Co za jedna
wielka masakra.
Aithne oparła
się plecami o drzwiczki powozu, skrzyżowała ręce na piersiach i zezowała
znudzona w niebo, zastanawiając się, czy zacząć liczyć gwiazdy. Najchętniej
zajęłaby się głośnym, gardłowym i ochrypłym śpiewem, byle tylko zagłuszyć
powarkiwanie stojącego nieopodal przyjaciela.
Przez chwilę
walczyła z pragnieniem zakneblowania go, ale szybko się skarciła. Zakneblowany
Cador mógł być przyjemniejszy jako towarzystwo, jednak mniej skuteczny podczas
ucieczki.
Ustawili się
nieopodal sporego okna sali balowej, jednak w takim miejscu, by goście ich nie
dostrzegli. Oni natomiast widzieli tłum i ogólny wysoki poziom prezentowany
przez całe towarzystwo, a to znowuż irytowało Aithne.
Niby na jakich
zasadach ta cała szlachta miała być lepsza, mądrzejsza, piękniejsza i takie
tam? Przypominało to prawie selekcję hodowlaną koni albo psów myśliwskich.
Parsknęła niezadowolona pod nosem, planując jeszcze trochę poprzeklinać tę
warstwę społeczną, kiedy zaskoczył w jej główce drobny szczegół.
To jej tylko
pogorszyło humor.
– Kurwa, idź
tam i zrób rozpierdol, bo jeśli tego nie zrobisz i się nie zamkniesz, to wybiję
szybę twoją głową – warknęła, widząc, że Cador zakończył mordowanie spojrzeniem
wnętrza sali i nabrał wdechu, jakby znowu chciał coś do siebie w złości
mruknąć. – I ja naprawdę nie żartuję – dodała rozeźlona. – Zakochany, kurwa.
– Dawaj –
zaproponował od razu, w cichej nadziei, że może pomoże mu to otrzeźwieć.
Tak rozbić łeb
o szybę, raczej uspokaja, co? Bo ostatnio ciągle ponosiły go nerwy; o, na
przykład teraz, kiedy do Ariene przystawiał się kolejny wyglancowany frajer.
Kurwa.
Odwrócił się
plecami do okna i skrzyżował dłonie na torsie; przeniósł spojrzenie na
towarzyszkę, czekając na jej reakcję. Może i niegłupi pomysł, żeby zajęli się
sprzeczką, jest szansa, że wtedy zapomni o śliniących się na widok Ariene
szlachcicach i o tym, co sobie właśnie wyobrażają.
Zazgrzytał
zębami, odetchnął głęboko, przypomniał sobie, że jest dorosłym, dojrzałym i
opanowanym mężczyzną, po czym przeklął pod nosem. Przeszedł dwa kroki w przód,
obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i pokonał tę samą odległość w drugą
stronę.
Ale go nosiło.
Aithne sapnęła
wściekła. Musiała pamiętać, by nigdy nie przyjaźnić się z zakochanymi
kretynami, bo to zupełnie bez sensu. Najchętniej pozabijałaby na miejscu, a
przyjaciół to tak nie wypada, no i kaplica.
– Naprawdę,
ale o co ci chodzi? – zirytowała się, nie tracąc niejakiej wiary w to, że dojdą
do konstruktywnych wniosków i ona jednak go nie zabije. – Przecież to góra godzina,
zresztą żaden nie podchodzi za blisko. Żaden jej nie dotknął. Stój tu jeszcze
chwilę i z głowy, żeby cię szlag – westchnęła, przymykając oczy.
Uznała, że
jednak była milsza niż ustawa przewiduje. W końcu mówiła do Cadora o Ariene,
głupiej wiedźmie, której się nie toleruje, bo nie. Już nie pamiętała, czym jej
panienka Tenshi podpadła, ale tradycje należało kultywować.
– Zresztą kto
by to chciał dotykać – dodała od razu, doskonale wiedząc, że chętnych trochę by
się znalazło, jak na złość.
Ale nie musiała
o tym pamiętać w tej akurat chwili, prawda? No właśnie. Mogła jeszcze trochę
Cadora podręczyć, czemu nie.
– DOTYKALI JEJ
– oznajmił natychmiast, bardzo głośno i z pełnym przekonaniem.
Jego
spojrzenie było takie trochę szalone.
No bo przecież
widział! Ten obrońca, i ten gówniarz z muszką, ten przystojniaczek o jasnych
włosach zaczesanych do tyłu... Jeszcze jak ją któryś poprosi do tańca, to nie
wytrzyma, no zrobi im wjazd na chatę.
Nie zdołał się
powstrzymać od obrócenia z powrotem w stronę okna, by przekonać się, czy ktoś
już poprosił wiedźmę do walca. Oparł czoło o zimną szybę, jakby miał nadzieję,
że ochłodzi to nieco jego mordercze zapędy; niestety.
– No patrz
tylko, ten frajer zaraz ją wyciągnie na parkiet – zdenerwował się, zgrzytając
zębami.
Mało z nich
zostanie, jak będzie tak ciągle zgrzytał.
– Idź go
wyprzedź – parsknęła Aithne, mrużąc oczy z dezaprobatą. – No kurwa, tłum jest,
to im się dotknęło, wielkie halo – rzuciła, trochę jakby chciała go pocieszyć,
chociaż to pocieszenie było dość dziwne. – Zresztą byłeś pierwszy – dodała
jeszcze, by się krótko zastanowić; i się upadłe aniolątko zrobiło trochę
bardziej złośliwe. – No, chyba że ci nie pozwoliła, wtedy to bym zwątpiła.
I kiedy tak
się cieszyła sadystyczną rozrywką, dotarły do nich pierwsze mocniejsze nuty
muzyki. Z początku Aithne nie zwróciła na nie większej uwagi, w pewnym momencie
jednak znieruchomiała, jakby w zdumieniu.
Spojrzała na
salę balową nieco pustym wzrokiem, odszukała podwyższenie dla orkiestry i
podeszła kilka kroków do szyby.
Grał.
Otworzyła
usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale w porę oprzytomniała i się od tego
powstrzymała, bo by jeszcze się role odwróciły i głupi obrońca by ją zabił
celnym komentarzem. Ale dłoni cofnąć od szyby nie zdołała, kiedy wsłuchiwała
się w muzykę i uśmiechała się lekko, trochę nieobecnie.
Zagrał w końcu
tylko raz. Dopiero teraz zorientowała się, że lubiła tego słuchać, nawet jeśli
teraz grał dla ponad setki gości, nie w swoim pokoju, kiedy stała bezradna w
progu. Uśmiechnęła się szerzej.
Już miał
zripostować, ale na nią spojrzał. Zamrugał, przetarł powieki wierzchem dłoni,
kulturalnie rozdziawił gębę, a potem zaczął się rozglądać za swoją
przyjaciółką, bo ta tutaj z pewnością nią nie była.
Wreszcie
uśmiechnął się ciepło, patrząc na nią bardziej z rozczuleniem niż z
rozbawieniem. Dobrodusznie postanowił nawet oszczędzić jej złośliwych
komentarzy; bo i po co wysłuchiwać, że nie wiadomo co, skoro oboje znali
prawdę.
Przyganiał
kocioł garnkowi z tym „zakochany, kurwa”, generalnie.
Bycie uprzejmą
i miłą oraz jednoczesne nie oddalanie się zanadto od obrońcy okazało się
trudne. Z drugiej strony nie trzymała się go kurczowo, bo wyszłoby to dziwnie,
ale musiała pilnować, by nie skupił się za bardzo na gospodarzu. Dlatego kiedy
znowu została w tańcu przejęta przez młodego szlachcica, uśmiechnęła się do
niego pogodnie, w duchu mając nadzieję, że zaraz się znudzą. Ile można?
Ostatecznie
chyłkiem sama się uwolniła, usprawiedliwiając się suchością w gardle. Dotarła
do jednego ze stołów, sięgnęła po kieliszek wina i aż przymrużyła z
zadowoleniem oczy, zauważając, że nieopodal stoi obrońca, śledząc swojego pana
wzrokiem. Uznała, że póki ma go w zasięgu wzroku, nie musi od razu zagadywać.
Dość, żeby pozostawać rozeznaną w sytuacji.
Obróciła się
przodem do tańczących par i aż się uśmiechnęła – nawet nie musiała się
powstrzymywać, bo nie wyglądało to dziwnie – na widok ich tańczącego
towarzysza. Zastanawiała się, jak bardzo był już zirytowany i czy zniesie
jeszcze jedną uroczą panienkę, która wyjątkowo pragnie, by poświęcił jej chwilę
uwagi. Zwłaszcza że wolałby ją poświęcać komuś, kto akurat jest jego kuzynką.
Upiła łyk
wina, czując, że się rozluźnia. Bała się, że wszystko sypnie się wcześniej,
cała taktyka została ułożona na wariackich papierach. Właściwie zawsze tak
układała plan działania, ale zwykle pracowała sama, a tu jednak było więcej
uczestników i lepiej, żeby wszyscy wrócili w jednym kawałku.
Właśnie
dlatego Aithne została stajennym i oddelegowała ją na podwórze.
– Nie bawi się
pani? – usłyszała koło siebie znajomy, jednak dużo przyjaźniejszy niż z
początku głos.
Obrońca stanął
koło Elissy, zerkając na nią krótko; zaraz wrócił do obserwowania sali,
szczególną uwagę poświęcając gospodarzowi, który nie wypuścił z objęć
rudowłosej kobiety ani na jeden taniec.
– Raczej nie
brakuje pani partnerów do tańca – dodał, uśmiechając się z pewnym ponurym
rozbawieniem.
W jego
ciemnych oczach odbijały się lawirujące w walcu pary, błyszczące, drogie
klejnoty i wymyślne suknie. Wyglądał wśród nich wyjątkowo nienaturalnie, widać
było również, że nie czuł się swobodnie.
Ale cóż
zrobić, kiedy służy się miłośnikowi tego typu przedsięwzięć; trzeba zacisnąć
zęby i uśmiechać się z wymuszeniem do pijanych szlachciców.
– Ile można
tańczyć – odparła z pewną irytacją, nie dając po sobie poznać, że nagłe
zainteresowanie jej osobą obrońcy ją zaskoczyło; była pewna, że nawet jej nie
zauważył, kiedy podeszła.
Potem sobie
przypomniała, że to przecież obrońca, przez co przypomniała sobie o jeszcze
kilku innych szczegółach. I ironia losu uderzyła w nią z niesamowitą siłą, aż
się prawie zakrztusiła popijanym winem.
– Nie jestem
miłośniczką fruwania od jednych męskich ramion do drugich – dodała,
przełknąwszy z lekkim trudem za duży łyk, który przez swoje rozmyślania
pociągnęła. – U nas to chyba rodzinne, pomijając mojego brata – rzuciła
jeszcze, odrywając wzrok od Lorena godzącego się na kolejny taniec, a
przenosząc spojrzenie na kuzynkę.
Tak, nie
zanosiło się na to, by gospodarz zamierzał Charlotte jakkolwiek gdziekolwiek
puścić. Elissa pomyślała, że to się może źle skończyć, ale jeszcze był czas.
Może ta posiadłość utrzyma się w posadach po interwencji niektórych obecnych.
Przeniósł na
nią czujne spojrzenie; po chwili wytłumaczył sobie to prawie-zadławienie
zwyczajną nieśmiałością i zażenowaniem kobiety.
No tak,
uczepił się jej stary biedak, obrońca w dodatku. Trudno. Była jedyną osobą w
tym jaskrawym tłumie, która nie upiła się atmosferą balu, zdawała się nawet nie
do końca ją akceptować.
– Pozwolę
sobie zauważyć, że pani Charlotte raczej wygląda na „miłośniczkę fruwania od
jednych męskich ramion do drugich” – mruknął ostrożnie; nie był do końca
zaznajomiony z zasadami dobrego wychowania i nie wiedział, czy tym komentarzem
przekroczy już pewną granicę, czy jeszcze nie.
Elissa
roześmiała się serdecznie i spojrzała na obrońcę ze szczerym rozbawieniem,
przymrużając oczy. No pięknie, gdyby jedno z dwójki zainteresowanych usłyszało
coś takiego… na szczęście nie słyszeli i byli obowiązkowi.
– Pewnie tak.
Pewnie wygląda – przytaknęła, nadal się uśmiechając, bo ją wyjątkowo mężczyzna
rozbawił. – Ja bym to bardziej określiła wyrywaniem sobie jej z rąk do rąk
przez facetów, ale jako kobieta mam bardzo subiektywny punkt widzenia –
stwierdziła, przechylając lekko głowę, by spojrzeć na towarzysza. – Poza tym
większości młodzieńców naprawdę wystarczyłaby po prostu jakakolwiek chętna
dziewczyna, a czy chętna jest, to wolą sprawdzać własnoręcznie, póki… – urwała
na moment, zastanawiając się, czy się trochę za bardzo nie rozpędziła.
Potem doszła
do wniosku, że nie psuje to obrazu kreowanej postaci. Bo właśnie się przed
panem obrońcą otworzyła i w ogóle rozluźniła w jego towarzystwie, żeby
przypadkiem nie zechciał jej się gdzieś oddalić. Nie byłoby dobrym pomysłem
biegać za nim po całej sali.
– Póki im nie
wyjdzie – dokończyła wreszcie lekko speszona i uśmiechnęła się mniej pewnie,
żeby udowodnić, że naprawdę przypadkiem jej się na niego otworzyło, prawda.
Obrońca
uśmiechnął się szerzej i pokiwał lekko głową. Zaraz wrócił spojrzeniem do
swojego pana, marszcząc z niepokojem czoło, bo mężczyzna wyraźnie się
rozochocił.
Zbyt dobrze go
znał, by nie wiedzieć, co oznacza to nieprzytomne spojrzenie i szarmancki
uśmiech; kompletnie uległ urokowi tajemniczego spojrzenia mocno podkreślonych
oczu i niewymuszonego uśmieszku, całej magii i egzotyczności nowej towarzyszki.
A to oznacza,
że zaraz będzie chciał uciec z zasięgu wzroku swojego obrońcy, co się obrońcy
zdecydowanie nie podobało.
– Nie twierdzę
oczywiście, że to wina pani Charlotte. Po prostu jest taka... wyzywająca? Tak,
to dobre słowo – zamilkł na chwilę.
Zazwyczaj nie
należał do szczególnie gadatliwych.
– No cóż. Mój
pan zdecydowanie jest miłośnikiem pięknych dam, jeżeli mogę ostrzec. A skoro
tak bardzo zachwycił się pani kuzynką... – nie musiał dokańczać.
Elissa
westchnęła i skinęła głową.
– Nie jestem
jej niańką – stwierdziła zaraz, jakby na usprawiedliwienie, że nie rusza na
ratunek krewnej. – Ale racja, nigdy nie narzekała na zainteresowanie. Po prostu
chyba trafia w fantazje trzech czwartych szlacheckiego społeczeństwa – dodała z
nutą złośliwości.
Złośliwość
jednak w istocie odnosiła się do myśli, jakie kobietę nawiedziły. Wyobraziła
sobie, co też drogi Loren zrobi z całą posiadłością, jeśli gospodarz choćby
spróbuje dobrać się do egzotycznej tajemnicy Charlotte. Szybko się Elissa
opamiętała, uświadamiając sobie, że byłoby to dość okrutnym końcem dla całej
ekipy.
Odstawiła
pusty kieliszek po winie i postanowiła, że musi teraz pilnować nie tylko
obrońcy, ale też swojego brata, bo wolała, żeby wszyscy przeżyli. Prócz
gospodarza.
Westchnęła
cicho, przymykając na moment oczy; zawsze ją takie długie zadania męczyły.
– Zdążyłem
zauważyć, że w waszej rodzinie raczej nikt nie narzeka na brak zainteresowania
– mruknął z rozbawieniem i uśmiechnął się szerzej niż zazwyczaj.
Na krótką
chwilę zatrzymał wzrok na rozmówczyni; niestety, nie dość krótką.
Gdy znów
rozejrzał się po pomieszczeniu, nie odnalazł swojego pana w tłumie. Zmarszczył
czoło i postawił krok do przodu, oglądając się na wszystkie strony bardziej
uważnie, bo może go przegapił.
Uspokoił się,
gdy zobaczył go pod jedną z kolumn, pogrążonego w mało niewinnej rozmowie.
Charlotte
uśmiechnęła się lekko, nie do końca słuchając słów mężczyzny; zastanawiała się
właśnie, czy przystanięcie i zatrzymanie się tutaj uspokoiło obrońcę
gospodarza. Ożywił się nagle, gdy gospodarz poprowadził ją w stronę balkonów –
całe szczęście zdążyła to spostrzec i zatrzymała swego towarzysza na chwilę, by
obrońca uwierzył, że chcieli tylko zejść z parkietu.
A im chodziło
o to, by zaszyć się w bardziej ustronnym miejscu, chociaż kierowały nimi
zdecydowanie odmienne motywy.
– Już na nas
nie patrzy – zauważył gospodarz ze śmiechem, ukradkowo zerkając na obrońcę.
To ukrywanie
się przed przyjacielem, jak dzieci przed rodzicami, podziałało na niego
pobudzająco. Ujął dłoń kobiety i spojrzał jej w oczy, nim pociągnął w stronę
jednego z balkonów.
Ten okazał
się, na całe szczęście, całkiem pusty. Wszystkie balkony wybudowano wzdłuż
jednej ściany; została zrobiona ze szkła, tak, że doskonale było widać, co
dzieje się na każdym z nich. Fakt ten nie przeszkadzał niektórym parom w
wykorzystywaniu ich w wiadomych celach; prawdopodobnie zbyt się upili, by
martwić się takimi drobnostkami, jak to, że pieprzą się na widoku, a ich
ekscesy może podziwiać każdy szlachcic, który podejdzie odpowiednio blisko.
Charlotte nie
miała zamiaru nikogo podglądać; od razu weszła na balkon. Ruszyła do kamiennej
barierki i oparła na niej łokcie, zapatrując się przed siebie. Piękna, choć
wyjątkowo ciemna noc, chciałoby się powiedzieć, że w sam raz do umierania.
Tylko byłoby to nieco nie na miejscu.
Obróciła się,
by stanąć twarzą w twarz z gospodarzem; przechyliła głowę, widząc, że mężczyzna
nie krył się w swoich zamiarach. Odnalazł jej spojrzenie i uśmiechnął się z
zadowoleniem, pokonując jednym krokiem dzielącą ich odległość i pochylając się
nad Charlotte.
– Co w tobie
sprawia, że jesteś tak pociągająca? – wyszeptał, błądząc spojrzeniem po jej
twarzy.
Na razie nie
reagowała, uniosła tylko kącik ust w trudnym do zinterpretowania uśmiechu.
Uśmiech ten najwidoczniej wystarczył mężczyźnie za odpowiedź; pochylił się
jeszcze trochę i zdążył musnąć jej wargi, nim odsunęła go delikatnym, lecz
stanowczym ruchem.
– Na twoim
miejscu bym tego nie robiła – wymruczała, gdy popatrzył na nią z wyraźnym
zdziwieniem.
Przeniosła
spojrzenie na coś ponad jego ramieniem i uśmiechnęła się po raz kolejny;
dopiero teraz jej oczy zaczęły błyszczeć.
–
Zdenerwowałeś go.
I gospodarz
się odwrócił.
Kilka metrów
za nimi, bliżej wejścia do sali balowej niż barierki, stał Loren. Z rękoma w
kieszeniach, lekko przekrzywioną głową, zmrużonymi, błyszczącymi, zielonymi
oczami. Wpatrywał się tylko w mężczyznę, zdawałoby się, że strasznie, jakby
zamierzał go rozerwać na strzępy w tej właśnie chwili. I wtedy uśmiechnął się.
W pierwszych
sekundach wyglądał właśnie jak ten młody serdeczny szlachcic.
Potem uśmiech
stał się dziwny. Nie było w nim już ani trochę serdeczności ani wesołości,
błysnęły zęby – ostrzejsze niż u normalnego człowieka, nieco jak u drapieżnika.
Nadal patrzył na gospodarza, ale również inaczej. W taki sposób, od którego
ciarki przechodziły po plecach.
– Chyba
starczy rozrywki – skwitował; nie do końca było wiadomo, czy mówił do swojej
kuzynki, czy do mężczyzny.
Ruszył do nich
wolnym, leniwym krokiem, przymrużając mocniej oczy, a kiedy stanął
wystarczająco blisko, chwycił gospodarza za kołnierz z przodu i lekko podniósł;
musiał się pochylić, by nadal mimo wszystko patrzeć mu w twarz. Uśmiech nie
znikał, teraz jednak stał się zdecydowanie groźniejszy.
Mężczyzna
uniósł ręce na znak poddania się; założył sobie najbardziej oczywistą wersję,
że Loren bronił honoru kuzynki, chociaż taka odpowiedź miała pewne luki.
Najbardziej
rzucającą się w oczy luką było to, z jaką łatwością został podniesiony; później
zobaczył zaostrzone zęby i pomyślał, że albo za dużo wypił, albo jest w czarnej
dupie.
– Dobrze,
przepraszam, nie chciałem nikogo urazić. Już idę, już idę – oznajmił nerwowo,
mając nadzieję jeszcze uratować się z tej sytuacji. – Zostawię ją, możesz mnie
odstawić – dodał, kiedy jego pierwsza wypowiedź nie przyniosła oczekiwanych
rezultatów.
Charlotte
uniosła kącik ust w bardzo zadowolonym uśmiechu i oparła się plecami o
barierkę, krzyżując ręce pod biustem.
– Och, nie wątpię,
że ją zostawisz – odparł po prostu Loren, cofając się kilka kroków, jednak
mężczyzny nie puścił.
W zielonych
oczach pojawił się niepokojący, bardzo dziki blask. To nie wróżyło niczego
dobrego i zdradzało, że ktoś stracił wszelkie zahamowania. Zupełnie jakby ten
niewinny pobyt na balkonie był kroplą, która przelała czarę.
Wystarczyły
niecałe dwie sekundy, by gospodarz oderwał się od ziemi, przefrunął właściwie
cały balkon i z poślizgiem wylądował w wejściu do sali balowej – w odległości,
zdaniem pewnego mężczyzny, odpowiedniej, jeśli chodzi o stojącą przy barierce
kobietę.
Z gardła
Lorena wyrwał się niski, groźny warkot; ruszył za swoją zbierającą się ofiarą,
ślepy na zamieszanie, jakie powstało przy drzwiach.
Właśnie
postanowił rozerwać kogoś na strzępy i nic nie mogło mu wejść w drogę. A chciał
to zrobić tak, by odbić sobie wszystko, co musiał tego wieczoru znosić.
Elissa
drgnęła, gdy gospodarz wleciał – dosłownie – z powrotem do sali balowej.
Potrzebowała ułamka sekundy, by zrozumieć, co się dzieje. A działo się źle.
Miało być po cichu. Ale ktoś oczywiście nie wytrzymał parcia testosteronu na
mózg.
– Szlag –
warknęła pod nosem i potoczyła dokoła błędnym spojrzeniem, zastanawiając się, w
co najpierw ręce włożyć.
Obrońca.
Na pewno to
zauważył, nie mógł nie zauważyć. W tym ubiorze potyczka nie wchodziła w grę,
zanim to ściągnie – obrońca już będzie przy gospodarzu. Elissa zrobiła jedyne,
co jej pozostało: złapała naczynie z silniejszym alkoholem i chlusnęła
mężczyźnie zawartością w twarz, prosto w oczy.
– Przepraszam
– wyrwało się jej jeszcze, na co otrząsnęła się zszokowana.
Zaczęła się
robić miękka na starość.
Pianista
podniósł się ze stołka, porzucając instrument, i spojrzał na dopadającego do
gospodarza mężczyznę. Chwilę stał nieruchomo, zdumiony całym zajściem – a
równie zdumiona orkiestra patrzyła na niego w szoku, bo co się dzieje,
pomijając bójkę? – po czym uderzył dłonią w czoło.
– Sheridan, do
jasnej cholery – wyraził aprobatę wobec zachowania przyjaciela.
Sheridan
niewiele sobie z tego faktu zrobił, znów łapiąc ofiarę za ubranie i podnosząc,
by dobrze widzieć strach w jej oczach. Och, jak on to lubił.
Obrońca syknął
wściekle i zgiął się w pasie, nerwowo przecierając piekące, załzawione oczy.
– Dajcie mi
wody, na litość boską! – ryknął, ale nim ktokolwiek zdążył spełnić jego
polecenie, odzyskał jako-tako zmysł wzroku.
Rozejrzał się
po sali błędnym spojrzeniem, przeklął głośno i zerknął na stojącą u jego boku
kobietę. Po chwili zastanowienia pchnął ją tak, że wpadła na stół z
przekąskami; gdy już mu nie przeszkadzała, ruszył biegiem na ratunek swojemu
panu, gotów za niego zginąć.
Charlotte
otworzyła szeroko oczy, zaskoczona. Mimo wszystko nie spodziewała się, że on
straci nad sobą panowanie; zawsze wykazywał się nadludzką samokontrolą. A tu
proszę, w najbardziej, kurwa, odpowiednim momencie.
Warknęła
gniewnie i ruszyła za panami nerwowym krokiem. W ich stronę zmierzał już nie
tylko obrońca, lecz również stojący najbliżej zajścia strażnicy; trzeba było
coś z tym zrobić. Kobieta przymrużyła oczy, które zalśniły dziwnie, a w
następnej chwili pobliski stół otrząsnął się ze stojących na blacie talerzy i
pogalopował w stronę strażników, wpadając na nich z pełnym impetem. Dziś
powiedzielibyśmy, że potraktował ich jak kula kręgle.
Gospodarz, gdy
tylko boleśnie zarył twarzą w wypolerowaną posadzkę, zaczął rozpaczliwie
odpychać się nogami i rękami od podłogi, byle jak najdalej od tego wariata. W
ruchu podniósł się najpierw na klęczki, a potem do pozycji pionowej,
rozpaczliwie rozglądając się dookoła z nadzieją, że ktoś będzie w stanie mu
pomóc.
Goście balu
podnieśli wrzask; kobiety lamentowały i piszczały, a mężczyźni krzyczeli do
siebie nawzajem, co poniektórzy szukali broni. Ludzie zaczęli przepychać się w
kierunku wyjścia, ogarnięci nagłą paniką; tylko nieliczni nadal stali, w
osłupieniu patrząc na rozgrywającą się scenę. Może mieli nadzieję, że to
wszystko farsa? Z różnych stron pomieszczenia zaczęli napływać strażnicy,
trudno było im jednak przecisnąć się przez ogarnięty szałem tłum.
– Dżentelmeni
– warknęła Ariene, przeturlawszy się po stole.
Zrzuciła
nerwowo buty z nóg, ale stwierdziła, że nim zedrze z siebie cholerną suknię, to
Sheridan będzie miał już na głowie pół miasta. Nie żeby się tym przejął, ale
oni planowali przeżyć ten wieczór.
– ERRIAN! –
wrzasnęła na całe gardło i zeskoczyła z blatu, pozbywając się niewygodnej
garderoby.
Jak to dobrze,
że pod spódnicą miała obcisłe, wygodne do biegania spodnie. Zaraz gorsety
projektu Caleba zostaną poddane próbie ognia.
– Proszę nie
panikować, on jest oswojony! – wołał jeszcze w naiwnej nadziei młody mag,
próbując ogarnąć tłum.
Na dźwięk
znajomego głosu od razu zaniechał działań, skierował spojrzenie na obrońcę,
błękitne oczy nabrały ostrzejszej, bardziej przenikliwej barwy. Posadzka pod
nogami mężczyzny zamieniła się w twardy, śliski lód, a by mieć pewność, że
przeciwnik Erriana nie okaże się zbyt silny, młodzieniec przywołał dodatkowo
chłodny wiatr, który uderzył w swoją ofiarę, przewalając ją.
– KEDALT! –
ryknął panicz Souen, widząc, że całość się niejako sypie z rąk.
Tak trochę
bardzo.
Sheridan
uniósł leniwie spojrzenie, przyjrzał się podrywającemu się z ziemi obrońcy, a
potem wyprostował się spokojnie, nie puszczając jednak gospodarza. Zielone oczy
nadal niezdrowo błyszczały, zupełnie jakby łowca wpadł w pewien rodzaju amok.
Wreszcie
skierował wzrok na mężczyznę, skupił się na nim na krótką chwilę i w następnym
momencie ciało zwiotczało. Z uszu wypłynęło trochę krwi, twarz poczerwieniała,
zupełnie jakby gospodarz został uduszony. Sheridan, dla świętego spokoju, na
wszelki wypadek poderżnął jeszcze ofierze gardło.
– Kurwa mać,
cholerny łowco! – warknął Errian, który chwilę temu opuścił stanowisko i dopadł
do przyjaciela naprawdę wściekły.
– O co tyle
krzyku? – mruknął Przeklęty dzikim, przerażającym głosem, na dźwięk którego
młody mag nawet nie drgnął nerwowo.
– O to? –
zaproponował rozjuszony, wskazując na szalejący tłum.
– Kurwa –
sapnęła Ariene, zatrzymując się nieopodal Anabde; musiała przebiec dokoła sali,
przedzieranie się przez tłum skończyłoby się marnie. – Wynosimy się stąd, byle
szybko – skwitowała, wskazując jedne z bocznych drzwi. – Tamto przejście jest
czyste, stoją tam Caleb z Aidanem.
Anabde już
nawet nie miała siły komentować. Po obdarzeniu swojego ukochanego wyjątkowo
nieprzyjemnym spojrzeniem dała sobie spokój z wyrażaniem opinii, zainteresowała
się za to własną wygodą. Sięgnęła do spódnicy i przedarła ją na boku; materiał
opadł smętnie na podłogę, ukazując praktyczne, wąskie spodnie ukryte pod
odzieżą. Tylko szkoda sukni, ładna była.
Kiwnęła głową,
szybko spięła włosy w bliżej nieokreślone coś, by nie przeszkadzały w ucieczce,
po czym ruszyła we wskazaną przez Ariene stronę. Spokojnie, bo po co zabijać
się na zakrętach; jak ktoś wchodził jej w drogę, usuwała go z pomocą
szarżujących mebli.
Obrońca na
kilka minut stracił przytomność, a gdy świadomość wróciła, podczołgał się do
swojego pana. Martwego pana. Otworzył szeroko przerażone, puste oczy i uniósł
głowę mężczyzny, ścierając krew z kącika jego ust rękawem.
Obserwujący tę
scenę z lotu ptaka Cador pokiwał głową, mimo wszystko czując wyrzuty sumienia
względem kolegi po fachu. Zaraz obrócił się i dołączył do swojej towarzyszki,
która już zajęła się epickim spierdalaniem.
– Gdzie Lea? –
warknął Caleb, odepchnąwszy ze swojej drogi kolejnego szlachcica, który
szamotał się w panice przed nosem myśliwego.
– Nie wiem –
przyznał przerażony Aidan, wytrzeszczając oczy na zamieszanie; a przed chwilą
było tak spokojnie. – Poszukam jej – dodał zdesperowany.
– W tłumie
rozszala… – zaczął wściekły mężczyzna, nokautując biegającego w kółko
strażnika, kiedy ten napatoczył się mu pod nogi.
Dopiero wtedy
zorientował się, że chłopak naprawdę skoczył między gości, by ratować
koleżankę. Zastygł na ułamek sekundy, zastanawiając się, w którym momencie
rodzice tego dzieciaka schrzanili robotę, po czym warknął i ruszył jego śladem,
postanawiając, że nie da gówniarzowi zginąć przez stratowanie, bo Cador mu nie
wybaczy.
Anabde
zatrzymała się przed wejściem, po drodze mijając wyraźnie zdenerwowanego
Caleba. Nie był to odpowiedni moment na pogawędkę, ruszyła więc dalej z cichą
nadzieją, że nie mają kolejnych kłopotów.
Pieprzony
Sheridan, zniszczyć taki ładny plan.
Rozejrzała się
szybko dookoła i zmarszczyła czoło; jakoś tak było, że spanikowani ludzie
naturalnie ją omijali, nie dość, że wyglądała strasznie, to jeszcze kojarzono
ją z niedawnym zajściem. Mogła więc w spokoju wyprostować się, by poszukać
swojej zguby; wreszcie ta zguba zdecydowała się wpaść na nią od drugiej strony.
– Przepraszam
– usłyszała, nie przewracając się tylko dlatego, że młodzieniec zdążył ją
przytrzymać.
Obróciła się i
spojrzała w jasnoniebieskie oczy Erriana, kiwając lekko głową.
Nie musiała mu
mówić, żeby się pospieszył, bo to raczej było oczywiste. Wypadli przez otwarte
drzwi i pognali przed siebie, najwidoczniej doskonale wiedząc, w jaką stronę
zmierzają.
Ariene przez
pewien czas usiłowała opuścić pomieszczenie drogą konwencjonalną. Rozbiegana
szlachta utrudniała to jak tylko mogła i wiedźma jedynie resztką silnej woli
powstrzymała się przed usmażeniem kilku osób żywcem, jak stali. Wymachiwanie
bronią też nie było najlepszym pomysłem, bo zaraz by…
Dostrzegła
zmierzających do niej strażników; musieli się zorientować, że jest zamieszana w
morderstwo, ponieważ jako jedyna na sali nie biegała i nie wrzeszczała jak
opętana. Cofnęła się kilka kroków, szukając drogi ucieczki – wszystkie kolumny
gładkie, ściany gładkie, brak tarasów, brak płaskorzeźb, brak jakichkolwiek
rzeźbień w zasięgu rąk. Warknęła cicho i zmierzyła mężczyzn gniewnym
spojrzeniem.
Chyba nie
myśleli, że jak ją otoczą, to się kobieta rozpłacze i podda. Była podłą
wiedźmą, tytuł do czegoś zobowiązywał.
Przywołała do
ręki pulsar energii, pozwalając światłu stać się silniejszym niż powinno, co
nieco strażników oślepiło. W następnej chwili posłała zaklęcie w posadzkę,
roztrzaskując ją, i skoczyła w przeciwną stronę, uznając, że chyba już wszyscy
wyszli, cóż. Przynajmniej wszyscy od niej.
Jednego ze
strażników musiała znokautować własnoręcznie, bo złapał ją i przez moment nawet
trzymał w żelaznym uścisku. Potem jednak zasunęła mu celnym ciosem z głowy,
poprawiła bolesnym kopnięciem i jeszcze zdołała go ugryźć. Takiego zestawu nie
zniósł; puścił ją, zatem poczęstowała biedaka jeszcze zaklęciem oszałamiającym.
A niech gryzie posadzkę, do jasnej cholery.
Wybiegła na
jeden z balkonów, odetchnęła głęboko, odbiła się od kamieni i przeskoczyła
barierkę, w locie jednak łapiąc ją i zatrzymując się nieprzyjemnym
szarpnięciem. Oszacowała szanse zeskoczenia, przekreśliła je, zlokalizowała
kilka punktów zaczepienia i zeszła trochę niżej. Nadal względnie wysoko.
– Krzaki,
chodźcie tu do mnie – mruknęła, mrużąc oczy, by coś dojrzeć w innym niż w sali
balowej oświetleniu.
Wreszcie
zdecydowała się na mało zachęcające chaszcze – chyba dzika róża. Trudno, lepiej
tak niż głową w kamień.
Odepchnęła się
do balkonu i skoczyła, szybko przekonując się, dlaczego jednak głową w kamień
mogłoby być przyjemniejsze; jednorazowe doznanie bez długotrwałych skutków
ubocznych, jeśli nazwać śmierć na przykład skutkiem bezpośrednim.
Kolce to
będzie wyjmowała chyba z tydzień.
– Z dupy,
kurwa, pierdolony łowca.
Znalezienie
Aidana nie było takie trudne. Okazało się nawet banalnie proste, bo chłopak
wpadł prosto w łapy dowódcy straży, który błyskawicznie zorientował się, że
drobny dzieciak nie należy do jego ludzi.
Teraz trzymał
nieszczęśnika za kark jak niesfornego szczeniaka, mierząc go groźnym
spojrzeniem, podczas gdy pozostali gwardziści rozglądali się zdenerwowani,
szukając wzrokiem podejrzanych.
– Gadaj! –
warknął mężczyzna.
– Nie mam
pojęcia, o czym pan mówi – skwitował z niezachwianą pewnością Aidan, nadzwyczaj
dobrze odnajdując się w roli zdesperowanego kłamcy.
Cios w brzuch
nie poprawił jego sytuacji, ale dzielny chłopak tylko stęknął, przymykając na
moment oczy.
– Mów albo
obedrę cię ze skóry – powtórzył dowódca.
– Wtedy się
już niczego nie dowiesz – nie wytrzymał zirytowany Aidan i na wszelki wypadek
przymrużył powieki, czekając na kolejny cios.
Zamiast tego
świsnęło, ktoś jęknął, a potem zwalił się bezwładnie na posadzkę. Mężczyzna
spojrzał na martwego strażnika zdezorientowany – podobnie jak chłopak. Aidan
jednak uśmiechnął się z ulgą, widząc sterczącą z piersi trupa strzałę.
Zaraz kolejne
pociski powaliły pozostałych strażników; ostatni wbił się w sam środek czoła
dowódcy, ciało mężczyzny zwaliło się jak kłoda na posadzkę. Chłopak opadł z
powrotem na równe nogi, ale nim się otrząsnął, Caleb już do niego dopadł,
złapał go za ramię i potrząsnął nim nieczule.
– Co ty sobie,
do jasnej cholery, wyobrażasz? – warknął na niego takim głosem, że Aidan
błyskawicznie się skulił, robiąc się dwukrotnie mniejszym. – Mogli cię, kurwa
mać, na wstępie zabić! – dodał wściekły i pchnął dzieciaka do wyjścia.
Brakowało,
żeby jeszcze poprawił kopnięciem, ale chyba aż tak rozjuszony nie był.
– Wynoś się
stąd, jeśli ci życie miłe. Schowaj się w ustronnym miejscu i czekaj na mnie, a
jeśli choćby piśniesz, osobiście ściągnę ci wspomniany wcześniej skalp –
ostrzegł myśliwy, nakładając na cięciwę kolejną strzałę i rozglądając się
dokoła przeszywającym spojrzeniem w poszukiwaniu Leanelle.
A mówił, żeby
się nie oddalała. To nie, bo musi udowodnić, jaka to jest zaradna, że już nie
zarobi w twarz, pewnie.
– Ale… –
zaprotestował słabo Aidan, niechętnie się cofając.
W pierwszej
chwili Leanelle zapomniała, po co tu w ogóle przyszła, zbyt duży szok wywarł na
niej pokaz umiejętności łuczniczych Caleba. Stała z rozdziawionymi ustami,
nagle rozumiejąc, dlaczego Anabde tak bardzo chciała, by myśliwy zdecydował się
ją nauczać.
Gdy mężczyzna
rozejrzał się dookoła wyraźnie zirytowany, oprzytomniała; ruszyła do niego
szybkim krokiem, zgrabnie omijając ogarniętego szałem szlachcica, który
niemalże ją stratował.
– Czekałam na
was przy wyjściu – mruknęła, powstrzymując się od wytknięcia chłopakom
spóźnienia.
Tak, była wystarczająco
bystra, by ogarnąć, że coś tu poszło mocno nie tak, a zainteresowanych nie
należy denerwować. Zerknęła tylko na rozsiane po posadzce trupy, potem
skontrolowała, czy któremuś z towarzyszy coś się stało; koniec końców wbiła
wzrok w podłogę, czekając.
Caleb warknął
krótko, ale wyglądało na to, że poczuł ulgę na widok dziewczyny w jednym
kawałku. Nie chował jednak strzały do kołczanu, zmiażdżył tylko spojrzeniem
Aidana, który bardzo chciał się ucieszyć na widok Leanelle. Chłopak zaraz się
opamiętał, spoważniał oraz spokorniał.
– Idźcie
przodem – rzucił tylko myśliwy, już lustrując spojrzeniem wnętrze sali balowej,
jakby się spodziewał ataku całego oddziału.
Aidan pobiegł
w kierunku drzwi, mając nadzieję, że nikt się więcej nie będzie gubił, wściekał
oraz pakował w pułapki. I, o ile pamiętał, teraz powinien pójść w lewo, na tyły
posiadłości.
Obejrzał się
przez ramię; Leanelle i Caleb podążali za nim, dlatego odetchnął z ulgą. Oby
myśliwy się udobruchał, nim spotkają się ze wszystkimi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz