Rzadko kiedy
układał sobie perfekcyjnie dopracowane plany. Zazwyczaj ustalał najważniejsze
podpunkty, a resztę pozostawiał losowi. Okazje zawsze się nadarzały, trzeba
było tylko umiejętnie je wykorzystać.
Teraz na
przykład nadarzyła się idealna okazja, by przygrzmocić wysokiemu najemnikowi
prosto w bliznowatą gębę. Okazję, rzecz jasna, wykorzystał całkiem zgrabnie, aż
się mężczyzna obrócił dookoła własnej osi.
– Cador! –
usłyszał czyjś oburzono-zaskoczony głos; niespecjalnie przejął się tym, do kogo
należał.
Zajął się
właśnie uchylaniem przed wyprowadzonym prawym sierpowym; padł na kucki i
podciął swego przeciwnika, uśmiechając się z zadowoleniem.
Byli na środku
dość ruchliwej ulicy nieopodal targu – mieli więc sporo gapiów. Obrońca
usłyszał gdzieś w tle, że postanowiono zawołać strażników. Idealnie! Właśnie o
to mu chodziło.
Zdecydował się
wykorzystać tę sprowokowaną (o co w ogóle poszło? O drobnostkę, normalnie nie
dałby się wciągnąć w idiotyczną walkę) potyczkę jako trening, wobec tego
wyprostował się szybko i uderzył. Najemnik nie zablokował go i otrzymał kolejny
solidny cios, aż przewrócił nieprzytomnie oczami, chwiejąc się na nogach.
Nudy. Gdzie ci
poważni wojownicy, których nie tak łatwo było pobić?
Potem wpadła
mu do głowy irytująca myśl. Jak wiarygodnie ma się dać złapać strażnikom?
Pewnie ich umiejętności nie będą najwyższe. Gdy wyprowadzał cios w punkt
witalny pod uchem przeciwnika, w głowie zarysował się mu kolejny plan. Tak, to
powinno się udać.
Aithne stała
nieruchomo jeszcze kilka chwil, patrząc na to wszystko wytrzeszczonymi oczami.
Nie zwróciła uwagi na Aidana, który po pierwszym odruchu interwencji drgnął
nagle i wycofał się kilka kroków w tłum gapiów, wlepiając w swojego nauczyciela
czujne spojrzenie.
Upadła
próbowała skojarzyć jakiekolwiek fakty, ale nic nie trzymało się kupy – na
cholerę Cador wszczynał tę bójkę, przecież on nigdy nie robił takich rzeczy!
Potem coś
zaskoczyło, dziewczyna pochyliła głowę i warknęła groźnie, widząc, że do
potyczki włączają się kumple dryblasa. Odbiła się od ziemi, zgarbiła ramiona i
wbiła się z rozpędu w brzuch przeciwnika, pozbawiając go tchu. A siebie
równowagi, przez co usiadła na bruku, ale szybko się zerwała i zaatakowała
pierwszego z brzegu mężczyznę.
Co z tego, że
nie rozumiała? Musiała pomóc przyjacielowi za wszelką cenę, nieważne, o co
poszło, z jakiego powodu i czy to w ogóle miało sens. Tak właśnie widziała
przyjaźń, dlatego kiedy oberwała w splot słoneczny i zachłysnęła się
powietrzem, kuląc się, nie postanowiła się wycofać. Poczekała, aż drab złapie
ją za kark, a wtedy wylewnie kopnęła go w szczękę. Szlag by to, naciągnęła
sobie mięsień.
Cador
uśmiechnął się pod nosem, było to jednak na tyle subtelne, że niezauważalne.
Dla niego walka ta stanowiła łatwiznę, wręcz przyjemność, no i nie musiała
pochłaniać stu procent jego uwagi.
Cały czas
interesował się tym, co się działo dookoła, dlatego natychmiast zauważył
nadejście gwardzistów. Na ich widok jego przeciwnik uśmiechnął się bardzo
szeroko, ewidentnie zadowolony z takiego obrotu spraw. Czyżby miał wtyki w
straży? Idealnie!
Strażnicy
właśnie postanowili włączyć się do walki, toteż przyszedł czas na realizację
drugiego planu. Cador wykonał zgrabny unik, po czym zachwiał się i z
niesamowitą wprawą zagrał utratę oddechu. Przycisnął dłonie do klatki
piersiowej i otworzył szeroko oczy, z trudem łapiąc powietrze. Strażnik
obdarzył go nieprzychylnym spojrzeniem, chwycił za ramię i szarpnął ku górze;
Cador nadal wyglądał, jakby miał zaraz zasłabnąć i się przewrócić.
– To on nas
zaatakował. Szturchnął Grubego Toma, a potem jeszcze się burzył – poinformował
mężczyznę przeciwnik Cadora, nieco przekręcając prawdę.
Ale to dobrze,
bardzo dobrze.
– I na co ci
to było, gnojku? – warknął strażnik, szarpiąc obrońcą.
Ten nabrał
głośnego wdechu, jakby miał z tym ogromne problemy, po czym zmierzył strażnika
nienawistnym spojrzeniem.
– Zostaw go! –
fuknęła Aithne i przepchała się przez zebranych, wypadając tuż przy trzymającym
Cadora gwardziście.
Ciemne oczy
błyszczały groźnie, kiedy dźgała mężczyznę w napierśnik, najwyraźniej nie
czując żadnego respektu bądź szacunku przed mundurem.
– Nie widzisz,
że ledwo dyszy? W ogóle co to za ustawka, rzucili się na niego całą grupą! –
zapiekliła się, miażdżąc wszystkich spojrzeniem, jakby chciała ich zaraz w
pojedynkę pokonać.
Strażnik
przyjrzał się jej krytycznie, po czym kiwnął głową na jednego ze swoich
kompanów. Ten natychmiast chwycił Aithne za ramiona i przytrzymał silnie, nie
pozwalając uciec.
– Spróbujcie
tylko nas wrzucić do cel, to zobaczycie – zagroził Cador, mrużąc z nienawiścią
oczy.
Jego twarz
wykrzywiał grymas bólu, a ręce nadal silnie uciskały klatkę piersiową, jakby
bał się, że za chwilę stanie mu serce.
Ta wojownicza
i przy tym nieco szczeniacka postawa raczej nie pasowała do mimo wszystko
rozsądnego Cadora – ale Aithne nie mogła o tym wiedzieć. Poznała go jako
porywczego i cisnącego się pod ostrze obrońcę, może więc też mieć go za głupka.
Dla dobra
sprawy.
– Spróbujcie tylko nas wrzucić do cel –
przedrzeźnił go strażnik. – Trzęsę portkami.
– Kurwa –
warknął Cador, uderzając ramieniem o zimną posadzkę celi.
Powiedział to
na tyle głośno, by zgrabne określenie doszło nie tylko uszu strażnika, ale
również Aithne, która właśnie była prowadzona do innej, znajdującej się po
drugiej stronie korytarza celi. Strażnik trzasnął kratą i zamknął kłódkę,
obrońca zaś usiadł po turecku i otrzepał się z kurzu.
A potem, wbrew
okolicznościom, uśmiechnął się bardzo szeroko.
Aidan
przemaszerował kolejną ulicę, ledwo łapiąc oddech. Nie do końca rozumiał, na
czym polegają te całe podchody, ale skoro Cador zostawił mu tak ważne zadanie,
jak ściągnięcie na pomoc określone osoby, to nie mógł dać ciała. Właśnie z tego
powodu nie mieszał się do walki, przyglądając się jej z lekkim przerażeniem,
jednak pozostawał bezsilny.
Podobnie jak
teraz, kiedy już drugą godzinę biegał po mieście z wywalonym jęzorem, próbując
zlokalizować zguby.
Dwóch
mężczyzn, powiedział Cador. Białowłosy oraz szatyn, z czego szatyn powinien
wystawać niczym topola nad tłumem. Szukał topoli, ale topoli nie było, sam tłum
tylko i wyłącznie. Aidan zaczął się martwić. Cadora i Aithne wsadzili do
więzienia, nikt za nich nie wpłaci grzywny, będą tam siedzieć, aż się komuś
odwidzi, jeśli on nie podoła.
Szlag by to.
Szlag by to. Szlag by…
Stęknął, kiedy
odbił się od kogoś twardego, zachwiał się i usiadł. Nad sobą usłyszał
niezadowolone westchnienie; potrząsnął głową, przeganiając czarne plamy sprzed
oczu, i zadarł brodę, przenosząc wzrok na tego, w kogo wpadł. Serce zabiło mu
szybciej, podskoczyło do gardła, po czym spadło w okolice stóp.
Nie, to nie
była ładna dziewczyna.
