środa, 12 grudnia 2012

43. Bez zastanowienia

Za oknami zapadła noc. Chociaż w całym budynku paliło się światło, kinkiety rzucały nieco bladą poświatę dokoła, to idąc pustymi, nienaturalnie cichymi korytarzami, czuła się źle. Ciemność jej nie przerażała teraz, prawie tego mroku nie było, ale miała wrażenie, że stała się intruzem na terenie zamkniętym. Walczyła z ochotą skulenia się i przemknięcia chyłkiem wzdłuż ścian, byle tylko nikt jej nie zauważył.
Nie było już daleko do części gościnnej, przechodziła teraz od drugiej strony, przy komnatach prywatnych bodajże – co prawda nikogo tu nie widziała, żadnego strażnika ani sługi, więc sama już nie wiedziała. Może to część dla gości ekskluzywnych? W każdym razie lada moment znajdzie się we własnej skromnej sypialni, zwinie się w kłębek na łóżku i wreszcie zaśnie. Chciałaby się już nie obudzić, bo jutrzejszy dzień na pewno okaże się porażką.
Nie zamierzała się przyznać, że świadomość ceremonii ją trochę… przerażała. Smuciła? Nieważne. Lubiła Erriana, trudno się tego nadal wypierać, ale to nic takiego. Ułoży sobie chłopak życie, będzie miał wreszcie dach nad głową, normalną żonę, normalną rodzinę, ojciec go pokocha, odbuduje relację z matką, po prostu raj. A ona ruszy dalej, pewnie z Larkinem i Anabde. Znajdą kolejne chore zadanie i będą ryzykowali życiem, świetnie się bawiąc, pewnego dnia natomiast ich drogi niespodziewanie się rozejdą, by zejść się znów w najmniej oczekiwanym momencie.
Uśmiechnęła się blado, gdzieś w głębi duszy podejrzewając, że nie do końca jej to pasuje. Ale co mogła zrobić? Przyklepała potargane włosy, nie mając siły na podejmowanie prób ich ułożenia, były niesforne i koniec. Długi ten korytarz, niedużo drzwi, czyżby komnaty też pokaźnych rozmiarów? Cicho tu i trochę zimno, mimowolnie się wzdrygnęła, garbiąc ramiona. Nie podobała się jej ta atmosfera.
I wtedy coś usłyszała. Zatrzymała się, nieruchomiejąc z napiętymi mięśniami, jakby szykowała się do odparcia ataku. Z początku nie miała pojęcia, co też ją zaniepokoiło, ale wreszcie zrozumiała.
To była muzyka. Subtelna, kojąca, pełna nostalgicznych uczuć, przyprawiła ją o dreszcze, choć przecież Aithne nigdy nie gustowała w sztuce. Zupełnie jakby znała tę melodię, dźwięki rozlewały się w jej piersi przyjemnym ciepłem. Kto to grał? Co to za utwór?
Zapomniała o chęci zwinięcia się w kłębek i zaśnięcia, ruszyła na poszukiwania źródła muzyki. Nie dałaby jej spokoju aż do rana, musiała poznać tę tajemnicę. Przesuwała się tuż przy drzwiach zamkniętych komnat, nasłuchując, aż wreszcie dotarła do uchylonego przejścia.
Zastygła, pewna, że melodia dobiega właśnie stamtąd. Nie znała tego pomieszczenia, nie przechodziła tędy wcześniej, choć już kilka razy zwiedziła rezydencję. Zmarszczyła czoło, wstrzymała oddech i ostrożnie wślizgnęła się do środka, zaraz szukając wzrokiem grającego.
Znalazła się w czyjejś sypialni. Wystrój był bardzo skromny i minimalistyczny, zupełnie jakby nikt tu na co dzień nie mieszkał. Przeraźliwie czysto, wszystko stało na swoim miejscu, równe i poukładane rzeczy, pod ścianę przysunięto zamkniętą szafę, komnatę z niemal wszystkich stron otaczały regały pełne książek, gdzieś między nimi udało się wcisnąć biurko oraz krzesło. Nieopodal drzwi balkonowych, teraz otwartych, przez co do środka wpadało słodkie wieczorne powietrze, znajdowało się zaścielone łóżko. Po jego drugiej stronie natomiast, zajmując najwięcej miejsca w pokoju, stał duży, czarny fortepian.
Aithne zastygła, wpatrując się w grającego – najpierw obserwowała jego przesuwające się z czułością po klawiszach palce, potem lekko przygarbione ramiona, poruszające się nieznacznie do rytmu ciało, jakby muzyka przenikała go całego, jakby tylko ona w nim istniała. Wreszcie dotarła spojrzeniem do twarzy; pochylał głowę, dlatego srebrnawe w słabszym oświetleniu włosy rzucały cień na przymknięte oczy. Uśmiechał się nieobecnie.
Postąpiła kilka kroków w przód i po chwili stanęła tuż przy fortepianie, ostrożnie dotknęła czarnego, wypolerowanego drewna. Po raz pierwszy w życiu pomyślała, że znalazła się w intymnej sytuacji, po raz pierwszy w ogóle się tym przejęła, a mimo tego nie poczuła się nie na miejscu. Po prostu słuchała, skoro grał.
W pewnym momencie uchylił powieki, jakby domyślił się, że ktoś nad nim stał. Niemalże leniwie obrócił do niej głowę ukradkiem, niechętnie spuszczając wzrok z klawiszy, kiedy jednak na upadłą spojrzał, posłał jej uśmiech, rozluźniając się.
Na tę krótką chwilę przyglądał się jej, widział ją, do niej się uśmiechał, potem jednak powrócił do nadal wygrywanej muzyki, znów skupiając się całym sobą na niej, bo była teraz najważniejsza. Potem nadejdzie czas na pytania, rozmowy, warczenie oraz śmiech. W spokoju dokończył utwór, starając się, by każda nuta zasługiwała na miano idealnej.
Zapadła cisza, co Aithne speszyło. Lepiej było, kiedy grał, chociaż wiedziała, że prędzej czy później muzyka się urwie. Pospiesznie oderwała od niego wzrok, zirytowana tym, że w ogóle na niego patrzyła, i zapatrzyła się na nieruchome już klawisze fortepianu, odtwarzając w myślach melodię. Znała ją, na pewno znała. Skąd?
– Nie mówiłeś, że umiesz grać – stwierdziła wreszcie, bo milczenie stało się prawie przytłaczające, a skoro on nie chciał go przerwać, to trudno.
Zabrała dłoń z instrumentu, jakby zawstydzona, że w ogóle ośmieliła się go dotknąć. Nadal jednak to przedmiot znajdował się w centrum jej uwagi, tak było prościej.
Errian uśmiechnął się do niej szeroko, chyba ucieszony jej obecnością. Przesunął się w bok na podłużnym stołku, robiąc dla Aithne miejsce, a żeby mieć pewność, że dziewczyna zrozumie przesłanie, poklepał wolną przestrzeń.
Musiał cierpliwie poczekać dłuższą chwilę, zanim upadła wreszcie przycupnęła obok. Dopiero wtedy westchnął głęboko i spojrzał na stojący przed nimi fortepian.
– Nie było okazji – podsumował po krótkim zamyśleniu i oparł się dłońmi za sobą, tuż na tylnej krawędzi stołka, lekko odchylając głowę.
Aithne spróbowała się rozluźnić, ale było to trudne, bardzo przeszkadzała w tym myśl, że ich ramiona się ze sobą stykają. Dlatego po dłuższych zmaganiach uznała, że w takim razie skupi się na czymś innym, ten dyskomfort puszczając w niepamięć.
Pokiwała dla świętego spokoju głową, dając mu znać, że jeszcze go słucha, a potem splotła ze sobą palce dłoni, żeby nie kusiło dotknięcie fortepianu.
– Chyba… – zaczęła wreszcie, zapatrzywszy się w swoje kolana. – Znaczy… – zmieniła koncepcję, nieco zirytowana. – To jest… szlag – fuknęła niezadowolona, garbiąc się na stołku. – Chodzi mi o to, że znam tę piosenkę. Znaczy, nie na pewno, tak jakoś – wybrnęła po tym żałosnym jąkaniu się, co wcale nie dodało jej śmiałości.
Po co tu wchodziłaś, Aithne? Mogłaś sobie pójść dalej, zorientowawszy się, że to Errian gra. Przecież nie chciałaś spędzać z nim wieczoru!
Młody mag jakby się zmieszał. Odchrząknął cicho i przeczesał włosy palcami, odwracając twarz do okna, za którym czerniło się nocne niebo. Zanim jednak to zrobił, dało się dostrzec subtelny rumieniec, raczej rzadki widok u zwykle rozluźnionego, spokojnego Erriana. Chłopak postarał się jednak zrobić dobrą minę do, najwyraźniej, złej gry.
– Nie sądziłem, że zapamiętasz – przyznał w końcu, na jego ustach pojawił się blady uśmiech, jakby niepewny, czy powinien być wyrazem radości, czy zrezygnowania. – Sam nie wiem, jak byłoby lepiej – dodał zaraz, teraz odważywszy się na nią spojrzeć.
Aithne mocniej się zmieszała, widząc, jak mag się zażenował. Co ona takiego powiedziała? Ot, tylko zauważyła, chciała trochę porozmawiać o muzyce, na której wcale się nie znała, po prostu. Brawo, Dorrien.
Spoglądając w jasnoniebieskie oczy młodzieńca, odniosła wrażenie, że była trochę… bezbronna. Nie zauważyła, w którym momencie stał się jej bliższy, w którym momencie dopuściła go tak blisko, ale cóż, tak było. Przynajmniej tak się jej wydało, kiedy przyglądała się mu, co kilka chwil wstrzymując podświadomie oddech.
– Zapamiętam? – mruknęła powoli, wpatrując się w niego z niedowierzaniem, bo to zabrzmiało naprawdę dziwnie.
O co mu chodziło, jakie: „zapamiętam”?
Errian milczał bardzo długą chwilę, zapatrzony w stojący przed nimi fortepian; może to na nim ukryto dobrą odpowiedź, jakiej powinien upadłej udzielić? Chyba jednak nie. Na twarzy młodzieńca malował się spokój, ale w oczach czaiła się swego rodzaju niepewność, jakby nie chciał o tym Aithne mówić, tylko przecież przemilczenie będzie jeszcze gorsze.
Przeczesał włosy palcami, poniekąd próbując je ułożyć, a poniekąd starając się zebrać rozbiegane myśli. Przyczyna roztargnienia nie dawała mu spokoju, wlepiwszy w niego wyczekujące spojrzenie ciemnych, dużych oczu.
– To kołysanka, której nauczyła mnie matka jeszcze w dzieciństwie – zaczął powoli, dość starannie ważąc słowa. – Kiedy byłaś nieprzytomna w Perrianie, po ataku tej sukienki, Arathain podjął się leczenia ciebie. Kazał mi coś zaśpiewać, dziwnie to argumentował, ale domyślnie: albo śpiew, albo ona zginie. To co było robić, a znałem tylko to. Dobrze, że nie ogłuchłaś – dorzucił jeszcze żartobliwie, uśmiechając się niepewnie.
Aithne zapatrzyła się na niego zdumiona, otworzywszy szeroko oczy. Teraz, kiedy odgrzebywała z pamięci wspomnienia z tamtych dni, rzeczywiście przypominała sobie głos, który słyszała, a którego nie mogła do nikogo z bliskich dopasować, jednak… w życiu by nie pomyślała, że był to Errian. Śpiewający jej kołysankę.
Poczuła dziwny ucisk w żołądku, jednak nie odwróciła wzroku od jego twarzy, po chwili nawet się uśmiechając. Nadal miała dobry humor, może nawet lepszy niż przed momentem? Tak, zdecydowanie lepszy.
– Zagrałbyś mi raz jeszcze? – poprosiła cichutko, przeniósłszy wzrok na instrument, jakby jego też musiała zapytać o pozwolenie.
Trudno powiedzieć, jaka dokładnie była reakcja młodzieńca. Nic nie powiedział, po prostu położył z powrotem dłonie na klawiszach i po chwili komnatę wypełniła ta sama melodia, co przed ich rozmową. Palce Erriana płynnie przesuwały się po klawiaturze, zupełnie jakby było to dla nich całkowicie naturalne, jakby do tego zostały stworzone. Muzyka rozbrzmiewała dokoła, zagłuszając milknące cykanie świerszczy za oknem, a chłopak uśmiechał się – tylko tym razem inaczej, tym razem ten uśmiech nie do końca należał jedynie do kołysanki, fortepianu i ogółem twórczości.
Aithne chwilę po pierwszych nutach przymknęła oczy, wsłuchując się w melodię. Była poruszająca, ale łagodna, rozlewała się w sercu dziwnym ciepłem, takim pokrzepiającym, dodającym otuchy. Upadła westchnęła cicho, rozluźniając się dzięki utworowi, dlatego oparła głowę na ramieniu Erriana, na chwilę zapominając o utrzymywaniu między nimi odpowiedniego dystansu. Uśmiechnęła się po części do siebie, po części do niego, zaskoczona dziwnym poczuciem bezpieczeństwa.
Przypomniała sobie wieczór podczas podróży, gdy do niej przyszedł i rozmawiali. A potem… Po plecach przebiegł jej dreszcz, przygryzła wargę, znów się spinając, rozpaczliwie spróbowała ukierunkować myśli na coś innego, tylko… chyba nie umiała. Uniosła wzrok, patrząc na niego kątem oka.
Dlaczego, tak właściwie, wtedy to zrobił?
Errian zerknął na nią i uśmiechnął się pogodnie, wygrywając ostatnie nuty kołysanki. Kiedy skończył, opuścił ręce, wzdychając, w pokoju zapanowała cisza. Wyglądał na zamyślonego, ale jednocześnie zadowolonego, jakby poprawił mu się humor.
I wtedy wtulił policzek w jej włosy, przymykając oczy; wprost nie mógł się powstrzymać, chociaż na tę chwilę, by znowu znaleźć się tak blisko niej, jak wcześniej.
Aithne poczuła uderzające w twarz ciepło, znieruchomiała, zastanawiając się, co powinna teraz zrobić. Wreszcie jednak rozluźniła się, pozwalając sobie na czerpanie z tej sytuacji przyjemności. Raz chyba można, prawda? To nie było nic złego, ot, oboje się nad muzyką rozczulili, tak, po prostu.
– A ty? – odezwał się nagle, wyprostowawszy się trochę. – Zagrałabyś mi coś? – zainteresował się z uśmiechem, unosząc głowę, żeby móc na nią wygodnie patrzeć.
Lubił to robić, nic na to nie poradzi.
Upadła z przerażeniem zrozumiała, że przepadała za jego uśmiechem. To ją mocno zmieszało.
– Chyba na nerwach – burknęła zła, próbując zatuszować zażenowanie. – Jestem kompletnie pozbawiona słuchu, talentu oraz umiejętności, mogę zabić muzyką – ostrzegła lojalnie i wzruszyła lekko ramionami, starając się ruch ograniczyć, żeby nie ocierać się o niego za dużo.
Głupi wąski stołek.
– Przesadzasz – podsumował rozbawiony, ujmując jej dłoń w swoją i kładąc ją na klawiszach fortepianu. – Możemy spróbować z czymś prostym, niektóre utwory mają po trzy nuty – oznajmił, zerkając na nią co i rusz, jego oczy dziwnie błyszczały, naprawdę nie sposób było określić, co to wywołało.
Aithne przesunęła palcami po gładkim instrumencie z pewnym namaszczeniem, wstrzymując mimowolnie oddech. Poczuła się tak, jakby przekroczyła jakąś ważną granicę, jakby… dotknęła duszy maga.
Cofnęła błyskawicznie rękę.
– N… nie, nie – zająknęła się, szybko wstając, jakby taboret zaczął ją nagle parzyć.
Spojrzała na Erriana niejako spanikowana, po części szukając ratunku, i wtedy zabolało. Jutro brał ślub. Nie powinno to mieć żadnego, najmniejszego znaczenia, ale… ból się nasilił. Zawróciła, ruszając nerwowo w stronę drzwi.
– Ai – mruknął mag, od razu podnosząc się za nią, zachował typowy dla niego spokój, jakby ten nagły odwrót dziewczyny go nie zdumiał.
Dopiero kiedy chwycił jej nadgarstek, delikatnie przytrzymując, dało się wyczuć, że ręce mu drżały. Zacisnął z wyczuciem palce na jej dłoni, milknąc, wyraźnie nie wiedząc, jak powiedzieć to, co chciał jej przekazać. Miał dużo, naprawdę dużo do powiedzenia, a nie mógł wymyślić, czy dałoby się to streścić w kilku słowach, nie tracąc całego sensu.
Aithne posłusznie się zatrzymała, jednak na niego nie spojrzała. Gdyby spojrzała, byłoby po niej, do czegokolwiek ta sytuacja mogła doprowadzić. Ale nie złamała się, po prostu nie mogła, nie potrafiła, nie wolno jej było.
– Nie ma tu dla mnie miejsca – szepnęła nieco zachrypniętym głosem, w duchu wierząc, że Errian zrozumie, co miała przez to na myśli.
Oswobodziła rękę i skoczyła do drzwi, zaraz wypadając biegiem na korytarz. Skierowała się do części gościnnej, wiedząc, że musi się gdzieś ukryć, na wypadek gdyby – oby nie – chciał jeszcze rozmawiać. Nie potrafiłaby z nim rozmawiać.
Tylko czemu tak nadal bolało?

Anabde przesunęła palcami wzdłuż lufy pistoletu, obracając broń w dłoni. Biel, złoto i błękit. Przyglądała się trzymanemu artefaktowi uważnie, jakby zastanawiała się, czy to dobrze, że znalazła się w jego posiadaniu. Nie powinna, to nie była broń przeznaczona dla kogoś takiego jak ona. Biel, złoto i błękit. Kojarzyła takie zestawienie barw i chociaż nie wiedziała, jaką konkretnie organizację reprezentowały, świadoma była faktu, że pozostawienie u siebie artefaktu może sprowadzić na nią kłopoty. Z drugiej strony to siła. Mogła tym zabić każdego. Nawet...
Uniosła głowę, zaskoczona odgłosem pukania, jakie właśnie rozległo się po pokoju. Jej brew zawędrowała ku górze; któż mógł czegoś od niej chcieć? Aithne przyszła się wyżalić? Anabde wstała, po czym uniosła trzymaną w dłoni broń na wysokość oczu. Wyglądało, jakby chwilę się nad czymś wahała, ale wreszcie odłożyła pistolet na stół i ruszyła w stronę drzwi.
Tego było za dużo. Wszystkiego. Może to i lepiej, że ktoś przyszedł, przynajmniej oderwie ją od przemyśleń. Miała w głowie kompletny chaos; odnosiła wrażenie, że zupełnie przestała nad sobą panować, a to uczucie ją przerażało.
Chodziło o dwie rzeczy, o dwie osoby. Pogodziła się już z tym, że Aithne stała się jej bliska – i chociaż nie radziła sobie ze współczuciem, chęcią niesienia przyjaciółce pomocy oraz nieuzasadnionym poczuciem winy, była w stanie zaakceptować te uczucia. Ale... pozostawało jeszcze to drugie.
Aktualnie na przykład czuła się głupio – ta kłótnia. Bezsensowna, to prawda, dodatkowo Anabde zachowała się trochę jak gówniara. Za którą nigdy wcześniej się nie uważała. I nie chodziło o to, że potrzebowała przeprosin (czy to złożonych, czy otrzymanych), uznała, że kwestia jest zamknięta – ale było jej jakoś tak nieprzyjemnie.
Nadal pozostawała pogrążona w rozmyślaniach, gdy nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi. Spojrzała na tego, który postanowił zawitać do jej pokoju, i zamarła.
Co... co on tutaj, do jasnej cholery, robił?
Sheridan nie wyglądał ani na zdumionego tym, że otworzyła, ani na przesadnie zadowolonego z tego, że to zrobiła. Kiedy na nią spojrzał, nie zareagował w jakikolwiek ekspresyjny sposób, tylko oparł się ramieniem o framugę, poniekąd blokując możliwość zatrzaśnięcia mu drzwi przed nosem.
Jak zawsze z rękoma w kieszeniach, ze spokojem wymalowanym na twarzy, zawiesił na niej opanowany wzrok, jakby czekając. Trudno powiedzieć, z jakiego powodu tu przyszedł – może się pomylił? Ale uparcie donikąd się nie ruszał, zatem chyba nie.
Dobrze dla niego, że był zapobiegawczy, bo faktycznie pomyślała o zamknięciu mu drzwi przed nosem. Dlaczego? By uciec. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, przede wszystkim nie wiedziała, co powinna o tym myśleć; jej serce zabiło mocniej, ale chyba ze strachu. Nie przed nim, a przed tym, co właśnie działo się w niej samej.
Cofnęła się o pół kroku, zupełnie mimowolnie. Żałowała, że odłożyła ten przeklęty pistolet – ale nadal tam leżał, tak, był na wyciągnięcie ręki, upewniła się zerknięciem przez ramię. Nie miała zamiaru go użyć, jednak lepiej było jej ze świadomością, że nie jest przy nim beznadziejna i bezbronna – aż tak bardzo. Gdy wróciła do niego spojrzeniem, odważyła się zajrzeć w zielone oczy, chociaż trochę ją to kosztowało.
Naprawdę nie wiedziała, jak zareagować, jak to potraktować. Wszystkie postanowienia, jakie zdążyła sobie złożyć, rozsypały się niczym domek z kart, jej nastawienie runęło, pozostawiając po sobie tylko pustkę. Przecież... przecież chciała to potraktować tak lekko, ot, zwyczajna przygoda podczas misji, zdarzyło się i trudno.
Na szczęście jutro się rozejdą.
– Czego chcesz? – mruknęła cicho.
Wcale nie zabrzmiało to bezczelnie, chociaż taki był zamiar; głos nie okazał się stanowczy, zdradzając jej niepewność.
Sheridan westchnął, jakby z pewną irytacją. Wzniósł oczy do sufitu, potem popatrzył bez skrępowania na to, za czym ona chwilę temu się oglądała, a następnie uśmiechnął się kącikiem ust, nie sprawiając wrażenia zdumionego jej zachowaniem. Czy jego cokolwiek kiedykolwiek zaskakiwało? Chyba myśląca racjonalnie Aithne byłaby w stanie zburzyć jego światopogląd, czyli coś na miarę końca świata.
Przekroczył próg, uznawszy chyba, że został zaproszony. Nawet pozwolił sobie zamknąć za sobą drzwi pchnięciem stopy; podszedł do Anabde, zatrzymał się przed nią, trochę się pochylając, żeby dobrze widzieć jej twarz. Znowu się uśmiechnął, zaraz zatapiając się w jej ustach w leniwym, naprawdę spokojnym pocałunku. Biorąc pod uwagę, jaki Sheridan był – a raczej jaki nie był – dałoby się to podciągnąć pod kategorię specyficznych przeprosin lub też wyrażenia chęci zawarcia kompromisu.
Ale chyba nie.
– Ciebie – odpowiedział na zadane przez nią pytanie, bo przecież nie wypadało tak przemilczeć, prawda?
Jasne, właśnie to tobą kierowało.
Nie omieszkał powrócić do przerwanego zajęcia, nadal z wyczuciem przytrzymując jej brodę, jakby na wszelki wypadek chciał ją powstrzymać od prób wyrwania mu się. Może je przewidział albo uwzględnił w swoich planach?
Uśmiechnęła się. Nie powinna się uśmiechać, a już na pewno nie miała oddawać pocałunku. A jednak to zrobiła, chociaż z pewnym wahaniem, jakby chciała zostawić sobie otwarte drzwi i móc w każdej chwili uciec.
Ale czy miała taki zamiar? W gruncie rzeczy zachował się w porządku, nawet zgodził się pomóc w ewentualnym rozwalaniu ślubu. Dodatkowo – taka ckliwa myśl – to miała być ich ostatnia noc. Nie, zdecydowanie nie będzie uciekać.
Przyjęła te specyficzne przeprosiny. Nie miała jednak zamiaru odpowiadać mu tym samym; zwyczajnie dała się całować, czekając na jego kolejny ruch. Niech ją przeprasza dalej – zobaczymy, może, kiedy już całkowicie zostanie mu wybaczone, ona się odwzajemni. Później.
Nie speszył się niejaką biernością ze strony Anabde, może przyjął to za kolejną jej odsłonę, może za samoobronę. W każdym razie nie przeszkadzało mu to w przeczesaniu rudych włosów palcami i delikatnym odchyleniu jej głowy, kiedy zjechał dłonią na kark kobiety. W ten sposób uzyskał swobodny dostęp do szyi, z czego skwapliwie skorzystał – ale tylko na chwilę, jakby planował się z nią podroczyć, bo przecież nie będzie tak, że zawsze zrobi po jej myśli, prawda?
Pocałował ją znowu w usta, przyciągając bliżej siebie, by wygodniej objąć; w ten sposób mógł swobodnie wsunąć ręce pod jej bluzkę w celu przypomnienia sobie, jaka była w dotyku, jak układało się jej ciało pod jego palcami. Lubił to, tak po prostu, i choć już zauważył, że najwięcej satysfakcji przynosi mu zadowalanie Anabde, to teraz chciał dokładniej sprawdzić, czy przypadkiem coś nie dałoby jej podobnej przyjemności, co pocałunki w szyję. Ot, z czystej ciekawości.
Jak jeszcze przed chwilą była napięta, tak teraz całkowicie rozluźniła się w jego ramionach. Usta, choć zajęte, chciały ułożyć się w zadowolony uśmiech; na chwilę uchyliła powieki, patrząc na niego roziskrzonymi, szarymi oczami. Znów je przymknęła, chwytając dłońmi brzegi jego koszuli i przytrzymując mężczyznę przy sobie.
Ciekawe, czy to kwestia przystosowania łowców do polowań, ale gdy już znalazła się odpowiednio blisko niego, chciała tylko więcej. Póki utrzymywali dystans, potrafiła się powstrzymywać, ale wystarczyło za bardzo się zbliżyć, a świat przestawał się dla niej liczyć.
Zadrżała pod wpływem jego dotyku. Wspięła się na palce, już nie pozostając bierną – pocałowała go bardziej natarczywie, jedną dłoń kładąc na karku mężczyzny. Przesunęła paznokciami po jego skórze, z wyczuciem, by go nie zadrapać. Na razie.
W tym też momencie drzwi stanęły z rozmachem otworem, ktoś natomiast dostanie nauczkę, że nie przyswoił w dzieciństwie umiejętności pukania.
Aithne, szukając schronienia przed możliwą rozmową z Errianem, uznała, że nie powinna ukrywać się w swoim pokoju, tam najszybciej ją znajdzie. Wolała pójść do Anabde, gdzie czuła się bezpiecznie, bo jednak nie była w stanie znieść złośliwości Larkina, nie teraz, nie kiedy sama nie wiedziała, co ma w głowie, co do maga czuje i jak się odnajduje w tej sytuacji.
Cóż, odnajdywała się bardzo źle, o czym przekonała się tuż po przekroczeniu progu.
Nawet nie pisnęła, po prostu się zatrzymała, otwierając szerzej oczy. Wbrew sobie zagapiła się na Sheridana i Anabde, starając się zmusić umysł do współpracy, bo nagle zapanowała w nim całkowita pustka. Przez chwilę myślała nawet, że nie potrafi już oddychać, wtedy jednak udało się jej złapać trochę tchu.
Idź stąd – przebiegło jej przez myśl, zatem spróbowała przekonać ciało do posłuszeństwa, ale znieruchomiała prawie jak posąg. Nie miała pojęcia, co czuje, jednak chyba więcej było w tym przerażenia niż złości lub wyrzutu. Nigdy nie chciała nadziać się na kogoś w takiej sytuacji, a już zwłaszcza na Anabde. I kiedy wreszcie cofnęła się kilka chwiejnych kroków, na oślep szukając klamki, którą puściła, poczuła coś jeszcze.
Wyrzut. Zawód? Trudno było jej uwierzyć, że przyjaciółka to, mimo wszystko, ukrywała, bo przecież widziała, iż to nie jest pierwsze, hm, zbliżenie. Nie trudno było to dostrzec, prawdę mówiąc, zresztą zaobserwowała kilka innych drobiazgów, które z premedytacją do tej pory ignorowała.
Teraz zamknęła oczy, potrząsnęła głową i wybiegła z pokoju, w rozpaczy zawracając tam, skąd przyszła. Niech to wszystko szlag trafi, miała to w dupie, najchętniej wyniosłaby się stąd już teraz, zaraz.
Sheridan to wtargnięcie przyjął ze zdumieniem, zdumienie natomiast przeobraziło się w częściowo niedowierzające rozbawienie, kiedy ujrzał rude rozczochrane. Ta to miała pecha, jak nie chcą jej zabić, to żenią jej pierwszą poważną miłość, przecież to coś pięknego. W sadystycznym aspekcie życia. A teraz proszę bardzo, ulubiony kolega z najbliższą przyjaciółką, jeśli bogowie istnieli, naprawdę chcieli Aithne unicestwić.
– Czemu mnie to nie dziwi, że to była ona? – mruknął wreszcie, zawiesiwszy spojrzenie na otwartych drzwiach, przez które wybiegła właśnie dziewczyna.
Ta to ma wyczucie, prócz niewątpliwego szczęścia.
Na odgłos otwieranych gwałtownie drzwi Anabde cała się napięła; przecież to wszystko miało zostać tajemnicą. Przymrużyła groźnie oczy, odchylając głowę, ciekawa tego, kogóż przyjdzie jej zamordować z powodu zbyt obszernej wiedzy. Zdążyła się obrócić w tym momencie, by zobaczyć cień wyrzutu w oczach przyjaciółki, nim ta wybiegła z jej pokoju.
– Ai... – powiedziała cicho, z niedowierzaniem.
Po chwili otrząsnęła się, dotarła do niej niekomfortowość sytuacji i to, jak bardzo dała w tej chwili plamę.
– Aithne! – krzyknęła, mając nadzieję, że to upadłą zatrzyma.
Nadzieję, rzecz jasna, płonną.
– Puść mnie – warknęła, nawet nie patrząc na Sheridana; ciągle wpatrywała się w drzwi, w miejsce, gdzie przed chwilą stała Aithne. – Muszę ją dogonić – dodała, uznawszy, że to dla łowcy może nie być oczywiste.
Obejmował ją zbyt stanowczo; usiłowała się od niego odepchnąć, ale nie dała rady. W końcu przeniosła na niego spojrzenie, w szarych oczach oprócz irytacji czaiło się coś, czemu najbliżej było do strachu.
Sheridan westchnął, chwilowo nie rozluźniając uścisku. Popatrzył na zostawione przez Aithne otwarte drzwi, potem znów przeniósł wzrok na Anabde. Jego idealny spokój mógł nieźle rozjuszyć, ale nie widział powodu, dla którego miałby tracić głowę przez tę małą, ekhm, wpadkę.
– Jesteś pewna, że to ma sens? – spytał, unosząc brew. – Nie sądzę, by istniały jakiekolwiek szanse dotarcia do niej teraz, o przemówieniu do rozsądku nie wspominając nawet – dodał, przyglądając się nekromantce z pewnym zainteresowaniem, jakby był ciekaw, co ona zaraz zrobi.
Przymrużyła oczy, co przez dłuższą chwilę było jedyną jej reakcją; stała bez ruchu i bez słowa, pozwalając, by kumulowały się w niej najróżniejsze, nie mogące znaleźć ujścia emocje. Gdy te osiągnęły poziom krytyczny, nabrała wdechu i zacisnęła palce na jego koszuli, nadal wpatrując się w niego intensywnie.
– Puść mnie – powtórzyła spokojnie.
Nie miała zamiaru niczego wyjaśniać; zresztą trudno było jej doszukać się sensu w czymkolwiek. Po prostu musiała za nią pójść.
Sheridan ponownie westchnął, wreszcie zwalniając swój uścisk. Nie będzie jej zabraniał, skoro tak bardzo chciała biec na złamanie karku, żeby oberwać kilkoma wszetecznicami, to proszę. Przecież nie dojdzie teraz z Aithne do ładu za żadne skarby.
– Niech ci będzie, droga wolna – zakomunikował wspaniałomyślnie i cofnął się dwa kroki, jakby potwierdzał swą decyzję.
Potem wcisnął ręce do kieszeni i przekrzywił lekko głowę, patrząc na nią.
Kilka sekund zmarnowała, zwyczajnie się mu przyglądając. Zaraz jednak, bez zbędnych ceregieli, odwróciła się i ruszyła szybkim krokiem w stronę drzwi. Zacisnęła przy tym dłoń w pięść, wreszcie pozwalając sobie na wyzwanie w myślach wszystkich znanych jej bogów za tak fatalny zbieg okoliczności.
Gdy zbliżyła się do rozwidlenia dróg, na myśl przyszło jej pytanie, przez które aż się zatrzymała. Gdzie ta cholera mogła pójść? Ruszyła pierwszym lepszym korytarzem, uznając, że choćby miała zwiedzić całą rezydencję Souenów, to i tak ją znajdzie.

Aithne nie zwróciła uwagi, dokąd dokładnie biegnie, liczyło się tylko to, żeby jak najbardziej oddalić się od pokoju przyjaciółki. Była zła na siebie, że wpakowała się do niej bez pukania, ale jednocześnie czuła się oszukana. Dobrze, nie znosiła Sheridana, najchętniej sprzedałaby go najbliższemu naiwnemu za worek ziemniaków, tylko czy to był powód, by nie mówić jej prawdy i… w ogóle? Nie potrafiła tego inaczej określić niż zdradą, bo przecież myślała, że Anabde jej ufa. A nie…
Stęknęła głucho, kiedy w biegu się z kimś zderzyła. Nastrój miała tak podły, że była gotowa zabić na miejscu – jeśli natomiast wpadła na Larkina, to chociaż spróbować zabić. Uniosła głowę, zamrugała, lokalizując przyszłą ofiarę, i ze zdumieniem dostrzegła, że chwilę temu przechodziła tędy. A potem spojrzała na Erriana, czując, jak w gardle narasta jej nieprzyjemna, niemożliwa do przełknięcia gula.
Nie chciała go spotkać. Całe to nieszczęście jest z jego powodu, przez niego dokładnie, i przez ten cholerny ślub! Tak, Aithne, powinnaś go zabić. Dlaczego więc zagapiłaś się na niego bezradnie, nie wiedząc, co zrobić?
Errian przytrzymał ją z wyczuciem, zaskoczony tak szybkim powrotem dziewczyny. Myślał, że będzie musiał dobijać się do drzwi jej pokoju, zanim uda mu się z nią porozmawiać, ale najwyraźniej to, co znalazła w przeciwległej części posiadłości, było gorsze od niego i tej pogawędki.
Szybko zauważył, że jest roztrzęsiona. Nie zła, nie oburzona, tylko roztrzęsiona. Zmarszczył czoło i mocniej zacisnął ręce na jej ramionach, wodząc zatroskanym spojrzeniem po twarzy Aithne. To naprawdę było coś bardzo złego, skoro doprowadziło ją do takiego stanu, mimo że chwilę temu pozostawała w bojowym nastroju.
– Co się stało? – spytał prosto z mostu.
Upadła szarpnęła się zdenerwowana, obdarzywszy Erriana wściekłym spojrzeniem – a przynajmniej miała nadzieję, że takie ono było.
– Puszczaj mnie! – warknęła, już na młodzieńca nie patrząc, bo poczuła, że mur obronny, jaki zawsze wokół siebie w takich sytuacjach wznosiła, zdradziecko zadrżał. – Nie chcę cię widzieć, wynoś się, zostaw mnie, to nie twój interes! – dodała, udało się jej wyrwać jedną rękę z uścisku chłopaka, zatem spróbowała go od siebie odepchnąć.
Musiała się od niego uwolnić, uciec przed nim, schować się przed wszystkimi. Najlepiej będzie, jeśli zostanie sama, poukłada sobie to w głowie, zresztą zawsze była sama, powinna być sama, tam jest jej miejsce – w samotności. Nie przy nim, przecież nie przy nim, dlaczego dopuściła do tego, że chce być tak blisko?
Nie zamierzał jej puszczać, była bardzo naiwna, jeśli myślała, że pozwoli jej tak po prostu uciec. Z nieprzeniknioną miną wytrzymał to szarpanie się i warczenie, zupełnie jakby jej słowa po nim tylko spłynęły – tak naprawdę nawet tego nie słuchał, bo wiedział, że najpierw usłyszy wszystko o sobie najgorsze, potem dopiero będzie można oczekiwać jakichkolwiek konkretów.
Siłowanie się na korytarzu jednak nie poprawiało standardów tej specyficznej rozmowy.
Pociągnął ją w bok, wolną ręką pchnął drzwi od swojego pokoju i wprowadził wściekłą dziewczynę do środka, dość niedbale pociągnąwszy za klamkę. Nie zwrócił uwagi na to, czy udało mu się przejście zamknąć, skupił się na tym, żeby opanować to rozjuszone stworzonko, zanim sama się skrzywdzi.
Zdołał zaciągnąć ją gdzieś na środek pokoju, postawił przy fortepianie, dzięki czemu nie bardzo miała dokąd z tyłu uciekać, i znów przytrzymał za ramiona, lekkim szarpnięciem zmusiwszy do patrzenia mu w oczy. Tak, Aithne, nie wymigasz się tym razem.
– Co się stało? – powtórzył cierpliwie, przyglądając się jej czujnie.
Aithne bardzo zdenerwowało to, że nie mogła się od niego uwolnić. Do tego stopnia, że gwałtownie się szarpnęła i oparła się częściowo o stojący za nią fortepian, mierząc Erriana rozzłoszczonym spojrzeniem.
– Zmówiliście się, tak? – warknęła wreszcie. – Po prostu świetnie, genialnie, cały świat mnie kocha, ja kocham cały świat, wszyscy się ze sobą kochają, w dodatku robią to wszędzie, zwyczajnie żyć i nie umierać, cudownie i kolorowo, nawet różowo! Zostaw mnie w spokoju, nie zamierzam z tobą rozmawiać, wychodzę – zakomunikowała i spróbowała maga wyminąć, ale nie pozwolił jej na to.
Dlatego w akcie desperacji wzięła zamach i wyprowadziła bardzo ładnego, poprawnego i ostatecznie na pewno skutecznego prawego sierpowego w jego szczękę.
Erriana nieco zdziwiło to zagranie, dlatego cios zatrzymał niebezpiecznie blisko twarzy. Odetchnął, opuszczając jeszcze chwilę temu wysoko uniesione brwi, i przyjrzał się Aithne uważnie, potem pokręcił lekko głową.
Tak, teraz miał pewność, że coś bardzo wyprowadziło ją z równowagi, tylko co? Ostrożnie ją puścił, jednak pozostał w gotowości do odparcia kolejnego ataku.
– Ai, przestań – poprosił spokojnie, bez strachu zaglądając w pociemniałe od złości oczy. – Powiedz mi, co się stało, bo cię nie wypuszczę – dodał z pozoru łagodnie, jednak używanie tych subtelnych szantaży miał chyba we krwi.
Jeszcze chwilę sztyletowała go spojrzeniem, po czym wypuściła ostrożnie powietrze z płuc, częściowo się rozluźniając. Im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej chciała mu o wszystkim powiedzieć, żeby ją pocieszył i tak zwyczajnie przy niej był. To nie leżało w jej naturze, unikała takich sytuacji jak ognia.
– Wiedziałeś, że Sheridan i An… są blisko? – mruknęła przez ściśnięte gardło. – Ja nie wiedziałam. Naiwnie wierzyłam, że Anabde by mi o czymś takim powiedziała, nawet jeśli chodzi o tego pojebanego skurwiela. Ale się pomyliłam – dodała z wyrzutem, opuszczając głowę. – To znaczy wiem, że mogła nie mieć ochoty, bo ze mną byłoby trudno, na pewno bym na nią nakrzyczała na początku i się podenerwowała, ale to przecież jej decyzja. Przeszłoby mi. A teraz wydaje mi się, jakby mnie oszukała. Z drugiej strony zastanawiam się, kiedy zawiodłam ją do tego stopnia, by przestała mi ufać.
Zaskoczyła samą siebie tak szczerymi słowami. Po prostu kiedy zaczęła mówić, chciała mu powiedzieć dokładnie wszystko, żeby dobrze zrozumiał, żeby pomógł jej z tymi uczuciami, może znalazł rozwiązanie. Co prawda mówiła szybko i nieco niewyraźnie, bo trochę się tego wstydziła, a trochę próbowała nadążyć za swoimi myślami, ale jeszcze nigdy przyznanie się do własnych emocji nie przyszło jej tak łatwo i naturalnie.
– Domyślałem się – stwierdził spokojnie, kiedy spytała, po czym zamilkł, cierpliwie wysłuchując jej słów.
Dopiero jak skończyła, westchnął ciężko, nieco uspokojony. Zatem tylko o to chodziło, bał się, że stało się coś gorszego. Z drugiej strony Aithne potrafiła wyolbrzymić chyba właściwie wszystko.
– Ona nie przestała ci ufać – zaprzeczył łagodnie. – Może to dla niej za dużo nie znaczy, dlatego nie chciała zawracać ci głowy? Albo wręcz przeciwnie i trochę się bała. Nie czuj się winna i nie obwiniaj jej, jestem pewien, że wystarczy, żebyście porozmawiały, a wszystko wróci do normy. Nie ma potrzeby się denerwować – dodał, uśmiechając się do Aithne ciepło, żeby ją pocieszyć.
Czasami była jak dziecko, które jeszcze nadal uważa, że całowanie jest fuj i nie zjada brokułów, bo są zielone i papkowate, kiedy się je pogryzie.
Upadła spojrzała w podłogę. Miał rację, oczywiście, że miał, nie zamierzała się kłócić, bo nie było sensu. Tylko ten ucisk w piersi wcale nie zelżał, wcale nie zrobiło się jej lepiej. Może w pewnym sensie – ale nie przeszło całkowicie, jedynie trochę. Powstrzymała się od przygryzienia wargi, oddychając przesadnie głęboko.
– Mhm – mruknęła, żeby nie poczuł się zignorowany.
Chyba naprawdę lepiej by było, gdyby sobie teraz poszła. Niech ją wypuści, bo… bo coś się stanie, to na pewno.
Czyli nie trafili w sedno problemu? To dziwne, w sumie panika na tym tle bardzo pasowała do Aithne, dlatego trochę zbiło go z tropu jej zachowanie. Nie zamierzał jednak odpuścić, będzie ją męczył tak długo, aż wreszcie odnajdzie powód gorszego humoru i to wszystko naprawi, nawet jeśli zajmie to całą noc. Nie chciał, żeby była smutna.
– To nie tylko to, prawda? – spytał cicho, ujmując jej twarz w dłonie i unosząc, dzięki czemu musiała na niego spojrzeć.
Zauważył już, że kontakt wzrokowy ją osłabiał, nie potrafiła się bronić jak rozjuszone zwierzę, kiedy patrzyła komuś w oczy. Zamierzał to z premedytacją wykorzystać.
Jak on mógł? No jak? Zacisnęła zęby, nerwowo przełykając ślinę, jednak nagle zaschło jej w gardle i nieprzyjemnie ścisnęło.
– Chcę stąd iść, puść mnie – jęknęła, potrząsając głową, by się oswobodzić.
Nie zdołała jednak powstrzymać katastrofy. Bardzo chciała tego uniknąć, ale po prostu nie wytrzymała – rozpłakała się jak małe dziecko, przytłoczona całym dniem, wszystkimi wydarzeniami i poczynionymi odkryciami. Było tego za dużo, po prostu za dużo, nie potrafiła sobie z tym poradzić. Chyba pierwszy raz w życiu nie mogła wygrać z własnymi uczuciami i przywołać je do porządku.
– Nienawidzę tego, nie chcę, nie chcę, nie chcę! – zawołała łamiącym się głosem i uderzyła, bez większego przekonania, w ramię Erriana.
Drugi raz. Trzeci. Ciosy były słabe, ale po prostu musiała, nie potrafiła, nie wiedziała, jak nad sobą zapanować i co się tak naprawdę działo. Przestraszyła się, że coś zepsuła, najpierw z samą sobą, potem z przyjaźnią z Anabde, teraz pomyślała, że wszystko runęło w gruzach. Nie miała siły.
Westchnęła i ostatecznie oparła głowę o jego tors, próbując opanować szloch, ale nie była w stanie. Tak naprawdę płakała rzadko, najczęściej po koszmarach, jednak normalnie – prawie nigdy. Czemu teraz rozbeczała się jak zwykła, słaba baba?
Przez chwilę bliski był spanikowania, przestraszył się bardziej niż wtedy w Elestren. Kiedy jednak seria słabych ciosów się skończyła, błyskawicznie ją objął i przytulił do siebie, niemalże rozpaczliwie chcąc, żeby przestała płakać.
To nie tak, że nie wiedział, jak się zachować albo nie miał ochoty pocieszać zasmarkanej, roztrzęsionej dziewczyny. Po prostu poczuł się winny tego, że płakała, a przecież nie chciał patrzeć na jej łzy.
– Ai, błagam cię, powiedz mi, co się dzieje – wyszeptał w jej włosy, wtuliwszy w nie twarz, by zaraz westchnąć głęboko.
Pogładził ją po plecach, wolną ręką odszukał wilgotny policzek, którego nie wcisnęła w jego ramię, i ostrożnie otarł go z łez, mając nadzieję, że wreszcie się dowie, skąd u niej ta rozpacz. Spróbował powiązać wszystkie poszlaki – jej gwałtowną ucieczkę dłuższą chwilę temu, słowa, którymi go uraczyła, późniejsze spotkanie Sheridana z Anabde, wreszcie ich aktualną rozmowę.
Co było powodem płaczu?

Anabde nie wiedziała, skąd przyszedł pomysł, by najpierw sprawdzić u Erriana, nim poszuka przyjaciółki w innych pokojach – chociażby u Larkina. Ot, coś ją tknęło, i choć chwilę zajęło jej dowiadywanie się, gdzie jest kwatera panicza (pierwszy lokaj, na jakiego się natknęła, był wyjątkowo małomówny i w ogóle jej nie pomógł. Dopiero sympatyczna sprzątaczka podpowiedziała jej, w którą stronę się udać), to dostrzegła wreszcie odpowiednie drzwi. Zacisnęła wargi, nieco zwalniając kroku; nie za bardzo miała pomysł, jak to wszystko wytłumaczyć Aithne. Najchętniej by się wyłgała, ale chciała być z przyjaciółką szczera – to może się źle skończyć.
Drzwi nie były zamknięte. Zmarszczyła brwi, stawiając ostatni krok w stronę pokoju Erriana, po czym zajrzała do środka. Nie spodziewała się ujrzeć tam tego, co się jej ukazało.
Otworzyła szeroko oczy, wpatrując się w bądź co bądź uroczą scenkę ze zdziwieniem. Jak, co, kiedy, jakim cudem ominął ją ten moment, kiedy Aithne zbliżyła się do Erriana? I zdecydowała się mu zaufać? I... w ogóle, co się dzieje?
Zamarła; wiedziała, że jeśli chce porozmawiać z przyjaciółką, to musi wejść do środka, ale coś ją powstrzymywało. Dziwne przeczucie, że jest tutaj zbędna i powinna jak najszybciej zniknąć.
Aithne potrząsnęła głową, jednak z wyczuciem, żeby biedny Errian nie zarobił w zęby. Bardzo chciała coś z siebie wydusić, coś składnego, ale nie mogła, co chwila szloch dławił jej gardło i ogółem nie potrafiła się opanować. Z niejaką irytacją zacisnęła dłonie na koszuli maga, odsuwając się na tyle, żeby spróbować na niego spojrzeć. Nienawidziła płakać, wtedy nie dało się ani poprawnie oddychać, ani poprawnie mówić, ani nic.
Przynajmniej mogła myśleć – ale to też nie odbywało się wystarczająco poprawnie. Wszystko było chaotyczne, urywane, czasami pojawiały się tylko obrazy, sama nie wiedziała, jak to określić i ubrać w słowa. Jednak musiała mu to powiedzieć, teraz, zaraz, bo potem będzie za późno. Jutro będzie za późno. Tylko wydawało się jej, że nie wystarczy jej odwagi, że stchórzy, ucieknie.
Na szczęście jednak stała, stopniowo opanowując szloch i oddychając nieco spokojniej. Równo, powoli, wdech, wydech, musisz mu powiedzieć. Inaczej zwariujesz. Nawet przez chwilę nie pomyślała, że mógłby ją wyśmiać albo wykpić, zwyczajnie wiedziała, że zrozumie, nawet jeśli tego nie podzielał. O ile dotrze do niego sens wypowiadanych przez nią słów, bo jeśli będą tak chaotyczne, jak jej myśli…
– Nie bierz jutro tego ślubu – wychrypiała wreszcie, zapatrzywszy się w jego koszulę, którą solidnie zmoczyła swoimi łzami.
Naprawdę nienawidziła płakać, to było takie… beznadziejne. Intymne. I irytujące, najbardziej irytujące. A mimo to jeszcze przy niej stał i czekał, w dodatku wyglądało, że się zmartwił. Nie chciała go martwić.
– Zostań ze mną – poprosiła trochę ciszej, opuszczając głowę.
Zastygł na chwilę, wpatrując się w nią w szoku. Wreszcie, westchnąwszy cicho, znów ujął jej twarz w dłonie i z powrotem uniósł, żeby na niego patrzyła. Kiedy odnalazł wreszcie jej oczy, uśmiechnął się łagodnie, delikatnie otarł jej policzki z łez.
Niech już nie płacze. Nie chciał, żeby płakała, a już zwłaszcza przez niego. Powinna wiedzieć, że zrobi wszystko, byle tylko naprawić ten chory pomysł ślubu, nie było innej możliwości – skończy się dobrze. Tak, żeby mógł z nią zostać.
Delikatnie ją pocałował, jakby sobie to chciał najpierw przypomnieć, dał jej czas na otrząśnięcie się z niepokoju, zaraz znów się odsunął. Uśmiechnął się szerzej.
– Nie płacz – poprosił, ścierając te przeklęte łzy, chyba nad nimi nie panowała.
Ale poradzą sobie z nimi, ze wszystkim sobie poradzą.
Tym razem był pewniejszy w pocałunku, objął ją dość stanowczo, jednak z wyczuciem, żeby przypadkiem nie poczuła się osaczona. Z trudem się powstrzymywał od śmielszych ruchów, nie chcąc jej przestraszyć, ale wiedział, co miała na myśli przed chwilą. Tylko powoli, nigdzie im się nie spieszyło, najważniejsze, żeby przestała płakać.
Kiedy znów się od niej odsunął, by pozwolić jej odetchnąć, dostrzegł ponad jej ramieniem, że mają gościa. Trudno powiedzieć, co dokładnie pomyślał na widok Anabde, jednak na pewno postanowił się za bardzo nie przejmować. Porozmawiają sobie z Aithne rano, teraz on miał się nią zaopiekować.
Uniósł kącik ust i pochylił się nad szyją upadłej, teraz na niej składając pocałunki, jednak chwilę przed tym jego oczy lekko błysnęły, na ułamek sekundy barwa tęczówek pogłębiła się. Drzwi, popchnięte subtelnym podmuchem, zamknęły się z cichym kliknięciem zamka, na szczęście oszczędzając im skrzypnięcia zawiasów. Nie chciał martwić Aithne, bo zauważył, że trochę się uspokoiła. Porozmawiają sobie rano – kiedy obie ochłoną po poczynionych odkryciach.
Och, Anabde miała stamtąd odejść już chwilę wcześniej, ale nie była w stanie zmusić się do ruszenia z miejsca. Jakby ktoś wyłączył jej kontrolę nad własnym ciałem, kompletnie ją od niego odciął – mogła tylko rozpaczliwie usiłować przemówić nogom do rozsądku, co na nic się nie zdawało. Dość jawną sugestią było to, że drzwi zostały zamknięte jej przed nosem.
Zamrugała, nadal głupio wpatrując się przed siebie. Jej wargi rozchyliły się lekko ze zdziwienia, nabranie wdechu stało się nieznośnie trudne. A w głowie... w głowie miała kompletną pustkę.
– Och – wyrwało jej się.
Znów usiłowała zmusić nogi do współpracy, ale kolejny raz nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu; przyjdzie jej tu tkwić do białego rana?
Aithne przymknęła oczy, obejmując Erriana. Co zaskoczyło ją samą, wcale się nie bała. Choć nie była pewna, jak powinna się zachować, to ten jeden raz postanowiła całkowicie wyłączyć myślenie, zapomnieć o całym świecie, o dniu dzisiejszym i jutrzejszym, skupić się tylko na nim. Bo zaczynała rozumieć, dlaczego wtedy w lesie ją pocałował i dlaczego tak często sobie o tym przypominała, coraz bardziej się na siebie wściekając.
Kiedy znowu powrócił do jej ust, chętnie się mu poddała, rozchylając wargi. Wiedziała, że pozwoli mu na wszystko, samej nie odnajdując się jeszcze w tym za dobrze. Ale mu ufała, wierzyła, że jej pomoże, zresztą najważniejsze, że był blisko. Nie zdarzyło się jej cieszyć czymś takim, to też okazało się nowe.
Dobrze, że wyłączyła myślenie. Dobrze, że stała plecami do drzwi. Gdyby dostrzegła Anabde… pewnie by sobie nie wybaczyła całego tego dnia, od samego początku aż do końca.
Przez chwilę miał drobne wyrzuty sumienia wobec tego, jak potraktował nekromantkę, bo w sumie należały się jej chyba wyjaśnienia. Szybko jednak o tym zapomniał, delikatnie obracając Aithne w dobrą stronę i z wyczuciem, ostrożnie, prowadząc do łóżka, krok po kroku, żeby się nie potknęła. Tam będzie wygodniej, może ona też trochę się rozluźni, bo nadal czuł, że nie do końca się uspokoiła.
Starał się za bardzo od niej nie odsuwać, a gdy natrafiła nogami na krawędź mebla, usłużnie pomógł jej na nim usiąść, podtrzymując ręką, żeby się nie wywróciła. Wszystko powoli, spokojnie, żeby miała szansę się oswoić, odnaleźć się w tym, ale to było dla niego trudne.
Całując ją po szyi i ramionach, wsunął dłonie pod jej bluzkę, najpierw dotykając tylko brzucha. Miał je chłodniejsze od jej skóry; uśmiechnął się lekko, z pełną premedytacją kładąc ręce na talii Aithne, jeszcze przez moment ich stamtąd nie ruszając. Potem przesunął je na plecy i przyciągnął dziewczynę bliżej siebie, zmuszając do wygięcia się w lekki łuk.
Drgnęła i syknęła niezadowolona, kiedy poczuła jego zimne dłonie na sobie. Najpierw się spięła, przez chwilę bojąc się, że zrobi coś źle albo nieodpowiednio zareaguje, ale jak tylko mag znów podpowiedział, co dalej, na powrót się rozluźniła. To zaufanie mogło być zgubne, jednak nie potrafiła wyzbyć się przekonania, że jest całkowicie bezpieczna. Nie bała się niczego, nawet mimo tego, że wszystko było dla niej obce. Ale miała jego.
Wyprostowała się jak tylko mogła najmocniej, sięgając dłonią do twarzy Erriana, delikatnie przyciągnęła go do siebie i sama pocałowała, z początku niepewnie, ale zaraz, z jego pomocą, nabrała śmiałości. W głowie zaświtała jej myśl, że najlepiej by się stało, gdyby jutro nigdy nie nadeszło.
Potem znów skupiła się tylko na nim, starając się dobrze odnaleźć w całej tej sytuacji i nie zachowywać się zbyt biernie, żeby nie przypominać bezwolnej ofiary gwałtu. Przecież chciała. Sama go poprosiła. Tylko po prostu nie wiedziała jeszcze, musiała nabrać pewności.
Jej bluzka zaczęła przeszkadzać. Miał nadzieję, że nie przyspieszał za bardzo, nie chciał, żeby się przestraszyła, ale to naprawdę wiele go kosztowało. Sprawnie pozbył się tego elementu garderoby, który go już irytował, odrzucając materiał gdzieś w bok; chyba wylądował na fortepianie, co poznał po cichym stuknięciu – czemu koszulka stuknęła?
Przypomniał sobie, gdy dostrzegł duże, czarne skrzydła na jej plecach. Uśmiechnął się lekko i z wyczuciem pchnął ją w ramię, zmuszając, by się położyła, jednak zanim dotknęła materaca, wsunął dłoń pod jej plecy, znów wyginając ją w łuk. Poczekał, aż ułoży swoje skrzydła, a kiedy miał pewność, że jest jej wygodnie, znów się nad nią pochylił, teraz mogąc poznać jej ciało nie tylko dłońmi, ale także ustami.
Z lekkim rozbawieniem zauważył gęsią skórkę na jej ramionach, może to od chłodu. Nie zamierzał jednak ruszać się teraz do drzwi balkonowych, żeby je zamknąć.
Zaraz będzie cieplej.
No dobrze, na chwilę spanikowała. Najpierw z powodu pozbycia się bluzki, potem przez skrzydła, na końcu spróbowała się jednak uspokoić. Trochę nie kontrolowała drżenia ciała, nie wiedziała też, co Errian za chwilę zrobi, co stawiało ją na przegranej pozycji. A tak zawsze we wszystkim dominowała, w walce dyktowała warunki, w mordobiciu w karczmach, w rozwiązywaniu problemów po swojemu, teraz natomiast godziła się na wszystko, co tylko postanawiał, nie myśląc nawet o narzucaniu własnego zdania. Którego nie miała zbyt jasno wyklarowanego, prawdę mówiąc.
Kiedy poczuła jego usta na swoim brzuchu, odruchowo go wciągnęła, wstrzymując oddech, i znowu spanikowała, bo z jej gardła wyrwało się głośniejsze westchnienie. Odruchowo zatkała usta dłonią, przestraszona tym, i skupiła się na ponownym rozluźnieniu, zamknąwszy oczy. Aithne, jesteś beznadziejna.
Uniósł wzrok na jej twarz, marszcząc lekko czoło. Bez pośpiechu się wyprostował, przysunął się bliżej niej i delikatnie odsunął jej rękę od ust, uśmiechając się lekko. Nie mógł powstrzymać rozbawienia, kiedy tak się jej przyglądał, zaraz jednak pochylił się, nadal przytrzymując ją za nadgarstek.
– Nie rób tak – poprosił tuż nad jej wargami, przymrużając oczy. – Chcę cię słyszeć – mruknął, zaraz ją całując, przez co nie mogła mu odpowiedzieć.
Z zadowoleniem zauważył, że trochę się uspokoiła i stała się pewniejsza, zatem chyba niczego jeszcze nie zrobił źle. Chyba że udawała, żeby nie było mu przykro, tak też mogło się zdarzyć, dlatego na dłuższą chwilę zajrzał jej w oczy.
Uśmiechnął się, bo wyglądało na to, że jednak nie udawała.
Aithne, patrząc na niego dużymi, sarnimi oczami, powoli wypuściła powietrze, rozluźniając trzymaną przez niego rękę. Najpierw nieco niepewnie także uniosła kąciki ust, by zaraz rozciągnąć usta w szerszym, swobodniejszym uśmiechu.
Podniosła się na łokciu, dotykając jego policzka, potem zjechała dłonią po jego szyi na ramię, jednocześnie zajmując go pocałunkiem. Trochę niezdarnie wsunęła rękę za kołnierz koszuli Erriana, zaczynając ją z niego zsuwać, bo chyba tak powinna. Po drodze tylko zapomniała o guzikach, co mocno cały proces utrudniło, no cóż, za dużo męskich koszul w życiu ze swoich kochanków nie zrywała.
Errian odsunął się od niej i odkaszlnął, bo trochę go tym materiałem poddusiła. Tym razem nie zdołał się opanować i zachichotał cicho, nie wierząc w to, że nawet z tym sobie nie radziła. Ale to nic takiego, nie przeszkadzało mu to.
– Spokojnie, nie urywaj aż guzików – poprosił, samemu ratując się przed uduszeniem we własnym łóżku, to już by była przesada.
Zanim do końca się speszyła i znów wycofała, zdołał oswobodzić jedną rękę z koszuli, dlatego objął Aithne i przyciągnął do siebie, całując. Może z drugą poradzi sobie sama, najwyżej będzie interweniował znowu.
Kiedy na chwilę oswobodził jej usta, złapała trochę oddechu i spróbowała zwalczyć rumieniec, ale się nie udało. To ją bardziej zdenerwowało.
– Przepraszam – wymamrotała, zastanawiając się, czy coś w ogóle jej się dzisiaj uda, bo jak na razie to dawała… o rany, może nie ten frazeologizm.
Ostatecznie postanowiła się nie zrażać aż tak bardzo, objęła go i przyciągnęła do siebie, uznawszy, że jest za daleko. Z resztą koszuli, której jeszcze nie zdjął, udało się jej poradzić, a jak tylko rzuciła ją gdzieś tam na podłogę, podciągnęła się wyżej na łóżku i przylgnęła do niego całym ciałem, odszukując jego usta.
Uśmiechnął się, dochodząc do wniosku, że czekał wystarczająco długo. Wydało się mu, że już się uspokoiła i rozluźniła, dlatego przeszedł do śmielszego działania, nadal jednak pilnując, by jej nie przestraszyć. Nawet trudno było mu uwierzyć w to, że radził sobie z tym hamowaniem siebie, ale z drugiej strony nie wyobrażał sobie, by rozegrać to inaczej.
Po kilku kolejnych minutach, gdy już naprawdę niewiele zostało do przeciągania sprawy, znów popatrzył jej w oczy, nagle trochę zaniepokojony. Kiedy otwierał usta, żeby się odezwać, nie mógł uwierzyć, że naprawdę o to pyta:
– Na pewno? – mruknął zaniepokojony, marszcząc czoło. – Jeśli nie, powiedz, nie chcę cię zmuszać, to nie tak ma wyglądać – dodał zaraz, dopiero zorientowawszy się, że o tym powinien pomyśleć trochę bardziej wcześnie, cóż.
Aithne popatrzyła na niego zdumiona, by po chwili zachichotać cicho, z niejakim niedowierzaniem. Przez cały ten czas, kiedy po części się bała, a po części chciała, on pozostawał stanowczy i pewny, kiedy natomiast sama się określiła i zdecydowała, że naprawdę chce, on nagle stracił tę pewność.
– Na pewno, głupku – odparła nieco karcąco i go pocałowała, jakby chciała mu udowodnić, że nie kłamała.
A jeśli kiedykolwiek pożałuje, to stanie się to dużo później.

3 komentarze:

  1. <3 -10 dla Anabde za podglądanie, +10 dla Shera... za całokształt, a Errian approved ^^
    Podryw na kołysankę, słodkie. No i kurde WRESZCIE XD Teraz tylko czekać na rozwój wypadków Larkinowo-Airenowo-Cadorowych ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anabde zdecydowanie NIE CHCIAŁA tego widzieć xD Hahaha, Sher zawsze dostaje z dupy plusy, ja też go polubiłam z dupy. Jak przestał mnie traktować jak śmiecia xD Bo Errian jest cudny, tylko musi się ośmielić <3
      Hahahaha, w sumie nigdy na to nie spojrzałam z TEJ strony. Nazywałam to podrywem na fortepian xD I jakie wreszcie, wyobrażasz sobie Aithne, 125-letnią dziewicę, w namiocie na przykład?! xD
      A czekać, czekać, a będzie rozwój, będzie ^^

      Usuń
  2. *Arienowo, tfu
    Zbulwersowałam się po "cmętarzysku" XD

    OdpowiedzUsuń