Czekała. Nie
przypominała sobie, by kiedykolwiek zdarzyło się jej czekać na kogoś w takim
napięciu spowodowanym zwyczajną troską. Siadła przy niedużym, wciśniętym do
pokoju wręcz na siłę stoliku, jednak po krótkiej chwili przysunęła się bliżej
ściany i oparła o nią ramieniem, wtulając w zimny kamień. Podciągnęła nogi pod
siebie, kładąc stopy na siedzeniu, i trwała w zmartwieniu.
Gair. Tak się
nazywał. Zapamiętała to imię, gdy tylko je usłyszała, i teraz nieznajoma postać
nie dawała jej spokoju. Gdyby tylko wiedziała trochę więcej...
Ale nigdy nie
pytała. Rzadko się o cokolwiek pytali. Przeszłość była i minęła, zdawałoby się,
że nie przyjdzie znów, a wracanie do niej nie interesowało tak jego, jak jej.
Często czuła się źle z niewiedzą, jednak przekraczanie pewnych granic
przerażało bardziej.
A teraz
przeszłość postanowiła się odezwać i wyglądało na to, że jej nadejście jest
naprawdę okrutnym zrządzeniem losu.
Sheridan się
bał. Anabde była z nim w Perrianie, walczyła u jego boku w wielu potyczkach,
patrzyli na śmierć towarzyszy i stawali oko w oko z potworami, o których
zwykłym ludziom się nie śniło. Nigdy nie zobaczyła u niego choćby cienia
strachu, aż do teraz. Jego reakcja była wyraźna oraz niemożliwa do przeoczenia,
a przecież zazwyczaj tak łatwo przychodziło mu ukrywanie emocji.
Skuliła nieco
ramiona i wpatrzyła się w blat stolika. Zacisnęła mocno palce na bokach, aż
wreszcie przypomniała sobie o oddychaniu; skupiła się na czynności, biorąc
głębokie wdechy i powoli wypuszczając powietrze. Najpierw wypełniała dolną
partię płuc, ciągnąc powietrze przeponą, później dopełniała, aż nie zmieścił
się w niej ani haust; gdy robiła wydechy, również stopniowała, mając nadzieje,
że pomoże to opanować nerwy.
Nie pomogło.
Właściwie
dlaczego tak cholernie się przejęła? Czemu bała się, że coś, właściwie ktoś mu
zagraża, że jego życie jest narażone, że coś może się mu stać? Okrutny strach
wypełnił całą jej osobę i sprawiał, że serce przeszywał nienaturalny ból.
Gdy usłyszała
odgłos kroków, wróciła do niej siła. Wyprostowała się, przytulając plecy do
oparcia krzesła, uniosła brodę i zapatrzyła się w drzwi przymrużonymi oczami.
Nie chciała ukryć tego, co tkwiło w jej spojrzeniu, przyzna się do tego. Do
zmartwienia.
I wreszcie
klamka opadła, a drzwi się uchyliły.
Wszedł cicho,
ze wzrokiem utkwionym w podłodze, najwyraźniej nie spodziewając się, że Anabde
będzie na niego czekać. Nim w ogóle uniósł głowę, zamknął przejście i dopiero
obrócił się przodem do pokoju, prostując się.
Jego
spojrzenie, teraz dziwnie nienaturalnie bezosobowe, padło na nią ledwie na
krótką chwilę. Przyjrzał się Anabde, jakby coś sprawdzał oraz kontrolował,
potem zainteresował się oknem. Bez słowa wyjaśnienia przebył dzielącą go od
parapetu odległość i wyjrzał na ulicę, mrużąc oczy, znów jakby coś sprawdzał
oraz kontrolował. Wreszcie przymknął powieki, jeszcze kilka chwil trwał
nieruchomo, aż wreszcie się do niej odwrócił.
Nie powiedział
nic. Nie wyglądał też na kogoś, kto potrzebuje słów. Po prostu stanął i
zaczekał, samemu nie wiedząc, na co właściwie czeka. Wcisnął ręce do kieszeni
spodni.
Odetchnęła raz
jeszcze, nim wreszcie zdecydowała się wstać. Nie wahała się z podejściem do
niego i zatrzymaniem w odległości jednego kroku, jednak gdy już to zrobiła,
siły nagle ją opuściły. Nie odwróciła spojrzenia, tylko ramiona opadły trochę,
jakby przygniecione ciężarem zmartwień.
– Sher... –
zaczęła miękko, by dać sobie chwilkę na zastanowienie.
Jakie
konkretnie pytanie może zadać? O co w tym wszystkim chodzi? Bardzo chciałaby
wiedzieć, ale zdawało się jej, że to nieodpowiedni moment na zmuszanie
mężczyzny do przywracania wspomnień. Jednak musiała dowiedzieć się
czegokolwiek, tak po prostu, żeby zagłuszyć strach, chociaż troszkę.
– Co masz
zamiar zrobić? – kontynuowała więc.
Może,
wprawdzie w to wątpiła, będzie mogła mu pomóc. Zapewne on sam jeszcze nie wie,
jak poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, ale dlaczego nie zastanowić się
wspólnie?
No dobrze,
głupie nadzieje, ale jest szansa, że usłyszy choć słowo, jedno słowo, które
jakkolwiek ją naprowadzi.
Szansa bardzo
nikła.
Przechyliła
nieznacznie głowę, przyglądając się mu w sposób, w jaki jeszcze nigdy na niego
nie patrzyła. Zmartwiona oraz zatroskana. Nie chciała, by poczuł się, jakby
było jej go żal – nie o to chodziło. Po prostu...
Nie, to nie
było takie proste. Było przerażające i skomplikowane, ale sprawiało, że strach
o niego zaczął ją zżerać.
Milczał
kolejne długie chwile, przypatrując się jej pustym wzrokiem. Podczas gdy jej
spojrzenie zaczęło tak wiele wyrażać, on jakby zamknął się w sobie i znowu oddalił,
próbując przed czymś dość rozpaczliwie uciec.
Tak właśnie to
wyglądało. Próbował uciec, ale nie umiał, dlatego postanowił zbudować mur,
doskonale wiedząc, że to i tak nic nie wskóra w aktualnej sytuacji. Za dobrze
rozumiał, co mogło oznaczać pojawienie się jego opiekuna.
– Dopilnować,
by wam nie przeszkadzał – odparł wreszcie, upewniwszy się, że jego głos zabrzmi
wystarczająco obojętnie.
Anabde odbiła
się od tego muru, ale tym razem postanowiła nie wycofywać się. Na jej twarzy
nie pojawiło się żadne nowe uczucie, ani jedno też nie uciekło.
Jego słowa
zabrzmiały wręcz... głupio. Krótka rozmowa z drugim Przeklętym mówiła dużo
więcej, niż zdawała się mówić; problem Gaira był poważny. To nie chodziło o to,
by im nie przeszkadzał – co to za pomysł w ogóle.
Zmartwienie
tkwiło w tym, by Sheridan przeżył. Wypowiedzi nieznajomego były aż nazbyt
wymowne i naprawdę nie trudno zorientować się w stanie rzeczy.
Otworzyła
usta, by coś powiedzieć, gdy nowa myśl wpadła jej do głowy. Zacisnęła wargi i
zmarszczyła czoło, dając ciszy jeszcze krótką chwilę trwania.
– Co miałoby
mu się nie spodobać? – zapytała, nie musiała nawet wymieniać imienia. –
Popełniłeś jakiś błąd?
Chyba nie
powinna była pytać. Ale, na litość boską, cóż z tego. Martwiła się.
Kiedy teraz na
nią patrzył, ważąc odpowiedź w myślach, coś potwornie zabolało gdzieś w środku.
Wstrzymał na moment oddech; dotarło do niego z całą wyrazistością, co wzbudzało
przez ten czas niepokój.
I zamiast
odpowiednio rozeznać się w sytuacji, tylko brnął w problem. Pierwszy raz
zapragnął uciec – nigdy w ciągu całego życia przed niczym nie uciekł. Od
początku do końca stawiał wszystkiemu czoło.
