czwartek, 31 stycznia 2013

63. Kurtyna w górę



Twardo ubita dróżka wiła się między źdźbłami ciemnej w tym słabym oświetleniu trawy niczym wąż wygrzewający brzuch na kamieniach rozgrzanych od słońca. Ponad ciemną linią horyzontu wznosiło się granatowe niebo rozmigotane srebrnymi gwiazdami, przez co zdawało się być jaśniejsze od całej okolicy. Drzewa, niczym pęknięcia na gładkiej powierzchni, rozdzierały czarnymi konturami gładki firmament, stercząc nieco przerażająco, tylko szelest liści łagodził widok. Wokół panowała cisza, jedynie świerszcze cykały w trawie, balansując na kołyszących się łodygach.
Wtedy rozległ się stukot kopyt, a zza zakrętu wyjechał ładny, niezbyt bogato zdobiony, jednak elegancki powóz. Zaprzężony w dwa spokojnie kłusujące konie do pary przemierzał energicznie półmrok, zwierzęta parskały i machały lekko głowami, strzygąc uszami, bo z oddali napływał charakterystyczny gwar. Kawałek przed nimi, nie najlepiej jeszcze widoczna, wznosiła się rozświetlona posiadłość, do której najwyraźniej zmierzano.
Woźnica wyprostował się na swoim miejscu, unosząc lejce w pewnym wahaniu, czy pogonić gniade wierzchowce, czy je jednak wstrzymać. Po chwili nachylił się do siedzącej obok niego osoby i mruknął coś do jej ucha, by turkot kół nie zagłuszył słów. Towarzysz zmarszczył lekko czoło, obejrzał się na powóz, po czym niechętnie skinął głową.
– Ostrożnie – odezwał się jeszcze woźnica, kiedy drobnej postury chłopak wgramolił się na dach pojazdu i ruszył na tyły.
Burknięcie niezadowolenia służące za odpowiedź zostało zagłuszone hałasem robionym przez konie oraz koła, ale nie wyglądało na to, by ostrzegany jakkolwiek się przejął. Mimo tego woźnica trochę zwolnił, ułatwiając przedostanie się na koniec powozu i zsunięcie się na stopień do stania dla bagażowych lub innych robotników, których niekiedy zabierano do miasta, by wykonywali trudniejsze prace dla pracodawców.
Gdy chłopiec stajenny stanął na stopniu, uniosło się na niego groźne spojrzenie bursztynowych oczu należących do niedużego zwierzątka podróżującego pojazdem na gapę. Stworek wbił ostre pazurki w drewno, sugerując, że nie da się ściągnąć.
– Tylko nie przeszkadzaj i nie daj się zobaczyć – ostrzegł go współpasażer głosem pełnym irytacji, na co zwierzątko o lśniących łuskach puściło dym z nozdrzy.
Zasłonki w niewielkich oknach powozu były zasunięte, nie wzbudzało to jednak niepokoju mieszkańców miasta, gdy jeszcze chwilę temu pojazd przejeżdżał przez niezbyt zatłoczone ulice. Szlachta zazwyczaj odgradzała się od ich świata, nie mogąc znieść smrodu i odrazy prawdziwego oblicza miejscowości.
Gdy powóz podskoczył na wystającym kamieniu, ktoś pochwycił zasłonkę, nim zafalowała i odsłoniła to, co miała ukrywać, jednak tego nikt nie zauważył.
Tak naprawdę, w środku było tłoczno.
– Nie mógłbyś trochę schudnąć? Rozpychasz się – syknęła trochę zdenerwowana, trochę przestraszona szatynka, sztyletując wzrokiem siedzącego obok niej młodzieńca.
Właśnie się o nią otarł, co, jak wszyscy wiedzieli, było niedopuszczalne.
– Wybacz – mruknął na to nieszczęśnik, wciągając jeszcze więcej powietrza, by się zrobić trochę mniejszym i nie musieć oddychać. – Ściana nie chce być bardziej miękka.
Siedzący naprzeciw srebrnowłosego problemu dziewczyny szatyn westchnął i wywrócił z pewną irytacją oczami, odsłaniając fragment zasłonki, który znajdował się od strony bardziej dzikiej niż strona druga. Wyjrzał na zewnątrz, a widząc starą biedę – to znaczy dalej zarośla i drzewa – westchnął raz jeszcze.
– Młody, przygotuj się, niedługo wyskakujemy – odezwał się inny mężczyzna, tym razem brunet, szturchając siedzącego mu na jednej nodze drugiego czarnowłosego chłopaka. – Nie będę cię wyciągał spod kół.
– Nie zajdzie taka potrzeba – mruknął biedak, garbiąc się na nierówności, by nie przygrzać głową w dach powozu. – Zresztą skąd wiesz?
– Nasz stajenny jest na tyłach – odparł zapytany spokojnie. – Errian, dasz radę otworzyć drzwiczki dla nas? – dodał, zwracając się do białowłosego, ściśniętego młodzieńca.
– Dam – stwierdził po prostu, sięgając dłonią do nieco rozklekotanej klamki.
Szatynka odetchnęła głęboko, zerknęła na dwóch brunetów tak, żeby nie zauważyli, po czym skupiła się na otwieranych drzwiczkach.
Do powozu wdarł się chłodniejszy podmuch; dziewczyna uniosła wzrok na tego rozsądniejszego ze swoich przyszłych towarzyszy, a zauważywszy, że skinął do niej głową, wstała. Chwyciła się dłońmi framugi i wyjrzała na zewnątrz, starając się opracować plan wyskoczenia z powozu. Wolałaby mieć miękkie lądowanie i nie walnąć na dupę, generalnie.
Gdy powóz wszedł w zakręt, natrafiła się idealna okazja; dziewczyna rozejrzała się jeszcze, by upewnić się, że pozostanie niezauważona. Wreszcie zacisnęła wargi i odbiła się od schodka.
Udało jej się w miarę bezpiecznie i zgrabnie wylądować za ciernistym krzakiem; siedzące na tyłach powozu stworzonko przyglądało się jej uważnie i wysłało zaklęciem lekki podmuch wiatru, który pomógł jej utrzymać równowagę. Przykucnęła w miejscu, w którym powinna pozostać niezauważona tak przez podróżujących następnymi pojazdami, jak przez ludzi w rezydencji, i poczekała na kompanów.
Panowie dołączyli do niej chwilę później, z czego jeden przeturlał się po ziemi w sposób nadzwyczaj nieskoordynowany i wyhamował dopiero w sporym zagłębieniu terenu, a drugi dokonał manewru sprawniej od towarzyszki.
Skinął jej głową, widząc, że jest cała, podszedł do ostatniego kompana i pomógł mu wstać, z niezadowoleniem otrzepując mundur gwardzisty z kurzu oraz źdźbeł trawy.
Nie odzywając się słowem, wskazał trasę, którą mieli pokonać do posiadłości, potem natomiast sam ruszył przodem, poruszając się tak, jakby nie dotykał stopami ziemi – właściwie bezgłośnie.
Powóz tymczasem jechał dalej, konie posłusznie podążały za poleceniami woźnicy, a chłopiec stajenny przeczesywał czujnym wzrokiem otoczenie, jakby spodziewał się, że rosnące w ciemności drzewa zaraz się na niego rzucą. Na ramionach pojawiła się mu gęsia skórka, zgarbił się i mocniej przywarł do tylnej ścianki powozu, zamykając na kilka chwil oczy dla zebrania sił.
W środku natomiast zrobiło się zdecydowanie luźniej, co chyba z największą ulgą przyjął srebrnowłosy młodzieniec. W końcu nie musiał się bać, że dotknie wrażliwą koleżankę i spowoduje napad jej paniki.
– Nie daj ciała, dzieciaku – odezwał się milczący do tej pory szatyn, zerknąwszy na towarzysza z pełnym przekąsu uśmieszkiem.
– Nie dam – odparł spokojnie, wzruszając ramionami.
– Poczekamy na twoje wkroczenie. Musisz odwrócić uwagę zebranych, pamiętaj – ożywiła się wtedy brunetka do tej pory podziwiająca wystrój pojazdu.
– Pamiętam. Spokojnie. Tyle informacji mój umysł naprawdę jest w stanie przyswoić – postanowił koleżankę uspokoić, uśmiechając się do niej. – W odwracaniu uwagi też nie jestem znowu taki najgorszy.
– Wybacz – pokajała się krótko kobieta i westchnęła cicho.
Nikt jej nie odpowiedział, więc podróż kontynuowali w napiętej ciszy.
Wreszcie konie zwolniły do stępa, a po przejściu kilku metrów zatrzymały się, mieląc wędzidła w pyskach. Woźnica mruknął ciche „prr” i trzymał napięte lejce, by zwierzęta nie poruszyły się, gdy podróżnicy będą opuszczać pojazd. Powóz zakołysał się lekko, gdy ktoś zeskoczył z tylnego schodka, w następnej chwili drzwiczki zostały otworzone, a podróżników powitało poirytowane spojrzenie granatowych oczu.
Nie odzywająca się całą podróż rudowłosa kobieta podniosła się z siedzenia i wyszła z pojazdu, korzystając z pomocy lokaja wystrojonego w elegancki mundur. Zerknęła mimochodem na chłopca stajennego, a ten zazgrzytał zębami i ukłonił się z wyraźnym zażenowaniem, pochylając głowę tak, by broń Silthe nie spadła mu z głowy odświętna czapka.
Kobieta jednak już nie zwracała na niego uwagi; wyprostowała się z dumą i uniosła brodę, zagarniając na plecy gęste, lśniące w blasku pochodni i lamp włosy. Zatrzymała się tuż przed szerokimi schodami z białego kamienia i zerknęła przez ramię na towarzyszy, czekając, aż do niej dołączą.
Stojący na szczycie schodów strażnicy przyjrzeli się jej uważnie, jednak nie poruszyli się nawet o milimetr.
Zaraz nieopodal niej pojawiła się jeszcze jedna kobieta – brunetka – oraz mężczyzna – szatyn. Kiedy wysiedli z pojazdu, podał towarzyszce ramię, uśmiechając się do niej sympatycznie, na co ona, po ledwie ułamku sekundy wahania, także uniosła kąciki ust, przyjmując jego rękę.
Dołączyli do rudowłosej z pogodnymi minami, jakby bardzo cieszyła ich perspektywa udania się na bal. Ponieważ cała trójka zdawała się być w pewien sposób egzotyczna, to przykuwała uwagę tych, którzy także udawali się do posiadłości – dzięki temu nikt nie zerknął nawet na udającego się na tyły budynku srebrnowłosego młodzieńca.
Chłopiec stajenny, poprawiwszy zsuwającą się czapeczkę, popatrzył na plecy przywiezionych powozem osób i wycofał się na swoje miejsce, machnąwszy z irytacją do woźnicy. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem i pozwolił koniom ruszyć, co te uczyniły z wielką ochotą. Powóz odtoczył się za posiadłość, robiąc miejsce dla kolejnych przyjezdnych.
Natomiast niecodzienna trójka ruszyła do wejścia.
Tuż przed imponującymi, szeroko otwartymi drzwiami zatrzymali ich strażnicy; jeden z nich, wysoki mężczyzna o posępnym spojrzeniu, przyjrzał się nowym gościom, by po chwili zerknąć na stojącego przy pulpicie lokaja. Ten prezentował się dużo sympatyczniej; siwe włosy miał elegancko zaczesane do tyłu, na twarzy zaś niewymuszony, grzeczny uśmiech.
– Państwa godność? – zapytał miłym dla ucha głosem, biorąc do ręki czekające na użycie pióro i zawieszając je nad listą gości.
– Loren von Estrille – przedstawił się szatyn, zerkając krótko w oczy lokaja, by zaraz przenieść spojrzenie na brunetkę – moja siostra Elissa von Estrille – gdy lokaj kiwnął głową i odhaczył nazwiska na liście, mężczyzna zerknął na rudowłosą – i nasza kuzynka, Charlotte li’Ardelle.
Lokaj pobłądził spojrzeniem po liście, przesunął ją nieco na pulpicie i wreszcie odnalazł podane nazwisko; w tym czasie kobieta nie zdradziła jakiejkolwiek obawy, stała spokojnie, pewna, że znajduje się na spisie gości.
Strażnicy odprężyli się, gdy lokaj ukłonił się i wskazał drzwi zapraszającym gestem.
– Bardzo proszę, życzę państwu udanego wieczoru – rzucił, już kierując spojrzenie na kolejnych gości.
Powitał ich swoim ogromem jasny hall. Ściany oraz posadzkę wykonano z dokładnie wypolerowanego kamienia, przez co można było się w nim przeglądać, a przy okazji tak jasnego, że samą swoją obecnością zdawał się rozświetlać pomieszczenie i eleganckie, choć całkiem skromne żyrandole wcale nie stanowiły już niezbędnego wyposażenia.
Wszystkie boczne drzwi były zamknięte i niemalże niewidoczne wśród obrazów, rzeźb oraz waz, które zdobiły hall niczym dumna wizytówka właściciela. Na samym końcu korytarza znajdowały się szerokie schody wykonane z ciemnobrązowego drewna, z elegancko rzeźbionymi poręczami, prowadzące na półpiętro, gdzie czekali kolejni sztywno wyprostowani lokaje. Przypominało to trochę wejście do domu Erriana, choć rezydencja Souenów przy tej posiadłości wypadała dziwnie blado oraz skromnie.
Nowi goście ruszyli raźnym krokiem w jedyną możliwą stronę, panie prowadzone przez jedynego mężczyznę w towarzystwie ledwie kilkoma zerknięciami uraczyły przepych, w jakim się znalazły, jakby widywały coś takiego na co dzień.
Sprawnie, choć bez pośpiechu wspięli się po schodach, obie kobiety musiały lekko unieść suknie, by nie przydepnąć skrawka materiału. Gdy dotarli na szczyt, lokaje drgnęli i otworzyli spore, jaśniejsze od schodów drzwi, wpuszczając nowych gości do sali balowej.
Znaleźli się na szczycie kolejnych schodów, górując ponad wielkim, wypełnionym różnokolorowymi strojami oraz ich właścicielami pomieszczeniem. Pilnujący wchodzących kamerdyner skłonił się przed nimi, zapraszając gestem do zejścia do pozostałych przybyłych, na co rudowłosa kobieta skinęła krótko głową.
Znów ruszyli, jeszcze wolniej niż przed chwilą, pozwalając sobie na niezbyt nachalne, ale pełne ciekawości spojrzenia rzucane całej sali. Spojrzenia z pozoru bezcelowe, wywołane podziwem.
– Szlachta ma naprawdę nasrane w głowie – odezwał się w tym momencie półgłosem mężczyzna, w jego oczach na chwilę zagościła tak pasująca do niego dezaprobata. – Wchodziliśmy po schodach, żeby teraz zejść z powrotem na parter.
– Sher – mruknęła karcąco brunetka, zerknąwszy krótko na towarzysza z pewnym jakby rozbawieniem, nawet uśmiechnęła się lekko.
– Wybacz, siostrzyczko – pokajał się niezbyt wiarygodnie, by zaraz posłać jej radosny, bardzo ciepły uśmiech, co znowu na chwilę kobietę zdezorientowało.
Musiała przywyknąć, jeśli nie chciała, by cały misterny plan wziął w łeb. Na razie szło im doskonale, dlatego postanowiła na chwilę zapomnieć o metamorfozie towarzysza i skupić się na całej pełnej przepychu sali balowej.
Srebrnawa posadzka błyszczała niemal tak mocno, jak w hallu, odbijając wyraziste światło z wiszących pod łukowatym sklepieniem szklanych żyrandoli. Wszystkie były dwukrotnie większe od tych, które widzieli w przejściu, i zdawały się tak samo zbędne, ponieważ sala sprawiała wrażenie, jakby promieniowała wewnętrznym światłem.
Po stronie ich lewej ręki ciągnął się rząd okien wychodzących na pogrążone w ciemności pola, na drugim końcu komnaty natomiast znajdowało się aktualnie puste podwyższenie dla orkiestry. Nikt na razie nie grał i nikt nie tańczył, czekając, aż goście się zjadą. Po prawej stronie, pod tarasami odchodzącymi od szczytu schodów, po których schodzili, znajdował się stół z przekąskami.
Jedzenia było tam tyle, że dałoby się nasycić nim przynajmniej na jeden dzień całą miejską biedotę, tylko kto by się tym przejmował. Goście rozmawiali ochoczo, pogryzając kanapki oraz popijając drogim, ale dość słabym winem.
Same tarasy podpierały smukłe kolumny w porządku korynckim, których głowice zdobione były w liście, kwiaty oraz pnącza, w odpowiednio dużej ilości dla podkreślenia bogactwa gospodarzy.
– Mężczyzna lat trzydzieści, organizator balu, z pewnością będzie w towarzystwie ochrony i z pewnością już najwięcej wypił – wyrecytowała brunetka chwilę przed tym, jak znaleźli się na samym dole schodów i zagłębili się między uśmiechniętych gości.
Wzbudzili niemałą sensację; dla przyzwyczajonej do tych samych, znajomych twarzy i zbyt często powtarzanych plotek elity trójka pięknych, nieznajomych bogaczy była niczym powiew świeżego powietrza w duszny dzień. Z każdym krokiem postawionym bliżej środka sali pojawiało się coraz więcej szlachciców chcących zapoznać się z tajemniczymi gośćmi. Zapatrzeni na dwie kobiety mężczyźni zapominali o swych żonach, które, podziwiając towarzyszącego im nieznajomego, nie miały mężom tego za złe.
Podczas gdy Loren i Elissa grali przyjaznych, sympatycznych i odpowiednio wychowanych arystokratów, Charlotte mogła pozwolić sobie na pozostanie egzotyczną, owianą nutką tajemnicy postacią, która rzucała tylko przeszywające spojrzenia i uśmiechała się w pociągający, lecz trudny do zinterpretowania sposób.
Służba na wyraźne życzenia szlachciców pragnących względów nieznajomej trójki podstawiała im talerze z najróżniejszymi smakołykami: gorącymi bułeczkami pieczonymi z odrobiną daktyli, jabłek i pomarańczy, pasztecikami z dzików, zajęcy i egzotycznych pustynnych stworzeń o trudnej do powtórzenia nazwie, którą każdy z obecnych wymawiał inaczej, ale zawsze niepoprawnie, pszenne placuszki z miodowo-migdałową polewą, tak gorące, że parzyły w palce, łabędzinę duszoną w sosie brzoskwiniowym i wiele innych potraw, na które Charlotte nawet nie miała okazji zerknąć.
Z wdzięcznością przyjęła jednak kieliszek słodkiego wina o cyrrolijskim pochodzeniu, bursztynowej barwie i śliwkowym posmaku. Akurat oblizywała wargi, delektując się smakiem trunku, gdy tłum powoli zaczął rzednieć. Gospodarz postanowił zaszczycić trójkę będącą sensacją tego balu osobistym powitaniem.
Choć podpity, mężczyzna prezentował się całkiem przystojnie, co Charlotte przyjęła z niewypowiedzianą ulgą. Otaczał go wianuszek słodko uśmiechniętych, wdzięczących się przy każdym kroku panienek z dobrych domów i wystrojonych mężczyzn próbujących wdać się w łaski. W tłumie koronek, ostrych barw i błyszczących klejnotów ginął poważny mężczyzna o bystrym spojrzeniu, ubrany w prosty, szary strój.
Obrońca – zorientowała się rudowłosa natychmiast, poświęcając mu tyle uwagi, by nie stało się to podejrzane.
Przeniosła spojrzenie podkreślonych czarną kreską, kocich oczu na gospodarza; ten podchwycił jej wzrok i zatrzymał się na chwilę, gdy uniosła kącik ust w bardzo pewnym siebie, słodkim uśmiechu. Gdy znów ruszył w ich stronę, nieco przyspieszył kroku; poświęcił ledwie chwilę na przyjrzenie się pozostałej dwójce, zaintrygowany nietypową szlachcianką.
Loren i Elissa ledwie wymienili spojrzenia; kobieta uśmiechała się lekko, niemalże niewidocznie, ale mężczyzna to dostrzegł. Zignorował jednak subtelną prowokację siostry i z pełną uprzejmością oraz naprawdę powalającym urokiem osobistym przyjął towarzystwo młodych dziewcząt, z godnością godząc się na tymczasowe zabawianie panienek.
Elissa dopiła własne wino, postawiła pusty kieliszek na tacy przechodzącego obok kelnera i z uśmiechem pozwoliła się przywitać starszemu małżeństwu. Nawet dygnęła, i to wyjątkowo zgrabnie, za co pochwaliła się zadowolona w myślach. Nie sądziła, że nie wyszła z wprawy.
Dostrzegła uważne, czujne spojrzenie, jakim obdarzył Charlotte obrońca gospodarza. Zastanowiła się krótko, czy niezwykłość sytuacji go zaniepokoiła, czy zrobił to odruchowo, bo zawsze to czynił. Potem z uśmiechem ruszyła w swoją stronę, jakby straciła zainteresowanie towarzystwem i chciała zapoznać się bliżej z inną grupką szlachciców.
Po drodze napatoczył się kelner; zatrzymała się pospiesznie, by w niego nie wpaść, przez co potrąciła ramieniem obrońcę. Udało się jej nawet stracić równowagę – w tych cholernych obcasach nie było to trudne – by zaraz unosić spłoszony wzrok na mężczyznę, na którego ramieniu pozwoliła sobie się oprzeć.
– Serdecznie przepraszam – tchnęła zakłopotana, chwilę spoglądając prosto w jego oczy, by zaraz spuścić skromnie spojrzenie.
Dzięki temu zdołała zauważyć, że Loren zacisnął lekko dłoń w pięść, ledwie na moment, zerknąwszy na Charlotte i gospodarza. Spróbowała się nie uśmiechnąć z rozbawieniem i udało się jej. Wiedziała, że ich towarzysz sobie poradzi, choć będzie to próbą dla jego zaborczego charakteru.
– Bardzo się cieszę, że udało się państwu dotrzeć na mój bal. Jak wiem, przybyliście z daleka – zaczął uprzejmie gospodarz, póki co odwracając spojrzenie na młodego szlachcica.
Podług tutejszych zasad za kobiety odpowiadał towarzyszący im mężczyzna; dopiero gdy on odpowiedział na przywitanie, miały prawo zabrać głos. Jedna z nich już się oddaliła, ale ta, która go interesowała, nie ruszyła się z miejsca; przysiągłby, że go obserwowała, czuł na sobie spojrzenie jej niezwykłych oczu, choć zdawała się patrzeć w inną stronę.
Charlotte znów zatopiła wargi w słodkim, choć nie mdłym winie, obserwując sytuację i czekając, aż jej towarzysz odpowie na przywitanie. Nie wyglądała na zachwyconą takim obrotem spraw, jakby nie przywykła do bycia pod opieką mężczyzny, ale pogodziła się z tutejszymi zasadami i zachowała milczenie.
Gospodarz nie mógł powstrzymać się od rzucenia jeszcze jednego spojrzenia w jej stronę; nie zdołał uchwycić szarych oczu, a jednak kącik malinowych, kuszących ust się uniósł.
Jasna cholera, wiedziała, że się w nią wpatrywał. Nie on jeden, co nieco go poirytowało. Większość przebywających w pomieszczeniu mężczyzn miała ochotę skosztować czegoś nowego, a czy to miałaby być brunetka, czy ruda, to już było obojętne.
Obrońca nie wyglądał na zbyt zaskoczonego; zdążył położyć dłoń na jej łopatkach i przytrzymać ją, by pomóc utrzymać równowagę. Gdy spojrzał w oczy kobiety, zmarszczył czoło, ewidentnie analizując sytuację, jakby doszukiwał się pułapek i podstępów.
– Nic się nie stało – powiedział poważnie, wręcz oschle, niemalże prosząc o natychmiastowe oddalenie się i nie zawracanie mu głowy.
Cofnął dłoń i spojrzał na kobietę z góry; po chwili, gdy spuściła spłoszona wzrok, zreflektował się. Przecież to była młoda szlachcianka, która zwyczajnie straciła równowagę, wszędzie doszukiwał się spisków. Może się starzeje.
– Powinna pani bardziej uważać – dorzucił już mniej chłodno.
Na posępnej twarzy pojawił się delikatny, lecz ciepły uśmiech.
Loren popatrzył na gospodarza i w momencie, kiedy zdawało się, że coś jest nie tak, uśmiechnął się pogodnie, skinąwszy do rozgadanych panienek, które go otoczyły, by móc dojść do głosu. Wyglądał na zadowolonego oraz radosnego.
– Podróż była męcząca, to prawda – odpowiedział uprzejmie, przymrużając nieco łobuzersko oczy. – Wyobraża sobie pan nieprzerwane towarzystwo dwóch rozgadanych kobiet, z czego jedna jest siostrą, druga kuzynką? Istna katorga – podsumował i tym razem posłał uśmiech Charlotte.
Uśmiech o dwóch dnach, ale przecież nikt nie musiał o tym wiedzieć, prawda? Jeszcze wysilił się, błądząc spojrzeniem za swoją siostrą, a upewniwszy się, że jest cała – czy z jakiegokolwiek powodu szuka się siostry – powrócił zainteresowaniem do gospodarza.
Siostra nadal będąca w całości najpierw lekko się skuliła, słysząc ten nieprzyjemny ton, ale kiedy głos się ocieplił, niepewnie na mężczyznę spojrzała. I zaraz uśmiechnęła się, choć bardzo nieśmiało.
– Postaram się. Wyjątkowo dużo gości się zjechało – mruknęła na swoje usprawiedliwienie, odgarniając kilka kosmyków niesfornych włosów za uszy. – I służba wyjątkowo dokładnie wypolerowała posadzkę – dodała jakby rozbawiona, by zaraz się zmieszać, że pozwoliła sobie na tak otwarty, niemalże przyjacielski komentarz w odniesieniu do kogoś, kogo nie znała.
Gospodarz zaśmiał się lekko i dźwięcznie, a jego świta posłusznie mu zawtórowała. Panienki, którym udało się przedrzeć jak najbliżej Lorena, zawachlowały przedłużanymi henną rzęsami.
– Nie wygląda pani na szczególnie gadatliwą – zauważył gospodarz, obracając się w stronę Charlotte.
Najpierw odpowiedziało mu przeszywające spojrzenie szarych ocząt, które błysnęły rozbawieniem. Nim zdążył otrząsnąć się z piorunującego wrażenia, jakie robiła kobieta, ta odpowiedziała:
– I nie jestem. Mój kochany kuzyn musi na kogoś zrzucić swoje winy; całą drogę paplał jak najęty – przyznała, posyłając Lorenowi wyzywający uśmiech.
Jej komentarz wzbudził jeszcze większą wesołość gospodarza, który powiódł zaciekawionym spojrzeniem od jednego do drugiego z młodych szlachciców.
Charlotte znów zapatrzyła się gdzieś w dal; zerknęła ku podwyższeniu dla orkiestry, gdzie jej członkowie właśnie zasiadali na swoich miejscach i szykowali się do rozpoczęcia gry. Kobieta zatrzymała spojrzenie na białowłosym pianiście, ten jednak wyglądał na zbyt zafrapowanego kartkowaniem nut, by zwrócić na nią uwagę.
Obrońca przyjrzał się swej rozmówczyni uważniej, jakby czegoś w jej twarzy szukał. Wreszcie uśmiechnął się bardziej widocznie, nawet z pewnym rozczuleniem.
– Nie powinna pani marnować czasu na nic nieznaczącego nudziarza; młodzi bogacze nie mogą się doczekać rozmowy z panią – zauważył spokojnie, znacząco zerkając na ustawionych w kolejce za jej plecami mężczyzn.
Nie chciał wzbudzać zazdrości wśród rozpieszczonej szlachty, zresztą nie był tutaj dla rozrywki, nawet tak uroczej.
Ledwie zauważalnie rozejrzał się dookoła; odnalazłszy swego pana pogrążonego w pogawędce z pozostałą dwójką niesamowitych gości i otoczonego świtą, obrońca odetchnął lekko.
Loren nie wyglądał na zbitego z tropu, nadal się serdecznie uśmiechał, spoglądając przez chwilę na Charlotte z trudnym do zdefiniowania wyrazem oczu. Wreszcie przekrzywił głowę, a uśmieszek stał się bardziej łobuzerski.
– Nie udawaj już takiej niewinnej, zołzo – zaproponował swobodnie, szczerząc pogodnie zęby, choć przez dość krótki moment. – Tylko podać jej odpowiedni temat, a prędzej zagada na śmierć niż przyzna człowiekowi rację – podsumował z niezachwianą pewnością, zaraz kierując zainteresowanie do jednej z panienek, która wesoło mu odpowiedziała.
Choć komentarz był na tyle cichy, że właściwie słyszalny tylko dla stojących najbliżej Lorena, to wyraźnie okazał się zabawny, bo młodzieniec roześmiał się szczerze i przytaknął ochoczo, przymrużając oczy.
– O nie – mruknęła z pewnym rozbawieniem Elissa, zerknąwszy przez ramię na czekające na nią towarzystwo. – Tylko nie oni, za bardzo przypominają mojego głupiego brata – uznała, ukradkiem przemykając na bok w ten sposób, żeby częściowo schować się za obrońcą. – Och – zmartwiła się nagle, rezygnując tym samym z sięgnięcia po kieliszek wina. – Jeszcze panu głupio głowę zawracam. Przepraszam – wycofała się szybko, uśmiechając się z pewnym spłoszeniem, i ostatecznie opuściła bezradnie ręce wzdłuż ciała.
Ledwie na mgnienie oka przesunęła spojrzeniem po sali, docierając do podwyższenia dla orkiestry. Uchwyciła błękitne oczy pianisty, młodzieniec uśmiechnął się lekko, spokojnie zasiadając przed okazałym instrumentem.
Wśród gwaru rozmów szlachty rozbrzmiały pierwsze nuty wygrywanej melodii, zalewając pomieszczenie orzeźwiającą falą dźwięków.

Dostanie się na pozycje było proste. Z całkowitą pokorą – bądź spokojem w przypadku niektórych – wysłuchali reprymendy przełożonego, który nie wydawał się zadowolony ich spóźnieniem do pracy. Natychmiast odesłał ich do ostatniego wyjścia; szczęśliwie złożyło się tak, że akurat bardzo im ono pasowało.
Caleb zamierzał nawet ukradkiem, w razie potrzeby, wymienić się z kumplem po fachu strzeżonymi drzwiami, tak cichaczem, w końcu takie rzeczy też się zdarzały, ale tym razem nie musieli. Dlatego teraz mogli wraz z Aidanem ustawić się w strategicznych pozycjach, wyprostować się i zacząć wyglądać groźnie.
No, chłopak mógł zacząć próbować tak wyglądać.
Cisza panująca w ich okolicy aż przytłaczała – przed nimi przepływał wielokolorowy tłum szlachty, kobiety się śmiały, mężczyźni rozmawiali głośno, gestykulując energicznie, kelnerzy lawirowali wśród gości z przyklejonymi do ust sztucznymi uśmiechami. Wszystko wyglądało przedziwnie z tej perspektywy, jakby przez przeszkloną barierę patrzyli na inny świat.
Caleb szybko upewnił się, że drzwi nie są zamknięte na klucz. Nie były.
– Myślisz, że sobie poradzi? – mruknął wreszcie Aidan, nie wytrzymawszy napięcia oraz nieprzyjemnego milczenia. – Tu jest tyle ludzi.
– Mówiłem jej, żeby nie oddalała się w tłum – odparł całkowicie spokojnie myśliwy, wracając na opuszczoną na moment pozycję. – Ma kręcić się na obrzeżu, żeby za wielu gości się nią nie interesowało. Zresztą szlachta nie jest aż tak skupiona na ładniejszej służbie, ktoś inny zrobił furorę – dodał, przeczesawszy spojrzeniem tłum.
– Ale i tak – uparł się zmartwiony chłopak, spuszczając lekko głowę.
– Wyprostuj się, strażniku – zganił go mocniejszym głosem Caleb, na co Aidan podskoczył nerwowo i łypnął na towarzysza z niezadowoleniem.
– Jesteś okropny – poskarżył się i westchnął ciężko, niechętnie powracając do grania roli stoicko spokojnego strażnika, który ma wszystko pod kontrolą.
Kilkanaście metrów dalej drobniutka kelnerka zgrabnie lawirowała między gośćmi, umożliwiając sięgnięcie po pyszne przekąski i nie odzywając się zbytnio. Ot, zapytana, odpowiadała, z czym są krokieciki i że wzięcie kilku naraz nie jest w złym tonie, poza tym spuszczała grzecznie wzrok i uśmiechała się nieśmiało, kiedy było to potrzebne.
Raz, zupełnie przypadkowo, trafiła w gęsty tłum szlachciców, wykazała się jednak odpowiednią zwinnością i nikogo nie szturchnęła, na nikogo nie wpadła i wyszła z tego cało; poza tym trzymała się raczej ubocza.
I to ją zgubiło. Bal był wydany na nowoczesną modłę – długi stół z przekąskami, ale brak jako takiej uczty; dużo tańców, które zastępowały minstreli, błaznów i tresowane niedźwiedzie. Niestety, nie wszyscy goście byli zaznajomieni z takim rodzajem świętowania – ci, którzy pochodzili z odleglejszych i bardziej zacofanych krain, tęsknili do upijania się piwem i winem za dębowym stołem, rechotania ze sprośnych żartów, śpiewania na cały głos zbereźnych piosenek, obserwowania walk karłów i chwytania za krągłości uzupełniające zapasy jedzenia kobiety.
Większość z nich, nie mogąc odnaleźć się w atmosferze wyższości i kultury, natychmiast sięgnęła po alkohol – solidnie upici pomimo wczesnej godziny mężczyźni trzymali się ścian i kolumn. Ci, którym się poszczęściło, znaleźli już sobie chętne panienki do towarzystwa i zabawiali się w bardziej skrytych miejscach sali, inni szukali albo kobiet, albo wina.
– Panieneczko, podejdź no tutaj! – zawołał bełkotliwym głosem szeroki, czerwony na twarzy mężczyzna, kiwając dłonią do przechodzącej obok kelnerki.
Ta zerknęła w jego stronę z wyraźnym strachem, po chwili wahania spełniła jednak polecenie i zbliżyła się. Mężczyzna sięgnął po dwa krokiety i wepchnął je sobie naraz do ust, po czym odesłał ją kolejnym gestem ręki.
Dziewczyna westchnęła z ulgą i odwróciła się, by odejść, gdy mężczyznę niespodziewanie naszła ochota na klepnięcie ją w tyłek. Pisnęła, odskoczyła i zupełnie niechcący wpadła na przechodzącego nieopodal arystokratę.
– Przepraszam! – wykrztusiła z siebie, rumieniąc się i spuszczając wzrok w podłogę.
Jej pokora nie udobruchała potrąconego, który spojrzał na nią z wyraźną dezaprobatą.
– Widziałby kto, tak niezdarna służba nie powinna otrzymywać wynagrodzenia – oznajmił zimno, nim oddalił się w swoją stronę.
Dziewczyna wzdrygnęła się, westchnęła cichuteńko i już miała zacząć zbierać z ziemi upuszczone krokieciki, gdy ktoś chwycił ją za ramię żelaznym uściskiem i obrócił przodem do siebie.
Główny kelner popatrzył jej w oczy z niekrytą wściekłością. Był rosłym, poważnym mężczyzną, któremu drgał kącik wykrzywionych w grymasie ust.
– Chodź ze mną – warknął, po czym szarpnął ją w bliżej nieznaną stronę.
Nie mogąc nic zrobić, dziewczyna posłusznie poszła za nim, powstrzymując się od jęku z bólu, który odczuwała w nadgarstku.
Zatrzymał ją przy tylnych drzwiach poza zasięgiem wzroku gości. Nie wypadało karać służby na widoku, trzeba było zachować pozory.
Gdy tylko dziewczyna stanęła i opuściła głowę, czekając na reprymendę, kelner wziął zamach i uderzył ją w policzek otwartą dłonią. Siła ciosu odchyliła jej głowę w drugą stronę, a na skórze pojawił się jasnoczerwony ślad. Mężczyzna uniósł dłoń po raz drugi.
– Co ty sobie wyobrażasz?! – ryknął głośno, aż naszła go obawa, że mógł zostać usłyszany na sali. – Goście mogą cię podrywać, macać, całować i wsuwać ci dłonie pod ubranie, a ty nie masz prawa się ruszyć! Jeszcze na niego wpadłaś. Czy ty, głupia suko, wiesz, na kogo wpadłaś? To tutejszy lord! Bez jego pomocy nasz pan nie spłaciłby wielu długów, należy się mu szacunek! A ty, kurwa, mu się naraziłaś. Powinienem cię sprać na kwaśne jabłko, ale mamy niedobór służby. – Mężczyzna zniżył głos do nieprzyjemnego warkotu, po czym na odlew uderzył kelnerkę po raz kolejny, tym razem w drugi policzek, żeby równo puchła.
Dziewczyna pobladła i otworzyła szeroko przerażone oczy, ale nie odezwała się słowem. Zagryzła boleśnie wargę i zniosła tak obelgi, jak ciosy z godnym podziwu spokojem; wyglądała tylko na bardziej przestraszoną niż powinna. Postanowiła to znieść.
Pilnujący wyjścia strażnicy z godnym podziwu spokojem sceny znieść nie potrafili, zwłaszcza w przypadku jednego. Wyraźnie młodszy od towarzysza chłopak aż podskoczył, ale nim otrząsnął się z szoku, padł drugi cios. Wtedy już nie wytrzymał, chwycił rękojeść miecza i rozjuszony ruszył w stronę kelnera oraz kelnerki.
Aż sapnął ciężko, kiedy chwyciła go za ramię dłoń kompana i bezlitośnie szarpnęła w tył. Zatoczył się, całkowicie zaskoczony, wpadł plecami na ścianę i stęknął. Nie odważył się jednak buntować, poczuwszy na sobie miażdżące, karcące spojrzenie mężczyzny.
– Tak, odrąb mu głowę, na pewno wszyscy wyjdziemy z tego cało – syknął do chłopaka strażnik, mrużąc oczy, potem natomiast towarzysza porzucił i skierował się do uczestników nieprzyjemnej scenki.
Jego młodszy kompan potarł obite ramię i łypnął morderczo na kelnera, w myślach dokonując na nim krwawego, okrutnego mordu.
Wszystko wszystkim, ale podnieść rękę na kobietę? Żeby mu tę rękę, powiedzeniem pewnej znanej mu wiedźmy, urwało przy samej dupie, no naprawdę.
– Jakiś problem? – zainteresował się uprzejmie starszy strażnik, podchodząc do mężczyzny i dziewczyny.
Temu pierwszemu posłał nieco dziwny uśmiech, ustawiając się tak, że częściowo wsunął się jednym ramieniem między kata a ofiarę. Bursztynowe oczy zastygły w chłodnym, niepokojąco spokojnym wyrazie.
Kelnerka zmrużyła powieki z wyraźnym niezadowoleniem, co prawdopodobnie zdziwiłoby głównego kelnera (no bo jak to tak, facet niczym rycerz z bajki staje w jej obronie, a ta zła?), gdyby poświęcił jej choć trochę uwagi. Skupił jednak swoje zainteresowanie na strażniku, wyraźnie zbity z tropu. Nie usłyszał nawet, jak dziewczyna wymamrotała pod nosem „daję sobie radę”.
– Niektórzy nie wiedzą, jaka ich rola i gdzie ich miejsce – odpowiedział strażnikowi dość dwuznacznie, unosząc na niego nadal poirytowane spojrzenie.
Jego interwencja zatrzymała jednak falę wściekłości; był taki moment, że przestał nad sobą panować, teraz odzyskał trzeźwość myślenia. Zerknął przez ramię na służkę, wydymając wargi.
– Wiesz, co będzie, jeśli to się powtórzy – ostrzegł ją. – Goście mogą z tobą robić co im się żywnie podoba.
Uznając, że sprzeczki ze strażnikami, którzy najwidoczniej lubią mieszać się w nie swoje sprawy, mogą przynieść mu wyłącznie straty, odszedł. Miał jeszcze całą resztę durnej służby do ogarnięcia, niestety.
– Jasne, możesz jeszcze parę policzków zebrać, dobrze ci idzie nadstawianie ich – odparł jej spokojnie, kiedy mężczyzna już się oddalił. – Wydawało mi się, że nie jesteś tu w roli szlacheckiego i nieszlacheckiego worka treningowego, najwyraźniej mój błąd – dodał, przenosząc na nią niezadowolone spojrzenie.
Chwilę jeszcze przyglądał się jej z dezaprobatą, po czym westchnął, przymykając oczy. Wyglądał, jakby szukał w sobie trochę więcej siły i cierpliwości – mieć dwa dzieciaki pod opieką? Katorga.
Zerknął na przestępującego z nogi na nogę Aidana.
– Zresztą gdybym tu nie przyszedł, młody schrzaniłby całą przykrywkę. Nie zbliżaj się już do tych pijanych mężczyzn, tam masz ładne panie do obsługiwania – dodał, kiwając głową w daną stronę, choć nawet raz tam nie zerknął. – Jeszcze chwila, Errian już wchodzi na podwyższenie – oznajmił po krótkim milczeniu, przesunąwszy spojrzeniem po zatłoczonej sali balowej.
Aidan dalej niecierpliwie czekał, aż któreś z dwójki przyjdzie i powie, czy wszystko w porządku. Wyglądało, jakby zaraz miał wyjść z siebie i stanąć obok – tego to by Caleb już na pewno nie zniósł.
– Bo ja się rzeczywiście prosiłam! – warknęła natychmiast, mrużąc powieki.
Nagle wyszło szydło z worka, posłuszna kelnereczka zamieniła się w małą, ciskającą z oczu gromy bestię.
– Trzeba było ogarnąć Aidana, naprawdę tak trudno jest ci powstrzymać chłopaka od głupot? I się nie mieszać, bo teraz też przykrywka mogła się schrzanić; widziałeś minę tego gościa?
Powstrzymała słowotok, odetchnęła głęboko i mruknęła pod nosem coś pozbawionego większego sensu. Postanowiła się nie tłumaczyć, że została zawołana, że nie mogła tak po prostu tego zignorować, że przecież zniosła obelgi i zaraz wróciłaby do roboty; niech sobie myśliwy myśli co chce.
Caleb nie zareagował na wybuch kochanej Leanelle. Aidan odprowadził ją zdumionym spojrzeniem, mężczyzna jednak tylko wzniósł wymownie oczy do sklepienia i wymamrotał coś pod nosem.
Wydawało się, że było tym to, co najczęściej nieszczęśnicy w takich sytuacjach mówią: baby.

Przejście przez pogrążone w ciemności podwórze nie sprawiło większych problemów. Cieszył się, że nikt nie zwracał uwagi na tylne czy nawet boczne rejony posiadłości, wszyscy skupili się na wejściu, które, swoją drogą, prezentowało się niesamowicie.
On tymczasem musiał odszukać jedne z licznych drzwi na co dzień używane przez służbę, bo tamtędy właśnie wszyscy muzycy dostawali się do pomieszczenia gospodarczego, gdzie przygotowywali się do występu.
Wymyślił już tysiąc wymówek odnośnie swojego spóźnienia i nie czuł tremy ani niepokoju. Ot, wejdzie tam i znajdzie się na właściwym miejscu, niech ktoś spróbuje mu powiedzieć, że jest inaczej.
Dotarł na miejsce, chwycił klamkę i przystanął na chwilę, oglądając się przez ramię za siebie, na zostawiane podwórze. Nie słyszał już turkotu kół powozu, musiał odjechać w nieco inną stronę. W duchu spróbował się uspokoić, że na całe szczęście przy pojeździe będzie także Cador – wieczór był naprawdę ciemny, zupełnie jakby noc pochłonęła całe, nawet najdrobniejsze, światło minionego dnia.
Jeszcze raz przekonał się dla czystego sumienia, że wszystko pójdzie dobrze, bo każdy zdoła zachować spokój i nie zrobi niczego pochopnego. Wtedy odkrył, że naprawdę w to wierzy.
Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi, ruszając korytarzem przed siebie. Założył, że prędzej czy później natrafi na grupę muzyków, do których powinien dołączyć, dlatego szedł swobodnym, lekkim krokiem.
Minęła go jedna przestraszona służka; dziewczyna od razu skoczyła do niedużej komórki i schowała się ze stosem świeżej pościeli, tylko czubek jej ciemnoblond czupryny wystawał ponad prześcieradłami. Uprzejmie zignorował tę panikę, ukradkiem zerkając na każde drzwi – jeśli przegapi te właściwe, koniec końców wejdzie na salę balową jak ostatnia sierota, tym może utrudnić powodzenie planu.
Na szczęście jednak muzycy nie zamknęli się w komnacie i po kilku kolejnych metrach odnalazł ich w komplecie. Odetchnął cicho, zaraz przekraczając próg; zwróciły się na niego zdumione spojrzenia, mężczyźni nie do końca wiedzieli, jak zareagować na tę bezczelność.
Errian natomiast doskonale wiedział, jak dalej być bezczelnym, by nie zadawali zbyt niewygodnych pytań.
– Gdzie nuty? – rzucił niemal opryskliwie, taksując uważnym spojrzeniem całe pomieszczenie, jakby właśnie znalazł się u siebie.
– A pan to…? – zaryzykował pytanie jeden z nieznajomych, wystąpiwszy trochę do przodu z wyraźnym niezadowoleniem.
Errian zmierzył go chłodnym, miażdżącym spojrzeniem, dlatego mężczyzna odruchowo cofnął się z powrotem do grupki towarzyszy.
– Pianista – oznajmił niechętnie i nawet z pewną urazą. – Mam z wami grać, do jasnej cholery, czy nawet nut nie posiadacie? – zasięgnął języka raz jeszcze, przekrzywiwszy lekko głowę, kiedy czekał na odpowiedź.
– Są tam – mruknął młody chłopak, wskazując najbliższy stolik. – Dla pianisty na kupce po prawej – dodał usłużnie.
Errian skinął głową i podszedł do mebla, zaraz biorąc plik kartek do ręki. Przebiegł wzrokiem nakreślone na nich czarne symbole i odetchnął, analizując tonacje oraz przeskoki melodyczne.
Pierwsza piosenka była właściwie prosta, przynajmniej dla niego, ale patrząc na zawartość reszty repertuaru – miał to być popisowy numer. Uniósł sceptycznie brew i pokręcił z niezadowoleniem głową.
Poczuł nagłą potrzebę zagrania czegoś od siebie, ale w porę sobie przypomniał, że towarzyszy mu reszta orkiestry. Należy trzymać się ich planu, bo najpewniej nie poradziliby sobie z wybranym przez niego utworem. Trudno.
– Jesteście gotowi? – zainteresował się, nie odrywając spojrzenia od nut.
Kątem oka dostrzegł, że skinęli głowami, wymieniając nieco zdezorientowane spojrzenia. Przytaknął ich zgodzie, trochę bezwiednie, zakręcił i ruszył do drzwi, nadal zaczytany w otrzymany utwór.
– Chyba już czas najwyższy, prawda? – dodał w progu, kiedy mężczyźni za nim nie ruszyli, zdumieni rozpanoszeniem obcego.
– Oczywiście – mruknął ktoś wreszcie i pozostali także podążyli śladem Erriana, zabrawszy niezbędne do występu rekwizyty.
Pianista poszedł przodem i tuż przed wejściem na salę balową oderwał wzrok od nut.
Wyszli do olbrzymiej komnaty; podczas gdy orkiestra przyglądała się uważnie gościom oraz wystrojowi, Errian to wszystko zignorował. W ciągu życia widział wystarczająco wiele szlacheckich dowodów pychy oraz chorych ambicji, przykładem mógł być chociażby jego dom. Dlatego nie podziwiał i nie martwił się szeroką publiką; zabójczo pewny siebie wkroczył na podwyższenie i zbliżył się do instrumentu, jeszcze pobieżnie przeglądając nuty, które już jednak praktycznie zapamiętał.
Na chwilę uniósł spojrzenie i w tym momencie dostrzegł w tłumie znajome szafirowe oczy. Uśmiechnął się lekko, rozbawiony faktem, że w przyjaciołach nadal czaiła się drobna niepewność – w końcu to duże i zupełnie odmienne od Perrianu przedsięwzięcie. Errian jednak co do własnej części był całkowicie pewien.
Zajął miejsce przed fortepianem, położył nuty na podpórce i zaczekał, aż reszta orkiestry się ustawi, niektórzy jeszcze stroili swoje instrumenty. Gdy uznał, że już najwyższy czas, nacisnął pierwsze klawisze.
Muzyka popłynęła przez tłum, częściowo zagłuszając gwar i sprawiając, że sala przestała sprawiać wrażenie tak dusznej.

Na chwilę przed rozbrzmieniem pierwszych nut walca wokół atrakcji wieczoru zrobiło się ekstremalnie tłoczno. Charlotte została już pozbawiona pustego kieliszka po winie przez nadgorliwca, a teraz starała się skupić uwagę na gadce czerwonego jak burak szlachcica, który straszliwie się jąkał.
Najwyraźniej chciał, tak jak wcześniej kilkunastu, wybłagać u niej pierwszy taniec; jego wysiłki zostały przerwane przez nadejście gospodarza, który przepchnął się przez tłum. Charlotte tylko na to czekała, jednak nie dała po sobie nic poznać; przeniosła na mężczyznę uprzejmie zainteresowane spojrzenie, przechylając lekko głowę.
– Wypada, aby to gospodarz rozpoczął pierwszy taniec. Czy byłaby pani uprzejma mi towarzyszyć? – Ukłonił się nisko i wyciągnął do niej rękę; gdy uniósł głowę, na jego ustach pojawił się pewny siebie, zadowolony uśmiech.
Charlotte przymrużyła szare oczy i chwilę milczała; ta cisza zrodziła zdenerwowanie nie tylko u gospodarza, ale również tłoczących się dookoła mężczyzn. Każdy z nich miał ciągle cichą nadzieję, że zostanie wybrany.
Wreszcie malinowe wargi rozciągnęły się w wyjątkowo rozbawionym uśmiechu; kobieta podała dłoń gospodarzowi, a ten przesunął ustami po jej wierzchu.
– Z przyjemnością – odpowiedziała krótko, dając się poprowadzić na środek parkietu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz