sobota, 23 marca 2013

73. Niepokojące przeczucia



– Gdzieś tu chyba wystarczy, prawda? – mruknął Errian, ściągając wodze Korala, by ogier trochę zwolnił.
Otaczały ich już tylko opuszczone, pogrążone w półmroku budynki, uliczki zdawały się wić jak niebezpieczny labirynt; zapadająca stopniowo noc nadawała miejscu wrażenie nawiedzonego.
Młody mag odetchnął chłodniejszym, bardziej rześkim powietrzem i na chwilę odchylił głowę, spoglądając w rozciągające się ponad nim niebo – pierwsze gwiazdy już na nim migotały, starając się osrebrzyć ciemność.
Przeniósł wzrok na towarzyszącą mu dziewczynę, czekając cierpliwie na odpowiedź. Zatrzymała się z klaczą kawałek przed nim, widział jedynie zgarbione plecy.
Faryale machnęła ogonem, w ciszy rozległo się jej parsknięcie; po chwili obróciła łeb do milczącego Erriana i zajrzała mu w oczy, jakby to ona zamierzała zareagować na pytanie. Jedno jej ucho zwróciło się do skulonej Aithne.
– Mhm – wymamrotała wreszcie upadła, nie przenosząc na młodzieńca spojrzenia, najwyraźniej woląc skupić się na czymś przed sobą.
Errian westchnął, kładąc wodze na kłębie Korala i wyrzucając nogi ze strzemion. Powstrzymał się od zerknięcia na dziewczynę, opierając się rękoma na przednim łęku siodła i unosząc się nad siedziskiem lekko.
– Mogę sprawdzić najbliższe budynki, pewnie nie każdy nadaje się na nocleg – zaofiarował się spokojnie, unosząc jednak spojrzenie na Aithne. – Zajmiesz się przez ten czas końmi? – spytał, przerzucając nogę nad zadem Korala i zeskakując na ziemię z cichym chrzęstem miażdżonego przez buty żwiru.
– Mhm.
Errian zmarszczył czoło, wahając się z ruszeniem w swoją stronę. Wreszcie pokręcił głową, poklepał Korala po szyi i przykazał mu półgłosem bycie grzecznym. Ogier nigdy nie robił większych problemów, a w towarzystwie Faryale zawsze stawał się potulny, dlatego młody mag niespecjalnie się martwił tym, czy wierzchowiec go posłucha.
Raz jeszcze tylko spojrzał na nadal siedzącą na swojej klaczy Aithne, po czym odwrócił się i ruszył w najbliższą uliczkę prowadzącą do wyglądającej na prawie nienaruszoną kamienicy.
Upadła poczekała, aż odgłos jego kroków wystarczająco ucichnie w nocnym powietrzu, dopiero wtedy odetchnęła ostrożnie, kuląc się tak, że prawie dotknęła czołem kłębu Faryale. Klacz zastrzygła uszami, milcząc.
– Pewnie – odezwała się drżącym głosem Aithne, powoli zsuwając się z grzbietu przyjaciółki, kurczowo trzymając się siodła, jakby się bała, że ledwie dotknie ziemi, upadnie.
Stanęła w miarę pewnie i dopiero wtedy odsunęła się od siwej, przełykając ślinę. Zatrzymała się pomiędzy dwoma końmi, otwierając szeroko oczy i rozglądając się dokoła w milczącym, szczerym przerażeniu. Powoli zadarła głowę, by móc spojrzeć w niebo; od dawien dawna wydawało się jej, że nocą jest to najjaśniejszy punkt na świecie.
– W końcu wcale nie jest tu strasznie – szepnęła, zamykając na moment oczy, trochę jakby szukała w sobie siły.
Potem chwyciła wodze Korala i Faryale, odwróciła się sztywno i ruszyła w uliczki opuszczonego miasteczka, starannie omijając wzrokiem ponure kamieniczki oraz wszelkie większe budynki, zupełnie jakby czaiła się tam na nią śmierć.

– Szlag.
Zatrzymał się na szczycie gruzów, niezadowolonym spojrzeniem oceniając zawalony sufit w salonie. Wcześniej próbował sprawdzić piętro, ale natknął się tylko na do połowy połamane schody, które wisiały nad posadzką nadzwyczaj ponuro. Wycofał się ze swojego pomysłu, uznając, że na kanapie też można się zdrzemnąć albo w fotelu, jednak odkrył, że z pokoju niewiele zostało. Kamieniczka najwyraźniej nie zniosła presji – lub też ktoś obszedł się z nią bardzo niedelikatnie.
Errian, powstrzymując kolejne cisnące się na usta przekleństwa, zawrócił i skierował się z powrotem do wyjścia. Nim jednak opuścił budynek, raz jeszcze zbliżył się do schodów z dziwną potrzebą odkrycia zagadki ich zawalenia.
Podszedł do ostatniego istniejącego stopnia, który wisiał około dwudziestu centymetrów nad jego głową, i sięgnął do połamanego drewna, przesuwając po nim opuszkami. Skrzywił się, kiedy wbiło się w nie kilka drzazg, ale nie cofnął ręki, marszcząc zaraz w zamyśleniu czoło.
Powoli przysunął dłoń do twarzy i roztarł zebrany na palcach pył, dopiero po chwili – chyba bardziej po mdłym, charakterystycznie duszącym zapachu – orientując się, że była to sadza. Skinął do samego siebie głową i zawrócił, przekraczając próg budynku grożącego zawaleniem.
Chwilę spędził na wyciąganiu drzazg z opuszków, pomagając sobie tylko słabo świecącym światłem gwiazd oraz wschodzącego powoli księżyca. Zajęcie wyjątkowo go zirytowało, bo usunięcie kawałków drewna wymagało wiele precyzji oraz wysiłku, wbrew pozorom, a nie chciał pomagać sobie magią, by nie naruszyć wewnętrznej struktury bariery, którą postawiła Ariene.
Właśnie był w trakcie pokonywania ostatniej drzazgi, gdy jego ciałem wstrząsnął krótki, ale intensywny impuls prądu. Drgnął, wbił sobie drewno głębiej w palec i zaklął paskudnie, szybko orientując się, co też to było.
Ktoś sprawdzał połączenie – po sposobie wysłania magii poznał Ariene. Postanowił jednak nie reagować, uznając, że podła wiedźma zwyczajnie martwi się o powodzenie magicznej pułapki. Uporał się z drzazgą, rozprostował palce i ruszył dalej na poszukiwania miejsca na nocleg.
Wyszedł z ulicy, gdzie znajdowała się kamieniczka, i skierował się do kolejnego budynku, który stał trochę na uboczu. Tu przestrzeń była mniej zabudowana, nieco jakby nikt nie chciał mieszkać za blisko ludzi żyjących w tych murach, zdawało się, że łatwiej nawet oddychać.
Errian jednak po kilku następnych krokach zwolnił, aż wreszcie się zatrzymał, zapatrując się w widok niemalże zszokowany. Spróbował uporządkować nagle rozszalałe myśli, by wyciągnąć z nich jedno kluczowe skojarzenie, którego mu brakowało, by zebrać obraz układanki w całość.
Stary, duży budynek stał na granicy opuszczonej dzielnicy niczym słup wyznaczający koniec zamieszkanej części miasta.
Errian jeszcze chwilę stał, wpatrując się we wznoszące się przed nim mury z przerażeniem wymieszanym z niedowierzaniem. To nielogiczne, to nie tu. Mimo to ruszył tam szybkim, nieco sztywnym krokiem, wstrzymując bezwiednie oddech.
Nie posiadał zbyt dokładnego opisu, obraz w wyobraźni mógł się pokryć z każdym tego typu budynkiem, a jednak miał wrażenie, jakby ziemia osuwała mu się spod nóg. Z trudem powstrzymywał się od ruszenia biegiem, z największym wysiłkiem panując nad swoim ciałem.
Dopadł do wiszących na jednym zawiasie drzwi, oparł się na deskach dłońmi i przysunął do nich twarz, otwierając szeroko oczy.
Nie docierały do niego żadne racjonalne wyjaśnienia oraz zaprzeczenia podsuwane przez umysł, gorączkowo szukał, zapominając już nawet o tak istotnych szczegółach, jak to, że niczego na pewno nie wyryto na samym dole drzwi, tylko raczej na górze. Przyjrzał się wszystkiemu niezwykle dokładnie.
W pustce wisiał miecz o najprostszym możliwym wykonaniu, ostrzem do dołu, a wokół niego oplatała się kwitnąca róża.
Nie znalazł. Odetchnął ostrożnie, odsunął się, by wtedy pomyśleć, że może drzwi wymieniono. Już nawet nie wziął pod uwagę faktu, że budynek stał teoretycznie opuszczony; najpierw spróbował przejście otworzyć, a kiedy się to nie udało, w nerwach kopnął w deski z całej siły, wyłamując płytę z ostatniego zawiasu. Wszedł do zakurzonego, ciemnego przedpokoju, otwierając szerzej oczy, żeby lepiej widzieć.
Najpierw było to małe pomieszczenie, po bokach dwa pokoje. Głębiej korytarz, schody na górę. Przeszedł cały wiatrołap, by zatrzymać się przed litą ścianą. Zapatrzył się w nią bez zrozumienia, mrugając, dotknął jej niepewnie dłonią, jakby się spodziewał, że ukryte przejście w głąb budynku kryje się pod tynkiem. Nie kryło się.
Opuścił dłoń bezwładnie wzdłuż ciała, oddychając przesadnie głęboko.
Nie tu.
– To nie tu – powtórzył szeptem, zamykając oczy i odchylając głowę, by opanować natłok myśli.
Oszalał. Jak nic, oszalał.
Zawrócił, nagle mając wrażenie, że jego nogi są jak z ołowiu. Wyszedł z budynku, wracając pomiędzy kamieniczki, nim jednak zagłębił się w uliczki, zatrzymał się na tej niewidzialnej granicy oddzielającej samotny dom od pozostałych.
Raz jeszcze się obejrzał, przyjrzał się obrazkowi, jaki się przed nim rozciągał, po czym zmarszczył czoło. Czemu to miejsce w ogóle mu się skojarzyło z tą organizacją?
Pokręcił głową i ruszył, by wreszcie odszukać dobry kąt na nocleg. Nie potrzebowali przecież zbyt wiele, ale jednak wolał zadbać o to, żeby Aithne mogła się przespać na czymś w miarę wygodnym. I gdzieś, gdzie nie będą ją nękały wspomnienia; postanowił poszukać budynku bliżej głównej drogi biegnącej przez wioskę, uznając, że może to wzmocnić poczucie bezpieczeństwa.
Zbliżył się do pierwszego lepszego, który na pierwszy rzut oka się nadawał. Zatrzymał się na progu, przyjrzał się drzwiom, skinął do samego siebie głową i chwycił za klamkę. Nic. Ani drgnęły.
Uniósł brew i szarpnął trochę mocniej, wiedząc, że drugi raz wyważenie mu się nie uda, a nie posiadał dostatecznie dużo siły, by wygrać w bitwie o zluzowanie zamka. Dlatego odetchnął, pochylił się nad mechanizmem i poważnie się zastanowił, dlaczego ten nie chciał współpracować.
Przekrzywił głowę, przymrużając oczy. Czyżby to… zablokowało się? Tak, chyba tak. Ktoś musiał próbować przekręcić klucz, ale coś się popsuło.
Westchnął, prostując się i zastanawiając, jak w takim razie dostać się do środka. Najbliższy sąsiedni budynek miał zawalone wejście, wchodzenie przez okno nie było zbytnio komfortowe. Jego wzrok padł na podłużne szybki wzdłuż drzwi, przyjrzał się zakurzonemu szkłu i powoli uśmiechnął się z satysfakcją. Sprawnie owinął dłoń kawałkiem bandażu, który nosił w kieszeni na wypadek nagłego, ale drobnego wypadku, wybił szybę i sięgnął do klamki od tej strony.
Mocował się o wiele krócej, zamek wreszcie kliknął i młody mag mógł wejść do budynku. Odwinął rękę ze szmatki, odrzucił materiał na ziemię, bo już i tak był bezużyteczny, i przekroczył próg.
Przeszedł do pokoju najbardziej na lewo, odkrywając w nim dwa łóżka. Przekrzywił głowę, trochę zaskoczony, ale szybko sobie przypomniał, że ten budynek miał tylko parter. Uśmiechnął się, dość zadowolony z osiągnięć, i wycofał się z powrotem na podwórze, zamierzając pójść po Aithne.
Zatrzymał się na progu, pojmując pewną druzgoczącą okoliczność.
Gdzie on, na Silthe, właściwie był w tym miasteczku? I gdzie zostawił upadłą?
– Szlag – raczył podsumować.

Kiedy dostrzegł skubiące podsunięty im owies konie, poczuł niesamowitą ulgę. Myślał już, że nigdy ich nie znajdzie w tej wiosce, kręcił się między uliczkami jak ostatni kretyn, zastanawiając się, czy ten budynek już mijał, czy tylko mu się wydawało.
Noc zdążyła zapaść na dobre, on odebrał jeszcze kilka impulsów od Ariene i naprawdę humor mu się drastycznie popsuł. Dlatego też widok znajomych zwierząt trochę go pokrzepił, nawet uśmiechnął się blado, czując ogarniające go niespodziewanie zmęczenie.
Zbliżył się parę kolejnych kroków, nagle odkrywając, że nie widzi w zasięgu wzroku upadłej. Zmarszczył czoło, przypatrzył się jedzącym spokojnie zwierzętom, i zastanowił się, czy przypadkiem nie poszła go szukać na własną rękę. Ta myśl go zaniepokoiła, mimowolnie wstrzymał oddech, rozglądając się dokoła bardziej nerwowo.
– Aithne? – spytał niezbyt głośno, nie chcąc krzyczeć, ale na tyle wyraźnie, by dało się go w najbliższej okolicy usłyszeć.
Wtedy też ktoś zerwał się zza najbliższego kamienia.
Dziewczyna stanęła na szerzej rozstawionych nogach, otworzyła szeroko oczy i zachłysnęła się powietrzem, wpatrując się w niego w szoku. W pierwszej chwili Errian nie zrozumiał, dlaczego jego przybycie tak nią wstrząsnęło, ale zaraz wszystko się rozjaśniło, kiedy do niego podbiegła, przytulając się mocno i obejmując kurczowo ramionami. Młody mag westchnął, przygarniając ją do siebie i opierając policzek na rudych, potarganych włosach.
Musiała być naprawdę przestraszona, kiedy tak czekała na niego w ciemnościach, w takiej scenerii, walcząc ze wspomnieniami i poczuciem zagubienia. Mógł się pospieszyć i nie bawić się w detektywa, tylko jak najszybciej do niej wracać.
– Znalazłem coś, co się nadaje – stwierdził, nie odsuwając jej jeszcze od siebie, dając trochę czasu, by nad sobą zapanowała. – O ile trafię tam z powrotem – dodał ciszej, bardziej niezadowolony, marszcząc czoło.
Aithne uniosła głowę i popatrzyła na niego z pewną poznawczą ciekawością, by nagle parsknąć śmiechem. Errian obrzucił ją oburzonym spojrzeniem, niemile ugodzony tym, że właśnie go bezczelnie wyśmiała. Co prawda zaraz z powrotem schowała twarz w jego ramieniu, ale dalej słyszał ten chichot.
– Dzięki za wsparcie – mruknął niezadowolony, spoglądając krzywo w niebo, żeby zademonstrować swoją złość, chociaż i tak tego nie widziała.
– Bardzo proszę – odparła podejrzanie radosna, nie puszczając go jeszcze dłuższą chwilę, mimo że mag już się na nią obraził.
Wreszcie jednak się odsunęła, zaraz patrząc uważnie w tonącą w ciemności ulicę, skąd nadszedł Errian. Przeniosła na niego wyczekujący wzrok, unosząc lekko brew, by nagle znowu parsknąć z rozbawieniem, ledwie chwilę się mu przyjrzała.
Tego było już trochę dla zmęczonego maga za dużo.
– A teraz co znowu? – prychnął, krzywiąc się wymownie, żeby nie myślała, że tak może sobie z niego ciągle kpić, jak on się tak poświęca.
– Jesteś cały brudny – wyjaśniła swobodnie i przetarła jego policzek dłonią, zupełnie jakby było to coś normalnego. – Nie chcę wiedzieć, gdzie szukałeś tego miejsca na nocleg – zastrzegła rozbawiona, uśmiechając się.
Errian otworzył szerzej oczy, przypatrując się jej w zdumieniu. Chyba poczuła się mniej pewnie pod naporem tego wzroku, niejako się zmieszała i chciała już cofnąć dłoń, jednak młodzieniec chwycił ją w swoją, nie pozwalając na to tak od razu.
Drugą ręką sięgnął do jej twarzy; po szoku nie został żaden ślad, teraz uśmiechał się dziwnie, jednocześnie ciepło i… jakoś inaczej. Uniósł Aithne brodę, jeszcze chwilę pozwalając jej patrzeć na niego z pewnym przestrachem. Potem przyciągnął ją do siebie, całując; nagle po prostu musiał to zrobić, potrzeba okazała się silniejsza od rozsądku czy zmartwienia zgubionym noclegiem.
Zwłaszcza że wcale się nie spłoszyła, wręcz przeciwnie.
Aż warknął cicho, kiedy znowu otrzymał charakterystyczny magiczny impuls na nici łączeniowej. Odsunął się od Aithne, oczy błysnęły mu złością, gdy z całą swoją złośliwością wysyłał własny sygnał o charakterze o wiele bardziej dokuczliwym.
Jakże się jednak zdziwił, gdy ten pomknął na łączu z Sheridanem, nie Ariene, którą oskarżył odruchowo o kolejne dręczenie i męczenie.
– Aj – mruknął, zaraz się kajając przed wyraźnie zdumionym przyjacielem; łowca nie krył pewnej urazy potraktowaniem go nader brutalnie, dlatego Errian poczuł dodatkowe wyrzuty sumienia.
Aithne uniosła brew, przypatrując się młodemu magowi bez zrozumienia. Wreszcie doczekała się odrobiny uwagi ze strony towarzysza, który uśmiechnął się do niej przepraszająco. Upadła nie zmieniła wyrazu twarzy, dalej czekając na wyjaśnienia.
– Sprawdzali połączenie magiczne. To niezbyt przyjemne – mruknął, wzruszając lekko ramionami, po czym skinął głową w stronę, z której chwilę temu przyszedł. – Szukamy noclegu? – zaproponował z pewnym zakłopotaniem, uznając, że musi poćwiczyć swoją orientację w terenie, zdecydowanie.
Aithne przytaknęła, uśmiechając się swobodniej, a kiedy Errian ruszył, dogoniła go szybko. Po bardzo krótkim wahaniu chwyciła dłoń młodego maga, przysuwając się do niego, by poczuć znajome ciepło; wraz z nim nadeszło kojące poczucie bezpieczeństwa.

Chwilę kluczyli wśród ciemnych uliczek, szukając budynku, na który zdecydował się Errian. Aithne wyglądała na mocno wystraszoną; ukryła się pod ramieniem młodego maga, objęła go i wtuliła twarz w koszulę, chowając się przed światem.
W ciszy ich kroki odbijały się echem, sprawiając, że wszystko jeszcze bardziej wydawało się ponure oraz groźne. Zupełnie jakby nikogo innego nie było w wiosce, jakby zostali tu sami, chociaż doskonale wiedzieli, że w innych częściach miejscowości odpoczywali ich przyjaciele.
Errian, przytulając upadłą i rozglądając się za zagubionym budynkiem, uświadomił sobie, że już dawno nie widział jej tak kruchej i delikatnej. I że chyba nigdy tak otwarcie nie przyznała się, że go potrzebuje. Przez chwilę zastanawiał się, trochę bez udziału własnej woli, czy będzie w stanie dać jej tyle, na ile zasługuje.
– To tu – stwierdził wtedy z pewnym zaskoczeniem, zatrzymując się obok odnalezionego domu. – Nie było tak daleko – dodał zadowolony i przekrzywił głowę, by spojrzeć na skuloną Aithne.
– Jestem z ciebie dumna – mruknęła, niechętnie odsuwając się od niego i oceniając spojrzeniem ich tymczasowe lokum.
Zadrżała.
– Nie lubię takich budynków – szepnęła, marszcząc z pewnym przestrachem czoło, jakby zniszczone domostwo mogło ją lada moment zaatakować.
Errian delikatnie pogłaskał ją po policzku, zwracając na siebie uwagę; obróciła do niego twarz, chcąc się dowiedzieć, o co chodzi, ale ostatecznie nie odezwała się słowem. Młodzieniec pocałował ją w czoło, uśmiechnął się ciepło i znowu objął, jakby doskonale wiedział, że jego dotyk działa na nią kojąco. Przymknęła oczy, powoli zaczynając wierzyć w to, że naprawdę zdoła tu przenocować.
– Trzeba się zbierać, robi się późno – zauważył, prowadząc ją do uchylonych drzwi; poczuł, jak dziewczyna wczepia się w niego, szukając oparcia.
Nie wypuścił jej z ramion aż do dotarcia do pokoju z łóżkami. Dopiero wtedy się odsunął, by ogarnąć wnętrze pomieszczenia oraz przygotować je do spania.
Aithne stanęła bezradna w progu, śledząc go spojrzeniem z pewną trudną do wyjaśnienia nadzieją. Starał się za bardzo nie zwracać na to uwagi, chcąc, by odnalazła w sobie własną siłę przeciw powracającym wspomnieniom. Cisza, która między nimi zapadła, była dość ciężka, ale nie napięta. Z pewnością specyficzna.
– Ujdzie – zawyrokował wreszcie, obracając się do Aithne z uśmiechem. – Masz swój koc? – zainteresował się, podchodząc do niej.
Sięgnął do wiszącej na jej ramieniu torby, ale zanim zajrzał do niej, upadła cofnęła się pół kroku, przesuwając bagaż za plecy. Errian zastygł, przypatrując się jej uważnie, nieco zaskoczony tym zachowaniem. Milczenie przedłużało się.
– Mogę spać z tobą? – spytała wtedy cichuteńko, patrząc z niepokojem w podłogę, jakby coś miało się zaraz stać, jakby ziemia miała się rozstąpić i ją pochłonąć.
Errian przyjrzał się jej zdumiony, zaraz jednak znów się uśmiechnął. Naprawdę bawiło go to, że ciągle o wszystko pytała, zamiast po prostu zachowywać się naturalnie i swobodnie.
Przez chwilę zamierzał jej na to zwrócić uwagę, ale ostatecznie zrezygnował – dziś miała już dość stresu, nie powinien się dokładać. Kiedyś jej powie, tylko w mniej ekstremalnych okolicznościach.
Teraz obejrzał się przez ramię.
– Może być trochę ciasno, najwyżej zepchniesz mnie na podłogę – zdecydował i położył swoją torbę na w miarę stabilnie wyglądających deskach.
Kiedy sięgnął po rzeczy Aithne, uchwycił jej zdruzgotane i lekko przerażone spojrzenie. Uśmiechnął się, spokojnie wyjmując jej bagaż z rąk, jakby nie dostrzegł tego oszołomienia.
– Żartowałem – postanowił ją pocieszyć, odkładając torbę obok swojej. – Nie dam się tak łatwo zrzucić – stwierdził, tym razem sięgając do jej nadgarstka i przyciągając do siebie z wyczuciem.
Mruknęła coś niewyraźnie pod nosem i oparła czoło o jego ramię, ukrywając twarz przed światem. Errian przygarnął ją bliżej, wolną ręką wyjmując z bagażu swój koc, by mieli się czym okryć.
Przez cały ten czas nie odsunęła się od niego nawet o milimetr, jakby nie zauważyła, że był czymś zajęty. Wreszcie młody mag uznał, że miejsce do spania jest już gotowe, dlatego delikatnie ją od siebie oderwał.
– Chce ci się już spać? – spytał, unosząc delikatnie jej brodę, by móc spojrzeć w te ciemne, nadal nieco zaniepokojone oczy.
– Trochę – odparła po krótkim milczeniu, marszcząc zabawnie nos; szybko uciekła wzrokiem w bok, na podłogę, niewytłumaczalnie zawstydzona.
Errian westchnął ciężko, przypatrując się jej z łagodnym blaskiem w oczach. Nie ciągnął już tematu, z pewną troską podprowadzając ją do łóżka. Z wyczuciem nacisnął na jej ramiona, zmuszając, by usiadła, a widząc, że próbuje oponować, wykorzystał najlepszą broń przeciw upadłej całkowicie bez skrupułów.
Pochylił się nad nią, ujmując jej twarz w dłonie, i przez chwilę patrzył jej intensywnie prosto w oczy; najpierw się lekko napięła, ale potem, jakby niepewnie, rozluźniła, przymrużając trochę nieobecnie powieki. Errian, uznając to za swój triumf, już chciał się odsunąć z uśmiechem, ale wtedy sięgnęła do jego policzka.
Zamarł zaskoczony, podczas gdy jej palce przesuwały się po jego skórze z nadzwyczajną delikatnością. Nie powstrzymał się, pocałował ją nieco żarliwiej niż zamierzał, na chwilę zapominając o planach położenia spać. Oplotła go ramionami w szyi, przytrzymując przy sobie, poczuł, że się wyprostowała, by znaleźć się bliżej, dlatego przesunął ręką po jej plecach, przyciskając do siebie.
Nadal jednak czuł w niej dziwną desperację, jakby szukała spokoju, swojego miejsca, mając nadzieję, że kryje się to w nim. Nie chciał, by tak to wyglądało, już na co dzień czaiło się w niej dużo niepewności, zatem co działoby się teraz? Nie odrzucał jej, tylko pomagał znaleźć bezpieczeństwo, które ją opuściło wśród zniszczonych budynków.
Dlatego kiedy się odsunął, nadal się uśmiechał. Przeczesał palcami jej włosy, spoglądając prosto w ciemne, zaniepokojone oczy.
– W ten sposób nie odpoczniesz – mruknął miękko, przesuwając dłonie na jej płaszcz, gdzie miała przypiętą broszkę.
– Ja sobie… – zaczęła zażenowana, starając się odsunąć jego ręce od siebie, jednak znajdowała się na z góry przegranej pozycji.
– Ale ja lubię cię rozbierać – odparł swobodnie i uśmiechnął się nieco łobuzersko, z zadowoleniem przypatrując się kwitnącym na jej policzkach rumieńcom; uwielbiał ją zawstydzać, patrzył wtedy na zupełnie inną, ale całkowicie jego Aithne.
Odpiął delikatnie spinkę, a za plecami dziewczyny pojawiły się czarne skrzydła. Chowając biżuterię do torby, od niechcenia przeczesał palcami ciemne pióra. Dobrodusznie udał, że nie dostrzegł dreszczu, który wstrząsnął jej ciałem, po czym ukląkł przed nią i z godną podziwu cierpliwością – Aithne naprawdę miała niezwykły talent do sznurowania czegokolwiek – zabrał się do rozsupływania jej butów. Upadła chciała zabrać nogę, ale przytrzymał ją z wyczuciem, ignorując panikę.
– Errian – szepnęła cichutko, wwiercając się w niego niepewnym spojrzeniem.
Młodzieniec wyprostował się i pchnął ją na materac, kładąc do snu. Sam zdjął obuwie, ustawił obok tego jej, po czym wgramolił się na łóżko, przy okazji starając się okryć ich kocem. Było wąsko, ale zdecydowanie wolał ją mieć przy sobie, jak najbliżej. Ciasnota mu nie przeszkadzała, kiedy pozwalała Aithne się uspokoić.
Dziewczyna objęła go i od razu mocno się wtuliła, układając głowę na jego torsie. Errian przytulił ją, jeszcze ukradkiem próbując się wygodniej ułożyć. Ostatecznie ucałował czubek jej głowy i przytulił policzek do rudych, miękkich włosów.
Słyszał jej równy oddech, czuł ciepło ciała, chyba nawet bijące miarowo w piersi serce. Przymknął oczy, rozkoszując się ciszą i spokojem; żałował, że mieli takich chwil naprawdę mało.
– Zastanawiam się… – zaczął po pewnym czasie, przechylając głowę, by widzieć jej spokojną, ładnie uśmiechniętą twarz.
– Hm? – mruknęła, nie otwierając jednak oczu.
– Czemu używasz do ukrywania skrzydeł tylko swojej spinki? – spytał, bawiąc się kosmykami jej włosów.
– A jak to sobie inaczej wyobrażasz? – odparła z rozbawieniem, układając wygodniej na nim głowę.
– Uczono mnie trochę o magii Przeklętych – zaczął powoli, odchylając głowę i patrząc w sufit. – Niezbyt wnikliwie, same podstawy, by móc się przed wami bronić w razie czego. Chyba wszyscy z waszej rasy posiadają ludzką oraz naturalną formę, do używania obu potrzebujecie natomiast tylko siły woli – wyjaśnił spokojnie, wzruszając wolnym od słodkiego ciężaru ramieniem.
Aithne zerwała się niespodziewanie, siadając, i pochyliła się nad nim z szeroko otwartymi oczami, jakby powiedział coś szokującego. W jej wzroku uchwycił blask nieopisanego szczęścia.
Uniósł brew, zastanawiając się, o co może chodzić.
– Uczyłeś się?! – zawołała z niedowierzaniem i uśmiechnęła się szeroko, właściwie radośnie. – O upadłych też? – dodała napastliwie, zaciskając dłonie na jego koszuli.
– Też – przytaknął niepewnie, przypatrując się jej uważnie. – Do czego zmierzasz? – spytał ostrożnie, uśmiechając się z pewnym niedowierzaniem.
– I co o nas wiesz? – dociekała niecierpliwie, była tak podekscytowana, że Errianowi przez chwilę zdawało się, iż zacznie po nim skakać.
Uśmiechnął się nieco krzywo, jednocześnie z rozbawieniem oraz niedowierzaniem, po czym delikatnie ujął jej dłonie w swoje i odsunął, podnosząc się z materaca. Z wyczuciem zmusił dziewczynę, by znowu się położyła, i dopiero wtedy westchnął, kręcąc głową. Nie zajmował jednak miejsca z powrotem obok, przypatrując się jej z góry.
– Na pewno nic więcej ponad to, co ty wiesz – zauważył rozsądnie, przymrużając oczy; przypatrując się jej, nie mógł powstrzymać rozczulonego uśmiechu, kiedy widział roziskrzone oczy, słyszał przyspieszony z radości oddech, dostrzegał kwitnące na policzkach rumieńce.
Potrafiła być tak zwyczajną, normalną dziewczyną, że nie sposób było odgadnąć, co też się jej w życiu przytrafiło. Zmarszczył lekko czoło, nieco zmartwiony świadomością, że taka bywała tylko przy kilku osobach. Nie rozumiał, przed czym się w ten sposób broniła – to nie było dobre rozwiązanie, ukrywanie samej siebie przez tyle lat musiało męczyć.
– Ale ja nie wiem nic! – żachnęła się wtedy i znowu się podniosła, przysuwając swoją twarz do jego tak niespodziewanie, że młody mag przez chwilę się bał, iż znów dostanie od niej w zęby.
Odchylił lekko głowę, odetchnął z ulgą, gdy nie został uszkodzony, po czym uniósł brew, przypatrując się jej bez zrozumienia.
Cisza przedłużyła się, Aithne nadal wpatrywała się w niego roziskrzonymi, pełnymi euforii oczami, on natomiast pogrążał się coraz bardziej w sceptycyzmie. Może stroiła sobie z niego żarty?
– Nie rozumiem – stwierdził wreszcie, bardzo nie chcąc brzmieć aż tak bezradnie, ale zupełnie mu nie wyszło.
Aithne westchnęła, co wypadło tak, jakby wzdychała nad bardzo opornym oraz wymagającym uczniem. Wygramoliła się spod koca, usiadła ze skrzyżowanymi nogami i popatrzyła na Erriana bardzo poważnie, pochylając lekko głowę, przez co pogłębiła ciemny odcień swoich oczu.
– Niewiele pamiętam z dzieciństwa. Byłam bardzo mała, kiedy straciłam rodziców, a tylko oni mogli mnie nauczyć wszystkiego. Ledwie dotarłam wtedy do etapu, gdy długowieczność zaczynała wydłużać rozwój organizmu – wyjaśniła niesamowicie spokojnie, zupełnie jak nie ona. – Wiem jedynie trochę o Ashar’carrem, o samej sobie właściwie nic.
– To jak ty funkcjonowałaś? – wyrwało się mu, nim zdołał ugryźć się w język; powszechnie wiadomym było, że Przeklęci to dość porywcze, gwałtowne oraz groźne istoty, które jednak są w stanie nad sobą panować, jeśli znają swoje mocne oraz słabe strony.
Zatem jakim cudem Aithne nie zniszczyła połowy Lostaru i samej siebie?
– Instynkt – rzuciła niedbale i wzruszyła ramionami. – Bazowałam też na tym, co usłyszałam, ale to nigdy nie było wiarygodne. Skrzydła ukryć pomógł mi wtedy Darren – dodała, wskazując palcem torbę, do której Errian schował spinkę.
Młody mag westchnął głęboko, wpatrując się w Aithne z niedowierzaniem. Wreszcie pokręcił głową, przeciągnął dłonią po twarzy i spróbował zebrać myśli.
Pomysł, że upadła nie ma najmniejszego pojęcia o własnej rasie zdecydowanie go przerósł, ale postanowił stanąć na wysokości zadania i jej pomóc. Musiał tylko odgrzebać z pamięci odpowiednie informacje; nie uważał zanadto na lekcjach o Przeklętych, nigdy nie przypuszczał, że z jakimkolwiek znajdzie się aż tak blisko.
– No więc – zaczął bardzo składnie oraz poprawnie, po czym urwał. – Przeklęci… to istoty stworzone na bazie organizmu ludzkiego, ale powstałe z magii – przeszedł do konkretów, sunąc spojrzeniem po pokoju i omijając twarz Aithne, na której pojawiło się dziecięce, urokliwe zafascynowanie. – Z tego też powodu czerpią z jej zasobów z dużo większą łatwością od ludzi, przewyższając ich pod tym względem bardzo znacząco. Istnieje także podział hierarchiczny na Przeklętych wyższej oraz niższej potęgi – dodał i niepewnie zerknął na dziewczynę.
Skinęła głową, podpierając brodę na splecionych dłoniach i uśmiechając się.
– Upadli należą do tej wyższej potęgi. Podobnie jak łowcy oraz demony. Tu podobno istnieje jeszcze osobna hierarchia, ale ludziom bliżej nieznana – stwierdził, wzruszając bezradnie ramionami. – Co do upadłych, wiem na pewno, że tak jak pozostali Przeklęci, mogą kontrolować swoją formę siłą woli. Tak więc jeśli poćwiczysz, spinka stanie się zbędna, będziesz funkcjonowała tak samo swobodnie, jak Sher – wyjaśnił bardziej obrazowo. – I jeszcze… Każdy z tych wyższych Przeklętych w jakiś sposób ludzi niszczy. Łowcy zabierają duszę, demony życie, upadli uczucia – zakończył wywód.
– Uczucia? – powtórzyła Aithne i wytrzeszczyła przerażona oczy.
Errian spojrzał na nią nieco skołowany, by zaraz zrozumieć, dlaczego tak się zaniepokoiła. Uniósł uspokajająco ręce, uśmiechając się.
– Upadli podobno mają limit. Całkiem możliwe, że go już wyczerpałaś – wyjaśnił, przypatrując się jej z uwagą.
Aithne pokiwała powoli głową, westchnęła, podciągnęła nogi pod brodę i objęła mocno kolana, zapatrując się w koc. Młody mag pozwolił zapaść ciszy, podczas której czekał, aż dziewczyna przetrawi uzyskane informacje.
– Pewnie nie wiesz, jak odbieramy te uczucia, prawda? – spytała wreszcie, unosząc na niego pełne desperackiej nadziei spojrzenie.
– Niestety – potwierdził jej obawy, zastanawiając się, czy było to tym, co chciała usłyszeć o samej sobie.
– To nic – mruknęła, uśmiechając się nieco blado, jakby próbowała nie pokazać, że liczyła na więcej.
– Kiedy wjedziemy do większego miasta, mogę się rozejrzeć za odpowiednimi książkami – zaproponował, wyciągając do niej rękę i głaszcząc ją po policzku. – Tymczasem możesz skupić się na nauce ukrywania prawdziwej formy – zauważył.
Pokiwała głową, ale nim zdążyła znów popaść w ponurą zadumę, objął ją i kolejny raz tego wieczoru ułożył na materacu. Chciała się, oczywiście, podnieść, jednak uniemożliwił jej to, układając ręce po bokach głowy oraz pochylając się nad nią. Porzuciła zamiary oponowania, zapatrując się w niego wyczekująco.
– Teraz idziesz ze mną spać – oznajmił, gdyby miała co do tego wątpliwości. – Żadnego marudzenia i psioczenia, bo się zdenerwuję – dodał, zachowując powagę, by zabrzmieć odpowiednio groźnie.
Przytaknęła potulnie, co uznał za dobry znak. Dlatego zszedł znad niej i położył się obok, na co Aithne od razu się do niego przytuliła. Odetchnął z ulgą, objął ją mocno, jakby dla pewności, że nie spróbuje uciekać, i przymknął oczy.
Szybko zaciążyła mu w ramionach i dopiero wtedy sam pomyślał o śnie, uśmiechając się lekko pod nosem. Miał tylko nadzieję, że nie nawiedzą jej żadne koszmary.

Gniada zwolniła posłusznie, kiedy jej jeździec ściągnął lekko wodze. Sheridan rozejrzał się dokoła, marszcząc czoło, wreszcie zatrzymał klacz; wierzchowiec nie śmiał naprzeć na wędzidło, grzecznie znieruchomiał, zwracając uszy do łowcy.
Kilka kolejnych chwil trwało, nim jakkolwiek się poruszył – poluźnił rzemienie, na co koń od razu wyciągnął do przodu łeb, przeżuwając wędzidło.
– To powinien być dobry punkt – uzasadnił swoje zachowanie, wyjmując nogi ze strzemion i zeskakując sprawnie na ziemię.
Raz jeszcze przyjrzał się okolicy; martwy spokój wioski działał na niego dziwnie kojąco, zupełnie jakby podobały mu się takie opuszczone miejsca. W istocie zwyczajnie poczuł się swobodnie bez podejrzliwych albo nachalnych ludzi.
Skinął do samego siebie głową i zmierzył spojrzeniem wybrany budynek. Tak, nada się. Mniej lub bardziej, ciekawe, jak wygląda w środku.
– No to co, śliczna – mruknął do klaczy, sięgając do jej szyi – trzeba ci znaleźć jakiś kąt – dokończył myśl, wypatrując czegoś zadaszonego.
Stodoła odpadała, za duże niebezpieczeństwo, że ni stąd, ni zowąd się zawali, zresztą mogło się stać mnóstwo innych dziwnych rzeczy. Westchnął zirytowany, ostatecznie postanawiając, że najpierw ściągnie z Gniadej siodło.
Zabrał się do pracy, czule poszturchiwany przez klaczkę, jednak nie zwracał na to uwagi, wiedząc, że wierzchowiec ma prawo domagać się zainteresowania. Zdarzało się mu ją poniekąd zaniedbywać, a mimo to była gotowa pójść za nim w ogień. Potrafił docenić, wbrew pozorom.
– Jakieś propozycje? – spytał, opierając tylni łęk siodła na biodrze i przenosząc wzrok na Anabde, podczas gdy Gniada ustawiła się tuż za nim, niczym jego cień, cichutka i potulna.
To miejsce było pełne śmierci. Śmierci tragicznej i masowej, przez co niespokojnej i żądającej zemsty. Nie było to nawiedzone miasto, nie tak, jak nawiedzony był Perrian. Tutaj Anabde wyczuwała dusze jakby poprzez mgłę – od czasu do czasu pojawiały się i znikały, nie dając nawiązać ze sobą kontaktu.
Była pewna, że gdyby wykonała odpowiedni rytuał i przebudziła duchy, ujrzałaby obraz żyjącego dniem codziennym, jak przed tragedią, miasteczka. Nie chciała jednak marnować energii na nic nie wnoszące eksperymenty.
– Zawsze mogę kogoś zapytać – rzuciła od niechcenia, wreszcie obdarzając łowcę zainteresowaniem.
Spojrzała na niego krótko, potem skinęła głową i wypuściła nogi ze strzemion, zeskakując z siodła. Chwyciła wodze Lantano i nawet na niego nie spojrzała, a siwek tylko zwiesił potulnie łeb, wpatrując się w panią ze smutkiem.
Odbyli małą sprzeczkę po rozdzieleniu się na grupy. Anabde i Lantano. Ogier miał ochotę na Gniadą i nie zważał na sprzeciw swojej pani, przynajmniej do chwili, gdy ruda przekazała mu, co o tym myśli. Nawet nie to, że dostał solidne lanie; nie lubił irytować swojej pańci i czuł się bardzo źle, ukarany.
Anabde zacisnęła usta, po raz kolejny rozglądając się po okolicy. Po drodze mijali niewielką stajnię, a przynajmniej to, co z niej zostało; nie sądziła, by w tak małej miejscowości były dwie, więc na profesjonalne lokum dla koni nie mieli co liczyć.
Większość budynków była albo zawalona, albo sprawiała wrażenie niestabilnych, albo kompletnie nie nadawała się dla wierzchowców; wreszcie nekromantka westchnęła ciężko, skupiając wzrok na parterowym domostwie nieopodal.
– Kuźnia? – zaproponowała, bo nic lepszego jej nie wpadło do głowy.
Sheridan przytaknął bez słowa i ruszył w tamtą stronę, Gniada natomiast podreptała za nim, nastawiając uszy.
Choć cały skromny kompleks nie znajdował się daleko, łowca już zdążył się zirytować, bo jedno ze strzemion raczyło opaść i uderzyć go w kolano. Nie żeby bolało długo – ale sam fakt wystarczył, by się facet zeźlił. Gniada spuściła łeb, zmartwiona tym dość dyskretnym powarkiwaniem.
Stanął przed drzwiami kuźni, otworzył je i zajrzał do środka. Ciemno jak w dupie, jakżeby inaczej. Jak pozbyli się wszystkich magów i wiedźm, którzy potrafili rzucić trochę światła w pomieszczeniu, to musieli trafić na taką dziurę, pewnie.
Warknął głośniej, ruchem ręki powstrzymał Gniadą od dalszego człapania jego śladem, i poszukał czegoś, na czym dałoby się powiesić siodło.
– Ujdzie – rzucił jeszcze do Anabde, na wypadek gdyby nekromantka zastanawiała się nad zdatnością budynku do użytku.
Udało się mu odszukać częściowo zniszczoną, ale działającą lampę olejną – zapalił ją, od czego zaraz zrobiło się trochę jaśniej. Mimo to Sheridan nie odzyskał dobrego humoru; straszny burdel.
Już nawet nie miał ochoty narzekać na to, że pomagają temu pojebańcowi i jego córeczce prosto z drzewa. Po tak długim czasie w towarzystwie tych osób do niektórych rzeczy trzeba było zwyczajnie przywyknąć, nawet jeśli kłóciły się z całym jego światopoglądem.
Ale do burdelu nie przywyknie nigdy, niemal od zawsze ma niejakie uczulenie na skrajny syf. Cholerne wspomnienia.
Prychnęła, bo jakiś gniady zad zastawiał jej wejście do kuźni; łowca mógłby parkować chabety gdzieś indziej, a nie na progu, generalnie. Lantano już postawił uszy i zarżał w formie podrywu; Anabde zdzieliła go otwartą dłonią w nos, a potem klepnęła Gniadą, by pogonić ją do wejścia do środka.
Przekroczywszy próg kuźni, Anabde skrzywiła się z niezadowoleniem. Od niechcenia zaczepiła wodze Lantano o wystający haczyk, wiedząc, że obrażony i świeżo ukarany koń będzie stał jak trusia, potem przeszła mniej więcej na środek pomieszczenia i zmarszczyła czoło.
Po chwili poszukiwań odnalazła spojrzeniem okno o niemalże czarnych od kurzu szybach; podeszła, otworzyła i odetchnęła głęboko, tak lepiej. Dopiero wtedy wrócił do niej podstawowy problem – gdzie przywiązać konie.
Pomieszczenie w większości zagracone było albo przedmiotami potrzebnymi kowalowi w pracy, albo jego dziełami, okazało się jednak, że przy jednej ze ścian, zaraz koło drzwi, pozostawiono całkiem duży, pusty obszar. Bardzo prawdopodobne, iż pomocnicy kowala właśnie tam sprawdzali jakość mieczy w niegroźnych pojedynkach.
Lampka nie dawała zbyt wiele światła, a w panującym półmroku trudno było ocenić miejsce; Anabde podeszła bliżej i przesunęła dłonią po ścianach w poszukiwaniu ewentualnych wystających gwoździ. Upewniła się, że na podłodze nie leży żaden ostry przedmiot, po czym kiwnęła głową sama do siebie.
Nawet było gdzie konie przywiązać – Anabde nie do końca rozumiała, po co w kuźni mosiężne kółka na ścianach, wiedziała za to, jak je wykorzystać. Wróciła po swojego niewdzięcznego rumaka, przeprowadziła go, uwiązała i zaczęła rozsiodływać, nadal pozostając chłodną i niedobrą pańcią. Lantano szturchnął ją przepraszająco nosem, ale nie podziałało.
– Ty idziesz po wodę – odezwała się w pewnej chwili i, gdy tylko odpięła popręg, uniosła spojrzenie na Sheridana.
Łowcy chwilę zajęło zrozumienie, że powiedziała to do niego, nie do swojego konia, na którego strzeliła popisowego focha. Ot, bardzo dobrze się mu złościło w ciszy własnego jestestwa, będąc spektakularnie ignorowanym. Teraz popatrzył na nekromantkę z uniesioną brwią i przerwał na moment pobieżne oporządzanie Gniadej, przypatrując się kobiecie.
Jeszcze czego, rozkazy mu będzie wydawać. To, że ten durny ogier ją wkurzył, nie znaczyło, że jak warknie też na Sheridana, to i on stanie potulny i skruszony, bo pańcia zła. Skrzywił się.
– Za chwilę – powiedział tylko dlatego, bo musiał się chociaż trochę sprzeciwić; wiedział, że koniec końców lepiej, żeby to on zrobił, ale takiego tonu to nie będzie słuchał.
Gniada rozejrzała się za czymś do jedzenia i zasmucona skapitulowała, zostając ze zwieszonym łbem. Najwyraźniej pocieszała się myślą, że łowca zaraz ją nakarmi – a i owszem, nie zapomniał o tym, ale był zajęty dalszym irytowaniem się na świat, dlatego musiała moment poczekać.
Anabde już nie odpowiedziała, może tylko mruknęła pod nosem „mhm”. Odwiesiła siodło na stojak niewiadomego przeznaczenia, potem pochłonęło ją przeszukiwanie tobołków; w którym schował się owies?
Gdy sobie przypomniała, odpięła właściwą sakwę i ruszyła w stronę siwka, by podarować mu kolację. Przesypała odpowiednią ilość ziaren do wcześniej przygotowanego worka, a ten położyła na ziemi w zasięgu nosa ogiera, podwijając brzegi, by owies nie wysypywał się podczas jedzenia. Później podeszła do Gniadej, jej również podsuwając posiłek; dobre serce miała kobieta, widzicie.
Poklepała kobyłę, potem wróciła do swojego niewdzięcznego ogiera, by skończyć oporządzanie. Przeczyściła go, sprawdziła, czy w kopytach nie było kamieni, oceniła stan podków; dość szybko poradziła sobie z obowiązkami, a gdy już skończyła, pogłaskała Lantano po łopatce.
Zabrała swoją torbę, jeszcze raz rozejrzała się po pomieszczeniu, upewniając się, że wszystko jest bezpieczne, potem zawiesiła wyczekujące spojrzenie na łowcy. Wbrew wszystkiemu uśmiechnęła się kącikiem ust.
– Zanim ty się wygrzebiesz, to ja zdążę pójść po wodę i wrócić – mruknęła z pewną dezaprobatą, zaraz ruszając po wcześniej wypatrzone w kącie kuźni wiadro.
Sheridan nie odpowiedział, oparł się o pałaszującą Gniadą i poczekał, aż Anabde pofatyguje się po wiadro i zawróci. Dopiero kiedy znalazła się dość blisko, że nie musiał za daleko maszerować, odebrał jej przedmiot i bez słowa skierował się do drzwi.
Anabde uniosła brew, gdy wiadro zostało jej bezczelnie odebrane, a po zniknięciu łowcy ledwie powstrzymała się od śmiechu. Uśmiechnęła się za to szeroko, trochę złośliwie, kręcąc niedowierzająco głową.
Studnię odnalazł dość sprawnie, ale się nie spieszył. Przyglądał się budynkom nieco obojętnym wzrokiem, uspokajając się w tej dziwnej, ponurej atmosferze. Nie czuło się tu zagrożenia jak w Perrianie – ot, smutek, śmierć, rozpacz. Przywykł do tych uczuć i z zaskoczeniem uzmysłowił sobie, że towarzyszyły mu dokładnie od zawsze, nawet zanim zaczął zabijać.
Zmrużył oczy, zatrzymując się u celu i odszukując linkę, by przywiązać wiadro. Chwilę mocował się z ustrojstwem – nigdy mu te wszystkie węzły nie wychodziły – aż wreszcie ostrożnie opuścił pojemnik.
Niedługo potem wyjmował pełne wody wiadro i stawiał na krawędzi studni. Zapatrzył się w falującą taflę, krzywiąc się mimowolnie, kiedy odbicia na powierzchni zaczęły kształtować w jego głowie zupełnie nieistniejące obrazy.
Nękał go dziwny niepokój, stopniowo narastał, i to było dziwne. Nie niepokoił się niczym od dawien dawna, prawdę mówiąc. A to wszystko nie miało nic wspólnego z ich obecną sytuacją czy opuszczoną wioską. To tkwiło głębiej, tak głęboko, gdzie nie chciał sięgać.
– Szlag – szepnął cicho, zwalczając ochotę zanurzenia głowy w tym wiadrze.
Woda była dla koni. Na utopienie się przyjdzie czas, kiedy je napoi, chociaż tyle na pożegnanie powinna otrzymać Gniada.
Otrząsnął się, zirytowany tymi głupimi myślami. Może za mało spał. Albo jadł. Albo cokolwiek. Warknął wściekły, przeczesał włosy palcami i zawrócił z ponurą miną, starając się niczego nie wylać.
Coś było nie tak. Niech już to zniknie.

19 komentarzy:

  1. Jeju. Piszesz niesamowicie i podziwiam Twoją wytrwałość w pisaniu, ja nigdy nie dotrwałam do dwucyfrowego rozdziału :3 Dopiero zaczynam czytać twoje dzieło, ale odezwę się jak tylko skończę. Serdecznie gratuluję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przepraszam za pomyłkę, dopiero teraz zajrzałam do zakładek. Wam gratuluję i podziwiam Waszą wytrwałość i Wasze dzieło:3

      Usuń
    2. Ależ nie gniewamy się za pomyłkę - mamy jeden mózg i w gruncie rzeczy czasami zachowujemy się niepokojąco podobnie xD Więc może się zdarzyć!
      Żeby uniknąć dezorientacji - 99.999% razy na tym koncie wypowiada się Natalia, czyli właśnie ja. Kasia jest informowana o wszystkim moją sową docierającą do ludu ^^

      Usuń
  2. Ai jest niewyedukowana o swojej rasie. Jak mogłaś jej to zrobić, babo? Chociaż co mnie to dziwi, jak nie macie skrupułów, by krzywdzić swoje postacie, hah xD

    A zachowanie Shera mnie bardzo zaintrygowało. Jestem ciekawa, co takiego sprawia, że łowca jest tak niezwykle zaniepokojony, bo to do niego jest niepodobne. Serio, serio.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Straciła rodziców, jak ledwie Przeklęte geny się ujawniały, nikt jej nie mógł opowiadać o tym, jak trzeba być dobrym upadłym aniołkiem :<< Zresztą w tym przypadku nie ona została skrzywdzona, tylko ci, którym nieświadomie zeżarła uczucia xDD

      Hihihi, to zapowiedź czegoś w przestrzeni czasu :3 Nie trzeba czekać długo, ale trochę poczekać trzeba, no xD

      Usuń
    2. Ciekawa jestem komu i jakie te uczucia zeżarła xD No, bo wiem, jak to jest z łowcami, co zaprezentował Sher. Z demonami łatwo się domyślić, ale z uczuciami... Tutaj mam spory problem. Że niby oni potem tacy bezosobowi bez uczuć? xD

      Och, naprawdę! xD jesteście straszne, jak tak knujecie... a przeczucia Shera jeszcze gorsze, brrr.

      Usuń
    3. To będzie dobrze widać w drugim tomie. Bo tam będzie upadły, który nie dotarł do limitu xD
      Wiesz, one mogą zjadać konkretne uczucie, jak panują nad swoją naturą. A jak są podłe, to wszystkie xD Wtedy tak, zostaje taki... Wyciszony? xD

      Mały tip - Sher to generalnie egoista. Może to pomoże w zgadywaniu, jakie on może mieć przeczucia xD

      Usuń
    4. Oh! No to... chciałam powiedzieć, że czekam z niecierpliwością, ale uznałam, że sobie jeszcze poczekam, jak tutaj jeszcze tyle do ogarnięcia z pierwszym tomem, więc zadowolę się na razie tą krótką informacją xD A już porównanie do Wyciszonych bardzo mi pomogło, muszę przyznać, hah!

      Pewnie stanie się coś złego dla jego osoby, bo to w końcu egoista xD

      Usuń
    5. Niestety, upadłe anioły obmyśliłyśmy najpóźniej ze wszystkiego i takie skutki xD Ale cieszę się, że mogłam pomóc ^^

      ... Well, true story xD

      Usuń
  3. O, dzieje się coś o czym nie mam pojęcia! *tańczy pogo z radości* Nie mam pojęcia, dlaczego to Erriana naszły dziwne skojarzenia, a nie Aithne (bo bardzo mocno podejrzewam, że tu chodzi o tą organizację, bandyci mają z nią coś wspólnego, a ten wampiór co to ma się pojawić w opowiadaniu kiedyśtam będzie miał jakiś wpływ na fabułę, bo wie, gdzie jest miasto Przeklętych). Sher ma kiepskie przeczucia, Errian ma dziwny...? Instynktoprzeczuciowspomnieniatowymieniator gdzieś w którejś półkuli mózgowej? XD Albo za długo czytał utopijne romanse i wszędzie widzi jakiś opisany w książce dom, w której zamieszkała dana para (Ania z Zielonego Wzgórza? XD) XD
    Tak, zgrywam się XD Mam dzisiaj głupawkę i przekraczam normy "XD" na jeden komentarz.
    Wolę zaznaczać, że żarty, bo wyjdzie nieskładnie jak zwykle XD
    I pytanie: wyjaśni się kiedyś skąd i dlaczego Aithne ma tatuaż? ^^

    Znowu mi się nie chcę tych dwóch niebłędów wypisać ._. I tak ich tutaj nie widziałam.

    ... chociaż Errian ma zapewne jakieś anormalne połączenie z Aithne - w końcu przez to ją wskrzesili, no nie?

    OdpowiedzUsuń
  4. "I tak ich tutaj nie widziałam" - w sensie w tym rozdziale ._. *extreme chaotic facepalm*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w ramach wesołego dnia wesołej grafomanii wesoło dodam, że macie uraz do kobiecych kręconych włosów XD

      Usuń
    2. Silthe jedyny, co tu się dzieje xDD Już ogarniam xDD

      Eee... interpretacje Erriana poszły TROCHĘ za daleko xDD
      Otóż Erriana naszło dlatego, że on historię zna z opowieści, strasznie się nakręcił, szuka informacji o organizacji, takie pierdoły. Aithne WIE, gdzie siedziba była, WIE, że to nie tu - tylko okolica jej się nie podoba. A Errian zobaczył obraz pasujący do swoich wyobrażeń z opowieści i dostał, ten rozsądny chłopak, pierdolca xDD

      Co do wampira - owszem, będzie miał wpływ na fabułę, ale niekoniecznie związany z organizacją, calm your tits, woman xDD

      Sher ma bardzo dobre przeczucia. Niestety :3

      Mam wrażenie, że w jej opisie wyjaśniałam. ... Albo nie? Ale good point, wspomnę o tym w dobrym momencie, znajdzie się takich parę ^^

      Nieee, nie dzięki Errianowi ją oddedli xD Dzięki Ashar'carremu, on tam tylko śpiewał xDD

      Nie no, lajtowo, żarty ja czuję, naprawdę. Nie jestem aż tak strasznym człowiekiem xDD

      ... Ty faktycznie, jak się tak zastanowiłam... mają proste bądź falowane O_o What the hell, really. W ogóle nie zwróciłam na to uwagi.

      Zrobię którejś trwałą :3

      Usuń
    3. Mnie się nie da przecież XD

      A widzisz, idą TROCHĘ za daleko, bo nic nie wiem! XD *znowu tańczy pogo*

      Nie no, z organizacją aż tak go nie wiązałam, tylko że oni podobno chcą się dostać do tego miasta, no nie? XD A właściwie czyj wampiór, Kasi, czy twój? XD

      "Jedną z charakterystycznych cech jej wyglądu jest dziwny tatuaż. Po lewej stronie szyi, w zagłębieniu między nią a ramieniem, widnieje główka kwiatu róży o czarnych płatkach skąpanych krwią. Łodyga, bardzo kręta i rozległa, najeżona kolcami i drobnymi listkami, wraz z pozostałymi drobnymi kwiatkami, ciągnie się na całych jej plecach, niektóre łodyżki zakręcają na jej boki. Tatuaż kończy się na wysokości lędźwi." Tyle wiem XD

      "On tam tylko śpiewał" skojarzyło mi się z "ale ja tam tylko siedziałem i popcorn jadłem, nie wiem dlaczego ta mikrofala pierdolnęła" xD

      Ale ja jestem ciężkostrawna, od czasu do czasu rozbiję na czynniki pierwsze, no bo w końcu trollhejtę ze mnie (nie wiem co to ma do tego, ale i tak wypominam xDD).

      Oni tam mają trwałą? XD Już prędzej podejrzewałabym ciebie i Kaśkę o przeszczepienie którejś skalpu, no bo wy złe kobiety jesteście i lubicie waszym bohaterom złe rzeczy robić XD

      Usuń
    4. Wampir jest Kasi xD Znaczy, do tego Przeklętych? Na razie nic mi nie wiadomo, żeby się do Elensar pchali xD Natomiast pchają się do Bryluen lada moment (SPOILER xD)

      Mam nieodparte wrażenie, że komuś wyjaśniałam symbolikę tatuażu... ale możliwe, że to mojemu mózgowi ją wyjaśniałam, shit xDD Nie ma sprawy, jeszcze będzie miejsce, żeby o tym wspomnieć :3

      ... Ale na szczęście tym razem mikrofala nie pierdolnęła xDD

      ... NIE SKOMENTUJĘ xD

      Wiesz, to, że ja zrobię trwałą, to nie znaczy, że w historii zostanie to wykonane bezboleśnie :3
      W wolnym tłumaczeniu - zobaczymy, jak to będzie xD Ale generalnie good point xD

      Usuń
    5. To jak, nowy rozdział?

      Usuń
    6. Co jest, jakieś targi urządzasz, czy co? xDD

      Usuń
    7. No baa XD
      Zacytuję brata: "Oddam duszę za papier życia".
      Muszę oddawać duszę za nowy rozdział? XD

      Usuń
    8. Dobra, dobra, DOBRA, no rany xD

      Usuń