłoby mu się coś jeszcze stać, odruchowo rzuciła kolejne zaklęcie stabilizujące, nie spuszczając spojrzenia z twarzy obrońcy. Dopiero gdy delikatnie złożyli go na wykonanych przez Larkina noszach, zdołała odetchnąć – wyglądało na to, że przez cały ten czas wstrzymywała oddech.
Stanęła nieco bezradna nad rannym, wpatrując się w niego z tym samym przerażeniem oraz niedowierzaniem, co w chwili uderzenia mężczyzny w ścianę skarpy. Gdyby nie Jutrzenka, która szturchnęła pyskiem ramię Ariene, najpewniej wiedźma nie ruszyłaby się za szybko, z bliżej nieznanych sobie przyczyn sparaliżowana.
Odwróciła się i sprawdziła, czy z klaczą wszystko w porządku. Uzyskawszy pewność, że kasztanka nie została ranna, podciągnęła popręg i popatrzyła na Larkina, z dużą wprawą maskując wszelkie uczucia, z którymi przed chwilą nie mogła sobie poradzić.
– Czemu zwlekałeś? – spytała chłodnym, nieco obojętnym głosem, opuszczając tybinkę i poprawiając puślisko.
Zauważył wiele rzeczy. Zauważył, że zachowywała się nieswojo – przesadnie niewrażliwa i obojętna, to aż za dobrze mówiło o tym, co działo się w jej wnętrzu. Zauważył to troskliwe spojrzenie i ogromną ostrożność. Zauważył wszystko. Postanowił jednak zostawić ten temat w spokoju.
Jeszcze raz poklepał oba konie, po czym cmoknął, mobilizując je do ruszenia stępem. Gdy posłusznie rozpoczęły wędrówkę, on skupił się na noszach – obserwował je przez kilka minut, by upewnić się, że faktycznie będą stabilne. Usatysfakcjonowany zdecydował się wreszcie spojrzeć na Ariene.
– Żeby go zdekoncentrować. Żeby, gdy zbliżył się na wystarczającą odległość, z pomocą skrzydeł skoczyć ku jego szyi i poderżnąć mu gardło. Zrobiłem to chwilę potem – odpowiedział równie spokojnie i bezuczuciowo.
Oj nie, Ariene, jeżeli on był winien temu incydentowi, to na pewno nie z powodu zwłoki podczas walki.
Chwilę mierzył ją spojrzeniem, ale potem znów zerknął na konie. Szły równym, rytmicznym krokiem, musiał tego pilnować. Cmoknął na nieco zwalniającego izabela, pogłaskał po szyi podenerwowanego sytuacją Lutee; daleko do tego miasta?
Zacisnęła zęby i poprowadziła obok siebie Jutrzenkę, walcząc z przedziwnym uciskiem w piersi. Sama nie wiedziała, czy chce obwiniać Larkina, czy tylko siebie, czy może cały świat.
Ale to chyba ona była winna. Gdyby pozostała skupiona na potyczce, nic by się nie stało. Co najwyżej odniosłaby rany, jednak nie… Zamknęła mocniej dłoń na wodzach, odszukując oparcie w szyi klaczy.
– Mogłeś ich wszystkich spalić od razu – stwierdziła wreszcie, przenosząc wzrok na upadłego.
Dobrze jej szło powstrzymywanie złości; a była wściekła na to, że z jego powodu się zdekoncentrowała, że przez swoją troskę doprowadziła niemalże do śmierci Cadora. Nie zamierzała wyżywać się na Larkinie, bo to tylko jej wina, ale… No właśnie.
Odetchnął głęboko. Ciężko było powiedzieć, jak traktował jej zarzuty; z jednej strony wyglądał na zdenerwowanego, z drugiej jakby na znudzonego, z trzeciej na przejętego. Ale nie obwiniał siebie, przynajmniej nie w stu procentach.
– Gdybym mógł, to bym tak zrobił. Źle, że w ogóle użyłem tej metody – odpowiedział, pozostając przy swoim tonie jestem-cierpliwym-i-wyrozumiałym-człowiekiem-i-nic-mnie-nie-ruszy.
Coś pękło. Nie wiedziała, co dokładnie i z powodu której z wielu myśli, które zalały jej umysł w jednej chwili, ale stało się. Zgrzytnęła przeciągle zębami, pochyliwszy na moment głowę, by spróbować nad sobą zapanować. Nie dało się.
– Źle? – warknęła wściekła, obracając twarz do upadłego, by zmiażdżyć go naprawdę rozjuszonym, przeszywającym spojrzeniem. – Złe było to, że w ogóle czekałeś, aż któreś z nas znajdzie się na skraju śmierci! To dla ciebie nic, a nie raczyłeś kiwnąć palcem, by cokolwiek zrobić dobrze, czekałeś, aż zostaniesz przyparty do muru! Co jest z tobą nie tak, kurwa mać? – dokończyła, mrużąc oczy.
Jutrzenka potrząsnęła ostrożnie łbem, czując, jak właścicielka zaciska rękę na wodzy, zupełnie jakby zamierzała ją rozerwać na dwa kawałki.
Wzniósł oczy ku niebu i odetchnął głęboko; przez lata, na całe szczęście dla Ariene i okolicy, nauczył się panować nad nerwami. Inaczej, zważywszy na to, że ledwie kilkanaście minut temu wyzwolił żywioł, mogłoby się zrobić niebezpiecznie.
