Kiedy tylko
ich cel padł martwy na posadzkę sali, Aithne nie zastanawiała się nad tym, co
dalej. Od razu klepnęła Cadora w ramię, na wypadek gdyby się zagapił, zerwała
przeklętą czapeczkę z głowy, bo i tak zgubiłaby ją na pierwszym zakręcie, i
pobiegła w stronę drogi prowadzącej z rezydencji do miasta.
Może nie
należało to do najrozsądniejszych posunięć, ale zwyczajnie gdyby ruszyła na
przełaj, najpewniej zgubiłaby się w dziczy, spanikowana przez otaczającą ją
ciemność. A ścieżki przynajmniej można się było trzymać, zatem w jej przypadku
był to najmądrzejszy wybór.
– Z drogi! –
warknęła do jednego ze strażników, łapiąc go za ramię i mocnym szarpnięciem
posyłając na mur posiadłości.
Głuche
stęknięcie zostało zagłuszone przez pierwsze wrzaski wydostających się z sali
gości. Aithne przestąpiła nad nieruchomym ciałem i pognała dalej, zamierzając
wtopić się w tłum. Potrafiła i wrzeszczeć, i biegać, zatem na pewno nawet się
nie zorientują… prawda? No, mniej więcej. Nie zwrócą na nią uwagi, zajęci
panikowaniem.
– Stój! –
usłyszała za sobą niski, męski głos i zanim zdążyła zareagować, ktoś chwycił ją
za łokieć, ciągnąc w tył.
Straciła
równowagę i upadła na żwir, kalecząc sobie paskudnie policzek. Syknęła wściekła
przez zęby, przeturlała się na plecy i popatrzyła z nienawiścią na górującego
nad nią strażnika, zastanawiając się, czemu zatrzymywał takiego pastucha.
Może chodziło
o rozpuszczone włosy i specyficzny strój. Może powinna była dla odmiany nieco
pomyśleć, nim rzuciła się bez ukochanej broni w samą paszczę lwa.
– Łapy precz –
wycedziła przez zęby, odczołgując się trochę do tyłu, kiedy do niej ruszył z
gniewnym wyrazem twarzy.
Odczekała
chwilę. Jeszcze nieco dłużej, żeby podszedł bliżej, sięgnął do niej, kładąc
dłoń na rękojeści miecza, zmarszczył czoło…
Uśmiechnęła
się dziko, jej oczy błysnęły jakby szaleńczo, kiedy chwytała nadgarstek
gwardzisty, mocno zaciskając na nim palce. Spod jej opuszków wylała się czarna
mgła, upadła dostrzegła w oczach ofiary przerażenie. Ucieszyła się,
przytrzymała go jeszcze moment.
Potem ciało
eksplodowało, jego szczątki zwęgliły się w powietrzu, a w miejscu, gdzie
mężczyzna stał, pozostał tylko blady, siwy dym. Przez niego przeskoczyła
Aithne, sapnęła zirytowana i uznała, że należy się czym prędzej wynosić do
Faryale.
Klacz czekała nieopodal
miasta, zatem musiała tam dotrzeć, na początek, pieszo. Nie będzie to
problemem, tylko w ciemnościach może trochę zająć i…
Odbiła się od
kogoś i aż sobie usiadła, stęknąwszy głucho. Potrząsnęła głową, skrzywiła się,
uniosła wzrok i spojrzała bez zrozumienia na stojącego przed nią Sheridana. Z
łowcy wprost emanowała wściekłość, zielone oczy błyszczały groźnie, choć jego
postawa przywodziła na myśl niedbalstwo. Ręce w kieszeniach, lekko zgarbione
ramiona, trochę potargane długie włosy.
Aithne skrzywiła
się brzydko, zastanawiając się, czy nie zacząć udawać trupa, żeby ten kretyn
sobie poszedł.
– Wstawaj,
rude, wynosimy się – polecił obojętnym głosem, przenosząc leniwie wzrok na
panikujących przed posiadłością ludzi.
– Nigdzie z
tobą nie idę – zastrzegła błyskawicznie, dla samej zasady, chociaż nie godziło
się to ze zdrowym rozsądkiem.
Sheridan
warknął zirytowany, chwycił ją za ramię i bez problemu podniósł, stawiając na
równe nogi. Odwarknęła mu w odpowiedzi, potrząsając gniewnie głową, oswobodziła
się z uścisku i z pełną godnością otrzepała się z kurzu, łypiąc na mężczyznę z
nienawiścią. Odwzajemnił to żarliwe spojrzenie z dużym zaangażowaniem,
przymrużając dodatkowo oczy, jakby się zastanawiał, co najpierw urwać.
Wyglądali
przedziwnie – strażnicy zbliżyli się do nich, zamierzając poinformować, że
zostali aresztowani, ale w pewnej odległości po prostu stanęli niepewnie i
zapatrzyli się na nich bez zrozumienia. Całkiem możliwe, że wpłynęła na to
nadzwyczaj nieprzyjemna aura, jaką wokół siebie roztaczali, albo ci mężczyźni
posiadali instynkt samozachowawczy, który podpowiedział im, że nie należy się
wtrącać w to nieme starcie.
– Zejdź mi z
oczu – prychnęła wreszcie Aithne i obróciła się, by ruszyć we własną stronę,
ale wtedy też dostrzegła zebranych wokół nich gwardzistów.
– Chętnie bym
to zrobił, bo patrzenie na ciebie boli, ale ta głupia wiedźma przywiązała
mojego konia do twojej szkapy – poinformował upadłą Sheridan, nie odrywając od
niej pełnego niechęci wzroku.
– Świetnie, w
takim razie sprzedam ją na targu – postanowiła zdenerwowana, widząc, że
najwyraźniej tak szybko nie zostanie z kręgu wypuszczona.
– Im szybciej
pójdziemy do miasta, tym prędzej się ciebie pozbędę – uznał Sheridan, popatrzył
krótko w niebo, najwyraźniej dla uspokojenia, po czym przeniósł wzrok na
strażników, przymrużając oczy.
Silna fala
mentalna odepchnęła ich, bez trudu wywracając, dzięki czemu dla niego oraz
upadłej powstało odpowiednie przejście. Aithne od razu z niego skorzystała,
ruszając biegiem przed siebie, ale po kilku metrach zwolniła, by wreszcie się
zatrzymać.
Odwróciła się
do Sheridana ze zdumionym wyrazem twarzy, zorientowawszy się, że łowca tak po
prostu… szedł sobie spacerkiem. Z rękoma w kieszeniach.
– Nie wiem czy
wiesz, ale chcą nas zarżnąć – poinformowała go grzecznie, krzywiąc się brzydko;
bezczelny, głupi dupek.
– Mogą
próbować. Ciebie może im się uda, wtedy im nawet zapłacę – stwierdził spokojnie
łowca, nie zaszczycając Aithne spojrzeniem.
– Nie mam
zamiaru na ciebie czekać, kretynie! – zapiekliła się i zamachała wściekła
rękoma w powietrzu. – Rusz swój gruby zad! – dodała niezadowolona.
– To tobie
przyda się schudnąć, nie mi – poprawił ją bez zająknięcia, dotarł wreszcie w
jej okolice, wyminął dziewczynę i poszedł dalej jakby nigdy nic.
– Zabiję go –
wymamrotała do siebie Aithne, ciężkim krokiem poczłapawszy za znienawidzonym
towarzyszem, zaciskając dłonie w pięści i zgrzytając bardzo dziewczęco zębami.
– Co ten
dzieciak w tobie widzi – westchnął wtedy Sheridan i pokręcił z politowaniem
głową, najwyraźniej nieco zmartwiony stanem psychicznym przyjaciela.
– Masz jakiś,
kurwa, problem? – warknęła od razu upadła, ale nie doczekała się odpowiedzi.
Zgrzytnęła
zębami raz jeszcze, a potem się przymknęła, próbując opanować narastającą w
niej złość. Co pewien czas oglądała się przez ramię na posiadłość, którą
nadzwyczaj wolno zostawiali za sobą, ale strażnicy na razie ich nie gonili.
Wyglądało na to, że zamieszanie zrobiło się z innej strony budynku;
przestraszyła się, że to Errian albo Anabde mogą mieć kłopoty, podczas gdy ona
kisi się tu z Sheridanem, głupim butem.
Aithne!, usłyszała niespodziewanie, aż
podskoczyła zaskoczona.
– Faryale? –
spytała zdumiona, rozglądając się po ciemnej okolicy.
– Nie, rude,
to drzewo – odpowiedział teatralnie wyrozumiałym głosem Sheridan, przystanąwszy,
by upadła mogła zwalczyć swoje halucynacje.
– Szkoda, że
nie twój mózg – warknęła momentalnie dziewczyna, strosząc się rozjuszona i
prychając pod nosem.
Dopiero po
chwili rozległ się charakterystyczny chrzęst podłoża pod kopytami, a z ciemności
wyłoniła się kłusująca, niemalże idealnie siwa klacz. Tuż obok niej truchtała
ciemniejsza towarzyszka, strzygąc nerwowo uszami.
Faryale
zatrzymała się między Sheridanem a Aithne, przypatrując się przyjaciółce
uważnie. Łowca bez słowa zabrał się do odpinania Gniadej od siodła drugiego
wierzchowca.
Co się stało?, spytała zaniepokojona,
wodząc za upadłą spojrzeniem, kiedy ta przymierzała się do wejścia na jej
grzbiet.
– Ktoś dał
dupy i ten ktoś to Sheridan – oznajmiła grzecznie, siadając wygodnie w siodle.
– Może go zgubimy, jak się pospieszymy – dodała, nie dbając o to, że łowca
doskonale ją słyszał, bo stał kilka metrów dalej.
Macie trzymać się razem, przykro mi,
zgasiła jej entuzjazm Faryale, chociaż wcale nie zabrzmiała, jakby było jej
przykro. I lepiej się pospieszyć,
strażnicy się zbliżają, dodała po krótkim milczeniu, zarzucając łbem.
– Zostawmy go
na ich pastwę, proszę – jęknęła Aithne, szarpiąc grzywę klaczy jak kilkuletnie
dziecko spódnicę mamy.
– Rude, twój
brak subtelności jest wprost oszałamiający – stwierdził Sheridan, wsiadając na
Gniadą sprawnie. – Na pewno nie miałaś być chłopcem? – dodał uprzejmie
zainteresowany.
– A ty może
dziewczynką? Bo włosy masz bardzo męskie – odparowała bez namysłu, rozglądając
się za czymś ostrym, czym mogłaby w niego rzucić.
Faryale
stuliła niezadowolona uszy, kwiknęła cicho, a potem gwałtownie obróciła się na
zadzie i ruszyła galopem do miasta, prawie gubiąc Aithne. Upadła krzyknęła,
wczepiła się w grzywę przyjaciółki bardzo kurczowo i wymieniła wszystkie znane
sobie przekleństwa, łącznie z tymi, które wyszły już z użycia, zanim wgramoliła
się z powrotem w miarę zgrabnie w siodło.
Sheridan
tymczasem spokojnie oraz majestatycznie na Gniadej za nimi pojechał.
– Ty przeklęta
konino! – ucieszyła się Aithne, odgarniając włosy z twarzy.
Będę ci tak robić przy każdej próbie
pokłócenia się z nim, nieważne, gdzie ani w jakiej sytuacji akurat się
znajdziemy. A teraz do miasta, stwierdziła nieznoszącym sprzeciwu głosem
Faryale, z wyczuciem przyspieszając, by Gniada nadążała.
Niestety,
Aithne nie do końca pojęła dosłowność tej informacji. Niniejszym raz dostała
szyldem gospody w twarz – kiedy Faryale niespodziewanie wyskoczyła w powietrze
– raz prawie wpadła do studni – gdy Faryale gwałtownie zahamowała – oraz raz
znalazła się pod szyją wierzchowca – ponieważ Faryale strzeliła z zadu i nagle
się zatrzymała.
Koniec końców
Sheridan musiał przyznać, że ten wieczór przyniósł mu jednak trochę całkiem
niezłej rozrywki.
– Którędy do
koni? – spytał wreszcie Aidan, kiedy pozostali znaleźli się przy nim; Leanelle
nie wyglądała na taką, która ich poprowadzi, dlatego słowa skierował do nadal
wściekłego myśliwego, jednocześnie ryzykując życiem.
Caleb nie
odpowiedział od razu, obejrzał się przez ramię na przody posiadłości i przeszył
spojrzeniem ciemność, nieruchomiejąc. Z bliżej nieznanych Aidanowi przyczyn on
sam wstrzymał oddech, bojąc się, że przeszkodzi w czymś towarzyszowi i źle się
to skończy dla całej ludzkości. A ucieczki na pewno.
– Bądźcie
cicho – zażądał wreszcie mężczyzna, zabierając się do ściągania mniej wygodnych
elementów stroju. – Straż ruszyła w pogoń, opuszczają właśnie rezydencję.
– Aha –
wydusił Aidan, patrząc na Caleba w szoku. – Czyli stoimy tu tak i się łaskawie
modlimy, żeby nas nie zauważyli? – spróbował się upewnić z niezadowoleniem.
– Do koni
zaraz ruszymy, ale trudniej będzie wtopić się w tłum, jeśli będziemy wyglądać
jak żywcem wyjęci z balu – tłumaczył na spokojnie myśliwy, choć w jego oczach
czaił się pełen niezadowolenia blask. – Nie widziałem strażników jadących drogą
z kelnerką zaraz po morderstwie gospodarza, a ty?
Aidan dał za
wygraną, dochodząc do wniosku, że skoro Caleb uważa, że tu strażnicy ich nie
dostrzegą, to coś w tym może być. Dlatego, zachowując pewną ostrożność, zabrał
się do zmieniania stroju chociaż w minimalnym stopniu.
Leanelle
zdusiła w gardle niezadowolone „ja przecież jestem cicho” i bardzo krytycznie
przyjrzała się swojemu strojowi służki. Pierwsze co, to ściągnęła z głowy
irytującą, zsuwającą się na czoło chustę, miętosząc ją z nienawiścią w
dłoniach, bo naprawdę dała jej się we znaki podczas balu.
Później
zmarszczyła czoło, próbując przypomnieć sobie, jak to sprytnie było z tą
spódnicą, którą podobno dało się łatwo ściągnąć; pod spodem, biorąc przykład z
koleżanek, miała wygodne spodnie. Wreszcie coś w jej główce zaskoczyło i z
pełną pewnością sięgnęła do jednej falbany, ciągnąc za nią delikatnie; materiał
rozszedł się w jej dłoniach i opadł na ziemię.
Wystarczyło
jeszcze ściągnąć kamizelkę i już wyglądała jak zwyczajna, wiarygodna podróżniczka.
Uśmiechnęła się zadowolona i zebrała wszystkie zdjęte materiały.
– To wyrzucić?
– zapytała konspiracyjnym szeptem, bo może miał myśliwy genialnego plana na
pozbycie się ciuchów.
W końcu jak tu
stroje zostawią, to ktoś mądry po znalezieniu ich zawęzi krąg poszukiwań do
dwóch mężczyzn i kobiety; główny kelner na pewno skojarzy strażników, którzy
stanęli w obronie służki, poda rysopis i będą mieli przerąbane.
Może by to
spalić. Albo zakopać. Albo nie wiedziała co, ale Caleb z pewnością wie; ten
facet jest jakiś iniemamocny.
– Daj mi to –
mruknął krótko myśliwy, wyjął jej z dłoni szmatki, skrzywił się, widząc, jak je
ślicznie poskładała, po czym poprawił robotę i wcisnął całość do torby.
– A mundur? –
spytał niepewnie Aidan, zastanawiając się, czy to też zmieści do swojego
skórzanego potwora, w którym było już teraz naprawdę wszystko.
Caleb obszedł
towarzyszy bokiem, zbliżył się do sporego kamienia i pchnął go barkiem,
częściowo unosząc. Przeniósł wzrok na chłopaka – ten wpatrywał się w towarzysza
w szoku, zastanawiając się, jakim cudem myśliwy podniósł głaz.
– Kopnij tu –
zdecydował Caleb, na co Aidan otrząsnął się z oszołomienia i wykonał
skrupulatnie polecenie.
Mężczyzna
opuścił kamień wyjątkowo cicho, otrzepał się względnie z kurzu, a potem na
ułamek sekundy zdrętwiał. Tym razem chłopak zorientował się, co też było tego
powodem – dostrzegł czającą się za myśliwym postać, dostrzegł broń i aż sapnął,
podrywając w panice ręce, jakby to mogło coś dać.
– Za tobą!
Caleb zdołał
postąpić tylko krok w bok, przez co miecz strażnika runąłby na jego ramię, nie
głowę. Nie wykonał jednak żadnego innego ruchu, gdy mężczyzna wydał z siebie
zduszony krzyk i upadł na ziemię; myśliwy odskoczył, żeby powalony nie
przygniótł mu nóg.
Na plecach
strażnika stał całkiem duży, długonogi wilk o śnieżnym futrze. Zwierzę
zawarczało gardłowo, zaciskając szczęki na karku ofiary, by po chwili coś
głucho chrupnęło, a mężczyzna pod łapami zwiotczał. Drapieżnik uniósł łeb i
oblizał się z krwi, przesuwając spojrzeniem miodowych ślepi po zebranych.
I wtedy
pisnął, zamerdał ogonem, opuszczając pokornie pysk, i podbiegł do Caleba, nadal
się oblizując w geście poddaństwa. Myśliwy uśmiechnął się, już wyciągając rękę
do wilka, kiedy ten nagle podskoczył, stając na tylnich łapach i sięgając do
twarzy mężczyzny z cichym, radosnym i bardzo szczenięcym popiskiwaniem.
– Nawet o tym
nie myśl, jesteś brudna – sapnął Caleb, walcząc z napierającym pyskiem, by
zwierzę jednak nie polizało go po nosie, policzku czy ustach.
– Aha –
wydusił Aidan, wytrzeszczając oczy.
– Shila –
rzucił karcąco myśliwy, ale jakby nagle zabrakło mu stanowczości, chociaż przed
chwilą ustawiał wszystkich po kątach.
Ostatecznie z
jego gardła wydobyło się niskie, krótkie warknięcie, na dźwięk którego wilk od
razu wycofał się z niecodziennej pozycji i opadł na ziemię, nadal merdając
lekko ogonem, wyraźnie z siebie zadowolony.
Leanelle
zrobiła minę pod tytułem „wy sobie chyba ze mnie żartujecie”, po czym
westchnęła lekko i pokręciła głową.
– Dlaczego
jakoś mnie to nie dziwi? – wymruczała sama do siebie, spoglądając z
powątpiewaniem nie na umorusanego krwią drapieżnika, który wziął się znikąd,
zabił kogo trzeba, a teraz zachowywał się jak domowy szczeniak, a na Caleba.
Tak, hm, jakby
pojawił się tu bazyliszek wielkości przeciętnego domu i zaczął się do myśliwego
przymilać, to chyba też nie byłaby specjalnie zszokowana.
Ona niby miała
smoka, ale to są dwie zupełnie różne rzeczy. Przede wszystkim jej smok był
wielkości kota i swoimi ząbkami to mógł takiemu strażnikowi co najwyżej
brzydkie ślady na ręce zostawić. No ale, co kto lubi.
Swoją drogą,
gdzie ta nieużyteczna kupa łusek?
– Widzieliście
gdzieś Hessana? – zapytała, nie mogąc samodzielnie odpowiedzieć sobie na to
pytanie.
Wolała nie
wołać, nie gwizdać, nie wzywać, bo jeszcze by ją jakiś facet wilkiem poszczuł
za to, że nie jest cicho.
– Był na
powozie – odparł Caleb, kładąc dłoń na łbie Shili, kiedy ta zjeżyła sierść,
widząc kolejnych biegających nieopodal strażników.
Na dotyk
myśliwego trochę się uspokoiła, opuszczając lekko ogon, ale nadal śledziła
wzrokiem potencjalne ofiary, od czasu do czasu łypiąc na towarzyszy mężczyzny,
jakby rozważała także zjedzenie ich.
– Którędy
teraz? – powtórzył na wszelki wypadek Aidan, zerkając na wilka niepewnie, bo
kurczę, co się dzieje?
– Idziemy na tyły
posiadłości, dwieście metrów w pobliski zagajnik, to będzie szósta brzoza z
prawej strony. Ruszaj – mruknął jeszcze do Shili, pochylając głowę, by spojrzeć
na napiętego, czujnego drapieżnika.
Zwierzę
popatrzyło na myśliwego, machnęło lekko ogonem i zawróciło w ciemność, szybko i
bezgłośnie znikając wśród nocy. Caleb ściągnął z pleców łuk, przygotował
strzałę, błyskawicznie naciągnął cięciwę i nakierował pocisk na tor powyżej
światła wylewającego się z posiadłości.
Grot z głuchym
tąpnięciem wbił się w ciemność z przeciwnej strony niż stali oni, co od razu
zaalarmowało strażników – mężczyźni ruszyli tam niczym ćmy do latarni,
przekonani, że nieostrożny uciekinier wywrócił się bądź cokolwiek. Tym samym
ich uwaga została skutecznie od młodzieży oraz myśliwego odciągnięta.
– W drogę –
postanowił po prostu Caleb, ruszając energicznym krokiem śladami swojego
kochanego wilka.
– Tyle też
wiem. Chodziło mi o teraz – burknęła pod nosem, świadoma tego, że
prawdopodobnie i tak zostanie zignorowana.
Ot, musiała
się odezwać; niech się głupiemu myśliwemu nie wydaje, że może ich traktować z
buta. Znaczy, dobra, uratował ich i w ogóle, ale przecież nie pakowali się w
kłopoty specjalnie, żeby mu zrobić na złość!
Pochyliła
ramiona, zacisnęła niezadowolona usta i pospiesznie ruszyła śladem Caleba,
starając się zachowywać możliwie jak najciszej. Nie potrafiła chodzić
bezszelestnie, tak jak co poniektórzy w towarzystwie, ale udawanie, że jej nie
ma, miała dość dobrze opanowane.
Posłała
spojrzenie za znikającym w ciemności wilkiem i uśmiechnęła się lekko; mimo
wszystko musiała przyznać, że oswojenie takiej bestii było czymś imponującym.
Ale za nic w świecie nie powie tego głośno, wiadomo.
Droga odbyła
się w ciszy, nie licząc kilku spektakularnych potknięć Aidana, które odbyły się
na tyle głośno w obecnej sytuacji, że można było sądzić, iż chłopak ściągnie im
na głowy cały pluton strażników. Na szczęście jednak nikt nie podniósł alarmu i
cała grupa dotarła do lasku bezpieczna.
Później z
zachowaniem się odpowiednio niepozornie było trudniej – drzewa, korzenie,
chaszcze, wszystko jakby się sprzysięgło przeciw nim. Nie licząc myśliwego,
przed którym, zdawałoby się, natura rozstępowała się z szacunkiem.
Aidan z trudem
doliczył się sześciu brzóz i rzeczywiście, za pniami drzew stały grzecznie
konie, skubiąc trawę i wypatrując ratunku od wszechogarniającej nudy. Jego
srokacz uniósł łeb i zastrzygł uszami, ożywiając się, dlatego chłopak szybko do
ogiera podszedł, żeby się przywitać.
Caleb
tymczasem odsyłał gdzieś Shilę; dopiero wtedy zbliżył się do niedużego taranta,
poklepał go po szyi i zaczął przygotowywać do drogi. Aidan pomyślał, że ten
facet naprawdę woli siedzieć w krzakach ze zwierzętami niż obcować z
jakimikolwiek ludźmi.
Niedługo potem
jechali za pochylonym myśliwym i jego wierzchowcem, ufnie założywszy, że
wyprowadzą ich bezpiecznie z zagajnika. Od czasu do czasu w ciemności błyskały
miodowe ślepia, jednak wilczyca nie zbliżała się do koni, by ich nie płoszyć.
Może uda im
się nie ściągnąć na siebie kłopotów. Byłoby miło.
Anabde
zarzuciła wodze na szyję wierzchowca i wsadziła stopę w strzemię, odbijając się
od ziemi i zgrabnie siadając w siodle. Przytrzymała siwka, który chciał
natychmiast, już w tej chwili ruszyć w drogę; musieli poczekać na Erriana
właśnie dosiadającego Korala.
Kobieta
obejrzała się na rezydencję i przeklęła nieładnie, zaraz obracając Lantano łbem
w stronę drogi ucieczki. Kilkaset metrów za ich plecami strażnicy
przekrzykiwali się nawzajem i wpadali do stajni; co szybsi już wyprowadzali
wierzchowce przed budynek.
– Będziemy
mieli ogon – rzuciła do przyjaciela, głaszcząc po szyi podenerwowanego,
przebierającego nogami w miejscu siwka.
– To miło –
mruknął Errian, próbując wsadzić nogę w drugie strzemię.
Koral zatupał
nerwowo, zakręcił się w miejscu i prawie zgubił biednego maga, który uratował
się tylko chwyceniem za przedni łęk. Nie znosił, kiedy karosz zaczynał się
niecierpliwić, bo on wie lepiej, co teraz robić.
– Uspokój się
– prychnął na ogiera i poklepał go po szyi, wreszcie dokończywszy sadowienie
się w tym przeklętym siodle.
Koral machnął
łbem i szarpnął za wodze, jednak nie ruszył dzikim galopem; chociaż tyle
posłuszeństwa w nim było. Zamiast tego zastrzygł uszami i przyjrzał się
strażnikom z zainteresowaniem, rozdymając chrapy.
– No to chyba
prowadź, nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy – przyznał szczerze Errian,
powszechnie znany mistrz orientacji w terenie oraz czytania map.
Anabde
uśmiechnęła się pod nosem, po czym przyłożyła łydki do końskich boków; Lantano
machnął ogonem i ruszył kłusem, by zaraz przejść do powolnego, z racji
niesprzyjającego podłoża, galopu.
– Ja też nie!
– oznajmiła towarzyszowi naprawdę rozbawiona, obracając głowę w jego stronę.
Przy okazji
zauważyła, że strażnicy już zorganizowali grupę pościgową, która właśnie dosiadała
swoich wierzchowców. Zaraz zacznie się wyścig.
Przeszła do
odciążającego półsiadu, zapatrując się przed siebie, by w tej nieprzeniknionej
ciemności nie wpaść na drzewo, głupio ustawiony powóz czy inną przeszkodę.
Podążając tą drogą, za chwilę znajdą się w miejskich zabudowaniach; kobieta
szybko ułożyła w myślach plan działania, żałując, że z powodu ogłuszającego
szumu wiatru nie może przekazać go przyjacielowi. Sprytny jest, ogarnie.
Mimo dość
niesprzyjającej sytuacji uśmiechała się lekko. Lantano galopował ochoczo z
postawionymi uszami, nawet musiała go wstrzymywać, by nie stracił równowagi na
śliskim podjeździe rezydencji. Gdy wjadą na tereny miasta, pokażą, na co ich
stać.
– W takim
razie ja już wiem gdzie. W wyjątkowo czarnej dupie – mruknął, poganiając Korala
do galopu.
Ogier machnął
ze świstem ogonem i radośnie ruszył, pozwoliwszy sobie jeszcze na wesołe
bryknięcie. Errian w duchu obiecał koninie przerobienie na kiełbasę za to
spektakularne wyczucie czasu. Nadal huczało mu w głowie po tym, jak gruby
szlachcic przycisnął go do ściany, ogółem ten wieczór okazał się przerąbany, a
temu we łbie harce. To sobie konia wychował, no naprawdę.
W istocie
jednak był zwierzęciu wdzięczny. Długo w domu w młodości nie był, Koral został
ułożony przez obcych ludzi, mimo że od początku przeznaczono go dla panicza.
Kiedy Errian przyjechał ze szkoły, nie znał ogiera zupełnie – i vice versa.
Mimo to
wierzchowiec go zaakceptował i bardzo wiernie trwał u jego boku, choć w końcu
wybitny nie był. Najlepsze konie zachowano albo dla pana Souena, albo dla
strażników, których pan Souen faworyzował. Errian nadal nie miał ojcu za złe
obrzydzenia, jakie czuł wobec niego, ale ta postawa przyprawiała mu niekiedy
trudności.
– Czarno widzę
nadążanie za nimi – podzielił się wątpliwością z Koralem, nie mając śmiałości
wierzyć, że nieduży karosz minimalnie dorówna Lantano.
Szybkością
mogła się mierzyć Jutrzenka, ogółem pobijała go może tylko Faryale.
Jeśli jej się
chciało. A nie chciało się właściwie nigdy, jak zauważył.
Koral parsknął
i potrząsnął łbem, jakby niechętnie jeźdźcowi przytaknął. Errian nie wierzył w
takie cuda, ale pocieszył się, że z karym koniem łatwiej nocą zniknąć. Potem
natomiast przeklął swoje oślepiająco jasne przy takim oświetleniu włosy.
Jak nie urok,
to przemarsz wojsk, no naprawdę.
Galopowali
wybrukowaną alejką, mijając posadzone po obu stronach drogi drzewa. W pewnej
chwili dźwięk uderzających o bruk kopyt zmienił się; podłoże zrobiło się mniej
zdradzieckie i choć pełne było dziur, dało się zdecydować się na szybszy galop.
Mimo tego
Anabde przytrzymała mocniej swego łaknącego prędkości ogiera, by umożliwić
Errianowi dogonienie ich; już po chwili jechali ramię w ramię. Minęli
przedmieście, wjeżdżając do ciaśniej zabudowanej okolicy; droga była tu dość
wąska i stopniowo pojawiało się coraz więcej skrzyżowań.
Zwiększyli
prędkość galopu, mknąc ulicami miasta w dzikim tempie; na szyi Korala zalśnił
pot, szeroko rozwarte chrapy Lantano łapały duże hausty powietrza, a pościg i
tak się zbliżał. Anabde obróciła się, by na szybko ocenić pogoń; w ślad za
uciekinierami wyruszyło około dwudziestu wierzchowców, zdążyli już zgubić jedną
czwartą z nich.
W tym tempie
nie mogli wykonywać nagłych zwrotów czy decydować się na szczególnie wąskie
dróżki, jednak po kilkunastu minutach odpadło kolejnych kilka strażników.
Anabde nie
martwiła się o kondycję swego wierzchowca, dla którego taka prędkość nie
stanowiła żadnego wyzwania, jednak Koral zaczął wykazywać oznaki zmęczenia.
Kobieta oceniła otoczenie pobieżnym spojrzeniem, po czym zerknęła na Erriana.
– Skręć tutaj
w prawo, do najbliższej bramy. Spotkamy się poza granicami miasta; zajmę się
pogonią! – krzyknęła do niego.
Odpowiedział
kiwnięciem głowy, a gdy tylko pojawił się odpowiedni moment, wykonał polecenie.
Anabde pognała dalej prosto, obracając się w siodle, by zobaczyć rozwój
sytuacji. Jeden czy dwóch strażników ruszyło śladem maga, jednak większość nie
zdążyła zareagować i skręcić wierzchowce, więc dalej gonili Lantano.
Doskonale.
Odpuściła
nieco wodze i zacmokała, na co ogier wystrzelił przed siebie, rozwijając
niesamowitą prędkość. Usłyszała, jak podążający jej tropem mężczyźni krzyczeli
na swe konie i okładali je batami, zmuszając do szybszego biegu; głupcy, mieli
nadzieję, że mogą się mierzyć z siwkiem.
Po minięciu dwóch
ulic odpadły następne wierzchowce, jeden z nich zgubił podkowę, drugi wyraźnie
kulał, a wszystkie dyszały ze zmęczenia i odmawiały dalszej współpracy.
Spoceni, pochyleni nad rozwianymi grzywami rumaków strażnicy mieli usta
wykrzywione w grymasie, Anabde za to uśmiechała się dziwnie, w skupieniu
obserwując drogę przed sobą.
Zgodnie z jej
planem w końcu trafiła w ślepy zaułek. Naprzeciwko rozpościerał się solidny,
kamienny mur o wysokości około półtorej metra, szerokości również niebanalnej.
Tuż za nim – upragniona wolność, szerokie łąki i pustka.
Anabde
przymrużyła oczy, w duchu przypominając sobie, że koń ma dużo lepszy wzrok od
niej. Miasto zdawało się jaśniejsze od terenów przy rezydencji, ale i tak
trudno było odnaleźć się w mroku. Mogłaby przysiąc, że poczuła pełne
satysfakcji uśmiechy mężczyzn, jeden chyba nawet zaśmiał się triumfalnie,
wierząc, że oto zagonili ją w kozi róg. Stopniowo zaczęli zwalniać, sądząc, że
kobieta i tak im nie ucieknie.
Anabde zebrała
puszczone wodze i wzmocniła nacisk łydek, skracając konia nieco i podstawiając
w pomocach. Nie wyglądało jednak na to, by miała zamiar się zatrzymać;
wpatrywała się ze skupieniem w mur, a jej wierzchowiec postawił z uwagą uszy,
unosząc szyję. Strażnicy w końcu zatrzymali się, w ich oczach czaiło się
powątpiewanie.
– Zwariowała –
wyszeptał w końcu jeden z nich.
– Chce się
zabić – stwierdził kolejny, poprawiając hełm na głowie.
– Żaden koń
tego nie przeskoczy – zgodził się inny.
Anabde ich nie
słyszała. Trzymała wodze, pilnując zmniejszającej się odległości do przeszkody,
a gdy nadszedł moment odbicia, cmoknęła.
Nie obawiała
się. W końcu potrafili latać.
Lantano
uderzył kopytami o ziemię i wyskoczył, z łatwością pokonując wysokość muru.
Zdawało się, że naprawdę frunął, choć nigdzie nie widać było skrzydeł; po
chwili zaczęli opadać i w końcu zniknęli za przeszkodą.
Strażnicy
zastanawiali się, czy lądowanie zabiło odważnych uciekinierów, usłyszeli jednak
oddalający się odgłos kopyt uderzających w rytmicznym, spokojnym galopie.
– O cholera – wydukał
stojący na przedzie mężczyzna.
Anabde
poklepała swojego wierzchowca po szyi i uśmiechnęła się szeroko; w jej oczach
czaił się błysk prawdziwego, czystego szczęścia. Dla takich momentów można
umierać.
Lantano
galopował swobodnie dalej, jakby przed chwilą nie stało się nic wielkiego;
pozwoliła mu wyciągnąć nos do przodu i pracować w odpowiadającym mu tempie.
Jeżeli ktoś
miał wątpliwości, dlaczego nekromantka trudzi się z tak upierdliwym i
wymagającym ogierem, właśnie otrzymał odpowiedź.
Poza kolcami w
dupie miała już chyba wszystko. Była zła, obolała, potargana i zmęczona. W
dodatku wino nie należało do najlepszych albo raczyło jej skwaśnieć w żołądku,
albo cholera jedna wie, co dokładnie – w każdym razie trochę ją mdliło.
Może to też
kwestia atrakcji, już od dawna nie skakała po balkonach i nie rzucała się głową
w kolczaste krzaki. Przeklęta dzika róża, na cholerę ona tam rosła. Kto
normalny trzyma przy domu dziką różę. Dzikie róże rosną w dziczy.
Kurwa mać.
Z powodu swego
promieniejącego nastroju wytwarzała wokół siebie mocno nieprzyjemną atmosferę.
Maszerowała raźnym, stanowczym krokiem przez żwirowane dróżki wokół
posiadłości, jakby nie przejmowała się strażnikami i ich paniką.
Prawdę mówiąc,
mężczyźni jej nie zauważali, zdawała się być tak pewna i tak na miejscu, że
zwyczajnie stała się niewidzialna. Dlatego też szła prawie środkiem drogi,
przeklinając na wszystko, a gwardziści biegali dokoła i jej szukali.
Wreszcie
któryś chyba zmądrzał, bo zatrzymał się niepewnie i spojrzał na nią jak na ducha
– wiedźma wyglądała jak wyjęta z horroru, gorset jej się jeszcze częściowo
rozpiął, spodnie podarły… Tak, przypominała w tym momencie Caleba,
zdecydowanie.
Czując na
sobie wzrok mężczyzny, przystanęła i zmiażdżyła go własnym spojrzeniem, mrużąc
groźnie oczy. Przez chwilę wyraźnie rozważał ruszenie do obowiązków.
– To chcesz
już próbować mnie aresztować, czy mogę sobie, kurwa mać, iść? – warknęła
rozjuszona, podpierając się pod boki.
Zatrzymało się
więcej strażników, chyba nie wierząc w to, co właśnie widzą. Jeden nawet
przetarł oczy ze zdumieniem i zerknął porozumiewawczo na kolegę.
– Eee, pani
wraca z balu? – zaryzykował pytanie jeden gwardzista.
– Nie, na
spacer wyszłam. Ja pierdolę – zirytowała się, wzruszyła ramionami i podjęła
przerwany marsz, zostawiając strażników w tyle.
– Kretyni,
brać ją! – ryknął wtedy dowódca, który dotarł w okolice zamieszania i aż się
zachłysnął z oburzenia, kiedy zobaczył, co jego ludzie robią.
Dopiero wtedy
skoczyli za uciekinierką (oddalającą się z miejsca zbrodni ruchem jednostajnym
prostoliniowym), ale uciekinierka miała inny pomysł na wieczór. Obróciła się,
cisnęła im prosto w twarze oślepiającą kulą energii, a kiedy odzyskali wzrok,
zobaczyli, że już jej… no, nie ma.
Ariene
natomiast gnała sprawnie przez kolejne chaszcze, oddychając równo przez nos i
kontrolując podłoże, by się nie zabić. Musiała przyznać, że gorsety się
Calebowi udały, ale to chyba jedyne, co z całego planu wyszło.
Wbiegła w
kolejny krzak dzikiej róży i z trudem powstrzymała się od wysadzenia zarośli w
powietrze; to by zdradziło jej pozycję.
– Szlag by to
trafił – warknęła pod nosem.
Następne
przekleństwa, bardziej nieprzystojące kobiecie, mamrotała już tak cicho, że nie
sposób było je zrozumieć. Może to i lepiej.
– Panienka
potrzebuje pomocy? – rozległo się tuż nad jej głową.
W ciemnościach
trudno było rozpoznać stojącego na okiennym parapecie mężczyznę, jednak nie dało
się nie skojarzyć miękkiego, niskiego głosu Cadora. Jasnozielone oczy błysnęły
w bladym świetle i to również wypadło wyjątkowo charakterystyczne.
Mężczyzna
kucnął, po czym zeskoczył zgrabnie na ziemię; niemalże przykleił się plecami do
kamiennej ściany, dzięki temu oszczędzając sobie wpadania w krzaki dzikiej
róży.
Wyprostował
się pewnie i przechylił głowę, by uważniej przyjrzeć się twarzy kobiety.
Uśmiechał się w ten swój charakterystyczny, pewny siebie sposób, choć było w
tym geście coś jeszcze.
Chwilę się
zawahał, w obawie, że za kolejne słowa może oberwać boleśnie – wiedźma
wyglądała, jakby mogła go zamordować za samo oddychanie. Podjął ryzyko, bo
zawsze należał do odważnych ludzi.
– To było
ładne, z tymi strażnikami – przyznał z niejakim zadowoleniem. – Co powiesz na
spacer do najbliższego miasteczka?
Ariene prawie
dostała zawału, kiedy w najlepsze pomstowała na siły natury, a tu jej ktoś z
panienką wyjeżdżał i zeskakiwał tuż za plecami.
Obróciła się
do niego, mrużąc oczy w złości. Szybko się zorientowała, że to Cador, ale
jednak ten ułamek sekundy ciężkiej palpitacji serca kosztował ją dwanaście
sposobów na zabicie przeciwnika, które ułożyła w głowie w jednej chwili. Miała
ochotę ze dwa na nim wypróbować.
– A kopnął cię
ktoś kiedyś w dupę? – zainteresowała się rozeźlona, prychnęła, fuknęła, a potem
wyrwała kolec z biodra, wreszcie się zorientowawszy, co ją tak uwierało. –
Dobrze się ze mnie naśmiewało? – dodała nadal kochana i urocza, ruszając ruchem
tym razem jednostajnie przyspieszonym w stronę miasta.
Po kilku
metrach zorientowała się, że miasto jest w drugą stronę, okręciła się na pięcie
i zawróciła. Mijając Cadora, nawet nie miała ochoty spojrzeć na jego minę, za
dobrze wiedziała, co wyrażała.
– A spróbuj
skomentować.
Mężczyzna
zacisnął mocno wargi i bardzo ładnie powstrzymał parsknięcie śmiechem; potem
tylko odkaszlnął, ale ani nie zachichotał, ani nie podsumował, więc powinna być
z niego dumna.
Wsadził ręce
do kieszeni spodni i ruszył śladem Ariene luźnym krokiem; większość strażników
kręciła się przy głównym wejściu, a ci nieliczni, którzy chcieli przypilnować
tego rejonu rezydencji, zdychali gdzieś w krzakach, więc nie musiał się obawiać
ich najścia. Pozostawał czujny i skupiony, ale nagle zaczął tryskać humorem,
pewnie dlatego, że Ariene nie była już otoczona śliniącymi się adoratorami.
Dogonił ją w
kilku krokach, a gdy już się z nią zrównał, odchylił głowę i odetchnął głęboko.
Zapatrzył się w bezgwiezdne niebo, uśmiechnął się sam do siebie i uznał, że
kompletnie już zwariował.
Zadanie nadal
trwało, poszukiwało ich kilkadziesiąt strażników, ale jemu było lekko, bo nikt
nie rozbierał wzrokiem jego ukochanej. Super. Nie, żeby zagrożenie zrobiło się
większe, czy coś. Nie, żeby dzięki kochanemu łowcy byli w czarnej dupie.
Wszystko jest piękne, bo nikt już nie dotyka Ariene!
Obrócił głowę
i znów spojrzał na wiedźmę, przyglądając się grymasowi na jej twarzy i
przymrużonym z irytacją oczom. Ale zła.
– Uśmiechnij
się, panienko – zaproponował lekko.
I czekał, aż
na niego kobieta fuknie, bo na pewno to zrobi.
– Przecież
tryskam szczęściem, nie widać? – warknęła, miażdżąc go spojrzeniem. – Wszystko
jest świetnie, poszło cudownie, powinniśmy iść całą grupą pod ramiona i
wyśpiewywać pieśni pochwalne na cześć tego skretyniałego skurwysyna, który nie
może pojąć, że, kurwa, skrytobójstwo wykonuje się skrycie, JA PIERDOLĘ! –
wyrzuciła z siebie na wydechu z taką prędkością, że na sam koniec musiała
nabrać głębiej powietrza.
Warknęła
jeszcze kilka przekleństw, po czym nerwowo poluzowała gorset. Calebowi chyba
naprawdę zabrakło materiału; niniejszym dobiła sama siebie i rozejrzała się za
drzewem, w które mogłaby przygrzać głową w wyrazie czystej radości.
– Niech no ja
go dorwę – mruknęła jeszcze, jakby chciała samą siebie pocieszyć. – Żeby go
szlag. No rozerwę na strzępy – mamrotała dalej, nieświadomie przyspieszywszy
kroku.
Po chwili
zwolniła.
– A właściwie
gdzie my się mieliśmy spotkać? – spytała niechętnie, odwracając z
niezadowoleniem wzrok i z pewną gorzką pokorą czekając, aż ją obrońca wyśmieje.
Tak się
skupiła na planowaniu sedna sprawy, że nie słuchała, kiedy ustalali finał.
Pięknie, Ariene, profesjonalizm. Wyłazi działanie w pojedynkę, oj, wyłazi.
Jejku, nawet
nie dała mu czasu na odpowiedź. Przystanął, spojrzał na nią dziwnie, odtworzył
w myślach jej słowa i podzielił wypowiedź na fragmenty. Dopiero wtedy pokiwał
głową i uśmiechnął się po raz setny; okropnie go bawiła, jak była tak wkurzona.
– Za miastem,
na drodze prowadzącej do rezydencji, w której mamy się zatrzymać – poinformował
ją spokojnie, wykazując się na tyle dobrym sercem, że nie skomentował jej braku
wiedzy.
Potem ruszył
przed siebie, kontynuując wręcz leniwy spacerek.
– A łowcę
jakoś jestem w stanie zrozumieć, szczerze mówiąc – przyznał po chwili
milczenia, teraz na nią nie patrząc, jakby majaczące w oddali budynki były tak
ciekawe, że wymagały maksimum jego uwagi.
– Pewnie –
warknęła, chyba nie załapawszy sensu. – Zero profesjonalizmu, przecież to tylko
praca. Już przecież mógł faceta zabić, nie dało się na tym cholernym balkonie?
Nic się w końcu nie stało, ja pierdolę, wielkie mi halo, zatańczył z nią kilka
razy – wściekała się dalej, nie mogąc uwierzyć, że wszystko się rozsypało, bo
głupiemu Sheridanowi zebrało się na okazywanie zaborczych uczuć.
Uniosła
dłonie, by lepiej je widzieć, i z niezadowoleniem doszła do wniosku, że przed
następnym zadaniem musi je jednak natrzeć specjalną maścią stosowaną w gildii.
Dawno tego nie robiła, starła sobie skórę tymi małpimi skokami. I… o.
– Tu też? –
zdenerwowała się, wyjmując kolejny kolec z ciała.
W pierwszej
chwili pomyślał, że na miejscu Sheridana zrobiłby dokładnie to samo. Potem
dotarło do niego, że Ariene ma w sumie rację, a on znowu zachowuje się jak
nieodpowiedzialny gówniarz. Głupi, porywczy i... Ech, szkoda gadać.
Zacisnął usta
i obrócił głowę na lewo, tak, by nie widzieć wiedźmy nawet kątem oka. Bo to
wszystko jej wina, że mu odwaliło, no!
Minęli już
pierwsze domy, a im dalej szli, tym gęściej zabudowana robiła się okolica.
Niespodziewanie Cador zatrzymał się i napiął wyraźnie mięśnie; nic nie
powiedział, skupił się na wyostrzeniu zmysłów.
– Tutaj! –
krzyknął ktoś daleko za ich plecami.
Obrońca
przeklął brzydko, odwrócił się, ocenił odległość dzielącą ich od strażnika,
który podniósł alarm... a potem zobaczył galopujących w ich stronę jeźdźców w
mundurach.
No to na początek może coś o twoim nowym opisie... eee... kwiatuszku? XD
OdpowiedzUsuń"Ma na imię Shiva i każdej nocy zastanawiam się, czy nie wyje… " - trzy razy to przeczytałam i zastanawiałam się, czy twoja kotka wyje jak wilk czy kie licho XDD
Cudowna spostrzegawczość, kurde, nie? XD
Ale widzę tu pokrewieństwo charakterów z Niką, kotką Miki.
Nika uważa, że do niej należy łóżko Moniki, łasi się dwa razy dziennie przez pięć minut łącznie, a resztę dnia spędza śpiąc, albo rzucając się na nogi właścicielki. I gryzie, menda.
... ale nie mnie XDD
No, to teraz do rzeczy: trzy rozdziały temu, na początku "Kurtyny w górze" [ale to brzmi...] moje oczy chyba zamieniły się miejscami XD Po prostu nagle świat realny zaczął się rozmazywać, wszelkie kształty zacierać i czasoprzestrzeń się zakrzywiła - no, przynajmniej dla mnie, bo miałam wtedy łeb jak dzwon i jeszcze musiałam zgadywać kto jest kurde kim XD Wywnioskowałam z tego wszystkiego tyle: bardzo lubicie brunetów, a ja już nigdy, przysięgam, nie będę się bawiła podmiotem XD
[A jeszcze przed czytaniem analizowałam obraz który przypominał mi nic innego niż ludzkie płody w stylu kubizmosurrealizmu na bardzo kiepskiej wykładzinie ._. Może to dlatego cały świat to teraz jeden wielki Matrix ._.]
Potem było ładnie i przyjemnie i większego mindfucku nie doświadczyłam... Anabde sprawiała wrażenie drapieżnika w ludzkiej skórze (nie mylić z Obcym XD], całkiem miło. Sher to Sher, chociaż pod wpływem jakiejś dziwnej obsesji. Errian jest kochany, Cadora mi było żal, Lea nadal mnie denerwuje. Długo by jeszcze wymieniać XD
Kiedy wreszcie Cador i Ariene będą mieli chwilę dla siebie, ja się pytam? XD Po ślubie, czy jeszcze nie? XD
Ja chcę więcej akcji ._. Albo krótsze opisy picia wina. Może nie opisywać kieliszka? XD
Żal mi było tego obrońcy. Nie dość że zawiódł, stracił pracę, to jeszcze dostał od Ariene po oczach... biedny :(
Anu właśnie - złapią ich? Chyba, nie? A będzie jeszcze ten obrońca? I kiedy do akcji dołączą te dwie kobiety, które mają już opisy w bohaterach?
Nagle mam ochotę poczytać sobie o Sinistre O_O Ostatnio cały czas mam zmiany nastrojów, na przykład ten komentarz. Zdradziłam was dla Dragon Age, dlatego powstał tak późno XD I ogółem, nie mam co robić, a mam chwilę wolną. Przyśniło mi się nowe opowiadanie.
Pandakarę wskrzeszamy po pierwszym tygodniu marca, wtedy będziemy miały za sobą poprawkę z matmy. Eh...
I co ty miałaś do starego opisu? XD Nowy to prachettografomania! (w pozytywnym sensie, Pratchett jest świetny) XD
Zaczynam się czuć mistrzynią zdań pojedynczych, opisać się mogę nawet jednym słowem XD Zapracowałam sobie na kolejny kompleks: nie potrafię rozwinąć prostej myśli ._.
... Czemu kwiatuszku? :< xD
UsuńNie, bo to było... moje autocenzurowanie się od "wyjebać" xD
No to Shiva jest taka... po części. Z tym łaszeniem się może nie, ona przychodzi do mnie tylko wtedy, jak uda mi się w miarę zaśpiewać. Ale teraz sobie wyobraź Nikę razy tysiąc w tym złym sensie. Like naprawdę.
No bo no. Nagle się okazało, że mamy dużo tych ciemnowłosych xDD Ale chciałyśmy pociągnąć tę myśl, że nie wiadomo, kto jest kim, a znamy tylko trójkę szlachciców, no i no.
... Matko boska xD Przypomniałaś mi o nauce na historię sztuki, zła kobieto :<
No bo wiesz, Anabde może mieć każdego :3 A Sher nie lubi, jak ktoś mu Anabde dotyka xD Cador wcale nie jest biedny, nie przesadzajmy. A czemu cię tak ta biedna Lea denerwuje? :<
Po ślubie to wiesz, po ślubie to już po zabawie, jak oni nieślubne dziecię będą mieć najpierw xDD
To wino to nie moja wina, ja nie mam takiej obsesji, jak Kasia *wskazuje oskarżycielsko palcem*
Co do tej akcji - zadanie akurat takie, co to mało miejsca na mordobicie i inne walki, ale tego będzie więcej niedługo, naprawdę xD Po prostu po tym Perrianie zakichanym już rzygałyśmy ciągłymi walkami, ryli xD
Noo, obrońca był kochany :<
Czy złapią, to nie powiem :3 Obrońcy nie będzie. Chyba że nam się postanowi inaczej, ale na razie w planach go nie ma. Jedna stosunkowo niedługo, druga... stosunkowo długo xDD
No to wbijaj na Legendę. Tę na blogspocie :3
Łoooo, naprawdę? To jak mi ta postać xD No i nie martw się, taką zdradę mogę wybaczyć.
Och, nie denerwuj mnie, ja muszę WOS poprawić i nadal zdawać z matmy xD
To, że już wcale nie jestem tą dziewczynką z gimbazy - bo wtedy opis powstał xD Nie podobał mi się.
A przyznam się, że się nie wzorowałam. Nie miałam jak - nie czytałam jeszcze niczego, ostatnio ogółem mam z tym drobne problemy, ale no. To po prostu mój styl, jak piszę w pierwszej osobie, którym zachwyca się polonistka xD
Przeeeestań. Wiesz, jaki to ból, jak umiesz się wyrażać tylko kilometrowymi esejami? xD