Stał nad nim
wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Spoglądał na niego z góry, wzrok zielonych
oczu przeszywał na wylot, był przerażający, jakby nieznajomy mógł Aidana
zmiażdżyć jedną tylko myślą. Długie ciemnobrązowe włosy chyba związał w kitkę
na karku, przynajmniej tak to wyglądało z tej pozycji. Biedny chłopak przełknął
nerwowo ślinę, zastanawiając się, na co mu to wszystko.
I wtedy został
uratowany. Zza mężczyzny wyszedł białowłosy młodzieniec, przyjrzał się Aidanowi
ze zdumieniem, zerknął na swojego towarzysza, po czym uśmiechnął się do poszkodowanego
i podał mu dłoń, żeby pomóc wstać.
– Cóż,
niezauważenie mojego przyjaciela jest dość trudne, ale może się zdarzyć każdemu
– rzucił pocieszająco, kiedy Aidan otrzepywał się nieporadnie z kurzu. – W
porządku? – zainteresował się jeszcze.
– Mhm –
mruknął niepewnie i zerknął uważnie na duet, jaki się mu przypadkiem trafił;
nie był w końcu pewien, czy to naprawdę oni.
Białowłosy i
szatyn niczym ta topola. Rzeczywiście, Aidan musiał zadzierać głowę, żeby
spojrzeć mu w oczy, czyli chyba trafił. Cador uprzedzał, że powinien się
przedstawić, inaczej za jasną cholerę nie namówi ich do współpracy. Ciekawe,
czy to tak samo podejrzany element, co Aithne. Wyglądali groteskowo – jeden
mordował spojrzeniem, drugi uśmiechał się przyjaźnie, szaleństwo.
– Nazywam się
Aidan – oznajmił, prostując się sztywno.
Białowłosy
uniósł brew w zdumieniu i zerknął na towarzysza, wyraźnie pytając go niemo, na
jaką cholerę dzieciak się im przedstawił. Ale szatyn zareagował nieco bardziej
przyjaźnie, przywracając Aidanowi nadzieję.
Skinął głową,
patrząc wyczekująco.
– Mój
nauczyciel trafił do więzienia wraz ze swoim przyjacielem. – Aidan nie miał
pojęcia, czemu zabroniono mu wspominania o Aithne, pozwolono tylko nazywać ją
„przyjacielem”, ale skoro kazano, to trzeba wykonać. – Powiedział, że możecie
mu pomóc.
– Nauczyciel?
– zdumiał się białowłosy i szturchnął towarzysza łokciem w żebra, wyraźnie
żądając wyjaśnień.
Szatyn
uśmiechnął się kącikiem ust i Aidan poczuł, jak po plecach przebiegają mu
lodowate, bardzo nieprzyjemne ciarki. Przełknął ślinę.
– Cador
wpakował się do pierdla. Ktoś musi go wyciągnąć z bagna – oznajmił niedbale
mężczyzna, wcisnął ręce do kieszeni i ruszył.
Swe kroki
skierował do aresztu, od którego dzieliło ich kilka ulic. Białowłosy i
spłoszony Aidan podążyli za nim, z czego ten pierwszy nadal nie mógł otrząsnąć
się z zaskoczenia, a drugi z przerażenia.
Aithne skuliła
się na posadzce w samym rogu celi, objąwszy kolana ramionami. Pomieszczenie
było małe i ciemne – to wystarczało, by jakiekolwiek logiczne myślenie
szwankowało i aby straciła całą swoją brawurę. Zwykle nie dałaby się tak po
prostu uziemić, ale musiała wziąć poprawkę na Cadora, który wyraźnie gorzej się
podczas walki poczuł i nie zdołałby się uwolnić wystarczająco sprawnie. Ona
natomiast nie chciała używać magii, nauczyła się, by ukrywać swoją tożsamość
tak długo, jak to tylko możliwe.
Wzdrygnęła
się, słysząc w oddali echo kroków. W jej umyśle pojawiły się niewyraźne
sylwetki dawnych prześladowców, ujrzała błyszczące ostrze, błyszczące jej
krwią, dostrzegła triumfalny, dziki uśmieszek i jęknęła cichutko, kuląc się
jeszcze bardziej. Oby Aidan szybko wymyślił, jak ich stąd wyciągnąć – rozsądny
chłopak został na wolności, to dawało im jakiekolwiek szanse.
Chyba że
bardzo nie lubił swojego nauczyciela.
Miała
nadzieję, że za pobicia siedzi się krótko. Tyle razy walczyła z rosłymi
mężczyznami i wygrywała, a jeszcze ani razu za to nie siedziała. Pewnie osiłki
wstydziły się zaskarżać niedużą dziewczynę za uszczerbki na zdrowiu. To było
jej przewagą, ale kiedy postanowiła zrobić z siebie tarczę dla przyjaciela…
przerąbane. Zadrżała, czując panujący w celi chłód – a może to tylko jej się
wydawało, że jest tak zimno?
Spróbowała
unieść głowę, ale jej oczy zaatakowała ciemność, więc znowu ukryła twarz w
kolanach. Gdyby strażnik zajrzał przez kraty, ujrzałby najbardziej żałosną
kupkę nieszczęścia, jaką kiedykolwiek mógłby zobaczyć w swoim życiu. Pewnie
zastanowiłby się, co tu taka przerażona drobinka robi, może nawet by ich
wypuścili!
Genialny plan,
szkoda tylko, że nie była w stanie myśleć. Strach obezwładniał, nienawidziła
tego uczucia. Miała wrażenie, jakby ściany się na niej zaciskały w
śmiercionośnej pułapce.
Rozległ się
dziwny huk; znowu się wzdrygnęła. Chciała zawołać Cadora, ale miała za bardzo
ściśnięte gardło, dlatego porzuciła ten pomysł. Z trudem przełknęła ślinę,
uparcie wierząc, że to może tylko zły sen. Otworzy oczy za chwilę, rozejrzy się
i odkryje, że leży w łóżku w karczmie, że wszystko jest w porządku. Głupi
obrońca, po co się bił z tamtym półgłówkiem? Gdyby jeszcze istniał jakikolwiek
sensowny powód, no naprawdę…
Nie żeby ona
wszczynała bójki z powodów bardziej górnolotnych.
Kroki były
bliżej. Poruszyła się nerwowo, powoli tracąc rozeznanie między wspomnieniami a
jawą. Spróbowała mocniej wcisnąć się w kąt, ale graniczyło to z cudem, dlatego
musiała czekać.
Jeśli ktoś tu
przyjdzie, jeśli tu wejdzie, rzuci się na niego. Nie da się dotknąć. Nie
skrzywdzą jej znowu. Obroni się. Raz już uciekła, kiedy myślała, że to ostatnie
chwile jej życia, że przyjdzie jej zwyczajnie zdechnąć z wyczerpania. Nie
umrzeć. Wtedy przypominała dzikie, zaszczute zwierzę.
Bardzo
pożałowała, że Faryale mogła się z nią kontaktować tylko na niewielkie
odległości. W ogóle bardzo pożałowała, że jest tu taka przeraźliwie sama, w
ciemnościach, w ciasnej, zimnej celi. Aithne, stałaś się przerażająco słaba.
Kroki dotarły
do tego korytarza. Szykuj się na walkę.
Ale ucichły,
bo trzech mężczyzn maszerujących tą drogą zatrzymało się przy innej celi. Dwóch
stanęło trochę z tyłu, robiąc miejsce dla ostatniego, najwyższego z grupy – ten
zajrzał przez kraty w drzwiach i uśmiechnął się z przekąsem, widząc znajomą
osobę. Płowa czupryna odcinała się wyraźnie w półmroku, co niewytłumaczalnie
bawiło stojącego po drugiej stronie płyty szatyna.
– Przerąbane,
co, panie obrońco? – rzucił niefrasobliwie, jednocześnie sprawdzając, jak
porządne mieli tu zamki.
Porządne.
– Wziąłeś te
klucze? – zainteresował się, słowa kierując do towarzyszy.
– Eee,
strażnik nie miał ich przy sobie, przeszukałem go – zapewnił Aidan, rozkładając
bezradnie ręce.
– Trudno,
poradzimy sobie – pocieszył go białowłosy, uśmiechając się pokrzepiająco. – I
tak coś gładko szło, mało ich tu przebywa na wartach.
– Rzadko kiedy
ktoś próbuje uciekać z tego aresztu, tu trzymają do kilkunastu dni tylko –
wyjaśnił Aidan, wzruszając ramionami.
– To gdzie
twój przyjaciel, Cador? – zainteresował się szatyn, pochylając się, by
rozgryźć, jak się cholernego zamka pozbyć.
Ewentualnie go
rozwalić.
– Uciekł
oknem? – dodał zgryźliwie, na chwilę się wyprostowawszy.
Obrońca
uśmiechnął się lekko, ale w żaden sposób podejrzanie – ot, jakby cała sprawa
zamknięcia w więzieniu go bawiła, no bo jakby inaczej? Poradził sobie w
Perrianie, a go wpakowali za kraty za głupią bójkę, śmieszne.
– Ostatnia
cela – odpowiedział usłużnie, złośliwy komentarz szatyna taktownie ignorując.
Przeniósł
spokojne spojrzenie na Erriana i nic, ale to absolutnie nic nie mogło go
zdradzić. Co jak co, ale kiedy chciał, potrafił doskonale oszukiwać.
– Errian,
mógłbyś? Mój przyjaciel jest trochę... aspołeczny. Nie dogada się z nim. – Tu
kulturalnie kiwnął głową na łowcę.
Uniósł jeszcze
kąciki ust, uśmiechając się w dziękczynny sposób, jakby mag już przystał na
propozycję i ruszył na ratunek więźnia ostatniej celi.
Aidan
przyglądał się zebranym nieco przestraszony, zaczynając wątpić w Cadora oraz
jego znajomości. Nie potrafił orzec, jakich ludzi – o Silthe, a czy to są w
ogóle ludzie? – ściągnął tu na pomoc na życzenie obrońcy, ale czuł się przy
nich niepewnie.
Nawet ten
bardziej sympatyczny młodzieniec, Errian, zdołał biednego chłopaka
przestraszyć. Nie mógł się równać, co prawda, z tym całym Sheridanem, jednak…
no właśnie. Dobrali się w morderczy duet, a tu jeszcze w tym wszystkim on ze
swoim nauczycielem. I Aithne, która bije się lepiej niż większość najemników,
skąd ta dziewczyna się wzięła?
Tymczasem
Errian zmarszczył czoło i przeniósł wzrok na koniec korytarza, jakby się
zastanawiał, czy uwalnianie przyjaciela Cadora mu się opłaca. Sheridan przez
ten czas rozpracował zamek i właśnie miał go wyciągnąć razem z uchwytem
służącym za klamkę, kiedy dostrzegł, że mag nadal stoi w miejscu jak ostatni
kretyn.
Łowca szybko
doszedł do tego, że jeśli Aithne ma nie wyskoczyć przez okno, jak to chwilę
temu zasugerował, to do jej celi musi pójść tylko Errian. A temu nagle
przestało się spieszyć, kiedy od rudego rozczochranego dzieliło go ledwie
dziesięć, może dwadzieścia metrów. Ten chłopak naprawdę czasami sprawiał
wrażenie, jakby nikt nie obdarował go rozumem, co Sheridana bolało.
– No idź już,
dzieciaku, przecież lubisz aspołecznych – rzucił zirytowany i zmiażdżył Erriana
groźnym spojrzeniem.
Aidan, stojący
z boku i zignorowany przez łowcę, mimowolnie zadrżał, dostrzegłszy ten wzrok.
Tym bardziej bał się myśleć, kim oni są, gdy Errian popatrzył na Sheridana z
całkowitym spokojem, nawet uniósł brew, a gdzieś na dnie jego błękitnych oczu
pojawił się chłodny, ostrzegawczy blask.
Chłopak uznał,
że on się zdecydowanie do tego nie nadaje. Póki był tylko Cador, jeszcze świat
nie stanął na głowie, ale teraz to się w dodatku na lewą stronę wywrócił.
Młodzieniec
wreszcie skinął Cadorowi głową, odwrócił się i ruszył w korytarz energicznym
krokiem. Sheridan odetchnął cicho, wyraźnie ciesząc się, że pozbył się tego
problemu, i zajrzał do celi obrońcy wielce zdegustowany.
– Że też się
dałem tej cholernej wiedźmie w to wciągnąć – warknął, jakby to była wina
biednego Cadora, po czym ostrożnie wyjął cały mechanizm z drzwi. – Poczekaj, aż
ten gówniarz do niej wejdzie, bo jeszcze się cofnie – dodał, zerkając
kontrolnie na zatrzymującego się pod drugą celą Erriana.
Młody mag
pochylił się nad zamkiem i odruchowo sprawdził, czy przejście nie chciałoby się
otworzyć po dobroci. Nie chciałoby.
Westchnął,
potarł w zamyśleniu brodę, rozejrzał się dokoła za łomem, ale także łomu nikt
tu nie zostawił. Szlag by to. Nigdy nikogo nie odbijał z więzienia ani też z
takowego nie uciekał, lepiej by sobie na jego miejscu chociażby Ariene
poradziła.
– Cholera –
zaklął cicho i postanowił sprawdzić, czy zdoła zamek rozbić.
Przywołał do
dłoni wiązki magii i przesunął palcami po metalu, a ten pokrył się grubą
warstwą lodu. Errian cofnął rękę, chuchnął na palce, zdmuchując z nich szron,
po czym przymierzył się i uderzył w mechanizm łokciem. Wszystko z gruchotem się
rozsypało, ku zadowoleniu maga, dlatego odgarnął nędzne resztki na bok, nim
chwycił drzwi i je ostrożnie uchylił, żeby zajrzeć do środka.
Stanął w
progu, otrzepując ręce z rdzy – kiepsko konserwowali te zamki, nic dziwnego, że
dało się je tak łatwo unieszkodliwić – po czym przeniósł wzrok w głąb celi,
szukając w niej przyjaciela Cadora. Jeszcze kilka sekund zastanawiał się, na
czym ta aspołeczność towarzysza obrońcy polega, gdy jego spojrzenie padło na
skuloną w kącie postać. Znieruchomiał, otwierając szeroko oczy.
Musiało mu się
pomylić.
Wtedy jednak
ruda, potargana głowa poderwała się, ukazując pobladłą z przerażenia twarz i
wymalowany na niej niepokój. Errian zastygł nieruchomo z uniesionymi w dziwnych
pozycjach dłońmi, przyglądając się zgarbionej, drżącej drobince, która wpatrywała
się w niego z nie mniejszym zdumieniem. Zdawało się, jakby zaraz któreś z nich
miało zaśmiać się nerwowo, przeprosić za pomyłkę i wyjść, bo patrzyli na siebie
tak, jakby widzieli się pierwszy raz w życiu, a widok ten był bardzo szokujący.
Musiało mu się
pomylić. Ale jednocześnie wiedział, że nie ma takiej możliwości, żeby się
mylił. Doskonale ją pamiętał, była niemalże dokładnie taka, jak obraz w jego
głowie. Tylko na policzku miała smugę kurzu, która częściowo przysłaniała
piegi, a granatowe oczy wyglądały na lekko podkrążone, jakby ostatnio nie spała
za dobrze. Za to ogniste włosy jak zawsze pozostawały w całkowitym nieładzie,
co dodawało jej nuty dzikości i uroku jednocześnie. Zauważył, że drżą jej usta.
Coś musiało ją przestraszyć, a tym czymś najpewniej była cela – panował tu
niezbyt przyjemny półmrok.
Nie potrafił
się ruszyć, zastanawiając się, jakim cudem tak długo jej szukał, ciągle
bezskutecznie, a teraz wszedł do więzienia i znalazł ją w drugiej odwiedzonej
celi.
Wtedy się
podniosła. Wspierając się na ścianie, bo nie ufała swoim nogom, nie odrywając
od niego spłoszonego, pełnego niedowierzania spojrzenia. Kiedy tylko się
wyprostowała, poczuła, że nie może polegać na tak silnie drżących kolanach,
dlatego przytuliła się do chłodnego kamienia, niezmiennie wpatrując się w
postać w drzwiach. To przecież nie mógł być on, skąd by się tu niby wziął?
A jednak
widziała, że to on. Tylko nie potrafiła uwierzyć.
Strach minął.
Patrzyła na Erriana i się uspokajała, mimo że w jego błękitnych oczach tym razem
nie widziała pogody ducha oraz łagodności. Teraz czaiło się w nich
oszołomienie, ale dla niej najważniejsze było coś innego – nie widziała tam
niechęci ani wyrzutów.
Bała się, że
jeśli kiedykolwiek znów stawi mu czoła, odkryje, że nie wybaczył jej tej
ucieczki. Ucieczki słusznej, oczywiście, jednak taki niepokój mogła w sobie
nosić, skoro nie planowała się z nim spotykać. Tymczasem wpadła na niego wbrew
swojej woli i jeszcze zrozumiała, że nie jest zły. Nie gniewał się na nią, a to
było najważniejsze na świecie w tym momencie.
Poza tym przy
nim zawsze przestawała się bać. Trwał przy niej wtedy, kiedy go potrzebowała,
cierpliwie uspokajał, tłumaczył, rozumiał. Brawo, Aithne, udało ci się zawieść
jedyną osobę, która nigdy cię nie opuściła. Cudownie.
Ale nie
widziała w nim tego zawodu, to tylko się liczyło. I to, że wreszcie jej ciche,
nieśmiałe życzenie się spełniło: chciała do Erriana. Ukryć się przy nim przed
całym światem i zapomnieć o ciemności, o krwi, o mordzie, o tym wszystkim, co
jej ciągle towarzyszyło.
– Ai –
wychrypiał w tym momencie, zdumienie nieco zniekształciło zdrobnienie, ale nim
zareagowała, poprawił się: – Ai – mruknął, przymrużając z ulgą oczy.
W tym krótkim
słowie zawarł całe ciepło, tęsknotę oraz radość, jakie go nękały w tej chwili i
dużo wcześniej, zanim ją znowu odnalazł. Było w tym tak dużo uczucia, że Aithne
poczuła się na moment przytłoczona.
A potem
zachłysnęła się powietrzem, odepchnęła się od ściany i wpadła w jego ramiona,
ufnie się w niego wtulając. Poczuła, jak mocno ją objął, jego oddech owiał jej
szyję, przez chwilę pomyślała, że zmiażdży jej żebra. Ale zaraz uśmiechnęła
się, zapominając o krótkim dyskomforcie, schowała twarz w jego ramieniu i całe
napięcie tak po prostu z niej odpłynęło, jakby całe przerażenie towarzyszące
jej w celi nigdy nie istniało. Zacisnęła mocno powieki, nie chcąc się z tej
ulgi rozpłakać, i odetchnęła głęboko jego zapachem, zamykając dłonie na koszuli
maga.
– Silthe
jedyny, znalazłem cię – wyszeptał w jej włosy, wtulając w nie twarz, zupełnie
jakby chciał się upewnić, że to naprawdę ona.
Pokiwała
niezdarnie głową, czując narastającą w gardle gulę. Pożałowała, że wtedy
uciekła, w tym momencie nawet nie potrafiła sobie przypomnieć, dlaczego
wymknęła się z jego domu i odjechała bez słowa. Może to nie było takie ważne.
– Przepraszam
– wydusiła z trudem. – Przepraszam.
– Nic się nie
stało – zapewnił miękko i pogłaskał ją po włosach; przysięgłaby, że właśnie
uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem. – Nie przepraszaj, nic się nie stało.
Ważne, że jesteś, cała i zdrowa – uznał spokojnie.
– Bałam się,
że nie żyjesz – przyznała cicho, cichutko, wspominając obrazy ze swojego
koszmaru.
Jak to dobrze,
że nie miały odniesienia do rzeczywistości!
– Teraz mogę
umierać – odparł z niezachwianą pewnością, tak poważnym głosem, że poczuła, jak
wstrząsają nią lodowate dreszcze.
– Nawet tak
nie mów! – przeraziła się, odsunąwszy się od niego gwałtownie, żeby móc
spojrzeć mu z niedowierzaniem w oczy; przecież nie mógł powiedzieć czegoś tak
okropnego!
Mag roześmiał
się cicho, ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją delikatnie, ledwie musnął jej
usta, jakby chciał ją uciszyć. Udało mu się, zamrugała i zastygła, wpatrując
się w niego wyraźnie skołowana.
– Przepraszam.
Już nie będę – obiecał, odgarniając kilka kosmyków rudych włosów z czoła
upadłej.
– Nieważne –
wymamrotała, z powrotem wtulając policzek w jego ramię.
Stali tak
jeszcze chwilę, jakby bardzo powoli do nich docierało, że naprawdę znowu są
razem i mimo wszelkich przeciwności – przede wszystkim przeciwności Aithne –
jednak się odnaleźli. Czy raczej Errian odnalazł ją.
Wreszcie mag
przypomniał sobie, że pod pierwszą celą zostawił pozostałych, dlatego chwycił
dłoń upadłej i wyjrzał na korytarz, sprawdzając, czy reszty nie zgarnęli
strażnicy.
Nie. To
dobrze.
– Chodź,
idziemy stąd – mruknął, obracając się do niej i posyłając jej pokrzepiający
uśmiech; na pewno jej się tu nie podobało, zbyt ciemno.
Skinęła
grzecznie głową i dała się poprowadzić, chowając się częściowo za plecami
Erriana, jakby bała się całego świata. Tak naprawdę jeszcze nie otrząsnęła się
z szoku i wolała ukryć się za magiem, wiedząc, że tu zawsze będzie bezpieczna.
– Wcale nie
jest taki aspołeczny ten twój przyjaciel – rzucił z pewnym przekąsem
młodzieniec, kiedy zbliżyli się do pozostałych na rozsądną odległość.
Cador właśnie
otrzepywał swoje zgrabne dupsko z kurzu (wszystko w tej celi było zakurzone, no
zgroza) i rzucał Sheridanowi rozbawione spojrzenie (żebyś ty wiedział, stary, w co jeszcze ta wiedźma cię wciągnie).
Słysząc słowa Erriana, obrócił się ku nadchodzącym z rozbawionym, a przy tym
bardzo zadowolonym z siebie uśmiechem.
– Załóż się.
Mój aspołeczny przyjaciel na dzień dobry przyłożył mi w szczękę – poinformował
go pogodnie, przechylając głowę, by ujrzeć drobną sylwetkę Aithne skrytą za
magiem.
Errian
uśmiechnął się szeroko, wyobrażając sobie to spotkanie. Musiało być piękne i
epickie! Sam zresztą zaczynał podobnie, tylko jemu udało się, cudem niezwykłym,
obronić przed uroczą piąstką Aithne.
Odwrócił się,
by na nią spojrzeć, akurat w chwili, w której cofnęła się gwałtownie,
otwierając szerzej oczy i blednąc. Zawiesiła wzrok na Sheridanie, jakby to on
ją tak niezwykle przestraszył, co Erriana zdumiało i jednocześnie zaniepokoiło.
Na moment znieruchomiał, marszcząc czoło.
Aithne
zwyczajnie w jednej sekundzie przypomniała sobie, dlaczego uciekła i nie
chciała spotykać maga ponownie. Przypomniała sobie poczucie winy, wrażenie
zdrady, wszystko to, co ciągle ją nękało, z potrzebą brania odpowiedzialności
za Erriana włącznie. Rozejrzała się spłoszona dokoła, upewniając się, że nie ma
Anabde.
Całe
szczęście.
– Rude
rozczochrane – mruknął na powitanie Sheridan, także dostrzegłszy tę nieopisaną
radość na jego widok.
– Mógłbyś już
zdechnąć – burknęła, cofając się kilka kroków, by stanąć dalej od maga, jakby
nagle jego bliskość ją bolała.
Errian
westchnął cicho, przymykając oczy. Chyba musi jej dać trochę czasu albo
cokolwiek. Najpierw rozgryzie, o co dokładnie jej chodzi. Prawie jak zagadka
detektywistyczna, może powinien zaangażować w śledztwo specjalistów? Zerknął na
upadłą krótko, bardzo dzielnie nie dając po sobie znać, że zrobiło mu się
przykro.
Cador
zmarszczył z niepokojem czoło, zauważywszy tę zmianę w postawie rudej. Nie
wiedział, co dokładnie zaszło między Aithne i Errianem (jak również Aithne i
Sheridanem? Dlaczego tak na niego zareagowała?), pojawiła się w nim obawa, że
upadła spieprzy, gdy tylko odwróci od niej wzrok. Tego by sobie nie wybaczył, a
przede wszystkim nie wybaczyłaby mu tego Ariene.
– Jeszcze raz
dzięki – mruknął, obdarzając krótkim spojrzeniem wybawicieli i otrzepując
dłonie.
Westchnął
ciężko, rozejrzał się kontrolnie, przez chwilę nasłuchiwał niepożądanych
odgłosów, aż wreszcie podjął konkretną decyzję.
– Lepiej stąd
spieprzajmy, nim ktoś się zorientuje – rzucił rozsądnie, uniósł kącik ust w
uśmiechu i skinął głową na Aidana, dając mu znak, by ruszył przodem.
Gdy chłopak
wykonał polecenie, obrońca popchnął delikatnie Aithne i sam podążył jej śladem.
Chciał mieć ją pod ręką, najchętniej założyłby jej dla pewności smycz, ale to
chyba by nie przeszło.
Chociaż smycz
z kagańcem...
Było ciepło.
Gorąco. Parno. Po raz pierwszy w życiu uświadomiła sobie, że odwykła od
przebywania w mieście i teraz zaduch jej przeszkadzał. Z trudem odetchnęła,
przystając wśród tłumu, by poczekać na pozostałych; przysłoniła oczy dłonią,
ogarniając spojrzeniem okolicę. Chyba znajdowali się blisko celu.
Tłok na
drogach gęstniał. Ludzie deptali się i poszturchiwali, od czasu do czasu racząc
się także brzydkimi wyzwiskami, byle tylko utorować sobie przejście. Im dalej
brnęli całą grupą, tym gorzej było – musieli iść na targ, innego wyjaśnienia
nie widziała. Czyli wszystko zgodnie z planem, doskonale. Uśmiechnęła się do
niknącej w gąszczu obcych czupryn ulicy, przyciągając do siebie mniej lub
bardziej przychylne spojrzenia.
Obróciła głowę
w stronę pozostałych i przyjrzała się im czujnie, widząc, że nie tylko ona
czuje się trochę gorzej w mieście. Prawdopodobnie jednak nie chodziło o samo
ich umiejscowienie, a o ogólne warunki podróży. Biedna Leanelle nie wyglądała
na szczęśliwą, wręcz przeciwnie, starała się ukradkiem, ale dość rozpaczliwie,
unikać kontaktu z obcymi ludźmi, którzy, gdyby tylko mogli, wszystkich by
podeptali. Anabde na tłok nie zwracała większej uwagi – Ariene domyśliła się,
że myślami błądziła zupełnie gdzie indziej, na przykład przy swojej uciekającej
przyjaciółce.
Przygryzła
wargę. Jeśli wierzyć ostatniemu listowi Cadora, na którym skończyli
korespondencję, wszystko odbywało się w żołnierskim porządku. Poczuła w brzuchu
dziwny ucisk, ale zwaliła wrażenie na dokuczający jej głód. Śniadanie zjedli
skromne, nie tylko Anabde spieszyło się na miejsce wyznaczonego spotkania.
Oczywiście o
miejscu wyznaczonego spotkania nie wiedzieli. Ot, wyszli na rekonesans, taki
niewinny spacer. Biedna Leanelle, Ariene zaczynała mieć wyrzuty sumienia. Ale
życie już ją nauczyło – do celu po trupach. I koniec.
– Niepokojąco
się szczerzysz – mruknął koło jej ucha znajomy męski głos.
Wiedźma
nieznacznie drgnęła, ale nie odwróciła głowy, doskonale wiedząc, kto znowu
niepostrzeżenie ją podszedł. Działał jej coraz bardziej na nerwy.
– Uwielbiam
miasta – skwitowała, przesuwając spojrzeniem po tłumie; nie było to do końca
kłamstwem, w końcu do niedawna nie wyobrażała sobie życia bez tego zgiełku. – Wiesz,
na jak wiele sposobów można tu zniknąć? – wyszeptała pełnym trudnych do
określenia emocji głosem, który niemalże utonął w hałasie.
– Tu chyba
nigdy się ze sobą nie zgodzimy – skwitował rozbawiony, trochę ją zaskakując
tym, że usłyszał. – Ty wolisz miasto, ja las. Ale to i tak nie o to teraz
chodzi – podsumował uprzejmie, wcisnął ręce do kieszeni płaszcza i ruszył.
Ariene wbiła w
plecy Caleba przeszywający wzrok przymrużonych oczu, od którego na pewno poczuł
dreszcze. Był jednak za twardy, by dać to po sobie poznać, doskonale o tym
wiedziała.
Zastanowiła
się, jak myśliwy wytrzymuje w swoim ubraniu – właściwie nie widywała go chyba w
niczym innym. Czy on przyrósł do tych materiałów? Albo wszył je sobie
bezpośrednio w skórę.
– Nie znoszę
go – oznajmiła z gorącym uczuciem, prychnąwszy z irytacją.
Mężczyzna bez
trudu torował sobie drogę wśród mieszczan, nie zwracając uwagi na ich pełne
dezaprobaty spojrzenia, którymi obrzucali jego kontrowersyjny ubiór. Wiedźma
odniosła wrażenie, że Caleb jest ponad tym wszystkim – to skojarzenie mocno ją
rozbawiło.
Hessan potwierdził
słowa Ariene przypominającym syczenie kota dźwiękiem, który wydostał się z
rozwartego gardziołka. Rozwinął beżowo-złote skrzydła, zamachnął nimi parę razy
i potrząsnął niezadowolony łebkiem.
Biedny Caleb
zasłużył sobie na smoczą niechęć samym byciem – Hessan wiedział, że jego pani
boi się mężczyzn, wobec tego wszystkich sprawiedliwie darzył nienawiścią. Od
czasu do czasu dostawał za to po pysku, kiedy robił się zbyt bezczelny, jednak
smoka nie dało się wychować.
Tym razem
Leanelle nie zwróciła uwagi na jego zachowanie, zaaferowana tłokiem, w jakim
się znaleźli. Omijanie ludzi nie było łatwe – wprawdzie niektórzy odsuwali się
ze względu na stworzonko, jakie siedziało jej na ramieniu, ale nie dla
wszystkich smok był przeszkodą.
Teraz pisnęła
cicho i odskoczyła w bok, nieomal wpadając na wiedźmę i myśliwego. Zachwiała
się, lecz udało jej się uniknąć niefortunnej bliskości; stanęła na całej stopie
i odetchnęła z ulgą.
– Musimy tu
być? – mruknęła niezadowolona, patrząc na Ariene z wyraźnym wyrzutem.
Po chwili
zmarszczyła ze zdziwieniem czoło, zerkając na Anabde. Po raz kolejny tego dnia
marudziła, lecz nekromantka zdawała się tego nie zauważać. Od kilku dni była
dziwnie milcząca, jeszcze bardziej niż zwykle – kiedyś odzywała się chociaż
wtedy, gdy ją o coś pytano, teraz jakby żyła w innym świecie.
Leanelle
przechyliła główkę na bok, przyglądała się swojej wybawicielce chwilę, gdy
niespodziewanie została szturchnięta przez grubego kupca.
Krzyknęła ze
strachem, spięła się i odskoczyła, byle jak najdalej od mężczyzny – tym samym
wpadła na czyjś stragan, robiąc ogólne zamieszanie. Wielki kosz jabłek został
przewrócony do góry dnem, a wątpliwej świeżości owoce poturlały się w cztery
strony świata; kolejny kosz zachwiał się niebezpiecznie, ale sprzedawcy udało
się w porę go złapać.
– Przepraszam!
– pisnęła szatynka, gdy tylko wstała i zlokalizowała właściciela straganu.
Nie wyglądał
na zachwyconego.
Ariene
najpierw otworzyła usta, by odpowiedzieć na pytanie ich marudnej towarzyszki.
Potem zastygła tak, widząc, co też ona zrobiła. Na końcu jeszcze uniosła wysoko
brwi, przez co na krótki moment przestała sobą zdradzać jakiekolwiek oznaki
inteligencji.
Sama nie
ogarnęła, co się działo, ale ktoś był od niej szybszy. Musiała przyznać, że
naprawdę działał jej na nerwy.
Caleb z lekko
zdegustowaną miną stanął przy straganie i zmierzył kupca nieprzychylnym
spojrzeniem, jakby to on potrącił i wywrócił kosz, a teraz wszystko zwalał na
tę biedną, niewinną duszyczkę.
– Proszę jej
wybaczyć niezdarność – mruknął zdawkowo, sięgając do skórzanej torby i wyjmując
z niej sakiewkę.
– Ta dziewucha
właśnie rozsypała mój to…! – zaczął wzburzony mężczyzna, gestykulując
spektakularnie, ale umilkł, kiedy Caleb uniósł na niego spojrzenie.
Ariene
pożałowała, że stał do niej plecami, chciała zobaczyć, jakim wzrokiem
poczęstował kupca. Musiał być nadzwyczaj wymowny, skoro zamknął mu jadaczkę.
– To na
wspomożenie miłosierdzia, ewentualnie gwałtownej i niespodziewanej amnezji –
skwitował jeszcze bardziej zdegustowany, wysupłał z sakiewki kilka monet i
rzucił mężczyźnie; na jego twarzy nie pojawił się nawet cień uprzejmości.
Kupiec
przeliczył otrzymaną kwotę.
– To nie
wystarczy na pokrycie szk… – spróbował znowu, zadowolony, że trafił mu się taki
naiwny, który się nawet nie kłóci.
– Nie? –
spytał po prostu Caleb.
Mężczyzna
zmarszczył czoło i się zająknął.
– Muszę
zaznaczyć, że zdeptanie przez ludzi oraz wyturlanie w błocie niewiele
zaszkodziło ich i tak wątpliwej jakości. Właściwie jest mi pan winien
osiemdziesiąt srebrników reszty, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi – skwitował,
opuściwszy ręce wzdłuż ciała, jakby właśnie się poddał.
Kupiec jednak
chyba czuł się bardziej poddany niż Caleb, który nadal nie spuszczał z
nieznajomego fascynującego Ariene spojrzenia.
– Nie było
sprawy – burknął wreszcie.
Myśliwy skinął
krótko głową i przeniósł wzrok na biedną Leanelle, uśmiechając się do niej
lekko, niewymuszenie i zdawkowo, jak to on. Ariene skrzyżowała ręce na
piersiach, czekając, aż dołączą.
– W porządku?
– spytał krótko dziewczynę, po czym obrócił się i spojrzał na wiedźmę,
wyczuwszy, że ona się mu przygląda.
Nie wytrzymała
i pokazała mu język. Cholerny idealista.
Caleb
uśmiechnął się szerzej i o wiele bardziej złośliwie. Pieprzony gnojek.
Leanelle wytrzeszczyła
oczy tak bardzo, że prawdopodobnie zajmowały więcej niż połowę jej twarzy.
Zamrugała i zadrżała lekko, wyjątkowo przestraszona tym, że zwróciła na siebie
uwagę. FACETA.
Wprawdzie na
razie nie wydawał się być groźny, ale to nie zmieniało faktu, że był mężczyzną
– zdecydowanie nie powinien wiedzieć o jej istnieniu, a co dopiero jej pomagać!
Przełknęła ślinę, pokiwała nerwowo głową i jeszcze bardziej zdenerwowana
poprawiła grzywkę, bo od tych gwałtownych ruchów spadła jej na oczy.
Dużo łatwiej
jej było, kiedy odwrócił wzrok. Wtedy przestała być tak trupio blada, chociaż
nadal pochylała ramiona i starała się zniknąć.
– Dziękuję –
rzuciła przesadnie szybko.
Ogólna panika
została przerwana, gdy dziewczyna usłyszała wyjątkowo niezadowolony skrzek.
Przypomniała sobie o swoim podopiecznym, rozejrzała się dookoła i uniosła brew.
Wreszcie uśmiechnęła się rozbawiona i podniosła z ziemi wiklinowy koszyk po
jabłkach, wyzwalając tym samym wyjątkowo oburzonego Hessana.
Stworek
prychnął, warknął, wyprostował sztywno ogon i dumnie wzbił się w powietrze;
siadł na ramieniu dziewczyny, odwracając łebek w drugą stronę. Innymi słowy
Hessan strzelił focha. Leanelle pacnęła go po nosie, jednocześnie zastanawiając
się, jak ma niby oddać Calebowi pieniądze, skoro nie posiadała żadnych. Mogłaby
mu to wytłumaczyć, ale wtedy musiałaby się do niego odezwać – ta opcja nie
wchodziła w rachubę.
Może Anabde
jej pomoże.
Anabde nie
zareagowała, znowu. Skinęła tylko głową Calebowi, jakby w podziękowaniu za
wyratowanie podopiecznej, po czym objęła się ramionami i bez słowa czekała, aż
kontynuują wędrówkę. To było dziwne, Leanelle zaczęła się o nią poważnie
martwić. Tylko bała się zapytać.
Myśliwy
przytaknął krótko, nie zwracając już na dziewczynę większej uwagi, i wrócił do
pozostałych pań, przymrużając dziwnie oczy. Chwilę mierzył się spojrzeniem z
niezadowoloną Ariene, aż wiedźma sapnęła.
– Nie patrz
tak na mnie – zbuntowała się, zerkając ponad jego ramieniem, czy Leanelle idzie
do nich nadal w jednym kawałku.
– Wyciągam
wszystkie mroczne sekrety z twojej duszy, nie ruszaj się – polecił
przerażającym, niskim, pełnym mistycznej nuty głosem, od którego Ariene
autentycznie przeszyły lodowate dreszcze; znieruchomiała.
A potem
fuknęła jak rozjuszona kotka i cała się zjeżyła, gromiąc go wzrokiem.
– Kretyn! –
zirytowała się w pierwszej chwili.
Caleb
uśmiechnął się tylko triumfalnie i znów przeniósł wzrok na tłum, zdając się nie
dostrzegać niczego. Wiedźma już się nauczyła, że to oznaczało, iż właśnie
zauważa dosłownie wszystko.
Ale ona go nie
znosiła.
– Ruszajmy,
zanim urwę mu łeb przy samej dupie – warknęła rozeźlona i poszła przodem, tym
razem tłum rozganiając gniewnymi pomrukami.
Skutkowało,
całkiem porządnie, trzeba przyznać, dlatego tempo się zwiększyło. Atmosfera
także się nieco rozluźniła, a Ariene wróciła do bezwiednego rozglądania się
dokoła w pewnej irracjonalnej, niecierpliwej nadziei, choć wiedziała, że to
jeszcze nie tu.
Kiedy
dostrzegła w tłumie płową czuprynę, serce raczyło jej wywinąć orła i chyba
wywrócić się na lewą stronę; to nie mogło być dobre dla układu krwionośnego.
– Pudło –
zakomunikował niedbale Caleb, wzruszając ramionami.
Uchwyciwszy
jego triumfalne spojrzenie, wiedźma wyobraziła sobie, jak spory pulsar energii
uderza w jego twarz, rozpłaszcza ją, a potem odrywa od ciała. Razem z głową.
Przy samej,
kurwa, dupie.
– Patrzyłam na
stragan – syknęła takim tonem, że wszelka dyskusja była wielce niewskazana.
Tej lekcji
Caleb jeszcze nie pojął.
– Nie
wiedziałem, że interesuje cię garbarstwo. Co powiesz mi o tej króliczej skórce?
Jak dla mnie zdjęta topornie, ktoś chyba ma niecierpliwe ręce – mruknął, nawet
nie zerknąwszy w odpowiednią stronę; Ariene wiedziała, że doskonale zdawał
sobie sprawę z tego, jaki tam jest kram.
Ona nie.
Popatrzyła szybko, ledwie przez ułamek sekundy.
– A widzisz,
nie przyglądałaś się straganowi – pokonał ją bez najmniejszego trudu i zacmokał
ze zdegustowaniem. – Kłamliwa wiedźma.
– Zabiję cię,
a w majestacie prawa nawet mnie ułaskawią. Zostanę męczennikiem i ugości mnie u
swego boku sam Silthe w nagrodę za znoszenie ciebie – warknęła niskim głosem,
pochylając groźnie głowę.
Caleb
uśmiechnął się do niej przewrotnie, co tylko bardziej Ariene rozjuszyło.
Niespodziewanie
Anabde zatrzymała się, zmarszczyła czoło i przeniosła na wiedźmę jedno z tych
swoich przeszywających spojrzeń. Szukała w tłumie Cadora, tak? I dziwnym trafem
nalegała, by całą grupa udali się na targ, pomimo głośnych sprzeciwów Leanelle
i własnej wyraźnej niechęci do tego zamieszania? Ciekawe. I to zdenerwowanie,
gdy przedłużało się ich wyjście, jakby gdzieś jej się spieszyło.
Anabde
przymrużyła oczy, zapadła chwila nieprzyjemnej ciszy.
– Chyba się
spieszymy – mruknęła wreszcie.
Niech będzie,
powstrzyma się od zapytania o miejsce i czas spotkania, grzecznie uda się tam z
całą grupą. Nie powie też wprost, że zrozumiała, niech pozostała dwójka trwa w
nieświadomości, o ile sami się nie domyślili. I nie da po sobie poznać, że to
wszystko przestało jej się podobać – bo dlaczego Ariene jej nie powiedziała?
Co, chciała zrobić niespodziankę? Kiepskie.
Ruda zacisnęła
wargi i nadal patrzyła wprost w szafirowe oczy przyjaciółki, nie skrywając
swojej podejrzliwości.
Leanelle
spojrzała na nekromantkę dziwnie, zastanawiając się, czy towarzyszka postradała
zmysły. Co się taka niecierpliwa zrobiła? I nieprzyjemna? Silthe, może coś ją
ugryzło.
Zerknęła
nieprzychylnie na Hessana, ale ten obniżył łebek i spojrzał na nią tak, jakby
mówił „co złego to nie ja!”. Dziewczyna westchnęła, pogłaskała go po nosku i
uznała, że to nieważne, byle rzeczywiście się pospieszyli. Nie chciała tu być.
Caleb z
uprzejmym zainteresowaniem przyjrzał się obu paniom, które mierzyły się
intensywnymi spojrzeniami – Ariene nie pozostała Anabde dłużna i wcale postawa
nekromantki jej nie speszyła.
W końcu
prawdziwy strateg i tak dalej, zresztą zawsze był plan awaryjny. Zawsze
wymyślała go na ostatnią chwilę, ale był!
– W rzeczy
samej – odparła bez zająknięcia, uśmiechając się kącikiem ust. – Niektórzy
bardzo szybko uciekają, lepiej dostrzec ich pierwszych – oznajmiła, wzruszając
lekko ramionami, nader niefrasobliwie. – Zwłaszcza w takim tłumie mogą się
szybko zgubić – mruknęła, obróciła się i przeszła kolejne kilka kroków.
Niezbyt
daleko, ot, ledwie parę metrów. Chyba nawet nie wystarczyło to, by Anabde
przeanalizowała słowa wiedźmy i wysnuła swe spiskowe teorie – na pewno
zdecydowanie trafne, bo Ariene nigdy nie starczało cierpliwości, by plany
doprowadzić perfekcyjnie do samego końca. A już zwłaszcza nie w takim momencie.
Znieruchomiała
na kilka sekund, ogarniając spojrzeniem nieruchomą wśród płynącego tłumu grupę.
Dostrzegła młodego, nieco spłoszonego chłopaka osłaniającego się rozpaczliwie
przed czyimiś rękami – ręce dochodziły do mało dziewczęcego ciałka zwieńczonego
rozczochraną, rudą czupryną. Nieopodal śmiał się z nich białowłosy młodzieniec,
przyglądając się scence ze szczerym rozbawieniem. Kawałek dalej dostrzegła
czyjś łokieć, rękę trzymał w kieszeni spodni – domyśliła się, kto to, ale jej
spojrzenie prześlizgnęło się po postaci bez większego zainteresowania.
Nawet nie zarejestrowała
cichego, nieco zduszonego pisku, który wyrwał się jej z gardła na jego widok.
Skoczyła
biegiem przez tłum, by przebyć te ostatnie metry. Prześlizgnęła się sprawnie
między starym małżeństwem, przez przypadek potrąciła babinkę, nadepnęła szczupłego
chłopaka i prawie potknęła się o biegające między nogami matki dzieci. Ale
miała doświadczenie w lawirowaniu między ludźmi, dlatego dotarła na miejsce na
tyle szybko, że prawie nikt nie zdążył się zorientować, kto atakuje.
Bez
najmniejszego zastanowienia zarzuciła Cadorowi ręce na szyję, manifestując
swoją radość w najbardziej spontaniczny i głupi sposób, w jaki tylko mogła. Ale
zupełnym przypadkiem wyłączyła racjonalne myślenie, tak niesamowicie uradowana
jego widokiem – całego, zdrowego oraz radosnego – że nie potrafiła się ogarnąć.
– O –
podsumowała Aithne, na chwilę przestając mordować Aidana.
Zaraz tknęło
ją przeczucie, napięła się i cofnęła kilka kroków do Erriana, przeczesując
spojrzeniem tłum.
Zaskoczenie
obrońcy nie jest zadaniem łatwym, a jednak jej się udało. Może był zbyt
rozkojarzony, może myślał o nie wiadomo czym, ale nie spodziewał się, że ktoś
nagle rzuci mu się na szyję.
Odwrócił głowę
w jej stronę w ostatniej chwili, zobaczył utęsknioną twarz na moment przed tym,
jak ukryła się w jego ramieniu. Ariene. Poczuł, jak przyjemne ciepło i trudna
do określenia ulga rozchodzą się po całym jego ciele, nie mógł powstrzymać
szczęśliwego uśmiechu. Przymknął oczy i przytulił ją mocno do siebie, szepcząc
jej imię. Była tutaj.
W następnej
chwili objął ją pewniej, podniósł i obrócił dookoła własnej osi, nim postawił
na ziemi, by móc spojrzeć na tak dawno niewidzianą twarz. Pobłądził po niej
spojrzeniem, jakby porównywał rzeczywisty obraz z tym, jak ją zapamiętał. Nadal
się uśmiechał, wreszcie spojrzał w szafirowe oczy, przytulając dłoń do twarzy kobiety.
– Nareszcie –
mruknął, jednym spojrzeniem wyrażając wszystkie uczucia, jakie właśnie nim
zawładnęły.
A potem
pomyślał sobie, że powinien się opamiętać; zainteresował się resztą grupy,
zerknął przelotnie na Caleba, Anabde i nieznajomą dziewczynę, potem upewnił
się, że Aithne nigdzie nie zwiała.
Ale jakoś...
nie potrafił na dłużej oderwać wzroku od Ariene. Naprawdę, cholera, tęsknił.
Anabde tylko
uniosła zaskoczona brew, gdy Ariene niespodziewanie ruszyła w tłum. Stłumiła
wszelkie wątpliwości, jakie nieśmiało odezwały się w jej głowie, po czym
spokojnie podążyła śladem wiedźmy. Nawet nie obejrzała się na Caleba i Leanelle.
Wreszcie ich
znalazła, przekonawszy się tym samym, że przejrzała wiedźmę. Zatrzymała się w
stosownej odległości i zmierzyła krytycznym spojrzeniem całą grupę. Wtedy serce
jej stanęło. Drgnęła nerwowo, otworzyła szerzej oczy i zapragnęła natychmiast
stamtąd zniknąć, uciec, udać się byle jak najdalej.
To...
Sheridan. Nie mógł tu być, nie mogła go spotkać, za często o nim myślała przez
tych kilka miesięcy, za bardzo brakowało jej jego dotyku. Nie chciała tego, to
było przerażające, przecież miało się skończyć.
Odwróciła się
błyskawicznie, chcąc zniknąć w tłumie, nim zostanie zauważona, gdy natrafiła na
zaniepokojone spojrzenie fiołkowych oczu Leanelle.
... Kurwa mać.
– Anabde? –
zapytała nieśmiało dziewczyna, wpatrując się w towarzyszkę w osłupieniu.
Zawsze
martwiło ją to, że u Anabde trudno było wychwycić prawdziwe emocje; teraz okazało
się, że ich natłok jest jeszcze straszniejszy. Dojrzała w szarych oczach
panikę, jakby patrzyło na nią wystraszone, dzikie zwierzątko, które przypadkiem
trafiło do miasta.
Zorientowała
się, że stanęła nekromantce na drodze: w pierwszej chwili bała się, że zostanie
z niej zmieciona, w następnej poczuła się winna zrezygnowaniu przyjaciółki.
Anabde wyglądała, jakby coś ją bardzo bolało i bardzo przerażało, a przecież
Anabde nigdy nie odczuwała strachu.
Dłuższą chwilę
mierzyła Leanelle spojrzeniem. Już nie mogła uciec. Zbierała w sobie siły, by
wreszcie, po uspokojeniu się kilkoma głębokimi wdechami, odwrócić się do
drużyny. Przybrała najtrudniejszą do przejrzenia maskę, na jaką było ją stać,
zadarła wysoko brodę i podeszła o krok czy dwa. Na więcej nie zebrała sił.
A potem
została dostrzeżona przez Aithne. Najpierw dało jej to ulgę, zniknął ten
irracjonalny strach o losy przyjaciółki, nawet kącik ust drgnął, nieznacznie się
unosząc. Ale potem... Upadła nie wyglądała na zachwyconą jej przybyciem.
Wyglądała, jakby bardzo ją to przeraziło. To był ostateczny cios.
Aidan
wytrzeszczył oczy, obserwując zamieszanie. Chwilę przyglądał się wszystkiemu,
głowiąc się nad tym, co się działo i co to byli za ludzie, po czym złapał się
za głowę i potoczył dokoła błędnym spojrzeniem.
– To nie może
dziać się naprawdę – wychrypiał zdruzgotany.
Errian
roześmiał się, słysząc jego przerażenie. No tak, że on wtedy z tamtej karczmy
nie uciekł… a w towarzystwie znajdował się jeszcze Larkin i Revelin!
Uśmiechnął się
do wspomnień i dostrzegł Anabde; spiętą Anabde, za dobrze ją poznał, by tego
szczegółu nie dostrzec. Potem zorientował się, że ma tuż przed nosem równie
spiętą Aithne.
Sięgnął dłonią
do ramienia upadłej.
– Nie! –
warknęła spanikowana dziewczyna i uskoczyła przed dotykiem młodego maga,
obrzucając go wściekłym spojrzeniem.
Rozejrzała się
za kimś, u kogo mogłaby się schować, ale Cador był zajęty, Larkin nie przybył z
pozostałymi, Errian nie, bo nie, Sheridan – chyba kpicie, a ten koleś w ciapki
wyglądał jej podejrzanie.
Czas się
zmywać.
Zawróciła,
wypatrzyła lukę między straganami i już miała dać w nią nura, kiedy poczuła
silny chwyt na kołnierzu i ktoś podniósł ją jak niesfornego szczeniaka.
Zawarczała; jej pełne furii spojrzenie natrafiło na kpiąco rozbawiony wzrok
zielonych oczu.
Pieprzony
łowca.
– Nie dasz
nogi po tym, jak się wysilałem, by tego dzieciaka tu ściągnąć – oznajmił Aithne
z trochę niehumanitarną satysfakcją i puścił ją dokładnie na widoku.
Upadła
wyglądała przez chwilę jak kupka nieszczęścia.
Sheridan
spojrzał na Anabde, by zaraz obdarzyć dokładnie takim samym spokojnym, prawie
bezosobowym wzrokiem pozostałych towarzyszy nekromantki. Jakby była jedną z
tłumu, jedną z wielu. Zmrużył oczy, lokalizując Ariene.
– Komuś chyba
trzeba przetrzepać skórę za tę intrygę – skwitował niższym głosem.
– Ekhm, zostaw
to osobom do tego stworzonym – zaproponował Errian i poklepał Sheridana po
ramieniu, lekko stając na palcach, by tego dokonać.
Nie wiedział
czemu, ale poczuł, jak atmosfera między zebranymi bardzo groźnie tężeje i
napina się, jakby miała zaraz eksplodować. Nie chodziło tu tylko o spanikowaną
Aithne; zerknął na przyjaciela.
Podła wiedźma
jednak nie raczyła się przejąć tym, że ktoś pragnie przetrzepać jej skórę.
Najpierw przyjrzała się uważnie twarzy Cadora, nie mogąc opanować szczęśliwego,
szerokiego uśmiechu, potem przesunęła dłonie z jego karku na ramiona, wzrok
ześlizgnął się z oczu obrońcy. Przyjrzała się jego klatce piersiowej.
– W porządku?
– spytała z troską, niepomna na rosnące za jej plecami niepokoje.
– Gdyby nie
było w porządku, nie kręciłby tobą we wszystkie strony świata, kłamliwa,
okropna wiedźmo – zakomunikował Caleb, obszedłszy towarzystwo i ustawiwszy się
po stronie Cadora oraz Ariene, których znał najlepiej.
Nie lubił
obcych.
Leanelle
stanęła koło Anabde i spojrzała na nią zmartwiona, nie do końca rozumiejąc, co
się dzieje – a chyba działo się coś nieprzyjemnego. Hessan również to wyczuł,
zaburczał nisko, po czym przyczaił się na ramieniu swojej pańci, jakby szykował
się do skoku. Bursztynowe ślepia zalśniły naprawdę niebezpiecznie, a Leanelle
aż syknęła, jak wbił w nią niezbyt okazałe pazury.
Pobłądziła
przerażonym spojrzeniem po wszystkich nieznajomych, a każda osoba przyprawiała
ją o większy strach. Gdy zerknęła na najwyższego z nich, mężczyznę o długich
włosach i zielonych oczach, coś ścisnęło ją nieprzyjemnie w żołądku.
– Ojejku –
wyrwało jej się drżącym głosem.
W co ona się
wpakowała?
Cador kiwnął
głową i powiódł rozbawionym, a przy tym bardzo zadowolonym spojrzeniem od
Ariene do Caleba i z powrotem. Teraz, z nimi obok, wszystko było tak, jak być powinno.
– Liczyłaś,
ile razy chciałaś go zabić? – zainteresował się ze śmiechem, bo gdyby nie był
przyzwyczajony do specyficznego poczucia humoru przyjaciela, prawdopodobnie sam
miałby ochotę dokonać mordu.
Jednak znał go
wystarczająco długo, by zareagować na jego słowa pogodnie – prawdopodobnie na
szczęście dla wszystkich, bo ich walka nie mogłaby skończyć się dobrze.
– Nie jest aż
taka okropna – rzucił do niego, mrużąc błyszczące szczęściem, jasnozielone
oczy.
Oj, obaj chyba
wiedzieli, jak bardzo nie była okropna w odczuciu Cadora, ale o tym sza.
Anabde
zagryzła wargę, nieświadomie zaciskając dłoń w pięść. Poczuła nagły przypływ
irytacji, jednak powstrzymała się od obdarzenia Ariene pełnym wyrzutu
spojrzeniem. Nie dawała niczego po sobie poznać, a szczególnie tego, jak bardzo
osobiście odebrała całą sytuację. I jak bardzo zabolało ją zachowanie Aithne.
Zerknęła kątem
oka na Leanelle i posłała jej mało przekonywujący, krzywy uśmiech. Dziewczyna w
odpowiedzi uśmiechnęła się pocieszająco, by następnie skulić się w sobie i
objąć ramionami.
– Ehem –
zabrał głos Errian, widząc, że towarzystwo trzeba ogarnąć, zanim wszyscy
spanikują i zaczną biegać w kółko z wrzaskiem.
Czy coś w tym
guście. Przynajmniej Aidan pozieleniał niepokojąco na twarzy.
– Skąd wy tu?
– zainteresował się z niedowierzaniem, uśmiechając się do Anabde; podobnym
uśmiechem obdarzył Leanelle, zaraz także Caleba, choć ich nie znał. – A
zresztą, powiecie za chwilę, nie na tej ruchliwej ulicy. Errian Souen –
przedstawił się i wyciągnął dłoń do przestraszonej właścicielki małego smoka,
ale jeden syk Hessana wystarczył, by młody mag płynnie wycofał się z zamiaru,
nadal uśmiechając się pogodnie.
Ten sam manewr
powtórzył z Calebem, tylko tym razem pełne dezaprobaty spojrzenie myśliwego
wystarczyło, żeby Errian zaniechał działań.
– Wszyscy się
chyba zarazili od ciebie – mruknął z wyrzutem do Sheridana.
– Twoje
rozterki doprawdy mnie urzekają – skwitował nieprzyjemnym głosem łowca i rzucił
młodemu magowi miażdżące spojrzenie.
On nawet nie
mrugnął, tylko uśmiechnął się szerzej i pogodniej. Tworzyli przedziwny duet,
jak szybko i wprawnie ocenił Caleb. Ogółem towarzystwo było barwne.
– Ariene,
wypadałoby ogarnąć sprowokowane zamieszanie – bezlitośnie zaproponował myśliwy,
nie do końca zdając sobie sprawę, że stawia to wiedźmę w złym świetle.
W świetle, dla
współczesnego porównania, rozpędzonego tira.
– Nie było
sensu liczyć – rzuciła do Cadora, uśmiechając się kolejny raz w swój
najładniejszy sposób, zupełnie bezwiednie, po czym obróciła się do pozostałych,
ogarniając spojrzeniem zamieszanie. – No już, wściekły Przeklęty,
przestraszyłam się, pasuje? – prychnęła, uchwyciwszy wzrok Sheridana.
– Sher –
mruknął krótko Errian, widząc, że łowca ma zamiar zareagować na zaczepkę.
– Szlag by cię
– odparł przyjacielowi i wcisnął ręce do kieszeni.
Aithne
zgarbiła ramiona, przyglądając się wszystkim jak osaczone, przerażone zwierzę,
które zapędzono w pułapkę. Prześlizgiwała się spojrzeniem po znajomych i obcych
twarzach, utrzymując równomierny dystans od każdego, byle tylko nie przekroczyć
niepisanej granicy poufałości.
– Ale
proponowałabym uciekać z tego targu, zaraz mi łeb rozsadzi – skwitowała Ariene,
najwyraźniej gotowa stawić czoła niezadowolonym, wyprowadzonym w pole
przyjaciołom.
– Przy samej
dupie? – zainteresował się uprzejmie Caleb.
Ariene
warknęła wymownie.
– W takim
razie proponuję tędy – odezwał się Errian, wskazując wiszący ponad głowami
tłumu szyld najbliższej gospody.
Caleb mi się podoba XD Bez niego byłoby zbyt utopijnie, nawet pomiędzy Aithne i Anabde XD
OdpowiedzUsuńPlus Sher dostaje +20 do zajebistości (zbiera mu się!) za złapanie Aithne w porę ^^ Chłop jak dąb <3 Biedna Ariene, będzie miała przechlapane?
Chcesz powiedzieć, że Caleb wprowadza element ponurości? xDD
UsuńNo bo Sher nie jest taki zły. Po swojemu się martwi o Erriana! I w ogóle xD
Łe, podła wiedźma umie się uratować przed tarapatami ^^