A teraz... teraz nawet powstrzymał się od podsumowania, z kim tutaj jest coś nie tak. Przeniósł intensywne, nieprzyjemnie przenikliwe spojrzenie na wiedźmę, odczekując kilka sekund, nim się odezwał.
– Ja nie czekałem. Ta rzeź nie powinna była mieć miejsca – odpowiedział spokojnie.
Ktoś, kto nie znałby Larkina Lavrance, pomyślałby, że mężczyzna ma wyrzuty sumienia. Nie. Mężczyzna złamał rozkaz, za co przyjdzie mu zapłacić.
– Zresztą jeszcze na chwilę przed zdarzeniem nie zanosiło się na to, by ktokolwiek miał stanąć na skraju śmierci. Wygrywaliśmy. I wygralibyśmy przy użyciu tradycyjnych metod – powiedział jeszcze, powstrzymując się przed dodaniem „gdyby nie”.
Mimo wszystko nie leżało w jego interesie dobijanie jej.
Nie musiał dodawać. Sama dokończyła, tylko nie miała już pojęcia, czy jest wściekła na siebie, czy na niego.
Znów zgrzytnęła zębami, odwracając wzrok na drogę. Dałaś dupy, Ariene, a wyżywasz się na kimś, kto ostatecznie uratował twoje i Cadora życie. Cudownie, szlacheckie korzenie wyłażą przy każdej możliwej okazji.
– Wybacz mi brak twej niesamowitej nieomylności, panie Lavrance – wycedziła przez zaciśnięte zęby, zawiesiwszy spojrzenie gdzieś ponad traktem. – Więcej nie będę miała czelności się o ciebie martwić, w razie czego postaram się także dać nogę w najmniej odpowiednim momencie, zostawiając wszystkich na lodzie bez choćby słowa wyjaśnienia – dodała, nim ugryzła się w język, ale właściwie nie żałowała.
Przestawała go rozumieć, jednak w tej chwili nie była pewna, czy dąży do porozumienia. Nie wiedziała, do czego dąży, bo każda racjonalna myśl skupiała się na tym, co należy zrobić po przybyciu do pierwszej z brzegu karczmy. Pozostałe odbiegały od racjonalności pod każdym względem.
Oho, panienko Tenshi, pamiętaj, że igranie z nadal niespokojnym po wyzwoleniu żywiołu upadłym nie jest zbyt rozsądne.
Coś błysnęło w burgundowych oczach, jednak mężczyzna zdążył odwrócić spojrzenie, warknąwszy pod nosem. Izabel, gdy wyczuł napięcie prowadzącego, położył po sobie uszy i zwolnił kroku; na to Lutee zareagował odwrotnie, przyspieszając.
Larkin odliczył szybko w myślach do dziesięciu, po czym wymruczał coś uspokajającego do koni, naprowadzając je znów na ten sam, równy rytm.
– Martwienie się o kogoś a wystawianie się na ataki przeciwników to dwie różne sprawy, Ariene – przypomniał jej, nadal spokojny.
Teraz jednak jego słowa zabrzmiały dziwnie; czuć było, że nonszalancja jest udawana.
– Niemniej jednak: doskonale – dodał.
Swoją drogą wszyscy rudzi uciekają, coś w tym musi być. Taka osobista dygresja.
– Z ust mi to wyjąłeś, świetnie – warknęła w odpowiedzi, znów spojrzawszy na niego ze złością.
Gwałtownie się zatrzymała, zrzuciła przełożone przez siodło strzemiona i w jedno wsunęła stopę, wskakując na zdenerwowaną nastrojem swojej właścicielki Jutrzenkę. Przytrzymała wodze, nie pozwalając klaczy ruszyć, i raz jeszcze popatrzyła na Larkina, tym razem jednak w oczach, przez krótką chwilę, czaił się wyrzut.
– Znajdę wystarczająco czystą gospodę i wynajmę pokoje. Może przynajmniej w ten sposób będę użyteczna – dodała w złości, jeszcze moment ściągając wodze kasztanki, jakby zamierzała coś dodać.
Na przykład: jak coś mu się stanie pod moją nieobecność, zabiję cię.
Ten cień z oczu jednak szybko zniknął, wiedźma odwróciła wzrok na drogę i pozwoliła Jutrzence ruszyć, z czego klacz ochoczo skorzystała, wyskakując w przód jak pajacyk z pudełka.

2 komentarze:

  1. ;< I się rozbijają w co najmniej pięciu różnych lokacjach? Już czuję tą irytację typu "Ale ja chcę Erriana i Aithne, nie Ariene, Cadora i Larkina nooo" XD Tak było też przy Legendzie XD

    A propos Legendy, przenieś kurdesz te blogi babiszonie, mogę nawet pomóc w miarę możliwości.

    A tak oprócz tego... Cador ;< Kaśka widzę też ma takie złe skłonności do męczenia dobrych bohaterów XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaha, szczerze mówiąc, w Legendzie uwielbiałam to nękanie przy rozbiciu bohaterów, bo sama tak mam, jak czytam książkę i ktoś pisze o innych postaciach niż ja chcę xD

      Legendę muszę ruszyć. Nie napisałam ani słowa od ostatniego rozdziału ._. Coś mi się kołacze po głowie, niedługo powinnam nabrać rozpędu :<

      Bo naturalizm, turpizm i tego typu sprawy są cudne <3 I tak jesteśmy delikatne, Brent Weeks urywa postaciom nogi żywcem Oo" Mój autorytet <3 xD

      Usuń