niedziela, 31 marca 2013

76. Pogrzeb



Leanelle z niespodziewanym opanowaniem wycelowała w ostatniego z wrogów i wypuściła strzałę, która obaliła i tak zamierzającego uciec mężczyznę. Dopiero potem opuściła łuk i obróciła głowę w stronę dzikiej dziewczyny i jej ojca; coś zgasło w fiołkowych oczach.
            – Meara... – szepnęła.
Ruszyła w jej stronę, choć sama nie wiedziała po co; chciała jakoś wesprzeć dziewczynę, pomimo tego, że jej nie znała. Kątem oka zerknęła jeszcze ku Calebowi i Aidanowi; upewniwszy się, że do niczego się im nie przyda, stanęła metr od Meary i zawiesiła na jej sylwetce bezradne spojrzenie. 
Anabde zdążyła już odzyskać siły; odsunęła się od drzewa i powoli, by nie sprowokować kolejnych zawrotów głowy, obróciła się w stronę Meary. Zastawszy widok taki jakim był, zagryzła wargę, czując dla dziewczyny szczere współczucie. Odczekała jeszcze chwilę, nim podążyła w jej stronę.
Pierwsza jednak dotarła tam… Faryale. Przeszła przez pole walki spokojnym stępem, jej jasna, niemalże idealnie biała sierść kontrastowała z krwawym błotem i rozsianymi wokół trupami banitów. Szła równo, niezbyt szybko, ale nadal energicznie, ze wzrokiem ciemnych oczu utkwionym w Mearze i martwym mężczyźnie. I choć wszyscy po skończonej walce zastygli, poświęcając kilka sekund na połączenie się z dziewczyną w bólu, to w ślepiach Faryale było coś jeszcze. Już nawet nie ludzkiego – to przekraczało pojmowanie dostępne dla zwykłego człowieka czy nawet Przeklętego.
Zatrzymała się nad Mearą, pochylając łeb. Na krótki moment dotknęła pyskiem jej zalanego łzami policzka, potem przesunęła chrapami po piersi mężczyzny, by ostatecznie dotknąć delikatnie jego czoła. Zwrócone ku niemu uszy na chwilę drgnęły, obracając się do Aithne, która upuściła Ashar’carrego, wpatrując się w Mearę z dziwnym przerażeniem.
Wybacz, że wciąż jestem tak słaba. Niech twa dusza odnajdzie drogę. Powiedz to, maleńka. Proszę, szepnęła klacz.
Upadła jeszcze chwilę stała nieruchomo, po czym objęła się drżącymi ramionami, odwracając wzrok. Nie sądziła, że ten widok tak nią wstrząśnie; wydało się jej, że znowu czuje swąd palonych ciał, słyszy trzask płonącego drewna i swój własny, rozpaczliwy wrzask. Nie potrafiła się do tego przyznać, ale zbyt boleśnie dziewczynę rozumiała.
– Faryale prosi o wybaczenie. Za swoją słabość – szepnęła, nie mając pojęcia, dlaczego to mówi, jednak tylko ona mogła przekazać słowa dalej, jakkolwiek bezsensowne były. – Niech twa dusza odnajdzie drogę, tak powiedziała. Panie… panie tato – dodała bezradnie na koniec.
Caleb pomógł wstać Aidanowi, przytrzymując go z wyczuciem, potem przesunął spojrzeniem po zebranych. Niektórzy ruszyli do Meary, inni chcieli, ale zostali przez pewnego myśliwego przytrzymani, kolejni tylko patrzyli.
– Znowu – syknął przez zęby Aidan, odwracając wzrok.
Caleb nie odpowiedział, przypatrując się dziewczynie ze współczuciem. Na wszelki wypadek mocniej chwycił obejmowanego chłopaka, trochę jakby próbował go uspokoić; cały drżał, prawdopodobnie nie z powodu bólu.
Errian podszedł do Meary w tej samej chwili, co Anabde. Spojrzał na nekromantkę trochę zmieszany, nie do końca wiedząc, co powinien zrobić, ale wreszcie przeniósł wzrok na dziewczynę. Ostatecznie westchnął, wyciągając do niej dłoń.
– Meara – mruknął miękko. – Miał swoje ulubione miejsce? – spytał cicho, przypatrując się nieszczęsnej dziwnie łagodnym wzrokiem.
Nie potrafiła zareagować nerwowo na pojawienie się klaczy, zwłaszcza, gdy zajrzała w jej mądre oczy. Zamarła, patrząc na Faryale bez zrozumienia i znowu kołysząc się w przód i w tył. Kiedy jej uszu doszły słowa Aithne, obróciła głowę w jej stronę i wlepiła w nią puste spojrzenie, spojrzenie osoby o postradanych zmysłach. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale z jej gardła wydobyło się tylko łkanie. Pochyliła głowę i ukryła twarz w dłoniach, długo nie zwracając uwagi na nadejście towarzyszy, na pytanie Erriana, na nic. 
– Mer... – szepnęła w tym momencie Leanelle, podchodząc o pół kroku bliżej dziewczyny i zamierając z ręką wyciągniętą w jej stronę.
Wycofała się pospiesznie z zamiaru i przycisnęła dłoń do piersi, nie mogąc zdobyć się na dotknięcie dziewczyny, nawet w takiej chwili. 
Hessan wylądował na ziemi koło Meary i ostrożnie położył łebek na jej udzie, wpatrując się w dziewczynę przenikliwymi, bursztynowymi ślepiami. Dziewczyna spojrzała na niego i niespodziewanie zaśmiała się, trochę wariacko, śmiech zaraz przerodził się w łkanie. 
– Faktycznie jesteś mały, tak jak mówił tata – szepnęła, przesuwając opuszkami palców po łbie stworzenia.
Potem uniosła głowę, by znów spojrzeć na Faryale. 
– Tata sam powiedział, że nikt nic nie mógł zrobić. Powiedział, że... – Głos jej się urwał, gwałtownie wciągnęła powietrze i pociągnęła nosem, nie wysilając się, by otrzeć kapiące z brody łzy. – ... że umiera spokojny – dokończyła.
Znów się pochyliła, jednak teraz widać było, że stara się walczyć ze swoją słabością; po chwili wyprostowała się, otarła nos rękawem i zerknęła na Erriana, starając się uśmiechnąć, co zupełnie jej nie wyszło. Chwyciła jego dłoń i podniosła się, by w następnej chwili, zupełnie niespodziewanie, przytulić się do niego jak małe, przerażone dziecko. 
– Miał. To daleko – powiedziała przez łzy.
Mogłam. Mogłam. Przez cały ten czas bym mogła…, szepnęła Faryale, opuszczając łeb i odwracając go, jakby chciała uciec przed spojrzeniami.
