Wczesny
wieczór był w jej mniemaniu najgorszą porą. Oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze
do zmroku, więc łatwo dało się ją podejść. Nocne zwierzęta budziły się do życia
– przestawała być tak wrażliwa na szmery, kiedy przy każdym okazywało się, że
to tylko myszka albo inne zupełnie niegroźne stworzonko. Wczesnym wieczorem
czuła się tak bardzo wystawiona na atak, że z nerwów napinały się wszystkie
mięśnie, a umysł podsuwał okrutne obrazy.
Przyczaiła się
na dachu jednego ze stojących jeszcze domów, rozglądając się czujnie po
północnym trakcie. Przymrużyła niebieskie oczy i, choć nie dostrzegła niczego
niepokojącego, zacisnęła długie palce na majdanie łuku.
Broń, którą w
tej chwili zawieszała z powrotem na plecach, znalazła w jednym z pustych domów.
Była świadoma, że rzucając kamieniami czy wydmuchując zatrute strzały, nie
przegoni banitów, gdyby ci przypadkiem chcieli wrócić. Strzelała dość dobrze;
zawsze odznaczała się sokolim wzrokiem i celnością, a ojciec nauczył ją
techniki. Jeden łucznik z pewnością nie jest dla zbirów wyzwaniem, ale może
zniechęci ich fakt, że musieliby się wysilać.
Meara
odetchnęła głęboko, usiadła na pokrytym strzechą dachu i zjechała po nim aż na
kraniec, by zeskoczyć na ubitą ziemię. Ruszyła, stawiając kroki tak szybkie,
jak ciche – łatwo byłoby ją wziąć za cień, zwłaszcza przy ciemnym ubiorze.
Poprawiła łuk na plecach, rzuciła nerwowym spojrzeniem na boki i przystanęła
przy jednym z rosnących dookoła przypadkowego budynku drzew. Wspięła się
wprawnie i, pozostając ukrytą wśród liści, skorzystała z dobrego punktu
widokowego, by obejrzeć trakt od innej strony.
Otworzyła
szeroko oczy, w następnej chwili naprędce schodząc z drzewa. Rozejrzała się w
popłochu, dopiero po chwili przypomniała sobie, gdzie zostawiła ojca. Ruszyła
biegiem, nim zdążyła zwątpić.
Przy wschodnim
wejściu do wioski rósł ogromny dąb. Choć w zmroku trudno było rozpoznać stojącą
przy nim osobę, Meara wiedziała, kim jest mężczyzna.
– Ojcze! –
wyrzuciła z siebie na wydechu, opierając się dłońmi o pień drzewa. – Jacyś
wędrowcy. Jeźdźcy. Około dziesięciu osób. Jadą od strony jeziora – powiedziała
drżącym z nerwów głosem, przyglądając się ojcu dokładnie.
Jej ojciec,
pięćdziesięcioletni mężczyzna przeciętnego wzrostu, a postawnej sylwetki, z
mięśniami wyraźnie zarysowanymi pod lekką koszulą, przeczesał siwiejące włosy i
przymrużył oczy w kolorze orzechów.
– Jak daleko?
– zapytał, starając się zachować spokój ducha.
– Jakieś dwa
kilometry, tak sądzę.
Strażnik lasu
pokiwał głową, po czym delikatnie popchnął córkę z powrotem w stronę wioski.
– Trzeba się
lepiej uzbroić – powiedział, na co dziewczyna energicznie pokiwała głową.
Pierwsze, co
zauważył jej ojciec, to że podróżnicy zachowywali się względnie cicho. To
zbijało z tropu – banitów zazwyczaj wyprzedzał hałas, śpiewy i przekleństwa, a
także gorące zapewnienia, co zrobią z przypadkowymi ludźmi, jakich spotkają na
swojej drodze.
Mearę tylko
bardziej to zdenerwowało, a strach osiągnął już punkt krytyczny, gdy ojciec
oznajmił, że przywita gości osobiście. Jej kazał wspiąć się na drzewo, ukryć
wśród gałęzi i czekać z nałożoną na cięciwę strzałą, by wystrzelić, gdy tylko
coś jej się nie spodoba.
Nic jej się tu
nie podobało, ale posłusznie wykonała polecenie. Jeźdźcy zbliżali się i Meara
poczuła, jak jej ręce zaczynają drżeć. We dwójkę nie mieli szans z dziewiątką
banitów.
Ojciec po
śmierci żony i starszej córki oszalał z pragnienia zemsty; czy miał zamiar
spróbować jej dokonać nawet przy tak miażdżącej przewadze? Prawdę mówiąc Meara,
choć zawsze odznaczała się ponadprzeciętną odwagą, teraz zwyczajnie się bała.
– Raczej nie
znajdziemy tu gospody. Ta wioska jest opuszczona – poinformował towarzyszy
Cador, przebiegając wzrokiem po częściowo podpalonych budynkach.
Znajdowali się
jeszcze w sporej odległości od pierwszych domów, ale już stąd było widać, że
miejscowość spotkała tragedia.
– Przynajmniej
przenocujemy pod dachem. Nie wszystkie budynki się walą – odpowiedziała mu
Anabde, nie mając zamiaru zmieniać kursu.
Przez
ostatnich kilka dni noce były ulewne, a jej zmierzło już sypianie w
przemoczonych ubraniach i znoszenie kapiącego na głowę deszczu. Wioska,
opuszczona czy nie, stanowiła miłą odmianę po nieustannym nocowaniu wśród
drzew.
– Przynajmniej
nie będzie żadnych pijaków – mruknęła pod nosem Aithne, natychmiastowo się z
Anabde zgadzając, bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistych przekonań.
– I tak
wpakujesz się w tarapaty – postanowił uświadomić ulubienicę Sheridan,
przymrużając z niezadowoleniem oczy. – I będziesz głośna.
– Jeśli tak
bardzo chcesz, mogę zacząć krzyczeć już teraz – prychnęła upadła, potrząsnąwszy
z oburzeniem głową.
– Sądzę, że w
nocy się nasłucham – wyciągnął najcięższy i posiadający największą siłę rażenia
argument łowca, unosząc kącik ust w nieprzyjemnym uśmiechu.
Aithne prawie
spadła z Faryale, ale klacz obróciła szyję i podparła amazonkę łbem, pomagając
się jej utrzymać w siodle. Potem zastrzygła uszami, parskając, co przypominało
kpiące prychnięcie. Upadła jeszcze otrząsała się z szoku.
– Sher –
mruknął tylko karcąco Errian.
Może to i lepiej, że mieszkam w miejskich
stajniach, zastanowiła się na głos Faryale i zarżała cicho, co tym razem
brzmiało jak serdeczny chichot. Zaraz jednak dziwnie spoważniała, unosząc łeb i
napinając szyję, gdy wpatrywała się intensywnie w zbliżające się do nich
budynki opuszczonej wioski.
– Przerobię
cię na kabanosy – postanowiła zachrypnięta Aithne, próbując odzyskać chociaż
trochę godności.
– Sheridana? –
zdziwił się Aidan, nie do końca rozumiejąc, do kogo to upadła mówi.
– Kobyłę! –
żachnęła się dziewczyna, wskazując ignorującego ją wierzchowca.
Ariene
pokręciła z uśmiechem głową, przyglądając się kłócącym się towarzyszom, a gdy
od strony wioski zawiał mocniejszy wiatr, musiała pospiesznie łapać wstążkę,
żeby nie odleciała hen daleko. Z niezadowolonym pomrukiem zebrała włosy z
powrotem w kitkę, wiążąc je sprawnie.
Wtedy też
truchtająca u bok taranta Caleba Shila uniosła łeb, nastawiając uszy podobnie
do nadal czujnej Faryale. Przystanęła na ułamek sekundy, oddychając głęboko,
jej nos poruszył się charakterystycznie. Potem wyszczerzyła zęby i dogoniła
swojego przyjaciela, jeżąc sierść na karku.
Myśliwy
przyglądał się zwierzęciu ledwie krótką chwilę.
– Wioska nie
jest opuszczona – zakomunikował, od niechcenia dotykając wiszącego na plecach
Li’corana, jakby sprawdzał, czy da radę w mgnieniu oka chwycić za broń.
– I niby po
czym…? – zaczęła rozeźlona Aithne, krzywiąc się.
On ma rację, przerwała jej Faryale,
tuląc uszy. Zdawało się, że nawet przymrużyła oczy, próbując wypatrzeć coś
wśród zagłębiających się w mroku ulic. Bądźcie
czujni.
– Mamy być
czujni – powtórzyła usłużnie upadła, czując przebiegające po plecach dreszcze,
kiedy unosiła wzrok na drogę.
Podobnie
wyglądały obrzeża tamtego do połowy opuszczonego miasteczka. Wtedy Faryale też
ostrzegała. Nie posłuchała jej. Była noc, teraz też robi się ciemno. Skuliła
się w siodle, starając się odgonić nieprzyjemne wspomnienia.
– Jeden facet
stojący przy drzewie nie zmienia tego, że wioska jest opuszczona – żachnął się
Cador, bo nie godzi się, aby poddawać w wątpliwość jego słowa.
Oczywiście
zawsze mogło się okazać, że tak naprawdę w wiosce mieszka kilkadziesiąt osób,
tylko ukrywają się na widok nadjeżdżających. Była to wystarczająco mało
prawdopodobna możliwość, by Cador w ogóle nie wziął jej pod uwagę.
Gdy podjechali
bliżej, rzeczywiście czekał na nich pojedynczy mężczyzna. Uzbrojony, to prawda,
trzymany przez niego topór wyglądał naprawdę solidnie, ale oni mieli miażdżącą
przewagę. Cador nauczył się nie oceniać książki po okładce, jednak autentyczny,
choć maskowany strach w oczach nieznajomego uświadomił mu, że facet nie ma
żadnego niezwykłego asa w rękawie.
Wyglądał na
zdziwionego nie tylko ich osobami, ale również faktem, że jeszcze nikt go nie
zaatakował.
– Kim
jesteście? – zapytał oschłym tonem.
– Podróżni
trefnisie, nie widać? – odparł wyraźnie zirytowany Sheridan, obdarzając
mężczyznę miażdżącym spojrzeniem. – Ta tu jest naszą główną atrakcją – dodał
dla wiarygodności, wskazując kciukiem znajdującą się bardziej z tyłu Aithne.
– Mogę ci tego
palca zaraz odgryźć – poinformowała go sykliwie upadła.
– Dla
wybrednych także pokaz oswajania łowcy dusz – parsknął Errian, racząc spojrzeć
bardzo krytycznie na przyjaciela, który zrobił się bardziej złośliwy od czasu
tych ulew.
Może się
przeziębił.
– Nie jesteśmy
wrogo nastawieni – podniosła głos Ariene, by było ją słychać. – Nasi towarzysze
są z lekka niepoczytalni, ale nie stwarzamy zagrożenia – zapewniła z uśmiechem,
przymrużając oczy.
– Zwłaszcza
ten dzieciak tu – doniósł uprzejmie Caleb, wskazując palcem na znajdującego się
obok niego Aidana.
– Że kto, że
ja? – spytał zdezorientowany, rozejrzawszy się szybko.
– Mówiłem.
Meara
naciągnęła mocniej cięciwę. Wcale jej się to nie podobało; a co, jeśli
nieznajomi chcieli zdekoncentrować ich tą komediancką farsą, by zaatakować
niespodziewanie? Nie potrafiła jednak wypuścić strzały – nie tylko dlatego, że
zraniłaby jedną osobę, a pozostali w tym czasie zabiliby jej ojca. Przyjrzała
się zgromadzonym pod jej stopami osobom i doszła do wniosku, że mogą być
dobrzy.
Cador uniósł
zaniepokojone spojrzenie na wysoki dąb, marszcząc czoło. Zdawało mu się, że coś
usłyszał, ale to równie dobrze mógł być przesiadający się z gałęzi na gałąź
ptak. Przymrużył jasnozielone oczy, a nie wychwyciwszy innego niepokojącego
dźwięku, wrócił spojrzeniem do nieznajomego. Cały czas jednak pozostawał
czujny.
Strażnik lasu
był bardzo prostym człowiekiem, wykazywał się jednak niesamowitą bystrością,
jeżeli chodziło o poznawanie się na ludziach – tym razem doszedł do wniosku, że
tej grupie można zaufać. Nauczony przez życie przesadnej ostrożności,
przyglądał się nieznajomym jeszcze przez dłuższą chwilę, nim podjął wiążącą
decyzję.
Naprawdę byli
niepoczytalni. Miał szczerą nadzieję, że Meara wytrzyma nerwowo i nie
wystrzeli, bo irytowanie takich ludzi nie może się dobrze skończyć.
– Czego tu
chcecie? Mieszkańcy wioski zostali wymordowani, a budynki ograbione –
powiedział, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja (bez przerwy ktoś coś
wtrącał! Jak to się stało, że w drodze zachowywali się tak cicho?).
– Mów, podła
wiedźmo, jesteś najbardziej wiarygodna – zezwolił wspaniałomyślnie Caleb,
dostrzegłszy spojrzenie Cadora.
Sam też na
ułamek sekundy skupił się na drzewie, przymrużył oczy, można było pomyśleć, że
na ten moment przestał oddychać i nawet jego serce stanęło.
Zamiast jednak
wszcząć alarm, przesunął leniwym spojrzeniem po dachach najbliższych domostw i
westchnął cicho. Zaraz z jego gardła wydobyło się niewyraźne warknięcie, a
warująca obok konia Shila zamiotła ogonem drogę, podniosła się i ruszyła
truchtem w stronę lasu.
– Dziękuję,
łaskawy – burknęła Ariene i objechała Jutrzenką kilka koni, dla Lantano
zostawiając najwięcej miejsca, żeby siwek znowu nie zaczął wariować.
Niniejszym
znalazła się bardziej z przodu, stając się lepiej widoczną. I lepiej wystawioną
na atak, ale akurat o to martwiła się najmniej. Najpewniej nim by mrugnęła, co
najmniej trzy osoby uratowałyby jej przysłowiową dupę.
– Niczego nie
chcemy. Przejeżdżamy – stwierdziła po prostu z niejaką rezygnacją, kiedy
dotarło do niej, jak niewiele ma do powiedzenia. – Przykro mi z powodu waszego
nieszczęścia, ale o ile nie dysponuje pan małą armią doskonale wyszkolonych
łuczników, to raczej nie istnieje szansa, by mógł pan pobierać choćby opłaty za
przejazd tędy. Z całym szacunkiem dla pańskiego topora – zapewniła na koniec,
kiwając głową.
– Jak będzie
się rzucał, możemy przejechać po nim, naprawdę mamy tyle czasu? – zirytował się
Sheridan, wbijając w plecy wiedźmy nieprzyjemne spojrzenie.
– Morda,
Kedalt – poinformowała go w zamian Ariene, nadal uśmiechając się ładnie do
wyraźnie spiętego mężczyzny.
Meara
wychyliła się nieco, nagle zainteresowana. Skupiła spojrzenie błyszczących
jasno oczu na jednym z nieznajomych, zaraz obracając głowę tak, by odprowadzić
spojrzeniem wilka. Jego wilka. Jak on...?
Byłoby nią
zachwiało, gdy tak popadła w zamyślenie. Zreflektowała się jednak wystarczająco
szybko, by nie wywołać najmniejszego szmeru. Szlag, wyglądało na to, że dwóch
mężczyzn w drużynie nie dało się oszukać, zauważyli jej obecność.
Okazało się,
że facet nie był taki głupi. Na słowa wiedźmy pokiwał tylko głową, chwilę
jeszcze się nad czymś głowił, ale wreszcie opuścił topór i obrócił się nieco
bokiem, tak, by nie zastawiać już wjazdu do wioski.
– To nie jest
bezpieczna okolica. Spodziewam się, że banici, którzy uczynili te zniszczenia,
będą tędy wracać – poinformował nieznajomych.
– I dlatego na
nich czekasz, żeby ucięli ci łeb? – zainteresowała się uprzejmie Anabde,
unosząc brew.
Skoro zbirów
było na tyle dużo, że wymordowali całą wioskę, jeden facet z toporem nie miał z
nimi szans.
Mężczyzna nie
odpowiedział, zerknął za to ku górze, na koronę drzewa. Cador, widząc to,
poszedł w jego ślady. Zainteresowało go, kto ukrywał się na tyle dobrze, że
obrońca nie był pewien jego obecności.
– Meara –
mruknął w tym momencie strażnik lasu.
Nastąpiła
długa chwila ciszy, ale wreszcie coś zaszeleściło, coś zachrobotało, minął
moment i na ziemię spadł pojedynczy liść. Zaraz za nim zgrabne lądowanie
wykonała bardzo drobna dziewczyna o potarganych, kasztanowatych włosach i z
łukiem zawieszonym na plecach. Wyprostowała się ostrożnie, zerknęła krótko na
ojca, a potem zmierzyła całą grupę bystrym spojrzeniem.
– Och –
mruknęła dość zdziwiona Leanelle.
– No patrzcie,
Caleb w żeńskiej wersji – wyrwało się Ariene, nim się opamiętała, ale niespecjalnie
chciała się tłumaczyć.
– Nie skaczę
po drzewach. Wyrosłem z tego – dodał myśliwy, nim Cador raczył mu wytknąć jedną
z największych jego życiowych porażek, kiedy został przez przyjaciela strącony
z konaru i wylądował głową w beczce z kiszonymi ogórkami.
– Ooo? –
zainteresowała się zdawkowo wiedźma, uśmiechając się znacząco.
– Będzie
mordobicie? – ucieszyła się zupełnie nieodpowiednio Aithne, aż unosząc się w
siodle, jakby spodziewała się, że banici wyjdą zza budynków i uprzejmie
rozpoczną walkę.
– To rzeczywiście
niebezpieczne – nawiązał do wypowiedzi Anabde Errian, przyjrzawszy się
mężczyźnie uważnie. – Powinieneś zabrać… em, zakładam, że córkę, i jak
najszybciej opuścić to miejsce – stwierdził spokojnie.
Wydaje mi się, że najbliższe godziny są
bezpieczne, poinformowała zdawkowo Faryale, przyjrzawszy się Mearze zbyt
intensywnie jak na przeciętnego wierzchowca.
– Przez kilka
godzin powinno być spokojnie – oznajmiła z lekkim zawodem Aithne, krzywiąc się.
– Czyli jedziemy dalej? Czy zostajemy tu na noc? – zwróciła się do Anabde,
przenosząc na nią wzrok.
– O nie,
kolejny człowiek, który nie jest człowiekiem – zjeżył się Aidan, wyraźnie
ucieszywszy się na widok chodzącej po drzewach dziewczyny.
Cador
niespodziewanie zaśmiał się bardzo pogodnie, przenosząc na przyjaciela dość
wymowne spojrzenie.
– Ciekawe, kto
ci pomógł w tym wyrastaniu – zainteresował się, szczerząc do Caleba ząbki.
Dziewczyna za
to przypatrywała się nieznajomym w rosnącym zdziwieniu, któremu konsekwentnie
towarzyszyło poczucie zagrożenia. A kiedy zwierzę czuje, że znajduje się w
niebezpieczeństwie, pokazuje pazurki.
Nieznajoma
pochyliła nieco ramiona, przymrużyła oczy i zawarczała cicho, niemalże jakby
broniła własnej nory. W kieszeni miała rurkę i przygotowane zatrute strzały –
tymi zdąży ponadziewać kilku osobników, nim ją zabiją.
Została jednak
obdarzona przez ojca uspokajającym spojrzeniem, więc nie zrobiła nic więcej,
starając się uspokoić. Strażnik lasu za to wyprostował się i spojrzał na
młodego mężczyznę, który wydał mu się najbardziej wiarygodny. Urocza brunetka
musiała mu wybaczyć, ale kiedy ktoś jest nazywany podłą wiedźmą, trudno mu
zaufać.
– I gdzie się
udać? – zapytał, ale chyba nie oczekiwał odpowiedzi. – Tutaj spędziłem całe
życie. Jak widać, potrafimy ukryć się przed banitami; będziemy potrafili także
ich zaskoczyć. Zabrali nam coś bardzo ważnego. Potrzebuję zemsty – wyjaśnił
pokrótce mężczyzna, a narastający gniewem głos świadczył, że mówi bardzo
poważnie.
Anabde
najwyraźniej zupełnie nie przejęła się jego zapewnieniami; zatoczyła
spojrzeniem po okolicy, aż wreszcie westchnęła lekko.
– Zostajemy na
noc – zadecydowała.
– Jeżeli temu
miejscu zagrażają banici... Najlepiej będzie podzielić się na małe grupki i
postawić straż z czterech stron wioski – uznał Cador, nim nekromantka pogoniła
Lantano do ruszenia z miejsca.
– Mogę wziąć
przód. I dzieciaki – stwierdził Caleb, odchylając lekko prawe ramię, by ledwie
zerknąć na las. – W razie jakiegokolwiek poruszenia z tej strony zdążę powalić
co najmniej pięciu, nim się zbliżą. W tym czasie Aidan może się nie zabije,
podnosząc alarm – mruknął, delikatnie cofając swojego taranta.
– Alarm
podnosić jeszcze umiem – zirytował się chłopak, potrząsnąwszy gniewnie głową, i
zgromił myśliwego spojrzeniem, chociaż nie zrobiło to piorunującego wrażenia.
To dobry pomysł. Szkoda mi tego człowieka,
mruknęła Faryale, wyciągając łeb w stronę mężczyzny i delikatnie dotykając
pyskiem jego łokcia; nastawiła przy tym uszy, patrząc nieznajomemu prosto w
oczy. Nie zasłużyli sobie na to.
– A dla mnie
jesteś bezlitosna, konino – zirytowała się Aithne, jednak przeniosła nieco
zgaszony wzrok na Cadora i Anabde. – Czyli się rozdzielamy? Super –
podsumowała, niespokojnie zerkając na ciemniejące niebo.
– Ariene,
możesz postawić barierę energetyczną? – spytał nagle Errian, spoglądając na
podłą wiedźmę, której odebrana została autentyczność wypowiedzi.
– Ech –
westchnęła w odpowiedzi, puszczając wodze i wyginając palce. – Mogłabym
spróbować, ale chyba nie obejmie całej wioski. A jeśli się uda, to w kilku
miejscach może być słabsza. Chyba że zrobię z tego pułapkę cieplną – wymyśliła
zaraz, sadowiąc się wygodniej w siodle.
– Zapalnik
zostanie przerwany, kiedy istota o odpowiedniej masie przekroczy linię? –
upewnił się Errian, zamyślając się na krótko.
Aithne,
spoglądając na ojca i jego córkę, doszła do wniosku, że musieli się poczuć
bardzo dziwnie, kiedy tak nagle nieznajomi zaczęli planować obstawienie obronne
dla opuszczonej wioski, w której znaleźli się pierwszy raz w życiu.
– Dokładnie.
Mogę przeciągnąć połączenie do ciebie – zaproponowała, przymrużając błyszczące
entuzjastycznie oczy.
– A ja do
Shera – pociągnął myśl młody mag, spoglądając na niejako naburmuszonego łowcę,
który zamilkł, przyglądając się okolicy w zamyśleniu. – Podzielmy się tak, żeby
jedno z nas było w każdej grupce – postanowił.
– Jeśli mogę
wtrącić, przez co rozumiecie odpowiednią masę? – zainteresował się Caleb,
przysłuchując się tej magicznej paplaninie ze zdrowym sceptycyzmem.
– Koń,
człowiek… – zaczęła wyliczać Ariene. – Większe istoty, kot się przemknie
niezauważony – stwierdziła powoli.
– Czyli muszę
zawołać Shilę – westchnął zirytowany myśliwy. – Pewnie za dwie godziny tu
przyjdzie, przekonana, że jestem głodny, i podniesie alarm – wyjaśnił na
pytające spojrzenie Ariene.
– Nie
wyglądasz na zagłodzonego – skomentowała życzliwie podła wiedźma.
– Dobra, a
mogę prosić o streszczenie faktów w ludzkim języku? – zirytowała się Aithne,
krzywiąc się wymownie.
Rozdzielacie się i koczujecie w domach,
czekając na uruchomienie pułapki, zrelacjonowała usłużnie Faryale.
– Dziękuję –
odparła bez skrępowania upadła, co akurat nikogo w grupie nie zdumiało.
– Czyli ja i
Meara pójdziemy do tej grupy, która zostanie bez maga, by jakoś podnieść jej
bezpieczeństwo. Jak rozumiem oznacza to, że zostajemy na przedzie? – mruknął w
tym momencie mężczyzna z toporem. – Z tobą? – dodał, zerkając na Caleba.
Anabde uniosła
brew, dość zaskoczona jego logicznym rozumowaniem; wyglądał raczej na
przeciętnego wieśniaka, a przecież taki nie połapałby się w ich rozmowie.
Najwidoczniej nieznajomy był bardziej szczególny niż się zapowiadało.
– Tak –
odpowiedziała mężczyźnie krótko, nim Caleb zdążył się odezwać.
Potem
rozejrzała się po towarzyszach.
– Mam
wrażenie, że grupy są dość logiczne.
– Czyli co,
rozdzielamy się od razu? Kto idzie w którą stronę? – zapytał Cador.
– Zapada
zmierzch, lepiej być na posterunkach przed ciemnością – stwierdził powoli
Errian, spoglądając na coraz bardziej markotną Aithne. – Ja i Ai możemy wziąć
wylot wioski, w razie jakby zaszli od tyłu, urządzi się im porządne mordobicie.
Ty i Ariene weźcie boczną stronę, bliżej lasu, na wypadek gdyby bawili się w
taktyki. Jako że Ari ma bezpośrednie połączenie z pułapką, najwcześniej dotrze
do niej alarm – dodał, uśmiechając się do wiedźmy. – Dla was zostaje ta strona –
zwrócił się do Sheridana i Anabde, ruchem głowy wskazując ostatnią nieobsadzoną
część wioski.
– Bez ciebie
bym na to nie wpadł – skwitował łowca, cmoknął na Gniadą i ruszył przodem,
jednak po kilku metrach zwolnił klacz, by poczekać na nekromantkę.
Errian pokręcił
tylko z dezaprobatą głową.
–
Bezpieczeństwo naszej grupy jest podniesione wysoko, on nie jest człowiekiem –
poinformował cicho Aidan, łypiąc na Caleba podejrzliwie.
– Ale ty
znacząco je obniżasz, młody – pocieszył chłopaka myśliwy, już skupiając spojrzenie
na okolicy.
Ostatecznie
westchnął, poklepał zniecierpliwionego taranta i gwizdnął cicho,
charakterystycznie nisko. Dopiero potem wyrzucił nogi ze strzemion i zeskoczył
na ziemię, najwyraźniej już postanowiwszy, gdzie też obierze stanowisko obserwacyjne.
Znalezienie
dwóch wiader zajęło mu dość długo, uruchomienie zardzewiałej studni jeszcze
dłużej, a już najdłużej zajęło mu wyzywanie na czym świat stoi, kiedy jedno z
wiader uderzyło o ściankę studni, co skutkowało poluzowaniem się sznura i
upadkiem wiadra na samo dno. Cador zawrócił na pięcie, kolejny kwadrans szukał
zastępczego wiadra; kiedy maszerował z dwoma wiadrami wypełnionymi po brzegi
wodą, był już porządnie wkurzony.
Nawet widok
ukochanej nadal zajmującej się końmi niespecjalnie mu pomógł. Postawił wodę
przed wierzchowcami i warknął z niezadowoleniem; odgłos stał się jeszcze
głośniejszy, gdy Keelain przypadkowo wylał trochę z wiadra na buty Cadora.
– Nie
dostaniesz kolacji – poinformował go obrońca, co koń skwitował mało
zainteresowanym parsknięciem. – I śniadania też nie – dodał więc pan Reamonn,
ale i ta groźba niespecjalnie poskutkowała.
Pozostało mu
tylko westchnąć ciężko i przypomnieć sobie, gdzie jest owies, bo jednak o
środek transportu trzeba dbać. Nawet jak taki bezczelny, nieuważny i jeszcze mu
trzeba wodę nosić.
Ariene
przyglądała się poczynaniom Cadora z uprzejmym zainteresowaniem, zastanawiając
się, czy jej też odmówi posiłku, jeśli ruszy się o kilka centymetrów za daleko.
Westchnęła ciężko, pokręciła głową i skończyła rozsiodływanie Jutrzenki,
spokojna o to, że klaczka nie spieprzy w siną dal. Klaczka była wbrew pozorom
mądra.
– Jeszcze
chwila, a twoje pozytywne nastawienie do świata uruchomi pułapkę swymi gorącymi
fluidami – stwierdziła lekko, jednak zreflektowawszy się odnośnie spieprzającej
koniny; zmontowała prowizoryczny kantar, ubrała w niego Jutrzenkę i podpięła w
pobliżu wiadra z wodą. – Nie wylej, bo cię ktoś przerobi na kiełbasę –
poradziła jej mało dyskretnie.
Potem
natomiast podsunęła wcześniej przygotowany worek z owsem i wspaniałomyślnie
wyręczyła umęczonego obrońcę od tego ciężkiego zadania, podsuwając drugi pod
nos Keelaina.
Otrzepała
ręce, wyprostowała się zadowolona i raz jeszcze przesunęła dłonią w powietrzu,
upewniając się, że zapalnik jest aktywny. Potem wymacała w powietrzu nić
łączącą ją z Errianem; wszystko działało.
– Wybacz –
mruknął niezrażony, nadal obdarowując świat niezwykle pogodnym spojrzeniem.
Zazgrzytał
zębami, przyjrzał się uważnie przywiązanemu już do prowizorycznego koniowiązu
izabelowi, zastanowił się, czy wszystko z koniem zrobił i wreszcie westchnął
ciężko.
– Dzięki –
powiedział, bo wypadało.
Udawał jednak,
że wcale nie jest zadowolony z dobroduszności wiedźmy, bo niewdzięczna konina
miała głodować. Swoją drogą niewdzięczna konina była rozsiodłana, mniej więcej
wyczyszczona, napojona i nakarmiona – z głowy. Nawet miał rumak dość wygodnie,
bo i dach nad głową, i uwiąz długi, nie było na co narzekać.
Teraz pora
zainteresować się własnym noclegiem, a najpierw może odpowiednim punktem widokowym.
Cador przewiesił przez ramię torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami, po czym
zerknął na ukochaną. Głęboki oddech i policzenie do dziesięciu pomogły mu
opanować nerwy, był więc zirytowany trochę mniej.
– Gotowa? –
zapytał niemalże raźno, mrużąc jasnozielone oczy.
– Wszystko na
miejscu – zakomunikowała nieco nieobecnym głosem, od niechcenia poprawiając
jeszcze kilka splotów zaklęcia. – Domów do wyboru, do koloru, idź przodem. Może
mnie wtedy nie zagryziesz – mruknęła, spojrzała na niego przeciągle, a potem
skupiła się znów na otoczeniu, oceniając stan budynków.
Podejrzewała,
że banici nie wykażą się błyskotliwością i nie zajdą ich od strony lasu, a
raczej wejdą frontem. Wtedy to Caleb naprawdę zdąży kropnąć większą ich ilość,
nim wszyscy się wygrzebią ze stanowisk i ruszą na ratunek. Właściwie mogliby
postawić jednego myśliwego na trakcie i mieć, generalnie, w dupie.
Potem jednak
przypomniała sobie, że Caleb ma pod opieką Aidana, dlatego pokiwała skwapliwie
głową. W końcu mówią, że przezorny zawsze ubezpieczony.
Cador nie
spuścił z niej spojrzenia, które teraz nabrało intensywności. Wreszcie
uśmiechnął się lekko, tak bardzo po swojemu, poprawiając torbę na ramieniu.
– Podła
wiedźma boi się byle obrońcy? – zakpił, najwidoczniej dość szybko odzyskując
humor.
Ach, gdyby tak
łatwo było z poranną Ariene...
– Zaryzykuj,
może nie ugryzę – dodał.
Nawet w
nastających ciemnościach nie dało się nie zauważyć błysku w jego oczach.
I póki co
nigdzie się nie ruszał; nie wychowała go, w ogóle jej nie słuchał.
Ariene westchnęła
ciężko, wywróciła oczami, zarzuciła na ramię własną torbę i ruszyła przed
siebie energicznym krokiem, nie zaszczyciwszy byle obrońcy spojrzeniem. Raz się
tylko obejrzała – ale zainteresowana była końmi, nie czającym się do gryzienia
Cadorem.
– Beznadziejny
jak każdy facet – raczyła tylko podsumować, skręcając do pierwszego w miarę
trzymającego się w posadach budynku.
Przystanęła na
progu, przyłożyła dłoń do desek i wysłała impuls poszukiwawczy, by upewnić się,
że na pewno domek jest zdatny do zamieszkania. Musiała się trochę wysilić, żeby
przepchnąć zaklęcie między szparami w drzwiach, ale wreszcie się prześlizgnęło.
Najpierw
prychnął oburzony, cofając ramię i przytrzymując pasek torby. No widziałby kto,
zignorowała go! I to jak perfidnie. W następnej chwili jednak, zamiast unieść
się honorem, tylko przymrużył powieki i ruszył śladem wiedźmy. Dość szybko
znalazł się w odpowiedniej odległości, by zadać pytanie, na które aż uśmiechnął
się triumfalnie.
– To dlaczego
mnie kochasz? – rzucił bardzo zaciekawiony, zatrzymując się metr, może dwa za
wiedźmą i przechylając głowę.
Grzecznie
poczekał, aż posprawdza budynek i poinformuje go o rezultatach swoich badań;
zwycięski uśmiech udało mu się zastąpić lekkim i tylko trochę wymownym.
– Ostatnio nie
ma w czym wybierać, trzeba brać co dają – odparła niedbale, pokiwała zadowolona
głową, najwyraźniej uznawszy, że wyniki oględzin są pozytywne, i nacisnęła
klamkę.
Zmarszczyła
czoło, kiedy drzwi ani drgnęły; ostrożnie naparła mocniej, żeby przypadkiem nie
odskoczyły, a ona nie wylądowała na podłodze, ale cudów nie było. Westchnęła,
odsunęła się, robiąc mu miejsce, i uśmiechnęła się niepewnie.
– I dlatego,
że otworzysz mi te drzwi – mruknęła jakby nieśmiało, doskonale wiedząc, że na
tę łaskę swoimi komentarzami nie bardzo zasłużyła.
Oczywiście, że
nie zasłużyła, a Cador nie da się złapać na ładne oczy.
Uniósł brew i
pokiwał głową, robiąc dziwną minę, taką trochę na zasadzie „mhm, jasne,
otworzę”.
– Trzeba było
poszukać takiego, który by spełniał twoje polecenia – uświadomił jej spokojnie i dość poważnie,
nawet uśmiech powstrzymał.
Przyjrzał się
budynkowi i z zadowoleniem uznał, że okiennice są zamknięte i nigdzie nie ma
dziury, wobec tego wiedźma nie dostanie się do środka na własną rękę. No chyba
że użyje magii, ale to tam. Trzeba podjąć takie ryzyko, jeśli chce się droczyć,
a on się droczyć lubił. Zwłaszcza z nią, jakoś tak.
Podszedł do
drzwi i położył dłoń na klamce, naciskając ją i ciągnąc do siebie, by wyczuć,
jak bardzo zablokowało się przejście.
– To co, ja sobie otworzę, a ciebie zostawię przed
progiem, może być? – zainteresował się, przechylając głowę w jej stronę.
Ariene chwilę
przyglądała się mu zmrużonymi oczami, jakby szacowała. Ręce skrzyżowała na
piersiach, zmierzyła go spojrzeniem, potem przeniosła wzrok na okolicę,
ostatecznie nawet pokiwała lekko głową – zadowolona ze swoich oględzin bądź też
nie, ciężko orzec. Potem znów się mu przyjrzała, tym razem jednak z pogodnym
uśmiechem.
– Pewnie. Jak
chcesz siedzieć w tej chacie sam jeden, to już ja sobie znajdę uroczy kącik,
żeby się zdrzemnąć – stwierdziła lekko i niefrasobliwie, odsuwając się o krok w
tył. – No, o ile w ogóle otworzysz – dodała niby to niedbale, ale z wyraźnym
powątpiewaniem.
Nie wiedziała,
na jakiej podstawie wątpiła, bo marne szanse, by ich nie otworzył, ale
zaproponowanie noclegu na progu też nie było dostatecznie czystym zagraniem.
Dlatego teraz przyglądała się mu z uprzejmym zainteresowaniem, cierpliwie
czekając.
Wzruszył
ramionami, nie odpowiadając na głupią zaczepkę; postanowił zwyczajnie udowodnić
Ariene, że jej nie wyszło.
Znowu nacisnął
na klamkę i pociągnął drzwi do siebie, tym razem używając nieco więcej siły.
Dawkował ją w odpowiedni sposób, by nie szarpać się jak opętany; wystarczyło
mocniejsze napięcie mięśni i drzwi ustąpiły. Wbrew oczekiwaniom Cadora zza nich
nie wyłoniła się chmura kurzu; wyglądało na to, że dom był opuszczony od
niedawna.
– Jakoś dałem
radę – skomentował, otwierając drzwi szerzej i zaglądając do środka, by
przyjrzeć się wnętrzu.
Meble były w
większości powywracane i połamane, ale nie znalazł trupów na podłodze ani
zaschniętej krwi na ścianach; generalnie ujdzie w tłoku.
Nadal trzymał
dłoń na klamce, zastawiając wejście; w ten sposób Ariene nie mogła go wyminąć i
przekroczyć próg.
– To jak? –
zapytał, obracając się ku niej i unosząc brew.
Jego uśmiech
wiele mówił.
Jej mówił
zdecydowanie mniej i właściwie nie zmienił się od dłuższej chwili. Westchnęła,
zadarła głowę, spoglądając przez moment w niebo, po czym przeniosła ciężar
ciała na piętę i obróciła się, by lepiej przyjrzeć się drodze.
– To dobranoc
– stwierdziła, nie zamierzając dać się w jakikolwiek sposób złamać czy pokonać,
a już na pewno uwłaczałoby jej proszenie go, żeby ją wpuścił do środka.
Natomiast
pobliska chatynka wyglądała równie przyjemnie. Jeśli drzwi ją wpuszczą. Nie
odejdzie daleko, a gdy wyczuje drgnięcia w sieci, da radę wejść do niego nawet
oknem, przy jednym była ładna wyrwa, wsunąć w nią palce rozbujać się i kopnąć…
idealnie. Aż uśmiechnęła się z zadowoleniem, kontemplując zniszczone budynki.
Istny raj do wspinaczki.
Westchnął
męczeńsko, myśląc o tym, co on z tą kobietą ma, i oparł się ramieniem o
framugę. Szczerze mówiąc, chętnie przypatrzyłby się jej walce z drzwiami;
niestety, po krótkich oględzinach budynku, na który spoglądała, doszedł do
wniosku, że wiedźma łatwo dostanie się do środka przez wybite okno.
Bez sensu.
No dobra, jak
przekonać podłą wiedźmę, żeby weszła do środka, a jednocześnie nie przegrać z
kretesem. Hm. Miał niby jeden patent, ale zastanawiał się, czy wiedźma nie zaczęła
się do tego przyzwyczajać. Po chwili zamyślenia doszedł do wniosku, że warto
spróbować; na ten pomysł aż uśmiechnął się zadowolony.
Postawił dwa
kroki, by znaleźć się bezpośrednio przed nią, i pochylił się nieco,
przechylając głowę. Jeszcze chwilę się uśmiechał, potem odgarnął jej włosy z
twarzy, drugą ręką obejmując ją w talii i przytrzymując przy sobie – tak na
wypadek, jakby chciała uprzedzić fakty i zwiać właśnie w tej chwili.
Bardzo nie
chciał, żeby zwiewała. Zgodnie ze swoim zamiarem zatopił się w jej ustach w
pocałunku, którego głównym celem było przekonanie jej, aby została.
– Mhm,
dobranoc – mruknął troszeczkę rozbawiony, gdy tylko się od niej odsunął.
Bardzo
nieznacznie się odsunął.
Spróbowała nie
wyglądać jak zawsze po tego typu zagraniach Cadora. Udało się jej szybko
przywołać spojrzenie do porządku, odetchnąć sobie tak, by wypadło to z pewnym
zrezygnowaniem, i zbytnio się nie rozkojarzyć.
Nie rozumiała,
dlaczego tak na nią działał, a choć brak zrozumienia teoretycznie nie czynił
jej życia trudniejszym, to jednak w takich momentach była nawet skłonna się
zirytować. Głupota. Nawet nigdy nie postawi na swoim, bo w przeciągu kilku
sekund zostanie pokonana z kretesem. Cudownie.
Zebrała w
sobie wszystkie siły, żeby nieznacznie zwiększyć tę dzielącą ich odległość.
Żeby nie wyglądało to na ucieczkę ani rozpaczliwe szukanie własnej woli, którą
raczył jej właśnie odebrać. Ot, po prostu, trochę się odsunęła, on przecież też
się przed chwilą odsunął. Zapanowała nad prawie wszystkim, co wyrywało się spod
kontroli, prócz serca. Trochę za szybko biło, ale nad tym jeszcze popracuje w
przyszłości. Prawdopodobnie.
– Przecież nie
zasłużyłam. Idę na próg – przypomniała niedbale, nawet uśmiechając się w ten
sam sposób, co przed chwilą.
Z początku
wyszło koślawo, bo usta wolały się uśmiechnąć inaczej, ale samokontrola to
podstawa sukcesu.
A jego jak
zwykle rozbawiły jej usilne próby zachowania twarzy, chociaż musiał przyznać,
że wychodziły jej coraz lepiej. Pewnego dnia nawet uda jej się wygrać! Tylko że
dzisiaj nie miałaby z tego żadnych korzyści, więc lepiej by było, gdyby dała
się przekonać.
– Zmieniłem
zdanie – odpowiedział spokojnie, marszcząc z niezadowoleniem czoło, kiedy nie
zdążył jej przy sobie przytrzymać i jego dłoń zsunęła się z jej talii.
Westchnął
sobie nawet, po czym znów zmniejszył dzielącą ich odległość do minimum.
Ponownie ją objął, tym razem jednak bardziej stanowczo, by uniemożliwić
następną próbę odsunięcia się.
– Nie chcę bez
ciebie – dodał, cały czas patrząc w szafirowe oczy.
Nie skonkretyzował,
czego bez niej nie chce, bo... bo wszystko z nią wydawało mu się lepsze. Nim
znów ją pocałował, dał jej szansę odpowiedzieć; przez tę chwilę przeczesywał
gęste, czarne włosy, uśmiechając się lekko. Tylko jakoś inaczej.
Przez chwilę
chciała rzucić złośliwy komentarz, odnieść się do jego nagłych zmian nastroju i
ogólnych wahań we wszystkie strony, ale się nie udało. Głos uwiązł w gardle,
toteż nie zamierzała walczyć z samą sobą, bo wyglądałoby to dziwnie i dałoby mu
kolejne powody do triumfu.
A przecież
ostatecznie nie mogła narzekać, że zmienił decyzję, prawda? Zawsze to raźniej
siedzieć w opuszczonej wiosce we dwójkę.
– Niech ci
będzie – mruknęła cicho, bojąc się, że głos by ją w tym momencie bezczelnie
zdradził, gdyby wymagała od niego za dużo.
Przesunęła
spojrzeniem po jego twarzy, jakby czegoś szukała, może odpowiedzi na pytania,
które się jej mimowolnie nasunęły. Ostatecznie zapatrzyła się w jego oczy w
trudnym do zdefiniowania oczekiwaniu.
Nie miała
pojęcia, skąd brała się u niej ta niepewność – fakt, że była całkowicie obca,
wcale nie pomagał w swobodnym odnalezieniu się w sytuacji. Jakby nie potrafiła
sobie poradzić z samą sobą, kiedy tylko znajdował się zbyt blisko.
Odpowiedź miał
jedną. Przesunął palcami po policzku Ariene, uniósł jej brodę i znowu ją
pocałował, tym razem jakby delikatniej. Może w formie podziękowania, że jednak
zdecydowała się zostać, a może tak po prostu.
– To chodźmy –
rzucił, jeszcze raz zajrzał jej w oczy, po chwili uśmiechnął się pogodnie.
Odsunął się,
za to pociągnął ją w stronę drzwi, grzecznie przepuszczając kobietę przodem.
Kiedy weszli
do środka, okazało się, że burdel tu był niezły. Cador po cichu liczył na to,
że tylko parter wygląda jak po przejściu tornada; może banici oszczędzili sobie
przemeblowywania całego budynku i zrezygnowali z piętra. Podszedł do schodów i
przyjrzał im się krytycznie, uznając wreszcie, że wyglądają względnie
bezpiecznie.
– Może na
górze wypada to lepiej – rzucił, obracając się przez ramię do Ariene, nim
ruszył na wspinaczkę.
Schody nawet
go nie zabiły, bardzo miło z ich strony. Piętro okazało się być jednym, po
prostu trochę większym pokojem – a tak konkretniej sypialnią. Obrońca zatrzymał
się na szczycie schodów i uniósł z powątpiewaniem brew.
Wyszło jednak
na to, że miejsce tylko robiło wrażenie zdezelowanego nie mniej od parteru; tak
naprawdę ktoś przerzucił pościel, strącił z szafki jedną lampkę i powyjmował
półki, resztę zostawił w świętym spokoju. Łóżko trzymało się nawet na czterech
nogach, co było pewnym plusem.
Ariene w końcu
zajrzała mu przez ramię, bo inspekcja trwała zbyt długo jak na fakt, że w
budynku nie było niczego, co by ich zagryzło. Sama w końcu sprawdziła! Oceniła
wzrokiem poziom zniszczeń, skinęła do samej siebie głową i dźgnęła Cadora
palcem w plecy – z wyczuciem, bo pewnie znowu miał je kontuzjowane z powodu
bliżej jej nieznanego – żeby przeszedł trochę do przodu.
– Wygląda
lepiej niż niektóre pokoje w gildii – skwitowała optymistycznie, mijając
obrońcę i zamierzając ogarnąć pomieszczenie na tyle, żeby w razie każdego
wypadku zdołali wydostać się na zewnątrz i się nie zabić.
Dodatkowo
przyjrzała się okiennicom, sprawdziła drewno, zawiasy, ostatecznie przymrużyła
oczy i przymierzyła się z kopnięciem. Da radę, wyjdą, i to nawet całkiem
szybko. Odetchnęła zadowolona i skręciła z powrotem do bałaganu, by zgarnąć
resztki lampki i powyjmowane półki. Nikt nie chciał się o nie potknąć.
Cador uniósł
sceptycznie brew, nadal wodząc spojrzeniem po bałaganie.
– Nie chcę
wiedzieć, jak wyglądał twój pokój w gildii – zadecydował wreszcie, uśmiechnął
się lekko chyba sam do siebie i ruszył w stronę szafki.
Stała krzywo,
a jej blat ucierpiał pod naporem czyjegoś miecza lub topora; obrońca
nierozsądnie przejechał po nim palcami, czego skutkiem była wbita drzazga.
Skrzywił się, nie wydając z siebie najcichszego dźwięku, i podstawił palec na
wysokość oczu, by wyciągnąć kawałek drewna.
Gdy misja
zakończyła się powodzeniem, ustawił szafkę prosto, a później kucnął przy niej,
by powkładać półki. Niektóre nie chciały wrócić na swoje miejsce, ale
najwyraźniej pan obrońca był wystarczająco przekonywujący – już po chwili
szafka stała w miarę poskładana pod ścianą. Mężczyzna wstał, otrzepał ręce i
obrócił się w stronę Ariene, zastanawiając się, czy potrzebuje wsparcia.
– Pomóc ci w
czymś? – zapytał.
Gdy jego
spojrzenie padło na jej osobę, stało się w dziwny sposób bardziej czułe.
Strzepnęła
kilka paprochów z pościeli, którą właśnie z powrotem zarzuciła na łóżko, i
stwierdziła, że wykonała dobrą robotę. Nie była aż tak brudna, tylko jedna
kołdra została zdyskwalifikowana z użytku, ale za to wiedźma posiadała koc –
ten właśnie został rozłożony, a kobieta uznała, że zdecydowanie da się na tym
zdrzemnąć. Dlatego obróciła się do Cadora uśmiechnięta, kręcąc głową.
– Nie wiem
jak, ale poradziłam sobie sama – rzuciła z lekkim przekąsem, przymrużając oczy.
– I wygląda na to, że nawet nic się nie zbliża do bariery – dodała trochę
bardziej nieobecnym głosem, przesuwając palcami w powietrzu. – No, żadnych
problemów na razie nie przewiduję – podsumowała już normalnie i odetchnęła,
opuszczając rękę.
Cador skinął
głową, jeszcze raz czujnie rozglądając się po pomieszczeniu; trochę bolało, że
okiennice były zamknięte – zawsze to lepiej, kiedy można sobie wyjrzeć przez
szybę – ale bezpieczeństwo było ważniejsze, musiał przecierpieć.
– Czyli mamy
wolne – powiedział i aż uśmiechnął się na tę myśl.
W sumie bardzo
mu to pasowało; w podróży spędzenie trochę czasu z samą Ariene było niemożliwe,
bo zawsze mieli towarzystwo. Towarzystwo, które bardzo lubił, ale na dłuższą
metę robiło się męczące.
Zadowolony z
takiego obrotu spraw rzucił torbę na wcześniej ustawioną przez siebie szafkę,
odpiął pochwę z mieczem, odłożył ją niemalże z czcią i zabrał się za bardziej
wymagające rozbrajanie.
Rzecz jasna
nie miał zamiaru pozbyć się wszystkiego – nauczył się już, że jakąkolwiek broń
warto mieć nieustannie przy sobie. Ale nie musiał wyglądać jak przenośny sklep,
prawda.
Z tego właśnie
powodu Ariene ceniła swoje skromne umiejętności. Nie posiadała przy sobie wiele
broni, co przy jej profesji zwykle było dość lekkomyślne – już wiele sztyletów
straciła pod ciosem potężnego dwuręcznego miecza, ale ostatecznie zawsze mogła
polegać na magii.
Dlatego też
teraz ograniczyła się do poluzowania paska w spodniach, na którym znajdowały
się drobne pokrowce na noże do rzucania i do którego doczepione były specjalne
osłony na wysokości uda, gdzie trzymała sztylety. Nie zamierzała się na razie
kłaść, dlatego uznała, że nie będzie odpinać. Zresztą dało się spać i w tym, co
prawda wszystko uwierało jak diabli, ale za to oszczędzała sobie nerwowego
szukania broni.
Ostatecznie
rozpuściła włosy i zabrała się do ponownego ich wiązania, podchodząc do
zamkniętego okna. Przymrużyła oczy, skupiając wzrok na okiennicy, jej tęczówki
nabrały ostrzejszego, bardziej wyrazistego koloru.
Wreszcie zamek
zgrzytnął cicho i nieznacznie się uchylił, w szparze ukazując fragment drogi.
Wiedźma uśmiechnęła się zadowolona.
– Idealnie –
mruknęła, oparła się ramieniem o ścianę i zlustrowała spojrzeniem widoczną
aktualnie okolicę.
Obrócił się
przez ramię, by na nią spojrzeć, i aż uśmiechnął się rozbawiony. On tu może się
martwić o względne bezpieczeństwo, a ona i tak zrobi po swojemu. Ale w sumie
dobrze, że otworzyła, wrażenie klatki zostało rozwiane. A on prawdopodobnie był
przewrażliwiony, tyle.
Odłożył
najwyraźniej ostatnią z broni – co warto zauważyć, wśród sztyletów nie było
tego o rękojeści w kształcie głowy wilka – i ruszył do Ariene lekkim krokiem.
Zatrzymał się bezpośrednio za nią, z początku chcąc tylko wyjrzeć przez okno.
Zaraz jednak uśmiechnął się pod nosem i uniósł rękę, wyjmując wstążkę z dłoni
wiedźmy.
– Zostaw –
wymruczał i, nie czekając na oburzenie kobiety, schował wstążkę do kieszeni.
Przeczesał
palcami czarne włosy, zaraz ugładzając je delikatnie, by ułożyły się na
plecach.
– Widzisz tam
coś ciekawego? – zainteresował się, bo bardzo pochłonięta była widokiem,
kurczę.
Zmarszczyła z
niezadowoleniem czoło, spoglądając na jego dłoń, która to odebrała wstążkę.
Chwilę wyraźnie rozmyślała nad tym, czy zabrać własność siłą, ale ostatecznie
zrezygnowała, tylko wykrzywiając z dezaprobatą usta. Jak coś ich napadnie, to
życzę powodzenia z włosami w oczach.
Nie buntowała
się jednak wyraźnie, znów zapatrzyła się w okno, by po chwili pokręcić głową w
odpowiedzi na jego pytanie. Wreszcie uśmiechnęła się lekko i wzruszyła trochę
niedbale ramionami.
– Jest
fragment drogi – poinformowała. – I kilka drzew lasu. Widzę jeden z domów. Nic
ciekawego poza tą srebrzystą linią, której nie możesz zobaczyć. To granica
bariery – wyjaśniła, unosząc rękę i przesuwając palcem na wysokości tego, co
pozostawało dla Cadora niewidzialne. – Póki barwa jest żywa, to znaczy, że nie
ma żadnych dziur. Nie posiadam takiej mocy, by kontrolować całość tylko duchowo,
potrzebuję normalnych zmysłów – zakończyła drobny wykład, wreszcie odrywając
spojrzenie od okna i przenosząc je na obrońcę.
Spokojnie, ten
pan miał wystarczająco doświadczenia, by wiedzieć, jak nie ucierpieć przez
rozpuszczone, długie włosy kobiet. Nawet wtedy, kiedy coś jest na rzeczy.
Skinął głową,
nieznacznie marszcząc czoło; wychylił się, by wyjrzeć przez szparę w okiennicy.
Faktycznie nie widział żadnej srebrzystej linii, cholera, nie lubił czegoś nie
dostrzegać.
– Widzą ją
tylko ci, którzy ją kontrolują, czy wszyscy posiadający zmysł magiczny? –
zapytał nie tylko z ciekawości.
Przymrużył
jasnozielone oczy, zastanawiając się, czy wśród banitów popularne jest czucie
magii; doszedł do wniosku, że chociaż jeden spośród kilkunastu może dysponować
odpowiednimi predyspozycjami. To nie wpłynęłoby korzystnie na sytuację grupy.
– Magowie
energetyczni poziomu co najmniej czwartego oraz magowie bojowi poziomu piątego
– mruknęła, marszcząc na chwilę czoło. – Nie sądzę, by była widoczna dla osób
zwyczajnie obdarzonych zmysłem magicznym. Pewna natomiast jestem, że widzi ją
Errian, i chyba nawet lepiej ode mnie – dodała ciszej z pewnym zastanowieniem.
– W tym facecie coś siedzi, ale mam za słaby zmysł, żeby to upoziomować –
poskarżyła się jeszcze.
Po chwili zorientowała
się, że chyba myśli na głos i w dodatku nieco niezrozumiale dla Cadora, który w
magii nie siedział właściwie wcale. Dlatego uśmiechnęła się, wzruszając
niedbale ramionami.
– Jeśli banici
nie mają szkolonych magów, to raczej się nie zorientują w pułapce – postanowiła
go na koniec pocieszyć.
Tego już
zdążył się domyślić; choć nie dysponował jakimikolwiek umiejętnościami
magicznymi, posiadał odpowiednią wiedzę – w końcu trzeba było umieć rozpoznać
przeciwnika i zagrożenie, jakie stwarzał. Jego uśmiech zdawał się być jednak
nieco wymuszony, a na pewno trudno było odnaleźć w nim ulgę.
Ot, trochę
poczuł się gorszy, trochę nieprzydatny. Natura poskąpiła mu jakiegokolwiek
zmysłu magicznego, nawet znikomego – i jak tu być odpowiednim towarzyszem
rozmów dla wiedźmy? Szybko jednak wyrzucił z siebie te myśli, będąc
zaskoczonym, że w ogóle się pojawiły.
Jakoś nigdy
nie czuł się... niewystarczający. Nie przejmował się takimi rzeczami.
– Coś siedzi?
– powtórzył, obracając spojrzenie ku Ariene i unosząc brew.
Chwilę
zastanawiał się nad kwestią, przywołując w pamięci odpowiednie wspomnienia.
– To coś
zaskoczyło kiedyś Sheridana. Wtedy, w tej karczmie, kiedy łowca prawie
zamordował jakiegoś nieszczęsnego adoratora Anabde. Errian go powstrzymał,
pamiętasz? – powiedział.
Pokiwała
głową, zapatrując się dla odmiany w sklepienie. Wyglądała, jakby odgrzebywała
odpowiednie obrazy z pamięci, aż wreszcie westchnęła, marszcząc czoło.
Przy dobrych
wiatrach jej potencjał magiczny mógł osiągnąć piąty poziom – przy bardzo
dobrych wiatrach, a potem następowała cisza. Zwykle kilkudniowa. W czasie tej
ciszy każde zaklęcie kosztowało ją niewyobrażalny wysiłek, bo jeśli zmusiła
ciało do współpracy, to magia czerpała z energii życiowej z powodu braku
magicznej.
– Mamy
dziesięć poziomów magii, z czego tylko sześć jest dostępnych dla ludzi –
mruknęła; czy dla samej siebie, czy dla niego, trudno orzec. – W gruncie rzeczy
jestem czwartym poziomem, mogę wskoczyć na piąty, ale kosztuje mnie to całą
energię magiczną. Piąty osiągają utalentowani oraz szkoleni magowie bojowi,
rzadko są w stanie wskoczyć na szósty, zwykle tylko na jedno zaklęcie – dodała
i odetchnęła, przenosząc wzrok na Cadora.
Chwilę
milczała, najwyraźniej ważąc następne słowa z dużą ostrożnością.
– W takim
razie co zrobił Errian, skoro powstrzymał Sheridana, który w najgorszym
przypadku dysponuje poziomem siódmym, nieosiągalnym dla człowieka? – rzuciła do
samej siebie, unosząc brew. – I jeszcze go zaskoczył. No cóż, chyba go o to
zagadnę – postanowiła, momentalnie się rozpogadzając.
No bo w końcu
mówimy o Errianie. Wystarczy spytać, a z uśmiechem pomoże, taki typ człowieka.
– Aidan
dysponuje pewnym zmysłem magicznym – zaczął Cador, zmieniając temat. – Z
wiadomych przyczyn nie jestem w stanie go ocenić, ale zastanawiałem się, czy
nie przydałoby mu się jakieś szkolenie. Nawet jeśli nie ma w sobie za dużo
magii, warto opanować chociaż podstawowe umiejętności – uznał, krzyżując ręce
na torsie i zawieszając spojrzenie na szybie nadal widocznej przez uchylone
okno. – Podjęłabyś się tego? Albo chociaż sprawdziła, czy warto – dodał,
uśmiechając się z pewnym przekąsem i zerkając na Ariene.
– Och –
zdziwiła się, spoglądając na Cadora z uniesionymi brwiami. – Pewnie, czemu nie.
Nie powinno być trudno – uznała, uśmiechnęła się pogodnie i wzruszyła niedbale
ramionami, raz jeszcze rzucając okiem za okno.
Srebrna linia
nadal żarzyła się wyraźnie, dlatego Ariene odwróciła się plecami do widoków i
zawróciła na środek pokoju, gdzie zostawiła swoją torbę. Zastanowiła się, czy
wyjąć zapasową wstążkę, ale chwilowo uznała, że nie ma co irytować Cadora swoim
uporem.
Zamiast tego
otworzyła przegródkę na ubrania, ściągnęła przez głowę bluzkę z długim rękawem,
zostając w bezrękawniku, i sprawdziła schowane pod materiałem skórzane
ochraniacze na prawym ramieniu i przedramionach. Kiedyś chodziła prawie cała w
tego typu ustrojstwach, ale gdy opanowała wspinaczkę na wystarczającym
poziomie, stały się zbędne.
Teraz uznała,
że w pomieszczeniu z pozamykanymi oknami jest za ciepło, dlatego zabrała się do
odpinania ochraniaczy, żeby się nie odparzyć.
Opuszczony
Cador uznał, że stanie przy oknie mu się znudziło; podjął wędrówkę w stronę
łóżka zgodnie z myślą, że zasłużył sobie na trochę odpoczynku. Bezceremonialnie
walnął się na materacu w pozycji półleżącej – oparł się wygodnie o ścianę,
podkładając pod plecy poduszkę, jedną nogę ugiął w kolanie, ramiona nadal
trzymał skrzyżowane na torsie.
Uśmiechnął się
z zadowoleniem i chwilę obserwował ukochaną, potem jednak przymknął oczy.
– Zdziwiłabyś
się – stwierdził rozbawiony, wracając myślami do tematu kochanego ucznia. –
Aidan potrafi być męczący.
Na chwilę
zamilkł, ale nim Ariene zdążyła odpowiedzieć, dodał coś jeszcze:
– Chociaż
bardziej męczące są stałe wizyty Caleba, który informuje mnie, że Aidan znowu
popsuł mu lekcje, chcąc ratować Leanelle – uznał, śmiejąc się lekko.
– Dobrze mu
tak, głupi facet – mruknęła najpierw podła wiedźma, przymrużając oczy. – I
właściwie nie wiem, czy bardziej mi żal Aidana, czy Lei – dodała po chwili,
zamykając torbę i podnosząc się z klęczek.
Obdarzyła
Cadora nieco krytycznym spojrzeniem, unosząc wymownie brew. Przy okazji objęła
wzrokiem pokój, dochodząc do wniosku, że swoją szanowną dupę może posadzić co
najwyżej na szafce albo na łóżku właśnie. Zainwestowaliby ci ludzie w krzesła.
– Nie za
wygodnie ci? – zainteresowała się z rozbawieniem.
– Byłoby
wygodniej, gdybyś tu przyszła – odpowiedział bez mrugnięcia okiem, uśmiechając
się tak... o dziwo złośliwie.
Po prostu
okropnie bawiło go, że każda przeciętna kobieta rozpłynęłaby się na taką uwagę,
a Ariene albo wystawiała go do wiatru, albo odpowiadała coś złośliwego, albo, w
ostateczności, traciła rezon i nie wiedziała, co ze sobą zrobić. To było tak
piękne, że nie mógł tego nie wykorzystać.
– Popatrz,
nawet ci miejsce zrobię! – zaoferował się wielkodusznie i przesunął na materacu
tak, że teraz nie siedział na środku, a bardziej po prawej stronie. – Mnie nie
jest żal Aidana, przynajmniej ktoś go porządnie opierdoli za to, że mnie nie
słucha – uznał bardzo krytycznie, wracając do porzuconego tematu. – Ale Lei też
jakoś mi nie żal. Caleb, co zastanawiające, w ogóle się na nią nie wścieka –
dodał po chwili, nadal nie spuszczając spojrzenia z Ariene.
– O, już lecę,
jasne – prychnęła od razu, wywracając oczami.
Może jeszcze
do nogi? Pewnie dostanie smacznego chrupka za wykonanie zadanej sztuczki,
jasne.
Spojrzała na
Cadora bardzo krytycznie, unosząc brew, po czym uznała, że musi sobie znaleźć
zajęcie, żeby wypaść wiarygodnie. Takim zajęciem mogło być… robienie porządku w
torbie.
Dlatego chwyciła
bagaż, postawiła go na szafce i zabrała się do pracy, przeglądając jego
zawartość.
– Może
dlatego, że cały swój gniew skupia na Aidanie? Zresztą nie jest aż tak głupi,
na jakiego wygląda, gdyby się wściekł na Leanelle, mogłaby zejść na zawał. W
lepsze dni by się odgryzła, ale lepsze dni nie bywają tak często – stwierdziła
po prostu, zastanawiając się, na jaką cholerę targała w torbie pustą butelkę.
Odkręciła ją,
powąchała i doszła do wniosku, że naprawdę nie ma pojęcia, co ona w środku
robiła. I jak długo.
Niespodziewanie
Cador zaśmiał się, co wypadło tak pogodnie, jak podejrzanie. Pokręcił głową,
przyglądając się Ariene intensywniej – no proszę, dokładnie tak, jak
przewidział. Dobrze, że przynajmniej nie rzuciła nim o ścianę za tę „jawną
zniewagę”.
Uznał jednak,
że w sumie niegłupio by było, gdyby do niego przyszła. Podrażnił ją, przydałoby
się zadośćuczynić. Albo jeszcze bardziej jej dowalić i zacząć łaskotać.
– No nie daj
się prosić – mruknął, nadal przypatrując się jej uważnie.
Uniósł przy
tym brew, jakby pytał ją, czy naprawdę ma zamiar robić porządki w torbie
właśnie w tej chwili. Bo przecież na tym łóżku jest naprawdę wygodnie.
– Pewnie tak –
odpowiedział krótko na jej wywód dotyczący Caleba; ot, miała rację, nie było
nic więcej do dodania.
– I niby co tu
jest takiego śmiesznego? – warknęła zirytowana, miażdżąc go spojrzeniem.
To musiało,
swoją drogą, cudownie wyglądać. Rozwalony na łóżku, zadowolony z siebie i
roześmiany mężczyzna i stojąca w rozsądnej odległości, roztaczająca wokół
siebie ponurą aurę kobieta. Sytuacja niemalże tragikomiczna.
– Jestem
zajęta – dodała na koniec, zmrużyła oczy i odrzuciła na bok butelkę, dochodząc
do wniosku, że jest całkowicie zbędna.
Poza tym
znalazła trochę piachu na dnie torby, kamyczki i… piórko? Przekrzywiła głowę,
zastanawiając się, czy to przypadkiem nie z kaczki albo kuropatwy upolowanej
przez Caleba. W każdym razie – fuj. To też wyrzuciła.
– Jesteś
urocza – postanowił ją uświadomić, mniej więcej wyjaśniając, co tak go
rozbawiło.
Założył ręce
za głowę i uśmiechnął się szerzej, przypatrując się Ariene tak dziwnie. Miał
ogromną ochotę poprosić ją, by podała mu bukłak wody, ale chyba przekroczyłby
pewną granicę. Wylądowałby na ścianie i nici z przyjemnego wieczoru.
– A długo
jeszcze będziesz zajęta? – zapytał, przechylając nieco głowę.
No, jak
skończy z tą torbą, będzie musiała sobie znaleźć kolejną wymówkę! A to może nie
być takie łatwe, ha.
Na
stwierdzenie o swym uroku tylko warknęła, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości.
Pytanie długo ignorowała, rozpaczliwie zastanawiając się, co jeszcze może z
torby wyeliminować. Dochodząc do wniosku, że jej poziom zajęcia drastycznie
maleje, postanowiła iść w zaparte.
– Do końca
świata – poinformowała obrońcę uprzejmie.
Mogła
wyczyścić buty, zabłociły się trochę. Mogła pomacać pułapkę i sprawdzić raz
jeszcze połączenie z Errianem. Ciekawe, czy mag się w końcu zirytuje i wyśle
jej impuls zwrotny, to byłoby zabawne. Ciekawe, czy by w czymś przeszkodziła.
Och, nie, szkoda chłopaka, nie będzie sprawdzała połączenia.
Wypuścił głośno
powietrze, odchylił głowę i zapatrzył się w sufit, jakby prosił Silthe o
zmiłowanie. Wyglądało na to, że będzie musiał wstać, a niekoniecznie chciało mu
się podnosić tyłek z łóżka; wygodne było.
Ta wiedźma
była okropnie uparta, szlag by to.
Wrócił do niej
spojrzeniem, jeszcze chwilę się jej przyglądał, a po zostaniu ostentacyjnie
zignorowanym westchnął i podniósł się z łóżka. Wyprostował się, poświęcił parę
sekund na kontemplację własnej niedoli, wreszcie ruszył w stronę wiedźmy.
Zatrzymał się bezpośrednio przed nią, przechylił głowę, pochylił ramiona i
uśmiechnął się bardzo specyficznie.
– Do końca
świata to strasznie długo – mruknął mądrze, unosząc jej brodę na dwóch palcach
i po raz kolejny tego dnia kradnąc nie do końca niewinny pocałunek. – Jesteś
pewna, że chcesz poświęcić ten czas na bezsensowne porządki? – zapytał dla
upewnienia, bardzo spodziewając się odpowiedzi twierdzącej.
To byłoby w
jej stylu.
Trochę
niezdarnie zamknęła torbę, przygładziła ją, potem zawahała się, czy może jednak
otworzyć ją znowu i poszukać pasjonującego zajęcia. Mimo potrzeby ratowania
sytuacji, co i rusz wracała spojrzeniem do jego oczu, starając się myśleć
logicznie i nie wyglądać, jakby całe zdarzenie miało na nią jakikolwiek wpływ.
Ariene, już
przegrałaś. Doskonale o tym wiesz, ale dalej będziesz walczyć. Bo tak.
– Masz jakiś
lepszy pomysł? – mruknęła wreszcie, unosząc nieco bezradnie ramiona. – Porządki
są przynajmniej pożyteczne – dodała trochę ciszej.
Nie znosiła
tego. Dlaczego to się tak robiło przez niego? Spojrzała na Cadora z wyrzutem,
bo to przecież jego wina.
Jego uśmiech
był tylko trochę zwycięski, tak bardzo ociupinkę, że dało się to zignorować.
Skupił spojrzenie na działaniach własnych palców, obserwując, jak przesuwają
się po policzku Ariene, zakładają kosmyk włosów za jej ucho, dotykają szyi i
zjeżdżają na ramię.
– Mogę mieć –
odparł bardzo niekonkretnie, wracając zainteresowaniem do jej oczu i patrząc w
nie dłuższą chwilę, nadal z tym swoim uśmiechem. – Porządki są nudne –
skrytykował jeszcze, powstrzymując się przed dodaniem, że również bezsensowne.
Prawdopodobnie
już jutro torba wiedźmy byłaby tak samo zagracona, jak przed wyrzuceniem
śmieci. A przecież jest tyle ciekawszych zajęć.
Wyrzuciła
stamtąd tylko jedną butelkę, nie jest aż taką bałaganiarą! Ale ubrań czasami
nie składa w podróży, bo po co, i tak się pogną w torbie.
– Mhm –
mruknęła i skinęła z pewnym powątpiewaniem głową. – To mi naprawdę zmieniło
światopogląd. A teraz pozwól, że to skończę – zaproponowała na powrót
swobodnie, zapanowawszy nad sobą na tyle, by móc znów spojrzeć na torbę i ją
otworzyć.
Mogła zawsze
wyrzucić stare niepotrzebne notatki oraz przeterminowane bądź wykonane
zlecenia. Albo znaleźć podejrzane liściki; zmarszczyła lekko czoło,
zastanawiając się, czy trzyma tu jakąkolwiek korespondencję.
Nie był
niecierpliwym człowiekiem. Znosił lekcje z Aidanem, potrafiąc nie podnosić
głosu nawet za sześćsetnym razem, gdy chłopak rozkojarzył się i zapomniał, w
jakim świecie żyje. Mógł przeżyć marudzenie Leanelle, bluzgi Aithne i docinki rzucane
tak przez Caleba w stronę Ariene, jak odwrotnie. Miał jednak swoje granice
wytrzymałości.
Przymrużył
oczy z niezadowoleniem, uznając, że zmęczyła go już ta bezsensowna upartość
Ariene. Dał sobie chwilkę na ocenę sytuacji, ale gdy ta minęła, jego działania
stały się błyskawiczne.
Sięgnął do
ramienia kobiety, delikatnie obracając ją przodem w swoją stronę – nawet nie
zwrócił uwagi na to, czy ona nadal trzyma torbę, czy już ją puściła. Porwał ją
w objęcia, stanowczo przytrzymując przy sobie; wolną dłoń przytulił do jej
policzka, nie mając zamiaru pozwolić uciec od pocałunku. Pocałunku, który tym
razem nie pozostawiał otwartych drzwi; był konkretnym ruchem, świadczącym o
tym, że Cador żadnego więcej ignorowania znosić nie będzie.
W pierwszej
chwili, kiedy torba wyślizgnęła się jej z rąk, spróbowała coś powiedzieć, na
przykład „poczekaj, bo sprzątanie naprawdę pójdzie na marne”, ale wyszedł z
tego tylko stłumiony, krótki pomruk. Nie mogła jednak z tym nic zrobić – torba
zsunęła się z szafki i upadła na ziemię, zawartość rozsypała się po podłodze z
cichym chrzęstem.
Zapomniała się
tym zmartwić, naprawdę szybko się mu poddając. Nadal uważała to za
beznadziejne, tę swoją dziwną słabość, ale przestała się tym przejmować, bo nie
miała czasu. Objęła go, czując przebiegające po plecach dreszcze, przestała
walczyć z własnym ciałem i ostatecznie przyznała się do przegranej. Trudno.
Podarowawszy
sobie samej całkowitą swobodę działań, mogła delikatnie się o niego oprzeć na
wypadek, gdyby kolana zdradliwie pod nią zadrżały. Dłonią przeczesała jego
włosy, jeszcze chwilę się nie odsuwając, bo zupełnie nie chciała tego robić,
ale wreszcie zabrakło jej oddechu.
Lekko uchyliła
powieki, by móc spojrzeć mu w oczy; przesunęła palcami po jego policzku, jakby
trochę zdumiona tym, co się właśnie stało.
Aż wreszcie
uśmiechnęła się nieznacznie.
Odpowiedział
uśmiechem, choć zdecydowanie bardziej wyraźnym; przy tym ciepłym, nawet jakby
rozczulonym. Nie do końca pasował do tego błysk w jego oku, który przedstawiał
wizję nadchodzących wydarzeń.
Konkretniej
to, że przez tych kilkanaście dni podróży naprawdę się za nią stęsknił. Że nie
wystarczały mu ułamki sekund, niewinne gesty czy tylko spojrzenia, nawet jeśli
rozumiał, że to przez towarzystwo, że przy innych nie wypada. Nie miał zamiaru
powstrzymywać tego, co poczuł w chwili, gdy znów mógł rozkoszować się Ariene.
Dlatego
przerwa była bardzo krótka, składała się w sumie wyłącznie na wspomniany
uśmiech. Pocałował ją znowu, podobnie zapamiętale, jednocześnie wplatając dłoń
w jej włosy gdzieś na wysokości karku. Nadal obejmował ją mocno; bezrękawnik
nieco się podwinął, także obrońca mógł poczuć ciepło skóry jej pleców.
Nadal miał w
pamięci dokładny obraz pokoju, więc nie musiał odsuwać się nawet na milimetr,
by wiedzieć, w którą stronę postawić krok. Tak się składało, że on musiał
zrobić go do przodu, Ariene zaś w tył; nakierował ją w stronę łóżka, zwyczajnie
dlatego, że wygodniej na nim niż stać. Nie miał zamiaru ułatwić cofania, nie
wypuszczał jej z objęć i nie pozwalał przerwać pocałunku, zwyczajnie
spragniony.
Choć przez
chwilę chciała się za siebie obejrzeć, tak dla pewności, że się po drodze nie
zabije, to szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Nie potrafiła się od niego
odsunąć dla tak głupiej sprawy, musiała za nim nadążać. I robiła to z równym
zapałem oraz ochotą, co nie do końca przypominało tę tracącą głowę przy
najmniejszej nawet bliskości osobę, jaką się prezentowała ostatnimi czasy.
Po prostu
skoro już zupełnie nie myślała, to nawet nie umiała się zawstydzić.
Ufnie
pozwoliła się mu prowadzić, nie oddalając się od niego ani na centymetr,
starając się poruszać tak, by nie tracić tego kontaktu, choć nadal nieco
ograniczonego ubraniami. Gdy poczuła za sobą łóżko, sama sobie poradziła,
wchodząc na materac i ciągnąc go z wyczuciem za sobą; z klęczek usiadła na
piętach i wtedy się skrzywiła.
– No szlag –
mruknęła w jego usta, kiedy tylko trochę się odsunęła, i pospiesznie
wyprostowała nogę, nieco nerwowo rozpinając klamrę opaski na udzie.
Cholerne
sztylety, teraz druga noga. Właściwie dlaczego ona tego nie zdjęła? Aha,
sprzątanie torby. Pojebane to wszystko.
Warknęła pod
nosem zirytowana i ledwie broń przestała ją uwierać – a nawet się jej do końca
nie pozbyła, nie starczyło jej cierpliwości – wróciła do jego ust, bardzo
niepocieszona tym, że musiała odwrócić od niego uwagę na te kilka chwil.
Przełknął w
gardle śmiech, który wprost cisnął się na usta podczas obserwowania zmagającej
się z opaskami Ariene; ograniczył się tylko do lekkiego uśmiechu. Trzeba było
wziąć z niego przykład i pozbyć się broni, kiedy jeszcze był na to czas; jego
małe zwycięstwo, miał rację, ha.
Nie dała mu
okazji skomentować, ale zdecydowanie nie miał jej tego za złe. Naparł na nią,
umyślnie powodując u kobiety utratę równowagi; nim upadła do tyłu na materac,
przytrzymał ją ostrożnie, by osobiście położyć na pościeli. Jakoś nie chciał,
by się uderzyła w plecy; a powinien choć raz się odwdzięczyć!
W tym też
momencie przerwał pocałunek, patrząc jej w oczy z pewną ciekawością. Trzeba
przyznać, że zaskakiwały go te jej nagłe zmiany na froncie; oczywiście, tym
razem niespodzianka była jak najbardziej pozytywna.
Uniósł kącik
ust w uśmiechu, przechylając nieznacznie głowę. Jedną rękę znów przytulił do
jej policzka, drugiej pozwolił przesunąć się w dół, od zagłębienia pomiędzy jej
piersiami, przez brzuch, aż na biodro.
Ten
bezrękawnik był cholernie obcisły, kurczę, nawet nie wsunie pod niego dłoni.
Ach, beznadzieja, zaraz będzie się trzeba tego ustrojstwa pozbyć. Ale to zaraz,
póki co był naprawdę ciekaw jej reakcji. Dał jej chwilę na pozbieranie myśli, a
gdy Ariene myślała, robiła różne dziwne rzeczy.
Problem był
taki, że ona przestała myśleć. Przymknęła oczy, pozwalając sobie na moment
skupienia tylko i wyłącznie na jego dotyku; ale wędrówka dłoni się skończyła,
dlatego uznała, że nie można pozwolić na wkradnięcie się tu bezczynności.
Wsparła się
lekko na łokciu, odszukując jego usta, i znów go pocałowała, jednak tym razem
trochę inaczej, bardziej spokojnie oraz delikatnie. W tym czasie odszukała
guziki jego koszuli; dwa pierwsze odpięła szybko, po czym nagle jakby się
rozmyśliła.
Opadła z
powrotem na materac, dochodząc do wniosku, że nie ma ochoty się wysilać aż tak,
skoro wcale nie musi. Przyciągnęła go do siebie, bo znalazł się przez ten
manewr za daleko, i dłuższą chwilę nie pozwalała się odsunąć.
Między innymi
dlatego, że w tym samym momencie uskuteczniała gimnastykę artystyczną
polegającą na końcowym zsunięciu klamer ze sztyletami stopą akurat wolnej nogi.
Później będzie musiała odpiąć cały pasek, żeby się ich definitywnie pozbyć, ale
to tak czy siak trzeba kiedyś zrobić, bo zwyczajnie ustrojstwa nie zdejmie. A
nie zamierzała poświęcać tej czynności całej swojej uwagi – to byłoby zupełnie
bez sensu.
Jemu też się
ta bezczynność zdecydowanie znudziła, zwłaszcza kiedy jego ciekawość została w
tak przystępny sposób zaspokojona.
Gdy tylko
nadarzyła się ku temu okazja, to jest Ariene przestała grozić przypadkowym
kopnięciem kolanem, postanowił rozwikłać zagadkę ściągania tego bezrękawnika,
tak przeszkadzającego, jak zbędnego. Przesunął ustami po jej szyi, ale złożył
na niej zaledwie kilka pocałunków, bo zaraz trzeba się było odsunąć. Ręce
poradziły sobie z zadaniem i bezrękawnik wylądował... no, gdzieś na pewno.
Ściągając go,
zmierzwił Ariene włosy; teraz, widząc nastroszone, naelektryzowane kosmyki,
zaśmiał się lekko. Delikatnie zagarnął tych kilka, które opadły jej na twarz,
uśmiechnął się jeszcze z zadowoleniem i pocałował ją, ale dość krótko. Dłonie
już dawno pozwoliły sobie poznać kształt jej piersi, więc teraz grzecznie zsunęły
się na biodra, by ustąpić miejsca ustom.
I już nawet
nie wiedział, czy go ten jeden pozostawiony sztylet uwiera czy nie, w sumie
zapomniał, gdzie jest schowany.
Westchnęła
cicho, czując przebiegające po jej ciele dreszcze; najpierw pojawiła się lekka
gęsia skórka, ale w następnej chwili to odczucie zostało zastąpione uderzającą
falą gorąca. Uśmiechnęła się nieznacznie, przygryzając wargę, i jeszcze moment
skupiała się na kolejnych, w pewien sposób nowych, doznaniach. Wreszcie jednak
uznała, że trzeba zrobić coś więcej, na przykład skończyć to, co się zaczęło.
Delikatnie
pociągnęła go w górę, by wrócił do jej ust, dzięki czemu mogła swobodnie
sięgnąć do guzików koszuli; najpierw jednak przesunęła dłońmi po jego plecach,
obchodząc się z nimi nadzwyczaj delikatnie, zupełnie jak nie ona.
Dopiero wtedy
zajęła się tym frapującym zadaniem, które nie okazało się zbyt dużym wyzwaniem.
Sprawnie poradziła sobie z materiałem, zsunęła go z jego ramion i nawet
spróbowała zdjąć do końca, ale tu już potrzebowała jego pomocy, bo jedną rękę
miał tak ustawioną, że nie był opcji.
Za to,
czekając na jego reakcję, mogła przesunąć spojrzeniem po jego torsie;
uśmiechnęła się lekko, dochodząc do wniosku, że fajniej będzie powtórzyć tę
czynność z udziałem dłoni, co zaraz uczyniła.
Zwyczajnie sam
dokończył ściąganie tej koszuli, uśmiechając się kącikiem ust, gdy odnalazł
spojrzenie Ariene. Koszula powędrowała na spotkanie bluzce, to jest chyba
spadła na podłogę, ale do końca nie był pewien. Jakby to miało jakiekolwiek
znaczenie.
On za to
przypomniał sobie, że trudno mu się obejść bez smaku jej ust; wrócił do
pocałunków, opierając się dłonią o materac ponad ramieniem Ariene. Druga ręka
przesunęła się wzdłuż jej talii, przed biodro aż na udo, unosząc nieco jej
nogę, tak, że ugięła ją w kolanie. Na krótką chwilę dłoń tam pozostała, on za
to jeszcze raz ucałował wargi wiedźmy, by potem przesunąć ustami po brodzie,
szyi, obojczyku, następnie na moment zatrzymać się na dekolcie.
Starał się nie
pozostawić po sobie widocznych śladów, bo po co się obnosić z niektórymi
rzeczami; w pewnym momencie jednak trochę się zapomniał, na szczęście
wystarczająco nisko, by nie trzeba było się tym przejąć. Sprowokowało go to
jednak do przesunięcia się jeszcze niżej; ostatni pocałunek z wielu złożył niewiele
ponad linią jej spodni.
Uznając, że
nie wolno wyprzedzać faktów, pozostawił jeszcze te spodnie w spokoju; znów
podciągnął się w górę, sięgając do jej ust. Utrzymywanie równowagi wymagało
opierania się ręką o materac, całe szczęście druga mogła kontynuować
poznawanie; tym razem Cador ujął jej pierś i zatoczył kciukiem koło wokół
sutka.
Trochę to
niepokojące, że zawsze czujny pan obrońca kompletnie się zatracił. Banici mogli
wejść do pokoju i stuknąć go w ramię, a on i tak by ich nie zauważył.
Prawdę mówiąc,
nie on jeden niejako stracił uważność odnośnie otoczenia. Ariene może by się
przejęła, gdyby dwutonowa masa wyrżnęła w barierę, rykoszetując w nią impulsem
o wysokiej temperaturze. Chyba nie produkują dwutonowych banitów.
Zamruczała
nieco głośniej niż przewidywała, czując, jak jej ciało napręża się pod jego
dotykiem z zadowoleniem. Wrażenie było przedziwne, zupełnie jakby cały świat
zamknął się nawet nie do przestrzeni pokoju, a ledwie tego łóżka. I
najważniejszy w tym świecie był tylko on, jego dotyk, ciepło, cała obecność.
W pewnej
chwili jednak odnalazła w sobie nadzwyczajne pokłady samokontroli oraz siły;
uśmiechnęła się figlarnie, pchnęła go w ramię i sama uciekła z materaca, koniec
końców siadając na nim okrakiem z triumfalną miną. Najpierw przesunęła po jego
ramionach i torsie rękoma, nie odrywając wzroku od jego oczu, ale kiedy dłonie
zawędrowały aż na brzuch, pochyliła się, by podobną trasę odbyć ustami.
Zatrzymała się
dopiero nad jego paskiem, zmarszczyła lekko czoło i wyprostowała się, przekrzywiając
głowę. Wyglądała, jakby się zastanawiała, czy na pewno to odpiąć i się tego
pozbyć.
Ostatecznie
wróciła do jego ust, tak na chwilę. Gdy postanowiła raz jeszcze sprawdzić
genialność swego pomysłu odnośnie pozbywania się paska, doszła do wniosku, że
zwyczajnie niewygodnie siedzi. Nim zsunęła się z powrotem tak nisko, przesunęła
się trochę w dół jego nóg, z początku nie unosząc się za bardzo; dopiero po
chwili oparła ciężar ciała na kolanach, jedną dłonią powoli rozbrajając klamrę.
Bardzo powoli.
Stanowczo zbyt wolno. Cador uniósł się na łokciach i spojrzał Ariene w oczy z
pewnym... rozbawieniem? Trudno było to zdefiniować, bo szybko zniknęło; nie
czekając zbyt długo, wplótł dłoń we włosy wiedźmy i przyciągnął ją trochę
bliżej, by łatwiej było mu ją pocałować.
Później
postanowił pomóc jej z tym paskiem, jednak ograniczył się tylko do
definitywnego, a przede wszystkim szybkiego rozpięcia klamry – całą resztą
niech się Ariene martwi sama.
Przesunął
dłonią od łopatek w dół jej pleców, aż na pośladki, i póki co trwał w tej
swojej trudnej do utrzymania, półleżącej pozycji. Tak było lepiej, bo tak było
bliżej Ariene, tak mógł badać dłońmi jej ciało, całować delikatną skórę i
wdychać jej zapach.
Ze wszystkich
trzech konsekwentnie korzystał, jeszcze powstrzymując się przed chęcią
przewrócenia jej z powrotem na materac i dokończenia dzieła, to jest chociażby
pozbawiania jej ubrania. Wytrzyma jeszcze chwilkę.
Ariene
uśmiechnęła się, jednak jej uśmiech jakby był trochę triumfalny. Dzielny Cador,
poradził sobie ze swoim paskiem, a jaki dżentelmen, strudzoną kobietę wyręczył.
Uśmiech stał
się szerszy, przez co wyszczerzyła na moment ząbki z niejakim zadowoleniem.
Potem jednak postanowiła już nie zwlekać za bardzo, dokończyła dzieła, zsuwając
z niego spodnie; ponieważ niekoniecznie chciała się na tak długo odrywać od
jego ust, to musiała sobie poradzić, samej utrudniwszy zadanie. Ale się udało –
niniejszym wróciła na poprzednią pozycję, popchnęła go z powrotem na materac,
żeby się tak nie wysilał, i sama się nad nim pochyliła, całując go.
Ręce tymczasem
nieskrępowanie przesuwały się po jego ramionach, torsie, brzuchu, kilkakrotnie
zawędrowały też na podbrzusze, ale nie za często, niezbyt długo, jakby Ariene
nie była zdecydowana, czy też dłonie mają tam zostać i się rozpanoszyć, czy
może jednak ciekawiej jest wyżej.
A tak w ogóle,
to wygodny był.
Uśmiechnął się
lekko i odgarnął jej włosy na ramię, bo gdy tak się nad nim pochyliła,
bezczelnie opadły mu na oczy. Prawie by przez nie kichnął, a to już wyszłoby
śmiesznie. Mimo tego nie żałował, że nie oddał jej wstążki, mógł przecierpieć
to łaskotanie w twarz – rozpuszczone włosy dodawały jej niesamowitego uroku.
Jego ręce
zajęły się bardzo wymagającym zadaniem, to jest rozpinaniem jej spodni – na
ślepo, bo konsekwentnie uniemożliwiała mu zerknięcie w dół. Pomimo tych
trudności poradził sobie sprawnie i już po chwili zsuwał materiał z jej
pośladków wraz z bielizną. Nagle przerwał, dochodząc do wniosku, że łatwiej mu
będzie, jak zamienią się miejscami. Nigdy nie lubił się trudzić, kiedy mógł
rozwiązać sprawę inaczej.
Ponownie
uniósł się na łokciach, potem usiadł i, nie przerywając pocałunku, położył
Ariene na materacu. Przesunął dłońmi wzdłuż jej boków aż na biodra i dokończył
ściąganie spodni, ciuch odrzucając gdzieś na skraj łóżka.
Przyjrzał się
jej nagiemu ciału z dziwnym błyskiem w oku – była to nie tylko fascynacja, nie
tylko zachwyt, dochodziło jeszcze takie ciepło; potem pochylił się i ucałował
wnętrze jej ud. Podciągnął się w górę, by znów odnaleźć usta Ariene, a jego
dłonie odbyły tę samą wędrówkę zdecydowanie wolniej, nie odmawiając sobie
dotykania jej ciała.
Zamruczała
cicho, przeciągając pocałunek i nie pozwalając mu przez dłuższą chwilę na przerwanie
go. Dopiero kiedy musiała zaczerpnąć tchu, odsunęła się nieznacznie; uniosła
się na tyle, by móc go wygodniej objąć, poczuć trochę bliżej.
Nie potrafiła
jednak zgadzać się na bierność, dlatego wykorzystała swoje położenie i
przesunęła ustami po jego szyi, jednak w górę, ostatecznie delikatnie
przygryzając płatek ucha. Zaraz znów się rozmyśliła i wróciła niżej, także
decydując się na zostawienie Cadorowi drobnej pamiątki, wyjątkowo z
uwzględnieniem faktu, że może lepiej, by nie była widoczna. Ot, trochę
grzeczności jeszcze istniało w tej podłej wiedźmie.
Na chwilę ułożyła
się z powrotem na materacu, odszukując jego oczy, uśmiechnęła się lekko. W tym
czasie ręce znów poznawały, najpierw przesuwały się po jego plecach, ostrożnie,
żeby jej tu ktoś nie zaczął jęczeć, tyle że z bólu, potem nieco śmielej po
ramionach i z powrotem na tors, brzuch; chciały wszystko dokładnie zapamiętać,
a kimże Ariene była, by im odmawiać.
Wreszcie nie
wytrzymała, uniosła się i go pocałowała, znowu przedłużając i nie dbając o
takie głupoty, jak oddech. To się zdąży zrobić.
Obawiam się
tylko, że nie w najbliższym czasie.
Nie
zastanawiał się, nie było nad czym się zastanawiać. Prawdopodobnie następnego
ranka, gdy atmosfera opadnie, a świat wróci do szarych barw, zda sobie sprawę z
tego, iż sprawy potoczyły się bardzo szybko. Uśmiechnie się z rozrzewnieniem i
uświadomi sobie, że choć tyle czasu się mijali, a Ariene tak długo zdawała się
nie być do końca pewna, gdy już zdecydowali, przestali mieć jakiekolwiek
wątpliwości.
Ale teraz
nawet nie wpadło mu to do głowy. Stracił zdrowy rozsądek, ba, opuściła go
umiejętność myślenia w ogóle.
Odwzajemnił
pocałunek z pełną pasją, nie czując potrzeby oddychania, znów zjechał dłonią w
dół, aż na jej udo. Jej obecność uderzała mu do głowy i zdał sobie sprawę z
tego, że tak dotykanie, jak całowanie jej ciała, które dotychczas uskuteczniał,
w tej konkretnej chwili już mu nie wystarczają.
– Ariene –
szepnął jej do ucha, wcześniej przesuwając wargami po jej policzku. – Kocham
cię.
A potem
wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Była tylko ona.
No dobra. Zmieniam zdanie. Nie mam serca się na was wypiąć, jesteście za dobre i długo mnie już znosicie ._. Poza tym porzuciłam pomysł wyciągania fragmentu błędnie zapisanego dialogu Lei, bo zapomniałam, gdzie w ogóle jest, a 39 stopni gorączki nie pomaga mi przy szukaniu ._.
OdpowiedzUsuńZnalazłam za to w końcu sposób na opisanie dwóch rzeczy, które nie są stricte błędami, ale za to czynią większość dialogów strasznie mało realistyczno-dynamicznymi.
Przehandluję pełen komentarz za nowy rozdział XD
[yah, jestem zła.]
Nie no, nie ma sprawy xD Tak coś czułam, że to czekanie do drugiego tomu nie wyjdzie, gdyż ponieważ nie jesteśmy nawet blisko połowy pierwszego xD
UsuńO? No dobrze, to zaraz coś wrzucę, jak trochę mój żołądek zacznie żyć. Obżarłam się xD