Twardo ubita
dróżka wiła się między źdźbłami ciemnej w tym słabym oświetleniu trawy niczym
wąż wygrzewający brzuch na kamieniach rozgrzanych od słońca. Ponad ciemną linią
horyzontu wznosiło się granatowe niebo rozmigotane srebrnymi gwiazdami, przez
co zdawało się być jaśniejsze od całej okolicy. Drzewa, niczym pęknięcia na
gładkiej powierzchni, rozdzierały czarnymi konturami gładki firmament, stercząc
nieco przerażająco, tylko szelest liści łagodził widok. Wokół panowała cisza,
jedynie świerszcze cykały w trawie, balansując na kołyszących się łodygach.
Wtedy rozległ
się stukot kopyt, a zza zakrętu wyjechał ładny, niezbyt bogato zdobiony, jednak
elegancki powóz. Zaprzężony w dwa spokojnie kłusujące konie do pary przemierzał
energicznie półmrok, zwierzęta parskały i machały lekko głowami, strzygąc
uszami, bo z oddali napływał charakterystyczny gwar. Kawałek przed nimi, nie
najlepiej jeszcze widoczna, wznosiła się rozświetlona posiadłość, do której
najwyraźniej zmierzano.
Woźnica
wyprostował się na swoim miejscu, unosząc lejce w pewnym wahaniu, czy pogonić
gniade wierzchowce, czy je jednak wstrzymać. Po chwili nachylił się do
siedzącej obok niego osoby i mruknął coś do jej ucha, by turkot kół nie
zagłuszył słów. Towarzysz zmarszczył lekko czoło, obejrzał się na powóz, po
czym niechętnie skinął głową.
– Ostrożnie –
odezwał się jeszcze woźnica, kiedy drobnej postury chłopak wgramolił się na
dach pojazdu i ruszył na tyły.
Burknięcie
niezadowolenia służące za odpowiedź zostało zagłuszone hałasem robionym przez
konie oraz koła, ale nie wyglądało na to, by ostrzegany jakkolwiek się przejął.
Mimo tego woźnica trochę zwolnił, ułatwiając przedostanie się na koniec powozu
i zsunięcie się na stopień do stania dla bagażowych lub innych robotników,
których niekiedy zabierano do miasta, by wykonywali trudniejsze prace dla
pracodawców.
Gdy chłopiec
stajenny stanął na stopniu, uniosło się na niego groźne spojrzenie
bursztynowych oczu należących do niedużego zwierzątka podróżującego pojazdem na
gapę. Stworek wbił ostre pazurki w drewno, sugerując, że nie da się ściągnąć.
– Tylko nie
przeszkadzaj i nie daj się zobaczyć – ostrzegł go współpasażer głosem pełnym
irytacji, na co zwierzątko o lśniących łuskach puściło dym z nozdrzy.
Zasłonki w
niewielkich oknach powozu były zasunięte, nie wzbudzało to jednak niepokoju
mieszkańców miasta, gdy jeszcze chwilę temu pojazd przejeżdżał przez niezbyt
zatłoczone ulice. Szlachta zazwyczaj odgradzała się od ich świata, nie mogąc
znieść smrodu i odrazy prawdziwego oblicza miejscowości.
Gdy powóz podskoczył
na wystającym kamieniu, ktoś pochwycił zasłonkę, nim zafalowała i odsłoniła to,
co miała ukrywać, jednak tego nikt nie zauważył.
Tak naprawdę,
w środku było tłoczno.
– Nie mógłbyś
trochę schudnąć? Rozpychasz się – syknęła trochę zdenerwowana, trochę
przestraszona szatynka, sztyletując wzrokiem siedzącego obok niej młodzieńca.
Właśnie się o
nią otarł, co, jak wszyscy wiedzieli, było niedopuszczalne.
– Wybacz –
mruknął na to nieszczęśnik, wciągając jeszcze więcej powietrza, by się zrobić
trochę mniejszym i nie musieć oddychać. – Ściana nie chce być bardziej miękka.
Siedzący
naprzeciw srebrnowłosego problemu dziewczyny szatyn westchnął i wywrócił z
pewną irytacją oczami, odsłaniając fragment zasłonki, który znajdował się od
strony bardziej dzikiej niż strona druga. Wyjrzał na zewnątrz, a widząc starą
biedę – to znaczy dalej zarośla i drzewa – westchnął raz jeszcze.
– Młody,
przygotuj się, niedługo wyskakujemy – odezwał się inny mężczyzna, tym razem
brunet, szturchając siedzącego mu na jednej nodze drugiego czarnowłosego
chłopaka. – Nie będę cię wyciągał spod kół.
– Nie zajdzie
taka potrzeba – mruknął biedak, garbiąc się na nierówności, by nie przygrzać
głową w dach powozu. – Zresztą skąd wiesz?
– Nasz
stajenny jest na tyłach – odparł zapytany spokojnie. – Errian, dasz radę
otworzyć drzwiczki dla nas? – dodał, zwracając się do białowłosego, ściśniętego
młodzieńca.
– Dam –
stwierdził po prostu, sięgając dłonią do nieco rozklekotanej klamki.
Szatynka
odetchnęła głęboko, zerknęła na dwóch brunetów tak, żeby nie zauważyli, po czym
skupiła się na otwieranych drzwiczkach.
Do powozu
wdarł się chłodniejszy podmuch; dziewczyna uniosła wzrok na tego
rozsądniejszego ze swoich przyszłych towarzyszy, a zauważywszy, że skinął do
niej głową, wstała. Chwyciła się dłońmi framugi i wyjrzała na zewnątrz,
starając się opracować plan wyskoczenia z powozu. Wolałaby mieć miękkie
lądowanie i nie walnąć na dupę, generalnie.
Gdy powóz
wszedł w zakręt, natrafiła się idealna okazja; dziewczyna rozejrzała się
jeszcze, by upewnić się, że pozostanie niezauważona. Wreszcie zacisnęła wargi i
odbiła się od schodka.
Udało jej się
w miarę bezpiecznie i zgrabnie wylądować za ciernistym krzakiem; siedzące na
tyłach powozu stworzonko przyglądało się jej uważnie i wysłało zaklęciem lekki
podmuch wiatru, który pomógł jej utrzymać równowagę. Przykucnęła w miejscu, w
którym powinna pozostać niezauważona tak przez podróżujących następnymi
pojazdami, jak przez ludzi w rezydencji, i poczekała na kompanów.
Panowie
dołączyli do niej chwilę później, z czego jeden przeturlał się po ziemi w
sposób nadzwyczaj nieskoordynowany i wyhamował dopiero w sporym zagłębieniu
terenu, a drugi dokonał manewru sprawniej od towarzyszki.
Skinął jej
głową, widząc, że jest cała, podszedł do ostatniego kompana i pomógł mu wstać,
z niezadowoleniem otrzepując mundur gwardzisty z kurzu oraz źdźbeł trawy.
Nie odzywając
się słowem, wskazał trasę, którą mieli pokonać do posiadłości, potem natomiast
sam ruszył przodem, poruszając się tak, jakby nie dotykał stopami ziemi –
właściwie bezgłośnie.
Powóz
tymczasem jechał dalej, konie posłusznie podążały za poleceniami woźnicy, a
chłopiec stajenny przeczesywał czujnym wzrokiem otoczenie, jakby spodziewał
się, że rosnące w ciemności drzewa zaraz się na niego rzucą. Na ramionach
pojawiła się mu gęsia skórka, zgarbił się i mocniej przywarł do tylnej ścianki
powozu, zamykając na kilka chwil oczy dla zebrania sił.
W środku
natomiast zrobiło się zdecydowanie luźniej, co chyba z największą ulgą przyjął
srebrnowłosy młodzieniec. W końcu nie musiał się bać, że dotknie wrażliwą
koleżankę i spowoduje napad jej paniki.
– Nie daj
ciała, dzieciaku – odezwał się milczący do tej pory szatyn, zerknąwszy na
towarzysza z pełnym przekąsu uśmieszkiem.
– Nie dam –
odparł spokojnie, wzruszając ramionami.
– Poczekamy na
twoje wkroczenie. Musisz odwrócić uwagę zebranych, pamiętaj – ożywiła się wtedy
brunetka do tej pory podziwiająca wystrój pojazdu.
– Pamiętam.
Spokojnie. Tyle informacji mój umysł naprawdę jest w stanie przyswoić –
postanowił koleżankę uspokoić, uśmiechając się do niej. – W odwracaniu uwagi
też nie jestem znowu taki najgorszy.
– Wybacz –
pokajała się krótko kobieta i westchnęła cicho.
Nikt jej nie
odpowiedział, więc podróż kontynuowali w napiętej ciszy.
Wreszcie konie
zwolniły do stępa, a po przejściu kilku metrów zatrzymały się, mieląc wędzidła
w pyskach. Woźnica mruknął ciche „prr” i trzymał napięte lejce, by zwierzęta
nie poruszyły się, gdy podróżnicy będą opuszczać pojazd. Powóz zakołysał się
lekko, gdy ktoś zeskoczył z tylnego schodka, w następnej chwili drzwiczki
zostały otworzone, a podróżników powitało poirytowane spojrzenie granatowych
oczu.
Nie odzywająca
się całą podróż rudowłosa kobieta podniosła się z siedzenia i wyszła z pojazdu,
korzystając z pomocy lokaja wystrojonego w elegancki mundur. Zerknęła
mimochodem na chłopca stajennego, a ten zazgrzytał zębami i ukłonił się z
wyraźnym zażenowaniem, pochylając głowę tak, by broń Silthe nie spadła mu z
głowy odświętna czapka.
Kobieta jednak
już nie zwracała na niego uwagi; wyprostowała się z dumą i uniosła brodę,
zagarniając na plecy gęste, lśniące w blasku pochodni i lamp włosy. Zatrzymała
się tuż przed szerokimi schodami z białego kamienia i zerknęła przez ramię na
towarzyszy, czekając, aż do niej dołączą.
Stojący na
szczycie schodów strażnicy przyjrzeli się jej uważnie, jednak nie poruszyli się
nawet o milimetr.
Zaraz
nieopodal niej pojawiła się jeszcze jedna kobieta – brunetka – oraz mężczyzna –
szatyn. Kiedy wysiedli z pojazdu, podał towarzyszce ramię, uśmiechając się do
niej sympatycznie, na co ona, po ledwie ułamku sekundy wahania, także uniosła
kąciki ust, przyjmując jego rękę.
Dołączyli do
rudowłosej z pogodnymi minami, jakby bardzo cieszyła ich perspektywa udania się
na bal. Ponieważ cała trójka zdawała się być w pewien sposób egzotyczna, to
przykuwała uwagę tych, którzy także udawali się do posiadłości – dzięki temu
nikt nie zerknął nawet na udającego się na tyły budynku srebrnowłosego
młodzieńca.
Chłopiec
stajenny, poprawiwszy zsuwającą się czapeczkę, popatrzył na plecy przywiezionych
powozem osób i wycofał się na swoje miejsce, machnąwszy z irytacją do woźnicy.
Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem i pozwolił koniom ruszyć, co te uczyniły z
wielką ochotą. Powóz odtoczył się za posiadłość, robiąc miejsce dla kolejnych
przyjezdnych.
Natomiast
niecodzienna trójka ruszyła do wejścia.
Tuż przed
imponującymi, szeroko otwartymi drzwiami zatrzymali ich strażnicy; jeden z
nich, wysoki mężczyzna o posępnym spojrzeniu, przyjrzał się nowym gościom, by
po chwili zerknąć na stojącego przy pulpicie lokaja. Ten prezentował się dużo
sympatyczniej; siwe włosy miał elegancko zaczesane do tyłu, na twarzy zaś
niewymuszony, grzeczny uśmiech.
– Państwa
godność? – zapytał miłym dla ucha głosem, biorąc do ręki czekające na użycie
pióro i zawieszając je nad listą gości.
– Loren von
Estrille – przedstawił się szatyn, zerkając krótko w oczy lokaja, by zaraz
przenieść spojrzenie na brunetkę – moja siostra Elissa von Estrille – gdy lokaj
kiwnął głową i odhaczył nazwiska na liście, mężczyzna zerknął na rudowłosą – i
nasza kuzynka, Charlotte li’Ardelle.
Lokaj
pobłądził spojrzeniem po liście, przesunął ją nieco na pulpicie i wreszcie
odnalazł podane nazwisko; w tym czasie kobieta nie zdradziła jakiejkolwiek
obawy, stała spokojnie, pewna, że znajduje się na spisie gości.
Strażnicy
odprężyli się, gdy lokaj ukłonił się i wskazał drzwi zapraszającym gestem.
– Bardzo
proszę, życzę państwu udanego wieczoru – rzucił, już kierując spojrzenie na
kolejnych gości.
Powitał ich
swoim ogromem jasny hall. Ściany oraz posadzkę wykonano z dokładnie
wypolerowanego kamienia, przez co można było się w nim przeglądać, a przy
okazji tak jasnego, że samą swoją obecnością zdawał się rozświetlać
pomieszczenie i eleganckie, choć całkiem skromne żyrandole wcale nie stanowiły
już niezbędnego wyposażenia.
Wszystkie
boczne drzwi były zamknięte i niemalże niewidoczne wśród obrazów, rzeźb oraz
waz, które zdobiły hall niczym dumna wizytówka właściciela. Na samym końcu
korytarza znajdowały się szerokie schody wykonane z ciemnobrązowego drewna, z
elegancko rzeźbionymi poręczami, prowadzące na półpiętro, gdzie czekali kolejni
sztywno wyprostowani lokaje. Przypominało to trochę wejście do domu Erriana,
choć rezydencja Souenów przy tej posiadłości wypadała dziwnie blado oraz
skromnie.
Nowi goście
ruszyli raźnym krokiem w jedyną możliwą stronę, panie prowadzone przez jedynego
mężczyznę w towarzystwie ledwie kilkoma zerknięciami uraczyły przepych, w jakim
się znalazły, jakby widywały coś takiego na co dzień.
Sprawnie, choć
bez pośpiechu wspięli się po schodach, obie kobiety musiały lekko unieść
suknie, by nie przydepnąć skrawka materiału. Gdy dotarli na szczyt, lokaje
drgnęli i otworzyli spore, jaśniejsze od schodów drzwi, wpuszczając nowych
gości do sali balowej.
Znaleźli się
na szczycie kolejnych schodów, górując ponad wielkim, wypełnionym
różnokolorowymi strojami oraz ich właścicielami pomieszczeniem. Pilnujący
wchodzących kamerdyner skłonił się przed nimi, zapraszając gestem do zejścia do
pozostałych przybyłych, na co rudowłosa kobieta skinęła krótko głową.
Znów ruszyli,
jeszcze wolniej niż przed chwilą, pozwalając sobie na niezbyt nachalne, ale
pełne ciekawości spojrzenia rzucane całej sali. Spojrzenia z pozoru bezcelowe,
wywołane podziwem.
– Szlachta ma
naprawdę nasrane w głowie – odezwał się w tym momencie półgłosem mężczyzna, w
jego oczach na chwilę zagościła tak pasująca do niego dezaprobata. –
Wchodziliśmy po schodach, żeby teraz zejść z powrotem na parter.
– Sher –
mruknęła karcąco brunetka, zerknąwszy krótko na towarzysza z pewnym jakby
rozbawieniem, nawet uśmiechnęła się lekko.
– Wybacz,
siostrzyczko – pokajał się niezbyt wiarygodnie, by zaraz posłać jej radosny,
bardzo ciepły uśmiech, co znowu na chwilę kobietę zdezorientowało.
Musiała
przywyknąć, jeśli nie chciała, by cały misterny plan wziął w łeb. Na razie szło
im doskonale, dlatego postanowiła na chwilę zapomnieć o metamorfozie towarzysza
i skupić się na całej pełnej przepychu sali balowej.
Srebrnawa
posadzka błyszczała niemal tak mocno, jak w hallu, odbijając wyraziste światło
z wiszących pod łukowatym sklepieniem szklanych żyrandoli. Wszystkie były
dwukrotnie większe od tych, które widzieli w przejściu, i zdawały się tak samo
zbędne, ponieważ sala sprawiała wrażenie, jakby promieniowała wewnętrznym
światłem.
Po stronie ich
lewej ręki ciągnął się rząd okien wychodzących na pogrążone w ciemności pola,
na drugim końcu komnaty natomiast znajdowało się aktualnie puste podwyższenie
dla orkiestry. Nikt na razie nie grał i nikt nie tańczył, czekając, aż goście
się zjadą. Po prawej stronie, pod tarasami odchodzącymi od szczytu schodów, po
których schodzili, znajdował się stół z przekąskami.
Jedzenia było
tam tyle, że dałoby się nasycić nim przynajmniej na jeden dzień całą miejską
biedotę, tylko kto by się tym przejmował. Goście rozmawiali ochoczo, pogryzając
kanapki oraz popijając drogim, ale dość słabym winem.
Same tarasy
podpierały smukłe kolumny w porządku korynckim, których głowice zdobione były w
liście, kwiaty oraz pnącza, w odpowiednio dużej ilości dla podkreślenia
bogactwa gospodarzy.
– Mężczyzna lat
trzydzieści, organizator balu, z pewnością będzie w towarzystwie ochrony i z
pewnością już najwięcej wypił – wyrecytowała brunetka chwilę przed tym, jak
znaleźli się na samym dole schodów i zagłębili się między uśmiechniętych gości.
Wzbudzili
niemałą sensację; dla przyzwyczajonej do tych samych, znajomych twarzy i zbyt
często powtarzanych plotek elity trójka pięknych, nieznajomych bogaczy była
niczym powiew świeżego powietrza w duszny dzień. Z każdym krokiem postawionym
bliżej środka sali pojawiało się coraz więcej szlachciców chcących zapoznać się
z tajemniczymi gośćmi. Zapatrzeni na dwie kobiety mężczyźni zapominali o swych
żonach, które, podziwiając towarzyszącego im nieznajomego, nie miały mężom tego
za złe.
Podczas gdy
Loren i Elissa grali przyjaznych, sympatycznych i odpowiednio wychowanych
arystokratów, Charlotte mogła pozwolić sobie na pozostanie egzotyczną, owianą
nutką tajemnicy postacią, która rzucała tylko przeszywające spojrzenia i
uśmiechała się w pociągający, lecz trudny do zinterpretowania sposób.
Służba na
wyraźne życzenia szlachciców pragnących względów nieznajomej trójki podstawiała
im talerze z najróżniejszymi smakołykami: gorącymi bułeczkami pieczonymi z
odrobiną daktyli, jabłek i pomarańczy, pasztecikami z dzików, zajęcy i
egzotycznych pustynnych stworzeń o trudnej do powtórzenia nazwie, którą każdy z
obecnych wymawiał inaczej, ale zawsze niepoprawnie, pszenne placuszki z
miodowo-migdałową polewą, tak gorące, że parzyły w palce, łabędzinę duszoną w
sosie brzoskwiniowym i wiele innych potraw, na które Charlotte nawet nie miała
okazji zerknąć.
Z
wdzięcznością przyjęła jednak kieliszek słodkiego wina o cyrrolijskim
pochodzeniu, bursztynowej barwie i śliwkowym posmaku. Akurat oblizywała wargi,
delektując się smakiem trunku, gdy tłum powoli zaczął rzednieć. Gospodarz
postanowił zaszczycić trójkę będącą sensacją tego balu osobistym powitaniem.
Choć podpity,
mężczyzna prezentował się całkiem przystojnie, co Charlotte przyjęła z
niewypowiedzianą ulgą. Otaczał go wianuszek słodko uśmiechniętych, wdzięczących
się przy każdym kroku panienek z dobrych domów i wystrojonych mężczyzn
próbujących wdać się w łaski. W tłumie koronek, ostrych barw i błyszczących
klejnotów ginął poważny mężczyzna o bystrym spojrzeniu, ubrany w prosty, szary
strój.
Obrońca – zorientowała się rudowłosa
natychmiast, poświęcając mu tyle uwagi, by nie stało się to podejrzane.
Przeniosła
spojrzenie podkreślonych czarną kreską, kocich oczu na gospodarza; ten
podchwycił jej wzrok i zatrzymał się na chwilę, gdy uniosła kącik ust w bardzo
pewnym siebie, słodkim uśmiechu. Gdy znów ruszył w ich stronę, nieco
przyspieszył kroku; poświęcił ledwie chwilę na przyjrzenie się pozostałej
dwójce, zaintrygowany nietypową szlachcianką.
Loren i Elissa
ledwie wymienili spojrzenia; kobieta uśmiechała się lekko, niemalże
niewidocznie, ale mężczyzna to dostrzegł. Zignorował jednak subtelną prowokację
siostry i z pełną uprzejmością oraz naprawdę powalającym urokiem osobistym
przyjął towarzystwo młodych dziewcząt, z godnością godząc się na tymczasowe
zabawianie panienek.
Elissa dopiła
własne wino, postawiła pusty kieliszek na tacy przechodzącego obok kelnera i z
uśmiechem pozwoliła się przywitać starszemu małżeństwu. Nawet dygnęła, i to
wyjątkowo zgrabnie, za co pochwaliła się zadowolona w myślach. Nie sądziła, że
nie wyszła z wprawy.
Dostrzegła
uważne, czujne spojrzenie, jakim obdarzył Charlotte obrońca gospodarza.
Zastanowiła się krótko, czy niezwykłość sytuacji go zaniepokoiła, czy zrobił to
odruchowo, bo zawsze to czynił. Potem z uśmiechem ruszyła w swoją stronę, jakby
straciła zainteresowanie towarzystwem i chciała zapoznać się bliżej z inną
grupką szlachciców.
Po drodze
napatoczył się kelner; zatrzymała się pospiesznie, by w niego nie wpaść, przez
co potrąciła ramieniem obrońcę. Udało się jej nawet stracić równowagę – w tych
cholernych obcasach nie było to trudne – by zaraz unosić spłoszony wzrok na
mężczyznę, na którego ramieniu pozwoliła sobie się oprzeć.
– Serdecznie
przepraszam – tchnęła zakłopotana, chwilę spoglądając prosto w jego oczy, by zaraz
spuścić skromnie spojrzenie.
Dzięki temu
zdołała zauważyć, że Loren zacisnął lekko dłoń w pięść, ledwie na moment,
zerknąwszy na Charlotte i gospodarza. Spróbowała się nie uśmiechnąć z
rozbawieniem i udało się jej. Wiedziała, że ich towarzysz sobie poradzi, choć
będzie to próbą dla jego zaborczego charakteru.
– Bardzo się
cieszę, że udało się państwu dotrzeć na mój bal. Jak wiem, przybyliście z
daleka – zaczął uprzejmie gospodarz, póki co odwracając spojrzenie na młodego
szlachcica.
Podług
tutejszych zasad za kobiety odpowiadał towarzyszący im mężczyzna; dopiero gdy
on odpowiedział na przywitanie, miały prawo zabrać głos. Jedna z nich już się
oddaliła, ale ta, która go interesowała, nie ruszyła się z miejsca;
przysiągłby, że go obserwowała, czuł na sobie spojrzenie jej niezwykłych oczu,
choć zdawała się patrzeć w inną stronę.
Charlotte znów
zatopiła wargi w słodkim, choć nie mdłym winie, obserwując sytuację i czekając,
aż jej towarzysz odpowie na przywitanie. Nie wyglądała na zachwyconą takim
obrotem spraw, jakby nie przywykła do bycia pod opieką mężczyzny, ale pogodziła
się z tutejszymi zasadami i zachowała milczenie.
Gospodarz nie
mógł powstrzymać się od rzucenia jeszcze jednego spojrzenia w jej stronę; nie
zdołał uchwycić szarych oczu, a jednak kącik malinowych, kuszących ust się
uniósł.
Jasna cholera,
wiedziała, że się w nią wpatrywał. Nie on jeden, co nieco go poirytowało.
Większość przebywających w pomieszczeniu mężczyzn miała ochotę skosztować
czegoś nowego, a czy to miałaby być brunetka, czy ruda, to już było obojętne.
Obrońca nie
wyglądał na zbyt zaskoczonego; zdążył położyć dłoń na jej łopatkach i
przytrzymać ją, by pomóc utrzymać równowagę. Gdy spojrzał w oczy kobiety,
zmarszczył czoło, ewidentnie analizując sytuację, jakby doszukiwał się pułapek
i podstępów.
– Nic się nie
stało – powiedział poważnie, wręcz oschle, niemalże prosząc o natychmiastowe
oddalenie się i nie zawracanie mu głowy.
Cofnął dłoń i
spojrzał na kobietę z góry; po chwili, gdy spuściła spłoszona wzrok,
zreflektował się. Przecież to była młoda szlachcianka, która zwyczajnie
straciła równowagę, wszędzie doszukiwał się spisków. Może się starzeje.
– Powinna pani
bardziej uważać – dorzucił już mniej chłodno.
Na posępnej
twarzy pojawił się delikatny, lecz ciepły uśmiech.
Loren popatrzył
na gospodarza i w momencie, kiedy zdawało się, że coś jest nie tak, uśmiechnął
się pogodnie, skinąwszy do rozgadanych panienek, które go otoczyły, by móc
dojść do głosu. Wyglądał na zadowolonego oraz radosnego.
– Podróż była
męcząca, to prawda – odpowiedział uprzejmie, przymrużając nieco łobuzersko
oczy. – Wyobraża sobie pan nieprzerwane towarzystwo dwóch rozgadanych kobiet, z
czego jedna jest siostrą, druga kuzynką? Istna katorga – podsumował i tym razem
posłał uśmiech Charlotte.
Uśmiech o
dwóch dnach, ale przecież nikt nie musiał o tym wiedzieć, prawda? Jeszcze
wysilił się, błądząc spojrzeniem za swoją siostrą, a upewniwszy się, że jest
cała – czy z jakiegokolwiek powodu szuka się siostry – powrócił
zainteresowaniem do gospodarza.
Siostra nadal
będąca w całości najpierw lekko się skuliła, słysząc ten nieprzyjemny ton, ale
kiedy głos się ocieplił, niepewnie na mężczyznę spojrzała. I zaraz uśmiechnęła
się, choć bardzo nieśmiało.
– Postaram
się. Wyjątkowo dużo gości się zjechało – mruknęła na swoje usprawiedliwienie,
odgarniając kilka kosmyków niesfornych włosów za uszy. – I służba wyjątkowo
dokładnie wypolerowała posadzkę – dodała jakby rozbawiona, by zaraz się
zmieszać, że pozwoliła sobie na tak otwarty, niemalże przyjacielski komentarz w
odniesieniu do kogoś, kogo nie znała.
Gospodarz
zaśmiał się lekko i dźwięcznie, a jego świta posłusznie mu zawtórowała.
Panienki, którym udało się przedrzeć jak najbliżej Lorena, zawachlowały
przedłużanymi henną rzęsami.
– Nie wygląda
pani na szczególnie gadatliwą – zauważył gospodarz, obracając się w stronę
Charlotte.
Najpierw
odpowiedziało mu przeszywające spojrzenie szarych ocząt, które błysnęły
rozbawieniem. Nim zdążył otrząsnąć się z piorunującego wrażenia, jakie robiła
kobieta, ta odpowiedziała:
– I nie
jestem. Mój kochany kuzyn musi na kogoś zrzucić swoje winy; całą drogę paplał
jak najęty – przyznała, posyłając Lorenowi wyzywający uśmiech.
Jej komentarz
wzbudził jeszcze większą wesołość gospodarza, który powiódł zaciekawionym
spojrzeniem od jednego do drugiego z młodych szlachciców.
Charlotte znów
zapatrzyła się gdzieś w dal; zerknęła ku podwyższeniu dla orkiestry, gdzie jej
członkowie właśnie zasiadali na swoich miejscach i szykowali się do rozpoczęcia
gry. Kobieta zatrzymała spojrzenie na białowłosym pianiście, ten jednak
wyglądał na zbyt zafrapowanego kartkowaniem nut, by zwrócić na nią uwagę.
Obrońca
przyjrzał się swej rozmówczyni uważniej, jakby czegoś w jej twarzy szukał.
Wreszcie uśmiechnął się bardziej widocznie, nawet z pewnym rozczuleniem.
– Nie powinna
pani marnować czasu na nic nieznaczącego nudziarza; młodzi bogacze nie mogą się
doczekać rozmowy z panią – zauważył spokojnie, znacząco zerkając na ustawionych
w kolejce za jej plecami mężczyzn.
Nie chciał
wzbudzać zazdrości wśród rozpieszczonej szlachty, zresztą nie był tutaj dla
rozrywki, nawet tak uroczej.
Ledwie
zauważalnie rozejrzał się dookoła; odnalazłszy swego pana pogrążonego w
pogawędce z pozostałą dwójką niesamowitych gości i otoczonego świtą, obrońca
odetchnął lekko.
Loren nie
wyglądał na zbitego z tropu, nadal się serdecznie uśmiechał, spoglądając przez
chwilę na Charlotte z trudnym do zdefiniowania wyrazem oczu. Wreszcie
przekrzywił głowę, a uśmieszek stał się bardziej łobuzerski.
– Nie udawaj
już takiej niewinnej, zołzo – zaproponował swobodnie, szczerząc pogodnie zęby,
choć przez dość krótki moment. – Tylko podać jej odpowiedni temat, a prędzej
zagada na śmierć niż przyzna człowiekowi rację – podsumował z niezachwianą
pewnością, zaraz kierując zainteresowanie do jednej z panienek, która wesoło mu
odpowiedziała.
Choć komentarz
był na tyle cichy, że właściwie słyszalny tylko dla stojących najbliżej Lorena,
to wyraźnie okazał się zabawny, bo młodzieniec roześmiał się szczerze i
przytaknął ochoczo, przymrużając oczy.
– O nie –
mruknęła z pewnym rozbawieniem Elissa, zerknąwszy przez ramię na czekające na
nią towarzystwo. – Tylko nie oni, za bardzo przypominają mojego głupiego brata
– uznała, ukradkiem przemykając na bok w ten sposób, żeby częściowo schować się
za obrońcą. – Och – zmartwiła się nagle, rezygnując tym samym z sięgnięcia po
kieliszek wina. – Jeszcze panu głupio głowę zawracam. Przepraszam – wycofała
się szybko, uśmiechając się z pewnym spłoszeniem, i ostatecznie opuściła
bezradnie ręce wzdłuż ciała.
Ledwie na mgnienie
oka przesunęła spojrzeniem po sali, docierając do podwyższenia dla orkiestry.
Uchwyciła błękitne oczy pianisty, młodzieniec uśmiechnął się lekko, spokojnie
zasiadając przed okazałym instrumentem.
Wśród gwaru
rozmów szlachty rozbrzmiały pierwsze nuty wygrywanej melodii, zalewając
pomieszczenie orzeźwiającą falą dźwięków.
Dostanie się
na pozycje było proste. Z całkowitą pokorą – bądź spokojem w przypadku
niektórych – wysłuchali reprymendy przełożonego, który nie wydawał się
zadowolony ich spóźnieniem do pracy. Natychmiast odesłał ich do ostatniego
wyjścia; szczęśliwie złożyło się tak, że akurat bardzo im ono pasowało.
Caleb
zamierzał nawet ukradkiem, w razie potrzeby, wymienić się z kumplem po fachu
strzeżonymi drzwiami, tak cichaczem, w końcu takie rzeczy też się zdarzały, ale
tym razem nie musieli. Dlatego teraz mogli wraz z Aidanem ustawić się w
strategicznych pozycjach, wyprostować się i zacząć wyglądać groźnie.
No, chłopak
mógł zacząć próbować tak wyglądać.
Cisza panująca
w ich okolicy aż przytłaczała – przed nimi przepływał wielokolorowy tłum
szlachty, kobiety się śmiały, mężczyźni rozmawiali głośno, gestykulując
energicznie, kelnerzy lawirowali wśród gości z przyklejonymi do ust sztucznymi
uśmiechami. Wszystko wyglądało przedziwnie z tej perspektywy, jakby przez
przeszkloną barierę patrzyli na inny świat.
Caleb szybko
upewnił się, że drzwi nie są zamknięte na klucz. Nie były.
– Myślisz, że
sobie poradzi? – mruknął wreszcie Aidan, nie wytrzymawszy napięcia oraz
nieprzyjemnego milczenia. – Tu jest tyle ludzi.
– Mówiłem jej,
żeby nie oddalała się w tłum – odparł całkowicie spokojnie myśliwy, wracając na
opuszczoną na moment pozycję. – Ma kręcić się na obrzeżu, żeby za wielu gości
się nią nie interesowało. Zresztą szlachta nie jest aż tak skupiona na ładniejszej
służbie, ktoś inny zrobił furorę – dodał, przeczesawszy spojrzeniem tłum.
– Ale i tak –
uparł się zmartwiony chłopak, spuszczając lekko głowę.
– Wyprostuj
się, strażniku – zganił go mocniejszym głosem Caleb, na co Aidan podskoczył
nerwowo i łypnął na towarzysza z niezadowoleniem.
– Jesteś
okropny – poskarżył się i westchnął ciężko, niechętnie powracając do grania
roli stoicko spokojnego strażnika, który ma wszystko pod kontrolą.
Kilkanaście
metrów dalej drobniutka kelnerka zgrabnie lawirowała między gośćmi,
umożliwiając sięgnięcie po pyszne przekąski i nie odzywając się zbytnio. Ot,
zapytana, odpowiadała, z czym są krokieciki i że wzięcie kilku naraz nie jest w
złym tonie, poza tym spuszczała grzecznie wzrok i uśmiechała się nieśmiało,
kiedy było to potrzebne.
Raz, zupełnie
przypadkowo, trafiła w gęsty tłum szlachciców, wykazała się jednak odpowiednią
zwinnością i nikogo nie szturchnęła, na nikogo nie wpadła i wyszła z tego cało;
poza tym trzymała się raczej ubocza.
I to ją
zgubiło. Bal był wydany na nowoczesną modłę – długi stół z przekąskami, ale
brak jako takiej uczty; dużo tańców, które zastępowały minstreli, błaznów i
tresowane niedźwiedzie. Niestety, nie wszyscy goście byli zaznajomieni z takim
rodzajem świętowania – ci, którzy pochodzili z odleglejszych i bardziej
zacofanych krain, tęsknili do upijania się piwem i winem za dębowym stołem,
rechotania ze sprośnych żartów, śpiewania na cały głos zbereźnych piosenek,
obserwowania walk karłów i chwytania za krągłości uzupełniające zapasy jedzenia
kobiety.
Większość z
nich, nie mogąc odnaleźć się w atmosferze wyższości i kultury, natychmiast
sięgnęła po alkohol – solidnie upici pomimo wczesnej godziny mężczyźni trzymali
się ścian i kolumn. Ci, którym się poszczęściło, znaleźli już sobie chętne panienki
do towarzystwa i zabawiali się w bardziej skrytych miejscach sali, inni szukali
albo kobiet, albo wina.
– Panieneczko,
podejdź no tutaj! – zawołał bełkotliwym głosem szeroki, czerwony na twarzy
mężczyzna, kiwając dłonią do przechodzącej obok kelnerki.
Ta zerknęła w
jego stronę z wyraźnym strachem, po chwili wahania spełniła jednak polecenie i
zbliżyła się. Mężczyzna sięgnął po dwa krokiety i wepchnął je sobie naraz do
ust, po czym odesłał ją kolejnym gestem ręki.
Dziewczyna
westchnęła z ulgą i odwróciła się, by odejść, gdy mężczyznę niespodziewanie
naszła ochota na klepnięcie ją w tyłek. Pisnęła, odskoczyła i zupełnie
niechcący wpadła na przechodzącego nieopodal arystokratę.
– Przepraszam!
– wykrztusiła z siebie, rumieniąc się i spuszczając wzrok w podłogę.
Jej pokora nie
udobruchała potrąconego, który spojrzał na nią z wyraźną dezaprobatą.
– Widziałby
kto, tak niezdarna służba nie powinna otrzymywać wynagrodzenia – oznajmił
zimno, nim oddalił się w swoją stronę.
Dziewczyna
wzdrygnęła się, westchnęła cichuteńko i już miała zacząć zbierać z ziemi
upuszczone krokieciki, gdy ktoś chwycił ją za ramię żelaznym uściskiem i
obrócił przodem do siebie.
Główny kelner
popatrzył jej w oczy z niekrytą wściekłością. Był rosłym, poważnym mężczyzną,
któremu drgał kącik wykrzywionych w grymasie ust.
– Chodź ze mną
– warknął, po czym szarpnął ją w bliżej nieznaną stronę.
Nie mogąc nic
zrobić, dziewczyna posłusznie poszła za nim, powstrzymując się od jęku z bólu,
który odczuwała w nadgarstku.
Zatrzymał ją
przy tylnych drzwiach poza zasięgiem wzroku gości. Nie wypadało karać służby na
widoku, trzeba było zachować pozory.
Gdy tylko
dziewczyna stanęła i opuściła głowę, czekając na reprymendę, kelner wziął
zamach i uderzył ją w policzek otwartą dłonią. Siła ciosu odchyliła jej głowę w
drugą stronę, a na skórze pojawił się jasnoczerwony ślad. Mężczyzna uniósł dłoń
po raz drugi.
– Co ty sobie
wyobrażasz?! – ryknął głośno, aż naszła go obawa, że mógł zostać usłyszany na
sali. – Goście mogą cię podrywać, macać, całować i wsuwać ci dłonie pod
ubranie, a ty nie masz prawa się ruszyć! Jeszcze na niego wpadłaś. Czy ty,
głupia suko, wiesz, na kogo wpadłaś? To tutejszy lord! Bez jego pomocy nasz pan
nie spłaciłby wielu długów, należy się mu szacunek! A ty, kurwa, mu się naraziłaś.
Powinienem cię sprać na kwaśne jabłko, ale mamy niedobór służby. – Mężczyzna
zniżył głos do nieprzyjemnego warkotu, po czym na odlew uderzył kelnerkę po raz
kolejny, tym razem w drugi policzek, żeby równo puchła.
Dziewczyna
pobladła i otworzyła szeroko przerażone oczy, ale nie odezwała się słowem.
Zagryzła boleśnie wargę i zniosła tak obelgi, jak ciosy z godnym podziwu
spokojem; wyglądała tylko na bardziej przestraszoną niż powinna. Postanowiła to
znieść.
Pilnujący
wyjścia strażnicy z godnym podziwu spokojem sceny znieść nie potrafili,
zwłaszcza w przypadku jednego. Wyraźnie młodszy od towarzysza chłopak aż
podskoczył, ale nim otrząsnął się z szoku, padł drugi cios. Wtedy już nie
wytrzymał, chwycił rękojeść miecza i rozjuszony ruszył w stronę kelnera oraz
kelnerki.
Aż sapnął
ciężko, kiedy chwyciła go za ramię dłoń kompana i bezlitośnie szarpnęła w tył.
Zatoczył się, całkowicie zaskoczony, wpadł plecami na ścianę i stęknął. Nie
odważył się jednak buntować, poczuwszy na sobie miażdżące, karcące spojrzenie mężczyzny.
– Tak, odrąb
mu głowę, na pewno wszyscy wyjdziemy z tego cało – syknął do chłopaka strażnik,
mrużąc oczy, potem natomiast towarzysza porzucił i skierował się do uczestników
nieprzyjemnej scenki.
Jego młodszy
kompan potarł obite ramię i łypnął morderczo na kelnera, w myślach dokonując na
nim krwawego, okrutnego mordu.
Wszystko
wszystkim, ale podnieść rękę na kobietę? Żeby mu tę rękę, powiedzeniem pewnej
znanej mu wiedźmy, urwało przy samej dupie, no naprawdę.
– Jakiś
problem? – zainteresował się uprzejmie starszy strażnik, podchodząc do
mężczyzny i dziewczyny.
Temu
pierwszemu posłał nieco dziwny uśmiech, ustawiając się tak, że częściowo wsunął
się jednym ramieniem między kata a ofiarę. Bursztynowe oczy zastygły w
chłodnym, niepokojąco spokojnym wyrazie.
Kelnerka
zmrużyła powieki z wyraźnym niezadowoleniem, co prawdopodobnie zdziwiłoby
głównego kelnera (no bo jak to tak, facet niczym rycerz z bajki staje w jej
obronie, a ta zła?), gdyby poświęcił jej choć trochę uwagi. Skupił jednak swoje
zainteresowanie na strażniku, wyraźnie zbity z tropu. Nie usłyszał nawet, jak
dziewczyna wymamrotała pod nosem „daję sobie radę”.
– Niektórzy
nie wiedzą, jaka ich rola i gdzie ich miejsce – odpowiedział strażnikowi dość
dwuznacznie, unosząc na niego nadal poirytowane spojrzenie.
Jego
interwencja zatrzymała jednak falę wściekłości; był taki moment, że przestał
nad sobą panować, teraz odzyskał trzeźwość myślenia. Zerknął przez ramię na
służkę, wydymając wargi.
– Wiesz, co
będzie, jeśli to się powtórzy – ostrzegł ją. – Goście mogą z tobą robić co im
się żywnie podoba.
Uznając, że
sprzeczki ze strażnikami, którzy najwidoczniej lubią mieszać się w nie swoje
sprawy, mogą przynieść mu wyłącznie straty, odszedł. Miał jeszcze całą resztę
durnej służby do ogarnięcia, niestety.
– Jasne,
możesz jeszcze parę policzków zebrać, dobrze ci idzie nadstawianie ich – odparł
jej spokojnie, kiedy mężczyzna już się oddalił. – Wydawało mi się, że nie
jesteś tu w roli szlacheckiego i nieszlacheckiego worka treningowego,
najwyraźniej mój błąd – dodał, przenosząc na nią niezadowolone spojrzenie.
Chwilę jeszcze
przyglądał się jej z dezaprobatą, po czym westchnął, przymykając oczy.
Wyglądał, jakby szukał w sobie trochę więcej siły i cierpliwości – mieć dwa
dzieciaki pod opieką? Katorga.
Zerknął na
przestępującego z nogi na nogę Aidana.
– Zresztą
gdybym tu nie przyszedł, młody schrzaniłby całą przykrywkę. Nie zbliżaj się już
do tych pijanych mężczyzn, tam masz ładne panie do obsługiwania – dodał,
kiwając głową w daną stronę, choć nawet raz tam nie zerknął. – Jeszcze chwila,
Errian już wchodzi na podwyższenie – oznajmił po krótkim milczeniu,
przesunąwszy spojrzeniem po zatłoczonej sali balowej.
Aidan dalej
niecierpliwie czekał, aż któreś z dwójki przyjdzie i powie, czy wszystko w
porządku. Wyglądało, jakby zaraz miał wyjść z siebie i stanąć obok – tego to by
Caleb już na pewno nie zniósł.
– Bo ja się
rzeczywiście prosiłam! – warknęła natychmiast, mrużąc powieki.
Nagle wyszło
szydło z worka, posłuszna kelnereczka zamieniła się w małą, ciskającą z oczu
gromy bestię.
– Trzeba było
ogarnąć Aidana, naprawdę tak trudno jest ci powstrzymać chłopaka od głupot? I
się nie mieszać, bo teraz też przykrywka mogła się schrzanić; widziałeś minę
tego gościa?
Powstrzymała
słowotok, odetchnęła głęboko i mruknęła pod nosem coś pozbawionego większego
sensu. Postanowiła się nie tłumaczyć, że została zawołana, że nie mogła tak po
prostu tego zignorować, że przecież zniosła obelgi i zaraz wróciłaby do roboty;
niech sobie myśliwy myśli co chce.
Caleb nie
zareagował na wybuch kochanej Leanelle. Aidan odprowadził ją zdumionym
spojrzeniem, mężczyzna jednak tylko wzniósł wymownie oczy do sklepienia i
wymamrotał coś pod nosem.
Wydawało się,
że było tym to, co najczęściej nieszczęśnicy w takich sytuacjach mówią: baby.
Przejście
przez pogrążone w ciemności podwórze nie sprawiło większych problemów. Cieszył
się, że nikt nie zwracał uwagi na tylne czy nawet boczne rejony posiadłości,
wszyscy skupili się na wejściu, które, swoją drogą, prezentowało się
niesamowicie.
On tymczasem
musiał odszukać jedne z licznych drzwi na co dzień używane przez służbę, bo
tamtędy właśnie wszyscy muzycy dostawali się do pomieszczenia gospodarczego,
gdzie przygotowywali się do występu.
Wymyślił już
tysiąc wymówek odnośnie swojego spóźnienia i nie czuł tremy ani niepokoju. Ot,
wejdzie tam i znajdzie się na właściwym miejscu, niech ktoś spróbuje mu
powiedzieć, że jest inaczej.
Dotarł na
miejsce, chwycił klamkę i przystanął na chwilę, oglądając się przez ramię za
siebie, na zostawiane podwórze. Nie słyszał już turkotu kół powozu, musiał
odjechać w nieco inną stronę. W duchu spróbował się uspokoić, że na całe
szczęście przy pojeździe będzie także Cador – wieczór był naprawdę ciemny,
zupełnie jakby noc pochłonęła całe, nawet najdrobniejsze, światło minionego dnia.
Jeszcze raz
przekonał się dla czystego sumienia, że wszystko pójdzie dobrze, bo każdy zdoła
zachować spokój i nie zrobi niczego pochopnego. Wtedy odkrył, że naprawdę w to
wierzy.
Wszedł do
środka i zamknął za sobą drzwi, ruszając korytarzem przed siebie. Założył, że
prędzej czy później natrafi na grupę muzyków, do których powinien dołączyć,
dlatego szedł swobodnym, lekkim krokiem.
Minęła go
jedna przestraszona służka; dziewczyna od razu skoczyła do niedużej komórki i
schowała się ze stosem świeżej pościeli, tylko czubek jej ciemnoblond czupryny
wystawał ponad prześcieradłami. Uprzejmie zignorował tę panikę, ukradkiem
zerkając na każde drzwi – jeśli przegapi te właściwe, koniec końców wejdzie na
salę balową jak ostatnia sierota, tym może utrudnić powodzenie planu.
Na szczęście
jednak muzycy nie zamknęli się w komnacie i po kilku kolejnych metrach odnalazł
ich w komplecie. Odetchnął cicho, zaraz przekraczając próg; zwróciły się na
niego zdumione spojrzenia, mężczyźni nie do końca wiedzieli, jak zareagować na
tę bezczelność.
Errian
natomiast doskonale wiedział, jak dalej być bezczelnym, by nie zadawali zbyt
niewygodnych pytań.
– Gdzie nuty?
– rzucił niemal opryskliwie, taksując uważnym spojrzeniem całe pomieszczenie,
jakby właśnie znalazł się u siebie.
– A pan to…? –
zaryzykował pytanie jeden z nieznajomych, wystąpiwszy trochę do przodu z
wyraźnym niezadowoleniem.
Errian
zmierzył go chłodnym, miażdżącym spojrzeniem, dlatego mężczyzna odruchowo
cofnął się z powrotem do grupki towarzyszy.
– Pianista –
oznajmił niechętnie i nawet z pewną urazą. – Mam z wami grać, do jasnej
cholery, czy nawet nut nie posiadacie? – zasięgnął języka raz jeszcze,
przekrzywiwszy lekko głowę, kiedy czekał na odpowiedź.
– Są tam –
mruknął młody chłopak, wskazując najbliższy stolik. – Dla pianisty na kupce po
prawej – dodał usłużnie.
Errian skinął
głową i podszedł do mebla, zaraz biorąc plik kartek do ręki. Przebiegł wzrokiem
nakreślone na nich czarne symbole i odetchnął, analizując tonacje oraz
przeskoki melodyczne.
Pierwsza
piosenka była właściwie prosta, przynajmniej dla niego, ale patrząc na
zawartość reszty repertuaru – miał to być popisowy numer. Uniósł sceptycznie
brew i pokręcił z niezadowoleniem głową.
Poczuł nagłą
potrzebę zagrania czegoś od siebie, ale w porę sobie przypomniał, że towarzyszy
mu reszta orkiestry. Należy trzymać się ich planu, bo najpewniej nie
poradziliby sobie z wybranym przez niego utworem. Trudno.
– Jesteście
gotowi? – zainteresował się, nie odrywając spojrzenia od nut.
Kątem oka
dostrzegł, że skinęli głowami, wymieniając nieco zdezorientowane spojrzenia.
Przytaknął ich zgodzie, trochę bezwiednie, zakręcił i ruszył do drzwi, nadal
zaczytany w otrzymany utwór.
– Chyba już
czas najwyższy, prawda? – dodał w progu, kiedy mężczyźni za nim nie ruszyli,
zdumieni rozpanoszeniem obcego.
– Oczywiście –
mruknął ktoś wreszcie i pozostali także podążyli śladem Erriana, zabrawszy
niezbędne do występu rekwizyty.
Pianista
poszedł przodem i tuż przed wejściem na salę balową oderwał wzrok od nut.
Wyszli do
olbrzymiej komnaty; podczas gdy orkiestra przyglądała się uważnie gościom oraz
wystrojowi, Errian to wszystko zignorował. W ciągu życia widział wystarczająco
wiele szlacheckich dowodów pychy oraz chorych ambicji, przykładem mógł być
chociażby jego dom. Dlatego nie podziwiał i nie martwił się szeroką publiką;
zabójczo pewny siebie wkroczył na podwyższenie i zbliżył się do instrumentu,
jeszcze pobieżnie przeglądając nuty, które już jednak praktycznie zapamiętał.
Na chwilę
uniósł spojrzenie i w tym momencie dostrzegł w tłumie znajome szafirowe oczy.
Uśmiechnął się lekko, rozbawiony faktem, że w przyjaciołach nadal czaiła się
drobna niepewność – w końcu to duże i zupełnie odmienne od Perrianu
przedsięwzięcie. Errian jednak co do własnej części był całkowicie pewien.
Zajął miejsce
przed fortepianem, położył nuty na podpórce i zaczekał, aż reszta orkiestry się
ustawi, niektórzy jeszcze stroili swoje instrumenty. Gdy uznał, że już
najwyższy czas, nacisnął pierwsze klawisze.
Muzyka
popłynęła przez tłum, częściowo zagłuszając gwar i sprawiając, że sala
przestała sprawiać wrażenie tak dusznej.
Na chwilę
przed rozbrzmieniem pierwszych nut walca wokół atrakcji wieczoru zrobiło się
ekstremalnie tłoczno. Charlotte została już pozbawiona pustego kieliszka po
winie przez nadgorliwca, a teraz starała się skupić uwagę na gadce czerwonego
jak burak szlachcica, który straszliwie się jąkał.
Najwyraźniej
chciał, tak jak wcześniej kilkunastu, wybłagać u niej pierwszy taniec; jego
wysiłki zostały przerwane przez nadejście gospodarza, który przepchnął się
przez tłum. Charlotte tylko na to czekała, jednak nie dała po sobie nic poznać;
przeniosła na mężczyznę uprzejmie zainteresowane spojrzenie, przechylając lekko
głowę.
– Wypada, aby
to gospodarz rozpoczął pierwszy taniec. Czy byłaby pani uprzejma mi towarzyszyć?
– Ukłonił się nisko i wyciągnął do niej rękę; gdy uniósł głowę, na jego ustach
pojawił się pewny siebie, zadowolony uśmiech.
Charlotte
przymrużyła szare oczy i chwilę milczała; ta cisza zrodziła zdenerwowanie nie
tylko u gospodarza, ale również tłoczących się dookoła mężczyzn. Każdy z nich
miał ciągle cichą nadzieję, że zostanie wybrany.
Wreszcie
malinowe wargi rozciągnęły się w wyjątkowo rozbawionym uśmiechu; kobieta podała
dłoń gospodarzowi, a ten przesunął ustami po jej wierzchu.
– Z przyjemnością
– odpowiedziała krótko, dając się poprowadzić na środek parkietu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz