środa, 10 kwietnia 2013

78. Zasadzka

Czekała. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek zdarzyło się jej czekać na kogoś w takim napięciu spowodowanym zwyczajną troską. Siadła przy niedużym, wciśniętym do pokoju wręcz na siłę stoliku, jednak po krótkiej chwili przysunęła się bliżej ściany i oparła o nią ramieniem, wtulając w zimny kamień. Podciągnęła nogi pod siebie, kładąc stopy na siedzeniu, i trwała w zmartwieniu. 
Gair. Tak się nazywał. Zapamiętała to imię, gdy tylko je usłyszała, i teraz nieznajoma postać nie dawała jej spokoju. Gdyby tylko wiedziała trochę więcej... 
Ale nigdy nie pytała. Rzadko się o cokolwiek pytali. Przeszłość była i minęła, zdawałoby się, że nie przyjdzie znów, a wracanie do niej nie interesowało tak jego, jak jej. Często czuła się źle z niewiedzą, jednak przekraczanie pewnych granic przerażało bardziej. 
A teraz przeszłość postanowiła się odezwać i wyglądało na to, że jej nadejście jest naprawdę okrutnym zrządzeniem losu.
Sheridan się bał. Anabde była z nim w Perrianie, walczyła u jego boku w wielu potyczkach, patrzyli na śmierć towarzyszy i stawali oko w oko z potworami, o których zwykłym ludziom się nie śniło. Nigdy nie zobaczyła u niego choćby cienia strachu, aż do teraz. Jego reakcja była wyraźna oraz niemożliwa do przeoczenia, a przecież zazwyczaj tak łatwo przychodziło mu ukrywanie emocji. 
Skuliła nieco ramiona i wpatrzyła się w blat stolika. Zacisnęła mocno palce na bokach, aż wreszcie przypomniała sobie o oddychaniu; skupiła się na czynności, biorąc głębokie wdechy i powoli wypuszczając powietrze. Najpierw wypełniała dolną partię płuc, ciągnąc powietrze przeponą, później dopełniała, aż nie zmieścił się w niej ani haust; gdy robiła wydechy, również stopniowała, mając nadzieje, że pomoże to opanować nerwy. 
Nie pomogło.
Właściwie dlaczego tak cholernie się przejęła? Czemu bała się, że coś, właściwie ktoś mu zagraża, że jego życie jest narażone, że coś może się mu stać? Okrutny strach wypełnił całą jej osobę i sprawiał, że serce przeszywał nienaturalny ból. 
Gdy usłyszała odgłos kroków, wróciła do niej siła. Wyprostowała się, przytulając plecy do oparcia krzesła, uniosła brodę i zapatrzyła się w drzwi przymrużonymi oczami. Nie chciała ukryć tego, co tkwiło w jej spojrzeniu, przyzna się do tego. Do zmartwienia.
I wreszcie klamka opadła, a drzwi się uchyliły.
Wszedł cicho, ze wzrokiem utkwionym w podłodze, najwyraźniej nie spodziewając się, że Anabde będzie na niego czekać. Nim w ogóle uniósł głowę, zamknął przejście i dopiero obrócił się przodem do pokoju, prostując się.
Jego spojrzenie, teraz dziwnie nienaturalnie bezosobowe, padło na nią ledwie na krótką chwilę. Przyjrzał się Anabde, jakby coś sprawdzał oraz kontrolował, potem zainteresował się oknem. Bez słowa wyjaśnienia przebył dzielącą go od parapetu odległość i wyjrzał na ulicę, mrużąc oczy, znów jakby coś sprawdzał oraz kontrolował. Wreszcie przymknął powieki, jeszcze kilka chwil trwał nieruchomo, aż wreszcie się do niej odwrócił.
Nie powiedział nic. Nie wyglądał też na kogoś, kto potrzebuje słów. Po prostu stanął i zaczekał, samemu nie wiedząc, na co właściwie czeka. Wcisnął ręce do kieszeni spodni.
Odetchnęła raz jeszcze, nim wreszcie zdecydowała się wstać. Nie wahała się z podejściem do niego i zatrzymaniem w odległości jednego kroku, jednak gdy już to zrobiła, siły nagle ją opuściły. Nie odwróciła spojrzenia, tylko ramiona opadły trochę, jakby przygniecione ciężarem zmartwień. 
– Sher... – zaczęła miękko, by dać sobie chwilkę na zastanowienie.
Jakie konkretnie pytanie może zadać? O co w tym wszystkim chodzi? Bardzo chciałaby wiedzieć, ale zdawało się jej, że to nieodpowiedni moment na zmuszanie mężczyzny do przywracania wspomnień. Jednak musiała dowiedzieć się czegokolwiek, tak po prostu, żeby zagłuszyć strach, chociaż troszkę. 
– Co masz zamiar zrobić? – kontynuowała więc.
Może, wprawdzie w to wątpiła, będzie mogła mu pomóc. Zapewne on sam jeszcze nie wie, jak poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, ale dlaczego nie zastanowić się wspólnie?
No dobrze, głupie nadzieje, ale jest szansa, że usłyszy choć słowo, jedno słowo, które jakkolwiek ją naprowadzi. 
Szansa bardzo nikła. 
Przechyliła nieznacznie głowę, przyglądając się mu w sposób, w jaki jeszcze nigdy na niego nie patrzyła. Zmartwiona oraz zatroskana. Nie chciała, by poczuł się, jakby było jej go żal – nie o to chodziło. Po prostu...
Nie, to nie było takie proste. Było przerażające i skomplikowane, ale sprawiało, że strach o niego zaczął ją zżerać.
Milczał kolejne długie chwile, przypatrując się jej pustym wzrokiem. Podczas gdy jej spojrzenie zaczęło tak wiele wyrażać, on jakby zamknął się w sobie i znowu oddalił, próbując przed czymś dość rozpaczliwie uciec.
Tak właśnie to wyglądało. Próbował uciec, ale nie umiał, dlatego postanowił zbudować mur, doskonale wiedząc, że to i tak nic nie wskóra w aktualnej sytuacji. Za dobrze rozumiał, co mogło oznaczać pojawienie się jego opiekuna.
– Dopilnować, by wam nie przeszkadzał – odparł wreszcie, upewniwszy się, że jego głos zabrzmi wystarczająco obojętnie.
Anabde odbiła się od tego muru, ale tym razem postanowiła nie wycofywać się. Na jej twarzy nie pojawiło się żadne nowe uczucie, ani jedno też nie uciekło. 
Jego słowa zabrzmiały wręcz... głupio. Krótka rozmowa z drugim Przeklętym mówiła dużo więcej, niż zdawała się mówić; problem Gaira był poważny. To nie chodziło o to, by im nie przeszkadzał – co to za pomysł w ogóle.
Zmartwienie tkwiło w tym, by Sheridan przeżył. Wypowiedzi nieznajomego były aż nazbyt wymowne i naprawdę nie trudno zorientować się w stanie rzeczy. 
Otworzyła usta, by coś powiedzieć, gdy nowa myśl wpadła jej do głowy. Zacisnęła wargi i zmarszczyła czoło, dając ciszy jeszcze krótką chwilę trwania. 
– Co miałoby mu się nie spodobać? – zapytała, nie musiała nawet wymieniać imienia. – Popełniłeś jakiś błąd? 
Chyba nie powinna była pytać. Ale, na litość boską, cóż z tego. Martwiła się.
Kiedy teraz na nią patrzył, ważąc odpowiedź w myślach, coś potwornie zabolało gdzieś w środku. Wstrzymał na moment oddech; dotarło do niego z całą wyrazistością, co wzbudzało przez ten czas niepokój.
I zamiast odpowiednio rozeznać się w sytuacji, tylko brnął w problem. Pierwszy raz zapragnął uciec – nigdy w ciągu całego życia przed niczym nie uciekł. Od początku do końca stawiał wszystkiemu czoło.
Także wtedy, kiedy ostatni raz widział Gaira.
Westchnął i sięgnął dłonią do jej twarzy, przesuwając delikatnie palcami po policzku. Jeszcze chwilę, jeszcze trochę się jej przyglądał, w jego oczach wreszcie się coś pojawiło. Zdawało się, jakby się dogłębnie nad czymś zastanawiał.
Mógł to rozwiązać na dwa sposoby. Jeden scenariusz już poznał. Czy to naprawdę chodziło o to, żeby znowu wszystko zrobić pod stare dyktando? Gdyby jednak coś zmienił, co się stanie? I to właśnie bolało. Przerażająca niewiedza.
– Ze dwa duże – odparł cicho na pytanie, wzdychając raz jeszcze.
I teraz musiał coś z tym zrobić. Nie wiedział tylko co dokładnie, bo żadna możliwość nie wydawała się dostatecznie dobra. Dostatecznie bezpieczna.
Przymknęła oczy i przytuliła policzek do jego dłoni, zakrywając ją własną. Delikatnie zacisnęła palce na jego skórze, by nie zabierał ręki; gdy uchyliła powieki, na ustach zatańczył nieśmiały uśmiech. 
– Nie powiesz mi jakie, prawda? – zapytała.
Nie z wyrzutem, można powiedzieć, że nawet uśmiechnęła się trochę wyraźniej. Pomyślała sobie, że chyba zna go już dostatecznie dobrze, by wiedzieć, jak on się zachowa; z drugiej strony istniała nikła nadzieja na to, że ją zaskoczy.
Lubił ją zaskakiwać, jak zauważyła. 
Po chwili uśmiech znikł. 
Sheridan, martwię się o ciebie. Sheridan, powiedz mi, że nic ci się nie stanie. Sheridan, proszę, niech nic złego się nie dzieje. Sheridan, bądź ostrożny. Jesteś dla mnie ważny. 
Nie mogła niczego takiego powiedzieć. Po prostu nie mogła, nie przeszłoby jej to przez gardło. Ale... ale chyba tak właśnie zaczynało być. Przytłaczające, przerażające oraz nieuniknione.
– Lepiej, żebyś nie wiedziała – stwierdził spokojnie, nie odrywając od niej spojrzenia, przypatrując się jej z dziwną uwagą.
Po raz pierwszy w życiu nie potrafił powiedzieć na głos najbardziej oczywistej, cisnącej się na usta odpowiedzi. Nigdy wcześniej nie zawahałby się z oznajmieniem „ty jesteś moim błędem”. Teraz zwyczajnie na nią patrzył, zgodnie z jej wolą nie odsuwając dłoni od ciepłego policzka.
Było w tym wszystkim coś dziwnego i nowego. Nie umiał nazwać tego w żaden konkretny sposób, zwyczajnie nagle zrozumiał, że nie może pozwolić jej zbliżyć się do całego problemu. Wystarczająco wiele jest tu bliskości, jeszcze kolejna warstwa mogłaby… Zmarszczył lekko czoło, uświadamiając sobie, czym zaczął się przejmować.
Drugą dłonią odgarnął kosmyk włosów z jej czoła, zrozumiawszy, jak potwornie i haniebnie – a przynajmniej tak by to nazwał kilka miesięcy temu – przegrał.
Skinęła ostrożnie głową, po cichu godząc się na powstrzymanie od pytań. Jeszcze chwilę walczyła ze sobą, aż wreszcie poddała się i przemierzyła dzielącą ich odległość, by wtulić się w mężczyznę. Oparła policzek o jego tors i odetchnęła głęboko jego zapachem; skoro nie mogła uspokoić jej wiedza, niech obecność Sheridana choć trochę ukoi nerwy. 
Przymknęła oczy i nawet nie zastanawiała się, skąd to nagłe poczucie... bezpieczeństwa? Aż śmieszne.
Minęło kilka minut, nim znów uchyliła powieki. 
– Nie możesz ich naprawić, tak? – zapytała cicho, nie odsuwając się od niego.
Nie chciała.
On także nie poluźnił objęć, w jakich ją zamknął, gdy tylko się przytuliła. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej nie wiedział, co właściwie zrobić w zaistniałej sytuacji. Ale upewniał się co do tego, czego nie zrobi na pewno.
– Mógłbym – stwierdził powoli, jakby temat nie był zbyt ważny, a odpowiedzi nie były potrzebne natychmiast, jakby mieli bardzo dużo czasu.
Przerwał na chwilę, opierając policzek na jej głowie i pozwalając sobie na rozluźnienie. Teraz naprawdę nie sposób się z tego wycofać, teraz naprawdę nie zamierzał tego robić. Aż śmieszne, zupełnie jak nie on. Bardziej jak pewien przestraszony, zagubiony szczyl, którego kiedyś znał.
– Tylko nie zamierzam – dokończył, podejmując pierwszą tego wieczoru decyzję.
Uśmiechnęła się lekko, czując, że przestaje być aż taki napięty. Wtuliła się w niego mocniej, na krótką chwilę znów się zapominając. 
Rozmowy z nim były zabawne. Pytając, co ma zamiar zrobić, dowiedziała się, czego robić zamiaru nie ma. Może być i tak. Jeżeli tylko jakkolwiek mu pomagała, przydawała się w dziwny oraz niepojęty sposób. Nadal zaskakujące było to, że w ogóle czuła tego typu potrzebę, ale nie myślała o tym w tej chwili. 
Nie musiała pytać, czy da sobie radę. Interesowanie się, czy przyda mu się do czegokolwiek, też było zbędne – wolał działać na własną rękę, zresztą, cóż ona, marna śmiertelniczka, mogła zdziałać? Nie usiłowała dowiedzieć się, co w końcu postanowił, prawdopodobnie plan dopiero się tworzył i wymagał jeszcze wielu poprawek. Dlatego tylko westchnęła, dość cicho. 
Nieznacznie poluźniła objęcia, zastanawiając się, czy on chciałby, żeby już się odsunęła, czy niekoniecznie. Teraz oparła się o niego czołem, odczekała chwilę, aż wreszcie uniosła brodę i odszukała spojrzeniem jego oczy.
Zaskoczyło go to, co nasunęło mu się na myśl, gdy ujmował dłońmi jej twarz, a potem przesuwał ręce tak, by zatopić je we włosach. Jeszcze nigdy nie ubrał w słowa pragnienia trzymania jej blisko siebie, teraz natomiast zastygł, przez chwilę słuchając tych odbijających się od jego umysłu słów: „bądź tu”. Chciał syknąć z irytacją, ale w porę się opamiętał, bo mogłaby pomyśleć, że syczy na nią. Chociaż, poniekąd…
Odpowiadając na spojrzenie, uśmiechnął się blado. Nie było to wymuszone – nie do końca przynajmniej – ale zdecydowanie licho wypadło. Dziwne zmartwienie nie dawało mu spokoju i chociaż Anabde ponownie przynosiła mu samą sobą ukojenie, to jednak tym razem problem okazał się za duży, by tak po prostu o nim zapomnieć.
Dlatego jeszcze trochę tak stał, jakby w nadziei, że to mu dodatkowo pomoże. Albo wszystko zmieni. Albo wszystko zatrzyma.
Bardzo chciała pomóc. W tej chwili jedynym jej celem było to, by mu ulżyć. Nie miała jednak siły, sposobu, możliwości; mogła mu dać wyłącznie wsparcie, ale jak marnie wypadało to w obliczu problemu?
Jako że pytania tylko pogarszały sprawę, jedynym wyjściem było trwać w niewiedzy i zaufać – to właśnie zrobiła, czując się źle z ledwie znanym sobie uczuciem bezsilności. 
Uniosła rękę i położyła dłoń na jego karku, przesuwając po nim opuszkami palców. Dlaczego mogła jedynie być? 
– Nie zaśniesz dzisiaj, co? – szepnęła.
Jakie to chore, że przejmowała się takimi, zdawałoby się, drobnostkami. Będzie spał czy nie będzie, przecież to jego sprawa.
– To nic. Możemy posiedzieć w ciszy – dodała. 
To już kompletnie ją zaskoczyło. Ale to było zmartwienie na inną chwilę, inny dzień.
Chociaż... Może nawet nie powinna się nad tym zastanawiać. Przecież to po prostu było. I rosło w siłę.
Znów się uśmiechnął, bardziej wiarygodnie niż przed chwilą, jednocześnie kręcąc lekko głową. Wreszcie westchnął cicho – już dawno tyle nie wzdychał jednego wieczoru – i przesunął kciukiem po jej wardze, przypatrując się jej z pewnym… rozbawieniem? Trochę było lepiej. Musiał po prostu zaakceptować fakt, że na razie nic z tym nie zrobi.
– Powinnaś się położyć. To nic takiego – zapewnił cicho, niemalże miękkim głosem, ale było to na tyle subtelne, że niemalże niewyczuwalne, na szczęście.
Już powoli godził się na to, że w pewien dziwny, trochę chory sposób się o nią martwił. Nigdy o nikogo się nie martwił – czy raczej nie działo się to wystarczająco długo, by się tego nauczył – dlatego też teraz źle się z tym czuł. Ale nie umiał tego pokonać, jedyną drogę do uwolnienia się od tego sam przed sobą zamknął.
Przymrużyła oczy, w jednym geście zawierając wszystko, co myślała o traktowaniu jej jako naiwnej i nie dostrzegającej wielu oczywistości. „Nic takiego” nie zabrzmiało wiarygodnie, przeczyły mu wszystkie znaki na niebie oraz ziemi. Kłócenie się o to nie miało jednak sensu, dlatego powstrzymała się od komentarza. 
Przesunęła rękę z jego karku na policzek, głaszcząc ciepłą skórę wierzchem dłoni. Znowu przechyliła trochę głowę, nie powstrzymując bardzo subtelnego uśmiechu. 
– Dam sobie radę – zapewniła spokojnie.
Odetchnął z pewną irytacją, ale dobrze wiedział, że nie wygra tego starcia. Zresztą nie miał wystarczająco dużo siły, by zmagać się z jej uporem. Może sama ze sobą przegra, jak upłynie trochę czasu i zrobi się późno.
Tymczasem, nadal ją przytrzymując przy sobie, cofnął się kilka kroków, by zająć miejsce na łóżku. Jak mieli tak sterczeć niemalże do rana, to przynajmniej w pewnej wygodzie; oparł się plecami o ścianę i pociągnął Anabde tak, żeby była możliwie blisko. Dopiero wtedy pozwolił sobie na odchylenie głowy, by i ją wesprzeć o chłodny kamień, i zapatrzenie się w ciemniejący za oknem widok.
Usiadła między jego nogami i wtuliła się wygodnie w jego tors, starając się nie wiercić za bardzo, by przypadkiem nie wbić mu łokcia między żebra albo wyrządzić innej, równie bolesnej krzywdy. Nieświadomie zapatrzyła się w tę samą stronę, co on, przymrużając powieki i oczyszczając myśli. 
W pewnej chwili, może znudzona widokiem, może poruszona kolejną z dziwnych obaw, obróciła się bokiem do niego, by móc odnaleźć spojrzenie zielonych oczu. Taka pozycja nie była szczególnie komfortowa, to trzeba przyznać, ale nie zwróciła na to uwagi; zapatrzyła się na niego, po chwili przytulając dłoń do jego twarzy i muskając wargami policzek.
Tak zwyczajnie, bez powodu. Jakby chciała mu przypomnieć o swojej obecności, powiedzieć, że jeżeli tylko będzie czegoś potrzebował – odezwać się, zapytać, poinformować o wnioskach, do jakich doszedł – ona cały czas tutaj jest, dla niego.
Kiedy poczuł na skórze dotyk jej ust, drgnął lekko, jakby wyrwał się z zamyślenia, i przeniósł na nią wzrok. Chwilę mu to zajęło, zanim spojrzenie nabrało ostrości, najwyraźniej wracając z miejsca, do którego uciekł myślami. Uśmiechnął się do niej ledwo widocznie, ale jednocześnie z dziwnym spokojem, przypatrując się jej jeszcze pewien czas.
– Może jednak spróbujmy zasnąć – zaproponował cicho, samemu się zaskakując, że w ogóle o tym pomyślał.
Z drugiej strony we śnie – jeśli wreszcie uśnie – będzie o wiele mniej się martwić. Zatem gdyby się udało, wyszłyby z tego same korzyści. Poza tym zwyczajnie nie chciał, by sterczała tak z nim całą noc, nie było takiej potrzeby.
Nic nie odpowiedziała, kiwnęła tylko głową, ostrożnie podnosząc się i zgrabnie przesuwając się, by zaraz usiąść koło niego na materacu. Spojrzała na pościel i zmarszczyła czoło, zastanawiając się, czy kładzenie się ma w ogóle sens; wiedziała, że nie zaśnie.
Nie tylko z powodu zmartwień, to po prostu była jedna z tych nocy, gdy Morfeusz nie okazywał jej względów. Mimo tego należało zachować pozory; obróciła się, by raz jeszcze spojrzeć na Sheridana i uśmiechnąć się do niego lekko, potem odsunęła kołdrę. 
Doszła do wniosku, że nie chce jej się przebierać do snu; zresztą skoro ten ma nie nadejść, jest to trochę bezcelowe. Zrzuciła tylko buty, które upadły na podłogę koło łóżka, po czym zabrała się do ściągania przez głowę bluzki, by zostać tylko w cienkim podkoszulku. Musiała sięgnąć do zawiązanych na karku rzemieni; nie chciały ustąpić i się rozplątać, co skwitowała przekleństwem rzuconym pod nosem.
Sheridan westchnął cicho i bez słowa jej z tym problemem pomógł, samemu też nie podchodząc zbyt ambitnie do przygotowań do snu. Nie był pewien, czy w ogóle zaśnie, jednak może stanie się tak, że ją w końcu zmorzy sen. A na pewno nie zmorzy, jeśli będą siedzieć i gapić się w okno.
Myśli o tym uświadomiły mu, że w pokoju jest nieco duszno. Podniósł się z łóżka, podszedł do parapetu i uchylił przeklęte okno (przez chwilę nie chciało współpracować), jednak nie otwierał go zbyt szeroko. Jakoś tak.
Popatrzył raz jeszcze na spokojne, ciche ulice, powstrzymał się od sięgnięcia po magię i wrócił do Anabde, uśmiechając się do niej blado. Usiadł z powrotem na skraju łóżka, czekając, aż ona się ułoży, by dopiero wtedy samemu poszukać skrawka miejsca na materacu.
Naprawdę, nie mogli robić tych łóżek większych?
Spojrzawszy na niego i ujrzawszy męczennika, który bez nadziei czekał na odrobinę miejsca, nie mogła powstrzymać rozbawienia. Uśmiechnęła się trochę kpiąco, ale grzecznie przesunęła na materacu, by zająć jak najmniejszą jego część. I tak wykorzysta łowcę jako osobistą poduszkę. 
Zamyślił się, wobec tego podniosła się nieco, zrzucając kołdrę na kolana, i sięgnęła do jego ramienia. Delikatnie przesunęła po nim dłonią, potem chwyciła pewniej i pociągnęła mężczyznę na materac; gdy podążył za nią, mogła oprzeć głowę o jego ramię i na chwilę przymknąć oczy, wmawiając sobie, że wszystko będzie dobrze. 
Bardzo chciała w to uwierzyć.

Anabde obejrzała się przez ramię i zatoczyła spojrzeniem po niezbyt zaludnionej, wąskiej uliczce. Przymrużyła niezadowolona oczy, nie dostrzegając niczego, co mogło wzbudzić niepokój; nie poczuła się lepiej, ale nie pozostało jej nic innego, jak tylko zganić się za nadwrażliwość i kontynuować wędrówkę.
Zerknęła krótko w stronę niepozornego, brudnego kota o posklejanym futerku, który siedział kilka metrów od niej, liżąc łapkę. Z pewnością to bezdomny dachowiec, jeden z wielu mieszkających w każdym miasteczku; smród, jaki od niego zionął, był odrażający, ale to też nie wyróżniało go szczególnie z tłumu mu podobnych. Wszystkie koty z ulicy cuchnęły śmiercią. 
Z tą różnicą, że większość nadal chodzących po drogach i dachach była jeszcze żywa. Ten nie był. 
Gdy Anabde obróciła się twarzą do wyjścia z zaułka i ruszyła przed siebie, kot również podjął marsz, cały czas idąc na jej wysokości, ledwie kilka metrów dalej.
Od rana kobieta miała poczucie bycia obserwowaną. Nie potrafiła racjonalnie wytłumaczyć, skąd wzięła się taka obawa; ot, zwyczajnie czuła na sobie czyjś wzrok, cały dzień nie opuszczało jej wrażenie, że ktoś obrał ją sobie na cel. Dlatego przydawała się dodatkowa para oczu oraz uszu, może już gnijących i grożących rozkładem, ale przy użyciu odpowiednich czarów – ciągle sprawnych. 
Mimowolnie sięgnęła do paska, do którego zazwyczaj przytroczony miała futerał z pistoletem w błękitno-biało-złotych barwach. Tym razem jej dłoń spoczęła na materiale spodni, a Anabde ponownie tego dnia przeklęła się za pozostawienie broni w gospodzie.
To nie brak ostrożności był powodem takiej decyzji. Już od dłuższego czasu kobieta ukrywała pistolet, wiedząc, że artefakt jest zbyt cenny, by używać go w sytuacjach tego niewymagających lub narażać się na jego utratę. Nietrudno było paść ofiarą wprawnej kradzieży, zwłaszcza w tak zatłoczonych miejscach, jak targ, który tego dnia odwiedzała.
Właśnie dlatego pistolet leżał w ukryciu; mimo tego, żałowała, że nie podjęła ryzyka. Coś podpowiadało jej, że akurat dziś powinna była uzbroić się najlepiej, jak mogła. Instynkt? 
Prychnęła pod nosem, zirytowana sobą. Zaczęła się z niej robić okropna panikara. Z pewnością to, że czuła się śledzona, wynikało z dziwnej sytuacji, jakiej świadkiem była poprzedniego wieczora, a ona niepotrzebnie robiła z igły widły. Nic jej nie zagraża. Nie jest przecież bezbronna, potrafiła o siebie zadbać. 
Wywróciła oczami i uniosła nieco brodę, nie poświęcając szczególnej uwagi mijanym ludziom. Nie było ich wielu, a pospolite twarze rozmywały się w panującym półmroku. Anabde poprawiła kołnierz płaszcza, czując, że z każdą minutą wieczoru temperatura spada znacząco, potem przyspieszyła nieco kroku. Chciała już dotrzeć na miejsce. 
W pewnej chwili paskudny kot zatrzymał się i nastawił uszy, prostując połamany ogon. Jego końcówka po chwili zaczęła kiwać się na boki, ale nim Anabde zdołała znaleźć powód reakcji, dachowiec już uspokoił się i znów ruszył.
Na rogu ulicy ktoś stał. Niezbyt wysoki, o wąskich ramionach chłopak ubrany w wyświechtaną marynarkę, z rękoma skrytymi w jej kieszeniach. Spoglądał przed siebie obojętnym wzrokiem, czarne włosy targał chłodny wiatr, przerzucając je na oczy, jednak ich właściciel niewiele sobie z tego robił. Zdawał się na kogoś czekać – może na dziewczynę? Albo na przyjaciół. Wydawał się równie szary, co wszyscy inni kręcący się po ulicach, równie bezosobowy. Uniósł ramiona, by lepiej osłonić kark przed chłodem.
Anabde minęła chłopaka, nie poświęcając mu zbyt wiele uwagi. On też nawet na nią nie spojrzał, dokładnie tak, jak być powinno. Jednak wtedy niespodziewanie kucnął, wyciągając przed siebie rękę, jego wzrok zawieszony został na drepczącym za nekromantką stworzonku, jakby to ono okazało się najciekawsze z całego tłumu.
– Kici, kici – mruknął niskim, zachęcającym głosem, uśmiechając się do kota w dziwny, jakby trochę bezosobowy sposób.
Anabde spodziewała się, że ożywiony przez nią w konkretnym celu – aby alarmować ją o niebezpieczeństwie – twór nie zareaguje na przywołanie. Pomysł był taki, by utracił on wszystkie kocie odruchy, a świat postrzegał wyłącznie w dwóch kategoriach – tego, co może stwarzać zagrożenie oraz wszystkiego innego.
Kiedy więc dachowiec zatrzymał się, w pierwszej chwili poczuła, jak napinają się jej ramiona, a serce nieznacznie przyspiesza rytm. Potem zerknęła na powód zatrzymania i uznała, że równie dobrze zaklęcie mogło się nie powieść. Stwierdziła w myślach, że trzeba było użyć rytuału, a nie czarować naprędce, po czym wzruszyła ramionami, wysyłając swojemu ożywieńcowi słaby impuls. 
Ale kot nie poruszył się. Podszedł kilka kroków do młodzieńca, pochylając się i niemalże szorując brzuchem o ziemię, potem usiadł i zapatrzył się w chłopaka. Po chwili jego ogon zaczął nerwowo zamiatać kurz z ulicy, choć martwe oczy wpatrywały się w nieznajomego ze zwyczajną ciekawością. 
Anabde zatrzymała się i spojrzała na kota bez zrozumienia, marszcząc brwi. Ożywieniec nie poddał się sugestii, co powinno świadczyć o niebezpieczeństwie. Z drugiej strony zaprogramowany był na atakowanie wszystkich, którzy mogą grozić nekromantce, a teraz tylko siedział i wpatrywał się w zwykłego chłopaka.
Przeniosła przeszywające spojrzenie na nieznajomego, mrużąc szare oczy, po czym skupiła się na mocy i pozwoliła kotu na większą swobodę działań. Zwierzątko potrząsnęło łbem, po czym podeszło do młodzieńca o kolejne dwa kroki, wyraźnie mając nadzieję na otrzymanie przysmaku, ostatecznie odrobiny czułości. 
Nekromantka westchnęła lekko. Chyba się już starzała, skoro wszystko tak łatwo wzbudzało jej niepokój. Z drugiej strony... Wewnętrzny głos podpowiadał jej, że coś tu jest nie tak.
– Dobry kotek – mruknął chłopak, bez obrzydzenia ofiarowując kotu trochę pieszczot, na które miał nadzieję.
Przesunął palcami po mordce, potem podrapał go lekko za uchem, zmierzwił z pewną czułością futerko na czubku łebka. Wyglądał na zadowolonego z tego, że został obdarzony zainteresowaniem ze strony chodzącego trupa. Może jednak nie wiedział, że to trup? Pewnie gdyby zdawał sobie z tego sprawę, nie dotknąłby istoty.
– Twój? – zagadnął, unosząc głowę i bez najmniejszego skrępowania zaglądając Anabde prosto w oczy; jego własne w kolorze turkusów błyszczały mdło, kiedy się jej przyglądały z całkowitą swobodą.
Ogółem zdawał się bardzo dobrze odnajdywać w sytuacji, jakby codziennie tak zaczepiał mijane na ulicy osoby i rozmawiał z nimi o największych nawet głupotach.
– Śmieszny – dodał, poświęcając stworzonku jeszcze chwilę uwagi, nawet uśmiechnął się z pewnym rozbawieniem.
Aura chłopaka była przeciętna i świadczyła, że jest on tym, na kogo wygląda. Ale aurze nie należało bezgranicznie ufać, skoro tak wiele było sposobów, by zamaskować ją lub zmienić – Revelin był tego najlepszym świadectwem. 
– Martwy – odpowiedziała spokojnie, wzruszając przy tym ramionami.
Chłopak musiał być idiotą, jeżeli tego nie zauważył.
Skupiła spojrzenie na ożywieńcu, a kiedy jej oczy błysnęły charakterystycznie, zwierzątko stanęło na sztywnych łapkach, po czym padło na bok i już się nie poruszyło. Kobieta przymknęła na chwilę powieki, a gdy znów je uchyliła, zerknęła krótko na młodzieńca. 
– Nigdy nie wierz temu, co widzisz – mruknęła z pewnym rozbawieniem, zastanawiając się w głębi ducha, skąd wzięła jej się skłonność do pouczania nieznajomych dzieciaków spotkanych na ulicy.
Pokręciła głową do siebie, po czym obróciła się plecami do młodzieńca i ruszyła w dalszą drogę, dziwne spotkanie postanawiając puścić w niepamięć.
Młodzieniec podniósł się z uśmiechem, wciskając ręce do kieszeni marynarki. Wpatrywał się w Anabde jeszcze chwilę, zupełnie nieporuszony faktem, że kot, którego przed chwilą głaskał, właśnie padł trupem na polecenie napotkanej kobiety. Zdawał się nawet akceptować to jako codzienność, jakby tak właśnie często się mu zdarzało.
Podrzucił głową, strząsając kilka kosmyków znad oczu, i uśmiechnął się trochę szerzej, ale krótko, jakby wolał za długo nie szczerzyć pogodnie zębów. Może należał do ponurych pesymistów.
– Wiem, czego szukasz – rzucił za nią spokojnym, niedbałym wręcz głosem, turkusowe oczy na chwilę nabrały intensywnej barwy, jakby coś się zmieniło.
W mgnieniu oka wszystko wróciło do normalności, nie pozostawiając po inności choćby śladu. Jakby nigdy nie miało miejsca.
Anabde za to zdawała się go nie słyszeć. Nie zatrzymała się, nie przyspieszyła kroku, nie drgnęła, nic nie zmieniło się w oddalającej się miarowym, spokojnym tempie sylwetce. Może nawet nie wyczuła krótkiej zmiany, choć byłoby to dziwne, zważywszy na wrażliwy zmysł magiczny, jakim była obdarowana. 
Tak naprawdę poczuła coś, co instynktownie odepchnęła od siebie; potem pojawiła się kolejna z obaw, nieśmiało pukające do drzwi umysłu wyjaśnienie dziwnej sytuacji. Ale było irracjonalne, zupełnie irracjonalne. 
Wyprzedzając człowieka, Anabde niby przypadkowo zahaczyła o niego ramieniem.
            – Hejże! – oburzył się mężczyzna, zatrzymując się. 
Nekromantka obróciła się do niego z uśmiechem i bardzo łatwo nawiązała kontakt wzrokowy. Chciała zwrócić na siebie uwagę; gdy ktoś ją zapamięta, prędzej ostrzeże przed niebezpieczeństwem lub w razie takowego przyjdzie z pomocą. 
O ile zdoła. Niemniej jednak warto było przedsięwziąć wszelkie środki ostrożności. 
– Przepraszam pana bardzo – rzuciła miękko, kładąc dłoń na jego ramieniu. – To z nieuwagi.
            Mężczyzna pokiwał powoli głową i w końcu machnął ręką, mamrocząc pod nosem, że nic się nie stało. Uważnie przyjrzał się twarzy nieznajomej kobiety, odpowiedział nawet na uśmiech, uznając, że jest dość sympatyczna. Potem ona ruszyła, podążył więc jej śladem, szybko zostając w tyle.
Chłopak także poszedł za nekromantką, zupełnie niezrażony zignorowaniem go. Jego energiczne kroki pozostawały bezszelestne, jakby nie dotykał ziemi, przemieszczając się. Odczekał z nadludzką cierpliwością, aż ludzi na uliczce zostanie o wiele mniej. Wtedy dopiero uniósł rękę, przyjrzał się palcom, jak przeskakuje między nimi iskierka, po czym przeniósł wzrok na wykreowane przez siebie przedstawienie.
Z naprzeciwka, w stronę Anabde, szybkim krokiem maszerował Sheridan. Wyszedł zza zakrętu wyraźnie zdenerwowany, a gdy dostrzegł nekromantkę, w jego oczach pojawiło się niezadowolenie, może była powodem zmartwienia. Napiął ramiona, jakby chciał wyjąć ręce z kieszeni spodni, wtedy jednak z zaułka wyszedł ktoś jeszcze.
Mężczyzna w długim burym płaszczu zbliżył się do łowcy, nie unosząc zanadto głowy, jakby nie chciał, by jego twarz została zauważona. Sheridan zwolnił, marszcząc czoło, przypatrując się nieznajomemu z pewną dozą odrazy.
I wtedy, w jednej sekundzie, gdy na twarzy Przeklętego pojawiło się przerażenie, obcy mężczyzna pchnął w jego brzuch. Łowca zgiął się lekko w pół, wytrzeszczając z niedowierzaniem oczy, nim jednak zdążył zareagować, nieznajomy błyskawicznie i wyjątkowo głęboko poderżnął mu gardło.
Sheridan osunął się martwy na ziemię.
– Szkoda by było, co? – szepnął chłopak, zatrzymawszy się tuż za Anabde, słowa wypowiedział prosto do jej ucha, błyszczącymi radośnie oczami przypatrując się jej twarzy.
Magia jeszcze przez chwilę wirowała w powietrzu, silna, ale niemalże niemożliwa do wyczucia. Kilka sekund, niecałe pół minuty, kiedy młodzieniec stał nieprzyzwoicie blisko niej, za blisko; potem cała makabryczna scena się rozwiała.
– Może jednak jakoś temu zaradzimy? – zaproponował lekko, przypatrując się Anabde z tym samym pogodnym wyrazem twarzy, pozwalając czarom rozpłynąć się dokoła, ale nie zniknąć.
Wyraźnie te subtelne sploty nakładane na kobietę musiały sprawiać mu przyjemność, dość sadystyczną radość.
Przez cały ten czas nie mogła się ruszyć. Mogła tylko patrzeć, rozszerzając w strachu oczy, nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku ani paść na kolana. Kiedy wizja się rozwiała, serce nie przestało bić jak oszalałe, a nieprzyjemna gula w żołądku nie zniknęła; przenikające na wskroś przerażenie i rozpacz tylko trochę zelżały, ale nie dały o sobie zapomnieć.
            Bo to nie było tak, że wizja się skończyła. Ona nadal trwała gdzieś w jej głowie, zapowiadając przyszłość. Bolało. 
Po zniknięciu sceny Anabde mogła się wreszcie ruszyć. Odruchem była natychmiastowa ucieczka, jednak możliwość została szybko przez kobietę odrzucona – raz, nie była dość szybka, dwa, nadal nie mogła postawić kroku do przodu, jakby coś ją blokowało, jakby była marionetką, a on trzymał za sznurki. Obróciła się więc, wciąż nieprzyjemnie blada, o wystraszonych, dużych oczach oraz niespokojnym oddechu wymykającym się przez nieznacznie rozchylone wargi.
Ale nie była naiwna. Kimkolwiek on był, nie miał zamiaru zaradzić wizji. Czego chciał? Może, trochę głupia myśl, chciał poprzez jej krzywdę uderzyć w Sheridana. Może żądał informacji na jego temat. O cokolwiek chodziło, nie mogła na to przystać. 
W zaułku nie było niczego, co mogłoby jej się przydać. Ale Anabde Sasare nie miała w zwyczaju się poddawać.
W pewnej chwili szare oczy błysnęły gniewem oraz determinacją, w następnej coś zamiauczało przeraźliwie. Ponownie ożywiony kot rzucił się rozpaczliwie na młodzieńca, wbijając ciągle ostre pazury najpierw w jego plecy, później z ich pomocą wdrapując się na jego głowę. Chłopak zdekoncentrował się nieco, a ona zyskała trochę czasu i ponowną władzę nad ciałem; nie rozglądając się dookoła, wpadła do pierwszego budynku, jaki napotkała, wiedząc, że powinna spróbować zniknąć nieznajomemu z oczu.
Prawdopodobnie na niewiele się to zda, ale trzeba próbować.

Wieczór był chłodny, ale Sheridan nie mógł wysiedzieć na miejscu – wyszedł na dwór, początkowo za bardzo się od karczmy nie oddalając. Errian nadal widocznie się martwił, nie chciał go niepokoić mocniej, to zrodziłoby niewygodne pytania. Lepiej pozostać w pobliżu, tak jak obiecał, czekając na coś. Może na cud.
Czuł się tak, jakby miał związane ręce, w dodatku nic nie umiał z tym zrobić. Ot, znalazł się w potrzasku, w pułapce zastawionej przez własną przeszłość. W takich chwilach naprawdę nie wiedział, jak chciałby rozwiązać całą sytuację.
Oparł się o najbliższą ścianę, ustawiając się tak, by być widocznym z okna karczmy. Następnego dnia cała grupa miała ruszyć na poszukiwania zaginionej dziewczynki, udało się ustalić, gdzie dokładnie się znajduje. Nie był pewien, czy żałuje decyzji o zostaniu – sprawa Gaira stanowiła priorytet, a jednak… nie chciał zostać wykluczonym ze wszystkiego.
Może polubił podróże, wszystkie wspólne przygody, pakowanie się w tarapaty i ciągłe kłótnie. Ale to zbyt abstrakcyjne – zawsze wybierał samotność, dlatego pewnie teraz chciał zaczekać na pierwszy ruch dawnego opiekuna. Zresztą gdyby poszedł ze wszystkimi, Gair mógł podążyć ich tropem. Mógł wykorzystać ich, by osłabić jego, swój cel. Zmarszczył czoło, pochylając lekko głowę.
Anabde długo nie wracała.
Nie sądził jednak, że Gair zorientował się, kim dla Sheridana jest nekromantka. Zdołałby go wyczuć, gdyby kręcił się w pobliżu, po tylu latach i z tak rozwiniętymi oraz opanowanymi umiejętnościami nie byłoby to problemem. Niepokój mimo to nadal rósł, utrudniając bezczynne stanie w miejscu; chłód wieczoru przynajmniej trochę uspokajał i otrzeźwiał, pomagał nieznacznie się rozluźnić.
Jeśli zachowa ostrożność, nie pozwoli, by ktokolwiek inny został w to wszystko wciągnięty. Nie żeby znaczyli dla niego wiele, ot, po prostu zasługiwali na życie. Nie istniał dość dobry powód, dla którego mieliby ginąć w jego imieniu. Przyjrzał się widocznym przez szybę stolikom, przymrużając oczy.
W większości zachowywali się swobodnie oraz radośnie, widział, jak niektórzy się śmieją z czyjegoś komentarza. Nie sprawiali wrażenia zmartwionych czekającą ich wyprawą – w końcu przeszli już takie rzeczy, że porwane dziewczę nie stanowiło problemu.
Tylko dwie osoby zdawały się być zmartwione. Och, i trzecia, ale on zawsze się martwił, kiedy Aithne robiła się nerwowa. Leanelle oraz rude rozczochrane co pewien czas zerkały w stronę drzwi, czekając w napięciu. Naprawdę długo jej nie było; przeniósł wzrok w dół ulicy, zastanawiając się, co mogło Anabde zatrzymać.
Przymknął oczy, rozluźniając mięśnie i otwierając umysł na otaczający go świat. W ten sposób łowcy wyszukiwali odpowiednie ofiary bądź też orientowali się w konkurencji; kiedyś przypominało to walkę wilków o terytorium, dwóch łowców w jednym mieście oznaczało potyczkę na śmierć i życie. Nie potrafili się wzajemnie znosić.
W ten właśnie sposób, jak Sheridan założył, Gair go wyczuł tamtego dnia na ulicy. Ostatecznie musiał uznać, że się nadaje – na ucznia, na łowcę ogółem, trudno orzec. A kiedy ktoś ich pokroju zdecyduje, że chce coś mieć, nic go nie powstrzyma przed zdobyciem tego. Taka była ich natura, nie potrafili przecież inaczej.
W tych czasach konkurencja między łowcami osłabła, przede wszystkim dlatego, że przez lata Przeklęci byli tępieni, należało zewrzeć szyki oraz nie dać się wymordować. I taka cicha koalicja pozostała do dziś.
Wtedy, przeszukując od niechcenia okolicę, by się uspokoić – co zawsze go rozluźniało, nawet jeśli nie znajdował niczego interesującego – drgnął, napinając gwałtownie mięśnie. Obecność innego łowcy nie była straszna czy niepokojąca, ot, poza tym jednym w mieście przebywało jeszcze trzech bądź czterech. Tu chodziło o coś innego.
O tę iskierkę, która znajdowała się zdecydowanie zbyt blisko młodego łowcy duszy.
Odepchnął się od ściany, wyjmując ręce z kieszeni, i ruszył szybkim krokiem w ulicę. Potrzebował kilku sekund, by zorientować się w kierunkach oraz drogach, którymi najsprawniej dotrze na miejsce.
Dziwnie było czuć tłukące się nerwowo serce w piersi, tak samo, jak kiedyś, bardzo dawno temu. Od wielu lat nie doznawał tak czystego, tak zwyczajnego strachu – nie bał się, bo nie mógł ani niczego stracić, ani zostać skrzywdzonym. Gair potrafił pokazać mu, jak się przed tym bronić.
Znów złamał zasadę, ale okazało się, że to nie skończyło się tak, jak zawsze. Teraz wszystko chciało się powtórzyć? Pochylił głowę i ruszył biegiem, z trudem łapiąc oddech.
I doskonale wiedział, że sam nakierował na siebie ostrze. Wielokrotnie w przeszłości popełniał taki błąd, ale może to nie jest przesądzone, może da się tego uniknąć tym razem.
Może nie jest tak naiwny. Może nauczył się czegoś więcej przez te lata.

Miał na imię Gair. To było wszystko, co wiedział – więcej nie potrzebował. Tajemniczy, przedziwny mężczyzna okazał się Gairem i dał mu wszystko, co tylko mógł sobie wyobrazić. Dom, jedzenie, bezpieczeństwo, ciepło, miejsce do spania. Uczył się, poznawał ludzi, dowiadywał się o samym sobie. Nie zadawał zbyt wielu pytań, bojąc się, że to, co dostał, zostanie mu odebrane, ale nie ufał. Zresztą tak brzmiała pierwsza lekcja.
Nigdy nie ufaj. Nigdy nie wierz. Nigdy nie miej nadziei.
Umiał tak żyć. Zabrano go z ulicy, gdzie za te trzy wartości oddawało się życie, a życie było jedynym, co posiadali. Nie odrzucało się go dla ideałów – ryzykowało się nim dla przetrwania, jeśli miało to sens. Ale nie istniało miejsce na uczucia, na zastanawianie się, czy ktoś może przypadkiem pomoże, może uratuje, może wesprze. Zatem dla Sheridana ta nauka nie była nowością. Czuł jednak, że Gairowi chodzi o coś więcej, że te trzy zdania znaczą coś innego, niż się wydaje.
Nie pytał jednak. To była zasada. Dostał wszystko i póki pozostawał wdzięczny oraz posłuszny, miał gwarancję bezpieczeństwa. Ten układ zdawał się być czysty, zresztą czy miał jakikolwiek wybór? Gdyby postanowił zachować się inaczej, niż chciał tego jego opiekun, straciłby wszystko. Nie zamierzał odbierać sobie szansy, skoro już ją otrzymał. Dlatego pozostawał posłuszny, choć nie do końca leżało to w jego naturze.
Dowiedział się wielu rzeczy. Otrzymał wizje, które pozwalały mu sądzić, iż kiedyś wszystko będzie wyglądało inaczej. Jako łowca dusz, szkolony łowca dusz, posiądzie zdolność kierowania swoim losem, co więcej – panowania nad istotami żyjącymi dokoła niego.
Ta myśl w pewien dziwny, abstrakcyjny sposób upajała. Ale czekał, nie pytał, słuchał, wykonywał polecenia. Gair stał się całym jego światem – kiedyś ten świat był zwyczajnie pusty, teraz starszy łowca dusz znalazł się w centrum. Teraz on stanowił oś, wokół której wszystko się kręciło, która nadawała sens życiu Sheridana.
Przywilej nauki obejmował konieczność zajmowania się przyziemnymi sprawami. Chłopiec chodził na zakupy, sprzątał, czasami próbował gotować, ale Gair rzadko jadał w domu, dlatego posiłki zwykle przeznaczone były dla jednej osoby. Chociaż mały łowca kompletnie nie wiedział, jak poruszać się w domu – nawet umiarkowanie małym – i nie miał pojęcia, jak się takim miejscem opiekować, to szybko się w tym odnalazł.
Gair rzadko dotrzymywał mu towarzystwa, dlatego Sheridan uczył się tych rzeczy sam, poza tym mężczyzna zawsze zostawiał mu listę z zadaniami do wykonania na dany dzień. Znajdowały się na niej najróżniejsze polecenia, od przygotowujących do bycia dobrym łowcą, po właśnie sprzątanie, pranie, ogólną opiekę nad domem.
Tego przeklętego dnia robił zakupy na rynku. Wracał właśnie z zatłoczonego placu, niosąc wypełniony jedzeniem, potwornie ciężki dla dziecka kosz wiklinowy, krzywiąc się groźnie do całego świata. Ludzie spoglądali na niego ze zdumieniem, jednak bez strachu, co najwyżej z lekkim niesmakiem.
Irytowało go to, że przestał być nagle niewidzialny, że kiedy ubrał się, umył oraz najadł… że dopiero wtedy cała ludzkość raczyła zwrócić na niego uwagę. Raz pewna młoda kobieta zaofiarowała się, że mu pomoże zanieść zakupy do domu – cholernie się wściekł, chciał na nią nawrzeszczeć, ale Gair powtarzał, że prawdziwe uczucia są złe. Że nie wolno ich pokazywać, bo jest to całkowicie bezsensowne i nie przyniesie żadnych korzyści. Należy być takim, jakim ludzie chcą, byś był. Trzeba wkraść się w ich łaski, trzeba ich zawsze oszukiwać.
Dlatego odwrócił się do kobiety plecami i odszedł, zgrzytając ze złością zębami, ale przełykając komentarz.
Teraz nikt się do niego nie odezwał, spokojnie opuścił bardziej zatłoczone ulice, zagłębiając się w rzadziej uczęszczane alejki prowadzące do domu Gaira. Tutaj spoglądano  na niego z pewnym niepokojem, bo w tej części miasta już wiedziano, pod czyją opieką się znajdował.
To prowokowało do pełnych wyższości oraz groźby uśmiechów, ale Gair mówił, że nie wolno. Że przewagę należy prezentować dopiero wtedy, gdy jest się pewnym wygranej. Gdy wiadomo, że zmiażdży się istoty w swoim otoczeniu bez najmniejszego problemu. Do tego czasu należało być po prostu pewnym siebie.
Mijając jeden z zaułków, usłyszał gromki rumor. Mimowolnie przystanął, unosząc wyżej kosz z zakupami, i zapatrzył się czujnie w półmrok, zastanawiając się, czy to na pewno szczury. Może pijany mężczyzna? Ale nie rozległy się żadne przekleństwa.
Sheridan zmarszczył czoło, powoli opuszczając się na nić umysłową, by przesondować okolicę. Uważał, że powinien jak najczęściej ćwiczyć, inaczej nigdy nie zadowoli Gaira, a to była dobra okazja. Dlatego ostrożnie sprawdził okolicę w poszukiwaniu wszelkich form myślących, rozpaczliwie próbując wyczuć, na którym poziomie magii się to udało. Gair zawsze o to pytał, a on nigdy nie umiał mu odpowiedzieć, bo zwyczajnie nie wiedział.
Jaka to właściwie różnica?
– Pies – mruknął zdegustowany, jeszcze chwilę spoglądając w zaułek podejrzliwie; to niemożliwe, by się pomylił.
Wreszcie zdecydował się odejść, odwrócił się i spojrzał w stronę, w którą powinien się udać. Wtedy huk się powtórzył, aż przebiegły go dreszcze po plecach; zacisnął zęby, chcąc to zignorować, ale ciche skomlenie sprawiło, że znów zwrócił się do ciemnej uliczki. Zaraz ruszył w półmrok, ostrożnie stawiając stopy na nieczystościach, żeby nie stracić równowagi.
Przy wywróconych kubłach na śmieci kulił się sporej postury, ciemny, kosmaty pies. Wyglądał jak nieudana krzyżówka kundla z wilkiem, w dodatku bardzo skatowana, wychudzona oraz żałosna.
Sheridan zatrzymał się, spoglądając na zwierzę z pewną odrazą, jednak nie umiał odwrócić się i odejść. Coś zdawało się w nim znajome – może to, że sam tak wyglądał kilka miesięcy temu. Westchnął, oglądając się przez ramię na wyjście z powrotem na ulicę. Jeśli się nie pospieszy, spóźni się ze wszystkimi dzisiejszymi zadaniami.
Przyjrzał się raz jeszcze zwierzęciu, przypominając sobie cały koszmar życia na ulicy, bycia niewidzialnym, samotnym, bezbronnym. Zamknął oczy, przeklinając w duchu samego siebie, po czym kucnął, kładąc kosz na kawałku suchego bruku.
Pies nastawił uszy, obserwując chłopca czujnie, nie ruszył się znad kupki śmieci, najwyraźniej przekonany, że niespodziewany gość mu zabierze marny posiłek.
– No chodź tu, szkarado – mruknął, grzebiąc przez chwilę wśród zakupów, by wreszcie wyjąć stamtąd kawałek kiełbasy. – Masz.
Czarny, wilgotny nos poruszył się niepewnie, wciągając przyjemny zapach. Pies, podkulając ogon, ostrożnie podszedł do chłopca, nie wiedząc, czego się spodziewać. Głód jednak był silniejszy niż strach, zwierzę chwyciło posiłek i niemalże połknęło mięso w całości, jakby nie jadło nic od długiego czasu.
– Zadławisz się, zdechniesz i będziesz śmierdzieć – poinformował go Sheridan, obserwując łapczywość psa z dziwną mieszanką uczuć. – Przynajmniej wyżywisz więcej szkarad swojego pokroju.
Mimo specyficznego nastawienia sięgnął po jeszcze jeden kawałek, a ten został porwany o wiele śmielej niż pierwszy. Mały łowca przyglądał się zwierzęciu, obserwował, jak pospiesznie pałaszuje, aż wreszcie odetchnął głęboko.
Wcale tego nie chciał, ale uśmiechnął się ciepło, wyciągając dłoń do kosmatego łba i drapiąc psa za uchem.
– To cześć. I tak pewnie zdechniesz – pożegnał się ze zdumionym czułością mieszkańcem zaułka, wziął zakupy i ruszył w drogę powrotną do domu, nie oglądając się na zostawione zwierzę.
Następnego dnia jednak wrócił.
I następnego. I kolejnego.
Pies stał się jego prawdziwym, kosmatym, wiernym przyjacielem, z którym dzielił się niemalże każdą myślą, każdym uczuciem, nawet marzeniami. Siadał w śmierdzącym zaułku i opowiadał, a zwierzak warował przy jego nogach, z pyskiem na kolanie, słuchając.
To było coś niesamowitego oraz magicznego, Sheridan jeszcze nigdy czegoś takiego nie doznał. Jakby znalazł swój mały skrawek raju – nie było tu bogactw ani ciepła, ale było coś zupełnie innego, coś nowego, ale potrzebnego do życia.
Gdzieś w podświadomości czaił się niepokój, że to tak nie może być. Że mu nie wolno przychodzić i karmić bezpańskiego psa, przesiadywać w ciemnym zaułku i czekać na odpowiednią godzinę na powrót do domu. Mógł słuchać tego niepokoju. Mógł się odwrócić, zignorować tamten hałas, odejść.
Najwyraźniej lubił popełniać błędy.
Tym razem wiedział, że coś było nie tak, kiedy zbliżył się do zaułka. Zatrzymał się, oddychając głęboko metalicznym zapachem, dziwnie znajomym, przyprawiającym o ciarki, wywołującym paraliżujący ścisk w żołądku. Była także inna woń, taka, która w niepokojący sposób upajała. Zadrżał, wstrzymał oddech i ruszył, czując, jak serce wali mu w piersi szaleńczo, jakby miało zaraz wyrwać się zza żeber.
Wdepnął w nieco lepką kałużę, ale nie zwrócił na to uwagi. Jeszcze kilka kroków, jeszcze trochę, jeszcze…
Zahamował gwałtownie, kosz wiklinowy wypadł z ręki, a zakupy rozsypały się dokoła, wtaczając się do śmierdzących kałuż nieczystości oraz czegoś jeszcze. Czegoś metalicznego, czego było tu mnóstwo.
Ogarnął pustym, przerażonym spojrzeniem istny krwawy rozgardiasz, który ukazał się jego oczom. Dokoła walały się wnętrzności, kawałki kości, mięso, skóra, nie sposób było określić, co właściwie zostało – dosłownie – rozerwane na strzępy. Poczuł lodowaty dreszcz na plecach; kolejny.
Dostał drgawek, kiedy jego spojrzenie padało na zmasakrowaną, oddzieloną od tułowia psią głowę. Wisiała w powietrzu. Trzymała ją czyjaś dłoń; kosmata, skołtuniona, pokryta skrzepami sierść wystawała między palcami mężczyzny.
Sheridan uniósł wzrok i popatrzył prosto w ciemne oczy Gaira.
Zająknął się, tracąc równowagę, cofnął się kilka kroków chwiejnie, z trudem łapiąc oddech. Poczuł się tak, jakby ktoś wyrwał mu z piersi serce i zmiażdżył. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie doznał.
– Masz, szczeniaku, swojego psiaka – rzucił niedbałym, chłodnym głosem Gair, odrzucając odrąbany łeb na ziemię.
Nim chłopiec pomyślał, już padł na kolana, porywając głowę w ramiona i przyciskając do piersi. Zadrżał raz jeszcze, otwierając szeroko oczy i zatapiając dłonie w wilgotnej, kleistej sierści. Jedno ślepie wyłupiono.
– Nie waż się do czegokolwiek przywiązać. Przywiązanie to pętla na szyi, która zawsze się zaciśnie i cię udusi. Jesteś niezależny – oznajmił zimno Gair, wpatrując się w podopiecznego bezlitośnie.
– Ale on nic… – wychrypiał cicho, w przedziwnej panice głaszcząc łeb, jakby pies nadal żył i chciał trochę czułości.
Cios był potężny i posłał chłopca na ścianę. Przegryzł sobie język oraz wargę, osunął się w krew i wypluł zaróżowioną ślinę, krzywiąc się. Nie potrafił unieść głowy, czekając na kolejną karę od opiekuna, ale ta nie nastąpiła.
Zamiast tego usłyszał kroki.
– Powiedziałem. Żadnych więzi. Jesteś tylko ty i twój interes. Litość czy empatia są dla słabych, którzy szukają śmierci.
Gdy Gair się oddalił, Sheridan podpełzł do upuszczonego psiego łba. Bez obrzydzenia, pogrążony w przedziwnej histerii, przycisnął go z powrotem do siebie, kołysząc się w przód i w tył. Nie trwało to długo, nim z jego piersi wyrwał się cichy, rozpaczliwy szloch.
To nie było tak, że Gair nie miał racji. To nie było tak, że Sheridan się z nim nie zgadzał. Chodziło po prostu o to, że to nie pies powinien ponieść karę. Ale Gair nie uderzył w chłopca, tylko w to, co było dla niego najcenniejsze oraz niewinne.
Dlatego od tamtego czasu Sheridan zaczął się bronić przed światem. Bo uczucia niszczyły to, co zasługiwało na życie.

12 komentarzy:

  1. Rozdział przeczytałam wczoraj, ale nie miałam weny na zostawienie komentarzu xD

    Ej... Biedny Sher :< Ja go tak uwielbiam, że aż mi się strasznie smutno robi, jak to czytałam. Naprawdę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NIE WYBACZĘ, wiesz? xD

      ... Ja wiedziałam! Wiedziałam, że zaczną mu współczuć i kochać biedną, skrzywdzoną kruszynkę. DUPA xD

      Usuń
    2. DUPA! Nieprawda... ja go kochałam już wcześniej, haaaaa!

      Usuń
    3. Ale teraz kochasz go bardziej, bez sensu :< xD

      Usuń
    4. ja tam nie wiem czy da się bardziej xD Teraz powoli zaczynam rozumieć, co w nim takiego jest, ha!

      Usuń
    5. Jasne, jasne. Poczekaj na następne fragmenty wspomnień, to już w ogóle ze skurczybyka awansuje na czołowego misia xD

      Usuń
    6. Ale on zawsze będzie dla mnie skurwysynem, ej :< To jest w nim fajne! :D

      Usuń
    7. Przynajmniej tyle, umarłabym, gdyby mi się postać jebła xD

      Usuń
    8. Wątpię, że parę wspomnień zmieni postać Shera, serio xD W pokrętny sposób kojarzy mi się z Lucivarem xD

      Usuń
    9. ... O stara, no to na tych ścieżkach twojego mózgu już się zgubiłam xD Czemu z Lucivarem? xD

      Usuń
    10. Usatysfakcjonuje Cię odpowiedź, że... nie wiem? Po prostu mi się Yas skojarzył, no xD

      Usuń
    11. Cholera. Sher nie może kojarzyć się z taką zajebistością, shit xD

      Usuń