środa, 2 stycznia 2013

59. Psychopata



Wieczór był urokliwy, ciepły oraz cichy. Zapomniała już, że miasto może być tak przyjemne; widok ciągłego zgiełku oraz nieustającego ruchu ją przytłaczał. Teraz jednak odetchnęła z ulgą, przymykając oczy.
Gdyby chciała wtopić się w tłum i zniknąć z pola widzenia przechodniów, mogłoby okazać się to trudne. Ale nie zamierzała nigdzie znikać, idąc niespiesznym krokiem po ulicy prowadzącej na targ.
Na początku czuła się trochę nieswojo, kiedy opuszczała karczmę w towarzystwie Cadora, a nie przyświecał im żaden konkretny cel. To znaczy cel przyświecił jej Caleb, widząc, że wychodzą – kiedy obrońca nie patrzył, szepnął, żeby kupiła mu trochę więcej „tej miękkiej śliwkowej tkaniny”.
Był chyba pierwszym mężczyzną, który rozróżniał różne odcienie danego koloru, czym ją zaskoczył. Ale skoro podjął się zaprojektowania oraz uszycia im przebrań na bal…
Wsunęła rękę do kieszeni spodni i, przesuwając palcami monety, jeszcze raz policzyła w myślach, ile posiadała pieniędzy. Spłoszona zorientowała się, że coś musiało jej umknąć – brakowało osiemdziesięciu srebrników do kwoty, jaką powinna dać za potrzebny Calebowi materiał. Wytrzeszczyła zdumiona oczy.
– O cholera – wydusiła, zatrzymując się gwałtownie na szerzej rozstawionych nogach.
Niczego Cadorowi nie brakowało. Ciepło, przyjemnie, miło, bez kłopotów i zmartwień, a przede wszystkim – była tu ona.
To Ariene sprawiała, że czuł się dziwnie zrelaksowany; mógł zwyczajnie iść spacerkiem z dłońmi schowanymi w kieszeniach i półprzymkniętymi oczami, rozkoszując się nagle świeżym powietrzem i uznając, że hałas miasta nawet nie jest tak drażniący dla uszu. Zapomniał o wszystkich sprawach, które ostatnio nękały jego umysł, większych i mniejszych; nie myślał tak o śmierci siostry, która nadal nawiedzała go nocami, jak o nic nieznaczącym bólu pleców. I ciągle na jego ustach błąkał się subtelny uśmiech.
Kiedy się zatrzymała, zrobił to samo, obracając głowę w jej stronę i unosząc pytająco brew.
– Hm? – mruknął mało konkretnie, ale dość jednoznacznie.
Pobłądził spojrzeniem po jej twarzy, zastanawiając się co tak ją zdziwiło.
– Nie mogę nie mieć – odparła na jego niesprecyzowane pytanie, zerknąwszy na niego z wyrzutem, jakby był winien całej tej sytuacji.
Potem wyjęła z kieszeni dłoń, trzymając garść pieniędzy, uklękła na chodniku i rozsypała ostrożnie monety, by na spokojnie je przeliczyć. Przechodząca nieopodal kobieta posłała jej zdumione oraz zdegustowane spojrzenie, ale wiedźma nie zwróciła na nią uwagi. Poruszała bezgłośnie ustami, podnosząc po jednej monecie i pakując je cierpliwie z powrotem na ich poprzednie miejsce.
– No nie – sapnęła niezadowolona, kiedy pieniądze się skończyły.
No dobrze, może nie było to osiemdziesiąt, ale piętnaście to i tak… wystarczający deficyt. Mruknęła jeszcze, że liczenie jest głupie, wreszcie postanowiła się podnieść, po czym wytrzeszczyła oczy, kiedy starszy pan rzucił jej monetę o nominale dziesięciu srebrników.
– Nie troskaj się tak, dziecko – poprosił, uśmiechnął się szeroko, aż uniosły mu się wąsy, i podreptał dalej, pomachawszy jej.
– Ja nie żebrałam – wydusiła zszokowana, wytrzeszczając oczy.
A potem parsknęła śmiechem z niedowierzaniem, kręcąc głową.
No ładnie, z najlepszej morderczyni do żebraka?
Przyglądał jej się dość zafrapowany, kiedy tak klękła na środku chodniku, otoczona najrozmaitszymi, mniej lub bardziej niepokojącymi ludźmi. Wraz z kolejnymi policzonymi monetami lądującymi na jej dłoni rozszerzał się uśmiech obrońcy; och, potrafiła być naprawdę urokliwa.
Nie zdążył jednak dołączyć do niej i pomóc w przeliczaniu pieniędzy, bo oto znowu się wyprostowała, by zaraz zostać obdarowaną przez staruszka o wielkim sercu.
Cador zakrztusił się własną śliną, odkaszlnął, a potem zaczął się śmiać.
– Najwyraźniej wzbudzasz litość – oznajmił jej, wyjątkowo rozbawiony, szczerząc złośliwie zęby.
Ale jest to sposób na zarabianie pieniędzy! Na pewno mniej inwazyjny od walk z potworami i innymi takimi, prawda.
Ariene prychnęła oburzona i obdarowała go złym, morderczym spojrzeniem, jednocześnie uśmiechając się z przekąsem. Porwała monetę z chodnika, wpakowała ją do kieszeni, a potem doskoczyła do Cadora z zamiarami co najmniej morderczymi.
Ostatecznie odkryła, że nie może mu zrobić za wiele, dlatego jeszcze bardziej zirytowana położyła dłoń na jego głowie i popchnęła go w dół, bo bezczelny był, silniejszy i wyższy od niej. I jeszcze go rozczochrała. Niech ma za swoje. O, i wbiła mu dwa palce w brzuch, zaraz odskakując na bezpieczną odległość.
W końcu miał silny argument. Wiedzę o jej łaskotkach.
– A ciebie nikt nie lubi – stwierdziła, pokazała mu język i pospiesznie ruszyła przodem, uznawszy, że znalezienie się za blisko obrońcy będzie teraz brzemienne w skutkach.
To znaczy ucierpi fizycznie, generalnie.
Pierwsze dwa ataki były mało inwazyjne, przy trzecim stęknął cicho, ale dzielnie zniósł ból i tylko posłał wiedźmie szeroki uśmiech. Sięgnął ramieniem w przód, chcąc ją złapać i pokazać jej, co on myśli o takiej zabawie, ale nie zdążył; jego dłoń zacisnęła się w pięść, co skwitował niezadowolonym zmarszczeniem czoła.
– Znam taką jedną, co mnie lubi. Mała, upierdliwa wiedźma, nie wiem, czy znasz – oznajmił jej, uśmiechając się przy tym rozbrajająco.
Natychmiast podążył jej śladem, uznając, że tak łatwo nie odpuści. Dogonił ją w kilku krokach i na razie był grzeczny, chcąc uśpić jej czujność.
– Musi być totalną idiotką – zawyrokowała z niezachwianą pewnością, zerknąwszy na niego kątem oka, bo to całkiem niepodejrzane zachowanie wydało się jej mocno podejrzane.
Na wszelki wypadek otoczyła się ramionami i odsunęła się o krok w bok, łypiąc na Cadora czujnie, bo to był potwór wcielony i nic z nim nigdy nie wiadomo.
Potem jednak na chwilę pochłonęło ją przyglądanie się ulicy – ale talii nie odsłoniła, na pewno by ją skrzywdził nieodwracalnie i boleśnie.
– A masz pięć srebrników? – zainteresowała się wreszcie bardziej istotnym, tym razem obracając do niego głowę, by lepiej go widzieć.
Nawet się uśmiechnęła, ale szybko sobie przypomniała, że ma być urażona i generalnie trudna w kontaktach, dlatego na wszelki wypadek zadarła brodę.
Przymrużył powieki, obdarzając przenikliwym spojrzeniem podejrzaną dwójkę czającą się gdzieś z boku; szybko ocenił, że prawdopodobnie są kieszonkowcami, a jedno ostrzegawcze sięgnięcie po sztylet wystarczyło, by dali sobie spokój. Z ich powodu musiał na chwilę oderwać oczy od Ariene, cały czas jednak poświęcał jej częściową uwagę.
Teraz mógł zwrócić na nią pełne zainteresowanie; spojrzał w jej stronę i uśmiechnął się po raz kolejny, cały czas w wyśmienitym humorze.
– Ja tam ją lubię – oznajmił spokojnie, wzruszając ramionami, jakby faktycznie mówili o bliżej Ariene nieznanej wiedźmie.
Pytanie sprawiło, że sięgnął do kieszeni po sakiewkę z pieniędzmi, by na szybko przejrzeć jej zawartość. Po chwili uśmiechnął się bardziej triumfalnie; przechylił głowę, spojrzał brunetce w oczy, a coś w jego minie kazało zacząć się martwić.
– Nie mam tak dobrego serca, jak tamten pan. Co będę z tego miał, jak ci je dam? – zapytał.
Nigdy nie twierdził, że jest bezinteresowny.
Ariene wypuściła powietrze z płuc, jakoś odgadłszy, że mniej więcej taką odpowiedź usłyszy. Spojrzała na obrońcę z wyrzutem, wydęła usta, po czym przyjrzała się ulicy, jakby nie zamierzała zniżać się do poziomu odwdzięczania się Cadorowi za pięć srebrników. Wtedy jednak znów na niego spojrzała, przymrużając oczy.
Nawet zbliżyła się dwa kroki, chyba żeby nie musieć za głośno mówić.
– Na przykład… mogę ugotować coś dobrego. Albo zacząć oszczędzać twoje plecy – wyliczyła to, co przyszło jej na myśl, wzniósłszy oczy do nieba w zadumie.
Ukradkiem ciągle go obserwowała, nadal nie puszczając talii, jakby bardzo bolał ją brzuch. Albo jakby krew wprost się z jamy brzusznej wylewała, a jej ręce były ostatnią zaporą trzymającą wnętrzności na ich prawowitym miejscu.
Chwilę przyglądał się jej w zadumie, wreszcie zaśmiał się lekko i sięgnął do sakiewki.
– Przez żołądek do serca, jest to jakaś metoda – przyznał, przeliczając monety.
Nim wyjął dłoń z woreczka, wpadło mu do głowy, by sprawdzić jej ufność. Ciekaw był, jak dużą perfidnością wykazuje się w oczach kobiety.
– Wyciągnij rękę – poprosił nie sugerującym żadnych zagrywek, całkowicie spokojnym tonem.
Uśmiechnął się bardziej pogodnie, zerkając na nią z góry i czekając; czy nie usłucha, przekonana, że on zacznie ją łaskotać albo Silthe wie, jaką krzywdę jej wyrządzi?
Ariene wywróciła oczami, wyraźnie rozbawiona jego zachowaniem, i bez najmniejszego wahania posłusznie rękę wyciągnęła, spoglądając na niego wyczekująco. Bo bardzo potrzebowała tych pięciu srebrników. Swoją drogą musiało to zabawnie wyglądać, jakby jej za coś płacił.
Skojarzenia, które naszły ją potem, wywołały na jej policzkach rumieniec. Miała ochotę zirytowana potrząsnąć głową, jednak się powstrzymała, karcąc się w myślach.
– Tak dobrze? – zainteresowała się zatem niewinnie, uśmiechając się pogodnie.
No proszę. Nie wyglądał na specjalnie zaskoczonego; raczej się ucieszył, że Ariene nie ma go za aż takiego potwora.
Położył pięć monet na jej wyciągniętej dłoni, jedną po drugiej, ledwie powstrzymując się od tych łaskotek, bo tak go jakoś naszło. Ale porzucił ten pomysł, dobry facet.
– Doskonale. To co ugotujesz? – zainteresował się, unosząc brew.
Jak mu się teraz wiedźma wykpi, przypomni sobie, dlaczego nie powinna go prowokować. Ale może faktycznie zaproponuje coś, od czego zacznie mu burczeć w brzuchu.
Gdy zauważył jej rumieniec, przymrużył z ciekawością powieki i przechylił lekko głowę, przyglądając się wiedźmie bardziej intensywnie. No bo skąd taka reakcja? Nie mógł wiedzieć, jak bardzo brudne myśli ma jego towarzyszka.
Przyjrzała się monetom z zadowolonym uśmiechem i pospiesznie schowała je do kieszeni spodni, żeby na pewno nie zgubić. Bo te pieniądze jej chyba nie lubiły, uciekały gdzie bądź, byle dalej od niej.
Potem przeniosła wzrok na Cadora, przekrzywiając głowę.
– A na co masz ochotę? – spytała po prostu, najwyraźniej nie zamierzając wystawiać obrońcę do wiatru.
Dobra z niej kobieta; czasami.
Rozejrzała się po ulicy i po krótkiej chwili wahania chwyciła go za nadgarstek, zmieniając koncepcję spaceru i kierując ich do bocznej ulicy. Jak tylko dotarli na odpowiednią trasę, zwolniła.
– Musimy coś kupić – wyjaśniła z uśmiechem, bo mógł nie wiedzieć.
Potem zorientowała się, że nadal go trzyma, więc pospiesznie cofnęła rękę, udając, że wszystko jest pod kontrolą.
Miał jej odpowiedzieć, ale kiedy został pociągnięty w rzadziej uczęszczaną uliczkę, zgubił wątek. Potem usiłował sobie przypomnieć, o co właściwie chodziło, jednak po chwili wysiłku uznał to za nieważne.
Otrzymawszy wyjaśnienie nagłej zmiany kursu, przyjrzał się brunetce uważnie.
– Co konkretnie? – zapytał, sprawnie ukrywszy pewną obawę.
No bo co w takim miejscu może kupować wiedźma?
Zatrzymał się na chwilę, by przyjrzeć się uliczce. Wąska, niewybrukowana dróżka, będąca tylko twardo ubitą ziemią, otoczona ściśniętymi domkami, jakby wepchniętymi tam na siłę. W prawie każdym oknie widniały firanki, a nad większością drzwi wisiały skromne szyldy informujące o rodzaju sprzedawanych w danym miejscu towarów bądź usług.
Uliczka robiła dość pozytywne wrażenie, na co Cador odetchnął z ulgą. Nie żeby bał się mniej bezpiecznych okolic, po prostu wiedźma była nieobliczalna i w jej towarzystwie należało spodziewać się wszystkiego.
Wrócił do niej spojrzeniem, zauważając, że już znacząco się oddaliła. Ruszył więc jej śladem, dość sprawnie doganiając; po chwili szli blisko siebie, ramię w ramię, a on zerkał na nią od czasu do czasu. Czekał na odpowiedź, no przecież.
– Jakieś szmatki dla Caleba – rzuciła niedbale, przekrzywiwszy głowę, by móc na niego spojrzeć z uśmiechem. – W kolorze śliw… w sumie i tak nie odróżnisz – westchnęła po chwili, wycofując się z zamiaru zdradzenia tajemnicy wagi państwowej.
Zastanowiła się, czy dla faceta śliwkowy to bardziej fioletowy, niebieski czy różowy. A może czarny. Jasna cholera, bardziej ograniczone rozróżnianie kolorów było trudniejsze niż to rozwinięte, naprawdę.
Odruchowo sprawdziła, czy nie zgubiła pieniędzy; zadowolona z wyniku oględzin odetchnęła, chwilę przyglądając się drodze, po której szli.
Tu było jeszcze ciszej i przyjemniej. Przymknęła oczy, rozkoszując się tym jakby innym światem tak blisko ruchliwej ulicy. Odetchnęła głębiej, odkrywając, że zapach także należał do tych zdecydowanie znośnych, a to poprawiło jej humor.
– Hej! – oburzył się od razu.
Może i był ograniczonym facetem, ale żeby tak skreślać na starcie?
– Wiem, jaki to jest śliwkowy – dodał, krzyżując ręce na torsie i patrząc na towarzyszkę z wyraźną dezaprobatą.
No jak ona mogła?
Mimo tej jawnej zniewagi dalej kroczył u jej boku, rozglądając się po szyldach w poszukiwaniu takiego, który mówiłby „tutaj kupisz szmaty dla Caleba”. Albo coś w tym guście.
– Może tam? – rzucił, dopiero po chwili przypomniawszy sobie, że przecież jest obrażony.
Wskazał brodą na pobliski sklepik; nie wiedział, jak się nazywają miejsca oferujące sprzedaż tkanin i innych takich dupereli, ale wyglądało, że znalazł jeden z nich. Gdy już uprzytomnił sobie, że powinien być oburzony, zacisnął usta i ostentacyjnie obrócił głowę w drugą stronę, byleby na Ariene nie patrzeć.
Wiedźma zachichotała, widząc jego ciężką obrazę, którą z takim poświęceniem demonstrował. Przyjrzała się mu z szerokim uśmiechem, nawet mimo tego, że nie widziała dobrze jego twarzy, bo zainteresowała go ściana z drugiej strony.
– No ej – mruknęła wreszcie, kiedy był obrażony trochę za długo.
Stanęła lekko na palcach i trochę niepewnie dotknęła jego policzka, przesuwając po nim wierzchem dłoni. Zaraz straciła równowagę, bo pozycja, którą obrała, była bardzo niewygodna, dlatego musiała opaść na całą stopę, a jej dłoń wylądowała trochę niżej.
– Bo nie ugotuję – zagroziła jeszcze, sięgając po broń ostateczną.
Niepotrzebnie, bo zdążyła go rozłożyć na łopatki chwilę wcześniej.
Obrócił głowę w jej stronę, dość zaskoczony takim rozwojem sytuacji; jakby nagle zmieniła się atmosfera. Gdy Ariene zachwiała się nieznacznie, naszła go obawa, że kobieta może się przewrócić; wyciągnął ramię i objął w talii, by uchronić od takiego losu. Ona wprawdzie nie miała zamiaru tracić równowagi, stanęła tylko na całej stopie, ale jemu jakoś nie spieszyło się do cofnięcia ręki.
Chwilę wcześniej zanotował, że uliczka pozostawała pusta, to zdecydowanie go ucieszyło. Przecież nie wyciągnął ją na ten spacer bez powodu, prawda?
Wprawdzie sceneria nie była zbyt sprzyjająca, ale życie nauczyło go korzystać z okazji. Liczył na to, że odpowiedni moment nadarzy się gdzieś w lesie, w bardziej ustronnym, a przede wszystkim magicznym miejscu, ale tak też może być. Przy niej każda okoliczność jest dobra, a on chyba nie potrafił dłużej się powstrzymywać.
Ale nie tak od razu. Na razie zmieniło się spojrzenie, a z ust zniknął uśmiech; na jego twarzy pojawiło się coś innego, obfitego w uczucia i zdradzającego fascynację, jaką darzył obejmowaną kobietę.
– Nie musisz. Wystarczy... – zaczął niskim, wibrującym głosem, nie powstrzymując już chęci wplecenia palców w jej gęste, ciemne włosy.
Były miękkie w dotyku, podobało mu się to.
Kolana też aktualnie miała miękkie, choć chyba w nieco inny sposób niż włosy.
Kiedy ją objął, musiała postąpić pół kroku w jego stronę, dlatego teraz całkiem wygodnie mogła się na nim oprzeć. To odkrycie oszołomiło ją do tego stopnia, że na chwilę zapomniała, jak się mówi. Oddycha. Myśli. Cokolwiek. Czuła jego zapach, ciepło, nawet oddech na policzku i…
Gdy na moment zawiesił głos, poczuła obezwładniające dreszcze na plecach; uniosła lekko głowę, by odszukać spojrzeniem jego twarz, i zastygła w oczekiwaniu, przyglądając się mu z abstrakcyjnym wręcz spokojem. W środku cała wprost oszalała, a tu tak po prostu się w niego wpatrywała błyszczącymi oczami, zwyczajnie ciekawa, co chciał powiedzieć. I czy zamierzał wypowiedź dokończyć tak, jak to sobie właśnie umyśliła.
Trochę ośmielona, a trochę odurzona jego bliskością pozwoliła sobie na to oparcie się o niego, przymrużając z pewnym zadowoleniem powieki. Dłoń, z którą nie miała co zrobić, bo niewygodnie byłoby ją opuścić wzdłuż ciała, ułożyła na jego ramieniu, zastanawiając się w duchu, jak by zareagował, gdyby przesunęła ją na jego kark.
Uśmiechnęła się.
I w następnym momencie sama nie wiedziała, które z nich było bardziej zdruzgotane oraz zirytowane, delikatnie mówiąc.
Aż syknęła przez zęby, kiedy trzasnęły drzwi pobliskiego sklepu – i może nie okazałoby się to na tyle niewygodne, gdyby ktoś nie raczył jej rozpoznać.
– Ariene! – ucieszył się z początku głos Dereka, by w ostatnich brzmieniach rozległo się tam niepewne zdumienie.
Wiedźma najpierw zacisnęła trzymaną na ramieniu Cadora dłoń w pięść, dopiero potem odwróciła się do przyjaciela, nabrawszy kilka głębszych wdechów. Tak na wszelki wypadek. Następnie, cofnąwszy się pół kroku od obrońcy, posłała młodzieńcowi uśmiech. Wymuszony, ale nikt o tym nie wiedział, bo zagrała go świetnie.
– Derek – rzuciła mniej wiarygodnie.
Nie. Tym razem już naprawdę trudno było mu uwierzyć w ten okropny pech, irytujący zbieg zdarzeń, fatum, które krążyło nad nimi od bardzo długiego czasu. Za pierwszym razem – okej, zdarza się. Za drugim – był w stanie jakoś to przeboleć.
Ale teraz, gdy spojrzał w błyszczące zadowoleniem oczy Dereka, naprawdę zapragnął znów poczuć, jak to jest pchnąć kogoś sztyletem. Kilkanaście razy.
Warknął pod nosem, ale Ariene już zdążyła się odsunąć. Nie mógł jej się dziwić, choć okropnie go to poirytowało; cała sytuacja doprowadziła go na skraj wyczerpania nerwowego. Był jednak na tyle rozsądny, by nie pchać się przed paradę.
Pamiętał, że to Derek przekazał im ich najbliższe zlecenie i jest jeszcze w pewien sposób potrzebny. Dodatkowo Cador nie lubił zgrywać rycerza; obdarzywszy Dereka wyjątkowo morderczym spojrzeniem, obrócił głowę w stronę Ariene i zawiesił na niej wyczekujące spojrzenie. Chciał, by podyktowała mu warunki gry, podsunęła rolę, w jaką miał się wcielić.
Mimo tego wszystkiego cząstka jego duszy ucieszyła się. Z wściekłego syknięcia i mocnego zaciśnięcia palców na jego ramieniu, wszystkich objawów świadczących o tym, że Ariene miała ochotę zrobić Derekowi krzywdę prawie tak wielką, jak Cador.
Ponieważ młodzieniec ruszył w ich stronę, wiedźma musiała ostatecznie odsunąć się od obrońcy, co, przyznała nawet przed samą sobą, wcale jej nie ucieszyło. Obróciła się przodem do przyjaciela i posłała mu kolejny uśmiech, z całkowitym spokojem starając się sytuację zaakceptować.
– Nie spodziewałem się ciebie… ehem, was tutaj – poprawił się nieco oschle, spojrzawszy na Cadora przenikliwie z wyraźnym niezadowoleniem.
– Nie wiedziałam, że mam wyznaczone strefy, po których mogę się poruszać – mruknęła z przekąsem, marszcząc czoło.
Kiedy pochylił się, by, jak sądziła, po przyjacielsku cmoknąć ją w policzek, znowu musiała odwracać lekko głowę, żeby trafił tam, gdzie powinien trafić. To ją niewytłumaczalnie zirytowało; bo ile można mówić?
– Derek – warknęła krótko.
– Nie bądź taka oschła, kwiatuszku – rzucił jakby rozbawiony, jednak przyjrzał się jej czujniej, widząc, że zaczął poważnie tracić grunt pod nogami.
– Kwiatuszka możesz sobie wsadzić w dupę – postanowiła go poinformować, skrzyżowawszy ręce na piersiach, jakby chciała się od niego odgrodzić. – Już o tym rozmawialiśmy – dodała nieco znużona.
– Wielokrotnie o tym rozmawialiśmy – zgodził się niedbale.
– Mówię o ostatnim razie – sprecyzowała, mrużąc oczy.
Najbardziej chyba ją denerwowało, że Cador stał obok. Z jakiegoś powodu nie chciała mu tak do końca mówić o tej dawnej relacji, która łączyła ją z Derekiem, jakby… wstydziła się? Cokolwiek. Nieważne. Po prostu było tak gorzej, tak przy nim.
Gdyby nie to, że Ariene bez wahania i dość dosadnie poinformowała Dereka, co myśli o jego zachowaniu, rozwój wydarzeń byłby dużo bardziej brutalny, pełen ciosów, siniaków i agresji. Na szczęście prosty a celny komentarz wiedźmy powstrzymał mordercze zapędy Cadora. Mężczyzna tylko drgnął i napiął mięśnie, ale został ostudzony na chwilę przed wyciągnięciem ramienia i odsunięciem delikwenta od brunetki.
Mimo tego na wszelki wypadek przypomniał sobie, ile ma przy sobie noży i sztyletów oraz gdzie są ukryte. Przeanalizował, jak wiele czasu potrzebowałby na ich wyciągnięcie i czy bardziej nie opłacałoby się zwyczajnie dać Derekowi w mordę. Przyjrzał się uważnie jego sylwetce, odnalazł najbardziej wystawione na atak punkty witalne i przygotował w myślach plan. Tak mu było dużo lepiej.
Nie chciał się wtrącać, nie do końca będąc w temacie, zauważył jednak, że Ariene była wyraźnie zdenerwowana. Nie wiedzieć czemu, odniósł wrażenie, że nie chciała, aby tu stał. No niestety, może i dałby im porozmawiać na osobności, ale po tej akcji Dereka zdecydowanie odeszła mu ochota na zostawianie ich sam na sam.
Niech no tylko ten koleś jeszcze raz spróbuje się do niej zbliżyć za bardzo. Niech tylko spróbuje.
Przymrużył powieki i ułożył ramiona niedbale, a jednocześnie tak, by móc w każdej chwili dobyć broni. Niby nonszalancka poza tak naprawdę była pozycją pełnej gotowości, a sprawiająca pozory rozluźnionej sylwetka – napięta. Nie odzywał się, przypatrywał się za to uważnie obojgu i wychwytywał wszystko, co było do wychwycenia, każdy grymas czy półuśmiech, słyszał najmniejszą modulację głosu.
Niby nieporadny, tylko trochę podenerwowany Cador tak naprawdę właśnie przeistoczył się w maszynę do zabijania, którą uruchomić mógł każdy banalny, niewłaściwy ruch.
Ariene nie wyglądała dużo lepiej, chociaż może nie zamierzała Dereka mordować. Była jednak jakby rozgoryczona, kiedy wpatrywała się w przyjaciela z uporem. Podświadomie stanęła bardziej tak, by więcej odgradzać sobą panów.
– Moje odejście było chyba wystarczająco jasne – mruknęła cicho, na chwilę czując się całkowicie słabą, pokonaną i zmęczoną.
– Odeszłaś bez słowa, trudno to nazywać czymś jasnym – zauważył młodzieniec, także poważniejąc; ledwie zerknął na Cadora, obdarzając go takim spojrzeniem, jakim obdarza się niechcianą, natrętną muchę.
– Bo nie chciałam rozmawiać. Nie było o czym – odparła twardo, zdobywając się na to, żeby się wyprostować, jej oczy błysnęły.
– Rzeczywiście, rozmawialiśmy mało – zgodził się Derek, posyłając jej swobodniejszy, bardziej łobuzerski uśmiech.
Nawet jeden mięsień twarzy Ariene nie drgnął, jakby powiedział to obok niej, nie do niej. Albo jakby w ogóle go nie usłyszała.
– Męczysz mnie. Powiedziałam ci wszystko, co miałam do powiedzenia – oznajmiła, prostując się z całą godnością, na jaką było ją stać. – A teraz wybacz, muszę coś załatwić – dodała, trochę nerwowo i jakby rozpaczliwie ruszając w stronę wypatrzonego przez Cadora sklepu, najwyraźniej wierząc, że tak ucieknie.
Derek chwycił ją za nadgarstek i delikatnie pociągnął w swoją stronę, zmuszając, by się do niego obróciła.
– Ari, nie bądź taka… – zaczął spokojnie, także poważniej niż przed chwilą.
Nim dodał coś jeszcze, wiedźma sprawnie uwolniła rękę z uścisku, wolną dłonią chwytając przyjaciela za ramię i odpychając go na tyle, by cofnął się kilka kroków. Odwróciła wzrok, zawieszając go na uliczce.
– Nie wracam do tego. Wybacz, jeśli inaczej to odebrałeś – mruknęła, tym razem podejmując marsz spokojniej.
Przystanęła w połowie drogi – albo czekając na Cadora, albo chcąc usłyszeć odpowiedź Dereka.
– Gdybyś mógł, dostarcz mi mapy bocznych wejść do rezydencji, nie wszystkie znalazłam na rekonesansie – dodała już zupełnie swobodnie, ale się nie obróciła.
Derek skinął tylko głową, nie odrywając od niej wzroku.
Gdy Derek chwycił Ariene za nadgarstek, po uliczce rozniósł się naprawdę wściekły warkot. I znów Cador był na granicy wybuchu, ale zachowanie wiedźmy uratowało sytuację. Jej następne poczynania sprawiły nawet, że się uśmiechnął – może nie szeroko czy wyraźnie, ale na pewno z nutką triumfu.
Ruszył jej śladem z dłońmi schowanymi w kieszeniach, bo ledwie powstrzymywał się od wykonania ładnego wymachu i walnięcia w niebrzydką buźkę Dereka. Gdy wiedźma się zatrzymała, przystanął i on; zerknął na nią pytająco, a przekonawszy się, że to już wszystko, nie mógł powstrzymać się od obrócenia do niechcianego amanta ukochanej.
– Do zobaczenia – rzucił swobodnym, lekkim tonem, tak, by Ariene niczego nie mogła podejrzewać.
Ale w jego oczach pojawił się niepokojący, specyficzny błysk, który sprawił, że Derek poczuł nagłe uderzenie chłodu.
Wiedźma rzeczywiście nie zareagowała, również nie spojrzała na przyjaciela. Podjęła tylko marsz, uparcie zmierzając do obranego już pewien czas temu celu. Kiedy usłyszała, że Cador ją dogonił, odczekała chwilę, jeszcze się ze sobą zmagając.
Z jednej strony czuła palącą potrzebę powiedzenia, bo te niedomówienia, jak widać, ciągnęły się za nią latami, z drugiej jednak… bała się.
Westchnęła, przymykając oczy, i tuż przed drzwiami się zatrzymała, garbiąc ramiona.
– To był tylko seks. Tyle że, jak na warunki gildii, nadzwyczaj wierny – mruknęła cichym, zdławionym głosem, z ulgą nadając wypowiedzi nieco zwierzęcy wydźwięk.
Bo po prostu zaspokajali swoje potrzeby.
Czemu mu o tym powiedziała? Cholera wie. Kiedy tylko zabrakło słów do wypowiedzenia, poczuła się jeszcze gorzej niż przed chwilą. Zastanowiła się, czy wybicie witryny w sklepie bardzo rozgniewałoby właściciela kramu.
Zmroziło go. Zatrzymał się nagle i nawet nie zerknął na Ariene, tylko obrócił się gwałtownie i pobłądził niepokojącym spojrzeniem po uliczce.
Uliczce, niestety, już pustej; Derek ulotnił się w odpowiednim momencie, by uratować swe marne życie. Cador odetchnął głęboko i rozluźnił mięśnie dłoni; dłuższą chwilę nie reagował, wpatrzony w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stała jego niedoszła ofiara.
Dopiero opanowawszy nerwy, odwrócił się z powrotem do kobiety, posyłając jej krzywy, nieco gorzki uśmiech.
– Był – powtórzył, kładąc nacisk na użycie czasu przeszłego.
To nie było pytanie, to było stwierdzenie faktu, w który zdecydowanie wierzył. Użył swobodnego, lekkiego tonu, by wiedziała, że przetrawił informację i przyjął ją do wiadomości. Nawet uśmiechnął się nieco bardziej wiarygodnie, nim ponownie ruszył w stronę sklepiku, do którego nie było im dane dojść.
Skuliła się jeszcze trochę, zostając w tyle. Od początku mówienie tego nie należało do dobrych pomysłów, ale trudno. Przynajmniej wiedział. Przynajmniej usłyszał od niej. Gdyby to jeszcze miało jakiekolwiek znaczenie. Czemu poczuła się tak cholernie podle?
– Był – szepnęła niczym echo, dopiero teraz uświadomiwszy sobie, jak ją to wszystko potwornie wyczerpało.
Najbardziej chyba konfrontacja z Derekiem w niewygodnej chwili, ale teraz też jakoś… jakby… beznadziejnie. Ruszyła jednak za Cadorem trochę jak na smyczy, bo przecież musiała kupić Calebowi szmatę. Śliwkowy materiał. Zamknęła oczy, licząc w myślach do pięciu, przez co prawie zaryła czołem w futrynę.
Mruknęła nadzwyczaj brzydkie przekleństwo, obierając ponownie dobrą trasę.
Otworzył już drzwi do sklepu i przytrzymał je, chcąc puścić Ariene przodem, jak wypadało. Dzieliło ją od progu jeszcze kilka kroków; tę krótką chwilę poświęcił na ponowne przyjrzenie się jej twarzy.
Teraz wychwycił w niej parę niepokojących sygnałów, zmęczenie i jakby... przybicie? Zmarszczył brwi; nie chciał być jego powodem.
Gdy znalazła się tuż przed drzwiami, delikatnie ujął jej dłoń i przytrzymał w miejscu.
– Ariene – mruknął miękko, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
Miała tak hipnotyzujące, szafirowe oczy; nigdy nie uwolni się od ich spojrzenia, już zawsze będzie w nim tonął. Niezależnie od rozwoju sytuacji.
Uśmiechnął się do niej ciepło, zaciskając palce na jej dłoni. Nie za bardzo wiedział, jak przekazać to, co miał na myśli; może dlatego, że nie do końca wiedział, jak się czuje. Otrzymana informacja mocno nim wstrząsnęła, podziałała też na jego zdecydowanie zbyt wybujałą wyobraźnię, ale to przecież nic nie zmieniło w uczuciu, jakim darzył wiedźmę. Nie sądził, by temu zakochaniu cokolwiek groziło, było zbyt silne.
Być może przekazał to wszystko spojrzeniem. Chciał, aby tak było, bo słowa nie oddadzą wszystkiego, a na dodatek on nie potrafił znaleźć odpowiednich.
– Myślę, że on już da nam spokój – uznał cicho, nie do końca pewien, czy to „nam” jest na miejscu.
Nie mógł inaczej, tak zwyczajnie.
Odwzajemniła spojrzenie i nawet otworzyła usta, by coś odpowiedzieć, ale zamknęła je z powrotem z cichym westchnieniem. Nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć, dlatego jeszcze chwilę patrzyła mu prosto w oczy, tak zwyczajnie pozwalając sobie na rozluźnienie przy tym. Zieleń uspokaja podobno. Może nawet odurza.
Uśmiechnęła się lekko, trochę blado, ale już nie miała siły. Tak bardzo bała się jego reakcji na prawdę, że teraz, kiedy już wiedziała, iż nie jest zły ani nie obwinia jej o nic, ani w ogóle wydaje się wszystko w porządku, to… zwyczajnie się wypaliła.
– Śliwkowa szmata – przypomniała półgłosem, wchodząc do sklepu i ruszając do lady, by wytłumaczyć sprzedawcy, co też się pod tym urokliwym hasłem kryje.
Ale zanim przeszła do przodu i puściła jego dłoń, z wyczuciem zacisnęła na niej palce. Trochę jakby sama się upewniała, że naprawdę chwycił jej rękę, co przecież było głupie.
Wszedł za nią, a gdy zamykał drzwi, ona już wdała się w rozmowę z właścicielem sklepu. Postanowił nie ingerować, rozejrzał się tylko uważnie po wnętrzu, by w końcu skupić spojrzenie na stojącej do niego bokiem Ariene.
W jego oczach pojawiło się coś dziwnego, trudnego do opisania, graniczącego z zachwytem i ciepłem. Kiedy tak jej się przyglądał, powiedział sobie, że najwyraźniej będzie musiał jeszcze trochę poczekać. Wytrzyma, będzie cierpliwy.
W jego myślach powoli zaczął się rodzić plan, który już nie dotyczył urokliwej wiedźmy bezpośrednio. Wyglądało na to, że tego wieczora Cador będzie zajęty składaniem niezapowiedzianej wizyty Derekowi.
Aż uśmiechnął się na tę myśl.

Szlag by to trafił. Raz a porządnie.
Derek westchnął ciężko, opierając się ramieniem o ścianę pobliskiego budynku i przypatrując się zamieszaniu, które powstało parę metrów dalej, przed wejściem do jednej z karczm. Miał jeszcze chwilę nadzieję, że wszystko rozejdzie się po kościach i powstanie przejście, ale wtedy właśnie jeden z mężczyzn uderzył drugiego, a trzeci wziął stronę pierwszego, i nagle każdy każdemu mordę obijał.
– Kretyni – skwitował pod nosem młodzieniec, wywrócił oczami i zawrócił, zdegustowany sytuacją, w jakiej się znalazł.
Zwykle chodził tą właśnie drogą, bo była najkrótsza i najwygodniejsza, ale skutecznie mu to uniemożliwili. Teraz zostanie zmuszony, by nadłożyć trasy, kiedy wcale mu się to nie widziało. Przede wszystkim chciał wrócić do gospody o ludzkiej godzinie, bo zamierzał porozmawiać z Ariene. A z bliżej nieznanych mu przyczyn odnosił wrażenie, że wiedźma przestała już przesiadywać po nocach.
Nie, doskonale znał te przyczyny. Zazgrzytał zębami, wciskając ręce do kieszeni i garbiąc ramiona w pewnej irytacji.
Co się zmieniło? Co tak bardzo wstrząsnęło jej światem, że stanął przed zupełnie obcą osobą? Jeśli chodziło o wolność, to nie miało to sensu. Dając się przywiązać do kogokolwiek, odbierała sobie tę wolność – przecież to oczywiste. Co się z nią stało, kto ją zmienił?
Na to chyba też znał odpowiedź. I nie mógł uwierzyć.
Zatrzymał się, widząc, że latarnie w uliczce, do której chciał się udać, były wygaszone. Skrzywił się. Względnie nie powinno to stanowić dla niego żadnego problemu, w końcu ciemność miała być jego sprzymierzeńcem, ale… Westchnął, wznosząc oczy do nieba. Nie miał ochoty natykać się na żadne gwałty, pijactwo, żebractwo czy inny brud. Nie dziś.
Ostentacyjnie skręcił w tę oświetloną drogę, odszukując w pamięci mapę miasta, by dobrze nanieść nową trasę do swojego celu. No cóż, dwadzieścia minut w plecy. Przeczesał dłonią włosy, zastanawiając się, co by właściwie chciał od Ariene usłyszeć, gdyby ją jeszcze zastał na nogach tego wieczoru.
Że wszystko jest po staremu? Osiągnięcie tego zajęłoby mu trochę czasu. Bo może ona nie wiedziała, w co się wpakowała? Może to kolejna jej fascynacja? Miała ich wiele, wszystkie mijały, oni zostawali w swojej specyficznej relacji. W gruncie rzeczy przecież nie mogła się zmienić aż tak, nawet mimo innego towarzystwa… czy tego blond typka.
Znowu zwolnił, dostrzegłszy dziwny błysk w uliczce po stronie swojej lewej ręki. Przekrzywił głowę, rozejrzał się ukradkiem dokoła, po czym mimowolnie postąpił tam parę kroków, niejako zainteresowany.
Powinien się pospieszyć.
Przeanalizował drogę, jaka pozostała mu do przebycia, i uznał, że jeśli pójdzie tędy, to nawet trochę skróci trasę. A dowie się, co też tak zamigotało; to nie światło w kałuży. Wiedząc, że ulica często ofiarowuje różne okazje do polepszenia sobie chociaż minimalnie życia, westchnął i skierował się w wybraną drogę, uznając, że może po prostu jeszcze dziś nie będzie próbował Ariene przekonywać.
Przed balem zdąży. Miał dużo czasu. Ułoży sobie wszystko w głowie, przypomni jej, że była szczęśliwsza w gildii. I była wolna.
Coś stuknęło za jego plecami; podświadomie obejrzał się, mierząc okolicę czujnym spojrzeniem. Pusto. Dziwne. Zmarszczył czoło, doszedł do wniosku, że winą za hałas powinien obarczyć bezdomnego kota lub innego śmierdziela, po czym znów się obrócił.
Spojrzał prosto w jasnozielone oczy pogodnie uśmiechniętego obrońcy, który wziął się znikąd.
– Cóż za zadziwiający zbieg okoliczności – rzucił beztrosko Cador, przechylając nieznacznie głowę, jakby to przypadkowe spotkanie rzeczywiście go zaciekawiło.
Tylko ten uśmiech był taki wymowny, niezbyt przyjemny.
Gdyby nie to, że tego typu atrakcje, jak wyskakujący znikąd mężczyźni, już dawno wpisały się w jego niecodzienną codzienność, pewnie by się solidnie przestraszył. A tak – nerwowa reakcja ograniczyła się tylko do cichego wciągnięcia powietrza ze zdumieniem.
– Miałem rację z innym śmierdzielem – mruknął pod nosem, przymrużając oczy, kiedy przypatrywał się obrońcy.
Chwilę jeszcze milczał, nadzwyczaj niezadowolony z powodu spotkania. Przede wszystkim dlatego, że nie miał ochoty się z mężczyzną widzieć, zanim nie omówi z Ariene całej zawiłości sprawy. Wiedźma zgłupiała, to pewne. Kto by wlepiał takie nieprzytomne oczy w zwykłego obrońcę?
– Niesamowity, doprawdy – przytaknął z pewną grzecznością, zaraz postanawiając Cadora ominąć; w końcu mu się spieszyło.
Cador obrócił się za nim spokojnie, wciskając ręce do kieszeni skórzanej kurtki. Odczekał stosowną chwilę, starając się nie uśmiechać zbyt szeroko.
– Na twoim miejscu nie szedłbym dalej – powiedział wreszcie, głosem nadal beztroskim i swobodnym.
Może chciał ostrzec kolegę o zatkanym przejściu, może o kolejnej burdzie w zaułku, może poinformować o innej, lepszej drodze.
A może nie.
Derek przystanął, jednak nie obejrzał się na obrońcę, coraz bardziej zdenerwowany całą tą niedorzeczną sytuacją. Porządni obrońcy nie włóczą się po nocach, zwłaszcza kiedy próbują przewrócić w głowie bardzo nieporządnym skrytobójczyniom.
Młodzieniec westchnął ciężko, odchylając głowę.
– Twoja troska mnie zawstydza – rzucił z kpiną, mimowolnie zastanawiając się, o co mogło chodzić.
Życie go nauczyło, że w takich sytuacjach często obie opcje do wyboru są skrajnie beznadziejne. Ciekawe, czy i tym razem postawiono go w ślepej uliczce.
Cador wzruszył niedbale ramionami.
– Przyszedłem stamtąd i, widzisz, napotkałem po drodze kilka trudności – wyjaśnił, przyglądając się rozmówcy badawczo.
Bardzo ciekawiło go, co Derek teraz zrobi. Jakiejkolwiek decyzji by nie podjął, będzie właściwa.
Właściwa, rzecz jasna, z punktu widzenia Cadora.
– Ta boczna uliczka powinna być przyjemniejsza – dodał jeszcze, wskazując ruchem głowy wąskie przejście pomiędzy dwoma budynkami.
Może i było udekorowane rozwalającymi się skrzynkami, brudnymi ubraniami, które ktoś wieki temu zostawił do wyschnięcia na sznurku, i rozbitymi flaszkami, ale w tym mieście nietrudno było znaleźć gorzej przedstawiającą się drogę.
Derek prychnął, tym razem decydując się na odwrócenie przodem do Cadora. Spojrzał na obrońcę niezadowolony, bardzo krytyczny, jakby go oceniał pod różnymi względami. Ostatecznie wykrzywił usta, mrużąc oczy.
– Niby czemu miałbym ci zaufać? – zainteresował się, krzyżując ręce na torsie.
Poważnie zastanowił się nad wycofaniem się w stronę, z której przyszedł. Omawiane przez Cadora trudności mogły być prawdziwe, ale w takim razie proponowana uliczka okazałaby się jeszcze gorsza.
Ten gość to pewnie psychopata.
– Staram się tylko pomóc – odpowiedział mężczyzna z uśmiechem, który mógłby potwierdzać ostatnią teorię Dereka.
Zaraz jednak znormalniał, uśmiech nabrał bardziej łobuzerskiego wyrazu.
– Każda droga chyba lepsza od stania tutaj i rozmawiania ze mną, co? – rzucił pogodnie.
Derek wzniósł z odrazą oczy do nieba, pokręcił głową i postanowił nie zaszczycać Cadora już ani jednym słowem. Odwrócił się, pchany przez dumę, i skierował się w stronę odradzaną przez obrońcę, uznawszy, że jeszcze nie spotkał takich trudności, które by mu kiedykolwiek przeszkodziły nadto skutecznie.
I utwierdził się w przekonaniu, że musi porozmawiać z Ariene możliwie jak najszybciej. Nawet jeśli będzie się to wiązało z obudzeniem jej w środku nocy. Nie mogła być aż tak zdesperowana przecież!
Cador pokręcił rozbawiony głową i można było odnieść wrażenie, że w jego oczach pojawił się blask triumfu.
– Ostrzegałem – wymruczał pod nosem, uparcie wpatrując się w plecy Dereka.
Plecy, które nagle zniknęły z jego pola widzenia.
W powietrze wzbiły się tumany kurzu; obrońca poczekał cierpliwie, aż opadnie pył, po czym ruszył spacerkiem do głębokiego na dwa metry dołu w ziemi. Przykucnął nad skrajem i wychylił się, przypatrując ofierze z bardzo zadowolonym uśmiechem.
– Za bardzo ci się spieszy. Gdzie? – zapytał, niewinnie przechylając głowę.
Derek dźwignął się z powrotem do pionu, starając się nie dać po sobie znać, że upadek był bolesny. A, cholera, był. Obił sobie chyba każdą część ciała.
Warknął pod nosem i przeniósł na pochylającego się nad nim obrońcę pełne wściekłości spojrzenie.
– Nie twój zafajdany interes – poinformował go, pozwalając, by reszta jego umysłu szybko opracowywała możliwe drogi ucieczki.
Czego się ten cholerny gnojek do niego uczepił? Niech znika, do jasnej cholery, nie miał dla niego czasu.
Cador pokręcił nad nim głową, jak nauczyciel nad podejmującym żałosne próby buntu uczniem. Potem uniósł na chwilę wzrok na niebo, przytykając palec do brody.
– Pomyślmy – wymruczał, przybierając pozy myśliciela. – Hm, może do Ariene? – podrzucił, wracając do Dereka spojrzeniem dużo poważniejszym, czujnym i... groźnym?
Nawet uśmiech na moment zniknął, jakby obrońca chciał uświadomić ofierze, dlaczego znalazła się w takim położeniu.
Cóż, jeśli nie dotrze, Cador miał w zanadrzu jeszcze kilka silnych argumentów.
Derek odwzajemnił spojrzenie, choć u niego było w nim więcej niepewności. Jak ostatnim razem się z facetem widział, nie sprawiał wrażenia chorego psychicznie. Najwyraźniej źle ocenił człowieka.
– Nawet jeśli – rzucił, zawieszając na moment głos – to gówno cię to powinno obchodzić – dodał, niezrażony groźbą obrońcy.
Poważnie się zastanowił nad tym, czy Ariene może nie potrzebuje w takim razie pomocy. To nie wyglądało normalnie, to całe zachowanie Cadora. Chory psychopata, nie zauważyła tego? Wiedźma parająca się magią energii i grająca na ludzkich uczuciach zaklęciami? Szlag by to, koniec świata.
– No dobrze. – Cador westchnął ciężko. – Widzę, że chwilę nam to zajmie.
Uklepał sobie ziemię, naciągnął koszulę i usiadł, krzyżując nogi w kostkach. Oparł się łokciem o kolano, po kolejnym pokręceniu głową wsparł brodę na dłoni. Spojrzenie, jakim obdarował Dereka, miało w sobie mnóstwo rozbawienia.
Ach, a przygotował tyle planów awaryjnych. Po co? Chłopak dał się złapać najprostszym sposobem.
– Rozumiesz, sprawa ma się tak, że jednak mnie twoje wizyty u Ariene obchodzą. Ba! Powoli zaczynają irytować. Ją też, jak zdążyłem zauważyć – odchrząknął, strzelił kostkami palców i uśmiechnął się pod nosem, nim kontynuował: – Trudno przychodzi ci zrozumienie, że ona naprawdę nie jest zainteresowana, pora ci to wyłożyć czarno na białym.
Derek przyjrzał się Cadorowi z niechęcią, powoli zaczynając pojmować, że facet zadał sobie tyle trudu tylko po to, by poinformować go, że jest zazdrosny. Pokręcił z niedowierzaniem głową, naprawdę zaczynając się o Ariene martwić.
– Ariene miała różne głupie pomysły odnośnie swoich przygód – stwierdził, zastanawiając się, czemu daje się wciągać w tę głupią dyskusję.
Pewnie dlatego, że siedzi w dwumetrowym dole, przyszpilony spojrzeniem obrońcy.
– Zwykle o ich głupocie przekonywała się na własnej skórze. Lepiej, żeby się nie przekonała na własnej skórze o tym, że jesteś psychopatą – uznał, unosząc brew.
Ciekawe, czy go teraz Cador zakopie żywcem. Całkiem prawdopodobne.
Obrońca przechylił głowę. Nie odpowiedział. Wystarczył jego uśmiech, rozbrajający i uroczy, a jednak w pewien sposób niepokojący.
Zaczynało go powoli bawić, że zawsze pyszny i dumny Derek nawet nie próbuje uratować swojej marnej sytuacji. Dół miał ledwie dwa metry, naprawdę nie trzeba było być akrobatą, żeby podskoczyć trochę, chwycić się krawędzi i podciągnąć. Było tyle rozwiązań, na większość wpadłoby nawet dziecko.
– Wiesz, na twoim miejscu uważałbym na słowa – zauważył tylko, przymrużając błyszczące oczy. – W końcu rozmawiasz z psychopatą.
Derek wolał jednak nie ryzykować. Kiedyś już, po wpadnięciu w podobną pułapkę, przy próbie wydostania się przebito mu sztyletem dłoń, drugą prawie odrąbano. Zważając na to, z kim rozmawiał, postanowił poczekać na dogodny moment do ucieczki.
– Drżę ze strachu – parsknął, opierając się plecami o ścianę za sobą i wciskając ręce do kieszeni spodni; pożałował, że nie wziął standardowego zestawu broni.
Cholerna Ariene i jej cholerne eksperymenty życiowe. Jakby nie mogła trzymać się bezpiecznej gildii i chłopaków, oni zawsze chronili jej tyły.
Za dużo zuchwałości. Pewność siebie nie była zła, ale w dopuszczalnych granicach; temu chłopaczkowi wydawało się, że pozjadał wszystkie rozumy i ukradł wszystkie talenty. Cador zacmokał zniesmaczony, podniósł się i otrzepał spodnie z pyłu.
– No dobrze, wobec tego załatwmy sprawę jak mężczyźni – zaproponował pogodnie.
Czy może lepiej: zadecydował. Derek nie miał dużego wyboru.
Obrońca zeskoczył do dołu zgrabnie i wyciągnął dwa sztylety. Jeden charakterystyczny, bo o rękojeści rzeźbionej w głowę wilka, a drugi...
– To chyba twoje – stwierdził, podając broń przeciwnikowi.
Ledwie powstrzymał się od skomentowania, że sam tak tandetnie ozdobionego sztyletu nie przyjąłby nawet z dopłatą; cóż, różne są gusta.
Derek nieco nerwowo zabrał swoją broń, otwierając szerzej oczy. Jak, kiedy? To mu się nie spodobało. Obrońca obrabował mu kieszenie, a on nawet nie poczuł? Nie był w tym kiepski, co prawda to nie należało do jego specjalności, ale, cholera…
Zacisnął zęby i chwycił pewniej rękojeść, przenosząc wzrok na Cadora.
– Ta – mruknął niechętnie, przypatrując się mu z nienawiścią.
Nie mógł być taki idealny. Może Ariene widziała w nim tylko zręczne rączki – mały plus w starciu z całą ukochaną przeszłością. Derek pochylił głowę, wykrzywiając usta.
Cador podrzucił sztylet w dłoni, po czym, widząc, że kolega nie wyrywa się do walki, ukłonił się teatralnie.
– Panie przodem – rzucił wyzywająco, unosząc kącik ust.
Och, wprost nie mógł się doczekać. Pod osłoną uprzejmości i pogody ducha czaił się prawdziwy wulkan wściekłości.
– To czemu nie zaczniesz? – warknął, wykrzywiając usta w grymasie, zaraz jednak uznał, że im szybciej to rozwiążą, tym lepiej.
Obrócił sztylet w dłoni, przypomniał sobie szybko wszystkie rady, których wysłuchiwał kiedyś od Nudnego Billa, po czym wyprowadził pierwsze cięcie, mając cichą nadzieję, że braki w technice będzie mógł nadrobić zwinnością. Nie łudził się, że zadanie okaże się bardzo łatwe, ale nie powinno być niemożliwe…
Prawda?
Cador odparł pchnięcie z dziecięcą łatwością, zaraz wyprowadzając swoje, które – co za zdziwienie! – sięgnęło celu. Póki co, żeby nie było zbyt groźnie, niewinnie zahaczyło o policzek przeciwnika.
Rany dodają męskości, Derek nie powinien się obrazić. Przyda mu się.
Nawet miał w tym wszystkim czas, żeby cicho parsknąć ze śmiechu pod nosem. Nie lekceważył przeciwnika, o nie; zorientował się po prostu, że to ten typ, który traci kontrolę pod wpływem irytacji. Człowiek, którego nietrudno jest sprowokować, a kiedy już poniosą go emocje... To będzie jak bułka z masłem.
Wycofał się i zatrzymał, przypatrując przeciwnikowi z ciekawością. Aż chciało się zapytać „i co teraz?”. Tak, Cadora można porównać do kota, który bawi się złapaną myszką. W końcu odgryzie jej mały łebek.
Derek warknął, ze złością ścierając krew z twarzy. Do jasnej cholery, to teraz bili się na śmierć i życie? Doskonale, niech i tak będzie, nie zamierzał się wycofać.
Wykonując następnie, nieco szybsze i przez to mniej dokładne cięcie, pomyślał z gorzkim rozbawieniem, że nigdy nie przepuszczał, iż będzie walczył o kobietę. Jak to w ogóle brzmiało! Zwłaszcza że była po prostu przyjaciółką. Przyjaźń może i na dziwnych zasadach, ale w gruncie rzeczy się troszczył. Na swój sposób.
Tym razem udało mu się uskoczyć przed cięciem, z niepokojem zauważając, że obrońca był tak samo szybki, jak Ariene, z którą czasami urządzali sobie krótkie treningi. No to pięknie, Derek. Cudownie.
– Wiesz, zawsze możesz się wycofać – rzucił Cador, wyprowadzając kolejne cięcie.
Niewinna zabawa z tej walki. Przynajmniej rozrusza stare kości.
– Wystarczy obiecać, że przestaniesz nachodzić Ariene – dodał, zatrzymując się na moment; może przekaz dotrze do tego zakutego łba.
Szybko wrócił do gry, ciekaw, czy w ogóle się spoci. Może trochę.
Nie no, kurczę, naprawdę liczył na coś lepszego. Na razie wychodził na iniemamocnego, słabo.
Derek zmrużył oczy, skupił całą swoją uwagę, po czym przemknął pod ostrzem Cadora, uskakując bardziej w tył. Wiedział, że obrońca zaraz się obróci, dlatego w tym samym momencie pozbył się pułapki odłamkowej – ostatnia innowacja w gildii, miał przetestować w terenie, to proszę bardzo.
Odskoczył, odwracając twarz, żeby przypadkiem nie oberwać, kiedy obrońca nastąpi na nieduży woreczek, i przeanalizował w myślach jego słowa. Nachodzić Ariene, co? W tym momencie obaj mieli do niej takie samo prawo.
– Odwiedzam starą przyjaciółkę. Nie wiedziałem, że to zakazane – rzucił, opuszczając ramię, którym się na moment osłonił.
– Nie byłoby, gdybyś nie próbował jej namówić do powrotu do starych czasów – odpowiedział obrońca, na razie się nie odwracając.
Gdy to zrobił, wykonał obrót powoli, w miejscu.
Głupi ma zawsze szczęście. Ale nie tylko to było przyczyną. Łatwo wychwycić większe zdenerwowanie u przeciwnika, jakby w obawie przed powodzeniem lub niepowodzeniem planu. Tylko jaki to mógł być plan?
Cador uśmiechnął się pewnie, w myślach gorączkowo analizując sytuację. Tyle możliwości, co też ten Derek wymyślił.
– O, czyżby się pochwaliła? – zainteresował się, przymrużając oczy. – Żadne z nas nie narzekało, a przynajmniej była bezpieczna. I zadowolona – skwitował, wzruszając ramionami.
Nie sądził, by drażnienie Cadora było dobrym pomysłem, ale trochę nie mógł się powstrzymać. Po prostu… strasznie zirytowało go zamieszanie, jakie wokół sprawy zrobił obrońca. No naprawdę, aż tak się wściekać z powodu jednej kobiety?
To była wyjątkowa kobieta. Przynajmniej zdaniem Cadora.
No i cóż, chłopak może marzyć o rozdrażnieniu obrońcy. Wpojono mu, że podczas walki należy bezwzględnie zachować zimną krew.
– Raczej tłumaczyła z poczuciem winy – sprostował spokojnie, już nawet nie mając siły na wytykanie, że bezpieczeństwo Ariene potrafi sobie zapewnić sama.
To była jedna z tych jej niesamowitości.
Derek się nie ruszył. To mogło oznaczać, że i Cador nie powinien. Podrzucił sztylet w dłoni i na moment spuścił spojrzenie na ziemię, zastanawiając się, czy pułapka czyha gdzieś pod jego nogami. Wytężył wzrok; możliwe. Równie dobrze mógł przesadnie reagować na zwykły paproch lub grudkę ziemi, ale ryzyko istnieje.
No cóż, przynajmniej Derek próbował coś zdziałać. To się chwali.
Sztylet poszybował w stronę przeciwnika, zmuszając go do gwałtownego uchylenia się. Ta dekoncentracja wystarczyła, by Cador doskoczył do ofiary i przycisnął młodzieńca do ziemi, uśmiechając się pod nosem.
– Zaczynasz mnie denerwować. Troszeczkę.
Derek charknął, po czym zaklął paskudnie, wbijając w obrońcę wściekłe spojrzenie. Przeanalizował swoją sytuację, wydało się mu, że dostrzegł lukę w chwycie i spróbował ją przełamać, ale okazało się, że to pomyłka. Sapnął zirytowany i zapatrzył się w jasnozielone oczy Cadora, nie pokazując niepokoju.
– Tłumaczyła – powtórzył dziwnym tonem. – Pełna poczucia winy. Ariene. Mhm – przytaknął z całą swoją wiarą w to, co właśnie usłyszał, nawet pokręcił lekko głową. – I co zamierzasz zrobić, panie dzielny obrońco? – spytał spokojnie.
Cador westchnął, robiąc minę zbitego psa.
– No właśnie nie wiem – przyznał niemalże rozżalony.
Ale chwyt nie zelżał.
– Miałem nadzieję, że trochę szybciej załapiesz, chyba będę musiał użyć cięższej artylerii.
Przyblokował młodzieńca łokciem, może trochę go dusząc, i szybko sięgnął po ukryty za paskiem nóż. Przystawił ostrze do gardła Dereka, marszcząc czoło.
– Zastanawiam się, co podziała. Najłatwiej byłoby pozbawić cię argumentów do zaciągania kobiet do łóżka – zauważył mrukliwie, mówiąc bardziej do siebie. – Och, i nie mam na myśli twarzy – dodał z brzydkim uśmiechem.
Ten szybko zbladł.
– Tylko czy to nie jest banalne? Przecież jest tyle innych możliwości, wypalenie na plecach „jestem pysznym dupkiem i nie wiem, gdzie moje miejsce”, obcięcie ręki... Z drugiej strony, jako kastrat pięknie byś śpiewał.
To niedobrze, kiedy Cador się rozkręca. Bardzo niedobrze.
Derek zerknął na nóż, dochodząc do wniosku, że naprawdę ma do czynienia z psychopatą. Ciekawe, czy Ariene zdawała sobie sprawę, jaki jej nowy kolega przyjemniutki jest. Bo chyba nie z tego powodu mu ulegała.
– Twoja kreatywność jest onieśmielająca – stwierdził, jeszcze starając się zachować twarz, ale poczuł porządne ukłucie strachu.
Teraz nękały go skrajne uczucia – nie wiedział, czy gra jest warta świeczki, jednak znowuż zostawienie Ariene z kimś takim… żeby jej nie wypalił czegoś na plecach, jak mu się coś nie spodoba.
– Sam siebie zaskakuję – przyznał wyszczerzony Cador. – Najwidoczniej masz na mnie dobry wpływ. Pod tym względem.
Takie leżenie może stać się krępujące. Właśnie dlatego obrońca wstał i otrzepał się niedbale, nie spuszczając spojrzenia z Dereka.
Na Silthe, ten facet był naprawdę uparty. Nie mógłby już zrozumieć, że najlepszym wyjściem jest ucieczka gdzie pieprz rośnie? Zabawa zaczynała się nudzić. I brakowało pomysłów, zaraz naprawdę gościa wykastruje i z głowy.
Młodzieniec usiadł i roztarł gardło, nie patrząc na Cadora. Nie chciał się przyznać do tego, że oddychał trochę płycej ze strachu, a serce waliło mu mocniej. Zrozumiał już, że nawet gdyby chciał ochronić Ariene przed tym szaleńcem, to nie był w stanie nic zrobić. A na pewno nie w tej chwili.
I na pewno nie bez współpracy wiedźmy.
Odwrócił wzrok, uparcie milcząc i bijąc się z własnymi myślami. Nader podłymi.
– Tylko ją skrzywdź – rzucił wreszcie, podnosząc się powoli; pomógł sobie ścianami ziemi, na których się wsparł.
Może nie zabrzmiał groźnie, ale w gildii przyjaciół się ceniło. Bo nie miało się ich wielu. Lepiej, żeby Cador zdawał sobie z tego sprawę.
– I kiedy ty ją następnym razem najdziesz, oddaj – dodał, wyciągając ze spodni niedużą kopertę, którą podał obrońcy, nadal na niego nie patrząc.
Z założenia podejrzliwy Cador chwilę rozważał wszystkie za i przeciw, wreszcie przyjął od Dereka kopertę, teoretycznie ledwie rzucając na nią spojrzeniem. Zaraz przeniósł wzrok na oczy rozmówcy, mrużąc powieki w nieumiejętnie skrywanym triumfie.
– Jeśli ją skrzywdzę, masz pełne prawo zrobić mi to, co ja obiecałem zrobić tobie – stwierdził po prostu, brzmiąc jak ten ostatni kretyn, naiwny idiota, który wierzy w idealną, pełną samego szczęścia i pozbawioną krzywd miłość.
W końcu był beznadziejnie zakochanym głupkiem, czyż nie?
Schował kopertę do kieszeni. Chwilę czekał. Wreszcie podszedł do ściany dołu, podskoczył, chwycił się skarpy i bez trudu wydostał z pułapki.
Derek powiódł za nim spojrzeniem, nieznacznie się zawahał, po czym cofnął się dla wzięcia rozpędu. Uznał, że niniejszym Cador nie powinien go w żaden sposób zaatakować, dlatego z wyraźną wprawą przebiegł niecałe dwa kroki po ścianie, oparł się na ziemi powyżej skarpy przedramieniem i zdołał wyskoczyć.
Wyprostował się, od niechcenia otrzepał łokieć z brudu i spojrzał na obrońcę z niechęcią, niezbyt zadowolony z tego, że musiał przegrać. Że zostawiał przyjaciółkę w łapach kogoś takiego.
– Gdyby pytała, czemu już nie przyszedłem, wymyśl kłamstwo jakie tylko chcesz. I tak będzie wiedziała, gdzie mnie znaleźć w razie czego – mruknął, wzruszając ramionami.
– Oczywiście – zgodził się obrońca.
Uznawszy, że najwidoczniej dopiął swego i problem namolnego adoratora Ariene ma z głowy, machnął ręką Derekowi na pożegnanie i ruszył w swoją stronę.
Po kilku krokach się zatrzymał. Obrócił, spojrzał na plecy odchodzącego mężczyzny i już otwierał usta, żeby go zatrzymać. Uprzedzić o ostatniej pułapce, jaka czyhała na niego tuż za zakrętem, może nie bardzo bolesnej, ale dość bezpośredniej (napis „tak kończy się nachodzenie niewłaściwych kobiet” mówił wszystko).
Ale w sumie... Po co miałby Dereka zatrzymywać? Ostatnia lekcja dobrze mu zrobi, utrwali zdobytą przed chwilą wiedzę.
Cador uśmiechnął się brzydko, pokiwał głową sam do siebie i ruszył w dalszą wędrówkę.
Kilka minut później wykrzyczane męskim głosem przekleństwo wywołało u niego niestosowny chichot.

2 komentarze:

  1. Trzeci raz.
    Trzeci raz piszę ten komentarz.
    Cholerny laptop.
    Nadchodzi wiosna.

    Ładne haiku? XDD
    Tak w dużym skrócie do Kasi: o ile tego nadobnego pana od Anabde jeszcze mogłabym żałować [ale Sher i Jego Zejebistość... nieeeee...], tak Dereka mi nie żal i... nie spodziewałam się tego po Cadorze ^^ Ten romans robi się coraz bardziej ciekawy.

    To tyle. Zaraz muszę schodzić z komputera, drugą część napiszę Gdy Internet Zadziała... no, ale na Pandakarze notka, radujmy się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kopiuj komentarze przed wysłaniem, jak ten net tak kiepsko chodzi xD Nauczyłam się tego na Onecie xD

      Cudowne xD
      Aenasa chcesz żałować? Dobrze, we'll see :3
      No bo Derek to specyficzna kreatura. Ja go lubię! A Cador... mnie też rozjebał xD Miałam mocne łot de faka, razem z Derekiem. Gdyby Ari wiedziała...
      ... umarłaby ze śmiechu xD

      Drugą część czego? ._.
      Jejciu, to idę czytać!

      Usuń