Anabde najpierw przewietrzyła cały
pokój, bo zdawało jej się, że wszystko jest winą duchoty. Gdy to nie pomogło, a
dodatkowo w pomieszczeniu zrobiło się wyjątkowo zimno, zamknęła okno.
Poprzestawiała kilka bambetli, wygładziła leżące na łóżku poduszki i rozpakowała
część swoich drobiazgów, licząc na to, że to trochę uprzyjemni wnętrze. Koniec
końców poddała się i postanowiła wyjść – ten pokój był zwyczajnie martwy i nie
dało się tu siedzieć, nie wariując.
Związała ogniście rude włosy w
wysoki kucyk, założyła za uszy kilka niesfornych kosmyków, upewniła się, że
wszystko jest tak, jak być powinno, po czym podeszła do drzwi. Nie wiedziała,
co ze sobą zrobi; najwyżej poczeka na wszystkich w pokoju dziennym, do
spotkania pozostało jeszcze dziesięć, może piętnaście minut.
Ale na pewno nie będzie tu dalej
siedzieć, przerażał ją chłód tego pomieszczenia. Wyjęła kluczyk z zamka i
otworzyła drzwi, wychodząc na korytarz.
O. No proszę.
W pierwszej chwili jakby nie
zwróciła na niego uwagi; przebiegła spojrzeniem po postaci łowcy, po czym
spokojnie odwróciła się i zamknęła drzwi od zewnątrz. Zrobiła to z przesadnym
skupieniem, jakby prosta czynność przekręcenia kluczyka w zamku wymagała stu
procent koncentracji. Jeszcze moment się nie odwracała; zamarła ze wzrokiem spuszczonym
na podłogę, usiłując przybrać jak najchłodniejszą postawę. Pomógł jej w tym
głęboki wdech, uspokoił nerwy i pozwolił na zachowanie zimnej krwi.
Bo to wszystko było dziwne. Bardzo
dziwne. Przytłaczała ją świadomość tego, jak sprzeczne są jej uczucia
względem... całej sytuacji. Z jednej strony – to wszystko mogłoby się już
skończyć, rozejdą się oby następnego dnia i będzie tak, jakby nie było nic.
Przecież uważała – i uważa nadal – że pakowanie się w coś bardziej
zobowiązującego to jak strzelenie sobie w łeb.
Z drugiej strony zaś, czasami,
kiedy o tym myślała, coś ją ściskało w środku. Chyba wcale nie chciała – no bo
co, źle było? Nikt o niczym nie wiedział, a przynajmniej miała rozrywkę.
Tylko chyba z jej strony to
wszystko zaczęło iść za daleko. To ją irytowało, czuła się słaba, straciła
kontrolę nad samą sobą. Tak nie może być. Nie wolno się przywiązywać do innych,
przecież o tym wiedziała. A już na pewno samobójstwem było przywiązywanie się
do towarzystwa takiego skurwiela.
Obróciła się i oparła się plecami
o drzwi, krzyżując ręce pod biustem. Nie wiedziała, czy miał zamiar wejść do
swojego pokoju, czy z niego wyjść – teraz zatrzymał się, skupiając na niej
spojrzenie. Odwzajemniła się, patrząc mężczyźnie prosto w oczy i nie mówiąc nic.
To wszystko było naprawdę dziwne.
Sheridan wreszcie uśmiechnął się
kącikiem ust, jakby zrobiła coś bardzo zabawnego. Jego osobiście bawiło tu
wszystko, dosłownie wszystko, zaczynając od nadętego wypierdka, kończąc na
jutrzejszym ślubie, jakkolwiek okrutnie to nie zabrzmiało. Rodzina to jedno
wielkie bagno i cieszył się, że był sierotą. Nikt nigdy mu nie rozkazywał ani
nie zmuszał do tego, czego nie chciał robić.
A najbardziej śmieszyło go to, że
z własnej winy ofiarą tego zamieszania stało się też rude rozczochrane. Te to
miało szczęście, zawsze w najgorsze tarapaty, ale w sumie jak się nie
prowadziło rozumu, to czemu się dziwić?
– Idziesz pomóc w wybieraniu
ślubnej sukienki? Pewne głośne coś chyba się nie nadaje na wsparcie dla panny
młodej – rzucił wreszcie, wprost nie mogąc się powstrzymać.
Taka gratka, żeby dokuczyć Aithne,
jak tu nie korzystać?
Zmrużyła oczy. Starała się
zignorować gorące uczucie, jakim pałali do siebie Sheridan i Aithne, nie czując
potrzeby godzenia ich. Było dla niej jednak oczywistym, że przyjaciółki należy
bronić zawsze i wszędzie – zwłaszcza kiedy w sprawie, o której mowa, naprawdę
jej współczuła. I się martwiła, taka prawda, nie wiedziała, jak jej pomóc, co
zrobić.
– Chyba się nie nadaje – przyznała
spokojnie, chociaż narastała w niej wściekłość. – Głośne coś ma w sobie jeszcze
jakieś ludzkie uczucia.
Druga część wypowiedzi już
zdradziła, że sprawa ją irytuje; nie powstrzymała się również od lekkiej kpiny.
Niech tylko Sheridan spróbuje palnąć coś takiego przy Aithne, wtedy Anabde
osobiście rozerwie skurwiela na strzępy.
– Ludzkie uczucia – powtórzył,
przyglądając się nekromantce z pewną poznawczą ciekawością. – Jest zwyczajnie
głupia, bo się zakochała jak gówniara, ale czego tu się spodziewać po rudym
rozczochranym. Jak się wpakowała, to niech cierpi, może się czegoś nauczy –
uznał, co w jego przypadku było prawie niejaką troską.
Bardziej jednak chodziło mu o
drugą stronę tej wypowiedzi, której nikt normalny by nie zauważył.
Zwyczajnie trochę szkoda mu się
zrobiło Erriana, bo chłopak też się wpakował jak ostatni kretyn, co się dzieje
z tym światem.
Poczuła, jak napinają jej się
mięśnie; ułożyła ramiona swobodnie wzdłuż ciała, po czym splotła dłonie na
plecach. Wtedy nie widział, jak zaciskała palce, niemalże wbijając paznokcie w
skórę.
– Niby z jakiej racji mają
cierpieć? Oboje, bo przecież on też „zakochał się jak gówniarz”. Zawinili
czymś? Nie – warknęła, czując, że znowu traci nad sobą panowanie.
No jasna cholera, zawsze była dość
porywcza, ale mijające lata nauczyły ją sporej samokontroli. Jak to się działo,
że w jego towarzystwie ta samokontrola pryskała niczym bańka mydlana?
– I czego się nauczy? Twojego
bezuczuciowego podejścia? – prychnęła.
Zagranie nie było czyste, nie było
też zbyt dojrzałe, ale zirytowana Anabde to zirytowana Anabde. Tutaj nie
obowiązują żadne reguły, przynajmniej jeszcze nie zaczęła rzucać naczyniami.
– Gdyby miała stać się tak
zgorzkniała, to może lepiej, żeby palnęła sobie w łeb. – Och, niczego nie
sugerowała. Ani troszkę.
I znowuż słowa były
nieprzemyślane, bo przecież on może bez większego wysiłku przyczepić się do
tego wspomnianego palnięcia sobie przez Aithne w łeb.
– W takim razie oby szybciej,
chętnie jej pomogę – zaofiarował się bez mrugnięcia okiem Sheridan, uniósłszy w
uprzejmym zdumieniu brew.
No proszę, Anabde wybuchła, do tej
pory panowała nad emocjami, co to się dzieje w tej przeklętej chałupie.
– Jeśli masz jeszcze jakieś
zażalenia albo skargi, możesz je zapisać na kartce, istnieje szansa, że kiedyś
je przejrzę. Tymczasem tak, czegoś się nauczy, na przykład racjonalnego
podejścia do życia. Ale rozmawiamy o rudym rozczochranym, ono się niczego nie
nauczy nigdy – uzupełnił głosem nadal
spokojnym, niemalże wypranym z emocji.
Tak, zarzut Anabde był celny, ale
zupełnie nieskuteczny. Bo pana Sheridana nie interesowało to, jak go
postrzegają i jaki w istocie jest. Póki żyło się dobrze i łatwo, póki miał z
tego korzyści, wszystko było w porządku.
Dobrze, że nie posiadała pod ręką
niczego ostrego. Stop. Dobrze, że niczego pod ręką nie posiadała, bo
czymkolwiek by to było, zostałoby właśnie rzucone w łeb pana łowcy.
Zerknęła kątem oka na korytarz,
ale, cholera, nie widziała tutaj nawet żadnego wazonu. Albo obrazu. Albo,
niestety, noża lub zatrutych strzał. Biednie.
– No cóż, walczyć się chyba
nauczyła. W końcu nie tak dawno prawie zabiła jednego łowcę; szkoda, że Cador
odciągnął wtedy jej uwagę – przypomniała mu z uśmiechem.
No dobra, troszkę naciągnęła
prawdę, przecież sama próbowała mu pomóc utrzymać się przy życiu. Ale miała
powód, tak?
– Była opętana, ale to podobno
szlachetne, że bronisz przyjaciółkę – mruknął niewzruszenie, przekrzywiwszy
lekko głowę.
Tak, to jego stoicko spokojne
podejście mogło zabić. Właściwie nie wiedział, czemu tę taktykę przyjął, tak po
prostu.
– Poza tym walka to umiejętność, a
nie zdolność. Jak na przykład zdolność odnajdywania się w społeczeństwie. Nie
zamierzam jednak rozprawiać na temat tego bezmózgiego, rozczochranego dzieciaka
– skwitował na koniec już chłodniejszym głosem i wzruszył niedbale ramionami.
– Szlachetne – prychnęła pod
nosem, generalnie całą sprawę wykpiwszy.
Zaczęła się zastanawiać, czy już
rozcięła paznokciami skórę dłoni, czy na razie ma tylko ślady. Była na tyle
napięta i zirytowana, że nie czuła zupełnie nic.
– No widzisz, Aithne może i nie
potrafi odnaleźć się w społeczeństwie, co ty masz wrodzone, bo przecież trzeba
tych naiwniaków do siebie przekonać, żeby potem zrobić sobie z nich posiłek.
Ale ma za to kilkoro oddanych przyjaciół. – Na chwilę zawiesiła głos.
Och, paskuda mała, nie mogła się
powstrzymać przed odnoszeniem się do rozmówcy, nawet jeżeli go to nie
przejmowało.
– To chyba świadczy o tym, że tak
naprawdę jest wartościowym człowiekiem. I jak możesz zarzucić mi naiwność, tak
chyba nie posądzisz Larkina o złą ocenę jej osoby?
Wzruszyła ramionami.
Do jego ostatniej deklaracji nie
miała zamiaru się odnieść, bo przecież rozprawiał na temat Aithne już dłuższą
chwilę. Jeżeli nie odpowie, to bardzo dobrze, ona musiała jednak postawić
kropkę nad „i”. To poniekąd ją wyciszyło; nadal była wściekła, a szare,
przymrużone oczy miażdżyły łowcę spojrzeniem, ale przynajmniej nie miała już
ochoty wbić mu sztyletu między żebra.
– Nie masz przyjaciół, nie masz
bliskich, nie masz przywiązań, nie masz skrupułów – wyliczył, również mrużąc
powieki, kiedy się jej przyglądał. – To nie jest ocena osoby, a zwykły życiowy
wybór. Niektórzy wybierają tak, by nie mieć zbędnego balastu, natomiast to, że
ktoś chce zwracać uwagę na kogoś, kto i tak wbije nóż w plecy, nie jest moim
interesem – uznał, prostując się, dzięki czemu bez trudu mógł spojrzeć na nią z
góry.
Tak też zrobił, wodząc wzrokiem po
jej twarzy, wzrokiem dość bezosobowym i trochę znudzonym, jakby ta rozmowa
przestała go bawić czy interesować. Trudno się spodziewać czegoś innego po
Sheridanie, który nigdy, przez całe swoje życie, nie znalazł się wystarczająco
blisko kogokolwiek, by poczuć się odpowiedzialnym bądź potrzebnym. Żył dla
siebie, to wszystko, a takie moralne gadki przyprawiały go o mdłości. Nawet w
wykonaniu Anabde.
Albo zwłaszcza w jej wykonaniu.
Zawahała się. W pierwszej chwili,
rzecz jasna, jej reakcją było tylko spotęgowanie złości; zaraz jednak dotarło
do niej, co wyliczył. Przecież... sama próbowała mieć takie podejście. Zbędny
balast, dokładnie tym byli dla niej ludzie, do których mogła się przywiązać – i
unikała tego jak ognia, chociaż nie zawsze jej wychodziło.
Otworzyła szeroko oczy, po czym
zmarszczyła brwi; nie za bardzo wiedziała, jak to w takim razie odebrać.
Na szybko przemyślała kilka spraw
i doszła do paru konstruktywnych wniosków. Postanowiła wrócić do meritum
sprawy, bo bezsensownie dywagowali na temat osobowości Aithne. Znów uniosła
spojrzenie na mężczyznę, nie czując się skrępowaną pod naporem jego wzroku.
– Nie jest twoim interesem, ale
mógłbyś uszanować to, że niektórzy potrzebują wsparcia czy bliskości innych – i
nie komentować czy to zachowania lub uczuć Aithne, czy jutrzejszego ślubu w
ogóle. Nim wykpisz moje słowa, przypominając o twoim niewątpliwym
wszystkowdupctwie, powiem, że mógłbyś to zrobić dla Erriana. Którego, przyznaj
sam, lubisz, a który naprawdę nie potrzebuje twoich uroczych komentarzy. – Jej
głos nie ociekał jadem aż tak bardzo.
Niemniej jednak nadal była
zirytowana; pieprzony skurwiel, z nikim się nie liczył, niech go ktoś wreszcie
sprowadzi na ziemię. Jaka szkoda, że sama nie była wystarczająco potężna.
– A jeżeli nadal masz zamiar
umilać dzień takimi wstawkami, to może zwyczajnie przestań się nami
interesować? Spakuj manatki i zabieraj dupę w troki już dzisiaj, a jeśli,
biedaku, jesteś zmęczony, to przynajmniej nie truj nam życia do jutrzejszego
ranka.
Swoją drogą, dlaczego jeszcze nie
wyjechał? Po takim indywidualiście, zmęczonym towarzystwem tych samych,
niegodnych osób przez całą wyprawę spodziewała się raczej, że weźmie co swoje i
zwinie się przy pierwszej lepszej okazji.
Odepchnęła się od drzwi i stanęła
prosto, chcąc już ruszyć w stronę pokoju dziennego. Grzecznie odczekała jednak
na jego komentarz; jeszcze by wyszło, że uciekła z pola bitwy. A zwyczajnie
uznała to wszystko za bezsensowne – i tak nie dojdą do porozumienia. Z niej nie
ujdzie złość jeszcze przez najbliższą godzinę.
– Dziękuję za twoje cenne rady.
Przy tak wysoko rozwiniętej empatii wieszczę ci świetlaną przyszłość przy
wspieraniu zranionych istot – skwitował, wykrzywiając lekko usta, jakby go ta
rozmowa zaczęła irytować. – Pozwól jednak, że sam zdecyduję, co następnie ze
swoim życiem zrobię, twoja interwencja nie jest potrzebna – uznał, wciskając
ręce do kieszeni, po czym wzruszył jeszcze ramionami, przyglądając się Anabde z
całkowitym znudzeniem.
Można było odnieść wrażenie, że
wrócili do punktu wyjścia, to jest do momentu, w którym weszli do niezbyt
renomowanej karczmy i zajęli miejsca, każde o własnym celu i nieświadome
tożsamości drugiej osoby.
– Moja interwencja. Och, nie, to
była raczej prośba. Kierowana głupią nadzieją, że masz jeszcze jakieś poczucie
przyzwoitości – syknęła.
Zdarzało jej się być magiczną,
zdarzało jej się przekazać wszystko, co w niej tkwiło – emocje, myśli, wrażenia
– za pomocą prostego gestu. Teraz obdarzyła mężczyznę spojrzeniem, które u
każdego normalnego człowieka wywołałoby poczucie winy i beznadziejności; było
ostre, krytyczne, miało się wrażenie, że sam ten wzrok może kogoś zniszczyć.
Nie kontrolowała tego, po prostu przyszło – ale było świadectwem tego, jak
bardzo się zirytowała. Zawiodła? Nie, po prostu wkurzyła.
Co to za różnica, Anabde. Nie
dojdziecie do porozumienia, więc sobie odpuść, szkoda twoich nerwów. Można by
to drążyć, gdyby prowadziło do czegokolwiek; w obecnej sytuacji daj na luz.
Nekromantka przymrużyła raz
jeszcze powieki i postanowiła wycofać się, nim znów nabierze ochoty na rzucanie
przedmiotami. Odwróciła się i ruszyła korytarzem; szła powoli, by w drodze
ochłonąć i nabrać do wszystkiego dystansu.
Niech jeszcze raz powie coś
takiego o Aithne. Miała niezłego cela, zwłaszcza kiedy rzucała zastawą stołową.
Dopiero wchodząc do pokoju
dziennego, zdał sobie sprawę z tego, że uśmiecha się szeroko. Zerknął przez
ramię na towarzyszącą mu wiedźmę (po cichu zastanawiając się, czy to ona była
powodem tego niekontrolowanego uśmiechu. Och, Kapitan Oczywistość znów w
akcji!), powstrzymał szczerzenie się, ograniczając się do delikatnego
półuśmiechu, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu.
Nie przyszli pierwsi, chociaż było
jeszcze kilka minut do spotkania – na kanapie obitej ciemnobrązową skórą
siedziała już nekromantka, pochylona nad stojącym przed nią stolikiem.
Cador zatrzymał się kilka metrów
przed meblem i zawiesił na Anabde uważne spojrzenie. Kobieta zajęta była
przeliczaniem monet – na blat wysypała zawartość obu sakiewek, które,
opróżnione, leżały na siedzeniu obok. Długie palce z wprawą przerzucały
pieniądze z jednego stosu na drugi, jednak obrońca wychwycił w jej ruchach
pewną nerwowość. Uniósł brew, zainteresowany tym spostrzeżeniem, po czym skupił
się na jej spojrzeniu. Szare oczy z uwagą obserwowały monety, ale było w nich
coś... Nie potrafił tego nazwać, lecz odniósł wrażenie, że kobieta próbowała
skoncentrować się na liczeniu, by nie myśleć o niczym innym.
W tym momencie nekromantka uniosła
głowę, przenosząc wzrok na Cadora. Mężczyzna miał ochotę cofnąć się o pół
kroku; powstrzymała go myśl, że tym samym bezceremonialnie wlazłby na Ariene.
Anabde zaraz wróciła do wpatrywania się w monety, a on pomyślał sobie: jasna
cholera, cóż ją tak wkurzyło?
Nie było tego widać na pierwszy
rzut oka, ale wprawny obserwator od razu zauważył, że ruda przeżywała właśnie
wewnętrzną walkę. Cador uznał, że bezpieczniej będzie nie ryzykować zdenerwowaniem
nekromantki; grzecznie zamilkł i zajął jeden z najbliższych foteli.
– Rozdzielam po równo, już kończę
– poinformowała ich Anabde, nie odrywając się od swojego zajęcia.
Obrońca tylko kiwnął głową, ale
zaraz skarcił się w myślach: przecież nie mogła tego zobaczyć.
– Mhm – mruknął więc zdawkowo, w
obawie, że bardziej rozbudowany komentarz może wkurzyć rudą.
Ta, na przekór jego
pesymistycznemu nastawieniu, uśmiechnęła się kącikiem ust, chociaż nadal
wpatrywała się w monety.
– Na co mi te pieniądze –
westchnęła w powietrze Ariene, zajmując miejsce na najbliższym wolnym meblu
nadającym się do siedzenia. – Na co mi to wszystko – dodała filozoficznie,
zjeżdżając trochę niżej. – Wy też macie poczucie całkowitej beznadziejności
świata? A tak w ogóle, to gdzie Aithne? – spytała głośniej z niejakim
zatroskaniem, przekrzywiając głowę tak, by spróbować zlokalizować wzrokiem
Larkina.
On gdzieś musiał być, a on będzie
wiedział, gdzie się upadła podziewała. Bo lepiej nie spuszczać jej z oka,
jeszcze zaraz się okaże, że cała rezydencja płonie albo na drzewach wisi
służba. W sumie Ariene w duchu kibicowała destrukcyjnym zdolnościom
dziewczęcia.
Monety brzdęknęły, gdy jedna z
nich wbrew wszelkim planom upadła z powrotem na stosik. Winowajczyni zdawała
się nawet tego nie zauważyć; uniosła głowę i posłała Ariene krótkie, ostre
spojrzenie.
– Nie użalaj się nad sobą –
rzuciła chłodno.
Dwie monety, które nadal trzymała
w dłoni, zazgrzytały o siebie, gdy nerwowo poruszyła rękoma.
Czy ktoś otworzył okno? Cador miał
ochotę objąć się ramionami, bo w pokoju zrobiło się dziwnie chłodno – a nie, to
tylko Anabde, jak zwykle promieniejąca pozytywną energią. I jak zazwyczaj
odnosił się do nekromantki raczej z szacunkiem, uznając ją za wartościową
towarzyszkę, tak teraz – nie wiedzieć czemu – jej krytyczna postawa względem
Ariene go zirytowała.
– Odrobina empatii nikomu jeszcze
nie zaszkodziła – zauważył, starając się mimo wszystko brzmieć dość pogodnie.
Natychmiast znalazł się pod
ostrzałem przejmująco lodowatego, nieprzyjemnego spojrzenia szarych oczu.
Ciężko mu było je zinterpretować; niby wściekłe i miażdżące, ale kryło się w
nim coś... jakby ból? Odniósł wrażenie, że czymś (kimś) się martwiła, lecz na
swój własny, nieco chory sposób. To jednak wcale jej nie usprawiedliwiało, o! I
dlatego odważnie spojrzał jej w oczy,
przymrużając powieki.
Ona zaś pobłądziła wzrokiem od
niego do Ariene i z powrotem. Otworzyła usta, ale chwilę jeszcze zastanawiała
się nad tym, jak ubrać w słowa swoje myśli. Potem skupiła uwagę na Ariene,
przyglądając się wiedźmie z namysłem. Czy to źle, że chciała jej oszczędzić
żałosnego jęczenia?
– Może bardziej rozsądnie byłoby
zastanowić się, czy da się jakoś ten problem rozwiązać, pani pokrzywdzona –
uznała, mówiąc dużo wolniej, jakby musiała kontrolować swój głos, by nie
dopuścić do udziału bardziej ostrego tonu.
Co, rzecz jasna, nie do końca jej
się udało – ostatnie dwa słowa wymknęły jej się bez kontroli.
– Ale jeśli ci nie zależy, mogę
rozdzielić twój przydział między resztę – dodała, wzruszając niedbale
ramionami, i wróciła do liczenia monet.
Na imię przyjaciółki jakby
zgarbiła ramiona, co było dość dziwne – co ją tak przytłoczyło?
– Nie znam pana Souena, nie siedzę
w ostatniej polityce, nie mam już żadnych kontaktów, prawie nie jestem częścią
szlachty – wyliczyła Ariene z pewnym chłodnym spokojem; nie wyglądała na
urażoną słowami Anabde ani zdenerwowaną, po prostu przyjęła zupełnie inną
taktykę, jakby powróciła do czegoś, z czym się zapomniała. – Z ciężkim sercem
muszę zaufać Errianowi, który w tych kręgach obraca się o wiele skuteczniej ode
mnie. To niestety nie polega na podduszeniu bądź zabiciu tych, co nas irytują –
podsumowała, wzruszając lekko ramionami. – Jeśli Errian niczego nie wymyśli,
pójdę porozmawiać z panem Souenem. Moje wujostwo za bardzo chce zaistnieć, by
się wycofało, jedyna szansa to spróbować u pana domu – oznajmiła na koniec i
przymknęła powieki, trochę odcinając się od całego świata.
Poczucie winy, niepewność i
niechęć odnośnie następnego dnia powróciły, jednak ubrała je w chłód i dystans,
którego wcześniej zabrakło jej przy Cadorze. Tak, poprawna Ariene wróciła,
opanowana i spokojna, najpierw szukająca każdej możliwej luki oraz rozwiązania
problemu, potem działająca. Nie w takich bagnach się znajdowałaś już, głupia
wiedźmo, poradzisz sobie i teraz.
Anabde znów zaprzestała liczenia;
chwilę wpatrywała się w numery wyryte na złotej monecie, potem wróciła
spojrzeniem do Ariene. I tym razem zachowywała się tak, jakby musiała dokładnie
przemyśleć każdy swój ruch – dopiero po kilku sekundach jej wargi rozciągnęły
się w zadowolonym uśmiechu. Spojrzenie nabrało, przynajmniej powierzchownie,
innego charakteru – szare oczka błysnęły.
– To brzmi zdecydowanie lepiej od
„na co mi to wszystko” – uznała spokojnie, przedrzeźniając zgrabnie wiedźmę,
kiedy cytowała jej kwestię.
I uznała sprawę za zakończoną,
jakby doszła do rezultatu, jaki był jej celem. Znów zajęła się liczeniem, nawet
nie zwróciwszy uwagi na kolejnego gościa w pokoju.
Larkin wszedł do środka z dłońmi
wciśniętymi do kieszeni i zamyślonym spojrzeniem. Nie patrząc na nikogo,
podszedł do najbliższego fotela i rozsiadł się na nim; zawiesił wzrok na bliżej
nieokreślonym przedmiocie w pobliżu ściany, towarzyszy obdarzając jedynie
przelotnym zainteresowaniem.
Cisza trwała dobrą chwilę, gdy
wreszcie została przerwana przez Anabde. Nekromantka wstała, oceniła krytycznym
spojrzeniem utworzone przez siebie stosy monet, po czym zerknęła na przyjaciół.
Nic nie mówiąc, przesunęła jeden spory kopiec w stronę Ariene.
– To dla ciebie. Tyle samo, ile
dostanę ja, Aithne, Errian i Sheridan – mruknęła, zerkając krótko na
czarnowłosą.
Kolejny, nieco mniejszy stosik
ułożyła przed Cadorem; jeszcze raz przeliczyła w myślach monety, po czym
kiwnęła do samej siebie głową.
– Nie wiem, jak umówiłeś się z
Errianem. Uznałam jednak, że się nam przydałeś, chociaż nie brałeś udziału w
całej wyprawie. Właśnie dlatego otrzymasz o dwie monety mniej, a sprawę zapłaty
za ochronę Aithne obgadaj ze swoim zleceniodawcą – poinformowała go, unosząc
nieznacznie kącik ust.
Następnie obróciła głowę do
Larkina, a uśmiech znikł.
– Zwiałeś, gnojku. Nie licz na to,
że coś dostaniesz – fuknęła na niego.
Mężczyzna przeniósł na nią średnio
zainteresowane spojrzenie; chwilę się jej przyglądał, ale koniec końców,
najwyraźniej wychwyciwszy coś w szarych oczach, uśmiechnął się z ponurym
rozbawieniem.
– Rozumiem – przyznał krótko, a to
sprawiło, że i ona się uśmiechnęła.
Usiadła z powrotem na kanapie,
krytycznie przyglądając się reszcie pieniędzy.
– Errianowi przyda się
kieszonkowe, tatuś go chyba nie rozpieszcza – wymruczała, nie wiadomo czy do
nich, czy do samej siebie.
Po tych słowach odsunęła od siebie
jeden stosik, zostały jeszcze trzy.
– To przekażę Aithne – wyjaśniła,
wsypując część monet do sakiewki.
Zawiązała ją, po czym kolejny
kopiec przesypała do drugiej sakwy. To będzie dla niej, położyła mieszek na
kolanach i zainteresowała się ostatnim stosem. Chwilę przyglądała się
błyszczącym w świetle monetom, po czym zerknęła na jeden z korytarzy – ten
konkretny.
Ariene wiedziała, że brzmiało
lepiej. Osoby przeszkadzające w wykonaniu zadania też lepiej współpracowały,
kiedy przytykała im sztylet do gardła i z chłodnym spokojem stawiała przed
propozycją nie do odrzucenia niż gdyby uśmiechnęła się lekko i spytała, czy
zechcieliby pomóc. Dlatego właśnie zakończyła rozmowę z Anabde, tylko wzięła
należne pieniądze, w duchu szczerze wierząc, że zdoła się z tego wywinąć.
Jakimś bliżej nieokreślonym cudem.
Odwróciła głowę od wszystkich i
zapatrzyła się w okno, mrużąc oczy. Wyglądało na to, że, podobnie jak Larkin,
postanowiła zapomnieć o istnieniu towarzyszy, pogrążając się w swoich
rozmyślaniach.
Ułóż plan awaryjny, Ariene – tylko
od czego zacząć? Nie była dobra w politycznych rozgrywkach, ostatnio na
salonach gościła w wieku dziesięciu lat, jeśli dobrze liczyła. Zacisnęła
nieznacznie usta, jedynie tym zdradzając się ze swoim niepokojem.
Po dłuższej chwili wreszcie ich
zacną grupę uświetnił swoją obecnością Sheridan. Przyszedł od strony, w którą
zerkała Anabde, podobnie jak Larkin z rękoma w kieszeniach, omiótł całkowicie
znudzonym spojrzeniem zebranych, wzrok zatrzymując na stosiku monet. Popatrzył
krótko na każdego, a ponieważ nikt po pieniądze nie sięgał, uznał, że należą
się one jemu, dlatego też łaskawie oswobodził dłonie i zgarnął kwotę.
No dobrze, całkiem nieźle
zapłacili, tylko gdyby nie podjął się zabawy, przez ten czas wykonałby cztery
podobnie płatne zadania. No cóż, uczymy się podobno na błędach.
Ponieważ nawet prawie ciekawiło
go, co zaraz postanowią, wycofał się pod najbliższą ścianę, o nią się oparł i
znów wcisnął ręce do kieszeni, przechodząc do spokojnej, jawnie znudzonej
obserwacji. Raz popatrzył na Ariene, wiedźma jednak potrafiła się obwarować
murem idealnej obojętności w najróżniejszych sytuacjach, dlatego niczego
interesującego nie zaobserwował. Wszyscy, właściwie, byli nudni i
przewidywalni. I ich problemy.
A mimo to stał, prawie jak kat,
czekając na coś. Na co, nie wiedział, ale nie chciało się mu ruszać z powrotem
do pokoju gościnnego.
Cisza. Trochę Cadora irytowała.
Zwłaszcza że towarzyszyła jej nieprzyjemna aura, uosobiona w posępnych minach i
nieobecnych spojrzeniach. Jejku, jednak Aithne i Errian stali się tej grupie
naprawdę potrzebni – nie było ich pół godziny, a tu już nie ma komu warczeć,
pluć, śmiać się z ów plucia i warczenia, i ogólnie rozładowywać atmosfery.
Cador najpierw rozejrzał się
uważnie dookoła, skrupulatnie przypatrując każdemu najmniejszemu zakątkowi
pomieszczenia, później przymrużył oczy i skupił się na zmyśle słuchu.
To był wyuczony nawyk, którego nie
miał zamiaru się wyzbywać – zawsze i wszędzie musiał przeprowadzać taką drobną
kontrolę, by wykluczyć ewentualny atak z zaskoczenia. Gdy upewnił się, że ani
nie są podsłuchiwani, ani podglądani, ani generalnie nic im nie zagraża,
zauważył, iż ktoś już wstał.
Larkin powiódł po towarzyszach
posępnym spojrzeniem, unosząc nieznacznie brodę. Jakoś tak się stało, że natychmiast
skupił na sobie uwagę wszystkich, nim jeszcze się odezwał.
– Rozumiem, że bezpośredni atak i
rozpieprzenie jutrzejszej ceremonii nie ma być naszym planem – zaczął
spokojnie. – Z tego, co zdążyłem się zorientować, jedyną osobą zdolną wymyślić
pokojowe rozwiązanie problemu jest nieobecny Errian; nam brakuje i wiedzy, i
obycia – zawiesił na chwilę głos, by móc rozejrzeć się po najbliższych mu
osobach.
Upewnił się, że słuchają go z
uwagą, po czym kontynuował:
– Trzeba jednak wziąć pod uwagę,
że Errian może nie wpaść na genialny pomysł lub ten pomysł może się nie
powieść. Nie ma co się zastanawiać, jakie rozwiązanie byłoby lepsze – to
oczywiste, że ślub nie może się odbyć. Jeżeli zostaniemy do tego zmuszeni,
sięgniemy po ostateczne rozwiązanie i rozwalimy ceremonię w najmniej
odpowiednim momencie. I nie okłamujmy się: nie będzie to zdradą wobec Erriana
czy Ariene. – Tu zerknął na wiedźmę znacząco. – Oboje tak samo nie chcecie tego
ślubu, a wasze rodziny... doskonale radziliście sobie bez nich. Sądzę, że w tej
kwestii nie znajdą się racjonalne argumenty przemawiające przeciwko
przedstawionemu przeze mnie działaniu.
Oczywiście liczę na to, że mimo wszystko uda się to rozwiązać pokojowo.
Jednak musimy założyć najgorsze – i wiedzieć, że wtedy trzeba będzie się
zmobilizować do walki i ucieczki. Ariene nie muszę o to pytać, ale – zmrużył
burgundowe oczy, wodząc wzrokiem po pozostałej trójce – czy wy weźmiecie w tym
udział?
Cador zacisnął palce na
podłokietniku fotela, przyglądając się upadłemu w zamyśleniu. Jaka szkoda, że
tym razem się z nim zgadzał.
– Tak – mruknął krótko jako
pierwszy z zapytanych.
Nie wahał się ani chwili; przecież
było oczywistym, że ślub nie jest po jego myśli.
Anabde cały czas intensywnie
wpatrywała się w Larkina, tak podczas jego przemowy, jak i teraz, gdy
oczekiwano od niej odpowiedzi. Kącik malinowych ust uniósł się; nareszcie konkrety.
Kiwnęła lekko głową, zgadzając się ze słowami upadłego.
Sheridan najpierw wzruszył
ramionami, ale potem także przytaknął, skupiwszy spojrzenie na Larkinie. Jego,
jakby to powiedzieć, znajomy zdecydowanie miał porządną motywację, by walczyć o
niedopuszczenie do zawarcia ślubu, co łowcę nieco bawiło. Uznał jednak, że
zabawa jest warta zostania w rezydencji trochę dłużej, kilka godzin go nie
zbawi, a wiele może się wydarzyć. Dlatego też uśmiechnął się kącikiem ust i
przesunął wyczekującym wzrokiem po zebranych. Jeszcze nad czymś radzą i
dywagują, czy można już sobie iść?
Ariene wypuściła ukradkiem
powietrze z ulgą, nieco się rozluźniając. Dobrze wiedzieć, że miała wsparcie w
pozostałych, mimo że wcale nie musieli się angażować. Powinna sobie poradzić z
Errianem, to ich nie dotyczyło, ale była wdzięczna. Popatrzyła z uśmiechem na
Larkina, potem na Cadora, Anabde, na końcu nawet na Sheridana.
– W porządku. Należałoby chyba
jednak sprawdzić, czy Aithne żyje, poszła na dwór, prawda? – mruknęła,
podnosząc się z miejsca.
Wolała unikać ich spojrzenia,
nadal jeszcze bała się, że to skrywane ja postanowi się ujawnić, burząc
stworzony przez lata pracy obraz. Już i tak na za wiele pozwalała sobie przy
obrońcy, to było dziwne i nieodpowiednie. Zerknęła na niego przelotnie,
ruszając do drzwi.
Nie obejrzała się przez ramię,
wychodząc, ale odniosła wrażenie, że ktoś jeszcze za nią poszedł. Nie twoja
sprawa, Ariene, nie twoja.
Dysponowali naprawdę dużą
biblioteką z pokaźnym zbiorem ksiąg. Można tu było znaleźć teksty na właściwie
każdy temat, a przytulny wystrój wnętrza sprzyjał pogrążaniu się w lekturze,
dzięki czemu dobrze się pracowało. Ostatnią godzinę spędził na kręceniu się
między regałami, zbierając wszelką literaturę, która mogła się przydać przy
próbach rozwiązania aktualnego problemu. Zasłał książkami cały blat podłużnego
stołu przy oknie wychodzącym na dziedziniec oraz kawałek podłogi obok krzesła,
gdzie zajął miejsce. Przygotował swój stary notatnik, z którego w dzieciństwie
się uczył, postawił pod ręką kałamarz i wziął pióro, by mieć czym pisać.
Zamierzał coś znaleźć – cokolwiek – i zapobiec jutrzejszemu nieszczęściu.
Całe życie zdawał sobie sprawę z
tego, że może go to czekać, pewnie w innych okolicznościach nawet by się z tym
pogodził, ale… teraz wybrali najgorszy możliwy moment. Z powodu, którego na
razie nie potrafił nazwać (a może się bał?) oraz ze względu na Ariene. Nie
zamierzał niszczyć jej życia ani godzić się, by ktokolwiek inny to zrobił,
oboje mieli swoje plany i posiadali prawo do kreowania przyszłości
samodzielnie. To po prostu cios nożem w plecy, nie spodziewał się tego nawet po
ojcu.
Zacisnął usta, sięgnął po pierwszą
z brzegu książkę i zabrał się do szukania informacji o aranżowanych
małżeństwach i ich rozwiązywaniu. Bądź niedopuszczaniu do ich zawarcia.
Przebiegł wzrokiem treść, zmarszczył czoło i postanowił w duchu, że w razie potrzeby,
jako ostatnią deskę ratunku, wykorzysta chociażby tandetne romansidła, byle
tylko coś wymyślić. Przemówienie jego ojcowi do rozumu będzie trudne, ale nie
niemożliwe… prawda? W końcu to mądry człowiek.
Errian po raz kolejny uświadomił
sobie, jak bardzo pan Souen chciałby, żeby jego synem był Cass. Po tylu latach
przestało to już boleć, teraz ta myśl zostawiała po sobie tylko dziwną pustkę.
Sięgnął po pióro, zanurzył je w
atramencie i zanotował kilka haseł, które jednak nie podsunęły mu żadnego
rozwiązania problemu. Po prostu… wyglądało na to, że jedynym wyjście jest
brutalne przerwanie ceremonii, a tego Errian nada chciał uniknąć. Byłoby to
działanie przeciw rodzinie, czego nie potrafiłby chyba zrobić, przecież nadal
ją kochał. Mimo że sam rzadko odczuwał ich miłość, to rodzina pozostawała
rodziną, natomiast dom – domem.
Przeczesał włosy dłonią i
przerzucił kolejne kartki, szukając wzrokiem upragnionych odpowiedzi. Może w
kodeksie szlacheckim? Albo zasadach salonowych? Historia rzadko się na tym
skupiała. Ewentualnie zostają te romanse, ale tam nic konstruktywnego nie
znajdzie.
Powstrzymał chęć uderzenia głową w
stół, starając się być dobrej myśli. Poradzi sobie, Ariene mu pomoże. Pozostali
też. Trzeba tylko sklecić plan, jakikolwiek – byle logiczny.
Usłyszał za sobą ciche kroki, ale
nie obejrzał się przez ramię, próbując skupić się na swoim zadaniu. To był
priorytet, najważniejsze w tym momencie, jedynie o tym powinien rozmyślać.
Dlatego nie zwrócił uwagi na gościa, dopóki ten nie stanął tuż obok i nie
westchnął ciężko, kładąc na blacie obok ręki maga talerz z kanapkami.
– Co panicz jadał w tej podróży? –
usłyszał pełen dezaprobaty kobiecy, ciepły głos. – Tragicznie panicz wygląda,
jeszcze bardziej wychudzona kruszynka!
Errian uśmiechnął się, odkładając
pióro i przenosząc wzrok na niezadowoloną służkę. Kobieta była przy kości, z
pyzatymi policzkami i łagodnym uśmiechem. Przyprószone siwizną włosy związała w
kok, piwne oczy przyglądały się młodzieńcowi z uczuciem. Przygładziła nieco
nerwowo poplamiony fartuszek i splotła ręce przed sobą.
– Margaret – mruknął z pewną ulgą
i znów pochylił się nad notatnikiem. – Jak zawsze nadopiekuńcza. Przecież już
ustaliliśmy, że nigdy nie przytyję. I nie tytułuj mnie, to dziwnie brzmi –
poprosił na koniec, przenosząc wzrok na książkę, którą kartkował.
– Nikt jednak nie ustalał, że
schudniesz jeszcze bardziej! – obruszyła się kobieta, obdarzywszy ulubieńca
krytycznym spojrzeniem. – Która cię zechce, takiego chuderlaka.
Errian znowu się uśmiechnął, tym
razem jednak gorzko. Margaret, choć prosta osoba, była inteligentna. Próbowała
wybadać jego nastawienie odnośnie zaplanowanej ceremonii, poczciwa kobieta.
– Rodzice postanowili ten problem
dla mnie rozwiązać – zauważył nawet pogodnym głosem, jednak nie zapanował nad
napinającym się ramieniem, które prowadziło pióro.
– Z tego powodu tu siedzisz,
rybeńko? – odgadła, poklepując jedną z leżących na stole książek.
Mag skinął krótko głową.
– Panienka Tenshi wydaje się być
dobrą osobą, tak myślę – zaryzykowała stwierdzenie, poprawiając upięte włosy.
– Jest cudowną kobietą, ale… to
nie wystarcza, by zakładać z kimś rodzinę. Lubię ją i szanuję, jednak każde z
nas ma własne plany. Dość rozbieżne – wyjaśnił spokojnie, nie zdenerwowawszy
się słowami Margaret.
Chciała dobrze.
– Czyżby ktoś siedział ci w
głowie, rybeńko? – spytała łagodnie, szybko się domyśliwszy istoty sprawy.
Ledwie dostrzegła nieobecny
uśmiech Erriana, westchnęła, przymrużając z rozczuleniem oczy. Pogłaskała
młodego maga po włosach, przyglądając się robionym przez niego notatkom.
– Znam ją? – zainteresowała się
życzliwie.
– Poniekąd – przyznał powoli, nie
zamierzając się niczego wypierać.
Zresztą nie nazywali tego po
imieniu, nie brzmiało to tak poważnie.
– Jednak nie sądzę, byś ją
polubiła po pierwszym spotkaniu, jest trochę… specyficzna. Wyjątkowa, ale nie
każdemu to odpowiada – sprecyzował, przerywając kartkowanie książki.
– Wygląda na to, że bardzo siedzi
ci w głowie – podsumowała dobrotliwie rozbawiona.
Errian znów tylko się uśmiechnął,
powracając do przerwanego zajęcia. Nie widział potrzeby komentowania jej słów,
po prostu. Chyba się nie myliła, tak coś czuł.
– Mam nadzieję, że ją polubię.
Pani chciała się z tobą widzieć, powiem jej, gdzie jesteś. Zjedz kanapki,
rybeńko – poprosiła, zawracając do wyjścia z biblioteki.
Mag nic nie powiedział, pokiwał
tylko grzecznie głową, godząc się z rozkazem Margaret. I tak by jej nie
przegadał, a kanapki, bądź co bądź, mogły się przydać. Nie skomentował również
wzmianki o matce, mimo że wiedział, iż obie kobiety łączy swego rodzaju
przyjaźń – co oznaczało, że Margaret bezzwłocznie podzieli się z panią Souen
wszystkimi zdobytymi o młodzieńcu informacjami. Zdawał sobie sprawę, że prędzej
czy później dojdzie do konfrontacji.
Pochylił się nad księgą,
pogrążając się na powrót w lekturze. Nie znalazł niczego przełomowego, ale
skrupulatnie wynotował wszystko, co mogło się przydać. Nie sądził, by szantaż
cokolwiek wskórał, chyba że zagroziłby zabiciem Ariene – i to dopiero po tym,
jak wykonałby wyrok, mógłby wzbudzić jakiekolwiek poruszenie. To nie wchodziło
w rachubę.
Obrócił pióro w palcach,
przesuwając spojrzeniem po zdobytych książkach, jakby wierzył, że to coś
zdziała, że cudem przywoła odpowiedzi, jakich potrzebował. Nic się takiego,
oczywiście, nie stało, więc westchnął ciężko i przeczesał włosy palcami,
przymykając oczy. Bardzo chciał cofnąć czas, tak gdzieś do momentu, w którym
nie musiał wracać do domu. Może udałoby się jakoś ominąć tę pułapkę, cokolwiek.
Wtedy usłyszał charakterystyczny,
znajomy dźwięk uderzania metalu o metal. Zmarszczył czoło, odsunął dłonie od
twarzy i rozejrzał się mimowolnie, zastanawiając się, kto walczy na dziedzińcu.
Zaraz podniósł się z krzesła i podszedł do okna, pochylając się nad nim, by
lepiej widzieć pusty plac.
Nie był on już jednak taki pusty.
Dostrzegł kilku strażników, którzy stanęli w półkolu nieopodal zmagających się
wojowników – jednym z nich był jego ulubiony towarzysz z dzieciństwa, Cass, a drugim pewien
rudowłosy, rozczochrany potworek.
Errian poczuł, że serce na chwilę
mu zamiera, i to wcale nie ze strachu o Aithne, a chyba o dowódcę straży. Zaraz
jednak dostrzegł, że wraz z gwardzistami stoi także Larkin, Cador, nawet
Ariene, zatem upadła nikogo nie powinna zabić. Uśmiechnął się pod nosem i
pokręcił z niedowierzaniem głową, nie mając pojęcia, po co wyzwała go na
pojedynek.
Po krótkim wahaniu przeniósł kilka
książek na szeroki parapet, to samo zrobił z kałamarzem oraz notesem, chwycił
pióro i wgramolił się na nowe stanowisko, siadając tak, by widzieć walczących i
mieć dobrze oświetlony papier. Powrócił do pracy, co i rusz zerkając w dół, na
dziedziniec, a wtedy uśmiechał się szeroko, dłuższą chwilę nie potrafiąc
oderwać spojrzenia od Aithne. Naprawdę piekielnie dobrze walczyła.
– Errianie, co ty robisz? –
usłyszał wtedy łagodnie karcący, rozbawiony głos matki.
Drgnął, bo zupełnie się nie
zorientował, że przyszła, i przeniósł na nią wzrok mocno speszony, jakby
przyłapała go na gorącym uczynku. Przez to prawie zostawił kleksa na notatkach,
ale w porę się opamiętał.
– Czytam – odpowiedział wreszcie i
uśmiechnął się lekko, patrząc na eteryczną kobietę.
Naprawdę byli do siebie podobni.
Zbliżonej postury, ten sam kolor włosów oraz oczu, niemal identyczne rysy
twarzy. Tylko ona zdawała się jeszcze drobniejsza niż Errian, jeszcze bardziej
krucha i delikatna, podczas gdy mag wyglądał po prostu chuderlawo. No cóż, nie
każdy ma predyspozycje do bycia mięśniakiem, jemu to nigdy nie przeszkadzało.
– Mam nadzieję, że wiesz, iż ten
ślub jest konieczny – mruknęła powoli, unikając już jego wzroku.
Wcale tak nie myślała.
– Nie jest konieczny, matko –
sprostował spokojnie, powracając do notatek, raz tylko zerknął za okno. – To
tylko kolejny wymysł ojca. Zamierzam naprostować tę sytuację – uprzedził
lojalnie, wiedząc, że kobieta go nie zdradzi, jakkolwiek słaba była.
Jego zawsze starała się bronić
oraz chronić przed całym światem.
– Po co, Errianie? – spytała
zdenerwowana, splatając ze sobą palce obu dłoni. – Jedynie niepotrzebnie
namieszasz i rozjuszysz ojca, tego chcesz? – rzuciła z lekkim wyrzutem. –
Panienka Tenshi jest dla ciebie odpowiednia, to dobry wybór.
– Nie jest dla mnie odpowiednia,
matko – sprzeciwił się nadal opanowany, nawet jego głos nie zadrżał, jakby tak
naprawdę był obojętny wobec tej sytuacji. – Zupełnie do siebie nie pasujemy, a
zmuszenie nas do założenia rodziny może spowodować, że się znienawidzimy. Nie
będę płacił całym swoim życiem za trudny charakter ojca, wolałbym nawet, żeby
mnie wydziedziczył. W czymś takim nie ma dla mnie miejsca – oznajmił, wbijając spojrzenie
w błękitne oczy kobiety.
– Nie mów tak – poprosiła cicho,
przygasając jakby, zrobiła się jeszcze mniejsza.
– Kocham cię, mamo – przypomniał
łagodnie i uśmiechnął się. – Ale nie mogę się na to zgodzić. Również ze względu
na Ariene – uparł się, powracając do pracy.
Pani Souen przez chwilę go
obserwowała, śledziła wzrokiem śmigające po papierze pióro, potem przyglądała
się jego młodzieńczej twarzy, której nie widziała od tylu lat. Wreszcie
dostrzegła, że już kolejny raz spogląda na okno, a kiedy patrzy gdzieś w dół,
na jego ustach pojawiał się lekki, ciepły uśmiech, jakiego u niego jeszcze nie
zaobserwowała. Podeszła kilka kroków do wolnego parapetu i wyjrzała przez okno
obok Erriana, sprawdzając, co go tak absorbowało.
Dostrzegła tylko jedną osobę,
która mogła przywoływać na twarz jej syna tę niesamowitą mieszankę uczuć.
– Zakochałeś się, prawda? –
rzuciła z westchnieniem i nawet nie do końca było to pytanie, ale jednak wolała
zawiesić na końcu charakterystycznie głos.
Na wszelki wypadek.
Errian milczał niezwykle długo,
jakby ważył w myślach odpowiedź. Przekartkował leżącą przy nim książkę,
przesunął palcem po kilku linijkach, skrzywił się i uniósł wzrok na matkę. Po
kolejnych chwilach powagi uśmiechnął się niepewnie.
– Zakochałem się – przyznał wreszcie.
Niniejszym przekreślił grubą
krechą własne wątpliwości i przyznał się przed samym sobą, że wpakował się w
niezłą kabałę. Przy okazji ani trochę nie żałując, nie żałował niczego, co do
tej pory zrobił, wręcz przeciwnie. Dlatego nie mógł pozwolić na ten ślub, po
prostu nie i koniec.
– Kim ona jest? – zainteresowała
się pani Souen, nadal wyglądając przez okno.
– To ona, tak chyba najłatwiej ją
określić. O niektórych rzeczach na pewno wolałabyś nie wiedzieć – mruknął po
krótkim zastanowieniu. – Nie jest prosta do lubienia, ogółem wydaje się
niezwykle skomplikowana, by na końcu odkryć, że tak naprawdę szalenie prosto
można do niej dotrzeć – dodał zaraz, jakoś tak odruchowo.
– To jest to walczące z Cassem
dziewczę, prawda? – spytała niespodziewanie kobieta, wytrącając Erriana z
równowagi i dekoncentrując. – Ma przedziwne spojrzenie, wydaje się bardzo pewna
siebie i brawurowa. Nie jest tak jednak do końca, prawda? W środku skrywa
niezwykle dużo słabości. I ta mała, nieuczesana sprzeczność usidliła mi syna? –
mruknęła już bardziej do siebie, uśmiechając się.
Errian również wyjrzał przez okno,
przymrużając mimowolnie oczy z pewnym rozczuleniem, kiedy obserwował zmagającą
się z Cassem Aithne. Jego matka zawsze potrafiła wyczytać bardzo wiele z
człowieka z samego tylko przyglądania się mu, co go niezmiennie zdumiewało.
Wreszcie westchnął i powrócił do pracy.
– Nie zadawaj pytań, na które
znasz odpowiedzi, matko – poprosił tylko.
Kobieta uśmiechnęła się, odwróciła
się od okna i podeszła do syna. Pogłaskała go po policzku, uważając, by nie
przeszkodzić mu w notowaniu, po czym skierowała się do wyjścia, uznawszy, że
dowiedziała się wystarczająco wiele.
Wszystko zależało od niego i od
Ariene, tak naprawdę, jej mąż tego jeszcze po prostu nie rozumiał. A teraz ona
przekonała się osobiście, że nie znajdzie się na tym świecie żadna siła, która
zaciągnęłaby Erriana przed ołtarz. Jednak miał coś z ojca, na szczęście same
ojcowskie zalety.
Aithne przemaszerowała po
dziedzińcu, rozglądając się dokoła czujnie. Zlokalizowała wzrokiem stajnię, tak
odruchowo, żeby wiedzieć, gdzie jest Faryale. Miała ochotę pójść do klaczy,
zobaczyć, co u niej i jak się czuje, porozmawiać chociaż przez chwilę, jednak…
podjęła się innego zadania. Dlatego znów potoczyła wokół wzrokiem, tym razem
szukając tu jednej konkretnej osoby.
Możliwość skupienia myśli na czymś
innym pozwoliła jej się rozluźnić; wypuściła powietrze przez nos, odchylając
głowę. Widziała kątem oka, że patrolujący okolicę strażnicy zerkają w jej
stronę z niejakim zainteresowaniem, pewnie głowiąc się, co też gość robi na
środku dziedzińca, szukając najwyraźniej szczęścia. Albo guza. Ona zdecydowanie
szukała guza, tylko nie swojego, co podsumowała zadowolonym półuśmiechem.
Wreszcie dostrzegła Cassa.
Młodzieniec wymachiwał widowiskowo mieczem, najwyraźniej rozgrzewając się przed
pojedynkiem. Aithne przymrużyła oczy, z niejaką bezczelnością obserwując jego
ruchy i oceniając postawę, by po krótkiej chwili stwierdzić, że był dobrym
szermierzem. Ale jak wiele doświadczenia posiadał, czas zweryfikuje.
Ruszyła do niego energicznym
krokiem, wyprostowawszy się dumnie.
– Gotowy? – rzuciła zwyczajowym,
zaczepnym tonem, zatrzymując się nieopodal i opierając ręce na biodrach.
Cass przyjrzał się jej bardzo
krytycznie, wykrzywiając usta, przerwał ćwiczenia i obrócił się do upadłej
przodem, nie kryjąc się z mierzeniem jej wzrokiem. Wreszcie na jego wargach
wykwitł szyderczy uśmiech.
– Owszem, czego raczej nie można
powiedzieć o tobie – skwitował z pogardą, ustawiając się w wyjściowej do każdego
fechtunku pozycji.
Aithne przyjrzała się skierowanemu
do niej czubowi miecza, unosząc brew. Wzruszyła ramionami, strzeliła sobie z
palców, przeciągnęła się, pokręciła głową, rozluźniając kark, potem, choć
zwykle tego nie robiła – po prostu teraz nie mogła się powstrzymać – charknęła
i splunęła na bruk, zadowolona z niesmaku, jaki jej zachowanie wywołało u
Cassa. I dobrze mu tak, maminsynkowi!
– Zaryzykuję – uznała,
przekrzywiając wyczekująco głowę, nie sięgnęła po Ashar’carrego, co niejako
przeciwnika zdezorientowało.
Stali tak kolejne minuty,
obserwując siebie nawzajem, a ich nietypowe ustawienie zwróciło uwagę kilku
strażników. Przy przyszłym polu walki zaczęli zbierać się widzowie, Aithne
usłyszała znajome głosy od strony drzwi – czyżby Larkin tu szedł? Zignorowała
to jednak, skupiając się na Cassie.
– Zamierzasz zaczekać, aż umrę z
nudów? – spytała wreszcie. – A może masz nadzieję, że uznam to za stratę czasu
i dobrowolnie sobie pójdę? Trzeba było powiedzieć, że się cykasz, to bym w
ogóle się tu nie ruszała – podsumowała niezadowolona, krzywiąc się.
Wyjątkowo łatwo dał się
sprowokować, z rozjuszonym warknięciem ruszył do ataku, wykonując
podręcznikowe, bardzo poprawne, wręcz idealne, cięcie. Przeszła tuż pod
ostrzem, odsunęła się w bok, skąd miała czysty zamach na odsłonięte plecy
młodzieńca. Wywróciła oczami, odczekała wielkodusznie, aż ten zorientuje się o
niefortunnym ustawieniu, i kolejny raz płynnie wykonała niezbyt spektakularny
unik, wyraźnie wodząc Cassa za nos.
Po kilku minutach, kiedy w pewnym
stopniu zapoznała się z jego umiejętnościami oraz stylem walki, zamiast uciec
przed cięciem, sprawnie zablokowała je dobytym w ułamku sekundy mieczem.
Klinga, na szczęście dla młodego dowódcy, pozostała srebrna, a runy matowe –
Aithne nie aktywowała ostrza, jednak sama możliwość posługiwania się nim dawała
jej szerokie pole do popisu. Wielokrotnie miała wrażenie, że Ashar’carrego kuto
pod nią samą, dopasowano do jej wagi, budowy, rozmiaru dłoni, jakby był dla
niej stworzony.
Teraz potyczka nabrała więcej
ekspresji. Upadła przekonała się już, jakie ruchy Cass preferuje, dzięki czemu
dostosowała się do niego, by za chwilę zacząć zmieniać taktykę z defensywnej na
ofensywną. Nie robiła tego szybko, wręcz jakby się nad tym nadal zastanawiała,
przez co można było odnieść wrażenie, że nie jest pewna swoich umiejętności. To
zdecydowanie satysfakcjonowało Cassa, który coraz śmielej walczył, ale również
coraz bardziej niedbale, przekonany o swojej przewadze.
Potyczka przedłużała się, ale nikt
z widzów nie opuścił swojego stanowiska. Najwyraźniej byli bardzo ciekawi, jak
ich dowódca poradzi sobie z podrzędną najemniczką – która mogła ich wszystkich,
tak naprawdę, zmieść z powierzchni ziemi, jednak powstrzymywał ją honor. I coś
jeszcze, właściwie ktoś, kto powiedział, by tego nie robiła. Kiedy postanowiła
go słuchać i dlaczego w ogóle liczyła się z jego zdaniem?
Kolejny wyprowadzony cios, kolejny
odparty, startcie było dość statyczne. Aithne obserwowała Cassa, czytała z jego
twarzy, rozmyślając nad tym, jak taki gnojek wkupił się w łaski ojca Erriana.
Umiejętnościami walki? W prawdziwej bitwie już dawno leżałby trupem, warowni
także by nie obronił, po prostu umiał się pojedynkować. Swoją bezczelnością?
Miażdżeniem nieudanego syna? Skrzywiła się, marszcząc czoło. Nie była jeszcze
zmęczona, ale głupie skakanie po całym dziedzińcu zaczęło ją nudzić, zwłaszcza
że Cass niczym nie zaskakiwał.
Przyspieszyła ruchy, przełamując
schemat, w ułamku sekundy bardzo gwałtownie zepchnęła młodzieńca do obrony,
przytłaczając serią błyskawicznych ataków. To nie kosztowało jej nadmiernej
finezji, nie był wymagającym wrogiem, choć mógłby być, gdyby pycha pozwalała mu
się uczyć.
Kiedy uznała, że Cass został
wystarczająco zdezorientowany, a jego defensywa przypomina rozpaczliwe
wymachiwanie mieczem, prześlizgnęła się pod jego gardą, stanęła mu za plecami i
celnym kopnięciem podcięła go, wywracając na bruk.
Czub ostrza Ashar’carrego zatrzymał
się tuż pod brodą zdumionego młodzieńca, który ledwie łapał oddech. Aithne
odgarnęła poczochrane włosy z twarzy, uśmiechnęła się i odsunęła po krótkim
wahaniu miecz.
– Tak właśnie powinieneś padać do
stóp swojemu panu. Stary padalec nie będzie żył wiecznie, kretynie –
postanowiła uświadomić kolegę, chowając broń.
Dostrzegła stojących w tłumie
Larkina, Cadora i Ariene, uniosła nieco zdumiona brwi, przyglądając się im
chwilę. Potem wzruszyła ramionami, cofając się dwa kroki.
– Możecie go dobić, ja idę coś
zjeść – oznajmiła, pomachała Larkinowi i skierowała się zadowolona z powrotem
do rezydencji, uśmiechnąwszy się szeroko, kiedy obróciła się do wszystkich
plecami.
Miała wrażenie, że zrobiła coś
dobrego. Dobrego poniekąd dla jednej osoby, dla której nie powinna chcieć być
dobra.
Ariene odprowadziła ją
spojrzeniem, kiwając do samej siebie głową. Naprawdę, Aithne nie powinno się
nie doceniać, bo może czasami wyglądała groteskowo, a nie strasznie, ale
potrafiła dać popalić. Sama panna Tenshi także rozważała w myślach pewien
pomysł, który wykiełkował pewien czas temu. Byłby przy okazji bardzo korzystny
dla niej z powodu jutrzejszego ślubu.
Larkin uśmiechnął się pod nosem z
satysfakcją, nawet jakby z dumą ze zwycięstwa przyjaciółki, obserwując
wstającego z ziemi Cassa. Chłopaka wyraźnie irytowało przenikliwe spojrzenie
upadłego, ale, najwidoczniej nauczony doświadczeniem, postanowił się nie
stawiać.
Wyprostował się, otrzepał ubranie
z ziemi i warknął na stojących nieopodal strażników; ci spięli się i natychmiast
wrócili do patrolowania okolicy. Tłum gapiów powoli rzedł, aż w końcu
naprzeciwko przegranego stali tylko Larkin, Cador i Ariene.
– Dobrze sobie radziłeś – odezwała
się wtedy wiedźma, posyłając zdenerwowanemu młodzieńcowi lekki, pogodny
uśmiech.
Spojrzał na nią bardzo
niezadowolony, w jego oczach dostrzegła podejrzliwość, dlatego też roześmiała
się nadzwyczaj urokliwie, przymrużając powieki. Plan był idealny i zamierzała
go zrealizować – z różnych powodów, przede wszystkim dla własnej rozrywki i krótkiego
treningu.
– Och, daj spokój, nie jestem
złośliwa – mruknęła karcąco, tym razem uśmiechając się zdecydowanie
zniewalająco.
Potrafiła, tylko nigdy tego nie
lubiła, bo obdarzała tym uśmiechem jedynie wtedy, kiedy chciała coś ugrać. Do
tej pory nikt nie zasłużył sobie, by ujrzeć go naturalnym i szczerym.
– Aithne to bardzo doświadczona
wojowniczka i niejeden mógłby z nią przegrać, a i tak długi czas miałeś
przewagę – pocieszyła go naprawdę wiarygodnie, przekrzywiając głowę.
Cass trochę się rozluźnił i
wzruszył niedbale ramionami, przyglądając się wiedźmie z zainteresowaniem.
Przestał wietrzyć podstęp – właściwie zbyt dużego podstępu tu nie było, ot,
chęć sprawdzenia zarozumialca na jeszcze jednej płaszczyźnie.
– Wiesz, skoro niedługo będziemy
się znosić na co dzień, pomyślałam, że powinniśmy naszą współpracę zacząć od
pozytywnego akcentu – oznajmiła, unosząc brodę i obdarzając młodzieńca radosnym
uśmiechem. – Miałbyś czas wieczorem na jedną albo dwie kolejki czegoś
mocniejszego?
Cass popatrzył na nią zdumiony, by
po chwili potrzeć ubrudzony kurzem policzek. Wyraźnie się tego nie spodziewał,
ale bardzo szybko na jego usta powrócił pewny siebie, triumfujący uśmieszek.
Ariene nie zareagowała w żaden widoczny sposób.
– Czemu nie, kusząca propozycja –
skwitował powoli. – Myślę, że jadalnia będzie odpowiednim miejscem, tam w
kredensie trzymają mocniejsze alkohole – dodał, przyglądając się Ariene nieco
intensywniej.
– Wiedziałam, że można na ciebie
liczyć! – ucieszyła się prawie całkowicie szczerze wiedźma, uśmiechając się
szerzej.
Już dawno nie urządzała sobie
konkursu picia, czas odświeżyć stare zwyczaje!
Cador wytrzeszczył na nią oczy;
że, przepraszam bardzo, co? Przyglądał się wiedźmie dłuższą chwilę, ściągając
brwi i zastanawiając się nad tym, co kierowało Ariene.
Pewnie nie wiedział – i dobrze, że
nie wiedział, bo na pewno by go to wkurzyło – że w pierwszej chwili Larkin
zareagował podobnie. Jednak on szybciej załapał, że kobieta musiała uknuć
niegłupi plan; uśmiechnął się z rozbawieniem.
– Doskonale. Też wpadnę –
zadecydował.
Ugiął się, przynajmniej pozornie,
pod ostrzałem cassowego spojrzenia.
– Och, rzecz jasna, tylko na
chwilę. Potem się zmyję, żebyście mogli posiedzieć we dwoje – dodał bez
mrugnięcia okiem.
– Em... taa – mruknął wyraźnie
zdezorientowany Cador.
Coś tu się wyprawiało, ale on
jeszcze nie ogarnął co.
– Grzeczny chłopiec. –
Zachichotała Ariene, całkowicie swobodna w swojej bezczelnej grze aktorskiej.
Potem jej spojrzenie padło na
obrońcę, uśmiechnęła się do niego, chwilę zastanawiając się, czy jest sens go
wciągać w całą zabawę. Ostatecznie pomyślała, że mogłoby to być trochę
niesprawiedliwe, może też chciałby trochę skorzystać z życia?
– A ty, Cador? Przyda się pomoc
przy obaleniu pierwszych butelek, trzeba będzie lody przełamać i tak dalej… –
mruknęła, na tę chwilę trochę normalniejąc, jej uśmiech stał się prawie taki,
jak zawsze.
– Postaram się zdobyć coś
odpowiedniej jakości – zadeklarował się Cass, zadowolony z tego obrotu spraw,
zdecydowanie.
– Dziękuję – odparła od razu
Ariene, przenosząc na niego spojrzenie i znów uśmiechając się w ten powalający
sposób.
Tak się właśnie robiło z facetami
dosłownie wszystko, co się chciało. Zwykle jednak chciała ich po prostu orżnąć
z kasy, ale trochę urozmaicenia nie zaszkodzi, prawda?
No dobra, skoro go wiedźma
zaangażowała w grę, to będzie grał. Założył rękę za głowę, uśmiechając się
jakoś tak niepewnie; wyglądał prawie jak dzieciak.
– No, jasne. Tylko wiecie, ja też
za długo nie posiedzę, pewnie wyłamię się po pierwszej butelce – mruknął niby
speszony, że on to tak mało da radę wypić i w ogóle.
Nie rozumiał, dlaczego miał
przyjąć taką postawę, ale niech tej Ariene będzie.
– No to ustalone. Tak za godzinkę
się spotkamy, co? – zaproponował swobodnie Larkin, rozglądając się znacząco po
okolicy: temperatura spadała, a niebo szarzało, zapowiadając rychłe nadejście
wieczora.
Uśmiechnął się kącikiem ust i
zerknął w stronę drzwi do budynku, dość jawnie sugerując, że pora się zbierać.
– Tak jest, panie szefie – rzuciła
rozbawiona Ariene, obejrzawszy się na Larkina przez ramię.
Mimowolnie przypomniał się jej
wieczór w Elestren, kiedy też sobie popili i kiedy to upadły niespodziewanie
zniknął.
Zmarszczyła lekko czoło i
przeniosła wzrok na drzwi, do których ruszył już Cass. Pocieszyła się w
myślach, że dzisiaj przynajmniej się upije, a może pokona też gwardzistę w
pojedynku? I pozostałych panów? Uśmiechnęła się triumfalnie pod nosem i
zerknęła na nich, przymrużając w zastanowieniu oczy.
Larkin mógł być trudnym
zawodnikiem, ale Cador? Przyjrzała się mu dłużej, oceniając go w myślach. Nie
wyglądał na kogoś, kto łatwo by odpadł, z drugiej jednak strony zdawało się
jej, że dałby sobie na wstrzymanie szybciej niż upadły.
Przekrzywiła głowę, wzruszyła do
samej siebie ramionami i skierowała się z powrotem do rezydencji.
ZNALAZŁAM LITERÓWKĘ! Zamiast "nadal" macie "nada". Z ciekawostek dodam że nada, a prawidłowo "надо" to po rosyjsku musieć XDDD Mam dzisiaj dzień pisania od rzeczy.
OdpowiedzUsuńAriene dostała u mnie +10 punktów do uznania i podnosi się w górę, wyprzedzając zwierzaczki (ale i tak nadal wolę Faryale). A to dlatego, że okazuje się nagle, że ma troszkę moje nastawienie do życia O.o To by wszystko wyjaśniało. Nie lubię się.
Errian <3 Tyż dostaje +10.
A Aithne +20 do zajebistości, w czym wyprzedza Kota Anabde! Proszę o oklaski i serpentyny i jakiś oczoiebny tort XD
Niech Arriene wrzuci Cassa do jakiegośtam rowu, czy cuś. Tylko niech nie gwałci. Dla zasady XD
Kasia, dodaj Larkinowi zajebistości, bo spadł na trzecie miejsce ^^. I nadal nie mogę uwierzyć, że jest biedak drugoplanowcem, skoro nawet piszesz z jego perspektywy. Przy nim Cador ma usposobienie Osła ze Shreka połączone z Lupinem z Pottera - [Stała czujność + psychoanaliza XD].
Cę następny ;< Bo mnie zeżre ciekawość. Kiedy będzie wielkie dupnięcie ceremonii? Ariene będzie miała uadną kieckę?
... Mam opublikować coś pisanego na arcie? Tym razem coś na poziomie - pisanie pod wpływem cholernie dobrej melodii jest złem XD
A w którym dokładnie miejscu się machnęłam? xD
UsuńOjej! Ja mówiłam, że Ariene z biegiem czasu robi się normalna, taka, jaka być powinna xD Cieszę się, że zaczynasz ją lubić. Może po tym wieczorku polubisz jeszcze bardziej :3
Hahahaha, Errian jest cudowny. I też się zaczyna rozkręcać ^^
... ŁOŁ. Myślałam, że tego miejsca nikt nie pobije, a tu proszę, Aithne spuściła wciry Cassowi i ma pierwsze miejsce! Mogła go jeszcze krzesłem, ech xD
Zobaczysz, co z nim zrobią. Może nie rów, ale i tak... :3
Hm. Przekażę Kasi, ale to dopiero... kiedyś. Zobaczysz potem dlaczego xD Myślę jednak, że weźmie to pod uwagę. Chyba że przestała go lubić xD
A Cador w porównaniu do Larkina jest uroczy <3
Dobrze, wrzucę następny. Ale jak skończy się zapas, to będziesz biedna, bo ostatnio Kasia nie ma czasu pisać i mocno zwolniłyśmy xD
TAAAAK! <3