wtorek, 23 października 2012

33. Powitanie na powierzchni



Było późne popołudnie, słońce chyliło się już ku zachodowi, oblewając ruiny Elestren pomarańczową poświatą. Przejmująca cisza panująca na ziemiach Perrianu w dalszym ciągu przyprawiała o dreszcze, skłaniała do zastanawiania się, czy naprawdę należeli do ostatnich żywych istot w promieniu wielu mil.
Opuszczali wyludnione, zburzone miasto spokojnym stępem, ponieważ należało przestudiować mapę, by wybrać jak najkrótszą do najbliższej granicy drogę. Kolejny raz zabrał się do tego Errian, tym razem jednak przypilnował, by pergamin znalazł się w jego rękach w odpowiednią stronę, nie do góry nogami.
– Możemy jechać przed siebie, w końcu stąd wyjedziemy – zauważyła znudzona Aithne, widząc, że młody mag nie mógł dojść do ładu z nakreślonymi symbolami.
Errian warknął na upadłą krótko, co nie do końca do niego pasowało, dlatego też dziewczyna zamilkła, niejako zaskoczona. Potem, zirytowana własną reakcją, prychnęła głośno i zgarbiła się w siodle, opierając ręce na przednim łęku siodła Faryale.
– Pomóc ci? – spytała z uśmiechem Ariene, kierując do karego ogiera Erriana swoją znużoną Jutrzenkę.
– Niektórym nic nie pomoże – zawyrokował przyjaźnie Sheridan, zerknąwszy na trzymaną przez młodzieńca mapę, bo może znowu ją źle obrócił.
Ku jego niejakiemu zdumieniu doszedł do wniosku, że wszystko jest w porządku, co świadczyło tylko o jednym – pan Souen był debilem. Nic zaskakującego, skoro zauroczył się w rudym rozczochranym.
Sheridan westchnął ciężko i popatrzył przed siebie, uznawszy, że najpewniej zginą z odwodnienia oraz zagłodzenia, bo przez Erriana zgubią się w tym cholernym Perrianie.
– Zamokła! – prychnął wtedy młody mag.
Zapadła chwila ciszy, zebrani przetrawiali słowa młodzieńca.
– Mapa – uściślił zirytowany. – Mapa nam zamokła.
– Jak? – fuknęła na to Ariene, chwytając pergamin i przyciągając do siebie. – Jak mogła zamoknąć, w czym? W lawie? – dodała zdenerwowana i spojrzała na Erriana tak, jakby to była tylko i wyłącznie jego wina.
– Może ktoś nie dokręcił manierki – rzuciła znacząco Aithne, wzruszywszy niedbale ramionami.
Wcale nikogo nie sugerowała, Errian.
– Nie ma mojej manierki, została w rozpadającej się chacie, gdzie leczył cię Arathain – skwitował mag, spojrzawszy na upadłą z niezadowoleniem. – Nie wiem, co się stało, ale nie mogę znaleźć tu Elestren.
– To pewnie będzie ta najciemniejsza plama – mruknął Sheridan, rzuciwszy ledwie okiem na całe zamieszanie przy pergaminie. – Ewentualnie trzymasz list od pracodawcy, a nie mapę – dodał po chwili, dając upust swej wierze w inteligencję kompanów.
– Jak nie pomagasz, to chociaż się zamknij – zaproponowała ugodowo Ariene, zasztyletowawszy Sheridana wzrokiem.
Potem zrównała Jutrzenkę z koniem Erriana, przesunęła mapę tak, by każde z nich trzymało połowę, i oboje zagłębili się w poszukiwania Elestren na pergaminie.
– Jesteśmy w dupie – uznała radośnie Aithne, wywracając oczami.
Ai, wtrąciła dość napiętym głosem Faryale, uniósłszy łeb. Zastrzygła uszami, wychwytując pobliskie dźwięki, jej chrapy rozdęły się charakterystycznie. Ktoś tu jest, zakomunikowała usłużnie.
– Ktoś? – powtórzyła upadła i rozejrzała się dokoła. – Na pewno nie jakieś martwe coś, tylko ktoś? – spróbowała się upewnić.
Z siebie możesz robić kretynkę, Aithne, ale kiedy ja coś mówię, to znaczy, że tak jest, prychnęła zirytowana klacz i machnęła ze świstem ogonem.
– Z ciebie nikt kretynki nie musi robić, bronisz się sama – wymamrotała niezadowolona dziewczyna, chwytając rękojeść Ashar’carrego. – Ktoś tu jest – powtórzyła na głos, by wszyscy na pewno usłyszeli.
Od kiedy ruszyli spod jaskini, Cador był dziwnie milczący. Nikt nie zwracał na to uwagi, w końcu go nie znali, może, wbrew wszelkim pozorom, po prostu tak miał. Nie wyglądał na zdenerwowanego – jechał spokojny, odprężony, raz na pewien czas rozglądał się dookoła bądź zawieszał czujne spojrzenie na nieokreślonym punkcie, ale to chyba dla obrońców normalne.
Pewnym zaskoczeniem było więc, gdy nagle, nadal ze spokojną miną, odezwał się:
– Śledzą nas od wyjścia z lochów – powiedział swobodnie, jakby oznajmiał właśnie, że ładna się pogoda zrobiła. – Przynajmniej trzy osoby, może być, że więcej. Nie jestem w stanie tego określić – dodał jeszcze, po czym zamilkł nagle.
Z jego miny wywnioskowali, że lepiej się w tej chwili nie odzywać; nawet Aithne to zrozumiała.
Drgnął. To było jak sygnał.
Nie minęły sekundy, jak coś świsnęło, a w stronę upadłej śmignął krótki, poręczny nóż. Prawdopodobnie upadła zdążyłaby zareagować, ale to obrońcy wcale nie obchodziło. Warknął, spiął izabela piętami (nieładnie bardzo, aż zgrzytnęły końskie zęby), koń ruszył galopem i mało elegancko staranował Faryale. Ostrze nie sięgnęło swego celu, wbijając się w ścianę budynku nieopodal, lecz zaraz pojawiło się kolejne.
I to nie jedno.
Szybko zdał sobie sprawę z tego, że zostali otoczeni. Ich przeciwnicy byli dobrzy, naprawdę dobrzy – na razie dostrzegł tylko dwóch z atakujących, reszta pozostawała poza zasięgiem jego wzroku.
Izabel, pomimo swej wątpliwej szlachetności (chude to, na krzywych nogach, łęgowate do tego), tańczył pomiędzy strzałami i nożami, poddając się woli swego jeźdźca. Kiedy obrońca nakierował go na mur, za którym prawdopodobnie krył się jeden z zabójców, wałaszek wzbraniał się tylko chwilę – zaraz jednak podgalopował we wskazane miejsce.
Mężczyzna ocenił sytuację i uznał, że z konia będzie mu niewygodnie walczyć, stanął więc na siodle i zeskoczył na murek, by w następnej minucie zatopić ostrze miecza w przeciwniku.
Sytuacja nie miała zbyt wielu plusów (a biorąc pod uwagę wyczerpanie całym, dość obfitym w przygody dniem, można ją uznać nawet za tragiczną), lecz Anabde znalazła jeden.
Tutaj wreszcie mogła użyć magii – ta myśl napełniła ją dziką satysfakcją, która ukazała się w drapieżnym uśmieszku. Nekromantka przymrużyła szare, błyszczące oczy, popuściła Lantano wodzy, po czym skumulowała w sobie magię i ulepiła z niej odpowiednią siłę.
Brakowało jej umiejętności Cadora czy Ariene w odnajdywaniu ukrytych wrogów, lecz jeden taki mignął jej gdzieś z boku. Jego los został już przesądzony.
Nieopodal rosło drzewo. Było ono dość stare, a masywne korzenie wyrastały nad ziemię. W pewnej chwili końcówka jednego z nich poruszyła się niczym wąż czający się do skoku – gest ten powtórzyła reszta korzeni. Zupełnie niespodziewanie wszystkie wyrwały się w powietrze, by sięgnąć – jak Kraken mackami – do niespodziewającego się takiego rozwoju sytuacji skrytobójcy.
Mężczyzna był świetnie wyszkolony, a w tej chwili dał pokaz swoich umiejętności akrobatycznych, zwinnie umykając zachłannym korzeniom. Cóż mógł jednak zrobić, kiedy przeciwko niemu stanęło całe otoczenie?
Odnalazł szalone spojrzenie swojej oprawczyni dokładnie w tym momencie, gdy jego własny miecz zbuntował się nagle, wykrzywił mu w bolesny sposób rękę i przeszył serce na wylot.
Aithne zdążyła tylko warknąć, kiedy wszystko się zaczęło. Na ułamek sekundy zastygła, śledząc wzrokiem tok wydarzeń, jej serce zwolniło, jakby także zastanawiało się nad tym, co się właśnie rozgrywało. Ociężały od zmęczenia umysł analizował zbyt wolno.
Aithne!, wrzasnęła wtedy Faryale, upadłą gwałtownie szarpnęło, gdy klacz wspięła się na tylne nogi, zarzucając łbem.
– Wiem! – warknęła więc dziewczyna, objąwszy szyję przyjaciółki. – Ruszamy – zakomunikowała, sprawnie dobywszy Ashar’carrego.
Faryale stuliła uszy, opadła na ziemię i skoczyła do pobliskich ruin, coraz bardziej się rozpędzając. Wpadła między częściowo zawalone domki niczym błyskawica, ostro zahamowała na zakręcie, odbiła się od zakurzonego bruku, krzesząc na nim iskry, pochyliła szyję, po czym runęła między dwóch przeciwników.
Jednego przeszył Ashar’carre, ciało nieszczęśnika eksplodowało, nawet nie zorientował się, w którym momencie otrzymał cios. Dla drugiego to jednak wystarczyło, by znów, w niewytłumaczalny sposób, spróbować zlać się z otoczeniem.
Trzymaj się!, rozbrzmiało rzeczowe polecenie, Faryale wryła się przednimi kopytami w ziemię, wyhamowując, potem zawróciła gwałtownie i skoczyła z powrotem do wroga.
Jego już nie było.
– Szlag, kurwa mać – podsumowała radośnie upadła.
Z tyłu.
Aithne wyrzuciła nogi ze strzemion i obróciła się w siodle w ostatniej chwili, by zablokować cios prosto w swoje plecy. Uśmiechnęła się dziko, patrząc na częściowo zamaskowaną twarz przeciwnika.
– To nie było honorowe – uznała niskim głosem. – Teraz.
Faryale stuliła uszy i wierzgnęła potężnie, bez trudu strącając kucającego na jej zadzie skrytobójcę. Aithne także zleciała, jednak przez szyję, po której przesunęła się na plecach, na wysokości potylicy klaczy wykonała fikołka i koniec końców wylądowała prawie zgrabnie.
Prawie, bo na swoim szanownym dupsku, ale lepiej tak niż zębami w piachu.
– Rudego nie trzeba zabijać, doskonale radzi sobie samo – uznał Sheridan, zaobserwowawszy wyczyny swojej niekwestionowanej ulubienicy.
Ustawił gniadą mniej więcej na środku całego zamieszania, położył gotowy do użycia miecz na jej kłębie, po czym przymknął oczy, mamrocząc pod nosem formułkę zaklęcia. Tak, teraz będzie się walczyło o wiele lepiej, kiedy w końcu miał pewność, że dysponuje wszystkimi swoimi umiejętnościami.
Namierzył umysły przeciwników, z góry zakładając, że część z nich się maskowała. Uśmiechnął się pod nosem, ukazując zaostrzone zęby.
– Będzie z ośmiu co najmniej – zakomunikował zebranym, zeskoczył ze swojej klaczy i skierował się do najbliższego wroga, by zapoznać go z mieczem.
Został zaatakowany od tyłu, ale był ułamek sekundy szybszy od przeciwnika. Ostrza broni skrzyżowały się z nieprzyjemnym zgrzytem.
Ariene zareagowała najwolniej z zebranych. Jej myśli nieznośnie długo krążyły wokół obozowiska oraz odpoczynku; nie spała przecież poprzedniej nocy, a cały ten dzień obfitował w bardzo wyczerpujące wydarzenia.
Teraz, kiedy zostali zaatakowani, powinna zginąć jako pierwsza – tak nakazywała logika. W końcu wszyscy włączyli się już do walki, ona tymczasem dopiero opuściła nadal trzymaną w dłoni mapę, tocząc dokoła nieprzytomnym wzrokiem.
I z pełnym zdumieniem zauważyła, że wrogowie ją omijają, a ataki nawet nie są kierowane w jej oraz Erriana stronę. Zmarszczyła czoło, rozpaczliwie usiłując zmusić ociężały umysł do współpracy, jednak nie była w stanie. Nie w takim tempie, w jakim by chciała, cała adrenalina opadła i niespecjalnie zamierzała wracać.
Errian szybciej zdołał się zorientować w sytuacji. Zwłaszcza że spłynęło na niego nagłe olśnienie, gdy tuż obok niego i jego konia przebiegł jeden ze skrytobójców, nawet nie zerknąwszy na młodego maga oraz wiedźmę.
Młodzieniec otworzył szerzej oczy, wypatrzywszy drobny herb naszyty na róg chusty przeciwnika, którą się obcy owinął, by zasłonić twarz.
Dlatego nie mógł rozpoznać symbolu z koperty. Został subtelnie zmieniony, poprzestawiano istotne szczegóły, nadano godłu odmienne znaczenie. Ale teraz stało się to jasne – chociaż nadal bezsensowne.
– Przestańcie! – krzyknął, słowa kierując do skrytobójców. – Nakazuję wam, do cholery, przestać! – dodał znowu, widząc, że nie osiągnął zamierzonego efektu.
– Dobrze, że nie próbował tego z kiecką i jej trupami – podsumował usłużnie Sheridan, spojrzawszy na Erriana jak na debila.
– Kurwa mać – odparł na to młody mag, uniósł rękę i machnął nią w bok, zaciskając dłoń w pięść.
Z ziemi podniósł się pęd częściowo uschniętej rośliny, zamaszyście zagarnął pobliskiego skrytobójcę i przycisnął go do ściany najbliższego budynku, unieruchamiając. Errian podjechał do przeciwnika kawałek, jego oczy błyszczały niebezpiecznie.
– Odwołuję was. Natychmiast – powtórzył nieznoszącym sprzeciwu głosem.
– Nie zostałeś upoważniony, paniczu – odparł spokojnie skrytobójca.
Młody mag syknął wściekły przez zęby. Nie został upoważniony, tak? Doskonale. Niech i tak będzie, skoro bezmyślnie zagrał w tę grę na jego zasadach, to dokończy rozgrywkę.
– Podziękujesz zatem swojemu panu – skwitował i zacisnął dłoń w pięść.
Mężczyzna został przepołowiony korzeniem, krew trysnęła na ziemię, szybko jednak w nią wsiąkła, stając się tylko ciemniejszą plamą.
Anabde, słysząc krótką wymianą zdań między Errianem a skrytobójcą, spojrzała na młodego maga dziwnie, unosząc brwi.
Oj, ma chłopak szczęście, że ją tu jeden taki próbuje poszatkować, bo inaczej musiałby się gęsto tłumaczyć. A tak, może zdąży wymyślić rozsądną wymówkę.
Niemniej jednak to zdekoncentrowało ją na chwilę, wobec tego nie zdążyła rzucić zaklęcia, gdy jeden z atakujących skoczył w jej stronę. Mężczyzna odbił się od dachu, na którym dotychczas stał, kierując się prosto na nią – chciał siłą pędu zepchnąć ją z siodła. Nie przewidział, że kobieta ma bardzo charakternego rumaka, który nie lubił innych ludzi.
W czasie, gdy ona dopiero obracała głowę w stronę skrytobójcy, Lantano kwiknął gniewnie i ustawił się zadem do atakującego. Wystarczyło, że mężczyzna zbliżył się na odpowiednią odległość – ogier walnął z krzyża, zrobił wymach tylnymi nogami i zostawił dwa ładne ślady podków na czole przeciwnika. Słychać było tylko chrupnięcie łamanej czaszki; wróg opadł na piach i już się nie ruszył.
– Dobry konik – mruknęła zadowolona Anabde, klepiąc ogiera po szyi.
Ten parsknął usatysfakcjonowany, machnął sobie łbem i bryknął raz jeszcze, co by dać upust swojej radości.
W mgnieniu oka Cador znalazł się przy Aithne, ignorując jej warknięcia i próby uświadomienia go, że da sobie radę, a on w ogóle jest tu zbędny. Ustawił ją do pionu mało delikatnym gestem, cały czas mając oczy dookoła głowy. Pochylił nieco ramiona i okrążył dziewczynę, upewniając się, że na razie nic jej nie grozi. Mylił się.
Nie wiadomo skąd w jej stronę pomknął jeszcze jeden nóż – ktoś tutaj należał do specjalistów od rzutów tą bronią, mierzył idealnie. Oczy obrońcy rozszerzyły się, zdradzając, że taka kolej rzeczy zupełnie go zaskoczyła – był przekonany, że mistrza w rzucie nożem zabił kilka minut wcześniej.
Nie zostało jednak wiele czasu do namysłu. Zdał sobie sprawę z jednego – nie zdąży odbić ostrza, nie ma czasu, by odepchnąć Aithne, a ona sama nie była wystarczająco zwinna, by mieć szansę umknąć. Istniało jedno proste wyjście; rzucił się biegiem i zasłonił podopieczną własnym ciałem.
Nóż był krótki, ale i tak kilkunastocentymetrowe ostrze wbiło się głęboko w plecy obrońcy. Ten stęknął, zgarbił się jeszcze bardziej, na chwilę zamarł w bezdechu, walcząc o utrzymanie równowagi.
Nie minęło kilka sekund, a wyprostował się – w jasnozielonych oczach widać było siłę i determinację. Sięgnął do pleców, po czym, zagryzając mocno zęby, objął palcami rękojeść i wyciągnął nóż z własnego ciała. Chwilę oddychał głęboko, gdy w oka mgnieniu obrócił się i odrzucił broń tam, skąd przybyła – z niezwykłą precyzją, która zaskoczyła nawet jego, posłał ostrze wprost we wroga.
Skrytobójca jęknął głośno, osuwając się na kolana z nożem wbitym w klatkę piersiową. Cador otrzepał ręce, uśmiechając się z zadowoleniem.
Aithne odruchowo dopadła do swojego obrońcy, chwytając go za ramiona, jakby się bała, że zaraz upadnie. Szok jednak błyskawicznie minął, w jej ciemnych oczach pojawił się gniew, zacisnęła zęby, wykrzywiając usta.
A potem przyłożyła Cadorowi z pięknego prawego sierpowego.
– Pojebało cię do reszty?! – wydarła się rozjuszona, nie wierząc w to, co się właśnie stało.
Co za kretyn rzucał się na ostrze za mieszek pieniędzy?! Nawet jej nie znał, a miotał się między wrogami jak szalony, biorąc na siebie każdy atak przeznaczony jej oraz jemu, zupełnie jakby próbował popełnić samobójstwo!
Zawarczała wściekła, puściła go niemal z obrzydzeniem i cofnęła się pół kroku, dalej patrząc na niego z furią.
– Jeszcze raz podłożysz się pod ostrze skierowane we mnie, a osobiście dobiję cię Ashar’carrem – ostrzegła niższym, bardziej zachrypniętym głosem, potem, nie odrywając od Cadora wzroku, machnęła niedbale ręką.
Promień czarnej mgły wystrzelił z jej palców, dopadł do przebiegającego w pobliżu skrytobójcy, oplótł się wokół jego nóg, po czym je rozsadził, krew i mięso rozbryzgnęły się dokoła, po ziemi potoczyły się fragmenty kości. Kiedy rozległ się bolesny wrzask konającego, Aithne odeszła od Cadora i dobiła mężczyznę pchnięciem miecza w czaszkę.
Ciało znieruchomiało pod jej stopą.
– Ariene, ruszże swoje wielkie dupsko! – wydarła się na nadal nieruchomą wiedźmę. – Przydaj się na coś, bezużyteczna babo, i przynajmniej go ulecz! – Wycelowała palcem w Cadora, syknęła przez zęby i rzuciła się do Faryale.
Dopiero w tym momencie Ariene oprzytomniała, upuściła mapę, zeskoczyła z rozmachem z Jutrzenki i ruszyła biegiem do obrońcy, początkowo potknąwszy się o własne nogi. Dopadła do niego jednak na tyle szybko, że nie zdążył się ruszyć za daleko, chwyciła go za zdrowe ramię i, spojrzawszy na niego nieco nieprzytomnym wzrokiem, spróbowała dostać się do rany.
Dostrzegła kolejnego wroga, który szykował się do ataku, a choć jej umysł pracował zdecydowanie za wolno, to pojęła pewną istotną zależność. Dlatego w tym momencie w ogóle się nie wahała.
– Na ziemię – rozkazała krótko i pomogła Cadorowi mocniejszym pchnięciem, by, ledwie kucnęli, objąć go szczelnie ramionami i przyciągnąć do siebie.
Nie była w stanie walczyć, ale ktoś najwyraźniej nie chciał jej śmierci. Co teraz, panowie mordercy?
Mężczyzna odstąpił od ataku, widząc, że wymierzając cios z tej strony, zabije również Ariene. Wiedźma uśmiechnęła się pod nosem i nieco swobodniej sięgnęła do rany Cadora, uznawszy, że przynajmniej uleczy go w spokoju.
Sheridan zdjął jeszcze dwóch, zanim ledwie zagojona rana dała się mu we znaki. Skrzywił się, przystanął na chwilę, łapiąc oddech, poczuł rozlewającą się na brzuchu krew. Cudownie, zdarł strup, nie mogło być lepiej.
Zawarczał pod nosem, obrócił miecz w dłoni i spróbował się wycofać za pobliski mur, gdzie by go nikt za szybko nie dopadł.
W następnej chwili tuż przed jego nosem wyrósł gruby korzeń, w drewno powbijało się kilka noży, co łowca skwitował wysokim uniesieniem brwi. Potem dostrzegł stojącego nieopodal Erriana i z pełnym rozbawieniem zauważył w jego oczach błysk złości. Kiedy jednak młody mag ruszył, rozbawienie ustąpiło miejsca uprzejmemu zdumieniu.
Takiego go jeszcze nie widział.
Errian dopadł do przeciwnika, najpewniej przywódcy atakujących, sądząc po charakterystycznym ubiorze oraz nieprzeciętnych umiejętnościach. Nim ten zdążył nawet zareagować, chwycił go za kołnierz i pchnął bezceremonialnie na ziemię, gdzie przydusił do gleby kolanem i przycisnął ostrze miecza do gardła swojej ofiary, mrużąc z niepokojącą satysfakcją oczy.
Oczy o bardzo zimnym wyrazie.
– Wydaj rozkaz – wycedził przez zęby.
Mężczyzna nie odpowiedział, wpatrując się spokojnie w młodego maga, jakby nie brał jego gróźb na poważnie.
Oczywiście, pamiętali go jeszcze sprzed ukończenia szkoły oraz ucieczki z rodzinnego domu, mógł zrozumieć jego zachowanie. Dlatego naparł mieczem mocniej, rozcinając skórę na szyi powalonego skrytobójcy.
– Wstrzymać atak – padły wreszcie dwa zniekształcone chrypką słowa.
Errian uśmiechnął się lodowato, odsuwając się na tyle, by pojmanemu łatwiej się mówiło. Podług polecenia mężczyzny pozostali mordercy – jak się okazało, jeszcze czterej – zastygli, przerywając próby zdjęcia ofiar.
– Czego on chce? – spytał spokojnie młody mag, nie odrywając spojrzenia od zakładnika.
Mężczyzna milczał, to chyba jednak wystarczyło Errianowi za odpowiedź.
– Matka brała w tym udział? – ciągnął beznamiętnie.
– Rozkaz był odgórny.
– Jak brzmiał?
– Wyeliminować wszystkich, którzy towarzyszą paniczowi.
– Szczegóły?
– Za wyłączeniem panny Tenshi.
Ariene drgnęła nerwowo, otwierając szerzej oczy. Co też to mogło…? Czyżby…? Nie, jakim cudem, skąd, dlaczego? Zacisnęła usta, podnosząc się powoli z ziemi.
– Cudownie. Dziękuję za owocną współpracę – mruknął Errian, znów się uśmiechając.
Potem na jego twarz bryzgnęła krew, kiedy jednym wprawnym cięciem poderżnął mężczyźnie gardło.
Cador warknął wyjątkowo poirytowany, gdy go pewna wiedźma powstrzymała od kontynuowania misji; nie był zły długo, bo kiedy objęła go mocno, jakoś mu się milej zrobiło. Koniec końców westchnął męczeńsko i, widząc, że walka i tak dobiegła końca, pozwolił jej się uleczyć.
W myślach uznał, że jeszcze sobie podczas tej wyprawy kręgosłup złamie. Jak obrywa, to w plecy, widziałby kto.
Musiał oderwać myśli od tego, że rana piekła niemiłosiernie, odszukał więc wzrokiem swoją podopieczną. Na jej widok uśmiechnął się z pewnym rozbawieniem – nie potraktował poważnie jej groźby. A przynajmniej nie miał zamiaru się dostosować.
Problem był taki, że jeśli Cador Reamonn podjął się jakiegoś wyzwania, to nigdy się nie poddawał, zawsze oddawał się misji całkowicie i musiał doprowadzić ją do końca. Tak po prostu miał, a że to jedno zlecenie wykraczało ponad wszystko, czego zdążył doświadczyć, to już inna sprawa.
Anabde pogłaskała po szyi nadal podekscytowanego walką Lantano, usiłując wstrzymać go w miejscu. Ogier szarpał głową i dreptał nerwowo, od czasu do czasu pozwalając sobie na solidne walnięcie z krzyża. Po chwili jednak uspokoił się i przestał wydziwiać, nadal jednak drżały napięte mięśnie.
Kobieta wymruczała pod nosem kilka uspokajających słów, poklepała rumaka raz jeszcze i dopiero wtedy zainteresowała się towarzystwem. Uniosła harde spojrzenie szarych ocząt znad śnieżnobiałej grzywy, kierując je prosto na Erriana.
– Kto ich nasłał? – zapytała rzeczowo.
Aithne i Sheridan kończyli właśnie eliminowanie ostatnich skrytobójców, których zdezorientowała utrata lidera, podczas gdy Errian wyraźnie się namyślał nad odpowiedzią.
Otarł zakrwawiony miecz o kępkę pobliskiej, bardzo rzadkiej trawy, schował go z powrotem do osłony i zaczekał, aż walcząca – czy raczej mordująca – dwójka dołączy do pozostałych.
Wreszcie westchnął i uniósł wzrok prosto na oczy Anabde, jakby rzucał jej wyzwanie. Tak naprawdę po prostu nie chciał pozostawić po swoich słowach żadnych wątpliwości.
– Moi rodzice – padła równie lakoniczna odpowiedź.
– Aha – wyrwało się Sheridanowi z niejakim kpiącym niedowierzaniem.
– Proszę? – zainteresowała się Aithne, wykrzywiwszy brzydko usta.
Ariene milczała, wpatrując się w Erriana czujnie, jakby gorączkowo szukała powiązania między nim a sobą i, ku swej irytacji, żadnego nie mogła znaleźć.
– To również oni wysłali nas z misją – brnął dalej mag, wyciągnąwszy z kieszeni pomięty list od pracodawcy. – Zmienili herb, nie są głupi. Nadal podobny, ale wystarczająco zniekształcony, by uśpić moją czujność.
– Ktoś tu wyjątkowo kocha swojego synka – podsumował łowca dusz, opierając się niedbale na rękojeści miecza.
Rana zrastała się na nowo, swędzenie irytowało, jednak ignorował je, niezwykle zaciekawiony, czego jeszcze się od niezdarnego maga dowie.
– Nie, czekaj, chwila – wtrąciła Aithne i potrząsnęła charakterystycznie rękoma, marszcząc czoło. – Twoi rodzice wysłali cię do Perrianu, do wypalonego przez magię regionu, opuszczonego regionu, wykopali cię z misją do ruin Elestren naszpikowanych potworami, pułapkami, stworami i innym tałatajstwem, tak? Po jakąś zakichaną książkę? Wpuszczając syna-maga do podziemi, gdzie nie można używać magii? – spróbowała się upewnić, szczerze zszokowana, nawet podeszła do Erriana z uniesionymi wysoko brwiami.
– Chcieli zmusić mnie do powrotu do domu – odparł młodzieniec, mimowolnie uciekłszy spojrzeniem przed wzrokiem Aithne, jakby nie do końca miał siłę się z nią konfrontować.
– No to fajnych masz starych – pocieszyła go wspaniałomyślnie upadła i nawet biedaka poklepała po ramieniu, kiwając ze współczuciem głową.
– Ta twoja rodzinka nie przewidziała, że z takiego Elestren to możesz wrócić co najwyżej w kilku mało apetycznie wyglądających kawałkach? – spytał Sheridan, najwyraźniej równie zdumiony wizją sadystycznych rodziców.
– Wiedzą, że jestem zbyt honorowy, by teraz nie udać się do posiadłości i nie wręczyć im przedmiotu zlecenia. Zwłaszcza że święcie wierzą, iż wszystkich moich kompanów pozabijano – zrelacjonował krótko Errian.
– A co ze mną? – spytała napiętym głosem Ariene, objąwszy się ramionami i częściowo je skrzyżowawszy na piersiach, jakby chciała się przed tym wszystkim osłonić. – Czemu mnie chcieli oszczędzić?
– Nie mam pojęcia – przyznał młody mag, wzdychając ciężko.
Cador podniósł się z ziemi, wyprostował, obrócił głową w lewo i prawo (czemu towarzyszyło strzelanie kości, starość nie radość), przeciągnął się jeszcze, by koniec końców uznać, że jego plecy są w miarę naprawione.
Zerknął przez ramię na stojącą koło niego Ariene i uśmiechnął się lekko, w ten swój firmowy, niewymuszony sposób.
– Dzięki – mruknął do niej już po raz kolejny tego dnia.    
Jak na razie ich relacja była śmieszna, albo go kobieta obijała, albo leczyła.
Rozejrzał się i uniósł zaskoczony brew, gdy okazało się, że izabel nigdzie nie spieprzył i stał grzecznie tam, gdzie go obrońca zostawił, mieląc w spokoju wędzidło. Ruszył powolnym krokiem w stronę konia, ale ten tylko postawił uszy i parsknął cicho, nie mając zamiaru uciekać przed jeźdźcem. Mężczyzna złapał wodze i przekonał się, że rumak naprawdę nie planuje wykręcić żadnego numeru, poklepał go więc wyjątkowo usatysfakcjonowany.
– Mądra bestia – przyznał stworzonku, drapiąc je między oczami.
Stanął przy boku konia, wsadził nogę w strzemię i ostrożnie siadł w siodło, nie chcąc nadwyrężyć pleców.
– No to się zdziwią, że jednak żyjemy – uznał pogodnie, jakby to, że ktoś próbował zabić całą grupę za wykonanie misji, którą sam im zlecił, było najzupełniej normalne. – Ale jedźmy już, mam dość Elestren.
Dziwnym trafem wszyscy się z nim zgodzili, w mniej lub bardziej entuzjastyczny sposób.

4 komentarze:

  1. ^^ Szlaban minął, ale brak czasu jest istotną przeszkodą w komentowaniu. Przeczytam jeszcze raz :) No. Ja przeczuwałam/wiedziałam/domyślałam się, że coś związanego z Errianem! XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam ból :< Ale cieszę się, że przynajmniej dajesz znaki życia! ^^
      Jesteś za mądra, wszystkie nasze fabularne suspensy rozgryzasz, to nie jest śmieszne :<< xD

      Usuń
    2. Taa, śmieszne to było jak zgadywałam która z Was ma Anabde xDD
      Przeczytane, ale niczego sensownego nie mogę wymyślić ;< Zabieram się za betę tego "wypocina", którego opublikowałam na Deviantarcie.
      Nie, kłamię XD Piszę sobie nowy prolog, a z wypocina zrobię prawowity rozdział - ale póki co nawet betować go mi się odechciewa XD
      Ej, ale wy macie Larkina XD Tego wątku nie rozgryzę [póki co] XD

      Nooooooooooowy rozdział? ^_^

      Usuń
    3. Dobrze, daję nowy, póki net nie popełnił samobójstwa.
      Z Larkinem zobaczysz, jest logiczne ^^

      Usuń