– Gdzieś tu
chyba wystarczy, prawda? – mruknął Errian, ściągając wodze Korala, by ogier
trochę zwolnił.
Otaczały ich
już tylko opuszczone, pogrążone w półmroku budynki, uliczki zdawały się wić jak
niebezpieczny labirynt; zapadająca stopniowo noc nadawała miejscu wrażenie
nawiedzonego.
Młody mag
odetchnął chłodniejszym, bardziej rześkim powietrzem i na chwilę odchylił
głowę, spoglądając w rozciągające się ponad nim niebo – pierwsze gwiazdy już na
nim migotały, starając się osrebrzyć ciemność.
Przeniósł wzrok
na towarzyszącą mu dziewczynę, czekając cierpliwie na odpowiedź. Zatrzymała się
z klaczą kawałek przed nim, widział jedynie zgarbione plecy.
Faryale
machnęła ogonem, w ciszy rozległo się jej parsknięcie; po chwili obróciła łeb
do milczącego Erriana i zajrzała mu w oczy, jakby to ona zamierzała zareagować
na pytanie. Jedno jej ucho zwróciło się do skulonej Aithne.
– Mhm –
wymamrotała wreszcie upadła, nie przenosząc na młodzieńca spojrzenia,
najwyraźniej woląc skupić się na czymś przed sobą.
Errian westchnął,
kładąc wodze na kłębie Korala i wyrzucając nogi ze strzemion. Powstrzymał się
od zerknięcia na dziewczynę, opierając się rękoma na przednim łęku siodła i
unosząc się nad siedziskiem lekko.
– Mogę
sprawdzić najbliższe budynki, pewnie nie każdy nadaje się na nocleg –
zaofiarował się spokojnie, unosząc jednak spojrzenie na Aithne. – Zajmiesz się
przez ten czas końmi? – spytał, przerzucając nogę nad zadem Korala i zeskakując
na ziemię z cichym chrzęstem miażdżonego przez buty żwiru.
– Mhm.
Errian
zmarszczył czoło, wahając się z ruszeniem w swoją stronę. Wreszcie pokręcił
głową, poklepał Korala po szyi i przykazał mu półgłosem bycie grzecznym. Ogier
nigdy nie robił większych problemów, a w towarzystwie Faryale zawsze stawał się
potulny, dlatego młody mag niespecjalnie się martwił tym, czy wierzchowiec go
posłucha.
Raz jeszcze
tylko spojrzał na nadal siedzącą na swojej klaczy Aithne, po czym odwrócił się
i ruszył w najbliższą uliczkę prowadzącą do wyglądającej na prawie nienaruszoną
kamienicy.
Upadła
poczekała, aż odgłos jego kroków wystarczająco ucichnie w nocnym powietrzu,
dopiero wtedy odetchnęła ostrożnie, kuląc się tak, że prawie dotknęła czołem
kłębu Faryale. Klacz zastrzygła uszami, milcząc.
– Pewnie –
odezwała się drżącym głosem Aithne, powoli zsuwając się z grzbietu
przyjaciółki, kurczowo trzymając się siodła, jakby się bała, że ledwie dotknie
ziemi, upadnie.
Stanęła w
miarę pewnie i dopiero wtedy odsunęła się od siwej, przełykając ślinę.
Zatrzymała się pomiędzy dwoma końmi, otwierając szeroko oczy i rozglądając się
dokoła w milczącym, szczerym przerażeniu. Powoli zadarła głowę, by móc spojrzeć
w niebo; od dawien dawna wydawało się jej, że nocą jest to najjaśniejszy punkt
na świecie.
– W końcu
wcale nie jest tu strasznie – szepnęła, zamykając na moment oczy, trochę jakby
szukała w sobie siły.
Potem chwyciła
wodze Korala i Faryale, odwróciła się sztywno i ruszyła w uliczki opuszczonego
miasteczka, starannie omijając wzrokiem ponure kamieniczki oraz wszelkie
większe budynki, zupełnie jakby czaiła się tam na nią śmierć.
– Szlag.
Zatrzymał się
na szczycie gruzów, niezadowolonym spojrzeniem oceniając zawalony sufit w
salonie. Wcześniej próbował sprawdzić piętro, ale natknął się tylko na do
połowy połamane schody, które wisiały nad posadzką nadzwyczaj ponuro. Wycofał
się ze swojego pomysłu, uznając, że na kanapie też można się zdrzemnąć albo w
fotelu, jednak odkrył, że z pokoju niewiele zostało. Kamieniczka najwyraźniej
nie zniosła presji – lub też ktoś obszedł się z nią bardzo niedelikatnie.
Errian,
powstrzymując kolejne cisnące się na usta przekleństwa, zawrócił i skierował
się z powrotem do wyjścia. Nim jednak opuścił budynek, raz jeszcze zbliżył się
do schodów z dziwną potrzebą odkrycia zagadki ich zawalenia.
Podszedł do
ostatniego istniejącego stopnia, który wisiał około dwudziestu centymetrów nad
jego głową, i sięgnął do połamanego drewna, przesuwając po nim opuszkami.
Skrzywił się, kiedy wbiło się w nie kilka drzazg, ale nie cofnął ręki,
marszcząc zaraz w zamyśleniu czoło.
Powoli
przysunął dłoń do twarzy i roztarł zebrany na palcach pył, dopiero po chwili –
chyba bardziej po mdłym, charakterystycznie duszącym zapachu – orientując się,
że była to sadza. Skinął do samego siebie głową i zawrócił, przekraczając próg
budynku grożącego zawaleniem.
Chwilę spędził
na wyciąganiu drzazg z opuszków, pomagając sobie tylko słabo świecącym światłem
gwiazd oraz wschodzącego powoli księżyca. Zajęcie wyjątkowo go zirytowało, bo
usunięcie kawałków drewna wymagało wiele precyzji oraz wysiłku, wbrew pozorom,
a nie chciał pomagać sobie magią, by nie naruszyć wewnętrznej struktury
bariery, którą postawiła Ariene.
Właśnie był w
trakcie pokonywania ostatniej drzazgi, gdy jego ciałem wstrząsnął krótki, ale
intensywny impuls prądu. Drgnął, wbił sobie drewno głębiej w palec i zaklął paskudnie,
szybko orientując się, co też to było.
Ktoś sprawdzał
połączenie – po sposobie wysłania magii poznał Ariene. Postanowił jednak nie
reagować, uznając, że podła wiedźma zwyczajnie martwi się o powodzenie
magicznej pułapki. Uporał się z drzazgą, rozprostował palce i ruszył dalej na
poszukiwania miejsca na nocleg.
Wyszedł z
ulicy, gdzie znajdowała się kamieniczka, i skierował się do kolejnego budynku,
który stał trochę na uboczu. Tu przestrzeń była mniej zabudowana, nieco jakby
nikt nie chciał mieszkać za blisko ludzi żyjących w tych murach, zdawało się,
że łatwiej nawet oddychać.
Errian jednak
po kilku następnych krokach zwolnił, aż wreszcie się zatrzymał, zapatrując się
w widok niemalże zszokowany. Spróbował uporządkować nagle rozszalałe myśli, by wyciągnąć
z nich jedno kluczowe skojarzenie, którego mu brakowało, by zebrać obraz
układanki w całość.
Stary, duży budynek stał na granicy
opuszczonej dzielnicy niczym słup wyznaczający koniec zamieszkanej części
miasta.
Errian jeszcze
chwilę stał, wpatrując się we wznoszące się przed nim mury z przerażeniem
wymieszanym z niedowierzaniem. To nielogiczne, to nie tu. Mimo to ruszył tam
szybkim, nieco sztywnym krokiem, wstrzymując bezwiednie oddech.
Nie posiadał
zbyt dokładnego opisu, obraz w wyobraźni mógł się pokryć z każdym tego typu
budynkiem, a jednak miał wrażenie, jakby ziemia osuwała mu się spod nóg. Z
trudem powstrzymywał się od ruszenia biegiem, z największym wysiłkiem panując
nad swoim ciałem.
Dopadł do
wiszących na jednym zawiasie drzwi, oparł się na deskach dłońmi i przysunął do
nich twarz, otwierając szeroko oczy.
Nie docierały
do niego żadne racjonalne wyjaśnienia oraz zaprzeczenia podsuwane przez umysł,
gorączkowo szukał, zapominając już nawet o tak istotnych szczegółach, jak to,
że niczego na pewno nie wyryto na samym dole drzwi, tylko raczej na górze.
Przyjrzał się wszystkiemu niezwykle dokładnie.
W pustce wisiał miecz o najprostszym
możliwym wykonaniu, ostrzem do dołu, a wokół niego oplatała się kwitnąca róża.
Nie znalazł.
Odetchnął ostrożnie, odsunął się, by wtedy pomyśleć, że może drzwi wymieniono.
Już nawet nie wziął pod uwagę faktu, że budynek stał teoretycznie opuszczony;
najpierw spróbował przejście otworzyć, a kiedy się to nie udało, w nerwach
kopnął w deski z całej siły, wyłamując płytę z ostatniego zawiasu. Wszedł do
zakurzonego, ciemnego przedpokoju, otwierając szerzej oczy, żeby lepiej
widzieć.
Najpierw było
to małe pomieszczenie, po bokach dwa pokoje. Głębiej korytarz, schody na górę.
Przeszedł cały wiatrołap, by zatrzymać się przed litą ścianą. Zapatrzył się w
nią bez zrozumienia, mrugając, dotknął jej niepewnie dłonią, jakby się
spodziewał, że ukryte przejście w głąb budynku kryje się pod tynkiem. Nie kryło
się.
Opuścił dłoń
bezwładnie wzdłuż ciała, oddychając przesadnie głęboko.
Nie tu.
– To nie tu –
powtórzył szeptem, zamykając oczy i odchylając głowę, by opanować natłok myśli.
Oszalał. Jak
nic, oszalał.
Zawrócił,
nagle mając wrażenie, że jego nogi są jak z ołowiu. Wyszedł z budynku, wracając
pomiędzy kamieniczki, nim jednak zagłębił się w uliczki, zatrzymał się na tej
niewidzialnej granicy oddzielającej samotny dom od pozostałych.
Raz jeszcze
się obejrzał, przyjrzał się obrazkowi, jaki się przed nim rozciągał, po czym
zmarszczył czoło. Czemu to miejsce w ogóle mu się skojarzyło z tą organizacją?
Pokręcił głową
i ruszył, by wreszcie odszukać dobry kąt na nocleg. Nie potrzebowali przecież
zbyt wiele, ale jednak wolał zadbać o to, żeby Aithne mogła się przespać na
czymś w miarę wygodnym. I gdzieś, gdzie nie będą ją nękały wspomnienia;
postanowił poszukać budynku bliżej głównej drogi biegnącej przez wioskę,
uznając, że może to wzmocnić poczucie bezpieczeństwa.
Zbliżył się do
pierwszego lepszego, który na pierwszy rzut oka się nadawał. Zatrzymał się na
progu, przyjrzał się drzwiom, skinął do samego siebie głową i chwycił za
klamkę. Nic. Ani drgnęły.
Uniósł brew i
szarpnął trochę mocniej, wiedząc, że drugi raz wyważenie mu się nie uda, a nie
posiadał dostatecznie dużo siły, by wygrać w bitwie o zluzowanie zamka. Dlatego
odetchnął, pochylił się nad mechanizmem i poważnie się zastanowił, dlaczego ten
nie chciał współpracować.
Przekrzywił
głowę, przymrużając oczy. Czyżby to… zablokowało się? Tak, chyba tak. Ktoś
musiał próbować przekręcić klucz, ale coś się popsuło.
Westchnął,
prostując się i zastanawiając, jak w takim razie dostać się do środka.
Najbliższy sąsiedni budynek miał zawalone wejście, wchodzenie przez okno nie
było zbytnio komfortowe. Jego wzrok padł na podłużne szybki wzdłuż drzwi,
przyjrzał się zakurzonemu szkłu i powoli uśmiechnął się z satysfakcją. Sprawnie
owinął dłoń kawałkiem bandażu, który nosił w kieszeni na wypadek nagłego, ale
drobnego wypadku, wybił szybę i sięgnął do klamki od tej strony.
Mocował się o
wiele krócej, zamek wreszcie kliknął i młody mag mógł wejść do budynku. Odwinął
rękę ze szmatki, odrzucił materiał na ziemię, bo już i tak był bezużyteczny, i
przekroczył próg.
Przeszedł do
pokoju najbardziej na lewo, odkrywając w nim dwa łóżka. Przekrzywił głowę,
trochę zaskoczony, ale szybko sobie przypomniał, że ten budynek miał tylko
parter. Uśmiechnął się, dość zadowolony z osiągnięć, i wycofał się z powrotem
na podwórze, zamierzając pójść po Aithne.
Zatrzymał się
na progu, pojmując pewną druzgoczącą okoliczność.
Gdzie on, na
Silthe, właściwie był w tym miasteczku? I gdzie zostawił upadłą?
– Szlag –
raczył podsumować.
Kiedy
dostrzegł skubiące podsunięty im owies konie, poczuł niesamowitą ulgę. Myślał
już, że nigdy ich nie znajdzie w tej wiosce, kręcił się między uliczkami jak
ostatni kretyn, zastanawiając się, czy ten budynek już mijał, czy tylko mu się
wydawało.
Noc zdążyła
zapaść na dobre, on odebrał jeszcze kilka impulsów od Ariene i naprawdę humor
mu się drastycznie popsuł. Dlatego też widok znajomych zwierząt trochę go
pokrzepił, nawet uśmiechnął się blado, czując ogarniające go niespodziewanie
zmęczenie.
Zbliżył się
parę kolejnych kroków, nagle odkrywając, że nie widzi w zasięgu wzroku upadłej.
Zmarszczył czoło, przypatrzył się jedzącym spokojnie zwierzętom, i zastanowił
się, czy przypadkiem nie poszła go szukać na własną rękę. Ta myśl go
zaniepokoiła, mimowolnie wstrzymał oddech, rozglądając się dokoła bardziej
nerwowo.
– Aithne? –
spytał niezbyt głośno, nie chcąc krzyczeć, ale na tyle wyraźnie, by dało się go
w najbliższej okolicy usłyszeć.
Wtedy też ktoś
zerwał się zza najbliższego kamienia.
Dziewczyna
stanęła na szerzej rozstawionych nogach, otworzyła szeroko oczy i zachłysnęła
się powietrzem, wpatrując się w niego w szoku. W pierwszej chwili Errian nie
zrozumiał, dlaczego jego przybycie tak nią wstrząsnęło, ale zaraz wszystko się
rozjaśniło, kiedy do niego podbiegła, przytulając się mocno i obejmując
kurczowo ramionami. Młody mag westchnął, przygarniając ją do siebie i opierając
policzek na rudych, potarganych włosach.
Musiała być
naprawdę przestraszona, kiedy tak czekała na niego w ciemnościach, w takiej
scenerii, walcząc ze wspomnieniami i poczuciem zagubienia. Mógł się pospieszyć
i nie bawić się w detektywa, tylko jak najszybciej do niej wracać.
– Znalazłem
coś, co się nadaje – stwierdził, nie odsuwając jej jeszcze od siebie, dając
trochę czasu, by nad sobą zapanowała. – O ile trafię tam z powrotem – dodał
ciszej, bardziej niezadowolony, marszcząc czoło.
Aithne uniosła
głowę i popatrzyła na niego z pewną poznawczą ciekawością, by nagle parsknąć
śmiechem. Errian obrzucił ją oburzonym spojrzeniem, niemile ugodzony tym, że
właśnie go bezczelnie wyśmiała. Co prawda zaraz z powrotem schowała twarz w
jego ramieniu, ale dalej słyszał ten chichot.
– Dzięki za
wsparcie – mruknął niezadowolony, spoglądając krzywo w niebo, żeby
zademonstrować swoją złość, chociaż i tak tego nie widziała.
– Bardzo
proszę – odparła podejrzanie radosna, nie puszczając go jeszcze dłuższą chwilę,
mimo że mag już się na nią obraził.
Wreszcie
jednak się odsunęła, zaraz patrząc uważnie w tonącą w ciemności ulicę, skąd
nadszedł Errian. Przeniosła na niego wyczekujący wzrok, unosząc lekko brew, by
nagle znowu parsknąć z rozbawieniem, ledwie chwilę się mu przyjrzała.
Tego było już
trochę dla zmęczonego maga za dużo.
– A teraz co
znowu? – prychnął, krzywiąc się wymownie, żeby nie myślała, że tak może sobie z
niego ciągle kpić, jak on się tak poświęca.
– Jesteś cały
brudny – wyjaśniła swobodnie i przetarła jego policzek dłonią, zupełnie jakby
było to coś normalnego. – Nie chcę wiedzieć, gdzie szukałeś tego miejsca na
nocleg – zastrzegła rozbawiona, uśmiechając się.
Errian
otworzył szerzej oczy, przypatrując się jej w zdumieniu. Chyba poczuła się
mniej pewnie pod naporem tego wzroku, niejako się zmieszała i chciała już
cofnąć dłoń, jednak młodzieniec chwycił ją w swoją, nie pozwalając na to tak od
razu.
Drugą ręką
sięgnął do jej twarzy; po szoku nie został żaden ślad, teraz uśmiechał się
dziwnie, jednocześnie ciepło i… jakoś inaczej. Uniósł Aithne brodę, jeszcze
chwilę pozwalając jej patrzeć na niego z pewnym przestrachem. Potem przyciągnął
ją do siebie, całując; nagle po prostu musiał to zrobić, potrzeba okazała się
silniejsza od rozsądku czy zmartwienia zgubionym noclegiem.
Zwłaszcza że
wcale się nie spłoszyła, wręcz przeciwnie.
Aż warknął
cicho, kiedy znowu otrzymał charakterystyczny magiczny impuls na nici
łączeniowej. Odsunął się od Aithne, oczy błysnęły mu złością, gdy z całą swoją
złośliwością wysyłał własny sygnał o charakterze o wiele bardziej dokuczliwym.
Jakże się
jednak zdziwił, gdy ten pomknął na łączu z Sheridanem, nie Ariene, którą
oskarżył odruchowo o kolejne dręczenie i męczenie.
– Aj –
mruknął, zaraz się kajając przed wyraźnie zdumionym przyjacielem; łowca nie
krył pewnej urazy potraktowaniem go nader brutalnie, dlatego Errian poczuł dodatkowe
wyrzuty sumienia.
Aithne uniosła
brew, przypatrując się młodemu magowi bez zrozumienia. Wreszcie doczekała się
odrobiny uwagi ze strony towarzysza, który uśmiechnął się do niej
przepraszająco. Upadła nie zmieniła wyrazu twarzy, dalej czekając na wyjaśnienia.
– Sprawdzali
połączenie magiczne. To niezbyt przyjemne – mruknął, wzruszając lekko
ramionami, po czym skinął głową w stronę, z której chwilę temu przyszedł. –
Szukamy noclegu? – zaproponował z pewnym zakłopotaniem, uznając, że musi
poćwiczyć swoją orientację w terenie, zdecydowanie.
Aithne
przytaknęła, uśmiechając się swobodniej, a kiedy Errian ruszył, dogoniła go
szybko. Po bardzo krótkim wahaniu chwyciła dłoń młodego maga, przysuwając się
do niego, by poczuć znajome ciepło; wraz z nim nadeszło kojące poczucie
bezpieczeństwa.
Chwilę
kluczyli wśród ciemnych uliczek, szukając budynku, na który zdecydował się
Errian. Aithne wyglądała na mocno wystraszoną; ukryła się pod ramieniem młodego
maga, objęła go i wtuliła twarz w koszulę, chowając się przed światem.
W ciszy ich
kroki odbijały się echem, sprawiając, że wszystko jeszcze bardziej wydawało się
ponure oraz groźne. Zupełnie jakby nikogo innego nie było w wiosce, jakby
zostali tu sami, chociaż doskonale wiedzieli, że w innych częściach miejscowości
odpoczywali ich przyjaciele.
Errian,
przytulając upadłą i rozglądając się za zagubionym budynkiem, uświadomił sobie,
że już dawno nie widział jej tak kruchej i delikatnej. I że chyba nigdy tak
otwarcie nie przyznała się, że go potrzebuje. Przez chwilę zastanawiał się,
trochę bez udziału własnej woli, czy będzie w stanie dać jej tyle, na ile
zasługuje.
– To tu –
stwierdził wtedy z pewnym zaskoczeniem, zatrzymując się obok odnalezionego
domu. – Nie było tak daleko – dodał zadowolony i przekrzywił głowę, by spojrzeć
na skuloną Aithne.
– Jestem z
ciebie dumna – mruknęła, niechętnie odsuwając się od niego i oceniając
spojrzeniem ich tymczasowe lokum.
Zadrżała.
– Nie lubię
takich budynków – szepnęła, marszcząc z pewnym przestrachem czoło, jakby
zniszczone domostwo mogło ją lada moment zaatakować.
Errian
delikatnie pogłaskał ją po policzku, zwracając na siebie uwagę; obróciła do
niego twarz, chcąc się dowiedzieć, o co chodzi, ale ostatecznie nie odezwała
się słowem. Młodzieniec pocałował ją w czoło, uśmiechnął się ciepło i znowu
objął, jakby doskonale wiedział, że jego dotyk działa na nią kojąco. Przymknęła
oczy, powoli zaczynając wierzyć w to, że naprawdę zdoła tu przenocować.
– Trzeba się
zbierać, robi się późno – zauważył, prowadząc ją do uchylonych drzwi; poczuł,
jak dziewczyna wczepia się w niego, szukając oparcia.
Nie wypuścił
jej z ramion aż do dotarcia do pokoju z łóżkami. Dopiero wtedy się odsunął, by
ogarnąć wnętrze pomieszczenia oraz przygotować je do spania.
Aithne stanęła
bezradna w progu, śledząc go spojrzeniem z pewną trudną do wyjaśnienia
nadzieją. Starał się za bardzo nie zwracać na to uwagi, chcąc, by odnalazła w
sobie własną siłę przeciw powracającym wspomnieniom. Cisza, która między nimi
zapadła, była dość ciężka, ale nie napięta. Z pewnością specyficzna.
– Ujdzie –
zawyrokował wreszcie, obracając się do Aithne z uśmiechem. – Masz swój koc? –
zainteresował się, podchodząc do niej.
Sięgnął do
wiszącej na jej ramieniu torby, ale zanim zajrzał do niej, upadła cofnęła się
pół kroku, przesuwając bagaż za plecy. Errian zastygł, przypatrując się jej
uważnie, nieco zaskoczony tym zachowaniem. Milczenie przedłużało się.
– Mogę spać z
tobą? – spytała wtedy cichuteńko, patrząc z niepokojem w podłogę, jakby coś
miało się zaraz stać, jakby ziemia miała się rozstąpić i ją pochłonąć.
Errian
przyjrzał się jej zdumiony, zaraz jednak znów się uśmiechnął. Naprawdę bawiło
go to, że ciągle o wszystko pytała, zamiast po prostu zachowywać się naturalnie
i swobodnie.
Przez chwilę
zamierzał jej na to zwrócić uwagę, ale ostatecznie zrezygnował – dziś miała już
dość stresu, nie powinien się dokładać. Kiedyś jej powie, tylko w mniej
ekstremalnych okolicznościach.
Teraz obejrzał
się przez ramię.
– Może być
trochę ciasno, najwyżej zepchniesz mnie na podłogę – zdecydował i położył swoją
torbę na w miarę stabilnie wyglądających deskach.
Kiedy sięgnął
po rzeczy Aithne, uchwycił jej zdruzgotane i lekko przerażone spojrzenie.
Uśmiechnął się, spokojnie wyjmując jej bagaż z rąk, jakby nie dostrzegł tego
oszołomienia.
– Żartowałem –
postanowił ją pocieszyć, odkładając torbę obok swojej. – Nie dam się tak łatwo
zrzucić – stwierdził, tym razem sięgając do jej nadgarstka i przyciągając do
siebie z wyczuciem.
Mruknęła coś
niewyraźnie pod nosem i oparła czoło o jego ramię, ukrywając twarz przed
światem. Errian przygarnął ją bliżej, wolną ręką wyjmując z bagażu swój koc, by
mieli się czym okryć.
Przez cały ten
czas nie odsunęła się od niego nawet o milimetr, jakby nie zauważyła, że był
czymś zajęty. Wreszcie młody mag uznał, że miejsce do spania jest już gotowe,
dlatego delikatnie ją od siebie oderwał.
– Chce ci się
już spać? – spytał, unosząc delikatnie jej brodę, by móc spojrzeć w te ciemne,
nadal nieco zaniepokojone oczy.
– Trochę –
odparła po krótkim milczeniu, marszcząc zabawnie nos; szybko uciekła wzrokiem w
bok, na podłogę, niewytłumaczalnie zawstydzona.
Errian
westchnął ciężko, przypatrując się jej z łagodnym blaskiem w oczach. Nie
ciągnął już tematu, z pewną troską podprowadzając ją do łóżka. Z wyczuciem
nacisnął na jej ramiona, zmuszając, by usiadła, a widząc, że próbuje oponować,
wykorzystał najlepszą broń przeciw upadłej całkowicie bez skrupułów.
Pochylił się
nad nią, ujmując jej twarz w dłonie, i przez chwilę patrzył jej intensywnie
prosto w oczy; najpierw się lekko napięła, ale potem, jakby niepewnie,
rozluźniła, przymrużając trochę nieobecnie powieki. Errian, uznając to za swój
triumf, już chciał się odsunąć z uśmiechem, ale wtedy sięgnęła do jego
policzka.
Zamarł
zaskoczony, podczas gdy jej palce przesuwały się po jego skórze z nadzwyczajną
delikatnością. Nie powstrzymał się, pocałował ją nieco żarliwiej niż zamierzał,
na chwilę zapominając o planach położenia spać. Oplotła go ramionami w szyi,
przytrzymując przy sobie, poczuł, że się wyprostowała, by znaleźć się bliżej,
dlatego przesunął ręką po jej plecach, przyciskając do siebie.
Nadal jednak
czuł w niej dziwną desperację, jakby szukała spokoju, swojego miejsca, mając
nadzieję, że kryje się to w nim. Nie chciał, by tak to wyglądało, już na co
dzień czaiło się w niej dużo niepewności, zatem co działoby się teraz? Nie
odrzucał jej, tylko pomagał znaleźć bezpieczeństwo, które ją opuściło wśród
zniszczonych budynków.
Dlatego kiedy
się odsunął, nadal się uśmiechał. Przeczesał palcami jej włosy, spoglądając
prosto w ciemne, zaniepokojone oczy.
– W ten sposób
nie odpoczniesz – mruknął miękko, przesuwając dłonie na jej płaszcz, gdzie
miała przypiętą broszkę.
– Ja sobie… –
zaczęła zażenowana, starając się odsunąć jego ręce od siebie, jednak znajdowała
się na z góry przegranej pozycji.
– Ale ja lubię
cię rozbierać – odparł swobodnie i uśmiechnął się nieco łobuzersko, z
zadowoleniem przypatrując się kwitnącym na jej policzkach rumieńcom; uwielbiał
ją zawstydzać, patrzył wtedy na zupełnie inną, ale całkowicie jego Aithne.
Odpiął delikatnie
spinkę, a za plecami dziewczyny pojawiły się czarne skrzydła. Chowając
biżuterię do torby, od niechcenia przeczesał palcami ciemne pióra. Dobrodusznie
udał, że nie dostrzegł dreszczu, który wstrząsnął jej ciałem, po czym ukląkł
przed nią i z godną podziwu cierpliwością – Aithne naprawdę miała niezwykły
talent do sznurowania czegokolwiek – zabrał się do rozsupływania jej butów.
Upadła chciała zabrać nogę, ale przytrzymał ją z wyczuciem, ignorując panikę.
– Errian –
szepnęła cichutko, wwiercając się w niego niepewnym spojrzeniem.
Młodzieniec
wyprostował się i pchnął ją na materac, kładąc do snu. Sam zdjął obuwie,
ustawił obok tego jej, po czym wgramolił się na łóżko, przy okazji starając się
okryć ich kocem. Było wąsko, ale zdecydowanie wolał ją mieć przy sobie, jak
najbliżej. Ciasnota mu nie przeszkadzała, kiedy pozwalała Aithne się uspokoić.
Dziewczyna
objęła go i od razu mocno się wtuliła, układając głowę na jego torsie. Errian
przytulił ją, jeszcze ukradkiem próbując się wygodniej ułożyć. Ostatecznie ucałował
czubek jej głowy i przytulił policzek do rudych, miękkich włosów.
Słyszał jej
równy oddech, czuł ciepło ciała, chyba nawet bijące miarowo w piersi serce.
Przymknął oczy, rozkoszując się ciszą i spokojem; żałował, że mieli takich
chwil naprawdę mało.
– Zastanawiam
się… – zaczął po pewnym czasie, przechylając głowę, by widzieć jej spokojną,
ładnie uśmiechniętą twarz.
– Hm? –
mruknęła, nie otwierając jednak oczu.
– Czemu
używasz do ukrywania skrzydeł tylko swojej spinki? – spytał, bawiąc się
kosmykami jej włosów.
– A jak to
sobie inaczej wyobrażasz? – odparła z rozbawieniem, układając wygodniej na nim
głowę.
– Uczono mnie
trochę o magii Przeklętych – zaczął powoli, odchylając głowę i patrząc w sufit.
– Niezbyt wnikliwie, same podstawy, by móc się przed wami bronić w razie czego.
Chyba wszyscy z waszej rasy posiadają ludzką oraz naturalną formę, do używania
obu potrzebujecie natomiast tylko siły woli – wyjaśnił spokojnie, wzruszając
wolnym od słodkiego ciężaru ramieniem.
Aithne zerwała
się niespodziewanie, siadając, i pochyliła się nad nim z szeroko otwartymi
oczami, jakby powiedział coś szokującego. W jej wzroku uchwycił blask
nieopisanego szczęścia.
Uniósł brew,
zastanawiając się, o co może chodzić.
– Uczyłeś
się?! – zawołała z niedowierzaniem i uśmiechnęła się szeroko, właściwie
radośnie. – O upadłych też? – dodała napastliwie, zaciskając dłonie na jego
koszuli.
– Też –
przytaknął niepewnie, przypatrując się jej uważnie. – Do czego zmierzasz? –
spytał ostrożnie, uśmiechając się z pewnym niedowierzaniem.
– I co o nas
wiesz? – dociekała niecierpliwie, była tak podekscytowana, że Errianowi przez
chwilę zdawało się, iż zacznie po nim skakać.
Uśmiechnął się
nieco krzywo, jednocześnie z rozbawieniem oraz niedowierzaniem, po czym
delikatnie ujął jej dłonie w swoje i odsunął, podnosząc się z materaca. Z
wyczuciem zmusił dziewczynę, by znowu się położyła, i dopiero wtedy westchnął,
kręcąc głową. Nie zajmował jednak miejsca z powrotem obok, przypatrując się jej
z góry.
– Na pewno nic
więcej ponad to, co ty wiesz – zauważył rozsądnie, przymrużając oczy;
przypatrując się jej, nie mógł powstrzymać rozczulonego uśmiechu, kiedy widział
roziskrzone oczy, słyszał przyspieszony z radości oddech, dostrzegał kwitnące
na policzkach rumieńce.
Potrafiła być
tak zwyczajną, normalną dziewczyną, że nie sposób było odgadnąć, co też się jej
w życiu przytrafiło. Zmarszczył lekko czoło, nieco zmartwiony świadomością, że
taka bywała tylko przy kilku osobach. Nie rozumiał, przed czym się w ten sposób
broniła – to nie było dobre rozwiązanie, ukrywanie samej siebie przez tyle lat
musiało męczyć.
– Ale ja nie
wiem nic! – żachnęła się wtedy i znowu się podniosła, przysuwając swoją twarz
do jego tak niespodziewanie, że młody mag przez chwilę się bał, iż znów
dostanie od niej w zęby.
Odchylił lekko
głowę, odetchnął z ulgą, gdy nie został uszkodzony, po czym uniósł brew,
przypatrując się jej bez zrozumienia.
Cisza
przedłużyła się, Aithne nadal wpatrywała się w niego roziskrzonymi, pełnymi
euforii oczami, on natomiast pogrążał się coraz bardziej w sceptycyzmie. Może
stroiła sobie z niego żarty?
– Nie rozumiem
– stwierdził wreszcie, bardzo nie chcąc brzmieć aż tak bezradnie, ale zupełnie
mu nie wyszło.
Aithne
westchnęła, co wypadło tak, jakby wzdychała nad bardzo opornym oraz wymagającym
uczniem. Wygramoliła się spod koca, usiadła ze skrzyżowanymi nogami i
popatrzyła na Erriana bardzo poważnie, pochylając lekko głowę, przez co
pogłębiła ciemny odcień swoich oczu.
– Niewiele
pamiętam z dzieciństwa. Byłam bardzo mała, kiedy straciłam rodziców, a tylko
oni mogli mnie nauczyć wszystkiego. Ledwie dotarłam wtedy do etapu, gdy
długowieczność zaczynała wydłużać rozwój organizmu – wyjaśniła niesamowicie
spokojnie, zupełnie jak nie ona. – Wiem jedynie trochę o Ashar’carrem, o samej
sobie właściwie nic.
– To jak ty
funkcjonowałaś? – wyrwało się mu, nim zdołał ugryźć się w język; powszechnie
wiadomym było, że Przeklęci to dość porywcze, gwałtowne oraz groźne istoty,
które jednak są w stanie nad sobą panować, jeśli znają swoje mocne oraz słabe
strony.
Zatem jakim
cudem Aithne nie zniszczyła połowy Lostaru i samej siebie?
– Instynkt –
rzuciła niedbale i wzruszyła ramionami. – Bazowałam też na tym, co usłyszałam,
ale to nigdy nie było wiarygodne. Skrzydła ukryć pomógł mi wtedy Darren –
dodała, wskazując palcem torbę, do której Errian schował spinkę.
Młody mag
westchnął głęboko, wpatrując się w Aithne z niedowierzaniem. Wreszcie pokręcił
głową, przeciągnął dłonią po twarzy i spróbował zebrać myśli.
Pomysł, że
upadła nie ma najmniejszego pojęcia o własnej rasie zdecydowanie go przerósł,
ale postanowił stanąć na wysokości zadania i jej pomóc. Musiał tylko odgrzebać
z pamięci odpowiednie informacje; nie uważał zanadto na lekcjach o Przeklętych,
nigdy nie przypuszczał, że z jakimkolwiek znajdzie się aż tak blisko.
– No więc –
zaczął bardzo składnie oraz poprawnie, po czym urwał. – Przeklęci… to istoty
stworzone na bazie organizmu ludzkiego, ale powstałe z magii – przeszedł do
konkretów, sunąc spojrzeniem po pokoju i omijając twarz Aithne, na której
pojawiło się dziecięce, urokliwe zafascynowanie. – Z tego też powodu czerpią z
jej zasobów z dużo większą łatwością od ludzi, przewyższając ich pod tym
względem bardzo znacząco. Istnieje także podział hierarchiczny na Przeklętych
wyższej oraz niższej potęgi – dodał i niepewnie zerknął na dziewczynę.
Skinęła głową,
podpierając brodę na splecionych dłoniach i uśmiechając się.
– Upadli
należą do tej wyższej potęgi. Podobnie jak łowcy oraz demony. Tu podobno
istnieje jeszcze osobna hierarchia, ale ludziom bliżej nieznana – stwierdził,
wzruszając bezradnie ramionami. – Co do upadłych, wiem na pewno, że tak jak
pozostali Przeklęci, mogą kontrolować swoją formę siłą woli. Tak więc jeśli
poćwiczysz, spinka stanie się zbędna, będziesz funkcjonowała tak samo
swobodnie, jak Sher – wyjaśnił bardziej obrazowo. – I jeszcze… Każdy z tych
wyższych Przeklętych w jakiś sposób ludzi niszczy. Łowcy zabierają duszę,
demony życie, upadli uczucia – zakończył wywód.
– Uczucia? –
powtórzyła Aithne i wytrzeszczyła przerażona oczy.
Errian
spojrzał na nią nieco skołowany, by zaraz zrozumieć, dlaczego tak się
zaniepokoiła. Uniósł uspokajająco ręce, uśmiechając się.
– Upadli
podobno mają limit. Całkiem możliwe, że go już wyczerpałaś – wyjaśnił,
przypatrując się jej z uwagą.
Aithne
pokiwała powoli głową, westchnęła, podciągnęła nogi pod brodę i objęła mocno
kolana, zapatrując się w koc. Młody mag pozwolił zapaść ciszy, podczas której
czekał, aż dziewczyna przetrawi uzyskane informacje.
– Pewnie nie
wiesz, jak odbieramy te uczucia, prawda? – spytała wreszcie, unosząc na niego
pełne desperackiej nadziei spojrzenie.
– Niestety –
potwierdził jej obawy, zastanawiając się, czy było to tym, co chciała usłyszeć
o samej sobie.
– To nic –
mruknęła, uśmiechając się nieco blado, jakby próbowała nie pokazać, że liczyła
na więcej.
– Kiedy
wjedziemy do większego miasta, mogę się rozejrzeć za odpowiednimi książkami –
zaproponował, wyciągając do niej rękę i głaszcząc ją po policzku. – Tymczasem
możesz skupić się na nauce ukrywania prawdziwej formy – zauważył.
Pokiwała
głową, ale nim zdążyła znów popaść w ponurą zadumę, objął ją i kolejny raz tego
wieczoru ułożył na materacu. Chciała się, oczywiście, podnieść, jednak
uniemożliwił jej to, układając ręce po bokach głowy oraz pochylając się nad
nią. Porzuciła zamiary oponowania, zapatrując się w niego wyczekująco.
– Teraz
idziesz ze mną spać – oznajmił, gdyby miała co do tego wątpliwości. – Żadnego
marudzenia i psioczenia, bo się zdenerwuję – dodał, zachowując powagę, by
zabrzmieć odpowiednio groźnie.
Przytaknęła
potulnie, co uznał za dobry znak. Dlatego zszedł znad niej i położył się obok,
na co Aithne od razu się do niego przytuliła. Odetchnął z ulgą, objął ją mocno,
jakby dla pewności, że nie spróbuje uciekać, i przymknął oczy.
Szybko
zaciążyła mu w ramionach i dopiero wtedy sam pomyślał o śnie, uśmiechając się
lekko pod nosem. Miał tylko nadzieję, że nie nawiedzą jej żadne koszmary.
Gniada
zwolniła posłusznie, kiedy jej jeździec ściągnął lekko wodze. Sheridan
rozejrzał się dokoła, marszcząc czoło, wreszcie zatrzymał klacz; wierzchowiec nie
śmiał naprzeć na wędzidło, grzecznie znieruchomiał, zwracając uszy do łowcy.
Kilka
kolejnych chwil trwało, nim jakkolwiek się poruszył – poluźnił rzemienie, na co
koń od razu wyciągnął do przodu łeb, przeżuwając wędzidło.
– To powinien
być dobry punkt – uzasadnił swoje zachowanie, wyjmując nogi ze strzemion i
zeskakując sprawnie na ziemię.
Raz jeszcze
przyjrzał się okolicy; martwy spokój wioski działał na niego dziwnie kojąco,
zupełnie jakby podobały mu się takie opuszczone miejsca. W istocie zwyczajnie
poczuł się swobodnie bez podejrzliwych albo nachalnych ludzi.
Skinął do
samego siebie głową i zmierzył spojrzeniem wybrany budynek. Tak, nada się.
Mniej lub bardziej, ciekawe, jak wygląda w środku.
– No to co,
śliczna – mruknął do klaczy, sięgając do jej szyi – trzeba ci znaleźć jakiś kąt
– dokończył myśl, wypatrując czegoś zadaszonego.
Stodoła
odpadała, za duże niebezpieczeństwo, że ni stąd, ni zowąd się zawali, zresztą
mogło się stać mnóstwo innych dziwnych rzeczy. Westchnął zirytowany,
ostatecznie postanawiając, że najpierw ściągnie z Gniadej siodło.
Zabrał się do
pracy, czule poszturchiwany przez klaczkę, jednak nie zwracał na to uwagi,
wiedząc, że wierzchowiec ma prawo domagać się zainteresowania. Zdarzało się mu
ją poniekąd zaniedbywać, a mimo to była gotowa pójść za nim w ogień. Potrafił
docenić, wbrew pozorom.
– Jakieś
propozycje? – spytał, opierając tylni łęk siodła na biodrze i przenosząc wzrok
na Anabde, podczas gdy Gniada ustawiła się tuż za nim, niczym jego cień,
cichutka i potulna.
To miejsce
było pełne śmierci. Śmierci tragicznej i masowej, przez co niespokojnej i
żądającej zemsty. Nie było to nawiedzone miasto, nie tak, jak nawiedzony był
Perrian. Tutaj Anabde wyczuwała dusze jakby poprzez mgłę – od czasu do czasu
pojawiały się i znikały, nie dając nawiązać ze sobą kontaktu.
Była pewna, że
gdyby wykonała odpowiedni rytuał i przebudziła duchy, ujrzałaby obraz żyjącego
dniem codziennym, jak przed tragedią, miasteczka. Nie chciała jednak marnować
energii na nic nie wnoszące eksperymenty.
– Zawsze mogę
kogoś zapytać – rzuciła od niechcenia, wreszcie obdarzając łowcę
zainteresowaniem.
Spojrzała na
niego krótko, potem skinęła głową i wypuściła nogi ze strzemion, zeskakując z
siodła. Chwyciła wodze Lantano i nawet na niego nie spojrzała, a siwek tylko
zwiesił potulnie łeb, wpatrując się w panią ze smutkiem.
Odbyli małą
sprzeczkę po rozdzieleniu się na grupy. Anabde i Lantano. Ogier miał ochotę na
Gniadą i nie zważał na sprzeciw swojej pani, przynajmniej do chwili, gdy ruda
przekazała mu, co o tym myśli. Nawet nie to, że dostał solidne lanie; nie lubił
irytować swojej pańci i czuł się bardzo źle, ukarany.
Anabde
zacisnęła usta, po raz kolejny rozglądając się po okolicy. Po drodze mijali
niewielką stajnię, a przynajmniej to, co z niej zostało; nie sądziła, by w tak
małej miejscowości były dwie, więc na profesjonalne lokum dla koni nie mieli co
liczyć.
Większość
budynków była albo zawalona, albo sprawiała wrażenie niestabilnych, albo
kompletnie nie nadawała się dla wierzchowców; wreszcie nekromantka westchnęła
ciężko, skupiając wzrok na parterowym domostwie nieopodal.
– Kuźnia? –
zaproponowała, bo nic lepszego jej nie wpadło do głowy.
Sheridan
przytaknął bez słowa i ruszył w tamtą stronę, Gniada natomiast podreptała za
nim, nastawiając uszy.
Choć cały
skromny kompleks nie znajdował się daleko, łowca już zdążył się zirytować, bo
jedno ze strzemion raczyło opaść i uderzyć go w kolano. Nie żeby bolało długo –
ale sam fakt wystarczył, by się facet zeźlił. Gniada spuściła łeb, zmartwiona
tym dość dyskretnym powarkiwaniem.
Stanął przed
drzwiami kuźni, otworzył je i zajrzał do środka. Ciemno jak w dupie, jakżeby
inaczej. Jak pozbyli się wszystkich magów i wiedźm, którzy potrafili rzucić
trochę światła w pomieszczeniu, to musieli trafić na taką dziurę, pewnie.
Warknął
głośniej, ruchem ręki powstrzymał Gniadą od dalszego człapania jego śladem, i
poszukał czegoś, na czym dałoby się powiesić siodło.
– Ujdzie –
rzucił jeszcze do Anabde, na wypadek gdyby nekromantka zastanawiała się nad
zdatnością budynku do użytku.
Udało się mu
odszukać częściowo zniszczoną, ale działającą lampę olejną – zapalił ją, od
czego zaraz zrobiło się trochę jaśniej. Mimo to Sheridan nie odzyskał dobrego
humoru; straszny burdel.
Już nawet nie
miał ochoty narzekać na to, że pomagają temu pojebańcowi i jego córeczce prosto
z drzewa. Po tak długim czasie w towarzystwie tych osób do niektórych rzeczy
trzeba było zwyczajnie przywyknąć, nawet jeśli kłóciły się z całym jego
światopoglądem.
Ale do burdelu
nie przywyknie nigdy, niemal od zawsze ma niejakie uczulenie na skrajny syf.
Cholerne wspomnienia.
Prychnęła, bo
jakiś gniady zad zastawiał jej wejście do kuźni; łowca mógłby parkować chabety
gdzieś indziej, a nie na progu, generalnie. Lantano już postawił uszy i zarżał
w formie podrywu; Anabde zdzieliła go otwartą dłonią w nos, a potem klepnęła
Gniadą, by pogonić ją do wejścia do środka.
Przekroczywszy
próg kuźni, Anabde skrzywiła się z niezadowoleniem. Od niechcenia zaczepiła
wodze Lantano o wystający haczyk, wiedząc, że obrażony i świeżo ukarany koń
będzie stał jak trusia, potem przeszła mniej więcej na środek pomieszczenia i
zmarszczyła czoło.
Po chwili
poszukiwań odnalazła spojrzeniem okno o niemalże czarnych od kurzu szybach;
podeszła, otworzyła i odetchnęła głęboko, tak lepiej. Dopiero wtedy wrócił do
niej podstawowy problem – gdzie przywiązać konie.
Pomieszczenie
w większości zagracone było albo przedmiotami potrzebnymi kowalowi w pracy,
albo jego dziełami, okazało się jednak, że przy jednej ze ścian, zaraz koło
drzwi, pozostawiono całkiem duży, pusty obszar. Bardzo prawdopodobne, iż
pomocnicy kowala właśnie tam sprawdzali jakość mieczy w niegroźnych
pojedynkach.
Lampka nie
dawała zbyt wiele światła, a w panującym półmroku trudno było ocenić miejsce;
Anabde podeszła bliżej i przesunęła dłonią po ścianach w poszukiwaniu
ewentualnych wystających gwoździ. Upewniła się, że na podłodze nie leży żaden
ostry przedmiot, po czym kiwnęła głową sama do siebie.
Nawet było
gdzie konie przywiązać – Anabde nie do końca rozumiała, po co w kuźni mosiężne
kółka na ścianach, wiedziała za to, jak je wykorzystać. Wróciła po swojego
niewdzięcznego rumaka, przeprowadziła go, uwiązała i zaczęła rozsiodływać,
nadal pozostając chłodną i niedobrą pańcią. Lantano szturchnął ją
przepraszająco nosem, ale nie podziałało.
– Ty idziesz
po wodę – odezwała się w pewnej chwili i, gdy tylko odpięła popręg, uniosła
spojrzenie na Sheridana.
Łowcy chwilę
zajęło zrozumienie, że powiedziała to do niego, nie do swojego konia, na
którego strzeliła popisowego focha. Ot, bardzo dobrze się mu złościło w ciszy
własnego jestestwa, będąc spektakularnie ignorowanym. Teraz popatrzył na
nekromantkę z uniesioną brwią i przerwał na moment pobieżne oporządzanie
Gniadej, przypatrując się kobiecie.
Jeszcze czego,
rozkazy mu będzie wydawać. To, że ten durny ogier ją wkurzył, nie znaczyło, że
jak warknie też na Sheridana, to i on stanie potulny i skruszony, bo pańcia zła.
Skrzywił się.
– Za chwilę –
powiedział tylko dlatego, bo musiał się chociaż trochę sprzeciwić; wiedział, że
koniec końców lepiej, żeby to on zrobił, ale takiego tonu to nie będzie
słuchał.
Gniada
rozejrzała się za czymś do jedzenia i zasmucona skapitulowała, zostając ze
zwieszonym łbem. Najwyraźniej pocieszała się myślą, że łowca zaraz ją nakarmi –
a i owszem, nie zapomniał o tym, ale był zajęty dalszym irytowaniem się na
świat, dlatego musiała moment poczekać.
Anabde już nie
odpowiedziała, może tylko mruknęła pod nosem „mhm”. Odwiesiła siodło na stojak
niewiadomego przeznaczenia, potem pochłonęło ją przeszukiwanie tobołków; w
którym schował się owies?
Gdy sobie
przypomniała, odpięła właściwą sakwę i ruszyła w stronę siwka, by podarować mu
kolację. Przesypała odpowiednią ilość ziaren do wcześniej przygotowanego worka,
a ten położyła na ziemi w zasięgu nosa ogiera, podwijając brzegi, by owies nie
wysypywał się podczas jedzenia. Później podeszła do Gniadej, jej również
podsuwając posiłek; dobre serce miała kobieta, widzicie.
Poklepała
kobyłę, potem wróciła do swojego niewdzięcznego ogiera, by skończyć
oporządzanie. Przeczyściła go, sprawdziła, czy w kopytach nie było kamieni,
oceniła stan podków; dość szybko poradziła sobie z obowiązkami, a gdy już
skończyła, pogłaskała Lantano po łopatce.
Zabrała swoją
torbę, jeszcze raz rozejrzała się po pomieszczeniu, upewniając się, że wszystko
jest bezpieczne, potem zawiesiła wyczekujące spojrzenie na łowcy. Wbrew
wszystkiemu uśmiechnęła się kącikiem ust.
– Zanim ty się
wygrzebiesz, to ja zdążę pójść po wodę i wrócić – mruknęła z pewną dezaprobatą,
zaraz ruszając po wcześniej wypatrzone w kącie kuźni wiadro.
Sheridan nie
odpowiedział, oparł się o pałaszującą Gniadą i poczekał, aż Anabde pofatyguje
się po wiadro i zawróci. Dopiero kiedy znalazła się dość blisko, że nie musiał
za daleko maszerować, odebrał jej przedmiot i bez słowa skierował się do drzwi.
Anabde uniosła
brew, gdy wiadro zostało jej bezczelnie odebrane, a po zniknięciu łowcy ledwie
powstrzymała się od śmiechu. Uśmiechnęła się za to szeroko, trochę złośliwie,
kręcąc niedowierzająco głową.
Studnię
odnalazł dość sprawnie, ale się nie spieszył. Przyglądał się budynkom nieco
obojętnym wzrokiem, uspokajając się w tej dziwnej, ponurej atmosferze. Nie
czuło się tu zagrożenia jak w Perrianie – ot, smutek, śmierć, rozpacz. Przywykł
do tych uczuć i z zaskoczeniem uzmysłowił sobie, że towarzyszyły mu dokładnie
od zawsze, nawet zanim zaczął zabijać.
Zmrużył oczy,
zatrzymując się u celu i odszukując linkę, by przywiązać wiadro. Chwilę mocował
się z ustrojstwem – nigdy mu te wszystkie węzły nie wychodziły – aż wreszcie
ostrożnie opuścił pojemnik.
Niedługo potem
wyjmował pełne wody wiadro i stawiał na krawędzi studni. Zapatrzył się w
falującą taflę, krzywiąc się mimowolnie, kiedy odbicia na powierzchni zaczęły
kształtować w jego głowie zupełnie nieistniejące obrazy.
Nękał go
dziwny niepokój, stopniowo narastał, i to było dziwne. Nie niepokoił się niczym
od dawien dawna, prawdę mówiąc. A to wszystko nie miało nic wspólnego z ich
obecną sytuacją czy opuszczoną wioską. To tkwiło głębiej, tak głęboko, gdzie
nie chciał sięgać.
– Szlag –
szepnął cicho, zwalczając ochotę zanurzenia głowy w tym wiadrze.
Woda była dla
koni. Na utopienie się przyjdzie czas, kiedy je napoi, chociaż tyle na
pożegnanie powinna otrzymać Gniada.
Otrząsnął się,
zirytowany tymi głupimi myślami. Może za mało spał. Albo jadł. Albo cokolwiek.
Warknął wściekły, przeczesał włosy palcami i zawrócił z ponurą miną, starając
się niczego nie wylać.
Coś było nie
tak. Niech już to zniknie.
Jeju. Piszesz niesamowicie i podziwiam Twoją wytrwałość w pisaniu, ja nigdy nie dotrwałam do dwucyfrowego rozdziału :3 Dopiero zaczynam czytać twoje dzieło, ale odezwę się jak tylko skończę. Serdecznie gratuluję.
OdpowiedzUsuńprzepraszam za pomyłkę, dopiero teraz zajrzałam do zakładek. Wam gratuluję i podziwiam Waszą wytrwałość i Wasze dzieło:3
UsuńAleż nie gniewamy się za pomyłkę - mamy jeden mózg i w gruncie rzeczy czasami zachowujemy się niepokojąco podobnie xD Więc może się zdarzyć!
UsuńŻeby uniknąć dezorientacji - 99.999% razy na tym koncie wypowiada się Natalia, czyli właśnie ja. Kasia jest informowana o wszystkim moją sową docierającą do ludu ^^
Ai jest niewyedukowana o swojej rasie. Jak mogłaś jej to zrobić, babo? Chociaż co mnie to dziwi, jak nie macie skrupułów, by krzywdzić swoje postacie, hah xD
OdpowiedzUsuńA zachowanie Shera mnie bardzo zaintrygowało. Jestem ciekawa, co takiego sprawia, że łowca jest tak niezwykle zaniepokojony, bo to do niego jest niepodobne. Serio, serio.
Straciła rodziców, jak ledwie Przeklęte geny się ujawniały, nikt jej nie mógł opowiadać o tym, jak trzeba być dobrym upadłym aniołkiem :<< Zresztą w tym przypadku nie ona została skrzywdzona, tylko ci, którym nieświadomie zeżarła uczucia xDD
UsuńHihihi, to zapowiedź czegoś w przestrzeni czasu :3 Nie trzeba czekać długo, ale trochę poczekać trzeba, no xD
Ciekawa jestem komu i jakie te uczucia zeżarła xD No, bo wiem, jak to jest z łowcami, co zaprezentował Sher. Z demonami łatwo się domyślić, ale z uczuciami... Tutaj mam spory problem. Że niby oni potem tacy bezosobowi bez uczuć? xD
UsuńOch, naprawdę! xD jesteście straszne, jak tak knujecie... a przeczucia Shera jeszcze gorsze, brrr.
To będzie dobrze widać w drugim tomie. Bo tam będzie upadły, który nie dotarł do limitu xD
UsuńWiesz, one mogą zjadać konkretne uczucie, jak panują nad swoją naturą. A jak są podłe, to wszystkie xD Wtedy tak, zostaje taki... Wyciszony? xD
Mały tip - Sher to generalnie egoista. Może to pomoże w zgadywaniu, jakie on może mieć przeczucia xD
Oh! No to... chciałam powiedzieć, że czekam z niecierpliwością, ale uznałam, że sobie jeszcze poczekam, jak tutaj jeszcze tyle do ogarnięcia z pierwszym tomem, więc zadowolę się na razie tą krótką informacją xD A już porównanie do Wyciszonych bardzo mi pomogło, muszę przyznać, hah!
UsuńPewnie stanie się coś złego dla jego osoby, bo to w końcu egoista xD
Niestety, upadłe anioły obmyśliłyśmy najpóźniej ze wszystkiego i takie skutki xD Ale cieszę się, że mogłam pomóc ^^
Usuń... Well, true story xD
O, dzieje się coś o czym nie mam pojęcia! *tańczy pogo z radości* Nie mam pojęcia, dlaczego to Erriana naszły dziwne skojarzenia, a nie Aithne (bo bardzo mocno podejrzewam, że tu chodzi o tą organizację, bandyci mają z nią coś wspólnego, a ten wampiór co to ma się pojawić w opowiadaniu kiedyśtam będzie miał jakiś wpływ na fabułę, bo wie, gdzie jest miasto Przeklętych). Sher ma kiepskie przeczucia, Errian ma dziwny...? Instynktoprzeczuciowspomnieniatowymieniator gdzieś w którejś półkuli mózgowej? XD Albo za długo czytał utopijne romanse i wszędzie widzi jakiś opisany w książce dom, w której zamieszkała dana para (Ania z Zielonego Wzgórza? XD) XD
OdpowiedzUsuńTak, zgrywam się XD Mam dzisiaj głupawkę i przekraczam normy "XD" na jeden komentarz.
Wolę zaznaczać, że żarty, bo wyjdzie nieskładnie jak zwykle XD
I pytanie: wyjaśni się kiedyś skąd i dlaczego Aithne ma tatuaż? ^^
Znowu mi się nie chcę tych dwóch niebłędów wypisać ._. I tak ich tutaj nie widziałam.
... chociaż Errian ma zapewne jakieś anormalne połączenie z Aithne - w końcu przez to ją wskrzesili, no nie?
"I tak ich tutaj nie widziałam" - w sensie w tym rozdziale ._. *extreme chaotic facepalm*
OdpowiedzUsuńA w ramach wesołego dnia wesołej grafomanii wesoło dodam, że macie uraz do kobiecych kręconych włosów XD
UsuńSilthe jedyny, co tu się dzieje xDD Już ogarniam xDD
UsuńEee... interpretacje Erriana poszły TROCHĘ za daleko xDD
Otóż Erriana naszło dlatego, że on historię zna z opowieści, strasznie się nakręcił, szuka informacji o organizacji, takie pierdoły. Aithne WIE, gdzie siedziba była, WIE, że to nie tu - tylko okolica jej się nie podoba. A Errian zobaczył obraz pasujący do swoich wyobrażeń z opowieści i dostał, ten rozsądny chłopak, pierdolca xDD
Co do wampira - owszem, będzie miał wpływ na fabułę, ale niekoniecznie związany z organizacją, calm your tits, woman xDD
Sher ma bardzo dobre przeczucia. Niestety :3
Mam wrażenie, że w jej opisie wyjaśniałam. ... Albo nie? Ale good point, wspomnę o tym w dobrym momencie, znajdzie się takich parę ^^
Nieee, nie dzięki Errianowi ją oddedli xD Dzięki Ashar'carremu, on tam tylko śpiewał xDD
Nie no, lajtowo, żarty ja czuję, naprawdę. Nie jestem aż tak strasznym człowiekiem xDD
... Ty faktycznie, jak się tak zastanowiłam... mają proste bądź falowane O_o What the hell, really. W ogóle nie zwróciłam na to uwagi.
Zrobię którejś trwałą :3
Mnie się nie da przecież XD
UsuńA widzisz, idą TROCHĘ za daleko, bo nic nie wiem! XD *znowu tańczy pogo*
Nie no, z organizacją aż tak go nie wiązałam, tylko że oni podobno chcą się dostać do tego miasta, no nie? XD A właściwie czyj wampiór, Kasi, czy twój? XD
"Jedną z charakterystycznych cech jej wyglądu jest dziwny tatuaż. Po lewej stronie szyi, w zagłębieniu między nią a ramieniem, widnieje główka kwiatu róży o czarnych płatkach skąpanych krwią. Łodyga, bardzo kręta i rozległa, najeżona kolcami i drobnymi listkami, wraz z pozostałymi drobnymi kwiatkami, ciągnie się na całych jej plecach, niektóre łodyżki zakręcają na jej boki. Tatuaż kończy się na wysokości lędźwi." Tyle wiem XD
"On tam tylko śpiewał" skojarzyło mi się z "ale ja tam tylko siedziałem i popcorn jadłem, nie wiem dlaczego ta mikrofala pierdolnęła" xD
Ale ja jestem ciężkostrawna, od czasu do czasu rozbiję na czynniki pierwsze, no bo w końcu trollhejtę ze mnie (nie wiem co to ma do tego, ale i tak wypominam xDD).
Oni tam mają trwałą? XD Już prędzej podejrzewałabym ciebie i Kaśkę o przeszczepienie którejś skalpu, no bo wy złe kobiety jesteście i lubicie waszym bohaterom złe rzeczy robić XD
Wampir jest Kasi xD Znaczy, do tego Przeklętych? Na razie nic mi nie wiadomo, żeby się do Elensar pchali xD Natomiast pchają się do Bryluen lada moment (SPOILER xD)
UsuńMam nieodparte wrażenie, że komuś wyjaśniałam symbolikę tatuażu... ale możliwe, że to mojemu mózgowi ją wyjaśniałam, shit xDD Nie ma sprawy, jeszcze będzie miejsce, żeby o tym wspomnieć :3
... Ale na szczęście tym razem mikrofala nie pierdolnęła xDD
... NIE SKOMENTUJĘ xD
Wiesz, to, że ja zrobię trwałą, to nie znaczy, że w historii zostanie to wykonane bezboleśnie :3
W wolnym tłumaczeniu - zobaczymy, jak to będzie xD Ale generalnie good point xD
To jak, nowy rozdział?
UsuńCo jest, jakieś targi urządzasz, czy co? xDD
UsuńNo baa XD
UsuńZacytuję brata: "Oddam duszę za papier życia".
Muszę oddawać duszę za nowy rozdział? XD
Dobra, dobra, DOBRA, no rany xD
Usuń