wtorek, 8 stycznia 2013

60. Nowe lokum



Musieli się przeprowadzić. Wszystko byłoby w porządku, argumenty miała wiedźma bądź co bądź sensowne: trzeba się przenieść bliżej miejsca zlecenia, by lepiej poznać okolicę; podzielić na grupy, żeby nie wzbudzać przesadnego zainteresowania; zacząć wcielać się w swoje role w celu uprawdopodobnienia nowych tożsamości. Leanelle nie miała żadnych zastrzeżeń co do tych spraw i nawet pokiwała głową na znak zgody. Ale potem Ariene powiedziała im, w jaki sposób muszą się podzielić, i to już zupełnie nie odpowiadało biednej szatynce.
Uniosła nieznacznie głowę, by upewnić się, że nie zgubiła drużyny. Cador szedł przodem, jako że to jemu wiedźma przekazała wskazówki, jak znaleźć gospodę, w której mieli się zatrzymać. Po swojej prawej stronie miał Aithne, której mordercze zapędy od czasu do czasu musiał pacyfikować, zazwyczaj używając w tym celu trafnych komentarzy lub siły fizycznej. Jeśli chodzi o trafne komentarze, często wyręczany był przez Caleba, który szedł z jego lewej strony. Był jeszcze Aidan, który maszerował jako ostatni po lewej; raz już się zgubił, więc teraz trzymał się blisko nauczyciela i jego przyjaciela.
Leanelle wlokła się na samym końcu, przerażona tym, że nie będzie miała przy sobie nikogo bliskiego. W całej ekipie ufała jak na razie tylko Anabde i Ariene, a obie zostały wcielone do drugiej grupy, która miała zamieszkać w droższej i bardziej ekskluzywnej – o ile można to tak nazwać – gospodzie. Oni mieli przeprowadzić się do miejsca podobnego standardem do poprzedniego noclegu, położonego w tak samo podłej i podejrzanej okolicy.
Pięknie – uznała Leanelle, zaciskając usta.
Jak tutaj wpadnie w tarapaty – a wpadnie na pewno, bo przecież miała do tego talent – to nie będzie miała do kogo się zwrócić o pomoc. Aithne była porywcza i trochę jakby szalona, a resztę stanowili faceci.
Na szczęście na razie Hessan darował sobie próby urozmaicenia pańci życia i grzecznie przycupnął jej na ramieniu, zajęty przeżuwaniem kawałka mięsa, który udało mu się niepostrzeżenie podwędzić ze straganu.
– Młody – mruknął zdegustowany Caleb, w ostatniej chwili łapiąc łokieć Aidana i przyciągając go do grupy, kiedy tłum prawie nieszczęśnika porwał. – Uważaj – dodał karcąco i zerknął przez ramię, upewniając się, że Leanelle nie zginęła.
Na jego głowie została kochana latorośl, bo Cador skupiony był na nadzwyczaj wymagającej oraz niezadowolonej z życia Aithne. Przed chwilą właśnie zapewniła rosłego mięśniaka, że urwie mu genitalia i zrobi z nich kolczyki, bo ją podeptał przy mijaniu.
Myśliwy musiał przyznać, że ukończenie tego zadania może być nieco problematyczne.
– Może zwolnijmy trochę – zaproponował nieśmiało Aidan, widząc, że Leanelle jest znacząco w tyle, a przecież nie chcieli jej zgubić.
– Może go kropnijmy i wrzućmy do najbliższego rowu – odparowała zaraz Aithne, zirytowana nieporadnością ucznia Cadora.
– Może zakneblujmy ciebie i podrzućmy komu bądź – zripostował bez mrugnięcia okiem Caleb, wyręczając niezawodnie przyjaciela. – Powinnaś chociaż udawać, że zależy ci na powodzeniu tego zadania – dodał niezadowolony.
– Zależy mi! – parsknęła Aithne, urażona tym nagłym atakiem na jej osobę.
– To się przymknij, kobieto – poprosił nieco zdesperowany myśliwy, znów wyciągając Aidana z niedużej grupki mężczyzn, w którą się biedak zaplątał. – Kupię ci smycz – westchnął nad dzieciakiem.
– Daleko jeszcze? – zainteresował się sponiewierany uczeń, znów zawiesiwszy uważne spojrzenie na Leanelle, przez co prawie zderzył się z kobietą.
Zaraz pochłonęło go solenne przepraszanie damy oraz zapewnianie, że zwyczajnie się zagapił, dlatego Caleb interweniował ponownie – złapał podopiecznego za łokieć i przerwał mu w pół rozmowy, zwyczajnie porywając sprzed oblicza zdumionej nieznajomej.
– To tutaj – uznał pewnie Cador, zatrzymując się niespodziewanie i zawieszając spojrzenie na jednym z szyldów.
Tym brudniejszym.
Leanelle przeniosła pełen powątpiewania wzrok na gospodę, ale, wbrew wszelkim obawom, sprawiała ona wrażenie dość przytulnej, choć skromnej.
Obrońca obejrzał się na swoich towarzyszy i posłał im pogodny uśmiech, by po chwili, nie czekając na reakcję, pchnąć drzwi przybytku i wejść do sali. Wszyscy podążyli jego śladem, mniej lub bardziej chętnie.
W środku było przede wszystkim... niewiele. Niewiele miejsca, niewiele ław i stołów, niewiele trunków na półce i niewielu – no, bo aż jeden – gości. Mimo tego wnętrze wydawało się stosunkowo czyste; pachnące gotującym się w kuchni rosołem i robiące dość dobre pierwsze wrażenie.
Właściciel przybytku stał za ladą i zapamiętale wycierał szmatką kufle, lecz gdy tylko zauważył nowoprzybyłych, posłał w ich stronę wiarygodny, sympatyczny uśmiech. Leanelle zmrużyła fiołkowe oczy, zaniepokojona całą sytuacją, jednak nieoficjalny przywódca drużyny wykazał się dużo większym entuzjazmem i już podchodził  do szynku, by wdać się z mężczyzną w miłą pogawędkę.
Gdy po chwili Cador do nich wrócił – bo jakoś nikt nie zdecydował się pójść za nim i wszyscy jak te osły czekali pod ścianą – uśmiechał się z zadowoleniem.
– No, załatwione – uznał, pokazując towarzyszom dwa nieduże klucze, jakie otrzymał.
– To chodźmy, zanim nasze szczeniątko się znowu zgubi – postanowił Caleb, poprawiając torbę na ramieniu, i ruchem ręki zaprosił panie, by poszły przodem.
– Szczeniątko? – powtórzył zaskoczony Aidan i uniósł wysoko brwi, patrząc na myśliwego podejrzliwie.
– Ty, pierdoło, ja pierdolę – sarknęła Aithne, wywróciła oczami, zgromiła Caleba spojrzeniem, tak na wszelki wypadek, i podreptała we wskazaną stronę, łypiąc podejrzliwie na jedynego gościa w przybytku.
– Postaraj się nie rzucić w niego krzesłem! – zawołał za nią myśliwy, już uraczony opowieścią o spotkaniu Cadora z Aithne.
Upadła w odpowiedzi zaprezentowała środkowy palec, co wywołało na ustach Caleba triumfalny, bardzo zadowolony uśmiech.
Cador parsknął śmiechem, ale udało mu się zakamuflować to pod postacią kaszlnięcia. Jeszcze by mu jakaś upadła przyłożyła, nie chciał tu bójki ani plucia jadem.
Leanelle chwilę się wahała, jakby miała nadzieję, że zwłoka ją od tego wszystkiego uratuje. Potem przypomniała sobie, że gdyby była tu Anabde, natychmiast zganiłaby ją za słabość. Nie lubiła być słaba.
Uniosła lekko brodę, nieświadomie naśladując opiekunkę, po czym ruszyła śladem Aithne, starając się zapomnieć o towarzystwie idących za nią mężczyzn.
W gospodzie było tylko kilka pokoi gościnnych, może z pięć. Cador włożył klucz do zamka pierwszych drzwi po lewej, przekręcił, otworzył i zajrzał do środka. Natychmiast wycofał się i skinął głową do wnętrza pomieszczenia, jednocześnie patrząc na Aithne. Nauczył się omijać spojrzeniem Leanelle, którą wyraźnie to peszyło.
– To chyba wasz – powiedział, uniósł kącik ust w lekkim uśmiechu i natychmiast zainteresował się następnymi drzwiami.
Właśnie wtedy do Leanelle dotarła groza sytuacji.
Wytrzeszczyła oczy, zerkając niepewnie to na Cadora, to na Aithne, to na otwarte drzwi, potem zamrugała intensywnie i ledwie powstrzymała się od wycofania. ONA MA MIESZKAĆ Z AITHNE? Tylko z Aithne? Sama z Aithne? Tak sam na sam?
– Zginę – mruknęła do siebie cichuteńko, tak, by broń Silthe upadła tego nie usłyszała.
Hessan zainteresował się jej wypowiedzią i przechylił łebek, ale nie doczekał się od pańci wyjaśnień. Wyczuwszy jej zdenerwowanie, postawił ogon na sztorc i zaczął się rozglądać dookoła w poszukiwaniu delikwenta, który mógł tak ukochaną Leanelle przestraszyć. Dla zasady wyszczerzył kły w stronę Aidana, bo biedak stał najbliżej; z pyszczka smoka dobiegł niski warkot.
W tym samym czasie Cador uporał się z sąsiednimi drzwiami (zamek nie chciał współpracować, ale wreszcie obrońcy udało się wygrać to starcie). Wszedł do środka, rozejrzał się uważnie i uśmiechnął z zadowoleniem. Ciasno, ale całkiem przytulnie.
Caleb zgarnął Aidana, który trochę zagapił się na smoka – bądź też na jego właścicielkę, myśliwy wspaniałomyślnie nie wnikał – i podążył śladem przyjaciela, raz tylko, przed wejściem do pokoju, obejrzawszy się na panie, jakby nagle trochę się zmartwił.
Nie wyglądało jednak na to, by Aithne zamierzała dokonać mordu. Potwór potworem, stereotypy stereotypami, upadła mimo wszystko była profesjonalistką. Robota to robota, nie ma co szaleć czy wybrzydzać.
Dlatego wmaszerowała do ich tymczasowego lokum raźnym krokiem, rzuciła torbę na środek pokoju i w pierwszej kolejności zainteresowała się oknem, pozwalając Leanelle wybrać łóżko, które bardziej jej odpowiada.
To wcale szatynki nie uspokoiło; nadal spięta weszła do pokoju i przysiadła na najbliższym łóżku. Hessan zeskoczył z jej ramienia, umościł się na pościeli, zwinął w kłębek i postanowił jak najszybciej zapaść w drzemkę; ten to ma dobrze, jak jest źle, to on idzie spać.
Leanelle musiała odetchnąć głęboko i parę razy powtórzyć sobie w myślach, że da radę, nim zabrała się za rozpakowywanie swoich rzeczy.
Czy oni mieli plan działania? Umówili się na zbiórkę? Była tego ciekawa, ale nie chciała pytać.
U panów było dużo spokojniej. Cador zdążył już rozłożyć w najrozmaitszych miejscach – i na widoku, i w kryjówkach – broń, której tego dnia nie będzie potrzebował, rzucić torbę na łóżko, mniej więcej się rozpakować i uznać, że już się napracował.
Usiadł na jedynym krześle, jakie było w pokoju, skrzyżował wyciągnięte do przodu nogi w kostkach i zerknął na swojego nieporadnego ucznia. Przeanalizował wydarzenia ostatnich chwil i uznał, że Aidan z pewnością nie zauważył, gdzie Cador kładzie swoje rzeczy.
– Masz dwie minuty, żeby znaleźć sztylet z wilkiem na rękojeści – poinformował go głosem pozbawionym emocji.
Lubił zaskakiwać zadaniami.
Caleb uniósł głowę, w pierwszej chwili myśląc, że przyjaciel mówił do niego; właśnie zamierzał go serdecznie wyśmiać, wyliczając wszystkie kryjówki obrońcy, ale dostrzegł, że słowa Reamonna skierowane były do Aidana. Zaciekawiony usiadł na swoim łóżku, ściągnąwszy z ramion pstrokaty płaszcz i złożywszy go na materacu.
Nie rozpakowywał się, tylko postawił skórzaną torbę przy nodze mebla, by pozostała w zasięgu jego rąk. Potem przeniósł wzrok na zdumionego dzieciaka, uśmiechając się kącikiem ust, kiedy obserwował tę dezorientację.
Aidan rozejrzał się lekko spanikowany dokoła, jakby podejrzewał, że sztylet wyskoczy z kryjówki i mu pomacha. Sapnął, odetchnął, spróbował się rozluźnić i raz jeszcze przesunął wzrokiem po pomieszczeniu, tym razem jednak bardziej skupiony.
– Spróbuj taktyki „jestem sztyletem”, podobno działa – nie wytrzymał myśliwy, uśmiechając się złośliwie do biedaka.
Aidan wykazał się minimalną samokontrolą, bo nie zareagował na zaczepkę, dalej analizując otoczenie w maksymalnym skupieniu. Caleb skinął nieznacznie głową, wyrażając aprobatę dla tego akurat zachowania.
Cador uśmiechnął się kącikiem ust, również zadowolony z takiej reakcji swego ucznia, po czym przymrużył oczy, przyglądając się mu uważniej. Nie pomagał Aidanowi, nie reagował w żaden sposób na jego działania, by nie zdradzić, gdzie ma się kierować. Zadanie było łatwiejsze niż mógł się chłopak spodziewać, ciekawe tylko, czy zda sobie z tego sprawę.
Nieszczęsny westchnął wreszcie ciężko i ruszył dokoła pokoju, by dotrzeć do szafy. Nie zajrzał jednak do środka, sprawdził najpierw za nią, pod nią, nad nią, cmoknął zirytowany i na kilka sekund usiadł. Caleb, obserwując jego poczynania, nie mógł wyjść z podziwu nad talentem tego dzieciaka do utrudniania sobie życia.
Następnie Aidan przeczołgał się pod wszystkimi łóżkami w pomieszczeniu, wlazł na parapet i prawie wypadł przez okno, ale myśliwy złapał go za pasek spodni i wciągnął do środka, zauważając, że samobójstwo niewiele tu pomoże.
Zatem biedny uczeń tylko stęknął zdruzgotany i ruszył na dalsze poszukiwania, nie wierząc w swojego pecha. Jeszcze sobie pod jednym z tych cholernych łóżek guza nabił, cudownie.
Im dłużej trwały poszukiwania, tym bardziej zmarszczone było czoło pana nauczyciela. Całe szczęście, był on mentorem cierpliwym i wyrozumiałym, dlatego nie wyglądał na złego i zrezygnowanego, gdy doszedł do wniosku, że dalsze czekanie na efekt nie ma sensu.
– Aidan, stań na środku pokoju – powiedział spokojnym, wręcz monotonnym głosem, nie ruszając się ze swojego miejsca.
Chłopak patrzy, a nie widzi, to jego podstawowy problem.
Dzieciak posłusznie wykonał polecenie, oddychając trochę zbyt ciężko, jakby przebiegł co najmniej kilkumilowy odcinek drogi. Spojrzał na nauczyciela zmartwiony, doskonale wiedząc, że dał ciała, ale kurczę, Cador posiadał tyle sztyletów, skąd miał wiedzieć, gdzie chował akurat tego z wilczą głową czy cokolwiek?
– Czarno to widzę – zawyrokował Caleb i wyjął z drugiej torby, tym razem podróżnej, kończony właśnie strój.
Ze swojego skórzanego skarbu dobył zestaw do szycia i powrócił do nie do końca męskiej pracy, tracąc zainteresowanie młodym uczniem przyjaciela.
– Nie odzywaj się, szwaczko – poprosił rozbawionym głosem Cador, na krótką chwilę zerkając na Caleba.
Zaraz jednak wrócił zainteresowaniem do ucznia; przymrużył oczy, chwilę przyglądając mu się bez słowa.
– Zawsze o tym zapominasz – poinformował go wreszcie, a w użytym przez niego tonie dało się wyczuć znużenie. – To ma być nawyk. Gdy wchodzisz do jakiegoś pomieszczenia, gdy coś się dzieje, gdy otrzymujesz zadanie, za każdym razem najpierw sprawdzasz otoczenie. Nie zajmuj się od razu celem, najpierw poznaj, co cię otacza, wyszukuj zagrożeń, zapamiętuj każdy szczegół – pouczył go.
Wreszcie wstał ze swojego krzesła i przespacerował się po pokoju, by zatrzymać się naprzeciwko ucznia. Założył dłonie na plecach i spojrzał na Aidana z góry, by dobrze widzieć, jak wykonuje zadanie.
– Zacznij od początku. Kiedy skupiasz się na konkretnym obrazie, przestajesz widzieć; zapomnij o sztylecie i rozejrzyj się dookoła – powiedział, cofając się o pół kroku.
Caleb wzruszył tylko ramionami, nie dzieląc się uwagą, że on na miejscu Cadora już trzy razy by przegonił dzieciaka po lesie poszczutego kochaną Shilą. Myśliwy uważał, że jeśli powiedział coś raz, to powinno to być zapamiętane, zwłaszcza kiedy chodzi o naukę. Z dziadkiem nie miał tak dobrze, przy nim musiał zapamiętywać nawet to, czego nigdy mu nie powiedziano, to nazywała się sztuka!
Aidan krótko zabił Caleba wzrokiem, a potem znów spojrzał na Cadora, odetchnął głęboko i skinął głową. Na kilka chwil zamknął oczy, wyciszając się i próbując zapomnieć o swoim zadaniu, po czym uchylił powieki i rozejrzał się dokoła, analizując. Przynajmniej się starał analizować i nie dać się rozproszyć nieistotnym szczegółom, które niekiedy potrafiły całkowicie go pochłonąć.
I tak wędrując spojrzeniem po całym pokoju, dotarł wreszcie do stołu. Niebieskie oczy chłopaka zrobiły się okrągłe ze zdumienia, a potem zostały przysłonięte dłonią, która z plaśnięciem uderzyła w czoło biedaka.
– Nie dramatyzuj, tylko szesnaście minut i czterdzieści cztery sekundy go szukałeś – odezwał się protekcjonalnym tonem Caleb, nie odrywając wzroku od robótki ręcznej.
Cador uśmiechnął się znów kącikiem ust, ale już nic nie powiedział. Podszedł do stołu, wziął swój sztylet, schował go do leżącej obok pochwy i przypiął do pasa.
Zaczął się zastanawiać nad kolejnym zadaniem dla ucznia, jednak jego myśli szybko powędrowały gdzie indziej – na dobry początek wpadło mu do głowy, czy nie trzeba iść Leanelle na ratunek. Nie wyglądała na szczęśliwą z dzielenia pokoju z Aithne.
Dokładnie w tej samej chwili zza ściany dobiegł mężczyzn potężny huk. Cador drgnął, przeklął swoją cholerną intuicję i ruszył do drzwi, gdy coś go zatrzymało.
– KURWA, HESSAN – padło po momencie, głośno i dosadnie.
No tak, tego można się było spodziewać.
Aidan poderwał się z miejsca i skoczył za Cadorem jak oparzony, jakby uznał, że może uratować sytuację, nauczyciela, Leanelle, a może nawet smoka. Kolejne przekleństwa, jakie stamtąd dobiegły, a także wściekły warkot Aithne utwierdziły stoicko spokojnego Caleba w tym, że młody tylko wszystko pogorszył.
Myśliwy jeszcze przez chwilę pracował nad strojem, kiedy jednak usłyszał przestraszony pisk Leanelle, uznał, że zamieszanie zrobiło się za duże, żeby tu siedział. Dlatego odłożył pracę, podniósł się i przeszedł energicznym krokiem do pokoju pań, zastanawiając się, co też tam zastanie.
Aidan musiał potknąć się o wywrócone krzesło, przez co potrącił Leanelle i teraz legł jak długi na podłodze tuż u stóp Aithne. Upadła wyglądała tak, jakby nie wiedziała, kogo pierwszego zabić, Cador natomiast szarpał się z żądnym krwi smokiem.
Caleb zatrzymał się w progu, przyglądając się zamieszeniu z uprzejmym zainteresowaniem.
– Jednej wykałaczki nie umiesz znaleźć, a rzucasz się na pomoc damom w opałach – życzliwie skrytykował Aidana myśliwy i sprawnie podniósł krzesło.
Cador nawet nie zwrócił uwagi na nadejście przyjaciela, usilnie próbując przekonać Hessana, by nie wydrapywał mu oczu. Smok chyba nadal pamiętał swój udział w tamtej bójce z Sheridanem i pragnął zemsty; przynajmniej takie obrońca odniósł wrażenie, bo stworzonko zareagowało, gdy tylko pojawił się w progu.
Leanelle usiłowała opanować drżenie ciała, spoglądając na Aidana rozszerzonymi ze strachu oczami. Wiedziała, że nie chciał jej dotknąć i wpadł na nią przypadkiem, ale ta świadomość nie pomagała; pozbieranie się po niespodziewanym, niechcianym dotyku zajęło jej dłuższą chwilę. Musiała uspokoić bicie rozszalałego serca, odetchnąć parę razy głęboko i przekonać samą siebie, że nic jej nie grozi. Że nie ma tu jej kata. Że po nią nie przyszedł, że tylko przypadkiem dotknął jej Aidan, nic wielkiego.
Nie pomagało, zareagowała dopiero, gdy Cador głośnym warknięciem poinformował świat, że jakieś „pierdolone smoczysko” zaraz pozbawi go gałki ocznej.
Przełknęła ślinę, jeszcze raz powtórzyła, że jest bezpieczna i zawzięła się w sobie; już po chwili była na nogach i wpatrywała się w miotającego się Hessana z ponurą determinacją.
– Rzucisz go w moją stronę? – poprosiła nad wyraz spokojnie.
Jej opanowanie sprawiło, że Cador w pierwszym odruchu zmiażdżył ją spojrzeniem; potem doszedł do wniosku, że może dziewczyna wie, co mówi, więc wykonał polecenie. Cisnął gadem przez pokój z niewyobrażalną satysfakcją.
Smok rozłożył w locie skrzydła i już miał zawinąć, by wrócić do swej ofiary, gdy ktoś silnie szarpnął go za ogon. Zajęczał, gdy jego pańcia chwyciła niedelikatnie jego łebek i zmusiła go do spojrzenia jej w oczy. Nagle spotulniał i zaczął cichutko mruczeć, z nadzieją, że pańcia nie będzie zła.
A pańcia była wściekła, bo to wszystko to wina głupiego smoka.
Aithne w końcu przestąpiła nad Aidanem i wróciła na swoje łóżko, zdegustowana całym tym zajściem. Jeśli Leanelle nie była szczęśliwa z towarzystwa to, jak widać, upadła też. Praktycznie odseparowano ją od wszystkich, którym bezgranicznie ufała, i jeszcze zrzucono na barki odpowiedzialność za marudną panikarę.
Łypnęła ponuro na Aidana i zastanowiła się, co by się stało, gdyby ściągnęła broszkę, machnęła skrzydłami, a pęd powietrza cisnął nieostrożnym chłopakiem o ścianę.
– Rany, co za zniszczenia – zawyrokował Caleb, chodząc dokoła pokoju i zbierając wszystko, co zostało upuszczone.
Zerwany ze ściany gwóźdź, na którym wisiał obrazek, nawet przybił, wyciągnąwszy ze skórzanej torby (tak, zabrał ją ze sobą) kamień – posłużył mu za młotek. Potem wrócił w okolice Cadora i przyjrzał się zadrapaniom na jego jestestwie.
– Mogę opatrzyć ci to ja albo trafisz w łapy podłej wiedźmy – stwierdził fachowym tonem, przymrużając oczy.
Aidan podniósł się z ziemi, nerwowo przepraszając powietrze, gdzie przed chwilą stała Leanelle. Ponieważ już jej tam nie było, obrócił się dokoła, szukając jej wzrokiem.
– Trudna decyzja – mruknął kwaśno Cador, wspominając dość niedelikatne metody leczenia, jakimi posługiwała się jego ukochana.
Obdarzył czujnym, badawczym spojrzeniem najpierw dwie ewidentnie wkurzone panie, a później swego ucznia, by na koniec westchnąć ciężko.
– Zbieraj się, młody, wracamy do pokoju – zawyrokował, chcąc oszczędzić towarzyszkom kolejnych kłopotów z jego podopiecznym w roli głównej.
A później, nie czekając na chłopaka, wyszedł z pokoju.
Pieprzone smoczysko.

– Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – mruknął Errian, wchodząc za Ariene do dość elegancko urządzonej karczmy.
Rozejrzał się po urokliwym, czystym wnętrzu, przesunął wzrokiem po zebranych przy stolikach gościach z wyższych sfer, odetchnął przyjemnym, kwiatowym zapachem. Przekraczając próg przybytku, uświadomił sobie, że już zupełnie do tego typu miejsc nie pasuje. Odzwyczaił się od nich, a one odzwyczaiły się od niego – zabawne, a niby taki szlachcic i w ogóle.
– Jestem pewna – powtórzyła cierpliwie wiedźma, przystając, by zaczekać na pozostałych. – Nic nikomu się nie stanie – dodała rozbawiona i uśmiechnęła się znacząco do młodego maga.
– Czy ja wyglądam na zmartwionego? – prychnął od razu, krzywiąc się z niezadowoleniem. – Zejdź mi z oczu – poprosił wreszcie, kiedy uśmieszek Ariene stał się jeszcze bardziej znaczący.
– Tak jest, panie – odparła radośnie i ruszyła energicznie do lady, zostawiając za sobą Erriana oraz wchodzących do środka Sheridana i Anabde.
– Źle się tu czuję – zwrócił się do przyjaciela młody mag, kiedy dostrzegł obok siebie wysokiego łowcę.
– Biedna, marna istoto – ulitował się nad nim Sheridan, posławszy bardzo krytyczne spojrzenie.
Potem obrócił się lekko, by widzieć Anabde.
– Idź do tej wiedźmy, dobrze by było, gdybyście zarezerwowały ten pokój razem – mruknął, przesuwając się o krok w bok, żeby nekromantka mogła między nim a Errianem przejść.
– A masz pieniądze na nasz pokój? – zainteresował się młody mag, uzmysłowiwszy sobie, że, jak na ubogiego szlachcica przystało, ubogi był w stopniu wystarczająco wysokim.
– Zawsze mam pieniądze – uspokoił go niedbale łowca, wzruszając ramionami.
Errian posłał mu bardzo krytyczne spojrzenie, co Sheridan zignorował dla dobra młodego maga. Chociaż obaj wiedzieli, że tego typu starcia ostatnimi czasy wygrywał jednak panicz Souen – i żaden też nie mógł zrozumieć, jak to się działo.
Anabde posłała łowcy bardzo niezadowolone spojrzenie – jeszcze tego brakowało, żeby jej mówił, co ma robić! – ale jako że w jego słowach było sporo racji, odpuściła sobie prychanie i ruszyła w stronę Ariene.
Zdecydowanie podobała jej się zmiana lokum. Raz, że nie przywykła do mieszkania z większą grupą, a smok Leanelle potrafił być wyjątkowo upierdliwy; dwa, miała już dość tandetnych karczm i wołających o pomstę do nieba noclegów, skoro stać ją było na coś lepszego.
Pobłądziła po wnętrzu pomieszczenia usatysfakcjonowanym spojrzeniem; czysto, schludnie, ładnie i pachnąco, a przede wszystkim stojące za właścicielem przybytku butelki wina obiecywały miłą odmianę po szczynach serwowanych w innych gospodach.
Zatrzymała się koło wiedźmy i zawiesiła badawcze spojrzenie na jej rozmówcy, unosząc nieznacznie brodę. Mężczyzna poświecił chwilę na krótkie zerknięcie w stronę nekromantki, ale zaraz wrócił zainteresowaniem do Ariene, ochoczo jej potakując.
– Oczywiście, oczywiście, mam doskonały pokój dla pań! I cena nie taka wysoka, no naprawdę, w porównaniu do konkurencji to w ogóle bezcen! A naprawdę warto, mówię paniom, tak miękkich łóżek jak u nas to w całym Lostarze szukać! – zachwycał się miłym, zdaniem Anabde nieco zbyt entuzjastycznym głosem.
– No dobrze, ale ile wynosi ta niezwykle atrakcyjna cena? – przerwała mu, gdy radosne trajkotanie zaczęło ją już denerwować.
Spojrzał na nią i zamarł, zaskoczony ostrością jej spojrzenia. Ta druga dama była zdecydowanie sympatyczniejsza!
– Jeden złotnik za noc – odpowiedział rzeczowo, jak na profesjonalistę przystało nie tracąc pogody ducha i nie gubiąc przyjaznego uśmiechu.
Anabde pokiwała głową, udając, że się zastanawia; tak naprawdę decyzja była już przecież podjęta, ale tego mężczyzna nie mógł wiedzieć.
– Co o tym myślisz? – zapytała pełnym powątpiewania tonem, obracając głowę do swojej towarzyszki.
Ariene westchnęła, jakby zaskoczona usłyszaną ceną, ale trudno było orzec, w którą stronę jej zaskoczenie się odnosiło. Odwzajemniła spojrzenie Anabde, przymrużając oczy w udawanym zastanowieniu.
Tak naprawdę zdumiała ją kwota. Prawdę mówiąc, by mieszkać w takiej gospodzie, musiałaby dostawać regularne zlecenia z najwyższej półki, co graniczyło z niemożliwym, ale przecież nikt o tym nie wiedział. A już zwłaszcza karczmarz.
Dlatego przywołała na usta najładniejszy uśmiech i przekrzywiła urokliwie głowę.
– No cóż, wydaje mi się, że propozycja jest uczciwa – stwierdziła, odpowiadając tym samym na pytanie Anabde, i sięgnęła do sakiewki.
Wszystko dokładnie obliczyła i w wieczór balu będą bez grosza przy duszy. Musieli nieźle się wykosztować, by zapewnić elementy potrzebne do wykonania zadania, ale, na szczęście, część z nich nadal brała drobne zlecenia lub dysponowała rodzinnym majątkiem.
Ona sama – porzucając żebranie, choć szło jej dobrze – czasami wychodziła na ulicę i bezwstydnie oraz z onieśmielającą wprawą podwędzała ludziom sakiewki, a co.
– Proszę – mruknęła, podsuwając mężczyźnie odliczoną do daty balu kwotę za pobyt w gospodzie.
Mężczyzna spojrzał na monety z pewnym powątpiewaniem, mimo wszystko zaskoczony ich ilością – pewien był, iż panienki będzie stać na jedną, góra dwie noce w jego lokalu. Kultura zabraniała mu jednak sprawdzenia ich prawdziwości, ocenił je średnio wprawnym okiem i uznał, że chyba nie są fałszywe – to musiało mu wystarczyć.
Przeliczył je szybko, w myślach powiedział sobie, ile dni to wychodzi, po czym rozciągnął wydęte usta w szerokim uśmiechu.
– Jakże się cieszę, że miłe panienki będą u mnie tyle dni gościć! Naprawdę, naprawdę, toż to zaszczyt – zachwycił się tak bardzo, że aż można mu było uwierzyć.
Zaraz zniknął pod ladą, spod której dobiegł Ariene i Anabde szczęk przebieranych kluczy; gdy mężczyzna znów pojawił się na widoku, jeden z nich, mosiężny, trzymał w potężnej dłoni.
– Tam już jest wszystko przygotowane, proszę dam, nic, tylko się rozgościć! Pomóc panienkom z bagażami? – zainteresował się uprzejmie, podając klucz Ariene.
Do tej miał zdecydowanie więcej zaufania niż do rudej, rudej źle z oczu patrzyło.
– Poradzimy sobie – odpowiedziała mu chłodno Anabde, nie pozwalając koleżance dojść do głosu.
Jeszcze by go, bójcie się bogowie, faktycznie poprosiła o pomocną dłoń; tej sztucznej radości nekromantka nie mogłaby znieść ani chwili dłużej.
Odwróciła się energicznie i równie żwawo ruszyła w stronę ciągnącego się za ladą korytarza, zerkając tylko przez ramię na Ariene.
Wiedźma posłała karczmarzowi urokliwy uśmiech, skinęła z wdzięcznością głową i podążyła śladem Anabde, ledwie zerknąwszy na panów. Oni też w tym momencie ruszyli do lady – Errian wysforował się trochę na przód, wyraźnie planując pertraktować z gospodarzem. Najwyraźniej Sheridan miał tylko płacić. To chyba najlepsza taktyka.
Ariene dogoniła nekromantkę energicznym krokiem, poprawiła trzymaną torbę i przyjrzała się ładnie udekorowanemu korytarzowi, który nadawał przybytkowi jeszcze więcej wrażenia swojskości.
– Który pokój? – zainteresowała się pod nosem, próbując przesunąć palcami klucz tak, by sięgnąć po drewniany breloczek.
Anabde zatrzymała się przed pierwszymi drzwiami, po czym zerknęła z ukosa na wiedźmę. Tej wyraźnie nie spieszyło się z odczytywaniem numerka, toteż Anabde westchnęła męczeńsko, wyjęła koleżance klucz z ręki, odczytała cyfrę wyrytą na breloku i ruszyła dalej korytarzem.
Nie miała zamiaru czekać na Ariene. Zaprzestała marszu dopiero wtedy, gdy znalazła się pod odpowiednim pokojem; przekręciła kluczyk w zamku i obejrzała się na koleżankę, nim weszła do środka.
Wbrew jej obawom, w pokoju nie było ani przepychu, ani kretyńskich falbanek czy innych ozdóbek, ani rażących kolorów. Pomieszczenie zostało gustownie urządzone, drewniane meble ładnie wyrzeźbione, całość utrzymana w stonowanych odcieniach brązu i beżu.
Anabde rozejrzała się dookoła z mimowolnym uśmiechem, odetchnęła przyjemnym, kwiatowym zapachem i uznała, że tego właśnie jej brakowało. Podeszła do stołu, by położyć na nim swoją torbę, po czym, odwracając się w stronę wchodzącej właśnie Ariene, zaczęła wiązać gęste włosy w niedbały kok.
– Wybierz sobie łóżko – zaproponowała swobodnie, bo jej tam było wszystko jedno.
Sama usiadła na jednym z krzeseł, założyła nogę na nogę i sięgnęła po przygotowany dzban wody, by przelać część zawartości do szklanki.
– Jedyne, o czym marzę, to kąpiel – mruknęła ot tak, zaraz popijając swoje słowa krystalicznie czystą wodą.
– Droga wolna – stwierdziła w odpowiedzi Ariene, uśmiechając się i zamykając za sobą drzwi, kiedy tylko przekroczyła próg.
Rozejrzała się po pokoju nieco podejrzliwie, jakby uważała, że skoro wszystko jest takie piękne i prawie idealne, to na pewno kryje się tu gdzieś haczyk. Zaraz jednak się rozluźniła, rzuciła torbę na łóżko najbliżej okna i odetchnęła, przymrużając oczy z zadowoleniem.
No dobrze, można było przywyknąć do luksusu. Wyjrzała na ulicę, przyjrzała się przechodniom, potem usiadła na skraju materaca i poprawiła kilka kosmyków włosów, które uciekły spod wstążki.
– Mam nadzieję, że Errian i Sheridan poradzą sobie z wynajmowaniem pokoju – mruknęła bardziej do siebie, zorientowawszy się nieco za późno, że Anabde nie ma ochoty z nią rozmawiać. – O ile Sher się nie odezwał… – dodała rozbawiona i zachichotała mimowolnie, prostując z zadowoleniem nogi.
Anabde odstawiła szklankę na stół i wstała z zamiarem znalezienia czegoś, w co mogłaby się przebrać po kąpieli. Na słowa Ariene zatrzymała się, uniosła głowę i spojrzała na wiedźmę z wyraźnie rozbawionym uśmiechem.
– Errian jakoś nad nim panuje – odpowiedziała spokojnie; potem, gdy przemyślała własne słowa, zmarszczyła nieznacznie czoło.
No właśnie, Errian nad nim panuje, a ona? Ona nawet nie wiedziała, co ją z nim łączy, to wszystko nadal pozostawało bardzo dziwne.
Bądź co bądź w tej chwili kąpiel była ważniejsza od rozmyślań na temat łowcy. Powróciła do przekopywania zawartości skromnej torby, zastanawiając się, czy nie będzie musiała wrócić się po jeden z pozostawionych w stajni tobołków. To nie byłoby korzystne.
Ariene pokiwała głową, przyznając Anabde rację, ale temat kochanego łowcy porzuciła. Z przyczyn najróżniejszych, nad którymi nie rozmyślała zbyt długo.
Zamiast troskać się relacjami w grupie i wszystkimi innymi rzeczami, zrzuciła buty z nóg i rozłożyła się iście po królewsku – i trochę po męsku – na swoim łóżku.
– Dobra, dziś bezkarnie robię za szlachtę – oznajmiła, krzyżując ręce pod głową i uśmiechając się z błogością.
Tak naprawdę nie miała pojęcia, jak spędzi dzień bez towarzystwa Cadora czy Caleba. Z naciskiem na tego pierwszego, bo tak jakoś… Westchnęła, przymykając oczy. Ani z kim się pokłócić, ani komu dokuczać, straszne. Może prześpi aż do balu, to byłby dobry plan!
Anabde posłała jej ostatni, dość pogodny uśmiech, nim obróciła się w stronę drzwi od łazienki.
– To ty korzystaj, a ja się wykąpię. Wrócę za jakieś... – zawahała się na chwilę, po czym uniosła kąciki ust wyżej. – Nie wiem. Długo.
Już po chwili zniknęła za drzwiami.
Wonne olejki, gorąca woda i ogólny wygląd pomieszczenia sprawiły, że słowa dotrzymała i w pokoju pojawiła się dopiero po godzinie. Ale za to zrelaksowana, uczesana, śliczna i pachnąca, więc nie miejmy jej tego za złe.

– To nie było… to w ogóle nie było – mruknął zdegustowany Errian, wchodząc za Sheridanem do korytarza z pokojami.
Łowca wzruszył w odpowiedzi ramionami, nawet się na przyjaciela nie oglądając. Raźnym krokiem szedł przed siebie, najwyraźniej doskonale wiedząc, które z zamkniętych drzwi należą do przydzielonego im pomieszczenia. Młody mag zmarszczył czoło i wlepił w plecy Przeklętego rozeźlone spojrzenie, nie zamierzając puścić wszystkiego ot, w niepamięć.
Wynajmowanie noclegu szło im bardzo dobrze. Wręcz doskonale. Errian cierpliwie słuchał rozanielonego karczmarza – mężczyzna już dawno nie miał tak zadowalających obrotów – czekając na konkrety, ale wtedy postanowił się wtrącić Sheridan. Jego ogólna radość życia i uprzejmość do świata sprawiły, że przerażony właściciel przybytku podał im drżącą ręką klucz i uciekł na zaplecze.
– Mam iść go przeprosić? – spytał wreszcie zirytowany Sheridan, zatrzymując się przed drzwiami ich pokoju, który znajdował się w drugiej części korytarza, za zakrętem. – Może jeszcze kupić mu kwiatki?
– Nie – parsknął niezadowolony Errian, powstrzymując się od brzydkiego skrzywienia. – Wystarczyłoby, gdybyś czasami jednak mnie posłuchał. Facet prawie dostał zawału, mógł nam nie wynająć pokoju – poinformował karcącym głosem mag.
– Jest zbyt pazerny – zbył zmartwienie przyjaciela łowca, przekręcając klucz w zamku. – Nie zniósłbym ani chwili dłużej tego bezsensownego paplania – wyjaśnił na swoje usprawiedliwienie, gdy wzrok Erriana wcale nie złagodniał.
– Tak mi ciebie żal – parsknął w odpowiedzi pan szlachcic i własnoręcznie nacisnął klamkę, widząc, że Przeklęty strasznie się z tym guzdrze.
Pokój prezentował się bardzo schludnie. Na wypastowanych deskach położono ładny, ciemnobrązowy dywan, na nim ustawiono stolik z krzesłami. Przy przeciwległych ścianach znalazły się jednoosobowe łóżka, przy każdym natomiast była nieduża szafka nocna. Nieopodal wyjścia zawieszono nawet wieszak na ubrania, co szczerze Erriana zaskoczyło. Tego udogodnienia życiowego już dawno nie widział, prawie zapomniał, do czego to służy. Ostatecznie jednak skorzystał z luksusu, czy raczej skorzystał jego płaszcz.
– Sympatycznie – pochwalił lokum, przechodząc przez cały pokój raźnym krokiem do upatrzonego łóżka.
Zasiadł na materacu niczym pan i władca i odetchnął głęboko, zadowolony z chwili spokoju oraz wytchnienia. Trochę będzie mu pusto bez całej grupy, ale przynajmniej znajdzie się okazja do uporządkowania myśli.
– Ta, brakuje tylko różowych poduszek – parsknął Sheridan, rzucając torbę oraz płaszcz na wolne łóżko. – Albo poszewek w kwiatki.
Errian uniósł brew, przypatrując się przyjacielowi z mocno sceptyczną miną. Poważnie zastanowił się nad tym, czy ten facet kiedykolwiek był zadowolony z życia. Obiektywnie rzecz oceniając, to chyba nie.
– Narzekasz na czysty, wygodny, skromny, dość przytulny pokój? – spytał dla upewnienia, kiwając z pełnym, chociaż kpiącym, zrozumieniem głową.
– Krytykuję – poprawił przyjaciela, siadając na swoim łóżku i przypatrując się Errianowi z niechęcią.
– Mój błąd – mruknął nieco zgryźliwie młody mag i sięgnął do torby, zaczynając w niej zapamiętale grzebać. – A ten płaszcz to mógłbyś powiesić – dodał niezadowolony, przenosząc wzrok na Sheridana.
– Mógłbym – przytaknął mu łowca, układając się w pozycji pół leżącej, by oddać się słodkiemu lenistwu.
– Zatem to zrób – zaproponował nieznoszącym sprzeciwu głosem Errian, powracając do przerwanego na chwilę zajęcia.
– Narzekasz – zbagatelizował rozkaz mężczyzna z pewnym rozbawieniem, jakby świetnie się bawił, denerwując przyjaciela.
– Krytykuję – odparł bez mrugnięcia okiem, nawet nie unosząc głowy znad torby.
– Jaki się wyszczekany zrobił – skomentował pod nosem Sheridan, krzywiąc się wymownie, ale nie ruszył się, by polecenie przyjaciela wykonać.
Errian w końcu wydobył z bagażu książkę, której tak zapamiętale szukał, otworzył ją na zaznaczonej stronie i zmiażdżył łowcę spojrzeniem. Nie wywołało to oczekiwanych skutków, co tylko młodego maga bardziej rozeźliło; błękitne oczy błysnęły intensywniej, kiedy młodzieniec wpatrywał się w przyjaciela uważnie.
Silniejszy podmuch wiatru szarpnął leżącym na materacu płaszczem i zarzucił go na głowę Sheridana, przysłaniając mu ten piękny, boży świat, który właśnie podziwiał.
– Kurwa – warknął łowca, zrywając z siebie materiał i odnajdując spojrzeniem Erriana; jego mina wyrażała chęć brutalnego mordu na współlokatorze.
Młody mag nawet nie drgnął pod ostrzałem tego wzroku, ze spokojem pogrążył się w lekturze, jakby Sheridan przestał niniejszym istnieć. To Przeklętego najpierw jeszcze bardziej rozjuszyło, by złość nagle ustąpiła miejsca niedowierzającemu rozbawieniu.
Nie wiedział kiedy ani jakim cudem ten chłystek nagle stał się na niego całkowicie odporny, ale było to dość… niezwykłe. Zwłaszcza że jeśli już ktoś znajdował w sobie odwagę, by go ignorować lub w ten sposób traktować, zwykle był po prostu Przeklętym. Który też nie za długo żył z drugiej strony, ale fakt faktem.
Tymczasem panicz Errian Souen najwyraźniej kpił sobie z niebezpieczeństwa.
– Ja pierdolę – skomentował jeszcze, wziął ten zakichany płaszcz i ruszył do wieszaka, kręcąc do samego siebie głową.
Zawiesił odzienie na haczyku, obrócił się do Erriana i przyjrzał się młodemu magowi uważniej, trochę zastanawiając się, czemu dogadał się z kimś takim.
Przed wyprawą do Perrianu chłopak był o wiele bardziej nieporadny, zagubiony i przestraszony w pewien sposób, poza tym w życiu nie znalazłby w sobie tyle pewności siebie, co teraz. I jego nieskazitelne dobre maniery mogłyby dosłownie zabić.
To dobrze, że się Souen zmienił. I dla siebie, i dla świata.

2 komentarze:

  1. Chcę wartką akcję no! Znaczy, ja już chcę czytać o tym zdaniu noo ._. Albo o Ariene i Cadorze.
    Ogółem, spółka Sher & Errian to dobra spółka (chociaż nie pod każdym względem XD)Zakichany płaszcz rządzi ^^
    Errian zachowuje się jak moja mama.
    Serio.
    Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, że troszkę ewoluował (znaczy, jego charakter XD) od czasu Perrianu.
    To teraz może porzucę temat Leanelle, a zacznę buczeć nad ponownym zwolnieniem tempa akcji? XD Ja wiem, że narzekam XD I niech zgadnę, w następnym rozdziale jeszcze o zadaniu nie będzie? XD
    Kurde. Nie ma co komentować inu. Już się rozwodziłam nad każdym z osobna, a co do głównej fabuły... właściwie wszystko to zeszło na drugi plan przez wyrazistość bohaterów. To celowe, czy niecelowe? Właściwie, oprócz wspólnego podróżowania, budowania powiązań i dalszego podróżowania... no i wybuchów i pościgów od czasu do czasu...
    ... no dobra, znowu narzekam, ale ja zdążyłam sobie wyrobić opinię już tak gdzieś pięćdziesiąt rozdziałów temu XD Szykujecie jakieś niespodzianki, które nie dotyczą bohaterów, a świata przedstawionego?
    No właśnie, ja chcę więcej tego świata (nie karczm i nie lasu, błagam)! I klimatu, bo chociaż uwielbiam wasze opisy, wasze postacie i magię, brakuje mi czegoś w stylu oryginalnych scenerii (nie las, nie miasto, a i o wulkany nie chodzi XDD) i przemyśleń bohaterów dotyczących nie tylko ich samych, ale także otoczenia, przeszłości, przyszłości... Mają tam w Lostarze jakieś uroczystości? Jakieś defilady? Jak z kulturą? Jak ze społeczeństwem? I ogółem, jak ma się władza, pomijając arystokrację?
    Ustrój polityczny, jak ja kocham te tematy XD
    Ogółem, mam taki ostatnio problem, że zawsze dwie godziny po przeczytaniu jakiegoś rozdziału nie mam pojęcia o czym był, ale wiem że pan X jest fajny ._.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze chyba trochę cię zmęczę mało wartką akcją, wybacz xD
    Hahaha, oni są cudowni xD I robią się coraz bardziej cudowni!
    ... Errian, przestań matkować :< xD
    Nooo, zmienił się chłopak. Bo w domu go pozbawili pewności siebie, a tu proszę, pewność siebie wróciła ^^
    Jeszcze nie. Bo jest parę kwestii, które usiłujemy jeszcze rozwiązać - ze dwa rozdziały bodajże i przechodzimy do sprawy xD

    Tu aż oddzielę tekst od reszty komentarza, bo doskonale zdaję sobie sprawę, no ^^ Tak więc spieszę z wyjaśnieniem i pewnym pokajaniem się.
    Kwestia postaci rzeczywiście jest dla nas bardzo ważna. Ponieważ przerzuciłyśmy się na samodzielność z forum, najpierw była wyrazistość bohaterów, potem dopiero świat. Przyznaję, że konstrukcję niniejszym zaczęłyśmy od dupy strony - najpierw pomysły na zadania i w ogóle przygody, dopiero potem zastanowienie, jak może wyglądać Lostar.
    I to wszystko nadal się tworzy. Tak jakby... dobudowujemy to zagadnienie, które jest nam akurat potrzebne, i ten świat stopniowo się rozwija. Teraz mogłabym o nim mówić dość sporo, ale w tekście też się to zaczyna pojawiać. Prawdę mówiąc - właśnie od momentu balu. Zaczyna się od waluty, a potem przez pewne zwyczaje szlachty, i wio dalej xD
    Staram się na to zwracać coraz większą uwagę, bo Lostar wychodzi na naprawdę rozbudowany, złożony świat. I w gruncie rzeczy do niemal każdego zagadnienia z twojego pytania prędzej czy później docieramy - władza się pojawi, gdzieś na pewno zjawi się rozmowa o trójpodziale szlachty, że tak ładnie nazwę, na każdą część, znaczy się tom, przypada przynajmniej jedno święto (tak, tu też będzie jedno xD), mamy już mniej więcej ogarniętą religię, jak wyglądają śluby, przymierzałam się do opracowania jeszcze jednego święta.
    Co do ustroju politycznego - na ten moment mamy władzę absolutną, która utrzyma się długo. W trzecim tomie dopiero szykuje się pewien przewrót, ale no xD
    I z tą szlachtą - jak zajrzysz do bohaterów, dostrzeżesz drobne zmiany przy nazwiskach. Bo rodowe nazwiska są posegregowane ważnością przedrostkami, z czego wynika:
    de to szlachta mniejsza;
    von to szlachta średnia;
    li' to szlachta wysoka.
    To chyba wszystko na ten moment. Najpierw całe Granice traktowałyśmy mocno jako zabawę bez zobowiązań, dlatego to wszystko jest wprowadzane jakoś tak z dupy. Ale obie zaczynamy kłaść na świat większy nacisk, bo na ten moment jest już mocno zarysowany ^^ Tylko mapka jeszcze niekompletna, cholera xD

    OdpowiedzUsuń