– Poszła już?
– mruknął konspiracyjnym szeptem, wpatrując się intensywnie w drzwi.
Wprawdzie
odgłos kroków ucichł, ale to nic nie znaczyło – ta agentka mogła równie dobrze
stać pod progiem i podsłuchiwać, była niemożliwa. Cador usiadł wygodnie na
łóżku i pokręcił głową; skrzywił się, gdy strzeliło mu w karku.
Minął niecały
tydzień, od kiedy odzyskał przytomność. Pierwsze dwa dni głównie przespał,
budząc się od czasu do czasu na kilkanaście minut. Zaczął już jeść (chociaż
pierwszy posiłek, jakżeby inaczej, zwrócił), był w stanie powiedzieć całkiem
dużo naraz, oddychało mu się nadal kiepsko, ale coraz rzadziej zdarzało się
tracenie oddechu. Miał ogromną ochotę wstać z łóżka, ale po pierwszej nieudanej
próbie Ariene kategorycznie mu tego zabroniła, uznając, że nie jest jeszcze
gotowy.
Nie wiedziała,
że próbował już kilka razy i był w stanie ustać na nogach. Nabił sobie
wprawdzie siniaka, ale jeszcze go nie zauważyła. Niestety, od wczoraj chyba
zaczęła coś podejrzewać, bo nie odstępowała go ani na minutę. To było
niekomfortowe.
Przeniósł
wyczekujące spojrzenie na przyjaciela, który stał przy jego łóżku. Caleb
obiecał mu pomoc w przechytrzaniu Ariene – swoją drogą chyba przynosiło mu to
niemałą satysfakcję.
Mężczyzna
podszedł kilka kroków w stronę drzwi, zamarł na chwilę, a potem spojrzał na
Cadora, uśmiechając się z przekąsem.
– I to mnie
nazywała twoją żoną. Chyba czysto, nie słyszę oddechu, tyle by nie dała rady
wstrzymywać – zawyrokował powoli i pokiwał sam do siebie głową. – Mógłbym
skonstruować coś, co by informowało o jej obecności, lekką pułapkę, ale chyba
na to jest za dobra – mruknął niezadowolony.
Postanowił nie
dodawać, że jego zdaniem złapanie w tradycyjne niedźwiedzie wnyki też by
zadziałało, bo prawdopodobnie zginąłby śmiercią tragiczną. Wbrew temu, co
twierdził Cador, wcale mało domyślny nie był, po prostu powoli wystawiał
teorie.
– To jak? –
zwrócił się do przyjaciela, zbliżywszy się do jego łóżka.
– Jest na to
za dobra – potwierdził spokojnie.
Gdy Caleb do
niego wrócił, on już siedział na brzegu łóżka, przygotowując się do
podniesienia. Nabrał wdechu, zacisnął palce na pościeli i przymrużył oczy.
– Jak myślisz,
kiedy ona wreszcie zrozumie, że nic mi nie jest? – zapytał.
Prawda brzmiała
tak, że jednak coś mu było. Wprawdzie kości już się zrosły (wszystko dzięki
magii, rzecz jasna, aż taki pro super-hiper nie był), ale nadal pozostawały
kruche i groziło im rozpadnięcie się na kawałeczki. Oddychanie wciąż nie należało
do łatwych, a głowa regularnie bolała. Jednak co to dla niego, no, bułka z
masłem.
Zagryzł wargę
i podniósł się ostrożnie, rozkładając ręce. Udało mu się zachować równowagę, co
skwitował zadowolonym uśmiechem. Kilka sekund tak stał, aż wreszcie postawił
pierwszy krok w przód. I kolejny. Trochę się zachwiał, jednak, przytrzymany
przez niezawodnego przyjaciela, pozostał w pozycji wyprostowanej.
– Z tym nic to
bym nie przesadzał – mruknął krótko Caleb, nadal kierowany troską o Cadora, jednak
nie zamierzał niańczyć go tak, jak notorycznie robiła to Ariene. – Ale
rzeczywiście mogłaby przestać się zachowywać jak wilczyca, która broni młodego
– dodał niejako zniesmaczony. – Aż strach pomyśleć, gdyby ktoś obcy się do
ciebie wtedy w karczmie przypadkiem zbliżył, ja przynajmniej miałem
usprawiedliwienie, że cię znam.
Kiedy Cador
stracił trochę równowagi, znów go przytrzymał, oceniając wprawnym okiem
okolicę. Uznał, że spacerek wystarczy na razie, dlatego skinął sugestywnie w
stronę łóżka, by powoli zawracali.
Cador skrzywił
się lekko, zgromił przyjaciela spojrzeniem i zerknął w drugą stronę, na okno.
Jeszcze nie miał okazji przez nie wyjrzeć, a okropnie ciekawiło go, jaki widok
się rozpościera. I gdzie są.
– Nie
przesadzaj – mruknął, krytykując jego sugestię, po czym ruszył w obraną
wcześniej stronę.
Tylko dwa
kroki i już stał przy parapecie – oparł się dłońmi o jego zimną powierzchnię,
uśmiechając się lekko. Las. Całkiem ładnie tu było.
– I tak jestem
pełen podziwu, że cię nie zabiła – mruknął niejako rozbawiony, zerkając na
niego przez ramię.
– Jako pilny
uczeń nie zapomniałem twych nauk i kiedy ten Larkin ją zdekoncentrował,
postanowiłem ją rozbroić jak na dżentelmena przystało – oznajmił Caleb, stając
pod ścianą obok i opierając się na niej. – Potem to zostałem nagrodzony
gruchnięciem w ścianę, wolałbym tego nie powtarzać – uznał, uśmiechając się
lekko. – W sumie jak trafiłeś na tę wiedźmę? – spytał, doszedłszy do wniosku, że
nadarzyła się idealna chwila, by się tego dowiedzieć.
