Jak zdążyła
się przekonać, jednym z kilku plusów dzielenia pokoju z Ariene było to, że nie
musiała jej się tłumaczyć. Gdy wychodziła, co zdarzyło się już kilka razy tego
dnia, wiedźma nie pytała gdzie, po co ani do kogo; teraz tylko zainteresowała
się, kiedy Anabde planuje powrót, ale usatysfakcjonowała ją zdawkowa odpowiedź
„nie wiem”.
Prawda była
taka, że nie miała zamiaru wracać do pokoju tej nocy.
Zamknęła za
sobą drzwi, zostawiwszy wiedźmę właśnie szykującą się do kąpieli. Gdy klamka
wróciła na swoje miejsce, Anabde zamarła na chwilę, opierając dłoń na
drewnianej płycie. Czy to był dobry pomysł? Pochyliła głowę i zmarszczyła
czoło, zbierając w sobie siły.
Od czasu tego
felernego wieczoru z Aenasem i Sheridanem w rolach głównych niewiele zmieniło
się miedzy nią a łowcą. Wcześniej nie miała pojęcia, czy cokolwiek ich łączy;
teraz wiedziała, że na czymś stoi, ale to coś było wyjątkowo trudne do
zdefiniowania.
Choć zmieniło
się spojrzenie, jakim ją darzył, a jego gesty przestały być tak bezosobowe, to
nadal dzieliła ich przepaść. Może było to spowodowane ciągłą obecnością reszty
drużyny; w końcu żadne z nich nie miało zamiaru przyznawać się przed innymi do
tej dziwnej więzi, więc unikali bliskości.
Tak to sobie
tłumaczyła, ale nadeszła okazja, by przekonać się na własnej skórze, jak
wygląda prawda.
Przymknęła na
chwilę powieki, odetchnęła głęboko i ruszyła korytarzem. Najpierw musiała
porozmawiać z Errianem, ale nie miała konkretnego planu, jak zaaranżować
rozmowę w cztery oczy; liczyła na łut szczęścia.
Mieli pierwszy
od dawna wolny wieczór. O tyle spokojniejszy, że bardziej skłonna do
prowokowania burd część grupy spała w innej gospodzie. Na razie powinni unikać
kontaktu i spotykać się wyłącznie w ustronnych miejscach, gdzie nie natknie się
na nich nikt niepożądany.
To ułatwiało
sprawę – wiedziała, że nie będzie musiała ratować Leanelle z kolejnej opresji,
w którą wpakuje ją jej kochany smok, a co ważniejsze, nie trzeba było się
martwić obecnością Aithne. Od kiedy upadła nakryła ją i Sheridana, Anabde stała
się przewrażliwiona na tym punkcie, nie chcąc doprowadzić do kolejnej wpadki.
Nie do końca
rozumiała dlaczego – w końcu tajemnica i tak się wydała, więc co to za różnica.
Ale jakoś było jej lepiej ze świadomością, że to zagrożenie odeszło w cień.
Korytarz
uciekał na prawo, a gdy Anabde minęła zakręt, przekonała się, że szczęście
postanowiło się do niej uśmiechnąć. Młody mag właśnie stał przed pokojem i
sięgał po klamkę.
– Errian! –
zawołała, nim zdążył otworzyć drzwi.
Ruszyła
energiczniejszym krokiem, ubierając się w swobodny uśmiech.
Słysząc
znajomy głos, obrócił głowę do Anabde i uniósł z pewnym zaskoczeniem brwi,
przyglądając się jej przez chwilę. Potem, widząc jej uśmiech, sam też się
uśmiechnął, ostatecznie puszczając klamkę i odwracając się przodem do
nekromantki.
Nie wiedział
czemu, ale czuł, że czegoś od niego chciała. Większość ludzi zwracała się do
niego, kiedy czegoś chciała. Inna sprawa, że znowuż domyślił się, o co mogło
chodzić, i wcale nie uznał tego za zły pomysł.
– Tak? –
mruknął po prostu, zastanawiając się, czy jego zdolności dedukcyjne ewoluowały
już do tego stopnia, że się nie mylił.
Albo
zwyczajnie chodziło o to, że sam tkwił w podobnej sytuacji bez pomysłu, jak z
impasu wybrnąć. Wybrnęli za niego, w pięknym stylu odseparowując go od Aithne.
Musiał pogratulować Ariene skutecznej metody ostudzania relacji, ta wiedźma
miała talent.
Druga sprawa,
że Ariene tym samym, świadomie czy też nie, sprowokowała ostudzenie własnej
relacji z pewnym zakochanym po uszy (i nieco zirytowanym uparcie
niesprzyjającym im losem) obrońcą. Ale zostawmy ich w spokoju, bo to nie o
Ariene i Cadora się tutaj rozchodzi.
Dopóki nie
zatrzymała się przed magiem, nic nie mówiła – poświęciła tę przeciąganą
zwalniającymi krokami chwilę na porządne przemyślenie sprawy. Cały czas się
wahała; pomysł zdecydowanie nie był idealny, ale czy miała inne wyjście?
Męczyła ją niewiedza, brak konkretnych, wiążących decyzji. Niby coś
postanowili, ale oboje nie do końca wiedzieli co, czas to wreszcie rozwiązać.
Zmotywowana
takimi przemyśleniami uniosła nieznacznie brodę, gdy tylko stanęła naprzeciwko
Erriana. Spojrzała w ciepłe, jasnoniebieskie oczy i jeszcze chwilę milczała,
ważąc w myślach słowa.
– Moglibyśmy
się na tę noc zamienić pokojami? – zapytała prosto z mostu, bez ogródek i
zbędnego mieszania.
Zawsze była
dość bezpośrednia. Miała niski, dość pewny głos; nie chciała zdradzić
targających nią wątpliwości, jak zwykle zresztą.
Nikt nie miał
prawa wiedzieć, że oto prosiła Erriana o noc z jedynym mężczyzną, przy którym
momentami czuła się słaba.
Słaba przez
to, co do niego czuła, czymkolwiek to było.
– Myślałem, że
choć trochę mnie polubiłaś, a tu wysyłasz mnie na całą noc w jednym pokoju z tą
podłą wiedźmą – westchnął ciężko Errian i pokręcił zrezygnowany głową.
Chyba wszyscy
będą Ariene już tak nazywali – gratulujemy Calebowi idealnego dobrania epitetu.
Inna sprawa, że całkowicie sobie zasłużyła, młody mag nie zamierzał jej
wybaczyć tego delikatnego oraz kobiecego sposobu leczenia jego rany.
– Nie no, nie
ma sprawy – poprawił się zaraz z uśmiechem, wzruszając ramionami. – Jeśli mnie
Cador nie zabije ani nie dokona zamachu na moje zęby. Zapłacisz za protezy –
ostrzegł jeszcze i wycelował w nią palcem.
Kurczę, aż sam
się zdziwił, że tak się bezczelnie nabija z biednego obrońcy i całkiem
niebiednej Ariene. Przyganiał kocioł garnkowi, generalnie; westchnął i
przeczesał dłonią włosy, ostatecznie załamując się nad samym sobą. No cóż, nikt
nie powiedział, że nie wolno mu być hipokrytą, prawda?
Uśmiechnęła
się lekko; lekko dlatego, że z niepewnością, ale tego nie mógł wiedzieć.
Wypełniało ją wiele sprzecznych ze sobą, skrajnych emocji, a to wszystko
rodziło cholernie dużo wątpliwości – ale przecież była Anabde Sasare, nadal
więc bezwstydnie patrzyła mu w oczy, niczego sobą nie zdradzając.
– Myślę, że
jestem w stanie ogarnąć beznadziejnie zakochanego obrońcę – zapewniła
spokojnie, nawet z pewnym rozbawieniem. – Albo się wypłacić, gdyby przypadkiem
mi się nie udało – mruknęła już ciszej.
Jeszcze by się
wycofał z decyzji!
– A Ariene jest
twoją niedoszłą żoną, powinieneś sobie z nią poradzić – dodała nieco bardziej
chytrze.
Westchnęła i
na krótką chwilę Errian mógł zobaczyć, że to wszystko nie jest dla niej łatwe;
zerknęła na drzwi spojrzeniem po prostu dziwnym, jakby nie do końca wiedziała,
czy pakowanie się w to wszystko było rozsądne, ale już za późno, musiała brnąć
dalej.
Szybko się
ogarnęła i gdy znów popatrzyła na niego, miała w oczach całą swoją dumę.
– Kiedy? –
zapytała.
– No tak, jak
poradziłem sobie z Ai… – mruknął, nie do końca chcąc, by go usłyszała, ale
wprost mu się to cisnęło na usta.
Co poniektórzy
pewnie by zwątpili w jego człowieczeństwo, gdyby się dowiedzieli, co też zdołał
z nią przeżyć i wyjść z tego w jednym kawałku. To się nazywa sztuka przetrwania
w trudnych warunkach!
– Kiedy tylko
ci pasuje – zapewnił od razu, gdy dotarło do niego jej pytanie.
Nie przyglądał
się jej zbyt wnikliwie, zauważywszy zmianę w spojrzeniu. Ot, dla jej własnego
komfortu udał ślepego, głuchego, a na dodatek mało domyślnego, uznając, że jakiekolwiek
drążenie tematu jej wahania byłoby bezdenną głupotą. On wiedział, ona tym
bardziej, Sheridan – jeśli jeszcze nie wiedział – lada moment się dowie.
A on przetrwa
noc z Ariene. To znaczy w jednym pokoju z wiedźmą. Coś czuł, że uniknięcie
kłopotliwych pytań okaże się trudne i wcale nie miał na myśli pytań o to,
dlaczego Anabde zniknęła i zmieniła się w niego przed powrotem.
Może i nie
chciał, żeby go usłyszała, ale słuch miała nienajgorszy; na jego słowa
uśmiechnęła się w ten swój dziwny, trochę niepokojący, nieco triumfalny sposób.
Nie mogła
odmówić mu racji; nie wiedziała za dużo na temat ich relacji, jednak
wystarczająco wiele, by być pod wrażeniem osiągnięć młodego maga.
– Teraz –
odpowiedziała zdawkowo i z pewnością, zdając sobie sprawę z tego, że im dłużej
będzie czekać, tym więcej obaw ją nawiedzi.
Errian
zasalutował, uśmiechając się do niej pogodnie. Wyglądało na to, że naprawdę nie
miał nic przeciwko tej sytuacji, a nawet ją pochwalał, taki dobry chłopak.
– W takim
razie oddalę się ujarzmić moją niedoszłą żonę, życz mi szczęścia – westchnął,
splótł ręce za głową i ruszył dzielnie przed siebie.
Po dwóch
metrach stanął.
– Właściwie… w
którym pokoju wy śpicie?
– Szczęścia –
pożyczyła posłusznie, z rozbawieniem obserwując, jak mag się oddala.
Nie uszedł
daleko. Usłyszawszy jego pytanie, ledwie powstrzymała się od śmiechu.
– W piątce –
poinformowała go, a nim zdążył się odwrócić, dodała jeszcze: – Jak wychodziłam,
Ariene się kąpała. Może być w łazience. Albo może z niej wyjść bez ręcznika.
Generalnie, powodzenia.
Po ostatnim
słowie uśmiechnęła się prowokująco. Jego pogoda ducha nieco ją uspokoiła i
pozwoliła odzyskać humor, przynajmniej na chwilę; aż zaczęła rozumieć, w jaki
sposób udało mu się oswoić Aithne. Miał kojący wpływ na ludzi – a, jak widać na
przykładzie dwójki uroczych Przeklętych, na nie-ludzi jeszcze lepszy.
– Ariene bez
ręcznika, pewnie, czemu nie – jęknął Errian, docierając do zakrętu, rozległo
się charakterystyczne plaśnięcie dłoni o czoło. – Powinni mi za to więcej
płacić.
Prawdopodobnie
zgodziłby się na trudne warunki pracy, gdyby zechciano go zamykać na czas
odpoczynku w jednym pokoju z Aithne, nie z podłą wiedźmą. Tymczasem jednak
postanowił się martwić istotnym, mianowicie tym, że jeśli wejdzie w złym
momencie, to najprawdopodobniej pożegna się z życiem.
Śmierć
zostanie zadana z ręki Ariene bądź też Cadora, w sumie bez większej różnicy.
Gdy Errian
zniknął za zakrętem, opuściła ją cała ta pewność siebie; przymrużyła oczy,
wpatrując się niepewnie w wejście do pokoju. Postawiła krok bliżej drzwi i
położyła dłoń na klamce, tak zamierając; znów nawiedziły ją nieposkromione,
pełne obaw myśli.
Tak naprawdę
nie wiedziała, co ją powstrzymywało – każde możliwe rozwiązanie sytuacji było
lepsze od tkwienia w tym czymś. Nie powinno jej zależeć, by wszystko skończyło
się dobrze; zresztą, jak mogło skończyć się dobrze? Straciła swoją
niezależność, nic więcej jej nie zostało.
Zapukać, nie
zapukać? Nad tym też zaczęła się zastanawiać. Wreszcie prychnęła gniewnie,
kręcąc głową; co się z nią stało, że zwraca uwagę na takie głupoty?
Musi coś
zrobić. Ta myśl dodała jej sił wystarczających, by otworzyć drzwi; postawiła
krok przez próg, zamknęła za sobą przejście i upewniła się, że przekręciła
klucz w zamku. Powoli obróciła się, by zawiesić na przebywającym w
pomieszczeniu mężczyźnie wyczekujące spojrzenie.
Opanowała
wszystkie niechciane reakcje organizmu, jakie spowodował jego widok; te, nad
którymi nie miała władzy, jak dziwny ucisk gdzieś wewnątrz, postanowiła
zignorować.
Nim zdążył
zareagować, coś pociągnęło ją w jego stronę tak silnie, że nie zdołała się
powstrzymać. Przymrużyła nieznacznie oczy, zatrzymując się tuż przed nim;
trudno było odgadnąć, co myślała, jej spojrzenie stało się trochę nieobecne.
Wsłuchała się
w bicie swojego serca, zapamiętując jego rytm. Potem wyciągnęła rękę do przodu
i przytuliła dłoń do jego policzka; coś się w niej zmieniło, w oczach pojawił
się słaby blask. Ona znów zamarła, czując, jak jej serce zaczyna bić w szybszym
tempie. Zmarszczyła czoło, dość zaskoczona, by, niesiona ciekawością, badać
dalej.
Stanęła na
palcach i oparła się dłonią o jego tors, by nie utracić równowagi; przysunęła
usta do jego warg i zatrzymała się, gdy od pocałunku dzieliły ich ledwie
milimetry. Wtedy jej oddech przestał być równy, zrobił się też jakby płytszy,
to trochę ją przestraszyło.
Wycofała się z
zamiaru i stanęła na całej stopie, przyglądając się mężczyźnie w zamyśleniu.
Rytm bicia serca trochę się uspokoił, odzyskała kontrolę nad oddechem, jednak
wystarczyło, by się o niego oparła, a problem znów się pojawiał.
Jak?
Cóż, nie można
powiedzieć, by spodziewał się, że zamiast Erriana do pokoju przyjdzie Anabde.
Kiedy weszła, spojrzał na nią szczerze zaskoczony, ugryzłszy się w język, by
nie warknąć odruchowo, że znowu wpakował kilka zbędnych książek do jego torby.
Ciągle to robił, a Sheridan ciągle go upominał. I nadal stali w punkcie
wyjścia.
Nie oderwał od
nekromantki spojrzenia, gdy podeszła do niego i stanęła bardzo blisko. To
zdziwiło go jeszcze bardziej, ale nie dał tego po sobie poznać, po prostu
czekając i obserwując.
Jednak po
dziwnej przymiarce do pocałunku, z której szybko się wycofała, nie powstrzymał
cisnącego się na usta ledwo widocznego uśmiechu. Uznawszy, że to jest tak
dziwne, że gorzej być nie może, ujął delikatnie jej brodę i uniósł, by lepiej
widzieć oczy. Lubił w nie patrzeć, zwłaszcza kiedy duma zmagała się w nich z
wątpliwościami.
Kiedy spojrzał
jej w oczy, coś znowu się zmieniło; wstrzymała oddech, bojąc się, że przestanie
nad tym panować. Zorientowała się, że teraz nie odwróci spojrzenia nawet gdyby
chciała – kolejne, co ją przestraszyło, zwyczajnie zatonęła w jego oczach.
Zaraz
przypomniała sobie, że nie może dać się tak po prostu omamić; przymrużyła
powieki, pozwalając sobie na lekki, nieco łobuzerski uśmiech.
– Errian tu
dzisiaj nie wróci – oznajmiła ze stoickim spokojem, jakby ta informacja nie
miała żadnego drugiego dna i głębszego znaczenia.
Ot,
przyszedł wieczór, na dworze trochę
chłodno, a Errian kimnie się dzisiaj u Ariene.
Po
wypowiedzeniu tych słów po raz kolejny się odsunęła, przez co musiał cofnąć
rękę. Gdy był zbyt blisko, wszystko przestawało mieć znaczenie, ale tym razem
nie chciała rozstać się z nim bez odpowiedzi. Musieli się przekonać, jak to
wszystko wygląda, co właściwie między nimi jest.
Sheridan
uniósł z uprzejmym zdumieniem brew, nieprzerwanie się Anabde przyglądając;
nawet jego uśmiech trochę się poszerzył. Wreszcie jednak przypomniał sobie, że
powinien jakoś zareagować na te słowa – domyślił się, że skoro przybyła
nekromantka, to mag został niecnie wyeliminowany z gry, ale…
– Co mu
zrobiłaś, zła kobieto? – zainteresował się losem przyjaciela.
To było bardzo
dziwne, ale im dłużej się jej przyglądał, tym swobodniej się czuł. Całe
napięcie minionego dnia zniknęło, odciążył nieznacznie nogę i pozwolił sobie
wcisnąć ręce do kieszeni spodni, nie odrywając od niej wzroku.
Wzruszyła
nieznacznie ramionami, a na jej ustach zatańczył odważniejszy, tajemniczy
uśmieszek. Coś w stylu „co złego, to nie ja, a jakbyś przypadkiem znalazł go
zmasakrowanego przez jakiegoś obrońcę – nic o tym nie wiem”.
Potem sama
była zaskoczona, że zareagowała tak swobodnie, nagle wyzbywszy się tego
dziwnego dystansu. Zmarszczyła brwi. To chyba oznaczało, że jest dobrze; takie
zresztą odniosła wrażenie, że na razie wszystko jest w porządku.
Niemniej
jednak, by nadal w porządku pozostawało, musiała się kontrolować, a to w jego
obecności okazało się cholernie trudne. Drgnęła i wykazała się dostateczną siłą
woli, by odwrócić spojrzenie od jego oczu; pobłądziła wzrokiem po pokoju, zastanawiając
się, co może ze sobą zrobić.
Na widok jej
uśmiechu sam uśmiechnął się szerzej. No tak, głupi dzieciak znów dał sobą
manipulować, że też przeżył tyle lat bez większych nieprzyjemności… Myśli łowcy
szybko jednak opuściły osobę przyjaciela, skupiając się na stojącej nieopodal
nekromantce.
Sheridan
drgnął, jakby wyrwał się z rozmyślań, i zaraz skarcił się za ten
niekontrolowany ruch. Z nieco gorszym nastrojem rozejrzał się po pokoju,
wzrokiem lokalizując stolik, krzesła oraz dzbanek i szklanki.
Nie ma co,
królewskie apartamenty, przynajmniej jest na czym tyłek posadzić i czym gardło
zwilżyć.
– Napijesz się
czegoś? – zwrócił się do Anabde. – Mam wodę… i wodę – dodał bardzo krytycznie,
krzywiąc się wymownie.
Że też na
wyposażeniu nie dawali czegoś mocniejszego. Albo soczków pomarańczowych, jak
ktoś przejmował się abstynencją rudego rozczochranego.
Zadał normalne
w takich sytuacjach grzecznościowe pytanie, a zmarszczyła lekko czoło,
przyglądając mu się uważniej. Sprawiała wrażenie wypłoszonej, analizowała każde
zdarzenie, wszystkie gesty i spojrzenia, jakby nie do końca wiedziała, co ze
sobą zrobić. Przyszła tu z konkretnymi pytaniami, ale nie miała pojęcia, jak
otrzymać na nie odpowiedzi. Nie dało się tak po prostu zapytać.
No i ciągle
była pełna obaw. To nieco śmieszne; nie brakowało jej odwagi, by pójść do łóżka
z niebezpiecznym łowcą, który w każdej chwili mógł pozbawić jej duszy, jednak
kiedy wykazał inny rodzaj zainteresowania jej osobą i w pewien sposób ich
relacja zaczęła się zacieśniać, spanikowała.
Gdzieś tam, na
dnie, czaiło się wspomnienie znajomego wampira, który zwykł rozkochiwać w sobie
kobiety, dbać o nie, zdobywać ich zaufanie, by zabijać pełne miłości i
pozbawione lęku. Sheridan w niczym nie przypominał Jaretha, a mimo tego ciągle
miała poczucie, że nie jest mniej naiwna od tych kobiet.
Przymrużyła
oczy, przypominając sobie, że nadal nie odpowiedziała na jego pytanie. Nawet
nie zorientowała się, kiedy podeszła do niego o krok; gdy otrzeźwiała, była już
za blisko. Nie próbowała powstrzymać pragnienia, wspięła się na palce i
pocałowała go krótko, zaraz pozwalając sobie na uniesienie kącików ust w
zadowolonych uśmiechu.
Smakował tak
samo.
– Nie,
dziękuję – mruknęła; jej myśli były zbyt niepozbierane, by stać ją było na
bardziej wyszukaną odpowiedź.
Sheridan
kiwnął głową, nie odrywając od niej spojrzenia, trochę tak, jakby nie zauważył
tego pocałunku przed chwilą. Przesunął wzrokiem po jej twarzy, nieco zbyt
badawczo, jak kiedyś, gdy dopiero ją poznawał.
Potem jednak
to wrażenie przeszywania minęło, łowca uniósł kącik ust w rozbawionym uśmiechu
i wzruszył ramionami, nadal nie wyciągając rąk z kieszeni.
Samokontrola
mistrza.
– Ja chyba też
sobie odmówię – stwierdził, na chwilę przeniósł spojrzenie na pokój, rozejrzał
się po nim, jakby czegoś szukał, potem niedbale odgarnął kosmyk włosów za jej
ucho; ot, jakby poprawiał szczegół w wystroju pomieszczenia.
Potem wskazał
na krzesło, zapraszając ją, żeby usiadła, bo co będą tak stać.
Drgnęła; w
pierwszej chwili zganiła się za to w myślach, potem uznała, że to żadna
różnica, skoro znowu nad sobą nie panowała. Zdradziła wystarczająco dużo
zamyśleniem, niepewnymi gestami i wycofaniem, by przejmować się kolejną
porażką.
Postanowiła
zareagować, nim znów zagubi się we własnych wątpliwościach; zerknęła na łowcę,
skinęła lekko głową i ruszyła w stronę krzesła. Siadając, założyła nogę na nogę
i sięgnęła po leżącą na blacie książkę, ot tak, by zająć czymś ręce. Delikatnie
przesunęła opuszkami palców po okładce, nim otworzyła dzieło.
– Nie masz
wina – zauważyła w pewnej chwili, unosząc głowę, by posłać łowcy spojrzenie
błyszczących złośliwie ocząt. – Kiepsko.
W ostatniej
chwili ugryzła się w język, nim dodała „to czym mnie teraz upijesz?”.
Parokrotnie udowodnił, że wcale nie musiał jej upijać, by dostać to, co chciał.
Ta myśl
wywołała u niej ambiwalentne uczucia; z jednej strony przywoływała bardzo
przyjemne wspomnienia, z drugiej przypominała o tej trudnej do zrozumienia
władzy, jaką miał nad nią łowca.
Tym razem
udało jej się ukryć spojrzenie w kartkach lektury, nim zdradziła zwątpienie.
– Wino wyszło
– odparł bez mrugnięcia okiem, zajmując miejsce naprzeciwko niej.
Najpierw
podparł głowę na dłoni, łokieć układając na oparciu krzesła, po chwili jednak
wskazał palcem na trzymaną przez Anabde książkę.
– Trochę
nudnej historii wleczonej przez Erriana. Dostał obsesji na tle dawnych
organizacji magicznych, może szuka sekty dla siebie – wyjaśnił, dlaczego
lektura jest taka nudna, po czym uśmiechnął się z przekąsem. – Pewnie chce
uwolnienia od rudego rozczochranego.
To przecież
oczywiste, nikt normalny nie wytrzymałby z tym głośnym potworem dłużej.
Jakkolwiek długo. Errian i tak już udowodnił, że nie jest człowiekiem, więc
teraz czas się wycofać.
Oczywiście
Sheridan w to nie wierzył, jego przyjaciel był za głupi, żeby się ratować, ale
nikt jeszcze myślenia życzeniowego nie zabronił.
Zmarszczyła
nieznacznie czoło; zorientowała się już, że Errian wiedział o przeszłości
Aithne dużo więcej od niej, ale aż tyle? Przekartkowała książkę; odnalazła
stronę z zagiętym rogiem – przebiegła po niej uważnym spojrzeniem, wychwytując
co ważniejsze informacje i notując je w głowie.
– Mówił coś
więcej? – zainteresowała się, gdy dokończyła przeglądanie rozdziału i zamknęła
książkę.
Odłożyła ją na
swoje miejsce i zabębniła palcami w oprawę, przymrużając na chwilę oczy. Będzie
musiała porozmawiać z Errianem, zdecydowanie.
– Nie – odparł
zgodnie z prawdą Sheridan, przyglądając się jej z tą samą, nieco krępującą
wnikliwością. – Nic nie mówi na ten temat, ale dużo czyta. I jakiś czas temu
prosił mnie o odcyfrowanie tekstu sprzed… ja wiem? – westchnął, przymykając
oczy, by oszacować czas w myślach. – Tekst sprzed jakichś trzydziestu,
czterdziestu lat, ale użytego pisma nie stosowano powszechnie od
osiemdziesięciu lat. W każdym razie to wszystko – dokończył, wzruszając lekko
ramionami.
Jej
spojrzenie, zawieszone na nieokreślonym punkcie na przeciwległej ścianie,
zrobiło się ostrzejsze.
Przykro mi,
Sheridan, wygląda na to, że jeszcze chwilę pomęczycie temat Aithne.
– O czym był
ten tekst? – zapytała od razu.
Coś jej się tu
nie podobało; zawsze wykazywała się sceptycyzmem i nigdy źle na tym nie wyszła,
a w tym przypadku obawy wspierało uczucie, które można nazwać kobiecą intuicją.
Wstała i
sięgnęła po dzban, w myślach wyrzucając właścicielowi gospody brak wspomnianego
wina w pokojach. Przydałoby się. Przelała trochę wody do szklanki, którą
wcześniej sobie przysunęła, po czym zerknęła na łowcę, unosząc brew w niemym
pytaniu.
– O upadku
jednej z tych magicznych organizacji – stwierdził spokojnie, obserwując Anabde
z poznawczą ciekawością. – Przejechali się na jednym zadaniu i padli, w skrócie
rzecz ujmując. Były tam jednak dodatkowe notatki, coś o zejściu do podziemi
oraz próbach rekonstrukcji całej tej zabawy, jakiejś zemście, napisano to jeszcze
starszym pismem, więc zrobił to ktoś edukowany magicznie – dodał, obracając
drugą pustą szklankę w palcach, żeby zająć czymś ręce. – Notatki datowałbym na,
nie wiem, dziesięć lat wstecz. Jak ktokolwiek próbował, raczej mu nie wyszło –
podsumował i ponownie wzruszył ramionami.
Domyślił się
już, że chodziło tu o Aithne, osobiście jednak uważał, że i Anabde, i Errian
przesadzają. Sprawa zdecydowanie została zamknięta i należy do przeszłości, ale
skoro chcą sobie psuć nerwy, droga wolna.
Odstawiła
dzbanek i ponownie usiadła, od razu unosząc szklankę do ust. Krystalicznie
czysta, chłodna woda pozwoliła jej pozbierać myśli i nieco się uspokoić.
Może
rzeczywiście z tą organizacją to nie była taka wielka sprawa. Znała jednak
Erriana wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie zabierał się za coś, gdy nie
istniały ku temu powody.
Może po prostu
chciał lepiej poznać przeszłość Aithne. Ze wszystkimi szczegółami. Oby tak
było.
Skinęła lekko
głową i postanowiła porzucić temat; wyciągnęła z Sheridana wszystko, co mógł
jej powiedzieć. Oparła się wygodnie na krześle i odchyliła głowę, nabierając
głębokiego wdechu.
Przyjemny,
kwiatowy zapach unoszący się w pokoju był miłą odmianą po zatęchłej gospodzie,
w której dotychczas przebywali, i jeszcze się do niego nie przyzwyczaiła.
Spostrzeżenie nakierowało jej myśli na zlecenie, które ich czekało, a na ustach
pojawił się lekki uśmiech.
– Nasz plan na
bal jest okropnie pokręcony – mruknęła, już nie mając siły wymieniać jego
słabych stron, a było ich kilka. – A wszystko się sypnie, jeżeli Caleb nie
uszyje sukien – dodała, bo tak, to zaskakiwało ją najbardziej.
Czy mężczyzna
sprawdzi się w roli krawca?
– Ja bym na
miejscu podłej wiedźmy już zaczął uciekać – odparł na to Sheridan, uśmiechając
się krzywo. – Z tego, co zrozumiałem, poza sukniami idą jeszcze na jego
warsztat wszelkie inne stroje. I ma zaprojektować gorsety umożliwiające
bieganie. Generalnie życzę szczęścia – podsumował, odchylając się na krześle z
nieco zdegustowaną miną.
No cóż, umówmy
się, sam łowca nie był fanem jakichkolwiek robótek ręcznych, a Caleb wydał się
mu na tyle specyficzny i mało wiarygodny, że wspaniałomyślnie skreślił go od
razu. Poza tym nie rozumiał, po co zakradać się na bal, bawić się w podchody,
szykować sobie drogi ucieczki, jak można wszystkich pozabijać. Gdzieś wśród
całej tej niepotrzebnej szlachty na pewno będzie ich cel, prawda?
– Ariene
mówiła, że usunęła tych, pod których mamy się podszyć. Nie chciała powiedzieć
jak – dodał, poddając dodatkowo w wątpliwość wiarygodność samej wiedźmy.
– To nie ty
będziesz nosił te gorsety – przypomniała mu niezadowolona, krzywiąc się
wymownie.
Nie miała nic
do gorsetów, ba, uważała je za dość przydatną część garderoby, zwłaszcza kiedy
trzeba było kogoś omamić. Ale nie wyobrażała sobie uciekania w czymś, co łamie
żebra przy próbie obrócenia się. No cóż, najwyżej przerobi swój osobiście,
dlaczego nie.
– Ważne, że
ich usunęła, jej metody mnie nie obchodzą. Bardziej martwi mnie rozdział ról, a
konkretnie jedna – zaczęła kolejny wątek, zrobiła jednak przerwę na łyk wody.
Zaraz po nim
odstawiła szklankę na stół i przesunęła opuszkiem palca po jej brzegu.
– Leanelle
jako kelnerka może niechcący popsuć plany. Służki na balach regularnie są
obmacywane przed podpitych szlachciców; wystarczy, by jakiś tylko jej dotknął,
a zrobi się zamieszanie.
Sheridan
skinął głową. Zauważył już, że ta dziewczyna to straszna panikara, jeśli chodzi
o fizyczną bliskość, ale wyglądało, że Ariene zorientowała się nawet wcześniej
od niego – to dobrze dla ich planu.
– Dlatego ma
być w towarzystwie Caleba i Aidana – stwierdził, wzruszając ramionami. – Będą
udawali strażników i chronili jej tyły, jak tłumaczyła jakiś czas temu Ariene.
Mogłaś nie słyszeć, odeszłaś od stolika – dodał, pomijając jednak to, do kogo
wtedy poszła. – Lepsza Lea niż rude rozczochrane, które by żywcem pourywało
facetom łby – rzucił jeszcze, bo nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił.
– A co jej
pomogą? – mruknęła, przenosząc na łowcę uważne spojrzenie. – Boi się ich tak
samo, jak tych podpitych szlachciców, ci drudzy przynajmniej nie zrazili jej
bezowocnym rzucaniem się jej na ratunek za każdym razem, gdy coś się dzieje, w
przeciwieństwie do Aidana – dodała, tym razem nie mogąc powstrzymać lekkiego
uśmieszku.
To niezmiernie
ją w Aidanie bawiło, rycerz ruszający na ratunek damie; szkoda, że nie
widziała, gdy próbował zagrać tę rolę przy Aithne.
– Tylko
faktycznie nie miała kogo obsadzić w tej roli. No nic, pokładam swoje nadzieje
w Calebie, jemu nieźle wychodzi ratowanie Leanelle z opresji – dodała.
– Gówniarz
rzeczywiście nie prowadzi mózgu – przytaknął jej Sheridan, zastanawiając się,
czy napić się tej wody, czy też nie.
Poważny
dylemat.
– Ale Caleb
mógłby coś wiarygodnego sklecić, żeby szlachcice trzymali się z daleka.
Najwyżej przejdziemy do planu awaryjnego, który właśnie wymyśliłem. Zabijemy
wszystkich – postanowił spokojnie łowca i wzruszył ramionami.
To przecież
najprostsze. Ach, ci skrytobójcy i ich finezyjne metody działania, no naprawdę.
Jak było warto – to się kombinowało, żeby zrobić dyskretnie, ale skoro zleceniodawca
nie wspomniał o tym, że ma zginąć tylko cel…
Co za życie,
ta podła wiedźma nie powinna więcej planować akcji.
– Błyskotliwe
– prychnęła ze śmiechem. – Tylko mi nie uśmiecha się bycie poszukiwaną listem
gończym za wymordowanie połowy miasteczka – dodała, przymrużając powieki.
Sheridan, no
żeby aż tak? Przydałoby się trochę polotu i finezji w tym smutnym jak pizda
mieście.
– Zresztą to
może być całkiem zabawne – uznała, wyciągając przed siebie długie nogi i
krzyżując je w kostkach.
Przechyliła głowę
i zaczesała włosy na prawe ramię, zajmując się rozplątywaniem kosmyków.
Uśmiechała się
lekko od dłuższego czasu; musiała przyznać, że się rozluźniła. Przyjemnie było
tak zwyczajnie posiedzieć i porozmawiać o niczym, przypomnieć sobie, dlaczego
zachwycił ją swego czasu celnymi uwagami i jak bardzo lubiła słuchać jego
głosu. Takie drobnostki, ale sprawiły, że obawy odpłynęły gdzieś daleko.
– Przyjemnie
będzie owinąć sobie faceta wokół palca, żeby podrzucić go tobie – mruknęła, a
jej uśmiech nabrał bardziej dzikiego charakteru.
Co kto lubi,
generalnie.
– Z
przyjemnością się nim zajmę – odparł rozbawiony, unosząc lekko kącik ust. –
Ewentualnie popatrzę, jak Errian próbuje wymyślić pokojową drogę zabicia
gościa, to dopiero będzie rozrywka – dodał, uznając, że lepiej się dzieciakowi
dokucza, kiedy ten nie mógł rzucić żadnej trafnej uwagi na temat łowcy.
Chwilę
milczał; odchylił głowę i wyjrzał za okno, by odkryć, że zrobiło się ciemno
jak… echem, w grobowcu. Spokój okolicy trochę go dekoncentrował, w poprzedniej
karczmie przywykł do wycia na zewnątrz, bójek, przekleństw i ogólnego gwałtu na
społeczeństwie oraz prawie państwowym.
– Żeby tylko
rude rozczochrane nie dało dupy – westchnął sobie.
Kogoś dziwi ta
końcowa uwaga? No właśnie.
Anabde doszła
do wniosku, że krzesła w gospodzie były sakramencko niewygodne. Poprawiła się
na meblu, ale to wcale nie przyniosło ukojenia dla bolących pleców, dlatego
wreszcie wstała, wzdychając przy tym lekko. Podeszła do jednego z okien i
oparła się tyłem o parapet, kładąc dłonie na jego chłodnym kamieniu.
Przechyliła głowę, by nadal móc patrzeć na łowcę, po czym uśmiechnęła się
kącikiem ust.
Zdążyła
zrozumieć, że nigdy nie uda jej się pogodzić Sheridana i Aithne.
– O nią się
nie martwię, gorzej może być z Cadorem. Zakochany robi się okropnie bezmyślny –
zauważyła.
Ostatnio
obrońcy często zdarzało się popaść w zamyślenie, zapatrzyć w wiadomą stronę,
łatwo też było go zaskoczyć, co kiedyś zdawało się być niemożliwe. Pozostawało
to zabawne, dopóki nie chodziło o zadanie. Tutaj nekromantka zaczęła mieć
poważne obawy co do przydatności Cadora.
Sheridan
parsknął i pokręcił głową.
– To naprawdę
podła wiedźma – skwitował ni stąd, ni zowąd. – Dlatego wystawiła go jako
woźnicę na dworze, żeby razem z rudym nie plątali się pod nogami. Geniusz –
dodał i trudno było określić, czy właśnie z niej zakpił, czy naprawdę
pochwalił.
Jeszcze chwilę
przypatrywał się wodzie w dzbanku, po czym obrócił się na tyle, by dalej
widzieć Anabde. Przyjrzał się jej całej sylwetce; wcześniej stół to
uniemożliwiał, teraz bez skrępowania wodził po niej spojrzeniem z tym samym
nieco badawczym wyrazem oczu. I niesamowicie spokojnym.
– Nie można
odmówić jej rozsądku – przyznała. – Gdyby Cador był w pomieszczeniu,
prawdopodobnie nie zdzierżyłby widoku drugiego obrońcy wgapiającego się w biust
Ariene –zakpiła sobie lekko.
Nie z
zazdrości, spore walory wiedźmy już dawno stały się obiektem ogólnych żartów.
Jeden taki nawet z ich powodu oberwał, ekhm, nic nie sugeruję.
– Nie sposób
byłoby go winić – odparł bez wahania Sheridan, najwyraźniej niezrażony tym, że
już w zęby za tego typu komentarze dostał. – Najpierw na widoku pojawiają się
jej cycki, potem reszta, inaczej się nie da – dodał dość bezlitośnie i
uśmiechnął się z przekąsem.
Żeby nie
powiedzieć, że cholernie złośliwie.
– Ty też się
wgapiasz? – podchwyciła od razu, przymrużając powieki.
W jej oczach
pojawił się jasny blask rozbawienia; nie była zazdrosna, ale i tak radzę łowcy
uważać ze słowami. Kobiety bywają nieprzewidywalne.
Zresztą, panie
Sheridanie, łatwo komentować, kiedy w pokoju nie ma kto honoru wiedźmy bronić!
Szczęście, że obrońca mieszka w innej gospodzie daleko stąd, bo ostatnio stał
się wyjątkowo czuły na tego typu słowa. Jeszcze by tu wpadł.
– Nie, nie mam
ochoty zabijać Cadora, kiedy znowu się na mnie rzuci – mruknął spokojnie, jakby
zupełnie nie pomyślał o tym, że uroczej na swój sposób pani mogłyby puścić
nerwy, prawda.
Tak naprawdę
rozbawiła go, ale nie dał tego po sobie poznać. Umówmy się, po tak długim
czasie przebywania w towarzystwie Ariene przestało to się tak rzucać w oczy.
Tak samo jak wrzaski rudego rozczochranego w chory sposób wpisały się w dzienną
rutynę. Oraz irytująca dobroć i łagodność Erriana.
Objęła się
ramionami, kiedy krążąca od dobrych kilku chwil myśl zaczęła się coraz
gwałtowniej dobijać do drzwi jej świadomości. Choć rozmowa jej się nie dłużyła,
zaczęła się zastanawiać, dlaczego utrzymują taki dystans.
Nie chcąc dać
po sobie poznać, że coś ją martwi, nie zerwała kontaktu wzrokowego, jednak
gdzieś w środku coś ją ścisnęło. Anabde naszły kolejne obawy, teraz zupełnie
innego rodzaju.
Była z innym
mężczyzną. Co, jeśli przez to Sheridan... się jej brzydził? W trudny do
zrozumienia, podświadomy sposób. Bo to do niego niepodobne, by, będąc z nią sam
na sam, pozostawał tak daleko. Miała możliwość zadziałania, by to zmienić, ale
przestraszyła ją myśl, że mogłaby się w ten sposób narzucać.
Jeszcze
bardziej przytłaczająca była świadomość, że w ogóle nie powinna się tym
martwić. A jednak.
– Rozumiem, że
gdyby nie Cador, nic by cię nie powstrzymywało – mruknęła z jeszcze większym
humorem.
No bo jasne,
ładna wymówka.
– Możliwe –
przytaknął, uśmiechając się trochę szerzej, ale bez szaleństw, w końcu to
Sheridan.
Ponieważ
niewygodnie siedziało się mu do połowy obróconym, to przesunął krzesło i
usadowił się w dobrej pozycji, krzyżując ręce na torsie. Przyjrzał się Anabde
raz jeszcze i zastanowił się mimowolnie, czy cel tej wizyty był jakkolwiek
konkretny.
Ostatnimi
czasy nadal nie utrzymywali zbyt bliskich kontaktów i niedomówienie zaczynało
ciążyć. Teraz nie ciążyło, za to zrobiło się dziwnie.
Śmiesznie,
jeśli pytać go o zdanie.
Jego zdawkowa
odpowiedź sprawiła, że w pierwszej chwili się pogubiła. Szybko odnalazła
właściwie słowa, by kontynuować lekką, niezobowiązującą rozmowę, ale dała po
sobie poznać, że nie jest tak pewna siebie.
Przede
wszystkim uciekła spojrzeniem gdzieś w bok. Przygryzła lekko wargę i zacisnęła
mocniej palce na ramionach, zastanawiając się, czy to wszystko w ogóle do czegoś
zmierza. Miała wrażenie, że nie otrzyma swoich odpowiedzi.
– Co
właściwie... – zaczęła, ale zaraz potrząsnęła głową i wyrzuciła z niej
niechciane myśli.
Nie powinna o
to pytać. Co między nimi jest. Po prostu nie powinna. Albo przekona się sama,
albo to nie ma większego sensu.
Uśmiechnęła
się więc mało wiarygodnie i postanowiła kontynuować grę, choć to również
wydawało się być złym rozwiązaniem – jak grać, kiedy już zdjęła maskę?
– Trudno
uwierzyć, że Cador jest dla ciebie przeszkodą – mruknęła.
Sheridan
uniósł brew, przyglądając się jej trochę inaczej niż przed chwilą. Wreszcie
westchnął, wcisnął ręce do kieszeni i wstał, ruszając do Anabde. Zatrzymał się
kawałek przed nią, pochylając lekko głowę, żeby nadal dobrze widzieć jej oczy.
Trudno powiedzieć, co sobie myślał, jak zwykle zresztą.
– Nie jest –
odparł grzecznie, bo chyba odpowiedzi oczekiwała, po czym przymrużył powieki. –
Właściwie…? – nawiązał do jej wcześniejszej wypowiedzi, zawieszając
charakterystycznie głos.
Miała ochotę
się cofnąć, ale już opierała się o parapet. Uniosła więc brodę, by z typową dla
siebie dumą spojrzeć w zielone tęczówki i... po raz kolejny się zawahała.
Coś tkwiło w
spojrzeniu szarych oczu, coś na pograniczu bólu i zmęczenia. Maska, którą
nosiła od tylu lat, nagle stała się zbyt ciężka i niewygodna; miała ochotę
zrzucić ją i nie ubierać ponownie, jednak wiedziała, że prawdopodobnie byłoby
to skrajną głupotą.
Przede
wszystkim nie miała pojęcia, czy warto.
– Nieważne –
odpowiedziała spokojnie; tego była pewna.
Nie powinna w
ogóle zaczynać tematu.
Sheridan znowu
westchnął, tym razem z irytacją. Nawet przymknął na moment oczy, jakby próbował
odszukać w sobie cierpliwość. Chociaż trochę.
– Właśnie
widzę – skwitował niemalże niezadowolony i podszedł te ostatnie pół kroku do niej,
opierając się ramionami o parapet, przez co w pięknym stylu zrobił Anabde
„szach-mat”.
Miał ochotę
się uśmiechnąć, ale się powstrzymał, wielkoduszny. Nie oszczędził jej jednak
badawczego, spokojnego spojrzenia, które osoby o słabszych nerwach mogłoby chyba
doprowadzić do palpitacji serca.
Niekontrolowanie
nabrała głębokiego, głośnego wdechu, mając wrażenie, że zaraz zacznie tonąć.
Jej oczy rozszerzyły się – ze strachu czy ze zdziwienia – a serce faktycznie
przyspieszyło rytm tak bardzo, że blisko było do palpitacji, jednak z zupełnie
innego powodu.
Odchyliła
nieco głowę i spojrzała mu w oczy, w głębi ducha zastanawiając się, czy może
jeszcze jakoś się uratować.
Nie mogła.
Opuściła ręce
swobodnie wzdłuż ciała, gdy dalsze obejmowanie się ramionami stało się
niemożliwe. Był blisko, jego dotyk... nie, nie mogła dać się omamić.
– Co właściwie
między nami jest? – dokończyła, wiedząc, że albo zapyta teraz, albo za chwilę
zupełnie przestanie myśleć.
To
przynajmniej powinno go powstrzymać od dalszych działań, sprawić, by musiał
chwilę zastanowić się nad odpowiedzią. Miała nadzieję, że w tym czasie jej uda
się pozbierać; wątpliwe.
Cóż, Sheridan
nie potrzebował zbyt wiele czasu do namysłu. Tylko kilka sekund przypatrywał
się jej z lekkim zaskoczeniem, jakby zupełnie nie tego się spodziewał. Potem
uśmiechnął się pod nosem, z pewnym rozbawieniem oraz trochę niedowierzaniem,
przekrzywił w zamyśleniu głowę.
– Nie wiem –
stwierdził całkowicie szczerze, powstrzymując się od wzruszenia ramionami.
Gdyby potrafił
to określić słowami, pewnie nie czaiłby się tak długo, trzymając Anabde na
dystans. Upewnił się w tym, że nie potrafi znieść jakiegokolwiek innego faceta
w jej pobliżu, ale niczego więcej nie mógł dokładnie określić. Zupełnie jakby
znalazł się w martwym punkcie i bał się zrobić krok do przodu.
Nigdy się nie
bał, dlatego to wrażenie trochę go zirytowało. Chciał zrozumieć, tylko nie
wiedział, w którą stronę pójść, żeby się tego dowiedzieć. Najbardziej
niewygodne było to, że Anabde oczekiwała, iż wszystko jej wyjaśni i ustawi w
odpowiednim porządku.
Takie cuda
tylko u Stwórcy.
Zacisnęła
mocno usta, powstrzymując się od gorzkiego uśmiechu; no bo tak, głupia, w sumie
dotychczas między wami był tylko seks. I to w gruncie rzeczy nie było najgorsze
rozwiązanie, ale jakoś tak... właśnie.
Cała była
pogubiona. Nigdy, przenigdy nie zdarzyło jej się, by to ona domagała się
wyjaśnień, może nawet deklaracji – czegoś, co tak naprawdę okropnie ją
przerażało, ale i tak zdawało się być potrzebne. Zawsze to ją o podobne rzeczy
proszono, a ona zazwyczaj zbywała biedaków, by uciec od nich następnego dnia. A
teraz... czy „nie wiem” było próbą pozbycia się jej, czy szczerą odpowiedzią?
Pytanie
okazało się na tyle ciekawe, że musiała dłuższą chwilę się nad nim zastanowić.
Przyglądała się twarzy łowcy, uwagę skupiając przede wszystkim na oczach, jakby
miała nadzieję, że znajdzie w nich gotową odpowiedź lub chociaż wskazówki.
Wreszcie
westchnęła lekko; znowu czuła się przytłoczona, tego było zwyczajnie zbyt
wiele. I gdzie się podziała jej pewność siebie? Gdzie ta duma, którą zawsze u
niej podziwiano?
– Ja wiem, że
teraz jest nijak – uznała cicho; jej spojrzenie stało się nieobecne.
Zmarszczyła
czoło, zastanawiając się, co dokładnie miała na myśli i jak się do tego
odnosiła. Przeszkadzało jej, że byli od siebie tak oddaleni. Bała się, bo nie
wiedziała, na czym stoi. Ale czego tak naprawdę chciała?
Miała
wrażenie, że czegokolwiek. Czegokolwiek, co tylko powiedziałoby jej, że nie
została złamana dla samego faktu, że rzeczywiście o coś w tym wszystkim chodzi.
Otworzyła
usta, ale zaraz je zamknęła, nie do końca przekonana, co chce dodać; jak ta
rybka, której zabrakło wody. Powoli wypuściła powietrze z płuc, rozpaczliwie
szukając w sobie resztek godności, pozostałości po osobie, którą była całe swoje
życie. Aż do teraz.
Pochyliła
nieco ramiona, przymrużyła oczy i gdy znów uniosła brodę, by na niego spojrzeć,
zdawało się, że odnalazła w sobie siłę.
– Zróbmy coś z
tym – powiedziała.
I to już na
pewno nie była dawna Anabde.
Sheridan
przyglądał się jej przez cały ten czas, ciągle się jej przyglądał, śledząc
czujnym, badawczym wzrokiem. Sam nie był pewien, jak to wszystko się skończy i
czy się skończy. Miało w ogóle takie prawo, by się kończyć? Bo może nawet się
nie zaczęło.
Westchnął.
Opuścił głowę, jakby chciał się oprzeć o jej ramię, chwilę tak stał,
przeniósłszy cały ciężar ciała na ręce. Przez to znalazł się bliżej niej,
poczuł jej zapach, ciepło ciała; uśmiechnął się lekko, zupełnie bezwiednie.
Znów się wyprostował, odchylając nieznacznie głowę, jakby chciał sprawdzić, co
stanie się następnie.
Przeniósł
wzrok na jej oczy, przetrawiając w myślach słowa „teraz jest nijak”. Czy było
nijak? Nie potrafił określić. Było inaczej niż na początku, ale nie wiedział,
jak powinno być, żeby było dobrze. Do diabła, nigdy się nie bawił w takie
pierdoły. Teraz odsunął się, bo myślał, że to pomoże zebrać myśli. Nie pomogło
– ani ogólnie, ani w tej konkretnej chwili.
Przymknął
oczy, trochę jakby zbierając w sobie siłę, jakby miał tego wszystkiego już
serdecznie dość i najchętniej by sobie poszedł daleko od problemów. Po części –
owszem.
Nie zrobił
tego jednak, bo wolał pochylić się, dotykając dłonią jej policzka, i pocałować
ją. Tym razem kryło się w tym więcej delikatności i pewnej jakby ostrożności
niż kiedykolwiek wcześniej; może sam się pogubił.
– Spróbuję –
mruknął cicho, kiedy się od niej nieznacznie odsunął.
To przyznanie
się do niewiedzy, do tego, że to dla niego nowe i obce, dużo go kosztowało.
Spory kawałek dumy. Dzisiaj najwyraźniej wszyscy tej dumy się pozbywali, jakże
śmiesznie. Może nawet żałośnie.
Gdy się nad
nią pochylił, mogła tylko oddychać głęboko, usiłując opanować własne ciało.
Zbyt silnie na niego reagowała, poczuwszy go blisko, kompletnie przestała
myśleć. Przymknęła oczy i usiłowała zrobić wszystko, by się powstrzymać,
chociaż na chwilkę, chociaż na moment. Gdy uchyliła powieki, zdawało jej się,
że odniosła sukces, ale wtedy poczuła ciepło jego skóry na policzku i jego warg
na ustach.
Nagłym
uderzeniem uzmysłowiła sobie, jak bardzo jej go brakowało. Niespodziewanie
tęsknota okazała się być bardzo prostym, a co gorsza zupełnie naturalnym
uczuciem, no i natychmiast wymagała wypełnienia. On jednak się odsunął, by
zaskoczyć ją jeszcze bardziej niż tym delikatnym pocałunkiem.
Otworzyła
szeroko oczy; trudno odmówić jej bystrości, a jakoś teraz poczuła się
zwyczajnie ogłupiała. Tak po prostu ciężko było w to uwierzyć; jak wszystko
okazywało się nowe, tak to jedno krótkie słowo stało się, no, wręcz niemożliwe.
Pobłądziła pozbawionym zrozumienia spojrzeniem po jego twarzy i uznała, że...
mówił szczerze.
Gdzieś głęboko
aż przeraziła ją ulga, jaką poczuła, ale to w tej chwili się nie liczyło.
Uśmiechnęła się lekko, tak zupełnie nieśmiało, a jednak w pewien sposób
pięknie, pozwalając sobie na to uczucie.
– Sheridan...
– szepnęła nadal zaskoczona, chyba po prostu po to, by usłyszeć brzmienie jego
imienia.
A potem
pogłaskała go po karku, by przyciągnąć do siebie i powtórzyć pocałunek, tym
razem bardziej zdecydowanie, jednak z pewną wdzięcznością.
To jej wystarczyło.
Można
powiedzieć, że odniósł pewien triumf. Uwolnił się od rozmów na trudne,
niewygodne tematy, od pytań, na które nie miał odpowiedzi. Nie żeby chciał
uciekać – nie był uciekającym typem. Wolał poczekać, aż znajdzie te cholerne
odpowiedzi, bo Anabde zadawała irytujące pytania.
Zdążył tylko
unieść kącik ust, kiedy wypowiedziała jego imię. Potem natomiast, zadowolony z
tego, jaki tor obrała cała sytuacja, bez większego skrępowania przejął
inicjatywę, przyciągając ją do siebie stanowczym ruchem.
Jasna cholera,
naprawdę to lubił. Naprawdę ten brak tworzył pustkę, nawet niezadowolenie. To
go rozśmieszyło – nie zdenerwowało, tylko właśnie rozbawiło. A to już był
szczyt zabawności, no naprawdę.
Po chwili
odsunął się od niej, uśmiechając się lekko, ale z przekąsem. Nawet troszkę
triumfalnie. Tylko i wyłącznie dlatego, że zaraz znów się nad nekromantką
pochylił, tym razem jednak pocałunki złożył na jej szyi. Sam nie wiedział, czy
robi to dla niej, czy żeby się podroczyć.
Tak czy siak –
pewnie oboje będą zadowoleni.
– Och –
wyrwało jej się westchnieniem.
Tak długa
rozłąka sprawiła, że jego manewr stał się jeszcze skuteczniejszy; przymknęła na
chwilę powieki i zacisnęła mocniej palce na jego skórze, kompletnie otumaniona.
Cholernie jej
tego brakowało. Jego jej brakowało. Była sobą w wystarczającym stopniu, by się
do tego nie przyznać – nawet by nie dopuścić tego do świadomości – jednak taka
była prawda. Właśnie tym okazała się pustka, którą czuła po opuszczeniu grupy,
zdawałoby się wieki temu. Nie rozłąką z przyjaciółmi, nie chwilą przerwy, nie
brakiem adrenaliny, ale właśnie nim.
Już dawno
odkryła, jak to działa – potrafiła się kontrolować, dopóki nie przekroczyli
cienkiej granicy. Zdążyła tylko spostrzec, że tę linię zostawili daleko za
sobą, nim poczuła ogromne pragnienie; już nie potrafiła czekać, nie miała nawet
zamiaru się wstrzymywać.
Dłoń
dotychczas spoczywająca na jego karku przesunęła się w dół pleców, palce
drugiej postanowiły jak najszybciej rozwiązać problem zapiętej koszuli, a po
chwili koszuli w ogóle. Gdyby nie to, że nie mogła dopuścić, by przerywał
pocałunki, z chęcią jeszcze raz przyjrzałaby się jego torsowi.
Uśmiechnęła
się sama do siebie, uznając, że strata nie jest wielka – wielokrotnie będzie
miała okazję to zrobić. Teraz musiało jej wystarczyć przesunięcie dłonią w dół
jego klatki piersiowej, na mięśnie brzucha, swoją drogą zdecydowanie
imponujące.
Musiał
przyznać, że sam odczuł niejaką presję czasu, kiedy wreszcie poczuł ją bliżej.
Szlag by to, trzeba powoli zmieniać miejsce. Czyli na chwilę się od niej
oderwać. Raz jeszcze przesunął ustami po jej szyi, by zaraz odchylić głowę i
zorientować się, gdzie jest jego łóżko. Bo jakoś nie chciał się zwalać
Errianowi do wyra.
Jak tylko
zlokalizował ten przeklęty mebel, bezzwłocznie wrócił całym zainteresowaniem do
Anabde. Ręce jeszcze wcześniej wypuścił na samodzielną wędrówkę pod jej bluzką,
której teraz definitywnie się pozbył. Przygarniając nekromantkę bliżej siebie,
obrócił się tak, by nakierować ją do celu.
Tym razem może
wreszcie zasłużyli na całkowity spokój oraz odpowiednią wygodę – bo jak nie
urok, to przemarsz wojsk w ich przypadku. Od opuszczonych karczm, przez lasy,
do rezydencji popieprzonych szlachciców (wybacz, Errian), gdzie do pokoju wpada
ci rude rozczochrane.
Teraz to by
zabił.
Cofanie się,
kiedy jedynym, co zajmuje twoją głowę, są usta obejmującego cię mężczyzny, to
nie lada wyzwanie. Zachowanie równowagi było jednak zbyt błahym powodem dla
przerwania pocałunku; poradziła sobie jakoś i nawet zdążyła się zatrzymać, nim
o to łóżko się potknęła. Pocałowała go raz jeszcze, po czym, ledwie oderwawszy
usta od jego warg, uśmiechnęła się szeroko.
Zdecydowanie
nie myślała o niczym. Poprzednio jeszcze jej się zdarzało – no bo tu się miało
wyrzuty sumienia po pijaku, tu trzeba było martwić się o grzejących dupy przy
ognisku kilkanaście metrów dalej przyjaciół, tu zaś nieodpowiednia osoba
pojawiała się w jeszcze mniej odpowiednim momencie.
Teraz
pozwoliła sobie na kompletne wyłączenie świadomości, ale płynęły z tego
wyłącznie korzyści. Czuła go całą sobą, czerpała z jego dotyku nieopisaną
przyjemność, delektowała się jego ciałem po tak długiej rozłące. Nawet nie
wiedziała, że tak można, bez ambicji, grzechu, wstydu czy lęku, tak po prostu.
Zdecydowanie jej się to podobało.
Z ciężkim sercem
przerwała ten pocałunek nie tylko po to, by się uśmiechnąć. Ściągnęła niedbałym
ruchem buty i ułożyła się na łóżku, nie dając mu jednak sposobności do
zadumania się nad tym faktem – od razu chwyciła go za nadgarstek i przyciągnęła
do siebie.
Na krótką chwilę
nawiązała kontakt wzrokowy; w oczach miała ogień. Zaraz jednak przymknęła
powieki, by znów zainteresować się jego ustami. Chyba przypadkiem zadrapała go
w bok, ale nie żeby się tym przejęła.
Można
powiedzieć, że przywykł już do tych wszystkich drobnych ran, jakie wynosił z
ich wspólnych nocy. Inna sprawa, że zwykle nie zdążyły mu zbyt długo dokuczać
jakkolwiek, ponieważ zwyczajnie znikały.
Takie szramy
na Przeklętym to doprawdy, jak chce mu zostawić pamiątkę, musi użyć co najmniej
noża kuchennego. Nie żeby proponował, bo jednak lepiej zająć się jedną rzeczą
niż kilkoma.
Na przykład
przypominaniem sobie jej ciała. Nie zapomniał go, zdawało się to być
niemożliwe, ale chciał je odświeżyć w pamięci – przy pomocy i rąk, i ust, co
niezwłocznie uczynił. Tym razem jednak nie badał – nie musiał poznawać. To,
czego dowiedział się wcześniej, po prostu zapamiętał, teraz mógł bezczelnie
przeciwko niej wykorzystać. W ogóle był bezczelnie pewny siebie, niby jak
zawsze, ale tym razem trochę inaczej.
Na chwilę się
od niej odsunął, zawisł nad nią, opierając się na rękach po bokach jej głowy.
Przyjrzał się jej twarzy, odszukał spojrzenie szarych oczu, wreszcie uśmiechnął
się lekko. Chyba nie zapomniała o tym, że był bezlitosnym skurczybykiem,
prawda?
Właśnie
dlatego teraz przerwał, zastanawiając się z pewnym rozbawieniem, co ona mu
zaraz zrobi. Uwielbiał to, że miał nad sobą większą kontrolę – choć nie można
powiedzieć, by nie było teraz trudno. Trudno, ale nie niewykonalnie.
Kiedy ona nie
chciała mu zrobić żadnej krzywdy! Tak po prostu... no, wychodziło. Przypadkiem.
Odpowiedziała
tak na spojrzenie, jak na uśmiech, przeczesując palcami jego włosy. Ta chwila
odpoczynku pozwoliła jej uzmysłowić sobie – bo dotychczas była zbyt
zaaferowana, by zauważyć – że... coś ją, ekhm, uwiera w bok. Aby się tego
pozbyć, musiałaby jednak znaleźć się na górze – uznała to za doskonałe
rozwiązanie i szybko przystąpiła do odpowiednich działań.
Przyciągnęła
go znów do siebie; pierwsze pocałunki były spokojne, krótkie i nawet delikatne.
W końcu udało jej się osiągnąć zamierzony efekt (choć w tym celu jej rączki
musiały zawędrować niżej) i nieco go zdekoncentrować. Przesunęła więc dłonie na
jego ramiona, uniosła się nieco i naparła na niego tak, że przeturlali się i
zmienili pozycje.
Zrobiła to
bardzo zgrabnie, ale chyba nikt nigdy nie wątpił w jej łóżkową zwinność,
prawda? Usiadła na nim okrakiem i dopiero wtedy pozwoliła sobie na przerwanie
pocałunku, by uśmiechnąć się trochę diabelsko.
A teraz co ją
tak uwierało? Nadal miała na sobie spodnie, wprawdzie już rozpięte; do paska
przyczepiony był futerał, a w nim schowany pistolet w niebiesko-biało-złote
pasy, sprawca problemu.
Wprawdzie
domyślała się, że tych spodni się zaraz pozbędzie, ale broń zasługiwała na
lepszy los niż bycie rzuconą na podłogę; właśnie dlatego sięgnęła po pistolet i
wyjęła go z futerału. Planowała położyć go na stojącej koło łóżka szafce, a że
w tym celu musiała się pochylić nad Sheridanem...
– To jak to
było z tym wgapianiem się w cudze biusty? – zamruczała groźnie, przystawiając
mu lufę do gardła.
Pistolet był
bardzo zimny, w przeciwieństwie do ich gorących ciał.
Zawisła nad
łowcą, trzymając palec na spuście i zabrzmiała prawie poważnie; efekt zepsuła,
gdy w następnej chwili uśmiechnęła się zadziornie. Na oślep odłożyła broń na
wcześniej zaplanowane miejsce, bo już wróciła zainteresowaniem do jego warg. Na
krótko.
Zejście
pocałunkami na jego klatkę piersiową wydawało jej się być dużo ciekawszym
rozwiązaniem; jak postanowiła, tak zrobiła. Chwilę później inne części jego
ciała zaczęły bardzo wyraźnie domagać się pieszczot, a ona nie była
wystarczająco okrutna, by im odmówić. Z jego spodniami poradziła sobie, jak
zwykle, szybko i sprawnie.
Sheridan
zaśmiał się cicho, słysząc to mrożące krew w żyłach pytanie. Nie zmartwił się
ani na chwilę, bo i jakoś okoliczności nie sprzyjały martwieniu się.
Odpowiedzieć też nie odpowiedział – zwyczajnie nie dała mu szansy, ale to może
lepiej, bo by jeszcze noże kuchenne naprawdę poszły w ruch.
Nie zamierzał
jednak pozwalać, by to Anabde zbyt długo się wysilała, dlatego po chwili,
uniósłszy się na łokciach, przyciągnął ją tak, by nieco się podniosła na
kolanach. W ten sposób mógł zsunąć z niej spodnie wraz z bielizną, bo przecież
zrobiły się zbędne. I, bądźmy szczerzy, trochę drapały. Dlatego też pofrunęły
przez pokój, chyba lądując na łóżku Erriana. Albo na stole. Trudno orzec w
aktualnej sytuacji.
Kiedy
stwierdził, że znudziło mu się leżenie, pozwolił sobie usiąść, ale nie wypuścił
jej z objęć. Przytrzymał ją na swoich kolanach, uśmiechając się z przekąsem,
nawet oczy niepokojąco przymrużył.
– Tobie też
bym mógł co nieco zarzucić – mruknął tylko, ot, żeby sobie nie myślała, że ona
taka niewinna jako ta łza o poranku czy inne liryczne bzdety.
Za karę to ona
tym razem wylądowała pod spodem. Nie będzie się tu rządzić, jak przykładu dawać
nie umie, prawda?
Jej spojrzenie
nabrało dziwnego wyrazu, ale na całe szczęście okoliczności zupełnie nie
sprzyjały kolejnej sprzeczce; wyrzucił z jej głowy myśli o znaczeniu tej
wypowiedzi, zastępując je swoją osobą. A takie kary to mogłaby otrzymywać za
każdym razem, gdy coś przewini; wtedy chyba zrobiłaby się naprawdę
nieposłuszna.
Spojrzała mu w
oczy i po raz kolejny uśmiechnęła się błogo. Naprawdę jej go brakowało, tak
zwyczajnie; potrafił ją rozpalić jak nikt inny. Przesunęła wargami po jego szyi
i na dłuższą chwilę zatrzymała się na obojczyku, by zostawić mu ładną pamiątkę
po tej nocy.
Pamiątka
prawdopodobnie zniknie, nim skończą, ale i tak dała jej pewną satysfakcję;
swoją drogą, to cholernie niesprawiedliwe, ona musiała martwić się ukrywaniem
malinek, a on mógł sobie wzruszyć ramionami, bo i tak po chwili znikały.
Bezsens. Zrobiła jeszcze kilka, tak z przekory.
A temat
zostawiła, bo jeszcze by się skierował na nieodpowiednie tory. Tak było lepiej,
kiedy mogła się wsłuchać w ich przyspieszone oddechy.
On także nie
wracał do tej krótkiej wymiany zdań. W końcu odpowiedział tylko dlatego, że go
sprowokowała, zresztą już nawet nie pamiętał, o co chodziło. Natomiast bardzo
rozbawiła go jej taktyka odnośnie pamiątek po nocy.
Postanowił
udowodnić, że z ich dwójki to akurat jemu to wszystko lepiej wychodzi (może nie
szło nawet o technikę, a zwyczajnie o warunki, hm, genetyczne), ale nie czuł
skrępowania przed zostawieniem czerwonego śladu na jej szyi. Tak gdzieś w
połowie. A co, niech sobie trochę rano pomarudzi, to też go śmieszyło. Następne
rozmieścił w bardziej strategicznych miejscach, żeby nie było, że brakuje mu
dyskrecji.
Z pocałunkami
powoli schodził coraz niżej – z szyi na ramiona, potem na piersi, brzuch,
zupełnie jakby mu się nigdzie nie spieszyło. Bo przecież jeszcze mieli dużo
czasu, pokój tylko dla nich, całkowity spokój, bez najmniejszego stresu.
Bardzo z tego
faktu zadowolony zsunął się jeszcze niżej, najwyraźniej zamierzając Anabde
przetrzymać tej nocy naprawdę długo. Jak ostatnio droczyli się, kto najdłużej
wytrzyma bez pocałunków, tak dziś wymyślił nową zabawę.
Kto pierwszy
nie wytrzyma ogółem.
Kiedy ta
zabawa jest okropnie niesprawiedliwa. To tak, jakby jeden z zawodników trzymał
gwizdek i użył go dopiero wtedy, gdy wyprzedzał przeciwników o połowę długości.
Znaczy nie żeby jej się nie podobało, ale gdyby się zakładali, sama by na
siebie nie postawiła.
Odchyliła
głowę i jęknęła cicho, potem troszkę głośniej. Jeszcze chwilę pozwoliła mu
dominować w starciu, nie mogąc sobie odmówić tej przyjemności, potem jednak
uznała, że nie godzi się przegrać tak od razu.
Odnalazła w
sobie dość samokontroli, by zapanować nad sytuacją – podniosła się i pchnęła go
lekko, tak, że musiał usiąść. Wspięła się na klęczki i przylgnęła do niego,
obejmując go za szyję. Uniosła się nieco i dzięki temu mogła spojrzeć na niego
z góry – okazało się, że jest to całkiem przyjemna odmiana, więc póki co
korzystała i nie wracała do pocałunków. Jej bronią znów stały się dłonie, które
nie czuły się skrępowane, by sięgać w najbardziej czułe miejsca.
No dobrze,
miała silne argumenty. Mógł pozwolić, by przejęła na trochę tę inicjatywę, tak
w sumie. Nie usiedział jednak w bezczynności, znów postanawiając zająć jej
ciało pocałunkami – głównie szyję oraz ramiona, bo tam najwygodniej było mu
sięgnąć. Dłoniom natomiast pozwolił przesunąć się wzdłuż jej pleców aż na
pośladki, nie do końca ręce przyciskając i nie do końca mając w zamiarze
połaskotanie jej.
Wreszcie
uznał, że czas jej się skończył. Przysunął usta do jej ucha, mruknął cicho i
popchnął ją z powrotem na łóżko, zaraz ograniczając przestrzeń swoją osobą.
Zawisł nad nią, nie dając chwili na zastanowienie, i znów pocałował, tym razem
jednak dokładnie tak, jak zawsze, bez delikatności czy niepewności.
Bo jej chciał,
jasna cholera, szaleńczo wprost, i obawiał się, że chyba tym razem będzie
skłonny przegrać.
Na chwilę się
odsunął i spojrzał jej w oczy, nie kryjąc się z tym, o czym myślał. A już na
pewno nie krył tego jego wzrok.
Odpowiedziała
mu dość wymownym uśmiechem i jeszcze bardziej konkretnym spojrzeniem rzuconym
spod przymrużonych powiek. Czyżby udało jej się odnieść zwycięstwo? Nawet
jeżeli było tylko częściowe, bo ona zaraz polegnie w boju, smakowało słodko.
A rozwój
zdarzeń, który proponował, zdecydowanie jej odpowiadał.
Przesunęła
paznokciami po jego plecach, od karku aż na sam dół, pozostawiając na skórze
jasnoczerwone ślady. Przechyliła lekko głowę, przypatrując mu się uważniej,
ciekawa, czy on będzie w stanie dalej kontynuować swoją grę.
A potem
rozchyliła szerzej nogi i przycisnęła uda do jego bioder; jeżeli on wytrzyma i
to, będzie pełna podziwu.
Wredna baba.
Generalnie po prostu wredna baba.
W tamtej
chwili jednak uznał, że teraz akurat po prostu nie da się złamać. On zaczął, on
skończy, koniec kropka. Chociaż będzie go to dużo kosztowało, ale trudno.
Żeby skupić
swoje myśli na czymkolwiek innym, postanowił z pełną pasją zająć się jej
ustami, jakby samego siebie przekonywał, że jeszcze da radę i jest wiele równie
sympatycznych zajęć, na których można się skupić.
Trwało to
chwilę – wreszcie wsunął dłoń pod jej plecy i uniósł jej biodra, jakby
zamierzał skorzystać z niemego zaproszenia, czy może nawet bezwstydnego
żądania.
Ale nie.
Jeszcze nie podjął ostatecznej decyzji.
Dlatego nie
wykonał żadnego kolejnego ruchu, tym razem schodząc z pocałunkami znowu niżej.
Trochę w upartym postanowieniu podręczenia i jej, skoro myśli, że taka sprytna.
Poza tym stwierdził, że tym razem malinkę zostawi w miejscu bardzo niewygodnym
do zakrycia, a co, niech się rano martwi.
Tym razem
uśmiechnęła się z wyraźnym rozbawieniem, świadoma, że balansowali na granicy.
Jeszcze bardziej śmieszyła ją ta jego zawziętość: wyraźnie widziała, że łowca
musi ze sobą walczyć, a spostrzeżenie tylko dodało jej sił.
Wstrzymała
oddech i zamruczała głośno, przypominając sobie, że mimo wszystko był
bezczelnym skurwielem. Ale niech sobie nie myśli, że i tym razem ją pokona! Co
to, to nie. Nauczyła się samokontroli, miała bardzo dobrego nauczyciela, który
udzielał jej wyjątkowo pasjonujących lekcji. Teraz niech uczeń przerośnie
mistrza, a co.
Uniosła głowę
i przystawiła wargi do jego ucha, jednocześnie pozwalając, by jedna z jej dłoni
zsunęła się na jego brzuch.
– Sheridan –
wyszeptała niskim głosem.
To była
prowokacja, użyty ton wyraźnie pytał, czy mężczyzna jest pewien swoich
możliwości.
Przeciągnęła
ostatnią sylabę, przesunęła wargami po miękkiej skórze za uchem i znów ułożyła
głowę na materacu, umożliwiając sobie spojrzenie mu w oczy. Nawet uniosła brew,
czekając na rozwój sytuacji; szare oczy zabłyszczały lekko, ale czy zwycięsko?
Nie było w nim
przegranej, kiedy lekko opuścił głowę i uśmiechnął się dziwnie pod nosem. Coś
jakby pomyślał sobie „wiedziałem, że to się tak skończy”. Nie uniósł jeszcze
przez chwilę spojrzenia; przesunął opuszkami palców po jej ciele, ciesząc się
miękką, ciepłą skórą. Jeszcze trochę przedłużył, może zbierając myśli.
Gdy znów na
nią popatrzył, nadal nie czuł się przegrany. Jego wzrok był odpowiedzią na jej
wcześniejszą wątpliwość – zapowiadał, że nie tylko sobie poradzi, ale zamierza
ją także zaskoczyć. Uśmiechnął się wyraźniej, tym razem ukazując zaostrzone
zęby, i znów się nad nią pochylił, z wyczuciem układając ją wygodniej dla
obojga. W końcu jeszcze trochę czasu aktywnie spędzą, trzeba postawić na
komfort.
Jeszcze przed
chwilą zdawało się, że Anabde dominuje w starciu; teraz przymrużyła powieki i
przyjrzała mu się uważniej, mając wrażenie, że sytuacja powoli wymyka jej się z
rąk. Naprawdę potrafił to tak przedłużać, aż w nieskończoność?
Uniosła dłoń i
przesunęła opuszkiem palca po jego wargach, zmieniając nieco taktykę. Druga
ręka ciągle spoczywała na jego plecach; teraz kobieta przytrzymała go przy
sobie, zdając sobie sprawę z tego, że niedopełniona bliskość zaczyna się robić
nieznośna dla obojga.
Postanowiła
chwilkę poczekać; byli na granicy podniecenia, ale mogła jeszcze dać sobie
trochę czasu. Może on się złamie, a jeśli nie... Cóż, wtedy ona weźmie sprawy w
swoje ręce i odda walkę.
Nie zamierzał
przedłużać. Ot, po prostu, skoro zaszli tak daleko, to teraz chwila na
techniczne ogarnięcie okolicy się przyda. Nie chciał robić więcej hałasu niż
trzeba było, więc lepiej sprawdzić, czy nic na głowę nie spadnie, prawda? Na
szczęście udało się to nader dyskretnie, nie przerywając zainteresowania
Anabde. Jakby czekał na dobry moment i zastanawiał się, czy kiedy on już się
zdecydował, ona zaraz pęknie.
Wreszcie,
zdawałoby się po prawie całej wieczności, skorzystał z wystosowanego pewien
czas temu zaproszenia. Nie było sensu przeciągać, czekały ciekawsze rzeczy niż
wzajemne drażnienie się i doprowadzanie na skraj.
Zresztą w tej
właśnie chwili zorientował się, jak kruche było to powstrzymywanie się.
Natychmiast zapomniał, czemu w ogóle zwlekali.
Ona
natychmiast zapomniała o wszystkim.
Z każdym
kolejnym jęknięciem przypominała sobie tylko, czego jej tak cholernie
brakowało, gdy była sama. Albo, co zastanawiające, gdy była z kimkolwiek, kto
nie był nim.
Teraz też
przedłużał, choć nie mogła mieć mu tego za złe – gdy nadeszła upragniona
chwila, uczucia nie dało się porównać do niczego. Wygięła plecy w łuk i
krzyknęła głośno, czując, jak całym jej ciałem wstrząsa dreszcz rozkoszy. I
kolejny.
Być może
sąsiednie pokoje stały puste. Jeżeli jednak były zamieszkiwane – no cóż, Anabde
przeprasza za przerwanie gościom snu, ale nie, żeby odczuwała wstyd.
Opadła na
poduszki, ledwie łapiąc oddech. Przeczesała palcami jego włosy i uśmiechnęła
się zachwycona; pozwoliła sobie jeszcze chwilę nie otwierać oczu i rozkoszować
się przeżyciem. Zmęczone, spocone ciało nagle zrobiło się niebiańsko lekkie,
zaś umysł ciągle był otumaniony. Cholera, naprawdę jej go brakowało.
No i pozbyła
się ostatniej ze swoich obaw – zdecydowanie pragnął jej tak, jak wcześniej,
niezależnie od tego, co wydarzyło się po drodze.
Jeszcze chwilę
pochylał się nad nią, łapiąc oddech. Zaraz jednak postanowił sprawdzić, jak
szerokie jest to łóżko i czy się na nim zmieści. Misja prawie powiodła się
sukcesem (prócz jednej soczystej „kurwy”, kiedy ratował godność za pomocą ciosu
łokieć-szafka. Przynajmniej nie spadł), dlatego, zorientowawszy się w obecności
krawędzi materaca, ułożył się trochę mniej swobodnie.
– Cholerne
karczmy, na wszystkim oszczędzają – warknął jeszcze, czując, że nadal boli,
czyli przywalił porządnie. – Nawet na meblach – dodał, sięgając do jej twarzy i
odgarniając kilka kosmyków włosów, by nie przysłaniały oczu.
Uśmiechnął się
lekko pod nosem, a potem przymknął powieki, musząc przyznać, że poduszki to
jednak mieli miękkie. Takie akurat.
Otworzyła oczy
i spojrzała na niego trochę z rozbawieniem, trochę z kpiną, śmiejąc się lekko.
Grzecznie przesunęła się na łóżku, tak, żeby się zmieścił, a gdy tylko pojawiła
się odpowiednia okazja, wtuliła się w niego.
Gdy emocje
opadły, okazało się, że w pokoju wcale nie jest aż tak gorąco, jak się zdawało;
by nie drżeć z zimna, potrzebowała ciepła jego ciała.
No, i nie
tylko dlatego, ale pomińmy.
– Kaleka –
mruknęła pod nosem, nie kwapiąc się jednak, by unieść głowę.
Wygodniej
ułożyła ją na jego ramieniu i przymknęła oczy, uznając, że aktualnie niczego do
szczęścia nie potrzebuje.
Uśmiechnął się
rozbawiony, obejmując ją jedną ręką, a drugą jakoś zdobywając, przy cichych
pomrukach niezadowolenia, okrycie. Po bliższym przyjrzeniu się temu uznał, że
to kołdra, zatem całkiem usatysfakcjonowany zarzucił ją na nich, nie
przykładając się do tego specjalnie.
– Zaraz możemy
zweryfikować twoją opinię, tylko daj złapać oddech – odparł, nie mogąc tego
przytyku zostawić bez komentarza.
Naprawdę nie
miał nic przeciwko, w końcu kondycyjnie nie było z nim najgorzej. Nawet lepiej
niż dobrze, nawet jak na Przeklętego, którzy ogółem ludzi przewyższają pod
wieloma aspektami. No, i łokieć przestał boleć, ha.
Nie mógł tego
zobaczyć, ale uśmiechnęła się wyjątkowo zadowolona. Dopiero po chwili uniosła
głowę i podciągnęła się nieco na materacu, by sięgnąć ustami jego twarzy.
Pocałowała go w nieokreślone miejsce na linii żuchwy, opierając się dłonią o
jego tors, żeby jakoś utrzymać równowagę.
– Potrzebujesz
dużo czasu? – zapytała zainteresowana, znów kładąc się i przytulając do jego
ramienia.
Pokręcił lekko
głową, samemu nie wiedząc, czy jej entuzjazm mu pasował, czy raczej go
rozbawił. W każdym razie wywołał na ustach przekorny uśmiech; zaczął kreślić
palcami bliżej niesprecyzowane linie na jej ramieniu, chyba pogrążony w
głębokim zastanowieniu.
Jakby się było
nad czym zastanawiać.
– Ja wiem, z
kilka minut – mruknął po prostu, uprzejmie udzielając odpowiedzi na to wielce
frapujące ją pytanie.
To
stwierdzenie zdecydowanie ją usatysfakcjonowało. Zamruczała cicho i pozwoliła
sobie na chwilę odpoczynku, uśmiechając się z zadowoleniem. Dobrze jej tak
było, w jego ramionach, z interesującą wizją najbliższej przyszłości w głowie.
A kilka minut
minęło dość szybko.
Dobra, teraz wena na komentarz gdzieś uciekła ._.
OdpowiedzUsuńKURDE.
Ten szablon jest ładny na komputerze, ale niepraktyczny na komórce ^^
Oh God xD
UsuńTrudno. Przynajmniej mogę na niego patrzeć i nie umieram xD
Lepiej sobie na spokojnie usiąść i poczytać przy kompie ^^ I się fajnie czyta i szablon dobry ;]
OdpowiedzUsuń... Anonimy, chyba nie będę lubiła anonimów xDD
UsuńNo, największy plus szablonu - na moim gigantycznym monitorze niczego nie ucina <3
Ze wszystkich tutaj dostępnych ,,profili'' ten był najlepszy :)
UsuńAle ja nie wiem ktoś ty :<
UsuńTeż do końca nie wiem z kim mam przyjemność :)
Usuń... Tośmy się dobrali xD Ale w sensie w ogóle no idea, czy no idea, która autorka? ^^
UsuńNie no bez przesady :) zakładka ,,autorzy'' trochę pomaga ^^ Raczej nie wiem która autorka..
OdpowiedzUsuńCo tu dużo mówić, jestem fanką ręcznych robótek XD
OdpowiedzUsuń