Musieli się
przeprowadzić. Wszystko byłoby w porządku, argumenty miała wiedźma bądź co bądź
sensowne: trzeba się przenieść bliżej miejsca zlecenia, by lepiej poznać
okolicę; podzielić na grupy, żeby nie wzbudzać przesadnego zainteresowania;
zacząć wcielać się w swoje role w celu uprawdopodobnienia nowych tożsamości.
Leanelle nie miała żadnych zastrzeżeń co do tych spraw i nawet pokiwała głową
na znak zgody. Ale potem Ariene powiedziała im, w jaki sposób muszą się
podzielić, i to już zupełnie nie odpowiadało biednej szatynce.
Uniosła
nieznacznie głowę, by upewnić się, że nie zgubiła drużyny. Cador szedł przodem,
jako że to jemu wiedźma przekazała wskazówki, jak znaleźć gospodę, w której
mieli się zatrzymać. Po swojej prawej stronie miał Aithne, której mordercze
zapędy od czasu do czasu musiał pacyfikować, zazwyczaj używając w tym celu
trafnych komentarzy lub siły fizycznej. Jeśli chodzi o trafne komentarze,
często wyręczany był przez Caleba, który szedł z jego lewej strony. Był jeszcze
Aidan, który maszerował jako ostatni po lewej; raz już się zgubił, więc teraz
trzymał się blisko nauczyciela i jego przyjaciela.
Leanelle
wlokła się na samym końcu, przerażona tym, że nie będzie miała przy sobie
nikogo bliskiego. W całej ekipie ufała jak na razie tylko Anabde i Ariene, a
obie zostały wcielone do drugiej grupy, która miała zamieszkać w droższej i
bardziej ekskluzywnej – o ile można to tak nazwać – gospodzie. Oni mieli
przeprowadzić się do miejsca podobnego standardem do poprzedniego noclegu,
położonego w tak samo podłej i podejrzanej okolicy.
Pięknie – uznała Leanelle, zaciskając
usta.
Jak tutaj
wpadnie w tarapaty – a wpadnie na pewno, bo przecież miała do tego talent – to
nie będzie miała do kogo się zwrócić o pomoc. Aithne była porywcza i trochę
jakby szalona, a resztę stanowili faceci.
Na szczęście
na razie Hessan darował sobie próby urozmaicenia pańci życia i grzecznie
przycupnął jej na ramieniu, zajęty przeżuwaniem kawałka mięsa, który udało mu
się niepostrzeżenie podwędzić ze straganu.
– Młody –
mruknął zdegustowany Caleb, w ostatniej chwili łapiąc łokieć Aidana i
przyciągając go do grupy, kiedy tłum prawie nieszczęśnika porwał. – Uważaj –
dodał karcąco i zerknął przez ramię, upewniając się, że Leanelle nie zginęła.
Na jego głowie
została kochana latorośl, bo Cador skupiony był na nadzwyczaj wymagającej oraz
niezadowolonej z życia Aithne. Przed chwilą właśnie zapewniła rosłego mięśniaka,
że urwie mu genitalia i zrobi z nich kolczyki, bo ją podeptał przy mijaniu.
Myśliwy musiał
przyznać, że ukończenie tego zadania może być nieco problematyczne.
– Może
zwolnijmy trochę – zaproponował nieśmiało Aidan, widząc, że Leanelle jest
znacząco w tyle, a przecież nie chcieli jej zgubić.
– Może go
kropnijmy i wrzućmy do najbliższego rowu – odparowała zaraz Aithne, zirytowana
nieporadnością ucznia Cadora.
– Może
zakneblujmy ciebie i podrzućmy komu bądź – zripostował bez mrugnięcia okiem
Caleb, wyręczając niezawodnie przyjaciela. – Powinnaś chociaż udawać, że zależy
ci na powodzeniu tego zadania – dodał niezadowolony.
– Zależy mi! –
parsknęła Aithne, urażona tym nagłym atakiem na jej osobę.
– To się
przymknij, kobieto – poprosił nieco zdesperowany myśliwy, znów wyciągając
Aidana z niedużej grupki mężczyzn, w którą się biedak zaplątał. – Kupię ci
smycz – westchnął nad dzieciakiem.
– Daleko
jeszcze? – zainteresował się sponiewierany uczeń, znów zawiesiwszy uważne
spojrzenie na Leanelle, przez co prawie zderzył się z kobietą.
Zaraz
pochłonęło go solenne przepraszanie damy oraz zapewnianie, że zwyczajnie się
zagapił, dlatego Caleb interweniował ponownie – złapał podopiecznego za łokieć
i przerwał mu w pół rozmowy, zwyczajnie porywając sprzed oblicza zdumionej
nieznajomej.
– To tutaj –
uznał pewnie Cador, zatrzymując się niespodziewanie i zawieszając spojrzenie na
jednym z szyldów.
Tym
brudniejszym.
Leanelle
przeniosła pełen powątpiewania wzrok na gospodę, ale, wbrew wszelkim obawom,
sprawiała ona wrażenie dość przytulnej, choć skromnej.
Obrońca
obejrzał się na swoich towarzyszy i posłał im pogodny uśmiech, by po chwili,
nie czekając na reakcję, pchnąć drzwi przybytku i wejść do sali. Wszyscy
podążyli jego śladem, mniej lub bardziej chętnie.
W środku było
przede wszystkim... niewiele. Niewiele miejsca, niewiele ław i stołów, niewiele
trunków na półce i niewielu – no, bo aż jeden – gości. Mimo tego wnętrze
wydawało się stosunkowo czyste; pachnące gotującym się w kuchni rosołem i
robiące dość dobre pierwsze wrażenie.
Właściciel
przybytku stał za ladą i zapamiętale wycierał szmatką kufle, lecz gdy tylko
zauważył nowoprzybyłych, posłał w ich stronę wiarygodny, sympatyczny uśmiech.
Leanelle zmrużyła fiołkowe oczy, zaniepokojona całą sytuacją, jednak
nieoficjalny przywódca drużyny wykazał się dużo większym entuzjazmem i już
podchodził do szynku, by wdać się z
mężczyzną w miłą pogawędkę.
Gdy po chwili
Cador do nich wrócił – bo jakoś nikt nie zdecydował się pójść za nim i wszyscy
jak te osły czekali pod ścianą – uśmiechał się z zadowoleniem.
– No,
załatwione – uznał, pokazując towarzyszom dwa nieduże klucze, jakie otrzymał.
– To chodźmy,
zanim nasze szczeniątko się znowu zgubi – postanowił Caleb, poprawiając torbę
na ramieniu, i ruchem ręki zaprosił panie, by poszły przodem.
– Szczeniątko?
– powtórzył zaskoczony Aidan i uniósł wysoko brwi, patrząc na myśliwego
podejrzliwie.
– Ty,
pierdoło, ja pierdolę – sarknęła Aithne, wywróciła oczami, zgromiła Caleba
spojrzeniem, tak na wszelki wypadek, i podreptała we wskazaną stronę, łypiąc
podejrzliwie na jedynego gościa w przybytku.
– Postaraj się
nie rzucić w niego krzesłem! – zawołał za nią myśliwy, już uraczony opowieścią
o spotkaniu Cadora z Aithne.
Upadła w
odpowiedzi zaprezentowała środkowy palec, co wywołało na ustach Caleba
triumfalny, bardzo zadowolony uśmiech.
Cador parsknął
śmiechem, ale udało mu się zakamuflować to pod postacią kaszlnięcia. Jeszcze by
mu jakaś upadła przyłożyła, nie chciał tu bójki ani plucia jadem.
Leanelle
chwilę się wahała, jakby miała nadzieję, że zwłoka ją od tego wszystkiego
uratuje. Potem przypomniała sobie, że gdyby była tu Anabde, natychmiast
zganiłaby ją za słabość. Nie lubiła być słaba.
Uniosła lekko
brodę, nieświadomie naśladując opiekunkę, po czym ruszyła śladem Aithne,
starając się zapomnieć o towarzystwie idących za nią mężczyzn.
W gospodzie
było tylko kilka pokoi gościnnych, może z pięć. Cador włożył klucz do zamka
pierwszych drzwi po lewej, przekręcił, otworzył i zajrzał do środka.
Natychmiast wycofał się i skinął głową do wnętrza pomieszczenia, jednocześnie
patrząc na Aithne. Nauczył się omijać spojrzeniem Leanelle, którą wyraźnie to
peszyło.
– To chyba
wasz – powiedział, uniósł kącik ust w lekkim uśmiechu i natychmiast
zainteresował się następnymi drzwiami.
Właśnie wtedy
do Leanelle dotarła groza sytuacji.
Wytrzeszczyła
oczy, zerkając niepewnie to na Cadora, to na Aithne, to na otwarte drzwi, potem
zamrugała intensywnie i ledwie powstrzymała się od wycofania. ONA MA MIESZKAĆ Z
AITHNE? Tylko z Aithne? Sama z Aithne? Tak sam na sam?
– Zginę –
mruknęła do siebie cichuteńko, tak, by broń Silthe upadła tego nie usłyszała.
Hessan
zainteresował się jej wypowiedzią i przechylił łebek, ale nie doczekał się od
pańci wyjaśnień. Wyczuwszy jej zdenerwowanie, postawił ogon na sztorc i zaczął
się rozglądać dookoła w poszukiwaniu delikwenta, który mógł tak ukochaną
Leanelle przestraszyć. Dla zasady wyszczerzył kły w stronę Aidana, bo biedak
stał najbliżej; z pyszczka smoka dobiegł niski warkot.
W tym samym
czasie Cador uporał się z sąsiednimi drzwiami (zamek nie chciał współpracować,
ale wreszcie obrońcy udało się wygrać to starcie). Wszedł do środka, rozejrzał
się uważnie i uśmiechnął z zadowoleniem. Ciasno, ale całkiem przytulnie.
Caleb zgarnął
Aidana, który trochę zagapił się na smoka – bądź też na jego właścicielkę,
myśliwy wspaniałomyślnie nie wnikał – i podążył śladem przyjaciela, raz tylko,
przed wejściem do pokoju, obejrzawszy się na panie, jakby nagle trochę się
zmartwił.
Nie wyglądało
jednak na to, by Aithne zamierzała dokonać mordu. Potwór potworem, stereotypy
stereotypami, upadła mimo wszystko była profesjonalistką. Robota to robota, nie
ma co szaleć czy wybrzydzać.
Dlatego
wmaszerowała do ich tymczasowego lokum raźnym krokiem, rzuciła torbę na środek
pokoju i w pierwszej kolejności zainteresowała się oknem, pozwalając Leanelle
wybrać łóżko, które bardziej jej odpowiada.
To wcale
szatynki nie uspokoiło; nadal spięta weszła do pokoju i przysiadła na
najbliższym łóżku. Hessan zeskoczył z jej ramienia, umościł się na pościeli,
zwinął w kłębek i postanowił jak najszybciej zapaść w drzemkę; ten to ma
dobrze, jak jest źle, to on idzie spać.
Leanelle
musiała odetchnąć głęboko i parę razy powtórzyć sobie w myślach, że da radę,
nim zabrała się za rozpakowywanie swoich rzeczy.
Czy oni mieli plan
działania? Umówili się na zbiórkę? Była tego ciekawa, ale nie chciała pytać.
U panów było
dużo spokojniej. Cador zdążył już rozłożyć w najrozmaitszych miejscach – i na
widoku, i w kryjówkach – broń, której tego dnia nie będzie potrzebował, rzucić
torbę na łóżko, mniej więcej się rozpakować i uznać, że już się napracował.
Usiadł na
jedynym krześle, jakie było w pokoju, skrzyżował wyciągnięte do przodu nogi w
kostkach i zerknął na swojego nieporadnego ucznia. Przeanalizował wydarzenia
ostatnich chwil i uznał, że Aidan z pewnością nie zauważył, gdzie Cador kładzie
swoje rzeczy.
– Masz dwie
minuty, żeby znaleźć sztylet z wilkiem na rękojeści – poinformował go głosem
pozbawionym emocji.
Lubił
zaskakiwać zadaniami.
Caleb uniósł
głowę, w pierwszej chwili myśląc, że przyjaciel mówił do niego; właśnie
zamierzał go serdecznie wyśmiać, wyliczając wszystkie kryjówki obrońcy, ale
dostrzegł, że słowa Reamonna skierowane były do Aidana. Zaciekawiony usiadł na
swoim łóżku, ściągnąwszy z ramion pstrokaty płaszcz i złożywszy go na materacu.
Nie
rozpakowywał się, tylko postawił skórzaną torbę przy nodze mebla, by pozostała
w zasięgu jego rąk. Potem przeniósł wzrok na zdumionego dzieciaka, uśmiechając
się kącikiem ust, kiedy obserwował tę dezorientację.
Aidan rozejrzał
się lekko spanikowany dokoła, jakby podejrzewał, że sztylet wyskoczy z kryjówki
i mu pomacha. Sapnął, odetchnął, spróbował się rozluźnić i raz jeszcze
przesunął wzrokiem po pomieszczeniu, tym razem jednak bardziej skupiony.
– Spróbuj
taktyki „jestem sztyletem”, podobno działa – nie wytrzymał myśliwy, uśmiechając
się złośliwie do biedaka.
Aidan wykazał
się minimalną samokontrolą, bo nie zareagował na zaczepkę, dalej analizując
otoczenie w maksymalnym skupieniu. Caleb skinął nieznacznie głową, wyrażając aprobatę
dla tego akurat zachowania.
Cador
uśmiechnął się kącikiem ust, również zadowolony z takiej reakcji swego ucznia,
po czym przymrużył oczy, przyglądając się mu uważniej. Nie pomagał Aidanowi,
nie reagował w żaden sposób na jego działania, by nie zdradzić, gdzie ma się
kierować. Zadanie było łatwiejsze niż mógł się chłopak spodziewać, ciekawe
tylko, czy zda sobie z tego sprawę.
Nieszczęsny
westchnął wreszcie ciężko i ruszył dokoła pokoju, by dotrzeć do szafy. Nie
zajrzał jednak do środka, sprawdził najpierw za nią, pod nią, nad nią, cmoknął
zirytowany i na kilka sekund usiadł. Caleb, obserwując jego poczynania, nie
mógł wyjść z podziwu nad talentem tego dzieciaka do utrudniania sobie życia.
Następnie
Aidan przeczołgał się pod wszystkimi łóżkami w pomieszczeniu, wlazł na parapet
i prawie wypadł przez okno, ale myśliwy złapał go za pasek spodni i wciągnął do
środka, zauważając, że samobójstwo niewiele tu pomoże.
Zatem biedny
uczeń tylko stęknął zdruzgotany i ruszył na dalsze poszukiwania, nie wierząc w
swojego pecha. Jeszcze sobie pod jednym z tych cholernych łóżek guza nabił,
cudownie.
Im dłużej
trwały poszukiwania, tym bardziej zmarszczone było czoło pana nauczyciela. Całe
szczęście, był on mentorem cierpliwym i wyrozumiałym, dlatego nie wyglądał na
złego i zrezygnowanego, gdy doszedł do wniosku, że dalsze czekanie na efekt nie
ma sensu.
– Aidan, stań
na środku pokoju – powiedział spokojnym, wręcz monotonnym głosem, nie ruszając
się ze swojego miejsca.
Chłopak
patrzy, a nie widzi, to jego podstawowy problem.
Dzieciak
posłusznie wykonał polecenie, oddychając trochę zbyt ciężko, jakby przebiegł co
najmniej kilkumilowy odcinek drogi. Spojrzał na nauczyciela zmartwiony,
doskonale wiedząc, że dał ciała, ale kurczę, Cador posiadał tyle sztyletów,
skąd miał wiedzieć, gdzie chował akurat tego z wilczą głową czy cokolwiek?
– Czarno to
widzę – zawyrokował Caleb i wyjął z drugiej torby, tym razem podróżnej,
kończony właśnie strój.
Ze swojego
skórzanego skarbu dobył zestaw do szycia i powrócił do nie do końca męskiej
pracy, tracąc zainteresowanie młodym uczniem przyjaciela.
– Nie odzywaj
się, szwaczko – poprosił rozbawionym głosem Cador, na krótką chwilę zerkając na
Caleba.
Zaraz jednak
wrócił zainteresowaniem do ucznia; przymrużył oczy, chwilę przyglądając mu się
bez słowa.
– Zawsze o tym
zapominasz – poinformował go wreszcie, a w użytym przez niego tonie dało się
wyczuć znużenie. – To ma być nawyk. Gdy wchodzisz do jakiegoś pomieszczenia,
gdy coś się dzieje, gdy otrzymujesz zadanie, za każdym razem najpierw
sprawdzasz otoczenie. Nie zajmuj się od razu celem, najpierw poznaj, co cię
otacza, wyszukuj zagrożeń, zapamiętuj każdy szczegół – pouczył go.
Wreszcie wstał
ze swojego krzesła i przespacerował się po pokoju, by zatrzymać się naprzeciwko
ucznia. Założył dłonie na plecach i spojrzał na Aidana z góry, by dobrze
widzieć, jak wykonuje zadanie.
– Zacznij od
początku. Kiedy skupiasz się na konkretnym obrazie, przestajesz widzieć;
zapomnij o sztylecie i rozejrzyj się dookoła – powiedział, cofając się o pół
kroku.
Caleb wzruszył
tylko ramionami, nie dzieląc się uwagą, że on na miejscu Cadora już trzy razy
by przegonił dzieciaka po lesie poszczutego kochaną Shilą. Myśliwy uważał, że
jeśli powiedział coś raz, to powinno to być zapamiętane, zwłaszcza kiedy chodzi
o naukę. Z dziadkiem nie miał tak dobrze, przy nim musiał zapamiętywać nawet
to, czego nigdy mu nie powiedziano, to nazywała się sztuka!
Aidan krótko
zabił Caleba wzrokiem, a potem znów spojrzał na Cadora, odetchnął głęboko i
skinął głową. Na kilka chwil zamknął oczy, wyciszając się i próbując zapomnieć
o swoim zadaniu, po czym uchylił powieki i rozejrzał się dokoła, analizując.
Przynajmniej się starał analizować i nie dać się rozproszyć nieistotnym
szczegółom, które niekiedy potrafiły całkowicie go pochłonąć.
I tak wędrując
spojrzeniem po całym pokoju, dotarł wreszcie do stołu. Niebieskie oczy chłopaka
zrobiły się okrągłe ze zdumienia, a potem zostały przysłonięte dłonią, która z
plaśnięciem uderzyła w czoło biedaka.
– Nie
dramatyzuj, tylko szesnaście minut i czterdzieści cztery sekundy go szukałeś –
odezwał się protekcjonalnym tonem Caleb, nie odrywając wzroku od robótki ręcznej.
Cador
uśmiechnął się znów kącikiem ust, ale już nic nie powiedział. Podszedł do
stołu, wziął swój sztylet, schował go do leżącej obok pochwy i przypiął do
pasa.
Zaczął się
zastanawiać nad kolejnym zadaniem dla ucznia, jednak jego myśli szybko
powędrowały gdzie indziej – na dobry początek wpadło mu do głowy, czy nie
trzeba iść Leanelle na ratunek. Nie wyglądała na szczęśliwą z dzielenia pokoju
z Aithne.
Dokładnie w
tej samej chwili zza ściany dobiegł mężczyzn potężny huk. Cador drgnął, przeklął
swoją cholerną intuicję i ruszył do drzwi, gdy coś go zatrzymało.
– KURWA,
HESSAN – padło po momencie, głośno i dosadnie.
No tak, tego
można się było spodziewać.
Aidan poderwał
się z miejsca i skoczył za Cadorem jak oparzony, jakby uznał, że może uratować
sytuację, nauczyciela, Leanelle, a może nawet smoka. Kolejne przekleństwa,
jakie stamtąd dobiegły, a także wściekły warkot Aithne utwierdziły stoicko
spokojnego Caleba w tym, że młody tylko wszystko pogorszył.
Myśliwy
jeszcze przez chwilę pracował nad strojem, kiedy jednak usłyszał przestraszony
pisk Leanelle, uznał, że zamieszanie zrobiło się za duże, żeby tu siedział.
Dlatego odłożył pracę, podniósł się i przeszedł energicznym krokiem do pokoju
pań, zastanawiając się, co też tam zastanie.
Aidan musiał
potknąć się o wywrócone krzesło, przez co potrącił Leanelle i teraz legł jak
długi na podłodze tuż u stóp Aithne. Upadła wyglądała tak, jakby nie wiedziała,
kogo pierwszego zabić, Cador natomiast szarpał się z żądnym krwi smokiem.
Caleb
zatrzymał się w progu, przyglądając się zamieszeniu z uprzejmym
zainteresowaniem.
– Jednej
wykałaczki nie umiesz znaleźć, a rzucasz się na pomoc damom w opałach –
życzliwie skrytykował Aidana myśliwy i sprawnie podniósł krzesło.
Cador nawet
nie zwrócił uwagi na nadejście przyjaciela, usilnie próbując przekonać Hessana,
by nie wydrapywał mu oczu. Smok chyba nadal pamiętał swój udział w tamtej bójce
z Sheridanem i pragnął zemsty; przynajmniej takie obrońca odniósł wrażenie, bo
stworzonko zareagowało, gdy tylko pojawił się w progu.
Leanelle
usiłowała opanować drżenie ciała, spoglądając na Aidana rozszerzonymi ze
strachu oczami. Wiedziała, że nie chciał jej dotknąć i wpadł na nią
przypadkiem, ale ta świadomość nie pomagała; pozbieranie się po
niespodziewanym, niechcianym dotyku zajęło jej dłuższą chwilę. Musiała uspokoić
bicie rozszalałego serca, odetchnąć parę razy głęboko i przekonać samą siebie,
że nic jej nie grozi. Że nie ma tu jej kata. Że po nią nie przyszedł, że tylko
przypadkiem dotknął jej Aidan, nic wielkiego.
Nie pomagało,
zareagowała dopiero, gdy Cador głośnym warknięciem poinformował świat, że
jakieś „pierdolone smoczysko” zaraz pozbawi go gałki ocznej.
Przełknęła
ślinę, jeszcze raz powtórzyła, że jest bezpieczna i zawzięła się w sobie; już
po chwili była na nogach i wpatrywała się w miotającego się Hessana z ponurą
determinacją.
– Rzucisz go w
moją stronę? – poprosiła nad wyraz spokojnie.
Jej opanowanie
sprawiło, że Cador w pierwszym odruchu zmiażdżył ją spojrzeniem; potem doszedł
do wniosku, że może dziewczyna wie, co mówi, więc wykonał polecenie. Cisnął
gadem przez pokój z niewyobrażalną satysfakcją.
Smok rozłożył
w locie skrzydła i już miał zawinąć, by wrócić do swej ofiary, gdy ktoś silnie
szarpnął go za ogon. Zajęczał, gdy jego pańcia chwyciła niedelikatnie jego
łebek i zmusiła go do spojrzenia jej w oczy. Nagle spotulniał i zaczął cichutko
mruczeć, z nadzieją, że pańcia nie będzie zła.
A pańcia była
wściekła, bo to wszystko to wina głupiego smoka.
Aithne w końcu
przestąpiła nad Aidanem i wróciła na swoje łóżko, zdegustowana całym tym
zajściem. Jeśli Leanelle nie była szczęśliwa z towarzystwa to, jak widać,
upadła też. Praktycznie odseparowano ją od wszystkich, którym bezgranicznie
ufała, i jeszcze zrzucono na barki odpowiedzialność za marudną panikarę.
Łypnęła ponuro
na Aidana i zastanowiła się, co by się stało, gdyby ściągnęła broszkę, machnęła
skrzydłami, a pęd powietrza cisnął nieostrożnym chłopakiem o ścianę.
– Rany, co za
zniszczenia – zawyrokował Caleb, chodząc dokoła pokoju i zbierając wszystko, co
zostało upuszczone.
Zerwany ze
ściany gwóźdź, na którym wisiał obrazek, nawet przybił, wyciągnąwszy ze
skórzanej torby (tak, zabrał ją ze sobą) kamień – posłużył mu za młotek. Potem
wrócił w okolice Cadora i przyjrzał się zadrapaniom na jego jestestwie.
– Mogę
opatrzyć ci to ja albo trafisz w łapy podłej wiedźmy – stwierdził fachowym
tonem, przymrużając oczy.
Aidan podniósł
się z ziemi, nerwowo przepraszając powietrze, gdzie przed chwilą stała
Leanelle. Ponieważ już jej tam nie było, obrócił się dokoła, szukając jej
wzrokiem.
– Trudna
decyzja – mruknął kwaśno Cador, wspominając dość niedelikatne metody leczenia,
jakimi posługiwała się jego ukochana.
Obdarzył
czujnym, badawczym spojrzeniem najpierw dwie ewidentnie wkurzone panie, a
później swego ucznia, by na koniec westchnąć ciężko.
– Zbieraj się,
młody, wracamy do pokoju – zawyrokował, chcąc oszczędzić towarzyszkom kolejnych
kłopotów z jego podopiecznym w roli głównej.
A później, nie
czekając na chłopaka, wyszedł z pokoju.
Pieprzone
smoczysko.
– Jesteś
pewna, że to dobry pomysł? – mruknął Errian, wchodząc za Ariene do dość
elegancko urządzonej karczmy.
Rozejrzał się
po urokliwym, czystym wnętrzu, przesunął wzrokiem po zebranych przy stolikach
gościach z wyższych sfer, odetchnął przyjemnym, kwiatowym zapachem.
Przekraczając próg przybytku, uświadomił sobie, że już zupełnie do tego typu
miejsc nie pasuje. Odzwyczaił się od nich, a one odzwyczaiły się od niego –
zabawne, a niby taki szlachcic i w ogóle.
– Jestem pewna
– powtórzyła cierpliwie wiedźma, przystając, by zaczekać na pozostałych. – Nic
nikomu się nie stanie – dodała rozbawiona i uśmiechnęła się znacząco do młodego
maga.
– Czy ja
wyglądam na zmartwionego? – prychnął od razu, krzywiąc się z niezadowoleniem. –
Zejdź mi z oczu – poprosił wreszcie, kiedy uśmieszek Ariene stał się jeszcze
bardziej znaczący.
– Tak jest,
panie – odparła radośnie i ruszyła energicznie do lady, zostawiając za sobą
Erriana oraz wchodzących do środka Sheridana i Anabde.
– Źle się tu
czuję – zwrócił się do przyjaciela młody mag, kiedy dostrzegł obok siebie
wysokiego łowcę.
– Biedna,
marna istoto – ulitował się nad nim Sheridan, posławszy bardzo krytyczne
spojrzenie.
Potem obrócił
się lekko, by widzieć Anabde.
– Idź do tej
wiedźmy, dobrze by było, gdybyście zarezerwowały ten pokój razem – mruknął,
przesuwając się o krok w bok, żeby nekromantka mogła między nim a Errianem
przejść.
– A masz pieniądze
na nasz pokój? – zainteresował się młody mag, uzmysłowiwszy sobie, że, jak na
ubogiego szlachcica przystało, ubogi był w stopniu wystarczająco wysokim.
– Zawsze mam
pieniądze – uspokoił go niedbale łowca, wzruszając ramionami.
Errian posłał
mu bardzo krytyczne spojrzenie, co Sheridan zignorował dla dobra młodego maga.
Chociaż obaj wiedzieli, że tego typu starcia ostatnimi czasy wygrywał jednak
panicz Souen – i żaden też nie mógł zrozumieć, jak to się działo.
Anabde posłała
łowcy bardzo niezadowolone spojrzenie – jeszcze tego brakowało, żeby jej mówił,
co ma robić! – ale jako że w jego słowach było sporo racji, odpuściła sobie
prychanie i ruszyła w stronę Ariene.
Zdecydowanie
podobała jej się zmiana lokum. Raz, że nie przywykła do mieszkania z większą
grupą, a smok Leanelle potrafił być wyjątkowo upierdliwy; dwa, miała już dość
tandetnych karczm i wołających o pomstę do nieba noclegów, skoro stać ją było
na coś lepszego.
Pobłądziła po
wnętrzu pomieszczenia usatysfakcjonowanym spojrzeniem; czysto, schludnie,
ładnie i pachnąco, a przede wszystkim stojące za właścicielem przybytku butelki
wina obiecywały miłą odmianę po szczynach serwowanych w innych gospodach.
Zatrzymała się
koło wiedźmy i zawiesiła badawcze spojrzenie na jej rozmówcy, unosząc nieznacznie
brodę. Mężczyzna poświecił chwilę na krótkie zerknięcie w stronę nekromantki,
ale zaraz wrócił zainteresowaniem do Ariene, ochoczo jej potakując.
– Oczywiście,
oczywiście, mam doskonały pokój dla pań! I cena nie taka wysoka, no naprawdę, w
porównaniu do konkurencji to w ogóle bezcen! A naprawdę warto, mówię paniom,
tak miękkich łóżek jak u nas to w całym Lostarze szukać! – zachwycał się miłym,
zdaniem Anabde nieco zbyt entuzjastycznym głosem.
– No dobrze,
ale ile wynosi ta niezwykle atrakcyjna cena? – przerwała mu, gdy radosne
trajkotanie zaczęło ją już denerwować.
Spojrzał na
nią i zamarł, zaskoczony ostrością jej spojrzenia. Ta druga dama była
zdecydowanie sympatyczniejsza!
– Jeden
złotnik za noc – odpowiedział rzeczowo, jak na profesjonalistę przystało nie
tracąc pogody ducha i nie gubiąc przyjaznego uśmiechu.
Anabde
pokiwała głową, udając, że się zastanawia; tak naprawdę decyzja była już
przecież podjęta, ale tego mężczyzna nie mógł wiedzieć.
– Co o tym
myślisz? – zapytała pełnym powątpiewania tonem, obracając głowę do swojej
towarzyszki.
Ariene
westchnęła, jakby zaskoczona usłyszaną ceną, ale trudno było orzec, w którą
stronę jej zaskoczenie się odnosiło. Odwzajemniła spojrzenie Anabde,
przymrużając oczy w udawanym zastanowieniu.
Tak naprawdę
zdumiała ją kwota. Prawdę mówiąc, by mieszkać w takiej gospodzie, musiałaby
dostawać regularne zlecenia z najwyższej półki, co graniczyło z niemożliwym,
ale przecież nikt o tym nie wiedział. A już zwłaszcza karczmarz.
Dlatego
przywołała na usta najładniejszy uśmiech i przekrzywiła urokliwie głowę.
– No cóż,
wydaje mi się, że propozycja jest uczciwa – stwierdziła, odpowiadając tym samym
na pytanie Anabde, i sięgnęła do sakiewki.
Wszystko
dokładnie obliczyła i w wieczór balu będą bez grosza przy duszy. Musieli nieźle
się wykosztować, by zapewnić elementy potrzebne do wykonania zadania, ale, na
szczęście, część z nich nadal brała drobne zlecenia lub dysponowała rodzinnym
majątkiem.
Ona sama –
porzucając żebranie, choć szło jej dobrze – czasami wychodziła na ulicę i
bezwstydnie oraz z onieśmielającą wprawą podwędzała ludziom sakiewki, a co.
– Proszę –
mruknęła, podsuwając mężczyźnie odliczoną do daty balu kwotę za pobyt w gospodzie.
Mężczyzna
spojrzał na monety z pewnym powątpiewaniem, mimo wszystko zaskoczony ich
ilością – pewien był, iż panienki będzie stać na jedną, góra dwie noce w jego
lokalu. Kultura zabraniała mu jednak sprawdzenia ich prawdziwości, ocenił je
średnio wprawnym okiem i uznał, że chyba nie są fałszywe – to musiało mu
wystarczyć.
Przeliczył je
szybko, w myślach powiedział sobie, ile dni to wychodzi, po czym rozciągnął
wydęte usta w szerokim uśmiechu.
– Jakże się
cieszę, że miłe panienki będą u mnie tyle dni gościć! Naprawdę, naprawdę, toż
to zaszczyt – zachwycił się tak bardzo, że aż można mu było uwierzyć.
Zaraz zniknął
pod ladą, spod której dobiegł Ariene i Anabde szczęk przebieranych kluczy; gdy
mężczyzna znów pojawił się na widoku, jeden z nich, mosiężny, trzymał w
potężnej dłoni.
– Tam już jest
wszystko przygotowane, proszę dam, nic, tylko się rozgościć! Pomóc panienkom z
bagażami? – zainteresował się uprzejmie, podając klucz Ariene.
Do tej miał
zdecydowanie więcej zaufania niż do rudej, rudej źle z oczu patrzyło.
– Poradzimy
sobie – odpowiedziała mu chłodno Anabde, nie pozwalając koleżance dojść do
głosu.
Jeszcze by go,
bójcie się bogowie, faktycznie poprosiła o pomocną dłoń; tej sztucznej radości
nekromantka nie mogłaby znieść ani chwili dłużej.
Odwróciła się
energicznie i równie żwawo ruszyła w stronę ciągnącego się za ladą korytarza,
zerkając tylko przez ramię na Ariene.
Wiedźma
posłała karczmarzowi urokliwy uśmiech, skinęła z wdzięcznością głową i podążyła
śladem Anabde, ledwie zerknąwszy na panów. Oni też w tym momencie ruszyli do
lady – Errian wysforował się trochę na przód, wyraźnie planując pertraktować z
gospodarzem. Najwyraźniej Sheridan miał tylko płacić. To chyba najlepsza
taktyka.
Ariene
dogoniła nekromantkę energicznym krokiem, poprawiła trzymaną torbę i przyjrzała
się ładnie udekorowanemu korytarzowi, który nadawał przybytkowi jeszcze więcej
wrażenia swojskości.
– Który pokój?
– zainteresowała się pod nosem, próbując przesunąć palcami klucz tak, by
sięgnąć po drewniany breloczek.
Anabde
zatrzymała się przed pierwszymi drzwiami, po czym zerknęła z ukosa na wiedźmę.
Tej wyraźnie nie spieszyło się z odczytywaniem numerka, toteż Anabde westchnęła
męczeńsko, wyjęła koleżance klucz z ręki, odczytała cyfrę wyrytą na breloku i
ruszyła dalej korytarzem.
Nie miała
zamiaru czekać na Ariene. Zaprzestała marszu dopiero wtedy, gdy znalazła się
pod odpowiednim pokojem; przekręciła kluczyk w zamku i obejrzała się na
koleżankę, nim weszła do środka.
Wbrew jej
obawom, w pokoju nie było ani przepychu, ani kretyńskich falbanek czy innych
ozdóbek, ani rażących kolorów. Pomieszczenie zostało gustownie urządzone,
drewniane meble ładnie wyrzeźbione, całość utrzymana w stonowanych odcieniach
brązu i beżu.
Anabde
rozejrzała się dookoła z mimowolnym uśmiechem, odetchnęła przyjemnym, kwiatowym
zapachem i uznała, że tego właśnie jej brakowało. Podeszła do stołu, by położyć
na nim swoją torbę, po czym, odwracając się w stronę wchodzącej właśnie Ariene,
zaczęła wiązać gęste włosy w niedbały kok.
– Wybierz sobie
łóżko – zaproponowała swobodnie, bo jej tam było wszystko jedno.
Sama usiadła
na jednym z krzeseł, założyła nogę na nogę i sięgnęła po przygotowany dzban
wody, by przelać część zawartości do szklanki.
– Jedyne, o
czym marzę, to kąpiel – mruknęła ot tak, zaraz popijając swoje słowa
krystalicznie czystą wodą.
– Droga wolna
– stwierdziła w odpowiedzi Ariene, uśmiechając się i zamykając za sobą drzwi,
kiedy tylko przekroczyła próg.
Rozejrzała się
po pokoju nieco podejrzliwie, jakby uważała, że skoro wszystko jest takie
piękne i prawie idealne, to na pewno kryje się tu gdzieś haczyk. Zaraz jednak
się rozluźniła, rzuciła torbę na łóżko najbliżej okna i odetchnęła,
przymrużając oczy z zadowoleniem.
No dobrze,
można było przywyknąć do luksusu. Wyjrzała na ulicę, przyjrzała się
przechodniom, potem usiadła na skraju materaca i poprawiła kilka kosmyków
włosów, które uciekły spod wstążki.
– Mam
nadzieję, że Errian i Sheridan poradzą sobie z wynajmowaniem pokoju – mruknęła
bardziej do siebie, zorientowawszy się nieco za późno, że Anabde nie ma ochoty
z nią rozmawiać. – O ile Sher się nie odezwał… – dodała rozbawiona i
zachichotała mimowolnie, prostując z zadowoleniem nogi.
Anabde odstawiła
szklankę na stół i wstała z zamiarem znalezienia czegoś, w co mogłaby się
przebrać po kąpieli. Na słowa Ariene zatrzymała się, uniosła głowę i spojrzała
na wiedźmę z wyraźnie rozbawionym uśmiechem.
– Errian jakoś
nad nim panuje – odpowiedziała spokojnie; potem, gdy przemyślała własne słowa,
zmarszczyła nieznacznie czoło.
No właśnie,
Errian nad nim panuje, a ona? Ona nawet nie wiedziała, co ją z nim łączy, to
wszystko nadal pozostawało bardzo dziwne.
Bądź co bądź w
tej chwili kąpiel była ważniejsza od rozmyślań na temat łowcy. Powróciła do
przekopywania zawartości skromnej torby, zastanawiając się, czy nie będzie
musiała wrócić się po jeden z pozostawionych w stajni tobołków. To nie byłoby
korzystne.
Ariene
pokiwała głową, przyznając Anabde rację, ale temat kochanego łowcy porzuciła. Z
przyczyn najróżniejszych, nad którymi nie rozmyślała zbyt długo.
Zamiast
troskać się relacjami w grupie i wszystkimi innymi rzeczami, zrzuciła buty z
nóg i rozłożyła się iście po królewsku – i trochę po męsku – na swoim łóżku.
– Dobra, dziś
bezkarnie robię za szlachtę – oznajmiła, krzyżując ręce pod głową i uśmiechając
się z błogością.
Tak naprawdę
nie miała pojęcia, jak spędzi dzień bez towarzystwa Cadora czy Caleba. Z
naciskiem na tego pierwszego, bo tak jakoś… Westchnęła, przymykając oczy. Ani z
kim się pokłócić, ani komu dokuczać, straszne. Może prześpi aż do balu, to
byłby dobry plan!
Anabde posłała
jej ostatni, dość pogodny uśmiech, nim obróciła się w stronę drzwi od łazienki.
– To ty
korzystaj, a ja się wykąpię. Wrócę za jakieś... – zawahała się na chwilę, po
czym uniosła kąciki ust wyżej. – Nie wiem. Długo.
Już po chwili
zniknęła za drzwiami.
Wonne olejki,
gorąca woda i ogólny wygląd pomieszczenia sprawiły, że słowa dotrzymała i w
pokoju pojawiła się dopiero po godzinie. Ale za to zrelaksowana, uczesana,
śliczna i pachnąca, więc nie miejmy jej tego za złe.
– To nie było…
to w ogóle nie było – mruknął zdegustowany Errian, wchodząc za Sheridanem do
korytarza z pokojami.
Łowca wzruszył
w odpowiedzi ramionami, nawet się na przyjaciela nie oglądając. Raźnym krokiem
szedł przed siebie, najwyraźniej doskonale wiedząc, które z zamkniętych drzwi
należą do przydzielonego im pomieszczenia. Młody mag zmarszczył czoło i wlepił
w plecy Przeklętego rozeźlone spojrzenie, nie zamierzając puścić wszystkiego
ot, w niepamięć.
Wynajmowanie
noclegu szło im bardzo dobrze. Wręcz doskonale. Errian cierpliwie słuchał
rozanielonego karczmarza – mężczyzna już dawno nie miał tak zadowalających
obrotów – czekając na konkrety, ale wtedy postanowił się wtrącić Sheridan. Jego
ogólna radość życia i uprzejmość do świata sprawiły, że przerażony właściciel
przybytku podał im drżącą ręką klucz i uciekł na zaplecze.
– Mam iść go
przeprosić? – spytał wreszcie zirytowany Sheridan, zatrzymując się przed
drzwiami ich pokoju, który znajdował się w drugiej części korytarza, za
zakrętem. – Może jeszcze kupić mu kwiatki?
– Nie –
parsknął niezadowolony Errian, powstrzymując się od brzydkiego skrzywienia. –
Wystarczyłoby, gdybyś czasami jednak mnie posłuchał. Facet prawie dostał
zawału, mógł nam nie wynająć pokoju – poinformował karcącym głosem mag.
– Jest zbyt
pazerny – zbył zmartwienie przyjaciela łowca, przekręcając klucz w zamku. – Nie
zniósłbym ani chwili dłużej tego bezsensownego paplania – wyjaśnił na swoje
usprawiedliwienie, gdy wzrok Erriana wcale nie złagodniał.
– Tak mi
ciebie żal – parsknął w odpowiedzi pan szlachcic i własnoręcznie nacisnął
klamkę, widząc, że Przeklęty strasznie się z tym guzdrze.
Pokój
prezentował się bardzo schludnie. Na wypastowanych deskach położono ładny,
ciemnobrązowy dywan, na nim ustawiono stolik z krzesłami. Przy przeciwległych
ścianach znalazły się jednoosobowe łóżka, przy każdym natomiast była nieduża
szafka nocna. Nieopodal wyjścia zawieszono nawet wieszak na ubrania, co
szczerze Erriana zaskoczyło. Tego udogodnienia życiowego już dawno nie widział,
prawie zapomniał, do czego to służy. Ostatecznie jednak skorzystał z luksusu,
czy raczej skorzystał jego płaszcz.
– Sympatycznie
– pochwalił lokum, przechodząc przez cały pokój raźnym krokiem do upatrzonego
łóżka.
Zasiadł na materacu
niczym pan i władca i odetchnął głęboko, zadowolony z chwili spokoju oraz
wytchnienia. Trochę będzie mu pusto bez całej grupy, ale przynajmniej znajdzie
się okazja do uporządkowania myśli.
– Ta, brakuje
tylko różowych poduszek – parsknął Sheridan, rzucając torbę oraz płaszcz na
wolne łóżko. – Albo poszewek w kwiatki.
Errian uniósł
brew, przypatrując się przyjacielowi z mocno sceptyczną miną. Poważnie
zastanowił się nad tym, czy ten facet kiedykolwiek był zadowolony z życia.
Obiektywnie rzecz oceniając, to chyba nie.
– Narzekasz na
czysty, wygodny, skromny, dość przytulny pokój? – spytał dla upewnienia,
kiwając z pełnym, chociaż kpiącym, zrozumieniem głową.
– Krytykuję –
poprawił przyjaciela, siadając na swoim łóżku i przypatrując się Errianowi z niechęcią.
– Mój błąd –
mruknął nieco zgryźliwie młody mag i sięgnął do torby, zaczynając w niej
zapamiętale grzebać. – A ten płaszcz to mógłbyś powiesić – dodał niezadowolony,
przenosząc wzrok na Sheridana.
– Mógłbym –
przytaknął mu łowca, układając się w pozycji pół leżącej, by oddać się
słodkiemu lenistwu.
– Zatem to
zrób – zaproponował nieznoszącym sprzeciwu głosem Errian, powracając do
przerwanego na chwilę zajęcia.
– Narzekasz –
zbagatelizował rozkaz mężczyzna z pewnym rozbawieniem, jakby świetnie się
bawił, denerwując przyjaciela.
– Krytykuję –
odparł bez mrugnięcia okiem, nawet nie unosząc głowy znad torby.
– Jaki się
wyszczekany zrobił – skomentował pod nosem Sheridan, krzywiąc się wymownie, ale
nie ruszył się, by polecenie przyjaciela wykonać.
Errian w końcu
wydobył z bagażu książkę, której tak zapamiętale szukał, otworzył ją na
zaznaczonej stronie i zmiażdżył łowcę spojrzeniem. Nie wywołało to oczekiwanych
skutków, co tylko młodego maga bardziej rozeźliło; błękitne oczy błysnęły
intensywniej, kiedy młodzieniec wpatrywał się w przyjaciela uważnie.
Silniejszy
podmuch wiatru szarpnął leżącym na materacu płaszczem i zarzucił go na głowę
Sheridana, przysłaniając mu ten piękny, boży świat, który właśnie podziwiał.
– Kurwa –
warknął łowca, zrywając z siebie materiał i odnajdując spojrzeniem Erriana;
jego mina wyrażała chęć brutalnego mordu na współlokatorze.
Młody mag
nawet nie drgnął pod ostrzałem tego wzroku, ze spokojem pogrążył się w
lekturze, jakby Sheridan przestał niniejszym istnieć. To Przeklętego najpierw
jeszcze bardziej rozjuszyło, by złość nagle ustąpiła miejsca niedowierzającemu
rozbawieniu.
Nie wiedział
kiedy ani jakim cudem ten chłystek nagle stał się na niego całkowicie odporny,
ale było to dość… niezwykłe. Zwłaszcza że jeśli już ktoś znajdował w sobie
odwagę, by go ignorować lub w ten sposób traktować, zwykle był po prostu
Przeklętym. Który też nie za długo żył z drugiej strony, ale fakt faktem.
Tymczasem
panicz Errian Souen najwyraźniej kpił sobie z niebezpieczeństwa.
– Ja pierdolę
– skomentował jeszcze, wziął ten zakichany płaszcz i ruszył do wieszaka, kręcąc
do samego siebie głową.
Zawiesił
odzienie na haczyku, obrócił się do Erriana i przyjrzał się młodemu magowi
uważniej, trochę zastanawiając się, czemu dogadał się z kimś takim.
Przed wyprawą
do Perrianu chłopak był o wiele bardziej nieporadny, zagubiony i przestraszony
w pewien sposób, poza tym w życiu nie znalazłby w sobie tyle pewności siebie,
co teraz. I jego nieskazitelne dobre maniery mogłyby dosłownie zabić.
To dobrze, że
się Souen zmienił. I dla siebie, i dla świata.
Chcę wartką akcję no! Znaczy, ja już chcę czytać o tym zdaniu noo ._. Albo o Ariene i Cadorze.
OdpowiedzUsuńOgółem, spółka Sher & Errian to dobra spółka (chociaż nie pod każdym względem XD)Zakichany płaszcz rządzi ^^
Errian zachowuje się jak moja mama.
Serio.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, że troszkę ewoluował (znaczy, jego charakter XD) od czasu Perrianu.
To teraz może porzucę temat Leanelle, a zacznę buczeć nad ponownym zwolnieniem tempa akcji? XD Ja wiem, że narzekam XD I niech zgadnę, w następnym rozdziale jeszcze o zadaniu nie będzie? XD
Kurde. Nie ma co komentować inu. Już się rozwodziłam nad każdym z osobna, a co do głównej fabuły... właściwie wszystko to zeszło na drugi plan przez wyrazistość bohaterów. To celowe, czy niecelowe? Właściwie, oprócz wspólnego podróżowania, budowania powiązań i dalszego podróżowania... no i wybuchów i pościgów od czasu do czasu...
... no dobra, znowu narzekam, ale ja zdążyłam sobie wyrobić opinię już tak gdzieś pięćdziesiąt rozdziałów temu XD Szykujecie jakieś niespodzianki, które nie dotyczą bohaterów, a świata przedstawionego?
No właśnie, ja chcę więcej tego świata (nie karczm i nie lasu, błagam)! I klimatu, bo chociaż uwielbiam wasze opisy, wasze postacie i magię, brakuje mi czegoś w stylu oryginalnych scenerii (nie las, nie miasto, a i o wulkany nie chodzi XDD) i przemyśleń bohaterów dotyczących nie tylko ich samych, ale także otoczenia, przeszłości, przyszłości... Mają tam w Lostarze jakieś uroczystości? Jakieś defilady? Jak z kulturą? Jak ze społeczeństwem? I ogółem, jak ma się władza, pomijając arystokrację?
Ustrój polityczny, jak ja kocham te tematy XD
Ogółem, mam taki ostatnio problem, że zawsze dwie godziny po przeczytaniu jakiegoś rozdziału nie mam pojęcia o czym był, ale wiem że pan X jest fajny ._.
Jeszcze chyba trochę cię zmęczę mało wartką akcją, wybacz xD
OdpowiedzUsuńHahaha, oni są cudowni xD I robią się coraz bardziej cudowni!
... Errian, przestań matkować :< xD
Nooo, zmienił się chłopak. Bo w domu go pozbawili pewności siebie, a tu proszę, pewność siebie wróciła ^^
Jeszcze nie. Bo jest parę kwestii, które usiłujemy jeszcze rozwiązać - ze dwa rozdziały bodajże i przechodzimy do sprawy xD
Tu aż oddzielę tekst od reszty komentarza, bo doskonale zdaję sobie sprawę, no ^^ Tak więc spieszę z wyjaśnieniem i pewnym pokajaniem się.
Kwestia postaci rzeczywiście jest dla nas bardzo ważna. Ponieważ przerzuciłyśmy się na samodzielność z forum, najpierw była wyrazistość bohaterów, potem dopiero świat. Przyznaję, że konstrukcję niniejszym zaczęłyśmy od dupy strony - najpierw pomysły na zadania i w ogóle przygody, dopiero potem zastanowienie, jak może wyglądać Lostar.
I to wszystko nadal się tworzy. Tak jakby... dobudowujemy to zagadnienie, które jest nam akurat potrzebne, i ten świat stopniowo się rozwija. Teraz mogłabym o nim mówić dość sporo, ale w tekście też się to zaczyna pojawiać. Prawdę mówiąc - właśnie od momentu balu. Zaczyna się od waluty, a potem przez pewne zwyczaje szlachty, i wio dalej xD
Staram się na to zwracać coraz większą uwagę, bo Lostar wychodzi na naprawdę rozbudowany, złożony świat. I w gruncie rzeczy do niemal każdego zagadnienia z twojego pytania prędzej czy później docieramy - władza się pojawi, gdzieś na pewno zjawi się rozmowa o trójpodziale szlachty, że tak ładnie nazwę, na każdą część, znaczy się tom, przypada przynajmniej jedno święto (tak, tu też będzie jedno xD), mamy już mniej więcej ogarniętą religię, jak wyglądają śluby, przymierzałam się do opracowania jeszcze jednego święta.
Co do ustroju politycznego - na ten moment mamy władzę absolutną, która utrzyma się długo. W trzecim tomie dopiero szykuje się pewien przewrót, ale no xD
I z tą szlachtą - jak zajrzysz do bohaterów, dostrzeżesz drobne zmiany przy nazwiskach. Bo rodowe nazwiska są posegregowane ważnością przedrostkami, z czego wynika:
de to szlachta mniejsza;
von to szlachta średnia;
li' to szlachta wysoka.
To chyba wszystko na ten moment. Najpierw całe Granice traktowałyśmy mocno jako zabawę bez zobowiązań, dlatego to wszystko jest wprowadzane jakoś tak z dupy. Ale obie zaczynamy kłaść na świat większy nacisk, bo na ten moment jest już mocno zarysowany ^^ Tylko mapka jeszcze niekompletna, cholera xD