Aithne nie zrozumiała. Wpatrywała się to w przyjaciółkę, to w martwego mężczyznę, to w Mearę, z trudem oddychając. Wreszcie potrząsnęła głową i skuliła się, nie mogąc wytrzymać tego przedziwnego, wzmocnionego nastrojem siwej klaczy smutku, który wdarł się do jej piersi.
Errian westchnął cicho, przytulając Mearę mocno. Chwilę odczekał, gładząc ją delikatnie po włosach, żeby choć trochę, nawet minimalnie, się uspokoiła. Wreszcie, nie odsuwając jej od siebie, powiedział tym samym łagodnym głosem:
– Dla nas nie istnieje żadne miejsce, które byłoby daleko – stwierdził ciepło, uśmiechając się do dziewczyny, mimo że nie mogła tego widzieć. – Zajmiemy się rannymi i tam pójdziemy, dobrze? – dodał.
Caleb siłą usadził Aidana na ziemi nieco dalej od wcześniejszego pola walki i pomógł mu pozbyć się koszuli, jednocześnie otwierając swoją skórzaną torbę. Ze spokojem, nie zwracając uwagi na zaciśnięte charakterystycznie szczęki chłopaka i głęboki żal do samego siebie w jego oczach, zajął się opatrywaniem rany. Co jakiś czas tylko zerkał za siebie, na nieprzytomną Ariene, jednak z działaniem wolał poczekać na Erriana, który z nich wszystkich znał się na magii najlepiej.
Meara pokiwała głową i odsunęła się od niego, od razu uciekając spojrzeniem do ojca. Przyjrzała się mu uważnie, zadrżała raz jeszcze, wstrzymując kolejny atak szlochu i dopiero po chwili dotarło do niej to, czego nauczył ją tata jeszcze przed morderstwem rodziny.
Żywi są ważniejsi od martwych. 
Wtedy poderwała gwałtownie głowę i nerwowo odszukała spojrzeniem najpierw Cadora, który nadal czuwał nad nieprzytomną Ariene, jakby nawet nie zauważył końca walki; wrażenie zniknęło, gdy mężczyzna wyprostował się i odpowiedział na jej wzrok, w oczach mając jawne współczucie. Potem zerknęła w stronę Caleba i Aidana, przypomniała sobie, jak ten drugi chciał ją obronić i sposób, w jaki go potraktowała; objęła się ramionami i zwiesiła głowę, zagryzając wargę. 
– Żywi są ważniejsi od martwych – powtórzyła mantrę swojego ojca, mantrę, o której on sam później zapomniał.
Odetchnęła głęboko, spojrzała raz jeszcze na Erriana, posłała mu mało przekonywujący uśmiech i ruszyła w stronę Aidana i Caleba. 
Leanelle pogłaskała po łebku smoka, który właśnie przysiadł jej na ramieniu. 
– Dobrze się spisałeś, Hessan – szepnęła, uśmiechając się kącikiem ust.
Errian powiódł za dziewczyną spojrzeniem, po czym odetchnął cicho, jakby z pewną ulgą. Cóż, w gruncie rzeczy nigdy nie był dobry w pocieszaniu. Zaczął się tego uczyć dopiero kiedy poznał Aithne, kiedy sytuacja przyparła go do muru i coś trzeba było zrobić. Potem po prostu zaczęło wychodzić samo.
Ruszył w stronę Cadora i Ariene, nim jednak dotarł na miejsce, zerknął przelotnie na upadłą. Widząc, jak źle się czuje, nagle pomyślał, że natychmiast musi do niej iść. Rozsądek jednak wygrał z sercem; Errian przystanął tylko na chwilę, wpatrując się w dziewczynę.
– Ai – odezwał się miękko, odczekując, aż uniesie wzrok.
Spojrzała mu spłoszona w oczy, łapiąc jeszcze jeden nieregularny oddech. Powoli rozluźniła mięśnie, wypuściła wstrzymywane w płucach powietrze i rozejrzała się dokoła, starając się ocenić sytuację. Ponieważ nic nie mogła zrobić, tylko podniosła Ashar’carrego i przytuliła go mocno do piersi.
W tym czasie Errian ukląkł przy Ariene i odgarnął jej włosy z czoła, ostatecznie kładąc na nim dłoń. Westchnął, zastanowił się, analizując kilka faktów, aż wreszcie sięgnął po magię, by pomóc organizmowi w oczyszczaniu się z nadmiaru wrogiej energii.
Caleb spojrzał krótko na Mearę, jednak bardziej skupił się na Aidanie, który znalazł się pod jego opieką. Na swoje szczęście, prawdę mówiąc, gdyby dorwała się do niego podła wiedźma, dzieciak pewnie straciłby wiarę w lepsze jutro. Szkoda takich optymistów.
– Głowa do góry. Zrobiłeś wszystko, co mogłeś – mruknął cicho dość obojętnym głosem, z precyzją przemywając ranę, by ją odkazić.
Aidan syknął, kiedy zapiekło, a widząc wąską strużkę siwego dymu unoszącą się z jego ciała, pobladł.
– Czym ty mnie traktujesz? – wydusił zaniepokojony.
– Wszystko jest na bazie ziół – wyjaśnił jakże precyzyjnie Caleb, zabierając się do bandażowania.
– Jasne – wymamrotał cicho Aidan, odwracając wzrok.
Meara zatrzymała się nad nimi i zawahała, nie spuszczając spojrzenia z Aidana. Niesiona niepokojem, a także ponaglana przez nagle zaangażowanego w sprawę Hessana, który dziabnął ją bezceremonialnie w ramię, Leanelle ruszyła śladem dziewczyny. Powiodła spojrzeniem po towarzyszach i wreszcie zdecydowała się kucnąć; Hessan zeskoczył z jej ręki i zatrzymał się u stóp Meary, która właśnie powoli siadała na ziemi. 
– Może się na coś przydam – mruknęła Leanelle mało optymistycznie, skupiając spojrzenie na zabiegach, jakie właśnie przeprowadzał Caleb. 
Meara uklękła, odetchnęła głęboko i dopiero po chwili zdecydowała się unieść głowę, by spojrzeć Aidanowi w oczy. Miała bladą twarz, umazaną krwią ojca na policzku, i przerażone, załzawione oczy; jej wargi drżały, jakby w każdej sekundzie powstrzymywała się od płaczu. Była jednak silna. 
– Dziękuję – szepnęła niespodziewanie, na dodatek tak cicho, że można było to wziąć za przesłyszenie. – Chroniłeś nas – dodała dla wyjaśnienia, nie odwracając spojrzenia. 
Cador zawiesił na Errianie niezbyt nachalne, ale wyczekujące spojrzenie, od czasu do czasu zerkając na twarz Ariene w poszukiwaniu oznak poprawy. Bał się odezwać, by nie zdekoncentrować maga przy pracy, nie był jednak w stanie zostawić go w spokoju i się odsunąć. Musiał trwać przy Ariene.
Caleb nie spojrzał nawet na Leanelle, ale kącik jego ust jakby się lekko uniósł. Przytrzymując bandaż jedną ręką, drugą wyciągnął w stronę dziewczyny.
– Podaj mi jeszcze jeden opatrunek – poprosił spokojnie. – Powinien być w głównej przegródce, a jeśli nie, to i tak chyba rzuci ci się w oczy – dodał dla wyjaśnienia, z całkowitym opanowaniem przechodząc do porządku dziennego nad faktem, iż nikt nie grzebał mu nigdy w torbie, bo nie pozwalał na to.
Aidan, starając się ignorować Caleba i bolącą ranę, spojrzał na Mearę nieco zdumiony. Potem na jego twarzy wymalował się smutek, koniec końców chłopak odwrócił głowę, zagryzając wargę. Jeszcze chwilę zmagał się z nieprzyjemnym rwaniem w boku oraz przytłaczającymi wyrzutami sumienia.
Ostatecznie uśmiechnął się blado, nieco gorzko.
– Jak zawsze nieskutecznie – odparł niezbyt głośno.
Errian odsunął się trochę od Ariene, przerywając strumień magii. Zmarszczył czoło, przyjrzał się swojej pacjentce podejrzliwie, po czym niepewnie poklepał ją po policzku, by pomóc jej wrócić do żywych.
– Hej, ożyj – mruknął, mając nadzieję, że to zadziała.
Ariene drgnęła, zmarszczyła czoło, skrzywiła się, a na końcu jęknęła cicho. Errian przytrzymał ją za ramię, kiedy poruszyła się trochę zbyt gwałtownie.
– Powoli. Przeszedł przez ciebie dziewiąty poziom, nie wymagaj od siebie za dużo – dodał z lekkim rozbawieniem, domyślając się, że wiedźma już rozpaczliwie zastanawia się, czy powinna zacząć mordować, by się bronić.
– Co… – zaczęła słabo, powoli uchylając powieki, ale zaraz syknęła i porzuciła wyzwanie, poddając się. – Kurwa.
– Już po wszystkim – zapewnił ją Errian, po krótkim zastanowieniu trochę się odsuwając. – Twój głos lepiej ją uspokoi – uznał, pamiętając, że w kwestiach odpoczywania Ariene nie słuchała właściwie nikogo.
Spojrzał przelotnie na Cadora, po czym podniósł się i rozejrzał po zebranych. Uchwycił wzrok Sheridana, chwilę na niego odpowiadał, aż wreszcie uśmiechnął się lekko i skinął głową między budynki. Łowca przytaknął i ruszył, mijając Anabde, położył jej dłoń na ramieniu i dopiero wtedy skierował się w jedną z ulic. Errian podążył w tę samą stronę i, podobnie jak Przeklęty, na moment przystanął. Tyle że przy Aithne.
– Pójdziemy po konie. Poczekaj na mnie – mruknął cicho, uśmiechając się do niej łagodnie.
Pokiwała głową, próbując udawać, że czuje się dobrze i wcale cała sytuacja nią nie wstrząsnęła. Errian westchnął ciężko i dołączył do Sheridana.
Leanelle otworzyła szerzej oczy, chwilę patrząc na Caleba z pewnym zwątpieniem. Potem jednak uśmiechnęła się i usłużnie sięgnęła do torby myśliwego. Okazało się, że wbrew legendom nie jest to magiczna torba bez dna – dno, a i owszem, istniało, przywalone niezliczoną ilością przedmiotów różnego użytku. Dziewczyna uniosła z powątpiewaniem brew, jednak dość szybko odnalazła opatrunek; chwyciła go za jeden koniec, ostrożnie zamknęła torbę i znów obróciła się do Caleba, by podać mu znalezisko. 
– Hej – mruknęła Meara, niezadowolona z faktu, że odwrócił wzrok.
Nieskrępowana niczym ujęła jego brodę i obróciła mu głowę twarzą w jej stronę, jeszcze chwilę nie cofając ręki. 
– Ja żyję – powiedziała i dopiero opuściła dłoń.
Wlepiła w Aidana wyczekujące spojrzenie, jakby miała nadzieję za jego pomocą wbić chłopakowi przedstawiony fakt do głowy. 
No jasne, przypilnować, żeby Ariene wypoczęła. Oczywiście, bułka z masłem. 
Mimo niełatwego zadania, nie potrafił nie uśmiechnąć się z wyraźną ulgą. Delikatnie, jakby kobieta była stworzona z porcelany, pogłaskał ją po głowie, nie odrywając spojrzenia od jej twarzy. 
– Ariene – powiedział cichutko, zastanawiając się przy okazji, jakich uspokajających słów użyć, by się na niego nie wkurzyła i nie zdecydowała się w tej właśnie chwili wykonać gwałtownego ruchu.
Wreszcie zdecydował się milczeć, nie przerywając jednak głaskania jej po włosach. 
Anabde rozejrzała się po polu bitwy przymrużonymi oczyma, w których na moment pojawił się charakterystyczny blask. Wyczuwszy, że jednego ciała dusza jeszcze nie opuściła, podeszła do umierającego banity, by udzielić mu łaski. Schyliła się po leżący u jego boku miecz, przyjrzała się uważnie jego twarzy, a gdy skinął głową, domyślając się jej intencji, wbiła ostrze w jego serce. Szybka śmierć była lepsza od długiego konania w bólu. 
Przyjrzała się powstałym grupkom i zdecydowała, że żadnej z nich nie jest aktualnie potrzebna. Skupiła więc swój wzrok na Aithne; podeszła do niej i przyjrzała jej się czujnie, pochylając nieco ramiona. Uśmiechnęła się do niej lekko i czekała, aż upadła zwróci na nią uwagę, nie do końca wiedząc, jakiego rodzaju wsparcia jej udzielić.
Dziewczyna wreszcie spojrzała na nekromantkę, przyglądając się jej przez chwilę jakby trochę niepewnie, nieco zbyt uważnie. Spróbowała odwzajemnić uśmiech, koniec końców jednak znów odwróciła wzrok, zawieszając go bardziej z boku. W ten sposób widziała stojącą przy jednym z budynków Faryale, dziwnie cichą oraz nieobecną. Nie miała pojęcia, o co klaczy chodziło, ale bała się pytać. Może lepiej milczeć.
Tymczasem Caleb sprawnie skończył bandażować ranę Aidana, zerknął na wyraźnie zmieszanego chłopaka i uznał, że dzieciak czuje się raczej dobrze, dlatego odsunął się od chwilowego pacjenta i zapakował z powrotem wyjęte rzeczy do torby. Nim skończył, skinął głową, ale nie uniósł spojrzenia.
– Dziękuję – zwrócił się do Leanelle, kończąc sprzątanie po tym prowizorycznym i bardzo skromnym szpitalu polowym.
Aidan natomiast bardzo szybko odwrócił wzrok od Meary, chociaż nie obracał już głowy. Ot, pewnie i tak by mu ją znowu obróciła, więc bez sensu. W odpowiedzi tylko przytaknął w milczeniu i niepewnie sprawdził opatrunek, sięgając po swoją zdewastowaną koszulę. No cóż, trudno.
Ariene chwilę grzecznie leżała na ziemi, oddychając powoli i wyraźnie rozeznając się w okolicy. Wreszcie znowu spróbowała się podnieść, ale ponieważ próba zakończyła się niepowodzeniem, ponownie położyła się posłusznie, dając sobie jeszcze trochę czasu.
– Co z resztą? – spytała napiętym głosem, zmuszając się przynajmniej do otworzenia oczu; nie było to przyjemne przez donośne łupanie w czaszce, ale jakoś sobie poradziła.
Pierwszą odpowiedzią Cadora było westchnienie. Zatoczył spojrzeniem po rozproszonych po placu boju towarzyszach, cały czas przeczesując palcami włosy Ariene. Robił to machinalnie, w poczuciu, że czynność uspokoi go i pozwoli mu opanować nerwy. 
– Aidana trochę pokiereszowali, ale Caleb już się nim zajął – zaczął wypranym z emocji głosem, nadal nie patrząc na wiedźmę.
Nie chciał dalej mówić. Wreszcie pokręcił głową i wrócił spojrzeniem do ukochanej, marszcząc czoło. Otworzył już usta i zawahał się, za co od razu upomniał się w myślach. 
– Ojciec Meary zginął – wyrzucił z siebie, jego dłoń zamarła, jednak już po chwili Cador przesunął opuszkami palców po policzku wiedźmy. 
Straty w ludziach zawsze były nieprzyjemne, nawet, gdy człowieka ledwie się znało. W chwilach zagrożenia ludzi łączy silna więź. 
Cador znowu westchnął, przypatrując się Ariene uważnie. Starzał się, to stąd te nerwy. No i... Jakby jej się coś stało, coś poważnego – nawet nie chciał o tym myśleć. Była tu, żyła, nic już jej nie grozi. 
Meara tymczasem zniknęła. Nikt jej nie zatrzymywał, gdy ruszyła w sobie znaną stronę; ktoś się ruszył, został jednak powstrzymany przez Anabde wymownym gestem dłoni. Nekromantka przymrużyła szare oczy, odprowadzając dziką dziewczynę spojrzeniem i zastanawiając się, co dalej.
Sheridan i Errian zdążyli wrócić z końmi, nim Meara znów pokazała się na horyzoncie. Obładowana miską wypełnioną wodą, ściereczką i czystymi ubraniami, od razu skierowała się do ciała swojego ojca. Nie zwróciła najmniejszej uwagi na obecnych; zabrała się za ostrożne zmywanie śladów krwi i przebieranie taty, by przygotować go do pogrzebu. Robiła to w ciszy i spokoju, nie roniąc ani jednej łzy, jakby wyłączyła swoją świadomość. W jej gestach było mnóstwo delikatności i czułości, samo patrzenie na nią raniło serce. 
Leanelle zerknęła na Anabde, szukając u niej rozkazów; czy podejść i pomóc Mearze, czy może lepiej dać jej święty spokój? Nie otrzymała odpowiedzi, odwróciła więc głowę i zagryzła wargę w zdenerwowaniu, nie potrafiąc odnaleźć się w tej sytuacji. Bardzo chciała pomóc nowopoznanej dziewczynie, okazać jej wsparcie, ale jak?
Ariene na te wieści od razu spróbowała wstać, jednak zakręciło się jej w głowie i porzuciła ten pomysł. Walcząc o równy, spokojny oddech, od czasu do czasu uchylała powieki i przypatrywała się Cadorowi, mając nadzieję, że zaraz siły wrócą. Nie zdążyła jednak się ostatecznie pozbierać, kiedy znowu nadszedł Errian.
Kucnął przy wiedźmie, przyłożył dłoń do jej czoła, potem uniósł jej rękę i puścił bezwładną, patrząc, jak z powrotem upada. Koniec końców uszczypnął kobietę w ramię.
– Ej – syknęła zniecierpliwiona, nie mając pojęcia, co też młodzieniec wyrabia.
– Nie wygląda na to, żeby uszkodziło ci jakieś układy – stwierdził, nie przejmując się dość gniewnym spojrzeniem Ariene. – Możesz próbować wstać, nie powinno ci to zaszkodzić – dodał, uśmiechając się do niej.
– I wywnioskowałeś to, obmacawszy moją rękę – podsumowała niezadowolona, ale ochoczo usiadła, nie mogąc już znieść niemocy i leżenia jak ostatnia miernota.
– Posłałem impuls badawczy przy kontakcie fizycznym, pani naczelna uzdrowicielko grupy. Przytępiło ci zmysł magiczny? – spytał trochę żartobliwie, trochę rzeczywiście zmartwiony, jakby to było możliwe.
– Żebym tobie czegoś zaraz nie przytępiła – zjeżyła się Ariene, bardzo chcąc odsunąć od siebie Erriana, ale nie miała tyle siły.
– Chyba wszystko w normie – uznał spokojnie i podniósł się, przenosząc wzrok na Mearę, potem na zajmującego się Aidanem Caleba.
Myśliwy pomógł rannemu młodzieńcowi wstać, rozejrzał się po zebranych i, jak większość, zastygł w oczekiwaniu. Errian, postanawiając Mearze nie przeszkadzać – interwencja w tak osobiste zajęcie byłaby zwyczajnie nie na miejscu – skierował się do nadal niepokojąco zgaszonej Aithne. Jeszcze nie zdecydował, czy najpierw ją uspokoi, czy okrzyczy za to, co zrobiła.
Cador uśmiechnął się lekko, przypatrując prychającej i ogółem niezadowolonej wiedźmie z prawdziwym szczęściem. Trochę masochista, tak. 
Wiedząc, że proponowanie jakiejkolwiek pomocy może się zakończyć opierdolem od góry do dołu, ograniczył się do podniesienia i czekania. Gdy będzie potrzebny, Ariene sama skorzysta z jego usług i wykorzysta go jako dźwig. Obserwował ją tylko czujnie, gotów do natychmiastowej interwencji, gdy Ariene zacznie od siebie wymagać za dużo. 

Meara poradziła sobie sama. Zawsze radziła sobie w życiu sama, to i teraz było jej łatwiej, gdy zostawili ją w spokoju. Zabrudzone krwią, rozerwane i będące w opłakanym stanie ubrania po prostu rzuciła pod drzewo. Jeszcze raz przesunęła wilgotną ściereczką po policzku ojca, uśmiechnęła się dziwnie i wreszcie odwróciła, by wylać wodę z miski.
Upewniwszy się, że wszystko jest należycie przygotowane, wstała, wyprostowała się i spojrzała na resztę grupy wyczekująco. Nie chciała prosić o pomoc, chociaż teraz już by się przydała. Po prostu będzie jej bardzo miło, jeżeli będą chcieli w tym uczestniczyć.
Anabde nawet nie drgnęła, od razu rozumiejąc intencje Meary. Rozejrzała się po okolicy czujnie, wreszcie natknęła się na wóz, który wyglądał na zdolny do użytku. Przymrużyła oczy, zmuszając pojazd do ożycia i przejechania kilku metrów; przekonana, że ten się nadaje, zastanowiła się nad odpowiednim koniem do pociągnięcia go.
W końcu zaprzęgli Korala, który jako jedyny nie był oburzony faktem przerobienia go na konia pociągowego (Lantano, tylko zobaczywszy wóz, zdenerwował się tak bardzo, że na jego szyi zalśniły krople potu). Leanelle zreflektowała się i na szybko zebrała nieduży bukiet kwiatów, głównie polnych maków; udekorowany wiązanką wóz wyglądał wystarczająco godnie, by móc ruszyć z panem Tully w ostatnią podróż.
Meara poprowadziła ich przez las, i kiedy Anabde już zaczęła wątpić, czy wóz nie rozpadnie się na trasie, wyszli na niedużą, urokliwą łączkę. Nekromantka obejrzała się, by upewnić, że Ariene, wspomagana przez Cadora, nadal dzielnie maszeruje na końcu pochodu (uparła się, choć proponowali jej miejsce na wozie).
Na cichą prośbę prowadzącego Korala Erriana wierzchowiec zatrzymał się; panowie ściągnęli z pojazdu wcześniej przygotowane łopaty i zerknęli na dziką dziewczynę, nadal wyraźnie oszołomioną ich chęcią pomocy.
– Tutaj – szepnęła wreszcie, wskazując ruchem głowy na ziemię w cieniu starego drzewa samotnie rosnącego na polanie.
Sama również wzięła łopatę i nikt nie odważył się zwrócić jej uwagi, że to robota dla mężczyzn.
Pracowali w ciszy, pozbywając się kolejnych warstw ziemi. Panie stały z boku, przyglądając się, konie skubały trawę, Koral natomiast od czasu do czasu prostował się dumny, bardzo zadowolony z tego, że mógł się przydać.
Sheridan w pewnym momencie przerwał zajęcie i spojrzał na Erriana przeciągle, zorientowawszy się, że coś za łatwo im z tą glebą idzie. Młody mag w odpowiedzi uśmiechnął się do przyjaciela, ani nie zaprzeczając podejrzeniom, ani ich nie potwierdzając. Łowca pokręcił głową i podjął pracę.
Wreszcie dół stał się na tyle głęboki, że można było z czystym sumieniem złożyć tam ciało. Panowie spojrzeli wyczekująco na Mearę, a gdy dziewczyna skinęła lekko głową – trudno było zrobić coś więcej, chociażby trumnę – Sheridan, ponaglany przez Erriana, zeskoczył na dno dziury. W końcu był najwyższy, więc jemu najłatwiej będzie to zrobić.
Wspólnymi siłami dość ostrożnie złożyli ojca Meary na dnie jego grobu, a łowca bez większego problemu wydostał się z pułapki, zaraz się odsuwając, żeby zrobić miejsce obok przyszłego miejsca pochówku. Pozostali panowie także się cofnęli, bo teraz zostało już tylko zasypanie dołu ziemią.
Meara zacisnęła palce na łodydze kwiatka, który chwilę wcześniej wyciągnęła z nieśmiało podsuniętego przez Leanelle bukietu. Zagryzła wargę, myśląc o tym, że jej ojciec zasłużył na dużo więcej. Na piękny pogrzeb z tysiącem opłakujących go ludzi, poruszającą muzyką, różnokolorowymi bukietami kwiatów i łzami.
Z drugiej strony czy chciałby czegoś bardziej widowiskowego? Uniosła lekko głowę, przyglądając się skupionym i zmartwionym twarzom nowych znajomych, wodząc spojrzeniem po podświetlonej przez promienie słońca trawie i szumiących liściach drzew, których linia zaczynała się ledwie kilka kroków dalej. Ptaki ćwierkały nieśmiało, a buszujący w zieleni zając uniósł łebek, poruszając niespokojnie wąsami.
Tata zawsze marzył o takim pogrzebie.
Uśmiechnęła się lekko i przechyliła głowę, spoglądając na koronę drzewa, pod którym stali. Jeden z liści wyswobodził się i właśnie opadał tanecznie w jej stronę; wyciągnęła ramię i pochwyciła go, by zaraz przycisnąć do piersi. To było jak znak.
– Żegnaj, tato – szepnęła półgłosem, zagryzając wargi, bo tak łatwiej było powstrzymać płacz.
Odetchnęła głośno i mimo wszystko uśmiechnęła się ładnie; poluźniła palce dłoni, trzymany kwiat wleciał do dołu, padając na klatkę piersiową zmarłego, kielichem do twarzy. Cofnęła się o krok czy dwa i spojrzała na panów, dając im znak kiwnięciem głowy. Schowała złapany liść do kieszeni koszuli i sięgnęła po własną łopatę; jako pierwsza rzuciła ziemię, która zaraz zaczęła w miarowym tempie zasypywać dół.
Nie potrzeba było słów. Nie chciała, by opowiadali o tym, jak wielkim człowiekiem był. Ledwie go znali, oddawali mu cześć najlepiej, jak mogli. A ona?
Ona wiedziała. Ona zawsze będzie pamiętała o ciepłym uśmiechu ojca, jego pomocności, nieograniczonej wiedzy o roślinach, dobroci serca. Nigdy nie zapomni, że las go kochał, że lgnęły do niego wszystkie zwierzęta, że to on wszystkiego ją nauczył i to dzięki niemu mogła uznawać swoje dzieciństwo i młodość za naprawdę szczęśliwe. Nie było tutaj miejsca na opowieści.
Gdy działała, łatwiej było jej powstrzymać płacz i trwać w sile, tak, jak zawsze uczył ją tego ojciec. Z każdym ruchem łopaty przypominała sobie chwile, które zachowa w sobie na zawsze; przywoływała wspomnienia, by dokładnie je zapamiętać, w najdrobniejszym szczególe.
Pogrzeb w ciszy – tak, to było jego.
Gdy zasypali już dół i ubili ziemię, nagle zrobiła się bezradna. Pochyliła ramiona i zadrżała, walcząc z łkaniem. Powinna coś zrobić, ale co? Nagrobek, tak, potrzebny będzie nagrobek. Uniosła głowę i błędnym spojrzeniem rozejrzała się dookoła, nie wiedząc, za co się chwycić. Napór łez był coraz silniejszy, ale ona tak bardzo nie chciała płakać, tak straszliwie pragnęła pożegnać tatę w spokoju. Bolałoby go serce, gdyby wiedział, że ona płacze.
Nawet nie zauważyła ruchu; zamrugała zaskoczona, gdy ujrzała kucającą na świeżo ubitej ziemi Leanelle. Dziewczyna położyła bukiet na środku grobu, zaś wokół kwiatów zaczęła ustawiać kamienny krąg. Najpierw drobne kamyczki, od zewnątrz coraz większe; nawet nie zerkała na innych, skupiona na pracy. Następna ruszyła się Anabde; zebrała garść kamieni i przysiadła się do Leanelle, kontynuując jej dzieło.
Meara wciągnęła kolejny haust powietrza i uśmiechnęła się niedowierzająco, przełykając łzy.
Ariene także dołączyła do pań, jednak była tak słaba, że Aithne się nad nią zlitowała. Z poczuciem winy i gulą w gardle pomogła wiedźmie kucnąć, zabierając się do znoszenia znalezionych kamieni, żeby panienka Tenshi nie musiała się za dużo ruszać. Robiła wszystko dość nerwowo, ale nie nawykła do brania udziału w takich uroczystościach.
Sheridan odstał swoje nad grobem – w porównaniu do innych nadzwyczaj krótko – dlatego zajął się rzeczami bardziej przyziemnymi, jak pakowanie łopat czy próba wyprzęgnięcia Korala. Potem zorientował się, że ogier może odciągnąć wóz z polany, więc zaczął przypinać to, co odpiął.
Pozostali milczeli. W pewnym momencie Caleb sięgnął do swojej torby i wyjął stamtąd nieduży skórzany mieszek. Wcisnął go Aidanowi w dłoń, dostrzegłszy, że chłopaka bardzo boli bezradność, że chciałby zrobić coś więcej, by zabić poczucie winy.
Gdy uczeń Cadora popatrzył na niego bez zrozumienia, uśmiechnął się blado.
– Połóż to tam – wyjaśnił cicho i klepnął go w ramię, mobilizując, żeby się ruszył z miejsca i przestał wyglądać na tak przestraszonego.
Aidan podszedł do pań, poczekał, aż skończą pracę i zrobią mu trochę miejsca, po czym oparł o kamienie mieszek podarowany przez Caleba. Może kiedyś spyta, co tam właściwie było, ale skoro pochodziło z torby myśliwego – mogło być wszystkim.
Teraz wyglądało to... właściwie. Panie odsunęły się, Ariene przy pomocy Cadora, odsłaniając bardzo skromny, ale w pewien sposób urokliwy grób.
Meara pokiwała lekko głową, nie przestając się uśmiechać. Otarła oczy wierzchem dłoni, wreszcie zdecydowanie wygrywając walkę z łzami, po czym przymknęła na chwilę powieki, jakby popadła w dziwny rodzaj transu.
Dziękowała. W duchu. Za wszystko. Wystarczyło jej kilka minut, które reszta grupy odstała w ciszy; gdy znów otworzyła oczy, odwracając się do nich z tym nieustającym uśmiechem, wyglądała na dużo spokojniejszą.
– Wracajmy już – stwierdziła normalnie brzmiącym głosem.
Nie czekając na ich reakcję, sama poprowadziła drużynę w drogę powrotną, oglądając się tylko raz, przy wejściu do lasu.
Anabde pomyślała, że Meara to naprawdę silna dziewczyna.
Powoli zaczynali szykować się do dalszej drogi – co prawda niezbyt nachalnie, by ich niespodziewana nowa znajoma nie poczuła się odtrącona, ale pewne przygotowania należało poczynić. Najmniej, oczywiście, robił Sheridan, do którego po prostu przydreptała Gniada i stanęła grzecznie, gotowa do odjazdu.
– Masz jakieś konkretne plany? – zagadnął Mearę Caleb, kończąc kontrolowanie stanu Li’corana i zająwszy się bezimiennym tarantem.
– Och – westchnęła gdzieś tam od swojej strony Ariene, orientując się, że czegoś zapomniała. – Moja torba. Szlag – ucieszyła się nadzwyczajnie, marszcząc czoło.
– Mogę się przejść – zaofiarowała się Aithne, wskazując ruchem głowy budynki. – Tylko w której części wioski mieliście stanowisko? – dodała, nim postawiła krok w odpowiednią stronę.
Ariene popatrzyła na upadłą dość niepewnie.
– Wiesz, ehm, to nie jest najlepszy pomysł. Chyba leży wywrócona, mogłabyś czegoś nie wziąć – stwierdziła wtedy ostrożnie, uśmiechając się przepraszająco.
– Wywrócona? Na jakie licho wysypywałaś zawartość torby? – zdziwiła się szczerze Aithne, unosząc brwi.
– Potrąciłam ją przy wyskakiwaniu przez okno – odparła błyskawicznie wiedźma, co zabrzmiało naprawdę prawie wiarygodnie. – Jak ruszaliśmy do walki – dodała, bo wyskakiwanie przez okno też wypadło dziwnie.
Meara przypatrywała się myśliwemu chwilę, później ogarnęła spojrzeniem resztę grupy; już przymierzała się do odpowiedzi, gdy niespodziewanie odwróciła spłoszona głowę i wzruszyła ramionami. Wyszło to na tyle niezgrabnie, że Anabde uniosła brew, przyglądając się dziewczynie przeszywająco. Koniec końców westchnęła ciężko.
– Wyrzuć to z siebie wreszcie – mruknęła niezadowolona, bo naprawdę, żeby nie umieć poprosić o miejsce w grupie.
Przecież widać było jak na dłoni, o co chodzi Mearze, to niech się dziewczę wreszcie przyzna. Została obdarzona naprawdę zdruzgotanym spojrzeniem, ale przyjęła to bez większych emocji; wróciła do sprawdzania zapięć przy ogłowiu Lantano, od czasu do czasu strofując niespokojnego ogiera.
Chodzące w pobliżu porzucone konie banitów sprawiały, że siwek nie mógł ustać w miejscu, nieustannie kręcił się, rżał i pokazywał to, co ma najlepsze, od czasu do czasu wykonywał też solidne kopnięcie.
– Bo... – zaczęła cicho Meara, lecz zaraz zreflektowała się, odchrząknęła i kontynuowała już głośniej: – Ja nie chciałabym robić problemu. Nie mam konia. Ani pieniędzy. Ani niczego. Ale... ale tata powiedział, żebym została z wami. Czy ja... mogę?
Anabde wzniosła oczu ku niebu, wysłuchawszy całej tej mało zgrabnej wypowiedzi. Gdy dziewczyna skończyła, zerknęła na nią z kpiącym rozbawieniem, potem kiwnęła głową w stronę najbliżej pasących się, bezpańskich koni.
– Złap sobie jakiegoś. I się pospiesz – stwierdziła krótko, dosiadając swojego wierzchowca.
Meara uniosła brwi – jakim cudem poszło to tak łatwo? – uśmiechnęła się ślicznie i odwróciła, ruszając w stronę porzuconych wierzchowców. Zatrzymała się w pewnej odległości od nich, oceniła rumaki i skierowała się do niedużego, lekkiego gniadosza o trzech wysokich skarpetkach i malowanym pysku.
Tymczasem Ariene dokuśtykała do Jutrzenki i dosiadła swoją kobyłę, warknąwszy kilkakrotnie na Cadora, bo zaczął się robić nadopiekuńczy. Upewniła się, że siedzi pewnie, jeszcze raz się poprawiła i popatrzyła na pozostałych z lekkim uśmiechem.
– Zaczekajcie na mnie przy wyjeździe z wioski, pozbieram swoje zabawki – poprosiła, kierując zniecierpliwioną klacz w odpowiednią stronę.
– Tylko się po drodze nie zabij – zaproponował lekko Caleb, zbliżając się do Aidana, żeby pomóc mu się wdrapać na jego rosłego ogiera.
– Nie mogę, muszę kiedyś zabić ciebie – uzmysłowiła myśliwemu, poganiając Jutrzenkę do kłusa, niepomna na to, że niektórzy mogli dostać zawału.
– To chyba czas się zbierać – westchnął Errian, widząc, że pozostali też przygotowali się do drogi i tylko czekali na ostatnich spóźnialskich, którzy wsiadali na konie.
Powoli ruszyli w odpowiednią stronę, spokojnym stępem, chcąc dać Ariene szansę uwinięcia się z porzuconym bagażem i dogonienia ich bez narażania już raz dziś narażonego życia.
Operacja zakończyła się, na szczęście, sukcesem. Nawet nie musieli długo czekać na powrót wiedźmy, chociaż Caleb miał na ten temat inne zdanie. Ledwie Ariene zwolniła Jutrzenkę do stępa, zaczęli się przerzucać wyrazami najgorętszych uczuć.
Wyglądało na to, że normalność powoli wracała do ich grupy.

Koniec części trzeciej
 tomu pierwszego „Granic Chaosu”, 
pod tytułem: „Oszustwa i zdrady.



7 komentarzy:

  1. Zrobiło się tak jakoś... smutno przy tym rozdziale oO Serio, ej. Tak jakoś... no, no. Szkoda mi tej dziewczyny, ale zz drugiej str już dawno przywykłam do Waszego sadyzmu względem Waszych postaci, naprawdę xD W każdym razie zgubiłam się chyba w jednym momencie, gdy w jednym akapicie była i Lea i Mea i musiałam dwa razy przeczytać, by ogarnąć co i jak. Pierwszy raz mi się to przytrafiło tutaj xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo straciła ojca :<< Biedna Mercia. Trzeba ją teraz ukochać, bo to taka fajna dziewczyna <3

      A tym razem TO NIE JA. To przez Kasię. Tak właśnie xD

      Och. To jak będę kiedyś sprawdzać, to zobaczę, jak rozdzielić wyraźniej podmioty, teraz... mi się nie chce, szczerze mówiąc xD

      Usuń
    2. No zobaczymy, jak się dalej dziewczę będzie prezentowało xD
      W sumie, to odszukałam ten fragment dziś i przeczytałam bez problemu. Zastanawiam się czy to kwestia ogarnięcia go, czy może tego, że wczoraj byłam strasznie zmęczona xD

      Usuń
    3. ... Hm xD To jak nikt inny nie będzie narzekał, to sobie odpuszczę męczenie podmiotów. Może to z twojej strony coś szwankowało xD

      Usuń
  2. Miałam coś narysować z okazji zakończenia tej części, ale zamiast tego wprowadziłam nową nagrodę. Nagrodę Mozilli.
    Natalia, dostałaś pierwszą w historii PrawieCzytelną Nagrodę Mozilli (ze względu na czcionkę, oczywiście).

    Kliknij tutaj, żeby otrzymać nagrodę!

    I tak, odpieprza mi xD
    Drugą dostanie Kasia przy następnej solowoanabdowej scenie xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaha, ONIEŻYJĘ xDDD
      Boskie. Yaaay, jesteśmy fajne <3

      Usuń
  3. 26 years old Structural Analysis Engineer Kleon Ramelet, hailing from Beamsville enjoys watching movies like "Spiders, Part 2: The Diamond Ship, The (Die Spinnen, 2. Teil - Das Brillantenschiff)" and hobby. Took a trip to Monarch Butterfly Biosphere Reserve and drives a McLaren F1. Informacje dodatkowe

    OdpowiedzUsuń