czwartek, 17 stycznia 2013

62. Myśliwy grasuje



Ariene właśnie ścieliła swoje łóżko, szykując się do snu i trochę martwiąc się o przedłużającą się nieobecność Anabde, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Fakt ten mocno ją zaskoczył, bo przecież nie spodziewały się gości, a współlokatorka raczej by się nie trudziła takimi niuansami. Może zapomniała klucza? Nie, chwila, przecież wiedziała, że wiedźma nigdzie się nie wybiera.
Ariene w jednej sekundzie zrobiła się bardzo podejrzliwa i nieufna. Przyjrzała się drzwiom tak, jakby te miały się okazać jej śmiertelnym wrogiem, po czym westchnęła i poprawiła trochę koszulę nocną, by nie była za krótka w żadną stronę.
Jakoś się niepewnie poczuła, stojąc tak w pustym pokoju bez codziennego ubioru. Zaraz sobie przypomniała, że zawsze może nieproszonego gościa wyrzucić przez okno pstryknięciem palców, co zdecydowanie dodało jej pewności siebie.
Stanęła przodem do przejścia i podparła się groźnie pod boki, w jej oczach nadal czaiła się duża doza nieufności, cała zdawała się być napięta oraz czujna. Wreszcie odetchnęła głębiej, odrzuciła niedbałym ruchem wilgotne włosy na ramiona i skinęła głową.
– Proszę – powiedziała głośno i wyraźnie, żeby delikwent po drugiej stronie drewnianej płyty na pewno usłyszał.
Klamka poruszyła się i opadła, a w progu, uchyliwszy drzwi, stanął nie kto inny, tylko… Errian. Rozejrzał się czujnie po pokoju, jakby spodziewał się jednej wielkiej katastrofy; kiedy odnalazł zaskoczoną Ariene, zmierzył ją uważnym spojrzeniem. Wiedźma uniosła brwi jeszcze trochę wyżej, nie wiedząc, jak ma to rozumieć.
Młody mag natomiast dziwnie się rozluźnił, odetchnął i wszedł do środka, zamykając za sobą przejście. Jakby nigdy nic ruszył w stronę koleżanki, uśmiechając się do niej pogodnie oraz przyjaźnie, tak dla siebie charakterystycznie.
– Co ty tu robisz? – wydusiła zszokowana Ariene, wiodąc za młodzieńcem zdezorientowanym wzrokiem.
Kogo jak kogo, ale jego spodziewała się najmniej. Chyba nawet mniej niż Sheridana. Mniej niż Aithne. Naprawdę, mogło to dziwnie zabrzmieć, jednak umówmy się – Errian nie miał tu czego szukać w gruncie rzeczy. Zatem o co tutaj chodziło?
Wiedźma przymrużyła powieki, wietrząc pewien podstęp.
– Nie no, nic takiego – odparł radośnie, przyjrzał się jej błyszczącymi wesoło błękitnymi oczami i przystanął na chwilę przy łóżku Anabde.
To było jeszcze bardziej podejrzane.
– Tak słyszałem, że masz łóżko na zbyciu – oznajmił, rozkładając ramiona w geście całkowitej bezradności.
Ariene milczała wyjątkowo długo, przyglądając się młodzieńcowi już bardziej w przerażonym szoku niż czujnie czy nieufnie. Wreszcie zamrugała, zająknęła się, zmarszczyła czoło i doszła do wniosku, że nie rozumie.
– Co? – spytała konkretnie, przekrzywiając w oczekiwaniu na odpowiedź głowę.
– Nie przejmuj się mną – poradził jej niefrasobliwie młodzieniec, wyszczerzył zęby w zadowolonym z siebie uśmiechu, a potem bezceremonialnie walnął się na łóżko Anabde, krzyżując ręce pod głową.
Ariene z pełną konsternacją patrzyła, jak Errian zrzuca buty ze stóp i krzyżuje nogi w kostkach, bardzo zadowolony z wygodnej pozycji, jaką obrał. Uniosła brew, nie wierząc, że ma przed sobą tego grzecznego, zawsze uprzejmego oraz uczynnego młodzieńca.
– Nie no, rozgość się, czemu nie – parsknęła i pokręciła głową, przyglądając się magowi w ciągłym zdumieniu.
Kiedy raz jeszcze się do niej uśmiechnął, z ciężkim sercem musiała przyznać, że zupełnie nie rozumie. Dlatego wzruszyła do samej siebie ramionami i opadła trochę bezwładnie na własne łóżko, obserwując Erriana w zdumieniu.
Inna sprawa, że poczuła się przy nim swobodniej, a cały niepokój minął. Nawet przestała się przejmować koszulą nocną, w końcu mówimy o kochanym, niewinnym jako ta łza o poranku Errianie. No, może z niewinnością przesadziła, ale w porównaniu do niej samej – to tak, jakby nie przeżył jeszcze swojego pierwszego razu, umówmy się.
– Ale wiesz, że mieszka ze mną Anabde? – postanowiła zasięgnąć języka, uśmiechając się z rozbawieniem.
Sama też podciągnęła nogi na łóżko i usiadła po turecku, obserwując zapatrzonego w sufit młodzieńca pogodnie. Zastanowiła się, czy chce podsuwać się pod ścianę, ale uznała, że nie ma siły na tak daleką podróż, więc zrezygnowała, czekając na odpowiedź.
– Wiem – przytaknął krótko, kiwając stopą do melodii słyszanej tylko przez niego.
Ariene przekrzywiła głowę, przyglądając się mu chwilę.
Nigdy o tym nie myślała, ale nagle zaciekawiło ją, czy Errian tylko gra, czy może także komponuje. Do tej pory nawet nie słyszała żadnego jego wystąpienia, jedynie zdawała sobie sprawę z teoretycznego talentu. Może kiedyś da się go uprosić, żeby dla wszystkich wykonał utwór.
– I wiesz, że ona tu wróci? – ciągnęła przepytywanie bardzo rozbawiona i zadowolona, kiwając się w przód i w tył; nagle odechciało jej się spać.
Errian obrócił do niej głowę i obdarzył takim spojrzeniem, od którego wiedźmę przeszły ciarki. Nie było ono tak lodowate, jak tamtego ranka w posiadłości Souenów, a jednak wystarczająco wymowne, by Ariene znów poczuła do młodzieńca respekt.
Nie miała pojęcia, jakim cudem Errian potrafi być tak straszny, a na co dzień pozostawać takim kochanym, oddanym przyjacielem oraz optymistą.
– Niech tylko spróbuje – warknął młodzieniec i powrócił do obserwowania sufitu, z pewną irytacją zakręciwszy stopą, bo zgubił nucony rytm.
Ariene wytrzeszczyła oczy i niejako zwątpiła.
– Dobra… – wydusiła ostrożnie i podrapała się po karku, pochylając z pewną skruchą głowę, jakby mag właśnie na nią nakrzyczał. – Nie wiem, co powiedzieć – przyznała szczerze, wreszcie zorientowawszy się, dlaczego Errian przyszedł, a Anabde nie wróciła.
Zajęło jej to wyjątkowo dużo czasu – zwłaszcza jak na miłośniczkę intryg i spisków na takim właśnie tle.
Uśmiechnęła się z przekąsem, pokiwała do samej siebie głową i przesunęła się tak, by móc schować się pod kołdrą. Od strony Erriana nie dobiegały żadne niepokojące dźwięki, zatem w spokoju umościła się wygodnie, pochwaliła miękką pościel i obróciła głowę do kilku świec, jakie jeszcze się paliły.
– Poratujesz damę w potrzebie? – zainteresowała się, z trudem tłumiąc szerokie ziewnięcie.
Nie usłyszała odpowiedzi, ale dostrzegła, jak płomyki na knotach drżą, po czym gasną. Zadowolona z tego obrotu sprawy przytuliła policzek do poduszki z twardym postanowieniem, że lada moment zaśnie.
Nie udało się.
Przewracała się z boku na bok, nękana różnymi dziwnymi myślami i uczuciami. Nie mogła znaleźć sobie miejsca, mając wrażenie, że sen to najbardziej odpychająca czynność, jaką dałoby się teraz robić. Chciała wyjść z pokoju i uciec gdzieś w półmrok, daleko od wszystkich, pogrążyć się w rozmyślaniach oraz snuciu różnych dziwnych wizji.
Z jej piersi wyrwało się kolejne zirytowane westchnienie, jeszcze kilka chwil walczyła z własnym organizmem, aż wreszcie się poddała.
Zastygła na plecach, skrzyżowawszy ręce w przegubach na wysokości brzucha, i zapatrzyła się w sufit, nasłuchując. Oddech Erriana, choć względnie spokojny, nie brzmiał jak u śpiącego człowieka. Zmarszczyła czoło, znów się wahając.
Skąd mogła wiedzieć, że mag leży w dokładnie tej samej pozycji, wpatrując się w sklepienie równie zdesperowanym wzrokiem?
– Ej, Errian, śpisz? – zagadnęła wreszcie, obróciwszy głowę w stronę, gdzie znajdowało się łóżko towarzysza.
– Nie bardzo – mruknął niechętnie, odetchnąwszy głęboko, usłyszała szelest i odniosła wrażenie, że młodzieniec także spojrzał w jej stronę.
– Aha – odparła bardzo konkretnie i znów przeniosła wzrok na sufit, dziwnie zdesperowana, zdruzgotana i niezadowolona.
Niech już nastanie świt, nowy dzień, cokolwiek.
– A ty? – spytał po krótkiej chwili milczenia Errian, dźwięk jego głosu był na tyle specyficzny, że wiedźma domyśliła się, iż młodzieniec potrzebował podtrzymać rozmowę, jakkolwiek głupio tego nie zrobił.
– Mam bardzo przyjemny sen, wiesz? – parsknęła z ironią, wywróciwszy oczami. – Jasne, że nie śpię – sprecyzowała, uśmiechając się z lekkim przekąsem.
– Martwisz się? – ciągnął Errian i tym razem z tonu jego głosu wywnioskowała, że coś go wyraźnie męczyło; zastanowiła się, czy może chodzić o Aithne.
– Eee – wyraziła się bardzo elokwentnie, zaskoczona pytaniem. – Nie… niezupełnie – poprawiła się, samej nie potrafiąc określić swojego nastroju. – Tak jakoś – zakończyła niezbyt zgrabnie i wzruszyła niedbale ramionami.
– Ach – westchnął po prostu z minimalną dozą zrozumienia. – Bo ja się martwię – wyznał uczciwie z pewną rezygnacją.
Ariene poczuła, że trochę jej młodego maga szkoda. Obróciła się na bok, żeby lepiej kolegę widzieć, choć w półmroku niewiele było do oglądania, i zmarszczyła z niejaką troską czoło, zastanawiając się, co też go tak męczy.
– Ojej? – rzuciła tylko, wyraźnie sugerując, że chciałaby poznać odpowiedź, ale nie ma takiej konieczności, jeśli on woli o tym nie mówić.
– O moje łóżko – jęknął wtedy żałosnym, łamiącym serce głosem, nawet nieco płaczliwym, jakby to było bardzo ważne, istotne oraz bolesne.
Ariene zamrugała, wpatrując się w półmrok przez kilka sekund w wyraźnym szoku. Zaraz jednak się zakrztusiła i jak nie ryknęła serdecznym śmiechem, przewracając się z powrotem na plecy, tak mieszkańcy sąsiednich pokoi chyba zostali obudzeni. Chyba na pewno. No cóż.
A jeśli teoria Erriana była prawdziwa, to wiedźma pomyślała, że cała karczma raczej niewiele pośpi sobie tej nocy, co jeszcze bardziej ją rozbawiło. Miała nadzieję, że do rana się uspokoi, bo to mogłoby być już dziwne.

Zwykle rozumiał oraz tolerował potrzeby zwykłych ludzi, takie jak spanie do dziesiątej albo nawet do południa. Posiadł wiele przydatnych zdolności, na przykład umiał poruszać się na tyle cicho, wręcz bezszelestnie, by nikogo nie budzić.
Kiedy jednak musiał coś załatwić, by dalej pracować, i miałby czekać z tym załatwianiem do godzin późnych przedpołudniowych, marnując czas na, właściwie, nic, to zwyczajnie szedł i załatwiał. Nawet jeśli szedł załatwiać o siódmej rano, gdy ta godzina dla większości była jeszcze głęboką nocą.
O tyle przyjemniej się spacerowało tak wcześnie, bo ulice pozostawały niemalże puste. Tylko pojedynczy przechodnie kręcili się to tu, to tam, kramarze rozkładali swoje stragany we względnym spokoju – ot, po prostu chodzić, zwiedzać, podziwiać. Niestety nie mógł się oddać tej niewątpliwej przyjemności –kroki skierował prosto do karczmy, w której powinien odnaleźć niezbędne do jego zadania osoby.
Klucząc sprawnie między uliczkami, odkrył kolejny powód przemawiający na plus całej porannej sytuacji. O tej godzinie nie znajdzie się zbyt wielu świadków spotkania, toteż nikt nie powinien narzekać. A sprawa była nagła i poważna, oczywiście. Może też trochę chodziło o satysfakcję z obudzenia podłej wiedźmy i słuchania jej warczenia, by później zostawić ją samą z Anabde, niech się pozabijają, a co.
Wszedł do karczmy i bez wahania skierował się do czyszczącego ladę właściciela przybytku. Zignorował jego zdumione oraz podejrzliwe spojrzenie, jakim uraczył pstrokaty płaszcz – Calebowi zwyczajnie przyszło się przyzwyczaić do tego, że jego ubiór wzbudzał powszechne, dość zdegustowane, poruszenie.
Zatrzymał się przy szynku i nachylił do mężczyzny, przywołując na twarz pełną dyskrecji minę.
– Niedawno zatrzymały się u pana dwie kobiety – zaczął konspiracyjnym głosem. – Zostałem poproszony, by jednej coś przekazać od jej narzeczonego, dlatego pragnę pana prosić o wskazanie mi ich pokoju – dodał, uśmiechając się porozumiewawczo.
– Narzeczonego? – powtórzył mimowolnie, unosząc brew. – A o którą kobietę dokładnie szanownemu panu chodzi? – spytał zaraz bardziej podejrzliwie.
– Ładna, bardzo delikatna, wprost urokliwa. Czarne długie włosy, arystokratyczne rysy twarzy… o, i niebieskie oczy. Jej narzeczony ciągle je wychwala – podał pobieżny rysopis, uśmiechając się w ten sam sposób.
W duchu zastanowił się, czy narzeczeństwem sprawy nie zapeszył, ale w sumie głupio byłoby się takimi przesądami przejmować. Najwyżej kiedyś Cador go zabije, pewnie mu się już powodów do tego wystarczająco dużo zebrało.
– Piątka – mruknął wreszcie karczmarz, zaraz unosząc ostrzegawczo palec. – I niech mnie pan nie zdradzi, że to ja powiedziałem, nie wolno mi – zastrzegł, robiąc groźną minę.
– Jasna sprawa, dobrodzieju – rzucił Caleb, spróbował uspokoić mężczyznę gestem dłoni, po czym odstąpił od lady i ruszył do części gościnnej.
Odnalezienie odpowiedniego pokoju nie zajęło mu długo, ot, chwilę pospacerował, nasycając oczy ładnym wystrojem wnętrza – nawet mimo że był tylko na korytarzu! – mimowolnym utyskiwaniem nad samym sobą, bo stęsknił się za swoim domem w niewielkiej wiosce, aż wreszcie dotarł pod drzwi z cyfrą pięć.
Uniósł dłoń, trochę się zawahał, zastanawiając się, czy Anabde też go zabije, po czym wzruszył ramionami i zapukał energicznie do drzwi. Odczekał kilka długich sekund, podczas których nic się nie stało, więc zapukał ponownie. Tym razem wydało się mu, że usłyszał wściekłe warknięcie; czyli dobrze trafił.
– Proszę – rozległ się czyjś stłumiony głos.
Caleb uśmiechnął się triumfalnie, nacisnął klamkę i przekroczył próg pokoju. I tylko tyle uszedł, zatrzymał się zaskoczony i przesunął spojrzeniem od jednego zajętego łóżka do drugiego, a potem z powrotem w pewnym niedowierzaniu.
Ariene nerwowo przygładzała potargane włosy, bluzgając pod nosem, wyglądała na niewyspaną – czyli jak zawsze – oraz wściekłą – czyli jeszcze bardziej jak zawsze. Koszula nocna przekrzywiła się jej w nie do końca grzeczny sposób, czego Caleb bardzo uprzejmie postanowił nie zauważyć.
Przypatrzył się natomiast Errianowi na drugim łóżku, który wyglądał na równie niewyspaną kupkę nieszczęścia, w dodatku podobnie potarganą. Przecierał właśnie oczy, pomlaskując cicho pod nosem i próbując się rozbudzić.
– O – pozwolił sobie skomentować zdawkowo Caleb.
W jednej chwili zapomniał, po co dokładnie przyszedł, zresztą na oko zobaczył, między innymi dzięki krzywej koszuli nocnej, jakie poprawki do sukni Ariene musi jeszcze wziąć. Tymczasem przed nim jawiła się o wiele ciekawsza kwestia.
Errian i Ariene, oboje nagle rozbudzeni, popatrzyli po sobie z przerażeniem. Młody mag nadal miał dłoń na oku, a wiedźma swoją we włosach, ale wyglądali na równie przejętych i poważnych. Wypadło to ślicznie.
Zaraz Ariene wbiła wzrok w Caleba, wzrok ten natomiast rozkruszyłby skały i mógłby góry przenosić. W tym jednak momencie próbował myśliwego zabić.
– Tylko spróbuj, Caleb… – warknęła ostrzegawczo, opuszczając wczepioną we włosy dłoń i unosząc groźnie palec, jakby zamierzała przy jego pomocy pozbawić kolegę tego czy owego, albo i zapoznać z okolicą celnym wystrzałem magicznym.
– Nie robiłbym sobie nadziei – westchnął Errian, dostrzegłszy w miodowych oczach myśliwego, co też ten właśnie ułożył w swojej główce z całą perfidią, na jaką było go stać.
Z tego powodu Caleb uśmiechnął się, w tym uśmiechu ukazując zęby, i nagle wyglądał na niezwykle szczęśliwego, gdy równie niespodziewanie, co tu wszedł, pozbierał się do wyjścia.
– To ja nie przeszkadzam, zostawiłem czajnik na ogniu! – zawołał w progu, pomachał im niedbale i z triumfalnym uśmieszkiem opuścił plac boju, w ostatniej chwili ratując się od wyfrunięcia przez okno.
– Wracaj tu, łazęgo! – wrzasnęła za nim Ariene, aż się zerwawszy z łóżka jak poparzona, chyba nawet planowała myśliwego gonić.
Powstrzymało ją znaczące chrząknięcie Erriana. Spojrzała na młodego maga wściekła, a gdy ten postukał się palcem w ramię, popatrzyła na własną rękę. Zacisnęła niezadowolona usta i pospiesznie poprawiła koszulę nocną, przeklinając co chwilę.
– Ale czemu tak się denerwujesz? – zaryzykował pytanie Errian, przypatrując się rozjuszonej wiedźmie niepewnie.
Wszystko wszystkim, ale myśliwy często tworzył głupie historie albo ludziom dokuczał dla samego faktu dokuczania. Nie powinno to nikogo dziwić, a oboje wiedzieli, że spali grzecznie w swoich własnych łóżkach i niczego złego nie zrobili.
– Bo on…! – zawołała Ariene, by przekonać się, że brakuje jej argumentów. – Bo on… – spróbowała raz jeszcze i westchnęła z irytacją, coraz bardziej zła, bo bezradna. – Bo go nie lubię – dokończyła wreszcie dobitnie i skrzyżowała ręce na piersiach.
Errian westchnął ciężko, jak człowiek, który potrzebuje dużo cierpliwości, ponieważ środowisko tego od niego wymaga. A cierpliwości nikt nie miał nieskończonej, prawda?
Uśmiechnął się do Ariene, pilnując, by nie wypadło to pobłażliwie.
– Przecież Cador mu nie uwierzy – postanowił jej uświadomić, odgadłszy bez trudu, że to tu leżały obawy wiedźmy.
Dostrzegłszy jej przerażony wyraz oczu, zrozumiał, że trafił aż za celnie.
Ariene zająknęła się nerwowo, przebiegła spojrzeniem po podłodze i objęła się ramionami, wyraźnie przestraszona. Errian przypatrywał się jej nieco zaskoczony, zastanawiając się, czemu nagle dostrzegł między nią a Aithne podobieństwo.
Gdyby się z kimś tą refleksją podzielił, nikt by mu nie uwierzył.
– Wcale nie o nim pomyślałam – sprzeciwiła się dość cicho Ariene, unikając Erriana wzrokiem, jakby spojrzenie na niego było najgorszym, co mogła w tej sytuacji zrobić.
Młody mag westchnął. Jeszcze ciężej niż przed chwilą. A potem złożył obrońcy w myślach wyrazy najszczerszego współczucia, bo sam wiedział, jak to jest próbować ogarnąć taką spłoszoną kobietę.
– No tak – przytaknął spokojnie, starając się mówić tak, by jej jeszcze bardziej nie przestraszyć względnie ukrytą sugestią. – Mój błąd – pokajał się grzecznie.
– Właśnie – warknęła od razu, otrząsnęła się, zrobiła się jeszcze trochę groźniejsza, po czym złapała ubrania i ruszyła do łazienki.
Errian odczekał chwilę, by mieć pewność, że zostanie usłyszany i nie zginie.
– Zostawiłaś bieliznę.
– KURWA MAĆ.

Przemaszerowanie z jednej karczmy do drugiej nie zajęło zbyt dużo czasu. Zwłaszcza z jego umiejętnościami lawirowania wśród tłumu i stapiania się z otoczeniem – ot, wybrał rzadziej uczęszczane dróżki i dotarł do celu nader szybko.
W głównej sali, już zapełnionej pijakami, dostrzegł nieco zdesperowanego Aidana walczącego o śniadanie. Pokazał mu na migi, żeby utrzymał pozycję jeszcze przez chwilę, bo posiłki lada moment nadejdą. To znaczy wsparcie, dziwnie to zabrzmiało.
Tymczasem udał się do pokoju, który zajmował wraz z młodziakiem oraz Cadorem. Oczywiście nie trudził się pukaniem, tylko wepchnął kartkę z notatkami do kieszeni znoszonych, nieco strasznych spodni (strasznych zwłaszcza dla osób o delikatnym guście, jeśli chodzi o ubiór), otworzył drzwi i stanął w progu. Ledwie zlokalizował przyjaciela wzrokiem, jego oczy błysnęły jakby triumfalnie.
Trwało to ułamki sekund, zaraz Caleb oparł się nonszalancko o framugę, uśmiechnął się niedbale oraz bardzo pewnie siebie, a na końcu skrzyżował ręce na torsie, przyglądając się obrońcy zwycięsko.
Dzień bez dokuczania to dzień stracony, generalnie.
– Ja tam bym na twoim miejscu poważnie się zastanowił – ogłosił wszem i wobec głosem nieco niedbałym, ale pełnym napięcia.
Tak, dobrze grał. Z twarzą czasami było trochę gorzej, choć na ten moment wystarczająco. Ale strunami głosowymi potrafił stworzyć niemalże cuda.
Cador właśnie robił to, za co przez wiele lat swojej młodości obrywał od mamy głośnym krzykiem albo rzutem sztyletem (wychowywanie dzieci z Reamonnami, generalnie) – huśtał się na krześle, rozmyślając o nie wiadomo czym. Dodatkowo, co prawdopodobnie przyprawiłoby panią Reamonn o białą gorączkę, jeszcze przed chwilą bawił się sztyletem; właśnie odłożył broń na stolik i skrzyżował ramiona.
O co temu upierdliwemu człowiekowi chodzi? Przeszył Caleba spojrzeniem jasnozielonych oczu, uznając, że raczej nie miał na myśli, by zastanowił się nad czymkolwiek, co właśnie robił.
Pozostaje więc jedna odpowiedź; jeśli nie wiadomo, o co chodzi, w przypadku obrońcy chodzi o Ariene. Uniósł kącik ust w krzywym uśmiechu; w jego wzroku pojawiła się dziwna mieszanka rozbawienia i zrezygnowania.
Jakby się Calebowi zdawało, że cokolwiek może sprawić, by się tak na pstryknięcie palcem odkochał. Raczej wyglądało na to, iż Cador jest na podłą wiedźmę skazany.
– Jak domniemam, masz jakiś powalający na kolana argument przeciwko niej? – zapytał znużony; nawet nie musiał wymawiać imienia brunetki, wiedzieli, o kim rozmawiają.
Przechylił głowę i czekał, średnio zainteresowany.
Caleb minę miał nieprzeniknioną. Wpatrywał się intensywnie w obrońcę, jakby bardzo chciał, by zatrważająca prawda do niego dotarła. W miodowych oczach czaiła się całkowita, nieskończona wprost powaga, myśliwy zdawał się nawet lekko przerażony odkryciem, jakie musiał poczynić pewien czas temu.
Wreszcie westchnął z bólem, na chwilę spuszczając wzrok na podłogę, jakby się wahał, czy na pewno to powiedzieć.
Tak, Caleb brnął dalej, był upartym skurczybykiem. Nie żeby chciał Ariene jakoś zaszkodzić, ale skoro ona mieszkała w innej karczmie i już jej dziś dokuczył, to teraz wyżyje się ostatecznie na kumplu, a co.
Na koniec całego tego wachlarza mimiki pokiwał zrezygnowany głową, przesunąwszy stopą po posadzce. I wtedy dopiero wbił śmiertelnie poważny wzrok w oczy przyjaciela.
– Noc spędziła z Errianem – zakomunikował grobowym głosem, takim tonem, jakby trudno mu to przeszło przez gardło, pobrzmiała w tym też nutka pewnej desperacji, trochę przerażenia i odpowiednia doza niechęci do przekazywanej wiadomości.
Caleb, gdybyś mógł sprzedawać swój głos szmuglerom, byłbyś cholernie bogaty.
Znali się zbyt dobrze, by to mogło się udać, a jednak na ułamek sekundy Calebowi udało się obudzić w przyjacielu niepokój. Cador odchylił się mocniej na krześle, zawieszając na myśliwym uważne, spokojne spojrzenie. Gdy słowa padły, obrońca zachwiał się lekko, a mebel postanowił pokazać swoją zdradziecką naturę i przewrócił się do tyłu.
Rozległ się potężny huk, któremu towarzyszyło brzydkie przekleństwo, obrońca zaczął nieporadnie zbierać się z podłogi. Głupie krzesło. Gdy już w miarę ogarnął swój odwłok, usiadł na podłodze, zazgrzytał zębami i zerknął na przyjaciela; dłoń przyciskał do pleców, które, by tradycji stało się zadość, odezwały się uciążliwym bólem.
– Co – mruknął bez zrozumienia, mrużąc jasnozielone oczy.
Potem postanowił przekazać przyjacielowi, co myśli o jego teoriach spiskowych:
– Chyba cię pojebało.
U Caleba wyraz twarzy nie bardzo się zmienił. Ot, tylko brew powędrowała w górę w wyrazie szczerego oraz całkowitego zdumienia zachowaniem Cadora. Szok szokiem, ale żeby tak bezwstydnie przy przyjacielu bluzgać, to już szczyt!
– Przed chwilą tam byłem po poprawki do kiecki – oznajmił na swoją obronę i sięgnął po świstek papieru, którym bardzo autentycznie zamachał w powietrzu, wydobywszy go z wyświechtanych spodni. – Była z Errianem – powtórzył z niezachwianą pewnością.
Prawdę mówiąc, nie liczył na spektakularny sukces. Raz, Cador za dobrze znał jego grę aktorską. Dwa, choćby skały, za przeproszeniem, srały, to obrońca wpadł po uszy i nie przestanie robić do wiedźmy maślanych oczu. Co akurat, zdaniem Caleba, było dość kontrowersyjne, ale co kto lubi, prawda.
Cador postanowił jednak ciągnąć grę jeszcze krótką chwilę. Już dawno zdążył przeanalizować fakty, zorientować się, w jakim celu pokoje zostały zamienione (choć trzeba przyznać, że było to ze strony współlokatorów Ariene i Erriana trochę bezczelne, prawda) i uspokoić się.
Teraz zrobił wielkie oczy, w których pełno było niedowierzania i bólu, zebrał się z podłogi i stanął sztywno wyprostowany. Spojrzał na przyjaciela zdruzgotany i zrobił minę zbitego szczeniaka, która wychodziła mu nad wyraz dobrze.
– Zdradza mnie! – jęknął ze smutkiem.
Sekundę później dostał ataku śmiechu, bo wiadomo.
Caleb jeszcze chwilę utrzymywał maskę wybraną do tej akurat roli, ale szybko zrezygnował, wypuszczając powietrze z płuc. Przyjrzał się zwijającemu się ze śmiechu przyjacielowi krytycznie, jakby uraził jego dumę i wszystkie umiejętności aktorskie.
Ostatecznie wpakował się do pokoju, zamknął za sobą drzwi i ruszył do przytarganych z poprzedniej karczmy robótek ręcznych.
– Nie ma z tobą zabawy – skwitował niezadowolony, siadając na swoim łóżku i zgarniając kończoną właśnie suknię. – Chociaż to wypierdolenie się było całkiem wiarygodne – pochwalił jednak, uśmiechając się z lekkim przekąsem.
Cador wyszczerzył zęby w bardzo zadowolonym z siebie uśmiechu; oj, Caleb, biedaku, nie masz się z kogo nabijać. Spokojnie, zaraz wróci Aidan, na pewno stworzy ci odpowiednią okazję do żartów.
– Przykro mi, że cię zawiodłem – odpowiedział mało wiarygodnym, bo dość pogodnym tonem, zabierając się za porządkowanie burdelu, jaki narobił w pokoju.
Podniósł krzesło, które zaraz obdarzył morderczym spojrzeniem (zdradziecki mebel!), następnie  rozejrzał się dookoła, by uznać, że nic więcej nie ucierpiało.
Caleb tylko uśmiechnął się nad swoją robótką, poprawiając koronkę, która, jak mu się zdawało, milimetrowo była krzywo. Pewnie tylko sobie uroił, ale skoro zauważył – musiał poprawić. Uchwycił jednak wzrok, jakim Cador obdarzył krzesło.
Cóż, chyba lepiej mordować meble niż niewinnych adoratorów pewnej podłej kobiety, jak się tak zastanowić.

Ten dzień nie mógł się po prostu lepiej zacząć. Wtargnięcie do pokoju Caleba zdecydowanie popsuło Ariene humor, potem sam się do jej złego nastroju dołożył, przez co nagle znalazł się w jednym pomieszczeniu z prawdziwym potworem. Z wytęsknieniem czekał chwili, w której wróci Anabde, by móc uciec do sypialni dzielonej z Sheridanem; tymczasem chował nos w książce i udawał, że te traktaty o nekromancji bardzo go pochłonęły. Oczywiście własnej lektury nie wziął, bo zwyczajnie nie pomyślał, dlatego musiał okraść na kilkanaście minut pannę Sasare.
Na szczęście koszmar warczącej Ariene skończył się dla niego względnie szybko. Ledwie Anabde stanęła w progu, błyskawicznie się z nią przywitał i uciekł na korytarz, bojąc się, że podła wiedźma spróbuje go zabić jeszcze na odchodnym, by dokończyć dzieła zniszczenia. Udało się jednak przeżyć, dlatego skierował swoje kroki do pokoju, który oddał w lepszej sprawie, a teraz trochę tego żałował.
Czy raczej żałowały jego uszy, bo musiał wysłuchiwać Ariene i uchylać się od czasu do czasu przed poduszkami – wiedźma ciskała nimi w złości, starając się rozładować napięcie. Kiepsko jej szło.
Dlatego też do swojego i Sheridana pokoju wszedł w dość złym nastroju. Nie trudził się pukaniem, przekroczył próg i uniósł głowę, wzrokiem szukając łowcy.
Mężczyzna siedział przy stole, popijając wodę, od czasu do czasu obracając szklankę w palcach i spoglądając za okno. Wyglądał na zamyślonego, ale zadowolonego. Errian uśmiechnął się krzywo, bez trudu odgadując, co było powodem zadowolenia.
Kiedyś mu się odwdzięczy, zadość uczyni swemu poświęceniu; temu to dobrze, spędził noc przyjemnie, a już na pewno ranek. Co za chodząca niesprawiedliwość losu.
Sheridan obrócił głowę i spojrzał na przyjaciela z pewnym zdumieniem, unosząc brew. Najwyraźniej zainteresowała go marsowa mina młodego maga, bo już otwierał usta, by się odezwać i pewnie złośliwie skomentować. Errian poderwał nerwowo ręce.
– Nic nie mów – zażądał trochę zrzędliwie, przemaszerował do stołu i usiadł przy nim nadal niezadowolony. – Nie chcę wiedzieć – zastrzegł, przyjrzawszy się mimowolnie swojemu łóżku, które przecież mogło ucierpieć.
Wyglądało jednak na to, że ich nieprzyzwoici ulubieńcy przyzwoitości trochę jeszcze mieli, wbrew pozorom. Przynajmniej będzie miał na czym spać.
Przeniósł wzrok z powrotem na przyjaciela, z całą swoją godnością nie zauważając jego rozbawionego spojrzenia oraz błądzącego na ustach uśmieszku.
No cóż, Sheridana mogło to bawić, Erriana poranek z Ariene wcale nie bawił. Niech sobie ten obrońca bierze wiedźmę w cholerę, generalnie, przy niej Aithne jest jak kochana, mięciutka i cieplusia przytulanka, tak naprawdę.
– Albo powiedz – zmienił nagle zdanie, opierając brodę na dłoniach.
Sheridan obdarzył przyjaciela jeszcze bardziej zdumionym oraz zdezorientowanym spojrzeniem, unosząc brwi. Wyglądało na to, że zachowanie Erriana zdecydowanie go zainteresowało swoją dziwnością, nawet obrócił się całym ciałem w stronę młodego maga, nie tylko głową, jak do tej pory.
– Powiedz mi, co jemy na śniadanie, to o wiele ważniejsze – sprostował Errian z tą samą, bardzo poważną miną, której ukryte znaczenie brzmiało „nie zadawaj pytań, bo nie ręczę za siebie, naprawdę”.
Sheridan uśmiechnął się szerzej, w pełen przekąsu sposób, niezwykle rozbawiony słowami przyjaciela. Skinął jednak wspaniałomyślnie głową, podniósł się z krzesła i wielkopańskim gestem wskazał na drzwi, zapraszając młodego maga na wytworne śniadanie w karczmie.
Biedny, na pewno ta noc bardzo go wyczerpała, musiał odbudować zapasy energii, prawda?

Czas przygotowań mijał już potem dość spokojnie. Wbrew obawom części grupy, wszyscy, którym przydzielono jakiekolwiek zadania, wywiązywali się z nich wprost śpiewająco, a największy kawał świetnej roboty odwalił Caleb. Zaprojektowane przez niego stroje zostały wykonane tak perfekcyjnie, że nikt nie posądziłby go o prozaiczne bieganie z łukiem po lesie w poszukiwaniu zwierzątek na polowaniu.
Dzień przed balem wszystko było gotowe, ustalone, zaplanowane oraz zapięte na ostatni guzik. Wieczór zapowiadał się dość ciepły, ale nie upalny, co większość przyjęła z ulgą – stroje wieczorowe rządziły się swoimi prawami i chociaż innowacje Caleba zdecydowanie polepszyły warunki bytowe we wszelkich sukniach oraz garniturach, to jednak ciężko byłoby w nich uciekać w jednym wielkim zaduchu.
Wszyscy już się właściwie przygotowali. Ci, których nie powinno być widać, siedzieli grzecznie w powozie, którego pilnowała Aithne. Tej udało się wyglądać idealnie jak chłopak – włosy schowała pod niejako odświętną, jak dla stajennego, czapeczkę, zabandażowała klatkę piersiową tak wprawnie, że właściwie zdawała się być płaska. Na piegowatą buźkę nałożyło się trochę kurzu oraz brudu i gotowe, nikt się nie domyśli, że to bardzo groźna istotka płci pięknej. W pewnym tego słowa znaczeniu.
Caleb i Cador, jako strażnik oraz woźnica, pozwolili sobie przyjść zakomunikować, że czas się zbierać. Tak więc grupa zaczęła się zbierać i kiedy Anabde opuszczała pokój, prawie wszystko było pod kontrolą. Ariene jeszcze pakowała i chowała w różnych zakamarkach sukni broń, w międzyczasie próbując spiąć włosy w kok podług panującej aktualnie mody.
Wszystko naprawdę szło świetnie, póki nie odkryła, że nie może dopiąć tej cholernej – ale bardzo ładnej skądinąd – sukni.
Szarpała się właśnie od kilku minut, przeklinając pod nosem nie gorzej od najpodlejszego bywalca najpodlejszych karczm oraz wyzywając od serca całe te szlacheckie nonsensy, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Z tych nerwów prawie cisnęła w wejście krzesłem, ale się opanowała, na chwilę postanawiając przerwać walkę.
Sięgnęła rękoma do włosów, powracając do ich układania, i obejrzała się przez ramię.
– No proszę, proszę – mruknęła zirytowana, znów lekko pochylając głowę, by uporać się z niesfornymi, długimi kosmykami.
Aż sobie z tej złości obiecała, że obetnie się na krótko.
Jadu w jej głosie było tak dużo, że Cador chwilę się zastanawiał, czy faktycznie chce się pojawić w polu rażenia. Westchnął ciężko, uznał, że najwyżej znowu przypierdoli plecami o ścianę, i nacisnął klamkę. Kiedy wszedł do środka, uniósł tylko brew w uprzejmym zdumieniu, przyglądając się pochylonej i wyraźnie podirytowanej wiedźmie.
Ale potem się wyprostowała, a on oniemiał. Drobne mankamenty, jak na przykład niedopięta suknia czy niedokończona fryzura, zupełnie uszły jego uwadze – wpatrywał się w nią w osłupieniu, wodząc trochę niedowierzającym spojrzeniem po całej jej osobie.
Przyzwyczaił się już do ubranej w wygodne, bardziej męskie ciuchy Ariene; suknia pięknie podkreślała jej kształty i zwyczajnie dodawała uroku, sprawiając, że biedny obrońca zapomniał języka w gębie.
Wiedźma otworzyła usta, by się odezwać, ale trochę zdezorientowała ją mina Cadora. Ukradkiem sprawdziła, czy z przodu nie założyła czegoś krzywo – kiedy to ona ostatni raz suknie balowe ubierała, niech to szlag – ale chyba było w miarę znośnie. Wzruszyła więc do samej siebie ramionami i wreszcie uporała się z niesforną fryzurą, upinając przeklęte włosy w kok. Z kilkoma kosmykami jednak nie wygrała i opadły swobodnie, zamierzając przez cały wieczór Ariene bezczelnie łaskotać.
Co za życie.
– Spieszę się – zapewniła, uśmiechnęła się krzywo i podjęła kolejną próbę dosięgnięcia do tego cholernego zapięcia.
Szlag by to. Mogła wziąć rolę chłopca stajennego, no naprawdę.
Oprzytomniał dopiero, gdy się odezwała; potrząsnął głową i zganił się w duchu za dekoncentrację. Potem uśmiechnął się sam do siebie w taki nieco dziwny sposób – cholera jedna wie, co sobie wtedy pomyślał.
– Co nie zmienia faktu, że wszyscy na ciebie czekają – zauważył  spokojnie, ciągle jej się przyglądając.
Przechylił głowę na prawo, przymrużył oczy i ledwie powstrzymał się od złośliwego chichotu. Problemy z sukienką?
– Pomóc ci? – zainteresował się po dłuższej chwili przyglądania się marnym wysiłkom wiedźmy.
Posłała mu tak miażdżące, prawie mordercze spojrzenie, że można byłoby sądzić, iż zaraz biedny obrońca wyląduje na ścianie. Zacisnęła usta i jeszcze chwilę wpatrywała się w niego wrogo, jakby zaproponował coś bardzo uwłaczającego jej dumie, godności oraz wszystkiemu innemu, co tylko dało się wymyślić.
Wreszcie wypuściła zrezygnowana powietrze z płuc i nieco markotnie odwróciła wzrok, opuszczając ramiona w geście porażki.
– Pomóc – burknęła niechętnie i znów obróciła się do niego plecami, tym razem sztyletując spojrzeniem ścianę.
Cholerne suknie i cholerne bale.
Uśmiechnął się nieco triumfalnie; swoją drogą, bardzo go bawiła, kiedy robiła się taka zła i niedobra, trochę jak dziecko. To było urokliwe.
– Jak sobie panienka życzy – uznał pogodnie i podszedł do niej z zamiarem uporania się z nieposłuszną sukienką.
Gdy stanęła do niego tyłem, ocenił wprawnym okiem zapięcie i uniósł z powątpiewaniem brew; Caleb na pewno dobrze to zmierzył?
– Wciągnij powietrze – poprosił z rozbawieniem; jeszcze mu wpadło do głowy, że jak biedna wiedźma spróbuje w czasie balu odetchnąć... Złośliwy facet.
Chwycił rzemienie gorsetu i naciągnął, uprzejmie czekając, aż wiedźma wykona polecenie. Skrawek materiału zawinął się pod zapięciem, sięgnął więc dłonią, by go poprawić, i zupełnie przypadkowo przesunął opuszkami palców po jej nagiej skórze. Była taka delikatna w dotyku; uśmiechnął się lekko pod nosem.
Czułym gestem odgarnął jej włosy z pleców na ramię, by przypadkiem nie zaplątały się pod węzeł, i odetchnął głęboko ich zapachem.
Ponieważ ostatnimi czasy żarty na temat jej, ehem, klatki piersiowej zrobiły się nader popularne, chciała już coś warknąć i ogółem dokonać mordu, ale sobie odpuściła, grzecznie wciągając powietrze.
Mogłaby biust zabandażować, umiała to zrobić tak wprawnie, że dawała radę przebierać się za chłopców, jednak to mijałoby się z celem sukni oraz gorsetu. Zresztą przy takim dekolcie (zabije Caleba) cały czas martwiłaby się, że bandaż wystaje i cała przykrywka wzięła w łeb.
Kiedy poczuła jego dotyk, nieznacznie się napięła, najpierw zaskoczona. Potem po plecach przebiegł jej dreszcz, zaskakująco przyjemny, który jeszcze trochę ją spłoszył. Miała ochotę odetchnąć dla uspokojenia, ale wtedy mogłaby się cała operacja źle skończyć, dlatego zdołała się powstrzymać. Zamiast tego na chwilę przymknęła oczy i uśmiechnęła się lekko, teraz już z całkowitą pewnością mogąc stwierdzić, że podobał się jej ten dotyk.
Ehem, bal, tak. Mordujemy, uciekamy, Ariene, skup się na robocie, zaraz idziesz do pracy. Trzeba będzie się zakręcić koło celu oraz ochrony, przypilnować, żeby nic się nie rozwaliło i…
Szlag, następny dreszcz. Mógłby szybciej to zawiązać.
Dobrodusznie nie skomentował, gdy zadrżała pod jego palcami; wykazał się wystarczającą klasą, by udać ślepotę i grzecznie wykonać zadanie. Gorset zawiązał tak, by spełnił swe zadanie i się nie zsuwał, ale też nie dusił biednej wiedźmy (aż tak bardzo). Dość wprawnie zakończył węzeł kokardą, choć większe doświadczenie miał w rozwiązywaniu takich bajerów niż zawiązywaniu, przygładził materiał i uśmiechnął się z zadowoleniem.
– Gotowe – uznał w końcu, sięgając jeszcze do jednego rzemienia, by go wyprostować.
Idealnie.
Położył dłonie na jej ramionach i obrócił ją z wyczuciem, chcąc ocenić efekt swojej pracy – bo może jednak za mocno zawiązał albo za luźno i materiał odstaje po bokach.
Jednak kiedy spojrzał w nieco oszołomione, szafirowe oczy, zupełnie zapomniał, co miał zrobić – zapatrzył się w nie, unosząc kącik ust. Sięgnął po jeden z tych niesfornych kosmyków, które nie chciały dać się upiąć, i założył jej go za ucho; tak lepiej.
Powiedz coś. Powiedz coś, kobieto, powiedz coś, odezwij się, nie wpatruj się w niego jak sroka w gnat. Pamiętasz? Spieszy ci się do pracy. Macie kogoś zabić i zgarnąć sporą sumę pieniędzy. Dzisiaj. Nie jutro. Nie gap się tak, na Silthe.
– Dziękuję – odzyskała zdolność wysławiania się, choć nie zabrzmiała tak naturalnie i swobodnie, jak by chciała.
Na szczęście udało się jej uśmiechnąć.
– Woźnico – dodała, z trudem oderwawszy wzrok od jego twarzy, by przyjrzeć się strojowi. – Twarzowe – stwierdziła, od niechcenia poprawiając mu kołnierz tylko po to, żeby przekonać się, że to był koncept nieco niechlujnego stroju, czy raczej z założenia nieco niechlujnego właściciela. – Ach, szlag by to – podsumowała, zmarszczywszy lekko nos.
Jej niepowodzenie skomentował tylko szerszym, może nieco bardziej złośliwym uśmieszkiem. Sięgnął dłonią do twarzy wiedźmy i uniósł brodę, by znów spojrzała mu w oczy; taką miał potrzebę, lubił przyglądać się szafirom jej tęczówek. Na dodatek trochę go bawiło, gdy tak nagle traciła rezon; to był naprawdę niedobry facet.
– Damy nie powinny zadawać się z woźnicami – zauważył spokojnie, a w jego uśmiechu nagle pojawiła się duża pewność siebie.
Ariene parsknęła cichym śmiechem, przymrużając z rozbawieniem oczy. Tym razem udało się jej zachować spokój i nie spanikowała – może dlatego, że nawet się nie zorientowała, iż stoją dość blisko i w ogóle. Właściwie niewiele co myślała, przyglądając się mu nieco dziwnie, charakterystycznie błyszczącymi oczami.
– A widzisz tu gdzieś damę? – odparła wesoło i uśmiechnęła się szeroko; nic nie miała do woźniców, w końcu jak na podłą wiedźmę i przy okazji morderczynię przystało, nie szukała towarzystwa na najwyższych szczeblach hierarchii.
Okazywało się, że w ogóle nie musiała szukać daleko. Wystarczyłoby cofnąć rękę, nie puszczając jego ubrania, by znalazł się z powrotem tak blisko, jak ostatnio. Kiedy przypomniała sobie tamtą sytuację, dziwne ciepło uderzyło w jej twarz, serce jakoś szybciej zabiło i na chwilę musiała spuścić wzrok.
Ale się uśmiechała.
Z niej była taka dama, jak z niego woźnica, postanowił jednak porzucić to czcze gadanie. Jakoś nagle trudno mu było myśleć o dwóch rzeczach naraz, a myśli o stojącej naprzeciwko kobiecie były zbyt bezczelne i nachalne, by dać się wyprosić. Zresztą, niby dlaczego miałby się ich pozbywać?
Ta reakcja Ariene była zaskoczeniem; nagle zaciekawiły go jej myśli, które ewidentnie ją zawstydziły. Przechylił lekko głowę, przyglądając jej się badawczo, ale nie potrafił zajrzeć do jej umysłu. Choć zdawało się, że udało mu się tego dokonać, gdy zgodnie z jej myślami pomniejszył dzielącą ich odległość – i znów był tak blisko, jak ostatnio.
Też się uśmiechał. Uśmiech, trochę szerszy, był jedyną odpowiedzią na jej uwagę; wymowny, mógł oznaczać wszystko, interpretacja pozostawała tu dowolna.
Teraz słyszał bicie jej serca, zastanawiając się, czy jego własne zachowuje się tak samo głośno; szybko doszedł do wniosku, że tak. Zdawało się być jeszcze bardziej ucieszone, gdy przytulił dłoń do jej policzka.
Robota? Jaka robota? Nie przypominała sobie, by ktoś mówił o jakiejkolwiek robocie. A ta suknia to pewnie przypadkiem się na niej znalazła, prawda, bez żadnego określonego celu. Nie no, bądźmy szczerzy, zupełnie nie myślała.
Otworzyła trochę szerzej oczy, kiedy dotknął jej twarzy, ale nie z niepokoju czy niepewności, raczej… z zaskoczenia. Że coś takiego mogło wywołać takie skutki – na przykład w życiu by nie wpadła, iż serce może walić jeszcze szybciej. Aż się dziwnie poczuła, uzmysłowiwszy sobie, że najpewniej to bicie niczym młotem w dzwon w jej klatce piersiowej słychać. No cóż.
Nie powstrzymała się, ostrożnie pogłaskała go po policzku, zaraz zsuwając dłoń na jego szyję i rękę, ale zatrzymała się w połowie drogi do karku, kawałek za ramieniem, jakby sobie o czymś przypomniała; popatrzyła na to zaskoczona. Chwila, bo oni przecież zbierali się do wyjścia, tak? I… i…
Uniosła wzrok na jego oczy i zwyczajnie zapomniała.
Pochylił się nad nią jeszcze trochę i na chwilę zamarł; nie dlatego, bo naszły go wątpliwości, zwyczajnie chciał się nacieszyć chwilą.
Bo marzył od niej od miesięcy, myślał o niej nieustannie, a w snach nachodziły go różne wizje. Irytujące było to, że ilekroć chciał je urzeczywistnić coś – lub bardziej ktoś – wchodziło im w drogę. A teraz znajdował się już o krok.
Objął ją ramieniem w talii, przyciągając bliżej siebie; chciał ją poczuć, ją całą. Czuł już jej oddech na ustach, by zaraz przekonać się, jak smakują jej wargi.
Jeszcze poświęcił sekundę, by przyjrzeć się jej oczom. To, co w nich ujrzał, utwierdziło go w przekonaniu, że podjął dobrą decyzję. Uśmiechnął się subtelnie, ledwie unosząc kącik ust, potem pochylił się jeszcze troszkę.
I to były milimetry.
– Podła wiedźmo, ile można…? – rozległo się zaraz po cichym skrzypnięciu zawiasów.
Ariene drgnęła i obróciła gwałtownie głowę, by natknąć się wzrokiem na zdumionego Caleba stojącego nieruchomo w progu. Cała sytuacja wydała się jej tak absurdalna, że wprost nie mogła uwierzyć własnym oczom. Wszyscy, ale żeby on? Akurat teraz? I… o Silthe, ależ nagle nabrała ochoty, by zabić.
Wtedy jednak szok myśliwego minął – dotarło do niego, co też najlepszego zrobił. Pewnie zorientował się w chwili, w której Ariene cofnęła się pół kroku od Cadora, nie odrywając od niespodziewanego gościa zdezorientowanego spojrzenia.
– Nie, zabij mnie ktoś – stęknął Caleb, obrócił się trochę i uderzył głową we framugę drzwi, zamykając z bólem oczy.
Z jakiegoś powodu ciężko było pomyśleć, że bolało to uderzenie. Raczej zabolała go jego własna głupota oraz profesjonalne wyczucie czasu.
Cador drgnął, gdy tylko Ariene się odsunęła; przymrużył jasnozielone oczy i przeniósł spojrzenie na niespodziewanego gościa. Caleb.
DLACZEGO. Jakim, kurwa, cudem, to było fatum. Czym zawinił, że bogowie tak bardzo upodobali sobie robienie mu na złość? Wszystko wszystkim, ale bez przesady. No kurwa. Cholera. Szlag by to.
– Mogę ja? – warknął natychmiast, bez zastanowienia.
To był naprawdę zły Cador, Cador na granicy wybuchu, Cador skłonny zrobić krzywdę swojemu przyjacielowi. Opanował się po niedługiej chwili, to prawda, ale przez pierwszych kilkanaście sekund można było się go przestraszyć.
Potem wcisnął dłonie do kieszeni, zacisnął niezadowolony usta i posłał Calebowi tak mordercze spojrzenie, że aż musiało zaboleć. Bardziej niż ta jego głupota, profesjonalne wyczucie czasu i wszystko inne.
– Och – podsumowała nadal zszokowana, nieco jakby wciąż zdezorientowana Ariene, wodząc wzrokiem od jednego pana, do drugiego.
W końcu westchnęła.
– Zrobiłeś za mały gorset – rzuciła na początek, dla rozluźnienia atmosfery albo cokolwiek, przeboleje nawet żarty o jej wymiarach. – Jesteś beznadziejny.
– Wiem, kajam się i błagam o wybaczenie – jęknął Caleb, przenosząc wzrok zbitego psa na przyjaciela, co Ariene dodatkowo wstrząsnęło; nie sądziła, że w tym wrednym myśliwym jest coś takiego, jak choćby skrucha.
– Hej, to tylko gorset – mruknęła powoli. – Wszyscy już pewnie czekają, powinniśmy iść – dodała, obracając się częściowo do Cadora. – Ach, buty – przypomniała sobie niezadowolona i zawróciła po obuwie.
Już sobie postanowiła, że uciekać będzie boso. Nie wymyśliła, gdzie schować zmienną parę, w której da się wygodnie biegać, zatem co jej właściwie szkodziło.
– Ja chyba poczołgam się zginąć i przepaść – westchnął myśliwy i raz jeszcze przywalił głową we framugę.
Cador uśmiechnął się krzywo i postanowił się nie odzywać, bo ukrywanie wściekłości nagle zupełnie przestało mu wychodzić. Opuścił ramiona i powiódł za Ariene spojrzeniem, postanawiając, że na nią zaczeka.
Już po chwili wiedźma przestała przypominać wiedźmę, a stuprocentową damę właśnie wybierającą się na bal. Obrońca poprawił swoją koszulę woźnicy i, gdy Ariene skierowała się do drzwi, ruszył za nią. Mądry Caleb uciekł z progu, nim Cador go minął, ratując tym samym własne istnienie.
Cador miał minę mordercy.

2 komentarze:

  1. No dobra, siadam, komentuję.
    Dokonałyście jasnego przełomu w denerwowaniu własnych bohaterów. Już przestałam liczyć - po odliczeniu do trzech zawsze mi się nudzi, może to powód moich kłopotów matematycznych XD Powiedzcie mi dlaczego ja tak baaardzo wczuwam się we frustrację Cadora? XD
    Wredne baby XD
    I w ogóle, dostrzegam pradawną męską solidarność Caleb-Cador, Errian-Sher. O ile Caleb jest wkurzający jak zwykle, Cador to biedny misiek a Sher jest taki jak zwykle plus dostał chwilę prywatności, tak wybuchy Errianowego wkurwu zaczynają się pojawiać tak jakoś... no... z dupy XD Do biedaczka niedługo przylepić się może plakietka "mam wrażenie, że to furiat", a jest na to zbyt słodziachny XD
    Znaczy, nie słodziachny w Aidanowym sensie XD
    MAAATKO ._.
    No i nareszcie będzie trochę akcji, lecę do następnego rozdziału :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eeeej. No bo wszystkim to wychodziło tak łatwo - upili laskę, zagrozili ślubem... No to niech Cadorowi się nie uda xDD
      No wiesz, Caleb i Cador znają się od dziecka. To najlepsi przyjaciele xD A Sher i Errian... tak im wyszło xD
      Caleb wkurzający? Hm. Nigdy go tak nie postrzegałam, lol xD
      Stara, Errian jeszcze w tych rozdziałach po spotkaniu... no, zdenerwował się raz. Bo Ai głupio przed nim uciekała xD
      Jego poranną irytację mogłabyś zrozumieć, gdybyś była zamknięta w pokoju z Ari i musiała czekać, aż kochanka twojego przyjaciela, która podjebała ci łóżko, łaskawie wroci z upojnej nocy. Syriusli. Ja bym wyskoczyła oknem na miejscu Erriana xDD
      Aidan to ciota :< Ale i tak go kocham xD

      Usuń