piątek, 8 lutego 2013

64. Zaborczy łowca



Co za jedna wielka masakra.
Aithne oparła się plecami o drzwiczki powozu, skrzyżowała ręce na piersiach i zezowała znudzona w niebo, zastanawiając się, czy zacząć liczyć gwiazdy. Najchętniej zajęłaby się głośnym, gardłowym i ochrypłym śpiewem, byle tylko zagłuszyć powarkiwanie stojącego nieopodal przyjaciela.
Przez chwilę walczyła z pragnieniem zakneblowania go, ale szybko się skarciła. Zakneblowany Cador mógł być przyjemniejszy jako towarzystwo, jednak mniej skuteczny podczas ucieczki.
Ustawili się nieopodal sporego okna sali balowej, jednak w takim miejscu, by goście ich nie dostrzegli. Oni natomiast widzieli tłum i ogólny wysoki poziom prezentowany przez całe towarzystwo, a to znowuż irytowało Aithne.
Niby na jakich zasadach ta cała szlachta miała być lepsza, mądrzejsza, piękniejsza i takie tam? Przypominało to prawie selekcję hodowlaną koni albo psów myśliwskich. Parsknęła niezadowolona pod nosem, planując jeszcze trochę poprzeklinać tę warstwę społeczną, kiedy zaskoczył w jej główce drobny szczegół.
To jej tylko pogorszyło humor.
– Kurwa, idź tam i zrób rozpierdol, bo jeśli tego nie zrobisz i się nie zamkniesz, to wybiję szybę twoją głową – warknęła, widząc, że Cador zakończył mordowanie spojrzeniem wnętrza sali i nabrał wdechu, jakby znowu chciał coś do siebie w złości mruknąć. – I ja naprawdę nie żartuję – dodała rozeźlona. – Zakochany, kurwa.
– Dawaj – zaproponował od razu, w cichej nadziei, że może pomoże mu to otrzeźwieć.
Tak rozbić łeb o szybę, raczej uspokaja, co? Bo ostatnio ciągle ponosiły go nerwy; o, na przykład teraz, kiedy do Ariene przystawiał się kolejny wyglancowany frajer. Kurwa.
Odwrócił się plecami do okna i skrzyżował dłonie na torsie; przeniósł spojrzenie na towarzyszkę, czekając na jej reakcję. Może i niegłupi pomysł, żeby zajęli się sprzeczką, jest szansa, że wtedy zapomni o śliniących się na widok Ariene szlachcicach i o tym, co sobie właśnie wyobrażają.
Zazgrzytał zębami, odetchnął głęboko, przypomniał sobie, że jest dorosłym, dojrzałym i opanowanym mężczyzną, po czym przeklął pod nosem. Przeszedł dwa kroki w przód, obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i pokonał tę samą odległość w drugą stronę.
Ale go nosiło.
Aithne sapnęła wściekła. Musiała pamiętać, by nigdy nie przyjaźnić się z zakochanymi kretynami, bo to zupełnie bez sensu. Najchętniej pozabijałaby na miejscu, a przyjaciół to tak nie wypada, no i kaplica.
– Naprawdę, ale o co ci chodzi? – zirytowała się, nie tracąc niejakiej wiary w to, że dojdą do konstruktywnych wniosków i ona jednak go nie zabije. – Przecież to góra godzina, zresztą żaden nie podchodzi za blisko. Żaden jej nie dotknął. Stój tu jeszcze chwilę i z głowy, żeby cię szlag – westchnęła, przymykając oczy.
Uznała, że jednak była milsza niż ustawa przewiduje. W końcu mówiła do Cadora o Ariene, głupiej wiedźmie, której się nie toleruje, bo nie. Już nie pamiętała, czym jej panienka Tenshi podpadła, ale tradycje należało kultywować.
– Zresztą kto by to chciał dotykać – dodała od razu, doskonale wiedząc, że chętnych trochę by się znalazło, jak na złość.
Ale nie musiała o tym pamiętać w tej akurat chwili, prawda? No właśnie. Mogła jeszcze trochę Cadora podręczyć, czemu nie.
– DOTYKALI JEJ – oznajmił natychmiast, bardzo głośno i z pełnym przekonaniem.
Jego spojrzenie było takie trochę szalone.
No bo przecież widział! Ten obrońca, i ten gówniarz z muszką, ten przystojniaczek o jasnych włosach zaczesanych do tyłu... Jeszcze jak ją któryś poprosi do tańca, to nie wytrzyma, no zrobi im wjazd na chatę.
Nie zdołał się powstrzymać od obrócenia z powrotem w stronę okna, by przekonać się, czy ktoś już poprosił wiedźmę do walca. Oparł czoło o zimną szybę, jakby miał nadzieję, że ochłodzi to nieco jego mordercze zapędy; niestety.
– No patrz tylko, ten frajer zaraz ją wyciągnie na parkiet – zdenerwował się, zgrzytając zębami.
Mało z nich zostanie, jak będzie tak ciągle zgrzytał.
– Idź go wyprzedź – parsknęła Aithne, mrużąc oczy z dezaprobatą. – No kurwa, tłum jest, to im się dotknęło, wielkie halo – rzuciła, trochę jakby chciała go pocieszyć, chociaż to pocieszenie było dość dziwne. – Zresztą byłeś pierwszy – dodała jeszcze, by się krótko zastanowić; i się upadłe aniolątko zrobiło trochę bardziej złośliwe. – No, chyba że ci nie pozwoliła, wtedy to bym zwątpiła.
I kiedy tak się cieszyła sadystyczną rozrywką, dotarły do nich pierwsze mocniejsze nuty muzyki. Z początku Aithne nie zwróciła na nie większej uwagi, w pewnym momencie jednak znieruchomiała, jakby w zdumieniu.
Spojrzała na salę balową nieco pustym wzrokiem, odszukała podwyższenie dla orkiestry i podeszła kilka kroków do szyby.
Grał.
Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale w porę oprzytomniała i się od tego powstrzymała, bo by jeszcze się role odwróciły i głupi obrońca by ją zabił celnym komentarzem. Ale dłoni cofnąć od szyby nie zdołała, kiedy wsłuchiwała się w muzykę i uśmiechała się lekko, trochę nieobecnie.
Zagrał w końcu tylko raz. Dopiero teraz zorientowała się, że lubiła tego słuchać, nawet jeśli teraz grał dla ponad setki gości, nie w swoim pokoju, kiedy stała bezradna w progu. Uśmiechnęła się szerzej.
Już miał zripostować, ale na nią spojrzał. Zamrugał, przetarł powieki wierzchem dłoni, kulturalnie rozdziawił gębę, a potem zaczął się rozglądać za swoją przyjaciółką, bo ta tutaj z pewnością nią nie była.
Wreszcie uśmiechnął się ciepło, patrząc na nią bardziej z rozczuleniem niż z rozbawieniem. Dobrodusznie postanowił nawet oszczędzić jej złośliwych komentarzy; bo i po co wysłuchiwać, że nie wiadomo co, skoro oboje znali prawdę.
Przyganiał kocioł garnkowi z tym „zakochany, kurwa”, generalnie.

Bycie uprzejmą i miłą oraz jednoczesne nie oddalanie się zanadto od obrońcy okazało się trudne. Z drugiej strony nie trzymała się go kurczowo, bo wyszłoby to dziwnie, ale musiała pilnować, by nie skupił się za bardzo na gospodarzu. Dlatego kiedy znowu została w tańcu przejęta przez młodego szlachcica, uśmiechnęła się do niego pogodnie, w duchu mając nadzieję, że zaraz się znudzą. Ile można?
Ostatecznie chyłkiem sama się uwolniła, usprawiedliwiając się suchością w gardle. Dotarła do jednego ze stołów, sięgnęła po kieliszek wina i aż przymrużyła z zadowoleniem oczy, zauważając, że nieopodal stoi obrońca, śledząc swojego pana wzrokiem. Uznała, że póki ma go w zasięgu wzroku, nie musi od razu zagadywać. Dość, żeby pozostawać rozeznaną w sytuacji.
Obróciła się przodem do tańczących par i aż się uśmiechnęła – nawet nie musiała się powstrzymywać, bo nie wyglądało to dziwnie – na widok ich tańczącego towarzysza. Zastanawiała się, jak bardzo był już zirytowany i czy zniesie jeszcze jedną uroczą panienkę, która wyjątkowo pragnie, by poświęcił jej chwilę uwagi. Zwłaszcza że wolałby ją poświęcać komuś, kto akurat jest jego kuzynką.
Upiła łyk wina, czując, że się rozluźnia. Bała się, że wszystko sypnie się wcześniej, cała taktyka została ułożona na wariackich papierach. Właściwie zawsze tak układała plan działania, ale zwykle pracowała sama, a tu jednak było więcej uczestników i lepiej, żeby wszyscy wrócili w jednym kawałku.
Właśnie dlatego Aithne została stajennym i oddelegowała ją na podwórze.
– Nie bawi się pani? – usłyszała koło siebie znajomy, jednak dużo przyjaźniejszy niż z początku głos.
Obrońca stanął koło Elissy, zerkając na nią krótko; zaraz wrócił do obserwowania sali, szczególną uwagę poświęcając gospodarzowi, który nie wypuścił z objęć rudowłosej kobiety ani na jeden taniec.
– Raczej nie brakuje pani partnerów do tańca – dodał, uśmiechając się z pewnym ponurym rozbawieniem.
W jego ciemnych oczach odbijały się lawirujące w walcu pary, błyszczące, drogie klejnoty i wymyślne suknie. Wyglądał wśród nich wyjątkowo nienaturalnie, widać było również, że nie czuł się swobodnie.
Ale cóż zrobić, kiedy służy się miłośnikowi tego typu przedsięwzięć; trzeba zacisnąć zęby i uśmiechać się z wymuszeniem do pijanych szlachciców.
– Ile można tańczyć – odparła z pewną irytacją, nie dając po sobie poznać, że nagłe zainteresowanie jej osobą obrońcy ją zaskoczyło; była pewna, że nawet jej nie zauważył, kiedy podeszła.
