poniedziałek, 11 lutego 2013

65. Straż na ogonie



Kiedy tylko ich cel padł martwy na posadzkę sali, Aithne nie zastanawiała się nad tym, co dalej. Od razu klepnęła Cadora w ramię, na wypadek gdyby się zagapił, zerwała przeklętą czapeczkę z głowy, bo i tak zgubiłaby ją na pierwszym zakręcie, i pobiegła w stronę drogi prowadzącej z rezydencji do miasta.
Może nie należało to do najrozsądniejszych posunięć, ale zwyczajnie gdyby ruszyła na przełaj, najpewniej zgubiłaby się w dziczy, spanikowana przez otaczającą ją ciemność. A ścieżki przynajmniej można się było trzymać, zatem w jej przypadku był to najmądrzejszy wybór.
– Z drogi! – warknęła do jednego ze strażników, łapiąc go za ramię i mocnym szarpnięciem posyłając na mur posiadłości.
Głuche stęknięcie zostało zagłuszone przez pierwsze wrzaski wydostających się z sali gości. Aithne przestąpiła nad nieruchomym ciałem i pognała dalej, zamierzając wtopić się w tłum. Potrafiła i wrzeszczeć, i biegać, zatem na pewno nawet się nie zorientują… prawda? No, mniej więcej. Nie zwrócą na nią uwagi, zajęci panikowaniem.
– Stój! – usłyszała za sobą niski, męski głos i zanim zdążyła zareagować, ktoś chwycił ją za łokieć, ciągnąc w tył.
Straciła równowagę i upadła na żwir, kalecząc sobie paskudnie policzek. Syknęła wściekła przez zęby, przeturlała się na plecy i popatrzyła z nienawiścią na górującego nad nią strażnika, zastanawiając się, czemu zatrzymywał takiego pastucha.
Może chodziło o rozpuszczone włosy i specyficzny strój. Może powinna była dla odmiany nieco pomyśleć, nim rzuciła się bez ukochanej broni w samą paszczę lwa.
– Łapy precz – wycedziła przez zęby, odczołgując się trochę do tyłu, kiedy do niej ruszył z gniewnym wyrazem twarzy.
Odczekała chwilę. Jeszcze nieco dłużej, żeby podszedł bliżej, sięgnął do niej, kładąc dłoń na rękojeści miecza, zmarszczył czoło…
Uśmiechnęła się dziko, jej oczy błysnęły jakby szaleńczo, kiedy chwytała nadgarstek gwardzisty, mocno zaciskając na nim palce. Spod jej opuszków wylała się czarna mgła, upadła dostrzegła w oczach ofiary przerażenie. Ucieszyła się, przytrzymała go jeszcze moment.
Potem ciało eksplodowało, jego szczątki zwęgliły się w powietrzu, a w miejscu, gdzie mężczyzna stał, pozostał tylko blady, siwy dym. Przez niego przeskoczyła Aithne, sapnęła zirytowana i uznała, że należy się czym prędzej wynosić do Faryale.
Klacz czekała nieopodal miasta, zatem musiała tam dotrzeć, na początek, pieszo. Nie będzie to problemem, tylko w ciemnościach może trochę zająć i…
Odbiła się od kogoś i aż sobie usiadła, stęknąwszy głucho. Potrząsnęła głową, skrzywiła się, uniosła wzrok i spojrzała bez zrozumienia na stojącego przed nią Sheridana. Z łowcy wprost emanowała wściekłość, zielone oczy błyszczały groźnie, choć jego postawa przywodziła na myśl niedbalstwo. Ręce w kieszeniach, lekko zgarbione ramiona, trochę potargane długie włosy.
Aithne skrzywiła się brzydko, zastanawiając się, czy nie zacząć udawać trupa, żeby ten kretyn sobie poszedł.
– Wstawaj, rude, wynosimy się – polecił obojętnym głosem, przenosząc leniwie wzrok na panikujących przed posiadłością ludzi.
– Nigdzie z tobą nie idę – zastrzegła błyskawicznie, dla samej zasady, chociaż nie godziło się to ze zdrowym rozsądkiem.
Sheridan warknął zirytowany, chwycił ją za ramię i bez problemu podniósł, stawiając na równe nogi. Odwarknęła mu w odpowiedzi, potrząsając gniewnie głową, oswobodziła się z uścisku i z pełną godnością otrzepała się z kurzu, łypiąc na mężczyznę z nienawiścią. Odwzajemnił to żarliwe spojrzenie z dużym zaangażowaniem, przymrużając dodatkowo oczy, jakby się zastanawiał, co najpierw urwać.
Wyglądali przedziwnie – strażnicy zbliżyli się do nich, zamierzając poinformować, że zostali aresztowani, ale w pewnej odległości po prostu stanęli niepewnie i zapatrzyli się na nich bez zrozumienia. Całkiem możliwe, że wpłynęła na to nadzwyczaj nieprzyjemna aura, jaką wokół siebie roztaczali, albo ci mężczyźni posiadali instynkt samozachowawczy, który podpowiedział im, że nie należy się wtrącać w to nieme starcie.
– Zejdź mi z oczu – prychnęła wreszcie Aithne i obróciła się, by ruszyć we własną stronę, ale wtedy też dostrzegła zebranych wokół nich gwardzistów.
– Chętnie bym to zrobił, bo patrzenie na ciebie boli, ale ta głupia wiedźma przywiązała mojego konia do twojej szkapy – poinformował upadłą Sheridan, nie odrywając od niej pełnego niechęci wzroku.
– Świetnie, w takim razie sprzedam ją na targu – postanowiła zdenerwowana, widząc, że najwyraźniej tak szybko nie zostanie z kręgu wypuszczona.
– Im szybciej pójdziemy do miasta, tym prędzej się ciebie pozbędę – uznał Sheridan, popatrzył krótko w niebo, najwyraźniej dla uspokojenia, po czym przeniósł wzrok na strażników, przymrużając oczy.
Silna fala mentalna odepchnęła ich, bez trudu wywracając, dzięki czemu dla niego oraz upadłej powstało odpowiednie przejście. Aithne od razu z niego skorzystała, ruszając biegiem przed siebie, ale po kilku metrach zwolniła, by wreszcie się zatrzymać.
Odwróciła się do Sheridana ze zdumionym wyrazem twarzy, zorientowawszy się, że łowca tak po prostu… szedł sobie spacerkiem. Z rękoma w kieszeniach.
– Nie wiem czy wiesz, ale chcą nas zarżnąć – poinformowała go grzecznie, krzywiąc się brzydko; bezczelny, głupi dupek.
– Mogą próbować. Ciebie może im się uda, wtedy im nawet zapłacę – stwierdził spokojnie łowca, nie zaszczycając Aithne spojrzeniem.
– Nie mam zamiaru na ciebie czekać, kretynie! – zapiekliła się i zamachała wściekła rękoma w powietrzu. – Rusz swój gruby zad! – dodała niezadowolona.
– To tobie przyda się schudnąć, nie mi – poprawił ją bez zająknięcia, dotarł wreszcie w jej okolice, wyminął dziewczynę i poszedł dalej jakby nigdy nic.
– Zabiję go – wymamrotała do siebie Aithne, ciężkim krokiem poczłapawszy za znienawidzonym towarzyszem, zaciskając dłonie w pięści i zgrzytając bardzo dziewczęco zębami.
– Co ten dzieciak w tobie widzi – westchnął wtedy Sheridan i pokręcił z politowaniem głową, najwyraźniej nieco zmartwiony stanem psychicznym przyjaciela.
– Masz jakiś, kurwa, problem? – warknęła od razu upadła, ale nie doczekała się odpowiedzi.
Zgrzytnęła zębami raz jeszcze, a potem się przymknęła, próbując opanować narastającą w niej złość. Co pewien czas oglądała się przez ramię na posiadłość, którą nadzwyczaj wolno zostawiali za sobą, ale strażnicy na razie ich nie gonili. Wyglądało na to, że zamieszanie zrobiło się z innej strony budynku; przestraszyła się, że to Errian albo Anabde mogą mieć kłopoty, podczas gdy ona kisi się tu z Sheridanem, głupim butem.
Aithne!, usłyszała niespodziewanie, aż podskoczyła zaskoczona.
– Faryale? – spytała zdumiona, rozglądając się po ciemnej okolicy.
– Nie, rude, to drzewo – odpowiedział teatralnie wyrozumiałym głosem Sheridan, przystanąwszy, by upadła mogła zwalczyć swoje halucynacje.
– Szkoda, że nie twój mózg – warknęła momentalnie dziewczyna, strosząc się rozjuszona i prychając pod nosem.
Dopiero po chwili rozległ się charakterystyczny chrzęst podłoża pod kopytami, a z ciemności wyłoniła się kłusująca, niemalże idealnie siwa klacz. Tuż obok niej truchtała ciemniejsza towarzyszka, strzygąc nerwowo uszami.
Faryale zatrzymała się między Sheridanem a Aithne, przypatrując się przyjaciółce uważnie. Łowca bez słowa zabrał się do odpinania Gniadej od siodła drugiego wierzchowca.
Co się stało?, spytała zaniepokojona, wodząc za upadłą spojrzeniem, kiedy ta przymierzała się do wejścia na jej grzbiet.
– Ktoś dał dupy i ten ktoś to Sheridan – oznajmiła grzecznie, siadając wygodnie w siodle. – Może go zgubimy, jak się pospieszymy – dodała, nie dbając o to, że łowca doskonale ją słyszał, bo stał kilka metrów dalej.
Macie trzymać się razem, przykro mi, zgasiła jej entuzjazm Faryale, chociaż wcale nie zabrzmiała, jakby było jej przykro. I lepiej się pospieszyć, strażnicy się zbliżają, dodała po krótkim milczeniu, zarzucając łbem.
– Zostawmy go na ich pastwę, proszę – jęknęła Aithne, szarpiąc grzywę klaczy jak kilkuletnie dziecko spódnicę mamy.
– Rude, twój brak subtelności jest wprost oszałamiający – stwierdził Sheridan, wsiadając na Gniadą sprawnie. – Na pewno nie miałaś być chłopcem? – dodał uprzejmie zainteresowany.
– A ty może dziewczynką? Bo włosy masz bardzo męskie – odparowała bez namysłu, rozglądając się za czymś ostrym, czym mogłaby w niego rzucić.
Faryale stuliła niezadowolona uszy, kwiknęła cicho, a potem gwałtownie obróciła się na zadzie i ruszyła galopem do miasta, prawie gubiąc Aithne. Upadła krzyknęła, wczepiła się w grzywę przyjaciółki bardzo kurczowo i wymieniła wszystkie znane sobie przekleństwa, łącznie z tymi, które wyszły już z użycia, zanim wgramoliła się z powrotem w miarę zgrabnie w siodło.
Sheridan tymczasem spokojnie oraz majestatycznie na Gniadej za nimi pojechał.
– Ty przeklęta konino! – ucieszyła się Aithne, odgarniając włosy z twarzy.
Będę ci tak robić przy każdej próbie pokłócenia się z nim, nieważne, gdzie ani w jakiej sytuacji akurat się znajdziemy. A teraz do miasta, stwierdziła nieznoszącym sprzeciwu głosem Faryale, z wyczuciem przyspieszając, by Gniada nadążała.
Niestety, Aithne nie do końca pojęła dosłowność tej informacji. Niniejszym raz dostała szyldem gospody w twarz – kiedy Faryale niespodziewanie wyskoczyła w powietrze – raz prawie wpadła do studni – gdy Faryale gwałtownie zahamowała – oraz raz znalazła się pod szyją wierzchowca – ponieważ Faryale strzeliła z zadu i nagle się zatrzymała.
Koniec końców Sheridan musiał przyznać, że ten wieczór przyniósł mu jednak trochę całkiem niezłej rozrywki.

– Którędy do koni? – spytał wreszcie Aidan, kiedy pozostali znaleźli się przy nim; Leanelle nie wyglądała na taką, która ich poprowadzi, dlatego słowa skierował do nadal wściekłego myśliwego, jednocześnie ryzykując życiem.
Caleb nie odpowiedział od razu, obejrzał się przez ramię na przody posiadłości i przeszył spojrzeniem ciemność, nieruchomiejąc. Z bliżej nieznanych Aidanowi przyczyn on sam wstrzymał oddech, bojąc się, że przeszkodzi w czymś towarzyszowi i źle się to skończy dla całej ludzkości. A ucieczki na pewno.
– Bądźcie cicho – zażądał wreszcie mężczyzna, zabierając się do ściągania mniej wygodnych elementów stroju. – Straż ruszyła w pogoń, opuszczają właśnie rezydencję.
– Aha – wydusił Aidan, patrząc na Caleba w szoku. – Czyli stoimy tu tak i się łaskawie modlimy, żeby nas nie zauważyli? – spróbował się upewnić z niezadowoleniem.
– Do koni zaraz ruszymy, ale trudniej będzie wtopić się w tłum, jeśli będziemy wyglądać jak żywcem wyjęci z balu – tłumaczył na spokojnie myśliwy, choć w jego oczach czaił się pełen niezadowolenia blask. – Nie widziałem strażników jadących drogą z kelnerką zaraz po morderstwie gospodarza, a ty?
Aidan dał za wygraną, dochodząc do wniosku, że skoro Caleb uważa, że tu strażnicy ich nie dostrzegą, to coś w tym może być. Dlatego, zachowując pewną ostrożność, zabrał się do zmieniania stroju chociaż w minimalnym stopniu.
Leanelle zdusiła w gardle niezadowolone „ja przecież jestem cicho” i bardzo krytycznie przyjrzała się swojemu strojowi służki. Pierwsze co, to ściągnęła z głowy irytującą, zsuwającą się na czoło chustę, miętosząc ją z nienawiścią w dłoniach, bo naprawdę dała jej się we znaki podczas balu.
Później zmarszczyła czoło, próbując przypomnieć sobie, jak to sprytnie było z tą spódnicą, którą podobno dało się łatwo ściągnąć; pod spodem, biorąc przykład z koleżanek, miała wygodne spodnie. Wreszcie coś w jej główce zaskoczyło i z pełną pewnością sięgnęła do jednej falbany, ciągnąc za nią delikatnie; materiał rozszedł się w jej dłoniach i opadł na ziemię.
Wystarczyło jeszcze ściągnąć kamizelkę i już wyglądała jak zwyczajna, wiarygodna podróżniczka. Uśmiechnęła się zadowolona i zebrała wszystkie zdjęte materiały.
– To wyrzucić? – zapytała konspiracyjnym szeptem, bo może miał myśliwy genialnego plana na pozbycie się ciuchów.
W końcu jak tu stroje zostawią, to ktoś mądry po znalezieniu ich zawęzi krąg poszukiwań do dwóch mężczyzn i kobiety; główny kelner na pewno skojarzy strażników, którzy stanęli w obronie służki, poda rysopis i będą mieli przerąbane.
Może by to spalić. Albo zakopać. Albo nie wiedziała co, ale Caleb z pewnością wie; ten facet jest jakiś iniemamocny.
– Daj mi to – mruknął krótko myśliwy, wyjął jej z dłoni szmatki, skrzywił się, widząc, jak je ślicznie poskładała, po czym poprawił robotę i wcisnął całość do torby.
– A mundur? – spytał niepewnie Aidan, zastanawiając się, czy to też zmieści do swojego skórzanego potwora, w którym było już teraz naprawdę wszystko.
Caleb obszedł towarzyszy bokiem, zbliżył się do sporego kamienia i pchnął go barkiem, częściowo unosząc. Przeniósł wzrok na chłopaka – ten wpatrywał się w towarzysza w szoku, zastanawiając się, jakim cudem myśliwy podniósł głaz.
– Kopnij tu – zdecydował Caleb, na co Aidan otrząsnął się z oszołomienia i wykonał skrupulatnie polecenie.
Mężczyzna opuścił kamień wyjątkowo cicho, otrzepał się względnie z kurzu, a potem na ułamek sekundy zdrętwiał. Tym razem chłopak zorientował się, co też było tego powodem – dostrzegł czającą się za myśliwym postać, dostrzegł broń i aż sapnął, podrywając w panice ręce, jakby to mogło coś dać.
– Za tobą!
Caleb zdołał postąpić tylko krok w bok, przez co miecz strażnika runąłby na jego ramię, nie głowę. Nie wykonał jednak żadnego innego ruchu, gdy mężczyzna wydał z siebie zduszony krzyk i upadł na ziemię; myśliwy odskoczył, żeby powalony nie przygniótł mu nóg.
Na plecach strażnika stał całkiem duży, długonogi wilk o śnieżnym futrze. Zwierzę zawarczało gardłowo, zaciskając szczęki na karku ofiary, by po chwili coś głucho chrupnęło, a mężczyzna pod łapami zwiotczał. Drapieżnik uniósł łeb i oblizał się z krwi, przesuwając spojrzeniem miodowych ślepi po zebranych.
I wtedy pisnął, zamerdał ogonem, opuszczając pokornie pysk, i podbiegł do Caleba, nadal się oblizując w geście poddaństwa. Myśliwy uśmiechnął się, już wyciągając rękę do wilka, kiedy ten nagle podskoczył, stając na tylnich łapach i sięgając do twarzy mężczyzny z cichym, radosnym i bardzo szczenięcym popiskiwaniem.
– Nawet o tym nie myśl, jesteś brudna – sapnął Caleb, walcząc z napierającym pyskiem, by zwierzę jednak nie polizało go po nosie, policzku czy ustach.
– Aha – wydusił Aidan, wytrzeszczając oczy.
– Shila – rzucił karcąco myśliwy, ale jakby nagle zabrakło mu stanowczości, chociaż przed chwilą ustawiał wszystkich po kątach.
Ostatecznie z jego gardła wydobyło się niskie, krótkie warknięcie, na dźwięk którego wilk od razu wycofał się z niecodziennej pozycji i opadł na ziemię, nadal merdając lekko ogonem, wyraźnie z siebie zadowolony.
Leanelle zrobiła minę pod tytułem „wy sobie chyba ze mnie żartujecie”, po czym westchnęła lekko i pokręciła głową.
– Dlaczego jakoś mnie to nie dziwi? – wymruczała sama do siebie, spoglądając z powątpiewaniem nie na umorusanego krwią drapieżnika, który wziął się znikąd, zabił kogo trzeba, a teraz zachowywał się jak domowy szczeniak, a na Caleba.
Tak, hm, jakby pojawił się tu bazyliszek wielkości przeciętnego domu i zaczął się do myśliwego przymilać, to chyba też nie byłaby specjalnie zszokowana.
Ona niby miała smoka, ale to są dwie zupełnie różne rzeczy. Przede wszystkim jej smok był wielkości kota i swoimi ząbkami to mógł takiemu strażnikowi co najwyżej brzydkie ślady na ręce zostawić. No ale, co kto lubi.
Swoją drogą, gdzie ta nieużyteczna kupa łusek?
– Widzieliście gdzieś Hessana? – zapytała, nie mogąc samodzielnie odpowiedzieć sobie na to pytanie.
Wolała nie wołać, nie gwizdać, nie wzywać, bo jeszcze by ją jakiś facet wilkiem poszczuł za to, że nie jest cicho.
– Był na powozie – odparł Caleb, kładąc dłoń na łbie Shili, kiedy ta zjeżyła sierść, widząc kolejnych biegających nieopodal strażników.
Na dotyk myśliwego trochę się uspokoiła, opuszczając lekko ogon, ale nadal śledziła wzrokiem potencjalne ofiary, od czasu do czasu łypiąc na towarzyszy mężczyzny, jakby rozważała także zjedzenie ich.
– Którędy teraz? – powtórzył na wszelki wypadek Aidan, zerkając na wilka niepewnie, bo kurczę, co się dzieje?
– Idziemy na tyły posiadłości, dwieście metrów w pobliski zagajnik, to będzie szósta brzoza z prawej strony. Ruszaj – mruknął jeszcze do Shili, pochylając głowę, by spojrzeć na napiętego, czujnego drapieżnika.
Zwierzę popatrzyło na myśliwego, machnęło lekko ogonem i zawróciło w ciemność, szybko i bezgłośnie znikając wśród nocy. Caleb ściągnął z pleców łuk, przygotował strzałę, błyskawicznie naciągnął cięciwę i nakierował pocisk na tor powyżej światła wylewającego się z posiadłości.
Grot z głuchym tąpnięciem wbił się w ciemność z przeciwnej strony niż stali oni, co od razu zaalarmowało strażników – mężczyźni ruszyli tam niczym ćmy do latarni, przekonani, że nieostrożny uciekinier wywrócił się bądź cokolwiek. Tym samym ich uwaga została skutecznie od młodzieży oraz myśliwego odciągnięta.
– W drogę – postanowił po prostu Caleb, ruszając energicznym krokiem śladami swojego kochanego wilka.
– Tyle też wiem. Chodziło mi o teraz – burknęła pod nosem, świadoma tego, że prawdopodobnie i tak zostanie zignorowana.
Ot, musiała się odezwać; niech się głupiemu myśliwemu nie wydaje, że może ich traktować z buta. Znaczy, dobra, uratował ich i w ogóle, ale przecież nie pakowali się w kłopoty specjalnie, żeby mu zrobić na złość!
Pochyliła ramiona, zacisnęła niezadowolona usta i pospiesznie ruszyła śladem Caleba, starając się zachowywać możliwie jak najciszej. Nie potrafiła chodzić bezszelestnie, tak jak co poniektórzy w towarzystwie, ale udawanie, że jej nie ma, miała dość dobrze opanowane.
Posłała spojrzenie za znikającym w ciemności wilkiem i uśmiechnęła się lekko; mimo wszystko musiała przyznać, że oswojenie takiej bestii było czymś imponującym. Ale za nic w świecie nie powie tego głośno, wiadomo.
Droga odbyła się w ciszy, nie licząc kilku spektakularnych potknięć Aidana, które odbyły się na tyle głośno w obecnej sytuacji, że można było sądzić, iż chłopak ściągnie im na głowy cały pluton strażników. Na szczęście jednak nikt nie podniósł alarmu i cała grupa dotarła do lasku bezpieczna.
Później z zachowaniem się odpowiednio niepozornie było trudniej – drzewa, korzenie, chaszcze, wszystko jakby się sprzysięgło przeciw nim. Nie licząc myśliwego, przed którym, zdawałoby się, natura rozstępowała się z szacunkiem.
Aidan z trudem doliczył się sześciu brzóz i rzeczywiście, za pniami drzew stały grzecznie konie, skubiąc trawę i wypatrując ratunku od wszechogarniającej nudy. Jego srokacz uniósł łeb i zastrzygł uszami, ożywiając się, dlatego chłopak szybko do ogiera podszedł, żeby się przywitać.
Caleb tymczasem odsyłał gdzieś Shilę; dopiero wtedy zbliżył się do niedużego taranta, poklepał go po szyi i zaczął przygotowywać do drogi. Aidan pomyślał, że ten facet naprawdę woli siedzieć w krzakach ze zwierzętami niż obcować z jakimikolwiek ludźmi.
Niedługo potem jechali za pochylonym myśliwym i jego wierzchowcem, ufnie założywszy, że wyprowadzą ich bezpiecznie z zagajnika. Od czasu do czasu w ciemności błyskały miodowe ślepia, jednak wilczyca nie zbliżała się do koni, by ich nie płoszyć.
Może uda im się nie ściągnąć na siebie kłopotów. Byłoby miło.

Anabde zarzuciła wodze na szyję wierzchowca i wsadziła stopę w strzemię, odbijając się od ziemi i zgrabnie siadając w siodle. Przytrzymała siwka, który chciał natychmiast, już w tej chwili ruszyć w drogę; musieli poczekać na Erriana właśnie dosiadającego Korala.
Kobieta obejrzała się na rezydencję i przeklęła nieładnie, zaraz obracając Lantano łbem w stronę drogi ucieczki. Kilkaset metrów za ich plecami strażnicy przekrzykiwali się nawzajem i wpadali do stajni; co szybsi już wyprowadzali wierzchowce przed budynek.
– Będziemy mieli ogon – rzuciła do przyjaciela, głaszcząc po szyi podenerwowanego, przebierającego nogami w miejscu siwka.
– To miło – mruknął Errian, próbując wsadzić nogę w drugie strzemię.
Koral zatupał nerwowo, zakręcił się w miejscu i prawie zgubił biednego maga, który uratował się tylko chwyceniem za przedni łęk. Nie znosił, kiedy karosz zaczynał się niecierpliwić, bo on wie lepiej, co teraz robić.
– Uspokój się – prychnął na ogiera i poklepał go po szyi, wreszcie dokończywszy sadowienie się w tym przeklętym siodle.
Koral machnął łbem i szarpnął za wodze, jednak nie ruszył dzikim galopem; chociaż tyle posłuszeństwa w nim było. Zamiast tego zastrzygł uszami i przyjrzał się strażnikom z zainteresowaniem, rozdymając chrapy.
– No to chyba prowadź, nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy – przyznał szczerze Errian, powszechnie znany mistrz orientacji w terenie oraz czytania map.
Anabde uśmiechnęła się pod nosem, po czym przyłożyła łydki do końskich boków; Lantano machnął ogonem i ruszył kłusem, by zaraz przejść do powolnego, z racji niesprzyjającego podłoża, galopu.
– Ja też nie! – oznajmiła towarzyszowi naprawdę rozbawiona, obracając głowę w jego stronę.
Przy okazji zauważyła, że strażnicy już zorganizowali grupę pościgową, która właśnie dosiadała swoich wierzchowców. Zaraz zacznie się wyścig.
Przeszła do odciążającego półsiadu, zapatrując się przed siebie, by w tej nieprzeniknionej ciemności nie wpaść na drzewo, głupio ustawiony powóz czy inną przeszkodę. Podążając tą drogą, za chwilę znajdą się w miejskich zabudowaniach; kobieta szybko ułożyła w myślach plan działania, żałując, że z powodu ogłuszającego szumu wiatru nie może przekazać go przyjacielowi. Sprytny jest, ogarnie.
Mimo dość niesprzyjającej sytuacji uśmiechała się lekko. Lantano galopował ochoczo z postawionymi uszami, nawet musiała go wstrzymywać, by nie stracił równowagi na śliskim podjeździe rezydencji. Gdy wjadą na tereny miasta, pokażą, na co ich stać.
– W takim razie ja już wiem gdzie. W wyjątkowo czarnej dupie – mruknął, poganiając Korala do galopu.
Ogier machnął ze świstem ogonem i radośnie ruszył, pozwoliwszy sobie jeszcze na wesołe bryknięcie. Errian w duchu obiecał koninie przerobienie na kiełbasę za to spektakularne wyczucie czasu. Nadal huczało mu w głowie po tym, jak gruby szlachcic przycisnął go do ściany, ogółem ten wieczór okazał się przerąbany, a temu we łbie harce. To sobie konia wychował, no naprawdę.
W istocie jednak był zwierzęciu wdzięczny. Długo w domu w młodości nie był, Koral został ułożony przez obcych ludzi, mimo że od początku przeznaczono go dla panicza. Kiedy Errian przyjechał ze szkoły, nie znał ogiera zupełnie – i vice versa.
Mimo to wierzchowiec go zaakceptował i bardzo wiernie trwał u jego boku, choć w końcu wybitny nie był. Najlepsze konie zachowano albo dla pana Souena, albo dla strażników, których pan Souen faworyzował. Errian nadal nie miał ojcu za złe obrzydzenia, jakie czuł wobec niego, ale ta postawa przyprawiała mu niekiedy trudności.
– Czarno widzę nadążanie za nimi – podzielił się wątpliwością z Koralem, nie mając śmiałości wierzyć, że nieduży karosz minimalnie dorówna Lantano.
Szybkością mogła się mierzyć Jutrzenka, ogółem pobijała go może tylko Faryale.
Jeśli jej się chciało. A nie chciało się właściwie nigdy, jak zauważył.
Koral parsknął i potrząsnął łbem, jakby niechętnie jeźdźcowi przytaknął. Errian nie wierzył w takie cuda, ale pocieszył się, że z karym koniem łatwiej nocą zniknąć. Potem natomiast przeklął swoje oślepiająco jasne przy takim oświetleniu włosy.
Jak nie urok, to przemarsz wojsk, no naprawdę.
Galopowali wybrukowaną alejką, mijając posadzone po obu stronach drogi drzewa. W pewnej chwili dźwięk uderzających o bruk kopyt zmienił się; podłoże zrobiło się mniej zdradzieckie i choć pełne było dziur, dało się zdecydować się na szybszy galop.
Mimo tego Anabde przytrzymała mocniej swego łaknącego prędkości ogiera, by umożliwić Errianowi dogonienie ich; już po chwili jechali ramię w ramię. Minęli przedmieście, wjeżdżając do ciaśniej zabudowanej okolicy; droga była tu dość wąska i stopniowo pojawiało się coraz więcej skrzyżowań.
Zwiększyli prędkość galopu, mknąc ulicami miasta w dzikim tempie; na szyi Korala zalśnił pot, szeroko rozwarte chrapy Lantano łapały duże hausty powietrza, a pościg i tak się zbliżał. Anabde obróciła się, by na szybko ocenić pogoń; w ślad za uciekinierami wyruszyło około dwudziestu wierzchowców, zdążyli już zgubić jedną czwartą z nich.
W tym tempie nie mogli wykonywać nagłych zwrotów czy decydować się na szczególnie wąskie dróżki, jednak po kilkunastu minutach odpadło kolejnych kilka strażników.
Anabde nie martwiła się o kondycję swego wierzchowca, dla którego taka prędkość nie stanowiła żadnego wyzwania, jednak Koral zaczął wykazywać oznaki zmęczenia. Kobieta oceniła otoczenie pobieżnym spojrzeniem, po czym zerknęła na Erriana.
– Skręć tutaj w prawo, do najbliższej bramy. Spotkamy się poza granicami miasta; zajmę się pogonią! – krzyknęła do niego.
Odpowiedział kiwnięciem głowy, a gdy tylko pojawił się odpowiedni moment, wykonał polecenie. Anabde pognała dalej prosto, obracając się w siodle, by zobaczyć rozwój sytuacji. Jeden czy dwóch strażników ruszyło śladem maga, jednak większość nie zdążyła zareagować i skręcić wierzchowce, więc dalej gonili Lantano.
Doskonale.
Odpuściła nieco wodze i zacmokała, na co ogier wystrzelił przed siebie, rozwijając niesamowitą prędkość. Usłyszała, jak podążający jej tropem mężczyźni krzyczeli na swe konie i okładali je batami, zmuszając do szybszego biegu; głupcy, mieli nadzieję, że mogą się mierzyć z siwkiem.
Po minięciu dwóch ulic odpadły następne wierzchowce, jeden z nich zgubił podkowę, drugi wyraźnie kulał, a wszystkie dyszały ze zmęczenia i odmawiały dalszej współpracy. Spoceni, pochyleni nad rozwianymi grzywami rumaków strażnicy mieli usta wykrzywione w grymasie, Anabde za to uśmiechała się dziwnie, w skupieniu obserwując drogę przed sobą.
Zgodnie z jej planem w końcu trafiła w ślepy zaułek. Naprzeciwko rozpościerał się solidny, kamienny mur o wysokości około półtorej metra, szerokości również niebanalnej. Tuż za nim – upragniona wolność, szerokie łąki i pustka.
Anabde przymrużyła oczy, w duchu przypominając sobie, że koń ma dużo lepszy wzrok od niej. Miasto zdawało się jaśniejsze od terenów przy rezydencji, ale i tak trudno było odnaleźć się w mroku. Mogłaby przysiąc, że poczuła pełne satysfakcji uśmiechy mężczyzn, jeden chyba nawet zaśmiał się triumfalnie, wierząc, że oto zagonili ją w kozi róg. Stopniowo zaczęli zwalniać, sądząc, że kobieta i tak im nie ucieknie.
Anabde zebrała puszczone wodze i wzmocniła nacisk łydek, skracając konia nieco i podstawiając w pomocach. Nie wyglądało jednak na to, by miała zamiar się zatrzymać; wpatrywała się ze skupieniem w mur, a jej wierzchowiec postawił z uwagą uszy, unosząc szyję. Strażnicy w końcu zatrzymali się, w ich oczach czaiło się powątpiewanie.
– Zwariowała – wyszeptał w końcu jeden z nich.
– Chce się zabić – stwierdził kolejny, poprawiając hełm na głowie.
– Żaden koń tego nie przeskoczy – zgodził się inny.
Anabde ich nie słyszała. Trzymała wodze, pilnując zmniejszającej się odległości do przeszkody, a gdy nadszedł moment odbicia, cmoknęła.
Nie obawiała się. W końcu potrafili latać.
Lantano uderzył kopytami o ziemię i wyskoczył, z łatwością pokonując wysokość muru. Zdawało się, że naprawdę frunął, choć nigdzie nie widać było skrzydeł; po chwili zaczęli opadać i w końcu zniknęli za przeszkodą.
Strażnicy zastanawiali się, czy lądowanie zabiło odważnych uciekinierów, usłyszeli jednak oddalający się odgłos kopyt uderzających w rytmicznym, spokojnym galopie.
– O cholera – wydukał stojący na przedzie mężczyzna.
Anabde poklepała swojego wierzchowca po szyi i uśmiechnęła się szeroko; w jej oczach czaił się błysk prawdziwego, czystego szczęścia. Dla takich momentów można umierać.
Lantano galopował swobodnie dalej, jakby przed chwilą nie stało się nic wielkiego; pozwoliła mu wyciągnąć nos do przodu i pracować w odpowiadającym mu tempie.
Jeżeli ktoś miał wątpliwości, dlaczego nekromantka trudzi się z tak upierdliwym i wymagającym ogierem, właśnie otrzymał odpowiedź.

Poza kolcami w dupie miała już chyba wszystko. Była zła, obolała, potargana i zmęczona. W dodatku wino nie należało do najlepszych albo raczyło jej skwaśnieć w żołądku, albo cholera jedna wie, co dokładnie – w każdym razie trochę ją mdliło.
Może to też kwestia atrakcji, już od dawna nie skakała po balkonach i nie rzucała się głową w kolczaste krzaki. Przeklęta dzika róża, na cholerę ona tam rosła. Kto normalny trzyma przy domu dziką różę. Dzikie róże rosną w dziczy.
Kurwa mać.
Z powodu swego promieniejącego nastroju wytwarzała wokół siebie mocno nieprzyjemną atmosferę. Maszerowała raźnym, stanowczym krokiem przez żwirowane dróżki wokół posiadłości, jakby nie przejmowała się strażnikami i ich paniką.
Prawdę mówiąc, mężczyźni jej nie zauważali, zdawała się być tak pewna i tak na miejscu, że zwyczajnie stała się niewidzialna. Dlatego też szła prawie środkiem drogi, przeklinając na wszystko, a gwardziści biegali dokoła i jej szukali.
Wreszcie któryś chyba zmądrzał, bo zatrzymał się niepewnie i spojrzał na nią jak na ducha – wiedźma wyglądała jak wyjęta z horroru, gorset jej się jeszcze częściowo rozpiął, spodnie podarły… Tak, przypominała w tym momencie Caleba, zdecydowanie.
Czując na sobie wzrok mężczyzny, przystanęła i zmiażdżyła go własnym spojrzeniem, mrużąc groźnie oczy. Przez chwilę wyraźnie rozważał ruszenie do obowiązków.
– To chcesz już próbować mnie aresztować, czy mogę sobie, kurwa mać, iść? – warknęła rozjuszona, podpierając się pod boki.
Zatrzymało się więcej strażników, chyba nie wierząc w to, co właśnie widzą. Jeden nawet przetarł oczy ze zdumieniem i zerknął porozumiewawczo na kolegę.
– Eee, pani wraca z balu? – zaryzykował pytanie jeden gwardzista.
– Nie, na spacer wyszłam. Ja pierdolę – zirytowała się, wzruszyła ramionami i podjęła przerwany marsz, zostawiając strażników w tyle.
– Kretyni, brać ją! – ryknął wtedy dowódca, który dotarł w okolice zamieszania i aż się zachłysnął z oburzenia, kiedy zobaczył, co jego ludzie robią.
Dopiero wtedy skoczyli za uciekinierką (oddalającą się z miejsca zbrodni ruchem jednostajnym prostoliniowym), ale uciekinierka miała inny pomysł na wieczór. Obróciła się, cisnęła im prosto w twarze oślepiającą kulą energii, a kiedy odzyskali wzrok, zobaczyli, że już jej… no, nie ma.
Ariene natomiast gnała sprawnie przez kolejne chaszcze, oddychając równo przez nos i kontrolując podłoże, by się nie zabić. Musiała przyznać, że gorsety się Calebowi udały, ale to chyba jedyne, co z całego planu wyszło.
Wbiegła w kolejny krzak dzikiej róży i z trudem powstrzymała się od wysadzenia zarośli w powietrze; to by zdradziło jej pozycję.
– Szlag by to trafił – warknęła pod nosem.
Następne przekleństwa, bardziej nieprzystojące kobiecie, mamrotała już tak cicho, że nie sposób było je zrozumieć. Może to i lepiej.
– Panienka potrzebuje pomocy? – rozległo się tuż nad jej głową.
W ciemnościach trudno było rozpoznać stojącego na okiennym parapecie mężczyznę, jednak nie dało się nie skojarzyć miękkiego, niskiego głosu Cadora. Jasnozielone oczy błysnęły w bladym świetle i to również wypadło wyjątkowo charakterystyczne.
Mężczyzna kucnął, po czym zeskoczył zgrabnie na ziemię; niemalże przykleił się plecami do kamiennej ściany, dzięki temu oszczędzając sobie wpadania w krzaki dzikiej róży.
Wyprostował się pewnie i przechylił głowę, by uważniej przyjrzeć się twarzy kobiety. Uśmiechał się w ten swój charakterystyczny, pewny siebie sposób, choć było w tym geście coś jeszcze.
Chwilę się zawahał, w obawie, że za kolejne słowa może oberwać boleśnie – wiedźma wyglądała, jakby mogła go zamordować za samo oddychanie. Podjął ryzyko, bo zawsze należał do odważnych ludzi.
– To było ładne, z tymi strażnikami – przyznał z niejakim zadowoleniem. – Co powiesz na spacer do najbliższego miasteczka?
Ariene prawie dostała zawału, kiedy w najlepsze pomstowała na siły natury, a tu jej ktoś z panienką wyjeżdżał i zeskakiwał tuż za plecami.
Obróciła się do niego, mrużąc oczy w złości. Szybko się zorientowała, że to Cador, ale jednak ten ułamek sekundy ciężkiej palpitacji serca kosztował ją dwanaście sposobów na zabicie przeciwnika, które ułożyła w głowie w jednej chwili. Miała ochotę ze dwa na nim wypróbować.
– A kopnął cię ktoś kiedyś w dupę? – zainteresowała się rozeźlona, prychnęła, fuknęła, a potem wyrwała kolec z biodra, wreszcie się zorientowawszy, co ją tak uwierało. – Dobrze się ze mnie naśmiewało? – dodała nadal kochana i urocza, ruszając ruchem tym razem jednostajnie przyspieszonym w stronę miasta.
Po kilku metrach zorientowała się, że miasto jest w drugą stronę, okręciła się na pięcie i zawróciła. Mijając Cadora, nawet nie miała ochoty spojrzeć na jego minę, za dobrze wiedziała, co wyrażała.
– A spróbuj skomentować.
Mężczyzna zacisnął mocno wargi i bardzo ładnie powstrzymał parsknięcie śmiechem; potem tylko odkaszlnął, ale ani nie zachichotał, ani nie podsumował, więc powinna być z niego dumna.
Wsadził ręce do kieszeni spodni i ruszył śladem Ariene luźnym krokiem; większość strażników kręciła się przy głównym wejściu, a ci nieliczni, którzy chcieli przypilnować tego rejonu rezydencji, zdychali gdzieś w krzakach, więc nie musiał się obawiać ich najścia. Pozostawał czujny i skupiony, ale nagle zaczął tryskać humorem, pewnie dlatego, że Ariene nie była już otoczona śliniącymi się adoratorami.
Dogonił ją w kilku krokach, a gdy już się z nią zrównał, odchylił głowę i odetchnął głęboko. Zapatrzył się w bezgwiezdne niebo, uśmiechnął się sam do siebie i uznał, że kompletnie już zwariował.
Zadanie nadal trwało, poszukiwało ich kilkadziesiąt strażników, ale jemu było lekko, bo nikt nie rozbierał wzrokiem jego ukochanej. Super. Nie, żeby zagrożenie zrobiło się większe, czy coś. Nie, żeby dzięki kochanemu łowcy byli w czarnej dupie. Wszystko jest piękne, bo nikt już nie dotyka Ariene!
Obrócił głowę i znów spojrzał na wiedźmę, przyglądając się grymasowi na jej twarzy i przymrużonym z irytacją oczom. Ale zła.
– Uśmiechnij się, panienko – zaproponował lekko.
I czekał, aż na niego kobieta fuknie, bo na pewno to zrobi.
– Przecież tryskam szczęściem, nie widać? – warknęła, miażdżąc go spojrzeniem. – Wszystko jest świetnie, poszło cudownie, powinniśmy iść całą grupą pod ramiona i wyśpiewywać pieśni pochwalne na cześć tego skretyniałego skurwysyna, który nie może pojąć, że, kurwa, skrytobójstwo wykonuje się skrycie, JA PIERDOLĘ! – wyrzuciła z siebie na wydechu z taką prędkością, że na sam koniec musiała nabrać głębiej powietrza.
Warknęła jeszcze kilka przekleństw, po czym nerwowo poluzowała gorset. Calebowi chyba naprawdę zabrakło materiału; niniejszym dobiła sama siebie i rozejrzała się za drzewem, w które mogłaby przygrzać głową w wyrazie czystej radości.
– Niech no ja go dorwę – mruknęła jeszcze, jakby chciała samą siebie pocieszyć. – Żeby go szlag. No rozerwę na strzępy – mamrotała dalej, nieświadomie przyspieszywszy kroku.
Po chwili zwolniła.
– A właściwie gdzie my się mieliśmy spotkać? – spytała niechętnie, odwracając z niezadowoleniem wzrok i z pewną gorzką pokorą czekając, aż ją obrońca wyśmieje.
Tak się skupiła na planowaniu sedna sprawy, że nie słuchała, kiedy ustalali finał. Pięknie, Ariene, profesjonalizm. Wyłazi działanie w pojedynkę, oj, wyłazi.
Jejku, nawet nie dała mu czasu na odpowiedź. Przystanął, spojrzał na nią dziwnie, odtworzył w myślach jej słowa i podzielił wypowiedź na fragmenty. Dopiero wtedy pokiwał głową i uśmiechnął się po raz setny; okropnie go bawiła, jak była tak wkurzona.
– Za miastem, na drodze prowadzącej do rezydencji, w której mamy się zatrzymać – poinformował ją spokojnie, wykazując się na tyle dobrym sercem, że nie skomentował jej braku wiedzy.
Potem ruszył przed siebie, kontynuując wręcz leniwy spacerek.
– A łowcę jakoś jestem w stanie zrozumieć, szczerze mówiąc – przyznał po chwili milczenia, teraz na nią nie patrząc, jakby majaczące w oddali budynki były tak ciekawe, że wymagały maksimum jego uwagi.
– Pewnie – warknęła, chyba nie załapawszy sensu. – Zero profesjonalizmu, przecież to tylko praca. Już przecież mógł faceta zabić, nie dało się na tym cholernym balkonie? Nic się w końcu nie stało, ja pierdolę, wielkie mi halo, zatańczył z nią kilka razy – wściekała się dalej, nie mogąc uwierzyć, że wszystko się rozsypało, bo głupiemu Sheridanowi zebrało się na okazywanie zaborczych uczuć.
Uniosła dłonie, by lepiej je widzieć, i z niezadowoleniem doszła do wniosku, że przed następnym zadaniem musi je jednak natrzeć specjalną maścią stosowaną w gildii. Dawno tego nie robiła, starła sobie skórę tymi małpimi skokami. I… o.
– Tu też? – zdenerwowała się, wyjmując kolejny kolec z ciała.
W pierwszej chwili pomyślał, że na miejscu Sheridana zrobiłby dokładnie to samo. Potem dotarło do niego, że Ariene ma w sumie rację, a on znowu zachowuje się jak nieodpowiedzialny gówniarz. Głupi, porywczy i... Ech, szkoda gadać.
Zacisnął usta i obrócił głowę na lewo, tak, by nie widzieć wiedźmy nawet kątem oka. Bo to wszystko jej wina, że mu odwaliło, no!
Minęli już pierwsze domy, a im dalej szli, tym gęściej zabudowana robiła się okolica. Niespodziewanie Cador zatrzymał się i napiął wyraźnie mięśnie; nic nie powiedział, skupił się na wyostrzeniu zmysłów.
– Tutaj! – krzyknął ktoś daleko za ich plecami.
Obrońca przeklął brzydko, odwrócił się, ocenił odległość dzielącą ich od strażnika, który podniósł alarm... a potem zobaczył galopujących w ich stronę jeźdźców w mundurach.

2 komentarze:

  1. No to na początek może coś o twoim nowym opisie... eee... kwiatuszku? XD
    "Ma na imię Shiva i każdej nocy zastanawiam się, czy nie wyje… " - trzy razy to przeczytałam i zastanawiałam się, czy twoja kotka wyje jak wilk czy kie licho XDD
    Cudowna spostrzegawczość, kurde, nie? XD
    Ale widzę tu pokrewieństwo charakterów z Niką, kotką Miki.
    Nika uważa, że do niej należy łóżko Moniki, łasi się dwa razy dziennie przez pięć minut łącznie, a resztę dnia spędza śpiąc, albo rzucając się na nogi właścicielki. I gryzie, menda.
    ... ale nie mnie XDD

    No, to teraz do rzeczy: trzy rozdziały temu, na początku "Kurtyny w górze" [ale to brzmi...] moje oczy chyba zamieniły się miejscami XD Po prostu nagle świat realny zaczął się rozmazywać, wszelkie kształty zacierać i czasoprzestrzeń się zakrzywiła - no, przynajmniej dla mnie, bo miałam wtedy łeb jak dzwon i jeszcze musiałam zgadywać kto jest kurde kim XD Wywnioskowałam z tego wszystkiego tyle: bardzo lubicie brunetów, a ja już nigdy, przysięgam, nie będę się bawiła podmiotem XD
    [A jeszcze przed czytaniem analizowałam obraz który przypominał mi nic innego niż ludzkie płody w stylu kubizmosurrealizmu na bardzo kiepskiej wykładzinie ._. Może to dlatego cały świat to teraz jeden wielki Matrix ._.]
    Potem było ładnie i przyjemnie i większego mindfucku nie doświadczyłam... Anabde sprawiała wrażenie drapieżnika w ludzkiej skórze (nie mylić z Obcym XD], całkiem miło. Sher to Sher, chociaż pod wpływem jakiejś dziwnej obsesji. Errian jest kochany, Cadora mi było żal, Lea nadal mnie denerwuje. Długo by jeszcze wymieniać XD
    Kiedy wreszcie Cador i Ariene będą mieli chwilę dla siebie, ja się pytam? XD Po ślubie, czy jeszcze nie? XD
    Ja chcę więcej akcji ._. Albo krótsze opisy picia wina. Może nie opisywać kieliszka? XD
    Żal mi było tego obrońcy. Nie dość że zawiódł, stracił pracę, to jeszcze dostał od Ariene po oczach... biedny :(
    Anu właśnie - złapią ich? Chyba, nie? A będzie jeszcze ten obrońca? I kiedy do akcji dołączą te dwie kobiety, które mają już opisy w bohaterach?
    Nagle mam ochotę poczytać sobie o Sinistre O_O Ostatnio cały czas mam zmiany nastrojów, na przykład ten komentarz. Zdradziłam was dla Dragon Age, dlatego powstał tak późno XD I ogółem, nie mam co robić, a mam chwilę wolną. Przyśniło mi się nowe opowiadanie.
    Pandakarę wskrzeszamy po pierwszym tygodniu marca, wtedy będziemy miały za sobą poprawkę z matmy. Eh...
    I co ty miałaś do starego opisu? XD Nowy to prachettografomania! (w pozytywnym sensie, Pratchett jest świetny) XD
    Zaczynam się czuć mistrzynią zdań pojedynczych, opisać się mogę nawet jednym słowem XD Zapracowałam sobie na kolejny kompleks: nie potrafię rozwinąć prostej myśli ._.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... Czemu kwiatuszku? :< xD
      Nie, bo to było... moje autocenzurowanie się od "wyjebać" xD
      No to Shiva jest taka... po części. Z tym łaszeniem się może nie, ona przychodzi do mnie tylko wtedy, jak uda mi się w miarę zaśpiewać. Ale teraz sobie wyobraź Nikę razy tysiąc w tym złym sensie. Like naprawdę.

      No bo no. Nagle się okazało, że mamy dużo tych ciemnowłosych xDD Ale chciałyśmy pociągnąć tę myśl, że nie wiadomo, kto jest kim, a znamy tylko trójkę szlachciców, no i no.
      ... Matko boska xD Przypomniałaś mi o nauce na historię sztuki, zła kobieto :<
      No bo wiesz, Anabde może mieć każdego :3 A Sher nie lubi, jak ktoś mu Anabde dotyka xD Cador wcale nie jest biedny, nie przesadzajmy. A czemu cię tak ta biedna Lea denerwuje? :<
      Po ślubie to wiesz, po ślubie to już po zabawie, jak oni nieślubne dziecię będą mieć najpierw xDD
      To wino to nie moja wina, ja nie mam takiej obsesji, jak Kasia *wskazuje oskarżycielsko palcem*
      Co do tej akcji - zadanie akurat takie, co to mało miejsca na mordobicie i inne walki, ale tego będzie więcej niedługo, naprawdę xD Po prostu po tym Perrianie zakichanym już rzygałyśmy ciągłymi walkami, ryli xD
      Noo, obrońca był kochany :<
      Czy złapią, to nie powiem :3 Obrońcy nie będzie. Chyba że nam się postanowi inaczej, ale na razie w planach go nie ma. Jedna stosunkowo niedługo, druga... stosunkowo długo xDD
      No to wbijaj na Legendę. Tę na blogspocie :3
      Łoooo, naprawdę? To jak mi ta postać xD No i nie martw się, taką zdradę mogę wybaczyć.
      Och, nie denerwuj mnie, ja muszę WOS poprawić i nadal zdawać z matmy xD
      To, że już wcale nie jestem tą dziewczynką z gimbazy - bo wtedy opis powstał xD Nie podobał mi się.
      A przyznam się, że się nie wzorowałam. Nie miałam jak - nie czytałam jeszcze niczego, ostatnio ogółem mam z tym drobne problemy, ale no. To po prostu mój styl, jak piszę w pierwszej osobie, którym zachwyca się polonistka xD
      Przeeeestań. Wiesz, jaki to ból, jak umiesz się wyrażać tylko kilometrowymi esejami? xD

      Usuń