środa, 19 grudnia 2012

50. Finalizacja spisku



Rzadko kiedy układał sobie perfekcyjnie dopracowane plany. Zazwyczaj ustalał najważniejsze podpunkty, a resztę pozostawiał losowi. Okazje zawsze się nadarzały, trzeba było tylko umiejętnie je wykorzystać.
Teraz na przykład nadarzyła się idealna okazja, by przygrzmocić wysokiemu najemnikowi prosto w bliznowatą gębę. Okazję, rzecz jasna, wykorzystał całkiem zgrabnie, aż się mężczyzna obrócił dookoła własnej osi.
– Cador! – usłyszał czyjś oburzono-zaskoczony głos; niespecjalnie przejął się tym, do kogo należał.
Zajął się właśnie uchylaniem przed wyprowadzonym prawym sierpowym; padł na kucki i podciął swego przeciwnika, uśmiechając się z zadowoleniem.
Byli na środku dość ruchliwej ulicy nieopodal targu – mieli więc sporo gapiów. Obrońca usłyszał gdzieś w tle, że postanowiono zawołać strażników. Idealnie! Właśnie o to mu chodziło.
Zdecydował się wykorzystać tę sprowokowaną (o co w ogóle poszło? O drobnostkę, normalnie nie dałby się wciągnąć w idiotyczną walkę) potyczkę jako trening, wobec tego wyprostował się szybko i uderzył. Najemnik nie zablokował go i otrzymał kolejny solidny cios, aż przewrócił nieprzytomnie oczami, chwiejąc się na nogach.
Nudy. Gdzie ci poważni wojownicy, których nie tak łatwo było pobić?
Potem wpadła mu do głowy irytująca myśl. Jak wiarygodnie ma się dać złapać strażnikom? Pewnie ich umiejętności nie będą najwyższe. Gdy wyprowadzał cios w punkt witalny pod uchem przeciwnika, w głowie zarysował się mu kolejny plan. Tak, to powinno się udać.
Aithne stała nieruchomo jeszcze kilka chwil, patrząc na to wszystko wytrzeszczonymi oczami. Nie zwróciła uwagi na Aidana, który po pierwszym odruchu interwencji drgnął nagle i wycofał się kilka kroków w tłum gapiów, wlepiając w swojego nauczyciela czujne spojrzenie.
Upadła próbowała skojarzyć jakiekolwiek fakty, ale nic nie trzymało się kupy – na cholerę Cador wszczynał tę bójkę, przecież on nigdy nie robił takich rzeczy!
Potem coś zaskoczyło, dziewczyna pochyliła głowę i warknęła groźnie, widząc, że do potyczki włączają się kumple dryblasa. Odbiła się od ziemi, zgarbiła ramiona i wbiła się z rozpędu w brzuch przeciwnika, pozbawiając go tchu. A siebie równowagi, przez co usiadła na bruku, ale szybko się zerwała i zaatakowała pierwszego z brzegu mężczyznę.
Co z tego, że nie rozumiała? Musiała pomóc przyjacielowi za wszelką cenę, nieważne, o co poszło, z jakiego powodu i czy to w ogóle miało sens. Tak właśnie widziała przyjaźń, dlatego kiedy oberwała w splot słoneczny i zachłysnęła się powietrzem, kuląc się, nie postanowiła się wycofać. Poczekała, aż drab złapie ją za kark, a wtedy wylewnie kopnęła go w szczękę. Szlag by to, naciągnęła sobie mięsień.
Cador uśmiechnął się pod nosem, było to jednak na tyle subtelne, że niezauważalne. Dla niego walka ta stanowiła łatwiznę, wręcz przyjemność, no i nie musiała pochłaniać stu procent jego uwagi.
Cały czas interesował się tym, co się działo dookoła, dlatego natychmiast zauważył nadejście gwardzistów. Na ich widok jego przeciwnik uśmiechnął się bardzo szeroko, ewidentnie zadowolony z takiego obrotu spraw. Czyżby miał wtyki w straży? Idealnie!
Strażnicy właśnie postanowili włączyć się do walki, toteż przyszedł czas na realizację drugiego planu. Cador wykonał zgrabny unik, po czym zachwiał się i z niesamowitą wprawą zagrał utratę oddechu. Przycisnął dłonie do klatki piersiowej i otworzył szeroko oczy, z trudem łapiąc powietrze. Strażnik obdarzył go nieprzychylnym spojrzeniem, chwycił za ramię i szarpnął ku górze; Cador nadal wyglądał, jakby miał zaraz zasłabnąć i się przewrócić.
– To on nas zaatakował. Szturchnął Grubego Toma, a potem jeszcze się burzył – poinformował mężczyznę przeciwnik Cadora, nieco przekręcając prawdę.
Ale to dobrze, bardzo dobrze.
– I na co ci to było, gnojku? – warknął strażnik, szarpiąc obrońcą.
Ten nabrał głośnego wdechu, jakby miał z tym ogromne problemy, po czym zmierzył strażnika nienawistnym spojrzeniem.
– Zostaw go! – fuknęła Aithne i przepchała się przez zebranych, wypadając tuż przy trzymającym Cadora gwardziście.
Ciemne oczy błyszczały groźnie, kiedy dźgała mężczyznę w napierśnik, najwyraźniej nie czując żadnego respektu bądź szacunku przed mundurem.
– Nie widzisz, że ledwo dyszy? W ogóle co to za ustawka, rzucili się na niego całą grupą! – zapiekliła się, miażdżąc wszystkich spojrzeniem, jakby chciała ich zaraz w pojedynkę pokonać.
Strażnik przyjrzał się jej krytycznie, po czym kiwnął głową na jednego ze swoich kompanów. Ten natychmiast chwycił Aithne za ramiona i przytrzymał silnie, nie pozwalając uciec.
– Spróbujcie tylko nas wrzucić do cel, to zobaczycie – zagroził Cador, mrużąc z nienawiścią oczy.
Jego twarz wykrzywiał grymas bólu, a ręce nadal silnie uciskały klatkę piersiową, jakby bał się, że za chwilę stanie mu serce.
Ta wojownicza i przy tym nieco szczeniacka postawa raczej nie pasowała do mimo wszystko rozsądnego Cadora – ale Aithne nie mogła o tym wiedzieć. Poznała go jako porywczego i cisnącego się pod ostrze obrońcę, może więc też mieć go za głupka.
Dla dobra sprawy.
Spróbujcie tylko nas wrzucić do cel – przedrzeźnił go strażnik. – Trzęsę portkami.
 
– Kurwa – warknął Cador, uderzając ramieniem o zimną posadzkę celi.
Powiedział to na tyle głośno, by zgrabne określenie doszło nie tylko uszu strażnika, ale również Aithne, która właśnie była prowadzona do innej, znajdującej się po drugiej stronie korytarza celi. Strażnik trzasnął kratą i zamknął kłódkę, obrońca zaś usiadł po turecku i otrzepał się z kurzu.
A potem, wbrew okolicznościom, uśmiechnął się bardzo szeroko.

Aidan przemaszerował kolejną ulicę, ledwo łapiąc oddech. Nie do końca rozumiał, na czym polegają te całe podchody, ale skoro Cador zostawił mu tak ważne zadanie, jak ściągnięcie na pomoc określone osoby, to nie mógł dać ciała. Właśnie z tego powodu nie mieszał się do walki, przyglądając się jej z lekkim przerażeniem, jednak pozostawał bezsilny.
Podobnie jak teraz, kiedy już drugą godzinę biegał po mieście z wywalonym jęzorem, próbując zlokalizować zguby.
Dwóch mężczyzn, powiedział Cador. Białowłosy oraz szatyn, z czego szatyn powinien wystawać niczym topola nad tłumem. Szukał topoli, ale topoli nie było, sam tłum tylko i wyłącznie. Aidan zaczął się martwić. Cadora i Aithne wsadzili do więzienia, nikt za nich nie wpłaci grzywny, będą tam siedzieć, aż się komuś odwidzi, jeśli on nie podoła.
Szlag by to. Szlag by to. Szlag by…
Stęknął, kiedy odbił się od kogoś twardego, zachwiał się i usiadł. Nad sobą usłyszał niezadowolone westchnienie; potrząsnął głową, przeganiając czarne plamy sprzed oczu, i zadarł brodę, przenosząc wzrok na tego, w kogo wpadł. Serce zabiło mu szybciej, podskoczyło do gardła, po czym spadło w okolice stóp.
