niedziela, 30 grudnia 2012

58. Podłe kobyły



Idąc w stronę stajni, miał nadzieję, że ta szkapa doceni, jak się dla niej poświęca – przedostanie się do kuchni i podwędzenie jabłka nie było takie łatwe! Dostał po łapach od rumianej kucharki, ale, urzeczona jego uśmiechem, pozwoliła mu zniknąć z łupem.
Cador uznał, że zwierzynie się należało – izabelowi, rzecz jasna, nie kucharce. Całkiem wierna szkapina, może i był łęgowaty, może i miał każdą nogę z innej parafii, ale w gruncie rzeczy to naprawdę mądry, wierny koń o wielkim sercu. Okazało się nawet, że kiedy zaczął być lepiej odżywiany, przestał wyglądać aż tak brzydko. Cador polubił konia i postanowił, że póki może, to go sobie zatrzyma.
Wkroczył pewnie do stajni i zatrzymał się w wejściu, swym zwyczajem przenikliwie rozglądając się dookoła i wsłuchując się w dochodzące zewsząd dźwięki. Na słomie w którymś z boksów pochrapywać musiał młody stajenny, poza tym Cador usłyszał przekleństwo mężczyzny oporządzającego swego rumaka w dalekiej części stajni. Drgnął, gdy zorientował się, że szelest dobiega również od strony skrzydła, w którym swoje boksy mają konie całej drużyny. Przymrużył powieki i ruszył, ale na widok osoby, którą tam zastał, uśmiechnął się tak ze zdziwieniem, jak z radością.
– Ariene – zauważył na głos, wypatrując brunetkę za rudą sierścią przeżuwającej siano kobyły.
Swoje kroki skierował jednak do wcześniej obranego celu, czyli pod nos wpatrującego się w niego z wyczekiwaniem izabela. Gdy przechodził, Lantano przywitał go przyjaznym zgrzytaniem zębów i solidnym kopem w ścianę; obrońca nie przejął się tym zbytnio, przyzwyczajony do takiego zachowania. Zastanowił się tylko, po raz setny, jakim cudem Anabde radzi sobie z takim bydlakiem.
– Cześć, koniu – powiedział pogodnie, głaszcząc izabela po nosie i podsuwając mu soczyste jabłko.
Zwierzak postawił uszy, po czym zabrał się za chrupanie owocu, wyjątkowo szczęśliwy z obecności swego pana. Gdy już poradził sobie z prezentem, Cador poklepał go po szyi, równocześnie wycierając sok z jabłka w jasną sierść konia. Izabel nie wyglądał na szczególnie przejętego tym faktem.
Wybaczył mu również, gdy Cador szybko stracił nim zainteresowanie i ruszył w stronę boksu Jutrzenki. Wejście było uchylone; obrońca zatrzymał się na granicy korytarza i boksu i oparł ramieniem o ściankę, unosząc kącik ust w ładnym uśmiechu. Nic nie powiedział, pogłaskał tylko kasztankę po łbie w ramach przywitania, po chwili przenosząc wzrok na wiedźmę.
Jutrzenka także się przywitała z Cadorem, to jest stuliła uszy i parsknęła z dezaprobatą, została już jednak nauczona, by nie gryźć przyjaźnie nastawionych do niej osobników. A przynajmniej nie przy właścicielce, dlatego z irytacją zgrzytnęła zębami i potrząsnęła grzywą, demonstrując swoją dezaprobatę. Nie dość, że jej dotknął, to jeszcze stanął przy boksie w chwili, w której Ariene poświęcała czas akurat jej! To niedopuszczalne. Już sprytne kobylisko postara się, żeby obrońca czym prędzej teren opuścił.
Wiedźma nie zareagowała na obecność Cadora tak negatywnie, wręcz przeciwnie. Uniosła głowę, spojrzała na niego ponad grzbietem klaczy i obdarzyła jednym ze swoich ładniejszych uśmiechów, ściągając z dłoni szczotkę. Obeszła pupilkę dokoła, poklepała ją na odczepnego po szyi i zatrzymała się tak, by stanąć między uroczą Jutrzenką a obrońcą. Zupełnie odruchowo, zawsze tak biednych ludzi osłaniała przed swym wierzchowcem.
– Hej – mruknęła pogodnie, przymrużając oczy, ręce skrzyżowała na piersiach. – Jak izabel? – spytała, ruchem brody wskazując pomlaskującego z zadowoleniem konia. – Nadal bezimienny? – dodała rozbawiona.
W pierwszej chwili w ogóle nie dotarło do niego co mówiła, był zbyt oszołomiony uśmiechem kobiety. Dopiero po kilku sekundach zamrugał intensywnie, otrzeźwiał i przypomniał sobie jej słowa, by koniec końców uśmiechnąć się lekko.
Ty, stary, obrońca nie powinien się dekoncentrować. A już na pewno nie z powodu kobiecego uśmiechu.
– Niestety – przyznał niejako z żalem, zerkając na swojego wierzchowca przez ramię.
Izabel postawił w jego stronę jedno ucho, okazując częściowe zainteresowanie; nie wyglądał na szczególnie przejętego faktem nieposiadania imienia.
– Nie nadaję się do tego, nie umiem nazywać koni – uznał mężczyzna, wracając spojrzeniem do wiedźmy.
Może by mu jakoś pomogła? To nie byłoby głupie.
Ariene roześmiała się, spokojnie odsuwając od siebie pysk Jutrzenki, co klacz nieco zirytowało. Parsknęła znowu, kłapnęła zębami i na chwilę dała sobie siana w przenośni oraz dosłownie – ostentacyjnie obróciła łeb i chwyciła za ususzoną trawę, demonstrując to, że się obraziła na śmierć i życie.
– Ty biedny, mało kreatywny człowieku – mruknęła wiedźma z udawanym współczuciem i pokręciła głową, przymrużając oczy. – Pomyślmy – westchnęła, spojrzenie zawieszając na słodko nieświadomym koniku.
Przyjrzała się wierzchowcowi, wyraźnie szukając jakiegoś ładnego pomysłu na imię. Wierzchowiec był nieduży, jaśniuteńki, grzeczny… taki mały idealny zwierzaczek. Niezbyt piękny, ale urokliwy. Uśmiechnęła się z pewnym rozczuleniem, przyglądając się mu.
– Może… bo ja wiem, Keelain? – zaproponowała wreszcie, wzruszając trochę bezradnie ramionami.
Nigdy nie nadawała imienia żadnemu zwierzakowi, Jutrzenkę nazwano, kiedy jeszcze była źrebakiem w ich stajniach, innego pupilka nie posiadała.
– Hej, jestem bardzo kreatywny! – oburzył się, zakładając ręce na torsie i spoglądając na rozmówczynię z góry. Ha, to mu się spodobało. – Kiedy przychodzi do podkradania, wykradania i mordowania, mam nieograniczoną ilość pomysłów – dodał, żeby jakoś uargumentować swoją tezę.
Potem oparł się plecami o ściankę, tak, że stał bokiem do Ariene i bokiem do izabela stojącego w boksie naprzeciwko. Zerknął na tego drugiego i przyglądał mu się chwilę, jakby analizował jego wygląd.
– Keelain – powtórzył, przechylając nieco głowę.
Izabel parsknął i uniósł łeb, zdając się reagować na słowa swojego pana.
– Pasuje – uznał po zastanowieniu mężczyzna, unosząc kącik ust w uśmiechu.
Obrócił głowę w stronę Ariene; ciekawe, że teraz, ilekroć zawoła izabela jego imieniem, będzie mu przychodziła na myśl wiedźma.
Tak jakby nie myślał o niej cały czas.
Ariene także się uśmiechnęła, coraz bardziej rozbawiona, nie wiedzieć czemu. Jej oczy błysnęły charakterystycznie, ale odwróciła wzrok na obrażoną Jutrzenkę.
– No to widzisz, jestem kreatywna bardziej – uparła się z satysfakcją, mówiąc tonem zwycięzcy. – Do tego wszystkiego, co wymieniłeś, można dodać jeszcze wymyślanie imion koniom mniej kreatywnych obrońców – dodała, wzruszając ramionami i przechylając głowę tak, by go lepiej widzieć.
Od niechcenia wyplątała z grzywy Jutrzenki kilka źdźbeł słomy, na co klacz znowu kłapnęła zębami. Nikt się tym, oczywiście, nie przejął, a już na pewno nie Ariene; wiedźma podeszła bliżej wierzchowca i wróciła do spokojnego czyszczenia, nie zwracając większej uwagi na coraz wyraźniejsze manifesty niezadowolenia potwora.
– To tak nie do końca mój koń – przypomniał jej spokojnie.
Fakt faktem, że właściciel stworzonka był podobno martwy, a znalezione nie kradzione, ale kto wie skąd i na jakich warunkach Revelin wytrzasnął rumaka. Może gdzieś tam, daleko, na izabela – a od teraz Keelaina – czekał jego pan, stęskniony i zmartwiony.
A może nie.
– Ale w twojej liście mieści się jeszcze rzucanie ludźmi o ściany, w tym nie jestem zbyt biegły – zauważył z rozbawieniem, nieco przymrużając zielone oczy.
Tak, tego jej nigdy nie odpuści, znowu go bolało! I wcale nie zasłużył aż tak bardzo.
Ariene spojrzała na niego przeciągle, uśmiechając się dość… specyficznie. Znów odsunęła się od Jutrzenki, a to tylko klacz bardziej zirytowało, dlatego kopnęła rozzłoszczona tylną nogą. Nie sprawiło to, że wiedźma natychmiast poświęciła jej całą swoją uwagę.
– Jak chcesz, mogę ci zaprezentować kilka nowych technik – rzuciła wiedźma lekkim, bardzo dziewczęcym głosem, od niechcenia unosząc dłoń.
Wokół jej ręki zakręciły się blade, półprzezroczyste smugi magii, jakby tylko czekały, aż zostaną uwolnione i będą mogły siać zniszczenie.
– Opracowywałam je całą noc! – zapewniła jeszcze i wyszczerzyła urokliwie, oraz trochę strasznie, ząbki w uśmiechu.
Prawdopodobnie chciała go jakoś przestraszyć, ale on tylko uniósł brew, zawieszając na niej dość zaciekawione spojrzenie. Przecież wiedział, że teraz nie zrobiłaby mu niczego bolesnego.
– Interesujące – przyznał beznamiętnie, jakby w sumie niekoniecznie go to martwiło, ba, nawet obchodziło.
Odchylił głowę i oparł ją o ścianę, przymykając na chwilę oczy. Gdy znów je otworzył, zerkając na wiedźmę, uśmiechał się z dużą pewnością siebie.
No, no, ciekaw był, czy ona spróbuje mu coś udowodnić. Mogło być... interesująco właśnie, jak to przed chwilą określił. Zdecydował się więc ruszyć spod ściany i stanąć naprzeciwko wiedźmy w odległości pół kroku. Spojrzał jej w oczy; zielone tęczówki lśniły dziwnie, miały w sobie sporo nonszalancji i spokoju, a również pewnego silnego uczucia, jakim darzył wiedźmę. I to ostatnie coraz trudniej było mu ukryć.
Ariene odwzajemniła wzrok, unosząc kącik ust w zadziornym, trochę niepokojącym uśmiechu. Zadarła wyżej oplecioną magią dłoń, jakby dawała obrońcy ostatnie ostrzeżenie, w jej oczach zabłąkał się dziwny, trudny do zdefiniowania blask. Nie sposób było zdecydować, czy wyglądała teraz ładnie, czy strasznie. Z pewnością specyficznie.
Tego jednak ignorowana Jutrzenka już nie wytrzymała. Parsknęła głośno z całkowitą dezaprobatą, łypnęła wściekła na obrońcę, który bezczelnie zajmował czas właścicielki przeznaczony dla klaczy, a następnie uderzyła go mocno łbem, zamierzając chyba z boksu w ten sposób wypędzić. Niestety stała tak niefortunnie, że zamiast w dobrą stronę, pchnęła Cadora prosto na Ariene, dodatkowo obiwszy mu i tak nadwyrężone plecy.
Podła kobyła tupnęła z wyższością nogą po dokonanym zamachu i dostojnie powróciła do skubania siana.
Można by w tym momencie zwątpić w profesjonalizm pana obrońcy, skoro dał się tak głupio zaskoczyć koninie. Jednak co rozsądniejszy obserwator tylko uśmiechnąłby się z rozbawieniem, uznając, że każdego mężczyznę można pokonać odpowiednią kobietą. Zakochany facet traci głowę, a ten tutaj wpadł jak śliwki w kompot.
Właśnie z tego powodu wyglądał na szczerze zaskoczonego, gdy ni z tego, ni z owego zachwiało nim i runął w przód, po drodze odczuwając jeszcze ból w plecach. Do tego ostatniego chyba przyjdzie mu się przyzwyczaić. Nie zdążył się niczego złapać ani odpowiednio skoordynować lot – wpadł na biedną wiedźmę, popychając ją na ścianę. Kobieta gruchnęła plecami o ścianę boksu (oto jest sprawiedliwość!), Cador zdążył w ostatniej chwili wyciągnąć przed siebie ramiona i oprzeć się dłońmi o drewno po obu stronach głowy Ariene, by do niej nie dobić.
Gdy odzyskał równowagę, dzieliło ich ledwie kilka centymetrów. Ta nagła bliskość zaskoczyła go jeszcze bardziej, odbierając mu zdolność racjonalnego myślenia. Podziałała za to pobudzająco na kilka układów, między innymi powodując u niego szybsze bicie serca.
Jednak nie byłby sobą, gdyby nie postanowił tego wykorzystać. Dotarło do niego wreszcie, że taki zbieg okoliczności w sumie jest jak najbardziej korzystny. Niespodziewanie uśmiechnął się ciepło i przytulił dłoń do jej policzka, znów zachwycając się delikatnością jej skóry.
– Ariene – szepnął, a w jasnozielonych oczach pojawił się dziwny błysk.
Wiedźma w pierwszym odruchu skrzywiła się, wreszcie poznawszy ból, jaki odczuwał Cador przy lądowaniu na ścianach. W bardzo minimalnym przybliżeniu, jednak cóż, lepsze to niż nic. Kiedy uchyliła powieki i uchwyciła jego spojrzenie, znieruchomiała na ułamek sekundy, podświadomie wstrzymując oddech.
Nawet nie wiedziała, że odruchowo położyła rękę na jego torsie, by, w razie nagłej potrzeby, uratować się od zmiażdżenia. Teraz, także bezwiednie, zacisnęła dłoń na jego koszuli, czując błogą, odurzającą pustkę w głowie. Jakby ktoś jednym ruchem zmazał wszystkie jej myśli, słyszała chyba tylko swój oddech. I nawet nie na nim się skupiała, wpatrując się w jego oczy ze zdumieniem. Był blisko. Tak niesamowicie blisko.
Przez ułamek sekundy wahała się, czy zaciśniętą dłoń wykorzystać do odsunięcia go, czy przyciągnięcia bliżej. Nie wiedziała, czemu właściwie o tym pomyślała, czy raczej czemu przemknęło jej to przez myśl. Chwilę potem była już zdecydowana, rozchylone w zdumieniu usta ułożyły się w nieobecnym uśmiechu. Pociągnęła go lekko w swoją stronę, nagle nie chcąc uciekać, udawać i oszukiwać.
Tak po prostu.
I wtedy nastąpił koniec świata, ziemia się rozstąpiła i ją pochłonęła. A przynajmniej bardzo chciała, by się tak stało, kiedy rozległy się kroki i przez drzwi od boksu Jutrzenki ktoś się przechylił. Ariene wstrzymała oddech, wytrzeszczając oczy.
– Wiesz może…? – zaczął niedbale Sheridan, najpierw nawet na nich nie spojrzawszy, dopiero w następnej sekundzie wzrok przeniósł na teoretyczną rozmówczynię.
Widok, jaki zastał, trochę go zaskoczył, co pokazał uniesieniem brwi.
– No dobra, nieważne – westchnął, odciążając drzwiczki.
Ariene znów napięła rękę, tym razem jednak Cadora z wyczuciem odepchnęła, czując, że serce łomocze jej ciężko w piersi, zupełnie inaczej niż chwilę temu. Szlag by to.
Gdy przyciągnęła go do siebie, poczuł się tak, jakby zaraz miały się spełnić wszystkie senne marzenia. Myślał o niej nieustannie, w dzień i w nocy, teraz wreszcie miał mieć okazję ją poczuć. I już było tak blisko, tak niemożliwie, przyjemnie blisko, lecz w tym momencie jego uszu dobiegł zdecydowanie niechciany głos. W następnej chwili obrońca został odepchnięty; nawet jego zaskoczył ból, z jakim to było związane. Jakby ktoś wyciągnął mu serce z piersi, zdeptał, wycisnął i włożył z powrotem.
Tym kimś był, jakby inaczej, kochany łowca. Dłonie Cadora samoistnie zacisnęły się w pięści, wyrażając chęć rozpoczęcia kolejnej walki; powstrzymał się cudem, a znaczący głos w tej sprawie miały obolałe plecy. Jasnozielone oczy obrońcy przestały błyszczeć szczęściem; stały się matowe, by Sheridan nie zauważył tej niepowstrzymanej chęci mordu, jaka wręcz roznosiła Cadora. Mężczyzna cofnął się jeszcze pół kroku i musiał odetchnąć głęboko, by opanować natłok negatywnych emocji.
Jasna by to, kurwa, cholera wzięła.
Zerknął krótko na Ariene, zaraz przenosząc spojrzenie na łowcę. Dlaczego mieli takie szczęście?! Ostatnio Errian, teraz Sheridan. Za pierwszym razem Cador miał jeszcze w sobie dość siły, by obrócić sytuację w żart, teraz jednak był zbyt poirytowany i jakby rozżalony. Konsekwentnie milczał, w myślach wyzywając wszystkich znanych sobie bogów.
– Pasza jest w kanciapie na prawo – wydusiła Ariene, zapatrzywszy się w Sheridana wielkimi, zszokowanymi oczami.
– Nie o to mi chodziło, ale nie przeszkadzajcie sobie – mruknął niedbale łowca, wsadzając ręce do kieszeni spodni i ruszając głębiej w korytarz jakby nigdy nic.
Ariene odprowadziła go zszokowanym spojrzeniem, nie wierząc w to, co właśnie usłyszała. Nie przeszkadzajcie sobie?! „No kurwa”, przebiegło jej przez myśl, kiedy uderzała dłonią w czoło i pochylała załamana głowę. Cudownie.
– Przepraszam za Jutrzenkę – rzuciła wreszcie zduszonym głosem, unikając jego spojrzenia. Nagle bardzo trudno było unieść głowę i popatrzeć mu w oczy, dlatego prześlizgnęła się obok i podeszła do klaczy. – Zazdrosna małpa – mruknęła miękko, wczepiając się dłonią w rudą grzywę.
Silthe, czemu gula w gardle nie znikała?
Trochę przestraszyło go to, że nagle uciekła. Tak, przestraszyło, to dobre słowo. Jakby się wstydziła, jakby głupio jej było, że ktoś patrzy, ktoś może wiedzieć. Wszyscy już wiedzieli. Dlaczego chciała udawać, że w sumie przed momentem nic się nie stało?
Długo nie odpowiadał. Poświęcił przeciągającą się chwilę na przypatrywanie jej się, marszcząc w zastanowieniu czoło i mrużąc mało szczęśliwe, zielone oczy. Jego spojrzenie musiało być przytłaczające, tak przenikliwe i intensywne, nie opuszczające jej nawet na sekundę. Choć próbował, trudno było mu to zrozumieć – skąd u niej ta niepewność?
On już nie miał wątpliwości, dawno temu przestał się zastanawiać, czy rzeczywiście się w niej zakochał. To było oczywiste, jasne jak słońce, mówiły o tym wszystkie znaki na niebie i ziemi. A teraz poczuł jakąś obawę – dotychczas był przekonany, że jego uczucie jest odwzajemnione, ale może nie?
Jeszcze bardziej przymrużył powieki. Takie rzeczy go nie pokonają, na pewno nie zacznie się wycofywać – w końcu był Reamonnem.
– Ariene – mruknął zmienionym głosem. Jakby ją naglił, informował ją, że nie powinna się wypierać.
Przechylił nieznacznie głowę, zastanawiając się, czy ona w ogóle zwróci na to uwagę.
Jak mogła nie zwrócić uwagi? Kiedy wypowiedział jej imię, żołądek wywrócił się chyba do góry nogami. Zadrżała, zastanawiając się, co powinna w tej sytuacji zrobić. Bo z jednej strony… ale to przecież głupie. Prawda? Bardzo głupie. Nie, nie mogło dziać się naprawdę. Nie mogło. Nie mogło.
Tylko… Powstrzymała chęć sięgnięcia do policzka, gdzie przed chwilą jeszcze trzymał dłoń. Powstrzymała chęć gwałtownego obrócenia się i stanowczego przyciągnięcia go do siebie. Powstrzymała też chęć ucieczki, przestraszona pozostałymi pragnieniami.
– Mm? – odparła cicho, obracając lekko głowę, by go jednak widzieć.
Mocniej zacisnęła dłoń na grzywie Jutrzenki, czując, że serce bije nieprzyzwoicie szybko. Chyba je nawet słyszał. Silthe, oby nie słyszał. Tragedia. Koniec świata. Gdzie ta rozstępująca się ziemia?
Kiedy znów odnalazł jej oczy, zaskoczyło go to, jak wiele zobaczył w jej spojrzeniu. Wyglądała na trochę przestraszoną, oszołomioną i przede wszystkim – rozbitą. Jakby czegoś chciała, ale nie do końca mogła się z tym pogodzić. Ale wyraz jej oczu...
Nagle obawy zniknęły; uśmiechnął się ciepło, czując, że to wszystko naprawdę ma sens. Może po prostu musi jej dać więcej czasu, chwilę na oswojenie się z nową sytuacją i wyzbycie wszystkich wątpliwości. On już był pewien, ale nigdzie mu się nie spieszyło – poczeka. Na nią może czekać choćby wieczność.
Było w nim tyle pewności siebie i spokoju, kiedy kilkoma krokami zmniejszył dzielącą ich odległość. Chwila i już stał blisko, bardzo blisko, prawie tak blisko jak przed chwilą; znów wyglądał na szczęśliwego, jasnozielone oczy błyszczały jasno. Pochylił się nad nią i pocałował ją w skroń, pozwalając sobie na przeczesanie jej ciemnych włosów palcami. Nabrał głębokiego wdechu i z trudem powstrzymał się od ulegania chwili, zafascynowany bliskością i całą osobą Ariene.
– Nie mam Jutrzence tego za złe – mruknął, odsuwając się nieco i ponownie spoglądając jej prosto w oczy.
Chwilę tak trwał, później uniósł kącik ust wyżej. Warto czekać.
Nim ona zdążyła jakkolwiek zareagować, odwrócił się i wyszedł, by nie przytłaczać jej swoją obecnością. Chciał, by mogła to wszystko na spokojnie przemyśleć, by nie robiła niczego nieprzemyślanego, by później nie żałowała. Chciał, by była pewna, gdy przyjdzie odpowiednia chwila. By była tak pewna, jak był on od ładnych paru miesięcy, nieustannie zaprzątając sobie nią głowę i robiąc tysiące nieprzemyślanych rzeczy tylko z jej powodu.

Gospoda była maleńka i skromna, toteż nawet w ciepły, sprzyjający spotkaniom wczesny wieczór nie była aż tak zatłoczona. Właściciel przybytku stał za ladą, nalewając piwa do świeżo wyczyszczonego kufla, i przyglądał się gościom z pewnym niepokojem.
Większość uważał za niegroźną: trójka młodych przyjaciół, dwóch mężczyzn i dziewczyna, siedzący przy stoliku w najodleglejszym kącie pomieszczenia, stare małżeństwo, które przychodziło tu każdego wieczora, smutny, samotny podróżnik czekający na nalewany trunek. Niedaleko szynku rozsiedli się jednak najemnicy; cholera wie co ich przyciągnęło akurat do tej gospody i czy zamierzali zostać do rana. Wlewali w siebie niezliczone ilości alkoholi i przegryzali specjalnie przyniesione dla nich z piwnic kiełbasy; oczywiście, płacili odpowiednio, więc właściciel nie powinien narzekać. Martwił się jednak, że lada chwila rozpoczną jakąś rozróbę, takie zachowanie byłoby dla nich typowe. Nie miał ochoty kupować nowych stołów i krzeseł czy wynosić trupy tylnymi drzwiami. Mężczyzn było siedmiu, pięciu z nich było typowymi „byczkami” o szerokich karkach i przerażającej postawie, pozostali dwaj byli chudzi, nawet zabiedzeni, jednak wszystkim tak samo źle z oczu patrzyło.
Karczmarz podał kufel samotnemu podróżnikowi, przyjął z uśmiechem dwie monety i oparł się dłońmi o ladę, wzdychając ciężko. Uśmiechnął się jednak mimowolnie, gdy po gospodzie rozległ się radosny, dziewczęcy śmiech. Niezbyt głośny, był jednak miłą odmianą dla ucha po charkotach najemników.
– Hessan wcale nie jest taki okropny! – oburzyła się z rozbawieniem młoda szatynka, podciągając nogi pod brzuch.
Była na tyle chuda, że mogła, siedząc na krześle, oprzeć stopy o brzeg siedzenia i objąć ramionami kolana. Teraz potrząsnęła czekoladową czupryną i chuchnęła na nieposłuszną grzywkę, by nie wpadała jej na oczy.
– I nie jest głupi. Po tej rozróbie kilka dni temu, jak się chłopacy pobili, uwziął się tylko na Cadora, na Shera nie. Domyślił się, że gdyby postawił się łowcy, zostałby z niego mokry placek – dodała jeszcze, czując się w obowiązku bronienia ukochanego smoka.
– Hessan to krwiożerczy potwór – powtórzył swój osąd siedzący przy tym samym stoliku młodzieniec, uśmiechnął się jednak szeroko, rozbawiony oburzeniem towarzyszki.
Bądź też urzeczony jej śmiechem, którym natychmiastowo się zaraził.
– I wcale nie uwziął się na Cadora, ta mała bestia prześladuje mnie! – dodał tonem pełnym czarnej rozpaczy i ogólnego zdruzgotania zaistniałą sytuacją; bo co on, biedny, chudy chłopaczek, zrobił tej gadzinie? – Prawda, Caleb? – poszukał jeszcze wsparcia, zwracając się do ostatniego z towarzystwa.
Mężczyzna zdawał się nie usłyszeć pytania; siedział ze skrzyżowanymi na torsie rękoma, z nieprzeniknioną miną wyglądał za okno, sunąc wzrokiem po kręcących się po ulicy ludziach, jakby ich wszystkich oceniał, zapamiętywał, badał. Minęło jednak ledwie kilka sekund, nim od niechcenia skinął głową, nie obdarzywszy towarzyszy spojrzeniem.
– Na Silthe, aleś ty ponury – westchnął Aidan, zerknąwszy na Caleba z niezadowoleniem.
– To mnie rozbaw – zaproponował natomiast myśliwy i dla odmiany wzruszył ramionami.
– No nie, a jednak słuchasz – zdumiał się bez entuzjazmu.
– Mogę cię też zdzielić w łeb – doliczył Caleb, wreszcie przenosząc spokojny wzrok bursztynowych oczu na chłopaka.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, choć krótkiej wymiany zdań panów słuchała tylko jednym uchem. Część swojej uwagi poświęciła kubkowi, po jaki właśnie sięgała; objęła naczynko dłońmi i przechyliła je, a po chwili z jej gardła wydobyło się pełne żalu jęknięcie.
– Skończyła się – uznała niezadowolona, nie odstawiła jednak kubka.
Zamiast tego postawiła stopy na ziemi i podniosła się z krzesła; nim ruszyła w stronę lady, zerknęła na swoich towarzyszy. Oczywiście tak, żeby nie złapać kontaktu wzrokowego, bo to by była kiła, mogiła i apokalipsa.
– Przynieść wam coś? – zainteresowała się, bo w sumie czemu nie, może robić za służkę. Trzeba się przyzwyczajać do roli.
A panów zdążyła, co ją samą dziwiło, polubić.
– Nie, ja jeszcze mam – odparł od razu Aidan, uśmiechając się do Leanelle promiennie; dla potwierdzenia swoich słów uniósł lekko kubek, w którym przelał się zamówiony przez niego sok.
Chłopak chwilę zastanawiał się, czy nie zamówić sobie piwa, ale pełne dezaprobaty spojrzenie Caleba przypomniało mu, że ma słabą głowę. Przy damie nie wypada się upijać w końcu, prawda?
Nie widząc reakcji ze strony myśliwego, sam zajrzał do jego kubka, odnajdując tam resztkę wody. Uniósł brew, nieco zdziwiony ascetycznym wyborem towarzysza.
– Co, po alkoholu masz zgagę? – zasięgnął uprzejmie języka, uśmiechając się do kolegi z przekąsem.
Dziwnym trafem nabrał niejakiej pewności siebie, której do tej pory bardzo mu brakowało. Ot, znalazł się w ogólnie specyficznym towarzystwie, przerażającym nawet, ale teraz, jak tak siedział z Leanelle i Calebem, odczuł potrzebę pokazania, że wcale nie jest taki beznadziejny i strachliwy.
– Jakbyś zgadł – mruknął myśliwy i spojrzał na chłopaka bez zainteresowania. – A po sokach rozstrój żołądka. Nie wiedziałem, że picie wody zostało przez ciebie prawnie zakazane – dodał, znów powracając do wyglądania za okno.
Z Aidana uszło powietrze.
– Tak tylko pytałem – wymamrotał pokonany.
Dziewczyna uniosła kącik ust w uśmiechu, kiwając głową do Aidana, po czym przeniosła na Caleba spojrzenie pełne dezaprobaty.
– Nie, dziękuję, Leanelle. To miło, że zapytałaś – mruknęła niezadowolona, dość wprawnie parodiując głos myśliwego.
No bo co, ja rozumiem, że on z lasu, ale nie można odpowiedzieć? Zaraz jednak uśmiechnęła się po raz kolejny; tak w sumie, to ją bawił. Jakoś tak.
Odwróciła się i ruszyła w stronę lady, wpatrzona w czubki własnych butów. Stanęła przed karczmarzem, a ten uśmiechnął się ciepło i pochylił ramiona, by lepiej słyszeć głos nieco przestraszonej dziewczyny. Po krótkiej wymianie zdań zaczął przeszukiwać szafki, więc najwyraźniej się dogadali.
Caleb uśmiechnął się rozbawiony pod nosem, kiedy tylko Leanelle się odezwała. Aidan pokiwał głową, zgadzając się ze słowami dziewczyny, wtedy jednak myśliwy wtrącił swoje trzy grosze, dezorientując chłopaka, który odprowadzał koleżankę wzrokiem.
– Nie gniewam się, Calebie, że się zamyśliłeś – powiedział głos Leanelle; był tak wiarygodny, że Aidan wytrzeszczył oczy i podskoczył na krześle, zastanawiając się, jakim cudem i od kiedy ich koleżanka jest brzuchomówcą.
Potem popatrzył na myśliwego zdruzgotany.
– To ty?! – zawołał z niedowierzaniem.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – mruknął normalnym głosem Caleb, wzruszając ramionami.
Aidan zyskiwał coraz większą pewność, że ten facet jest nienormalny.
Kilka metrów dalej pewien najwidoczniej niezbyt bystry karczmarz usilnie starał się złapać kontakt wzrokowy z wyraźnie broniącą się przed tym panienką. Panienka chwyciła kubek parującej herbaty w obie ręce i obróciła się szybko, by wrócić do swoich towarzyszy. Wystarczyło tylko ominąć kilka stolików; wybrała najkrótszą drogę, mając nadzieję, że skoro najemnicy do tej pory nie zwrócili na nią uwagi, to tak zostanie. Oni właśnie skończyli rechotać z wyjątkowo niskolotnego żartu. Ich przywódca, postawny mężczyzna o ciemnych włosach i złowrogim uśmiechu, przechylił kufel piwa i odstawił go z hukiem na stół.
– Potrzebna mi jakaś służka! – zagrzmiał donośnym, choć nieco zachrypniętym głosem.
Leanelle pochyliła ramiona, wyszeptała do siebie „zniknij” i przyspieszyła kroku, z całego serca pragnąc stać się niewidzialną. Najemnik rozejrzał się dookoła, błyskając jasnymi oczami; bogowie nie usłuchali modlitw Leanelle, bo zaraz jego spojrzenie spoczęło na jej drobnej sylwetce.
– Córka karczmarza jest paskudnie brzydka, nie uważacie, panowie? – powiedział, nadal obserwując skupioną na kubku herbaty szatynkę.
Trzeba jednak przyznać mu rację, bo córka karczmarza była gruba, miała krzywe zęby, a jej małych oczu nie było widać spod pokrywających całą buzię pryszczy. Początkowo to ona usługiwała podejrzanym typkom, jednak ukryła się na zapleczu po pierwszym obraźliwym, sprośnym komentarzu.
– Ta się nada! – uznał, kiedy już jego kompani przestali ochoczo mu przytakiwać.
Wyciągnął przed siebie silne, umięśnione ramię i objął Leanelle w pasie, dość łatwo sadzając ją sobie na kolanie. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy i pobladła gwałtownie; jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zrobiła się cała sztywna. Najemnik sądził raczej, że będzie się wyrywać i uciekać, aż zdziwił go jej bezruch. Ale nie, żeby miał się tym przejąć.
– Prawda, kelnereczko? Cóż mi przyniosłaś? – zapytał, wyciągając jej z dłońmi kubek.
Przystawił naczynie do ust, nad którymi rósł gęsty wąsik, powąchał i skrzywił się, by zaraz zaśmiać się głośno.
– Oj, kochaniutka, piwa trzeba było! – uznał, na co jego kompani znów popadli w pijaczy rechot, jeden nawet zaczął czkać.
Leanelle wciągnęła gwałtownie powietrze do płuc i zadrżała.
Uciekaj – powiedziała sama sobie. – Zmobilizuj się, rusz tę chudą dupę i zwiewaj. Zrób cokolwiek. Wstań. Zacznij się bronić. Nie bądź taka bezradna.
Na nic jednak zdały się słowa mobilizacji. Mężczyzna trzymał dłoń na jej kolanie i to było wystarczająco straszne, by była całkowicie sparaliżowana. Fiołkowe oczy zalśniły łzami, dziewczyna obiecała sobie jednak, że za żadne skarby się nie rozpłacze. I próbowała zrobić cokolwiek. Jednak zamiast się postawić, skuliła ramiona i zacisnęła gwałtownie powieki, gdy mężczyzna położył dłoń na jej biodrze i usadził ją wygodniej, bo zsuwała się z jego kolan.
Jesteś taka beznadziejna.
Krzesło skrzypnęło przejmująco i byłoby upadło na posadzkę, gdyby nie błyskawiczna reakcja Caleba. Myśliwy, oderwawszy chwilę temu wzrok od okna, zawiesił go na rozgrywającej się kawałek dalej scence; teraz chwycił mebel, nim ten runął na deski, nawet nie musiał na niego spojrzeć. Popatrzył natomiast na ruszającego do grupki Aidana.
Aidana rozzłoszczonego, zdeterminowanego i zjeżonego jak nigdy dotąd, od kiedy dołączył wraz z Cadorem do całej grupy. Nawet na ratunek Aithne (ehem, ratunek…) nie ruszał to rozeźlony, jak teraz. Inna sprawa, że nieważne, jak szczere było to uczucie, to jednak nie robiło piorunującego wrażenia.
– Zostaw ją! – zawołał, dopadając do stolika najemników z wojowniczym blaskiem w niebieskich oczach. – Natychmiast – dodał nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Był, do jasnej cholery, obrońcą. Niech zatem broni! Jakkolwiek, byle tylko uchronić Leanelle od tych paskudnych oprychów.
Caleb spokojnie ustawił krzesło przy stole, założył nogę na nogę i ustawił się tak, by dobrze widzieć zamieszanie. Wyglądało na to, że nie zamierza się ruszyć; czyżby uwierzył w skuteczność Aidana? Tak po prawdzie – nie. Zwyczajnie pozwolił chłopakowi działać, wiedząc, że jego interwencja byłaby dla niego bolesnym ciosem. A jak na razie nie wyglądało na to, że sromotnie przegra z najemnikami.
Myśliwy był jednak realistą i domyślał się, jak to się skończy.
Najemnik przestał przeczesywać włosy Leanelle i spojrzał na chłopaczka z wyraźnym rozbawieniem, unosząc brew. Chwilę tak trwali w ciszy, później jednak została ona przerwana przez głośny śmiech mężczyzny. Zaraz dołączyły do niego kolejne głosy i nie minął moment, a cały stolik zanosił się rechotem.
Jedna osoba się nie śmiała. Leanelle otworzyła nagle oczy, jakby obudzona z transu. Uniosła głowę, by spojrzeć na Aidana z wyraźnym zdumieniem; dłuższą chwilę tak na niego patrzyła, nie reagując w żaden inny sposób. To nie było zbyt roztropne, że się za nią wstawił. Ani bezpieczne. Ani logiczne. Ale nagle dało jej siłę, przypomniało jej, że nie jest już tą nieświadomą dziewczynką wyrzuconą z dobrego domu, teraz potrafi sobie poradzić w życiu. Zacisnęła wargi i bez zastanowienia sięgnęła po ukradziony przed chwilą kubek herbaty. Wzięła niepokojąco silny zamach i roztrzaskała naczynie na głowie najemnika; ciągle gorąca, posłodzona miodem herbata skapywała z tłustych włosów mężczyzny, a szczątki naczynia rozsypały się na wszystkie strony.
Tak, to też nie było zbyt roztropne.
Chciała wykorzystać chwilę dekoncentracji swego oprawcy i zeskoczyła z jego kolan, jednak najemnik dość szybko ogarnął się w sytuacji i zdążył chwycić jej nadgarstek, zatrzymując ją silnym szarpnięciem.
– No, no, kelnereczko, nieładnie – zaburczał, przecierając oczy wierzchem dłoni, bo herbata zaczęła skapywać na rzęsy. – Chłopcy – dodał.
Chłopcom nie trzeba było powtarzać. Dwóch siedzących najbliżej najemników w mgnieniu oka podniosło się z siedzeń i chwyciło Aidana za ramiona; trzeci sięgał po wbity w blat sztylet, by przystawić go do gardła chłopaka.
– To bardzo szlachetne, rycerzyku, że chciałeś uratować koleżankę – zaczął przywódca, zerkając na Aidana ze średnim zainteresowaniem.
Leanelle szarpnęła się ze złością, ale mężczyzna tylko mocniej zacisnął palce na jej ręce.
– Niestety, kelnereczka zostaje dzisiaj z nami – uznał, by po chwili przechylić głowę i spojrzeć na swoją ofiarę. – I przestaniemy być tacy mili. Chłopcy dawno nie mieli kobiety, a po co szukać trędowatych dziwek?
To wystarczyło, by znów poczuła się bezsilna. Jasna cera nagle przybrała trupich barw; dziewczyna jeszcze próbowała się uwolnić, ale wreszcie dała sobie spokój. Pochyliła głowę, pokonana, i usilnie walczyła z łzami. Jednak nic się nie zmieniło.
Aidan nie próbował się szarpać; próbował analizować. Choć raz w życiu spróbował się zastosować do poleceń swojego nauczyciela i przeanalizować sytuację, wyciągnąć wnioski, zaplanować możliwe przyszłe wydarzenia, a potem dostosować się do różnych scenariuszy i naprawić całą sytuację. Pomóc Leanelle.
Tylko, kurczę blade, nie zdążył.
Czyjaś ręka śmignęła niepokojąco błyskawicznie tuż przed nosem chłopaka, prześlizgnęła się między jego szyją a wymierzonym w nią ostrzem, ledwie musnęła rękojeść sztyletu i dotarła do nadgarstka trzymającego broń mężczyzny. Działo się to tak szybko, że właściwie wszyscy tylko patrzyli – najemnik został szarpnięty w bok, brutalnie od Aidana odciągnięty, i kiedy tak poleciał bezwładnie, nadział się na podstawione kolano.
Caleb uprzejmie przytrzymał mężczyznę, pozwalając mu stęknąć, wykręcił mu nadgarstek, odbierając sztylet, a potem poprawił silnym ciosem z łokcia między łopatki. Najemnik zwalił się na posadzkę, myśliwy natomiast z pewnym niesmakiem odtrącił przeciwnika butem, by ten przetoczył się zdychać trochę dalej od jego nóg.
Potem spojrzał z idealnym spokojem na przywódcę bandy, podrzucając niefrasobliwie sztylet. Bursztynowe oczy przyglądały się mężczyźnie bez wyrazu.
– Masz jeszcze jedną szansę, by ją puścić – powiedział po prostu.
I chociaż Aidan, patrząc na kolegę, pomyślał, że w swoim łaciatym płaszczu i wyświechtanych szmatach robiących za ubranie wygląda groteskowo, to kiedy usłyszał słowa myśliwego, uznał, iż to jednak nie jest tak bardzo groteskowe. Można się było przestraszyć, a chłopak chyba jako pierwszy poczuł mimowolny szacunek.
Tym razem Leanelle nie zareagowała. Pochylona, z twarzą ukrytą za zasłoną włosów, nieruchoma, zdawała się być zaklętą w posąg. Tylko wprawny obserwator mógłby zauważyć, że usiłuje powstrzymać drżenie, a gdyby ktoś odgarnął kosmyki z jej buzi, zobaczyłby załzawione, naprawdę przerażone, pełne bólu oczy.
Przywódca najemników brutalnie przyciągnął ją do siebie, aż się zachwiała, po czym wlepił poirytowane spojrzenie w bruneta. Zdenerwowało go to, że zrobiło się wokół byle panienki takie zamieszanie, to, że jakieś gówniarze mu się stawiały, to, że był oblany herbatą i niejako poniżony, ale najbardziej wkurzył go fakt, iż nie potrafił się w tym momencie, stojąc naprzeciwko chudego młodzieniaszka, roześmiać. Gdy zobaczył, co nieznajomy zrobił Chudemu Billowi, który zawsze słynął ze zwinności i szybkości, zaczął wątpić. To było aż uwłaczające, że poczuł respekt wobec takiego obdartusa.
Sięgnął do przytroczonej do pasa pochwy i wyciągnął swój miecz. Jego dumę, imponujący, budzący grozę samym wyglądem miecz o rękojeści wyrzeźbionej w łeb lwa o oczach z rubinów. Wymierzył bronią w chłopaczka i uśmiechnął się z wyższością.
– Sram w gacie – zakpił.
Jego kompani zahuczeli głośno, nagle odważnie sypiąc obelgami w stronę dziwnego mężczyzny; wymachiwali pięściami i rechotali, każdy z nich wyciągnął broń. Przywódca jednak zachował powagę, przypatrując się nieznajomemu uważnie. Coś mu się w nim nie podobało.
Caleb uśmiechnął się. Aidan pomyślał, że gdyby myśliwy się postarał, to na widok tego uśmiechu zwierzyna popełniałaby zbiorowe samobójstwo.
– Niehigieniczne. To wyjaśniałoby zapach – stwierdził po prostu, przekrzywiając lekko głowę, wręcz niefrasobliwie.
Podrzucił ostatni raz sztylet w dłoni, potem chwycił go i przyjrzał się mu, jakby oceniał swoje szanse w zestawieniu z mieczami najemników. Zerknął za siebie, na stolik, który opuścił chwilę temu; Li’coran leżał ze zdjętą cięciwą tuż obok skórzanej torby.
Caleb pokręcił głową, jakby nad swoim losem. W istocie jednak, jak z rosnącym przerażeniem zrozumiał Aidan, karcił samego siebie, wiedząc, że łukiem by wszystkich pozabijał. Młodzieniec stracił dech, uświadamiając sobie, że myśliwy nie czuje najmniejszego nawet respektu przed lepiej uzbrojonymi przeciwnikami.
– No dobrze, koniec zabawy kosztem naszej przyjaciółki – westchnął z pewną irytacją Caleb, nie odrywając spojrzenia od sztyletu.
I wtedy broń śmignęła prosto do jednego z mężczyzn; myśliwy nie wydawał się zaskoczony, kiedy najemnik się uchylił. Wydawał się zadowolony – w tej sekundzie, w której jeszcze stał na swoim miejscu. Błyskawicznie bowiem do skupionego na robieniu uniku mężczyzny doskoczył, pochylając się, uderzył ramieniem w jego brzuch, by zaraz, bez najmniejszego problemu, przerzucić cięższego od siebie wojownika przez ramię. Gdy ten wylądował na podłodze, otrzymał kopa w splot słoneczny, a Caleb bez problemu blokował atak pięści, drugą ręką wyrywając sztylet z drewnianej szafki.
Przy pomocy krótkiego ostrza odbił cios mieczem, który normalnie powinien chociaż go drasnąć. Aidan wytrzeszczył oczy, widząc, że broń już nie jest trzymana przez właściciela, tylko przez myśliwego. Caleb znowu się uśmiechnął i wycelował w powstrzymujących od walki chłopaka mężczyzn. Aidan poczuł, że uścisk zelżał nieznacznie, co wykorzystał do oswobodzenia się i uskoczenia w bok.
– Młody, przesuń się poza zasięg ich łap – mruknął po prostu Caleb, powaliwszy jeszcze jednego, który spróbował się do niego dobrać.
W następnej chwili, stojąc po ukosie za przywódcą bandy, położył mu na ramionach, tuż przy szyi, trzymane przez siebie ostrza.
– To jak tam było z tymi planami na wieczór? – spytał myśliwy, tym razem jednak jego spokojny głos pobrzmiewał chłodem oraz odrazą.
Przywódca niespodziewanie odepchnął od siebie Leanelle; dziewczyna poleciała do tyłu, tracąc równowagę, ale zdążyła w ostatniej chwili rozłożyć ręce i utrzymywać się na nogach, chroniąc przed grzmotnięciem plecami w jednego z obalonych najemników. W pomieszczeniu rozległ się warkot, a dotychczas puste, fiołkowe oczy nagle zrobiły się wyjątkowo poirytowane.
Przywódca nie poświęcił jej ani krztyny uwagi. Odetchnął spokojnie, po czym powoli obrócił się przodem do Caleba, spoglądając mu w oczy z niezachwianą pewnością. Opuścił miecz i przechylił nieco głowę, jakby nie czuł przystawionych do gardła ostrzy, których metal przy obrocie przesunął się po jego skórze, zostawiając na niej płytkie ślady. Z ust najemnika zniknął pyszałkowaty uśmiech, a w jasnych oczach lśniła powaga. Chwilę tak stał, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią; zmarszczył nawet czoło, co sugerowało wyjątkowo głębokie zamyślenie.
A potem, zupełnie niespodziewanie, uniósł miecz i pchnął w nieznajomego, z zamiarem przeszycia go na wylot.
– Lea – szepnął Aidan, łapiąc koleżankę za nadgarstek i krótkim pociągnięciem przysuwając ją w swoje rejony; szybko jednak ją puścił, przenosząc przerażone spojrzenie na Caleba i przywódcę najemników.
Myśliwy błyskawicznie uznał, że nie zdąży zabrać broni z ramion przeciwnika, nim ostrze sięgnie jego piersi. Dlatego puścił rękojeści i uderzył dłonią w klingę, zmieniając tor jej lotu kosztem głębokiej rany na ręce. Ani jeden mięsień jego twarzy nie drgnął, z całkowitym spokojem pomógł sobie jeszcze kopnięciem, kierując czub miecza prosto w podłogę. Krew skapnęła na ostrze i ściekła w dół, tworząc na metalu jasnoczerwone ślady.
Nie było nawet sekundy zastanowienia, kiedy zdrowa ręka Caleba śmignęła w stronę najemnika; nie po broń, nie do ciosu, jakby chciał coś przytrzymać. W ostatniej chwili dłoń lekko się skręciła, a drugie ramię chwyciło potylicę mężczyzny. Chrupnęło, kiedy myśliwy jednym ruchem złamał przeciwnikowi nos; w bursztynowych oczach pojawiło się jednak skupienie i świadomość, że to nie jest przeciwnik, którego może pokonać przy pomocy miecza czy sztyletu; nie przywykł do korzystania z nich.
Skoczył do porzuconego stolika, ale nim postawił drugi krok, kopnął zamroczonego przeciwnika, posyłając go na ścianę. Wystarczyło jeszcze pół metra, by Caleb sięgnął do ukochanej broni i zacisnął na niej zakrwawioną dłoń, nie zważając na igiełki bólu.
A potem to były już tylko sekundy, w co uwierzyć nie mógł Aidan. Łuk do tej pory leżał bez cięciwy, kiedy natomiast chłopak mrugnął, pierwsza strzała wbiła się w drewnianą ścianę centymetry od głowy mężczyzny. I jeszcze cztery, nim Aidan do końca odetchnął.
– Mówiłem, prosiłem, ostrzegałem. Nikt nigdy nie słucha – mruknął cicho Caleb, przymrużonymi oczami przyglądając się przeciwnikowi.
Cięciwa już była naciągnięta, a na siodełku spoczywała kolejna strzała; lotki znajdowały się tuż przy ustach myśliwego, ustach ułożonych w zniesmaczony grymas. Nawet jeden mięsień mężczyzny nie drżał, choć łuk robił powalające wrażenie nie tylko estetyczne, ale także pod względem rozmiarów.
Grot zawisł na wysokości szyi najemnika, gotowy do przebicia jej na wylot.
Przywódca najemników nawet nie próbował się podnieść. Siedział na podłodze, oparty plecami o ścianę, w której drewno wbite były strzały tworzące aureolę dookoła jego głowy. Wiedział, jasna cholera, że w tym nieznajomym jest coś nie tak. To było w tych miodowych oczach. Teraz jeszcze pogodził się z tym, że został pokonany, że stracił wszystko, bo przede wszystkim stracił honor. Przeniósł na Caleba zrezygnowane spojrzenie i uśmiechnął się gorzko, ukazując światu żółte, krzywe zęby.
– Bądź łaskaw i zrób to szybko – powiedział tylko, starannie omijając wzrokiem wymierzoną w niego strzałę.
Odchylił głowę i odetchnął głęboko, czekając.
Leanelle postawiła krok do przodu, zacisnęła dłoń w pięść i postawiła kolejny. Nie do końca wiedziała co nią kierowało, jednak to nie było teraz ważne. Zawahała się, lecz w końcu uniosła głowę i spojrzała na Caleba z dziwną determinacją.
– Nie zabijaj go – powiedziała spokojnie, dość głośno, nawet nie zerkając na najemnika, który właśnie wpatrzył się w nią z osłupieniem.
Później zarechotał w ten swój nieprzyjemny, odrażający wręcz sposób.
– A co, kelnereczko, zakochałaś się? – rzucił głupio, ale nie bezcelowo.
Chciał teraz zginąć, skoro wszystko się skończyło; miał nadzieję sprowokować u niej gniew i sprawić, że wycofa się ze swej prośby. Bo jeszcze by go ten dziwny facet oszczędził.
Leanelle puściła uwagę mimo uszu, nadal wpatrzona w Caleba. Nie lubiła bezsensownej śmierci, nie lubiła okrucieństwa; ktoś miał ginąć tylko za to, że ją zaczepił? Groził, prawda, ale nic nie zrobił. Rozbrojony, nie będzie już groźny, więc po co pozbawiać go życia?
– Nie zabijaj – powtórzyła.
Caleb znowu się uśmiechnął i tym razem zrobił to w taki sposób, że chyba każdy byłby skłonny uwierzyć, że ten dzień jest cudowny, piękny oraz słoneczny. W kilku ruchach ściągnął strzałę z siodełka, wsunął ją z powrotem do kołczanu, potem niemalże z troską zdjął cięciwę. Odłożył poplamiony krwią łuk znów koło skórzanej torby i podszedł do najemnika, by wyrwać pozostałe pociski.
Popatrzył na niego z góry, znów z twarzą nieprzeniknioną, zaraz jednak zainteresował się grotami. Dwie strzały przełamał, na nic już się nie nadawały, ale trzy postanowił zachować. Mijając Leanelle, nie spojrzał na nią; mruknął jednak cicho, tylko dla jej uszu:
– Nie zamierzałem.
Potem zajął się odzyskanymi pociskami i sięgnął do wnętrza torby, by wydobyć z niej ściereczkę oraz słoiczek z maścią i drugi z tłuszczem. Musiał zająć się Li’coranem. I szybko obandażować dłoń, zanim podła wiedźma go dorwie i dobije.
– Młody, odprowadź Leę do pokoju, starczy rozrywek – poprosił krótko, nie poświęcając towarzyszom uwagi.
– Och, pewnie – westchnął Aidan, jeszcze otrząsając się z szoku; potem podszedł dwa kroki do dziewczyny i stanął bezradnie.
Nagle uderzyła w niego jego totalna beznadziejność. Caleb rozprawił się ze wszystkimi najemnikami w przeciągu kilku minut, a on zdążył przez ten czas zostać pokonanym i znaleźć się w niebezpieczeństwie. Miło.
Dziewczyna zmarszczyła czoło, po czym obróciła się i powiodła za Calebem pozbawionym zrozumienia spojrzeniem. Ogarnęło ją dziwne uczucie, które postanowiła zagłuszyć i odrzucić; było zbyt skomplikowane, by miała ochotę rozkładać je na czynniki pierwsze. No bo... Naprawdę nie miał zamiaru? I znowu ją uratował, to już było przytłaczające. Zerknęła szybko na najemnika, który chyba nie do końca wiedział co ze sobą zrobić; uznając, że nie należy mu się jakakolwiek uwaga, przeniosła spojrzenie na czekającego bezradnie Aidana.
Uśmiechnęła się blado, natychmiast uciekając od kontaktu wzrokowego.
– Dam sobie radę – zapewniła cichutko.
Nie chciała robić chłopakowi przykrości, ale teraz jego towarzystwo było jej naprawdę zbędne. Niczyje towarzystwo nie było pożądane. Wpatrzyła się trochę nieobecnie w podłogę, podejmując ostatnią próbę zrozumienia sytuacji; wreszcie się poddała, raz jeszcze uśmiechnęła się do Aidana, żeby jej uwierzył, po czym ruszyła w stronę części sypialnej gospody.
Karczmarz zdecydował się wrócić z bezpiecznej kryjówki na zapleczu, by ocenić straty. Odprowadził spojrzeniem przestraszoną dziewczynę, po czym zerknął na brunetów, nie pytając o nic.

2 komentarze:

  1. Przepraszam dobre kobiety, że nie komentuję, ale no kurde... prolog miał być u nas dwa dni temu, a dzisiaj pierwszy dzień szkoły po przerwie i już zaczyna się tonięcie w obowiązkach ._.
    Powiadam wam [O_O]: w następnym rozdziale napiszę wam znowu dłuższy komentarz, bo teraz nie przychodzi mi nic do głowy, a nie mogę się doczekać kontynuacji ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, no spoko xD Zauważyłam już, że się ociągacie z robotą u siebie, nieładnie :3

      Usuń