piątek, 21 grudnia 2012

51. Męsko-męskie problemy



Wyglądali przynajmniej dziwnie. Właściciel przybytku łypnął na nowoprzybyłych, wprawnie oceniając, czy bardziej opłaca się wyrzucenie ich za drzwi, czy miłe przywitanie gości. Problem był taki, że część by wyprosił, a część przyjął z uśmiechem – ta różnorodność grupy jeszcze bardziej go zaniepokoiła, ale postanowił podjąć ryzyko. Natychmiast ubrał się w jeden z sympatyczniejszych uśmiechów, w spokoju wycierając kufel jasną szmatką i czekając, aż ktoś podejdzie do lady.
W pewnym momencie coś mu wylądowało na blacie. Pomyślał, że to kot, ale miało skrzydła, ciało było pokryte beżowymi oraz złotymi łuskami, a jakby tego było mało, pysk stworzonka wydawał się taki jaszczurzy. Generalnie wyglądało to jak karykatura smoka, a na dodatek właśnie majtało ogonkiem i spoglądało na mężczyznę z wyraźną irytacją. Barman uniósł brwi, uprzejmie zdumiony, a w tym czasie smoczątko wyszczerzyło niewielkie ząbki.
– Hessan! – rozległo się niezadowolone zawołanie, a przy ladzie pojawiła się niewysoka, drobna dziewczyna zabawnie marszcząca nos.
Pod naporem jej spojrzenia stworzonko położyło po sobie skrzydła i wycofało się z zamiaru odgryzienia mężczyźnie palca. Wtedy nieznajoma uniosła na właściciela gospody spłoszony wzrok, jakby stał tu z zakrwawionym toporem, a nie kuflem po piwie. Nie powiedziała nic, tylko trzepnęła smoczątko przez łeb i odeszła z powrotem do grupy; za nią zaś poleciał niezadowolony, burczący gardłowo stworek.
Może jednak trzeba było ich wyprosić.
Leanelle stanęła między Anabde i Ariene z dwóch powodów. Po pierwsze, znała je i przy nich czuła się najbezpieczniej. Po drugie, nekromantka wyglądała, jakby myślała o rzuceniu się wiedźmie do gardła i rozerwaniu go gołymi rękami.
Hessan chwilę się wahał, ale w końcu wylądował na ramieniu swojej pańci i przytulił łebek do jej policzka, odpuszczając jej wszelkie winy. To ją uratowało – mogła z czystym sumieniem przenieść całe swoje zainteresowanie na smoka i nie patrzeć na innych. Jakby jeszcze oni nie patrzyli na nią, to w ogóle byłby luksus.
Jakoś nikt nie był skłonny zabrać się do konkretnych działań, toteż Cador westchnął ciężko i ruszył dupę po pobliski stolik, by złączyć dwa i zapewnić miejsce wszystkim zebranym. Po drodze szturchnął swego wiernego ucznia, bo tylko na jego pomoc mógł liczyć, i jakoś wspólnymi siłami podołali zadaniu. Podostawiali krzesła, przysunęli nawet wielką ławę; wreszcie każdy miał gdzie usiąść. Obrońca siadł między Ariene i Calebem, uśmiechając się wyjątkowo pogodnie.
– No więc? – zaczął bez ogródek Errian, spojrzawszy na wiedźmę wymownie; była nader zadowolona z siebie, to mu się nie podobało.
Kiedy Aithne wykonała taki ruch, jakby zamierzała się podnieść z miejsca i sobie pójść, złapał ją za łokieć, z powrotem sadzając. Łypnęła na niego groźnie i odsunęła się, zbliżając się drugim ramieniem do… szlag by to, łowco, zgiń i przepadnij.
– No więc świetnie widzieć was w komplecie! – odparła radośnie Ariene, oderwawszy wzrok od Cadora i obdarzywszy uśmiechem przyjaciół. – Dawno się nie widzieliśmy.
– Wy się wszyscy znacie – bardziej stwierdził niż zapytał skulony między Sheridanem a Calebem Aidan, spoglądając na towarzyszących mu panów z przestrachem.
– Nie – burknęła Aithne, łypiąc groźnie w blat stołu. – Nie znam tej laski z jaszczurką – oznajmiła niezadowolona.
– Rude rozczochrane przemówiło ludzkim głosem, gówniarzu, notuj – polecił znudzony Sheridan i skrzyżował ręce na torsie, odchylając się na krześle. – A ty, wiedźmo, masz przerąbane.
Ariene raczyła po prostu prychnąć, dumna z siebie jak nigdy. No, może podobnie dumna była, kiedy dostała się do dźwigni w podziemiach Perrianu.
– Wykonywałam swoją pracę – skwitowała niedbale.
– Chwila – ogarnęła sytuację Aithne i spojrzała na własną grupową ulubienicę przeciągle oraz bardzo intensywnie. – Ty nas wpakowałaś do pierdla?
– Jakiego pierdla? – zmartwiła się Ariene, przenosząc pytający wzrok na Cadora.
– To byłoby do ciebie podobne – zabrał niespodziewanie głos Caleb, który to raczej wyglądał na takiego, co do końca wieczora już się nie odezwie.
– A nie, to moja inwencja twórcza – przyznał bez ogródek Cador, uśmiechając się z wyjątkowym rozbawieniem.
Hessan uniósł łebek, łypnął na Aithne i zmierzył ją wyjątkowo groźnym jak na takie kurduplaste stworzonko spojrzeniem. Umościł się wygodniej na ramieniu pańci, uniósł skrzydła, chwilę szczerzył niezadowolony zęby, a potem... pokazał upadłej język. To by było na tyle, jeśli chodzi o smocze komentarze.
Za to „laska z jaszczurką” przymrużyła powieki, w pierwszej chwili chcąc palnąć, że Hessan nie jest byle salamandrą. Prawdopodobnie byłaby to zrobiła, ale jakoś zeszli z jej tematu, więc nie chciała zwracać na siebie uwagi. Powierciła się chwilę na swoim krześle, mruknęła pod nosem, że generalnie jest do dupy, po czym zawiesiła spojrzenie na blacie stołu i zajęła się jakże interesującym wydłubywaniem kawałków drewna. W pewnej chwili syknęła, potrząsnęła ręką i natychmiast przystawiła palec do ust.
– Głupia drzazga – warknęła, ssąc opuszek.
Anabde siedziała z założonymi rękami i przyglądała się wszystkim z typowym dla siebie dystansem, tym razem może nieco bardziej ponurym. Postanowiła nie komentować, generalnie w ogóle się nie odzywać, bo jeszcze się zorientują, jak bardzo jest zdenerwowana. Jej honor by na tym ucierpiał.
– Och, nie róbcie takich min – żachnęła się Ariene, wyczuwszy, jak nagle się wszyscy przyjaźnie do niej nastawili. – Nie było innego sposobu, żeby was tu wszystkich zebrać. To jeden z lepszych forteli, jakie doprowadziłam do końca – skwitowała, krzyżując ręce na piersiach z buntowniczą miną.
– To pozostałe nie mogły być zbyt wyszukane – odparł jej Caleb, najwyraźniej nie wytrzymawszy w ciszy, sięgnął do torby i chwilę w niej pogrzebał.
Wiedźma prychnęła.
– Pozostałe kończyły się sztyletem pod żebrami, chcesz spróbować? – warknęła, znów się najeżając ze złością.