Nie, to nie była ładna dziewczyna.
Stał nad nim wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Spoglądał na niego z góry, wzrok zielonych oczu przeszywał na wylot, był przerażający, jakby nieznajomy mógł Aidana zmiażdżyć jedną tylko myślą. Długie ciemnobrązowe włosy chyba związał w kitkę na karku, przynajmniej tak to wyglądało z tej pozycji. Biedny chłopak przełknął nerwowo ślinę, zastanawiając się, na co mu to wszystko.
I wtedy został uratowany. Zza mężczyzny wyszedł białowłosy młodzieniec, przyjrzał się Aidanowi ze zdumieniem, zerknął na swojego towarzysza, po czym uśmiechnął się do poszkodowanego i podał mu dłoń, żeby pomóc wstać.
– Cóż, niezauważenie mojego przyjaciela jest dość trudne, ale może się zdarzyć każdemu – rzucił pocieszająco, kiedy Aidan otrzepywał się nieporadnie z kurzu. – W porządku? – zainteresował się jeszcze.
– Mhm – mruknął niepewnie i zerknął uważnie na duet, jaki się mu przypadkiem trafił; nie był w końcu pewien, czy to naprawdę oni.
Białowłosy i szatyn niczym ta topola. Rzeczywiście, Aidan musiał zadzierać głowę, żeby spojrzeć mu w oczy, czyli chyba trafił. Cador uprzedzał, że powinien się przedstawić, inaczej za jasną cholerę nie namówi ich do współpracy. Ciekawe, czy to tak samo podejrzany element, co Aithne. Wyglądali groteskowo – jeden mordował spojrzeniem, drugi uśmiechał się przyjaźnie, szaleństwo.
– Nazywam się Aidan – oznajmił, prostując się sztywno.
Białowłosy uniósł brew w zdumieniu i zerknął na towarzysza, wyraźnie pytając go niemo, na jaką cholerę dzieciak się im przedstawił. Ale szatyn zareagował nieco bardziej przyjaźnie, przywracając Aidanowi nadzieję.
Skinął głową, patrząc wyczekująco.
– Mój nauczyciel trafił do więzienia wraz ze swoim przyjacielem. – Aidan nie miał pojęcia, czemu zabroniono mu wspominania o Aithne, pozwolono tylko nazywać ją „przyjacielem”, ale skoro kazano, to trzeba wykonać. – Powiedział, że możecie mu pomóc.
– Nauczyciel? – zdumiał się białowłosy i szturchnął towarzysza łokciem w żebra, wyraźnie żądając wyjaśnień.
Szatyn uśmiechnął się kącikiem ust i Aidan poczuł, jak po plecach przebiegają mu lodowate, bardzo nieprzyjemne ciarki. Przełknął ślinę.
– Cador wpakował się do pierdla. Ktoś musi go wyciągnąć z bagna – oznajmił niedbale mężczyzna, wcisnął ręce do kieszeni i ruszył.
Swe kroki skierował do aresztu, od którego dzieliło ich kilka ulic. Białowłosy i spłoszony Aidan podążyli za nim, z czego ten pierwszy nadal nie mógł otrząsnąć się z zaskoczenia, a drugi z przerażenia.

Aithne skuliła się na posadzce w samym rogu celi, objąwszy kolana ramionami. Pomieszczenie było małe i ciemne – to wystarczało, by jakiekolwiek logiczne myślenie szwankowało i aby straciła całą swoją brawurę. Zwykle nie dałaby się tak po prostu uziemić, ale musiała wziąć poprawkę na Cadora, który wyraźnie gorzej się podczas walki poczuł i nie zdołałby się uwolnić wystarczająco sprawnie. Ona natomiast nie chciała używać magii, nauczyła się, by ukrywać swoją tożsamość tak długo, jak to tylko możliwe.
Wzdrygnęła się, słysząc w oddali echo kroków. W jej umyśle pojawiły się niewyraźne sylwetki dawnych prześladowców, ujrzała błyszczące ostrze, błyszczące jej krwią, dostrzegła triumfalny, dziki uśmieszek i jęknęła cichutko, kuląc się jeszcze bardziej. Oby Aidan szybko wymyślił, jak ich stąd wyciągnąć – rozsądny chłopak został na wolności, to dawało im jakiekolwiek szanse.
Chyba że bardzo nie lubił swojego nauczyciela.
Miała nadzieję, że za pobicia siedzi się krótko. Tyle razy walczyła z rosłymi mężczyznami i wygrywała, a jeszcze ani razu za to nie siedziała. Pewnie osiłki wstydziły się zaskarżać niedużą dziewczynę za uszczerbki na zdrowiu. To było jej przewagą, ale kiedy postanowiła zrobić z siebie tarczę dla przyjaciela… przerąbane. Zadrżała, czując panujący w celi chłód – a może to tylko jej się wydawało, że jest tak zimno?
Spróbowała unieść głowę, ale jej oczy zaatakowała ciemność, więc znowu ukryła twarz w kolanach. Gdyby strażnik zajrzał przez kraty, ujrzałby najbardziej żałosną kupkę nieszczęścia, jaką kiedykolwiek mógłby zobaczyć w swoim życiu. Pewnie zastanowiłby się, co tu taka przerażona drobinka robi, może nawet by ich wypuścili!
Genialny plan, szkoda tylko, że nie była w stanie myśleć. Strach obezwładniał, nienawidziła tego uczucia. Miała wrażenie, jakby ściany się na niej zaciskały w śmiercionośnej pułapce.
Rozległ się dziwny huk; znowu się wzdrygnęła. Chciała zawołać Cadora, ale miała za bardzo ściśnięte gardło, dlatego porzuciła ten pomysł. Z trudem przełknęła ślinę, uparcie wierząc, że to może tylko zły sen. Otworzy oczy za chwilę, rozejrzy się i odkryje, że leży w łóżku w karczmie, że wszystko jest w porządku. Głupi obrońca, po co się bił z tamtym półgłówkiem? Gdyby jeszcze istniał jakikolwiek sensowny powód, no naprawdę…
Nie żeby ona wszczynała bójki z powodów bardziej górnolotnych.
Kroki były bliżej. Poruszyła się nerwowo, powoli tracąc rozeznanie między wspomnieniami a jawą. Spróbowała mocniej wcisnąć się w kąt, ale graniczyło to z cudem, dlatego musiała czekać.
Jeśli ktoś tu przyjdzie, jeśli tu wejdzie, rzuci się na niego. Nie da się dotknąć. Nie skrzywdzą jej znowu. Obroni się. Raz już uciekła, kiedy myślała, że to ostatnie chwile jej życia, że przyjdzie jej zwyczajnie zdechnąć z wyczerpania. Nie umrzeć. Wtedy przypominała dzikie, zaszczute zwierzę.
Bardzo pożałowała, że Faryale mogła się z nią kontaktować tylko na niewielkie odległości. W ogóle bardzo pożałowała, że jest tu taka przeraźliwie sama, w ciemnościach, w ciasnej, zimnej celi. Aithne, stałaś się przerażająco słaba.
Kroki dotarły do tego korytarza. Szykuj się na walkę.
Ale ucichły, bo trzech mężczyzn maszerujących tą drogą zatrzymało się przy innej celi. Dwóch stanęło trochę z tyłu, robiąc miejsce dla ostatniego, najwyższego z grupy – ten zajrzał przez kraty w drzwiach i uśmiechnął się z przekąsem, widząc znajomą osobę. Płowa czupryna odcinała się wyraźnie w półmroku, co niewytłumaczalnie bawiło stojącego po drugiej stronie płyty szatyna.
– Przerąbane, co, panie obrońco? – rzucił niefrasobliwie, jednocześnie sprawdzając, jak porządne mieli tu zamki.
Porządne.
– Wziąłeś te klucze? – zainteresował się, słowa kierując do towarzyszy.
– Eee, strażnik nie miał ich przy sobie, przeszukałem go – zapewnił Aidan, rozkładając bezradnie ręce.
– Trudno, poradzimy sobie – pocieszył go białowłosy, uśmiechając się pokrzepiająco. – I tak coś gładko szło, mało ich tu przebywa na wartach.
– Rzadko kiedy ktoś próbuje uciekać z tego aresztu, tu trzymają do kilkunastu dni tylko – wyjaśnił Aidan, wzruszając ramionami.
– To gdzie twój przyjaciel, Cador? – zainteresował się szatyn, pochylając się, by rozgryźć, jak się cholernego zamka pozbyć.
Ewentualnie go rozwalić.
– Uciekł oknem? – dodał zgryźliwie, na chwilę się wyprostowawszy.
Obrońca uśmiechnął się lekko, ale w żaden sposób podejrzanie – ot, jakby cała sprawa zamknięcia w więzieniu go bawiła, no bo jakby inaczej? Poradził sobie w Perrianie, a go wpakowali za kraty za głupią bójkę, śmieszne.
– Ostatnia cela – odpowiedział usłużnie, złośliwy komentarz szatyna taktownie ignorując.
Przeniósł spokojne spojrzenie na Erriana i nic, ale to absolutnie nic nie mogło go zdradzić. Co jak co, ale kiedy chciał, potrafił doskonale oszukiwać.
– Errian, mógłbyś? Mój przyjaciel jest trochę... aspołeczny. Nie dogada się z nim. – Tu kulturalnie kiwnął głową na łowcę.
Uniósł jeszcze kąciki ust, uśmiechając się w dziękczynny sposób, jakby mag już przystał na propozycję i ruszył na ratunek więźnia ostatniej celi.
Aidan przyglądał się zebranym nieco przestraszony, zaczynając wątpić w Cadora oraz jego znajomości. Nie potrafił orzec, jakich ludzi – o Silthe, a czy to są w ogóle ludzie? – ściągnął tu na pomoc na życzenie obrońcy, ale czuł się przy nich niepewnie.
Nawet ten bardziej sympatyczny młodzieniec, Errian, zdołał biednego chłopaka przestraszyć. Nie mógł się równać, co prawda, z tym całym Sheridanem, jednak… no właśnie. Dobrali się w morderczy duet, a tu jeszcze w tym wszystkim on ze swoim nauczycielem. I Aithne, która bije się lepiej niż większość najemników, skąd ta dziewczyna się wzięła?
Tymczasem Errian zmarszczył czoło i przeniósł wzrok na koniec korytarza, jakby się zastanawiał, czy uwalnianie przyjaciela Cadora mu się opłaca. Sheridan przez ten czas rozpracował zamek i właśnie miał go wyciągnąć razem z uchwytem służącym za klamkę, kiedy dostrzegł, że mag nadal stoi w miejscu jak ostatni kretyn.
Łowca szybko doszedł do tego, że jeśli Aithne ma nie wyskoczyć przez okno, jak to chwilę temu zasugerował, to do jej celi musi pójść tylko Errian. A temu nagle przestało się spieszyć, kiedy od rudego rozczochranego dzieliło go ledwie dziesięć, może dwadzieścia metrów. Ten chłopak naprawdę czasami sprawiał wrażenie, jakby nikt nie obdarował go rozumem, co Sheridana bolało.
– No idź już, dzieciaku, przecież lubisz aspołecznych – rzucił zirytowany i zmiażdżył Erriana groźnym spojrzeniem.
Aidan, stojący z boku i zignorowany przez łowcę, mimowolnie zadrżał, dostrzegłszy ten wzrok. Tym bardziej bał się myśleć, kim oni są, gdy Errian popatrzył na Sheridana z całkowitym spokojem, nawet uniósł brew, a gdzieś na dnie jego błękitnych oczu pojawił się chłodny, ostrzegawczy blask.
Chłopak uznał, że on się zdecydowanie do tego nie nadaje. Póki był tylko Cador, jeszcze świat nie stanął na głowie, ale teraz to się w dodatku na lewą stronę wywrócił.
Młodzieniec wreszcie skinął Cadorowi głową, odwrócił się i ruszył w korytarz energicznym krokiem. Sheridan odetchnął cicho, wyraźnie ciesząc się, że pozbył się tego problemu, i zajrzał do celi obrońcy wielce zdegustowany.
– Że też się dałem tej cholernej wiedźmie w to wciągnąć – warknął, jakby to była wina biednego Cadora, po czym ostrożnie wyjął cały mechanizm z drzwi. – Poczekaj, aż ten gówniarz do niej wejdzie, bo jeszcze się cofnie – dodał, zerkając kontrolnie na zatrzymującego się pod drugą celą Erriana.
Młody mag pochylił się nad zamkiem i odruchowo sprawdził, czy przejście nie chciałoby się otworzyć po dobroci. Nie chciałoby.
Westchnął, potarł w zamyśleniu brodę, rozejrzał się dokoła za łomem, ale także łomu nikt tu nie zostawił. Szlag by to. Nigdy nikogo nie odbijał z więzienia ani też z takowego nie uciekał, lepiej by sobie na jego miejscu chociażby Ariene poradziła.
– Cholera – zaklął cicho i postanowił sprawdzić, czy zdoła zamek rozbić.
Przywołał do dłoni wiązki magii i przesunął palcami po metalu, a ten pokrył się grubą warstwą lodu. Errian cofnął rękę, chuchnął na palce, zdmuchując z nich szron, po czym przymierzył się i uderzył w mechanizm łokciem. Wszystko z gruchotem się rozsypało, ku zadowoleniu maga, dlatego odgarnął nędzne resztki na bok, nim chwycił drzwi i je ostrożnie uchylił, żeby zajrzeć do środka.
Stanął w progu, otrzepując ręce z rdzy – kiepsko konserwowali te zamki, nic dziwnego, że dało się je tak łatwo unieszkodliwić – po czym przeniósł wzrok w głąb celi, szukając w niej przyjaciela Cadora. Jeszcze kilka sekund zastanawiał się, na czym ta aspołeczność towarzysza obrońcy polega, gdy jego spojrzenie padło na skuloną w kącie postać. Znieruchomiał, otwierając szeroko oczy.
Musiało mu się pomylić.
Wtedy jednak ruda, potargana głowa poderwała się, ukazując pobladłą z przerażenia twarz i wymalowany na niej niepokój. Errian zastygł nieruchomo z uniesionymi w dziwnych pozycjach dłońmi, przyglądając się zgarbionej, drżącej drobince, która wpatrywała się w niego z nie mniejszym zdumieniem. Zdawało się, jakby zaraz któreś z nich miało zaśmiać się nerwowo, przeprosić za pomyłkę i wyjść, bo patrzyli na siebie tak, jakby widzieli się pierwszy raz w życiu, a widok ten był bardzo szokujący.
Musiało mu się pomylić. Ale jednocześnie wiedział, że nie ma takiej możliwości, żeby się mylił. Doskonale ją pamiętał, była niemalże dokładnie taka, jak obraz w jego głowie. Tylko na policzku miała smugę kurzu, która częściowo przysłaniała piegi, a granatowe oczy wyglądały na lekko podkrążone, jakby ostatnio nie spała za dobrze. Za to ogniste włosy jak zawsze pozostawały w całkowitym nieładzie, co dodawało jej nuty dzikości i uroku jednocześnie. Zauważył, że drżą jej usta. Coś musiało ją przestraszyć, a tym czymś najpewniej była cela – panował tu niezbyt przyjemny półmrok.
Nie potrafił się ruszyć, zastanawiając się, jakim cudem tak długo jej szukał, ciągle bezskutecznie, a teraz wszedł do więzienia i znalazł ją w drugiej odwiedzonej celi.
Wtedy się podniosła. Wspierając się na ścianie, bo nie ufała swoim nogom, nie odrywając od niego spłoszonego, pełnego niedowierzania spojrzenia. Kiedy tylko się wyprostowała, poczuła, że nie może polegać na tak silnie drżących kolanach, dlatego przytuliła się do chłodnego kamienia, niezmiennie wpatrując się w postać w drzwiach. To przecież nie mógł być on, skąd by się tu niby wziął?
A jednak widziała, że to on. Tylko nie potrafiła uwierzyć.
Strach minął. Patrzyła na Erriana i się uspokajała, mimo że w jego błękitnych oczach tym razem nie widziała pogody ducha oraz łagodności. Teraz czaiło się w nich oszołomienie, ale dla niej najważniejsze było coś innego – nie widziała tam niechęci ani wyrzutów.
Bała się, że jeśli kiedykolwiek znów stawi mu czoła, odkryje, że nie wybaczył jej tej ucieczki. Ucieczki słusznej, oczywiście, jednak taki niepokój mogła w sobie nosić, skoro nie planowała się z nim spotykać. Tymczasem wpadła na niego wbrew swojej woli i jeszcze zrozumiała, że nie jest zły. Nie gniewał się na nią, a to było najważniejsze na świecie w tym momencie.
Poza tym przy nim zawsze przestawała się bać. Trwał przy niej wtedy, kiedy go potrzebowała, cierpliwie uspokajał, tłumaczył, rozumiał. Brawo, Aithne, udało ci się zawieść jedyną osobę, która nigdy cię nie opuściła. Cudownie.
Ale nie widziała w nim tego zawodu, to tylko się liczyło. I to, że wreszcie jej ciche, nieśmiałe życzenie się spełniło: chciała do Erriana. Ukryć się przy nim przed całym światem i zapomnieć o ciemności, o krwi, o mordzie, o tym wszystkim, co jej ciągle towarzyszyło.
– Ai – wychrypiał w tym momencie, zdumienie nieco zniekształciło zdrobnienie, ale nim zareagowała, poprawił się: – Ai – mruknął, przymrużając z ulgą oczy.
W tym krótkim słowie zawarł całe ciepło, tęsknotę oraz radość, jakie go nękały w tej chwili i dużo wcześniej, zanim ją znowu odnalazł. Było w tym tak dużo uczucia, że Aithne poczuła się na moment przytłoczona.
A potem zachłysnęła się powietrzem, odepchnęła się od ściany i wpadła w jego ramiona, ufnie się w niego wtulając. Poczuła, jak mocno ją objął, jego oddech owiał jej szyję, przez chwilę pomyślała, że zmiażdży jej żebra. Ale zaraz uśmiechnęła się, zapominając o krótkim dyskomforcie, schowała twarz w jego ramieniu i całe napięcie tak po prostu z niej odpłynęło, jakby całe przerażenie towarzyszące jej w celi nigdy nie istniało. Zacisnęła mocno powieki, nie chcąc się z tej ulgi rozpłakać, i odetchnęła głęboko jego zapachem, zamykając dłonie na koszuli maga.
– Silthe jedyny, znalazłem cię – wyszeptał w jej włosy, wtulając w nie twarz, zupełnie jakby chciał się upewnić, że to naprawdę ona.
Pokiwała niezdarnie głową, czując narastającą w gardle gulę. Pożałowała, że wtedy uciekła, w tym momencie nawet nie potrafiła sobie przypomnieć, dlaczego wymknęła się z jego domu i odjechała bez słowa. Może to nie było takie ważne.
– Przepraszam – wydusiła z trudem. – Przepraszam.
– Nic się nie stało – zapewnił miękko i pogłaskał ją po włosach; przysięgłaby, że właśnie uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem. – Nie przepraszaj, nic się nie stało. Ważne, że jesteś, cała i zdrowa – uznał spokojnie.
– Bałam się, że nie żyjesz – przyznała cicho, cichutko, wspominając obrazy ze swojego koszmaru.
Jak to dobrze, że nie miały odniesienia do rzeczywistości!
– Teraz mogę umierać – odparł z niezachwianą pewnością, tak poważnym głosem, że poczuła, jak wstrząsają nią lodowate dreszcze.
– Nawet tak nie mów! – przeraziła się, odsunąwszy się od niego gwałtownie, żeby móc spojrzeć mu z niedowierzaniem w oczy; przecież nie mógł powiedzieć czegoś tak okropnego!
Mag roześmiał się cicho, ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją delikatnie, ledwie musnął jej usta, jakby chciał ją uciszyć. Udało mu się, zamrugała i zastygła, wpatrując się w niego wyraźnie skołowana.
– Przepraszam. Już nie będę – obiecał, odgarniając kilka kosmyków rudych włosów z czoła upadłej.
– Nieważne – wymamrotała, z powrotem wtulając policzek w jego ramię.
Stali tak jeszcze chwilę, jakby bardzo powoli do nich docierało, że naprawdę znowu są razem i mimo wszelkich przeciwności – przede wszystkim przeciwności Aithne – jednak się odnaleźli. Czy raczej Errian odnalazł ją.
Wreszcie mag przypomniał sobie, że pod pierwszą celą zostawił pozostałych, dlatego chwycił dłoń upadłej i wyjrzał na korytarz, sprawdzając, czy reszty nie zgarnęli strażnicy.
Nie. To dobrze.
– Chodź, idziemy stąd – mruknął, obracając się do niej i posyłając jej pokrzepiający uśmiech; na pewno jej się tu nie podobało, zbyt ciemno.
Skinęła grzecznie głową i dała się poprowadzić, chowając się częściowo za plecami Erriana, jakby bała się całego świata. Tak naprawdę jeszcze nie otrząsnęła się z szoku i wolała ukryć się za magiem, wiedząc, że tu zawsze będzie bezpieczna.
– Wcale nie jest taki aspołeczny ten twój przyjaciel – rzucił z pewnym przekąsem młodzieniec, kiedy zbliżyli się do pozostałych na rozsądną odległość.
Cador właśnie otrzepywał swoje zgrabne dupsko z kurzu (wszystko w tej celi było zakurzone, no zgroza) i rzucał Sheridanowi rozbawione spojrzenie (żebyś ty wiedział, stary, w co jeszcze ta wiedźma cię wciągnie). Słysząc słowa Erriana, obrócił się ku nadchodzącym z rozbawionym, a przy tym bardzo zadowolonym z siebie uśmiechem.
– Załóż się. Mój aspołeczny przyjaciel na dzień dobry przyłożył mi w szczękę – poinformował go pogodnie, przechylając głowę, by ujrzeć drobną sylwetkę Aithne skrytą za magiem.
Errian uśmiechnął się szeroko, wyobrażając sobie to spotkanie. Musiało być piękne i epickie! Sam zresztą zaczynał podobnie, tylko jemu udało się, cudem niezwykłym, obronić przed uroczą piąstką Aithne.
Odwrócił się, by na nią spojrzeć, akurat w chwili, w której cofnęła się gwałtownie, otwierając szerzej oczy i blednąc. Zawiesiła wzrok na Sheridanie, jakby to on ją tak niezwykle przestraszył, co Erriana zdumiało i jednocześnie zaniepokoiło. Na moment znieruchomiał, marszcząc czoło.
Aithne zwyczajnie w jednej sekundzie przypomniała sobie, dlaczego uciekła i nie chciała spotykać maga ponownie. Przypomniała sobie poczucie winy, wrażenie zdrady, wszystko to, co ciągle ją nękało, z potrzebą brania odpowiedzialności za Erriana włącznie. Rozejrzała się spłoszona dokoła, upewniając się, że nie ma Anabde.
Całe szczęście.
– Rude rozczochrane – mruknął na powitanie Sheridan, także dostrzegłszy tę nieopisaną radość na jego widok.
– Mógłbyś już zdechnąć – burknęła, cofając się kilka kroków, by stanąć dalej od maga, jakby nagle jego bliskość ją bolała.
Errian westchnął cicho, przymykając oczy. Chyba musi jej dać trochę czasu albo cokolwiek. Najpierw rozgryzie, o co dokładnie jej chodzi. Prawie jak zagadka detektywistyczna, może powinien zaangażować w śledztwo specjalistów? Zerknął na upadłą krótko, bardzo dzielnie nie dając po sobie znać, że zrobiło mu się przykro.
Cador zmarszczył z niepokojem czoło, zauważywszy tę zmianę w postawie rudej. Nie wiedział, co dokładnie zaszło między Aithne i Errianem (jak również Aithne i Sheridanem? Dlaczego tak na niego zareagowała?), pojawiła się w nim obawa, że upadła spieprzy, gdy tylko odwróci od niej wzrok. Tego by sobie nie wybaczył, a przede wszystkim nie wybaczyłaby mu tego Ariene.
– Jeszcze raz dzięki – mruknął, obdarzając krótkim spojrzeniem wybawicieli i otrzepując dłonie.
Westchnął ciężko, rozejrzał się kontrolnie, przez chwilę nasłuchiwał niepożądanych odgłosów, aż wreszcie podjął konkretną decyzję.
– Lepiej stąd spieprzajmy, nim ktoś się zorientuje – rzucił rozsądnie, uniósł kącik ust w uśmiechu i skinął głową na Aidana, dając mu znak, by ruszył przodem.
Gdy chłopak wykonał polecenie, obrońca popchnął delikatnie Aithne i sam podążył jej śladem. Chciał mieć ją pod ręką, najchętniej założyłby jej dla pewności smycz, ale to chyba by nie przeszło.
Chociaż smycz z kagańcem...

Było ciepło. Gorąco. Parno. Po raz pierwszy w życiu uświadomiła sobie, że odwykła od przebywania w mieście i teraz zaduch jej przeszkadzał. Z trudem odetchnęła, przystając wśród tłumu, by poczekać na pozostałych; przysłoniła oczy dłonią, ogarniając spojrzeniem okolicę. Chyba znajdowali się blisko celu.
Tłok na drogach gęstniał. Ludzie deptali się i poszturchiwali, od czasu do czasu racząc się także brzydkimi wyzwiskami, byle tylko utorować sobie przejście. Im dalej brnęli całą grupą, tym gorzej było – musieli iść na targ, innego wyjaśnienia nie widziała. Czyli wszystko zgodnie z planem, doskonale. Uśmiechnęła się do niknącej w gąszczu obcych czupryn ulicy, przyciągając do siebie mniej lub bardziej przychylne spojrzenia.
Obróciła głowę w stronę pozostałych i przyjrzała się im czujnie, widząc, że nie tylko ona czuje się trochę gorzej w mieście. Prawdopodobnie jednak nie chodziło o samo ich umiejscowienie, a o ogólne warunki podróży. Biedna Leanelle nie wyglądała na szczęśliwą, wręcz przeciwnie, starała się ukradkiem, ale dość rozpaczliwie, unikać kontaktu z obcymi ludźmi, którzy, gdyby tylko mogli, wszystkich by podeptali. Anabde na tłok nie zwracała większej uwagi – Ariene domyśliła się, że myślami błądziła zupełnie gdzie indziej, na przykład przy swojej uciekającej przyjaciółce.
Przygryzła wargę. Jeśli wierzyć ostatniemu listowi Cadora, na którym skończyli korespondencję, wszystko odbywało się w żołnierskim porządku. Poczuła w brzuchu dziwny ucisk, ale zwaliła wrażenie na dokuczający jej głód. Śniadanie zjedli skromne, nie tylko Anabde spieszyło się na miejsce wyznaczonego spotkania.
Oczywiście o miejscu wyznaczonego spotkania nie wiedzieli. Ot, wyszli na rekonesans, taki niewinny spacer. Biedna Leanelle, Ariene zaczynała mieć wyrzuty sumienia. Ale życie już ją nauczyło – do celu po trupach. I koniec.
– Niepokojąco się szczerzysz – mruknął koło jej ucha znajomy męski głos.
Wiedźma nieznacznie drgnęła, ale nie odwróciła głowy, doskonale wiedząc, kto znowu niepostrzeżenie ją podszedł. Działał jej coraz bardziej na nerwy.
– Uwielbiam miasta – skwitowała, przesuwając spojrzeniem po tłumie; nie było to do końca kłamstwem, w końcu do niedawna nie wyobrażała sobie życia bez tego zgiełku. – Wiesz, na jak wiele sposobów można tu zniknąć? – wyszeptała pełnym trudnych do określenia emocji głosem, który niemalże utonął w hałasie.
– Tu chyba nigdy się ze sobą nie zgodzimy – skwitował rozbawiony, trochę ją zaskakując tym, że usłyszał. – Ty wolisz miasto, ja las. Ale to i tak nie o to teraz chodzi – podsumował uprzejmie, wcisnął ręce do kieszeni płaszcza i ruszył.
Ariene wbiła w plecy Caleba przeszywający wzrok przymrużonych oczu, od którego na pewno poczuł dreszcze. Był jednak za twardy, by dać to po sobie poznać, doskonale o tym wiedziała.
Zastanowiła się, jak myśliwy wytrzymuje w swoim ubraniu – właściwie nie widywała go chyba w niczym innym. Czy on przyrósł do tych materiałów? Albo wszył je sobie bezpośrednio w skórę.
– Nie znoszę go – oznajmiła z gorącym uczuciem, prychnąwszy z irytacją.
Mężczyzna bez trudu torował sobie drogę wśród mieszczan, nie zwracając uwagi na ich pełne dezaprobaty spojrzenia, którymi obrzucali jego kontrowersyjny ubiór. Wiedźma odniosła wrażenie, że Caleb jest ponad tym wszystkim – to skojarzenie mocno ją rozbawiło.
Hessan potwierdził słowa Ariene przypominającym syczenie kota dźwiękiem, który wydostał się z rozwartego gardziołka. Rozwinął beżowo-złote skrzydła, zamachnął nimi parę razy i potrząsnął niezadowolony łebkiem.
Biedny Caleb zasłużył sobie na smoczą niechęć samym byciem – Hessan wiedział, że jego pani boi się mężczyzn, wobec tego wszystkich sprawiedliwie darzył nienawiścią. Od czasu do czasu dostawał za to po pysku, kiedy robił się zbyt bezczelny, jednak smoka nie dało się wychować.
Tym razem Leanelle nie zwróciła uwagi na jego zachowanie, zaaferowana tłokiem, w jakim się znaleźli. Omijanie ludzi nie było łatwe – wprawdzie niektórzy odsuwali się ze względu na stworzonko, jakie siedziało jej na ramieniu, ale nie dla wszystkich smok był przeszkodą.
Teraz pisnęła cicho i odskoczyła w bok, nieomal wpadając na wiedźmę i myśliwego. Zachwiała się, lecz udało jej się uniknąć niefortunnej bliskości; stanęła na całej stopie i odetchnęła z ulgą.
– Musimy tu być? – mruknęła niezadowolona, patrząc na Ariene z wyraźnym wyrzutem.
Po chwili zmarszczyła ze zdziwieniem czoło, zerkając na Anabde. Po raz kolejny tego dnia marudziła, lecz nekromantka zdawała się tego nie zauważać. Od kilku dni była dziwnie milcząca, jeszcze bardziej niż zwykle – kiedyś odzywała się chociaż wtedy, gdy ją o coś pytano, teraz jakby żyła w innym świecie.
Leanelle przechyliła główkę na bok, przyglądała się swojej wybawicielce chwilę, gdy niespodziewanie została szturchnięta przez grubego kupca.
Krzyknęła ze strachem, spięła się i odskoczyła, byle jak najdalej od mężczyzny – tym samym wpadła na czyjś stragan, robiąc ogólne zamieszanie. Wielki kosz jabłek został przewrócony do góry dnem, a wątpliwej świeżości owoce poturlały się w cztery strony świata; kolejny kosz zachwiał się niebezpiecznie, ale sprzedawcy udało się w porę go złapać.
– Przepraszam! – pisnęła szatynka, gdy tylko wstała i zlokalizowała właściciela straganu.
Nie wyglądał na zachwyconego.
Ariene najpierw otworzyła usta, by odpowiedzieć na pytanie ich marudnej towarzyszki. Potem zastygła tak, widząc, co też ona zrobiła. Na końcu jeszcze uniosła wysoko brwi, przez co na krótki moment przestała sobą zdradzać jakiekolwiek oznaki inteligencji.
Sama nie ogarnęła, co się działo, ale ktoś był od niej szybszy. Musiała przyznać, że naprawdę działał jej na nerwy.
Caleb z lekko zdegustowaną miną stanął przy straganie i zmierzył kupca nieprzychylnym spojrzeniem, jakby to on potrącił i wywrócił kosz, a teraz wszystko zwalał na tę biedną, niewinną duszyczkę.
– Proszę jej wybaczyć niezdarność – mruknął zdawkowo, sięgając do skórzanej torby i wyjmując z niej sakiewkę.
– Ta dziewucha właśnie rozsypała mój to…! – zaczął wzburzony mężczyzna, gestykulując spektakularnie, ale umilkł, kiedy Caleb uniósł na niego spojrzenie.
Ariene pożałowała, że stał do niej plecami, chciała zobaczyć, jakim wzrokiem poczęstował kupca. Musiał być nadzwyczaj wymowny, skoro zamknął mu jadaczkę.
– To na wspomożenie miłosierdzia, ewentualnie gwałtownej i niespodziewanej amnezji – skwitował jeszcze bardziej zdegustowany, wysupłał z sakiewki kilka monet i rzucił mężczyźnie; na jego twarzy nie pojawił się nawet cień uprzejmości.
Kupiec przeliczył otrzymaną kwotę.
– To nie wystarczy na pokrycie szk… – spróbował znowu, zadowolony, że trafił mu się taki naiwny, który się nawet nie kłóci.
– Nie? – spytał po prostu Caleb.
Mężczyzna zmarszczył czoło i się zająknął.
– Muszę zaznaczyć, że zdeptanie przez ludzi oraz wyturlanie w błocie niewiele zaszkodziło ich i tak wątpliwej jakości. Właściwie jest mi pan winien osiemdziesiąt srebrników reszty, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi – skwitował, opuściwszy ręce wzdłuż ciała, jakby właśnie się poddał.
Kupiec jednak chyba czuł się bardziej poddany niż Caleb, który nadal nie spuszczał z nieznajomego fascynującego Ariene spojrzenia.
– Nie było sprawy – burknął wreszcie.
Myśliwy skinął krótko głową i przeniósł wzrok na biedną Leanelle, uśmiechając się do niej lekko, niewymuszenie i zdawkowo, jak to on. Ariene skrzyżowała ręce na piersiach, czekając, aż dołączą.
– W porządku? – spytał krótko dziewczynę, po czym obrócił się i spojrzał na wiedźmę, wyczuwszy, że ona się mu przygląda.
Nie wytrzymała i pokazała mu język. Cholerny idealista.
Caleb uśmiechnął się szerzej i o wiele bardziej złośliwie. Pieprzony gnojek.
Leanelle wytrzeszczyła oczy tak bardzo, że prawdopodobnie zajmowały więcej niż połowę jej twarzy. Zamrugała i zadrżała lekko, wyjątkowo przestraszona tym, że zwróciła na siebie uwagę. FACETA.
Wprawdzie na razie nie wydawał się być groźny, ale to nie zmieniało faktu, że był mężczyzną – zdecydowanie nie powinien wiedzieć o jej istnieniu, a co dopiero jej pomagać! Przełknęła ślinę, pokiwała nerwowo głową i jeszcze bardziej zdenerwowana poprawiła grzywkę, bo od tych gwałtownych ruchów spadła jej na oczy.
Dużo łatwiej jej było, kiedy odwrócił wzrok. Wtedy przestała być tak trupio blada, chociaż nadal pochylała ramiona i starała się zniknąć.
– Dziękuję – rzuciła przesadnie szybko.
Ogólna panika została przerwana, gdy dziewczyna usłyszała wyjątkowo niezadowolony skrzek. Przypomniała sobie o swoim podopiecznym, rozejrzała się dookoła i uniosła brew. Wreszcie uśmiechnęła się rozbawiona i podniosła z ziemi wiklinowy koszyk po jabłkach, wyzwalając tym samym wyjątkowo oburzonego Hessana.
Stworek prychnął, warknął, wyprostował sztywno ogon i dumnie wzbił się w powietrze; siadł na ramieniu dziewczyny, odwracając łebek w drugą stronę. Innymi słowy Hessan strzelił focha. Leanelle pacnęła go po nosie, jednocześnie zastanawiając się, jak ma niby oddać Calebowi pieniądze, skoro nie posiadała żadnych. Mogłaby mu to wytłumaczyć, ale wtedy musiałaby się do niego odezwać – ta opcja nie wchodziła w rachubę.
Może Anabde jej pomoże.
Anabde nie zareagowała, znowu. Skinęła tylko głową Calebowi, jakby w podziękowaniu za wyratowanie podopiecznej, po czym objęła się ramionami i bez słowa czekała, aż kontynuują wędrówkę. To było dziwne, Leanelle zaczęła się o nią poważnie martwić. Tylko bała się zapytać.
Myśliwy przytaknął krótko, nie zwracając już na dziewczynę większej uwagi, i wrócił do pozostałych pań, przymrużając dziwnie oczy. Chwilę mierzył się spojrzeniem z niezadowoloną Ariene, aż wiedźma sapnęła.
– Nie patrz tak na mnie – zbuntowała się, zerkając ponad jego ramieniem, czy Leanelle idzie do nich nadal w jednym kawałku.
– Wyciągam wszystkie mroczne sekrety z twojej duszy, nie ruszaj się – polecił przerażającym, niskim, pełnym mistycznej nuty głosem, od którego Ariene autentycznie przeszyły lodowate dreszcze; znieruchomiała.
A potem fuknęła jak rozjuszona kotka i cała się zjeżyła, gromiąc go wzrokiem.
– Kretyn! – zirytowała się w pierwszej chwili.
Caleb uśmiechnął się tylko triumfalnie i znów przeniósł wzrok na tłum, zdając się nie dostrzegać niczego. Wiedźma już się nauczyła, że to oznaczało, iż właśnie zauważa dosłownie wszystko.
Ale ona go nie znosiła.
– Ruszajmy, zanim urwę mu łeb przy samej dupie – warknęła rozeźlona i poszła przodem, tym razem tłum rozganiając gniewnymi pomrukami.
Skutkowało, całkiem porządnie, trzeba przyznać, dlatego tempo się zwiększyło. Atmosfera także się nieco rozluźniła, a Ariene wróciła do bezwiednego rozglądania się dokoła w pewnej irracjonalnej, niecierpliwej nadziei, choć wiedziała, że to jeszcze nie tu.
Kiedy dostrzegła w tłumie płową czuprynę, serce raczyło jej wywinąć orła i chyba wywrócić się na lewą stronę; to nie mogło być dobre dla układu krwionośnego.
– Pudło – zakomunikował niedbale Caleb, wzruszając ramionami.
Uchwyciwszy jego triumfalne spojrzenie, wiedźma wyobraziła sobie, jak spory pulsar energii uderza w jego twarz, rozpłaszcza ją, a potem odrywa od ciała. Razem z głową.
Przy samej, kurwa, dupie.
– Patrzyłam na stragan – syknęła takim tonem, że wszelka dyskusja była wielce niewskazana.
Tej lekcji Caleb jeszcze nie pojął.
– Nie wiedziałem, że interesuje cię garbarstwo. Co powiesz mi o tej króliczej skórce? Jak dla mnie zdjęta topornie, ktoś chyba ma niecierpliwe ręce – mruknął, nawet nie zerknąwszy w odpowiednią stronę; Ariene wiedziała, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaki tam jest kram.
Ona nie. Popatrzyła szybko, ledwie przez ułamek sekundy.
– A widzisz, nie przyglądałaś się straganowi – pokonał ją bez najmniejszego trudu i zacmokał ze zdegustowaniem. – Kłamliwa wiedźma.
– Zabiję cię, a w majestacie prawa nawet mnie ułaskawią. Zostanę męczennikiem i ugości mnie u swego boku sam Silthe w nagrodę za znoszenie ciebie – warknęła niskim głosem, pochylając groźnie głowę.
Caleb uśmiechnął się do niej przewrotnie, co tylko bardziej Ariene rozjuszyło.
Niespodziewanie Anabde zatrzymała się, zmarszczyła czoło i przeniosła na wiedźmę jedno z tych swoich przeszywających spojrzeń. Szukała w tłumie Cadora, tak? I dziwnym trafem nalegała, by całą grupa udali się na targ, pomimo głośnych sprzeciwów Leanelle i własnej wyraźnej niechęci do tego zamieszania? Ciekawe. I to zdenerwowanie, gdy przedłużało się ich wyjście, jakby gdzieś jej się spieszyło.
Anabde przymrużyła oczy, zapadła chwila nieprzyjemnej ciszy.
– Chyba się spieszymy – mruknęła wreszcie.
Niech będzie, powstrzyma się od zapytania o miejsce i czas spotkania, grzecznie uda się tam z całą grupą. Nie powie też wprost, że zrozumiała, niech pozostała dwójka trwa w nieświadomości, o ile sami się nie domyślili. I nie da po sobie poznać, że to wszystko przestało jej się podobać – bo dlaczego Ariene jej nie powiedziała? Co, chciała zrobić niespodziankę? Kiepskie.
Ruda zacisnęła wargi i nadal patrzyła wprost w szafirowe oczy przyjaciółki, nie skrywając swojej podejrzliwości.
Leanelle spojrzała na nekromantkę dziwnie, zastanawiając się, czy towarzyszka postradała zmysły. Co się taka niecierpliwa zrobiła? I nieprzyjemna? Silthe, może coś ją ugryzło.
Zerknęła nieprzychylnie na Hessana, ale ten obniżył łebek i spojrzał na nią tak, jakby mówił „co złego to nie ja!”. Dziewczyna westchnęła, pogłaskała go po nosku i uznała, że to nieważne, byle rzeczywiście się pospieszyli. Nie chciała tu być.
Caleb z uprzejmym zainteresowaniem przyjrzał się obu paniom, które mierzyły się intensywnymi spojrzeniami – Ariene nie pozostała Anabde dłużna i wcale postawa nekromantki jej nie speszyła.
W końcu prawdziwy strateg i tak dalej, zresztą zawsze był plan awaryjny. Zawsze wymyślała go na ostatnią chwilę, ale był!
– W rzeczy samej – odparła bez zająknięcia, uśmiechając się kącikiem ust. – Niektórzy bardzo szybko uciekają, lepiej dostrzec ich pierwszych – oznajmiła, wzruszając lekko ramionami, nader niefrasobliwie. – Zwłaszcza w takim tłumie mogą się szybko zgubić – mruknęła, obróciła się i przeszła kolejne kilka kroków.
Niezbyt daleko, ot, ledwie parę metrów. Chyba nawet nie wystarczyło to, by Anabde przeanalizowała słowa wiedźmy i wysnuła swe spiskowe teorie – na pewno zdecydowanie trafne, bo Ariene nigdy nie starczało cierpliwości, by plany doprowadzić perfekcyjnie do samego końca. A już zwłaszcza nie w takim momencie.
Znieruchomiała na kilka sekund, ogarniając spojrzeniem nieruchomą wśród płynącego tłumu grupę. Dostrzegła młodego, nieco spłoszonego chłopaka osłaniającego się rozpaczliwie przed czyimiś rękami – ręce dochodziły do mało dziewczęcego ciałka zwieńczonego rozczochraną, rudą czupryną. Nieopodal śmiał się z nich białowłosy młodzieniec, przyglądając się scence ze szczerym rozbawieniem. Kawałek dalej dostrzegła czyjś łokieć, rękę trzymał w kieszeni spodni – domyśliła się, kto to, ale jej spojrzenie prześlizgnęło się po postaci bez większego zainteresowania.
Nawet nie zarejestrowała cichego, nieco zduszonego pisku, który wyrwał się jej z gardła na jego widok.
Skoczyła biegiem przez tłum, by przebyć te ostatnie metry. Prześlizgnęła się sprawnie między starym małżeństwem, przez przypadek potrąciła babinkę, nadepnęła szczupłego chłopaka i prawie potknęła się o biegające między nogami matki dzieci. Ale miała doświadczenie w lawirowaniu między ludźmi, dlatego dotarła na miejsce na tyle szybko, że prawie nikt nie zdążył się zorientować, kto atakuje.
Bez najmniejszego zastanowienia zarzuciła Cadorowi ręce na szyję, manifestując swoją radość w najbardziej spontaniczny i głupi sposób, w jaki tylko mogła. Ale zupełnym przypadkiem wyłączyła racjonalne myślenie, tak niesamowicie uradowana jego widokiem – całego, zdrowego oraz radosnego – że nie potrafiła się ogarnąć.
– O – podsumowała Aithne, na chwilę przestając mordować Aidana.
Zaraz tknęło ją przeczucie, napięła się i cofnęła kilka kroków do Erriana, przeczesując spojrzeniem tłum.
Zaskoczenie obrońcy nie jest zadaniem łatwym, a jednak jej się udało. Może był zbyt rozkojarzony, może myślał o nie wiadomo czym, ale nie spodziewał się, że ktoś nagle rzuci mu się na szyję.
Odwrócił głowę w jej stronę w ostatniej chwili, zobaczył utęsknioną twarz na moment przed tym, jak ukryła się w jego ramieniu. Ariene. Poczuł, jak przyjemne ciepło i trudna do określenia ulga rozchodzą się po całym jego ciele, nie mógł powstrzymać szczęśliwego uśmiechu. Przymknął oczy i przytulił ją mocno do siebie, szepcząc jej imię. Była tutaj.
W następnej chwili objął ją pewniej, podniósł i obrócił dookoła własnej osi, nim postawił na ziemi, by móc spojrzeć na tak dawno niewidzianą twarz. Pobłądził po niej spojrzeniem, jakby porównywał rzeczywisty obraz z tym, jak ją zapamiętał. Nadal się uśmiechał, wreszcie spojrzał w szafirowe oczy, przytulając dłoń do twarzy kobiety.
– Nareszcie – mruknął, jednym spojrzeniem wyrażając wszystkie uczucia, jakie właśnie nim zawładnęły.
A potem pomyślał sobie, że powinien się opamiętać; zainteresował się resztą grupy, zerknął przelotnie na Caleba, Anabde i nieznajomą dziewczynę, potem upewnił się, że Aithne nigdzie nie zwiała.
Ale jakoś... nie potrafił na dłużej oderwać wzroku od Ariene. Naprawdę, cholera, tęsknił.
Anabde tylko uniosła zaskoczona brew, gdy Ariene niespodziewanie ruszyła w tłum. Stłumiła wszelkie wątpliwości, jakie nieśmiało odezwały się w jej głowie, po czym spokojnie podążyła śladem wiedźmy. Nawet nie obejrzała się na Caleba i Leanelle.
Wreszcie ich znalazła, przekonawszy się tym samym, że przejrzała wiedźmę. Zatrzymała się w stosownej odległości i zmierzyła krytycznym spojrzeniem całą grupę. Wtedy serce jej stanęło. Drgnęła nerwowo, otworzyła szerzej oczy i zapragnęła natychmiast stamtąd zniknąć, uciec, udać się byle jak najdalej.
To... Sheridan. Nie mógł tu być, nie mogła go spotkać, za często o nim myślała przez tych kilka miesięcy, za bardzo brakowało jej jego dotyku. Nie chciała tego, to było przerażające, przecież miało się skończyć.
Odwróciła się błyskawicznie, chcąc zniknąć w tłumie, nim zostanie zauważona, gdy natrafiła na zaniepokojone spojrzenie fiołkowych oczu Leanelle.
... Kurwa mać.
– Anabde? – zapytała nieśmiało dziewczyna, wpatrując się w towarzyszkę w osłupieniu.
Zawsze martwiło ją to, że u Anabde trudno było wychwycić prawdziwe emocje; teraz okazało się, że ich natłok jest jeszcze straszniejszy. Dojrzała w szarych oczach panikę, jakby patrzyło na nią wystraszone, dzikie zwierzątko, które przypadkiem trafiło do miasta.
Zorientowała się, że stanęła nekromantce na drodze: w pierwszej chwili bała się, że zostanie z niej zmieciona, w następnej poczuła się winna zrezygnowaniu przyjaciółki. Anabde wyglądała, jakby coś ją bardzo bolało i bardzo przerażało, a przecież Anabde nigdy nie odczuwała strachu.
Dłuższą chwilę mierzyła Leanelle spojrzeniem. Już nie mogła uciec. Zbierała w sobie siły, by wreszcie, po uspokojeniu się kilkoma głębokimi wdechami, odwrócić się do drużyny. Przybrała najtrudniejszą do przejrzenia maskę, na jaką było ją stać, zadarła wysoko brodę i podeszła o krok czy dwa. Na więcej nie zebrała sił.
A potem została dostrzeżona przez Aithne. Najpierw dało jej to ulgę, zniknął ten irracjonalny strach o losy przyjaciółki, nawet kącik ust drgnął, nieznacznie się unosząc. Ale potem... Upadła nie wyglądała na zachwyconą jej przybyciem. Wyglądała, jakby bardzo ją to przeraziło. To był ostateczny cios.
Aidan wytrzeszczył oczy, obserwując zamieszanie. Chwilę przyglądał się wszystkiemu, głowiąc się nad tym, co się działo i co to byli za ludzie, po czym złapał się za głowę i potoczył dokoła błędnym spojrzeniem.
– To nie może dziać się naprawdę – wychrypiał zdruzgotany.
Errian roześmiał się, słysząc jego przerażenie. No tak, że on wtedy z tamtej karczmy nie uciekł… a w towarzystwie znajdował się jeszcze Larkin i Revelin!
Uśmiechnął się do wspomnień i dostrzegł Anabde; spiętą Anabde, za dobrze ją poznał, by tego szczegółu nie dostrzec. Potem zorientował się, że ma tuż przed nosem równie spiętą Aithne.
Sięgnął dłonią do ramienia upadłej.
– Nie! – warknęła spanikowana dziewczyna i uskoczyła przed dotykiem młodego maga, obrzucając go wściekłym spojrzeniem.
Rozejrzała się za kimś, u kogo mogłaby się schować, ale Cador był zajęty, Larkin nie przybył z pozostałymi, Errian nie, bo nie, Sheridan – chyba kpicie, a ten koleś w ciapki wyglądał jej podejrzanie.
Czas się zmywać.
Zawróciła, wypatrzyła lukę między straganami i już miała dać w nią nura, kiedy poczuła silny chwyt na kołnierzu i ktoś podniósł ją jak niesfornego szczeniaka. Zawarczała; jej pełne furii spojrzenie natrafiło na kpiąco rozbawiony wzrok zielonych oczu.
Pieprzony łowca.
– Nie dasz nogi po tym, jak się wysilałem, by tego dzieciaka tu ściągnąć – oznajmił Aithne z trochę niehumanitarną satysfakcją i puścił ją dokładnie na widoku.
Upadła wyglądała przez chwilę jak kupka nieszczęścia.
Sheridan spojrzał na Anabde, by zaraz obdarzyć dokładnie takim samym spokojnym, prawie bezosobowym wzrokiem pozostałych towarzyszy nekromantki. Jakby była jedną z tłumu, jedną z wielu. Zmrużył oczy, lokalizując Ariene.
– Komuś chyba trzeba przetrzepać skórę za tę intrygę – skwitował niższym głosem.
– Ekhm, zostaw to osobom do tego stworzonym – zaproponował Errian i poklepał Sheridana po ramieniu, lekko stając na palcach, by tego dokonać.
Nie wiedział czemu, ale poczuł, jak atmosfera między zebranymi bardzo groźnie tężeje i napina się, jakby miała zaraz eksplodować. Nie chodziło tu tylko o spanikowaną Aithne; zerknął na przyjaciela.
Podła wiedźma jednak nie raczyła się przejąć tym, że ktoś pragnie przetrzepać jej skórę. Najpierw przyjrzała się uważnie twarzy Cadora, nie mogąc opanować szczęśliwego, szerokiego uśmiechu, potem przesunęła dłonie z jego karku na ramiona, wzrok ześlizgnął się z oczu obrońcy. Przyjrzała się jego klatce piersiowej.
– W porządku? – spytała z troską, niepomna na rosnące za jej plecami niepokoje.
– Gdyby nie było w porządku, nie kręciłby tobą we wszystkie strony świata, kłamliwa, okropna wiedźmo – zakomunikował Caleb, obszedłszy towarzystwo i ustawiwszy się po stronie Cadora oraz Ariene, których znał najlepiej.
Nie lubił obcych.
Leanelle stanęła koło Anabde i spojrzała na nią zmartwiona, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje – a chyba działo się coś nieprzyjemnego. Hessan również to wyczuł, zaburczał nisko, po czym przyczaił się na ramieniu swojej pańci, jakby szykował się do skoku. Bursztynowe ślepia zalśniły naprawdę niebezpiecznie, a Leanelle aż syknęła, jak wbił w nią niezbyt okazałe pazury.
Pobłądziła przerażonym spojrzeniem po wszystkich nieznajomych, a każda osoba przyprawiała ją o większy strach. Gdy zerknęła na najwyższego z nich, mężczyznę o długich włosach i zielonych oczach, coś ścisnęło ją nieprzyjemnie w żołądku.
– Ojejku – wyrwało jej się drżącym głosem.
W co ona się wpakowała?
Cador kiwnął głową i powiódł rozbawionym, a przy tym bardzo zadowolonym spojrzeniem od Ariene do Caleba i z powrotem. Teraz, z nimi obok, wszystko było tak, jak być powinno.
– Liczyłaś, ile razy chciałaś go zabić? – zainteresował się ze śmiechem, bo gdyby nie był przyzwyczajony do specyficznego poczucia humoru przyjaciela, prawdopodobnie sam miałby ochotę dokonać mordu.
Jednak znał go wystarczająco długo, by zareagować na jego słowa pogodnie – prawdopodobnie na szczęście dla wszystkich, bo ich walka nie mogłaby skończyć się dobrze.
– Nie jest aż taka okropna – rzucił do niego, mrużąc błyszczące szczęściem, jasnozielone oczy.
Oj, obaj chyba wiedzieli, jak bardzo nie była okropna w odczuciu Cadora, ale o tym sza.
Anabde zagryzła wargę, nieświadomie zaciskając dłoń w pięść. Poczuła nagły przypływ irytacji, jednak powstrzymała się od obdarzenia Ariene pełnym wyrzutu spojrzeniem. Nie dawała niczego po sobie poznać, a szczególnie tego, jak bardzo osobiście odebrała całą sytuację. I jak bardzo zabolało ją zachowanie Aithne.
Zerknęła kątem oka na Leanelle i posłała jej mało przekonywujący, krzywy uśmiech. Dziewczyna w odpowiedzi uśmiechnęła się pocieszająco, by następnie skulić się w sobie i objąć ramionami.
– Ehem – zabrał głos Errian, widząc, że towarzystwo trzeba ogarnąć, zanim wszyscy spanikują i zaczną biegać w kółko z wrzaskiem.
Czy coś w tym guście. Przynajmniej Aidan pozieleniał niepokojąco na twarzy.
– Skąd wy tu? – zainteresował się z niedowierzaniem, uśmiechając się do Anabde; podobnym uśmiechem obdarzył Leanelle, zaraz także Caleba, choć ich nie znał. – A zresztą, powiecie za chwilę, nie na tej ruchliwej ulicy. Errian Souen – przedstawił się i wyciągnął dłoń do przestraszonej właścicielki małego smoka, ale jeden syk Hessana wystarczył, by młody mag płynnie wycofał się z zamiaru, nadal uśmiechając się pogodnie.
Ten sam manewr powtórzył z Calebem, tylko tym razem pełne dezaprobaty spojrzenie myśliwego wystarczyło, żeby Errian zaniechał działań.
– Wszyscy się chyba zarazili od ciebie – mruknął z wyrzutem do Sheridana.
– Twoje rozterki doprawdy mnie urzekają – skwitował nieprzyjemnym głosem łowca i rzucił młodemu magowi miażdżące spojrzenie.
On nawet nie mrugnął, tylko uśmiechnął się szerzej i pogodniej. Tworzyli przedziwny duet, jak szybko i wprawnie ocenił Caleb. Ogółem towarzystwo było barwne.
– Ariene, wypadałoby ogarnąć sprowokowane zamieszanie – bezlitośnie zaproponował myśliwy, nie do końca zdając sobie sprawę, że stawia to wiedźmę w złym świetle.
W świetle, dla współczesnego porównania, rozpędzonego tira.
– Nie było sensu liczyć – rzuciła do Cadora, uśmiechając się kolejny raz w swój najładniejszy sposób, zupełnie bezwiednie, po czym obróciła się do pozostałych, ogarniając spojrzeniem zamieszanie. – No już, wściekły Przeklęty, przestraszyłam się, pasuje? – prychnęła, uchwyciwszy wzrok Sheridana.
– Sher – mruknął krótko Errian, widząc, że łowca ma zamiar zareagować na zaczepkę.
– Szlag by cię – odparł przyjacielowi i wcisnął ręce do kieszeni.
Aithne zgarbiła ramiona, przyglądając się wszystkim jak osaczone, przerażone zwierzę, które zapędzono w pułapkę. Prześlizgiwała się spojrzeniem po znajomych i obcych twarzach, utrzymując równomierny dystans od każdego, byle tylko nie przekroczyć niepisanej granicy poufałości.
– Ale proponowałabym uciekać z tego targu, zaraz mi łeb rozsadzi – skwitowała Ariene, najwyraźniej gotowa stawić czoła niezadowolonym, wyprowadzonym w pole przyjaciołom.
– Przy samej dupie? – zainteresował się uprzejmie Caleb.
Ariene warknęła wymownie.
– W takim razie proponuję tędy – odezwał się Errian, wskazując wiszący ponad głowami tłumu szyld najbliższej gospody.

2 komentarze:

  1. Caleb mi się podoba XD Bez niego byłoby zbyt utopijnie, nawet pomiędzy Aithne i Anabde XD
    Plus Sher dostaje +20 do zajebistości (zbiera mu się!) za złapanie Aithne w porę ^^ Chłop jak dąb <3 Biedna Ariene, będzie miała przechlapane?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcesz powiedzieć, że Caleb wprowadza element ponurości? xDD
      No bo Sher nie jest taki zły. Po swojemu się martwi o Erriana! I w ogóle xD
      Łe, podła wiedźma umie się uratować przed tarapatami ^^

      Usuń