Idąc w stronę
stajni, miał nadzieję, że ta szkapa doceni, jak się dla niej poświęca –
przedostanie się do kuchni i podwędzenie jabłka nie było takie łatwe! Dostał po
łapach od rumianej kucharki, ale, urzeczona jego uśmiechem, pozwoliła mu
zniknąć z łupem.
Cador uznał,
że zwierzynie się należało – izabelowi, rzecz jasna, nie kucharce. Całkiem
wierna szkapina, może i był łęgowaty, może i miał każdą nogę z innej parafii,
ale w gruncie rzeczy to naprawdę mądry, wierny koń o wielkim sercu. Okazało się
nawet, że kiedy zaczął być lepiej odżywiany, przestał wyglądać aż tak brzydko.
Cador polubił konia i postanowił, że póki może, to go sobie zatrzyma.
Wkroczył
pewnie do stajni i zatrzymał się w wejściu, swym zwyczajem przenikliwie
rozglądając się dookoła i wsłuchując się w dochodzące zewsząd dźwięki. Na
słomie w którymś z boksów pochrapywać musiał młody stajenny, poza tym Cador
usłyszał przekleństwo mężczyzny oporządzającego swego rumaka w dalekiej części
stajni. Drgnął, gdy zorientował się, że szelest dobiega również od strony
skrzydła, w którym swoje boksy mają konie całej drużyny. Przymrużył powieki i
ruszył, ale na widok osoby, którą tam zastał, uśmiechnął się tak ze
zdziwieniem, jak z radością.
– Ariene –
zauważył na głos, wypatrując brunetkę za rudą sierścią przeżuwającej siano
kobyły.
Swoje kroki
skierował jednak do wcześniej obranego celu, czyli pod nos wpatrującego się w
niego z wyczekiwaniem izabela. Gdy przechodził, Lantano przywitał go przyjaznym
zgrzytaniem zębów i solidnym kopem w ścianę; obrońca nie przejął się tym
zbytnio, przyzwyczajony do takiego zachowania. Zastanowił się tylko, po raz
setny, jakim cudem Anabde radzi sobie z takim bydlakiem.
– Cześć, koniu
– powiedział pogodnie, głaszcząc izabela po nosie i podsuwając mu soczyste
jabłko.
Zwierzak
postawił uszy, po czym zabrał się za chrupanie owocu, wyjątkowo szczęśliwy z
obecności swego pana. Gdy już poradził sobie z prezentem, Cador poklepał go po
szyi, równocześnie wycierając sok z jabłka w jasną sierść konia. Izabel nie
wyglądał na szczególnie przejętego tym faktem.
Wybaczył mu
również, gdy Cador szybko stracił nim zainteresowanie i ruszył w stronę boksu
Jutrzenki. Wejście było uchylone; obrońca zatrzymał się na granicy korytarza i
boksu i oparł ramieniem o ściankę, unosząc kącik ust w ładnym uśmiechu. Nic nie
powiedział, pogłaskał tylko kasztankę po łbie w ramach przywitania, po chwili
przenosząc wzrok na wiedźmę.
Jutrzenka
także się przywitała z Cadorem, to jest stuliła uszy i parsknęła z dezaprobatą,
została już jednak nauczona, by nie gryźć przyjaźnie nastawionych do niej
osobników. A przynajmniej nie przy właścicielce, dlatego z irytacją zgrzytnęła
zębami i potrząsnęła grzywą, demonstrując swoją dezaprobatę. Nie dość, że jej
dotknął, to jeszcze stanął przy boksie w chwili, w której Ariene poświęcała
czas akurat jej! To niedopuszczalne. Już sprytne kobylisko postara się, żeby
obrońca czym prędzej teren opuścił.
Wiedźma nie
zareagowała na obecność Cadora tak negatywnie, wręcz przeciwnie. Uniosła głowę,
spojrzała na niego ponad grzbietem klaczy i obdarzyła jednym ze swoich
ładniejszych uśmiechów, ściągając z dłoni szczotkę. Obeszła pupilkę dokoła,
poklepała ją na odczepnego po szyi i zatrzymała się tak, by stanąć między uroczą
Jutrzenką a obrońcą. Zupełnie odruchowo, zawsze tak biednych ludzi osłaniała
przed swym wierzchowcem.
– Hej –
mruknęła pogodnie, przymrużając oczy, ręce skrzyżowała na piersiach. – Jak
izabel? – spytała, ruchem brody wskazując pomlaskującego z zadowoleniem konia.
– Nadal bezimienny? – dodała rozbawiona.
W pierwszej
chwili w ogóle nie dotarło do niego co mówiła, był zbyt oszołomiony uśmiechem
kobiety. Dopiero po kilku sekundach zamrugał intensywnie, otrzeźwiał i
przypomniał sobie jej słowa, by koniec końców uśmiechnąć się lekko.
Ty, stary,
obrońca nie powinien się dekoncentrować. A już na pewno nie z powodu kobiecego
uśmiechu.
– Niestety –
przyznał niejako z żalem, zerkając na swojego wierzchowca przez ramię.
Izabel
postawił w jego stronę jedno ucho, okazując częściowe zainteresowanie; nie
wyglądał na szczególnie przejętego faktem nieposiadania imienia.
– Nie nadaję
się do tego, nie umiem nazywać koni – uznał mężczyzna, wracając spojrzeniem do
wiedźmy.
Może by mu
jakoś pomogła? To nie byłoby głupie.
Ariene
roześmiała się, spokojnie odsuwając od siebie pysk Jutrzenki, co klacz nieco
zirytowało. Parsknęła znowu, kłapnęła zębami i na chwilę dała sobie siana w
przenośni oraz dosłownie – ostentacyjnie obróciła łeb i chwyciła za ususzoną
trawę, demonstrując to, że się obraziła na śmierć i życie.
– Ty biedny,
mało kreatywny człowieku – mruknęła wiedźma z udawanym współczuciem i pokręciła
głową, przymrużając oczy. – Pomyślmy – westchnęła, spojrzenie zawieszając na
słodko nieświadomym koniku.
Przyjrzała się
wierzchowcowi, wyraźnie szukając jakiegoś ładnego pomysłu na imię. Wierzchowiec
był nieduży, jaśniuteńki, grzeczny… taki mały idealny zwierzaczek. Niezbyt
piękny, ale urokliwy. Uśmiechnęła się z pewnym rozczuleniem, przyglądając się
mu.
– Może… bo ja
wiem, Keelain? – zaproponowała wreszcie, wzruszając trochę bezradnie ramionami.
Nigdy nie
nadawała imienia żadnemu zwierzakowi, Jutrzenkę nazwano, kiedy jeszcze była
źrebakiem w ich stajniach, innego pupilka nie posiadała.
– Hej, jestem
bardzo kreatywny! – oburzył się, zakładając ręce na torsie i spoglądając na
rozmówczynię z góry. Ha, to mu się spodobało. – Kiedy przychodzi do
podkradania, wykradania i mordowania, mam nieograniczoną ilość pomysłów –
dodał, żeby jakoś uargumentować swoją tezę.
Potem oparł
się plecami o ściankę, tak, że stał bokiem do Ariene i bokiem do izabela
stojącego w boksie naprzeciwko. Zerknął na tego drugiego i przyglądał mu się
chwilę, jakby analizował jego wygląd.
– Keelain –
powtórzył, przechylając nieco głowę.
Izabel parsknął
i uniósł łeb, zdając się reagować na słowa swojego pana.
– Pasuje –
uznał po zastanowieniu mężczyzna, unosząc kącik ust w uśmiechu.
Obrócił głowę
w stronę Ariene; ciekawe, że teraz, ilekroć zawoła izabela jego imieniem,
będzie mu przychodziła na myśl wiedźma.
Tak jakby nie
myślał o niej cały czas.
Ariene także
się uśmiechnęła, coraz bardziej rozbawiona, nie wiedzieć czemu. Jej oczy
błysnęły charakterystycznie, ale odwróciła wzrok na obrażoną Jutrzenkę.
– No to
widzisz, jestem kreatywna bardziej – uparła się z satysfakcją, mówiąc tonem
zwycięzcy. – Do tego wszystkiego, co wymieniłeś, można dodać jeszcze wymyślanie
imion koniom mniej kreatywnych obrońców – dodała, wzruszając ramionami i
przechylając głowę tak, by go lepiej widzieć.
Od niechcenia
wyplątała z grzywy Jutrzenki kilka źdźbeł słomy, na co klacz znowu kłapnęła
zębami. Nikt się tym, oczywiście, nie przejął, a już na pewno nie Ariene;
wiedźma podeszła bliżej wierzchowca i wróciła do spokojnego czyszczenia, nie
zwracając większej uwagi na coraz wyraźniejsze manifesty niezadowolenia
potwora.
– To tak nie
do końca mój koń – przypomniał jej spokojnie.
Fakt faktem,
że właściciel stworzonka był podobno martwy, a znalezione nie kradzione, ale
kto wie skąd i na jakich warunkach Revelin wytrzasnął rumaka. Może gdzieś tam,
daleko, na izabela – a od teraz Keelaina – czekał jego pan, stęskniony i
zmartwiony.
A może nie.
– Ale w twojej
liście mieści się jeszcze rzucanie ludźmi o ściany, w tym nie jestem zbyt
biegły – zauważył z rozbawieniem, nieco przymrużając zielone oczy.
Tak, tego jej
nigdy nie odpuści, znowu go bolało! I wcale nie zasłużył aż tak bardzo.
Ariene
spojrzała na niego przeciągle, uśmiechając się dość… specyficznie. Znów
odsunęła się od Jutrzenki, a to tylko klacz bardziej zirytowało, dlatego
kopnęła rozzłoszczona tylną nogą. Nie sprawiło to, że wiedźma natychmiast
poświęciła jej całą swoją uwagę.
– Jak chcesz,
mogę ci zaprezentować kilka nowych technik – rzuciła wiedźma lekkim, bardzo
dziewczęcym głosem, od niechcenia unosząc dłoń.
Wokół jej ręki
zakręciły się blade, półprzezroczyste smugi magii, jakby tylko czekały, aż
zostaną uwolnione i będą mogły siać zniszczenie.
–
Opracowywałam je całą noc! – zapewniła jeszcze i wyszczerzyła urokliwie, oraz
trochę strasznie, ząbki w uśmiechu.
Prawdopodobnie
chciała go jakoś przestraszyć, ale on tylko uniósł brew, zawieszając na niej
dość zaciekawione spojrzenie. Przecież wiedział, że teraz nie zrobiłaby mu
niczego bolesnego.
– Interesujące
– przyznał beznamiętnie, jakby w sumie niekoniecznie go to martwiło, ba, nawet
obchodziło.
Odchylił głowę
i oparł ją o ścianę, przymykając na chwilę oczy. Gdy znów je otworzył, zerkając
na wiedźmę, uśmiechał się z dużą pewnością siebie.
No, no, ciekaw
był, czy ona spróbuje mu coś udowodnić. Mogło być... interesująco właśnie, jak
to przed chwilą określił. Zdecydował się więc ruszyć spod ściany i stanąć
naprzeciwko wiedźmy w odległości pół kroku. Spojrzał jej w oczy; zielone
tęczówki lśniły dziwnie, miały w sobie sporo nonszalancji i spokoju, a również
pewnego silnego uczucia, jakim darzył wiedźmę. I to ostatnie coraz trudniej
było mu ukryć.
Ariene
odwzajemniła wzrok, unosząc kącik ust w zadziornym, trochę niepokojącym
uśmiechu. Zadarła wyżej oplecioną magią dłoń, jakby dawała obrońcy ostatnie
ostrzeżenie, w jej oczach zabłąkał się dziwny, trudny do zdefiniowania blask.
Nie sposób było zdecydować, czy wyglądała teraz ładnie, czy strasznie. Z
pewnością specyficznie.
Tego jednak
ignorowana Jutrzenka już nie wytrzymała. Parsknęła głośno z całkowitą
dezaprobatą, łypnęła wściekła na obrońcę, który bezczelnie zajmował czas
właścicielki przeznaczony dla klaczy, a następnie uderzyła go mocno łbem,
zamierzając chyba z boksu w ten sposób wypędzić. Niestety stała tak
niefortunnie, że zamiast w dobrą stronę, pchnęła Cadora prosto na Ariene,
dodatkowo obiwszy mu i tak nadwyrężone plecy.
Podła kobyła
tupnęła z wyższością nogą po dokonanym zamachu i dostojnie powróciła do
skubania siana.
Można by w tym
momencie zwątpić w profesjonalizm pana obrońcy, skoro dał się tak głupio
zaskoczyć koninie. Jednak co rozsądniejszy obserwator tylko uśmiechnąłby się z
rozbawieniem, uznając, że każdego mężczyznę można pokonać odpowiednią kobietą.
Zakochany facet traci głowę, a ten tutaj wpadł jak śliwki w kompot.
Właśnie z tego
powodu wyglądał na szczerze zaskoczonego, gdy ni z tego, ni z owego zachwiało
nim i runął w przód, po drodze odczuwając jeszcze ból w plecach. Do tego
ostatniego chyba przyjdzie mu się przyzwyczaić. Nie zdążył się niczego złapać
ani odpowiednio skoordynować lot – wpadł na biedną wiedźmę, popychając ją na
ścianę. Kobieta gruchnęła plecami o ścianę boksu (oto jest sprawiedliwość!),
Cador zdążył w ostatniej chwili wyciągnąć przed siebie ramiona i oprzeć się
dłońmi o drewno po obu stronach głowy Ariene, by do niej nie dobić.
Gdy odzyskał
równowagę, dzieliło ich ledwie kilka centymetrów. Ta nagła bliskość zaskoczyła
go jeszcze bardziej, odbierając mu zdolność racjonalnego myślenia. Podziałała
za to pobudzająco na kilka układów, między innymi powodując u niego szybsze
bicie serca.
Jednak nie
byłby sobą, gdyby nie postanowił tego wykorzystać. Dotarło do niego wreszcie,
że taki zbieg okoliczności w sumie jest jak najbardziej korzystny.
Niespodziewanie uśmiechnął się ciepło i przytulił dłoń do jej policzka, znów
zachwycając się delikatnością jej skóry.
– Ariene –
szepnął, a w jasnozielonych oczach pojawił się dziwny błysk.
Wiedźma w
pierwszym odruchu skrzywiła się, wreszcie poznawszy ból, jaki odczuwał Cador
przy lądowaniu na ścianach. W bardzo minimalnym przybliżeniu, jednak cóż,
lepsze to niż nic. Kiedy uchyliła powieki i uchwyciła jego spojrzenie,
znieruchomiała na ułamek sekundy, podświadomie wstrzymując oddech.
Nawet nie
wiedziała, że odruchowo położyła rękę na jego torsie, by, w razie nagłej
potrzeby, uratować się od zmiażdżenia. Teraz, także bezwiednie, zacisnęła dłoń
na jego koszuli, czując błogą, odurzającą pustkę w głowie. Jakby ktoś jednym
ruchem zmazał wszystkie jej myśli, słyszała chyba tylko swój oddech. I nawet
nie na nim się skupiała, wpatrując się w jego oczy ze zdumieniem. Był blisko.
Tak niesamowicie blisko.
Przez ułamek
sekundy wahała się, czy zaciśniętą dłoń wykorzystać do odsunięcia go, czy
przyciągnięcia bliżej. Nie wiedziała, czemu właściwie o tym pomyślała, czy
raczej czemu przemknęło jej to przez myśl. Chwilę potem była już zdecydowana,
rozchylone w zdumieniu usta ułożyły się w nieobecnym uśmiechu. Pociągnęła go
lekko w swoją stronę, nagle nie chcąc uciekać, udawać i oszukiwać.
Tak po prostu.
I wtedy
nastąpił koniec świata, ziemia się rozstąpiła i ją pochłonęła. A przynajmniej
bardzo chciała, by się tak stało, kiedy rozległy się kroki i przez drzwi od
boksu Jutrzenki ktoś się przechylił. Ariene wstrzymała oddech, wytrzeszczając
oczy.
– Wiesz może…?
– zaczął niedbale Sheridan, najpierw nawet na nich nie spojrzawszy, dopiero w
następnej sekundzie wzrok przeniósł na teoretyczną rozmówczynię.
Widok, jaki
zastał, trochę go zaskoczył, co pokazał uniesieniem brwi.
– No dobra,
nieważne – westchnął, odciążając drzwiczki.
Ariene znów
napięła rękę, tym razem jednak Cadora z wyczuciem odepchnęła, czując, że serce
łomocze jej ciężko w piersi, zupełnie inaczej niż chwilę temu. Szlag by to.
Gdy
przyciągnęła go do siebie, poczuł się tak, jakby zaraz miały się spełnić
wszystkie senne marzenia. Myślał o niej nieustannie, w dzień i w nocy, teraz
wreszcie miał mieć okazję ją poczuć. I już było tak blisko, tak niemożliwie,
przyjemnie blisko, lecz w tym momencie jego uszu dobiegł zdecydowanie
niechciany głos. W następnej chwili obrońca został odepchnięty; nawet jego
zaskoczył ból, z jakim to było związane. Jakby ktoś wyciągnął mu serce z
piersi, zdeptał, wycisnął i włożył z powrotem.
Tym kimś był,
jakby inaczej, kochany łowca. Dłonie Cadora samoistnie zacisnęły się w pięści,
wyrażając chęć rozpoczęcia kolejnej walki; powstrzymał się cudem, a znaczący
głos w tej sprawie miały obolałe plecy. Jasnozielone oczy obrońcy przestały
błyszczeć szczęściem; stały się matowe, by Sheridan nie zauważył tej
niepowstrzymanej chęci mordu, jaka wręcz roznosiła Cadora. Mężczyzna cofnął się
jeszcze pół kroku i musiał odetchnąć głęboko, by opanować natłok negatywnych
emocji.
Jasna by to,
kurwa, cholera wzięła.
Zerknął krótko
na Ariene, zaraz przenosząc spojrzenie na łowcę. Dlaczego mieli takie
szczęście?! Ostatnio Errian, teraz Sheridan. Za pierwszym razem Cador miał
jeszcze w sobie dość siły, by obrócić sytuację w żart, teraz jednak był zbyt
poirytowany i jakby rozżalony. Konsekwentnie milczał, w myślach wyzywając
wszystkich znanych sobie bogów.
– Pasza jest w
kanciapie na prawo – wydusiła Ariene, zapatrzywszy się w Sheridana wielkimi,
zszokowanymi oczami.
– Nie o to mi
chodziło, ale nie przeszkadzajcie sobie – mruknął niedbale łowca, wsadzając
ręce do kieszeni spodni i ruszając głębiej w korytarz jakby nigdy nic.
Ariene
odprowadziła go zszokowanym spojrzeniem, nie wierząc w to, co właśnie
usłyszała. Nie przeszkadzajcie sobie?! „No kurwa”, przebiegło jej przez myśl,
kiedy uderzała dłonią w czoło i pochylała załamana głowę. Cudownie.
– Przepraszam
za Jutrzenkę – rzuciła wreszcie zduszonym głosem, unikając jego spojrzenia.
Nagle bardzo trudno było unieść głowę i popatrzeć mu w oczy, dlatego
prześlizgnęła się obok i podeszła do klaczy. – Zazdrosna małpa – mruknęła
miękko, wczepiając się dłonią w rudą grzywę.
Silthe, czemu
gula w gardle nie znikała?
Trochę
przestraszyło go to, że nagle uciekła. Tak, przestraszyło, to dobre słowo.
Jakby się wstydziła, jakby głupio jej było, że ktoś patrzy, ktoś może wiedzieć.
Wszyscy już wiedzieli. Dlaczego chciała udawać, że w sumie przed momentem nic
się nie stało?
Długo nie
odpowiadał. Poświęcił przeciągającą się chwilę na przypatrywanie jej się,
marszcząc w zastanowieniu czoło i mrużąc mało szczęśliwe, zielone oczy. Jego
spojrzenie musiało być przytłaczające, tak przenikliwe i intensywne, nie
opuszczające jej nawet na sekundę. Choć próbował, trudno było mu to zrozumieć –
skąd u niej ta niepewność?
On już nie
miał wątpliwości, dawno temu przestał się zastanawiać, czy rzeczywiście się w
niej zakochał. To było oczywiste, jasne jak słońce, mówiły o tym wszystkie
znaki na niebie i ziemi. A teraz poczuł jakąś obawę – dotychczas był
przekonany, że jego uczucie jest odwzajemnione, ale może nie?
Jeszcze
bardziej przymrużył powieki. Takie rzeczy go nie pokonają, na pewno nie zacznie
się wycofywać – w końcu był Reamonnem.
– Ariene –
mruknął zmienionym głosem. Jakby ją naglił, informował ją, że nie powinna się
wypierać.
Przechylił
nieznacznie głowę, zastanawiając się, czy ona w ogóle zwróci na to uwagę.
Jak mogła nie
zwrócić uwagi? Kiedy wypowiedział jej imię, żołądek wywrócił się chyba do góry
nogami. Zadrżała, zastanawiając się, co powinna w tej sytuacji zrobić. Bo z
jednej strony… ale to przecież głupie. Prawda? Bardzo głupie. Nie, nie mogło
dziać się naprawdę. Nie mogło. Nie mogło.
Tylko…
Powstrzymała chęć sięgnięcia do policzka, gdzie przed chwilą jeszcze trzymał
dłoń. Powstrzymała chęć gwałtownego obrócenia się i stanowczego przyciągnięcia
go do siebie. Powstrzymała też chęć ucieczki, przestraszona pozostałymi
pragnieniami.
– Mm? –
odparła cicho, obracając lekko głowę, by go jednak widzieć.
Mocniej
zacisnęła dłoń na grzywie Jutrzenki, czując, że serce bije nieprzyzwoicie
szybko. Chyba je nawet słyszał. Silthe, oby nie słyszał. Tragedia. Koniec świata.
Gdzie ta rozstępująca się ziemia?
Kiedy znów
odnalazł jej oczy, zaskoczyło go to, jak wiele zobaczył w jej spojrzeniu.
Wyglądała na trochę przestraszoną, oszołomioną i przede wszystkim – rozbitą.
Jakby czegoś chciała, ale nie do końca mogła się z tym pogodzić. Ale wyraz jej
oczu...
Nagle obawy
zniknęły; uśmiechnął się ciepło, czując, że to wszystko naprawdę ma sens. Może
po prostu musi jej dać więcej czasu, chwilę na oswojenie się z nową sytuacją i
wyzbycie wszystkich wątpliwości. On już był pewien, ale nigdzie mu się nie
spieszyło – poczeka. Na nią może czekać choćby wieczność.
Było w nim
tyle pewności siebie i spokoju, kiedy kilkoma krokami zmniejszył dzielącą ich
odległość. Chwila i już stał blisko, bardzo blisko, prawie tak blisko jak przed
chwilą; znów wyglądał na szczęśliwego, jasnozielone oczy błyszczały jasno.
Pochylił się nad nią i pocałował ją w skroń, pozwalając sobie na przeczesanie
jej ciemnych włosów palcami. Nabrał głębokiego wdechu i z trudem powstrzymał
się od ulegania chwili, zafascynowany bliskością i całą osobą Ariene.
– Nie mam
Jutrzence tego za złe – mruknął, odsuwając się nieco i ponownie spoglądając jej
prosto w oczy.
Chwilę tak
trwał, później uniósł kącik ust wyżej. Warto czekać.
Nim ona
zdążyła jakkolwiek zareagować, odwrócił się i wyszedł, by nie przytłaczać jej
swoją obecnością. Chciał, by mogła to wszystko na spokojnie przemyśleć, by nie
robiła niczego nieprzemyślanego, by później nie żałowała. Chciał, by była
pewna, gdy przyjdzie odpowiednia chwila. By była tak pewna, jak był on od
ładnych paru miesięcy, nieustannie zaprzątając sobie nią głowę i robiąc tysiące
nieprzemyślanych rzeczy tylko z jej powodu.
Gospoda była
maleńka i skromna, toteż nawet w ciepły, sprzyjający spotkaniom wczesny wieczór
nie była aż tak zatłoczona. Właściciel przybytku stał za ladą, nalewając piwa
do świeżo wyczyszczonego kufla, i przyglądał się gościom z pewnym niepokojem.
Większość
uważał za niegroźną: trójka młodych przyjaciół, dwóch mężczyzn i dziewczyna,
siedzący przy stoliku w najodleglejszym kącie pomieszczenia, stare małżeństwo,
które przychodziło tu każdego wieczora, smutny, samotny podróżnik czekający na
nalewany trunek. Niedaleko szynku rozsiedli się jednak najemnicy; cholera wie
co ich przyciągnęło akurat do tej gospody i czy zamierzali zostać do rana.
Wlewali w siebie niezliczone ilości alkoholi i przegryzali specjalnie
przyniesione dla nich z piwnic kiełbasy; oczywiście, płacili odpowiednio, więc
właściciel nie powinien narzekać. Martwił się jednak, że lada chwila rozpoczną
jakąś rozróbę, takie zachowanie byłoby dla nich typowe. Nie miał ochoty kupować
nowych stołów i krzeseł czy wynosić trupy tylnymi drzwiami. Mężczyzn było
siedmiu, pięciu z nich było typowymi „byczkami” o szerokich karkach i
przerażającej postawie, pozostali dwaj byli chudzi, nawet zabiedzeni, jednak
wszystkim tak samo źle z oczu patrzyło.
Karczmarz
podał kufel samotnemu podróżnikowi, przyjął z uśmiechem dwie monety i oparł się
dłońmi o ladę, wzdychając ciężko. Uśmiechnął się jednak mimowolnie, gdy po
gospodzie rozległ się radosny, dziewczęcy śmiech. Niezbyt głośny, był jednak
miłą odmianą dla ucha po charkotach najemników.
– Hessan wcale
nie jest taki okropny! – oburzyła się z rozbawieniem młoda szatynka,
podciągając nogi pod brzuch.
Była na tyle
chuda, że mogła, siedząc na krześle, oprzeć stopy o brzeg siedzenia i objąć
ramionami kolana. Teraz potrząsnęła czekoladową czupryną i chuchnęła na
nieposłuszną grzywkę, by nie wpadała jej na oczy.
– I nie jest
głupi. Po tej rozróbie kilka dni temu, jak się chłopacy pobili, uwziął się
tylko na Cadora, na Shera nie. Domyślił się, że gdyby postawił się łowcy,
zostałby z niego mokry placek – dodała jeszcze, czując się w obowiązku
bronienia ukochanego smoka.
– Hessan to
krwiożerczy potwór – powtórzył swój osąd siedzący przy tym samym stoliku
młodzieniec, uśmiechnął się jednak szeroko, rozbawiony oburzeniem towarzyszki.
Bądź też
urzeczony jej śmiechem, którym natychmiastowo się zaraził.
– I wcale nie
uwziął się na Cadora, ta mała bestia prześladuje mnie! – dodał tonem pełnym
czarnej rozpaczy i ogólnego zdruzgotania zaistniałą sytuacją; bo co on, biedny,
chudy chłopaczek, zrobił tej gadzinie? – Prawda, Caleb? – poszukał jeszcze
wsparcia, zwracając się do ostatniego z towarzystwa.
Mężczyzna
zdawał się nie usłyszeć pytania; siedział ze skrzyżowanymi na torsie rękoma, z
nieprzeniknioną miną wyglądał za okno, sunąc wzrokiem po kręcących się po ulicy
ludziach, jakby ich wszystkich oceniał, zapamiętywał, badał. Minęło jednak
ledwie kilka sekund, nim od niechcenia skinął głową, nie obdarzywszy towarzyszy
spojrzeniem.
– Na Silthe,
aleś ty ponury – westchnął Aidan, zerknąwszy na Caleba z niezadowoleniem.
– To mnie
rozbaw – zaproponował natomiast myśliwy i dla odmiany wzruszył ramionami.
– No nie, a
jednak słuchasz – zdumiał się bez entuzjazmu.
– Mogę cię też
zdzielić w łeb – doliczył Caleb, wreszcie przenosząc spokojny wzrok
bursztynowych oczu na chłopaka.
Dziewczyna
uśmiechnęła się lekko, choć krótkiej wymiany zdań panów słuchała tylko jednym
uchem. Część swojej uwagi poświęciła kubkowi, po jaki właśnie sięgała; objęła
naczynko dłońmi i przechyliła je, a po chwili z jej gardła wydobyło się pełne
żalu jęknięcie.
– Skończyła
się – uznała niezadowolona, nie odstawiła jednak kubka.
Zamiast tego
postawiła stopy na ziemi i podniosła się z krzesła; nim ruszyła w stronę lady,
zerknęła na swoich towarzyszy. Oczywiście tak, żeby nie złapać kontaktu
wzrokowego, bo to by była kiła, mogiła i apokalipsa.
– Przynieść
wam coś? – zainteresowała się, bo w sumie czemu nie, może robić za służkę.
Trzeba się przyzwyczajać do roli.
A panów
zdążyła, co ją samą dziwiło, polubić.
– Nie, ja
jeszcze mam – odparł od razu Aidan, uśmiechając się do Leanelle promiennie; dla
potwierdzenia swoich słów uniósł lekko kubek, w którym przelał się zamówiony
przez niego sok.
Chłopak chwilę
zastanawiał się, czy nie zamówić sobie piwa, ale pełne dezaprobaty spojrzenie
Caleba przypomniało mu, że ma słabą głowę. Przy damie nie wypada się upijać w
końcu, prawda?
Nie widząc
reakcji ze strony myśliwego, sam zajrzał do jego kubka, odnajdując tam resztkę
wody. Uniósł brew, nieco zdziwiony ascetycznym wyborem towarzysza.
– Co, po
alkoholu masz zgagę? – zasięgnął uprzejmie języka, uśmiechając się do kolegi z
przekąsem.
Dziwnym trafem
nabrał niejakiej pewności siebie, której do tej pory bardzo mu brakowało. Ot,
znalazł się w ogólnie specyficznym towarzystwie, przerażającym nawet, ale
teraz, jak tak siedział z Leanelle i Calebem, odczuł potrzebę pokazania, że
wcale nie jest taki beznadziejny i strachliwy.
– Jakbyś zgadł
– mruknął myśliwy i spojrzał na chłopaka bez zainteresowania. – A po sokach
rozstrój żołądka. Nie wiedziałem, że picie wody zostało przez ciebie prawnie
zakazane – dodał, znów powracając do wyglądania za okno.
Z Aidana uszło
powietrze.
– Tak tylko
pytałem – wymamrotał pokonany.
Dziewczyna
uniosła kącik ust w uśmiechu, kiwając głową do Aidana, po czym przeniosła na
Caleba spojrzenie pełne dezaprobaty.
– Nie,
dziękuję, Leanelle. To miło, że zapytałaś – mruknęła niezadowolona, dość
wprawnie parodiując głos myśliwego.
No bo co, ja
rozumiem, że on z lasu, ale nie można odpowiedzieć? Zaraz jednak uśmiechnęła
się po raz kolejny; tak w sumie, to ją bawił. Jakoś tak.
Odwróciła się
i ruszyła w stronę lady, wpatrzona w czubki własnych butów. Stanęła przed
karczmarzem, a ten uśmiechnął się ciepło i pochylił ramiona, by lepiej słyszeć
głos nieco przestraszonej dziewczyny. Po krótkiej wymianie zdań zaczął przeszukiwać
szafki, więc najwyraźniej się dogadali.
Caleb
uśmiechnął się rozbawiony pod nosem, kiedy tylko Leanelle się odezwała. Aidan
pokiwał głową, zgadzając się ze słowami dziewczyny, wtedy jednak myśliwy
wtrącił swoje trzy grosze, dezorientując chłopaka, który odprowadzał koleżankę
wzrokiem.
– Nie gniewam
się, Calebie, że się zamyśliłeś – powiedział głos Leanelle; był tak wiarygodny,
że Aidan wytrzeszczył oczy i podskoczył na krześle, zastanawiając się, jakim
cudem i od kiedy ich koleżanka jest brzuchomówcą.
Potem
popatrzył na myśliwego zdruzgotany.
– To ty?! –
zawołał z niedowierzaniem.
– Nie mam
pojęcia, o czym mówisz – mruknął normalnym głosem Caleb, wzruszając ramionami.
Aidan zyskiwał
coraz większą pewność, że ten facet jest nienormalny.
Kilka metrów
dalej pewien najwidoczniej niezbyt bystry karczmarz usilnie starał się złapać
kontakt wzrokowy z wyraźnie broniącą się przed tym panienką. Panienka chwyciła
kubek parującej herbaty w obie ręce i obróciła się szybko, by wrócić do swoich
towarzyszy. Wystarczyło tylko ominąć kilka stolików; wybrała najkrótszą drogę,
mając nadzieję, że skoro najemnicy do tej pory nie zwrócili na nią uwagi, to
tak zostanie. Oni właśnie skończyli rechotać z wyjątkowo niskolotnego żartu.
Ich przywódca, postawny mężczyzna o ciemnych włosach i złowrogim uśmiechu,
przechylił kufel piwa i odstawił go z hukiem na stół.
– Potrzebna mi
jakaś służka! – zagrzmiał donośnym, choć nieco zachrypniętym głosem.
Leanelle
pochyliła ramiona, wyszeptała do siebie „zniknij” i przyspieszyła kroku, z
całego serca pragnąc stać się niewidzialną. Najemnik rozejrzał się dookoła,
błyskając jasnymi oczami; bogowie nie usłuchali modlitw Leanelle, bo zaraz jego
spojrzenie spoczęło na jej drobnej sylwetce.
– Córka
karczmarza jest paskudnie brzydka, nie uważacie, panowie? – powiedział, nadal
obserwując skupioną na kubku herbaty szatynkę.
Trzeba jednak
przyznać mu rację, bo córka karczmarza była gruba, miała krzywe zęby, a jej
małych oczu nie było widać spod pokrywających całą buzię pryszczy. Początkowo to
ona usługiwała podejrzanym typkom, jednak ukryła się na zapleczu po pierwszym
obraźliwym, sprośnym komentarzu.
– Ta się nada!
– uznał, kiedy już jego kompani przestali ochoczo mu przytakiwać.
Wyciągnął
przed siebie silne, umięśnione ramię i objął Leanelle w pasie, dość łatwo
sadzając ją sobie na kolanie. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy i pobladła
gwałtownie; jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zrobiła się cała
sztywna. Najemnik sądził raczej, że będzie się wyrywać i uciekać, aż zdziwił go
jej bezruch. Ale nie, żeby miał się tym przejąć.
– Prawda,
kelnereczko? Cóż mi przyniosłaś? – zapytał, wyciągając jej z dłońmi kubek.
Przystawił
naczynie do ust, nad którymi rósł gęsty wąsik, powąchał i skrzywił się, by
zaraz zaśmiać się głośno.
– Oj, kochaniutka,
piwa trzeba było! – uznał, na co jego kompani znów popadli w pijaczy rechot,
jeden nawet zaczął czkać.
Leanelle
wciągnęła gwałtownie powietrze do płuc i zadrżała.
Uciekaj – powiedziała sama sobie. – Zmobilizuj się, rusz tę chudą dupę i zwiewaj.
Zrób cokolwiek. Wstań. Zacznij się bronić. Nie bądź taka bezradna.
Na nic jednak
zdały się słowa mobilizacji. Mężczyzna trzymał dłoń na jej kolanie i to było
wystarczająco straszne, by była całkowicie sparaliżowana. Fiołkowe oczy
zalśniły łzami, dziewczyna obiecała sobie jednak, że za żadne skarby się nie
rozpłacze. I próbowała zrobić cokolwiek. Jednak zamiast się postawić, skuliła
ramiona i zacisnęła gwałtownie powieki, gdy mężczyzna położył dłoń na jej
biodrze i usadził ją wygodniej, bo zsuwała się z jego kolan.
Jesteś taka beznadziejna.
Krzesło
skrzypnęło przejmująco i byłoby upadło na posadzkę, gdyby nie błyskawiczna
reakcja Caleba. Myśliwy, oderwawszy chwilę temu wzrok od okna, zawiesił go na
rozgrywającej się kawałek dalej scence; teraz chwycił mebel, nim ten runął na
deski, nawet nie musiał na niego spojrzeć. Popatrzył natomiast na ruszającego
do grupki Aidana.
Aidana
rozzłoszczonego, zdeterminowanego i zjeżonego jak nigdy dotąd, od kiedy
dołączył wraz z Cadorem do całej grupy. Nawet na ratunek Aithne (ehem,
ratunek…) nie ruszał to rozeźlony, jak teraz. Inna sprawa, że nieważne, jak
szczere było to uczucie, to jednak nie robiło piorunującego wrażenia.
– Zostaw ją! –
zawołał, dopadając do stolika najemników z wojowniczym blaskiem w niebieskich oczach.
– Natychmiast – dodał nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Był, do jasnej
cholery, obrońcą. Niech zatem broni! Jakkolwiek, byle tylko uchronić Leanelle
od tych paskudnych oprychów.
Caleb
spokojnie ustawił krzesło przy stole, założył nogę na nogę i ustawił się tak,
by dobrze widzieć zamieszanie. Wyglądało na to, że nie zamierza się ruszyć;
czyżby uwierzył w skuteczność Aidana? Tak po prawdzie – nie. Zwyczajnie
pozwolił chłopakowi działać, wiedząc, że jego interwencja byłaby dla niego
bolesnym ciosem. A jak na razie nie wyglądało na to, że sromotnie przegra z
najemnikami.
Myśliwy był
jednak realistą i domyślał się, jak to się skończy.
Najemnik
przestał przeczesywać włosy Leanelle i spojrzał na chłopaczka z wyraźnym
rozbawieniem, unosząc brew. Chwilę tak trwali w ciszy, później jednak została
ona przerwana przez głośny śmiech mężczyzny. Zaraz dołączyły do niego kolejne
głosy i nie minął moment, a cały stolik zanosił się rechotem.
Jedna osoba
się nie śmiała. Leanelle otworzyła nagle oczy, jakby obudzona z transu. Uniosła
głowę, by spojrzeć na Aidana z wyraźnym zdumieniem; dłuższą chwilę tak na niego
patrzyła, nie reagując w żaden inny sposób. To nie było zbyt roztropne, że się
za nią wstawił. Ani bezpieczne. Ani logiczne. Ale nagle dało jej siłę,
przypomniało jej, że nie jest już tą nieświadomą dziewczynką wyrzuconą z
dobrego domu, teraz potrafi sobie poradzić w życiu. Zacisnęła wargi i bez
zastanowienia sięgnęła po ukradziony przed chwilą kubek herbaty. Wzięła
niepokojąco silny zamach i roztrzaskała naczynie na głowie najemnika; ciągle
gorąca, posłodzona miodem herbata skapywała z tłustych włosów mężczyzny, a
szczątki naczynia rozsypały się na wszystkie strony.
Tak, to też
nie było zbyt roztropne.
Chciała
wykorzystać chwilę dekoncentracji swego oprawcy i zeskoczyła z jego kolan,
jednak najemnik dość szybko ogarnął się w sytuacji i zdążył chwycić jej
nadgarstek, zatrzymując ją silnym szarpnięciem.
– No, no,
kelnereczko, nieładnie – zaburczał, przecierając oczy wierzchem dłoni, bo
herbata zaczęła skapywać na rzęsy. – Chłopcy – dodał.
Chłopcom nie
trzeba było powtarzać. Dwóch siedzących najbliżej najemników w mgnieniu oka
podniosło się z siedzeń i chwyciło Aidana za ramiona; trzeci sięgał po wbity w
blat sztylet, by przystawić go do gardła chłopaka.
– To bardzo
szlachetne, rycerzyku, że chciałeś uratować koleżankę – zaczął przywódca,
zerkając na Aidana ze średnim zainteresowaniem.
Leanelle
szarpnęła się ze złością, ale mężczyzna tylko mocniej zacisnął palce na jej
ręce.
– Niestety,
kelnereczka zostaje dzisiaj z nami – uznał, by po chwili przechylić głowę i
spojrzeć na swoją ofiarę. – I przestaniemy być tacy mili. Chłopcy dawno nie
mieli kobiety, a po co szukać trędowatych dziwek?
To
wystarczyło, by znów poczuła się bezsilna. Jasna cera nagle przybrała trupich
barw; dziewczyna jeszcze próbowała się uwolnić, ale wreszcie dała sobie spokój.
Pochyliła głowę, pokonana, i usilnie walczyła z łzami. Jednak nic się nie
zmieniło.
Aidan nie
próbował się szarpać; próbował analizować. Choć raz w życiu spróbował się
zastosować do poleceń swojego nauczyciela i przeanalizować sytuację, wyciągnąć
wnioski, zaplanować możliwe przyszłe wydarzenia, a potem dostosować się do
różnych scenariuszy i naprawić całą sytuację. Pomóc Leanelle.
Tylko, kurczę
blade, nie zdążył.
Czyjaś ręka
śmignęła niepokojąco błyskawicznie tuż przed nosem chłopaka, prześlizgnęła się
między jego szyją a wymierzonym w nią ostrzem, ledwie musnęła rękojeść sztyletu
i dotarła do nadgarstka trzymającego broń mężczyzny. Działo się to tak szybko,
że właściwie wszyscy tylko patrzyli – najemnik został szarpnięty w bok,
brutalnie od Aidana odciągnięty, i kiedy tak poleciał bezwładnie, nadział się
na podstawione kolano.
Caleb
uprzejmie przytrzymał mężczyznę, pozwalając mu stęknąć, wykręcił mu nadgarstek,
odbierając sztylet, a potem poprawił silnym ciosem z łokcia między łopatki.
Najemnik zwalił się na posadzkę, myśliwy natomiast z pewnym niesmakiem odtrącił
przeciwnika butem, by ten przetoczył się zdychać trochę dalej od jego nóg.
Potem spojrzał
z idealnym spokojem na przywódcę bandy, podrzucając niefrasobliwie sztylet.
Bursztynowe oczy przyglądały się mężczyźnie bez wyrazu.
– Masz jeszcze
jedną szansę, by ją puścić – powiedział po prostu.
I chociaż
Aidan, patrząc na kolegę, pomyślał, że w swoim łaciatym płaszczu i
wyświechtanych szmatach robiących za ubranie wygląda groteskowo, to kiedy
usłyszał słowa myśliwego, uznał, iż to jednak nie jest tak bardzo groteskowe.
Można się było przestraszyć, a chłopak chyba jako pierwszy poczuł mimowolny
szacunek.
Tym razem
Leanelle nie zareagowała. Pochylona, z twarzą ukrytą za zasłoną włosów,
nieruchoma, zdawała się być zaklętą w posąg. Tylko wprawny obserwator mógłby
zauważyć, że usiłuje powstrzymać drżenie, a gdyby ktoś odgarnął kosmyki z jej
buzi, zobaczyłby załzawione, naprawdę przerażone, pełne bólu oczy.
Przywódca
najemników brutalnie przyciągnął ją do siebie, aż się zachwiała, po czym wlepił
poirytowane spojrzenie w bruneta. Zdenerwowało go to, że zrobiło się wokół byle
panienki takie zamieszanie, to, że jakieś gówniarze mu się stawiały, to, że był
oblany herbatą i niejako poniżony, ale najbardziej wkurzył go fakt, iż nie
potrafił się w tym momencie, stojąc naprzeciwko chudego młodzieniaszka, roześmiać.
Gdy zobaczył, co nieznajomy zrobił Chudemu Billowi, który zawsze słynął ze
zwinności i szybkości, zaczął wątpić. To było aż uwłaczające, że poczuł respekt
wobec takiego obdartusa.
Sięgnął do
przytroczonej do pasa pochwy i wyciągnął swój miecz. Jego dumę, imponujący,
budzący grozę samym wyglądem miecz o rękojeści wyrzeźbionej w łeb lwa o oczach
z rubinów. Wymierzył bronią w chłopaczka i uśmiechnął się z wyższością.
– Sram w gacie
– zakpił.
Jego kompani
zahuczeli głośno, nagle odważnie sypiąc obelgami w stronę dziwnego mężczyzny;
wymachiwali pięściami i rechotali, każdy z nich wyciągnął broń. Przywódca
jednak zachował powagę, przypatrując się nieznajomemu uważnie. Coś mu się w nim
nie podobało.
Caleb
uśmiechnął się. Aidan pomyślał, że gdyby myśliwy się postarał, to na widok tego
uśmiechu zwierzyna popełniałaby zbiorowe samobójstwo.
–
Niehigieniczne. To wyjaśniałoby zapach – stwierdził po prostu, przekrzywiając
lekko głowę, wręcz niefrasobliwie.
Podrzucił
ostatni raz sztylet w dłoni, potem chwycił go i przyjrzał się mu, jakby oceniał
swoje szanse w zestawieniu z mieczami najemników. Zerknął za siebie, na stolik,
który opuścił chwilę temu; Li’coran leżał ze zdjętą cięciwą tuż obok skórzanej
torby.
Caleb pokręcił
głową, jakby nad swoim losem. W istocie jednak, jak z rosnącym przerażeniem
zrozumiał Aidan, karcił samego siebie, wiedząc, że łukiem by wszystkich
pozabijał. Młodzieniec stracił dech, uświadamiając sobie, że myśliwy nie czuje
najmniejszego nawet respektu przed lepiej uzbrojonymi przeciwnikami.
– No dobrze,
koniec zabawy kosztem naszej przyjaciółki – westchnął z pewną irytacją Caleb,
nie odrywając spojrzenia od sztyletu.
I wtedy broń
śmignęła prosto do jednego z mężczyzn; myśliwy nie wydawał się zaskoczony,
kiedy najemnik się uchylił. Wydawał się zadowolony – w tej sekundzie, w której
jeszcze stał na swoim miejscu. Błyskawicznie bowiem do skupionego na robieniu
uniku mężczyzny doskoczył, pochylając się, uderzył ramieniem w jego brzuch, by
zaraz, bez najmniejszego problemu, przerzucić cięższego od siebie wojownika
przez ramię. Gdy ten wylądował na podłodze, otrzymał kopa w splot słoneczny, a
Caleb bez problemu blokował atak pięści, drugą ręką wyrywając sztylet z
drewnianej szafki.
Przy pomocy
krótkiego ostrza odbił cios mieczem, który normalnie powinien chociaż go
drasnąć. Aidan wytrzeszczył oczy, widząc, że broń już nie jest trzymana przez
właściciela, tylko przez myśliwego. Caleb znowu się uśmiechnął i wycelował w
powstrzymujących od walki chłopaka mężczyzn. Aidan poczuł, że uścisk zelżał
nieznacznie, co wykorzystał do oswobodzenia się i uskoczenia w bok.
– Młody,
przesuń się poza zasięg ich łap – mruknął po prostu Caleb, powaliwszy jeszcze
jednego, który spróbował się do niego dobrać.
W następnej
chwili, stojąc po ukosie za przywódcą bandy, położył mu na ramionach, tuż przy
szyi, trzymane przez siebie ostrza.
– To jak tam
było z tymi planami na wieczór? – spytał myśliwy, tym razem jednak jego
spokojny głos pobrzmiewał chłodem oraz odrazą.
Przywódca
niespodziewanie odepchnął od siebie Leanelle; dziewczyna poleciała do tyłu,
tracąc równowagę, ale zdążyła w ostatniej chwili rozłożyć ręce i utrzymywać się
na nogach, chroniąc przed grzmotnięciem plecami w jednego z obalonych
najemników. W pomieszczeniu rozległ się warkot, a dotychczas puste, fiołkowe
oczy nagle zrobiły się wyjątkowo poirytowane.
Przywódca nie
poświęcił jej ani krztyny uwagi. Odetchnął spokojnie, po czym powoli obrócił
się przodem do Caleba, spoglądając mu w oczy z niezachwianą pewnością. Opuścił
miecz i przechylił nieco głowę, jakby nie czuł przystawionych do gardła ostrzy,
których metal przy obrocie przesunął się po jego skórze, zostawiając na niej
płytkie ślady. Z ust najemnika zniknął pyszałkowaty uśmiech, a w jasnych oczach
lśniła powaga. Chwilę tak stał, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią;
zmarszczył nawet czoło, co sugerowało wyjątkowo głębokie zamyślenie.
A potem,
zupełnie niespodziewanie, uniósł miecz i pchnął w nieznajomego, z zamiarem
przeszycia go na wylot.
– Lea –
szepnął Aidan, łapiąc koleżankę za nadgarstek i krótkim pociągnięciem
przysuwając ją w swoje rejony; szybko jednak ją puścił, przenosząc przerażone
spojrzenie na Caleba i przywódcę najemników.
Myśliwy
błyskawicznie uznał, że nie zdąży zabrać broni z ramion przeciwnika, nim ostrze
sięgnie jego piersi. Dlatego puścił rękojeści i uderzył dłonią w klingę,
zmieniając tor jej lotu kosztem głębokiej rany na ręce. Ani jeden mięsień jego
twarzy nie drgnął, z całkowitym spokojem pomógł sobie jeszcze kopnięciem,
kierując czub miecza prosto w podłogę. Krew skapnęła na ostrze i ściekła w dół,
tworząc na metalu jasnoczerwone ślady.
Nie było nawet
sekundy zastanowienia, kiedy zdrowa ręka Caleba śmignęła w stronę najemnika;
nie po broń, nie do ciosu, jakby chciał coś przytrzymać. W ostatniej chwili
dłoń lekko się skręciła, a drugie ramię chwyciło potylicę mężczyzny. Chrupnęło,
kiedy myśliwy jednym ruchem złamał przeciwnikowi nos; w bursztynowych oczach
pojawiło się jednak skupienie i świadomość, że to nie jest przeciwnik, którego
może pokonać przy pomocy miecza czy sztyletu; nie przywykł do korzystania z
nich.
Skoczył do
porzuconego stolika, ale nim postawił drugi krok, kopnął zamroczonego przeciwnika,
posyłając go na ścianę. Wystarczyło jeszcze pół metra, by Caleb sięgnął do
ukochanej broni i zacisnął na niej zakrwawioną dłoń, nie zważając na igiełki
bólu.
A potem to
były już tylko sekundy, w co uwierzyć nie mógł Aidan. Łuk do tej pory leżał bez
cięciwy, kiedy natomiast chłopak mrugnął, pierwsza strzała wbiła się w
drewnianą ścianę centymetry od głowy mężczyzny. I jeszcze cztery, nim Aidan do
końca odetchnął.
– Mówiłem,
prosiłem, ostrzegałem. Nikt nigdy nie słucha – mruknął cicho Caleb, przymrużonymi
oczami przyglądając się przeciwnikowi.
Cięciwa już
była naciągnięta, a na siodełku spoczywała kolejna strzała; lotki znajdowały
się tuż przy ustach myśliwego, ustach ułożonych w zniesmaczony grymas. Nawet
jeden mięsień mężczyzny nie drżał, choć łuk robił powalające wrażenie nie tylko
estetyczne, ale także pod względem rozmiarów.
Grot zawisł na
wysokości szyi najemnika, gotowy do przebicia jej na wylot.
Przywódca
najemników nawet nie próbował się podnieść. Siedział na podłodze, oparty
plecami o ścianę, w której drewno wbite były strzały tworzące aureolę dookoła
jego głowy. Wiedział, jasna cholera, że w tym nieznajomym jest coś nie tak. To
było w tych miodowych oczach. Teraz jeszcze pogodził się z tym, że został
pokonany, że stracił wszystko, bo przede wszystkim stracił honor. Przeniósł na
Caleba zrezygnowane spojrzenie i uśmiechnął się gorzko, ukazując światu żółte,
krzywe zęby.
– Bądź łaskaw
i zrób to szybko – powiedział tylko, starannie omijając wzrokiem wymierzoną w
niego strzałę.
Odchylił głowę
i odetchnął głęboko, czekając.
Leanelle
postawiła krok do przodu, zacisnęła dłoń w pięść i postawiła kolejny. Nie do
końca wiedziała co nią kierowało, jednak to nie było teraz ważne. Zawahała się,
lecz w końcu uniosła głowę i spojrzała na Caleba z dziwną determinacją.
– Nie zabijaj
go – powiedziała spokojnie, dość głośno, nawet nie zerkając na najemnika, który
właśnie wpatrzył się w nią z osłupieniem.
Później
zarechotał w ten swój nieprzyjemny, odrażający wręcz sposób.
– A co,
kelnereczko, zakochałaś się? – rzucił głupio, ale nie bezcelowo.
Chciał teraz
zginąć, skoro wszystko się skończyło; miał nadzieję sprowokować u niej gniew i
sprawić, że wycofa się ze swej prośby. Bo jeszcze by go ten dziwny facet
oszczędził.
Leanelle
puściła uwagę mimo uszu, nadal wpatrzona w Caleba. Nie lubiła bezsensownej
śmierci, nie lubiła okrucieństwa; ktoś miał ginąć tylko za to, że ją zaczepił?
Groził, prawda, ale nic nie zrobił. Rozbrojony, nie będzie już groźny, więc po
co pozbawiać go życia?
– Nie zabijaj
– powtórzyła.
Caleb znowu
się uśmiechnął i tym razem zrobił to w taki sposób, że chyba każdy byłby
skłonny uwierzyć, że ten dzień jest cudowny, piękny oraz słoneczny. W kilku
ruchach ściągnął strzałę z siodełka, wsunął ją z powrotem do kołczanu, potem
niemalże z troską zdjął cięciwę. Odłożył poplamiony krwią łuk znów koło
skórzanej torby i podszedł do najemnika, by wyrwać pozostałe pociski.
Popatrzył na
niego z góry, znów z twarzą nieprzeniknioną, zaraz jednak zainteresował się
grotami. Dwie strzały przełamał, na nic już się nie nadawały, ale trzy
postanowił zachować. Mijając Leanelle, nie spojrzał na nią; mruknął jednak
cicho, tylko dla jej uszu:
– Nie
zamierzałem.
Potem zajął
się odzyskanymi pociskami i sięgnął do wnętrza torby, by wydobyć z niej
ściereczkę oraz słoiczek z maścią i drugi z tłuszczem. Musiał zająć się
Li’coranem. I szybko obandażować dłoń, zanim podła wiedźma go dorwie i dobije.
– Młody,
odprowadź Leę do pokoju, starczy rozrywek – poprosił krótko, nie poświęcając
towarzyszom uwagi.
– Och, pewnie
– westchnął Aidan, jeszcze otrząsając się z szoku; potem podszedł dwa kroki do
dziewczyny i stanął bezradnie.
Nagle uderzyła
w niego jego totalna beznadziejność. Caleb rozprawił się ze wszystkimi
najemnikami w przeciągu kilku minut, a on zdążył przez ten czas zostać
pokonanym i znaleźć się w niebezpieczeństwie. Miło.
Dziewczyna
zmarszczyła czoło, po czym obróciła się i powiodła za Calebem pozbawionym zrozumienia
spojrzeniem. Ogarnęło ją dziwne uczucie, które postanowiła zagłuszyć i
odrzucić; było zbyt skomplikowane, by miała ochotę rozkładać je na czynniki
pierwsze. No bo... Naprawdę nie miał zamiaru? I znowu ją uratował, to już było
przytłaczające. Zerknęła szybko na najemnika, który chyba nie do końca wiedział
co ze sobą zrobić; uznając, że nie należy mu się jakakolwiek uwaga, przeniosła
spojrzenie na czekającego bezradnie Aidana.
Uśmiechnęła
się blado, natychmiast uciekając od kontaktu wzrokowego.
– Dam sobie
radę – zapewniła cichutko.
Nie chciała
robić chłopakowi przykrości, ale teraz jego towarzystwo było jej naprawdę
zbędne. Niczyje towarzystwo nie było pożądane. Wpatrzyła się trochę nieobecnie
w podłogę, podejmując ostatnią próbę zrozumienia sytuacji; wreszcie się
poddała, raz jeszcze uśmiechnęła się do Aidana, żeby jej uwierzył, po czym
ruszyła w stronę części sypialnej gospody.
Karczmarz
zdecydował się wrócić z bezpiecznej kryjówki na zapleczu, by ocenić straty.
Odprowadził spojrzeniem przestraszoną dziewczynę, po czym zerknął na brunetów,
nie pytając o nic.
Przepraszam dobre kobiety, że nie komentuję, ale no kurde... prolog miał być u nas dwa dni temu, a dzisiaj pierwszy dzień szkoły po przerwie i już zaczyna się tonięcie w obowiązkach ._.
OdpowiedzUsuńPowiadam wam [O_O]: w następnym rozdziale napiszę wam znowu dłuższy komentarz, bo teraz nie przychodzi mi nic do głowy, a nie mogę się doczekać kontynuacji ^^
Hahaha, no spoko xD Zauważyłam już, że się ociągacie z robotą u siebie, nieładnie :3
Usuń