Wyglądali
przynajmniej dziwnie. Właściciel przybytku łypnął na nowoprzybyłych, wprawnie
oceniając, czy bardziej opłaca się wyrzucenie ich za drzwi, czy miłe
przywitanie gości. Problem był taki, że część by wyprosił, a część przyjął z
uśmiechem – ta różnorodność grupy jeszcze bardziej go zaniepokoiła, ale
postanowił podjąć ryzyko. Natychmiast ubrał się w jeden z sympatyczniejszych
uśmiechów, w spokoju wycierając kufel jasną szmatką i czekając, aż ktoś
podejdzie do lady.
W pewnym
momencie coś mu wylądowało na blacie. Pomyślał, że to kot, ale miało skrzydła,
ciało było pokryte beżowymi oraz złotymi łuskami, a jakby tego było mało, pysk
stworzonka wydawał się taki jaszczurzy. Generalnie wyglądało to jak karykatura
smoka, a na dodatek właśnie majtało ogonkiem i spoglądało na mężczyznę z
wyraźną irytacją. Barman uniósł brwi, uprzejmie zdumiony, a w tym czasie
smoczątko wyszczerzyło niewielkie ząbki.
– Hessan! –
rozległo się niezadowolone zawołanie, a przy ladzie pojawiła się niewysoka,
drobna dziewczyna zabawnie marszcząca nos.
Pod naporem
jej spojrzenia stworzonko położyło po sobie skrzydła i wycofało się z zamiaru
odgryzienia mężczyźnie palca. Wtedy nieznajoma uniosła na właściciela gospody
spłoszony wzrok, jakby stał tu z zakrwawionym toporem, a nie kuflem po piwie.
Nie powiedziała nic, tylko trzepnęła smoczątko przez łeb i odeszła z powrotem
do grupy; za nią zaś poleciał niezadowolony, burczący gardłowo stworek.
Może jednak
trzeba było ich wyprosić.
Leanelle
stanęła między Anabde i Ariene z dwóch powodów. Po pierwsze, znała je i przy
nich czuła się najbezpieczniej. Po drugie, nekromantka wyglądała, jakby myślała
o rzuceniu się wiedźmie do gardła i rozerwaniu go gołymi rękami.
Hessan chwilę
się wahał, ale w końcu wylądował na ramieniu swojej pańci i przytulił łebek do
jej policzka, odpuszczając jej wszelkie winy. To ją uratowało – mogła z czystym
sumieniem przenieść całe swoje zainteresowanie na smoka i nie patrzeć na
innych. Jakby jeszcze oni nie patrzyli na nią, to w ogóle byłby luksus.
Jakoś nikt nie
był skłonny zabrać się do konkretnych działań, toteż Cador westchnął ciężko i
ruszył dupę po pobliski stolik, by złączyć dwa i zapewnić miejsce wszystkim
zebranym. Po drodze szturchnął swego wiernego ucznia, bo tylko na jego pomoc
mógł liczyć, i jakoś wspólnymi siłami podołali zadaniu. Podostawiali krzesła,
przysunęli nawet wielką ławę; wreszcie każdy miał gdzie usiąść. Obrońca siadł
między Ariene i Calebem, uśmiechając się wyjątkowo pogodnie.
– No więc? –
zaczął bez ogródek Errian, spojrzawszy na wiedźmę wymownie; była nader
zadowolona z siebie, to mu się nie podobało.
Kiedy Aithne
wykonała taki ruch, jakby zamierzała się podnieść z miejsca i sobie pójść,
złapał ją za łokieć, z powrotem sadzając. Łypnęła na niego groźnie i odsunęła
się, zbliżając się drugim ramieniem do… szlag by to, łowco, zgiń i przepadnij.
– No więc
świetnie widzieć was w komplecie! – odparła radośnie Ariene, oderwawszy wzrok
od Cadora i obdarzywszy uśmiechem przyjaciół. – Dawno się nie widzieliśmy.
– Wy się
wszyscy znacie – bardziej stwierdził niż zapytał skulony między Sheridanem a
Calebem Aidan, spoglądając na towarzyszących mu panów z przestrachem.
– Nie –
burknęła Aithne, łypiąc groźnie w blat stołu. – Nie znam tej laski z jaszczurką
– oznajmiła niezadowolona.
– Rude
rozczochrane przemówiło ludzkim głosem, gówniarzu, notuj – polecił znudzony
Sheridan i skrzyżował ręce na torsie, odchylając się na krześle. – A ty, wiedźmo,
masz przerąbane.
Ariene raczyła
po prostu prychnąć, dumna z siebie jak nigdy. No, może podobnie dumna była,
kiedy dostała się do dźwigni w podziemiach Perrianu.
– Wykonywałam
swoją pracę – skwitowała niedbale.
– Chwila –
ogarnęła sytuację Aithne i spojrzała na własną grupową ulubienicę przeciągle
oraz bardzo intensywnie. – Ty nas wpakowałaś do pierdla?
– Jakiego
pierdla? – zmartwiła się Ariene, przenosząc pytający wzrok na Cadora.
– To byłoby do
ciebie podobne – zabrał niespodziewanie głos Caleb, który to raczej wyglądał na
takiego, co do końca wieczora już się nie odezwie.
– A nie, to
moja inwencja twórcza – przyznał bez ogródek Cador, uśmiechając się z
wyjątkowym rozbawieniem.
Hessan uniósł
łebek, łypnął na Aithne i zmierzył ją wyjątkowo groźnym jak na takie
kurduplaste stworzonko spojrzeniem. Umościł się wygodniej na ramieniu pańci,
uniósł skrzydła, chwilę szczerzył niezadowolony zęby, a potem... pokazał
upadłej język. To by było na tyle, jeśli chodzi o smocze komentarze.
Za to „laska z
jaszczurką” przymrużyła powieki, w pierwszej chwili chcąc palnąć, że Hessan nie
jest byle salamandrą. Prawdopodobnie byłaby to zrobiła, ale jakoś zeszli z jej
tematu, więc nie chciała zwracać na siebie uwagi. Powierciła się chwilę na
swoim krześle, mruknęła pod nosem, że generalnie jest do dupy, po czym
zawiesiła spojrzenie na blacie stołu i zajęła się jakże interesującym
wydłubywaniem kawałków drewna. W pewnej chwili syknęła, potrząsnęła ręką i
natychmiast przystawiła palec do ust.
– Głupia
drzazga – warknęła, ssąc opuszek.
Anabde
siedziała z założonymi rękami i przyglądała się wszystkim z typowym dla siebie
dystansem, tym razem może nieco bardziej ponurym. Postanowiła nie komentować,
generalnie w ogóle się nie odzywać, bo jeszcze się zorientują, jak bardzo jest
zdenerwowana. Jej honor by na tym ucierpiał.
– Och, nie
róbcie takich min – żachnęła się Ariene, wyczuwszy, jak nagle się wszyscy
przyjaźnie do niej nastawili. – Nie było innego sposobu, żeby was tu wszystkich
zebrać. To jeden z lepszych forteli, jakie doprowadziłam do końca – skwitowała,
krzyżując ręce na piersiach z buntowniczą miną.
– To pozostałe
nie mogły być zbyt wyszukane – odparł jej Caleb, najwyraźniej nie wytrzymawszy
w ciszy, sięgnął do torby i chwilę w niej pogrzebał.
Wiedźma
prychnęła.
– Pozostałe
kończyły się sztyletem pod żebrami, chcesz spróbować? – warknęła, znów się
najeżając ze złością.
– Przy samej
dupie? – spytał uprzejmie, wyjął igłę i wyciągnął ją do Leanelle. – Wyjmij tym,
jest czysta – zaproponował, położył kawałek metalu na blacie i powrócił do
rozmowy, czy raczej dręczenia Ariene. – Widzę, że przyjaciele są wam ogółem
wdzięczni za interwencję, trafił swój na swego.
– Trzeba
przyznać, że wprost genialnie selekcjonujesz informacje, Ariene – rzucił od
niechcenia Sheridan, miażdżąc wiedźmę wzrokiem.
– Wiedziałeś o
tym – bardziej stwierdził Errian i łypnął na przyjaciela. – Od samego początku.
Dlatego poszedłeś za Aidanem i wysłaliście mnie do ostatniej celi.
– Myślisz, że
chciałoby mi się zabiegać o twoje szczęście miłosne? – prychnął Sheridan,
odpowiadając na spojrzenie młodego maga.
– Mam iść po
coś do picia? – pisnął trochę zbyt wysokim głosem Aidan.
Leanelle
wytrzeszczyła oczy i chwilę robiła mało mądrą minę.
DLACZEGO ON JĄ
ZAUWAŻAŁ? Nie mógłby się, że tak to określę, odstosunkować? Co miała zrobić,
żeby przestał ją widzieć? I tak była chuda jak patyk, może będzie zawsze stała
do niego bokiem? Podobno wtedy znika – tak, to jest myśl!
Tymczasem
zainteresowała się igłą. Najpierw spojrzała na nią tak, jakby biedna igła była
zakrwawionym nożem przynajmniej, potem uniosła ostrożnie, jakby igła mogła w
każdej chwili odgryźć jej palca (bo igły są krwiożercze, nie wiedzieliście o
tym? Takie, które dał facet, na pewno), a w końcu westchnęła ciężko. I ona, z
tymi swoimi nieograniczonymi zdolnościami do autodestrukcji, ma przy użyciu
ostrego narzędzia (co z tego, że zwykłej igły) wyjąć drzazgę? Cóż miała zrobić,
zabrała się do roboty z nadzieją, że nie pozbawi się palca.
– Ariene
zmyliła łowcę; mała wiedźmo, jestem z ciebie dumny – uznał w tym momencie
Cador, obdarzając nieco złośliwym spojrzeniem to jedno, to drugie.
W końcu jednak
zlitował się nad swoim biednym uczniem i zainteresował jego potrzebami. Jejku,
co ten Aidan taki blady? Nie widział w życiu... ach, no tak, pewnie nie
widział. Trudno natrafić na tak barwne towarzystwo.
– Idź, idź.
Zapytaj, czy mają jakieś uspokajające ziółka – zaproponował, uśmiechając się do
chłopaka z otuchą.
Aidan zerwał
się jak poparzony z krzesła, prawie się przy tym zabijając, po czym skoczył do
lady nader energicznie, zupełnie inaczej niż ostatnim razem, kiedy spotkali
Aithne.
A już wtedy
myślał, że osiągnęli poziom absurdu! Jakże się mylił.
– Dziękuję –
mruknęła Ariene, uśmiechając się lekko. – Szkoda tylko, że nie pozbyłam się
niepotrzebnego balastu – skwitowała, przenosząc wzrok na Caleba.
– No,
rzeczywiście powinnaś schudnąć, wszystko poszło ci w cycki – odparł na to
myśliwy, o Leanelle już zapomniawszy, z pewnością ku uldze nieszczęsnej.
Ariene
zgrzytnęła przeciągle zębami.
– Lubię cię –
stwierdziła wtedy Aithne, wysłuchawszy tej wymiany zdań z żywym
zainteresowaniem.
Caleb
popatrzył na rude rozczochrane zaskoczony, ale po chwili skinął niepewnie
głową, nie wiedząc, czy powinien się z okazji tej sympatii zacząć już martwić.
– O cyckach
Ariene pogadamy kiedy indziej – rzucił zirytowany Errian, pochylając się
mocniej nad stołem; wyraźnie zafrapowały go poczynione odkrycia.
– Racja, w
przypadku Aithne nie za bardzo jest o czym gadać – zrozumiał go z udawanym
współczuciem Sheridan, wzniósłszy oczy do sufitu; no bo nie widział sensu
ciągnięcia pogawędki, skoro wiadomo, że zostali wrobieni na całej linii.
Errian obdarzył
łowcę takim spojrzeniem, że gdyby Aidan je zobaczył, bardzo by się cieszył, iż
na ten czas udał się do lady po napoje.
– Oboje
ściągnęliście nas z różnych końców Lostaru w taki sposób, żeby żadne nie
zorientowało się w pułapce? – spytał dla pewności, powracając do porzuconego
tematu.
– Ja
ściągnęłam. Cador tylko dzielnie aranżował spotkania – sprostowała bez
mrugnięcia okiem Ariene, opanowawszy chęć mordu na przyjaciołach.
– Ale pomysł
był wspólny – mruknął w tym momencie obrońca, niezadowolony, że się jego
zasługi umniejsza.
No i że
wiedźma bierze całą winę na siebie, co to, to nie.
– I w sumie...
Tak, właśnie tak to wygląda – przytaknął Errianowi, nadal dziwnie zadowolony
pomimo panującej atmosfery.
Ciekawe.
Z rogu stołu,
który zajmowały milcząca Anabde i zafrapowana operacją na własnym palcu
Leanelle, nie dobiegł ekipy żaden komentarz. Tylko raz rozległo się tam ciche
„juhu”, gdy szatynka pozbyła się drzazgi bez wyraźnych ubytków na zdrowiu.
– Mam cię
zabić teraz czy za chwilę, głupia wiedźmo? – zainteresowała się Aithne, mrużąc
groźnie oczy, kiedy wpatrywała się w Ariene.
Mord jednak
dokonany nie został, ponieważ Aidan wrócił z pierwszą turą napitku dla
zebranych. Wszyscy na chwilę porzucili mordercze zamiary i wyglądało na to, że
broń częściowo zawiesili, wbrew pozorom ciesząc się ze spotkania.
Nawet Sheridan
zaszczycił ich jednym całkiem szczerym uśmiechem poza wszelkimi złośliwymi
półuśmieszkami. Nie omieszkał zauważyć tego Errian, co skończyło się kolejną,
nadzwyczaj lekką utarczką słowną panów.
Wieczór minął
im przyjemnie i choć co pewien czas powracali do tematu ściągania ich tu na
siłę oraz oszukiwania, jak i mordu na biednej Ariene, to atmosfera wyraźnie się
rozluźniła. Z tego najbardziej cieszył się spłoszony Aidan, który tylko marzył
o znalezieniu się już w pokoju i pójściu spać – bo może to tylko zły sen?
Zły sen trwał
dalej i robił się coraz gorszy, bo oto odkryte zostało, że majątek drużyny nie
jest zbyt pokaźny.
– Dwie
szlachciury mamy pod ręką i, kurwa, kasy brak – warknęła zdegustowana Aithne,
patrząc na podliczającego ich fundusze Cadora.
– Rodzice nie
dali mi posagu. W sumie chyba go zgarnąłeś – mruknęła Ariene, unosząc
rozbawiony wzrok na Erriana.
– Nie dostałem
żadnych talerzy – oburzył się pokazowo mag.
– Nie talerze,
to miała być puchowa pierzyna! – prychnęła w odpowiedzi wiedźma. – Albo koza z
krową, żebyśmy nie umarli z głodu.
– Chwila, to
wyście się pobrali? – wydusiła po dłuższym milczeniu Aithne, blednąc
nieznacznie; nawiała tuż przed ceremonią, a zapytać nikogo nie miała odwagi.
– W życiu bym
się na to nie zgodził, szlachcianki są strasznie kapryśne – odparł Errian,
wyraźnie nadal w dobrym humorze.
Ariene
prychnęła wymownie.
– Kapryszenie
zaczęłoby się pewnie od nocy poślubnej – podsumowała, mrużąc oczy.
Aithne
przyciągnęła do siebie pieniądze i zabrała się do szybszego liczenia kwoty, bo
Cador jej zdaniem trochę się lenił. Sama lekko pokraśniała na policzkach, ale
ukryła to za potarganymi włosami, kiedy pochyliła się nad monetami.
– Dobra,
chodźmy spać – zdecydowała.
– Ile tam
masz? – zainteresował się Caleb.
–
Sześćdziesiąt złotników – odparła z dumą w głosie, bo i dawno takiej sumy przy
sobie nie nosiła.
Myśliwy
parsknął ponurym śmiechem.
– To sobie
pospaliśmy. Idę negocjować – zakomunikował i zgarnął monety, ruszając pewnym
krokiem do lady.
Anabde
spojrzała na odchodzącego Caleba, prychnęła głośno, wywróciła oczami i ruszyła
jego śladem, zabierając ze sobą płaszcz. Jak już się wszyscy spotkali, a nie ma
biedna ekipa gdzie spać, to może ich łaskawie wspomóc swoimi prywatnymi
funduszami. Nie miała przy sobie wiele, ale zawsze coś.
No i trzeba
pamiętać, że właściciel przybytku był mężczyzną. Jej będzie się negocjowało
zdecydowanie łatwiej.
To jednak nie
spodobało się Leanelle, bo nie mogła się już bezpiecznie ukryć za burzą włosów
koleżanki. Zmarszczyła zabawnie nosek, zsunęła się nieco na krześle i pochyliła
ramiona, licząc na to, że Anabde szybko wróci.
Zupełnie
odmiennego zdania był Hessan, który wzbił się w powietrze, wylądował na krześle
Anabde, zwinął się na nim w kulkę i błyskawicznie zapadł w sen. Od czasu do
czasu pochrapywał, ale Leanelle nie miała serca go budzić.
Okazało się,
że Caleb nabył zdolności negocjatorskie ogólnopłciowe, aczkolwiek wsparcie
Anabde przyjął całkiem przyjaźnie. Koniec końców dostali dwa kilkuosobowe
pokoje za połowę posiadanej kwoty – interes całkiem dobry w ich przypadku.
Tylko nie wszyscy się tym pomysłem zachwycili, ale co zrobić.
Rozeszli się
na swoje stanowiska podzieleni następująco – panowie na prawo, panie na lewo. Z
grupy prawej najgorzej miał się Aidan, z lewej Ariene, która mogła nie dożyć
poranka za swe intrygi. Różnica między obojgiem polegała na tym, że chłopak był
mocno spłoszony, a wiedźma bardzo zadowolona.
Dopóki
Calebowi nie udało się przekręcić kluczyka w zamku, a drzwi nie stanęły przed
nimi otworem, Cador trwał w trudnym do opisania strachu. Gdy tylko umożliwiono
mu wejście do pokoju, wtargnął na sam jego środek (przepychając się w progu z
Sheridanem, koniec końców potraktował łowcę z bara) i rozejrzał się uważnie
dookoła. Zmarszczył brwi, wymruczał pod nosem liczby, a potem odetchnął głośno
z ulgą.
Przede
wszystkim bał się, że trafią na łóżko małżeńskie. Nie wyobrażał sobie, by
ktokolwiek z obecnych miał spać w jednym łóżku z którymś z kompanów. Całe
szczęście pojedynczych łóżek było na tyle, by każdy miał jedno dla siebie;
Cador uśmiechnął się zadowolony i przemaszerował do najbliższego, rzucając na
pościel swoją torbę.
Potem obejrzał
się na towarzyszy; łowca łypał na niego niezadowolony, ale chyba zdecydował się
puścić mu płazem przewinienie. Mężczyźni weszli do pokoju i rozdzielili się łóżkami;
najbiedniejszy z tego wszystkiego był Aidan, wyraźnie przerażony spaniem w
jednym pomieszczeniu z tym tałatajstwem.
Cador, jako
ten niedobry i bezlitosny nauczyciel, wzruszył na tę myśl ramionami; niech się
chłopak przyzwyczaja, ot co! W życiu może spotkać gorszych.
Na razie był
zmęczony i ani mu się śniło zabrać się za coś konkretnego, na przykład
ogarnięcie swojego bagażu. Przesunął się w tył łóżka, oparł plecami o ścianę i
założył ręce za głowę, spoglądając na pozostałych z lekkim uśmiechem.
O nie, on się
póki co nigdzie z tego miejsca nie ruszy.
– Wygląda na
to, że to dość spokojna okolica – zagadnął Errian, wyjrzawszy krótko przez
okno, by sprawdzić, jakie widoki się za nim rozciągają.
Przyjrzawszy
się targowi – miał nadzieję, że nie rozpoczynają rozkładania towaru skoro świt;
właściwie zawsze może nadgorliwych potraktować kulą lodu w tyłek – obrócił się
z powrotem do towarzyszy i przysiadł na własnym łóżku.
– Jak na
standardy miejskie, owszem. Jeśli nie wybiją szyby, będę skłonny stwierdzić, że
to istna oaza spokoju – mruknął Sheridan, podparłszy inną ścianę i wcisnąwszy
ręce do kieszeni, jak to miał w zwyczaju.
Od początku
wieczoru sprawiał wrażenie niezadowolonego, co nie umknęło uwadze Erriana.
Młody mag postanowił to jednak przemilczeć, udając na razie, że niczego nie
zauważył, tak na wszelki wypadek.
– Twój werdykt
wiele dla nas wszystkich znaczy – prychnął natomiast, okazując dezaprobatę
wobec postawy przyjaciela.
Aidan
przyglądał się scenie wytrzeszczonymi w zdumieniu oczami, wyraźnie pod
wrażeniem niedbałości, z jaką Errian odnosił się do robiącego dość piorunujące
wrażenie łowcy. Skulił się na swoim łóżku i przyglądał się im z pewną
fascynacją, jakby natrafił na niespotykany gatunek dziwnego zwierzęcia.
– Nie wątpię –
odparł zdawkowo Sheridan, wzruszając ramionami.
W tym czasie
Caleb ściągnął swój nieśmiertelny płaszcz, skórzaną torbę położył na materacu i
wyraźnie stracił rozeznanie w tym, co dalej robić. Dlatego przeniósł wzrok na
zebranych, postanawiając obserwować. Dzięki temu najszybciej się dowie, jakimi
osobami są, prawdę mówiąc.
– Strasznie
pokrętnie to wymyśliła – westchnął wtedy Errian, pocierając dłońmi twarz, by
trochę pozbyć się zmęczenia.
– Ta
problematyczna wiedźma? – spytał dla pewności łowca, jako jedyny wykazując
młodym magiem większe zainteresowanie.
– Nie, moja
babcia – rzucił zgryźliwie Errian.
Sheridan
raczył nie skomentować tej jakże górnolotnej wypowiedzi. Wiedział, że przyjaciel
robi się nieco… hm, jego erudycja spada wprost proporcjonalnie do rosnącego
zmęczenia, może tak.
– Dostosowała
plan do uczestniczących w nim – mruknął z rozbawieniem Cador, poczuwszy się w
obowiązku bronienia wiedźmy.
Chociaż tej
problematyczności nie mógł zaprzeczyć, prawda. Była problematyczna jak cholera.
– Gdyby był
bardziej... normalny, od razu byście się połapali – dodał, tak w ramach
wyjaśnienia.
Przeciągnął się, a do głowy wpadła mu ciekawa myśl: czy
powrót wiedźmy oznacza kolejne kłopoty z plecami? Jakoś tak się na razie
złożyło, że ilekroć ją widział, to obrywał.