Także wtedy,
kiedy ostatni raz widział Gaira.
Westchnął i
sięgnął dłonią do jej twarzy, przesuwając delikatnie palcami po policzku.
Jeszcze chwilę, jeszcze trochę się jej przyglądał, w jego oczach wreszcie się
coś pojawiło. Zdawało się, jakby się dogłębnie nad czymś zastanawiał.
Mógł to
rozwiązać na dwa sposoby. Jeden scenariusz już poznał. Czy to naprawdę chodziło
o to, żeby znowu wszystko zrobić pod stare dyktando? Gdyby jednak coś zmienił,
co się stanie? I to właśnie bolało. Przerażająca niewiedza.
– Ze dwa duże
– odparł cicho na pytanie, wzdychając raz jeszcze.
I teraz musiał
coś z tym zrobić. Nie wiedział tylko co dokładnie, bo żadna możliwość nie
wydawała się dostatecznie dobra. Dostatecznie bezpieczna.
Przymknęła
oczy i przytuliła policzek do jego dłoni, zakrywając ją własną. Delikatnie
zacisnęła palce na jego skórze, by nie zabierał ręki; gdy uchyliła powieki, na
ustach zatańczył nieśmiały uśmiech.
– Nie powiesz
mi jakie, prawda? – zapytała.
Nie z
wyrzutem, można powiedzieć, że nawet uśmiechnęła się trochę wyraźniej.
Pomyślała sobie, że chyba zna go już dostatecznie dobrze, by wiedzieć, jak on
się zachowa; z drugiej strony istniała nikła nadzieja na to, że ją zaskoczy.
Lubił ją
zaskakiwać, jak zauważyła.
Po chwili
uśmiech znikł.
Sheridan, martwię się o ciebie. Sheridan,
powiedz mi, że nic ci się nie stanie. Sheridan, proszę, niech nic złego się nie
dzieje. Sheridan, bądź ostrożny. Jesteś dla mnie ważny.
Nie mogła
niczego takiego powiedzieć. Po prostu nie mogła, nie przeszłoby jej to przez
gardło. Ale... ale chyba tak właśnie zaczynało być. Przytłaczające,
przerażające oraz nieuniknione.
– Lepiej,
żebyś nie wiedziała – stwierdził spokojnie, nie odrywając od niej spojrzenia,
przypatrując się jej z dziwną uwagą.
Po raz
pierwszy w życiu nie potrafił powiedzieć na głos najbardziej oczywistej,
cisnącej się na usta odpowiedzi. Nigdy wcześniej nie zawahałby się z
oznajmieniem „ty jesteś moim błędem”. Teraz zwyczajnie na nią patrzył, zgodnie
z jej wolą nie odsuwając dłoni od ciepłego policzka.
Było w tym
wszystkim coś dziwnego i nowego. Nie umiał nazwać tego w żaden konkretny
sposób, zwyczajnie nagle zrozumiał, że nie może pozwolić jej zbliżyć się do
całego problemu. Wystarczająco wiele jest tu bliskości, jeszcze kolejna warstwa
mogłaby… Zmarszczył lekko czoło, uświadamiając sobie, czym zaczął się
przejmować.
Drugą dłonią
odgarnął kosmyk włosów z jej czoła, zrozumiawszy, jak potwornie i haniebnie – a
przynajmniej tak by to nazwał kilka miesięcy temu – przegrał.
Skinęła
ostrożnie głową, po cichu godząc się na powstrzymanie od pytań. Jeszcze chwilę
walczyła ze sobą, aż wreszcie poddała się i przemierzyła dzielącą ich
odległość, by wtulić się w mężczyznę. Oparła policzek o jego tors i odetchnęła
głęboko jego zapachem; skoro nie mogła uspokoić jej wiedza, niech obecność
Sheridana choć trochę ukoi nerwy.
Przymknęła
oczy i nawet nie zastanawiała się, skąd to nagłe poczucie... bezpieczeństwa? Aż
śmieszne.
Minęło kilka
minut, nim znów uchyliła powieki.
– Nie możesz
ich naprawić, tak? – zapytała cicho, nie odsuwając się od niego.
Nie chciała.
On także nie
poluźnił objęć, w jakich ją zamknął, gdy tylko się przytuliła. Im dłużej o tym
myślał, tym bardziej nie wiedział, co właściwie zrobić w zaistniałej sytuacji.
Ale upewniał się co do tego, czego nie zrobi na pewno.
– Mógłbym –
stwierdził powoli, jakby temat nie był zbyt ważny, a odpowiedzi nie były
potrzebne natychmiast, jakby mieli bardzo dużo czasu.
Przerwał na
chwilę, opierając policzek na jej głowie i pozwalając sobie na rozluźnienie.
Teraz naprawdę nie sposób się z tego wycofać, teraz naprawdę nie zamierzał tego
robić. Aż śmieszne, zupełnie jak nie on. Bardziej jak pewien przestraszony,
zagubiony szczyl, którego kiedyś znał.
– Tylko nie
zamierzam – dokończył, podejmując pierwszą tego wieczoru decyzję.
Uśmiechnęła
się lekko, czując, że przestaje być aż taki napięty. Wtuliła się w niego
mocniej, na krótką chwilę znów się zapominając.
Rozmowy z nim
były zabawne. Pytając, co ma zamiar zrobić, dowiedziała się, czego robić
zamiaru nie ma. Może być i tak. Jeżeli tylko jakkolwiek mu pomagała, przydawała
się w dziwny oraz niepojęty sposób. Nadal zaskakujące było to, że w ogóle czuła
tego typu potrzebę, ale nie myślała o tym w tej chwili.
Nie musiała
pytać, czy da sobie radę. Interesowanie się, czy przyda mu się do czegokolwiek,
też było zbędne – wolał działać na własną rękę, zresztą, cóż ona, marna
śmiertelniczka, mogła zdziałać? Nie usiłowała dowiedzieć się, co w końcu
postanowił, prawdopodobnie plan dopiero się tworzył i wymagał jeszcze wielu
poprawek. Dlatego tylko westchnęła, dość cicho.
Nieznacznie
poluźniła objęcia, zastanawiając się, czy on chciałby, żeby już się odsunęła,
czy niekoniecznie. Teraz oparła się o niego czołem, odczekała chwilę, aż
wreszcie uniosła brodę i odszukała spojrzeniem jego oczy.
Zaskoczyło go
to, co nasunęło mu się na myśl, gdy ujmował dłońmi jej twarz, a potem przesuwał
ręce tak, by zatopić je we włosach. Jeszcze nigdy nie ubrał w słowa pragnienia
trzymania jej blisko siebie, teraz natomiast zastygł, przez chwilę słuchając
tych odbijających się od jego umysłu słów: „bądź tu”. Chciał syknąć z irytacją,
ale w porę się opamiętał, bo mogłaby pomyśleć, że syczy na nią. Chociaż, poniekąd…
Odpowiadając
na spojrzenie, uśmiechnął się blado. Nie było to wymuszone – nie do końca
przynajmniej – ale zdecydowanie licho wypadło. Dziwne zmartwienie nie dawało mu
spokoju i chociaż Anabde ponownie przynosiła mu samą sobą ukojenie, to jednak
tym razem problem okazał się za duży, by tak po prostu o nim zapomnieć.
Dlatego
jeszcze trochę tak stał, jakby w nadziei, że to mu dodatkowo pomoże. Albo
wszystko zmieni. Albo wszystko zatrzyma.
Bardzo chciała
pomóc. W tej chwili jedynym jej celem było to, by mu ulżyć. Nie miała jednak
siły, sposobu, możliwości; mogła mu dać wyłącznie wsparcie, ale jak marnie
wypadało to w obliczu problemu?
Jako że
pytania tylko pogarszały sprawę, jedynym wyjściem było trwać w niewiedzy i
zaufać – to właśnie zrobiła, czując się źle z ledwie znanym sobie uczuciem
bezsilności.
Uniosła rękę i
położyła dłoń na jego karku, przesuwając po nim opuszkami palców. Dlaczego
mogła jedynie być?
– Nie zaśniesz
dzisiaj, co? – szepnęła.
Jakie to
chore, że przejmowała się takimi, zdawałoby się, drobnostkami. Będzie spał czy
nie będzie, przecież to jego sprawa.
– To nic.
Możemy posiedzieć w ciszy – dodała.
To już
kompletnie ją zaskoczyło. Ale to było zmartwienie na inną chwilę, inny dzień.
Chociaż...
Może nawet nie powinna się nad tym zastanawiać. Przecież to po prostu było. I
rosło w siłę.
Znów się
uśmiechnął, bardziej wiarygodnie niż przed chwilą, jednocześnie kręcąc lekko
głową. Wreszcie westchnął cicho – już dawno tyle nie wzdychał jednego wieczoru
– i przesunął kciukiem po jej wardze, przypatrując się jej z pewnym…
rozbawieniem? Trochę było lepiej. Musiał po prostu zaakceptować fakt, że na
razie nic z tym nie zrobi.
– Powinnaś się
położyć. To nic takiego – zapewnił cicho, niemalże miękkim głosem, ale było to
na tyle subtelne, że niemalże niewyczuwalne, na szczęście.
Już powoli
godził się na to, że w pewien dziwny, trochę chory sposób się o nią martwił.
Nigdy o nikogo się nie martwił – czy raczej nie działo się to wystarczająco
długo, by się tego nauczył – dlatego też teraz źle się z tym czuł. Ale nie
umiał tego pokonać, jedyną drogę do uwolnienia się od tego sam przed sobą
zamknął.
Przymrużyła
oczy, w jednym geście zawierając wszystko, co myślała o traktowaniu jej jako
naiwnej i nie dostrzegającej wielu oczywistości. „Nic takiego” nie zabrzmiało
wiarygodnie, przeczyły mu wszystkie znaki na niebie oraz ziemi. Kłócenie się o
to nie miało jednak sensu, dlatego powstrzymała się od komentarza.
Przesunęła
rękę z jego karku na policzek, głaszcząc ciepłą skórę wierzchem dłoni. Znowu
przechyliła trochę głowę, nie powstrzymując bardzo subtelnego uśmiechu.
– Dam sobie
radę – zapewniła spokojnie.
Odetchnął z
pewną irytacją, ale dobrze wiedział, że nie wygra tego starcia. Zresztą nie
miał wystarczająco dużo siły, by zmagać się z jej uporem. Może sama ze sobą
przegra, jak upłynie trochę czasu i zrobi się późno.
Tymczasem,
nadal ją przytrzymując przy sobie, cofnął się kilka kroków, by zająć miejsce na
łóżku. Jak mieli tak sterczeć niemalże do rana, to przynajmniej w pewnej
wygodzie; oparł się plecami o ścianę i pociągnął Anabde tak, żeby była możliwie
blisko. Dopiero wtedy pozwolił sobie na odchylenie głowy, by i ją wesprzeć o
chłodny kamień, i zapatrzenie się w ciemniejący za oknem widok.
Usiadła między
jego nogami i wtuliła się wygodnie w jego tors, starając się nie wiercić za
bardzo, by przypadkiem nie wbić mu łokcia między żebra albo wyrządzić innej,
równie bolesnej krzywdy. Nieświadomie zapatrzyła się w tę samą stronę, co on,
przymrużając powieki i oczyszczając myśli.
W pewnej
chwili, może znudzona widokiem, może poruszona kolejną z dziwnych obaw,
obróciła się bokiem do niego, by móc odnaleźć spojrzenie zielonych oczu. Taka
pozycja nie była szczególnie komfortowa, to trzeba przyznać, ale nie zwróciła
na to uwagi; zapatrzyła się na niego, po chwili przytulając dłoń do jego twarzy
i muskając wargami policzek.
Tak
zwyczajnie, bez powodu. Jakby chciała mu przypomnieć o swojej obecności,
powiedzieć, że jeżeli tylko będzie czegoś potrzebował – odezwać się, zapytać,
poinformować o wnioskach, do jakich doszedł – ona cały czas tutaj jest, dla
niego.
Kiedy poczuł
na skórze dotyk jej ust, drgnął lekko, jakby wyrwał się z zamyślenia, i
przeniósł na nią wzrok. Chwilę mu to zajęło, zanim spojrzenie nabrało ostrości,
najwyraźniej wracając z miejsca, do którego uciekł myślami. Uśmiechnął się do
niej ledwo widocznie, ale jednocześnie z dziwnym spokojem, przypatrując się jej
jeszcze pewien czas.
– Może jednak
spróbujmy zasnąć – zaproponował cicho, samemu się zaskakując, że w ogóle o tym
pomyślał.
Z drugiej
strony we śnie – jeśli wreszcie uśnie – będzie o wiele mniej się martwić. Zatem
gdyby się udało, wyszłyby z tego same korzyści. Poza tym zwyczajnie nie chciał,
by sterczała tak z nim całą noc, nie było takiej potrzeby.
Nic nie
odpowiedziała, kiwnęła tylko głową, ostrożnie podnosząc się i zgrabnie
przesuwając się, by zaraz usiąść koło niego na materacu. Spojrzała na pościel i
zmarszczyła czoło, zastanawiając się, czy kładzenie się ma w ogóle sens;
wiedziała, że nie zaśnie.
Nie tylko z
powodu zmartwień, to po prostu była jedna z tych nocy, gdy Morfeusz nie
okazywał jej względów. Mimo tego należało zachować pozory; obróciła się, by raz
jeszcze spojrzeć na Sheridana i uśmiechnąć się do niego lekko, potem odsunęła
kołdrę.
Doszła do
wniosku, że nie chce jej się przebierać do snu; zresztą skoro ten ma nie
nadejść, jest to trochę bezcelowe. Zrzuciła tylko buty, które upadły na podłogę
koło łóżka, po czym zabrała się do ściągania przez głowę bluzki, by zostać
tylko w cienkim podkoszulku. Musiała sięgnąć do zawiązanych na karku rzemieni;
nie chciały ustąpić i się rozplątać, co skwitowała przekleństwem rzuconym pod
nosem.
Sheridan
westchnął cicho i bez słowa jej z tym problemem pomógł, samemu też nie
podchodząc zbyt ambitnie do przygotowań do snu. Nie był pewien, czy w ogóle
zaśnie, jednak może stanie się tak, że ją w końcu zmorzy sen. A na pewno nie
zmorzy, jeśli będą siedzieć i gapić się w okno.
Myśli o tym
uświadomiły mu, że w pokoju jest nieco duszno. Podniósł się z łóżka, podszedł
do parapetu i uchylił przeklęte okno (przez chwilę nie chciało współpracować),
jednak nie otwierał go zbyt szeroko. Jakoś tak.
Popatrzył raz
jeszcze na spokojne, ciche ulice, powstrzymał się od sięgnięcia po magię i
wrócił do Anabde, uśmiechając się do niej blado. Usiadł z powrotem na skraju
łóżka, czekając, aż ona się ułoży, by dopiero wtedy samemu poszukać skrawka
miejsca na materacu.
Naprawdę, nie
mogli robić tych łóżek większych?
Spojrzawszy na
niego i ujrzawszy męczennika, który bez nadziei czekał na odrobinę miejsca, nie
mogła powstrzymać rozbawienia. Uśmiechnęła się trochę kpiąco, ale grzecznie
przesunęła na materacu, by zająć jak najmniejszą jego część. I tak wykorzysta
łowcę jako osobistą poduszkę.
Zamyślił się,
wobec tego podniosła się nieco, zrzucając kołdrę na kolana, i sięgnęła do jego
ramienia. Delikatnie przesunęła po nim dłonią, potem chwyciła pewniej i
pociągnęła mężczyznę na materac; gdy podążył za nią, mogła oprzeć głowę o jego
ramię i na chwilę przymknąć oczy, wmawiając sobie, że wszystko będzie
dobrze.
Bardzo chciała
w to uwierzyć.
Anabde obejrzała
się przez ramię i zatoczyła spojrzeniem po niezbyt zaludnionej, wąskiej
uliczce. Przymrużyła niezadowolona oczy, nie dostrzegając niczego, co mogło
wzbudzić niepokój; nie poczuła się lepiej, ale nie pozostało jej nic innego,
jak tylko zganić się za nadwrażliwość i kontynuować wędrówkę.
Zerknęła
krótko w stronę niepozornego, brudnego kota o posklejanym futerku, który
siedział kilka metrów od niej, liżąc łapkę. Z pewnością to bezdomny dachowiec,
jeden z wielu mieszkających w każdym miasteczku; smród, jaki od niego zionął,
był odrażający, ale to też nie wyróżniało go szczególnie z tłumu mu podobnych.
Wszystkie koty z ulicy cuchnęły śmiercią.
Z tą różnicą,
że większość nadal chodzących po drogach i dachach była jeszcze żywa. Ten nie
był.
Gdy Anabde
obróciła się twarzą do wyjścia z zaułka i ruszyła przed siebie, kot również
podjął marsz, cały czas idąc na jej wysokości, ledwie kilka metrów dalej.
Od rana
kobieta miała poczucie bycia obserwowaną. Nie potrafiła racjonalnie wytłumaczyć,
skąd wzięła się taka obawa; ot, zwyczajnie czuła na sobie czyjś wzrok, cały
dzień nie opuszczało jej wrażenie, że ktoś obrał ją sobie na cel. Dlatego
przydawała się dodatkowa para oczu oraz uszu, może już gnijących i grożących
rozkładem, ale przy użyciu odpowiednich czarów – ciągle sprawnych.
Mimowolnie
sięgnęła do paska, do którego zazwyczaj przytroczony miała futerał z pistoletem
w błękitno-biało-złotych barwach. Tym razem jej dłoń spoczęła na materiale
spodni, a Anabde ponownie tego dnia przeklęła się za pozostawienie broni w
gospodzie.
To nie brak
ostrożności był powodem takiej decyzji. Już od dłuższego czasu kobieta ukrywała
pistolet, wiedząc, że artefakt jest zbyt cenny, by używać go w sytuacjach tego
niewymagających lub narażać się na jego utratę. Nietrudno było paść ofiarą
wprawnej kradzieży, zwłaszcza w tak zatłoczonych miejscach, jak targ, który
tego dnia odwiedzała.
Właśnie
dlatego pistolet leżał w ukryciu; mimo tego, żałowała, że nie podjęła ryzyka.
Coś podpowiadało jej, że akurat dziś powinna była uzbroić się najlepiej, jak
mogła. Instynkt?
Prychnęła pod
nosem, zirytowana sobą. Zaczęła się z niej robić okropna panikara. Z pewnością
to, że czuła się śledzona, wynikało z dziwnej sytuacji, jakiej świadkiem była
poprzedniego wieczora, a ona niepotrzebnie robiła z igły widły. Nic jej nie
zagraża. Nie jest przecież bezbronna, potrafiła o siebie zadbać.
Wywróciła
oczami i uniosła nieco brodę, nie poświęcając szczególnej uwagi mijanym
ludziom. Nie było ich wielu, a pospolite twarze rozmywały się w panującym półmroku.
Anabde poprawiła kołnierz płaszcza, czując, że z każdą minutą wieczoru
temperatura spada znacząco, potem przyspieszyła nieco kroku. Chciała już
dotrzeć na miejsce.
W pewnej
chwili paskudny kot zatrzymał się i nastawił uszy, prostując połamany ogon.
Jego końcówka po chwili zaczęła kiwać się na boki, ale nim Anabde zdołała
znaleźć powód reakcji, dachowiec już uspokoił się i znów ruszył.
Na rogu ulicy
ktoś stał. Niezbyt wysoki, o wąskich ramionach chłopak ubrany w wyświechtaną
marynarkę, z rękoma skrytymi w jej kieszeniach. Spoglądał przed siebie
obojętnym wzrokiem, czarne włosy targał chłodny wiatr, przerzucając je na oczy,
jednak ich właściciel niewiele sobie z tego robił. Zdawał się na kogoś czekać –
może na dziewczynę? Albo na przyjaciół. Wydawał się równie szary, co wszyscy
inni kręcący się po ulicach, równie bezosobowy. Uniósł ramiona, by lepiej
osłonić kark przed chłodem.
Anabde minęła
chłopaka, nie poświęcając mu zbyt wiele uwagi. On też nawet na nią nie
spojrzał, dokładnie tak, jak być powinno. Jednak wtedy niespodziewanie kucnął,
wyciągając przed siebie rękę, jego wzrok zawieszony został na drepczącym za
nekromantką stworzonku, jakby to ono okazało się najciekawsze z całego tłumu.
– Kici, kici –
mruknął niskim, zachęcającym głosem, uśmiechając się do kota w dziwny, jakby
trochę bezosobowy sposób.
Anabde
spodziewała się, że ożywiony przez nią w konkretnym celu – aby alarmować ją o
niebezpieczeństwie – twór nie zareaguje na przywołanie. Pomysł był taki, by
utracił on wszystkie kocie odruchy, a świat postrzegał wyłącznie w dwóch
kategoriach – tego, co może stwarzać zagrożenie oraz wszystkiego innego.
Kiedy więc
dachowiec zatrzymał się, w pierwszej chwili poczuła, jak napinają się jej ramiona,
a serce nieznacznie przyspiesza rytm. Potem zerknęła na powód zatrzymania i
uznała, że równie dobrze zaklęcie mogło się nie powieść. Stwierdziła w myślach,
że trzeba było użyć rytuału, a nie czarować naprędce, po czym wzruszyła
ramionami, wysyłając swojemu ożywieńcowi słaby impuls.
Ale kot nie
poruszył się. Podszedł kilka kroków do młodzieńca, pochylając się i niemalże
szorując brzuchem o ziemię, potem usiadł i zapatrzył się w chłopaka. Po chwili
jego ogon zaczął nerwowo zamiatać kurz z ulicy, choć martwe oczy wpatrywały się
w nieznajomego ze zwyczajną ciekawością.
Anabde
zatrzymała się i spojrzała na kota bez zrozumienia, marszcząc brwi. Ożywieniec
nie poddał się sugestii, co powinno świadczyć o niebezpieczeństwie. Z drugiej
strony zaprogramowany był na atakowanie wszystkich, którzy mogą grozić
nekromantce, a teraz tylko siedział i wpatrywał się w zwykłego chłopaka.
Przeniosła
przeszywające spojrzenie na nieznajomego, mrużąc szare oczy, po czym skupiła
się na mocy i pozwoliła kotu na większą swobodę działań. Zwierzątko potrząsnęło
łbem, po czym podeszło do młodzieńca o kolejne dwa kroki, wyraźnie mając
nadzieję na otrzymanie przysmaku, ostatecznie odrobiny czułości.
Nekromantka
westchnęła lekko. Chyba się już starzała, skoro wszystko tak łatwo wzbudzało
jej niepokój. Z drugiej strony... Wewnętrzny głos podpowiadał jej, że coś tu
jest nie tak.
– Dobry kotek
– mruknął chłopak, bez obrzydzenia ofiarowując kotu trochę pieszczot, na które
miał nadzieję.
Przesunął
palcami po mordce, potem podrapał go lekko za uchem, zmierzwił z pewną
czułością futerko na czubku łebka. Wyglądał na zadowolonego z tego, że został
obdarzony zainteresowaniem ze strony chodzącego trupa. Może jednak nie
wiedział, że to trup? Pewnie gdyby zdawał sobie z tego sprawę, nie dotknąłby
istoty.
– Twój? –
zagadnął, unosząc głowę i bez najmniejszego skrępowania zaglądając Anabde
prosto w oczy; jego własne w kolorze turkusów błyszczały mdło, kiedy się jej
przyglądały z całkowitą swobodą.
Ogółem zdawał
się bardzo dobrze odnajdywać w sytuacji, jakby codziennie tak zaczepiał mijane
na ulicy osoby i rozmawiał z nimi o największych nawet głupotach.
– Śmieszny –
dodał, poświęcając stworzonku jeszcze chwilę uwagi, nawet uśmiechnął się z
pewnym rozbawieniem.
Aura chłopaka
była przeciętna i świadczyła, że jest on tym, na kogo wygląda. Ale aurze nie
należało bezgranicznie ufać, skoro tak wiele było sposobów, by zamaskować ją
lub zmienić – Revelin był tego najlepszym świadectwem.
– Martwy –
odpowiedziała spokojnie, wzruszając przy tym ramionami.
Chłopak musiał
być idiotą, jeżeli tego nie zauważył.
Skupiła
spojrzenie na ożywieńcu, a kiedy jej oczy błysnęły charakterystycznie,
zwierzątko stanęło na sztywnych łapkach, po czym padło na bok i już się nie
poruszyło. Kobieta przymknęła na chwilę powieki, a gdy znów je uchyliła,
zerknęła krótko na młodzieńca.
– Nigdy nie
wierz temu, co widzisz – mruknęła z pewnym rozbawieniem, zastanawiając się w
głębi ducha, skąd wzięła jej się skłonność do pouczania nieznajomych dzieciaków
spotkanych na ulicy.
Pokręciła
głową do siebie, po czym obróciła się plecami do młodzieńca i ruszyła w dalszą
drogę, dziwne spotkanie postanawiając puścić w niepamięć.
Młodzieniec
podniósł się z uśmiechem, wciskając ręce do kieszeni marynarki. Wpatrywał się w
Anabde jeszcze chwilę, zupełnie nieporuszony faktem, że kot, którego przed
chwilą głaskał, właśnie padł trupem na polecenie napotkanej kobiety. Zdawał się
nawet akceptować to jako codzienność, jakby tak właśnie często się mu zdarzało.
Podrzucił
głową, strząsając kilka kosmyków znad oczu, i uśmiechnął się trochę szerzej,
ale krótko, jakby wolał za długo nie szczerzyć pogodnie zębów. Może należał do
ponurych pesymistów.
– Wiem, czego
szukasz – rzucił za nią spokojnym, niedbałym wręcz głosem, turkusowe oczy na
chwilę nabrały intensywnej barwy, jakby coś się zmieniło.
W mgnieniu oka
wszystko wróciło do normalności, nie pozostawiając po inności choćby śladu.
Jakby nigdy nie miało miejsca.
Anabde za to
zdawała się go nie słyszeć. Nie zatrzymała się, nie przyspieszyła kroku, nie
drgnęła, nic nie zmieniło się w oddalającej się miarowym, spokojnym tempie sylwetce.
Może nawet nie wyczuła krótkiej zmiany, choć byłoby to dziwne, zważywszy na
wrażliwy zmysł magiczny, jakim była obdarowana.
Tak naprawdę
poczuła coś, co instynktownie odepchnęła od siebie; potem pojawiła się kolejna
z obaw, nieśmiało pukające do drzwi umysłu wyjaśnienie dziwnej sytuacji. Ale
było irracjonalne, zupełnie irracjonalne.
Wyprzedzając
człowieka, Anabde niby przypadkowo zahaczyła o niego ramieniem.
– Hejże! – oburzył się mężczyzna, zatrzymując się.
– Hejże! – oburzył się mężczyzna, zatrzymując się.
Nekromantka
obróciła się do niego z uśmiechem i bardzo łatwo nawiązała kontakt wzrokowy.
Chciała zwrócić na siebie uwagę; gdy ktoś ją zapamięta, prędzej ostrzeże przed
niebezpieczeństwem lub w razie takowego przyjdzie z pomocą.
O ile zdoła.
Niemniej jednak warto było przedsięwziąć wszelkie środki ostrożności.
– Przepraszam
pana bardzo – rzuciła miękko, kładąc dłoń na jego ramieniu. – To z
nieuwagi.
Mężczyzna pokiwał powoli głową i w końcu machnął ręką, mamrocząc pod nosem, że nic się nie stało. Uważnie przyjrzał się twarzy nieznajomej kobiety, odpowiedział nawet na uśmiech, uznając, że jest dość sympatyczna. Potem ona ruszyła, podążył więc jej śladem, szybko zostając w tyle.
Mężczyzna pokiwał powoli głową i w końcu machnął ręką, mamrocząc pod nosem, że nic się nie stało. Uważnie przyjrzał się twarzy nieznajomej kobiety, odpowiedział nawet na uśmiech, uznając, że jest dość sympatyczna. Potem ona ruszyła, podążył więc jej śladem, szybko zostając w tyle.
Chłopak także
poszedł za nekromantką, zupełnie niezrażony zignorowaniem go. Jego energiczne
kroki pozostawały bezszelestne, jakby nie dotykał ziemi, przemieszczając się.
Odczekał z nadludzką cierpliwością, aż ludzi na uliczce zostanie o wiele mniej.
Wtedy dopiero uniósł rękę, przyjrzał się palcom, jak przeskakuje między nimi
iskierka, po czym przeniósł wzrok na wykreowane przez siebie przedstawienie.
Z naprzeciwka,
w stronę Anabde, szybkim krokiem maszerował Sheridan. Wyszedł zza zakrętu
wyraźnie zdenerwowany, a gdy dostrzegł nekromantkę, w jego oczach pojawiło się
niezadowolenie, może była powodem zmartwienia. Napiął ramiona, jakby chciał
wyjąć ręce z kieszeni spodni, wtedy jednak z zaułka wyszedł ktoś jeszcze.
Mężczyzna w
długim burym płaszczu zbliżył się do łowcy, nie unosząc zanadto głowy, jakby
nie chciał, by jego twarz została zauważona. Sheridan zwolnił, marszcząc czoło,
przypatrując się nieznajomemu z pewną dozą odrazy.
I wtedy, w
jednej sekundzie, gdy na twarzy Przeklętego pojawiło się przerażenie, obcy
mężczyzna pchnął w jego brzuch. Łowca zgiął się lekko w pół, wytrzeszczając z
niedowierzaniem oczy, nim jednak zdążył zareagować, nieznajomy błyskawicznie i
wyjątkowo głęboko poderżnął mu gardło.
Sheridan
osunął się martwy na ziemię.
– Szkoda by
było, co? – szepnął chłopak, zatrzymawszy się tuż za Anabde, słowa wypowiedział
prosto do jej ucha, błyszczącymi radośnie oczami przypatrując się jej twarzy.
Magia jeszcze
przez chwilę wirowała w powietrzu, silna, ale niemalże niemożliwa do wyczucia.
Kilka sekund, niecałe pół minuty, kiedy młodzieniec stał nieprzyzwoicie blisko
niej, za blisko; potem cała makabryczna scena się rozwiała.
– Może jednak
jakoś temu zaradzimy? – zaproponował lekko, przypatrując się Anabde z tym samym
pogodnym wyrazem twarzy, pozwalając czarom rozpłynąć się dokoła, ale nie
zniknąć.
Wyraźnie te
subtelne sploty nakładane na kobietę musiały sprawiać mu przyjemność, dość
sadystyczną radość.
Przez cały ten
czas nie mogła się ruszyć. Mogła tylko patrzeć, rozszerzając w strachu oczy,
nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku ani paść na kolana. Kiedy
wizja się rozwiała, serce nie przestało bić jak oszalałe, a nieprzyjemna gula w
żołądku nie zniknęła; przenikające na wskroś przerażenie i rozpacz tylko trochę
zelżały, ale nie dały o sobie zapomnieć.
Bo to nie było tak, że wizja się skończyła. Ona nadal trwała gdzieś w jej głowie, zapowiadając przyszłość. Bolało.
Bo to nie było tak, że wizja się skończyła. Ona nadal trwała gdzieś w jej głowie, zapowiadając przyszłość. Bolało.
Po zniknięciu
sceny Anabde mogła się wreszcie ruszyć. Odruchem była natychmiastowa ucieczka,
jednak możliwość została szybko przez kobietę odrzucona – raz, nie była dość
szybka, dwa, nadal nie mogła postawić kroku do przodu, jakby coś ją blokowało,
jakby była marionetką, a on trzymał za sznurki. Obróciła się więc, wciąż
nieprzyjemnie blada, o wystraszonych, dużych oczach oraz niespokojnym oddechu
wymykającym się przez nieznacznie rozchylone wargi.
Ale nie była
naiwna. Kimkolwiek on był, nie miał zamiaru zaradzić wizji. Czego chciał? Może,
trochę głupia myśl, chciał poprzez jej krzywdę uderzyć w Sheridana. Może żądał
informacji na jego temat. O cokolwiek chodziło, nie mogła na to przystać.
W zaułku nie
było niczego, co mogłoby jej się przydać. Ale Anabde Sasare nie miała w
zwyczaju się poddawać.
W pewnej
chwili szare oczy błysnęły gniewem oraz determinacją, w następnej coś
zamiauczało przeraźliwie. Ponownie ożywiony kot rzucił się rozpaczliwie na
młodzieńca, wbijając ciągle ostre pazury najpierw w jego plecy, później z ich
pomocą wdrapując się na jego głowę. Chłopak zdekoncentrował się nieco, a ona
zyskała trochę czasu i ponowną władzę nad ciałem; nie rozglądając się dookoła,
wpadła do pierwszego budynku, jaki napotkała, wiedząc, że powinna spróbować
zniknąć nieznajomemu z oczu.
Prawdopodobnie
na niewiele się to zda, ale trzeba próbować.
Wieczór był
chłodny, ale Sheridan nie mógł wysiedzieć na miejscu – wyszedł na dwór,
początkowo za bardzo się od karczmy nie oddalając. Errian nadal widocznie się
martwił, nie chciał go niepokoić mocniej, to zrodziłoby niewygodne pytania.
Lepiej pozostać w pobliżu, tak jak obiecał, czekając na coś. Może na cud.
Czuł się tak,
jakby miał związane ręce, w dodatku nic nie umiał z tym zrobić. Ot, znalazł się
w potrzasku, w pułapce zastawionej przez własną przeszłość. W takich chwilach
naprawdę nie wiedział, jak chciałby rozwiązać całą sytuację.
Oparł się o
najbliższą ścianę, ustawiając się tak, by być widocznym z okna karczmy.
Następnego dnia cała grupa miała ruszyć na poszukiwania zaginionej dziewczynki,
udało się ustalić, gdzie dokładnie się znajduje. Nie był pewien, czy żałuje
decyzji o zostaniu – sprawa Gaira stanowiła priorytet, a jednak… nie chciał
zostać wykluczonym ze wszystkiego.
Może polubił
podróże, wszystkie wspólne przygody, pakowanie się w tarapaty i ciągłe kłótnie.
Ale to zbyt abstrakcyjne – zawsze wybierał samotność, dlatego pewnie teraz
chciał zaczekać na pierwszy ruch dawnego opiekuna. Zresztą gdyby poszedł ze
wszystkimi, Gair mógł podążyć ich tropem. Mógł wykorzystać ich, by osłabić
jego, swój cel. Zmarszczył czoło, pochylając lekko głowę.
Anabde długo
nie wracała.
Nie sądził
jednak, że Gair zorientował się, kim dla Sheridana jest nekromantka. Zdołałby
go wyczuć, gdyby kręcił się w pobliżu, po tylu latach i z tak rozwiniętymi oraz
opanowanymi umiejętnościami nie byłoby to problemem. Niepokój mimo to nadal
rósł, utrudniając bezczynne stanie w miejscu; chłód wieczoru przynajmniej
trochę uspokajał i otrzeźwiał, pomagał nieznacznie się rozluźnić.
Jeśli zachowa
ostrożność, nie pozwoli, by ktokolwiek inny został w to wszystko wciągnięty.
Nie żeby znaczyli dla niego wiele, ot, po prostu zasługiwali na życie. Nie
istniał dość dobry powód, dla którego mieliby ginąć w jego imieniu. Przyjrzał
się widocznym przez szybę stolikom, przymrużając oczy.
W większości
zachowywali się swobodnie oraz radośnie, widział, jak niektórzy się śmieją z
czyjegoś komentarza. Nie sprawiali wrażenia zmartwionych czekającą ich wyprawą
– w końcu przeszli już takie rzeczy, że porwane dziewczę nie stanowiło
problemu.
Tylko dwie
osoby zdawały się być zmartwione. Och, i trzecia, ale on zawsze się martwił,
kiedy Aithne robiła się nerwowa. Leanelle oraz rude rozczochrane co pewien czas
zerkały w stronę drzwi, czekając w napięciu. Naprawdę długo jej nie było;
przeniósł wzrok w dół ulicy, zastanawiając się, co mogło Anabde zatrzymać.
Przymknął
oczy, rozluźniając mięśnie i otwierając umysł na otaczający go świat. W ten
sposób łowcy wyszukiwali odpowiednie ofiary bądź też orientowali się w
konkurencji; kiedyś przypominało to walkę wilków o terytorium, dwóch łowców w
jednym mieście oznaczało potyczkę na śmierć i życie. Nie potrafili się
wzajemnie znosić.
W ten właśnie
sposób, jak Sheridan założył, Gair go wyczuł tamtego dnia na ulicy. Ostatecznie
musiał uznać, że się nadaje – na ucznia, na łowcę ogółem, trudno orzec. A kiedy
ktoś ich pokroju zdecyduje, że chce coś mieć, nic go nie powstrzyma przed
zdobyciem tego. Taka była ich natura, nie potrafili przecież inaczej.
W tych czasach
konkurencja między łowcami osłabła, przede wszystkim dlatego, że przez lata
Przeklęci byli tępieni, należało zewrzeć szyki oraz nie dać się wymordować. I
taka cicha koalicja pozostała do dziś.
Wtedy,
przeszukując od niechcenia okolicę, by się uspokoić – co zawsze go rozluźniało,
nawet jeśli nie znajdował niczego interesującego – drgnął, napinając gwałtownie
mięśnie. Obecność innego łowcy nie była straszna czy niepokojąca, ot, poza tym
jednym w mieście przebywało jeszcze trzech bądź czterech. Tu chodziło o coś
innego.
O tę iskierkę,
która znajdowała się zdecydowanie zbyt blisko młodego łowcy duszy.
Odepchnął się
od ściany, wyjmując ręce z kieszeni, i ruszył szybkim krokiem w ulicę.
Potrzebował kilku sekund, by zorientować się w kierunkach oraz drogach, którymi
najsprawniej dotrze na miejsce.
Dziwnie było
czuć tłukące się nerwowo serce w piersi, tak samo, jak kiedyś, bardzo dawno
temu. Od wielu lat nie doznawał tak czystego, tak zwyczajnego strachu – nie bał
się, bo nie mógł ani niczego stracić, ani zostać skrzywdzonym. Gair potrafił
pokazać mu, jak się przed tym bronić.
Znów złamał
zasadę, ale okazało się, że to nie skończyło się tak, jak zawsze. Teraz
wszystko chciało się powtórzyć? Pochylił głowę i ruszył biegiem, z trudem
łapiąc oddech.
I doskonale wiedział,
że sam nakierował na siebie ostrze. Wielokrotnie w przeszłości popełniał taki
błąd, ale może to nie jest przesądzone, może da się tego uniknąć tym razem.
Może nie jest
tak naiwny. Może nauczył się czegoś więcej przez te lata.
Miał na imię Gair. To było wszystko, co
wiedział – więcej nie potrzebował. Tajemniczy, przedziwny mężczyzna okazał się
Gairem i dał mu wszystko, co tylko mógł sobie wyobrazić. Dom, jedzenie,
bezpieczeństwo, ciepło, miejsce do spania. Uczył się, poznawał ludzi,
dowiadywał się o samym sobie. Nie zadawał zbyt wielu pytań, bojąc się, że to,
co dostał, zostanie mu odebrane, ale nie ufał. Zresztą tak brzmiała pierwsza
lekcja.
Nigdy nie ufaj. Nigdy nie wierz. Nigdy nie
miej nadziei.
Umiał tak żyć. Zabrano go z ulicy, gdzie za
te trzy wartości oddawało się życie, a życie było jedynym, co posiadali. Nie
odrzucało się go dla ideałów – ryzykowało się nim dla przetrwania, jeśli miało
to sens. Ale nie istniało miejsce na uczucia, na zastanawianie się, czy ktoś
może przypadkiem pomoże, może uratuje, może wesprze. Zatem dla Sheridana ta
nauka nie była nowością. Czuł jednak, że Gairowi chodzi o coś więcej, że te
trzy zdania znaczą coś innego, niż się wydaje.
Nie pytał jednak. To była zasada. Dostał
wszystko i póki pozostawał wdzięczny oraz posłuszny, miał gwarancję
bezpieczeństwa. Ten układ zdawał się być czysty, zresztą czy miał jakikolwiek
wybór? Gdyby postanowił zachować się inaczej, niż chciał tego jego opiekun,
straciłby wszystko. Nie zamierzał odbierać sobie szansy, skoro już ją otrzymał.
Dlatego pozostawał posłuszny, choć nie do końca leżało to w jego naturze.
Dowiedział się wielu rzeczy. Otrzymał wizje,
które pozwalały mu sądzić, iż kiedyś wszystko będzie wyglądało inaczej. Jako
łowca dusz, szkolony łowca dusz, posiądzie zdolność kierowania swoim losem, co
więcej – panowania nad istotami żyjącymi dokoła niego.
Ta myśl w pewien dziwny, abstrakcyjny sposób
upajała. Ale czekał, nie pytał, słuchał, wykonywał polecenia. Gair stał się
całym jego światem – kiedyś ten świat był zwyczajnie pusty, teraz starszy łowca
dusz znalazł się w centrum. Teraz on stanowił oś, wokół której wszystko się
kręciło, która nadawała sens życiu Sheridana.
Przywilej nauki obejmował konieczność
zajmowania się przyziemnymi sprawami. Chłopiec chodził na zakupy, sprzątał,
czasami próbował gotować, ale Gair rzadko jadał w domu, dlatego posiłki zwykle
przeznaczone były dla jednej osoby. Chociaż mały łowca kompletnie nie wiedział,
jak poruszać się w domu – nawet umiarkowanie małym – i nie miał pojęcia, jak
się takim miejscem opiekować, to szybko się w tym odnalazł.
Gair rzadko dotrzymywał mu towarzystwa,
dlatego Sheridan uczył się tych rzeczy sam, poza tym mężczyzna zawsze zostawiał
mu listę z zadaniami do wykonania na dany dzień. Znajdowały się na niej
najróżniejsze polecenia, od przygotowujących do bycia dobrym łowcą, po właśnie
sprzątanie, pranie, ogólną opiekę nad domem.
Tego przeklętego dnia robił zakupy na rynku.
Wracał właśnie z zatłoczonego placu, niosąc wypełniony jedzeniem, potwornie
ciężki dla dziecka kosz wiklinowy, krzywiąc się groźnie do całego świata.
Ludzie spoglądali na niego ze zdumieniem, jednak bez strachu, co najwyżej z
lekkim niesmakiem.
Irytowało go to, że przestał być nagle
niewidzialny, że kiedy ubrał się, umył oraz najadł… że dopiero wtedy cała ludzkość
raczyła zwrócić na niego uwagę. Raz pewna młoda kobieta zaofiarowała się, że mu
pomoże zanieść zakupy do domu – cholernie się wściekł, chciał na nią
nawrzeszczeć, ale Gair powtarzał, że prawdziwe uczucia są złe. Że nie wolno ich
pokazywać, bo jest to całkowicie bezsensowne i nie przyniesie żadnych korzyści.
Należy być takim, jakim ludzie chcą, byś był. Trzeba wkraść się w ich łaski,
trzeba ich zawsze oszukiwać.
Dlatego odwrócił się do kobiety plecami i
odszedł, zgrzytając ze złością zębami, ale przełykając komentarz.
Teraz nikt się do niego nie odezwał,
spokojnie opuścił bardziej zatłoczone ulice, zagłębiając się w rzadziej
uczęszczane alejki prowadzące do domu Gaira. Tutaj spoglądano na niego z pewnym niepokojem, bo w tej części
miasta już wiedziano, pod czyją opieką się znajdował.
To prowokowało do pełnych wyższości oraz
groźby uśmiechów, ale Gair mówił, że nie wolno. Że przewagę należy prezentować
dopiero wtedy, gdy jest się pewnym wygranej. Gdy wiadomo, że zmiażdży się
istoty w swoim otoczeniu bez najmniejszego problemu. Do tego czasu należało być
po prostu pewnym siebie.
Mijając jeden z zaułków, usłyszał gromki
rumor. Mimowolnie przystanął, unosząc wyżej kosz z zakupami, i zapatrzył się
czujnie w półmrok, zastanawiając się, czy to na pewno szczury. Może pijany
mężczyzna? Ale nie rozległy się żadne przekleństwa.
Sheridan zmarszczył czoło, powoli
opuszczając się na nić umysłową, by przesondować okolicę. Uważał, że powinien
jak najczęściej ćwiczyć, inaczej nigdy nie zadowoli Gaira, a to była dobra okazja.
Dlatego ostrożnie sprawdził okolicę w poszukiwaniu wszelkich form myślących,
rozpaczliwie próbując wyczuć, na którym poziomie magii się to udało. Gair
zawsze o to pytał, a on nigdy nie umiał mu odpowiedzieć, bo zwyczajnie nie
wiedział.
Jaka to właściwie różnica?
– Pies – mruknął zdegustowany, jeszcze
chwilę spoglądając w zaułek podejrzliwie; to niemożliwe, by się pomylił.
Wreszcie zdecydował się odejść, odwrócił się
i spojrzał w stronę, w którą powinien się udać. Wtedy huk się powtórzył, aż
przebiegły go dreszcze po plecach; zacisnął zęby, chcąc to zignorować, ale
ciche skomlenie sprawiło, że znów zwrócił się do ciemnej uliczki. Zaraz ruszył
w półmrok, ostrożnie stawiając stopy na nieczystościach, żeby nie stracić
równowagi.
Przy wywróconych kubłach na śmieci kulił się
sporej postury, ciemny, kosmaty pies. Wyglądał jak nieudana krzyżówka kundla z
wilkiem, w dodatku bardzo skatowana, wychudzona oraz żałosna.
Sheridan zatrzymał się, spoglądając na
zwierzę z pewną odrazą, jednak nie umiał odwrócić się i odejść. Coś zdawało się
w nim znajome – może to, że sam tak wyglądał kilka miesięcy temu. Westchnął,
oglądając się przez ramię na wyjście z powrotem na ulicę. Jeśli się nie
pospieszy, spóźni się ze wszystkimi dzisiejszymi zadaniami.
Przyjrzał się raz jeszcze zwierzęciu,
przypominając sobie cały koszmar życia na ulicy, bycia niewidzialnym, samotnym,
bezbronnym. Zamknął oczy, przeklinając w duchu samego siebie, po czym kucnął,
kładąc kosz na kawałku suchego bruku.
Pies nastawił uszy, obserwując chłopca
czujnie, nie ruszył się znad kupki śmieci, najwyraźniej przekonany, że
niespodziewany gość mu zabierze marny posiłek.
– No chodź tu, szkarado – mruknął, grzebiąc
przez chwilę wśród zakupów, by wreszcie wyjąć stamtąd kawałek kiełbasy. – Masz.
Czarny, wilgotny nos poruszył się niepewnie,
wciągając przyjemny zapach. Pies, podkulając ogon, ostrożnie podszedł do
chłopca, nie wiedząc, czego się spodziewać. Głód jednak był silniejszy niż
strach, zwierzę chwyciło posiłek i niemalże połknęło mięso w całości, jakby nie
jadło nic od długiego czasu.
– Zadławisz się, zdechniesz i będziesz
śmierdzieć – poinformował go Sheridan, obserwując łapczywość psa z dziwną
mieszanką uczuć. – Przynajmniej wyżywisz więcej szkarad swojego pokroju.
Mimo specyficznego nastawienia sięgnął po jeszcze
jeden kawałek, a ten został porwany o wiele śmielej niż pierwszy. Mały łowca
przyglądał się zwierzęciu, obserwował, jak pospiesznie pałaszuje, aż wreszcie
odetchnął głęboko.
Wcale tego nie chciał, ale uśmiechnął się
ciepło, wyciągając dłoń do kosmatego łba i drapiąc psa za uchem.
– To cześć. I tak pewnie zdechniesz –
pożegnał się ze zdumionym czułością mieszkańcem zaułka, wziął zakupy i ruszył w
drogę powrotną do domu, nie oglądając się na zostawione zwierzę.
Następnego dnia jednak wrócił.
I następnego. I kolejnego.
Pies stał się jego prawdziwym, kosmatym,
wiernym przyjacielem, z którym dzielił się niemalże każdą myślą, każdym
uczuciem, nawet marzeniami. Siadał w śmierdzącym zaułku i opowiadał, a zwierzak
warował przy jego nogach, z pyskiem na kolanie, słuchając.
To było coś niesamowitego oraz magicznego,
Sheridan jeszcze nigdy czegoś takiego nie doznał. Jakby znalazł swój mały
skrawek raju – nie było tu bogactw ani ciepła, ale było coś zupełnie innego,
coś nowego, ale potrzebnego do życia.
Gdzieś w podświadomości czaił się niepokój,
że to tak nie może być. Że mu nie wolno przychodzić i karmić bezpańskiego psa,
przesiadywać w ciemnym zaułku i czekać na odpowiednią godzinę na powrót do
domu. Mógł słuchać tego niepokoju. Mógł się odwrócić, zignorować tamten hałas,
odejść.
Najwyraźniej lubił popełniać błędy.
Tym razem wiedział, że coś było nie tak,
kiedy zbliżył się do zaułka. Zatrzymał się, oddychając głęboko metalicznym
zapachem, dziwnie znajomym, przyprawiającym o ciarki, wywołującym paraliżujący
ścisk w żołądku. Była także inna woń, taka, która w niepokojący sposób upajała.
Zadrżał, wstrzymał oddech i ruszył, czując, jak serce wali mu w piersi
szaleńczo, jakby miało zaraz wyrwać się zza żeber.
Wdepnął w nieco lepką kałużę, ale nie
zwrócił na to uwagi. Jeszcze kilka kroków, jeszcze trochę, jeszcze…
Zahamował gwałtownie, kosz wiklinowy wypadł
z ręki, a zakupy rozsypały się dokoła, wtaczając się do śmierdzących kałuż
nieczystości oraz czegoś jeszcze. Czegoś metalicznego, czego było tu mnóstwo.
Ogarnął pustym, przerażonym spojrzeniem
istny krwawy rozgardiasz, który ukazał się jego oczom. Dokoła walały się
wnętrzności, kawałki kości, mięso, skóra, nie sposób było określić, co
właściwie zostało – dosłownie – rozerwane na strzępy. Poczuł lodowaty dreszcz
na plecach; kolejny.
Dostał drgawek, kiedy jego spojrzenie padało
na zmasakrowaną, oddzieloną od tułowia psią głowę. Wisiała w powietrzu.
Trzymała ją czyjaś dłoń; kosmata, skołtuniona, pokryta skrzepami sierść
wystawała między palcami mężczyzny.
Sheridan uniósł wzrok i popatrzył prosto w
ciemne oczy Gaira.
Zająknął się, tracąc równowagę, cofnął się
kilka kroków chwiejnie, z trudem łapiąc oddech. Poczuł się tak, jakby ktoś
wyrwał mu z piersi serce i zmiażdżył. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie doznał.
– Masz, szczeniaku, swojego psiaka – rzucił
niedbałym, chłodnym głosem Gair, odrzucając odrąbany łeb na ziemię.
Nim chłopiec pomyślał, już padł na kolana,
porywając głowę w ramiona i przyciskając do piersi. Zadrżał raz jeszcze,
otwierając szeroko oczy i zatapiając dłonie w wilgotnej, kleistej sierści.
Jedno ślepie wyłupiono.
– Nie waż się do czegokolwiek przywiązać.
Przywiązanie to pętla na szyi, która zawsze się zaciśnie i cię udusi. Jesteś
niezależny – oznajmił zimno Gair, wpatrując się w podopiecznego bezlitośnie.
– Ale on nic… – wychrypiał cicho, w
przedziwnej panice głaszcząc łeb, jakby pies nadal żył i chciał trochę
czułości.
Cios był potężny i posłał chłopca na ścianę.
Przegryzł sobie język oraz wargę, osunął się w krew i wypluł zaróżowioną ślinę,
krzywiąc się. Nie potrafił unieść głowy, czekając na kolejną karę od opiekuna,
ale ta nie nastąpiła.
Zamiast tego usłyszał kroki.
– Powiedziałem. Żadnych więzi. Jesteś tylko
ty i twój interes. Litość czy empatia są dla słabych, którzy szukają śmierci.
Gdy Gair się oddalił, Sheridan podpełzł do
upuszczonego psiego łba. Bez obrzydzenia, pogrążony w przedziwnej histerii,
przycisnął go z powrotem do siebie, kołysząc się w przód i w tył. Nie trwało to
długo, nim z jego piersi wyrwał się cichy, rozpaczliwy szloch.
To nie było tak, że Gair nie miał racji. To
nie było tak, że Sheridan się z nim nie zgadzał. Chodziło po prostu o to, że to
nie pies powinien ponieść karę. Ale Gair nie uderzył w chłopca, tylko w to, co
było dla niego najcenniejsze oraz niewinne.
Dlatego od tamtego czasu Sheridan zaczął się
bronić przed światem. Bo uczucia niszczyły to, co zasługiwało na życie.
Rozdział przeczytałam wczoraj, ale nie miałam weny na zostawienie komentarzu xD
OdpowiedzUsuńEj... Biedny Sher :< Ja go tak uwielbiam, że aż mi się strasznie smutno robi, jak to czytałam. Naprawdę!
NIE WYBACZĘ, wiesz? xD
Usuń... Ja wiedziałam! Wiedziałam, że zaczną mu współczuć i kochać biedną, skrzywdzoną kruszynkę. DUPA xD
DUPA! Nieprawda... ja go kochałam już wcześniej, haaaaa!
UsuńAle teraz kochasz go bardziej, bez sensu :< xD
Usuńja tam nie wiem czy da się bardziej xD Teraz powoli zaczynam rozumieć, co w nim takiego jest, ha!
UsuńJasne, jasne. Poczekaj na następne fragmenty wspomnień, to już w ogóle ze skurczybyka awansuje na czołowego misia xD
UsuńAle on zawsze będzie dla mnie skurwysynem, ej :< To jest w nim fajne! :D
UsuńPrzynajmniej tyle, umarłabym, gdyby mi się postać jebła xD
UsuńWątpię, że parę wspomnień zmieni postać Shera, serio xD W pokrętny sposób kojarzy mi się z Lucivarem xD
Usuń... O stara, no to na tych ścieżkach twojego mózgu już się zgubiłam xD Czemu z Lucivarem? xD
UsuńUsatysfakcjonuje Cię odpowiedź, że... nie wiem? Po prostu mi się Yas skojarzył, no xD
UsuńCholera. Sher nie może kojarzyć się z taką zajebistością, shit xD
Usuń