– Przy samej dupie? – spytał uprzejmie, wyjął igłę i wyciągnął ją do Leanelle. – Wyjmij tym, jest czysta – zaproponował, położył kawałek metalu na blacie i powrócił do rozmowy, czy raczej dręczenia Ariene. – Widzę, że przyjaciele są wam ogółem wdzięczni za interwencję, trafił swój na swego.
– Trzeba przyznać, że wprost genialnie selekcjonujesz informacje, Ariene – rzucił od niechcenia Sheridan, miażdżąc wiedźmę wzrokiem.
– Wiedziałeś o tym – bardziej stwierdził Errian i łypnął na przyjaciela. – Od samego początku. Dlatego poszedłeś za Aidanem i wysłaliście mnie do ostatniej celi.
– Myślisz, że chciałoby mi się zabiegać o twoje szczęście miłosne? – prychnął Sheridan, odpowiadając na spojrzenie młodego maga.
– Mam iść po coś do picia? – pisnął trochę zbyt wysokim głosem Aidan.
Leanelle wytrzeszczyła oczy i chwilę robiła mało mądrą minę.
DLACZEGO ON JĄ ZAUWAŻAŁ? Nie mógłby się, że tak to określę, odstosunkować? Co miała zrobić, żeby przestał ją widzieć? I tak była chuda jak patyk, może będzie zawsze stała do niego bokiem? Podobno wtedy znika – tak, to jest myśl!
Tymczasem zainteresowała się igłą. Najpierw spojrzała na nią tak, jakby biedna igła była zakrwawionym nożem przynajmniej, potem uniosła ostrożnie, jakby igła mogła w każdej chwili odgryźć jej palca (bo igły są krwiożercze, nie wiedzieliście o tym? Takie, które dał facet, na pewno), a w końcu westchnęła ciężko. I ona, z tymi swoimi nieograniczonymi zdolnościami do autodestrukcji, ma przy użyciu ostrego narzędzia (co z tego, że zwykłej igły) wyjąć drzazgę? Cóż miała zrobić, zabrała się do roboty z nadzieją, że nie pozbawi się palca.
– Ariene zmyliła łowcę; mała wiedźmo, jestem z ciebie dumny – uznał w tym momencie Cador, obdarzając nieco złośliwym spojrzeniem to jedno, to drugie.
W końcu jednak zlitował się nad swoim biednym uczniem i zainteresował jego potrzebami. Jejku, co ten Aidan taki blady? Nie widział w życiu... ach, no tak, pewnie nie widział. Trudno natrafić na tak barwne towarzystwo.
– Idź, idź. Zapytaj, czy mają jakieś uspokajające ziółka – zaproponował, uśmiechając się do chłopaka z otuchą.
Aidan zerwał się jak poparzony z krzesła, prawie się przy tym zabijając, po czym skoczył do lady nader energicznie, zupełnie inaczej niż ostatnim razem, kiedy spotkali Aithne.
A już wtedy myślał, że osiągnęli poziom absurdu! Jakże się mylił.
– Dziękuję – mruknęła Ariene, uśmiechając się lekko. – Szkoda tylko, że nie pozbyłam się niepotrzebnego balastu – skwitowała, przenosząc wzrok na Caleba.
– No, rzeczywiście powinnaś schudnąć, wszystko poszło ci w cycki – odparł na to myśliwy, o Leanelle już zapomniawszy, z pewnością ku uldze nieszczęsnej.
Ariene zgrzytnęła przeciągle zębami.
– Lubię cię – stwierdziła wtedy Aithne, wysłuchawszy tej wymiany zdań z żywym zainteresowaniem.
Caleb popatrzył na rude rozczochrane zaskoczony, ale po chwili skinął niepewnie głową, nie wiedząc, czy powinien się z okazji tej sympatii zacząć już martwić.
– O cyckach Ariene pogadamy kiedy indziej – rzucił zirytowany Errian, pochylając się mocniej nad stołem; wyraźnie zafrapowały go poczynione odkrycia.
– Racja, w przypadku Aithne nie za bardzo jest o czym gadać – zrozumiał go z udawanym współczuciem Sheridan, wzniósłszy oczy do sufitu; no bo nie widział sensu ciągnięcia pogawędki, skoro wiadomo, że zostali wrobieni na całej linii.
Errian obdarzył łowcę takim spojrzeniem, że gdyby Aidan je zobaczył, bardzo by się cieszył, iż na ten czas udał się do lady po napoje.
– Oboje ściągnęliście nas z różnych końców Lostaru w taki sposób, żeby żadne nie zorientowało się w pułapce? – spytał dla pewności, powracając do porzuconego tematu.
– Ja ściągnęłam. Cador tylko dzielnie aranżował spotkania – sprostowała bez mrugnięcia okiem Ariene, opanowawszy chęć mordu na przyjaciołach.
– Ale pomysł był wspólny – mruknął w tym momencie obrońca, niezadowolony, że się jego zasługi umniejsza.
No i że wiedźma bierze całą winę na siebie, co to, to nie.
– I w sumie... Tak, właśnie tak to wygląda – przytaknął Errianowi, nadal dziwnie zadowolony pomimo panującej atmosfery.
Ciekawe.
Z rogu stołu, który zajmowały milcząca Anabde i zafrapowana operacją na własnym palcu Leanelle, nie dobiegł ekipy żaden komentarz. Tylko raz rozległo się tam ciche „juhu”, gdy szatynka pozbyła się drzazgi bez wyraźnych ubytków na zdrowiu.
– Mam cię zabić teraz czy za chwilę, głupia wiedźmo? – zainteresowała się Aithne, mrużąc groźnie oczy, kiedy wpatrywała się w Ariene.
Mord jednak dokonany nie został, ponieważ Aidan wrócił z pierwszą turą napitku dla zebranych. Wszyscy na chwilę porzucili mordercze zamiary i wyglądało na to, że broń częściowo zawiesili, wbrew pozorom ciesząc się ze spotkania.
Nawet Sheridan zaszczycił ich jednym całkiem szczerym uśmiechem poza wszelkimi złośliwymi półuśmieszkami. Nie omieszkał zauważyć tego Errian, co skończyło się kolejną, nadzwyczaj lekką utarczką słowną panów.
Wieczór minął im przyjemnie i choć co pewien czas powracali do tematu ściągania ich tu na siłę oraz oszukiwania, jak i mordu na biednej Ariene, to atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Z tego najbardziej cieszył się spłoszony Aidan, który tylko marzył o znalezieniu się już w pokoju i pójściu spać – bo może to tylko zły sen?
Zły sen trwał dalej i robił się coraz gorszy, bo oto odkryte zostało, że majątek drużyny nie jest zbyt pokaźny.
– Dwie szlachciury mamy pod ręką i, kurwa, kasy brak – warknęła zdegustowana Aithne, patrząc na podliczającego ich fundusze Cadora.
– Rodzice nie dali mi posagu. W sumie chyba go zgarnąłeś – mruknęła Ariene, unosząc rozbawiony wzrok na Erriana.
– Nie dostałem żadnych talerzy – oburzył się pokazowo mag.
– Nie talerze, to miała być puchowa pierzyna! – prychnęła w odpowiedzi wiedźma. – Albo koza z krową, żebyśmy nie umarli z głodu.
– Chwila, to wyście się pobrali? – wydusiła po dłuższym milczeniu Aithne, blednąc nieznacznie; nawiała tuż przed ceremonią, a zapytać nikogo nie miała odwagi.
– W życiu bym się na to nie zgodził, szlachcianki są strasznie kapryśne – odparł Errian, wyraźnie nadal w dobrym humorze.
Ariene prychnęła wymownie.
– Kapryszenie zaczęłoby się pewnie od nocy poślubnej – podsumowała, mrużąc oczy.
Aithne przyciągnęła do siebie pieniądze i zabrała się do szybszego liczenia kwoty, bo Cador jej zdaniem trochę się lenił. Sama lekko pokraśniała na policzkach, ale ukryła to za potarganymi włosami, kiedy pochyliła się nad monetami.
– Dobra, chodźmy spać – zdecydowała.
– Ile tam masz? – zainteresował się Caleb.
– Sześćdziesiąt złotników – odparła z dumą w głosie, bo i dawno takiej sumy przy sobie nie nosiła.
Myśliwy parsknął ponurym śmiechem.
– To sobie pospaliśmy. Idę negocjować – zakomunikował i zgarnął monety, ruszając pewnym krokiem do lady.
Anabde spojrzała na odchodzącego Caleba, prychnęła głośno, wywróciła oczami i ruszyła jego śladem, zabierając ze sobą płaszcz. Jak już się wszyscy spotkali, a nie ma biedna ekipa gdzie spać, to może ich łaskawie wspomóc swoimi prywatnymi funduszami. Nie miała przy sobie wiele, ale zawsze coś.
No i trzeba pamiętać, że właściciel przybytku był mężczyzną. Jej będzie się negocjowało zdecydowanie łatwiej.
To jednak nie spodobało się Leanelle, bo nie mogła się już bezpiecznie ukryć za burzą włosów koleżanki. Zmarszczyła zabawnie nosek, zsunęła się nieco na krześle i pochyliła ramiona, licząc na to, że Anabde szybko wróci.
Zupełnie odmiennego zdania był Hessan, który wzbił się w powietrze, wylądował na krześle Anabde, zwinął się na nim w kulkę i błyskawicznie zapadł w sen. Od czasu do czasu pochrapywał, ale Leanelle nie miała serca go budzić.
Okazało się, że Caleb nabył zdolności negocjatorskie ogólnopłciowe, aczkolwiek wsparcie Anabde przyjął całkiem przyjaźnie. Koniec końców dostali dwa kilkuosobowe pokoje za połowę posiadanej kwoty – interes całkiem dobry w ich przypadku. Tylko nie wszyscy się tym pomysłem zachwycili, ale co zrobić.
Rozeszli się na swoje stanowiska podzieleni następująco – panowie na prawo, panie na lewo. Z grupy prawej najgorzej miał się Aidan, z lewej Ariene, która mogła nie dożyć poranka za swe intrygi. Różnica między obojgiem polegała na tym, że chłopak był mocno spłoszony, a wiedźma bardzo zadowolona.

Dopóki Calebowi nie udało się przekręcić kluczyka w zamku, a drzwi nie stanęły przed nimi otworem, Cador trwał w trudnym do opisania strachu. Gdy tylko umożliwiono mu wejście do pokoju, wtargnął na sam jego środek (przepychając się w progu z Sheridanem, koniec końców potraktował łowcę z bara) i rozejrzał się uważnie dookoła. Zmarszczył brwi, wymruczał pod nosem liczby, a potem odetchnął głośno z ulgą.
Przede wszystkim bał się, że trafią na łóżko małżeńskie. Nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek z obecnych miał spać w jednym łóżku z którymś z kompanów. Całe szczęście pojedynczych łóżek było na tyle, by każdy miał jedno dla siebie; Cador uśmiechnął się zadowolony i przemaszerował do najbliższego, rzucając na pościel swoją torbę.
Potem obejrzał się na towarzyszy; łowca łypał na niego niezadowolony, ale chyba zdecydował się puścić mu płazem przewinienie. Mężczyźni weszli do pokoju i rozdzielili się łóżkami; najbiedniejszy z tego wszystkiego był Aidan, wyraźnie przerażony spaniem w jednym pomieszczeniu z tym tałatajstwem.
Cador, jako ten niedobry i bezlitosny nauczyciel, wzruszył na tę myśl ramionami; niech się chłopak przyzwyczaja, ot co! W życiu może spotkać gorszych.
Na razie był zmęczony i ani mu się śniło zabrać się za coś konkretnego, na przykład ogarnięcie swojego bagażu. Przesunął się w tył łóżka, oparł plecami o ścianę i założył ręce za głowę, spoglądając na pozostałych z lekkim uśmiechem.
O nie, on się póki co nigdzie z tego miejsca nie ruszy.
– Wygląda na to, że to dość spokojna okolica – zagadnął Errian, wyjrzawszy krótko przez okno, by sprawdzić, jakie widoki się za nim rozciągają.
Przyjrzawszy się targowi – miał nadzieję, że nie rozpoczynają rozkładania towaru skoro świt; właściwie zawsze może nadgorliwych potraktować kulą lodu w tyłek – obrócił się z powrotem do towarzyszy i przysiadł na własnym łóżku.
– Jak na standardy miejskie, owszem. Jeśli nie wybiją szyby, będę skłonny stwierdzić, że to istna oaza spokoju – mruknął Sheridan, podparłszy inną ścianę i wcisnąwszy ręce do kieszeni, jak to miał w zwyczaju.
Od początku wieczoru sprawiał wrażenie niezadowolonego, co nie umknęło uwadze Erriana. Młody mag postanowił to jednak przemilczeć, udając na razie, że niczego nie zauważył, tak na wszelki wypadek.
– Twój werdykt wiele dla nas wszystkich znaczy – prychnął natomiast, okazując dezaprobatę wobec postawy przyjaciela.
Aidan przyglądał się scenie wytrzeszczonymi w zdumieniu oczami, wyraźnie pod wrażeniem niedbałości, z jaką Errian odnosił się do robiącego dość piorunujące wrażenie łowcy. Skulił się na swoim łóżku i przyglądał się im z pewną fascynacją, jakby natrafił na niespotykany gatunek dziwnego zwierzęcia.
– Nie wątpię – odparł zdawkowo Sheridan, wzruszając ramionami.
W tym czasie Caleb ściągnął swój nieśmiertelny płaszcz, skórzaną torbę położył na materacu i wyraźnie stracił rozeznanie w tym, co dalej robić. Dlatego przeniósł wzrok na zebranych, postanawiając obserwować. Dzięki temu najszybciej się dowie, jakimi osobami są, prawdę mówiąc.
– Strasznie pokrętnie to wymyśliła – westchnął wtedy Errian, pocierając dłońmi twarz, by trochę pozbyć się zmęczenia.
– Ta problematyczna wiedźma? – spytał dla pewności łowca, jako jedyny wykazując młodym magiem większe zainteresowanie.
– Nie, moja babcia – rzucił zgryźliwie Errian.
Sheridan raczył nie skomentować tej jakże górnolotnej wypowiedzi. Wiedział, że przyjaciel robi się nieco… hm, jego erudycja spada wprost proporcjonalnie do rosnącego zmęczenia, może tak.
– Dostosowała plan do uczestniczących w nim – mruknął z rozbawieniem Cador, poczuwszy się w obowiązku bronienia wiedźmy.
Chociaż tej problematyczności nie mógł zaprzeczyć, prawda. Była problematyczna jak cholera.
– Gdyby był bardziej... normalny, od razu byście się połapali – dodał, tak w ramach wyjaśnienia.
Przeciągnął  się, a do głowy wpadła mu ciekawa myśl: czy powrót wiedźmy oznacza kolejne kłopoty z plecami? Jakoś tak się na razie złożyło, że ilekroć ją widział, to obrywał.
Obrócił głowę w stronę Aidana i przypatrzył mu się badawczo; na razie chłopak sobie radził, jakoś. Uśmiechnął się do niego pokrzepiająco, jakby chciał mu przekazać, że nie są tacy źli, potem wrócił spojrzeniem do rozmówców.
– Nie przesadzajmy – żachnął się nieco urażony Errian. – Przecież bym sobie jakoś poradził z wieścią, że spotkałeś Aithne – dodał ciszej, odwracając wzrok na ścianę.
Aidan przyjrzał się młodemu magowi, potem uśmiechnął się niepewnie do swojego nauczyciela, a na końcu usiadł po turecku i naprawdę zainteresował się słuchaniem – robił to zupełnie inaczej niż Caleb, który to natomiast sprawiał wrażenie całkowicie nieobecnego, jakby zapomniał, że ktoś jeszcze jest w tym pokoju.
– Nie no, pewnie. Zwaliłbyś im się na łeb jak huragan – prychnął Sheridan, mocno wątpiąc w racjonalność uczucia przyjaciela.
Bądźmy szczerzy, nikt przy zdrowych zmysłach nie zakochałby się w rudym rozczochranym, to niemożliwe. I niehigieniczne. Łowca spojrzał na młodego maga jeszcze bardziej krytycznie, unosząc brew.
– Nie wiesz tego – burknął Errian, czując, że tym razem Przeklęty ma rację, a szkoda. – Zresztą to zagranie było bardziej groźne dla mojego zdrowia i życia – zmienił nagle koncepcję odpowiedzi, robiąc wyniosłą, typowo szlachecką minę.
Błysk w błękitnych oczach podpowiedział, że młody szaleniec planuje łowcę dusz podrażnić trochę. Życie mu niemiłe, za bardzo się z tymi Przeklętymi spoufala.
Sheridan uniósł brew.
– Mam rozumieć, że plan Ariene mógł być dla ciebie śmiercionośny? – upewnił się, nie wierząc, że Errian aż tak bardzo się w tej rozmowie stoczył. – No ciekawe, jak mogłaby cię nim niby zabić, wepchnąć zwój do gardła?
– Mogłem dostać zawału, kiedy zobaczyłem Aithne.
– Na jej widok każdy by dostał zawału – mruknął Sheridan i bez specjalnego wysiłku złapał poduszkę, jaką posłał w niego oburzony młody mag.
Obejrzał fragment podarowanej pościeli, kiwnął z uznaniem głową, po czym przywłaszczył sobie zdobycz, rzucając Errianowi wymowne spojrzenie. Chłopak jeszcze bardziej się nachmurzył, mordując przyjaciela wzrokiem.
– Zresztą ja bym na twoim miejscu bardziej się bał, że ta wiedźma cię udusi. Biustem choćby, to chyba jej najbardziej śmiercionośna broń – dodał jeszcze łowca, ruchem ręki oględnie nakreśliwszy, co dokładnie miał na myśli.
Młody mag uderzył dłonią w czoło, niniejszym załamując się nad tym, na co temat niewinnej pogawędki zszedł. I to właściwie z jego winy, znowu zaczął, co za tragedia!
No, było tak spokojnie. Bardzo spokojnie. Do czasu.
Prawdopodobnie jeszcze sam tekst by zdzierżył, ale zarówno gest łowcy, jak i myśl, że tak wnikliwie przypatrywał się walorom Ariene, wzburzyła krew obrońcy. Obrońcy zazwyczaj opanowanego, ale każdy bywa zmęczony i podenerwowany, prawda?
W jednej chwili siedział rozwalony na łóżku, w drugiej błysnęły groźnie jasnozielone oczy, a z gardła wydobył się cichy warkot. Dało o sobie znać perfekcyjne wytrenowanie, gdy w kilka sekund poderwał się ze swojego miejsca, jednym susem przemierzył odległość dzielącą go od celu i rzucił się na łowcę. Zamierzał go zamordować, a użyta przed chwilą jako pocisk ziemia-łeb Sheridana poduszka miała mu w tym pomóc.
Póki co niestety nie udało mu się go udusić, bo choć zaskoczył łowcę, to aż tak silny nie był, jednak poddanie się nie wchodziło w rachubę.
– O ja pierdolę! – wyrwało się zwykle grzecznemu i ułożonemu Aidanowi, który wytrzeszczył oczy na swego nauczyciela, mentora i mistrza w jednym, właśnie okładającego faceta wielkości dębu.
Albo topoli, jakoś tak to szło.
– Co – odparł w formie stwierdzenia Caleb, opuściwszy do tej pory skrzyżowane na torsie ręce.
Nie wierzył. Cador nie wdał się w podobną akcję ani nie dał się do niej sprowokować ładnych parę lat, dlatego też myśliwy popadł w stupor, przyglądając się zajściu z szokiem wymalowanym na twarzy – szkoda, że nie było jak uwiecznić, bo dawno takiego zdumienia jego oblicze nie gościło.
Podobnie wyglądał Errian, on jednak dodatkowo pobladł, zapatrzywszy się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał jego przyjaciel, a który teraz leżał pod Cadorem, wyrywając mu poduszkę i ciskając nią w okno z taką siłą, że to cud, iż ta szyba nie została wybita.
Oprzytomniał dopiero w momencie, w którym po pokoju rozniósł się niski, pełen furii warkot, a obrońca odleciał kilka metrów w tył, odepchnięty od łowcy. No, zapowiada się na spokój, Sheridan ogarnął nadgorliwego.
I w tym momencie sam Przeklęty ruszył do ataku, najwyraźniej tej zniewagi nie zamierzając odpuścić. Albo przynajmniej planując Cadora rozczłonkować, żeby sobie porządnie zapamiętał swój błąd.
– Sher! – wydusił zdumiony Errian, zeskoczył z łóżka i heroicznie rzucił się między dwóch panów, między których niedoświadczony w tego typu walkach mag rzucać się nie powinien.
O tym też się, oczywiście, szybko przekonał. Czy może raczej jego szczęka.
Aż go zamroczyło, kiedy Sheridan nie trafił w Cadora, tylko w niego, jednym ciosem biedaka nokautując. Zatoczył się, wytrzeszczając oczy oraz intensywnie mrugając, po czym opadł z powrotem na łóżko, usilnie próbując sobie przypomnieć, jak się nazywa.
Świat bardzo nie lubił jego zębów.
Wtedy otrząsnął się z szoku również Caleb. Potrząsnął głową, podwinął rękaw bluzki (drugi sięgał ledwie do łokcia, bo mu się oberwało na krzaczku) i przystąpił do rozdzielania panów.
Wyszło mu trochę lepiej. Zdołał przyjaciela odciągnąć, warknąć na niego i lekko mu wykręcić rękę, kiedy musiał się uchylić przed ciosem, by nie skończyć tak, jak Errian. Cudownie!
– Kurwa mać – wyraził swoją radość, zastygając i śledząc wzrokiem wymianę ciosów; chciał znaleźć lukę i w nią wkroczyć.
Sheridan natomiast, po dość bolesnym ciosie w brzuch, warknął gardłowo i wziął Cadora na ramię, odrzucając nader silnie wprost na łóżko. Errian, który ledwie się pozbierał po własnym nokaucie, poczuł nagły przypływ współczucia wobec mebla.
Zdawało się jednak, że Cadora nic nie powstrzyma. Znaczy, jasne, coś tam go plecy zabolały i mostek jakby ostrzegał, że zaraz znowu się rozkruszy i tym razem nawet wiedźma nie pomoże, ale kto by się tym przejmował. Ta zniewaga krwi wymaga!
Zdecydowanie innego zdania było łóżko, spod którego odpadła jedna deska; to nie było jego łóżko, więc jakoś się tym nie przejął.
Przymrużył oczy i nie czekał ani sekundy, jak znów ruszył do ataku. Wyminął Caleba, na którego przestał zwracać uwagę (wybacz, stary), po czym zaserwował Sheridanowi przepiękny cios w żuchwę. Zaraz potem otrzymał podobny, tyle że w bok; stracił oddech i przemknęło mu przez myśl, że mogą mu się rozpaść żebra. Nie przejął się tym zbytnio.
Prawdopodobnie panowie byli zbyt zaaferowani obecną walką (biorąc w niej udział czynny lub bierny), by zauważyć, że na parapecie przysiadło pewne znane już wszystkim stworzonko. Hessan wyprężył się niczym kot, po czym zapatrzył się z zainteresowaniem w pojedynek.
Było to całkiem interesujące, dopóki ktoś nie postanowił użyć krzesła jako broni. Mężczyzna (Hessan nawet nie widział, który) cisnął krzesłem w przeciwnika; przeciwnik uchylił się zgrabnie, a mebel pomknął w stronę okna. Smok zrobił wielkie oczy, pisnął cicho i w ostatniej chwili przywołał odpowiednie zaklęcie, które zatrzymało krzesło na kilka centymetrów przed smoczym pyskiem. Ten atak nie spotkał się z aprobatą ze strony smoka.
Hessan zaryczał gniewnie, jak na tak małe rozmiary dość potężnie, po czym rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Tak, właśnie postanowił dołączyć się do walki, a żeby było honorowo, używał jako broni tylko zębów i pazurów. 
Nie zdążył wyrządzić panom zbyt wielu szkód (zamierzał wydłubać któremuś oko, ale jeszcze nie miał okazji), gdy niespodziewanie drzwi od pokoju otworzyły się szeroko, a do środka wbiegła dość przestraszona, ale bardzo zdeterminowana panienka.
– Hessan, kurwa mać! – krzyknęła; to też było zaskoczeniem, nie dość, że wrzeszczy i przeklina, to jeszcze naprawdę brzmi groźnie.
Smok zerknął na nią przelotnie, ale żądza krwi zbyt nim zawładnęła, by zainteresował się pańcią na dłużej. Fiołkowe oczy błysnęły niebezpiecznie i Leanelle, nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, wtargnęła w sam środek zamieszania.
Wskoczyła między panów i chwyciła smoka za ogon, przesmyknęła się i upadła na podłogę koło walczących, nie zostając dotkniętą. Trzeba przyznać, że zrobiła to wyjątkowo zgrabnie, ale zdeterminowana kobieta potrafi wszystko. Wytrącony z równowagi smok przyrżnął łbem w blat pobliskiego stołu i teraz liczył gwiazdki, jednak wcale nie było jej go żal.
Zrobiła za to ogromne oczy, gdy zorientowała się, że walczący panowie nie zwrócili na nią szczególnej uwagi. Nadal szamotali się i próbowali pozbawić przeciwnika kilku zębów; teraz obaj zachwiali się i byli niebezpiecznie blisko upadku. Walnięcia prosto w siedzącą na podłodze Leanelle, ta zaś nie miała gdzie uciec.
– Hej! – zawołał zaskoczony Aidan, zrywając się ze swojego łóżka, by pomóc biednej dziewczynie; to nie przystoi tak stawiać damę w zagrożeniu, eee, zmiażdżenia!
Nawet jego nauczycielowi czy łowcy dusz. Swoją drogą tylko by jeszcze niedoświadczonego, słabowitego Aidana brakowało w całym zamieszaniu.
Zdawało się, że to samo pomyślał Caleb, kiedy złapał ucznia przyjaciela za fraki i wepchnął na łóżko Erriana, szczęśliwie jednak omijając chłopakiem młodego maga. Dopadł do walczących całą siłą rozpędu i pchnął ich w bok, przez co panowie, ogarnięci niejakim szałem przeklętym, gruchnęli w inną stronę niż skulona w potrzasku Leanelle. Caleb skrzywił się, warknął pod nosem dość groźnie, poprawiając rękaw, który znowu mu się rozwinął, po czym otaksował dziewczę krótkim, szybkim spojrzeniem.
Żyła – z tego też powodu stracił nią zainteresowanie.
– Reamonn, kurwa mać! – ryknął niskim, wibrującym głosem, znów dopadając do Cadora i na chwilę odrywając go od walki.
Już myślał, że wyjdzie to ładnie, zgrabnie oraz powabnie, kiedy czyjaś ręka złapała go za ramię i cisnęła nim w tył. Przekoziołkował boleśnie po podłodze, zatrzymał się przykucnięty, jakby wszystko szło zgodnie z planem, a potem zaklął. Te słowa aż wstyd przytaczać, prawdę mówiąc, dlatego przemilczmy.
– Pierdoleni Przeklęci – wyraził swą aprobatę myśliwy, zrywając się z miejsca.
– Sheridan! – zawołał coraz bardziej przerażony Errian, jego oczy rozbłysły charakterystycznie, nabierając głębszej barwy błękitu.
W następnej chwili do łowcy pomknął ulotny, bladoniebieski płomień, który docelowo miał mu trochę zamrozić, żeby Przeklętego ostudzić. Sheridan niedbałym gestem dłoni roztrzaskał zaklęcie przyjaciela i na krótką chwilę powalił obrońcę. Zaraz znów musiał się bronić przed ciosem Cadora, zatem walka była wyrównana.
Errian pocieszył się myślą, że skoro pan Reamonn jeszcze dycha, znaczy to, że pan Kedalt postanowił przeciwnika tak czy siak zachować przy życiu.
Wielkoduszny, kurwa.
W tym samym momencie w progu pojawił się ktoś jeszcze. Ariene zahamowała gwałtownie, a goszczący na twarzy niepokój przeobraził się w przerażenie – słowo, jakie miała wypowiedzieć, nim ujrzała scenę, zamarło jej na ustach, zmieniając się w zdumione rozchylenie warg. Kilka sekund patrzyła, jak panowie wymieniają się ciosami w dzikiej, zupełnie bezsensownej bójce.
Potem zerknęła na przerażoną Leanelle, za którą to poszła, kiedy ta wypadła z pokoju. Od połowy korytarza za nią biegła, bo usłyszała niepokojące dźwięki. Jednak dobrze, że się pospieszyła.
– Co, do kurwy – warknęła wyraźnie wściekła, cofnęła lekko rękę, przywołując do dłoni ulotny, mglisty pulsar energii, po czym strzepnęła zaklęcie, mrużąc oczy.
Cador miał okazję doznać powtórki z rozrywki, kiedy nagle grunt usunął się mu spod nóg, a ściana ochoczo popędziła na spotkanie plecom. Wiedźma nie przewidziała żadnej taryfy ulgowej odnośnie ran, jakie obrońca otrzymał kilka miesięcy temu – gruchnęła nim tak samo porządnie, jak w Perrianie, bo mu się, kurwa, należało, jak stanowczo uznała.
– Szlag by cię – przeklął przyjaciela Caleb, zagradzając mu drogę do Sheridana.
– KEDALT! – wydarł się natomiast Errian, wysyłając falę mentalną silną na tyle, by łbem tego przeklętego Przeklętego porządnie wstrząsnęło i go otrzeźwiło.
Łowca przeniósł dzikie spojrzenie na zdenerwowanego maga i napotkał wzrok zimnych, zapowiadających nadchodzącą furię błękitnych oczu. To jakby go trochę uspokoiło, rozluźnił nieznacznie mięśnie i krótko na przyjaciela warknął.
– Zdecydowanie wystarczy – oznajmiła chłodnym tonem Ariene, wchodząc szybkim krokiem do pokoju.
Aidan aż się skulił, widząc złość kobiety. Nie wywołuj wilka z lasu i takie tam, a już tym bardziej wiedźmy.
W pierwszej chwili Cador nie do końca pamiętał, jak się nazywa. Pociemniało mu przed oczami, później świat zaczął wirować – zacisnął mocno powieki i odruchowo przycisnął rękę do uderzonego miejsca z tyłu głowy. Odczekał kilka sekund, otworzył oczy, zamrugał energicznie i zorientował się, gdzie jest góra, a gdzie dół. Następnie odświeżył sobie wydarzenia ostatnich chwil i skrzywił się bardzo nieładnie. Nici z mordu.
Wstał, chociaż miał z tym pewne trudności (pierdolone, kurwa, plecy), wyprostował się z sykiem i spojrzał na Sheridana, mrużąc jasnozielone oczy. Uznał jednak, że łowca nie jest godzien zainteresowania, a ktoś domaga się jego uwagi – przesunął spojrzenie na Ariene i zacisnął wargi. Nie miał zamiaru nic mówić, nie wiedziała, o co poszło, sprawa była warta tych kilku siniaków.
I obitych pleców.
Leanelle za to nie miała czasu być zażenowaną, ponieważ Hessan właśnie pozbierał się z podłogi i zamierzał kontynuować bezsensowną walkę. Spojrzała na niego groźnie, a gdy to nie podziałało, uniosła rękę i przygrzmociła mu od serca w tyłek.
Smok aż podskoczył, pisnął, położył po sobie skrzydła i spotulniał. Jeśli ktoś to widział, musiał poczuć do dziewczyny nagły szacunek – nawet człowiek boleśnie odczułby to uderzenie.
Caleb powoli uznał, że zagrożenie minęło. Obrzucił przyjaciela niezadowolonym, karcącym spojrzeniem, po czym odsunął się na tyle, by nie stać na linii wzroku Ariene-Cador. Zresztą ogółem lepiej było się już wycofać, tak.
– Auć – stęknął w tym momencie Errian, odczuwszy z pełną wyrazistością siłę ciosu Sheridana, kiedy adrenalina już trochę opadła.
Dotknął ostrożnie siniejącego miejsca i skrzywił się jeszcze mocniej, dochodząc do wniosku, że udawanie dobrego, prawego oraz szlachetnego jest całkowicie do bani. A już na pewno nie jest ekonomiczne ani ergonomiczne.
Łowca nie wykazał ani krztyny współczucia wobec przyjaciela, przez chwilę wpatrywał się w niego naprawdę przerażającym wzrokiem, po czym z tą samą miną zerknął na Cadora. Najwyraźniej jednak uznał, że przeciwnik nie jest wart robienia aż takiego bałaganu, zresztą to jemu właśnie oberwało się ostatecznie najbardziej.
I to od, jak się zdaje, przyczyny bójki!
Ariene nie odrywała od Cadora przeszywającego, pełnego dezaprobaty spojrzenia zmrużonych szafirowych oczu, aż wreszcie ostentacyjnie popatrzyła na Erriana. Na jej twarzy pojawiła się pewna łagodność, podeszła do młodego maga energicznie; Aidan równie energicznie uskoczył jej z drogi tak na wszelki wypadek, ale panicz Souen nie wykazał żadnych odruchów samoobronnych.
– Pokaż to, biedaku – poprosiła miękko i sięgnęła do jego obitej twarzy.
– Tylko nie ty, wiedźmo – jęknął teatralnie, ale uśmiechnął się półgębkiem, pozwalając sobie pomóc.
Choć nie można powiedzieć, by pozbył się wątpliwości.
– Ma ktoś coś mocnego? Ona chce mnie leczyć!
– Och, spadaj – prychnęła, uśmiechając się blado.
Caleb westchnął. A potem spojrzał na Cadora i mimowolnie pokręcił głową. Kiedy przyjaciel już skończył szaleństwa w młodości, myśliwy myślał, że takiej akcji nigdy więcej nie ujrzy. A tu proszę, obrońca się zakochał i takie atrakcje.
– Powodzenia – mruknął do niego bezgłośnie, mając na myśli nikogo innego, tylko właśnie Ariene, która z pełną czułością zajęła się Errianem.
Mag najmniej ucierpiał, najwięcej korzystał. W pewnym sensie.
Leanelle pozbierała się z podłogi, ogarnęła pomieszczenie spojrzeniem mocno zatrwożonym („jakim cudem ja tu weszłam?”), po czym szybko przemknęła do drzwi. Stanęła koło nich, położyła dłoń na klamce i zamarła, zastanawiając się, czy czekać na Ariene. Wolałaby jak najszybciej opuścić to miejsce.
Spacyfikowany Hessan pomaszerował spokojnie jej śladem, trzymając nisko opuszczony łebek. Tak, dotarło do niego, że pańcia się dla niego naraziła, odczuwał pewien wstyd. Zatrzymał się przy jej nodze, usiadł, owinął się ogonkiem i zaczął wyglądać jak mała kupka nieszczęścia.
Cador spojrzał na Caleba i dłuższą chwilę mierzył go beznamiętnym spojrzeniem. Wreszcie uniósł kącik ust, po czym skinął lekko głową, jakby w podziękowaniu. Skrzyżował ręce na torsie i obserwował działania Ariene, nic nie komentując. Wprawdzie czuł się aktualnie jak zwłoki, ale dzielnie trzymał się prosto, nie dając niczego po sobie poznać. Milczał, bo nadal wszystko w nim kipiało; nie czuł się jednak głupio, co to, to nie.
I zapadła taka krępująca chwila ciszy. Najbardziej krępująca chyba dla Erriana, który został poddany wielce skomplikowanym zabiegom medycznym – trwały one o trzy minuty za długo, ale Ariene trochę się zagapiła. Dopiero po cichym chrząknięciu młodego maga zorientowała się, że przesadziła, dlatego odsunęła dłoń od jego szczęki z zakłopotanym uśmiechem.
– Postaraj się nie wdawać w najbliższej przyszłości w jakiekolwiek bójki, bo siatka pęknie – poinstruowała go rzeczowo, cofając się kilka kroków.
Obróciła się zaraz przodem do Cadora, ignorując wymamrotane podziękowania Erriana. Znów zmierzyła obrońcę nieprzyjemnym, bardzo wręcz nieprzyjemnym spojrzeniem, mrużąc oczy, przez co wzrok nabrał intensywności. Caleb, czując, że znajduje się w polu rażenia, wycofał się, by naprawić zdezelowane łóżko Aidana.
Biedny Aidan przysunął się blisko Erriana, uznawszy, że przy nim jest bezpiecznie. W tym jednak momencie Sheridan odwrócił się sztywno i wymaszerował, minąwszy bez problemu stojącą w progu Leanelle.
Młody mag nie ustał długo, zerknął za przyjacielem, uniósł w geście pożegnania dłoń i pospieszył śladem łowcy, doszedłszy do wniosku, że lepiej, żeby ktoś Przeklętego pilnował.
– Sądzę, że nic tu po nas – rzuciła w powietrze Ariene, słowa jednak kierując do Leanelle. – Lepiej, żebyśmy poszły – dodała dość chłodno i zawróciła, ruszając do dziewczyny.
Ta dziewczyna zdążyła już przykleić się do ściany i wstrzymać oddech, gdy przemaszerował koło niej łowca. Tak, zdecydowanie z całego tego zestawu to on był najstraszniejszy, nie miała ochoty znaleźć się blisko niego.
Gdy Ariene się do niej odezwała, przestała udawać mur i wychyliła głowę, spoglądając na wiedźmę z ciekawością.
Jejku. Ten koleś ma przejebane.
Pokrzepiona tą myślą uśmiechnęła się do brunetki subtelnie, po czym otworzyła drzwi i ochoczo wymaszerowała z pokoju. Hessan, nadal grzeczny, potruchtał za nią.
Cador chciał coś powiedzieć. Nawet otworzył w tym celu usta, zaraz jednak je zamknął; bo co? Miałby jej wyjaśnić, że wdał się w bójkę, bo ktoś powiedział na jej temat coś, co mu się nie spodobało? Nie, to nie zabrzmiałoby dobrze, nie przy wszystkich.
Dlatego też zmrużył tylko oczy i powiódł wzrokiem za Ariene, mierząc ją intensywnym spojrzeniem. Niech się na niego wkurwia, on nie żałował.
Ledwie drzwi się za nimi zamknęły, Caleb wyprostował się, wystawiając głowę spod naprawianego łóżka. Na jego twarzy widniała całkowita dezaprobata.
– Idź tam i ją przeproś – rozkazał nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Zanim wejdzie do pokoju, bo potem przepadło. I zauważ, że mówimy o Ariene – przypomniał na wszelki wypadek, zdegustowany tą niekompetencją obrońcy.
– Czemu ma ją przepraszać, skoro zrobił to w jej obronie? Poniekąd – zainteresował się Aidan, oderwawszy spojrzenie od zamkniętego przejścia.
– Są takie rzeczy na tym świecie, które niezwykle trudno lub wręcz nie da się wytłumaczyć. One się po prostu dzieją albo się je po prostu robi. Tak jest z przepraszaniem kobiety, kiedy się wścieknie – udzielił chłopakowi krótkiej lekcji życiowej Caleb, zastanawiając się, jakim cudem ta deska weszła w to łóżko, skoro była stanowczo za krótka.
Rozejrzał się za brakującym, odłupanym fragmentem, ale nie znalazł takowego.
Cador obrócił głowę w stronę Caleba, by obdarzyć go miażdżącym spojrzeniem.
Nie był głupi. Wiedział.
Potem odetchnął głęboko, zebrał się w sobie i ruszył w stronę drzwi, dość szybko za nimi znikając.
Oczywiście, że musi ją przeprosić.

– Ariene.
W sumie nie do końca wiedział co jej powiedzieć. „Słuchaj, dałem się pobić, bo Sheridan gadał o twoim biuście”? Zamknął za sobą drzwi do pokoju chłopaków, wcisnął ręce do kieszeni spodni i podszedł kilka kroków do kobiety nadal stojącej na korytarzu. Może najlepiej by było, gdyby milczał? Da jej na siebie pokrzyczeć i tyle.
Miał ochotę westchnąć ciężko, ale czuł, że to nie najlepszy pomysł. Ta kobieta, choć cudowna, była dość trudna – nie zawsze wiedział, jak się zachować i jak ona odbierze jego słowa. Odszukał spojrzeniem jej oczy – oczy ciskające w niego gromy – i wpatrzył się w nie intensywnie. Na pewno nie wyprze się tego, co zrobił; to było słuszne. Uśmiechnął się krzywo, stanął naprzeciwko niej i czekał. Może przynajmniej nie rzuci nim o ścianę?
– Przepraszam – powiedział.
Nie do końca wiedział, za co przepraszał, ale czuł wobec niej wyrzuty sumienia, więc chyba powinien to zrobić.
Ariene obróciła się do niego przodem, odprowadziwszy Leanelle spojrzeniem aż pod drzwi wspólnego pokoju. Do tej pory stała do obrońcy bokiem, chcąc mieć na oku dziewczynę; martwiła się o nią, dostrzegła, że nie czuła się komfortowo w towarzystwie innych, dlatego teraz wolała zatroszczyć się właśnie o tę kruszynkę.
Chwila nie mogła trwać wiecznie, dlatego wreszcie przyjrzała się Cadorowi bardziej wnikliwie, mrużąc lekko oczy.
Wreszcie wzruszyła niedbale ramionami.
– Nie moje małpy, nie moje zoo, jak się połamiesz, to będzie twój problem – skwitowała beznamiętnym głosem.
Po co w ogóle się przejęła? Bez sensu. Nie powinna zmuszać go do jakiegokolwiek przepraszania, w końcu co go ona obchodziła i vice versa? Oszukiwanie się nie przynosiło oczekiwanej ulgi, ale ułatwiło utrzymanie dość obojętnego wyrazu twarzy.
Po co ona tam przyszła? I czemu się wściekła? Powstrzymała się od zaciśnięcia z niezadowoleniem ust, krzyżując ręce na piersiach.
Och. To za to przepraszał. Przechylił głowę i spojrzał na kobietę z nieco innej perspektywy, powstrzymując cisnący się na usta uśmiech. Przepraszał za to, że bezczelnie dał sobie obić twarz, kiedy ona się martwiła. To całkiem miłe, trzeba przyznać, tak to on może ją przepraszać choćby do końca świata.
– Przepraszam – powtórzył spokojnie. – Nie powinienem był. Ale musiałem – dodał, chociaż podświadomie czuł, że ona zaraz zapyta, dlaczego musiał.
Nie do końca był przekonany, czy chce jej o tym mówić. Nie pragnął wyjść na bohatera ani się na takiego kreować, a tak mogłoby to zostać odebrane. Oj nie, mało pozytywna sprawa.
Ariene prychnęła. Widać uważała, że słowa bez pokrycia są po prostu… słowami bez pokrycia. Przeprosi i zaraz zrobi to samo, zawsze tak było. I dlaczego on ją przepraszał, a ona go spowiadała jak jego kat?! Matka. Silthe, żona.
Zmrużyła oczy.
– Pewnie. Testosteron rozsadzający to, co zostało z mózgu, natężenie męskiego potu i niezdrowa rywalizacja o długość fiuta, znam to – rzuciła tym samym tonem, co przed chwilą, nieznacznie tylko pochyliła głowę.
Złość nie ustępowała. Czuła się wściekła na siebie, bo przecież martwiła się, a nie powinna, poza tym niewiele mogła w tej sprawie zrobić, czuła się wściekła na niego, bo zachował się jak gnojek i jeszcze ją teraz przepraszał.
Szlag by to, idź sobie, głupi obrońco.
Tym razem nie powstrzymał uśmiechu. Był gorzki, jakby tym prostym gestem chciał uzmysłowić wiedźmie, że ona nie do końca wie, jak to wyglądało. Dlatego nie powinna oceniać.
Odwrócił na chwilę wzrok, niezadowolony; chłopie, sam żeś się wkopał, to teraz wybrnij.
– Tak konkretnie to nie o długość fiuta, a o dobre imię pewnej kobiety – postanowił ją poinformować, czepiając się tej głupiej nadziei, że Ariene nie zapyta o tożsamość wspomnianej pani.
Chociaż doskonale wiedział, że to zrobi.
Wrócił do niej spojrzeniem, nadal dość poważny, nawet ten uśmiech zszedł z jego twarzy. Czuł się... jakoś tak głupio. Jakby podświadomie wiedział, że miała pełne prawo być na niego złą.
Ariene zrobiła teatralnie pozytywnie zaskoczoną minę i pstryknęła palcami.
– Racja, to mi umknęło! – przyklasnęła mu, po czym machnęła ze zrezygnowaniem ręką i odwróciła się, uznając, że rozmowa dłużej nie ma sensu.
Żadnego, nawet najmniejszego sensu, bo z jakichś powodów im bardziej uparcie brnęła, tym mniej chciała wiedzieć. Owszem, mogłaby dopytać, ale coś nie pozwoliło. Takie twarde przekonanie, że to jego życie i jego sprawa, i generalnie powinna sobie natychmiast iść. Tak, to chyba najlepsze. Niepotrzebnie napsuła mu krwi; aż ogarnęło ją niespodziewane poczucie winy, zgarbiła lekko ramiona.
– To wracaj dalej o tę jakąśtam kobietę walczyć, szerokiej drogi – mruknęła na odczepnego, ruszając do pokoju; przymknęła oczy, licząc w głowie do pięciu.
Zaskoczyła go, ale wcale mu się to nie podobało. Uniósł brew, chwilę przyglądał się jej plecom, by następnie, niewiele myśląc, ruszyć za nią. Wyciągnął rękę i położył dłoń na jej ramieniu, zatrzymując ją.
Gdy z wyczuciem obracał wiedźmę w swoją stronę, zastanawiał się, czy robiła to specjalnie, czy rzeczywiście jeszcze się nie zorientowała. Jeżeli nadal nie wiedziała, że był w niej zakochany po uszy, to musiała być naprawdę ślepa. Oraz głucha. Oraz generalnie niewrażliwa.
Spojrzał jej w oczy i chwilę milczał, chociaż doskonale wiedział, co chce powiedzieć – musiał tylko zebrać się w sobie. Wreszcie przechylił lekko głowę i sięgnął dłonią do jej policzka, uśmiechając się, gdy poczuł ciepło jej skóry.
– Ta kobieta stoi teraz przede mną – mruknął miękko.
Nie obchodziło go, czy chciała go sprowokować, czy faktycznie jeszcze się nie zorientowała. Niech wie.
Dreszcz. Kurwa, to źle.
Opanowała przyjemną falę ciepła, która w nią uderzyła, kiedy dotknął jej twarzy. Zdołała obronić się przed rumieńcem, zebrawszy w sobie wszystkie siły, by nie przerwać kontaktu wzrokowego. Jakaś głupiutka cząstka jej potraktowała to jak wojnę, którą musiała wygrać, by przeżyć – przegraną było odwrócenie spojrzenia.
Nie powstrzymała jednak rozchylających się w szczerym zaskoczeniu ust. Zaskoczeniu nie z powodu treści słów – cały czas się przecież broniła, a kiedy powiedział to na głos, najbardziej zdumiało ją… że to powiedział. To niemożliwe. Jak świat światem, nie mogło dziać się naprawdę, nie ma opcji.
Takie rzeczy są tylko w bajkach, a ty księżniczką przestałaś być, kiedy zaczęłaś uciekać nocą wbrew zakazom rodziców.
To zapewnienie samej siebie trochę ją pokrzepiło i pozwoliło wrócić do poprzedniego, choć mniej gniewnego stanu. Nawet udało się jej niedbale uśmiechnąć kącikiem ust, jakby słyszała podobne rzeczy właściwie codziennie.
– Za mocno przyjebał ci w głowę – zawyrokowała spokojnie, nie wykonując żadnego ruchu, by mu w tym bólu po ciosie ulżyć; należy mu się. – Przy okazji rozwaliliście jedno łóżko, chyba powinieneś je naprawić – dodała, znów wzruszając lekko ramionami.
Uśmiechnął się szerzej; dobrze, na razie niech temu zaprzecza. Jeżeli jest jej tak łatwiej. Nadal przypatrywał jej się intensywnie, lecz teraz błądził wzrokiem po jej twarzy, jakby chciał ją poznać na nowo. Poczeka, jeżeli ona na razie nie chce tego przyjąć do wiadomości – poczeka. Bo warto.
– Za mocno to ty mi przyjebałaś w głowę. W Perrianie, jak mną o ścianę rzuciłaś. Od tamtej pory mam przerąbane – przyznał spokojnie, jakoś nie mogąc zmobilizować się do cofnięcia ręki.
Przesunął nawet kciukiem po jej skórze, przez chwilę zwyczajnie zachwycając się jej pięknem.
– To nie moje łóżko, co się będę przejmował – skomentował jej druga wypowiedź, szczerząc ząbki w takim typowo jego łobuzerskim uśmiechu.
– Pewnie, upadło, to niech leży? – prychnęła, wywracając oczami.
Zaczęło ją męczyć to, że w swoim wnętrzu przyjmowała dwie skrajne postawy. Chociażby teraz, jednocześnie modliła się, by wziął rękę i żeby nie odsuwał się ani na milimetr. Sama nie wiedziała, która z tych dwóch Ariene powinna wygrać, by było lepiej.
– Sam się prosiłeś, nie narzekaj. Mogłam cię zabić – zauważyła nieco urażonym głosem, przymrużając powieki, tym razem już jednak bez złości.
Zaraz się uśmiechnęła. Może niech na razie się biją, może coś z tego wyjdzie albo naprawdę okaże się, że za mocno po prostu oberwał w głowę.
– Mogłaś – przyznał spokojnie z takim trochę dziwnym uśmiechem.
Koniec końców zabrał rękę, by włożyć ją znów do kieszeni spodni; zrobił to z żalem, ale takie długie przytulanie dłoni do jej policzka było trochę nie na miejscu. Potem wzruszył lekko ramionami, unosząc kącik ust.
– To łóżko Aidana, niech on się tym zajmie. Zresztą, pewnie już je naprawili – mruknął, jakoś mało przejęty.
No bo co go, przepraszam bardzo, w obecnej chwili łóżko obchodziło?
– Co z ciebie za nauczyciel – rzuciła karcąco, przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą, jakby sama nie wiedziała, co w tej całej sytuacji zrobić.
Przyglądała się mu przez chwilę, doskonale wiedząc, że samo to mogłoby jej wystarczyć na niewyobrażalnie długi czas, stałaby tak do rana z lekkim uśmiechem, pogrążona we własnych myślach. Nie widziała go tyle miesięcy, tylko odświeżała pamięć wspomnieniami, przywoływaniem w głowie drobnych, zupełnie nieistotnych szczegółów. Teraz bardzo chciała sprawdzić, czy wszystko dobrze zapamiętała.
Impuls, który niemal nią zawładnął, przeraził głupiutką wiedźmę do tego stopnia, że zupełnie oprzytomniała. Wyglądało to pewnie nieco dziwnie, bo drgnęła, otworzyła szeroko oczy, zamrugała, po czym uciekła wzrokiem w bok, lekko przygryzając wargę. Silthe, co się z nią najlepszego działo?
– To idź dalej biedaka dręczyć. Albo obij jeszcze parę mord w imię wyższych wartości, co tam wolisz – rzuciła już żartobliwie i swobodnie, uśmiechając się troszkę nerwowo. – Dobranoc, Cador – dodała ciszej, mniej spiętym głosem, popatrzyła mu przelotnie w oczy, po czym zawróciła szybko.
W progu zastanowiła się, dlaczego wszyscy zaczęli tak rozpaczliwie uciekać.

2 komentarze: