sobota, 12 stycznia 2013

61. Wieczorne fortele



Jak zdążyła się przekonać, jednym z kilku plusów dzielenia pokoju z Ariene było to, że nie musiała jej się tłumaczyć. Gdy wychodziła, co zdarzyło się już kilka razy tego dnia, wiedźma nie pytała gdzie, po co ani do kogo; teraz tylko zainteresowała się, kiedy Anabde planuje powrót, ale usatysfakcjonowała ją zdawkowa odpowiedź „nie wiem”.
Prawda była taka, że nie miała zamiaru wracać do pokoju tej nocy.
Zamknęła za sobą drzwi, zostawiwszy wiedźmę właśnie szykującą się do kąpieli. Gdy klamka wróciła na swoje miejsce, Anabde zamarła na chwilę, opierając dłoń na drewnianej płycie. Czy to był dobry pomysł? Pochyliła głowę i zmarszczyła czoło, zbierając w sobie siły.
Od czasu tego felernego wieczoru z Aenasem i Sheridanem w rolach głównych niewiele zmieniło się miedzy nią a łowcą. Wcześniej nie miała pojęcia, czy cokolwiek ich łączy; teraz wiedziała, że na czymś stoi, ale to coś było wyjątkowo trudne do zdefiniowania.
Choć zmieniło się spojrzenie, jakim ją darzył, a jego gesty przestały być tak bezosobowe, to nadal dzieliła ich przepaść. Może było to spowodowane ciągłą obecnością reszty drużyny; w końcu żadne z nich nie miało zamiaru przyznawać się przed innymi do tej dziwnej więzi, więc unikali bliskości.
Tak to sobie tłumaczyła, ale nadeszła okazja, by przekonać się na własnej skórze, jak wygląda prawda.
Przymknęła na chwilę powieki, odetchnęła głęboko i ruszyła korytarzem. Najpierw musiała porozmawiać z Errianem, ale nie miała konkretnego planu, jak zaaranżować rozmowę w cztery oczy; liczyła na łut szczęścia.
Mieli pierwszy od dawna wolny wieczór. O tyle spokojniejszy, że bardziej skłonna do prowokowania burd część grupy spała w innej gospodzie. Na razie powinni unikać kontaktu i spotykać się wyłącznie w ustronnych miejscach, gdzie nie natknie się na nich nikt niepożądany.
To ułatwiało sprawę – wiedziała, że nie będzie musiała ratować Leanelle z kolejnej opresji, w którą wpakuje ją jej kochany smok, a co ważniejsze, nie trzeba było się martwić obecnością Aithne. Od kiedy upadła nakryła ją i Sheridana, Anabde stała się przewrażliwiona na tym punkcie, nie chcąc doprowadzić do kolejnej wpadki.
Nie do końca rozumiała dlaczego – w końcu tajemnica i tak się wydała, więc co to za różnica. Ale jakoś było jej lepiej ze świadomością, że to zagrożenie odeszło w cień.
Korytarz uciekał na prawo, a gdy Anabde minęła zakręt, przekonała się, że szczęście postanowiło się do niej uśmiechnąć. Młody mag właśnie stał przed pokojem i sięgał po klamkę.
– Errian! – zawołała, nim zdążył otworzyć drzwi.
Ruszyła energiczniejszym krokiem, ubierając się w swobodny uśmiech.
Słysząc znajomy głos, obrócił głowę do Anabde i uniósł z pewnym zaskoczeniem brwi, przyglądając się jej przez chwilę. Potem, widząc jej uśmiech, sam też się uśmiechnął, ostatecznie puszczając klamkę i odwracając się przodem do nekromantki.
Nie wiedział czemu, ale czuł, że czegoś od niego chciała. Większość ludzi zwracała się do niego, kiedy czegoś chciała. Inna sprawa, że znowuż domyślił się, o co mogło chodzić, i wcale nie uznał tego za zły pomysł.
– Tak? – mruknął po prostu, zastanawiając się, czy jego zdolności dedukcyjne ewoluowały już do tego stopnia, że się nie mylił.
Albo zwyczajnie chodziło o to, że sam tkwił w podobnej sytuacji bez pomysłu, jak z impasu wybrnąć. Wybrnęli za niego, w pięknym stylu odseparowując go od Aithne. Musiał pogratulować Ariene skutecznej metody ostudzania relacji, ta wiedźma miała talent.
Druga sprawa, że Ariene tym samym, świadomie czy też nie, sprowokowała ostudzenie własnej relacji z pewnym zakochanym po uszy (i nieco zirytowanym uparcie niesprzyjającym im losem) obrońcą. Ale zostawmy ich w spokoju, bo to nie o Ariene i Cadora się tutaj rozchodzi.
Dopóki nie zatrzymała się przed magiem, nic nie mówiła – poświęciła tę przeciąganą zwalniającymi krokami chwilę na porządne przemyślenie sprawy. Cały czas się wahała; pomysł zdecydowanie nie był idealny, ale czy miała inne wyjście? Męczyła ją niewiedza, brak konkretnych, wiążących decyzji. Niby coś postanowili, ale oboje nie do końca wiedzieli co, czas to wreszcie rozwiązać.
Zmotywowana takimi przemyśleniami uniosła nieznacznie brodę, gdy tylko stanęła naprzeciwko Erriana. Spojrzała w ciepłe, jasnoniebieskie oczy i jeszcze chwilę milczała, ważąc w myślach słowa.
– Moglibyśmy się na tę noc zamienić pokojami? – zapytała prosto z mostu, bez ogródek i zbędnego mieszania.
Zawsze była dość bezpośrednia. Miała niski, dość pewny głos; nie chciała zdradzić targających nią wątpliwości, jak zwykle zresztą.
Nikt nie miał prawa wiedzieć, że oto prosiła Erriana o noc z jedynym mężczyzną, przy którym momentami czuła się słaba.
Słaba przez to, co do niego czuła, czymkolwiek to było.
– Myślałem, że choć trochę mnie polubiłaś, a tu wysyłasz mnie na całą noc w jednym pokoju z tą podłą wiedźmą – westchnął ciężko Errian i pokręcił zrezygnowany głową.
Chyba wszyscy będą Ariene już tak nazywali – gratulujemy Calebowi idealnego dobrania epitetu. Inna sprawa, że całkowicie sobie zasłużyła, młody mag nie zamierzał jej wybaczyć tego delikatnego oraz kobiecego sposobu leczenia jego rany.
– Nie no, nie ma sprawy – poprawił się zaraz z uśmiechem, wzruszając ramionami. – Jeśli mnie Cador nie zabije ani nie dokona zamachu na moje zęby. Zapłacisz za protezy – ostrzegł jeszcze i wycelował w nią palcem.
Kurczę, aż sam się zdziwił, że tak się bezczelnie nabija z biednego obrońcy i całkiem niebiednej Ariene. Przyganiał kocioł garnkowi, generalnie; westchnął i przeczesał dłonią włosy, ostatecznie załamując się nad samym sobą. No cóż, nikt nie powiedział, że nie wolno mu być hipokrytą, prawda?
Uśmiechnęła się lekko; lekko dlatego, że z niepewnością, ale tego nie mógł wiedzieć. Wypełniało ją wiele sprzecznych ze sobą, skrajnych emocji, a to wszystko rodziło cholernie dużo wątpliwości – ale przecież była Anabde Sasare, nadal więc bezwstydnie patrzyła mu w oczy, niczego sobą nie zdradzając.
– Myślę, że jestem w stanie ogarnąć beznadziejnie zakochanego obrońcę – zapewniła spokojnie, nawet z pewnym rozbawieniem. – Albo się wypłacić, gdyby przypadkiem mi się nie udało – mruknęła już ciszej.
Jeszcze by się wycofał z decyzji!
– A Ariene jest twoją niedoszłą żoną, powinieneś sobie z nią poradzić – dodała nieco bardziej chytrze.
Westchnęła i na krótką chwilę Errian mógł zobaczyć, że to wszystko nie jest dla niej łatwe; zerknęła na drzwi spojrzeniem po prostu dziwnym, jakby nie do końca wiedziała, czy pakowanie się w to wszystko było rozsądne, ale już za późno, musiała brnąć dalej.
Szybko się ogarnęła i gdy znów popatrzyła na niego, miała w oczach całą swoją dumę.
– Kiedy? – zapytała.
– No tak, jak poradziłem sobie z Ai… – mruknął, nie do końca chcąc, by go usłyszała, ale wprost mu się to cisnęło na usta.
Co poniektórzy pewnie by zwątpili w jego człowieczeństwo, gdyby się dowiedzieli, co też zdołał z nią przeżyć i wyjść z tego w jednym kawałku. To się nazywa sztuka przetrwania w trudnych warunkach!
– Kiedy tylko ci pasuje – zapewnił od razu, gdy dotarło do niego jej pytanie.
Nie przyglądał się jej zbyt wnikliwie, zauważywszy zmianę w spojrzeniu. Ot, dla jej własnego komfortu udał ślepego, głuchego, a na dodatek mało domyślnego, uznając, że jakiekolwiek drążenie tematu jej wahania byłoby bezdenną głupotą. On wiedział, ona tym bardziej, Sheridan – jeśli jeszcze nie wiedział – lada moment się dowie.
A on przetrwa noc z Ariene. To znaczy w jednym pokoju z wiedźmą. Coś czuł, że uniknięcie kłopotliwych pytań okaże się trudne i wcale nie miał na myśli pytań o to, dlaczego Anabde zniknęła i zmieniła się w niego przed powrotem.
Może i nie chciał, żeby go usłyszała, ale słuch miała nienajgorszy; na jego słowa uśmiechnęła się w ten swój dziwny, trochę niepokojący, nieco triumfalny sposób.
Nie mogła odmówić mu racji; nie wiedziała za dużo na temat ich relacji, jednak wystarczająco wiele, by być pod wrażeniem osiągnięć młodego maga.
– Teraz – odpowiedziała zdawkowo i z pewnością, zdając sobie sprawę z tego, że im dłużej będzie czekać, tym więcej obaw ją nawiedzi.
Errian zasalutował, uśmiechając się do niej pogodnie. Wyglądało na to, że naprawdę nie miał nic przeciwko tej sytuacji, a nawet ją pochwalał, taki dobry chłopak.
– W takim razie oddalę się ujarzmić moją niedoszłą żonę, życz mi szczęścia – westchnął, splótł ręce za głową i ruszył dzielnie przed siebie.
Po dwóch metrach stanął.
– Właściwie… w którym pokoju wy śpicie?
– Szczęścia – pożyczyła posłusznie, z rozbawieniem obserwując, jak mag się oddala.
Nie uszedł daleko. Usłyszawszy jego pytanie, ledwie powstrzymała się od śmiechu.
– W piątce – poinformowała go, a nim zdążył się odwrócić, dodała jeszcze: – Jak wychodziłam, Ariene się kąpała. Może być w łazience. Albo może z niej wyjść bez ręcznika. Generalnie, powodzenia.
Po ostatnim słowie uśmiechnęła się prowokująco. Jego pogoda ducha nieco ją uspokoiła i pozwoliła odzyskać humor, przynajmniej na chwilę; aż zaczęła rozumieć, w jaki sposób udało mu się oswoić Aithne. Miał kojący wpływ na ludzi – a, jak widać na przykładzie dwójki uroczych Przeklętych, na nie-ludzi jeszcze lepszy.
– Ariene bez ręcznika, pewnie, czemu nie – jęknął Errian, docierając do zakrętu, rozległo się charakterystyczne plaśnięcie dłoni o czoło. – Powinni mi za to więcej płacić.
Prawdopodobnie zgodziłby się na trudne warunki pracy, gdyby zechciano go zamykać na czas odpoczynku w jednym pokoju z Aithne, nie z podłą wiedźmą. Tymczasem jednak postanowił się martwić istotnym, mianowicie tym, że jeśli wejdzie w złym momencie, to najprawdopodobniej pożegna się z życiem.
Śmierć zostanie zadana z ręki Ariene bądź też Cadora, w sumie bez większej różnicy.
Gdy Errian zniknął za zakrętem, opuściła ją cała ta pewność siebie; przymrużyła oczy, wpatrując się niepewnie w wejście do pokoju. Postawiła krok bliżej drzwi i położyła dłoń na klamce, tak zamierając; znów nawiedziły ją nieposkromione, pełne obaw myśli.
Tak naprawdę nie wiedziała, co ją powstrzymywało – każde możliwe rozwiązanie sytuacji było lepsze od tkwienia w tym czymś. Nie powinno jej zależeć, by wszystko skończyło się dobrze; zresztą, jak mogło skończyć się dobrze? Straciła swoją niezależność, nic więcej jej nie zostało.
Zapukać, nie zapukać? Nad tym też zaczęła się zastanawiać. Wreszcie prychnęła gniewnie, kręcąc głową; co się z nią stało, że zwraca uwagę na takie głupoty?
Musi coś zrobić. Ta myśl dodała jej sił wystarczających, by otworzyć drzwi; postawiła krok przez próg, zamknęła za sobą przejście i upewniła się, że przekręciła klucz w zamku. Powoli obróciła się, by zawiesić na przebywającym w pomieszczeniu mężczyźnie wyczekujące spojrzenie.
Opanowała wszystkie niechciane reakcje organizmu, jakie spowodował jego widok; te, nad którymi nie miała władzy, jak dziwny ucisk gdzieś wewnątrz, postanowiła zignorować.
Nim zdążył zareagować, coś pociągnęło ją w jego stronę tak silnie, że nie zdołała się powstrzymać. Przymrużyła nieznacznie oczy, zatrzymując się tuż przed nim; trudno było odgadnąć, co myślała, jej spojrzenie stało się trochę nieobecne.
Wsłuchała się w bicie swojego serca, zapamiętując jego rytm. Potem wyciągnęła rękę do przodu i przytuliła dłoń do jego policzka; coś się w niej zmieniło, w oczach pojawił się słaby blask. Ona znów zamarła, czując, jak jej serce zaczyna bić w szybszym tempie. Zmarszczyła czoło, dość zaskoczona, by, niesiona ciekawością, badać dalej.
Stanęła na palcach i oparła się dłonią o jego tors, by nie utracić równowagi; przysunęła usta do jego warg i zatrzymała się, gdy od pocałunku dzieliły ich ledwie milimetry. Wtedy jej oddech przestał być równy, zrobił się też jakby płytszy, to trochę ją przestraszyło.
Wycofała się z zamiaru i stanęła na całej stopie, przyglądając się mężczyźnie w zamyśleniu. Rytm bicia serca trochę się uspokoił, odzyskała kontrolę nad oddechem, jednak wystarczyło, by się o niego oparła, a problem znów się pojawiał.
Jak?
Cóż, nie można powiedzieć, by spodziewał się, że zamiast Erriana do pokoju przyjdzie Anabde. Kiedy weszła, spojrzał na nią szczerze zaskoczony, ugryzłszy się w język, by nie warknąć odruchowo, że znowu wpakował kilka zbędnych książek do jego torby. Ciągle to robił, a Sheridan ciągle go upominał. I nadal stali w punkcie wyjścia.
Nie oderwał od nekromantki spojrzenia, gdy podeszła do niego i stanęła bardzo blisko. To zdziwiło go jeszcze bardziej, ale nie dał tego po sobie poznać, po prostu czekając i obserwując.
Jednak po dziwnej przymiarce do pocałunku, z której szybko się wycofała, nie powstrzymał cisnącego się na usta ledwo widocznego uśmiechu. Uznawszy, że to jest tak dziwne, że gorzej być nie może, ujął delikatnie jej brodę i uniósł, by lepiej widzieć oczy. Lubił w nie patrzeć, zwłaszcza kiedy duma zmagała się w nich z wątpliwościami.
Kiedy spojrzał jej w oczy, coś znowu się zmieniło; wstrzymała oddech, bojąc się, że przestanie nad tym panować. Zorientowała się, że teraz nie odwróci spojrzenia nawet gdyby chciała – kolejne, co ją przestraszyło, zwyczajnie zatonęła w jego oczach.
Zaraz przypomniała sobie, że nie może dać się tak po prostu omamić; przymrużyła powieki, pozwalając sobie na lekki, nieco łobuzerski uśmiech.
– Errian tu dzisiaj nie wróci – oznajmiła ze stoickim spokojem, jakby ta informacja nie miała żadnego drugiego dna i głębszego znaczenia.
Ot, przyszedł  wieczór, na dworze trochę chłodno, a Errian kimnie się dzisiaj u Ariene.
Po wypowiedzeniu tych słów po raz kolejny się odsunęła, przez co musiał cofnąć rękę. Gdy był zbyt blisko, wszystko przestawało mieć znaczenie, ale tym razem nie chciała rozstać się z nim bez odpowiedzi. Musieli się przekonać, jak to wszystko wygląda, co właściwie między nimi jest.
Sheridan uniósł z uprzejmym zdumieniem brew, nieprzerwanie się Anabde przyglądając; nawet jego uśmiech trochę się poszerzył. Wreszcie jednak przypomniał sobie, że powinien jakoś zareagować na te słowa – domyślił się, że skoro przybyła nekromantka, to mag został niecnie wyeliminowany z gry, ale…
– Co mu zrobiłaś, zła kobieto? – zainteresował się losem przyjaciela.
To było bardzo dziwne, ale im dłużej się jej przyglądał, tym swobodniej się czuł. Całe napięcie minionego dnia zniknęło, odciążył nieznacznie nogę i pozwolił sobie wcisnąć ręce do kieszeni spodni, nie odrywając od niej wzroku.
Wzruszyła nieznacznie ramionami, a na jej ustach zatańczył odważniejszy, tajemniczy uśmieszek. Coś w stylu „co złego, to nie ja, a jakbyś przypadkiem znalazł go zmasakrowanego przez jakiegoś obrońcę – nic o tym nie wiem”.
Potem sama była zaskoczona, że zareagowała tak swobodnie, nagle wyzbywszy się tego dziwnego dystansu. Zmarszczyła brwi. To chyba oznaczało, że jest dobrze; takie zresztą odniosła wrażenie, że na razie wszystko jest w porządku.
Niemniej jednak, by nadal w porządku pozostawało, musiała się kontrolować, a to w jego obecności okazało się cholernie trudne. Drgnęła i wykazała się dostateczną siłą woli, by odwrócić spojrzenie od jego oczu; pobłądziła wzrokiem po pokoju, zastanawiając się, co może ze sobą zrobić.
Na widok jej uśmiechu sam uśmiechnął się szerzej. No tak, głupi dzieciak znów dał sobą manipulować, że też przeżył tyle lat bez większych nieprzyjemności… Myśli łowcy szybko jednak opuściły osobę przyjaciela, skupiając się na stojącej nieopodal nekromantce.
Sheridan drgnął, jakby wyrwał się z rozmyślań, i zaraz skarcił się za ten niekontrolowany ruch. Z nieco gorszym nastrojem rozejrzał się po pokoju, wzrokiem lokalizując stolik, krzesła oraz dzbanek i szklanki.
Nie ma co, królewskie apartamenty, przynajmniej jest na czym tyłek posadzić i czym gardło zwilżyć.
– Napijesz się czegoś? – zwrócił się do Anabde. – Mam wodę… i wodę – dodał bardzo krytycznie, krzywiąc się wymownie.
Że też na wyposażeniu nie dawali czegoś mocniejszego. Albo soczków pomarańczowych, jak ktoś przejmował się abstynencją rudego rozczochranego.
Zadał normalne w takich sytuacjach grzecznościowe pytanie, a zmarszczyła lekko czoło, przyglądając mu się uważniej. Sprawiała wrażenie wypłoszonej, analizowała każde zdarzenie, wszystkie gesty i spojrzenia, jakby nie do końca wiedziała, co ze sobą zrobić. Przyszła tu z konkretnymi pytaniami, ale nie miała pojęcia, jak otrzymać na nie odpowiedzi. Nie dało się tak po prostu zapytać.
No i ciągle była pełna obaw. To nieco śmieszne; nie brakowało jej odwagi, by pójść do łóżka z niebezpiecznym łowcą, który w każdej chwili mógł pozbawić jej duszy, jednak kiedy wykazał inny rodzaj zainteresowania jej osobą i w pewien sposób ich relacja zaczęła się zacieśniać, spanikowała.
Gdzieś tam, na dnie, czaiło się wspomnienie znajomego wampira, który zwykł rozkochiwać w sobie kobiety, dbać o nie, zdobywać ich zaufanie, by zabijać pełne miłości i pozbawione lęku. Sheridan w niczym nie przypominał Jaretha, a mimo tego ciągle miała poczucie, że nie jest mniej naiwna od tych kobiet.
Przymrużyła oczy, przypominając sobie, że nadal nie odpowiedziała na jego pytanie. Nawet nie zorientowała się, kiedy podeszła do niego o krok; gdy otrzeźwiała, była już za blisko. Nie próbowała powstrzymać pragnienia, wspięła się na palce i pocałowała go krótko, zaraz pozwalając sobie na uniesienie kącików ust w zadowolonych uśmiechu.
Smakował tak samo.
– Nie, dziękuję – mruknęła; jej myśli były zbyt niepozbierane, by stać ją było na bardziej wyszukaną odpowiedź.
Sheridan kiwnął głową, nie odrywając od niej spojrzenia, trochę tak, jakby nie zauważył tego pocałunku przed chwilą. Przesunął wzrokiem po jej twarzy, nieco zbyt badawczo, jak kiedyś, gdy dopiero ją poznawał.
Potem jednak to wrażenie przeszywania minęło, łowca uniósł kącik ust w rozbawionym uśmiechu i wzruszył ramionami, nadal nie wyciągając rąk z kieszeni.
Samokontrola mistrza.
– Ja chyba też sobie odmówię – stwierdził, na chwilę przeniósł spojrzenie na pokój, rozejrzał się po nim, jakby czegoś szukał, potem niedbale odgarnął kosmyk włosów za jej ucho; ot, jakby poprawiał szczegół w wystroju pomieszczenia.
Potem wskazał na krzesło, zapraszając ją, żeby usiadła, bo co będą tak stać.
Drgnęła; w pierwszej chwili zganiła się za to w myślach, potem uznała, że to żadna różnica, skoro znowu nad sobą nie panowała. Zdradziła wystarczająco dużo zamyśleniem, niepewnymi gestami i wycofaniem, by przejmować się kolejną porażką.
Postanowiła zareagować, nim znów zagubi się we własnych wątpliwościach; zerknęła na łowcę, skinęła lekko głową i ruszyła w stronę krzesła. Siadając, założyła nogę na nogę i sięgnęła po leżącą na blacie książkę, ot tak, by zająć czymś ręce. Delikatnie przesunęła opuszkami palców po okładce, nim otworzyła dzieło.
– Nie masz wina – zauważyła w pewnej chwili, unosząc głowę, by posłać łowcy spojrzenie błyszczących złośliwie ocząt. – Kiepsko.
W ostatniej chwili ugryzła się w język, nim dodała „to czym mnie teraz upijesz?”. Parokrotnie udowodnił, że wcale nie musiał jej upijać, by dostać to, co chciał.
Ta myśl wywołała u niej ambiwalentne uczucia; z jednej strony przywoływała bardzo przyjemne wspomnienia, z drugiej przypominała o tej trudnej do zrozumienia władzy, jaką miał nad nią łowca.
Tym razem udało jej się ukryć spojrzenie w kartkach lektury, nim zdradziła zwątpienie.
– Wino wyszło – odparł bez mrugnięcia okiem, zajmując miejsce naprzeciwko niej.
Najpierw podparł głowę na dłoni, łokieć układając na oparciu krzesła, po chwili jednak wskazał palcem na trzymaną przez Anabde książkę.
– Trochę nudnej historii wleczonej przez Erriana. Dostał obsesji na tle dawnych organizacji magicznych, może szuka sekty dla siebie – wyjaśnił, dlaczego lektura jest taka nudna, po czym uśmiechnął się z przekąsem. – Pewnie chce uwolnienia od rudego rozczochranego.
To przecież oczywiste, nikt normalny nie wytrzymałby z tym głośnym potworem dłużej. Jakkolwiek długo. Errian i tak już udowodnił, że nie jest człowiekiem, więc teraz czas się wycofać.
Oczywiście Sheridan w to nie wierzył, jego przyjaciel był za głupi, żeby się ratować, ale nikt jeszcze myślenia życzeniowego nie zabronił.
Zmarszczyła nieznacznie czoło; zorientowała się już, że Errian wiedział o przeszłości Aithne dużo więcej od niej, ale aż tyle? Przekartkowała książkę; odnalazła stronę z zagiętym rogiem – przebiegła po niej uważnym spojrzeniem, wychwytując co ważniejsze informacje i notując je w głowie.
– Mówił coś więcej? – zainteresowała się, gdy dokończyła przeglądanie rozdziału i zamknęła książkę.
Odłożyła ją na swoje miejsce i zabębniła palcami w oprawę, przymrużając na chwilę oczy. Będzie musiała porozmawiać z Errianem, zdecydowanie.
– Nie – odparł zgodnie z prawdą Sheridan, przyglądając się jej z tą samą, nieco krępującą wnikliwością. – Nic nie mówi na ten temat, ale dużo czyta. I jakiś czas temu prosił mnie o odcyfrowanie tekstu sprzed… ja wiem? – westchnął, przymykając oczy, by oszacować czas w myślach. – Tekst sprzed jakichś trzydziestu, czterdziestu lat, ale użytego pisma nie stosowano powszechnie od osiemdziesięciu lat. W każdym razie to wszystko – dokończył, wzruszając lekko ramionami.
Jej spojrzenie, zawieszone na nieokreślonym punkcie na przeciwległej ścianie, zrobiło się ostrzejsze.
Przykro mi, Sheridan, wygląda na to, że jeszcze chwilę pomęczycie temat Aithne.
– O czym był ten tekst? – zapytała od razu.
Coś jej się tu nie podobało; zawsze wykazywała się sceptycyzmem i nigdy źle na tym nie wyszła, a w tym przypadku obawy wspierało uczucie, które można nazwać kobiecą intuicją.
Wstała i sięgnęła po dzban, w myślach wyrzucając właścicielowi gospody brak wspomnianego wina w pokojach. Przydałoby się. Przelała trochę wody do szklanki, którą wcześniej sobie przysunęła, po czym zerknęła na łowcę, unosząc brew w niemym pytaniu.
– O upadku jednej z tych magicznych organizacji – stwierdził spokojnie, obserwując Anabde z poznawczą ciekawością. – Przejechali się na jednym zadaniu i padli, w skrócie rzecz ujmując. Były tam jednak dodatkowe notatki, coś o zejściu do podziemi oraz próbach rekonstrukcji całej tej zabawy, jakiejś zemście, napisano to jeszcze starszym pismem, więc zrobił to ktoś edukowany magicznie – dodał, obracając drugą pustą szklankę w palcach, żeby zająć czymś ręce. – Notatki datowałbym na, nie wiem, dziesięć lat wstecz. Jak ktokolwiek próbował, raczej mu nie wyszło – podsumował i ponownie wzruszył ramionami.
Domyślił się już, że chodziło tu o Aithne, osobiście jednak uważał, że i Anabde, i Errian przesadzają. Sprawa zdecydowanie została zamknięta i należy do przeszłości, ale skoro chcą sobie psuć nerwy, droga wolna.
Odstawiła dzbanek i ponownie usiadła, od razu unosząc szklankę do ust. Krystalicznie czysta, chłodna woda pozwoliła jej pozbierać myśli i nieco się uspokoić.
Może rzeczywiście z tą organizacją to nie była taka wielka sprawa. Znała jednak Erriana wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie zabierał się za coś, gdy nie istniały ku temu powody.
Może po prostu chciał lepiej poznać przeszłość Aithne. Ze wszystkimi szczegółami. Oby tak było.
Skinęła lekko głową i postanowiła porzucić temat; wyciągnęła z Sheridana wszystko, co mógł jej powiedzieć. Oparła się wygodnie na krześle i odchyliła głowę, nabierając głębokiego wdechu.
Przyjemny, kwiatowy zapach unoszący się w pokoju był miłą odmianą po zatęchłej gospodzie, w której dotychczas przebywali, i jeszcze się do niego nie przyzwyczaiła. Spostrzeżenie nakierowało jej myśli na zlecenie, które ich czekało, a na ustach pojawił się lekki uśmiech.
– Nasz plan na bal jest okropnie pokręcony – mruknęła, już nie mając siły wymieniać jego słabych stron, a było ich kilka. – A wszystko się sypnie, jeżeli Caleb nie uszyje sukien – dodała, bo tak, to zaskakiwało ją najbardziej.
Czy mężczyzna sprawdzi się w roli krawca?
– Ja bym na miejscu podłej wiedźmy już zaczął uciekać – odparł na to Sheridan, uśmiechając się krzywo. – Z tego, co zrozumiałem, poza sukniami idą jeszcze na jego warsztat wszelkie inne stroje. I ma zaprojektować gorsety umożliwiające bieganie. Generalnie życzę szczęścia – podsumował, odchylając się na krześle z nieco zdegustowaną miną.
No cóż, umówmy się, sam łowca nie był fanem jakichkolwiek robótek ręcznych, a Caleb wydał się mu na tyle specyficzny i mało wiarygodny, że wspaniałomyślnie skreślił go od razu. Poza tym nie rozumiał, po co zakradać się na bal, bawić się w podchody, szykować sobie drogi ucieczki, jak można wszystkich pozabijać. Gdzieś wśród całej tej niepotrzebnej szlachty na pewno będzie ich cel, prawda?
– Ariene mówiła, że usunęła tych, pod których mamy się podszyć. Nie chciała powiedzieć jak – dodał, poddając dodatkowo w wątpliwość wiarygodność samej wiedźmy.
– To nie ty będziesz nosił te gorsety – przypomniała mu niezadowolona, krzywiąc się wymownie.
Nie miała nic do gorsetów, ba, uważała je za dość przydatną część garderoby, zwłaszcza kiedy trzeba było kogoś omamić. Ale nie wyobrażała sobie uciekania w czymś, co łamie żebra przy próbie obrócenia się. No cóż, najwyżej przerobi swój osobiście, dlaczego nie.
– Ważne, że ich usunęła, jej metody mnie nie obchodzą. Bardziej martwi mnie rozdział ról, a konkretnie jedna – zaczęła kolejny wątek, zrobiła jednak przerwę na łyk wody.
Zaraz po nim odstawiła szklankę na stół i przesunęła opuszkiem palca po jej brzegu.
– Leanelle jako kelnerka może niechcący popsuć plany. Służki na balach regularnie są obmacywane przed podpitych szlachciców; wystarczy, by jakiś tylko jej dotknął, a zrobi się zamieszanie.
Sheridan skinął głową. Zauważył już, że ta dziewczyna to straszna panikara, jeśli chodzi o fizyczną bliskość, ale wyglądało, że Ariene zorientowała się nawet wcześniej od niego – to dobrze dla ich planu.
– Dlatego ma być w towarzystwie Caleba i Aidana – stwierdził, wzruszając ramionami. – Będą udawali strażników i chronili jej tyły, jak tłumaczyła jakiś czas temu Ariene. Mogłaś nie słyszeć, odeszłaś od stolika – dodał, pomijając jednak to, do kogo wtedy poszła. – Lepsza Lea niż rude rozczochrane, które by żywcem pourywało facetom łby – rzucił jeszcze, bo nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił.
– A co jej pomogą? – mruknęła, przenosząc na łowcę uważne spojrzenie. – Boi się ich tak samo, jak tych podpitych szlachciców, ci drudzy przynajmniej nie zrazili jej bezowocnym rzucaniem się jej na ratunek za każdym razem, gdy coś się dzieje, w przeciwieństwie do Aidana – dodała, tym razem nie mogąc powstrzymać lekkiego uśmieszku.
To niezmiernie ją w Aidanie bawiło, rycerz ruszający na ratunek damie; szkoda, że nie widziała, gdy próbował zagrać tę rolę przy Aithne.
– Tylko faktycznie nie miała kogo obsadzić w tej roli. No nic, pokładam swoje nadzieje w Calebie, jemu nieźle wychodzi ratowanie Leanelle z opresji – dodała.
– Gówniarz rzeczywiście nie prowadzi mózgu – przytaknął jej Sheridan, zastanawiając się, czy napić się tej wody, czy też nie.
Poważny dylemat.
– Ale Caleb mógłby coś wiarygodnego sklecić, żeby szlachcice trzymali się z daleka. Najwyżej przejdziemy do planu awaryjnego, który właśnie wymyśliłem. Zabijemy wszystkich – postanowił spokojnie łowca i wzruszył ramionami.
To przecież najprostsze. Ach, ci skrytobójcy i ich finezyjne metody działania, no naprawdę. Jak było warto – to się kombinowało, żeby zrobić dyskretnie, ale skoro zleceniodawca nie wspomniał o tym, że ma zginąć tylko cel…
Co za życie, ta podła wiedźma nie powinna więcej planować akcji.
– Błyskotliwe – prychnęła ze śmiechem. – Tylko mi nie uśmiecha się bycie poszukiwaną listem gończym za wymordowanie połowy miasteczka – dodała, przymrużając powieki.
Sheridan, no żeby aż tak? Przydałoby się trochę polotu i finezji w tym smutnym jak pizda mieście.
– Zresztą to może być całkiem zabawne – uznała, wyciągając przed siebie długie nogi i krzyżując je w kostkach.
Przechyliła głowę i zaczesała włosy na prawe ramię, zajmując się rozplątywaniem kosmyków.
Uśmiechała się lekko od dłuższego czasu; musiała przyznać, że się rozluźniła. Przyjemnie było tak zwyczajnie posiedzieć i porozmawiać o niczym, przypomnieć sobie, dlaczego zachwycił ją swego czasu celnymi uwagami i jak bardzo lubiła słuchać jego głosu. Takie drobnostki, ale sprawiły, że obawy odpłynęły gdzieś daleko.
– Przyjemnie będzie owinąć sobie faceta wokół palca, żeby podrzucić go tobie – mruknęła, a jej uśmiech nabrał bardziej dzikiego charakteru.
Co kto lubi, generalnie.
– Z przyjemnością się nim zajmę – odparł rozbawiony, unosząc lekko kącik ust. – Ewentualnie popatrzę, jak Errian próbuje wymyślić pokojową drogę zabicia gościa, to dopiero będzie rozrywka – dodał, uznając, że lepiej się dzieciakowi dokucza, kiedy ten nie mógł rzucić żadnej trafnej uwagi na temat łowcy.
Chwilę milczał; odchylił głowę i wyjrzał za okno, by odkryć, że zrobiło się ciemno jak… echem, w grobowcu. Spokój okolicy trochę go dekoncentrował, w poprzedniej karczmie przywykł do wycia na zewnątrz, bójek, przekleństw i ogólnego gwałtu na społeczeństwie oraz prawie państwowym.
– Żeby tylko rude rozczochrane nie dało dupy – westchnął sobie.
Kogoś dziwi ta końcowa uwaga? No właśnie.
Anabde doszła do wniosku, że krzesła w gospodzie były sakramencko niewygodne. Poprawiła się na meblu, ale to wcale nie przyniosło ukojenia dla bolących pleców, dlatego wreszcie wstała, wzdychając przy tym lekko. Podeszła do jednego z okien i oparła się tyłem o parapet, kładąc dłonie na jego chłodnym kamieniu. Przechyliła głowę, by nadal móc patrzeć na łowcę, po czym uśmiechnęła się kącikiem ust.
Zdążyła zrozumieć, że nigdy nie uda jej się pogodzić Sheridana i Aithne.
– O nią się nie martwię, gorzej może być z Cadorem. Zakochany robi się okropnie bezmyślny – zauważyła.
Ostatnio obrońcy często zdarzało się popaść w zamyślenie, zapatrzyć w wiadomą stronę, łatwo też było go zaskoczyć, co kiedyś zdawało się być niemożliwe. Pozostawało to zabawne, dopóki nie chodziło o zadanie. Tutaj nekromantka zaczęła mieć poważne obawy co do przydatności Cadora.
Sheridan parsknął i pokręcił głową.
– To naprawdę podła wiedźma – skwitował ni stąd, ni zowąd. – Dlatego wystawiła go jako woźnicę na dworze, żeby razem z rudym nie plątali się pod nogami. Geniusz – dodał i trudno było określić, czy właśnie z niej zakpił, czy naprawdę pochwalił.
Jeszcze chwilę przypatrywał się wodzie w dzbanku, po czym obrócił się na tyle, by dalej widzieć Anabde. Przyjrzał się jej całej sylwetce; wcześniej stół to uniemożliwiał, teraz bez skrępowania wodził po niej spojrzeniem z tym samym nieco badawczym wyrazem oczu. I niesamowicie spokojnym.
– Nie można odmówić jej rozsądku – przyznała. – Gdyby Cador był w pomieszczeniu, prawdopodobnie nie zdzierżyłby widoku drugiego obrońcy wgapiającego się w biust Ariene –zakpiła sobie lekko.
Nie z zazdrości, spore walory wiedźmy już dawno stały się obiektem ogólnych żartów. Jeden taki nawet z ich powodu oberwał, ekhm, nic nie sugeruję.
– Nie sposób byłoby go winić – odparł bez wahania Sheridan, najwyraźniej niezrażony tym, że już w zęby za tego typu komentarze dostał. – Najpierw na widoku pojawiają się jej cycki, potem reszta, inaczej się nie da – dodał dość bezlitośnie i uśmiechnął się z przekąsem.
Żeby nie powiedzieć, że cholernie złośliwie.
– Ty też się wgapiasz? – podchwyciła od razu, przymrużając powieki.
W jej oczach pojawił się jasny blask rozbawienia; nie była zazdrosna, ale i tak radzę łowcy uważać ze słowami. Kobiety bywają nieprzewidywalne.
Zresztą, panie Sheridanie, łatwo komentować, kiedy w pokoju nie ma kto honoru wiedźmy bronić! Szczęście, że obrońca mieszka w innej gospodzie daleko stąd, bo ostatnio stał się wyjątkowo czuły na tego typu słowa. Jeszcze by tu wpadł.
– Nie, nie mam ochoty zabijać Cadora, kiedy znowu się na mnie rzuci – mruknął spokojnie, jakby zupełnie nie pomyślał o tym, że uroczej na swój sposób pani mogłyby puścić nerwy, prawda.
Tak naprawdę rozbawiła go, ale nie dał tego po sobie poznać. Umówmy się, po tak długim czasie przebywania w towarzystwie Ariene przestało to się tak rzucać w oczy. Tak samo jak wrzaski rudego rozczochranego w chory sposób wpisały się w dzienną rutynę. Oraz irytująca dobroć i łagodność Erriana.
Objęła się ramionami, kiedy krążąca od dobrych kilku chwil myśl zaczęła się coraz gwałtowniej dobijać do drzwi jej świadomości. Choć rozmowa jej się nie dłużyła, zaczęła się zastanawiać, dlaczego utrzymują taki dystans.
Nie chcąc dać po sobie poznać, że coś ją martwi, nie zerwała kontaktu wzrokowego, jednak gdzieś w środku coś ją ścisnęło. Anabde naszły kolejne obawy, teraz zupełnie innego rodzaju.
Była z innym mężczyzną. Co, jeśli przez to Sheridan... się jej brzydził? W trudny do zrozumienia, podświadomy sposób. Bo to do niego niepodobne, by, będąc z nią sam na sam, pozostawał tak daleko. Miała możliwość zadziałania, by to zmienić, ale przestraszyła ją myśl, że mogłaby się w ten sposób narzucać.
Jeszcze bardziej przytłaczająca była świadomość, że w ogóle nie powinna się tym martwić. A jednak.
– Rozumiem, że gdyby nie Cador, nic by cię nie powstrzymywało – mruknęła z jeszcze większym humorem.
No bo jasne, ładna wymówka.
– Możliwe – przytaknął, uśmiechając się trochę szerzej, ale bez szaleństw, w końcu to Sheridan.
Ponieważ niewygodnie siedziało się mu do połowy obróconym, to przesunął krzesło i usadowił się w dobrej pozycji, krzyżując ręce na torsie. Przyjrzał się Anabde raz jeszcze i zastanowił się mimowolnie, czy cel tej wizyty był jakkolwiek konkretny.
Ostatnimi czasy nadal nie utrzymywali zbyt bliskich kontaktów i niedomówienie zaczynało ciążyć. Teraz nie ciążyło, za to zrobiło się dziwnie.
Śmiesznie, jeśli pytać go o zdanie.
Jego zdawkowa odpowiedź sprawiła, że w pierwszej chwili się pogubiła. Szybko odnalazła właściwie słowa, by kontynuować lekką, niezobowiązującą rozmowę, ale dała po sobie poznać, że nie jest tak pewna siebie.
Przede wszystkim uciekła spojrzeniem gdzieś w bok. Przygryzła lekko wargę i zacisnęła mocniej palce na ramionach, zastanawiając się, czy to wszystko w ogóle do czegoś zmierza. Miała wrażenie, że nie otrzyma swoich odpowiedzi.
– Co właściwie... – zaczęła, ale zaraz potrząsnęła głową i wyrzuciła z niej niechciane myśli.
Nie powinna o to pytać. Co między nimi jest. Po prostu nie powinna. Albo przekona się sama, albo to nie ma większego sensu.
Uśmiechnęła się więc mało wiarygodnie i postanowiła kontynuować grę, choć to również wydawało się być złym rozwiązaniem – jak grać, kiedy już zdjęła maskę?
– Trudno uwierzyć, że Cador jest dla ciebie przeszkodą – mruknęła.
Sheridan uniósł brew, przyglądając się jej trochę inaczej niż przed chwilą. Wreszcie westchnął, wcisnął ręce do kieszeni i wstał, ruszając do Anabde. Zatrzymał się kawałek przed nią, pochylając lekko głowę, żeby nadal dobrze widzieć jej oczy. Trudno powiedzieć, co sobie myślał, jak zwykle zresztą.
– Nie jest – odparł grzecznie, bo chyba odpowiedzi oczekiwała, po czym przymrużył powieki. – Właściwie…? – nawiązał do jej wcześniejszej wypowiedzi, zawieszając charakterystycznie głos.
Miała ochotę się cofnąć, ale już opierała się o parapet. Uniosła więc brodę, by z typową dla siebie dumą spojrzeć w zielone tęczówki i... po raz kolejny się zawahała.
Coś tkwiło w spojrzeniu szarych oczu, coś na pograniczu bólu i zmęczenia. Maska, którą nosiła od tylu lat, nagle stała się zbyt ciężka i niewygodna; miała ochotę zrzucić ją i nie ubierać ponownie, jednak wiedziała, że prawdopodobnie byłoby to skrajną głupotą.
Przede wszystkim nie miała pojęcia, czy warto.
– Nieważne – odpowiedziała spokojnie; tego była pewna.
Nie powinna w ogóle zaczynać tematu.
Sheridan znowu westchnął, tym razem z irytacją. Nawet przymknął na moment oczy, jakby próbował odszukać w sobie cierpliwość. Chociaż trochę.
– Właśnie widzę – skwitował niemalże niezadowolony i podszedł te ostatnie pół kroku do niej, opierając się ramionami o parapet, przez co w pięknym stylu zrobił Anabde „szach-mat”.
Miał ochotę się uśmiechnąć, ale się powstrzymał, wielkoduszny. Nie oszczędził jej jednak badawczego, spokojnego spojrzenia, które osoby o słabszych nerwach mogłoby chyba doprowadzić do palpitacji serca.
Niekontrolowanie nabrała głębokiego, głośnego wdechu, mając wrażenie, że zaraz zacznie tonąć. Jej oczy rozszerzyły się – ze strachu czy ze zdziwienia – a serce faktycznie przyspieszyło rytm tak bardzo, że blisko było do palpitacji, jednak z zupełnie innego powodu.
Odchyliła nieco głowę i spojrzała mu w oczy, w głębi ducha zastanawiając się, czy może jeszcze jakoś się uratować.
Nie mogła.
Opuściła ręce swobodnie wzdłuż ciała, gdy dalsze obejmowanie się ramionami stało się niemożliwe. Był blisko, jego dotyk... nie, nie mogła dać się omamić.
– Co właściwie między nami jest? – dokończyła, wiedząc, że albo zapyta teraz, albo za chwilę zupełnie przestanie myśleć.
To przynajmniej powinno go powstrzymać od dalszych działań, sprawić, by musiał chwilę zastanowić się nad odpowiedzią. Miała nadzieję, że w tym czasie jej uda się pozbierać; wątpliwe.
Cóż, Sheridan nie potrzebował zbyt wiele czasu do namysłu. Tylko kilka sekund przypatrywał się jej z lekkim zaskoczeniem, jakby zupełnie nie tego się spodziewał. Potem uśmiechnął się pod nosem, z pewnym rozbawieniem oraz trochę niedowierzaniem, przekrzywił w zamyśleniu głowę.
– Nie wiem – stwierdził całkowicie szczerze, powstrzymując się od wzruszenia ramionami.
Gdyby potrafił to określić słowami, pewnie nie czaiłby się tak długo, trzymając Anabde na dystans. Upewnił się w tym, że nie potrafi znieść jakiegokolwiek innego faceta w jej pobliżu, ale niczego więcej nie mógł dokładnie określić. Zupełnie jakby znalazł się w martwym punkcie i bał się zrobić krok do przodu.
Nigdy się nie bał, dlatego to wrażenie trochę go zirytowało. Chciał zrozumieć, tylko nie wiedział, w którą stronę pójść, żeby się tego dowiedzieć. Najbardziej niewygodne było to, że Anabde oczekiwała, iż wszystko jej wyjaśni i ustawi w odpowiednim porządku.
Takie cuda tylko u Stwórcy.
Zacisnęła mocno usta, powstrzymując się od gorzkiego uśmiechu; no bo tak, głupia, w sumie dotychczas między wami był tylko seks. I to w gruncie rzeczy nie było najgorsze rozwiązanie, ale jakoś tak... właśnie.
Cała była pogubiona. Nigdy, przenigdy nie zdarzyło jej się, by to ona domagała się wyjaśnień, może nawet deklaracji – czegoś, co tak naprawdę okropnie ją przerażało, ale i tak zdawało się być potrzebne. Zawsze to ją o podobne rzeczy proszono, a ona zazwyczaj zbywała biedaków, by uciec od nich następnego dnia. A teraz... czy „nie wiem” było próbą pozbycia się jej, czy szczerą odpowiedzią?
Pytanie okazało się na tyle ciekawe, że musiała dłuższą chwilę się nad nim zastanowić. Przyglądała się twarzy łowcy, uwagę skupiając przede wszystkim na oczach, jakby miała nadzieję, że znajdzie w nich gotową odpowiedź lub chociaż wskazówki.
Wreszcie westchnęła lekko; znowu czuła się przytłoczona, tego było zwyczajnie zbyt wiele. I gdzie się podziała jej pewność siebie? Gdzie ta duma, którą zawsze u niej podziwiano?
– Ja wiem, że teraz jest nijak – uznała cicho; jej spojrzenie stało się nieobecne.
Zmarszczyła czoło, zastanawiając się, co dokładnie miała na myśli i jak się do tego odnosiła. Przeszkadzało jej, że byli od siebie tak oddaleni. Bała się, bo nie wiedziała, na czym stoi. Ale czego tak naprawdę chciała?
Miała wrażenie, że czegokolwiek. Czegokolwiek, co tylko powiedziałoby jej, że nie została złamana dla samego faktu, że rzeczywiście o coś w tym wszystkim chodzi.
Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła, nie do końca przekonana, co chce dodać; jak ta rybka, której zabrakło wody. Powoli wypuściła powietrze z płuc, rozpaczliwie szukając w sobie resztek godności, pozostałości po osobie, którą była całe swoje życie. Aż do teraz.
Pochyliła nieco ramiona, przymrużyła oczy i gdy znów uniosła brodę, by na niego spojrzeć, zdawało się, że odnalazła w sobie siłę.
– Zróbmy coś z tym – powiedziała.
I to już na pewno nie była dawna Anabde.
Sheridan przyglądał się jej przez cały ten czas, ciągle się jej przyglądał, śledząc czujnym, badawczym wzrokiem. Sam nie był pewien, jak to wszystko się skończy i czy się skończy. Miało w ogóle takie prawo, by się kończyć? Bo może nawet się nie zaczęło.
Westchnął. Opuścił głowę, jakby chciał się oprzeć o jej ramię, chwilę tak stał, przeniósłszy cały ciężar ciała na ręce. Przez to znalazł się bliżej niej, poczuł jej zapach, ciepło ciała; uśmiechnął się lekko, zupełnie bezwiednie. Znów się wyprostował, odchylając nieznacznie głowę, jakby chciał sprawdzić, co stanie się następnie.
Przeniósł wzrok na jej oczy, przetrawiając w myślach słowa „teraz jest nijak”. Czy było nijak? Nie potrafił określić. Było inaczej niż na początku, ale nie wiedział, jak powinno być, żeby było dobrze. Do diabła, nigdy się nie bawił w takie pierdoły. Teraz odsunął się, bo myślał, że to pomoże zebrać myśli. Nie pomogło – ani ogólnie, ani w tej konkretnej chwili.
Przymknął oczy, trochę jakby zbierając w sobie siłę, jakby miał tego wszystkiego już serdecznie dość i najchętniej by sobie poszedł daleko od problemów. Po części – owszem.
Nie zrobił tego jednak, bo wolał pochylić się, dotykając dłonią jej policzka, i pocałować ją. Tym razem kryło się w tym więcej delikatności i pewnej jakby ostrożności niż kiedykolwiek wcześniej; może sam się pogubił.
– Spróbuję – mruknął cicho, kiedy się od niej nieznacznie odsunął.
To przyznanie się do niewiedzy, do tego, że to dla niego nowe i obce, dużo go kosztowało. Spory kawałek dumy. Dzisiaj najwyraźniej wszyscy tej dumy się pozbywali, jakże śmiesznie. Może nawet żałośnie.
Gdy się nad nią pochylił, mogła tylko oddychać głęboko, usiłując opanować własne ciało. Zbyt silnie na niego reagowała, poczuwszy go blisko, kompletnie przestała myśleć. Przymknęła oczy i usiłowała zrobić wszystko, by się powstrzymać, chociaż na chwilkę, chociaż na moment. Gdy uchyliła powieki, zdawało jej się, że odniosła sukces, ale wtedy poczuła ciepło jego skóry na policzku i jego warg na ustach.
Nagłym uderzeniem uzmysłowiła sobie, jak bardzo jej go brakowało. Niespodziewanie tęsknota okazała się być bardzo prostym, a co gorsza zupełnie naturalnym uczuciem, no i natychmiast wymagała wypełnienia. On jednak się odsunął, by zaskoczyć ją jeszcze bardziej niż tym delikatnym pocałunkiem.
Otworzyła szeroko oczy; trudno odmówić jej bystrości, a jakoś teraz poczuła się zwyczajnie ogłupiała. Tak po prostu ciężko było w to uwierzyć; jak wszystko okazywało się nowe, tak to jedno krótkie słowo stało się, no, wręcz niemożliwe. Pobłądziła pozbawionym zrozumienia spojrzeniem po jego twarzy i uznała, że... mówił szczerze.
Gdzieś głęboko aż przeraziła ją ulga, jaką poczuła, ale to w tej chwili się nie liczyło. Uśmiechnęła się lekko, tak zupełnie nieśmiało, a jednak w pewien sposób pięknie, pozwalając sobie na to uczucie.
– Sheridan... – szepnęła nadal zaskoczona, chyba po prostu po to, by usłyszeć brzmienie jego imienia.
A potem pogłaskała go po karku, by przyciągnąć do siebie i powtórzyć pocałunek, tym razem bardziej zdecydowanie, jednak z pewną wdzięcznością.
To jej wystarczyło.
Można powiedzieć, że odniósł pewien triumf. Uwolnił się od rozmów na trudne, niewygodne tematy, od pytań, na które nie miał odpowiedzi. Nie żeby chciał uciekać – nie był uciekającym typem. Wolał poczekać, aż znajdzie te cholerne odpowiedzi, bo Anabde zadawała irytujące pytania.
Zdążył tylko unieść kącik ust, kiedy wypowiedziała jego imię. Potem natomiast, zadowolony z tego, jaki tor obrała cała sytuacja, bez większego skrępowania przejął inicjatywę, przyciągając ją do siebie stanowczym ruchem.
Jasna cholera, naprawdę to lubił. Naprawdę ten brak tworzył pustkę, nawet niezadowolenie. To go rozśmieszyło – nie zdenerwowało, tylko właśnie rozbawiło. A to już był szczyt zabawności, no naprawdę.
Po chwili odsunął się od niej, uśmiechając się lekko, ale z przekąsem. Nawet troszkę triumfalnie. Tylko i wyłącznie dlatego, że zaraz znów się nad nekromantką pochylił, tym razem jednak pocałunki złożył na jej szyi. Sam nie wiedział, czy robi to dla niej, czy żeby się podroczyć.
Tak czy siak – pewnie oboje będą zadowoleni.
– Och – wyrwało jej się westchnieniem.
Tak długa rozłąka sprawiła, że jego manewr stał się jeszcze skuteczniejszy; przymknęła na chwilę powieki i zacisnęła mocniej palce na jego skórze, kompletnie otumaniona.
Cholernie jej tego brakowało. Jego jej brakowało. Była sobą w wystarczającym stopniu, by się do tego nie przyznać – nawet by nie dopuścić tego do świadomości – jednak taka była prawda. Właśnie tym okazała się pustka, którą czuła po opuszczeniu grupy, zdawałoby się wieki temu. Nie rozłąką z przyjaciółmi, nie chwilą przerwy, nie brakiem adrenaliny, ale właśnie nim.
Już dawno odkryła, jak to działa – potrafiła się kontrolować, dopóki nie przekroczyli cienkiej granicy. Zdążyła tylko spostrzec, że tę linię zostawili daleko za sobą, nim poczuła ogromne pragnienie; już nie potrafiła czekać, nie miała nawet zamiaru się wstrzymywać.
Dłoń dotychczas spoczywająca na jego karku przesunęła się w dół pleców, palce drugiej postanowiły jak najszybciej rozwiązać problem zapiętej koszuli, a po chwili koszuli w ogóle. Gdyby nie to, że nie mogła dopuścić, by przerywał pocałunki, z chęcią jeszcze raz przyjrzałaby się jego torsowi.
Uśmiechnęła się sama do siebie, uznając, że strata nie jest wielka – wielokrotnie będzie miała okazję to zrobić. Teraz musiało jej wystarczyć przesunięcie dłonią w dół jego klatki piersiowej, na mięśnie brzucha, swoją drogą zdecydowanie imponujące.
Musiał przyznać, że sam odczuł niejaką presję czasu, kiedy wreszcie poczuł ją bliżej. Szlag by to, trzeba powoli zmieniać miejsce. Czyli na chwilę się od niej oderwać. Raz jeszcze przesunął ustami po jej szyi, by zaraz odchylić głowę i zorientować się, gdzie jest jego łóżko. Bo jakoś nie chciał się zwalać Errianowi do wyra.
Jak tylko zlokalizował ten przeklęty mebel, bezzwłocznie wrócił całym zainteresowaniem do Anabde. Ręce jeszcze wcześniej wypuścił na samodzielną wędrówkę pod jej bluzką, której teraz definitywnie się pozbył. Przygarniając nekromantkę bliżej siebie, obrócił się tak, by nakierować ją do celu.
Tym razem może wreszcie zasłużyli na całkowity spokój oraz odpowiednią wygodę – bo jak nie urok, to przemarsz wojsk w ich przypadku. Od opuszczonych karczm, przez lasy, do rezydencji popieprzonych szlachciców (wybacz, Errian), gdzie do pokoju wpada ci rude rozczochrane.
Teraz to by zabił.
Cofanie się, kiedy jedynym, co zajmuje twoją głowę, są usta obejmującego cię mężczyzny, to nie lada wyzwanie. Zachowanie równowagi było jednak zbyt błahym powodem dla przerwania pocałunku; poradziła sobie jakoś i nawet zdążyła się zatrzymać, nim o to łóżko się potknęła. Pocałowała go raz jeszcze, po czym, ledwie oderwawszy usta od jego warg, uśmiechnęła się szeroko.
Zdecydowanie nie myślała o niczym. Poprzednio jeszcze jej się zdarzało – no bo tu się miało wyrzuty sumienia po pijaku, tu trzeba było martwić się o grzejących dupy przy ognisku kilkanaście metrów dalej przyjaciół, tu zaś nieodpowiednia osoba pojawiała się w jeszcze mniej odpowiednim momencie.
Teraz pozwoliła sobie na kompletne wyłączenie świadomości, ale płynęły z tego wyłącznie korzyści. Czuła go całą sobą, czerpała z jego dotyku nieopisaną przyjemność, delektowała się jego ciałem po tak długiej rozłące. Nawet nie wiedziała, że tak można, bez ambicji, grzechu, wstydu czy lęku, tak po prostu. Zdecydowanie jej się to podobało.
Z ciężkim sercem przerwała ten pocałunek nie tylko po to, by się uśmiechnąć. Ściągnęła niedbałym ruchem buty i ułożyła się na łóżku, nie dając mu jednak sposobności do zadumania się nad tym faktem – od razu chwyciła go za nadgarstek i przyciągnęła do siebie.
Na krótką chwilę nawiązała kontakt wzrokowy; w oczach miała ogień. Zaraz jednak przymknęła powieki, by znów zainteresować się jego ustami. Chyba przypadkiem zadrapała go w bok, ale nie żeby się tym przejęła.
Można powiedzieć, że przywykł już do tych wszystkich drobnych ran, jakie wynosił z ich wspólnych nocy. Inna sprawa, że zwykle nie zdążyły mu zbyt długo dokuczać jakkolwiek, ponieważ zwyczajnie znikały.
Takie szramy na Przeklętym to doprawdy, jak chce mu zostawić pamiątkę, musi użyć co najmniej noża kuchennego. Nie żeby proponował, bo jednak lepiej zająć się jedną rzeczą niż kilkoma.
Na przykład przypominaniem sobie jej ciała. Nie zapomniał go, zdawało się to być niemożliwe, ale chciał je odświeżyć w pamięci – przy pomocy i rąk, i ust, co niezwłocznie uczynił. Tym razem jednak nie badał – nie musiał poznawać. To, czego dowiedział się wcześniej, po prostu zapamiętał, teraz mógł bezczelnie przeciwko niej wykorzystać. W ogóle był bezczelnie pewny siebie, niby jak zawsze, ale tym razem trochę inaczej.
Na chwilę się od niej odsunął, zawisł nad nią, opierając się na rękach po bokach jej głowy. Przyjrzał się jej twarzy, odszukał spojrzenie szarych oczu, wreszcie uśmiechnął się lekko. Chyba nie zapomniała o tym, że był bezlitosnym skurczybykiem, prawda?
Właśnie dlatego teraz przerwał, zastanawiając się z pewnym rozbawieniem, co ona mu zaraz zrobi. Uwielbiał to, że miał nad sobą większą kontrolę – choć nie można powiedzieć, by nie było teraz trudno. Trudno, ale nie niewykonalnie.
Kiedy ona nie chciała mu zrobić żadnej krzywdy! Tak po prostu... no, wychodziło. Przypadkiem.
Odpowiedziała tak na spojrzenie, jak na uśmiech, przeczesując palcami jego włosy. Ta chwila odpoczynku pozwoliła jej uzmysłowić sobie – bo dotychczas była zbyt zaaferowana, by zauważyć – że... coś ją, ekhm, uwiera w bok. Aby się tego pozbyć, musiałaby jednak znaleźć się na górze – uznała to za doskonałe rozwiązanie i szybko przystąpiła do odpowiednich działań.
Przyciągnęła go znów do siebie; pierwsze pocałunki były spokojne, krótkie i nawet delikatne. W końcu udało jej się osiągnąć zamierzony efekt (choć w tym celu jej rączki musiały zawędrować niżej) i nieco go zdekoncentrować. Przesunęła więc dłonie na jego ramiona, uniosła się nieco i naparła na niego tak, że przeturlali się i zmienili pozycje.
Zrobiła to bardzo zgrabnie, ale chyba nikt nigdy nie wątpił w jej łóżkową zwinność, prawda? Usiadła na nim okrakiem i dopiero wtedy pozwoliła sobie na przerwanie pocałunku, by uśmiechnąć się trochę diabelsko.
A teraz co ją tak uwierało? Nadal miała na sobie spodnie, wprawdzie już rozpięte; do paska przyczepiony był futerał, a w nim schowany pistolet w niebiesko-biało-złote pasy, sprawca problemu.
Wprawdzie domyślała się, że tych spodni się zaraz pozbędzie, ale broń zasługiwała na lepszy los niż bycie rzuconą na podłogę; właśnie dlatego sięgnęła po pistolet i wyjęła go z futerału. Planowała położyć go na stojącej koło łóżka szafce, a że w tym celu musiała się pochylić nad Sheridanem...
– To jak to było z tym wgapianiem się w cudze biusty? – zamruczała groźnie, przystawiając mu lufę do gardła.
Pistolet był bardzo zimny, w przeciwieństwie do ich gorących ciał.
Zawisła nad łowcą, trzymając palec na spuście i zabrzmiała prawie poważnie; efekt zepsuła, gdy w następnej chwili uśmiechnęła się zadziornie. Na oślep odłożyła broń na wcześniej zaplanowane miejsce, bo już wróciła zainteresowaniem do jego warg. Na krótko.
Zejście pocałunkami na jego klatkę piersiową wydawało jej się być dużo ciekawszym rozwiązaniem; jak postanowiła, tak zrobiła. Chwilę później inne części jego ciała zaczęły bardzo wyraźnie domagać się pieszczot, a ona nie była wystarczająco okrutna, by im odmówić. Z jego spodniami poradziła sobie, jak zwykle, szybko i sprawnie.
Sheridan zaśmiał się cicho, słysząc to mrożące krew w żyłach pytanie. Nie zmartwił się ani na chwilę, bo i jakoś okoliczności nie sprzyjały martwieniu się. Odpowiedzieć też nie odpowiedział – zwyczajnie nie dała mu szansy, ale to może lepiej, bo by jeszcze noże kuchenne naprawdę poszły w ruch.
Nie zamierzał jednak pozwalać, by to Anabde zbyt długo się wysilała, dlatego po chwili, uniósłszy się na łokciach, przyciągnął ją tak, by nieco się podniosła na kolanach. W ten sposób mógł zsunąć z niej spodnie wraz z bielizną, bo przecież zrobiły się zbędne. I, bądźmy szczerzy, trochę drapały. Dlatego też pofrunęły przez pokój, chyba lądując na łóżku Erriana. Albo na stole. Trudno orzec w aktualnej sytuacji.
Kiedy stwierdził, że znudziło mu się leżenie, pozwolił sobie usiąść, ale nie wypuścił jej z objęć. Przytrzymał ją na swoich kolanach, uśmiechając się z przekąsem, nawet oczy niepokojąco przymrużył.
– Tobie też bym mógł co nieco zarzucić – mruknął tylko, ot, żeby sobie nie myślała, że ona taka niewinna jako ta łza o poranku czy inne liryczne bzdety.
Za karę to ona tym razem wylądowała pod spodem. Nie będzie się tu rządzić, jak przykładu dawać nie umie, prawda?
Jej spojrzenie nabrało dziwnego wyrazu, ale na całe szczęście okoliczności zupełnie nie sprzyjały kolejnej sprzeczce; wyrzucił z jej głowy myśli o znaczeniu tej wypowiedzi, zastępując je swoją osobą. A takie kary to mogłaby otrzymywać za każdym razem, gdy coś przewini; wtedy chyba zrobiłaby się naprawdę nieposłuszna.
Spojrzała mu w oczy i po raz kolejny uśmiechnęła się błogo. Naprawdę jej go brakowało, tak zwyczajnie; potrafił ją rozpalić jak nikt inny. Przesunęła wargami po jego szyi i na dłuższą chwilę zatrzymała się na obojczyku, by zostawić mu ładną pamiątkę po tej nocy.
Pamiątka prawdopodobnie zniknie, nim skończą, ale i tak dała jej pewną satysfakcję; swoją drogą, to cholernie niesprawiedliwe, ona musiała martwić się ukrywaniem malinek, a on mógł sobie wzruszyć ramionami, bo i tak po chwili znikały. Bezsens. Zrobiła jeszcze kilka, tak z przekory.
A temat zostawiła, bo jeszcze by się skierował na nieodpowiednie tory. Tak było lepiej, kiedy mogła się wsłuchać w ich przyspieszone oddechy.
On także nie wracał do tej krótkiej wymiany zdań. W końcu odpowiedział tylko dlatego, że go sprowokowała, zresztą już nawet nie pamiętał, o co chodziło. Natomiast bardzo rozbawiła go jej taktyka odnośnie pamiątek po nocy.
Postanowił udowodnić, że z ich dwójki to akurat jemu to wszystko lepiej wychodzi (może nie szło nawet o technikę, a zwyczajnie o warunki, hm, genetyczne), ale nie czuł skrępowania przed zostawieniem czerwonego śladu na jej szyi. Tak gdzieś w połowie. A co, niech sobie trochę rano pomarudzi, to też go śmieszyło. Następne rozmieścił w bardziej strategicznych miejscach, żeby nie było, że brakuje mu dyskrecji.
Z pocałunkami powoli schodził coraz niżej – z szyi na ramiona, potem na piersi, brzuch, zupełnie jakby mu się nigdzie nie spieszyło. Bo przecież jeszcze mieli dużo czasu, pokój tylko dla nich, całkowity spokój, bez najmniejszego stresu.
Bardzo z tego faktu zadowolony zsunął się jeszcze niżej, najwyraźniej zamierzając Anabde przetrzymać tej nocy naprawdę długo. Jak ostatnio droczyli się, kto najdłużej wytrzyma bez pocałunków, tak dziś wymyślił nową zabawę.
Kto pierwszy nie wytrzyma ogółem.
Kiedy ta zabawa jest okropnie niesprawiedliwa. To tak, jakby jeden z zawodników trzymał gwizdek i użył go dopiero wtedy, gdy wyprzedzał przeciwników o połowę długości. Znaczy nie żeby jej się nie podobało, ale gdyby się zakładali, sama by na siebie nie postawiła.
Odchyliła głowę i jęknęła cicho, potem troszkę głośniej. Jeszcze chwilę pozwoliła mu dominować w starciu, nie mogąc sobie odmówić tej przyjemności, potem jednak uznała, że nie godzi się przegrać tak od razu.
Odnalazła w sobie dość samokontroli, by zapanować nad sytuacją – podniosła się i pchnęła go lekko, tak, że musiał usiąść. Wspięła się na klęczki i przylgnęła do niego, obejmując go za szyję. Uniosła się nieco i dzięki temu mogła spojrzeć na niego z góry – okazało się, że jest to całkiem przyjemna odmiana, więc póki co korzystała i nie wracała do pocałunków. Jej bronią znów stały się dłonie, które nie czuły się skrępowane, by sięgać w najbardziej czułe miejsca.
No dobrze, miała silne argumenty. Mógł pozwolić, by przejęła na trochę tę inicjatywę, tak w sumie. Nie usiedział jednak w bezczynności, znów postanawiając zająć jej ciało pocałunkami – głównie szyję oraz ramiona, bo tam najwygodniej było mu sięgnąć. Dłoniom natomiast pozwolił przesunąć się wzdłuż jej pleców aż na pośladki, nie do końca ręce przyciskając i nie do końca mając w zamiarze połaskotanie jej.
Wreszcie uznał, że czas jej się skończył. Przysunął usta do jej ucha, mruknął cicho i popchnął ją z powrotem na łóżko, zaraz ograniczając przestrzeń swoją osobą. Zawisł nad nią, nie dając chwili na zastanowienie, i znów pocałował, tym razem jednak dokładnie tak, jak zawsze, bez delikatności czy niepewności.
Bo jej chciał, jasna cholera, szaleńczo wprost, i obawiał się, że chyba tym razem będzie skłonny przegrać.
Na chwilę się odsunął i spojrzał jej w oczy, nie kryjąc się z tym, o czym myślał. A już na pewno nie krył tego jego wzrok.
Odpowiedziała mu dość wymownym uśmiechem i jeszcze bardziej konkretnym spojrzeniem rzuconym spod przymrużonych powiek. Czyżby udało jej się odnieść zwycięstwo? Nawet jeżeli było tylko częściowe, bo ona zaraz polegnie w boju, smakowało słodko.
A rozwój zdarzeń, który proponował, zdecydowanie jej odpowiadał.
Przesunęła paznokciami po jego plecach, od karku aż na sam dół, pozostawiając na skórze jasnoczerwone ślady. Przechyliła lekko głowę, przypatrując mu się uważniej, ciekawa, czy on będzie w stanie dalej kontynuować swoją grę.
A potem rozchyliła szerzej nogi i przycisnęła uda do jego bioder; jeżeli on wytrzyma i to, będzie pełna podziwu.
Wredna baba. Generalnie po prostu wredna baba.
W tamtej chwili jednak uznał, że teraz akurat po prostu nie da się złamać. On zaczął, on skończy, koniec kropka. Chociaż będzie go to dużo kosztowało, ale trudno.
Żeby skupić swoje myśli na czymkolwiek innym, postanowił z pełną pasją zająć się jej ustami, jakby samego siebie przekonywał, że jeszcze da radę i jest wiele równie sympatycznych zajęć, na których można się skupić.
Trwało to chwilę – wreszcie wsunął dłoń pod jej plecy i uniósł jej biodra, jakby zamierzał skorzystać z niemego zaproszenia, czy może nawet bezwstydnego żądania.
Ale nie. Jeszcze nie podjął ostatecznej decyzji.
Dlatego nie wykonał żadnego kolejnego ruchu, tym razem schodząc z pocałunkami znowu niżej. Trochę w upartym postanowieniu podręczenia i jej, skoro myśli, że taka sprytna. Poza tym stwierdził, że tym razem malinkę zostawi w miejscu bardzo niewygodnym do zakrycia, a co, niech się rano martwi.
Tym razem uśmiechnęła się z wyraźnym rozbawieniem, świadoma, że balansowali na granicy. Jeszcze bardziej śmieszyła ją ta jego zawziętość: wyraźnie widziała, że łowca musi ze sobą walczyć, a spostrzeżenie tylko dodało jej sił.
Wstrzymała oddech i zamruczała głośno, przypominając sobie, że mimo wszystko był bezczelnym skurwielem. Ale niech sobie nie myśli, że i tym razem ją pokona! Co to, to nie. Nauczyła się samokontroli, miała bardzo dobrego nauczyciela, który udzielał jej wyjątkowo pasjonujących lekcji. Teraz niech uczeń przerośnie mistrza, a co.
Uniosła głowę i przystawiła wargi do jego ucha, jednocześnie pozwalając, by jedna z jej dłoni zsunęła się na jego brzuch.
– Sheridan – wyszeptała niskim głosem.
To była prowokacja, użyty ton wyraźnie pytał, czy mężczyzna jest pewien swoich możliwości.
Przeciągnęła ostatnią sylabę, przesunęła wargami po miękkiej skórze za uchem i znów ułożyła głowę na materacu, umożliwiając sobie spojrzenie mu w oczy. Nawet uniosła brew, czekając na rozwój sytuacji; szare oczy zabłyszczały lekko, ale czy zwycięsko?
Nie było w nim przegranej, kiedy lekko opuścił głowę i uśmiechnął się dziwnie pod nosem. Coś jakby pomyślał sobie „wiedziałem, że to się tak skończy”. Nie uniósł jeszcze przez chwilę spojrzenia; przesunął opuszkami palców po jej ciele, ciesząc się miękką, ciepłą skórą. Jeszcze trochę przedłużył, może zbierając myśli.
Gdy znów na nią popatrzył, nadal nie czuł się przegrany. Jego wzrok był odpowiedzią na jej wcześniejszą wątpliwość – zapowiadał, że nie tylko sobie poradzi, ale zamierza ją także zaskoczyć. Uśmiechnął się wyraźniej, tym razem ukazując zaostrzone zęby, i znów się nad nią pochylił, z wyczuciem układając ją wygodniej dla obojga. W końcu jeszcze trochę czasu aktywnie spędzą, trzeba postawić na komfort.
Jeszcze przed chwilą zdawało się, że Anabde dominuje w starciu; teraz przymrużyła powieki i przyjrzała mu się uważniej, mając wrażenie, że sytuacja powoli wymyka jej się z rąk. Naprawdę potrafił to tak przedłużać, aż w nieskończoność?
Uniosła dłoń i przesunęła opuszkiem palca po jego wargach, zmieniając nieco taktykę. Druga ręka ciągle spoczywała na jego plecach; teraz kobieta przytrzymała go przy sobie, zdając sobie sprawę z tego, że niedopełniona bliskość zaczyna się robić nieznośna dla obojga.
Postanowiła chwilkę poczekać; byli na granicy podniecenia, ale mogła jeszcze dać sobie trochę czasu. Może on się złamie, a jeśli nie... Cóż, wtedy ona weźmie sprawy w swoje ręce i odda walkę.
Nie zamierzał przedłużać. Ot, po prostu, skoro zaszli tak daleko, to teraz chwila na techniczne ogarnięcie okolicy się przyda. Nie chciał robić więcej hałasu niż trzeba było, więc lepiej sprawdzić, czy nic na głowę nie spadnie, prawda? Na szczęście udało się to nader dyskretnie, nie przerywając zainteresowania Anabde. Jakby czekał na dobry moment i zastanawiał się, czy kiedy on już się zdecydował, ona zaraz pęknie.
Wreszcie, zdawałoby się po prawie całej wieczności, skorzystał z wystosowanego pewien czas temu zaproszenia. Nie było sensu przeciągać, czekały ciekawsze rzeczy niż wzajemne drażnienie się i doprowadzanie na skraj.
Zresztą w tej właśnie chwili zorientował się, jak kruche było to powstrzymywanie się. Natychmiast zapomniał, czemu w ogóle zwlekali.
Ona natychmiast zapomniała o wszystkim.
Z każdym kolejnym jęknięciem przypominała sobie tylko, czego jej tak cholernie brakowało, gdy była sama. Albo, co zastanawiające, gdy była z kimkolwiek, kto nie był nim.
Teraz też przedłużał, choć nie mogła mieć mu tego za złe – gdy nadeszła upragniona chwila, uczucia nie dało się porównać do niczego. Wygięła plecy w łuk i krzyknęła głośno, czując, jak całym jej ciałem wstrząsa dreszcz rozkoszy. I kolejny.
Być może sąsiednie pokoje stały puste. Jeżeli jednak były zamieszkiwane – no cóż, Anabde przeprasza za przerwanie gościom snu, ale nie, żeby odczuwała wstyd.
Opadła na poduszki, ledwie łapiąc oddech. Przeczesała palcami jego włosy i uśmiechnęła się zachwycona; pozwoliła sobie jeszcze chwilę nie otwierać oczu i rozkoszować się przeżyciem. Zmęczone, spocone ciało nagle zrobiło się niebiańsko lekkie, zaś umysł ciągle był otumaniony. Cholera, naprawdę jej go brakowało.
No i pozbyła się ostatniej ze swoich obaw – zdecydowanie pragnął jej tak, jak wcześniej, niezależnie od tego, co wydarzyło się po drodze.
Jeszcze chwilę pochylał się nad nią, łapiąc oddech. Zaraz jednak postanowił sprawdzić, jak szerokie jest to łóżko i czy się na nim zmieści. Misja prawie powiodła się sukcesem (prócz jednej soczystej „kurwy”, kiedy ratował godność za pomocą ciosu łokieć-szafka. Przynajmniej nie spadł), dlatego, zorientowawszy się w obecności krawędzi materaca, ułożył się trochę mniej swobodnie.
– Cholerne karczmy, na wszystkim oszczędzają – warknął jeszcze, czując, że nadal boli, czyli przywalił porządnie. – Nawet na meblach – dodał, sięgając do jej twarzy i odgarniając kilka kosmyków włosów, by nie przysłaniały oczu.
Uśmiechnął się lekko pod nosem, a potem przymknął powieki, musząc przyznać, że poduszki to jednak mieli miękkie. Takie akurat.
Otworzyła oczy i spojrzała na niego trochę z rozbawieniem, trochę z kpiną, śmiejąc się lekko. Grzecznie przesunęła się na łóżku, tak, żeby się zmieścił, a gdy tylko pojawiła się odpowiednia okazja, wtuliła się w niego.
Gdy emocje opadły, okazało się, że w pokoju wcale nie jest aż tak gorąco, jak się zdawało; by nie drżeć z zimna, potrzebowała ciepła jego ciała.
No, i nie tylko dlatego, ale pomińmy.
– Kaleka – mruknęła pod nosem, nie kwapiąc się jednak, by unieść głowę.
Wygodniej ułożyła ją na jego ramieniu i przymknęła oczy, uznając, że aktualnie niczego do szczęścia nie potrzebuje.
Uśmiechnął się rozbawiony, obejmując ją jedną ręką, a drugą jakoś zdobywając, przy cichych pomrukach niezadowolenia, okrycie. Po bliższym przyjrzeniu się temu uznał, że to kołdra, zatem całkiem usatysfakcjonowany zarzucił ją na nich, nie przykładając się do tego specjalnie.
– Zaraz możemy zweryfikować twoją opinię, tylko daj złapać oddech – odparł, nie mogąc tego przytyku zostawić bez komentarza.
Naprawdę nie miał nic przeciwko, w końcu kondycyjnie nie było z nim najgorzej. Nawet lepiej niż dobrze, nawet jak na Przeklętego, którzy ogółem ludzi przewyższają pod wieloma aspektami. No, i łokieć przestał boleć, ha.
Nie mógł tego zobaczyć, ale uśmiechnęła się wyjątkowo zadowolona. Dopiero po chwili uniosła głowę i podciągnęła się nieco na materacu, by sięgnąć ustami jego twarzy. Pocałowała go w nieokreślone miejsce na linii żuchwy, opierając się dłonią o jego tors, żeby jakoś utrzymać równowagę.
– Potrzebujesz dużo czasu? – zapytała zainteresowana, znów kładąc się i przytulając do jego ramienia.
Pokręcił lekko głową, samemu nie wiedząc, czy jej entuzjazm mu pasował, czy raczej go rozbawił. W każdym razie wywołał na ustach przekorny uśmiech; zaczął kreślić palcami bliżej niesprecyzowane linie na jej ramieniu, chyba pogrążony w głębokim zastanowieniu.
Jakby się było nad czym zastanawiać.
– Ja wiem, z kilka minut – mruknął po prostu, uprzejmie udzielając odpowiedzi na to wielce frapujące ją pytanie.
To stwierdzenie zdecydowanie ją usatysfakcjonowało. Zamruczała cicho i pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku, uśmiechając się z zadowoleniem. Dobrze jej tak było, w jego ramionach, z interesującą wizją najbliższej przyszłości w głowie.
A kilka minut minęło dość szybko.

10 komentarzy:

  1. Dobra, teraz wena na komentarz gdzieś uciekła ._.
    KURDE.
    Ten szablon jest ładny na komputerze, ale niepraktyczny na komórce ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh God xD
      Trudno. Przynajmniej mogę na niego patrzeć i nie umieram xD

      Usuń
  2. Lepiej sobie na spokojnie usiąść i poczytać przy kompie ^^ I się fajnie czyta i szablon dobry ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... Anonimy, chyba nie będę lubiła anonimów xDD
      No, największy plus szablonu - na moim gigantycznym monitorze niczego nie ucina <3

      Usuń
    2. Ze wszystkich tutaj dostępnych ,,profili'' ten był najlepszy :)

      Usuń
    3. Też do końca nie wiem z kim mam przyjemność :)

      Usuń
    4. ... Tośmy się dobrali xD Ale w sensie w ogóle no idea, czy no idea, która autorka? ^^

      Usuń
  3. Nie no bez przesady :) zakładka ,,autorzy'' trochę pomaga ^^ Raczej nie wiem która autorka..

    OdpowiedzUsuń
  4. Co tu dużo mówić, jestem fanką ręcznych robótek XD

    OdpowiedzUsuń