Potem sobie przypomniała, że to przecież obrońca, przez co przypomniała sobie o jeszcze kilku innych szczegółach. I ironia losu uderzyła w nią z niesamowitą siłą, aż się prawie zakrztusiła popijanym winem.
– Nie jestem miłośniczką fruwania od jednych męskich ramion do drugich – dodała, przełknąwszy z lekkim trudem za duży łyk, który przez swoje rozmyślania pociągnęła. – U nas to chyba rodzinne, pomijając mojego brata – rzuciła jeszcze, odrywając wzrok od Lorena godzącego się na kolejny taniec, a przenosząc spojrzenie na kuzynkę.
Tak, nie zanosiło się na to, by gospodarz zamierzał Charlotte jakkolwiek gdziekolwiek puścić. Elissa pomyślała, że to się może źle skończyć, ale jeszcze był czas. Może ta posiadłość utrzyma się w posadach po interwencji niektórych obecnych.
Przeniósł na nią czujne spojrzenie; po chwili wytłumaczył sobie to prawie-zadławienie zwyczajną nieśmiałością i zażenowaniem kobiety.
No tak, uczepił się jej stary biedak, obrońca w dodatku. Trudno. Była jedyną osobą w tym jaskrawym tłumie, która nie upiła się atmosferą balu, zdawała się nawet nie do końca ją akceptować.
– Pozwolę sobie zauważyć, że pani Charlotte raczej wygląda na „miłośniczkę fruwania od jednych męskich ramion do drugich” – mruknął ostrożnie; nie był do końca zaznajomiony z zasadami dobrego wychowania i nie wiedział, czy tym komentarzem przekroczy już pewną granicę, czy jeszcze nie.
Elissa roześmiała się serdecznie i spojrzała na obrońcę ze szczerym rozbawieniem, przymrużając oczy. No pięknie, gdyby jedno z dwójki zainteresowanych usłyszało coś takiego… na szczęście nie słyszeli i byli obowiązkowi.
– Pewnie tak. Pewnie wygląda – przytaknęła, nadal się uśmiechając, bo ją wyjątkowo mężczyzna rozbawił. – Ja bym to bardziej określiła wyrywaniem sobie jej z rąk do rąk przez facetów, ale jako kobieta mam bardzo subiektywny punkt widzenia – stwierdziła, przechylając lekko głowę, by spojrzeć na towarzysza. – Poza tym większości młodzieńców naprawdę wystarczyłaby po prostu jakakolwiek chętna dziewczyna, a czy chętna jest, to wolą sprawdzać własnoręcznie, póki… – urwała na moment, zastanawiając się, czy się trochę za bardzo nie rozpędziła.
Potem doszła do wniosku, że nie psuje to obrazu kreowanej postaci. Bo właśnie się przed panem obrońcą otworzyła i w ogóle rozluźniła w jego towarzystwie, żeby przypadkiem nie zechciał jej się gdzieś oddalić. Nie byłoby dobrym pomysłem biegać za nim po całej sali.
– Póki im nie wyjdzie – dokończyła wreszcie lekko speszona i uśmiechnęła się mniej pewnie, żeby udowodnić, że naprawdę przypadkiem jej się na niego otworzyło, prawda.
Obrońca uśmiechnął się szerzej i pokiwał lekko głową. Zaraz wrócił spojrzeniem do swojego pana, marszcząc z niepokojem czoło, bo mężczyzna wyraźnie się rozochocił.
Zbyt dobrze go znał, by nie wiedzieć, co oznacza to nieprzytomne spojrzenie i szarmancki uśmiech; kompletnie uległ urokowi tajemniczego spojrzenia mocno podkreślonych oczu i niewymuszonego uśmieszku, całej magii i egzotyczności nowej towarzyszki.
A to oznacza, że zaraz będzie chciał uciec z zasięgu wzroku swojego obrońcy, co się obrońcy zdecydowanie nie podobało.
– Nie twierdzę oczywiście, że to wina pani Charlotte. Po prostu jest taka... wyzywająca? Tak, to dobre słowo – zamilkł na chwilę.
Zazwyczaj nie należał do szczególnie gadatliwych.
– No cóż. Mój pan zdecydowanie jest miłośnikiem pięknych dam, jeżeli mogę ostrzec. A skoro tak bardzo zachwycił się pani kuzynką... – nie musiał dokańczać.
Elissa westchnęła i skinęła głową.
– Nie jestem jej niańką – stwierdziła zaraz, jakby na usprawiedliwienie, że nie rusza na ratunek krewnej. – Ale racja, nigdy nie narzekała na zainteresowanie. Po prostu chyba trafia w fantazje trzech czwartych szlacheckiego społeczeństwa – dodała z nutą złośliwości.
Złośliwość jednak w istocie odnosiła się do myśli, jakie kobietę nawiedziły. Wyobraziła sobie, co też drogi Loren zrobi z całą posiadłością, jeśli gospodarz choćby spróbuje dobrać się do egzotycznej tajemnicy Charlotte. Szybko się Elissa opamiętała, uświadamiając sobie, że byłoby to dość okrutnym końcem dla całej ekipy.
Odstawiła pusty kieliszek po winie i postanowiła, że musi teraz pilnować nie tylko obrońcy, ale też swojego brata, bo wolała, żeby wszyscy przeżyli. Prócz gospodarza.
Westchnęła cicho, przymykając na moment oczy; zawsze ją takie długie zadania męczyły.
– Zdążyłem zauważyć, że w waszej rodzinie raczej nikt nie narzeka na brak zainteresowania – mruknął z rozbawieniem i uśmiechnął się szerzej niż zazwyczaj.
Na krótką chwilę zatrzymał wzrok na rozmówczyni; niestety, nie dość krótką.
Gdy znów rozejrzał się po pomieszczeniu, nie odnalazł swojego pana w tłumie. Zmarszczył czoło i postawił krok do przodu, oglądając się na wszystkie strony bardziej uważnie, bo może go przegapił.
Uspokoił się, gdy zobaczył go pod jedną z kolumn, pogrążonego w mało niewinnej rozmowie.

Charlotte uśmiechnęła się lekko, nie do końca słuchając słów mężczyzny; zastanawiała się właśnie, czy przystanięcie i zatrzymanie się tutaj uspokoiło obrońcę gospodarza. Ożywił się nagle, gdy gospodarz poprowadził ją w stronę balkonów – całe szczęście zdążyła to spostrzec i zatrzymała swego towarzysza na chwilę, by obrońca uwierzył, że chcieli tylko zejść z parkietu.
A im chodziło o to, by zaszyć się w bardziej ustronnym miejscu, chociaż kierowały nimi zdecydowanie odmienne motywy.
– Już na nas nie patrzy – zauważył gospodarz ze śmiechem, ukradkowo zerkając na obrońcę.
To ukrywanie się przed przyjacielem, jak dzieci przed rodzicami, podziałało na niego pobudzająco. Ujął dłoń kobiety i spojrzał jej w oczy, nim pociągnął w stronę jednego z balkonów.
Ten okazał się, na całe szczęście, całkiem pusty. Wszystkie balkony wybudowano wzdłuż jednej ściany; została zrobiona ze szkła, tak, że doskonale było widać, co dzieje się na każdym z nich. Fakt ten nie przeszkadzał niektórym parom w wykorzystywaniu ich w wiadomych celach; prawdopodobnie zbyt się upili, by martwić się takimi drobnostkami, jak to, że pieprzą się na widoku, a ich ekscesy może podziwiać każdy szlachcic, który podejdzie odpowiednio blisko.
Charlotte nie miała zamiaru nikogo podglądać; od razu weszła na balkon. Ruszyła do kamiennej barierki i oparła na niej łokcie, zapatrując się przed siebie. Piękna, choć wyjątkowo ciemna noc, chciałoby się powiedzieć, że w sam raz do umierania. Tylko byłoby to nieco nie na miejscu.
Obróciła się, by stanąć twarzą w twarz z gospodarzem; przechyliła głowę, widząc, że mężczyzna nie krył się w swoich zamiarach. Odnalazł jej spojrzenie i uśmiechnął się z zadowoleniem, pokonując jednym krokiem dzielącą ich odległość i pochylając się nad Charlotte.
– Co w tobie sprawia, że jesteś tak pociągająca? – wyszeptał, błądząc spojrzeniem po jej twarzy.
Na razie nie reagowała, uniosła tylko kącik ust w trudnym do zinterpretowania uśmiechu. Uśmiech ten najwidoczniej wystarczył mężczyźnie za odpowiedź; pochylił się jeszcze trochę i zdążył musnąć jej wargi, nim odsunęła go delikatnym, lecz stanowczym ruchem.
– Na twoim miejscu bym tego nie robiła – wymruczała, gdy popatrzył na nią z wyraźnym zdziwieniem.
Przeniosła spojrzenie na coś ponad jego ramieniem i uśmiechnęła się po raz kolejny; dopiero teraz jej oczy zaczęły błyszczeć.
– Zdenerwowałeś go.
I gospodarz się odwrócił.
Kilka metrów za nimi, bliżej wejścia do sali balowej niż barierki, stał Loren. Z rękoma w kieszeniach, lekko przekrzywioną głową, zmrużonymi, błyszczącymi, zielonymi oczami. Wpatrywał się tylko w mężczyznę, zdawałoby się, że strasznie, jakby zamierzał go rozerwać na strzępy w tej właśnie chwili. I wtedy uśmiechnął się.
W pierwszych sekundach wyglądał właśnie jak ten młody serdeczny szlachcic.
Potem uśmiech stał się dziwny. Nie było w nim już ani trochę serdeczności ani wesołości, błysnęły zęby – ostrzejsze niż u normalnego człowieka, nieco jak u drapieżnika. Nadal patrzył na gospodarza, ale również inaczej. W taki sposób, od którego ciarki przechodziły po plecach.
– Chyba starczy rozrywki – skwitował; nie do końca było wiadomo, czy mówił do swojej kuzynki, czy do mężczyzny.
Ruszył do nich wolnym, leniwym krokiem, przymrużając mocniej oczy, a kiedy stanął wystarczająco blisko, chwycił gospodarza za kołnierz z przodu i lekko podniósł; musiał się pochylić, by nadal mimo wszystko patrzeć mu w twarz. Uśmiech nie znikał, teraz jednak stał się zdecydowanie groźniejszy.
Mężczyzna uniósł ręce na znak poddania się; założył sobie najbardziej oczywistą wersję, że Loren bronił honoru kuzynki, chociaż taka odpowiedź miała pewne luki.
Najbardziej rzucającą się w oczy luką było to, z jaką łatwością został podniesiony; później zobaczył zaostrzone zęby i pomyślał, że albo za dużo wypił, albo jest w czarnej dupie.
– Dobrze, przepraszam, nie chciałem nikogo urazić. Już idę, już idę – oznajmił nerwowo, mając nadzieję jeszcze uratować się z tej sytuacji. – Zostawię ją, możesz mnie odstawić – dodał, kiedy jego pierwsza wypowiedź nie przyniosła oczekiwanych rezultatów.
Charlotte uniosła kącik ust w bardzo zadowolonym uśmiechu i oparła się plecami o barierkę, krzyżując ręce pod biustem.
– Och, nie wątpię, że ją zostawisz – odparł po prostu Loren, cofając się kilka kroków, jednak mężczyzny nie puścił.
W zielonych oczach pojawił się niepokojący, bardzo dziki blask. To nie wróżyło niczego dobrego i zdradzało, że ktoś stracił wszelkie zahamowania. Zupełnie jakby ten niewinny pobyt na balkonie był kroplą, która przelała czarę.
Wystarczyły niecałe dwie sekundy, by gospodarz oderwał się od ziemi, przefrunął właściwie cały balkon i z poślizgiem wylądował w wejściu do sali balowej – w odległości, zdaniem pewnego mężczyzny, odpowiedniej, jeśli chodzi o stojącą przy barierce kobietę.
Z gardła Lorena wyrwał się niski, groźny warkot; ruszył za swoją zbierającą się ofiarą, ślepy na zamieszanie, jakie powstało przy drzwiach.
Właśnie postanowił rozerwać kogoś na strzępy i nic nie mogło mu wejść w drogę. A chciał to zrobić tak, by odbić sobie wszystko, co musiał tego wieczoru znosić.
Elissa drgnęła, gdy gospodarz wleciał – dosłownie – z powrotem do sali balowej. Potrzebowała ułamka sekundy, by zrozumieć, co się dzieje. A działo się źle. Miało być po cichu. Ale ktoś oczywiście nie wytrzymał parcia testosteronu na mózg.
– Szlag – warknęła pod nosem i potoczyła dokoła błędnym spojrzeniem, zastanawiając się, w co najpierw ręce włożyć.
Obrońca.
Na pewno to zauważył, nie mógł nie zauważyć. W tym ubiorze potyczka nie wchodziła w grę, zanim to ściągnie – obrońca już będzie przy gospodarzu. Elissa zrobiła jedyne, co jej pozostało: złapała naczynie z silniejszym alkoholem i chlusnęła mężczyźnie zawartością w twarz, prosto w oczy.
– Przepraszam – wyrwało się jej jeszcze, na co otrząsnęła się zszokowana.
Zaczęła się robić miękka na starość.
Pianista podniósł się ze stołka, porzucając instrument, i spojrzał na dopadającego do gospodarza mężczyznę. Chwilę stał nieruchomo, zdumiony całym zajściem – a równie zdumiona orkiestra patrzyła na niego w szoku, bo co się dzieje, pomijając bójkę? – po czym uderzył dłonią w czoło.
– Sheridan, do jasnej cholery – wyraził aprobatę wobec zachowania przyjaciela.
Sheridan niewiele sobie z tego faktu zrobił, znów łapiąc ofiarę za ubranie i podnosząc, by dobrze widzieć strach w jej oczach. Och, jak on to lubił.
Obrońca syknął wściekle i zgiął się w pasie, nerwowo przecierając piekące, załzawione oczy.
– Dajcie mi wody, na litość boską! – ryknął, ale nim ktokolwiek zdążył spełnić jego polecenie, odzyskał jako-tako zmysł wzroku.
Rozejrzał się po sali błędnym spojrzeniem, przeklął głośno i zerknął na stojącą u jego boku kobietę. Po chwili zastanowienia pchnął ją tak, że wpadła na stół z przekąskami; gdy już mu nie przeszkadzała, ruszył biegiem na ratunek swojemu panu, gotów za niego zginąć.
Charlotte otworzyła szeroko oczy, zaskoczona. Mimo wszystko nie spodziewała się, że on straci nad sobą panowanie; zawsze wykazywał się nadludzką samokontrolą. A tu proszę, w najbardziej, kurwa, odpowiednim momencie.
Warknęła gniewnie i ruszyła za panami nerwowym krokiem. W ich stronę zmierzał już nie tylko obrońca, lecz również stojący najbliżej zajścia strażnicy; trzeba było coś z tym zrobić. Kobieta przymrużyła oczy, które zalśniły dziwnie, a w następnej chwili pobliski stół otrząsnął się ze stojących na blacie talerzy i pogalopował w stronę strażników, wpadając na nich z pełnym impetem. Dziś powiedzielibyśmy, że potraktował ich jak kula kręgle.
Gospodarz, gdy tylko boleśnie zarył twarzą w wypolerowaną posadzkę, zaczął rozpaczliwie odpychać się nogami i rękami od podłogi, byle jak najdalej od tego wariata. W ruchu podniósł się najpierw na klęczki, a potem do pozycji pionowej, rozpaczliwie rozglądając się dookoła z nadzieją, że ktoś będzie w stanie mu pomóc.
Goście balu podnieśli wrzask; kobiety lamentowały i piszczały, a mężczyźni krzyczeli do siebie nawzajem, co poniektórzy szukali broni. Ludzie zaczęli przepychać się w kierunku wyjścia, ogarnięci nagłą paniką; tylko nieliczni nadal stali, w osłupieniu patrząc na rozgrywającą się scenę. Może mieli nadzieję, że to wszystko farsa? Z różnych stron pomieszczenia zaczęli napływać strażnicy, trudno było im jednak przecisnąć się przez ogarnięty szałem tłum.
– Dżentelmeni – warknęła Ariene, przeturlawszy się po stole.
Zrzuciła nerwowo buty z nóg, ale stwierdziła, że nim zedrze z siebie cholerną suknię, to Sheridan będzie miał już na głowie pół miasta. Nie żeby się tym przejął, ale oni planowali przeżyć ten wieczór.
– ERRIAN! – wrzasnęła na całe gardło i zeskoczyła z blatu, pozbywając się niewygodnej garderoby.
Jak to dobrze, że pod spódnicą miała obcisłe, wygodne do biegania spodnie. Zaraz gorsety projektu Caleba zostaną poddane próbie ognia.
– Proszę nie panikować, on jest oswojony! – wołał jeszcze w naiwnej nadziei młody mag, próbując ogarnąć tłum.
Na dźwięk znajomego głosu od razu zaniechał działań, skierował spojrzenie na obrońcę, błękitne oczy nabrały ostrzejszej, bardziej przenikliwej barwy. Posadzka pod nogami mężczyzny zamieniła się w twardy, śliski lód, a by mieć pewność, że przeciwnik Erriana nie okaże się zbyt silny, młodzieniec przywołał dodatkowo chłodny wiatr, który uderzył w swoją ofiarę, przewalając ją.
– KEDALT! – ryknął panicz Souen, widząc, że całość się niejako sypie z rąk.
Tak trochę bardzo.
Sheridan uniósł leniwie spojrzenie, przyjrzał się podrywającemu się z ziemi obrońcy, a potem wyprostował się spokojnie, nie puszczając jednak gospodarza. Zielone oczy nadal niezdrowo błyszczały, zupełnie jakby łowca wpadł w pewien rodzaju amok.
Wreszcie skierował wzrok na mężczyznę, skupił się na nim na krótką chwilę i w następnym momencie ciało zwiotczało. Z uszu wypłynęło trochę krwi, twarz poczerwieniała, zupełnie jakby gospodarz został uduszony. Sheridan, dla świętego spokoju, na wszelki wypadek poderżnął jeszcze ofierze gardło.
– Kurwa mać, cholerny łowco! – warknął Errian, który chwilę temu opuścił stanowisko i dopadł do przyjaciela naprawdę wściekły.
– O co tyle krzyku? – mruknął Przeklęty dzikim, przerażającym głosem, na dźwięk którego młody mag nawet nie drgnął nerwowo.
– O to? – zaproponował rozjuszony, wskazując na szalejący tłum.
– Kurwa – sapnęła Ariene, zatrzymując się nieopodal Anabde; musiała przebiec dokoła sali, przedzieranie się przez tłum skończyłoby się marnie. – Wynosimy się stąd, byle szybko – skwitowała, wskazując jedne z bocznych drzwi. – Tamto przejście jest czyste, stoją tam Caleb z Aidanem.
Anabde już nawet nie miała siły komentować. Po obdarzeniu swojego ukochanego wyjątkowo nieprzyjemnym spojrzeniem dała sobie spokój z wyrażaniem opinii, zainteresowała się za to własną wygodą. Sięgnęła do spódnicy i przedarła ją na boku; materiał opadł smętnie na podłogę, ukazując praktyczne, wąskie spodnie ukryte pod odzieżą. Tylko szkoda sukni, ładna była.
Kiwnęła głową, szybko spięła włosy w bliżej nieokreślone coś, by nie przeszkadzały w ucieczce, po czym ruszyła we wskazaną przez Ariene stronę. Spokojnie, bo po co zabijać się na zakrętach; jak ktoś wchodził jej w drogę, usuwała go z pomocą szarżujących mebli.
Obrońca na kilka minut stracił przytomność, a gdy świadomość wróciła, podczołgał się do swojego pana. Martwego pana. Otworzył szeroko przerażone, puste oczy i uniósł głowę mężczyzny, ścierając krew z kącika jego ust rękawem.
Obserwujący tę scenę z lotu ptaka Cador pokiwał głową, mimo wszystko czując wyrzuty sumienia względem kolegi po fachu. Zaraz obrócił się i dołączył do swojej towarzyszki, która już zajęła się epickim spierdalaniem.

– Gdzie Lea? – warknął Caleb, odepchnąwszy ze swojej drogi kolejnego szlachcica, który szamotał się w panice przed nosem myśliwego.
– Nie wiem – przyznał przerażony Aidan, wytrzeszczając oczy na zamieszanie; a przed chwilą było tak spokojnie. – Poszukam jej – dodał zdesperowany.
– W tłumie rozszala… – zaczął wściekły mężczyzna, nokautując biegającego w kółko strażnika, kiedy ten napatoczył się mu pod nogi.
Dopiero wtedy zorientował się, że chłopak naprawdę skoczył między gości, by ratować koleżankę. Zastygł na ułamek sekundy, zastanawiając się, w którym momencie rodzice tego dzieciaka schrzanili robotę, po czym warknął i ruszył jego śladem, postanawiając, że nie da gówniarzowi zginąć przez stratowanie, bo Cador mu nie wybaczy.

Anabde zatrzymała się przed wejściem, po drodze mijając wyraźnie zdenerwowanego Caleba. Nie był to odpowiedni moment na pogawędkę, ruszyła więc dalej z cichą nadzieją, że nie mają kolejnych kłopotów.
Pieprzony Sheridan, zniszczyć taki ładny plan.
Rozejrzała się szybko dookoła i zmarszczyła czoło; jakoś tak było, że spanikowani ludzie naturalnie ją omijali, nie dość, że wyglądała strasznie, to jeszcze kojarzono ją z niedawnym zajściem. Mogła więc w spokoju wyprostować się, by poszukać swojej zguby; wreszcie ta zguba zdecydowała się wpaść na nią od drugiej strony.
– Przepraszam – usłyszała, nie przewracając się tylko dlatego, że młodzieniec zdążył ją przytrzymać.
Obróciła się i spojrzała w jasnoniebieskie oczy Erriana, kiwając lekko głową.
Nie musiała mu mówić, żeby się pospieszył, bo to raczej było oczywiste. Wypadli przez otwarte drzwi i pognali przed siebie, najwidoczniej doskonale wiedząc, w jaką stronę zmierzają.

Ariene przez pewien czas usiłowała opuścić pomieszczenie drogą konwencjonalną. Rozbiegana szlachta utrudniała to jak tylko mogła i wiedźma jedynie resztką silnej woli powstrzymała się przed usmażeniem kilku osób żywcem, jak stali. Wymachiwanie bronią też nie było najlepszym pomysłem, bo zaraz by…
Dostrzegła zmierzających do niej strażników; musieli się zorientować, że jest zamieszana w morderstwo, ponieważ jako jedyna na sali nie biegała i nie wrzeszczała jak opętana. Cofnęła się kilka kroków, szukając drogi ucieczki – wszystkie kolumny gładkie, ściany gładkie, brak tarasów, brak płaskorzeźb, brak jakichkolwiek rzeźbień w zasięgu rąk. Warknęła cicho i zmierzyła mężczyzn gniewnym spojrzeniem.
Chyba nie myśleli, że jak ją otoczą, to się kobieta rozpłacze i podda. Była podłą wiedźmą, tytuł do czegoś zobowiązywał.
Przywołała do ręki pulsar energii, pozwalając światłu stać się silniejszym niż powinno, co nieco strażników oślepiło. W następnej chwili posłała zaklęcie w posadzkę, roztrzaskując ją, i skoczyła w przeciwną stronę, uznając, że chyba już wszyscy wyszli, cóż. Przynajmniej wszyscy od niej.
Jednego ze strażników musiała znokautować własnoręcznie, bo złapał ją i przez moment nawet trzymał w żelaznym uścisku. Potem jednak zasunęła mu celnym ciosem z głowy, poprawiła bolesnym kopnięciem i jeszcze zdołała go ugryźć. Takiego zestawu nie zniósł; puścił ją, zatem poczęstowała biedaka jeszcze zaklęciem oszałamiającym. A niech gryzie posadzkę, do jasnej cholery.
Wybiegła na jeden z balkonów, odetchnęła głęboko, odbiła się od kamieni i przeskoczyła barierkę, w locie jednak łapiąc ją i zatrzymując się nieprzyjemnym szarpnięciem. Oszacowała szanse zeskoczenia, przekreśliła je, zlokalizowała kilka punktów zaczepienia i zeszła trochę niżej. Nadal względnie wysoko.
– Krzaki, chodźcie tu do mnie – mruknęła, mrużąc oczy, by coś dojrzeć w innym niż w sali balowej oświetleniu.
Wreszcie zdecydowała się na mało zachęcające chaszcze – chyba dzika róża. Trudno, lepiej tak niż głową w kamień.
Odepchnęła się do balkonu i skoczyła, szybko przekonując się, dlaczego jednak głową w kamień mogłoby być przyjemniejsze; jednorazowe doznanie bez długotrwałych skutków ubocznych, jeśli nazwać śmierć na przykład skutkiem bezpośrednim.
Kolce to będzie wyjmowała chyba z tydzień.
– Z dupy, kurwa, pierdolony łowca.

Znalezienie Aidana nie było takie trudne. Okazało się nawet banalnie proste, bo chłopak wpadł prosto w łapy dowódcy straży, który błyskawicznie zorientował się, że drobny dzieciak nie należy do jego ludzi.
Teraz trzymał nieszczęśnika za kark jak niesfornego szczeniaka, mierząc go groźnym spojrzeniem, podczas gdy pozostali gwardziści rozglądali się zdenerwowani, szukając wzrokiem podejrzanych.
– Gadaj! – warknął mężczyzna.
– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi – skwitował z niezachwianą pewnością Aidan, nadzwyczaj dobrze odnajdując się w roli zdesperowanego kłamcy.
Cios w brzuch nie poprawił jego sytuacji, ale dzielny chłopak tylko stęknął, przymykając na moment oczy.
– Mów albo obedrę cię ze skóry – powtórzył dowódca.
– Wtedy się już niczego nie dowiesz – nie wytrzymał zirytowany Aidan i na wszelki wypadek przymrużył powieki, czekając na kolejny cios.
Zamiast tego świsnęło, ktoś jęknął, a potem zwalił się bezwładnie na posadzkę. Mężczyzna spojrzał na martwego strażnika zdezorientowany – podobnie jak chłopak. Aidan jednak uśmiechnął się z ulgą, widząc sterczącą z piersi trupa strzałę.
Zaraz kolejne pociski powaliły pozostałych strażników; ostatni wbił się w sam środek czoła dowódcy, ciało mężczyzny zwaliło się jak kłoda na posadzkę. Chłopak opadł z powrotem na równe nogi, ale nim się otrząsnął, Caleb już do niego dopadł, złapał go za ramię i potrząsnął nim nieczule.
– Co ty sobie, do jasnej cholery, wyobrażasz? – warknął na niego takim głosem, że Aidan błyskawicznie się skulił, robiąc się dwukrotnie mniejszym. – Mogli cię, kurwa mać, na wstępie zabić! – dodał wściekły i pchnął dzieciaka do wyjścia.
Brakowało, żeby jeszcze poprawił kopnięciem, ale chyba aż tak rozjuszony nie był.
– Wynoś się stąd, jeśli ci życie miłe. Schowaj się w ustronnym miejscu i czekaj na mnie, a jeśli choćby piśniesz, osobiście ściągnę ci wspomniany wcześniej skalp – ostrzegł myśliwy, nakładając na cięciwę kolejną strzałę i rozglądając się dokoła przeszywającym spojrzeniem w poszukiwaniu Leanelle.
A mówił, żeby się nie oddalała. To nie, bo musi udowodnić, jaka to jest zaradna, że już nie zarobi w twarz, pewnie.
– Ale… – zaprotestował słabo Aidan, niechętnie się cofając.
W pierwszej chwili Leanelle zapomniała, po co tu w ogóle przyszła, zbyt duży szok wywarł na niej pokaz umiejętności łuczniczych Caleba. Stała z rozdziawionymi ustami, nagle rozumiejąc, dlaczego Anabde tak bardzo chciała, by myśliwy zdecydował się ją nauczać.
Gdy mężczyzna rozejrzał się dookoła wyraźnie zirytowany, oprzytomniała; ruszyła do niego szybkim krokiem, zgrabnie omijając ogarniętego szałem szlachcica, który niemalże ją stratował.
– Czekałam na was przy wyjściu – mruknęła, powstrzymując się od wytknięcia chłopakom spóźnienia.
Tak, była wystarczająco bystra, by ogarnąć, że coś tu poszło mocno nie tak, a zainteresowanych nie należy denerwować. Zerknęła tylko na rozsiane po posadzce trupy, potem skontrolowała, czy któremuś z towarzyszy coś się stało; koniec końców wbiła wzrok w podłogę, czekając.
Caleb warknął krótko, ale wyglądało na to, że poczuł ulgę na widok dziewczyny w jednym kawałku. Nie chował jednak strzały do kołczanu, zmiażdżył tylko spojrzeniem Aidana, który bardzo chciał się ucieszyć na widok Leanelle. Chłopak zaraz się opamiętał, spoważniał oraz spokorniał.
– Idźcie przodem – rzucił tylko myśliwy, już lustrując spojrzeniem wnętrze sali balowej, jakby się spodziewał ataku całego oddziału.
Aidan pobiegł w kierunku drzwi, mając nadzieję, że nikt się więcej nie będzie gubił, wściekał oraz pakował w pułapki. I, o ile pamiętał, teraz powinien pójść w lewo, na tyły posiadłości.
Obejrzał się przez ramię; Leanelle i Caleb podążali za nim, dlatego odetchnął z ulgą. Oby myśliwy się udobruchał, nim spotkają się ze wszystkimi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz