Wieczór był
urokliwy, ciepły oraz cichy. Zapomniała już, że miasto może być tak przyjemne;
widok ciągłego zgiełku oraz nieustającego ruchu ją przytłaczał. Teraz jednak
odetchnęła z ulgą, przymykając oczy.
Gdyby chciała
wtopić się w tłum i zniknąć z pola widzenia przechodniów, mogłoby okazać się to
trudne. Ale nie zamierzała nigdzie znikać, idąc niespiesznym krokiem po ulicy
prowadzącej na targ.
Na początku
czuła się trochę nieswojo, kiedy opuszczała karczmę w towarzystwie Cadora, a
nie przyświecał im żaden konkretny cel. To znaczy cel przyświecił jej Caleb,
widząc, że wychodzą – kiedy obrońca nie patrzył, szepnął, żeby kupiła mu trochę
więcej „tej miękkiej śliwkowej tkaniny”.
Był chyba
pierwszym mężczyzną, który rozróżniał różne odcienie danego koloru, czym ją
zaskoczył. Ale skoro podjął się zaprojektowania oraz uszycia im przebrań na
bal…
Wsunęła rękę
do kieszeni spodni i, przesuwając palcami monety, jeszcze raz policzyła w
myślach, ile posiadała pieniędzy. Spłoszona zorientowała się, że coś musiało
jej umknąć – brakowało osiemdziesięciu srebrników do kwoty, jaką powinna dać za
potrzebny Calebowi materiał. Wytrzeszczyła zdumiona oczy.
– O cholera –
wydusiła, zatrzymując się gwałtownie na szerzej rozstawionych nogach.
Niczego Cadorowi
nie brakowało. Ciepło, przyjemnie, miło, bez kłopotów i zmartwień, a przede
wszystkim – była tu ona.
To Ariene
sprawiała, że czuł się dziwnie zrelaksowany; mógł zwyczajnie iść spacerkiem z
dłońmi schowanymi w kieszeniach i półprzymkniętymi oczami, rozkoszując się
nagle świeżym powietrzem i uznając, że hałas miasta nawet nie jest tak
drażniący dla uszu. Zapomniał o wszystkich sprawach, które ostatnio nękały jego
umysł, większych i mniejszych; nie myślał tak o śmierci siostry, która nadal nawiedzała
go nocami, jak o nic nieznaczącym bólu pleców. I ciągle na jego ustach błąkał
się subtelny uśmiech.
Kiedy się
zatrzymała, zrobił to samo, obracając głowę w jej stronę i unosząc pytająco
brew.
– Hm? –
mruknął mało konkretnie, ale dość jednoznacznie.
Pobłądził
spojrzeniem po jej twarzy, zastanawiając się co tak ją zdziwiło.
– Nie mogę nie
mieć – odparła na jego niesprecyzowane pytanie, zerknąwszy na niego z wyrzutem,
jakby był winien całej tej sytuacji.
Potem wyjęła z
kieszeni dłoń, trzymając garść pieniędzy, uklękła na chodniku i rozsypała
ostrożnie monety, by na spokojnie je przeliczyć. Przechodząca nieopodal kobieta
posłała jej zdumione oraz zdegustowane spojrzenie, ale wiedźma nie zwróciła na
nią uwagi. Poruszała bezgłośnie ustami, podnosząc po jednej monecie i pakując
je cierpliwie z powrotem na ich poprzednie miejsce.
– No nie –
sapnęła niezadowolona, kiedy pieniądze się skończyły.
No dobrze,
może nie było to osiemdziesiąt, ale piętnaście to i tak… wystarczający deficyt.
Mruknęła jeszcze, że liczenie jest głupie, wreszcie postanowiła się podnieść,
po czym wytrzeszczyła oczy, kiedy starszy pan rzucił jej monetę o nominale
dziesięciu srebrników.
– Nie troskaj
się tak, dziecko – poprosił, uśmiechnął się szeroko, aż uniosły mu się wąsy, i
podreptał dalej, pomachawszy jej.
– Ja nie
żebrałam – wydusiła zszokowana, wytrzeszczając oczy.
A potem
parsknęła śmiechem z niedowierzaniem, kręcąc głową.
No ładnie, z
najlepszej morderczyni do żebraka?
Przyglądał jej
się dość zafrapowany, kiedy tak klękła na środku chodniku, otoczona
najrozmaitszymi, mniej lub bardziej niepokojącymi ludźmi. Wraz z kolejnymi
policzonymi monetami lądującymi na jej dłoni rozszerzał się uśmiech obrońcy;
och, potrafiła być naprawdę urokliwa.
Nie zdążył
jednak dołączyć do niej i pomóc w przeliczaniu pieniędzy, bo oto znowu się
wyprostowała, by zaraz zostać obdarowaną przez staruszka o wielkim sercu.
Cador
zakrztusił się własną śliną, odkaszlnął, a potem zaczął się śmiać.
– Najwyraźniej
wzbudzasz litość – oznajmił jej, wyjątkowo rozbawiony, szczerząc złośliwie
zęby.
Ale jest to sposób
na zarabianie pieniędzy! Na pewno mniej inwazyjny od walk z potworami i innymi
takimi, prawda.
Ariene
prychnęła oburzona i obdarowała go złym, morderczym spojrzeniem, jednocześnie
uśmiechając się z przekąsem. Porwała monetę z chodnika, wpakowała ją do
kieszeni, a potem doskoczyła do Cadora z zamiarami co najmniej morderczymi.
Ostatecznie
odkryła, że nie może mu zrobić za wiele, dlatego jeszcze bardziej zirytowana
położyła dłoń na jego głowie i popchnęła go w dół, bo bezczelny był, silniejszy
i wyższy od niej. I jeszcze go rozczochrała. Niech ma za swoje. O, i wbiła mu
dwa palce w brzuch, zaraz odskakując na bezpieczną odległość.
W końcu miał
silny argument. Wiedzę o jej łaskotkach.
– A ciebie
nikt nie lubi – stwierdziła, pokazała mu język i pospiesznie ruszyła przodem,
uznawszy, że znalezienie się za blisko obrońcy będzie teraz brzemienne w
skutkach.
To znaczy
ucierpi fizycznie, generalnie.
Pierwsze dwa
ataki były mało inwazyjne, przy trzecim stęknął cicho, ale dzielnie zniósł ból
i tylko posłał wiedźmie szeroki uśmiech. Sięgnął ramieniem w przód, chcąc ją
złapać i pokazać jej, co on myśli o takiej zabawie, ale nie zdążył; jego dłoń
zacisnęła się w pięść, co skwitował niezadowolonym zmarszczeniem czoła.
– Znam taką
jedną, co mnie lubi. Mała, upierdliwa wiedźma, nie wiem, czy znasz – oznajmił
jej, uśmiechając się przy tym rozbrajająco.
Natychmiast
podążył jej śladem, uznając, że tak łatwo nie odpuści. Dogonił ją w kilku
krokach i na razie był grzeczny, chcąc uśpić jej czujność.
– Musi być
totalną idiotką – zawyrokowała z niezachwianą pewnością, zerknąwszy na niego
kątem oka, bo to całkiem niepodejrzane zachowanie wydało się jej mocno
podejrzane.
Na wszelki
wypadek otoczyła się ramionami i odsunęła się o krok w bok, łypiąc na Cadora
czujnie, bo to był potwór wcielony i nic z nim nigdy nie wiadomo.
Potem jednak
na chwilę pochłonęło ją przyglądanie się ulicy – ale talii nie odsłoniła, na
pewno by ją skrzywdził nieodwracalnie i boleśnie.
– A masz pięć
srebrników? – zainteresowała się wreszcie bardziej istotnym, tym razem
obracając do niego głowę, by lepiej go widzieć.
Nawet się uśmiechnęła,
ale szybko sobie przypomniała, że ma być urażona i generalnie trudna w
kontaktach, dlatego na wszelki wypadek zadarła brodę.
Przymrużył
powieki, obdarzając przenikliwym spojrzeniem podejrzaną dwójkę czającą się
gdzieś z boku; szybko ocenił, że prawdopodobnie są kieszonkowcami, a jedno
ostrzegawcze sięgnięcie po sztylet wystarczyło, by dali sobie spokój. Z ich
powodu musiał na chwilę oderwać oczy od Ariene, cały czas jednak poświęcał jej
częściową uwagę.
Teraz mógł
zwrócić na nią pełne zainteresowanie; spojrzał w jej stronę i uśmiechnął się po
raz kolejny, cały czas w wyśmienitym humorze.
– Ja tam ją
lubię – oznajmił spokojnie, wzruszając ramionami, jakby faktycznie mówili o bliżej
Ariene nieznanej wiedźmie.
Pytanie
sprawiło, że sięgnął do kieszeni po sakiewkę z pieniędzmi, by na szybko
przejrzeć jej zawartość. Po chwili uśmiechnął się bardziej triumfalnie;
przechylił głowę, spojrzał brunetce w oczy, a coś w jego minie kazało zacząć
się martwić.
– Nie mam tak
dobrego serca, jak tamten pan. Co będę z tego miał, jak ci je dam? – zapytał.
Nigdy nie
twierdził, że jest bezinteresowny.
Ariene
wypuściła powietrze z płuc, jakoś odgadłszy, że mniej więcej taką odpowiedź
usłyszy. Spojrzała na obrońcę z wyrzutem, wydęła usta, po czym przyjrzała się
ulicy, jakby nie zamierzała zniżać się do poziomu odwdzięczania się Cadorowi za
pięć srebrników. Wtedy jednak znów na niego spojrzała, przymrużając oczy.
Nawet zbliżyła
się dwa kroki, chyba żeby nie musieć za głośno mówić.
– Na przykład…
mogę ugotować coś dobrego. Albo zacząć oszczędzać twoje plecy – wyliczyła to,
co przyszło jej na myśl, wzniósłszy oczy do nieba w zadumie.
Ukradkiem
ciągle go obserwowała, nadal nie puszczając talii, jakby bardzo bolał ją
brzuch. Albo jakby krew wprost się z jamy brzusznej wylewała, a jej ręce były
ostatnią zaporą trzymającą wnętrzności na ich prawowitym miejscu.
Chwilę
przyglądał się jej w zadumie, wreszcie zaśmiał się lekko i sięgnął do sakiewki.
– Przez
żołądek do serca, jest to jakaś metoda – przyznał, przeliczając monety.
Nim wyjął dłoń
z woreczka, wpadło mu do głowy, by sprawdzić jej ufność. Ciekaw był, jak dużą
perfidnością wykazuje się w oczach kobiety.
– Wyciągnij
rękę – poprosił nie sugerującym żadnych zagrywek, całkowicie spokojnym tonem.
Uśmiechnął się
bardziej pogodnie, zerkając na nią z góry i czekając; czy nie usłucha,
przekonana, że on zacznie ją łaskotać albo Silthe wie, jaką krzywdę jej
wyrządzi?
Ariene
wywróciła oczami, wyraźnie rozbawiona jego zachowaniem, i bez najmniejszego
wahania posłusznie rękę wyciągnęła, spoglądając na niego wyczekująco. Bo bardzo
potrzebowała tych pięciu srebrników. Swoją drogą musiało to zabawnie wyglądać,
jakby jej za coś płacił.
Skojarzenia,
które naszły ją potem, wywołały na jej policzkach rumieniec. Miała ochotę
zirytowana potrząsnąć głową, jednak się powstrzymała, karcąc się w myślach.
– Tak dobrze?
– zainteresowała się zatem niewinnie, uśmiechając się pogodnie.
No proszę. Nie
wyglądał na specjalnie zaskoczonego; raczej się ucieszył, że Ariene nie ma go
za aż takiego potwora.
Położył pięć
monet na jej wyciągniętej dłoni, jedną po drugiej, ledwie powstrzymując się od
tych łaskotek, bo tak go jakoś naszło. Ale porzucił ten pomysł, dobry facet.
– Doskonale.
To co ugotujesz? – zainteresował się, unosząc brew.
Jak mu się
teraz wiedźma wykpi, przypomni sobie, dlaczego nie powinna go prowokować. Ale
może faktycznie zaproponuje coś, od czego zacznie mu burczeć w brzuchu.
Gdy zauważył
jej rumieniec, przymrużył z ciekawością powieki i przechylił lekko głowę,
przyglądając się wiedźmie bardziej intensywnie. No bo skąd taka reakcja? Nie
mógł wiedzieć, jak bardzo brudne myśli ma jego towarzyszka.
Przyjrzała się
monetom z zadowolonym uśmiechem i pospiesznie schowała je do kieszeni spodni,
żeby na pewno nie zgubić. Bo te pieniądze jej chyba nie lubiły, uciekały gdzie
bądź, byle dalej od niej.
Potem
przeniosła wzrok na Cadora, przekrzywiając głowę.
– A na co masz
ochotę? – spytała po prostu, najwyraźniej nie zamierzając wystawiać obrońcę do
wiatru.
Dobra z niej
kobieta; czasami.
Rozejrzała się
po ulicy i po krótkiej chwili wahania chwyciła go za nadgarstek, zmieniając
koncepcję spaceru i kierując ich do bocznej ulicy. Jak tylko dotarli na
odpowiednią trasę, zwolniła.
– Musimy coś
kupić – wyjaśniła z uśmiechem, bo mógł nie wiedzieć.
Potem
zorientowała się, że nadal go trzyma, więc pospiesznie cofnęła rękę, udając, że
wszystko jest pod kontrolą.
Miał jej
odpowiedzieć, ale kiedy został pociągnięty w rzadziej uczęszczaną uliczkę, zgubił
wątek. Potem usiłował sobie przypomnieć, o co właściwie chodziło, jednak po
chwili wysiłku uznał to za nieważne.
Otrzymawszy
wyjaśnienie nagłej zmiany kursu, przyjrzał się brunetce uważnie.
– Co
konkretnie? – zapytał, sprawnie ukrywszy pewną obawę.
No bo co w
takim miejscu może kupować wiedźma?
Zatrzymał się
na chwilę, by przyjrzeć się uliczce. Wąska, niewybrukowana dróżka, będąca tylko
twardo ubitą ziemią, otoczona ściśniętymi domkami, jakby wepchniętymi tam na
siłę. W prawie każdym oknie widniały firanki, a nad większością drzwi wisiały
skromne szyldy informujące o rodzaju sprzedawanych w danym miejscu towarów bądź
usług.
Uliczka robiła
dość pozytywne wrażenie, na co Cador odetchnął z ulgą. Nie żeby bał się mniej
bezpiecznych okolic, po prostu wiedźma była nieobliczalna i w jej towarzystwie należało
spodziewać się wszystkiego.
Wrócił do niej
spojrzeniem, zauważając, że już znacząco się oddaliła. Ruszył więc jej śladem,
dość sprawnie doganiając; po chwili szli blisko siebie, ramię w ramię, a on
zerkał na nią od czasu do czasu. Czekał na odpowiedź, no przecież.
– Jakieś
szmatki dla Caleba – rzuciła niedbale, przekrzywiwszy głowę, by móc na niego spojrzeć
z uśmiechem. – W kolorze śliw… w sumie i tak nie odróżnisz – westchnęła po
chwili, wycofując się z zamiaru zdradzenia tajemnicy wagi państwowej.
Zastanowiła
się, czy dla faceta śliwkowy to bardziej fioletowy, niebieski czy różowy. A
może czarny. Jasna cholera, bardziej ograniczone rozróżnianie kolorów było
trudniejsze niż to rozwinięte, naprawdę.
Odruchowo
sprawdziła, czy nie zgubiła pieniędzy; zadowolona z wyniku oględzin odetchnęła,
chwilę przyglądając się drodze, po której szli.
Tu było
jeszcze ciszej i przyjemniej. Przymknęła oczy, rozkoszując się tym jakby innym
światem tak blisko ruchliwej ulicy. Odetchnęła głębiej, odkrywając, że zapach
także należał do tych zdecydowanie znośnych, a to poprawiło jej humor.
– Hej! –
oburzył się od razu.
Może i był
ograniczonym facetem, ale żeby tak skreślać na starcie?
– Wiem, jaki
to jest śliwkowy – dodał, krzyżując ręce na torsie i patrząc na towarzyszkę z
wyraźną dezaprobatą.
No jak ona
mogła?
Mimo tej
jawnej zniewagi dalej kroczył u jej boku, rozglądając się po szyldach w
poszukiwaniu takiego, który mówiłby „tutaj kupisz szmaty dla Caleba”. Albo coś
w tym guście.
– Może tam? –
rzucił, dopiero po chwili przypomniawszy sobie, że przecież jest obrażony.
Wskazał brodą
na pobliski sklepik; nie wiedział, jak się nazywają miejsca oferujące sprzedaż
tkanin i innych takich dupereli, ale wyglądało, że znalazł jeden z nich. Gdy
już uprzytomnił sobie, że powinien być oburzony, zacisnął usta i ostentacyjnie
obrócił głowę w drugą stronę, byleby na Ariene nie patrzeć.
Wiedźma
zachichotała, widząc jego ciężką obrazę, którą z takim poświęceniem
demonstrował. Przyjrzała się mu z szerokim uśmiechem, nawet mimo tego, że nie
widziała dobrze jego twarzy, bo zainteresowała go ściana z drugiej strony.
– No ej –
mruknęła wreszcie, kiedy był obrażony trochę za długo.
Stanęła lekko
na palcach i trochę niepewnie dotknęła jego policzka, przesuwając po nim
wierzchem dłoni. Zaraz straciła równowagę, bo pozycja, którą obrała, była bardzo
niewygodna, dlatego musiała opaść na całą stopę, a jej dłoń wylądowała trochę
niżej.
– Bo nie
ugotuję – zagroziła jeszcze, sięgając po broń ostateczną.
Niepotrzebnie,
bo zdążyła go rozłożyć na łopatki chwilę wcześniej.
Obrócił głowę
w jej stronę, dość zaskoczony takim rozwojem sytuacji; jakby nagle zmieniła się
atmosfera. Gdy Ariene zachwiała się nieznacznie, naszła go obawa, że kobieta
może się przewrócić; wyciągnął ramię i objął w talii, by uchronić od takiego
losu. Ona wprawdzie nie miała zamiaru tracić równowagi, stanęła tylko na całej
stopie, ale jemu jakoś nie spieszyło się do cofnięcia ręki.
Chwilę
wcześniej zanotował, że uliczka pozostawała pusta, to zdecydowanie go
ucieszyło. Przecież nie wyciągnął ją na ten spacer bez powodu, prawda?
Wprawdzie sceneria
nie była zbyt sprzyjająca, ale życie nauczyło go korzystać z okazji. Liczył na
to, że odpowiedni moment nadarzy się gdzieś w lesie, w bardziej ustronnym, a
przede wszystkim magicznym miejscu, ale tak też może być. Przy niej każda
okoliczność jest dobra, a on chyba nie potrafił dłużej się powstrzymywać.
Ale nie tak od
razu. Na razie zmieniło się spojrzenie, a z ust zniknął uśmiech; na jego twarzy
pojawiło się coś innego, obfitego w uczucia i zdradzającego fascynację, jaką
darzył obejmowaną kobietę.
– Nie musisz.
Wystarczy... – zaczął niskim, wibrującym głosem, nie powstrzymując już chęci
wplecenia palców w jej gęste, ciemne włosy.
Były miękkie w
dotyku, podobało mu się to.
Kolana też
aktualnie miała miękkie, choć chyba w nieco inny sposób niż włosy.
Kiedy ją
objął, musiała postąpić pół kroku w jego stronę, dlatego teraz całkiem wygodnie
mogła się na nim oprzeć. To odkrycie oszołomiło ją do tego stopnia, że na
chwilę zapomniała, jak się mówi. Oddycha. Myśli. Cokolwiek. Czuła jego zapach,
ciepło, nawet oddech na policzku i…
Gdy na moment
zawiesił głos, poczuła obezwładniające dreszcze na plecach; uniosła lekko
głowę, by odszukać spojrzeniem jego twarz, i zastygła w oczekiwaniu,
przyglądając się mu z abstrakcyjnym wręcz spokojem. W środku cała wprost
oszalała, a tu tak po prostu się w niego wpatrywała błyszczącymi oczami,
zwyczajnie ciekawa, co chciał powiedzieć. I czy zamierzał wypowiedź dokończyć
tak, jak to sobie właśnie umyśliła.
Trochę
ośmielona, a trochę odurzona jego bliskością pozwoliła sobie na to oparcie się
o niego, przymrużając z pewnym zadowoleniem powieki. Dłoń, z którą nie miała co
zrobić, bo niewygodnie byłoby ją opuścić wzdłuż ciała, ułożyła na jego
ramieniu, zastanawiając się w duchu, jak by zareagował, gdyby przesunęła ją na
jego kark.
Uśmiechnęła
się.
I w następnym
momencie sama nie wiedziała, które z nich było bardziej zdruzgotane oraz
zirytowane, delikatnie mówiąc.
Aż syknęła
przez zęby, kiedy trzasnęły drzwi pobliskiego sklepu – i może nie okazałoby się
to na tyle niewygodne, gdyby ktoś nie raczył jej rozpoznać.
– Ariene! –
ucieszył się z początku głos Dereka, by w ostatnich brzmieniach rozległo się
tam niepewne zdumienie.
Wiedźma
najpierw zacisnęła trzymaną na ramieniu Cadora dłoń w pięść, dopiero potem
odwróciła się do przyjaciela, nabrawszy kilka głębszych wdechów. Tak na wszelki
wypadek. Następnie, cofnąwszy się pół kroku od obrońcy, posłała młodzieńcowi
uśmiech. Wymuszony, ale nikt o tym nie wiedział, bo zagrała go świetnie.
– Derek –
rzuciła mniej wiarygodnie.
Nie. Tym razem
już naprawdę trudno było mu uwierzyć w ten okropny pech, irytujący zbieg
zdarzeń, fatum, które krążyło nad nimi od bardzo długiego czasu. Za pierwszym
razem – okej, zdarza się. Za drugim – był w stanie jakoś to przeboleć.
Ale teraz, gdy
spojrzał w błyszczące zadowoleniem oczy Dereka, naprawdę zapragnął znów poczuć,
jak to jest pchnąć kogoś sztyletem. Kilkanaście razy.
Warknął pod
nosem, ale Ariene już zdążyła się odsunąć. Nie mógł jej się dziwić, choć
okropnie go to poirytowało; cała sytuacja doprowadziła go na skraj wyczerpania
nerwowego. Był jednak na tyle rozsądny, by nie pchać się przed paradę.
Pamiętał, że
to Derek przekazał im ich najbliższe zlecenie i jest jeszcze w pewien sposób
potrzebny. Dodatkowo Cador nie lubił zgrywać rycerza; obdarzywszy Dereka
wyjątkowo morderczym spojrzeniem, obrócił głowę w stronę Ariene i zawiesił na
niej wyczekujące spojrzenie. Chciał, by podyktowała mu warunki gry, podsunęła
rolę, w jaką miał się wcielić.
Mimo tego
wszystkiego cząstka jego duszy ucieszyła się. Z wściekłego syknięcia i mocnego
zaciśnięcia palców na jego ramieniu, wszystkich objawów świadczących o tym, że
Ariene miała ochotę zrobić Derekowi krzywdę prawie tak wielką, jak Cador.
Ponieważ
młodzieniec ruszył w ich stronę, wiedźma musiała ostatecznie odsunąć się od
obrońcy, co, przyznała nawet przed samą sobą, wcale jej nie ucieszyło. Obróciła
się przodem do przyjaciela i posłała mu kolejny uśmiech, z całkowitym spokojem
starając się sytuację zaakceptować.
– Nie
spodziewałem się ciebie… ehem, was tutaj – poprawił się nieco oschle,
spojrzawszy na Cadora przenikliwie z wyraźnym niezadowoleniem.
– Nie
wiedziałam, że mam wyznaczone strefy, po których mogę się poruszać – mruknęła z
przekąsem, marszcząc czoło.
Kiedy pochylił
się, by, jak sądziła, po przyjacielsku cmoknąć ją w policzek, znowu musiała
odwracać lekko głowę, żeby trafił tam, gdzie powinien trafić. To ją
niewytłumaczalnie zirytowało; bo ile można mówić?
– Derek –
warknęła krótko.
– Nie bądź
taka oschła, kwiatuszku – rzucił jakby rozbawiony, jednak przyjrzał się jej
czujniej, widząc, że zaczął poważnie tracić grunt pod nogami.
– Kwiatuszka
możesz sobie wsadzić w dupę – postanowiła go poinformować, skrzyżowawszy ręce
na piersiach, jakby chciała się od niego odgrodzić. – Już o tym rozmawialiśmy –
dodała nieco znużona.
– Wielokrotnie
o tym rozmawialiśmy – zgodził się niedbale.
– Mówię o
ostatnim razie – sprecyzowała, mrużąc oczy.
Najbardziej
chyba ją denerwowało, że Cador stał obok. Z jakiegoś powodu nie chciała mu tak
do końca mówić o tej dawnej relacji, która łączyła ją z Derekiem, jakby…
wstydziła się? Cokolwiek. Nieważne. Po prostu było tak gorzej, tak przy nim.
Gdyby nie to,
że Ariene bez wahania i dość dosadnie poinformowała Dereka, co myśli o jego
zachowaniu, rozwój wydarzeń byłby dużo bardziej brutalny, pełen ciosów,
siniaków i agresji. Na szczęście prosty a celny komentarz wiedźmy powstrzymał
mordercze zapędy Cadora. Mężczyzna tylko drgnął i napiął mięśnie, ale został
ostudzony na chwilę przed wyciągnięciem ramienia i odsunięciem delikwenta od
brunetki.
Mimo tego na
wszelki wypadek przypomniał sobie, ile ma przy sobie noży i sztyletów oraz
gdzie są ukryte. Przeanalizował, jak wiele czasu potrzebowałby na ich
wyciągnięcie i czy bardziej nie opłacałoby się zwyczajnie dać Derekowi w mordę.
Przyjrzał się uważnie jego sylwetce, odnalazł najbardziej wystawione na atak
punkty witalne i przygotował w myślach plan. Tak mu było dużo lepiej.
Nie chciał się
wtrącać, nie do końca będąc w temacie, zauważył jednak, że Ariene była wyraźnie
zdenerwowana. Nie wiedzieć czemu, odniósł wrażenie, że nie chciała, aby tu stał.
No niestety, może i dałby im porozmawiać na osobności, ale po tej akcji Dereka
zdecydowanie odeszła mu ochota na zostawianie ich sam na sam.
Niech no tylko
ten koleś jeszcze raz spróbuje się do niej zbliżyć za bardzo. Niech tylko
spróbuje.
Przymrużył
powieki i ułożył ramiona niedbale, a jednocześnie tak, by móc w każdej chwili
dobyć broni. Niby nonszalancka poza tak naprawdę była pozycją pełnej gotowości,
a sprawiająca pozory rozluźnionej sylwetka – napięta. Nie odzywał się,
przypatrywał się za to uważnie obojgu i wychwytywał wszystko, co było do
wychwycenia, każdy grymas czy półuśmiech, słyszał najmniejszą modulację głosu.
Niby
nieporadny, tylko trochę podenerwowany Cador tak naprawdę właśnie przeistoczył
się w maszynę do zabijania, którą uruchomić mógł każdy banalny, niewłaściwy
ruch.
Ariene nie
wyglądała dużo lepiej, chociaż może nie zamierzała Dereka mordować. Była jednak
jakby rozgoryczona, kiedy wpatrywała się w przyjaciela z uporem. Podświadomie
stanęła bardziej tak, by więcej odgradzać sobą panów.
– Moje odejście
było chyba wystarczająco jasne – mruknęła cicho, na chwilę czując się
całkowicie słabą, pokonaną i zmęczoną.
– Odeszłaś bez
słowa, trudno to nazywać czymś jasnym – zauważył młodzieniec, także
poważniejąc; ledwie zerknął na Cadora, obdarzając go takim spojrzeniem, jakim
obdarza się niechcianą, natrętną muchę.
– Bo nie
chciałam rozmawiać. Nie było o czym – odparła twardo, zdobywając się na to,
żeby się wyprostować, jej oczy błysnęły.
–
Rzeczywiście, rozmawialiśmy mało – zgodził się Derek, posyłając jej
swobodniejszy, bardziej łobuzerski uśmiech.
Nawet jeden
mięsień twarzy Ariene nie drgnął, jakby powiedział to obok niej, nie do niej.
Albo jakby w ogóle go nie usłyszała.
– Męczysz
mnie. Powiedziałam ci wszystko, co miałam do powiedzenia – oznajmiła, prostując
się z całą godnością, na jaką było ją stać. – A teraz wybacz, muszę coś
załatwić – dodała, trochę nerwowo i jakby rozpaczliwie ruszając w stronę
wypatrzonego przez Cadora sklepu, najwyraźniej wierząc, że tak ucieknie.
Derek chwycił
ją za nadgarstek i delikatnie pociągnął w swoją stronę, zmuszając, by się do
niego obróciła.
– Ari, nie
bądź taka… – zaczął spokojnie, także poważniej niż przed chwilą.
Nim dodał coś
jeszcze, wiedźma sprawnie uwolniła rękę z uścisku, wolną dłonią chwytając
przyjaciela za ramię i odpychając go na tyle, by cofnął się kilka kroków.
Odwróciła wzrok, zawieszając go na uliczce.
– Nie wracam
do tego. Wybacz, jeśli inaczej to odebrałeś – mruknęła, tym razem podejmując
marsz spokojniej.
Przystanęła w
połowie drogi – albo czekając na Cadora, albo chcąc usłyszeć odpowiedź Dereka.
– Gdybyś mógł,
dostarcz mi mapy bocznych wejść do rezydencji, nie wszystkie znalazłam na
rekonesansie – dodała już zupełnie swobodnie, ale się nie obróciła.
Derek skinął
tylko głową, nie odrywając od niej wzroku.
Gdy Derek
chwycił Ariene za nadgarstek, po uliczce rozniósł się naprawdę wściekły warkot.
I znów Cador był na granicy wybuchu, ale zachowanie wiedźmy uratowało sytuację.
Jej następne poczynania sprawiły nawet, że się uśmiechnął – może nie szeroko
czy wyraźnie, ale na pewno z nutką triumfu.
Ruszył jej
śladem z dłońmi schowanymi w kieszeniach, bo ledwie powstrzymywał się od
wykonania ładnego wymachu i walnięcia w niebrzydką buźkę Dereka. Gdy wiedźma
się zatrzymała, przystanął i on; zerknął na nią pytająco, a przekonawszy się,
że to już wszystko, nie mógł powstrzymać się od obrócenia do niechcianego
amanta ukochanej.
– Do
zobaczenia – rzucił swobodnym, lekkim tonem, tak, by Ariene niczego nie mogła
podejrzewać.
Ale w jego
oczach pojawił się niepokojący, specyficzny błysk, który sprawił, że Derek
poczuł nagłe uderzenie chłodu.
Wiedźma
rzeczywiście nie zareagowała, również nie spojrzała na przyjaciela. Podjęła
tylko marsz, uparcie zmierzając do obranego już pewien czas temu celu. Kiedy usłyszała,
że Cador ją dogonił, odczekała chwilę, jeszcze się ze sobą zmagając.
Z jednej
strony czuła palącą potrzebę powiedzenia, bo te niedomówienia, jak widać,
ciągnęły się za nią latami, z drugiej jednak… bała się.
Westchnęła,
przymykając oczy, i tuż przed drzwiami się zatrzymała, garbiąc ramiona.
– To był tylko
seks. Tyle że, jak na warunki gildii, nadzwyczaj wierny – mruknęła cichym,
zdławionym głosem, z ulgą nadając wypowiedzi nieco zwierzęcy wydźwięk.
Bo po prostu
zaspokajali swoje potrzeby.
Czemu mu o tym
powiedziała? Cholera wie. Kiedy tylko zabrakło słów do wypowiedzenia, poczuła
się jeszcze gorzej niż przed chwilą. Zastanowiła się, czy wybicie witryny w
sklepie bardzo rozgniewałoby właściciela kramu.
Zmroziło go.
Zatrzymał się nagle i nawet nie zerknął na Ariene, tylko obrócił się gwałtownie
i pobłądził niepokojącym spojrzeniem po uliczce.
Uliczce,
niestety, już pustej; Derek ulotnił się w odpowiednim momencie, by uratować swe
marne życie. Cador odetchnął głęboko i rozluźnił mięśnie dłoni; dłuższą chwilę
nie reagował, wpatrzony w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stała jego
niedoszła ofiara.
Dopiero
opanowawszy nerwy, odwrócił się z powrotem do kobiety, posyłając jej krzywy,
nieco gorzki uśmiech.
– Był –
powtórzył, kładąc nacisk na użycie czasu przeszłego.
To nie było
pytanie, to było stwierdzenie faktu, w który zdecydowanie wierzył. Użył
swobodnego, lekkiego tonu, by wiedziała, że przetrawił informację i przyjął ją
do wiadomości. Nawet uśmiechnął się nieco bardziej wiarygodnie, nim ponownie
ruszył w stronę sklepiku, do którego nie było im dane dojść.
Skuliła się
jeszcze trochę, zostając w tyle. Od początku mówienie tego nie należało do
dobrych pomysłów, ale trudno. Przynajmniej wiedział. Przynajmniej usłyszał od
niej. Gdyby to jeszcze miało jakiekolwiek znaczenie. Czemu poczuła się tak
cholernie podle?
– Był –
szepnęła niczym echo, dopiero teraz uświadomiwszy sobie, jak ją to wszystko
potwornie wyczerpało.
Najbardziej
chyba konfrontacja z Derekiem w niewygodnej chwili, ale teraz też jakoś… jakby…
beznadziejnie. Ruszyła jednak za Cadorem trochę jak na smyczy, bo przecież
musiała kupić Calebowi szmatę. Śliwkowy materiał. Zamknęła oczy, licząc w
myślach do pięciu, przez co prawie zaryła czołem w futrynę.
Mruknęła
nadzwyczaj brzydkie przekleństwo, obierając ponownie dobrą trasę.
Otworzył już
drzwi do sklepu i przytrzymał je, chcąc puścić Ariene przodem, jak wypadało.
Dzieliło ją od progu jeszcze kilka kroków; tę krótką chwilę poświęcił na
ponowne przyjrzenie się jej twarzy.
Teraz
wychwycił w niej parę niepokojących sygnałów, zmęczenie i jakby... przybicie?
Zmarszczył brwi; nie chciał być jego powodem.
Gdy znalazła
się tuż przed drzwiami, delikatnie ujął jej dłoń i przytrzymał w miejscu.
– Ariene –
mruknął miękko, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
Miała tak
hipnotyzujące, szafirowe oczy; nigdy nie uwolni się od ich spojrzenia, już
zawsze będzie w nim tonął. Niezależnie od rozwoju sytuacji.
Uśmiechnął się
do niej ciepło, zaciskając palce na jej dłoni. Nie za bardzo wiedział, jak
przekazać to, co miał na myśli; może dlatego, że nie do końca wiedział, jak się
czuje. Otrzymana informacja mocno nim wstrząsnęła, podziałała też na jego
zdecydowanie zbyt wybujałą wyobraźnię, ale to przecież nic nie zmieniło w
uczuciu, jakim darzył wiedźmę. Nie sądził, by temu zakochaniu cokolwiek
groziło, było zbyt silne.
Być może
przekazał to wszystko spojrzeniem. Chciał, aby tak było, bo słowa nie oddadzą
wszystkiego, a na dodatek on nie potrafił znaleźć odpowiednich.
– Myślę, że on
już da nam spokój – uznał cicho, nie do końca pewien, czy to „nam” jest na
miejscu.
Nie mógł
inaczej, tak zwyczajnie.
Odwzajemniła
spojrzenie i nawet otworzyła usta, by coś odpowiedzieć, ale zamknęła je z
powrotem z cichym westchnieniem. Nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć, dlatego
jeszcze chwilę patrzyła mu prosto w oczy, tak zwyczajnie pozwalając sobie na
rozluźnienie przy tym. Zieleń uspokaja podobno. Może nawet odurza.
Uśmiechnęła
się lekko, trochę blado, ale już nie miała siły. Tak bardzo bała się jego
reakcji na prawdę, że teraz, kiedy już wiedziała, iż nie jest zły ani nie
obwinia jej o nic, ani w ogóle wydaje się wszystko w porządku, to… zwyczajnie
się wypaliła.
– Śliwkowa
szmata – przypomniała półgłosem, wchodząc do sklepu i ruszając do lady, by
wytłumaczyć sprzedawcy, co też się pod tym urokliwym hasłem kryje.
Ale zanim
przeszła do przodu i puściła jego dłoń, z wyczuciem zacisnęła na niej palce.
Trochę jakby sama się upewniała, że naprawdę chwycił jej rękę, co przecież było
głupie.
Wszedł za nią,
a gdy zamykał drzwi, ona już wdała się w rozmowę z właścicielem sklepu.
Postanowił nie ingerować, rozejrzał się tylko uważnie po wnętrzu, by w końcu
skupić spojrzenie na stojącej do niego bokiem Ariene.
W jego oczach
pojawiło się coś dziwnego, trudnego do opisania, graniczącego z zachwytem i ciepłem.
Kiedy tak jej się przyglądał, powiedział sobie, że najwyraźniej będzie musiał
jeszcze trochę poczekać. Wytrzyma, będzie cierpliwy.
W jego myślach
powoli zaczął się rodzić plan, który już nie dotyczył urokliwej wiedźmy
bezpośrednio. Wyglądało na to, że tego wieczora Cador będzie zajęty składaniem
niezapowiedzianej wizyty Derekowi.
Aż uśmiechnął
się na tę myśl.
Szlag by to
trafił. Raz a porządnie.
Derek
westchnął ciężko, opierając się ramieniem o ścianę pobliskiego budynku i
przypatrując się zamieszaniu, które powstało parę metrów dalej, przed wejściem
do jednej z karczm. Miał jeszcze chwilę nadzieję, że wszystko rozejdzie się po
kościach i powstanie przejście, ale wtedy właśnie jeden z mężczyzn uderzył
drugiego, a trzeci wziął stronę pierwszego, i nagle każdy każdemu mordę obijał.
– Kretyni –
skwitował pod nosem młodzieniec, wywrócił oczami i zawrócił, zdegustowany
sytuacją, w jakiej się znalazł.
Zwykle chodził
tą właśnie drogą, bo była najkrótsza i najwygodniejsza, ale skutecznie mu to
uniemożliwili. Teraz zostanie zmuszony, by nadłożyć trasy, kiedy wcale mu się
to nie widziało. Przede wszystkim chciał wrócić do gospody o ludzkiej godzinie,
bo zamierzał porozmawiać z Ariene. A z bliżej nieznanych mu przyczyn odnosił
wrażenie, że wiedźma przestała już przesiadywać po nocach.
Nie, doskonale
znał te przyczyny. Zazgrzytał zębami, wciskając ręce do kieszeni i garbiąc
ramiona w pewnej irytacji.
Co się
zmieniło? Co tak bardzo wstrząsnęło jej światem, że stanął przed zupełnie obcą
osobą? Jeśli chodziło o wolność, to nie miało to sensu. Dając się przywiązać do
kogokolwiek, odbierała sobie tę wolność – przecież to oczywiste. Co się z nią
stało, kto ją zmienił?
Na to chyba
też znał odpowiedź. I nie mógł uwierzyć.
Zatrzymał się,
widząc, że latarnie w uliczce, do której chciał się udać, były wygaszone.
Skrzywił się. Względnie nie powinno to stanowić dla niego żadnego problemu, w
końcu ciemność miała być jego sprzymierzeńcem, ale… Westchnął, wznosząc oczy do
nieba. Nie miał ochoty natykać się na żadne gwałty, pijactwo, żebractwo czy
inny brud. Nie dziś.
Ostentacyjnie
skręcił w tę oświetloną drogę, odszukując w pamięci mapę miasta, by dobrze
nanieść nową trasę do swojego celu. No cóż, dwadzieścia minut w plecy.
Przeczesał dłonią włosy, zastanawiając się, co by właściwie chciał od Ariene
usłyszeć, gdyby ją jeszcze zastał na nogach tego wieczoru.
Że wszystko
jest po staremu? Osiągnięcie tego zajęłoby mu trochę czasu. Bo może ona nie
wiedziała, w co się wpakowała? Może to kolejna jej fascynacja? Miała ich wiele,
wszystkie mijały, oni zostawali w swojej specyficznej relacji. W gruncie rzeczy
przecież nie mogła się zmienić aż tak, nawet mimo innego towarzystwa… czy tego
blond typka.
Znowu zwolnił,
dostrzegłszy dziwny błysk w uliczce po stronie swojej lewej ręki. Przekrzywił
głowę, rozejrzał się ukradkiem dokoła, po czym mimowolnie postąpił tam parę
kroków, niejako zainteresowany.
Powinien się
pospieszyć.
Przeanalizował
drogę, jaka pozostała mu do przebycia, i uznał, że jeśli pójdzie tędy, to nawet
trochę skróci trasę. A dowie się, co też tak zamigotało; to nie światło w
kałuży. Wiedząc, że ulica często ofiarowuje różne okazje do polepszenia sobie
chociaż minimalnie życia, westchnął i skierował się w wybraną drogę, uznając,
że może po prostu jeszcze dziś nie będzie próbował Ariene przekonywać.
Przed balem zdąży.
Miał dużo czasu. Ułoży sobie wszystko w głowie, przypomni jej, że była
szczęśliwsza w gildii. I była wolna.
Coś stuknęło
za jego plecami; podświadomie obejrzał się, mierząc okolicę czujnym
spojrzeniem. Pusto. Dziwne. Zmarszczył czoło, doszedł do wniosku, że winą za
hałas powinien obarczyć bezdomnego kota lub innego śmierdziela, po czym znów się
obrócił.
Spojrzał
prosto w jasnozielone oczy pogodnie uśmiechniętego obrońcy, który wziął się
znikąd.
– Cóż za
zadziwiający zbieg okoliczności – rzucił beztrosko Cador, przechylając
nieznacznie głowę, jakby to przypadkowe spotkanie rzeczywiście go zaciekawiło.
Tylko ten
uśmiech był taki wymowny, niezbyt przyjemny.
Gdyby nie to,
że tego typu atrakcje, jak wyskakujący znikąd mężczyźni, już dawno wpisały się
w jego niecodzienną codzienność, pewnie by się solidnie przestraszył. A tak –
nerwowa reakcja ograniczyła się tylko do cichego wciągnięcia powietrza ze
zdumieniem.
– Miałem rację
z innym śmierdzielem – mruknął pod nosem, przymrużając oczy, kiedy przypatrywał
się obrońcy.
Chwilę jeszcze
milczał, nadzwyczaj niezadowolony z powodu spotkania. Przede wszystkim dlatego,
że nie miał ochoty się z mężczyzną widzieć, zanim nie omówi z Ariene całej
zawiłości sprawy. Wiedźma zgłupiała, to pewne. Kto by wlepiał takie
nieprzytomne oczy w zwykłego obrońcę?
– Niesamowity,
doprawdy – przytaknął z pewną grzecznością, zaraz postanawiając Cadora ominąć;
w końcu mu się spieszyło.
Cador obrócił
się za nim spokojnie, wciskając ręce do kieszeni skórzanej kurtki. Odczekał
stosowną chwilę, starając się nie uśmiechać zbyt szeroko.
– Na twoim
miejscu nie szedłbym dalej – powiedział wreszcie, głosem nadal beztroskim i
swobodnym.
Może chciał
ostrzec kolegę o zatkanym przejściu, może o kolejnej burdzie w zaułku, może
poinformować o innej, lepszej drodze.
A może nie.
Derek
przystanął, jednak nie obejrzał się na obrońcę, coraz bardziej zdenerwowany
całą tą niedorzeczną sytuacją. Porządni obrońcy nie włóczą się po nocach,
zwłaszcza kiedy próbują przewrócić w głowie bardzo nieporządnym
skrytobójczyniom.
Młodzieniec
westchnął ciężko, odchylając głowę.
– Twoja troska
mnie zawstydza – rzucił z kpiną, mimowolnie zastanawiając się, o co mogło
chodzić.
Życie go
nauczyło, że w takich sytuacjach często obie opcje do wyboru są skrajnie
beznadziejne. Ciekawe, czy i tym razem postawiono go w ślepej uliczce.
Cador wzruszył
niedbale ramionami.
– Przyszedłem
stamtąd i, widzisz, napotkałem po drodze kilka trudności – wyjaśnił,
przyglądając się rozmówcy badawczo.
Bardzo
ciekawiło go, co Derek teraz zrobi. Jakiejkolwiek decyzji by nie podjął, będzie
właściwa.
Właściwa,
rzecz jasna, z punktu widzenia Cadora.
– Ta boczna
uliczka powinna być przyjemniejsza – dodał jeszcze, wskazując ruchem głowy
wąskie przejście pomiędzy dwoma budynkami.
Może i było
udekorowane rozwalającymi się skrzynkami, brudnymi ubraniami, które ktoś wieki
temu zostawił do wyschnięcia na sznurku, i rozbitymi flaszkami, ale w tym
mieście nietrudno było znaleźć gorzej przedstawiającą się drogę.
Derek
prychnął, tym razem decydując się na odwrócenie przodem do Cadora. Spojrzał na
obrońcę niezadowolony, bardzo krytyczny, jakby go oceniał pod różnymi
względami. Ostatecznie wykrzywił usta, mrużąc oczy.
– Niby czemu
miałbym ci zaufać? – zainteresował się, krzyżując ręce na torsie.
Poważnie
zastanowił się nad wycofaniem się w stronę, z której przyszedł. Omawiane przez
Cadora trudności mogły być prawdziwe, ale w takim razie proponowana uliczka
okazałaby się jeszcze gorsza.
Ten gość to
pewnie psychopata.
– Staram się
tylko pomóc – odpowiedział mężczyzna z uśmiechem, który mógłby potwierdzać
ostatnią teorię Dereka.
Zaraz jednak
znormalniał, uśmiech nabrał bardziej łobuzerskiego wyrazu.
– Każda droga
chyba lepsza od stania tutaj i rozmawiania ze mną, co? – rzucił pogodnie.
Derek wzniósł
z odrazą oczy do nieba, pokręcił głową i postanowił nie zaszczycać Cadora już
ani jednym słowem. Odwrócił się, pchany przez dumę, i skierował się w stronę
odradzaną przez obrońcę, uznawszy, że jeszcze nie spotkał takich trudności,
które by mu kiedykolwiek przeszkodziły nadto skutecznie.
I utwierdził
się w przekonaniu, że musi porozmawiać z Ariene możliwie jak najszybciej. Nawet
jeśli będzie się to wiązało z obudzeniem jej w środku nocy. Nie mogła być aż
tak zdesperowana przecież!
Cador pokręcił
rozbawiony głową i można było odnieść wrażenie, że w jego oczach pojawił się
blask triumfu.
– Ostrzegałem
– wymruczał pod nosem, uparcie wpatrując się w plecy Dereka.
Plecy, które
nagle zniknęły z jego pola widzenia.
W powietrze
wzbiły się tumany kurzu; obrońca poczekał cierpliwie, aż opadnie pył, po czym
ruszył spacerkiem do głębokiego na dwa metry dołu w ziemi. Przykucnął nad
skrajem i wychylił się, przypatrując ofierze z bardzo zadowolonym uśmiechem.
– Za bardzo ci
się spieszy. Gdzie? – zapytał, niewinnie przechylając głowę.
Derek dźwignął
się z powrotem do pionu, starając się nie dać po sobie znać, że upadek był
bolesny. A, cholera, był. Obił sobie chyba każdą część ciała.
Warknął pod
nosem i przeniósł na pochylającego się nad nim obrońcę pełne wściekłości
spojrzenie.
– Nie twój
zafajdany interes – poinformował go, pozwalając, by reszta jego umysłu szybko
opracowywała możliwe drogi ucieczki.
Czego się ten
cholerny gnojek do niego uczepił? Niech znika, do jasnej cholery, nie miał dla
niego czasu.
Cador pokręcił
nad nim głową, jak nauczyciel nad podejmującym żałosne próby buntu uczniem.
Potem uniósł na chwilę wzrok na niebo, przytykając palec do brody.
– Pomyślmy –
wymruczał, przybierając pozy myśliciela. – Hm, może do Ariene? – podrzucił, wracając
do Dereka spojrzeniem dużo poważniejszym, czujnym i... groźnym?
Nawet uśmiech
na moment zniknął, jakby obrońca chciał uświadomić ofierze, dlaczego znalazła
się w takim położeniu.
Cóż, jeśli nie
dotrze, Cador miał w zanadrzu jeszcze kilka silnych argumentów.
Derek
odwzajemnił spojrzenie, choć u niego było w nim więcej niepewności. Jak
ostatnim razem się z facetem widział, nie sprawiał wrażenia chorego
psychicznie. Najwyraźniej źle ocenił człowieka.
– Nawet jeśli
– rzucił, zawieszając na moment głos – to gówno cię to powinno obchodzić –
dodał, niezrażony groźbą obrońcy.
Poważnie się
zastanowił nad tym, czy Ariene może nie potrzebuje w takim razie pomocy. To nie
wyglądało normalnie, to całe zachowanie Cadora. Chory psychopata, nie zauważyła
tego? Wiedźma parająca się magią energii i grająca na ludzkich uczuciach
zaklęciami? Szlag by to, koniec świata.
– No dobrze. –
Cador westchnął ciężko. – Widzę, że chwilę nam to zajmie.
Uklepał sobie
ziemię, naciągnął koszulę i usiadł, krzyżując nogi w kostkach. Oparł się
łokciem o kolano, po kolejnym pokręceniu głową wsparł brodę na dłoni.
Spojrzenie, jakim obdarował Dereka, miało w sobie mnóstwo rozbawienia.
Ach, a
przygotował tyle planów awaryjnych. Po co? Chłopak dał się złapać najprostszym
sposobem.
– Rozumiesz,
sprawa ma się tak, że jednak mnie twoje wizyty u Ariene obchodzą. Ba! Powoli
zaczynają irytować. Ją też, jak zdążyłem zauważyć – odchrząknął, strzelił
kostkami palców i uśmiechnął się pod nosem, nim kontynuował: – Trudno
przychodzi ci zrozumienie, że ona naprawdę nie jest zainteresowana, pora ci to
wyłożyć czarno na białym.
Derek
przyjrzał się Cadorowi z niechęcią, powoli zaczynając pojmować, że facet zadał
sobie tyle trudu tylko po to, by poinformować go, że jest zazdrosny. Pokręcił z
niedowierzaniem głową, naprawdę zaczynając się o Ariene martwić.
– Ariene miała
różne głupie pomysły odnośnie swoich przygód – stwierdził, zastanawiając się,
czemu daje się wciągać w tę głupią dyskusję.
Pewnie
dlatego, że siedzi w dwumetrowym dole, przyszpilony spojrzeniem obrońcy.
– Zwykle o ich
głupocie przekonywała się na własnej skórze. Lepiej, żeby się nie przekonała na
własnej skórze o tym, że jesteś psychopatą – uznał, unosząc brew.
Ciekawe, czy
go teraz Cador zakopie żywcem. Całkiem prawdopodobne.
Obrońca
przechylił głowę. Nie odpowiedział. Wystarczył jego uśmiech, rozbrajający i uroczy,
a jednak w pewien sposób niepokojący.
Zaczynało go
powoli bawić, że zawsze pyszny i dumny Derek nawet nie próbuje uratować swojej
marnej sytuacji. Dół miał ledwie dwa metry, naprawdę nie trzeba było być
akrobatą, żeby podskoczyć trochę, chwycić się krawędzi i podciągnąć. Było tyle
rozwiązań, na większość wpadłoby nawet dziecko.
– Wiesz, na
twoim miejscu uważałbym na słowa – zauważył tylko, przymrużając błyszczące
oczy. – W końcu rozmawiasz z psychopatą.
Derek wolał
jednak nie ryzykować. Kiedyś już, po wpadnięciu w podobną pułapkę, przy próbie
wydostania się przebito mu sztyletem dłoń, drugą prawie odrąbano. Zważając na
to, z kim rozmawiał, postanowił poczekać na dogodny moment do ucieczki.
– Drżę ze
strachu – parsknął, opierając się plecami o ścianę za sobą i wciskając ręce do
kieszeni spodni; pożałował, że nie wziął standardowego zestawu broni.
Cholerna
Ariene i jej cholerne eksperymenty życiowe. Jakby nie mogła trzymać się
bezpiecznej gildii i chłopaków, oni zawsze chronili jej tyły.
Za dużo zuchwałości.
Pewność siebie nie była zła, ale w dopuszczalnych granicach; temu chłopaczkowi
wydawało się, że pozjadał wszystkie rozumy i ukradł wszystkie talenty. Cador
zacmokał zniesmaczony, podniósł się i otrzepał spodnie z pyłu.
– No dobrze,
wobec tego załatwmy sprawę jak mężczyźni – zaproponował pogodnie.
Czy może
lepiej: zadecydował. Derek nie miał dużego wyboru.
Obrońca
zeskoczył do dołu zgrabnie i wyciągnął dwa sztylety. Jeden charakterystyczny,
bo o rękojeści rzeźbionej w głowę wilka, a drugi...
– To chyba
twoje – stwierdził, podając broń przeciwnikowi.
Ledwie
powstrzymał się od skomentowania, że sam tak tandetnie ozdobionego sztyletu nie
przyjąłby nawet z dopłatą; cóż, różne są gusta.
Derek nieco
nerwowo zabrał swoją broń, otwierając szerzej oczy. Jak, kiedy? To mu się nie
spodobało. Obrońca obrabował mu kieszenie, a on nawet nie poczuł? Nie był w tym
kiepski, co prawda to nie należało do jego specjalności, ale, cholera…
Zacisnął zęby
i chwycił pewniej rękojeść, przenosząc wzrok na Cadora.
– Ta – mruknął
niechętnie, przypatrując się mu z nienawiścią.
Nie mógł być
taki idealny. Może Ariene widziała w nim tylko zręczne rączki – mały plus w
starciu z całą ukochaną przeszłością. Derek pochylił głowę, wykrzywiając usta.
Cador
podrzucił sztylet w dłoni, po czym, widząc, że kolega nie wyrywa się do walki,
ukłonił się teatralnie.
– Panie
przodem – rzucił wyzywająco, unosząc kącik ust.
Och, wprost
nie mógł się doczekać. Pod osłoną uprzejmości i pogody ducha czaił się
prawdziwy wulkan wściekłości.
– To czemu nie
zaczniesz? – warknął, wykrzywiając usta w grymasie, zaraz jednak uznał, że im
szybciej to rozwiążą, tym lepiej.
Obrócił
sztylet w dłoni, przypomniał sobie szybko wszystkie rady, których wysłuchiwał
kiedyś od Nudnego Billa, po czym wyprowadził pierwsze cięcie, mając cichą
nadzieję, że braki w technice będzie mógł nadrobić zwinnością. Nie łudził się,
że zadanie okaże się bardzo łatwe, ale nie powinno być niemożliwe…
Prawda?
Cador odparł
pchnięcie z dziecięcą łatwością, zaraz wyprowadzając swoje, które – co za
zdziwienie! – sięgnęło celu. Póki co, żeby nie było zbyt groźnie, niewinnie
zahaczyło o policzek przeciwnika.
Rany dodają
męskości, Derek nie powinien się obrazić. Przyda mu się.
Nawet miał w
tym wszystkim czas, żeby cicho parsknąć ze śmiechu pod nosem. Nie lekceważył
przeciwnika, o nie; zorientował się po prostu, że to ten typ, który traci
kontrolę pod wpływem irytacji. Człowiek, którego nietrudno jest sprowokować, a
kiedy już poniosą go emocje... To będzie jak bułka z masłem.
Wycofał się i
zatrzymał, przypatrując przeciwnikowi z ciekawością. Aż chciało się zapytać „i
co teraz?”. Tak, Cadora można porównać do kota, który bawi się złapaną myszką.
W końcu odgryzie jej mały łebek.
Derek warknął,
ze złością ścierając krew z twarzy. Do jasnej cholery, to teraz bili się na
śmierć i życie? Doskonale, niech i tak będzie, nie zamierzał się wycofać.
Wykonując
następnie, nieco szybsze i przez to mniej dokładne cięcie, pomyślał z gorzkim
rozbawieniem, że nigdy nie przepuszczał, iż będzie walczył o kobietę. Jak to w
ogóle brzmiało! Zwłaszcza że była po prostu przyjaciółką. Przyjaźń może i na
dziwnych zasadach, ale w gruncie rzeczy się troszczył. Na swój sposób.
Tym razem
udało mu się uskoczyć przed cięciem, z niepokojem zauważając, że obrońca był
tak samo szybki, jak Ariene, z którą czasami urządzali sobie krótkie treningi.
No to pięknie, Derek. Cudownie.
– Wiesz,
zawsze możesz się wycofać – rzucił Cador, wyprowadzając kolejne cięcie.
Niewinna
zabawa z tej walki. Przynajmniej rozrusza stare kości.
– Wystarczy
obiecać, że przestaniesz nachodzić Ariene – dodał, zatrzymując się na moment;
może przekaz dotrze do tego zakutego łba.
Szybko wrócił
do gry, ciekaw, czy w ogóle się spoci. Może trochę.
Nie no,
kurczę, naprawdę liczył na coś lepszego. Na razie wychodził na iniemamocnego,
słabo.
Derek zmrużył
oczy, skupił całą swoją uwagę, po czym przemknął pod ostrzem Cadora, uskakując
bardziej w tył. Wiedział, że obrońca zaraz się obróci, dlatego w tym samym
momencie pozbył się pułapki odłamkowej – ostatnia innowacja w gildii, miał
przetestować w terenie, to proszę bardzo.
Odskoczył,
odwracając twarz, żeby przypadkiem nie oberwać, kiedy obrońca nastąpi na
nieduży woreczek, i przeanalizował w myślach jego słowa. Nachodzić Ariene, co?
W tym momencie obaj mieli do niej takie samo prawo.
– Odwiedzam
starą przyjaciółkę. Nie wiedziałem, że to zakazane – rzucił, opuszczając ramię,
którym się na moment osłonił.
– Nie byłoby,
gdybyś nie próbował jej namówić do powrotu do starych czasów – odpowiedział
obrońca, na razie się nie odwracając.
Gdy to zrobił,
wykonał obrót powoli, w miejscu.
Głupi ma
zawsze szczęście. Ale nie tylko to było przyczyną. Łatwo wychwycić większe
zdenerwowanie u przeciwnika, jakby w obawie przed powodzeniem lub niepowodzeniem
planu. Tylko jaki to mógł być plan?
Cador
uśmiechnął się pewnie, w myślach gorączkowo analizując sytuację. Tyle
możliwości, co też ten Derek wymyślił.
– O, czyżby
się pochwaliła? – zainteresował się, przymrużając oczy. – Żadne z nas nie narzekało,
a przynajmniej była bezpieczna. I zadowolona – skwitował, wzruszając ramionami.
Nie sądził, by
drażnienie Cadora było dobrym pomysłem, ale trochę nie mógł się powstrzymać. Po
prostu… strasznie zirytowało go zamieszanie, jakie wokół sprawy zrobił obrońca.
No naprawdę, aż tak się wściekać z powodu jednej kobiety?
To była
wyjątkowa kobieta. Przynajmniej zdaniem Cadora.
No i cóż,
chłopak może marzyć o rozdrażnieniu obrońcy. Wpojono mu, że podczas walki
należy bezwzględnie zachować zimną krew.
– Raczej
tłumaczyła z poczuciem winy – sprostował spokojnie, już nawet nie mając siły na
wytykanie, że bezpieczeństwo Ariene potrafi sobie zapewnić sama.
To była jedna
z tych jej niesamowitości.
Derek się nie
ruszył. To mogło oznaczać, że i Cador nie powinien. Podrzucił sztylet w dłoni i
na moment spuścił spojrzenie na ziemię, zastanawiając się, czy pułapka czyha
gdzieś pod jego nogami. Wytężył wzrok; możliwe. Równie dobrze mógł przesadnie
reagować na zwykły paproch lub grudkę ziemi, ale ryzyko istnieje.
No cóż,
przynajmniej Derek próbował coś zdziałać. To się chwali.
Sztylet
poszybował w stronę przeciwnika, zmuszając go do gwałtownego uchylenia się. Ta
dekoncentracja wystarczyła, by Cador doskoczył do ofiary i przycisnął młodzieńca
do ziemi, uśmiechając się pod nosem.
– Zaczynasz
mnie denerwować. Troszeczkę.
Derek
charknął, po czym zaklął paskudnie, wbijając w obrońcę wściekłe spojrzenie.
Przeanalizował swoją sytuację, wydało się mu, że dostrzegł lukę w chwycie i
spróbował ją przełamać, ale okazało się, że to pomyłka. Sapnął zirytowany i
zapatrzył się w jasnozielone oczy Cadora, nie pokazując niepokoju.
– Tłumaczyła –
powtórzył dziwnym tonem. – Pełna poczucia winy. Ariene. Mhm – przytaknął z całą
swoją wiarą w to, co właśnie usłyszał, nawet pokręcił lekko głową. – I co
zamierzasz zrobić, panie dzielny obrońco? – spytał spokojnie.
Cador
westchnął, robiąc minę zbitego psa.
– No właśnie
nie wiem – przyznał niemalże rozżalony.
Ale chwyt nie
zelżał.
– Miałem
nadzieję, że trochę szybciej załapiesz, chyba będę musiał użyć cięższej
artylerii.
Przyblokował młodzieńca
łokciem, może trochę go dusząc, i szybko sięgnął po ukryty za paskiem nóż.
Przystawił ostrze do gardła Dereka, marszcząc czoło.
– Zastanawiam
się, co podziała. Najłatwiej byłoby pozbawić cię argumentów do zaciągania
kobiet do łóżka – zauważył mrukliwie, mówiąc bardziej do siebie. – Och, i nie
mam na myśli twarzy – dodał z brzydkim uśmiechem.
Ten szybko
zbladł.
– Tylko czy to
nie jest banalne? Przecież jest tyle innych możliwości, wypalenie na plecach
„jestem pysznym dupkiem i nie wiem, gdzie moje miejsce”, obcięcie ręki... Z
drugiej strony, jako kastrat pięknie byś śpiewał.
To niedobrze,
kiedy Cador się rozkręca. Bardzo niedobrze.
Derek zerknął
na nóż, dochodząc do wniosku, że naprawdę ma do czynienia z psychopatą.
Ciekawe, czy Ariene zdawała sobie sprawę, jaki jej nowy kolega przyjemniutki
jest. Bo chyba nie z tego powodu mu ulegała.
– Twoja
kreatywność jest onieśmielająca – stwierdził, jeszcze starając się zachować
twarz, ale poczuł porządne ukłucie strachu.
Teraz nękały
go skrajne uczucia – nie wiedział, czy gra jest warta świeczki, jednak znowuż
zostawienie Ariene z kimś takim… żeby jej nie wypalił czegoś na plecach, jak mu
się coś nie spodoba.
– Sam siebie
zaskakuję – przyznał wyszczerzony Cador. – Najwidoczniej masz na mnie dobry
wpływ. Pod tym względem.
Takie leżenie
może stać się krępujące. Właśnie dlatego obrońca wstał i otrzepał się niedbale,
nie spuszczając spojrzenia z Dereka.
Na Silthe, ten
facet był naprawdę uparty. Nie mógłby już zrozumieć, że najlepszym wyjściem
jest ucieczka gdzie pieprz rośnie? Zabawa zaczynała się nudzić. I brakowało
pomysłów, zaraz naprawdę gościa wykastruje i z głowy.
Młodzieniec
usiadł i roztarł gardło, nie patrząc na Cadora. Nie chciał się przyznać do
tego, że oddychał trochę płycej ze strachu, a serce waliło mu mocniej.
Zrozumiał już, że nawet gdyby chciał ochronić Ariene przed tym szaleńcem, to
nie był w stanie nic zrobić. A na pewno nie w tej chwili.
I na pewno nie
bez współpracy wiedźmy.
Odwrócił
wzrok, uparcie milcząc i bijąc się z własnymi myślami. Nader podłymi.
– Tylko ją
skrzywdź – rzucił wreszcie, podnosząc się powoli; pomógł sobie ścianami ziemi,
na których się wsparł.
Może nie
zabrzmiał groźnie, ale w gildii przyjaciół się ceniło. Bo nie miało się ich
wielu. Lepiej, żeby Cador zdawał sobie z tego sprawę.
– I kiedy ty
ją następnym razem najdziesz, oddaj – dodał, wyciągając ze spodni niedużą
kopertę, którą podał obrońcy, nadal na niego nie patrząc.
Z założenia
podejrzliwy Cador chwilę rozważał wszystkie za i przeciw, wreszcie przyjął od
Dereka kopertę, teoretycznie ledwie rzucając na nią spojrzeniem. Zaraz
przeniósł wzrok na oczy rozmówcy, mrużąc powieki w nieumiejętnie skrywanym
triumfie.
– Jeśli ją
skrzywdzę, masz pełne prawo zrobić mi to, co ja obiecałem zrobić tobie –
stwierdził po prostu, brzmiąc jak ten ostatni kretyn, naiwny idiota, który
wierzy w idealną, pełną samego szczęścia i pozbawioną krzywd miłość.
W końcu był
beznadziejnie zakochanym głupkiem, czyż nie?
Schował
kopertę do kieszeni. Chwilę czekał. Wreszcie podszedł do ściany dołu,
podskoczył, chwycił się skarpy i bez trudu wydostał z pułapki.
Derek powiódł
za nim spojrzeniem, nieznacznie się zawahał, po czym cofnął się dla wzięcia
rozpędu. Uznał, że niniejszym Cador nie powinien go w żaden sposób zaatakować,
dlatego z wyraźną wprawą przebiegł niecałe dwa kroki po ścianie, oparł się na
ziemi powyżej skarpy przedramieniem i zdołał wyskoczyć.
Wyprostował
się, od niechcenia otrzepał łokieć z brudu i spojrzał na obrońcę z niechęcią,
niezbyt zadowolony z tego, że musiał przegrać. Że zostawiał przyjaciółkę w
łapach kogoś takiego.
– Gdyby
pytała, czemu już nie przyszedłem, wymyśl kłamstwo jakie tylko chcesz. I tak
będzie wiedziała, gdzie mnie znaleźć w razie czego – mruknął, wzruszając
ramionami.
– Oczywiście –
zgodził się obrońca.
Uznawszy, że
najwidoczniej dopiął swego i problem namolnego adoratora Ariene ma z głowy,
machnął ręką Derekowi na pożegnanie i ruszył w swoją stronę.
Po kilku
krokach się zatrzymał. Obrócił, spojrzał na plecy odchodzącego mężczyzny i już
otwierał usta, żeby go zatrzymać. Uprzedzić o ostatniej pułapce, jaka czyhała
na niego tuż za zakrętem, może nie bardzo bolesnej, ale dość bezpośredniej
(napis „tak kończy się nachodzenie niewłaściwych kobiet” mówił wszystko).
Ale w sumie...
Po co miałby Dereka zatrzymywać? Ostatnia lekcja dobrze mu zrobi, utrwali
zdobytą przed chwilą wiedzę.
Cador
uśmiechnął się brzydko, pokiwał głową sam do siebie i ruszył w dalszą wędrówkę.
Kilka minut
później wykrzyczane męskim głosem przekleństwo wywołało u niego niestosowny
chichot.
Trzeci raz.
OdpowiedzUsuńTrzeci raz piszę ten komentarz.
Cholerny laptop.
Nadchodzi wiosna.
Ładne haiku? XDD
Tak w dużym skrócie do Kasi: o ile tego nadobnego pana od Anabde jeszcze mogłabym żałować [ale Sher i Jego Zejebistość... nieeeee...], tak Dereka mi nie żal i... nie spodziewałam się tego po Cadorze ^^ Ten romans robi się coraz bardziej ciekawy.
To tyle. Zaraz muszę schodzić z komputera, drugą część napiszę Gdy Internet Zadziała... no, ale na Pandakarze notka, radujmy się.
Kopiuj komentarze przed wysłaniem, jak ten net tak kiepsko chodzi xD Nauczyłam się tego na Onecie xD
UsuńCudowne xD
Aenasa chcesz żałować? Dobrze, we'll see :3
No bo Derek to specyficzna kreatura. Ja go lubię! A Cador... mnie też rozjebał xD Miałam mocne łot de faka, razem z Derekiem. Gdyby Ari wiedziała...
... umarłaby ze śmiechu xD
Drugą część czego? ._.
Jejciu, to idę czytać!