Obrócił głowę
w stronę Aidana i przypatrzył mu się badawczo; na razie chłopak sobie radził,
jakoś. Uśmiechnął się do niego pokrzepiająco, jakby chciał mu przekazać, że nie
są tacy źli, potem wrócił spojrzeniem do rozmówców.
– Nie
przesadzajmy – żachnął się nieco urażony Errian. – Przecież bym sobie jakoś
poradził z wieścią, że spotkałeś Aithne – dodał ciszej, odwracając wzrok na
ścianę.
Aidan
przyjrzał się młodemu magowi, potem uśmiechnął się niepewnie do swojego
nauczyciela, a na końcu usiadł po turecku i naprawdę zainteresował się
słuchaniem – robił to zupełnie inaczej niż Caleb, który to natomiast sprawiał
wrażenie całkowicie nieobecnego, jakby zapomniał, że ktoś jeszcze jest w tym
pokoju.
– Nie no,
pewnie. Zwaliłbyś im się na łeb jak huragan – prychnął Sheridan, mocno wątpiąc
w racjonalność uczucia przyjaciela.
Bądźmy
szczerzy, nikt przy zdrowych zmysłach nie zakochałby się w rudym rozczochranym,
to niemożliwe. I niehigieniczne. Łowca spojrzał na młodego maga jeszcze
bardziej krytycznie, unosząc brew.
– Nie wiesz
tego – burknął Errian, czując, że tym razem Przeklęty ma rację, a szkoda. –
Zresztą to zagranie było bardziej groźne dla mojego zdrowia i życia – zmienił
nagle koncepcję odpowiedzi, robiąc wyniosłą, typowo szlachecką minę.
Błysk w
błękitnych oczach podpowiedział, że młody szaleniec planuje łowcę dusz
podrażnić trochę. Życie mu niemiłe, za bardzo się z tymi Przeklętymi spoufala.
Sheridan
uniósł brew.
– Mam rozumieć,
że plan Ariene mógł być dla ciebie śmiercionośny? – upewnił się, nie wierząc,
że Errian aż tak bardzo się w tej rozmowie stoczył. – No ciekawe, jak mogłaby
cię nim niby zabić, wepchnąć zwój do gardła?
– Mogłem
dostać zawału, kiedy zobaczyłem Aithne.
– Na jej widok
każdy by dostał zawału – mruknął Sheridan i bez specjalnego wysiłku złapał
poduszkę, jaką posłał w niego oburzony młody mag.
Obejrzał
fragment podarowanej pościeli, kiwnął z uznaniem głową, po czym przywłaszczył
sobie zdobycz, rzucając Errianowi wymowne spojrzenie. Chłopak jeszcze bardziej
się nachmurzył, mordując przyjaciela wzrokiem.
– Zresztą ja
bym na twoim miejscu bardziej się bał, że ta wiedźma cię udusi. Biustem choćby,
to chyba jej najbardziej śmiercionośna broń – dodał jeszcze łowca, ruchem ręki
oględnie nakreśliwszy, co dokładnie miał na myśli.
Młody mag
uderzył dłonią w czoło, niniejszym załamując się nad tym, na co temat niewinnej
pogawędki zszedł. I to właściwie z jego winy, znowu zaczął, co za tragedia!
No, było tak
spokojnie. Bardzo spokojnie. Do czasu.
Prawdopodobnie
jeszcze sam tekst by zdzierżył, ale zarówno gest łowcy, jak i myśl, że tak
wnikliwie przypatrywał się walorom Ariene, wzburzyła krew obrońcy. Obrońcy
zazwyczaj opanowanego, ale każdy bywa zmęczony i podenerwowany, prawda?
W jednej
chwili siedział rozwalony na łóżku, w drugiej błysnęły groźnie jasnozielone
oczy, a z gardła wydobył się cichy warkot. Dało o sobie znać perfekcyjne
wytrenowanie, gdy w kilka sekund poderwał się ze swojego miejsca, jednym susem
przemierzył odległość dzielącą go od celu i rzucił się na łowcę. Zamierzał go
zamordować, a użyta przed chwilą jako pocisk ziemia-łeb Sheridana poduszka
miała mu w tym pomóc.
Póki co
niestety nie udało mu się go udusić, bo choć zaskoczył łowcę, to aż tak silny
nie był, jednak poddanie się nie wchodziło w rachubę.
– O ja
pierdolę! – wyrwało się zwykle grzecznemu i ułożonemu Aidanowi, który
wytrzeszczył oczy na swego nauczyciela, mentora i mistrza w jednym, właśnie
okładającego faceta wielkości dębu.
Albo topoli,
jakoś tak to szło.
– Co – odparł
w formie stwierdzenia Caleb, opuściwszy do tej pory skrzyżowane na torsie ręce.
Nie wierzył.
Cador nie wdał się w podobną akcję ani nie dał się do niej sprowokować ładnych
parę lat, dlatego też myśliwy popadł w stupor, przyglądając się zajściu z
szokiem wymalowanym na twarzy – szkoda, że nie było jak uwiecznić, bo dawno
takiego zdumienia jego oblicze nie gościło.
Podobnie
wyglądał Errian, on jednak dodatkowo pobladł, zapatrzywszy się w miejsce, gdzie
jeszcze przed chwilą stał jego przyjaciel, a który teraz leżał pod Cadorem,
wyrywając mu poduszkę i ciskając nią w okno z taką siłą, że to cud, iż ta szyba
nie została wybita.
Oprzytomniał
dopiero w momencie, w którym po pokoju rozniósł się niski, pełen furii warkot,
a obrońca odleciał kilka metrów w tył, odepchnięty od łowcy. No, zapowiada się
na spokój, Sheridan ogarnął nadgorliwego.
I w tym
momencie sam Przeklęty ruszył do ataku, najwyraźniej tej zniewagi nie
zamierzając odpuścić. Albo przynajmniej planując Cadora rozczłonkować, żeby
sobie porządnie zapamiętał swój błąd.
– Sher! –
wydusił zdumiony Errian, zeskoczył z łóżka i heroicznie rzucił się między dwóch
panów, między których niedoświadczony w tego typu walkach mag rzucać się nie
powinien.
O tym też się,
oczywiście, szybko przekonał. Czy może raczej jego szczęka.
Aż go
zamroczyło, kiedy Sheridan nie trafił w Cadora, tylko w niego, jednym ciosem
biedaka nokautując. Zatoczył się, wytrzeszczając oczy oraz intensywnie
mrugając, po czym opadł z powrotem na łóżko, usilnie próbując sobie
przypomnieć, jak się nazywa.
Świat bardzo
nie lubił jego zębów.
Wtedy
otrząsnął się z szoku również Caleb. Potrząsnął głową, podwinął rękaw bluzki
(drugi sięgał ledwie do łokcia, bo mu się oberwało na krzaczku) i przystąpił do
rozdzielania panów.
Wyszło mu
trochę lepiej. Zdołał przyjaciela odciągnąć, warknąć na niego i lekko mu
wykręcić rękę, kiedy musiał się uchylić przed ciosem, by nie skończyć tak, jak
Errian. Cudownie!
– Kurwa mać –
wyraził swoją radość, zastygając i śledząc wzrokiem wymianę ciosów; chciał
znaleźć lukę i w nią wkroczyć.
Sheridan
natomiast, po dość bolesnym ciosie w brzuch, warknął gardłowo i wziął Cadora na
ramię, odrzucając nader silnie wprost na łóżko. Errian, który ledwie się
pozbierał po własnym nokaucie, poczuł nagły przypływ współczucia wobec mebla.
Zdawało się
jednak, że Cadora nic nie powstrzyma. Znaczy, jasne, coś tam go plecy zabolały
i mostek jakby ostrzegał, że zaraz znowu się rozkruszy i tym razem nawet
wiedźma nie pomoże, ale kto by się tym przejmował. Ta zniewaga krwi wymaga!
Zdecydowanie
innego zdania było łóżko, spod którego odpadła jedna deska; to nie było jego
łóżko, więc jakoś się tym nie przejął.
Przymrużył
oczy i nie czekał ani sekundy, jak znów ruszył do ataku. Wyminął Caleba, na
którego przestał zwracać uwagę (wybacz, stary), po czym zaserwował Sheridanowi
przepiękny cios w żuchwę. Zaraz potem otrzymał podobny, tyle że w bok; stracił
oddech i przemknęło mu przez myśl, że mogą mu się rozpaść żebra. Nie przejął
się tym zbytnio.
Prawdopodobnie
panowie byli zbyt zaaferowani obecną walką (biorąc w niej udział czynny lub
bierny), by zauważyć, że na parapecie przysiadło pewne znane już wszystkim
stworzonko. Hessan wyprężył się niczym kot, po czym zapatrzył się z
zainteresowaniem w pojedynek.
Było to
całkiem interesujące, dopóki ktoś nie postanowił użyć krzesła jako broni.
Mężczyzna (Hessan nawet nie widział, który) cisnął krzesłem w przeciwnika;
przeciwnik uchylił się zgrabnie, a mebel pomknął w stronę okna. Smok zrobił
wielkie oczy, pisnął cicho i w ostatniej chwili przywołał odpowiednie zaklęcie,
które zatrzymało krzesło na kilka centymetrów przed smoczym pyskiem. Ten atak
nie spotkał się z aprobatą ze strony smoka.
Hessan
zaryczał gniewnie, jak na tak małe rozmiary dość potężnie, po czym rozłożył
skrzydła i wzbił się w powietrze. Tak, właśnie postanowił dołączyć się do
walki, a żeby było honorowo, używał jako broni tylko zębów i pazurów.
Nie zdążył
wyrządzić panom zbyt wielu szkód (zamierzał wydłubać któremuś oko, ale jeszcze
nie miał okazji), gdy niespodziewanie drzwi od pokoju otworzyły się szeroko, a
do środka wbiegła dość przestraszona, ale bardzo zdeterminowana panienka.
– Hessan,
kurwa mać! – krzyknęła; to też było zaskoczeniem, nie dość, że wrzeszczy i
przeklina, to jeszcze naprawdę brzmi groźnie.
Smok zerknął
na nią przelotnie, ale żądza krwi zbyt nim zawładnęła, by zainteresował się
pańcią na dłużej. Fiołkowe oczy błysnęły niebezpiecznie i Leanelle, nim
ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, wtargnęła w sam środek zamieszania.
Wskoczyła
między panów i chwyciła smoka za ogon, przesmyknęła się i upadła na podłogę
koło walczących, nie zostając dotkniętą. Trzeba przyznać, że zrobiła to
wyjątkowo zgrabnie, ale zdeterminowana kobieta potrafi wszystko. Wytrącony z
równowagi smok przyrżnął łbem w blat pobliskiego stołu i teraz liczył gwiazdki,
jednak wcale nie było jej go żal.
Zrobiła za to
ogromne oczy, gdy zorientowała się, że walczący panowie nie zwrócili na nią
szczególnej uwagi. Nadal szamotali się i próbowali pozbawić przeciwnika kilku
zębów; teraz obaj zachwiali się i byli niebezpiecznie blisko upadku. Walnięcia
prosto w siedzącą na podłodze Leanelle, ta zaś nie miała gdzie uciec.
– Hej! –
zawołał zaskoczony Aidan, zrywając się ze swojego łóżka, by pomóc biednej
dziewczynie; to nie przystoi tak stawiać damę w zagrożeniu, eee, zmiażdżenia!
Nawet jego
nauczycielowi czy łowcy dusz. Swoją drogą tylko by jeszcze niedoświadczonego,
słabowitego Aidana brakowało w całym zamieszaniu.
Zdawało się,
że to samo pomyślał Caleb, kiedy złapał ucznia przyjaciela za fraki i wepchnął
na łóżko Erriana, szczęśliwie jednak omijając chłopakiem młodego maga. Dopadł
do walczących całą siłą rozpędu i pchnął ich w bok, przez co panowie, ogarnięci
niejakim szałem przeklętym, gruchnęli w inną stronę niż skulona w potrzasku
Leanelle. Caleb skrzywił się, warknął pod nosem dość groźnie, poprawiając rękaw,
który znowu mu się rozwinął, po czym otaksował dziewczę krótkim, szybkim
spojrzeniem.
Żyła – z tego
też powodu stracił nią zainteresowanie.
– Reamonn,
kurwa mać! – ryknął niskim, wibrującym głosem, znów dopadając do Cadora i na
chwilę odrywając go od walki.
Już myślał, że
wyjdzie to ładnie, zgrabnie oraz powabnie, kiedy czyjaś ręka złapała go za
ramię i cisnęła nim w tył. Przekoziołkował boleśnie po podłodze, zatrzymał się
przykucnięty, jakby wszystko szło zgodnie z planem, a potem zaklął. Te słowa aż
wstyd przytaczać, prawdę mówiąc, dlatego przemilczmy.
– Pierdoleni
Przeklęci – wyraził swą aprobatę myśliwy, zrywając się z miejsca.
– Sheridan! –
zawołał coraz bardziej przerażony Errian, jego oczy rozbłysły
charakterystycznie, nabierając głębszej barwy błękitu.
W następnej
chwili do łowcy pomknął ulotny, bladoniebieski płomień, który docelowo miał mu
trochę zamrozić, żeby Przeklętego ostudzić. Sheridan niedbałym gestem dłoni
roztrzaskał zaklęcie przyjaciela i na krótką chwilę powalił obrońcę. Zaraz znów
musiał się bronić przed ciosem Cadora, zatem walka była wyrównana.
Errian
pocieszył się myślą, że skoro pan Reamonn jeszcze dycha, znaczy to, że pan
Kedalt postanowił przeciwnika tak czy siak zachować przy życiu.
Wielkoduszny,
kurwa.
W tym samym
momencie w progu pojawił się ktoś jeszcze. Ariene zahamowała gwałtownie, a
goszczący na twarzy niepokój przeobraził się w przerażenie – słowo, jakie miała
wypowiedzieć, nim ujrzała scenę, zamarło jej na ustach, zmieniając się w
zdumione rozchylenie warg. Kilka sekund patrzyła, jak panowie wymieniają się
ciosami w dzikiej, zupełnie bezsensownej bójce.
Potem zerknęła
na przerażoną Leanelle, za którą to poszła, kiedy ta wypadła z pokoju. Od
połowy korytarza za nią biegła, bo usłyszała niepokojące dźwięki. Jednak
dobrze, że się pospieszyła.
– Co, do kurwy
– warknęła wyraźnie wściekła, cofnęła lekko rękę, przywołując do dłoni ulotny,
mglisty pulsar energii, po czym strzepnęła zaklęcie, mrużąc oczy.
Cador miał
okazję doznać powtórki z rozrywki, kiedy nagle grunt usunął się mu spod nóg, a
ściana ochoczo popędziła na spotkanie plecom. Wiedźma nie przewidziała żadnej
taryfy ulgowej odnośnie ran, jakie obrońca otrzymał kilka miesięcy temu –
gruchnęła nim tak samo porządnie, jak w Perrianie, bo mu się, kurwa, należało,
jak stanowczo uznała.
– Szlag by cię
– przeklął przyjaciela Caleb, zagradzając mu drogę do Sheridana.
– KEDALT! –
wydarł się natomiast Errian, wysyłając falę mentalną silną na tyle, by łbem
tego przeklętego Przeklętego porządnie wstrząsnęło i go otrzeźwiło.
Łowca
przeniósł dzikie spojrzenie na zdenerwowanego maga i napotkał wzrok zimnych,
zapowiadających nadchodzącą furię błękitnych oczu. To jakby go trochę
uspokoiło, rozluźnił nieznacznie mięśnie i krótko na przyjaciela warknął.
– Zdecydowanie
wystarczy – oznajmiła chłodnym tonem Ariene, wchodząc szybkim krokiem do
pokoju.
Aidan aż się
skulił, widząc złość kobiety. Nie wywołuj wilka z lasu i takie tam, a już tym
bardziej wiedźmy.
W pierwszej
chwili Cador nie do końca pamiętał, jak się nazywa. Pociemniało mu przed
oczami, później świat zaczął wirować – zacisnął mocno powieki i odruchowo
przycisnął rękę do uderzonego miejsca z tyłu głowy. Odczekał kilka sekund,
otworzył oczy, zamrugał energicznie i zorientował się, gdzie jest góra, a gdzie
dół. Następnie odświeżył sobie wydarzenia ostatnich chwil i skrzywił się bardzo
nieładnie. Nici z mordu.
Wstał, chociaż
miał z tym pewne trudności (pierdolone, kurwa, plecy), wyprostował się z sykiem
i spojrzał na Sheridana, mrużąc jasnozielone oczy. Uznał jednak, że łowca nie
jest godzien zainteresowania, a ktoś domaga się jego uwagi – przesunął
spojrzenie na Ariene i zacisnął wargi. Nie miał zamiaru nic mówić, nie
wiedziała, o co poszło, sprawa była warta tych kilku siniaków.
I obitych
pleców.
Leanelle za to
nie miała czasu być zażenowaną, ponieważ Hessan właśnie pozbierał się z podłogi
i zamierzał kontynuować bezsensowną walkę. Spojrzała na niego groźnie, a gdy to
nie podziałało, uniosła rękę i przygrzmociła mu od serca w tyłek.
Smok aż podskoczył,
pisnął, położył po sobie skrzydła i spotulniał. Jeśli ktoś to widział, musiał
poczuć do dziewczyny nagły szacunek – nawet człowiek boleśnie odczułby to
uderzenie.
Caleb powoli
uznał, że zagrożenie minęło. Obrzucił przyjaciela niezadowolonym, karcącym
spojrzeniem, po czym odsunął się na tyle, by nie stać na linii wzroku
Ariene-Cador. Zresztą ogółem lepiej było się już wycofać, tak.
– Auć –
stęknął w tym momencie Errian, odczuwszy z pełną wyrazistością siłę ciosu
Sheridana, kiedy adrenalina już trochę opadła.
Dotknął
ostrożnie siniejącego miejsca i skrzywił się jeszcze mocniej, dochodząc do
wniosku, że udawanie dobrego, prawego oraz szlachetnego jest całkowicie do
bani. A już na pewno nie jest ekonomiczne ani ergonomiczne.
Łowca nie
wykazał ani krztyny współczucia wobec przyjaciela, przez chwilę wpatrywał się w
niego naprawdę przerażającym wzrokiem, po czym z tą samą miną zerknął na
Cadora. Najwyraźniej jednak uznał, że przeciwnik nie jest wart robienia aż
takiego bałaganu, zresztą to jemu właśnie oberwało się ostatecznie najbardziej.
I to od, jak
się zdaje, przyczyny bójki!
Ariene nie
odrywała od Cadora przeszywającego, pełnego dezaprobaty spojrzenia zmrużonych
szafirowych oczu, aż wreszcie ostentacyjnie popatrzyła na Erriana. Na jej
twarzy pojawiła się pewna łagodność, podeszła do młodego maga energicznie;
Aidan równie energicznie uskoczył jej z drogi tak na wszelki wypadek, ale
panicz Souen nie wykazał żadnych odruchów samoobronnych.
– Pokaż to,
biedaku – poprosiła miękko i sięgnęła do jego obitej twarzy.
– Tylko nie
ty, wiedźmo – jęknął teatralnie, ale uśmiechnął się półgębkiem, pozwalając
sobie pomóc.
Choć nie można
powiedzieć, by pozbył się wątpliwości.
– Ma ktoś coś
mocnego? Ona chce mnie leczyć!
– Och, spadaj
– prychnęła, uśmiechając się blado.
Caleb
westchnął. A potem spojrzał na Cadora i mimowolnie pokręcił głową. Kiedy
przyjaciel już skończył szaleństwa w młodości, myśliwy myślał, że takiej akcji
nigdy więcej nie ujrzy. A tu proszę, obrońca się zakochał i takie atrakcje.
– Powodzenia –
mruknął do niego bezgłośnie, mając na myśli nikogo innego, tylko właśnie
Ariene, która z pełną czułością zajęła się Errianem.
Mag najmniej
ucierpiał, najwięcej korzystał. W pewnym sensie.
Leanelle
pozbierała się z podłogi, ogarnęła pomieszczenie spojrzeniem mocno zatrwożonym
(„jakim cudem ja tu weszłam?”), po czym szybko przemknęła do drzwi. Stanęła
koło nich, położyła dłoń na klamce i zamarła, zastanawiając się, czy czekać na
Ariene. Wolałaby jak najszybciej opuścić to miejsce.
Spacyfikowany
Hessan pomaszerował spokojnie jej śladem, trzymając nisko opuszczony łebek.
Tak, dotarło do niego, że pańcia się dla niego naraziła, odczuwał pewien wstyd.
Zatrzymał się przy jej nodze, usiadł, owinął się ogonkiem i zaczął wyglądać jak
mała kupka nieszczęścia.
Cador spojrzał
na Caleba i dłuższą chwilę mierzył go beznamiętnym spojrzeniem. Wreszcie uniósł
kącik ust, po czym skinął lekko głową, jakby w podziękowaniu. Skrzyżował ręce
na torsie i obserwował działania Ariene, nic nie komentując. Wprawdzie czuł się
aktualnie jak zwłoki, ale dzielnie trzymał się prosto, nie dając niczego po
sobie poznać. Milczał, bo nadal wszystko w nim kipiało; nie czuł się jednak
głupio, co to, to nie.
I zapadła taka
krępująca chwila ciszy. Najbardziej krępująca chyba dla Erriana, który został
poddany wielce skomplikowanym zabiegom medycznym – trwały one o trzy minuty za
długo, ale Ariene trochę się zagapiła. Dopiero po cichym chrząknięciu młodego
maga zorientowała się, że przesadziła, dlatego odsunęła dłoń od jego szczęki z
zakłopotanym uśmiechem.
– Postaraj się
nie wdawać w najbliższej przyszłości w jakiekolwiek bójki, bo siatka pęknie –
poinstruowała go rzeczowo, cofając się kilka kroków.
Obróciła się
zaraz przodem do Cadora, ignorując wymamrotane podziękowania Erriana. Znów
zmierzyła obrońcę nieprzyjemnym, bardzo wręcz nieprzyjemnym spojrzeniem, mrużąc
oczy, przez co wzrok nabrał intensywności. Caleb, czując, że znajduje się w
polu rażenia, wycofał się, by naprawić zdezelowane łóżko Aidana.
Biedny Aidan
przysunął się blisko Erriana, uznawszy, że przy nim jest bezpiecznie. W tym
jednak momencie Sheridan odwrócił się sztywno i wymaszerował, minąwszy bez
problemu stojącą w progu Leanelle.
Młody mag nie
ustał długo, zerknął za przyjacielem, uniósł w geście pożegnania dłoń i
pospieszył śladem łowcy, doszedłszy do wniosku, że lepiej, żeby ktoś
Przeklętego pilnował.
– Sądzę, że
nic tu po nas – rzuciła w powietrze Ariene, słowa jednak kierując do Leanelle.
– Lepiej, żebyśmy poszły – dodała dość chłodno i zawróciła, ruszając do
dziewczyny.
Ta dziewczyna
zdążyła już przykleić się do ściany i wstrzymać oddech, gdy przemaszerował koło
niej łowca. Tak, zdecydowanie z całego tego zestawu to on był najstraszniejszy,
nie miała ochoty znaleźć się blisko niego.
Gdy Ariene się
do niej odezwała, przestała udawać mur i wychyliła głowę, spoglądając na
wiedźmę z ciekawością.
Jejku. Ten
koleś ma przejebane.
Pokrzepiona tą
myślą uśmiechnęła się do brunetki subtelnie, po czym otworzyła drzwi i ochoczo
wymaszerowała z pokoju. Hessan, nadal grzeczny, potruchtał za nią.
Cador chciał
coś powiedzieć. Nawet otworzył w tym celu usta, zaraz jednak je zamknął; bo co?
Miałby jej wyjaśnić, że wdał się w bójkę, bo ktoś powiedział na jej temat coś,
co mu się nie spodobało? Nie, to nie zabrzmiałoby dobrze, nie przy wszystkich.
Dlatego też
zmrużył tylko oczy i powiódł wzrokiem za Ariene, mierząc ją intensywnym
spojrzeniem. Niech się na niego wkurwia, on nie żałował.
Ledwie drzwi się
za nimi zamknęły, Caleb wyprostował się, wystawiając głowę spod naprawianego
łóżka. Na jego twarzy widniała całkowita dezaprobata.
– Idź tam i ją
przeproś – rozkazał nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Zanim wejdzie do pokoju,
bo potem przepadło. I zauważ, że mówimy o Ariene – przypomniał na wszelki
wypadek, zdegustowany tą niekompetencją obrońcy.
– Czemu ma ją
przepraszać, skoro zrobił to w jej obronie? Poniekąd – zainteresował się Aidan,
oderwawszy spojrzenie od zamkniętego przejścia.
– Są takie
rzeczy na tym świecie, które niezwykle trudno lub wręcz nie da się wytłumaczyć.
One się po prostu dzieją albo się je po prostu robi. Tak jest z przepraszaniem
kobiety, kiedy się wścieknie – udzielił chłopakowi krótkiej lekcji życiowej
Caleb, zastanawiając się, jakim cudem ta deska weszła w to łóżko, skoro była
stanowczo za krótka.
Rozejrzał się
za brakującym, odłupanym fragmentem, ale nie znalazł takowego.
Cador obrócił
głowę w stronę Caleba, by obdarzyć go miażdżącym spojrzeniem.
Nie był głupi.
Wiedział.
Potem
odetchnął głęboko, zebrał się w sobie i ruszył w stronę drzwi, dość szybko za
nimi znikając.
Oczywiście, że
musi ją przeprosić.
– Ariene.
W sumie nie do
końca wiedział co jej powiedzieć. „Słuchaj, dałem się pobić, bo Sheridan gadał
o twoim biuście”? Zamknął za sobą drzwi do pokoju chłopaków, wcisnął ręce do
kieszeni spodni i podszedł kilka kroków do kobiety nadal stojącej na korytarzu.
Może najlepiej by było, gdyby milczał? Da jej na siebie pokrzyczeć i tyle.
Miał ochotę
westchnąć ciężko, ale czuł, że to nie najlepszy pomysł. Ta kobieta, choć
cudowna, była dość trudna – nie zawsze wiedział, jak się zachować i jak ona
odbierze jego słowa. Odszukał spojrzeniem jej oczy – oczy ciskające w niego
gromy – i wpatrzył się w nie intensywnie. Na pewno nie wyprze się tego, co
zrobił; to było słuszne. Uśmiechnął się krzywo, stanął naprzeciwko niej i
czekał. Może przynajmniej nie rzuci nim o ścianę?
– Przepraszam
– powiedział.
Nie do końca
wiedział, za co przepraszał, ale czuł wobec niej wyrzuty sumienia, więc chyba
powinien to zrobić.
Ariene
obróciła się do niego przodem, odprowadziwszy Leanelle spojrzeniem aż pod drzwi
wspólnego pokoju. Do tej pory stała do obrońcy bokiem, chcąc mieć na oku
dziewczynę; martwiła się o nią, dostrzegła, że nie czuła się komfortowo w
towarzystwie innych, dlatego teraz wolała zatroszczyć się właśnie o tę
kruszynkę.
Chwila nie
mogła trwać wiecznie, dlatego wreszcie przyjrzała się Cadorowi bardziej
wnikliwie, mrużąc lekko oczy.
Wreszcie
wzruszyła niedbale ramionami.
– Nie moje
małpy, nie moje zoo, jak się połamiesz, to będzie twój problem – skwitowała
beznamiętnym głosem.
Po co w ogóle
się przejęła? Bez sensu. Nie powinna zmuszać go do jakiegokolwiek
przepraszania, w końcu co go ona obchodziła i vice versa? Oszukiwanie się nie przynosiło oczekiwanej ulgi, ale
ułatwiło utrzymanie dość obojętnego wyrazu twarzy.
Po co ona tam
przyszła? I czemu się wściekła? Powstrzymała się od zaciśnięcia z
niezadowoleniem ust, krzyżując ręce na piersiach.
Och. To za to
przepraszał. Przechylił głowę i spojrzał na kobietę z nieco innej perspektywy,
powstrzymując cisnący się na usta uśmiech. Przepraszał za to, że bezczelnie dał
sobie obić twarz, kiedy ona się martwiła. To całkiem miłe, trzeba przyznać, tak
to on może ją przepraszać choćby do końca świata.
– Przepraszam
– powtórzył spokojnie. – Nie powinienem był. Ale musiałem – dodał, chociaż
podświadomie czuł, że ona zaraz zapyta, dlaczego musiał.
Nie do końca
był przekonany, czy chce jej o tym mówić. Nie pragnął wyjść na bohatera ani się
na takiego kreować, a tak mogłoby to zostać odebrane. Oj nie, mało pozytywna
sprawa.
Ariene
prychnęła. Widać uważała, że słowa bez pokrycia są po prostu… słowami bez
pokrycia. Przeprosi i zaraz zrobi to samo, zawsze tak było. I dlaczego on ją
przepraszał, a ona go spowiadała jak jego kat?! Matka. Silthe, żona.
Zmrużyła oczy.
– Pewnie.
Testosteron rozsadzający to, co zostało z mózgu, natężenie męskiego potu i niezdrowa
rywalizacja o długość fiuta, znam to – rzuciła tym samym tonem, co przed
chwilą, nieznacznie tylko pochyliła głowę.
Złość nie
ustępowała. Czuła się wściekła na siebie, bo przecież martwiła się, a nie
powinna, poza tym niewiele mogła w tej sprawie zrobić, czuła się wściekła na
niego, bo zachował się jak gnojek i jeszcze ją teraz przepraszał.
Szlag by to,
idź sobie, głupi obrońco.
Tym razem nie
powstrzymał uśmiechu. Był gorzki, jakby tym prostym gestem chciał uzmysłowić
wiedźmie, że ona nie do końca wie, jak to wyglądało. Dlatego nie powinna
oceniać.
Odwrócił na
chwilę wzrok, niezadowolony; chłopie, sam żeś się wkopał, to teraz wybrnij.
– Tak
konkretnie to nie o długość fiuta, a o dobre imię pewnej kobiety – postanowił
ją poinformować, czepiając się tej głupiej nadziei, że Ariene nie zapyta o
tożsamość wspomnianej pani.
Chociaż
doskonale wiedział, że to zrobi.
Wrócił do niej
spojrzeniem, nadal dość poważny, nawet ten uśmiech zszedł z jego twarzy. Czuł
się... jakoś tak głupio. Jakby podświadomie wiedział, że miała pełne prawo być
na niego złą.
Ariene zrobiła
teatralnie pozytywnie zaskoczoną minę i pstryknęła palcami.
– Racja, to mi
umknęło! – przyklasnęła mu, po czym machnęła ze zrezygnowaniem ręką i odwróciła
się, uznając, że rozmowa dłużej nie ma sensu.
Żadnego, nawet
najmniejszego sensu, bo z jakichś powodów im bardziej uparcie brnęła, tym mniej
chciała wiedzieć. Owszem, mogłaby dopytać, ale coś nie pozwoliło. Takie twarde
przekonanie, że to jego życie i jego sprawa, i generalnie powinna sobie
natychmiast iść. Tak, to chyba najlepsze. Niepotrzebnie napsuła mu krwi; aż
ogarnęło ją niespodziewane poczucie winy, zgarbiła lekko ramiona.
– To wracaj
dalej o tę jakąśtam kobietę walczyć, szerokiej drogi – mruknęła na odczepnego,
ruszając do pokoju; przymknęła oczy, licząc w głowie do pięciu.
Zaskoczyła go,
ale wcale mu się to nie podobało. Uniósł brew, chwilę przyglądał się jej
plecom, by następnie, niewiele myśląc, ruszyć za nią. Wyciągnął rękę i położył
dłoń na jej ramieniu, zatrzymując ją.
Gdy z
wyczuciem obracał wiedźmę w swoją stronę, zastanawiał się, czy robiła to
specjalnie, czy rzeczywiście jeszcze się nie zorientowała. Jeżeli nadal nie
wiedziała, że był w niej zakochany po uszy, to musiała być naprawdę ślepa. Oraz
głucha. Oraz generalnie niewrażliwa.
Spojrzał jej w
oczy i chwilę milczał, chociaż doskonale wiedział, co chce powiedzieć – musiał
tylko zebrać się w sobie. Wreszcie przechylił lekko głowę i sięgnął dłonią do
jej policzka, uśmiechając się, gdy poczuł ciepło jej skóry.
– Ta kobieta
stoi teraz przede mną – mruknął miękko.
Nie obchodziło
go, czy chciała go sprowokować, czy faktycznie jeszcze się nie zorientowała.
Niech wie.
Dreszcz.
Kurwa, to źle.
Opanowała
przyjemną falę ciepła, która w nią uderzyła, kiedy dotknął jej twarzy. Zdołała
obronić się przed rumieńcem, zebrawszy w sobie wszystkie siły, by nie przerwać
kontaktu wzrokowego. Jakaś głupiutka cząstka jej potraktowała to jak wojnę,
którą musiała wygrać, by przeżyć – przegraną było odwrócenie spojrzenia.
Nie powstrzymała
jednak rozchylających się w szczerym zaskoczeniu ust. Zaskoczeniu nie z powodu
treści słów – cały czas się przecież broniła, a kiedy powiedział to na głos,
najbardziej zdumiało ją… że to powiedział. To niemożliwe. Jak świat światem,
nie mogło dziać się naprawdę, nie ma opcji.
Takie rzeczy
są tylko w bajkach, a ty księżniczką przestałaś być, kiedy zaczęłaś uciekać
nocą wbrew zakazom rodziców.
To zapewnienie
samej siebie trochę ją pokrzepiło i pozwoliło wrócić do poprzedniego, choć
mniej gniewnego stanu. Nawet udało się jej niedbale uśmiechnąć kącikiem ust,
jakby słyszała podobne rzeczy właściwie codziennie.
– Za mocno
przyjebał ci w głowę – zawyrokowała spokojnie, nie wykonując żadnego ruchu, by
mu w tym bólu po ciosie ulżyć; należy mu się. – Przy okazji rozwaliliście jedno
łóżko, chyba powinieneś je naprawić – dodała, znów wzruszając lekko ramionami.
Uśmiechnął się
szerzej; dobrze, na razie niech temu zaprzecza. Jeżeli jest jej tak łatwiej.
Nadal przypatrywał jej się intensywnie, lecz teraz błądził wzrokiem po jej
twarzy, jakby chciał ją poznać na nowo. Poczeka, jeżeli ona na razie nie chce
tego przyjąć do wiadomości – poczeka. Bo warto.
– Za mocno to
ty mi przyjebałaś w głowę. W Perrianie, jak mną o ścianę rzuciłaś. Od tamtej
pory mam przerąbane – przyznał spokojnie, jakoś nie mogąc zmobilizować się do
cofnięcia ręki.
Przesunął
nawet kciukiem po jej skórze, przez chwilę zwyczajnie zachwycając się jej
pięknem.
– To nie moje
łóżko, co się będę przejmował – skomentował jej druga wypowiedź, szczerząc
ząbki w takim typowo jego łobuzerskim uśmiechu.
– Pewnie,
upadło, to niech leży? – prychnęła, wywracając oczami.
Zaczęło ją
męczyć to, że w swoim wnętrzu przyjmowała dwie skrajne postawy. Chociażby
teraz, jednocześnie modliła się, by wziął rękę i żeby nie odsuwał się ani na
milimetr. Sama nie wiedziała, która z tych dwóch Ariene powinna wygrać, by było
lepiej.
– Sam się
prosiłeś, nie narzekaj. Mogłam cię zabić – zauważyła nieco urażonym głosem,
przymrużając powieki, tym razem już jednak bez złości.
Zaraz się
uśmiechnęła. Może niech na razie się biją, może coś z tego wyjdzie albo
naprawdę okaże się, że za mocno po prostu oberwał w głowę.
– Mogłaś –
przyznał spokojnie z takim trochę dziwnym uśmiechem.
Koniec końców
zabrał rękę, by włożyć ją znów do kieszeni spodni; zrobił to z żalem, ale takie
długie przytulanie dłoni do jej policzka było trochę nie na miejscu. Potem
wzruszył lekko ramionami, unosząc kącik ust.
– To łóżko
Aidana, niech on się tym zajmie. Zresztą, pewnie już je naprawili – mruknął,
jakoś mało przejęty.
No bo co go,
przepraszam bardzo, w obecnej chwili łóżko obchodziło?
– Co z ciebie
za nauczyciel – rzuciła karcąco, przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na
drugą, jakby sama nie wiedziała, co w tej całej sytuacji zrobić.
Przyglądała
się mu przez chwilę, doskonale wiedząc, że samo to mogłoby jej wystarczyć na
niewyobrażalnie długi czas, stałaby tak do rana z lekkim uśmiechem, pogrążona
we własnych myślach. Nie widziała go tyle miesięcy, tylko odświeżała pamięć
wspomnieniami, przywoływaniem w głowie drobnych, zupełnie nieistotnych
szczegółów. Teraz bardzo chciała sprawdzić, czy wszystko dobrze zapamiętała.
Impuls, który
niemal nią zawładnął, przeraził głupiutką wiedźmę do tego stopnia, że zupełnie
oprzytomniała. Wyglądało to pewnie nieco dziwnie, bo drgnęła, otworzyła szeroko
oczy, zamrugała, po czym uciekła wzrokiem w bok, lekko przygryzając wargę.
Silthe, co się z nią najlepszego działo?
– To idź dalej
biedaka dręczyć. Albo obij jeszcze parę mord w imię wyższych wartości, co tam
wolisz – rzuciła już żartobliwie i swobodnie, uśmiechając się troszkę nerwowo.
– Dobranoc, Cador – dodała ciszej, mniej spiętym głosem, popatrzyła mu
przelotnie w oczy, po czym zawróciła szybko.
W progu
zastanowiła się, dlaczego wszyscy zaczęli tak rozpaczliwie uciekać.
Biedny Aidan <3
OdpowiedzUsuńZaraz biedny xD To Errian dostał w zęby :< xD
Usuń