Do tej pory
nie było okazji do poruszenia tematu, Ariene prawie ciągle kręciła się w
pobliżu, a Caleb wolał to usłyszeć tylko od przyjaciela. Zresztą nie czuł się
przy niej na tyle swobodnie, żeby normalnie rozmawiać, nigdy nie lubił obcych.
Na koniec – prędzej by się z tą kobietą pokłócił niż otrzymał jakiekolwiek
konstruktywnie informacje.
Cador najpierw
westchnął, ale później uśmiechnął się z nostalgią. Zapatrzył się na czubki
rosnących w okolicy drzew, wracając pamięcią do jednej z największych przygód
jego życia.
– Otrzymałem
zadanie pilnowania pewnej panienki. Panienka okazała się być upadłą anielicą,
która wraz z grupą najbardziej niesamowitych osób, jakie kiedykolwiek
spotkałem, realizowała zadanie w Perrianie. Gdy tam dotarłem, Aithne właśnie
umierała; jakiś popieprzony mag leczył ją w zamkniętym domu. Chciałem się tam
za wszelką cenę dostać, bo wydawało mi się, że mogę cokolwiek zdziałać – Ariene
dość konkretnie przekazała mi, że nie jestem w środku mile widziany. Też
zwiedziłem kilka ścian, nim się z nią zgodziłem – wyjaśnił pokrótce, nadając
wypowiedzi dość żartobliwego tonu.
Bo w sumie
początek ich znajomości był dość zabawny; uśmiechnął się szerzej, czując, że
coś dziwnego dzieje się z jego sercem.
– Ciekawy
sposób zawierania nowych znajomości – podsumował Caleb, kiedy przyjaciel
zakończył opowieść.
Przyglądał się
mu jeszcze chwilę, po czym zawiesił spojrzenie na pobliskiej ścianie, nie
czując potrzeby pytania o szczegóły tego zadania. Wydało się mu, że obrońca
potrzebuje teraz momentu zamyślenia, może chciał coś powspominać, może
pomyśleć. Dlatego on sam pogrążył się w zadumie, i tak stali, obaj nieobecni.
Do czasu,
kiedy drzwi się otworzyły, a w progu stanęła ich ulubiona wiedźma, powiewając w
dłoni białą kopertą. Wyraźnie chciała coś powiedzieć, ale zatrzymała się trochę
zdumiona z na wpół otwartymi ustami, zapatrując się na scenkę, którą zastała.
– O kurwa –
ucieszył się Caleb, wyprostowawszy się trochę.
Ups. Znaczy, Cador
wiedział, że w końcu tak to się skończy, ale... ups.
– Ariene! –
powiedział przesadnie radośnie, jakby w głupiej nadziei, że udobrucha wiedźmę.
Nawet się do
niej ładnie uśmiechnął.
Obrócił się
przodem do kobiety, opierając się o parapet, po czym nastawił się psychicznie
na przyjęcie zgrabnego opierdolu.
– Mam
rozumieć, że właśnie wracasz do łóżka, zmuszony przez złych ludzi do łażenia po
pokoju z kruchymi kośćmi, zawrotami głowy oraz trudnościami z oddychaniem, tak?
– spytała nadzwyczaj spokojnie, co akurat nie wróżyło niczego dobrego.
– Może
sprawdzę, czy jestem potrzebny na dole – zasugerował powoli Caleb, zauważywszy
już, że Cador doskonale radził sobie z Ariene, co nie wychodziło większości
świata nawet w połowie tak dobrze.
– Stój, jesteś
współwinny popełnionemu wykroczeniu – zakomunikowała krótko.
Nie śmiał
zaprzeczać.
– Em... nie? –
mruknął ostrożnie Cador, a gdy go nie zeżarła, postanowił kontynuować
wypowiedź: – To ja zmusiłem niewinnych ludzi do współudziału w przestępstwie,
bo już mnie roznosiło. No – urwał.
Przypatrzył się
jej uważnie, po czym dla wszelkiej wątpliwości dodał:
– Nie bij.
Zaraz zadał
błyskotliwe pytanie, przypatrując się przyniesionej przez wiedźmę przesyłce:
– Co to za
koperta?
– Jeśli będę
biła, to nie ciebie – oznajmiła, odetchnąwszy głębiej z wyraźną irytacją, po
czym ruszyła w jego stronę.
– Na agresję
odpowiadam agresją – mruknął pod nosem Caleb, przyglądając się temu, co
trzymała Ariene.
– List. Do
ciebie – stwierdziła, ignorując drugiego pana, i wręczyła Cadorowi przesyłkę,
uśmiechając się lekko. – Postaraj się zaraz wrócić do łóżka. Ja idę do kuchni,
karczmarz wreszcie mnie tam wpuścił. Mam nadzieję, że lubisz rosół –
dokończyła, zawracając.
Zmarszczył
czoło, przyglądając się otrzymanej kopercie. List z domu. Coś się stało?
Uśmiechnął się
lekko, uznając, że to pewnie zaproszenie na świętowanie z powodu narodzin
dziecka, zajścia w ciążę, ślubu albo cholera wie czego. Spojrzał jeszcze za Ariene,
kiwając głową.
–
Zdecydowanie. Dzięki, mała wiedźmo – odpowiedział, przyglądając się jej w ten
szczególny sposób, w jaki przyglądał się jej od bez mała kilku dni.
A potem
zainteresował się otrzymanym listem.
Ariene
uśmiechnęła się jeszcze do niego, nim wyszła, co znowu nie umknęło uwadze mimo
wszystko spostrzegawczego Caleba. Nadal nie rozgryzł, o co tu tak do końca
chodzi – to znaczy z jednej strony było to oczywiste, z drugiej coś mu nie
pasowało.
Ostatecznie
skorzystał z wolnego łóżka Cadora, siadając sobie wygodnie.
– I co tam do
ciebie piszą? – spytał, przypatrując się sufitowi.
Im dłużej
przebywał w pobliżu przyjaciela, kiedy ten miał w zasięgu wzroku wiedźmę, tym
bardziej upewniał się w przekonaniu, że coś jest na rzeczy. Czasami było na
rzeczy do tego stopnia, że Calebowi wydawało się, iż sami sobie z tego zdają
sprawę, szybko jednak wyprowadzano go z błędu.
Prawdę mówiąc
– nie poznawał Cadora. Tak się jeszcze nie zachowywał.
Z każdym
kolejnym przeczytanym słowem uśmiech obrońcy bladł. Po pierwszym akapicie
zmarszczył z niepokojem czoło, a gdy dotarł do głównego przekazu listu, coś się
w nim złamało. Raz jeszcze przebiegł spojrzeniem po treści wiadomości, po czym
starannie złożył pergamin i schował do kieszeni.
– Muszę jechać
– oznajmił tylko.
Nie zważywszy
na fakt, że był dopiero po poważnym zranieniu i dziś postawił pierwszy krok od
ponad tygodnia, podszedł do szafy i jednym ruchem zgarnął wszystko, co jego, do
porwanej ze stołu torby. Przeszedł przez cały pokój, zapakował to, co najważniejsze,
po czym narzucił na ramiona skórzaną kurtkę.
– Daj mi coś,
co pozwoli mi wytrzymać podróż do domu – poprosił, zatrzymując się koło
przyjaciela.
Jasnozielone
oczy lśniły pustką.
Caleb patrzył
na niego tylko chwilę – może i dłuższą niż zawsze, bo jednak się martwił. Potem
sięgnął bez słowa do skórzanej torby, z którą nigdy się nie rozstawał. W niej
trzymał to, co było mu potrzebne i w pracy, i w codziennym życiu: najróżniejsze
składniki, mikstury, zapasowe pióra na lotki, bandaże, dodatkowe noże i nożyki,
dosłownie wszystko.
Chwilę grzebał
w środku, aż wreszcie wyjął fiolkę z jasnopomarańczowym płynem i podał
Cadorowi.
– Cała
buteleczka powinna wystarczyć aż do twojego domu. Bierz jeden łyk zaraz po
przebudzeniu, pierwszy weź przed wejściem na konia – rozporządził spokojnie,
znów przyglądając się przyjacielowi, jakby oczekiwał dodatkowych wyjaśnień bądź
następnych próśb.
Niczego nie
sugerował, o nic nie pytał, nie miał w zwyczaju.
Za to Cador go
cenił. Za to cenił ich przyjaźń – za bezwarunkowe zaufanie. Odebrał od
przyjaciela buteleczkę, skinął głową na znak, że przyjął do wiadomości
instrukcje, schował miksturę do podręcznej torby i obrócił się w stronę drzwi.
– Ailee umiera
– wyjaśnił tylko krótko, nim nacisnął klamkę.
Zamarł na
chwilę, po czym obejrzał się na Caleba.
– Zostań z
Ariene, dobrze? Przypilnuj jej. W ten sposób łatwiej mi będzie was znaleźć –
poprosił, wlepiając w niego intensywne spojrzenie.
Caleb znów
milczał, przypatrując się mu chwilę. Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał
– nie nad odpowiedzią, bo ona była przecież oczywista. Nad czymś innym. Potem
spuścił wzrok, przetrawiając wszystko, czego się dowiedział.
– Jak tam
przyjedziesz, powiedz im, że jestem z nimi. Jakoś tam – mruknął najpierw, by
znów wbić wzrok w oczy przyjaciela. – Powiesz jej, czy ja mam to zrobić? –
spytał po prostu, gotów na każdą ewentualność.
Cador odwrócił
wzrok, znów wpatrując się w drzwi. Otworzył je i zawahał się, po czym postawił
krok przez próg.
– Chodź ze mną
– poprosił, nie oglądając się już na przyjaciela.
Z jednej
strony chciał sam pożegnać się z Ariene, ale... Mógłby nie zdobyć się na
odejście. Musiał. Właśnie dlatego potrzebował Caleba.
Mężczyzna westchnął
cicho, podnosząc się ze swojego miejsca. Znów postanowił nic nie mówić, po
prostu poszedł za przyjacielem, zastanawiając się, jak niezmiernie urokliwa
wiedźma zareaguje.
Wytłumaczenie
karczmarzowi, że potrzebuje wejść do kuchni tylko na chwilkę, nie było łatwym
zadaniem; koniec końców mężczyzna ustąpił, ale zastrzegł, że będzie pilnował
czasu. Cador uśmiechnął się do niego lekko, jednak uśmiech ten zbladł, gdy
tylko przekroczył próg pomieszczenia.
Zapatrzył się
w sylwetkę stojącej do niego plecami wiedźmy. Było... było coś takiego, takie
uczucie, które nie pozwoliło mu w tej chwili utrzymać tak upragnionej pewności
siebie i dystansu do wszystkiego. Poczuł się winny – jak to, winny czego,
choroby siostry, czy faktu, że chce jej dotrzymać towarzystwa w ostatnich
chwilach? A jednak, nie chciał opuszczać Ariene, nie chciał wyjeżdżać.
Jestem trochę jak Larkin – pomyślał
niechętnie. Przecież upadły też wyjechał, też zostawił ją samą, a tak nie
powinno być. Nie powinno się zostawiać Ariene.
Zdusił w sobie
wszystkie wątpliwości i negatywne emocje, postępując kolejny krok w przód.
– Ariene –
rzucił miękko.
Już w jego
głosie czuć było, że coś się stało, a widok strapionej twarzy tylko utwierdzał
w przekonaniu.
W pierwszej
chwili zareagowała entuzjastycznie; słysząc go, obróciła się z szerokim
uśmiechem, ten jednak bardzo szybko zgasł, gdy spojrzała na Cadora. Opuściła
drewnianą łyżkę, którą właśnie mieszała zupę, odłożyła ją na ladę i prawie
bezwiednie sięgnęła po ścierkę, by wytrzeć ręce.
Coś się stało.
Nie chodziło nawet o to, że przeszedł z pokoju aż tutaj – miał torbę, był
gotowy do drogi, wystarczyło raz zmierzyć go spojrzeniem, by się zorientować.
Z trudem
przełknęła ślinę, czując się tak, jakby coś ścisnęło ją w środku w żelaznym
chwycie i nie zamierzało puścić. Ledwie oddychała przez pewną chwilę, ale
wreszcie zaczerpnęła głębszego wdechu. I bała się odezwać, wpatrując się w
niego wyczekująco i przygotowując się na to, co zaraz usłyszy.
Zauważyła, że
Caleb oparł się o framugę drzwi, jednak ledwie poświęciła mu uwagę. W trudny do
wytłumaczenia sposób wiedziała, co usłyszy, ale nie chciała, by Cador to mówił.
Po prostu... nie chciała.
Zabolał już
sam widok zdenerwowania na jej twarzy; jak bardzo zaboli powiedzenie tego, co
musi zostać wypowiedziane? Zebrał się w sobie i spojrzał jej prosto w oczy. Na
chwilę się w nich zatopił, ale zaraz oprzytomniał.
– Ja... wrócę
– zapewnił w pierwszej chwili; nie chciał, by pomyślała, że i on ją zostawia.
Naprawdę
wierzył w swoje słowa, był w stu procentach pewien, że znajdzie ją choćby na
końcu świata – musiała o tym wiedzieć.
– Moja siostra
umiera. Muszę do niej jechać, cała rodzina już tam jest, Ailee mnie potrzebuje.
Wyjeżdżam już teraz, w tej chwili – dodał, poprawiając wrzynający się w ramię
pas torby.
Spojrzenie,
jakim obdarzał wiedźmę, było pełne smutku i poczucia winy – on sam czuł
nieprzyjemny ucisk w sercu. Ale musiał, zwyczajnie musiał.
Pokiwała
głową, na chwilę przymykając oczy. Przez te ułamki sekundy zganiła się w
myślach za egoizm, bo to przecież było egoistyczne, to pragnienie, by jednak
nie wyjeżdżał. Rodzina jest najważniejsza, nie miała co do tego żadnych
wątpliwości.
Dlatego
zignorowała to nieprzyjemne, bolesne uczucie w piersi, prostując się i
uśmiechając się do niego łagodnie.
– Bądź
ostrożny – poprosiła tylko po długiej chwili milczenia, kiedy zorientowała się,
że nie ma pojęcia, co mogłaby mu powiedzieć.
Teraz znów
skinęła głową i spróbowała wzmocnić słowa kolejnym uśmiechem. Wstrzymała też
oddech, bo łatwiej się nie oddychało niż oddychało akurat w tym momencie.
Odruchowo przyjrzała się jego twarzy, szukając na niej dyskomfortu związanego z
obrażeniami, ale w ferworze walki pewnie o tym zapomniał. Zresztą Caleb się nim
zaopiekuje, więź między nimi była bardzo widoczna.
Przestanie
boleć, Ariene. Tylko czemu w ogóle zabolało mimo wszystko?
Drgnął. Chciał
do niej podejść, zrobić... zrobić cokolwiek, przytulić ją, zapewnić, że nie
będzie go tylko chwilę. Coś go powstrzymało, trudno powiedzieć co, ale w końcu
wycofał się ze swojej decyzji i pozostał w tym samym miejscu.
Kiwnął głową w
ramach złożenia wiedźmie obietnicy – niewerbalne „będę ostrożny”. Obejrzał się
przez ramię na przyjaciela, by po chwili wrócić spojrzeniem do Ariene.
– Caleb z tobą
zostanie. Tak łatwiej mi będzie was znaleźć – mruknął.
Prawdopodobnie
wysiliłby się na żart, poprosił, by się nie zamordowali w tak zwanym
międzyczasie, ale nie potrafił zmusić się do przyjęcia pogodnej postawy.
Zwyczajnie nie.
Zorientował
się, że przeciąga tę chwilę. Jeszcze raz przyjrzał się uważnie wiedźmie, jakby
próbował zapamiętać jej twarz w najdrobniejszych szczegółach. Bezwiednie
wyciągnął dłoń w stronę kobiety, ale po chwili zacisnął ją w pięść i cofnął.
Nie będzie mieszał w głowie ani jej, ani sobie.
– W takim
razie... do zobaczenia – uznał cicho.
A po kilku
kolejnych sekundach zawieszenia odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Kiedy tylko
obrócił się do niej plecami, spojrzała w bok, obejmując się ramionami. Zrobiło
się chłodniej, ucisk w piersi nasilił się. Chciała jeszcze coś powiedzieć,
pożegnać go jakoś – jakkolwiek – ale nie potrafiła. Dlatego tylko słuchała jego
kroków, aż te nie umilkły, i dopiero wtedy zdołała unieść głowę.
Natrafiła
wzrokiem na spokojne spojrzenie Caleba i poczuła się jeszcze bardziej nieswojo.
Mężczyzna przyglądał się jej... po prostu patrzył. Nie oceniał, nie krytykował,
nie potępiał ani nie pochwalał, zwyczajnie patrzył. Pomyślała wtedy, że
zobaczył więcej niż ona sama widziała, a to było straszne.
– Przypilnuję,
żeby bezpiecznie odjechał – oznajmił opanowanym głosem, odpychając się od
framugi.
Uciekła z
powrotem do szykowanego rosołu, by zastanowić się, czy jest sens go kończyć.
Czy ktokolwiek go zje. Sięgnęła po łyżkę, ale zaraz zastygła.
– Dziękuję –
rzuciła prawie bezwiednie, szybko, żeby Caleb usłyszał.
Dopiero wtedy
powróciła do gotowania, marząc o tym, by zająć czymś i ręce, i umysł.
Najpewniej
dlatego nie widziała, że mężczyzna przystanął i uśmiechnął się lekko pod nosem,
przymrużając oczy. Po chwili ruszył w ślad za przyjacielem, postanowiwszy na
razie nic nie mówić.
Nie dało się
ukryć, rosół był dobry. Wyraźny – może nawet za mocny jak dla Caleba, który nie
nawykł do używania normalnej ilości przypraw – aromatyczny, klarowny. Tylko
atmosfera zdecydowanie ciążyła, w martwej ciszy stukały łyżki o dno misek, od
czasu do czasu ktoś mlasnął.
Mężczyzna
uniósł wzrok na milczącą towarzyszkę, przyglądając się jej nienachalnie. Nie
interesowała go powierzchowność kobiety, to w końcu zaobserwował już wcześniej.
Nie szukał także charakteru, zdążył go trochę poznać. Zastanawiał się, co
działo się w jej wnętrzu, jaką maskę postanowiła założyć – bo założyła ją przy
pożegnaniu z Cadorem, zaraz po tym, jak cichutko, ale boleśnie pękło jej serce.
Przykro było
na nich patrzeć, zagubionych i niepewnych, jednak pozbawionych czasu, by
zrozumieć, co się z nimi dzieje, co się między
nimi dzieje.
– Co
planujesz? – odezwał się, kiedy rosół w miskach się kończył; łyżki coraz
częściej stukały o dna.
Ariene
odgarnęła włosy za uszy, przełknęła to, co miała w ustach, i przesunęła
wzrokiem po brzegu naczynia, łagodnym ruchem zgarniając łyżką makaron z
ceramiki.
– Za dwie
godziny wyjeżdżam – stwierdziła obojętnym głosem, unosząc spojrzenie na swojego
towarzysza.
Bursztynowe
oczy skrzyżowały się z szafirowymi i tak zastygły, mierząc się w chłodnym
skupieniu. Caleb obserwował, jak mur, za którym próbowała się skryć Ariene,
zaczyna się kruszyć – i doskonale wiedział, że gdyby spoglądała na kogoś
innego, nie złamałaby się. On jednak widział ją wcześniej, taką bez żadnych masek,
jaką była przy Cadorze. To w tym starciu stanowiło jego przewagę.
Milczał.
Wreszcie
odwróciła wzrok i na krótką chwilę przygryzła wargę, kuląc się w sobie jak
zagubiona, przestraszona dziewczynka.
– Odjechał
spokojnie, nie rzucił konia w ostry galop – mruknął krótko Caleb, powracając
uwagą do rosołu, skoro udało się mu zedrzeć z niej tę maskę. – Dokąd się udasz?
Milczała,
kiwając jak w transie głową. Nadal była krucha, nie przypominała wzbudzającej
trwogę wiedźmy sprzed kilku godzin. Zerknął na nią szybko, pozwalając na zbieranie
się w sobie we własnym powolnym tempie.
– Do większego
miasta – odparła zachrypniętym głosem, więc odchrząknęła cicho. – Może dostanę
niedużą robotę, przydałyby się pieniądze.
Caleb
przytaknął i zebrał puste naczynia, wstając od stołu. Spojrzał na nią z góry,
marszcząc lekko czoło. Powinna się pozbierać szybciej, może chwila samotności
jej pomoże.
Powoli obrócił
się do niej bokiem.
– W takim
razie zbierajmy się – postanowił spokojnie, zawracając do drzwi, by pozmywać po
ich skromnym obiedzie.
– My? –
wyrwało się jej ze zdumieniem.
– Łatwiej nas
znajdzie – przypomniał tym samym tonem, domyśliwszy się, że w stresie mogła nie
usłyszeć słów Cadora dokładnie.
Odwrócił się,
przekraczając próg, za swoimi plecami usłyszał głuche stuknięcie. Nim zamknął
drzwi, popatrzył na Ariene krótko – położyła głowę na blacie, jej twarz
zniknęła pod czarnymi włosami.
Właściwie jej
nie znał, była mu obca. Ale poczuł się za nią odpowiedzialny, bo łączyła ich
jedna bardzo ważna osoba. Chyba dlatego mimowolnie się do niej uśmiechnął, choć
nie mogła tego widzieć.
Pogodnie.
Chłodnawo, ale pogodnie.
Przymrużyła
oczy, wychodząc ze stajni ze swoją klaczą. Poprowadziła ją na bok, by nie
blokować wejścia, i zabrała się za poprawianie siodła. Ignorując kłapanie zębów
Jutrzenki i jej wściekłe kwiknięcia, podciągnęła popręg. Raz klacz wykonała
taki ruch, jakby zamierzała ją ugryźć, ale zimne spojrzenie Ariene wystarczyło,
by wierzchowiec zaniechał swoich zamiarów. Wiedźma spokojnie dokończyła
zajęcie, całkowicie się na tym skupiając. Tak było łatwiej się nie martwić.
Nie rozumiała
własnej postawy. Wyjazd Larkina nie ruszył jej aż tak bardzo, przeszła nad tym
do porządku dziennego. Co różniło od niego Cadora? Może się bała, w końcu nie
wrócił do pełnej formy. Mógł sobie coś zrobić w podróży, tamta rana była
poważna. Albo to kwestia samotności, przywykła do czyjegoś towarzystwa. Albo po
prostu robiła się miękka na starość. Kto to widział, skrytobójca i złodziej z
talentem magicznym, który się rozkleja, bo znajomy wyjechał do rodziny.
Miała niejasne
wrażenie, że coraz gorzej się oszukiwała.
Jutrzenka
zastrzygła uszami, unosząc łeb, dlatego Ariene oderwała wzrok od strzemienia i
popatrzyła na wychodzącego z karczmy Caleba. Wyglądał śmiesznie w łatanym
płaszczu o chyba wszystkich odcieniach zieleni.
Wiedźma
przyjrzała się mu uważnie, kiedy schodził z ganku lekkimi ruchami, bezwiednie
amortyzując swoje kroki, przez co poruszał się bezszelestnie. Odruchowo
zastanowiła się, czym Caleb właściwie się zajmuje.
– Siodłaj –
poleciła, kiedy trochę się zbliżył.
Poprawił
skórzaną torbę przewieszoną przez ramię, stając koło Jutrzenki. Klacz od razu
stuliła uszy, dlatego Ariene chwyciła wodze rudej, chcąc ją przytrzymać, ale
gdy Caleb wyciągnął rękę do jej łba, uspokoiła się. Wiedźma uniosła brew,
obserwując szturchającą pyskiem dłoń mężczyzny Jutrzenkę.
– Nie mam co –
odezwał się wtedy Caleb.
– Huh? –
wyrwało się Ariene. – A, siodłać. Jak to? – zdziwiła się od razu, marszcząc ze
zdumieniem czoło.
Odciągnęła od
niego dopraszającą się o pieszczoty klacz, zastanawiając się, kto i kiedy podmienił
jej konia.
– Nie mam
żadnego wierzchowca – rozwinął myśl, uśmiechając się lekko, z pewnym przekąsem
pod nosem.
–
Zorientowałam się – prychnęła zirytowana. – Czyli podróżujesz pieszo? Dość
ambitnie – podsumowała, wzruszając ramionami. – W takim razie kupujemy ci
konia, nie będę wlokła tej małpy za nami. Chodź – postanowiła nieznoszącym
sprzeciwu głosem, ściągając wodze przez szyję klaczy.
– Nie stać
mnie – stwierdził nadal spokojnie Caleb, odprowadzając mijającą go wiedźmę
wzrokiem.
– Wspólnie
będzie nas stać. Jeszcze jakieś pytania? – rzuciła chłodniejszym tonem,
zerkając na niego przez ramię.
– Nie
śmiałbym, pani – zapewnił pełnym skruchy głosem Caleb, uśmiechając się o wiele
szerzej, jakby Ariene go bawiła.
– To dobrze –
mruknęła, również rozweselona jego postawą.
Wspólnie
ruszyli w dół polnej drogi prowadzącej do miasteczka. Mężczyzna wyjął z
kieszeni płaszcza skórzane rękawiczki i naciągnął je na dłonie. Ariene przez
ten czas uważnie się mu przyglądała – miał spracowane charakterystycznie ręce,
ale nie od roboty w polu, nie wyglądał też na kogoś władającego mieczem.
Przeniosła
wzrok na zawieszony na jego plecach łuk ze zdjętą cięciwą; zapatrzyła się na
broń, będąc pod wrażeniem jej niezwykłej urody. Częściowo podtrzymywał ją
szeroki pas, częściowo kołczan pełen pierzastych strzał. Raz jeszcze obrzuciła
całą sylwetkę towarzysza czujnym spojrzeniem, unosząc brwi.
– Czym się
zajmujesz? – spytała wreszcie, nie wymyśliwszy niczego pasującego do Caleba.
– Niańczeniem
problematycznej wiedźmy – odparł bez zająknięcia, nie zaszczyciwszy jej nawet
spojrzeniem.
Zazgrzytała
zębami, czując, jak wraca jej niechęć do nowego towarzysza. Powstrzymała się
jednak od oddzielenia jego głowy od reszty ciała, to byłoby niehumanitarne.
– Najemnik? –
podsunęła, postanawiając jego wypowiedź zignorować.
– Myśliwy –
poprawił zwięźle; nadal obserwował drogę.
– Myśliwy? –
zdziwiła się, unosząc wysoko brwi.
Nie sądziła,
że kiedykolwiek przyjdzie jej podróżować z taką osobą. Nie żeby gardziła – po
prostu zaliczała myśliwych do kategorii ludzi uczciwie, regularnie pracujących,
czego nie można było powiedzieć o najemnikach.
–
Przeliterować? – zainteresował się uprzejmie.
– Nie, chyba
sobie poradzę z natłokiem informacji – odparła od razu, miażdżąc kolegę
morderczym wzrokiem.
– Nie wątpię –
uznał wielkodusznie, uśmiechając się pod nosem.
– Nie masz
wielu przyjaciół, co? – nie wytrzymała, znów obrzuciwszy Caleba niezadowolonym
spojrzeniem rozjuszonej kotki.
Myśliwy
zaśmiał się krótko, nieco ochryple, kręcąc z niedowierzaniem głową. Kiedy
ponownie popatrzył na Ariene, jego oczy lśniły niejako łobuzersko, jakby
świetnie się bawił, drażniąc wiedźmę.
– Ty raczej
też, co? – rzucił pogodnie, naciągając mocniej rękawiczki, by materiał dobrze
się ułożył.
Ariene
postanowiła skończyć dyskusję, sięgnęła do łba Jutrzenki i pogładziła rudy
pysk, skupiając się bardziej na otoczeniu.
Zbliżali się
już do miasteczka, bure budynki wyrastały u podnóża wzgórza jak martwe kikuty
wiekowych drzew. Zdawało się, że nawet powietrze w tym miejscu jest szare i
nijakie, wiedźma od razu straciła ochotę na wchodzenie między kamienice.
Rozejrzała się po okolicy, szukając wzrokiem stajni miejskich oraz zagrody.
– To chyba tam
– stwierdziła wreszcie, wskazując skromny kompleks budynków na uboczu, bliżej
zbocza.
– Na to
wygląda – zgodził się mężczyzna, zmrużywszy lekko oczy, by lepiej widzieć. –
Mogą nie mieć koni na sprzedać – dodał trzeźwo.
– Wtedy
pobiegniesz – zdecydowała bezdusznie, zbaczając na ścieżkę prowadzącą do stajni.
Konie
własności przybytku były w dobrej kondycji. Cztery zwierzęta pasły się w
zagrodzie, oganiając boki od owadów. Opiekun pozostawał poza zasięgiem wzroku,
dlatego nie można było nikogo o nic spytać. Także w pobliżu głównego budynku
nie kręcili się żadni ludzie, więc podróżnicy zbliżyli się do płotu,
przyglądając się wierzchowcom. Kilka koni zarżało na widok Jutrzenki, ale klacz
tylko zastrzygła uszami, unosząc łeb.
– Jak myślisz?
– zagadnęła Ariene; nie uważała się za wyjątkowego znawcę hodowlanego, tyle
jedynie, co łyknęła ze swojego dzieciństwa.
Caleb się nie
odezwał, lustrując zwierzęta uważnym wzrokiem. Wiedźma odczekała chwilę na jego
odpowiedź, poświęcając ten czas ocenianiu koni.
Trudno orzec,
gdy stały w miejscu, skubiąc skromną trawę. Jutrzenka szturchnęła właścicielkę
w ramię, po czym zabrała się do obgryzania drewnianej zagrody. Nie zniechęciło
jej nawet pacnięcie w nos, tylko parsknęła z dezaprobatą.
– Siwki
odpadają – uznała wreszcie Ariene, przyjmując do wiadomości porażkę w
wychowywaniu rudej. – Są przebudowane, to może utrudnić długotrwałe podróże –
dodała, nie wiedząc, czy Caleb zna się na koniach, czy wręcz przeciwnie.
Myśliwy
pokiwał głową, nadal milcząc, więc wiedźma postanowiła zostawić go w spokoju.
Skupiła uwagę na kuśtykającym w ich stronę mężczyźnie. Miał na sobie potargane,
podziurawione ubrania, a i tak, ku rozbawieniu Ariene, prezentował się
normalniej od jej irytującego towarzysza.
Posłała
nieznajomemu uśmiech, stanowczym szarpnięciem odciągając drewnożerną kobyłę od
niszczenia płotu.
– Witam –
odezwała się panna Tenshi, biorąc negocjacje na siebie.
– Bry –
burknął mężczyzna, zatrzymując się obok potencjalnych klientów.
– Chcielibyśmy
zakupić konia – oznajmiła niezrażona kobieta, nadal obdarzając nieznajomego
pogodnym uśmiechem.
Hodowca – bądź
też stajenny – powiódł wzrokiem po swoim skromnym, zwierzęcym dobytku. Chwilę
nad czymś dumał, potem charknął i splunął na ziemię; Jutrzenka tupnęła
zniesmaczona nogą, co rozbawiło jej właścicielkę.
– Którego? –
zainteresował się wreszcie mężczyzna.
– Siwki nas
nie interesują – zapewniła od razu Ariene, wodząc wzrokiem między końmi; trudno
było tak od razu podjąć decyzję, nie sposób ocenić zwierzęcia stojącego w
miejscu na padoku.
– Można wejść?
– odezwał się milczący do tej pory Caleb, nie odwracając spojrzenia od
wierzchowców, jakby istniały jedynie one.
– Byle krótko
– zgodził się wspaniałomyślnie właściciel, podchodząc do bramki ogrodzenia i
otwierając przejście.
Ariene
obserwowała wchodzącego na padok towarzysza, zastanawiając się, co też
zamierzał zrobić. Przemaszerował swobodnym krokiem do stadka, które z
zainteresowaniem uniosło łby, przyglądając się mu. Zbliżył się do koni,
poklepał wszystkie po szyjach, zaraz poświęcając swoją uwagę gniadoszowi i
tarantowi. Chwilę stał przy nich, mówiąc coś cicho i bez przerwy je głaszcząc,
aż wreszcie odwrócił się i zawrócił do płotu. Oba konie ochoczo za nim
podreptały, nastawiając czujnie uszy.
Wiedźma nie
miała pojęcia, czemu to wszystko służyło, aż Caleb nie obrócił się gwałtownie i
tupnął z wymownym warknięciem, płosząc wierzchowce. Gniady stulił uszy, machnął
gniewnie łbem i pogalopował do stada, wierzgnąwszy, by pokazać swoje
niezadowolenie. Tarant zachował się dość podobnie, ale po kilku krokach
zatrzymał się i spojrzał na myśliwego z żywym zainteresowaniem. Caleb
odwzajemnił wzrok, jednak szybko pochylił głowę i znowu skierował się do
furtki.
Tarant
poczłapał za nim, zwieszając łeb.
– Ten –
oznajmił myśliwy, dotykając szyi zwierzęcia, kiedy dotarli do celu. – Ile za
niego? – zwrócił się do gospodarza.
–
Osiemdziesiąt złotników – rzucił po krótkim zastanowieniu mężczyzna, wzruszając
niedbale ramionami.
– Płochliwy,
sześćdziesiąt – przystąpił do targowania się Caleb, spoglądając na nieznajomego
z nieprzeniknioną twarzą.
– Sześćdziesiąt
pięć.
– Sztorcowe
kopyta, będzie twardy. Pięćdziesiąt pięć.
– Stoi.
Wyciągnął rękę
do myśliwego.
– Stoi –
przytaknął i ścisnął szeroką dłoń.
– W takim
razie idę po sprzęt – zdecydował mężczyzna i odszedł od klientów zadowolony,
pogwizdując pod nosem.
– Brawo –
pochwaliła krótko Ariene, uśmiechając się z pewnym zaskoczeniem. – Tyle na
pewno uzbieramy.
Caleb posłał
jej lekki uśmiech w odpowiedzi i pogłaskał pysk przyglądającego się mu wierzchowca.
W ciemnych oczach błyszczała inteligencja – myśliwy z zadowoleniem pomyślał, że
współpraca powinna być przyjemna.
Wreszcie
zostawili ponure miasto za sobą; zrobiło się o wiele cieplej i słoneczniej,
zupełnie jakby wydostali się spod specyficznej zasłony. Nie rozmawiali prawie
wcale, pogrążyli się w rozmyślaniach – Caleb wyglądał na zadowolonego z obrotu
sytuacji, od czasu do czasu poklepywał swojego świeżo nabytego taranta po szyi.
Ariene natomiast starała się nie martwić o Cadora, zajmując myśli każdą możliwą
błahostką, ale kiepsko jej to wychodziło.
W końcu to nie
tak, że wyjechał do domu umierający, był w dobrej kondycji, a rany w większości
się zagoiły. Tylko pozostał trudny do wytłumaczenia niepokój, gdzieś z tyłu
głowy słyszała cichy głos powtarzający, że coś może się mu stać lub że więcej
się nie zobaczą. Obecność Caleba jej nie uspokajała, chyba czułaby się lepiej,
gdyby pojechał z przyjacielem i o niego zadbał. Sama sobie poradzi, była dużą dziewczynką,
a gildia przystosowała ją do trudów życia. Cador, oczywiście, też nie należał
do bezradnych fajtłap, ale… tak jakoś.
– Do
najbliższego miasta są cztery godziny spokojnej jazdy – odezwał się myśliwy,
zwracając na siebie uwagę wiedźmy. – Zatrzymamy się w nim?
– Nie musisz
ze mną jechać – stwierdziła wtedy mimowolnie, zerknąwszy na towarzysza krótko.
– Poradzę sobie.
– Nie muszę –
zgodził się, jednak na nią nie patrzył, wzrok zawiesił gdzieś przed sobą. – Nie
mam nic ciekawszego do roboty, dlatego na razie tu zostanę – dodał z lekkim
uśmiechem.
Ariene
milczała dłuższą chwilę, nie do końca zadowolona z odpowiedzi. W końcu lepiej
by było, gdyby pojechał za Cadorem, ale przecież nie powie tego na głos. Po
prostu nie.
– Zobaczymy –
odparła na jego pierwsze pytanie, postanawiając chwilowo nie poruszać tematu
wspólnej podróży.
Caleb
przytaknął krótko i przyłożył dwa palce do ust. Rozległ się wysoki, przeciągły
gwizd, który przyprawił wiedźmę o nieprzyjemne dreszcze. Spojrzała na myśliwego
zdumiona, nie rozumiejąc, czemu to zrobił i po co, tak właściwie. Mężczyzna nie
raczył jej wytłumaczyć, przesunął wzrokiem po linii rosnącego nieopodal lasu.
Wtedy między
drzewami pojawił się biały, długonogi wilk. Przyjrzał się im uważnie, merdając
leniwie ogonem, a kiedy Caleb zacmokał, drapieżnik ruszył przodem lekkim
truchtem, wyraźnie zadowolony; jasna sierść błyszczała w promieniach słońca.
Ariene uniosła
brew.
– To Shila.
Mam nadzieję, że nie będzie przeszkadzać – odezwał się spokojnie myśliwy.
– Nie no, skąd
– wydusiła zdumiona wiedźma.
Mimowolnie
pomyślała, że to będzie długa podróż.
OdpowiedzUsuń"po prostu zaliczała myśliwych do kategorii ludzi uczciwe, regularnie pracujących, czego nie można było powiedzieć o najemnikach" - uczciwych
"zdecydowała bezdusznie, zbaczają na ścieżkę prowadzącą do stajni." - zbaczając
Tarant <3 Nie mam zastrzeżeń XD
Ale odzywa się syndrom "ja nie chcę ich, ja chcę tamtych" XD
Dziękuję <3 Musiałam nieuważnie sprawdzać, jestem beznadziejna :< xD
UsuńSpokojnie, shit is going on :3